WALTER ALTERMANN: Nasze niechlujstwo, bylejakość nasza i straże miejskie nasze

Poznałem kiedyś młodego człowieka, który chciał startować w wyborach samorządowych z nietypowym hasłem, które było takie: „Kochani Mieszkańcy … – tu miało być wymienione miasto – niczego Wam poza szczerą prawdą o Was samych nie obiecuję. Jesteście brudasami, niechlujami, wandalami i nie nadajecie się do mieszkania w żadnym mieście. Myślę, że na nikogo lepszego niż ja nie zasługujecie”.

Kandydat obszedł z tym hasłem wszystkie miejscowe komitety wyborcze, ale żaden z nich nie reflektował na jego osobę. Co prawda jedna z partii wahała się i sugerowała zmianę hasła, na takie, które winą za smród, bród i całą nędze w mieście obarczałoby aktualną władzę.

I nadal nie ma w Polsce żadnej partii, która odważyłaby się rodakom powiedzieć choć ćwierć prawdy o nich samych. Wszystkie nasze partie łączy to, że winą za stan rzeczy obarczają przeciwników, lub straszą, że gdyby ONI przegrali, to TAMCI będą znacznie gorsi.

I nikt nie mówi rodakom, jak bardzo są okropni. Powiedział kiedyś Piłsudski, że politycy schlebiają swoim narodom, i tylko mężowie stanu chcą ich zmieniać. Ponieważ obecnie nie widzę nikogo tak odważnego, kto podjąłby się mówić nam wszystkim gorzką prawdę o nas, przeto pozwolę sobie – nie startując nigdzie – podjąć trud wytykania nam gorzkiej, niechcianej prawdy. Bo nie jesteśmy przecież wspaniali.

Co prawda w ogóle nie ma wspaniałych narodów i doskonałych społeczeństw, a my Polacy aniśmy gorsi, ani lepsi od innych, ale pisząc po polsku, będąc Polakiem zajmę się pobratymcami.  Amerykanów, Anglików i Francuzów pozostawiając na pastwę ichnich publicystów.

Niechlujstwo

  Patrzę z okna i widzę, że przy ścianie sąsiedniego bloku robotnicy szparko ustawiają rusztowanie. Cieszę się, bo to znak, że będzie remont elewacji, a lubię nowe, czyste elewacje. Potem jednak robotnicy skuwają stary tynk. I wtedy przestaję się cieszyć, bo widzę, że cały gruz budowlańcy sypią na całkiem ładnie – dotychczas – utrzymany trawnik.

Nie podłożyli wcześniej żadnej folii, żadnej starej plandeki. Nic nie podłożyli, skutkiem czego skute resztki tynku nieodwracalnie mieszają się z trawnikiem. Owszem większe kawałki robotnicy wywiozą, ale pył i drobniejsze kawałki zostawią. I wiem, bo już to widziałem, że na betonie kwiaty nie wyrosną – jak śpiewał Czesław Niemen.

I tak się zastanawiam… czy ci robotnicy nie byli w stanie przemyśleć skutków swego działania? A jak nie oni, to ich kierownik, właściciel firmy? Oni też nie myślą? A może myślą, tylko, że mają wszystko w głębokim poważaniu?

O, i to jest jedna z przyczyn naszego niechlujstwa – głęboka pogarda jednych rodaków wobec innych rodaków. Polak za Polakiem nie przepada, jeden do drugiego coś ma. Coś nieuświadomionego, ale niechętnego.

Zauważyli Państwo, że w obecnych tygodniach nawet zwolennicy tej samej partii rozmawiają z sobą językiem wojny? Kłócą się z sobą zwolennicy tego samego komitetu wyborczego, na wiecach partii, na którą chcą głosować. Zaczyna się tak, że jeden jegomość mówi coś przeciwko politycznym konkurentom, a drugi jegomość, nim tamten skończy, przerywa i mówi swoje… To znaczy mówi to samo, ale ON mówi, ON objawia swoje najgłębsze przemyślenia geopolityczne, krajowe i wojewódzkie. Tu wyjaśniam, że są to w 90 % teksty wygłaszane w stacjach telewizyjnych, które akurat wspierają daną partię.

Summa summarum – być może nasze niechlujstwo jest skutkiem szlacheckiej, staropolskiej antypatii do brata szlachcica? I chęci stawiania na swoim, choć to „swoje” nie jest własne, tylko telewizyjne? Może takie właśnie ma skutki dorastanie plebsu i chłopstwa do szlachetczyzny?

A może nie mam racji, co do przyczyn, ale wiem, że niechlujstwo nasze jest niezwykle trudne do zniesienia.

Bylejakość

Pisał już o tym Norwid, gdy pytał: „Jak to jest, że szlachcic, co nawet widział Venus z Milo, jak stawia stodołę to krzywo?”

Za komuny uważałem, że nasza bylejakość jest skutkiem ubocznym komuny właśnie. Zresztą w tamtych latach za wszystko obwinialiśmy komunistyczne władze, nawet za ulewne lata i mroźne zimy. Ale komuna minęła, a bylejakość pozostała w nas w najlepsze. Może jest wieczna?

Żeby pozostać przy zieleni w miastach. Zauważyłem, że przy dużych remontach ulic spora  część pozostałości gruzu, resztki cementu a nawet worki po cemencie zakopywane są na trawnikach. A właściwie pod trawnikami. Cały ten chłam zostaje potem przysypany cieniutką warstwą ziemi, na której sieje się trawę. Czasami rozsypuje się korę drzewną i sadzi się krzewy, a nawet drzewa. Potem następuje uroczyste otwarcie ulicy po remoncie, a władze się cieszą i szczycą.

Ale dlaczego wcześniej nikt nie pilnuje wykonawców remontów? Bo wszyscy urzędnicy prasują koszule, spódnice i garnitury na otwarcie. Dlaczego tak jest? Wyjaśnienia, że tak jest taniej nie przyjmuję. Raczej stawiałbym na wrodzoną niektórym bylejakość.

A ileż to inwestycji drogowych trzeba poprawiać, bo przystanek autobusowy jest za wysoko? A ileż to ulic zaraz po remoncie zapada się? Przywykliśmy do tego, do tej naszej bylejakości. I już w ogóle nas ona nie uwiera.

Czego strzegą straże miejskie

W pewnym mieście wojewódzkim „panował” do niedawna prezydent, który chciał mieć własną, miejską orkiestrę, żeby mu grała przed i po jego publicznych wystąpieniach. Ten pomysł w stylu Ludwika XIV upadł jednak, bo prezydent zakładał sobie, że w orkiestrze będą grali za darmo studenci wyższej szkoły muzycznej – w ramach obowiązkowych ćwiczeń. Studenci pomysł wyśmiali, a na opłacenie muzyków pieniędzy nie było.

Tenże prezydent był bardzo wrażliwy na formę. Na przykład beształ Strażników Miejskich, gdy nie oddawali mu honorów na korytarzach Urzędu Miasta. Prezydent był przekonany, że gdy wychodzi z gabinetu i idzie do łazienki, to co najmniej dwóch strażników powinno stawać w postawie zasadniczej i bić mu w dach.

Piszę o tym, bo od lat zastanawiam się jakie tak naprawdę mają obowiązki liczne w Polsce straże miejskie. Gdy powstawały mówiło się, że będą one pilnowały porządku i czystości w miastach. A skończyło się na tym, że głównie widać tę mundurową formację, gdy jej członkowie noszą wieńce przed prezydentami miast, w czasie państwowych uroczystości. I oczywiście jak sypią mandaty za parkowanie samochodem w złych miejscach.

I tak to z nami jest – wolimy pompy, uroczystości w stylu podniosłym, a do walki z niechlujstwem i bylejakością serca nie mamy. Pańscy z ducha jesteśmy i przyziemne zajęcia nas brzydzą.

 

WOŁODYMR SYDORENKO: Strzały i wybuchy w rosyjskich szkołach

Po zajęciu Krymu kult brutalnej polityki w Rosji rozwija się coraz bardziej. Skutkiem tego może być coraz większa liczba terrorystycznych ataków w rosyjskich placówkach edukacyjnych.

Przed zajęciem Krymu przez Rosję w 2014 roku w regionie tym nie dochodziło do żadnych wydarzeń terrorystycznych. W szczególności dzieci w przedszkolach i szkołach mogły się czuć bezpiecznie, nikt ich nie porywał, nikt do nich nie strzelał. Sprawa zastrzelenia studentów Politechniki w Kerczu w 2018 roku głęboko poruszyła mieszkańców Krymu. Większość postrzegała to wydarzenie jako operację specjalną FSB mającą na celu zastraszenie nauczycieli i stanowiącą pretekst do wprowadzenia wzmożonych środków bezpieczeństwa i policyjnego monitoringu sytuacji w szkołach. Jak zauważa RFE/RL, strzelanina w szkole kerczeńskiej była pierwszym tego typu wydarzeniem w historii Krymu „Są ludzie w Rosji przyzwyczajeni do takich ataków terrorystycznych, tragedii, zgonów i masowych morderstw. Niestety Krymczycy, którzy odnaleźli się w rosyjskich realiach, muszą się do tego przyzwyczaić. Wiele osób mówi to między sobą: >Czego chcesz, jesteśmy teraz w Rosji, musimy się do tego przyzwyczaić<” – opisywano.

Prawda jest taka, że ​​w rosyjskich szkołach i na uniwersytetach było wiele podobnych tragedii. Dziennikarze próbowali sporządzić przybliżoną listę takich tragicznych, wydarzeń. W latach 90. odnotowano tylko jeden taki przypadek – w 1997 r. w Wyższej Wojskowej Szkole Dowodzenia i Inżynierii Budowlanej w Kamyszynie 18-letni podchorąży Serhij Lepnyow zastrzelił innych kadetów z karabinu maszynowego. W wyniku masowego mordu zginęło 6 osób, 2 osoby zostały ranne.

Później zbrojne ataki na placówki oświatowe, czyli „strzelaniny w szkołach”, zdarzały się znacznie częściej.

1 września 2004 r. 32 uzbrojonych terrorystów wzięło jako zakładników ponad 1100 osób w Szkole nr 1 w Biesłanie i przetrzymywało je w zaminowanym budynku przez ponad dwa dni. Po pierwszych eksplozjach zakładnicy zaczęli uciekać z budynku. W wyniku ataku terrorystycznego zginęły 333 osoby (314 z nich to zakładnicy, 186 to dzieci), a co najmniej 783 osoby zostały ranne.

2 sierpnia 2011 roku w przedszkolu w Komsomolskiej nad Amurem doszło do eksplozji, ranna została pięcioletnia dziewczynka. Wszczęto postępowanie karne z artykułu „atak terrorystyczny”.

Po zajęciu Krymu kult brutalnej polityki w Rosji rozwija się coraz bardziej. Dlatego liczba ataków terrorystycznych w rosyjskich placówkach edukacyjnych tylko wzrosła. W 2014 roku były trzy takie przypadki. 3 lutego 15-letni uczeń 10. klasy uzbrojony w karabinek i karabin otworzył ogień w szkole nr 263 w Moskwie, w wyniku czego dwie osoby zginęły, a jedna została ranna.

20 października uczeń dziewiątej klasy uzbrojony w nóż i kij baseballowy zaatakował w jednej ze szkół w mieście Elektrostal. Ochroniarz szkoły zginął po tym, jak napastnik dwukrotnie uderzył go kijem i kilka razy dźgnął nożem.

4 grudnia były uczeń otworzył ogień z pistoletu pneumatycznego w sali gimnastycznej w Tomsku. Ranne zostały cztery osoby – dyrektor i trzech uczniów liceum.

W 2015 roku miały miejsce dwa ataki terrorystyczne w szkołach. 20 marca uczeń dziewiątej klasy otworzył ogień z pistoletu pneumatycznego w szkole nr 64 w Tomsku. Dwóch uczniów ósmej klasy odniosło lekkie obrażenia. Z kolei 30 listopada w budynku Liceum nr 62 w Saratowie, podczas zajęć pokazowych sztuk walki, podczas kłótni z trenerem karate, ojciec jednego z uczniów otworzył ogień z pistoletu. Trener zginął, dwóch kolejnych rodziców zostało rannych.

Rok 2016: 18 marca w mieście Nachodka na Kraju Nadmorskim 19-letni chłopak w gabinecie dyrektora szkoły zabił nożem 15-letnią dziewczynę, a następnie popełnił samobójstwo.

5 września 2017 roku w budynku Centrum Wychowawczego nr 1 w mieście Iwantiówka 15-letnia uczennica 9. klasy uderzyła siekierą nauczycielkę informatyki w głowę, a następnie postrzeliła ją w brzuch i twarz z wiatrówki. Później zaczęła detonować ładunki wybuchowe. Trzej uczniowie w obawie o swoje życie wyskoczyli z okna na drugim piętrze i doznali złamań. W wyniku ataku 4 osoby zostały ranne.

1 listopada w moskiewskim Zachodnim Zespole Kształcenia Ustawicznego odnaleziono ciała nauczyciela i ucznia. Uczeń zabił nauczyciela, opublikował zdjęcie zwłok w Internecie, a następnie popełnił samobójstwo.

Rok 2018 był rekordowy pod względem ataków terrorystycznych w rosyjskich szkołach. Oprócz strzelaniny w Kerczu doszło jeszcze do czterech innych tragicznych zdarzeń. 15 stycznia 16-letni były uczeń szkoły i uczeń 10. klasy uzbrojeni w noże przyszli na lekcje w czwartej klasie w szkole nr 127 w Permie. Napastnicy zaczęli dźgać dzieci i nauczycielkę (otrzymała 17 ran). Później przestępcy uderzali się nożami, próbując popełnić samobójstwo. W wyniku ataku rannych zostało 15 osób: 12 uczniów 4. klasy, nauczyciel i obaj napastnicy.

19 stycznia 15-letni uczeń 9. klasy szkoły we wsi Sosnowy Bir na przedmieściach Ułan-Ude (Buriacja) wrzucił do klasy koktajl Mołotowa i zaczął uderzać siekierą osoby wybiegające z budynku. W wyniku ataku rannych zostało 7 osób: nauczyciel i 6 uczniów, w tym sam napastnik.

21 marca 13-letni uczeń oddał kilka strzałów z pistoletu pneumatycznego w szkole nr 15 w mieście Szadrinsk (obwód kurgański) podczas lekcji, gdy nauczyciel opuścił klasę. Rannych zostało siedmiu uczniów 7. klasy.

18 kwietnia w szkole nr 1 w Sterlitamak (Baszkortostan) 17-letni uczeń 9. klasy poprawczej dźgnął nożem dwie 15-letnie uczennice (jedna z nich w panice wyskoczyła przez okno i została ranna).

10 maja 16-letni student otworzył ogień z karabinu myśliwskiego w filii Nowosybirskiej Wyższej Szkoły Technologii Transportowych w mieście Barabińsk. Po czym wyszedł na korytarz i popełnił samobójstwo.

W 2019 roku odnotowano cztery ataki terrorystyczne. 13 maja w sali gimnastycznej nr 7 w Kazaniu (Tatarstan) 17-letni uczeń 10. klasy wziął jako zakładników 4 nauczycieli i 12 kolegów, grożąc im nożem kuchennym i wiatrówką. 28 maja 15-letni uczeń siódmej klasy wrzucił do swojej klasy koktajle Mołotowa. Na szczęście nie zapaliły się. Przestępca uderzył jednak siekierą w głowę 12-letniego ucznia 6. klasy.

31 października pijany mężczyzna włamał się do przedszkola i zamordował 6-letnie dziecko. 14 listopada 19-letni student otworzył ogień w Wyższej Szkole Budownictwa i Mieszkalnictwa Amur w Błagowiszczeńsku (obwód amurski). Przestępca zaczął także strzelać do policji, która odpowiedziała ogniem. 3 osoby zostały ranne, 2 osoby zginęły, napastnik zastrzelił się.

2021 rok – pięć ataków terrorystycznych. 11 maja w Kazaniu – masowy mord w gimnazjum nr 175. 19-letni Ilnaz Galiawiew, były uczeń gimnazjum, spowodował eksplozję i otworzył ogień do osób znajdujących się w budynku. Zginęło 9 osób (7 uczniów i 2 nauczycieli), 32 osoby zostały ranne.

21 maja 17-letni uczeń 10. klasy dźgnął w gardło 74-letniego nauczyciela w Liceum nr 1 w mieście Berezniki w obwodzie permskim.

20 września 18-letni student Timur Bekmansurow popełnił masowe morderstwo na Uniwersytecie w Permie, otwierając ogień do ludzi ze strzelby. W wyniku ataku zginęło 6 osób, a 47 zostało rannych. 13 grudnia 18-letni absolwent gimnazjum Władysław Strużenkow zdetonował ładunek wybuchowy na werandzie gimnazjum w Sierpuchowie w obwodzie moskiewskim. W wyniku eksplozji 13 osób, w tym napastnik, zostało rannych.

Groza aktów terrorystycznych i ich liczba zaczynają jeszcze bardziej narastać po rozpoczęciu wojny na Ukrainie przez Władimira Putina.

W 2022 roku 28 marca w Krasnojarsku 19-letnia Polina Dworkina, po zabiciu ojca w domu, przyszła z karabinem gładkolufowym do przedszkola nr 31, została jednak rozbrojona i zatrzymana.

26 kwietnia 26-letni mężczyzna otworzył ogień w przedszkolu w wiosce Veshkaima w obwodzie uljanowskim. Najpierw zranił przed budynkiem asystenta nauczyciela, następnie wszedł do przedszkola, zastrzelił nauczyciela, który próbował go powstrzymać, zabił dwójkę dzieci w wieku 5 i 6 lat, a następnie zastrzelił się.

26 września w szkole nr 88 Iżewskiej Republiki Udmurcji jej absolwent, 34-letni Artem Kazantsev, otworzył ogień z dwóch pistoletów, zabił 18 osób (w tym 11 dzieci), ranił 23 osoby i zastrzelił się.

W 2023 roku, 3 kwietnia, w szkole nr 633 w Petersburgu uczeń dziewiątej klasy otworzył ogień z pistoletu pneumatycznego. W wyniku ataku czwórka dzieci odniosła lekkie obrażenia.

Psychologowie od dawna zauważają tendencję, że brutalna polityka państwa w stosunku do innych krajów i narodów prowadzi do wzrostu poziomu okrucieństwa jego ludności, co skutkuje większą liczbą wszelkiego rodzaju przestępstw. To nieszczęście wydarzyło się w Rosji. Teraz niezwykle trudno będzie się wyrwać się z tego błędnego koła, a najgorsze jest to, że wynikiem tego znów może być śmierć niewinnych ofiar.

 

O tym, co jest między zabawą a emocjami pisze WATER ALTERMANN: Sport zamiast

Jestem telewizyjnym kibicem, oglądam – trochę w nadmiarze – transmisje piłki nożnej, siatkówki, tenisa i snookera. Oglądam bo lubię patrzeć na zmagania sportowców z przeciwnikami i samymi sobą. Jednak nie jestem chyba typowym kibicem, bo sport traktuję jako dobrą rozrywkę – nie krzyczę, gdy nasi strzelają bramki, nie rozpaczam i nie popadam w melancholię, gdy przegrywają.

Dwa lata temu nasza najlepsza tenisistka Iga Światek weszła do wąskiego grona  najlepszych zawodniczek świata. Media i opinia publiczna – wyrażana w internecie – były zachwycone. Komplementom nie było końca. Pojawiły się też opinie i uwagi fachowców, z których większość jest fachowcami samozwańczymi. Gdzieś tak półtora roku temu Iga Świątek objęła tron i na 71 tygodni zagościła na pierwszym miejscu rankingu. Społeczność nasza była dumna, wzruszona i uniesiona polskością zawodniczki.

Nasza mała podłość

Oczywiście natychmiast pojawiły się również głosy sceptyków, szukających nieziemskich  wytłumaczeń takiego stanu rzeczy, to znaczy interwencji sił nadprzyrodzonych. Większości z Polaków nie mieściło się bowiem w głowie, że 21 letnia panna z Warszawy weszła na takie tenisowe wyżyny. Inni wiedzieli w tym sukcesie panny Świątek znak, że jesteśmy jednak narodem wybranym. Świątek zachowywała się w tym szaleństwie normalnie i mówiła, że stara się grać jak najlepiej, że nie wszystko jeszcze umie i cieszy się.

Tu zaznaczę, że bardzo niewielu piszących o „Zjawisku Świątek” mówiło, że to jest tylko sport, że w tej dziedzinie nie ma nic na zawsze i na stałe. Narodowa duma rosła, rosła, balon megalomanii z sukcesem zaczął się nadymać i nadymać… Aż pękł, bo Iga Świątek straciła pierwsze miejsce. Naprawdę nic się nie stało, bo obecnie jest druga. Tu powiedzmy od razu – panna Świątek osiągnęła największy sukces, od czasu gdy Polacy zaczęli grać w tenisa.

Ale z utratą korony zaczęło się nowe szaleństwo. Natychmiast pojawili się fachowcy – tacy,  co sami nigdy nie doszli nawet do pierwszej pięćsetki w rankingu – i zaczęli objawiać istna wściekłość. Podjęli zajadłą krytykę swej niedawnej idolki, wytykając jej wszystkie możliwe słabości, nieumiejętności i chwiejność charakteru nawet.

Wszystko to dowodzi jednego – jesteśmy narodem płochym i podławym. Kierujemy się bardziej emocjami niż rozumem, mamy wygórowane ambicje i oczekiwania – co zresztą wielokrotnie w tym miejscu podnosiłem.

Co zrobiłbym ja, gdyby spłynęła na mnie taka fala hejtu, podłości i nędznych opinii? Być może zacząłbym grać pod inną flagą? Mówiąc przy tym bardzo wyraźnie, że nie będę dostarczał satysfakcji rodakom, którzy są tak wredni.

Polski tenis

Z rzeczy śmiesznych należy zauważyć, że w momencie „królowania” Igi Świątek pojawiły się  głosy o polskim tenisie, polskiej szkole tenisa i różne inne polskie uniesienia. A przecież polski tenis i polska szkoła tenisa nie istnieją!

W ostatnich 50 latach ledwie troje zawodników z Polski zwędrowało wysoko – Wojciech Fibak, Agnieszka Radwańska i Iga Świątek. I z pewnością ich sukcesy nie były wynikiem jakiejkolwiek „polityki tenisowej”. Każda z tych trzech osób osiągnęła sukces dzięki samym sobie i rodzinom, bo uprawianie tenisa jest po prostu bardzo drogie.

Nasze miejsce w tenisowym świecie

W pierwszej dwudziestce rankingu WTA pań mamy reprezentowane takie kraje: Czechy 4 zawodniczki, USA 3, Rosja 3, Łotwa 2,  Białoruś 1, Brazylia 1, Francja 1, Grecja 1, Kazachstan 1, Polska 1,  Szwajcaria 1, Tunezja 1.

Natomiast w pierwszej dwudziestce panów mamy natomiast reprezentowane takie kraje: USA – 4 zawodników, Rosja 3, Włochy 2,  Australia 1, Bułgaria 1, Dania 1, Grecja 1, Hiszpania 1, Kanada 1, Niemcy 1, Norwegia 1,  Polska 1, Serbia 1,  Wielka Brytania 1.

Jednak pierwsze dwudziestki nie oddają polskiego problemu z tenisem, bo poza nami po jednym przedstawicielu ma więcej krajów. Właściwe miejsce Polski w tenisie oddaje klasyfikacja pierwszych setek zawodniczek i zawodników. A tu jesteśmy w bardzo słabi.

Wśród panów w pierwszej setce mamy jedynie Hurkacza, który jest 17. Następny z Polaków to Kamil Majchrzak, który jest na miejscu 240. W TOP 300 rankingu jest również Daniel Michalski – 269, Kacper Żuk jest 302, Maks Kaśnikowski 31,1 a Filip Peliwo 358. Krótko mówiąc – w pierwszej setce mężczyzn mam jednego Polaka a w pierwszej 400-setce ledwie 7. Polaków.

Trochę lepiej prezentują się Polki: Iga Świątek jest na 2. miejscu, Magda Linette jest 24. Magdalena Fręch jest 64. Potem mamy długachną przerwę i Katarzynę Kawę na miejscu 251. Weronikę Falkowską na miejscu 303; Maję Chwalińską na 413; Urszulę Radwańską jako 423; Martynę Kubkę na 481.

To nie są miejsca, którymi można się chwalić. Tym bardziej, że spośród wszystkich państw dawnych „demoludów” jesteśmy najgorsi. Piszę o demoludach, bo po 1989 roku wszystkie te państwa miały jednakowe szanse w tenisie. Myśmy swojej nie wykorzystali. Będąc na miejscu władz polskiego związku tenisa, widząc ten ranking – pochlastałbym się.

Ale nie, nasze władze tenisowe chwalą się Świątek i Hurkaczem… Jakby to były ich dwa wielkie sukcesy. Trochę to jest jest tak, jakby władze carskiej Rosji były dumne, że późniejsza noblistka Maria Skłodowska była dowodem na wysoki poziom edukacji w Priwislinskim Kraju.

Tenis jest oznaką poziomu cywilizacji

Tenis jest w świecie bardzo ważny, jest też świetną promocją państw. Bo dzisiaj tylko państwa wysoko rozwinięte należą do tenisowej elity. Świat docenia Igę Świątek, bo świat zna się na tenisie. Ale uznaje nas za tenisowego kopciuszka – zgodnie zresztą z prawdą

Zapytajmy więc, jak my Polacy opiekujemy się, jak wspomagamy nasz tenisowy świat? Ile mamy kortów tenisowych w Polsce? Ile klubów? Czy kluby tenisowe otrzymują  dotacje samorządowe i państwowe? Ile dostają, jeśli w ogóle?

Jeżeli chcemy być dumni z naszych tenisistek i tenisistów, to wspierajmy utrzymanie klubów, w których uprawia się tenis. Bo jak na razie, to tenis jest sprawą garstki zapaleńców, którzy i tak osiągają dużo. Jako społeczeństwo powinniśmy być dumni z rozwoju i poziomu tenisa w Polsce, z tego, że tak wielu Polaków gra w tę dyscyplinę, ale jak na razie nie ma z czego.

Kto ma prawo do dumy

Sport jest prywatną sprawą uprawiających go. Możemy być zadowoleni – jako Polacy – że mamy tak zdolnych i upartych w treningach rodaków. Ale duma? To chyba trochę za dużo. Matki i ojcowie Igi Świątek oraz Huberta Hurkacza mogą być z dzieci dumni, oni tak, ale my wszyscy pozostali?  Chyba, że ktoś wspiera finansowo kluby tenisowe, ten ma prawo do dumy. Ale reszta?

Jest też problem ontologiczny – kogo reprezentuje, na przykład – Iga Świątek? Z pewnością siebie samą. Gdy gra w zawodach międzynarodowych, to wtedy reprezentuje nasz kraj. Ale w normalnych zawodach touru WTA jest Polką grającą w tenisa. Ale… czy gdy odnosi sukcesy, zapuszczony fizycznie mieszczuch z Łomży czy Łodzi ma powód do dumy? Nie dopisujmy się do cudzych sukcesów. I nie miejmy pretensji jak zawodnikom nie idzie.

Kto nas reprezentuje

Polacy kochają piłkę, ale tylko wtedy, gdy naszym idzie. A nasi piłkarze nożni przegrywają ostatnio z kim się da. I natychmiast pojawia się fala pretensji do kopaczy, że mało ambitni, że lekceważą obowiązki reprezentanta. Każda kolejna ich przegrana jest automatyczni narodową klęską.

Nie jestem z tych, co tak tragicznie, gdy klęska – i euforycznie, gdy sukces – odbierają grę naszych piłkarzy. Bo to jest tylko sport. I myślę też, że nie jest dobrze, gdy sport tak mocno nas podnieca, bo są w kraju poważne problemy, które naprawdę powinny nas zajmować. I są sukcesy – poza sportem – które powinny nas cieszyć. Ale cóż – sport coraz bardziej staje się lekarstwem „zamiast”. To tak jakby na zapalenie oskrzeli lekarz zapisywał nam krople do oczu.

Tu pojawia się oczywiste pytanie, kto nas reprezentuje… Ano, mamy Prezydenta Państwa, premiera, ministrów, burmistrzów, radnych wszystkich szczebli – reprezentujących nas, bośmy ich wybrali. Nawet gdy nie głosowaliśmy na danego „przedstawiciela władzy”, to on i tak nas reprezentuje, zgodnie z zasadami demokracji. I od nich wymagajmy, cieszmy się z ich sukcesów, i krytykujmy, gdy zasłużą.

A sportem bawmy się. Pamiętając, że w zabawie także przegrana jest zapisana w jej  regulaminach. I znajdźmy sobie poważne problemy do zmartwień. Najpierw w nas samych, potem w naszych rodzinach i całym społeczeństwie. Wystarczy zgasić telewizor i otworzyć oczy na świat.

 

O tym jak się szarga dobre imię Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: Do moich podlaskich przyjaciół

Nie oglądałem filmu Agnieszki Holland. I nie mam zamiaru go oglądać. Nie istnieje bowiem artystyczna jakość, która warta byłaby obniżaniu bezpieczeństwa Polaków w sytuacji wojny za płotem. A tak postrzegam to co zrobiła Agnieszka Holland.

Sądząc ze zwiastuna, omówień i wywiadów samej reżyser, a także zachwytu ze strony rosyjskiej i białoruskiej propagandy, jej „dzieło” doskonale wpisuje się osłabianie na arenie międzynarodowej pozycji Polski, która tak bardzo przeszkadza z jednej strony imperialnym planom Rosji, a z drugiej imperialnym planom Niemiec.

Holland

Równie dobrze „dzieło” mogłoby być zadedykowane „tragicznie zmarłemu” zdrajcy i dezerterowi Emilowi Czeczce, który przecież opowiadał białoruskiej telewizji mniej więcej to samo.

Agnieszka Holland jest wyjątkowym w polskiej kinematografii przykładem reżysera, który coś potrafi. Jej „Zabić księdza” czy „Europa, Europa” z całą pewnością przejdą do historii polskiego kina. Wielka szkoda, ze wiedziona jakimś dziwacznym emocjonalnym korkociągiem, zakończonym bezmyślną nienawiścią i żałosnym hasłem „żeby było tak jak było”, zeszła na pozycje taniego propagandysty realizującego zamówienia polityczne najbardziej radykalnych środowisk.

Nielegalna imigracja

Czy nielegalna imigracja wiąże się z ludzkim nieszczęściem? No pewnie. Wiedzeni reklamą przemytników ludzi i rosyjskich oraz białoruskich służb ludzie, wykorzystywani są jako swego rodzaju broń przeciwko krajom, które przeszkadzają Kremlowi w radosnej konsumpcji Ukrainy. Płacą spore pieniądze za wycieczkę do Mińska, bo ktoś im nakłamał. Czasem trafiają na podlaskie bagna, gdzie ratuje ich polska Straż Graniczna. I nie, nie są w większości ani rodzinami z dziećmi, ani kotami z Afganistanu, lekarzami, inżynierami, ani nawet Ibrahimem płynącym kilka dni rzeką według relacji rozhisteryzowanych aktywistów. Za to z całą pewnością rosyjskie i białoruskie służby rozmieściły pośród nich terrorystów i sabotażystów.

To co z tym trzeba robić? Poszerzać szlaki przemytu? Wspierać przemytników i rosyjskie i białoruskie służby w ich procederze, jak chcieliby aktywiści i pani Holland? Czy też raczej zamykać szlaki przemytu, odbierać sens operacji hybrydowej. Robić rzeczy oczywiste, bronić swojego domu, bo mamy do tego prawo. Mamy prawo bronić swojego bezpieczeństwa.

„Podlaski szmalcownik”

Nie w tym rzecz jednak żeby się tu wszyscy z Krysztopą zgadzali, nie ma takiego obowiązku, ale chciałbym się tu zwrócić do moich podlaskich przyjaciół. Szczególnie tych „kulturowo aspirujących”. Najczęściej dobrych ludzi, ale im bardziej wykształconych, tym bardziej naiwnych, dla których tacy ludzie jak Agnieszka Holland są „autorytetami”.

Wiem, że ten film obejrzyjcie. Oglądajcie, na zdrowie. Ale kiedy będziecie oglądać, zwróćcie proszę uwagę na to jak Holland portretuje mieszkańców Podlasia. Jako tych, którzy „nie wiadomo co zrobią” kiedy zwróci się do nich imigrant z prośbą o pomoc (tak jakby informacja przekazana Straży Granicznej ratującej durniów na bagnach, była prawie jak donos na gestapo, a aktywiści byli rozstrzeliwani przez Straż Graniczną za „pomoc imigrantom”). Sądząc z żenujących holokaustiańskich „metafor” używanych przez Holland w wywiadach, i tutaj trudno się nie doszukiwać metafory „podlaskiego szmalcownika”. Tak „Wielka Pani Reżyser” widzi Waszych dziadków, rodziców, sąsiadów. Tak widzi Was. Jako amoralnych dzikusów. Choć pewnie żadnego nie zapytała o opinię i żadnego nie poznała.

Ten film zepsuje Polsce opinię. Agnieszka Holland nie zrobi podobnego o tym jak miliony Polaków pomogły milionom Ukraińców. Zostanie tylko ten propagandowy produkcyjniak, który „rozgrzeszy” tych na Zachodzie, którzy pomoc Ukrainie mieli w nosie i da im pretekst żeby Polsce i Polakom nie pomagać jeśli, co nie daj Boże, będą potrzebowali pomocy.

Więc niech przynajmniej przyniesie choć tyle dobrego, żeby wywołać w kimś dysonans poznawczy i weryfikację listy „autorytetów”.

Będziemy wolni! – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI opisuje jak żołnierze AK rozbili ubecką katownię w Radomiu

Latem 1945 r. zbrojne poakowskie podziemie postanowiło rozbić dwie ubeckie katownie – w Kielcach i Radomiu. Kielecka akcja, którą dowodził Antoni Heda „Szary”, była już wielokrotnie opisywana. Mniej znane jest brawurowe uderzenie na Radom. 9 września 1945 r. oddziały pod dowództwem Stefana Bembińskiego „Harnasia” na pół godziny opanowały miasto, zdobyły więzienie i uwolniły aresztowanych, w większości swoich organizacyjnych kolegów.

9 września 1945 r., ok. godz. 20.00 grupa szturmowa dowodzona przez „Harnasia” wjechała czterema wojskowymi samochodami do centrum Radomia. Grupy ubezpieczające obstawiły budynek Urzędu Bezpieczeństwa, komisariatu MO oraz pilnowały skrzyżowań ulic i głównych dróg dojazdowych do miasta.

 „Radość nie do opisania!”

Bembiński dysponował w sumie ok. 135 żołnierzami. Dodatkowym wsparciem było kilkunastu żołnierzy z radomskiej konspiracji, których zadaniem było dokonywanie w różnych częściach miasta działań dywersyjnych.

„Harnaś” wspominał w książce „Te pokolenia z bohaterstwa znane” (1996 r.):„Grupa uderzeniowa doskoczyła w pobliże drzwi wejściowych więzienia. Andrzej Szymański podał gamona (angielski granat) kapr. »Żandarmowi«, ten uzbroił gamona, przylepił do stalowych drzwi. Odskoczyli. Nastąpił wybuch. Wtargnęli do środka. Obsługa więzienna oddała klucze”.

Żołnierz „Harnasia”, Henryk Skurkiewicz „Olszak” (w lutym 1945 r. aresztowany przez UB, sądzony razem z 44 innymi AK-owcami, skazany na dwa lata więzienia i osadzony w radomskiej katowni), opowiadał o sytuacji wewnątrz więzienia: „Już po zapadnięciu zmroku usłyszeliśmy strzały w pobliżu więzienia. Było nas w celi siedmiu. Porwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Nie wiem, jak inni, ale ja od razu wiedziałem, co to oznacza. Usłyszeliśmy okrzyki »hurra, hurra« i potężny wybuch, który wstrząsnął budynkiem. Właśnie wysadzono bramę. Idą po nas! Będziemy wolni! Radość, radość nie do opisania!”.

Z więźniów żołnierze

Jeden z żołnierzy „Harnasia”, Jan Pająk „Sęp”, opisywał dalszy przebieg akcji: „Po wywaleniu bramy wpadliśmy hurmem do środka i przez podwórze przedostaliśmy się na więzienne korytarze. Strażników znaleźliśmy w dyżurnym pokoju. Nie stawiali oporu, zachowywali się spokojnie”.

„Harnaś” relacjonował: „Strażnik więzienny Franciszek Małecki z własnej woli pomagał otwierać cele. Potem dostał za to wyrok: kilka lat więzienia. Obsada niektórych cel uwolniła się sama, wyważając drzwi za pomocą desek z rozbitych prycz”.

Henryk Skurkiewicz „Olszak” pisał: „Nie czekając na pomoc z zewnątrz – wywaliliśmy drzwi ciężką, olbrzymią ławą i wybiegliśmy na korytarz. Usłyszałem wtedy wołanie »Olchy«, kolegi z oddziału: – Gdzie »Olszak«? Odezwij się!
Słyszałem, jak wypytywał o mnie, zawiedziony, że nie znalazł mnie w celi nr 1, z której przed kilkoma dniami przeniesiony zostałem do celi numer 23 na drugim piętrze. Kiedy mnie szukał – już zbiegłem po schodach. Przywitanie nasze było radosne i serdeczne. Nie było jednak czasu na rozmowy! Dostałem bergmana i włączyłem się do akcji. Byłem znowu żołnierzem, nie więźniem”.

 „Dziękuję i życzę szczęścia”

Dowódca Stefan Bembiński „Harnaś” pisał o wyprowadzaniu ludzi z murów katowni: „Ustawienie w czwórki oswobodzonych, zaprowadzenie jakiegokolwiek porządku trwało długo. Z okien nad nami oklaskami i okrzykami dziękowali nam radomianie. Z więzienia wybiegł pchor. Wacław Biernacki »Zawój«, meldując, że akcja zakończona. Poleciłem trębaczowi dać sygnał o zakończeniu akcji. Wystrzelono pociski z rakietnicy. Bardzo wzruszony ruszyłem, prowadząc kolumnę przez plac Jagielloński na ukos do ul. Struga. (…) Dochodzimy wreszcie do Sportowej. Mówimy uwolnionym kolegom, że ci, którzy mogą dojść do swoich znajomych, do wsi, byle nie do swoich domów, są wolni. Zostaną ze mną tylko oficerowie, z którymi w najbliższych dniach pragnie mówić ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« (ówczesny inspektor Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj). Przypominam im, że UB zrobi wszystko, aby ich odnaleźć. Dziękuję i życzę szczęścia”.

„Harnaś” oceniał: „Nie znam dokładnej liczby uwolnionych więźniów. Jerzy Ślaski w swym wspaniałym dziele pt. »Polska Walcząca« przytacza liczbę ok. 300 osób. Myślę, że tylu uwolniliśmy. […] Według oceny naszego wywiadu, siły przeciwnika w Radomiu łącznie wynosiły około 3000 ludzi. Nie jest to liczba zawyżona. Biorąc pod uwagę niewspółmierność sił obu stron, taktyka zastosowana przez nas w tej akcji, to jest bezwzględna blokada wszystkich potencjalnych ognisk zapalnych przeciwnika poza więzieniem, była taktyką jedynie słuszną”.

A straty własne? W uderzeniu na radomskie więzienie zginęło trzech żołnierzy Armii Krajowej.

Skazani za AK

Wkrótce Stefan Bembiński „Harnaś” i Zygmunt Żywocki „Wujek” zostali aresztowani przez bezpiekę i ostatecznie trafili do więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie sądził ich znany kat AK-owców, zmarły już w III RP sędzia Mieczysław Widaj, który do końca życia pobierał wysoką emeryturę 9 tys. zł. Głównym zarzutem przeciw „Harnasiowi” i „Wujkowi” był udział „w związku Armii Krajowej mającym na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”.

Stefan Bembiński „Harnaś” opowiadał o procesie: „Dwudziestego szóstego lutego 1946 r., około godziny 9 wywołano mnie z celi. […] Wyrok był już przed rozprawą postanowiony, bo wysoki sąd w czasie rozprawy ignorował mnie zupełnie, jakbym już nie istniał. […] Przewodniczący sądu monotonnym głosem czytał wyrok i uzasadnienie. Przełożony mój, ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« otrzymał łącznie 10 lat więzienia, ja łącznie – karę śmierci i pozbawienie wszelkich praw na zawsze. Trochę zawirowało mi w głowie, jak po uderzeniu obuchem, ale stałem”. W akcie oskarżenia nie mogło zabraknąć „gwałtownego zamachu na więzienie w Radomiu”. Inni żołnierze „Harnasia” też ponieśli surowe konsekwencje.

„Nikt nam wolności nie darował”

Stefanowi Bembińskiemu „Harnasiowi” komuniści złagodzili wyrok, kolejno – na dożywocie i na 10 lat więzienia. Przetrzymywany w Rawiczu i we Wronkach, na wolność wyszedł w 1952 r., ale przez lata był szykanowany, nie mógł znaleźć pracy. Po październiku 1956 r. organizował w Radomiu oddział ZBoWiD-u i pełnił funkcję jego prezesa. W latach 80. zaczął działać w Solidarności, m.in. jako przewodniczący Sekcji Żołnierskiej przy Zarządzie Regionu Ziemia Radomska.
Pozostali uczestnicy radomskiej akcji po wyjściu z więzienia też byli represjonowani i mieli kłopoty ze znalezieniem pracy. Wielu – tak jak „Harnaś” – poparło następnie Solidarność i za działalność niepodległościową było internowanych w stanie wojennym.

W czerwcu 1989 r. Stefan Bembiński został wybrany na senatora ziemi radomskiej z ramienia Komitetu Obywatelskiego. 30 sierpnia 1989 r. na uroczystym posiedzeniu z okazji 50. rocznicy wybuchu II wojny światowej powiedział m.in.: „Ofiara krwi żołnierzy Września, walka i ogromne straty poniesione przez Naród Polski w okresie okupacji niemieckiej są tak wielkie, że możemy stwierdzić: nikt nam wolności nie darował. Myśmy ją sami wywalczyli, a stwierdzenie to tym bardziej podkreśla tragiczną sytuację naszego społeczeństwa, w jakiej znalazło się ono od połowy 1945 r. do mniej więcej 1956 r. Okres ten, okres zbrodni i pogardy dla społeczeństwa polskiego, musi trwać w pamięci narodu po to, aby nigdy więcej nie powtórzyły się podobne zbrodnie dokonane przez Polaków na Polakach. (…) Czas najwyższy skończyć z anonimowością, przemilczeniami i fałszerstwami”.

Stefan Bembiński „Harnaś” zmarł 1 stycznia 1998 r. w Radomiu. Jego słowa do dziś nie doczekały się realizacji…

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Wojna na Ukrainie wpędza Rosjan w depresję

Na depresję może obecnie cierpieć około 15 milionów obywateli Rosji, co stanowi ponad 10 proc. populacji tego kraju. To dwa razy więcej niż średnia dla całego globu szacowana przez WHO.

Według opowieści kremlowskich propagandystów, Rosjanie to najszczęśliwszy naród na świecie. Wszyscy cieszą się z sukcesów swojego kraju, z najbardziej postępowej polityki rządu na świecie, z poziomu życia i w ogóle – „nie znam drugiego kraju, w którym człowiek oddycha tak swobodnie”, jak powiedziane zostało w hymnie Rosji. Jednak w rzeczywistości wszystko nie jest tak radosne.

Jak podaje rosyjska gazeta „Kommersant”, analitycy Agencji Inicjatyw Strategicznych (ASI) podali, że według wyników jednego z ich badań w głębokiej depresji znajduje się obecnie około 15 milionów obywateli Rosji, co stanowi ponad 10 proc. populacji całego kraju. Takie dane przedstawiła niedawno dyrektor generalna ASI Swietłana Czupszewa w przemówieniu na V Forum Innowacji Społecznych Regionów w Moskwie.

Tym samym analitycy posługujący się metodami naukowymi ustalili, że Rosja jest jednym z krajów na świecie najbardziej dotkniętych depresją. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na depresję cierpi bowiem 5 procent dorosłej populacji globu. Co ciekawe, Rosja jest bardziej dotknięta chorobami psychicznymi nawet niż Ukraina, której ludność cierpi z powodu zbrodniczej i straszliwej wojny rozpętanej przez Putina na jej terytorium. I tak, według Światowej Federacji Zdrowia Psychicznego na Ukrainie, jedynie 8,4 proc. respondentów zgłosiło objawy odpowiadające klinicznemu rozpoznaniu depresji.

Według ASI do głównych przyczyn depresji w Rosji zalicza się długotrwałą chorobę samego respondenta lub osoby mu bliskiej, niespodziewaną śmierć bliskiej osoby, śmierć lub poważne obrażenia na froncie, długoletnią samotność, przemoc w rodzinie. Taka gradacja przyczyn depresji sugeruje, że duża część chorych na to schorzenie pojawiła się w wyniku wojny Rosji na Ukrainie. Jak podaje Ukraiński Sztab Generalny, na frontach zginęło już ponad 270 000 rosyjskich żołnierzy. Mogło więc spowodować to depresję w co najmniej 270 tysiącach rosyjskich rodzin, w których matki, żony i dzieci dowiadywały się o śmierci swoich bliskich.

Jak wiadomo, żołnierze, którzy wracają z wojny do spokojnego życia, nawet jeśli nie są ranni, również cierpią na pewne zaburzenia psychiczne. W wielu przypadkach zmienili oni swoje podejście do współobywateli, a nawet członków swoich rodzin, którzy nie byli na wojnie. A według ASI jedną z przyczyn głębokiej depresji jest długotrwała samotność i przemoc w rodzinie. Jak wynika z badań, każdego roku nawet 700 000 obywateli mogło spotkać się z przemocą w rodzinie. Można zatem stwierdzić, że większość przyczyn depresji Rosji ma swoje źródło w wojnie rozpętanej przez Kreml na Ukrainie, gdyż samotność, śmierć, choroby, okrucieństwo, sankcje ze strony społeczność światowej i niska jakość życia w Rosji, są ściśle związane z tą agresją. Wszystkie te czynniki prowadzą obywateli do niepokoju, utraty optymizmu, a ostatecznie do depresji. A od niej do nadużywania alkoholu i narkotyków, utraty więzi społecznych, braku optymizm co do dalszego życia, a ostatecznie do samobójstwa.

„Dziś, w nowoczesnych warunkach, nie możemy podejmować decyzji bez zweryfikowanych danych z różnych źródeł. Przeprowadziliśmy duże badanie, badając opinie osób z różnych aspektów sfery społecznej. Wiele osób boryka się z depresją i samotnością… Musimy zrozumieć, w jaki sposób polityka społeczna może odpowiedzieć na to wyzwanie” – podkreśliła Swietłana Czupszewa. Dlatego ASI wybrało do dalszych prac w tym kierunku ponad 50 sytuacji życiowych, dla każdej z nich „budowane są hipotezy i wybierane rozwiązania”. W najbliższej przyszłości agencja planuje rozpocząć pracę w regionach, dostarczając władzom obiektywny obraz sytuacji na ich terytorium i pokazując konkretne problemy obniżające jakość życia ludzi.

Na całym świecie środowisko medyczne jest zaniepokojone tempem rozprzestrzeniania się chorób psychicznych. Według przewidywań socjologów do 2030 roku depresja stanie się pierwszą przyczyną niezdolności ludzi do pracy.

Nie tak dawno temu niemieccy naukowcy z Uniwersytetu w Münster opublikowali wyniki swoich badań dotyczących rozpowszechnienia głównych zaburzeń psychicznych ofiar wojny. W toku pracy autorzy wykorzystali informacje z Uppsala Confused Database (Uppsala Data Program on Armed Conflikty – program do gromadzenia danych na temat zorganizowanej przemocy, założony na Uniwersytecie w Uppsali w Szwecji). Według naukowców około 1,45 miliarda ludzi na całym świecie przeżyło jakąś wojnę toczącą się w latach 1989 – 2015 i nadal żyło w 2015 r., w tym 1 miliard dorosłych. Na podstawie metaanalizy naukowcy oszacowali, że około 354 miliony dorosłych, którzy przeżyli wojnę, cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD) lub depresję. Spośród nich około 117 milionów cierpi jednocześnie na zespół stresu pourazowego i depresję.

Depresja wywołana wojną może mieć różny stopień nasilenia, od łagodnych, przejściowych epizodów smutku do trwałego stanu przygnębienia.  Oczywiście depresję można leczyć, ale w tym celu należy wyeliminować główne i najsilniejsze przyczyny – w przypadku Rosji jest to wyniszczająca społeczeństwo wojna na Ukrainie.

 

O zmianie w polityce historycznej Polski pisze TADEUSZ PŁŻAŃSKI: Ulmowie – odtrutka na kłamstwa

Dzięki Markowej o męczeństwu Rodziny Ulmów świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata a sprawcami niewyobrażalnych zbrodni byli Niemcy.

„Wśród tych, którzy zginęli za udzielanie pomocy Żydom, była rodzina Ulmów: Józef, będąca w stanie błogosławionym Wiktoria oraz sześcioro ich nieletnich dzieci. Wraz z ukrywanymi Didnerami, Grünfeldami i Goldmanami zostali oni zamordowani w swoim domu w Markowej 24 marca 1944 roku” – czytaliśmy w uchwale, jaką w 2016 r. Sejm RP – przez aklamację – złożył hołd wszystkim Polakom ratującym Żydów podczas II wojny światowej.

Muzeum im. Rodziny Ulmów otworzył w tym samym roku w Markowej na Podkarpaciu prezydent RP Andrzej Duda. Bo to sprawa państwowa. Głowa państwa jednoznacznie nazwała Polaków ratujących Żydów bohaterami, a ich oprawców, Niemców, mordercami. Tak samo jak 1 marca nie ma wątpliwości, że Żołnierze Wyklęci walczyli o niepodległy byt państwa polskiego, a druga strona – komunistyczna – to zdrajcy i zbrodniarze.

W sejmowej uchwale wyrażono też „uznanie dla samorządu województwa podkarpackiego, który poprzez budowę muzeum o ogólnopolskim charakterze pierwszy na tak szeroką skalę upamiętnił to nadzwyczajne bohaterstwo”. I faktycznie, to pierwsze – nie tylko w Polsce, ale zapewne na całym świecie – miejsce opowiadające o tragedii Żydów, ale uwzględniające rolę Polaków. Nie jako prześladowców, ale pomagających im ludzi. Pomagających naszym starszym  braciom w wierze, obywatelom – o czym często się zapomina – Rzeczypospolitej.

Mimo że sami byliśmy skazani na Holocaust, uratowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy naszych żydowskich sąsiadów.Podkreślmy, że we wszystkich pozostałych żydowskich muzeach na obu półkulach Polacy są przedstawiani zupełnie inaczej. Albo się nas przemilcza, albo przypisuje najgorsze cechy, na czele z rzekomym, wyssanym z mlekiem matki już od średniowiecza antysemityzmem – pogromowym, ludobójczym. Nawet część autorów polskich podręczników szkolnych pisze (a przynajmniej pisała), że w czasie wojny mordowaliśmy Żydów. W Wielkiej Brytanii polska młodzież wciąż musi się uczyć o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Dlatego muzeum Ulmów to odtrutka na artykuły w „Die Welt” czy „RIA-Nowosti” na kłamstwa Grossa, Bartoszewskiego czy Tokarczuk. Na przeprosiny za Jedwabne Kwaśniewskich czy Michników. Antidotum na filmy w stylu „Pokłosia” czy „Idy” i seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którymi Niemcy naszym kosztem mogą się wybielać. Dzięki Markowej i tamtejszemu muzeum świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. To dobra zmiana w polskiej polityce historycznej. Teraz czekamy na więcej. Czyli, na beatyfikację rodziny Ulmów.

CEZARY KRYSZTOPA: Generator beki niezamierzonej, czyli dyletanckie wersety opozycji – odc. 373

– Dlaczego Pisiory mają aż 37 procent poparcia? – zapytała pod postem z ostatnim sondażem Kantara jedna ze zrozpaczonych zwolenniczek Donalda Tuska – Bo opozycja jest tak durna, że aż trudno w to uwierzyć – odpowiedziałem (abstrahuję tu od wiarygodności sondaży).

Nie wiem jaki jest strategiczny plan Donalda Tuska, choć nie wygląda na to żeby miał coś wspólnego z wygrywaniem wyborów. Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk chce te wybory przegrać, a jednak trudno uwierzyć żeby w tym tajemniczym spisku uczestniczyła cała partia. Jak jednak tego nie zakładać, skoro inaczej trzeba byłoby przyjąć, że mamy do czynienia z wyjątkową w polskiej polityce po 1989 roku bandą kretynów.

Z pustymi rękami

PiS rządzi drugą kadencję. Jak każdą partię władzy, dotykają ją patologie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wiem ile z tego co Gazeta Wyborcza pisze o zdymisjonowanym wiceministrze Wawrzyku jest prawdą, nie jest to medium do którego mam choćby minimum zaufania, ale problem kiepskiej kontroli nad migracją istnieje i gdyby opozycja potrafiła złożyć dwa do dwóch, zapewne po kampanii partii rządzącej nie byłoby co zbierać. Tylko, że w tym celu trzeba dysponować jakąś minimalną wiarygodnością i powagą, a tą największa partia opozycyjna od dawna nie dysponuje. Szczeniacki sposób bycia jej lidera tym bardziej tu nie pomaga. I tak do kolejnych wyborów Platforma Obywatelska idzie z pustymi rękoma, durnymi grepsami i wszystkimi sklepami w okolicy poobrażanymi.

Generator

Ostatnim hitem Internetów jest platformerski „generator” memów z Jarosławem Kaczyńskim. Sztabowcy PO zlecili sztucznej inteligencji wytworzenie portretu Jarosława Kaczyńskiego z nienaturalnie wielkimi oczami i napisem „Ja jestem zagrożeniem”. Grafika pojawiła się na bilbordach i w Internecie. Już samo założenie, że twarz starszego pana z oczami jak z mangi kogoś przestraszy, wydaje się dosyć groteskowe, ale gdyby tego było komuś mało, powstał zamieszczony w sieci „generator” napisów do tej grafiki, przy pomocy którego internauci mogą dopisać czemu według nich zagraża Jarosław Kaczyński. W takich sytuacjach internautom nie trzeba dwa razy powtarzać.

Sieć zalana została platformerskimi grafikami, według których Jarosław Kaczyński jest zagrożeniem dla różnego rodzaju mafii, dla „Rudego i cwaniaków jego”, dla germańskich klakierów, dla „ryżego Donka”, dla „sołtysa z Chobielina”, dla Grupy Webera, dla „Hyżego Rója”, dla Belzebuba, dla folksdojczów, dla „przygłupów z PO”, dla europejskich szatniarzy, dla „niemieckiego rumaka” i „włoskiego ogiera”, dla aktywiszcza z Sopotu, dla pomagierów Baćki, czy dla Tuska.

Będzie na nas

To ostatnie wprawdzie nie powinno mieć miejsca, ponieważ równie zabawna jak sam „generator” jest lektura kodu źródłowego strony, w którym twórcy zapisali kilometr słów, których teoretycznie „nie wolno w generatorze użyć”. I tam pracowicie wyliczyli nie tylko nazwisko i przezwiska Tuska, ale również umieścili we wszelki odmianach „Niemców”, „Unię Europejską” czy „Brukselę”. Co ciekawe pod ich ochroną znalazły się również „Rosja”, „kacapy” czy „naziści”. Cóż to jednak za wyzwanie dla internautów, skoro wystarczy wstawić dodatkową spację żeby uzyskać autoryzowaną przez Platformę Obywatelską grafikę głoszącą, że „Kaczyński jest zagrożeniem dla bandy Ryżego”? A nie jest to pierwszy raz kiedy Platforma natka się na te grabie. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2015 roku była to akcja „Co na to Bronek”.

Naprawdę tak trudno było to przewidzieć? Tak się zastanawiam, może warto ich wszystkich jakoś zabezpieczyć? Wiele wskazuje, że sami dla siebie są znacznie większym zagrożeniem, niż Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo co im do głowy wpadnie, a jakby co to przecież będzie na nas.

 

Czas na dożynki – relacja MARII GIEDZ ze święta plonów w Gostomiu na Kaszubach

15 sierpnia, zgodnie z odwieczną tradycją, obchodziliśmy święto Matki Boskiej Zielnej (oficjalnie Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, a także święto Wojska Polskiego). 8 września przypada święto Matki Boskiej Siewnej (kościelne święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny). Okres pomiędzy tymi świętami, to najlepszy czas na dożynki, czyli święto plonów, stary słowiański zwyczaj chętnie kultywowany w różnych rejonach naszego kraju. Kaszuby są pod tym względem szczególne, gdyż od zawsze „trzymają z Bogiem”, więc wszystko musi być tak, „jak Pan Bóg przykazał”.

Na Pomorzu dożynki organizuje się więc zazwyczaj w okresie owych trzech tygodni pomiędzy świętami maryjnymi. W tym roku Gmina Kościerzyna – nie mylić z miastem, które pretenduje do bycia stolicą Kaszub, konkurując z Kartuzami – zorganizowała święto plonów w Gostomiu, maleńkiej wsi w sercu Kaszub, zamieszkanej zaledwie przez niecałe 200 osób, a dokładnie przez 175 osób. Teoretycznie w tejże wsi nic nie ma interesującego poza żwirownią i nowym, wzniesionym w 1992 roku kościołem, notabene filią starego, pięknego kościoła parafialnego w Stężycy. A jednak Gostomie ma coś w sobie, co przyciąga, co fascynuje i nawet nie jest to przyroda, gdyż żwirownia psuje krajobraz.

Ponoć w czasach przedchrześcijańskich było to miejsce sabatu czarownic, ale i miejsce kultu słowiańskiego bóstwa, mówi się też, że było tu grodzisko, gdyż nad wsią wznosi się Łysa Góra, czyli Łyska, druga co do wysokości góra na Kaszubach (225,3 m n.p.m.). I podobnie jak Wieżyca (329 m n.p.m.) ma swoją jasną i ciemną stronę, chociaż tylko jeden wierzchołek, za to rozległy. Ponoć na Łysce znajduje się miejsce spoczynku Smętka (słowiańskie bóstwo smutku, symbol zła oraz symbol niemieckiego okupanta…). Aleksander Majkowski, znakomity pisarz kaszubski, ale i polski, a także poeta i dziennikarz (żył w latach 1876-1938) na początku XX w. pisał, że we wsi tej mieszkała kaszubska szlachta. Niestety dosyć uboga, bo tamtejsze ziemie nie są urodzajne, więc zwano je „pustymi” albo „czystymi polami”.

Według tradycji w wigilię św. Jana, czyli w najkrótszą noc, chociaż niektórzy twierdzą, że działo się to w czasie zrównania dnia z nocą, czyli 21 marca, na Łysce obchodzono stary obrzęd szukania kwiatu paproci, palenia ognisk, a przede wszystkim ścinania kani (kania to ptak, który w kaszubskiej tradycji jest symbolem zła). U podnóża góry odbywały się też miejscowe sądy. Wierzchołek Łyski, był niegdyś łysy, niczym nie porośnięty, więc wzbudzał respekt, ale i strach. W okolicznych miejscowościach mówiło się, że to miejsce przeklęte, bo nie chciało na nim rosnąć żadne drzewo. Dzisiaj wszystko się zmieniło i rośnie tam gęsty las.

Zmiany zaczęły następować w okresie międzywojennym, kiedy ziemie te znalazły się w granicach Państwa Polskiego. Otóż w roku 1935 na Łysej Górze rozpoczęto budowę Pomorskiej Szkoły Szybownictwa Ligi Obrony Przeciwpowietrznej i Przeciwgazowej. Miejsce to odkrył Szczepan Grzeszczyk, jeden z ojców polskiego szybownictwa, gdyż w tamtych czasach szybowce (samoloty bezsilnikowe) wystrzeliwano z lin gumowych, podobnie jak kamień z procy, i właśnie warunki topograficzne Łyski o stromych zboczach, ale i klimatyczne o sprzyjających szybownictwu prądach powietrznych znakomicie się do tego nadawały. Inicjatorem budowy był wicestarosta kościerski o nazwisku Paszkiewicz. Powstały tam wówczas wielkie hangary na 8 szybowców. O nazwie Łyska zapomniano, bo zaczęto ją zwać „Bezmiechową Północą” w odróżnieniu od Bezmiechowej Góry w gminie Lesko na Podkarpaciu.

Podczas okupacji, a więc po 1939 r. Niemcy wykorzystywali to miejsce do prowadzenia kursów szybowcowych dla pilotów Luftwaffe. Po II wojnie światowej wydawało się, że wszystko powróci do normy. Niestety szkoła funkcjonowała jedynie do roku 1950. Potem cały ten teren zajęło wojsko. Utworzono stację radarową z olbrzymim bunkrem (dawnym hangarem) niewidocznym z góry. Rozlokowała się tam 221 kompania radiotechniczna wchodząca w skład 22 batalionu radiotechnicznego stacjonującego koło Chojnic. Ponoć jednostka była wyposażona w stacje radiolokacyjne typu JAWOR-M2. Niedaleko wzgórza znajdowały się koszary wojskowe. Jednostka została zlikwidowana pod koniec lat 90. XX w.

Do dzisiaj zachowała się metalowa brama, a za nią droga okalająca teren szkoły szybowcowej. W centrum owego terenu znajduje się spory wykop, z którego wchodzi się do owych betonowych hangarów, od góry zasypanych ziemią, na których rosną drzewa. W najwyższym punkcie wzgórza rozlokowano rowy, okopy i niewielkie bunkry (może z okresu wojny), a także okrągłą wieżę. Wszystko to wygląda tajemniczo, a zimą, kiedy spadnie śnieg, niezwykle malowniczo.

Tak więc Gostomie pozornie niewidoczne i przez wielu niedoceniane ma swoją „duszę”, magiczny urok, co czuło się również podczas dożynkowych uroczystości. Skromna msza św., ot taka zwyczajna, bez „pompy”. Skromne uroczystości, w których co prawda wzięło udział kilku znanych polityków, ale mimo zbliżających się wyborów parlamentarnych nie było żadnej agitacji. Za to składano życzenia rolnikom, a nawet niektórych wyróżniono. Zaprezentowano też interesujący film o samej wsi, a także o małżeństwie dożynkowych starostów: Arlecie i Adamie Cieszyńskich i to bez wymieniania ich zasług. Pokazano ich zwykłą, codzienną, ciężką pracę. Podobnie było z dekoracjami wsi – bez przepychu, ale niezwykle pomysłowo, czego przykładem był m.in. kombajn wykonany z balotów słomy albo policjant z „suszarką” stojący przy znaku nakazującym zwolnić do 30 km na godzinę. Nawet jednemu z polityków wyrwało się (podczas składania życzeń), że właśnie Gostomie było najładniej, a jednocześnie dyskretnie przyozdobione ze wszystkich miejscowości dożynkowych, które w tym roku odwiedził.

Ciekawostką były również dożynkowe wieńce, które jak to na Kaszubach, w większości nawiązywały do motywów religijnych i to katolickich, gdyż Kaszubi pomimo promowanej przez pruskich zaborców reformacji, nie przeszli na protestantyzm. Zachowali swoją tradycyjną mowę, a przede wszystkim wiarę, co podkreślają w kaszubskim hymnie.

 

Fot. Maria Giedz

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Szewińska, Mulak – jako niedoścignione wzory i sport w TVP

Budapeszt. Nabiegali się, naskakali ale w gruncie rzeczy to się… nie udało. No cóż, bywa. Zacznijmy od wspomnień. Otóż, dawno, dawno temu gdy jeszcze Brama Krakowska zapinała się na zatrzaski, a młoda staruszka siedziała na drewnianym kamieniu – wspaniała Pani sportsmenka Irena Kirshenstein-Szewińska zdobyła olimpijski złoty medal i ustanowiła nieosiągalny jak dotąd przez inne panie rekord świata na 400 metrów.

Był Wunderteam, był Pan trener Jan Mulak. A teraz można sobie tylko powspominać. Niedawno Zbigniew Rytel zrobił doskonały – moim zdaniem – film o Ryszardzie Szurkowskim. Na kolaudacji żądano jednak zmian. I nagle, bardzo chory po wypadku, nasz wielki kolarz umarł. Ocknął się ówczesny prezes Jacek Kurski i polecił jeszcze tego samego dnia film Rytla emitować. Widzowie wpatrzeni w mały ekran zdziwili się, że TVP wyemitowała film dzień po śmierci kolarza.

Teraz nowy prezes TVP a wcześniej wiceprezes robi porządki. Widzimy, że odsuwa niektórych dziennikarzy od redakcji sportowej. Oby kontynuował te działania. 50-ciu dziennikarzy zatrudnia TVP-Sport. Dlaczego nie ma filmu np. o Pani Irenie (choć od roku leży tam gotowy scenariusz)? Dlaczego nie ma filmów o miotaczu Rucie, o Sidle, o Krzesińskiej i wielu innych, którzy rozsławili polski sport? Dlaczego? Dlaczego?

TVP ma spore pieniądze, ma przepastne archiwa. Ludzie którzy nie czują sportu nie powinni go propagować. Trzeba znaleźć, wyszukać i promować następców Tomaszewskiego, Ciszewskiego, Żemantowskiego, Hopfera i im podobnych – zdolnych, telewizyjnych i pracowitych. Może budapesztańska klęska potrząśnie decydentami od sportu.