Znowu filozoficzne pytanie WALTERA ALTERMANNA: Czy nie jesteśmy trochę dziwni?

Nie mam zbyt dużych doświadczeń jak żyją inne narody. Trochę oczywiście bywałem w świecie, ale nie na tyle długo, żeby autorytatywnie osądzać innych, i żeby porównywać innych ze świata z nami. Jednak z racji długiego życia mam trochę obserwacji i wniosków co do nas samych.

Myślę, że mamy bardzo rozwinięty instynkt teatralny – to znaczy łatwo przychodzi nam udawanie. Udatnie i zgrabnie idzie nam wcielać się w takie role, jak: gorliwy patriota, współczujący innym, tolerancyjny, postępowy i bez uprzedzeń, otwarty na świat, świadomy uczestnik życia  politycznego… i rola najważniejsza – bardzo mądry. Oczywiście ról, które my Polacy gramy sami przed sobą, jest wiele, ale te wymienione wyżej są najważniejsze.

A jak jest z nami naprawdę? Moim zdaniem – jesteśmy zupełnie inni, niż sądzimy o sobie. Poniżej trzy przykłady. Pierwszy poniekąd już historyczny, dwa następne aktualne, dosłownie.

I tylko sobie nie myśl…

Z początkiem lat osiemdziesiątych poznałem w Londynie dziwną parę. Ona była Polką, on Libańczykiem. On nawet dość dobrze mówił po polsku, ale na polskich towarzyskich spotkaniach nie mówił nic, siedział cicho w kącie i tylko się łagodnie uśmiechał. Ona natomiast szalała, zawsze była pobudzona, dużo mówiła i śmiała się z własnych dowcipów.

Ktoś z „miejscowych” Polaków zdradził mi sekret tej pary. Ona przyjechała do Londynu na początku lat 70. jako turystka, ale oczywiście natychmiast zaczęła pracować. Okazało się jednak, że zarobione pieniądze nie starczają jej nawet na wynajęcie choćby łóżka w pięcioosobowym pokoju. Wtedy ktoś z osiadłych w Londynie Polaków poznał ją z owym Libańczykiem, który za darmo pozwolił jej zamieszkać, w osobnym pokoju rzecz jasna. Czas upływał i zbliżał się termin powrotu pani, bo wiza opiewała jedynie na trzy miesiące. Wtedy Libańczyk zaproponował jej fikcyjne małżeństwo. Po normalnym, urzędowym ślubie, a jakże, pani nadal mieszkała u Libańczyka. W końcu zaczęły pojawiać się ich wspólne dzieci. A pani, nie rzadziej niż raz na tydzień mówiła do swego męża:

– Ale żebyś sobie nie myślał, że my naprawdę jesteśmy małżeństwem…

I tak trwają z sobą do dzisiaj w zgodzie, bo Libańczyk ma niebywale łagodny charakter. Przy czym pani nadal co i rusz oświadcza, także przy obcych, że ów Libańczyk jest jej mężem jedynie na niby.

Myślę, że umiejętność życia w subiektywnym świecie, umiejętność wypierania z siebie prawdy o sobie samym jest naszą narodową „silną stroną”, jak mówią spece od marketingu. Tyle tylko, że nie wszyscy w świecie mają tak dobre charaktery jak ów Libańczyk z Londynu, i niestety sądzą nas obiektywnie.

Kurtka

Czasy są trudne. Inflacji niby nie ma, ale ceny są znacznie wyższe niż jeszcze dwa lata temu. Przy czym – nie za wszystkie te „nowe” ceny odpowiada rząd i prezes Glapiński. Niestety inflacja ma też swoich cichych, małych „twórców”.

Całkiem spora grupa, jeśli nie większość ludzi, którzy coś nam sprzedają, świadczą jakieś usługi nie chce pohamować swych dużych apetytów i podwyższa ceny bez umiaru.  Tym samym wpływając znacząco na poziom i tak dużej inflacji.

Tu podam przykład, bo bez przykładu żadna teoria nie jest wiarygodna. Kilka dni temu wziąłem swoją letnią kurtkę i zaniosłem do pralni. Kurtka jest lekka, bez podszewki, ot jakby koszula, tyle, że z grubszego płótna. Pani w pralni dokładnie obejrzała com przyniósł i odkryła na wszytej w kurtkę metce, że należy ją prać w wodzie, w temperaturze 40 stopni. Ucieszyłem się, że pranie będzie ekologiczne, bez żadnych dzikiej chemii.

Zapytałem o cenę, a pani powiedziała, że będzie to kosztować 45 zł. Zabrałem kurtkę do domu i sam ją wyprałem w pralce. Koszt, licząc płyn do prania, energię elektryczną oraz amortyzację pralki to góra 4 zł.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że przy takiej polityce cenowej firma owej pani niebawem uda się do rządu z żądaniem wspomożenia jej finansowo, bo przecież był Covid, jest inflacja i stan niepokoju w Europie. I jak znam życie, to jej dadzą, z  mojego oczywiście, bo przecież własnych pieniędzy ministrowie nie oddadzą.

Niestety cechuje nas światopogląd ograniczony jedynie do własnych interesów, przy deklarowanym mocnym patriotyzmie. Deklaratywnie gotowi jesteśmy dla kraju poświęcić wszystko, z wyjątkiem utrzymywania cen na normalnym, niespekulanckim poziomie. A dodatkowo mamy duży kłopot poznawczy. Oczywiście z wysnuwaniem wniosków z faktu, że ogólne ma wpływ na to co jednostkowe, czyli nasze prywatne idzie nam świetnie. Ale już zrozumienie faktu, że to co nasze,  jednostkowe, ma też wpływ na ogólne, a w konsekwencji również nasze – to idzie nam już opornie.

Ceny

W Wielkiej Brytanii do dzisiaj obowiązuje średniowieczne prawo, głoszące, że gdy sprzedający podaje cenę za towar, to potem nie może żądać więcej. Możliwe jest jedynie obniżanie ceny, ale jej podwyższanie jest zakazane. Skutkiem tego, gdy – powiedzmy na targu – jakiś sprzedawca oferuje towar za trzy funty, a kiedy okazujemy zainteresowanie, oświadcza, że się pomylił i żąda pięciu  funtów, to możemy wezwać policjanta, który nakaże mu sprzedać daną rzeczy za pierwotną cenę. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby nie naciągać klientów, nie wabić ich fałszywie niską ceną.

U nas natomiast praktyka jest wręcz bandycka. Idę do dużej sieci handlowej, wybieram kilka artykułów, patrząc przy tym na ceny. Potem z koślawym sklepowym wózkiem dochodzę do kasy. I tu okazuje się, mam na to paragon, że ceny w sklepie są cenami netto, bez VAT! Pytam o tę różnicę ekspedientkę, która brutalnym, chrapliwym głosem oświadcza:

– To pan nie wie, że jest VAT?

– Wiem – odpowiadam – ale na stoiskach powinna być podana cena z Vatem.

– Daj se pan spokój… – mówi kasjerka.

– To ja poproszę kierownika…

– Taaa, akurat kierownik będzie czas tracił – kasjerka nadal broni interesów firmy.

– To w taki razie, powiadomię o waszej praktyce odpowiedni urząd.

– Urząd? Panie, tu bez przerwy są różne kontrole i nic nam nie zrobią… – triumfuje kasjerka.

Oczywiście przegrałem to starcie i nigdzie nie będę interweniował, bo przecież wiem, że naprawdę żaden urząd „w gospodarce rynkowej” żadnej sieci handlowej nic zrobić nie może… Bo kapitalizm jest dla kapitalistów. A może wyjadę do Wielkiej Brytanii…

 

Od redakcji:

Po dłuższych przemyśleniach Autor został w Polsce.

 

2 w 1, czyli Hubert Bekrycht robi rząd a CEZARY KRYSZTOPA rysując pisze więcej niż inni przez rok

Cezary Krysztopa w tym jednym rysunku zawarł, satyryczną oczywiście, przepowiednię przyszłych rządów OSCZO czyli Okaże Się Czy Zjednoczonej Opozycji.

Hubert Bekrycht robi rząd…:

 

Prezes Rady Minstrów Rotacyjny w dni parzyste – Donald Tusk (KO);

Prezes Rady Ministrów Rotacyjny w dni nieparzyste – Anna Maria Żukowska (N. Lewica)

Prezes Rady Ministrów w niedzielę – Szymon Hołownia (TD);

Wiceprezes Rady Ministrów ds. rolnictwa ds. kobiet – Joanna Scheuring-Wielgus (N.Lewica)

Wiceprezes Rady Ministrów ds. rolnictwa i dobrego samopoczucia PSL oraz równouprawnienia emerytalnego płci – Władysław Kosiniak-Kamysz (TD);

Wiceprezes Rady Ministrów ds. ideologii ogólnej i programowej – Włodzimierz Czarzasty (N. Lewica d. PZPR);

Współwiceprezesi Rady Ministrów ds. nadzoru ogólnego – Dariusz Joński i Michał Szczerba (KO);

Gościcnnie – Wiceprezes Rady Ministrów ds. życzliwych kontaktów z Konfereracją – Grzegorz Braun (Konf.)

 

MSZ ds. mężczyzn – Marta Wcisło (KO)

MSZ ds, kobiet – Cezary Tomczyk (KO)

MSWiA – Kaudia Jachira (KO)

MON – Bogusław Wołoszański (KO – Rewo)

 

Min. Rodziny i Spraw Społecznych – Marcin Bosacki (KO);

Ministerstwo Zdrowia – (edit) długie poszukiwania, bo wszyscy kandydaci na L4, ale chyba Bartosz Arłukowicz (KO) – jak mu znowu nie wyjdzie będzie się ukrywał. Jako Agent;

Min. Aktywów Państwowych  – Sławomir Śmiszek (N.Lewica);

Min. Cyfryzacji i Czasopism Rolniczych – Michał Kołodziejczak (KO, chociaż na krótko);

Min. Edukacji i Edukacji Trudnej ds. ortografii – Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (N.Lewica);

Min. Edukacji – Jan Grabiec (KO);

 

Ministerstwa Finansów, Funduszy Regionalnych, Rozwoju i Technologii, Infrastruktury, Sześciu Punktów PKB co rok-  Ryszard Petru (TD);

Min. Ochrony Środowiska i Czasopism Gospodarczych – Michał Kobosko (TD);

 

Min. Kultury i Ścieżek Edukacyjnych w Muzeach Pod Gołym Niebiem – Sławomir Nitras (KO)

Min. Sprawiedliwości i Prawa Karnego – Roman Giertych (KO)

Min. Sportu – Tomasz Zimoch (TD)

Min. Turystyki i Rozliczania Zbrodni Poprzednich Rządów – Tomasz Trela (N. Lewica)

 

Redakcja reklamacji nie przyjmuje. Elektorat niezadowolony uprasza się o kontakt z Pentagonem.

 

Hubert Bekrycht

red. nacz. sdp.pl

 

Fenomen polskiej polityki – MARIA GIEDZ o książce „Porozumienie Centrum. Studium działalności partii i środowiska politycznego”

Na rynku wydawniczym ukazała się nowa pozycja książkowa autorstwa Adama Chmieleckiego przedstawiająca zapomnianą już i mało znaną partię polityczną w Polsce o nazwie Porozumienie Centrum, którą można nazwać protoplastą Prawa i Sprawiedliwości. Dla politologów, dziennikarzy, ale i zwykłych ludzi pasjonujących się polską polityką winna być to obowiązkowa lektura, chociaż nie czyta się jej łatwo, mimo że napisania jest przystępnym, prostym, spójnym językiem. Bowiem tematyka ta zalicza się do niezwykle trudnych.

Książka Chmieleckiego, notabene prezesa Radia Gdańsk, dziennikarza, a i członka SDP, jest pracą naukową a nie opracowaniem popularno-naukowym, co zapewne dla szerszego grona czytelników byłoby łatwiejszym do jej przyswojenia. Niemniej warto „zacisnąć zęby”, jeśli chce się poznać tajniki życia politycznego III Rzeczypospolitej i zrozumieć działania pierwszoplanowych polityków zarówno tych rządowych, jak i opozycyjnych. Warto też dodać, że do publikacji tej autor wykorzystał ogromną bazę źródłową, co należy do rzadkości wśród osób piszących o polskiej polityce, a już prawcie wcale u polityków.

PC jako ugrupowanie polityczne, powstało 12 maja 1990 r. Jednak jego korzenie sięgają sierpnia 1980 r., czyli fali strajków i powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Głównym założycielem był Jarosław Kaczyński. Funkcjonowało do 2001 r., kiedy to, na bazie PC, wyłoniło się Prawo i Sprawiedliwość. To krótka historia. Autor analizuje ją bardzo szczegółowo, ale nie zapomina o przeszłości, czyli czasie formowania się samego ugrupowania i zarzutach późniejszych jego oponentów. Na przykład: Kaczyńscy, zarówno Jarosław, jak i Lech „traktowali Okrągły Stół (negocjacje prowadzone od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 r. przez przedstawicieli PRL-u pod przywództwem Czesława Kiszczaka i demokratycznej opozycji na czele z Lechem Wałęsą oraz stron kościelnych, których uczestnikiem był m.in. ks. Alojzy Orszulik) jako działanie tylko i wyłącznie taktyczne, mające doprowadzić do wytworzenia dynamiki społeczno-politycznej, która pozwoliłaby na pełne odrzucenie komunizmu i odzyskanie niepodległości”. Chmielecki, na podstawie wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego podkreśla, że „nie było tam żadnego tajnego układu”. A traktowanie Okrągłego Stołu „jako swoistej strategicznej umowy między dwoma równouprawnionymi stronami jest całkowicie nieuzasadnione”. Natomiast doszło tam (głównie chodzi o toczące się już jesienią 1989 r. rozmowy w Magdalence m.in. w kwestii legalizacji „S”) do „fraternizacji” większości przedstawicieli strony solidarnościowej z liderami strony rządowej, czyli z Kiszczakiem, Aleksandrem Kwaśniewskim. Co ciekawe Jarosław Kaczyński nie uczestniczył w tych rozmowach, a to jemu dzisiejsza opozycja przypisuje właśnie tę fraternizację.

Książka ma ponad 400 stron, więc trudno opisywać wszystkie zawarte w niej wątki. Niemniej niezwykle wciągające jest tło rodzenia się PC, kształtowanie się owego systemu partyjnego po stronie postsolidarnościowej po 1989 r., podejmowanie prób odwołania się do dziedzictwa partii z okresu międzywojennego. Nie było to łatwe, gdyż wielu postsolidarnościowych polityków, np. związanych z Socjaldemokrację RP opierało się na fundamentach PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza).

Autor sporo poświęca działalności politycznej obu braci Kaczyńskich, a także „Tygodnikowi Solidarność” kierowanym w pewnym okresie przez Jarosława Kaczyńskiego. Co ciekawe podział polityczny toczący się do dzisiaj pomiędzy PO (Platforma Obywatelska) a PiS zrodził się właśnie wówczas, kiedy to Kaczyński został nominowany na redaktora naczelnego „Tygodnika”. Ta niechęć środowiska Adama Michnika, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego… do Kaczyńskiego przerodziła się wręcz w nienawiść. Powodem stały się rozbieżności polityczne, czyli Mazowiecki reprezentował linię zachowawczą, a Kaczyński pełną niezależność, pisanie o sprawach, o których się dotąd nie pisało. Na łamach „Tygodnika” pojawiły się teksty osób publikujących dotychczas w prasie podziemnej, jak Teresa Bochwic, Krzysztof Czabański, Wojciech Giełżyński, Teresa Kuczyńska, Jacek Maziarski, Piotr Wierzbicki…

Historia samego PC jest niezwykle frapująca. Chociaż chyba najciekawsze i najmniej znane są wątki ukazujące różnice ideowe i programowe między PC a środowiskami niepodległościowymi i to od samego początku, czyli od 1990 r. Interesujące są również kontakty z chadecją europejską (Europejska Partia Ludowa), dla której „Kaczyński stał się pierwszym rozczarowaniem”. Autor swobodnie porusza się po ponad dekadzie funkcjonowania PC. Przedstawia poszczególne rządy, atmosferę wyborów zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich, a także PC pełniącego rolę opozycji pozaparlamentarnej.

Kontynuacją PC stał się PiS, który jest ważną partią na politycznej scenie Polski. Autor prezentuje działalność PiS-u w latach 2001-2022, przedstawiając zarówno jego wzloty, jak i upadki. Porównuje idee, program, metody działania z PC i opisuję rolę PC jaką pełni w PiS. Przy okazji przedstawia zachowania różnych polityków PiS wywodzących się z innych środowisk politycznych niż PC. W podsumowaniu podkreśla, że co prawda PC miało mniejszą siłę przebicia niż PiS to obie partie miały i mają ogromny wpływ na kształt III RP. To „ze środowiska politycznego PC wywodziło się pięciu z siedmiu premierów Polski po 1989 r. Miało ono również istotny wpływ na objęcie urzędu przez trzech z pięciu prezydentów RP od 1990 r., pochodzących z wolnych i bezpośrednich wyborów”. Można więc stwierdzić, że PC to fenomen w polskim środowisku politycznym i niezależnie od tego, czy ktoś się nim zachwyca, czy raczej działalność PC jest dla niego kontrowersyjna, a nawet bulwersująca, to dobrze się stało, że ukazało się właśnie takie opracowanie.

Opracowanie „Porozumienie Centrum” Adama Chmieleckiego ukazało się nakładem wydawnictwa Neriton dzięki wsparciu Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Czesławie Kiszczaku: Czerwony gestapowiec

19 października 1925 r. w Roczynach koło Andrychowa urodził się Czesław Kiszczak, funkcjonariusz Informacji Wojskowej, od 1973 r. szef wywiadu wojskowego, jednocześnie zastępca szefa Sztabu Generalnego WP (1978); w latach 1979–1981 szef Wojskowej Służby Wewnętrznej; od lipca 1981 do 1990 r. pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych.

Kiedy zmarł 5 listopada 2015 r., istniały obawy, że zostanie pochowany na Powązkach Wojskowych, spoczął jednak na cmentarzu prawosławnym. Dlaczego tam? Wiele wskazuje na to, że był Ukraińcem – mówi mi biograf Kiszczaka, dr Lech Kowalski.

Karierę zaczynał w… Austrii, gdzie w czasie II Wojny Światowej został wywieziony na przymusowe roboty. Po wkroczeniu Sowietów do Austrii, jako młody komunista i syn przedwojennego komunisty współorganizował na miejscu milicję. Po powrocie do Polski wstąpił do PPR.

Pracował w kontrwywiadzie wojskowym, nawet wśród swoich zyskując opinię gestapowca. Został wysłany do Londynu, gdzie rozpracowywał środowisko polskich emigrantów z kręgów wojskowych. Jego raporty przyczyniły się do aresztowania i procesów, pod sfingowanymi zarzutami, wielu przedwrześniowych oficerów WP.
W 1957 r. ukończył szkołę wojskową w ZSRS i jak sam podkreślał, był jednym z niewielu, którzy zdobyli wyższe wykształcenie nie mając matury. Po powrocie do PRL piął się po szczeblach kariery, aż stał się zaufanym człowiekiem Jaruzelskiego. W latach 70. na wniosek Moskwy uznającej Kiszczaka za „sterowalnego” wraca do kontrwywiadu wojskowego. W 1978 r. zostaje z-cą szefa sztabu LWP.

Czesław Kiszczak był postacią numer dwa czasów dyktatury lat 80. i prawą ręką Jaruzelskiego, który powierzył mu wszystkie resorty siłowe poza armią. Był jedną z 8 osób, które przygotowywały wprowadzenie stanu wojennego. Jak w każdej strukturze mafijnej Jaruzelski potrzebował też kogoś, kto będzie bezwzględnym wykonawcą jego rozkazów bez zadawania zbędnych pytań. Kiszczak nadawał się do tego idealnie. Szef MSW brał na siebie (i swoich ludzi) całą brudną robotę. Ilość aresztowanych, skazanych, zastraszonych, torturowanych czy wreszcie pobitych i zamordowanych świadczy o tym, że Kiszczak radził z tym sobie znakomicie.
Pod koniec lat 80 współtworzył koncepcję okrągłego stołu i „pokojowej transformacji”, która miała zapewnić komunistom miękkie lądowanie po upadku systemu. Tuż po zakończeniu obrad okrągłego stołu Jaruzelski desygnował go na premiera, ale w wyniku buntu, nawet ze strony ZSL i SD jego misja zakończyła się niepowodzeniem. Na prośbę Tadeusza Mazowieckiego objął tekę szefa MSW w jego rządzie i sprawował ją do lipca 1990 r., finalizując niszczenie akt SB i MSW, za wiedzą swoich przełożonych, w tym samego Mazowieckiego, któremu nie tylko przyznał się do tego procederu, ale oświadczył, że czyni to „dla dobra ogółu”.

Po 1989 r. Czesław Kiszczak kilkukrotnie stawał przed sądem, do więzienia jednak nigdy nie poszedł. Jego dorobek nie przeszkodził Adamowi Michnikowi okrzyknąć go „człowiekiem honoru” (z czego naczelny „Gazety Wyborczej” później się wycofał), a wielu byłym opozycjonistom stawać w obronie Kiszczaka jako architekta okrągłego stołu.

 

Kim są i czy ból języka sprawia im przyjemność? Odpowiada WALTER ALTERMANN: Sadyści językowi

Od kilkunastu miesięcy staram się tutaj pomóc w sprawach językowej poprawności wypowiedzi –  piszącym i mówiącym w mediach. I co? Nic, a może jeszcze gorzej. Zaczynam podejrzewać, że w gronie dręczących nasz język, depczących i pomiatających jego normami znajdować się musi spora grupa sadystów, którym sprawia chorą przyjemność, tak brutalne kaleczenie języka Polaków.

Czy sadyści są w większości nieznających, lub udających, że nie znają rodzimego języka? Nie wiem, ale coś musi być na rzeczy. Niemniej nic nie zmusi mnie, do zaprzestania mego zbożnego dzieła, czyli zwracania im wszystkim na błędy. Przejdźmy zatem do najnowszych przykładów.

Drogowe zmiany albo językowa katastrofa

Rzecznik prasowy Urzędu Miasta Łodzi, a więc osoba, od której z racji etatu, trzeba wymagać jasności i poprawności wypowiedzi, pisze 29. 09. 2023 roku: „Na najbliższe tygodnie zapowiada się duża intensyfikacja prac, sporej drogowej układanki robót, aby dopiąć drogowe inwestycje na ostatnią prostą. Pozwoli to przywrócić jeszcze w tym roku tramwaje na Bałutach. Od niedzieli zmiany na placu Kościelnym, od środy na Spornej i Smugowej”.

Jakie w tej wypowiedzi mamy błędy rzecznika? Cała jego wypowiedź jest okropnym błędem. Ale są też trzy fałszywe perełki:

1. Nie mówimy „na najbliższe tygodnie”, powinniśmy mówić „w najbliższych tygodniach”. A to dlatego, że tydzień jest miarą czasu, w którego naturze jest upływ, bieg, postęp. Natomiast „na” sugeruje jakąś płaszczyznę. I nie jest to płaszczyzna porozumienia między rzecznikiem a mną.

2. Rzecznik pisze: „…zapowiada sięsporej drogowej układanki robót”. Panie Rzeczniku, jeżeli w orzeczeniu ma Pan „zapowiada się” to dalej musi być „spora układanka robót”. Takie są związki syntaktyczne w języku polsikm. Innych nie ma i nie będzie. Istnieją w naszym (przynajmniej w moim) języku stałe związki: rządu, zgody i przynależności. Warto je poznać, przyswoić i przestrzegać. Bo nie znać ich nie przystoi, rzecznikowi.

3. Od biedy można: „dopiąć inwestycje na ostatniej prostej”, ale z pewnością nie na: „ostatnią prostą”.

Cały komunikat jest frywolny, żartobliwy i chyba pisany na serwetce w jakiejś kawiarni, albo na komórce. Młodopolscy poeci w kawiarniach, na serwetkach pisywali wierszyki dla kochanek. Ale rzecznik dużego miasta musi się zdecydować – być poetą czy jednak urzędnikiem, którego informacje powinny być konkretne i w żadnym stopniu nie mogą być pisane na „luzie”. A to dlatego, że wykopki drogowe w Łodzi są dla jej mieszkańców realnym i zupełnie niepoetyckim koszmarem.

Wybory na temat

W naszych stacjach telewizyjnych pojawił się nowy zwrot, w związku z nadciągającymi nieuchronnie wyborami. Otóż słyszę: „Te wybory są na temat”. Po czym dziennikarze mówią o polityce.

Według „Słownika poprawnej polszczyzny” profesora Witolda Doroszewskiego temat może być aktualny, drażliwy, interesujący, ważny. Mamy też temat przewodni, tematy polityczne.

Można przeskakiwać z tematu na temat, odbiegać od tematu.

 Słownik notuje również: mówić, pisać na jakiś temat. Ale uznaje za błąd: mówienie i pisanie o temacie. Doroszewski uznaje, że temat jest wyrazem nadużywanym w mowie potocznej i w języku urzędowym. Na przykład nie powinno się pisać na temat usprawnień, lepiej o usprawnieniach.

Za niepoprawne uznaje również słownik: Poglądy na temat czyjejś działalności, bo poprawnie można mieć poglądy na czyjąś działalność.

Jak więc widzimy „w temacie” tematu jest problem. Choć teoretycznie wszyscy musieliśmy pisać na jakieś tamaty w szkole. I teoretycznie wszyscy wiedzą, że temat jest klarownym wyłożeniem zadania do napisania, do rozmów i dyskusji.

Już Wojciech Młynarski pisał i śpiewał… w temacie Marioli…, co było satyrycznym zwróceniem uwagi, że poprawnie jest na temat, a w temacie jest błędem. Bo nie rozmawiamy w temacie, lecz na temat. Przecież kazali nam pisać wypracowania na temat. I nich tak zostanie.

Przy okazji… pamiętam świetny temat z języka polskiego w liceum, który był taki: „Droga jaką w powieści „Potop” przebywa Kmicic”. Temat był perfidny, bo bez przeczytania powieści człek mylił drogi Kmicica. Dlatego wymyślenie dobrego tematu jest dużą sztuką, tak samo jak dobrego tytułu. Bo fatalnym tematem wypracowania, czy dyskusji jest taki temat: „Bohaterstwo i niezłomność głównego bohatera…? Tak ustawiony temat nie jest żadnym tematem wypracowania, ale klepaniem formułek, lizusostwa i zidiocenia.

Natomiast oczywistym świadectwem niedouczenia i psucia języka jest powiedzenie, że: „Te wybory są na temat”. To jest niedopuszczalny w cywilizowanym świecie tzw. skrót myślowy. Ten skrót obnaża też wiedzę autora zwrotu tak w sprawie znaczenia pojęcia temat, jak i wybór.

Ale już nie będę sprawy ciągnął. Wybór to wybór, temat to temat, oczywiście można o wyborach rozmawiać, ale przecież nie z każdym.

Drewno sezonowe

W brytyjskim programie o remontach mieszkań pokazują dębową deskę, a lektor oświadcza:„Jest to drewno sezonowe”. Tyle tylko, że o drewnie sezonowym nikt jeszcze nie słyszał. Bo jakie miałoby być to drewno? Na lato i jesień, czy na zimę i wiosnę?

Oczywiście lektor, albo lektor i tłumacz są niechlujni, bo chodzi tu o drewno podsuszone, czyli sezonowane. Sezonuje się drewno trzymając je w tak zwanych sztaplach czyli sosach,  pod dachem, na powietrzu. Suszy się je też w specjalnych termicznych suszarniach. Przeciętnemu człowiekowi ta wiedza może być zbyteczna, ale skoro już o suszonym, czyli sezonowanym drewnie mówim, to mówmy prawdę.

Wosk czy lak?

W brytyjskim, odcinkowym programie o renowacji zabytków widzimy jak bohaterka odciska pięczęć w laku, ale lektor czyta, że to wosk. Słuchając tego jestem zakłopotany, bo wiedza o historii topi się jak lak, lub wosk… Szkoda takiej pomyłki, bo lak do odciskania pieczęci ma wielką historię w literaturze,  teatrze i filmie, przecież wszystkie ważne listy zawsze były lakowane, żeby posłaniec  listu nie przeczytał. Znaczenie laku, jako środka do zabezpieczenia tajemnicy korespondencji urzędowej, czy prywatnej zmniejszyło się, gdy do użytku weszły koperty klejone. Ale co tam wiedza, kiedy płacą tłumaczowi za linijkę tekstu, lub za minutę emisyjną, nie za wiedzę.

Efekt domina

Na internetowej stronie miasta Łodzi, dochodzi ciągle to samochwalstwa. I ja to rozumiem, wybaczam i uznaję za mało istotne. Czasami tylko szlag mnie trafia, gdy czytam językowe bzdury. Ostatnio ktoś z urzędu napisał, że po kompleksowym wyremontowaniu ulicy Włókienniczej mamy „efekt domina”, bo wokół zaroiło się już od następnych rewitalizacji.

Piszący chciał pochwalić swego pracodawcę, dać jasno do zrozumienia, że jest świetnie, ale wyszło bez sensu. Bo czymże jest „efekt domina”? Wystarczy przypomnieć sobie zabawę w pionowe ustawianie kostek domina, a potem lekkie popchnięcie ostatniej kostki – wtedy ta przewrócona przez nas kostka uderza w stojacą przed nią, ta trzecia uderza w czwartą … i tak do końca, po kolei upadają wszystkie kostki.

Zatem efekt domina ma w języku polskim, także na świecie, znaczenie negatywne, pejoratywne, a zwrot „efekt domina” oznacza klęskę jakiegoś systemu. I zawsze ta klęska zaczyna się od czegoś jednostkowego i małego, ale w efekcie mamy sporą katastrofę. Administratorowi miejskiej strony na Facebooku chodziło jednak o sukces. A wyszło śmiesznie.

Żeby to jeszcze dokładniej wyjaśnić – gdy upada jeden średniej wielkości bank – ostatnio w USA – to po nim sypią się, jak kostki domina, kolejne banki. Bo wszystkie były z sobą powiązane i wzajemnie się ubezpieczały – wtedy właśnie mówimy o „efekcie domina”.

A ten administrator strony Łodzi… nie on pierwszy i nie ostatni, licząc na sukces kończy na grubej katastrofie.

 

HUBERT BEKRYCHT: Nie dajmy pogrążyć dziennikarstwa

Kończy się kampania wyborcza i kończy się wizja tradycyjnego dziennikarstwa w Polsce. Nie zamierzam udawać, że nie wiem, czyja to wina. Otóż, za degradację i degenerację naszego zawodu odpowiadają politycy opozycji, głównie KO. Są oczywiście i inni odpowiedzialni za ten stan rzeczy, także – nieliczni, ale są – przedstawiciele prawicy, lecz to jednak główne przekazy medialne opozycji są wyjątkowo chamskie i tępe. A to, delikatnie mówiąc, nie wpływa dobrze na rozwój naszej żurnalistyki.

Jest kilkanaście minut do północy, za chwilę zacznie kompletnie nikomu nie potrzebna cisza wyborcza, którą – moim zdaniem – należy jak najszybciej zlikwidować. Zatem, jak najkrócej potrafię postaram się dowieść, że długo będziemy odbudowywać dziennikarstwo skutecznie degenerowane przez opozycję podczas tej kampanii.

Niechby tylko chodziło o media opozycji, czyli tzw. mainstreamowe, ale ta ohydna maź mieszana przede wszystkim przez KO i Lewicę wylała się na media publiczne, społeczne i po prostu prawicowe. Nie możemy o tym zapominać podczas pracy. Nie wystarczy narzekać, trzeba dziennikarstwo naprawić, po latach politycznych kleszczy. Od czasów „oszczędzania” komunistów po Okrągłym Stole, poprzez przemilczanie rzeczywistych powodów odwołania rządu Jana Olszewskiego, co owocowało powrotem układu komunistycznego wspieranego liberalną głupotą politycznych naśladowców wszelkich negatywnych skutków wolnego rynku aż na przesuwaniu granic pomiędzy życiem publicznym a dziennikarstwem i straszeniem nas przez polityków, straszeniem głównie przez działaczy opozycji.

Teraz, panuje moda na owe „przesuwanie granic”. Kiedy polityk opozycji nie chce odpowiedzieć na pytanie, wtrąca, że pytający dziennikarz jest „z innych niż uczciwe media” albo odpowiada pytaniem na pytanie albo prowokuje dziennikarza albo – jak Tusk zapytany o skandaliczne fakty z działalności rządu PO-PSL prezentowane w programie „Reset” –mówi do reportera TVP, że jest pijany, bo czuje od dziennikarza alkohol. Nie wyjaśnia, dlaczego ma lepszy węch niż pies myśliwski, bo dziennikarz był od niego o 10 metrów, ale gdy reporter – po godzinie – przywozi potwierdzony przez odpowiednie służby dowód, że nie pił napojów wyskokowych, Tusk „rżnie głupa” i nie przeprasza udając, że chodzi o coś innego niż chodzi.

To już nie Sławomir Nitras, który odbierający dziennikarzom głos, to już nie senator Krzysztof Kwiatkowski atakujący reportera, bo nie potrafi bądź nie chce odpowiedzieć na pytanie o jego rozmowy z ministrem sprawiedliwości Rosji w Łodzi tuż po tragedii smoleńskiej, to już nie Dariusz Joński, który kpi i prowokuje dziennikarzy, bo nie lubi pytań o swoją przeszłość w postkomunistycznej partii, to nie Michał Kołodziejczak, który dopuszczał do tego, że dziennikarzom podczas konferencji prasowej pod nogami wybuchały petardy – to Tusk, lider opozycji rozpoczyna wojnę z dziennikarzami, którzy nie są w stanie uwierzyć w to, iż opozycja zmieni nasz kraj i nie chowają się za „brakiem poglądów”.

Z przyzwolenia Tuska wzrasta niechęć do dziennikarzy od TVP i Polskiego Radia poprzez PAP, prawicowe media aż na mediach kierowanych przez ojca Tadeusza Rydzyka kończąc. Dostaje się czasem i niektórym przedstawicielom mediów „dobrych dla opozycji”. Tutaj reprymenda jest „przyjacielska”, bo poprzedzona telefonem do szefów.

W mediach jedni nie schodzą z obranej drogi próbując bronić dziennikarzy, inni próbują negocjować z opozycji a jeszcze inni nie robią nic. Pojawia się też wątek niektórych prawicowych polityków, którzy nie rozumiejąc mediów psują je, nawet, jeśli te media nie atakują prawicy. Na to też nie można sobie pozwolić.

Na pewno nie można jednak pozwalać na zastraszanie dziennikarzy przez opozycję, która skutecznie przed 2015 rokiem niszczyła media publiczne pielęgnując serwilizm w koncernach wspierających liberalne i lewicowe a nawet lewackie trendy w dziennikarstwie. Nie dajmy się, nie każda prawdziwa wiadomość jest propagandą, ale dbajmy też, o jakość przekazu.

 

Hubert Bekrycht

13 października 2023 r. – godz. 23.53

Miał medal od Łukaszenki i pogrzeb z honorami  – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o mordercy „Inki”

„Jak trudno umierać, gdy naście masz lat. Jak trudno zaśpiewać piosenkę. Gdy z pąka dopiero rozwijasz się w kwiat. Ze śmiercią wędrując pod rękę” – śpiewa Andrzej Kołakowski w pięknej piosence „Inka”.17-letnia Danuta Siedzikówna „Inka” umierała po wyroku śmierci, którego żądał występujący w roli prokuratora ubek Wacław Krzyżanowski. 13 października 2014 r. został pochowany z wojskową asystą honorową na Cmentarzu Komunalnym w Koszalinie.

Krzyżanowski był pierwszym stalinowskim „prokuratorem”, któremu wymiar sprawiedliwości III RP – w 1993 r. – zarzucił mord sądowy. 3 sierpnia 1946 r. dla „Inki”, sanitariuszki antykomunistycznego oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, zażądał kary śmierci. Krzyżanowski zarzucił Danucie Siedzikównie działanie w „bandzie Łupaszki”, nielegalne posiadanie broni i wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Tego ostatniego czynu nie udowodnił jej nawet podległy bezpiece „sąd” i nie potwierdziło dwóch z pięciu zeznających „dobrowolnie” w sprawie milicjantów, którym żołnierze „Łupaszki” darowali życie. Jeden z nich przyznał, że „Inka” opatrzyła go, gdy został ranny w walce z żołnierzami 5. Wileńskiej Brygady AK. Taki z Siedzikówny był „bandyta”.

Wstyd, czyli żart

Jak wojsko tłumaczyło zgodę na honory podczas pogrzebu płk. Krzyżanowskiego, oprawcy Danuty Siedzikówny „Inki”? „Był żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego, uczestniczył w bitwie pod Lenino” – wyjaśniał kpt. Zbigniew Izraelski z 8. Koszalińskiego Pułku Przeciwlotniczego.

Kto był wnioskodawcą? Związek Żołnierzy Wojska Polskiego z Koszalina. Wniosek o asystę wpłynął do Garnizonu Koszalin w dniu pogrzebu Krzyżanowskiego i została ona od ręki przyznana.

– Nie wiedzieliśmy, że jest to prokurator Krzyżanowski – tłumaczył się kapitan Izraelski. Czyli wojsko nie wiedziało, że emerytowany płk Wacław Krzyżanowski to… emerytowany płk Wacław Krzyżanowski, który odpowiada za śmierć „Inki”. Czy założono, że w Koszalinie mieszka dwóch emerytowanych pułkowników o tych samych personaliach? Formalnie zresztą ten morderca sądowy prokuratorem nie był.

Podobno wcześniej wojsko też było wysyłane na pogrzeby pułkowników z KBW i innych utrwalaczy „ludowej” władzy. Wnioski składał ten sam, co w wypadku Krzyżanowskiego, Związek Żołnierzy WP, skupiający wielu komunistycznych wojskowych. To taki odpowiednik warszawskiego Klubu Generałów, tylko w skali lokalnej.

„Wstyd. Zażądałem wyjaśnień od dowódcy Garnizonu Koszalin, który podjął taką decyzję” – napisał na Twitterze minister obrony Tomasz Siemoniak. I w trybie natychmiastowym odwołał ze stanowisk dowódcę oraz komendanta garnizonu Koszalin.

Żart polegał na tym, że panowie wkrótce zostali do pracy przywróceni.

Kto jest inwalidą?

„W dniu 10 października 2014 r. odszedł od nas na zawsze nasz Kochany, Wspaniały Tatuś, Teść, Dziadek i Pradziadek płk WP w st. spoczynku, prawnik Wacław Krzyżanowski, weteran II wojny światowej, Sybirak, inwalida wojenny” – można było przeczytać nekrolog w „Głosie Koszalińskim”. Bo Krzyżanowski służbę wojskową rozpoczął w 1943 r. w Dżambule (Kazachstan), należał do dywizji kościuszkowskiej, w ramach której brał udział w bitwie pod Lenino. Potem ten zesłaniec syberyjski stanął po stronie swoich czerwonych prześladowców. To taki Jaruzelski w mikroskali.

Rentę inwalidzką Krzyżanowski załatwił sobie w 2000 r., po odebraniu mu uprawnień kombatanckich. Jako schorzenia podał: psychoorganiczne otępienie, nadciśnienie tętnicze, miażdżycę, zespół stresu pourazowego. Początkowo ZUS odmówił mu renty, ale pułkownik wygrał w sądzie II instancji.

Prawdziwym inwalidą – po śledztwie w gdańskim WUBP – zostałaby, gdyby przeżyła – Danuta Siedzikówna „Inka”. Zwyrodniali ubecy bili ją i poniżali. Rozbierali do naga, a do jej celi wpuszczali żony funkcjonariuszy, którzy zginęli w akcjach przeciwko oddziałom Szendzielarza. Krzyżanowski tłumaczył się typowo: „Byłem młody. Wcześniej nie brałem udziału w żadnej sprawie sądowej. Zostałem skierowany na proces przypadkowo, bez przeszkolenia i przygotowania”. Faktycznie – nawet w świetle komunistycznej sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) Krzyżanowski nie mógł występować przed sądem. Nie był prokuratorem, bo nie ukończył (a nawet nie zaczął) studiów prawniczych i rzecz jasna nie zrobił także aplikacji. Ale kto by się w 1946 r. takim drobiazgiem przejmował? Dla komunistycznych pryncypałów ważne były inne jego kwalifikacje. Pełna dyspozycyjność i zaliczenie szkoły oficerów bezpieczeństwa w Łodzi.

Kolejne sprawy

Ale odnośnie do braku doświadczenia w występowaniu przed sądem w sprawach politycznych Krzyżanowski kłamał. 3 sierpnia 1946 r., dwie godziny przed sprawą „Inki”, oskarżał 19-letniego Hansa Baumana, gdańskiego Niemca, którego rodzina przymierała głodem. Pewnego czerwcowego dnia 1945 r. znalazł on w lesie karabin z kilkoma nabojami, upolował dzięki niemu sarnę, po czym broń zakopał. Zdobycznym mięsem Bauman podzielił się z mieszkającymi w jego domu Polakami. Wpadł wskutek donosu.

Po śledztwie, prowadzonym przez funkcjonariuszy PUBP w Miastku, Krzyżanowski oskarżył Baumana o nielegalne posiadanie broni i prowadzenie działalności wywrotowej, mającej na celu oderwanie Gdańska od Polski. Żądając dla niego kary śmierci, stalinowski „prokurator” twierdził, że oskarżony jest „wrogo ustosunkowany do państwa polskiego, spodziewał się wojny i niewątpliwie miał zamiar użyć karabinu w stosownej chwili przeciwko państwu polskiemu”. Z odnalezionych akt jednoznacznie wynikało, że Krzyżanowski samodzielnie przeprowadził śledztwo i sformułował akt oskarżenia. Bauman został rozstrzelany 9 sierpnia 1946 r. To druga zbrodnia sądowa w karierze „prokuratora”.
Tego samego dnia – 3 sierpnia 1946 r. – Krzyżanowski wnioskował o jeszcze jedną karę śmierci – dla 16-letniego Benedykta Wyszeckiego z Gdańska, u którego znaleziono w piwnicy kilka karabinów i amunicję (karabiny były bez zamków i zardzewiałe; chłopak przyznał się, że zbierał je na polach, by bawić się w wojsko). Podżegany przez Krzyżanowskiego komunistyczny „sąd” uznał, że Wyszecki dopuścił się przestępstwa z lekkomyślności, ale okazał się łaskawy, skazując go „tylko” na siedem lat więzienia. W przeciwnym wypadku Krzyżanowski miałby na sumieniu kolejną niepełnoletnią osobę.

Medal od Łukaszenki

A jak wyglądało ściganie Krzyżanowskiego po 1989 r.? Sąd III RP z siedzibą w Poznaniu stwierdził, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę odegrał on w procesach stalinizmu, i uniewinnił mordercę.

Krzyżanowski tłumaczył się, że „stalinowski system prawny miał charakter przestępczy”. Ale już on – funkcjonariusz tego systemu – przestępcą oczywiście nie był.

W PRL u ten „inwalida wojenny” otrzymał za swoją służalczość wiele odznaczeń i nagród. Czym tak zasłużył się komunistom? „Prokuratorem” w Gdańsku był do 1950 r. W wojskowym wymiarze sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) pracował potem na Śląsku i na Pomorzu, w 1976 r. zwolniony do rezerwy w stopniu pułkownika.

Historyk Piotr Szubarczyk przypominał historię związaną z Krzyżanowskim: „Do Koszalina przyjechała delegacja władz białoruskich, wręczając mu medal za zasługi wojenne. Ludzie Łukaszenki oświadczyli, że pamiętają o swoich kombatantach, nawet jeśli ci żyją poza granicami kraju. Krzyżanowski medal przyjął. Warto pamiętać, że jedno ze świąt państwowych Białorusi przypada 17 września, w rocznicę wyzwolenia od »jaśniepanów polskich«”.

„Niech żyje Polska”

Płk Wacław Krzyżanowski, morderca sądowy, dożył pięknego wieku 91 lat, a po śmierci miał piękny pogrzeb z kompanią reprezentacyjną Wojska Polskiego.
Danuta Siedzikówna „Inka” nie skończyła 18 lat. 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 w piwnicy gdańskiego więzienia przy ul. Kurkowej została rozstrzelana razem z Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem”. Ginęli z okrzykiem: „Niech żyje Polska”. Ich nie tylko kompania reprezentacyjna, ale też nikt inny nie odprowadzał. Komunistyczni bandyci zrzucili bohaterów do bezimiennych dołów, w których ich ciała leżały przez dziesięciolecia. Odnalazła je dopiero – na cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku – ekipa naukowców prof. Krzysztofa Szwagrzyka.

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Niemcy muszą zmienić rząd w Polsce?

Wiadomo, każde wybory są o wszystko, każde są „najważniejsze od 30 lat”, w każdych „musimy się zmobilizować, żeby nie dopuścić”. Ale ta kampania wyborcza jest jakoś dziwnie nerwowa. Wojna na Ukrainie, chaos w Izraelu, jakieś drgawki UE, wiadomo, ale wydaje się, że bez „innych szatanów”, którzy są tu i teraz wyjątkowo „czynni”, całej tej nerwowości wytłumaczyć się nie da.

Zauważyliście jak Scholz zaatakował Polskę bezpośrednio na wiecu? Że niby kilkaset wątpliwych i badanych przez polską prokuraturę przypadków wiz miało spowodować migracyjna katastrofę w Niemczech.

Niemiecka desperacja

Nie sprowadzanie na hura setek tysięcy, czy wręcz milionów nielegalnych imigrantów w imię polityki „Herzlich Willkommen” czy pod pretekstem lewicowej utopii multi-kulti, tylko kilkaset wiz wydanych przez Polskę. Przecież to się kupy nie trzyma. W dodatku łamie wszelkie dotychczasowe zasady niemieckiej polityki zagranicznej. Do tej pory chytrzy Niemcy od brudnej roboty mieli na posyłki Holendrów,  Belgów, czy Czechów. A teraz sam KANCLERZ musiał sobie pobrudzić ręce. Czyż nie świadczy to o wysokim poziomie desperacji?

Albo sprawa z odwróceniem (miałem to określić inaczej, ale nie chcę żeby ktoś miał przeze mnie kłopoty) Zełenskiego. Do tej pory takie rzeczy Niemcy robili w białych rękawiczkach, a teraz uszyli to nićmi grubymi jak liny okrętowe. Podobno nawet Amerykanie byli zdegustowani. A sprawie przyklaskiwały i winą obarczały Polskę głównie media niemieckie i media tych krajów, które są pod największym niemieckim wpływem. To jak bezczelnie instytucje europejskie znoszące unijne embargo na import (nie tranzyt!) ukraińskiego zboża, zostały wykorzystane przez Niemców do skłócenia Polski z Ukrainą, też raczej widać z daleka. Jeśli dorzucić do tego coraz bardziej nerwowe codzienne wiosłowanie niemieckich mediów dla Polaków w Polsce, mamy dość szeroki obraz histerii w jaką na punkcie Warszawy wpadł Berlin.

Dlaczego?

Najświeższym elementem złożonej odpowiedzi jest chyba tekst brytyjskiego „Daily Telegraph” – „Polska próbuje przejąć od Niemiec koronę przemysłowego centrum Europy”. Dlaczego to w ogóle możliwe? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ze wszystkimi problemami, Polska dynamicznie się rozwija. A po drugie dlatego, że Niemcy same podcięły sobie korzenie wzrostu.

Nie, 24 lutego 2022 roku Niemcom świat się nie zawalił. O ich ówczesnym stanie ducha świadczą opowieści ukraińskich dyplomatów, którzy zwrócili się wtedy do swojego „strategicznego sojusznika” o pomoc i usłyszeli, że „nie warto Ukraińcom pomagać, ponieważ Ukrainie zostało kilka godzin”. Trudno wobec tego nie odnieść wrażenia, że Niemcy nie byli jakoś szczególnie zaszokowani inwazją, a raczej oczekiwali jej szybkich efektów. Niestety, ich strategiczny sojusznik – Władimir Putin, skrewił. Wziął na Ukrainie w d. tak, że śmiech rozległ się we wszystkich strefach czasowych. I dopiero, wraz z docieraniem tej świadomości, Niemcom świat się zaczął walić.

A tak było pięknie

A tak było pięknie. „Wspólna” niemiecko-rosyjska – imperialna przestrzeń od Lizbony do Władywostoku, była w zasadzie na ukończeniu. Polska, która się jej koncepcji przeciwstawiała, właściwie osamotniona, po wyborach w USA opuszczona przez zamorskiego sojusznika, który w zasadzie oddał Europę w zarząd duumwiratowi Berlin-Moskwa. Tani gaz płynął do Niemiec szerokim strumieniem Nord Stream, a miał płynąć jeszcze szerszym. Gospodarki krajów unijnych spętane eko-szantażem, nie miały wyjścia, musiały w końcu przejść na system, w którym jedynym dysponentem kurka z rosyjską energią w Europie były Niemcy, które i tak już trzymały UE za mordę, choćby przy pomocy euro. I już, już miały wystrzelić szampany, sypnąć się konfetti i zagrać Odę do Radości z rosyjskim zaśpiewem, gdy nagle okazało się, że strategiczny sojusznik Władimir pokpił sprawę, wszystko schrzanił, sen prysnął jak bańka mydlana, a Berlin został z gaciami spuszczonymi do połowy uda.

Od tamtej pory Niemcy musieli sporo znieść. Kryzys wynikający z braku gazu, połajanki sojuszników, najbardziej bolesne ze strony pogardzanej Polski, niełaska Waszyngtonu zirytowanego ambiwalentną postawą, katastrofa wizerunkowa „moralnego mocarstwa” i dobijające przemysł kosmiczne ceny energii. No, ale nikt nie da tyle ile Niemiec obieca, więc Olaf Scholz obiecał co trzeba, że Niemcy zerwą wreszcie z prorosyjskimi mrzonkami, przestaną importować rosyjskie surowce, Ukrainie tyle sprzętu wojskowego obiecają, że się propagandowe niemieckie instytutu skichają ze szczęścia, a Ukraińcy z przekonania, że „oto strategiczny sojusznik nareszcie się zlitował i ustrategicznił”. A w ogóle to dokonają takiego Zeitenwende, jakiego świat nie widział.

Imperium kontratakuje

No a gdzie dzisiaj w rzeczywistości są Niemcy? Mogli przywrócić do działania swoje elektrownie atomowe, ale tego nie zrobili i najwyraźniej nie mają zamiaru. Przeciwnie, w Niemczech mówi się o naprawie zniszczonego w wyniku tajemniczego wybuchu gazociągu Nord Stream, przecież nie po to żeby nie wracać do dealu z Rosją. Mało tego, mówi się o tym, że pod „nalepką” kazachskiej, nadal sprowadzają rosyjską ropę naftową. Mało tego, nagle dziwnie wzrosły obroty handlowe Niemiec z niektórymi krajami postsowieckimi. Ukraińcy muszą się zadowolić obietnicami, ponieważ Niemcy spełniają tylko niewielką część obietnic, a o Zeitenwende mało kto już chyba pamięta. Jeśli ktoś nie widzi tego, że Niemcy przygotowują się jak rękawiczka na przyjęcie rosyjskiej ręki, to jest ślepy jak martwy kret.

W tym samym czasie „mocarstwo moralne” odzyskuje, jak pisze Grzegorz Kuczyński na łamach Tysol.pl, pole w Europie Środkowej, w ostatnim czasie zdegustowanej jego „zaskakująco” dwuznaczną postawą wobec rosyjskiej inwazji. Wynik wyborów na Słowacji Niemców raczej nie martwi. Fico jest „prorosyjski”? Doskonale. Antyamerykański? Świetnie. Jest też prounijny i to również doskonała dla Niemców informacja. Węgry? Wcześniej, podobnie jak Polska, chłopiec do bicia. Ale teraz i niemiecki przemysł widzi na, nie stroniących od kontaktów z Kremlem Węgrzech, perspektywy i UE przebąkuje o wypłacie KPO (podczas gdy oskarżenia o korupcję przy wydawaniu unijnych pieniędzy, akurat na Węgrzech, w odróżnieniu od Polski, mają pewne podstawy). Bułgaria i Rumunia zmiękły pod niemiecką ręką wchodząc w kompromis ws. ukraińskiego zboża. I w Chorwacji i w Słowenii Berlin może być zadowolony z rozwoju sytuacji i w Mołdawii ciężko pracuje na zadowalające efekty. O Ukrainie nie wspomnę, bo nie możemy jej powstrzymać przed kolejną próba nadepnięcia na niemieckie grabie.

Głupia Polska

I tylko ta głupia Polska stoi na przeszkodzie nie tyko w realizacji koncepcji niemieckiej Mitteleuropy, jakieś Trójmorze buduje ze szlakami komunikacyjnymi, które nie tylko nie są Niemcom potrzebne, ale są wręcz konkurencyjne. Śmie przyciągać firmy z Niemiec kusząc je niskimi cenami energii, a nawet w ramach procesu skracania szlaków dostaw, firmy wychodzące z Chin. Śmie podejmować konkurencyjne inwestycje infrastrukturalne, jakieś porty, lotniska, przecież to nie do pomyślenia! Staje okoniem desperackiej próbie zglajszachtowania europejskich państw pod niemieckim butem (no wiem, Morawiecki, ale jakoś tam staje). No i, co najważniejsze, przecież wielka „wspólna przestrzeń” od Lizbony do Władywostoku, nie powstanie z wielką dziurą w miejsce Polski w samym środku.

No to co pozostaje Niemcom, oprócz rzucenia wszystkiego co mają na próbę zmiany rządu (ze wszystkimi jego wadami, których jestem świadom) w Warszawie?

Durnie

Na koniec mam jeszcze przesłanie dla tych, którzy nie mogą się doczekać żeby się w tej niemieckiej „Europie” rozpuścić. Durnie. Sądzicie, że dostaliście zaproszenia do pełnienia ról równorzędnych Niemcom? Nie, nie macie szans nawet na rolę wice-Niemców. Taka oferta w ogóle nie leży na stole. To znaczy leży, ale skierowana wyłącznie do wąskiej grupy Waszych kierowników, którzy mają pełnić rolę swego rodzaju gubernatorów lebensraum nad Wisłą. Wam ma przypaść wyłącznie rola rynku zbytu i taniej siły roboczej. Niemcy potrzebują Was w zastępstwie chińskich niewolników, ponieważ Chiny, po zassaniu niemieckich technologii, coraz mniej Niemiec potrzebują, a i Wielki Brat zza Atlantyku jest coraz bardziej zirytowany zbliżeniem niemiecko-chińskim.

Na tym powozie nie dostaniecie wygrzanego miejsca obok niemieckiego pana. Waszą rolą będzie ten powóz ciągnąć w zaprzęgu. Dokonajcie więc przynajmniej intelektualnego eksperymentu i pomyślcie, czy nie lepiej ciągnąć wspólnie powóz, może nieco ciasny, ale za to własny?

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja mści się nawet na umarłych

Ataki na kondukty pogrzebowe i celowe niszczenie cmentarzy, na których chowani są polegli ukraińscy żołnierze, to kolejna zbrodnia wojenna rosyjskiej armii.

Miesiąc temu marszałek okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Konstantinow stwierdził, że Rosjanie nie rozliczają się z poległymi żołnierzami. Miał na myśli fakt z odległej przeszłości, że na Krymie znajdują się cmentarze żołnierzy angielskich, francuskich i włoskich z czasów wojny krymskiej.

Już wtedy jego słowa nie były do ​​końca prawdą, bo wszystkie te nekropolie są zaniedbane, nawet cmentarz żołnierzy rosyjskich. Teraz jednak rzeczywistość całkowicie obaliła zapewnienia Konstantinowa. Rosja wyrównuje rachunki nawet z martwymi przeciwnikami, robi to celowo i planowo. Na przykład 5 października wojska rosyjskie celowo wystrzeliły rakietę „Iskander” w kawiarnię we wsi Groza pod Charkowem dokładnie w tym czasie, gdy mieszkańcy zebrali się tam, aby uczcić pamięć swojego rodaka Andrija Kozyra, który zginął wraz z synem Denysem na froncie ukraińskim, a teraz został pochowany w rodzinnej wsi. W wyniku ostrzału zginęło 55 osób, w tym dziecko i wszyscy krewni Andrija Kozyra, a 6 zostało rannych. Życie straciła właściwie połowa mieszkańców tej wsi.

Ukraina poruszyła kwestię tej zbrodni wojennej na forum ONZ. Podczas przesłuchań przedstawiciel Rosji przy ONZ Wasyl Nebenzia oświadczył, że we wsi Groza pochowano „wysokiego szczebla neonazistę”, dlatego armia uznała ten pogrzeb za cel wojskowy i uderzył w „grupę nazistów”. Nie jest to prawdą, ponieważ w pogrzebie uczestniczyli tylko mieszkańcy wsi.

Ukraińscy śledczy postawili już zarzuty Wołodymyrowi Mamonowi i jego młodszemu bratu, 23-letniemu Dmytro Mamonowi, którzy od początku wojny przeszli na stronę wroga. To oni podali Rosjanom współrzędne kawiarni, wydając wyrok na swoich sąsiadów, z którymi ich rodzina mieszkała od dziesięcioleci.

Wydarzenia w podcharkowskiej wsi to tylko jeden z przykładów, że zemsta na martwym wrogu jest powszechną praktyką rosyjskiej armii. 11 października na przedmieściach Chersonia Rosjanie za pomocą drona zaatakowali procesję pamięci w pobliżu miejscowego cmentarza. Jak poinformował szef administracji wojskowej miasta Roman Mrochko, materiał wybuchowy z bezałogowca zniszczył pojazd przewożący zmarłego i ranił trzy osoby. Pozostałym uczestnikom pogrzebu udało się w porę uciec.

Ukraińska prokuratura twierdzi, że ataki na kondukty pogrzebowe i miejsca, w których odprawiane są nabożeństwa żałobne, a także celowe niszczenie cmentarzy, gdzie chowani są polegli żołnierze, stały się typową zbrodnią wojenną rosyjskiej armii.

WALTER ALTERMANN: Na kogo (nie) głosować, czyli poradnik obskuranta

Za chwilę wybory, a liczba wahających się jest, zdaniem stacji badawczych, ciągle bardzo duża. Istnieje możliwość, że część z dzisiejszych niezdecydowanych zagłosuje w końcu losowo, na chybił trafił. Nadto nawet jeżeli ktoś już teraz zdecydował się głosować na wybraną przez siebie partię, to i tak może popełnić ogromny błąd, zaznaczając na karcie do głosowania osobniczkę lub osobnika, na którego głosowanie jest wielce ryzykowne.

Powiedzmy wprost – kandydat kandydatowi nierówny. I na jednej liście, wśród dwudziestu kandydatów każdego z ugrupowań, z całą pewnością znajdzie się jeden, lub nawet kilku, na których oddanie głosu może dramatycznie zdestabilizować państwo. Oczywiście jeden szaleniec do tego nie doprowadzi, ale naprawdę może być ich więcej. Mamy bowiem, z wyborów na kolejne wybory, wzrastającą liczbę kandydatów nawiedzonych, niezbyt odpowiedzialnych i skupionych jedynie na sobie.

Niby to kandydaci przedstawiają na ulotkach, w mediach i na ulicach swoje poglądy, programy i obietnice, ale wprawne oko doświadczonego człowieka – za jakiego, bez krztyny zarozumiałości, się uważam – wychwyci z potoku słów i wiru gestów, prawdziwe charaktery kandydatów. Więc powtarzam – zbyt niestabilne osobowości kandydatów mogą być naprawdę groźne dla nas, obywateli.

Dlatego pozwalam sobie przedstawić pewne typy osobowości, na które trzeba uważać i nie głosować, żeby nie nabawić samych siebie i nas wszystkich ogromnych kłopotów.

Skąd się biorą posłowie i senatorowie

Przedtem jednak ustalmy skąd się biorą posłowie. Zgodnie z prawem posłem zostaje się po uzyskaniu odpowiednio dużej liczby głosów w głosowaniu powszechnym. Ale ważniejsze jest kto i jak zostaje kandydatem, kogo dane ugrupowanie na listę kandydatów zapisuje. Otóż praktyka wszystkich partii w Polsce jest taka, że na pierwszych miejscach list znajdują się przywódcy krajowi czy lokalni tych partii, potem idą znani działacze, znamienici naukowcy, artyści. Ci znajdują się niżej i ich szanse na zostanie posłem lub senatorem są znikome, ale „wzmacniają” listy, zbierając głosy, które potem wzmocnią kandydatów z pierwszych miejsc.

Najważniejsze jednak jest jednak pytanie – kto i dlaczego chce zostać posłem? Oczywiście mamy osobniczki i osobników, którzy o tym marzą, a to z dwu powodów.

Pierwszy powód – wydaje się im, że mają coś niezwykle istotnego do powiedzenia całej Polsce, coś fantastycznie jeszcze nieznanego światu, które oni jedynie objawią i załatwią. Na kilometr pachnie to paranoją, ale tak to z kandydatami jest naprawdę.

Drugim powodem, dla którego niektóre i niektórzy chcą zostać posłami lub senatorami jest nadzieja fajnej roboty. Na ulicy Wiejskiej jest ciepło, pod dachem, nie kurzy się i na kark nie pada – ekologia w czystej postaci. A do tego uznanie społeczne – bo to jednak przez najbliższe cztery lata jedynie do 460 osób będziemy się zwracać per Pani Poseł, Panie Pośle. I jedynie do stu będziemy mówić: Pani Senator, Pan Senator. Krótko mówiąc – u kandydatów miłość do samych siebie walczy o lepsze z szaleństwem, któremu na imię: Zbawienie Polski, Europy i Świata.

Czy posłowie i senatorzy są najlepszymi z nas? Nie, są jedynie tymi z nas, którzy bardzo chcieli być parlamentarzystami.

 Długowłosi i brodaci

Przede wszystkim nie należy głosować na zarośniętych. Zacznijmy od długich włosów u panów. Panie z ich fryzurami zostawiam w spokoju, bo nie jestem jeszcze tak mądry i tak stary, żeby zrozumieć kobiecą duszę.

Mamy zatem coraz więcej osobników zarośniętych niestandardowo. Są zaczeszkowcy, kucykarze, lokonosiciele, tapiranci i podcięci wysoko po bokach, jak dzisiejsi piłkarze lub dawniej nasi barokowi szlachcice. Wszystkich tych „ufryzowanych” łączy to, że bardzo dużą wagę przywiązują do owłosienia. I dlatego mam prawo podejrzewać, że osobnicy, tak zaangażowani fryzjersko, nie znajdą już czasu, sił i chęci na odpowiedzialne bycie parlamentarzystami. Miłość własna nie pozwoli im skupić się na niczym innym jak własne włosy.

To samo dotyczy nosiciele bród. Z tym, że broda wymaga jeszcze więcej czasu na pielęgnację, niż włosy na głowie. Najbardziej podejrzani są dla mnie panowie pod pięćdziesiątkę, którzy golą się maszynką z półcentymetrowym odstępem od skóry. Chcą wyglądać jeszcze młodo i bojowo, ale wieku się nie oszuka.

W naszej europejskiej kulturze broda znaczyła i znaczy siłę witalną i seksualną. Dlatego młodym przystoi mieć brodę. A niech tam sobie demonstrują swoją gotowość do prokreacji. Jednak starszym panom już nie wypada. A już jak najmniej wypada parlamentarzystom. Chyba, że – o czym jeszcze nie wiem – również i sale naszego parlamentu – są zdatnym do zalotów miejscem. Ale nie sadzę.

W ZEMŚCIE Dyndalski tak mówi do Cześnika, na wieść, że Cześnik chce się żenić:

Choć i starość bywa żwawa

Wżdy wiek młody ma swe prawa…

Biorąc to wszystko pod uwagę sam na włochaczy nie zagłosuję i innym też odradzam.

Krzykacze i szydercy

Jeżeli nasi parlamentarzyści są naszymi reprezentantami, to nie powinniśmy się za nich wstydzić. Od reprezentantów Polski w różnych dziedzinach sportowych wymagamy więcej, bo jak ciągle twierdzi prasa – „mają orzełki na piersi”. Tymczasem bardzo wielu naszych posłów i senatorów zachowuje się jak kibice na ważnym meczu piłki nożnej. Ligowej.

W studiach telewizyjnych, czym bliżej wyborów, tym częściej dochodzi do coraz bardziej gorszących zachowań. Nawet panie parlamentarzystki dają popis krzyków, machania rękami, dzikiego i szyderczego śmiechu. Tym z czytelników, których to nie dziwi, proponuję wyobrazić sobie takich gości na weselu czy imieninach. I to jeszcze przed wzniesieniem pierwszych kielichów.

Lubię ironię a nawet złośliwości w dyskusjach z udziałem parlamentarzystów, ale szyderstwo jest dzieckiem podłości, jest objawem „nieposzanowania godności człowieczej”, o konieczności zachowania której poucza nas kościół. A zdarza się przecież, że to właśnie przedstawiciele partii nawiązujących do wiary w Boga dają czasem niepohamowany upust szyderstwom, krzykom i brutalnej agresji.

Dlatego krzykacze i szydercy – którzy uczą nas wszystkich najgorszych zachowań – na pewno nie powinni znaleźć się w przyszłym parlamencie.

Bardzo pewni siebie wodzowie plemion

Następną grupą, na którą nie będę głosował są osobniczki i osobnicy, którzy zachowują się z nadmierną pewnością siebie, a często butą. Rozumiejąc, że każdy z nas ma prawo prezentować swój punkt widzenia, nie daję zgody na zachowania przypominające tańce wojenne pierwotnych kultur. Zresztą do dzisiaj tańce bojowe wykonywane są w celu zwiększenia agresji własnych wojowników lub jako demonstracje przed przeciwnikami własnych umiejętności, siły i determinacji. Te pierwotne z natury tańce i zachowania kultywowane są m.in. na Nowej Zelandii przez Maorysów, w Afryce przez Masajów i Zulusów oraz przez ludy tubylcze na Hawajach, Fidżi i Tonga.

W tych kulturach wodzowie krzyczą, pokazują języki, przewracają oczami, biją się po udach, wpadają w bitewny szał… co zresztą jest usprawiedliwione, bo o żadnej strategii lub taktyce nie ma tam mowy. Tamże atakuje się hurmem, grupą. Istnie tak, jak mawiał Pan Zagłoba: „Kupą mości panowie, kupy nikt nie ruszy”.

We współczesnej Europie każde działanie, każda istotna decyzja muszą być wypracowane mózgiem, nie pewnością siebie i pokrzykiwaniem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio doszło do poważnej ogólnopolskiej i ogólnoparlamentarnej debaty na jakiś ważny temat, przed podjęciem jakichś bardziej istotnych, strategicznych decyzji. Zamiast tego mamy trwający od dziesięcioleci festiwal wojennych tańców i śpiewów. Przy czym każda z partii tańczy osobno i sama siebie podnieca do ataku – na przykład na cyfryzację czy energię atomową.

A ponieważ zdaje mi się, że elektrowni atomowych od wojennych prezentacji sił, nam nie przybędzie, dlatego nie będę głosował na kandydatów, którzy nad argumenty przekładają popisy zwartości bojowej swych ugrupowań.

Artyści

Radziłbym też nie głosować na artystów. Oczywiście mam szacunek i uznanie dla ich talentów, które nas bawią i uczą, ale naprawdę parlament nie jest miejscem dla malarzy, aktorów i piosenkarzy. Uchylając rąbka tajemnicy osobowości artystów powiem, że są to jednak osobnicy skupieni na sobie, egotycy i ludzie zapatrzeni we własne wnętrza – i nie jest to zarzut. Takie cechy są przypisane od zawsze artystom, bez skupienia się na sobie nie byliby artystami. Jednak to, co daje im „osobniczą siłę ducha”, jest jednocześnie przeszkodą w sprawowaniu tak ważnych publicznych funkcji, jak bycie parlamentarzystami. Zwykle już po roku nudzą się i zamykają się w sobie. Przykro patrzeć, jak nam marnieją w oczach. I w telewizjach…

Profesorowie

Ostatnią grupą, na którą – moim zdaniem – z pewnością nie należy oddawać głosu są naukowcy, a szczególnie panie profesorki i panowie profesorowie. Ich niezdolność do bycia użytecznymi parlamentarzystami bierze się stąd, że rozpoczynając naukową karierę stają się częścią uczelnianego „społeczeństwa feudalnego”. Na szczycie drabiny stoi tam profesor nadzwyczajny, potem zwyczajny, potem doktorzy habilitowani, zwykli doktorzy, asystenci, doktoranci i na samym końcu… tępy, z założenia profesorów, student.

Wspinając się po szczeblach tej średniowiecznej drabiny każdy z przyszłych profesorów marzy, żeby w końcu samemu stanąć na jej szczycie. Jednocześnie nasiąka – mimochcąc – owym feudalnym sznytem, kulturą czapkowania i wymuszonej uniżoności wobec stojących wyżej. Oraz – co najgorsze – pobłażliwym traktowaniem wszystkich, którzy stoją niżej od wspinającego się w górę naukowca. I strach myśleć, co oni sobie myślą, o ludziach, którzy nawet nie zaczęli studiów…

W czasie dochodzenia na wierzchołek tej drabiny przyszły profesor opanowuje również wewnętrzny język nauki, Ów język ma taką cechę, że czym bardziej jest „naukowy”, tym bardziej jest niezrozumiały dla reszty „nieuczonego” społeczeństwa. Krótko mówiąc – nie można być bardziej społecznie wyalienowanym niż profesorowie naszych wyższych uczelni.

Oczywiście profesor jest łakomym kąskiem dla każdego z wodzów partyjnych, bo niejako daje partii stempel naukowości, powagi i odpowiedzialności. Oczywiście są i tacy odpowiedzialni profesorowie, tyle że w malutkiej mniejszości do ogółu profesorów.

Poza tym – jeżeli kogoś od młodości pociągała i wciągnęła nauka, to dlaczego nagle porzuca swoje kochane badania, swoje bibliotek, swoje laboratoria, środowisko i chce zostać posłem czy senatorem? Rozczarował się, zniechęcił, uznał, że dotychczasowa droga życia to pomyłka?

Naprawdę, profesorowie to bardzo niepewny materiał na parlamentarzystów. I dlatego – z całym szacunkiem dla nauki jako takiej – mówię profesorskim kandydatom – nie.