CEZARY KRYSZTOPA: Może być nieźle. Albo źle

Dlaczego PiS wygrał, ale przegrał? Z różnych powodów, ale jednym z najbardziej istotnych wydaje mi się to, że się na ostatnim odcinku kampanii splatformizował. I tak jak wcześniej wyśmiewał polityków Platformy Obywatelskiej z Tuskiem na czele, podliczając mu w spotach ile razy podczas konwencji użył słowa „PiS”, tak sam do groteski doprowadził używanie po każdym przecinku, ustami premiera Morawieckiego słowa „Tusk”.

PiS nie miał złej kampanii, może nie jakąś wybitną, ale dobrze skrojoną pod trudne czasy. Bezpieczeństwo, inwestycje, programy socjalne. Ta kampania powodowała wrażenie, że „ci tam na dole się miotają usiłują szarpać pisowskie nogawki, a PiS unosi się pół metra nad nimi i zajmuje się w tym czasie sprawami istotnymi dla Polski i Polaków”. Jeśli dobrze pamiętam, miało to pozytywny wpływ na sondaże. Przynajmniej te publicznie dostępne. I nagle jak nożem uciął, pozytywną kampanię szlag trafił i zaczęło się „Tusk, Tusk, Tusk”, drażniące (pytałem) nawet najtwardszy elektorat, co sprowadziło PiS z tego pół metra, pół metra niżej. Tusk, który nie był szczególnie istotny, nagle zrobił się strasznie ważny. A w tym samym czasie, ci którzy PiS szarpali, no nie, nie to, że zaczęli merytorycznie, ale zadusili PiS miłością i serduszkami.

Platformizacja

Mało tego, PiS wydaje się powtarzać zachowania Platformy również po wyborach. Niektórzy politycy partii ciągle rządzącej sprawiają wrażenie jakby byli na elektorat obrażeni. Głupi wyborcy śmieli zagłosować nie tak jak należało. Może i głupi. Warto to rozważać. Mogą to robić publicyści, blogerzy, wszyscy obywatele. Ale kiedy zaczynają to robić publicznie politycy, jest to forma wyparcia rzeczywistości i niechęć do przyjęcia jej konsekwencji. Politycy muszą sytuację głęboko zanalizować, wyciągnąć konsekwencje, również personalne, po to by jak najszybciej przedstawić wyborcom nową, skuteczną i atrakcyjną ofertę. I to nie schlebiając ich najniższym instynktom, ale ukazując nową wizję, do której ci chcieliby aspirować. Tak było z „Polską solidarną” i „Dobrą Zmianą”.

Przykładem, który uderzył mnie szczególnie, był paskudny powyborczy spin „wszystkiemu winni prolajferzy i orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego”. Może jeszcze nienarodzone dzieci? Można oczywiście rozważać konsekwencje polityczne tej sytuacji, ale wydaje mi się, że warto zauważyć, że jakoś Lewica na tym nie zyskała, nie zyskała nawet blisko związana z Lempart Platforma Obywatelska, która w zasadzie uzyskała słaby wynik. W ogóle założenie, że „PiS popełnił tu błąd” jest obraźliwe dla Trybunału Konstytucyjnego, który PiSem nie jest (postąpił zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą, konstytucją i człowieczeństwem) i w jakimś sensie przyznaje rację świrowni ze Strajku Kobiet. A służyć ma prawdopodobnie odwróceniu uwagi od innych wydarzeń, takich jak błędy w kampanii, będąca katastrofą wizerunkową na wsi „Piątka dla zwierząt”, podpisanie takich potworków jak „mechanizm praworządności”, „Fit for 55”, czy irytująca wielu covidowa propaganda. Pamiętacie jak Strajki Kobiet nagle zwiędły kiedy otwarto galerie handlowe? A przecież orzeczenia TK nie odwoływano. Zresztą, tę wersję potwierdzają również moje nieoficjalne ustalenia, wg. których temat „aborcji”, czy „praw kobiet” nie istniał na agendzie analiz potencjalnych zagrożeń sztabu PiS. Pojawił się nagle po wyborach. Bo akurat był potrzebny, stanowiąc jakby kolejny objaw odmowy akceptacji rzeczywistości, lub jej celowego zafałszowania. Co to może dziś pozytywnego PiS przynieść? Nic. Lewica światopoglądowa nie ruszy szturmem głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Jedyną konsekwencją może być zrażenie kolejnej grupy wyborców.

PiS ma czym grać

A wbrew temu co się niektórym wydaje, PiS ma sporo aktywów. Ma „swojego” prezydenta, szefa NBP, instytucje wymiaru sprawiedliwości, które obsadzono za jego kadencji, tysiące sędziów zaszczuwanych dziś przez hunwejbinów „nadzwyczajnej kasty”, przez jakiś czas jeszcze media publiczne. Będzie miał największy klub parlamentarny. I najbardziej zwarty, o ile nie wystąpią jakieś procesy dekompozycyjne. W odróżnieniu od potencjalnej „koalicji”. Tak silne opozycji nikt nie miał od 1989 roku. Nic tylko patrzeć jak gabinet Tuska (wiem, jeszcze go nie ma i nie wiadomo czy na pewno będzie, ale przyznacie, to dość prawdopodobne) kompromituje się nie mogąc spełnić obietnic wyborczych i ośmiesza ustami takich „mężów opatrznościowych” jak Izabela Leszczyna czy Michał Kołodziejczak. Nic tylko punktować, pokazywać „my budowaliśmy CPK, a oni budują trzecie toalety”.

Jest na czym budować. Referendum niestety nie stało się dla decyzji rządzących obligatoryjne, ale na pytania referendalne – „nie” – odpowiadało po ok. 11 milionów biorących udział. To jest potencjał, po który PiS może sięgnąć jeśli potrafi. Ale do tego trzeba by ciężkiej pracy nad przywróceniem wiarygodności, której strategia „w Polsce owijamy się biało-czerwonymi flagami, a do Brukseli jeździmy podpisywać co trzeba” kiepsko się przysłużyła. Mało tego, badania niemieckiej Fundacji Adenauera, tej samej, która finansowała Campus Trzaskowskiego, wskazują, że młodzi ludzie są w większości przeciwni liberalizacji prawa aborcyjnego, przeciwni wprowadzeniu euro, rozumieją potrzebę inwestowania w bezpieczeństwo. Żeby do nich dotrzeć nie trzeba schlebiać julkom, tylko nauczyć się języka, który do nich dotrze, a nie będzie dziaderskim „Tusk, Tusk, Tusk”. Nie wiem czy PiS chce i może to zrobić, nie jestem członkiem partii, ale kto by tego nie robił, taka budowa jest niezbędna z punktu widzenia szansy Polski na przetrwanie jako suwerenne państwo i szansy Polaków na przetrwanie ich ambicji wykraczających poza półgodzinną przerwę przy zbiorze niemieckich szparagów.

Krytyka

Spotykam się z takimi apelami, często bardzo szanowanych osób, żeby „nie krytykować PiS, bo PiS jest dobry”. Ja nie twierdzę, że „niedobry”. Naprawdę doceniam, ze świadomością wszystkich wad i „sukcesów”, choćby to, że przez osiem lat Polska i Polacy mieli szansę choćby rozważać własny interes, a w wielu kwestiach go skutecznie realizować. Nie wiem czy taka sytuacja jeszcze się w najbliższym czasie pojawi, tym bardziej, że rządzić ma nami człowiek, który zapewne podpisze wszystko co podsuną mu Niemcy. Ale to nie oznacza, że PiS ma nie podlegać krytyce. Nawet Kościół podlega. A brak krytyki może powoduje dłuższe okresy samozadowolenia, ale kiepsko wpływa na świadomość sytuacyjną i bywa, że ma opłakane konsekwencje.

Reasumując. W mojej ocenie PiS ma potencjał żeby odwrócić kartę, ale nie w sytuacji kiedy powtórzy błędy Platformy.

 ANDRZEJ SZABACIUK: „Polscy najemnicy” w Ukrainie w propagandzie kremlowskiej

Informacje o zaangażowaniu ochotników z Polski w walki w Ukrainie pojawiały się w kremlowskiej propagandzie wielokrotnie od 2014 r., jednak początek pełnowymiarowej wojny istotnie zwiększył ich liczbę. Kluczowym celem działań kremlowskiej machiny propagandowej w tym aspekcie jest usprawiedliwienie rosyjskich porażek w wojnie przeciwko Ukrainie.

Jedną z kluczowych narracji dotyczących obecności polskich ochotników walczących w Ukrainie są doniesienia o ogromnych stratach ponoszonych przez polskie oddziały w czasie walk w obwodzie charkowskim i chersońskim. 29 lipca 2022 r. Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej wydało komunikat o likwidacji obozu „zagranicznych najemników” walczących pod Mikołajowem, w wyniku której zginęła bliżej nieokreślona liczba żołnierzy z Polski. W innym komunikacie z 25 listopada informowano o „likwidacji” ok. 200 „polskich najemników” rozlokowanych trzech punktach pod Charkowem, w okolicach miejscowości Wielkie Chutory. Według artykułu na portalu Lenta.ru z 29 listopada 2022 r., od początku wojny w Ukrainie miało zginąć ok. 1200 „polskich najemników”.

Tego samego dnia Ria Novosti opublikowało wypowiedź oficera tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej Andrieja Maroczko, który twierdził, że „polscy najemnicy” w Ukrainie giną na masową skalę, przez co polskie władze mają problem ze zorganizowaniem im pochówków. Ten sam oficer informował 30 listopada, że między „polskimi najemnikami” i żołnierzami sił zbrojnych Ukrainy stale dochodzi do awantur z powodu przywilejów polskich żołnierzy. W gazecie internetowej „Argumenty i Fakty” 26 października 2022 r. ukazał się artykuł o rzekomym ataku „polskich najemników” na bojowników „Prawego Sektora”. Przyczyną miał być jakoby sprzeciw obcokrajowców, którzy odmówili wykonania rozkazu, obawiając się o swoje życie i argumentując, że na pierwszej linii powinni walczyć żołnierze obrony terytorialnej, a nie oni. W opinii gazety nie jest to pierwszy taki przypadek. „Polscy najemnicy” nie tylko dostają wyższy żołd, rzekomo nawet ponad 1000 dol. dziennie, ale także są lepiej wyposażeni w broń i środki ochrony osobistej przez „zachodnich sponsorów”, a żołnierze ukraińscy sami muszą kupić wszystko za swoje pieniądze. Dodatkowo Polacy mają rzekomo odnosić się do Ukraińców z wyższością, jak do osób gorszej kategorii.

W kolejnych miesiącach wojny ta narracja była kontynuowana i powielane były podobne informacje. Do kwestii strat „polskich najemników” odnosił się m.in. sam Władimir Putin w wypowiedzi z 13 czerwca 2023 r. (Ria Novosti) „Polscy najemnicy naprawdę tam walczą, […] oni ponoszą ciężkie straty. Naprawdę je ukrywają [władze Polski], ale straty są poważne”. Rzekomym potwierdzeniem strat wspominanych przez Putina miał być komunikat Ministerstwa Obrony RF z 25 czerwca 2023 r. o likwidacji 80 „polskich najemników”.

Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej szacowało w grudniu 2022 r., że w Ukrainie walczy ponad 1800 osób z Polski. Według władz tzw. Donieckiej Republiki Ludowej polscy żołnierze obecni byli praktycznie w każdym sztabie ukraińskim, co więcej, jak donosiła „Komsomolskaja Prawda” w artykule z 4 listopada 2022 r., są oni również członkami oddziałów, które strzelają do wycofujących się z pierwszej linii żołnierzy ukraińskich. W opinii gazety przyczyną masowego wstępowania Polaków do Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy jest agitacja polskich mediów zachęcających do udziału w walkach.

Warto zauważyć, że z kolejnymi miesiącami i coraz mniej oczywistymi rosyjskimi „sukcesami” na froncie, liczba „polskich najemników” stale rosła, a ich znaczenie z punktu widzenia działań zbrojnych było wręcz kluczowe. W rosyjskiej telewizji Ren 24 sierpnia 2023 r. ukazał się materiał charakteryzujący „polskich najemników” jako najliczniejszych i najbardziej „ideowych” wśród zagranicznych ochotników walczących w Ukrainie. Jak podkreślano, chociaż w Polsce grozi surowa kara za udział w formacjach najemniczych, to nikt nie ma zamiaru prześladować takich osób i plakaty zachęcające do wyjazdu na Ukrainę są rozwieszone m.in. w warszawskim Metrze. W rekrutację mają być rzekomo zaangażowani urzędnicy Ministerstwa Obrony RP. Według przytaczanej w programie wypowiedzi politologa Wadima Truchaczewa z Rosyjskiego Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego w Moskwie, działania władz Polski to de facto wojna zastępcza (Proxy war): „Wojna zastępcza już trwa. Zbyt wielu Polaków, dziesiątki tysięcy, już walczy w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy. Polacy masowo, rzeczywiście, boją się Rosji, nie ufają Rosji oraz po prostu jej nienawidzą”. Inny „ekspert” w Dymitr Suchotnik sugerował, że jedną z przyczyn masowych zakupów uzbrojenia przez Polskę jest plan utworzenia przynajmniej polskiej strefy wpływów na Białorusi i Ukrainie. A dodatkowo „Warszawa nie ukrywa zamiaru rozmieszczenia baz wojskowych w pobliżu Charkowa, Zaporoża i Odessy przy wsparciu NATO. Nawet jeśli nie dojdzie do konfliktu między Polską a Rosją, Warszawa, przy wsparciu Sojuszu, będzie stwarzać zagrożenia polityczne i militarne w pobliżu rosyjskich granic”.

Propaganda rosyjska podkreślała rzekomo kluczowe zaangażowanie „najemników z Polski i Gruzji” w obronę Bachmutu. Artykuł o tym ukazał się m.in. w „Izwiestiach” 31 marca 2023 r. Powoływano się w nim na informacje od najemników Grupy Wagnera. Przytoczono m.in. wypowiedź Jewgienija Prigożyna, że pod Bachmutem siły rosyjskie walczą nie tylko z Ukrainą, ale z całym „kolektywnym Zachodem”. Na portalu „Komsomolskiej Prawdy” 14 kwietnia 2023 r. opublikowano film pokazujący „polskich najemników” w Bachmucie, którymi byli ochotnicy sformowanego przez Damiana Dudę zespołu medyków pola walki „W międzyczasie”. Z kolei 28 kwietnia 2023 r. „Rossijskaja Gazieta” opublikowała tekst o rzekomym masowym przerzucaniu przez armię ukraińską „polskich najemników” pod Bachmut. W opinii autora artykułu Michaiła Suchariewa było ich tam ok. 20 tys. (powoływano się na płka Douglasa McGregora[1]) i pełnili kluczową rolę w walkach o miasto, gdyż obsługiwali skomplikowany zachodni sprzęt dostarczony przez państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tekst ukazał się w czasie najcięższych walk o to miasto i zapewne miał uzasadnić trudności armii rosyjskiej z przełamaniem ukraińskiej obrony w tym regionie.

Drużyna „polskich najemników” miała wziąć udział także w głośnym ataku Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego i Legionu „Wolna Rosja” na obwód biełgorodzki 22 maja 2023 r. W artykule w „Komsomolskiej Prawdzie” z 24 maja 2023 r. pt. „Niech Warszawa zabierze swoje trupy”: co polscy najemnicy robią w Rosji” oskarżono Polaków o współudział w ataku oraz o torturowanie, a potem zabicie rosyjskiego rezerwisty. Dodatkowo przywoływany przez gazetę emerytowany oficer armii USA Stanisław Kropiwnik twierdził, że po stronie Ukrainy walczy 10 tys. polskich najemników, byłych żołnierzy, którzy oficjalnie odeszli ze służby. Przy czym w walkach zginęło ich już ponad 3 tys. Sugerował on także, że ciała poległych pod Biełgorodem Polaków należy ułożyć przed ambasadą Polski w Moskwie – „niech zabierają swoje mięso”.

Często pojawiającą się narracją propagandową jest rzekome przechwytywanie przez rosyjskich wojskowych rozmów „zagranicznych najemników”, w tym tych z Polski. Ciekawym przykładem jest również kwestia rzekomego wywieszania przez Polaków „polskiej flagi” na ukraińskich pozycjach, o czym pisała agencja Ria Novosti 2 sierpnia 2023 r. W odpowiedzi siły rosyjskie miały bezzwłocznie ich zlikwidować.

„Pacyfikatorzy”

Kolejna występująca narracja odnosi się do rzekomych zbrodni wojennych, jakich mają dopuszczać się Polacy walczący w Ukrainie wobec ludności prorosyjskiej. 3 grudnia Ria Novosti informowała, że do miasta Marganiec w obwodzie dniepropietrowskim przybyli żołnierze polskich jednostek specjalnych, ubrani w mundury ukraińskie, którzy mieli wyłapywać wśród mieszkańców osoby sprzyjające Rosji. Oddziały te były jakoby bezpośrednio podporządkowane dowództwu Sojuszu Północnoatlantyckiego. 14 października 2022 r. na portalu Life.ru pojawiły się podobne informacje o polskich „pacyfikatorach” (ros. „карателях”)[2], którzy jakoby zaatakowali jednego z mieszkańców wyzwolonej miejscowości w obwodzie charkowskim. Polacy mieli wyklinać, rzucać granatami i strzelać do miejscowych, w tym m.in. postrzelili jednego z mieszkańców uciekającego na motorze, któremu pomocy udzieliły wojska rosyjskie. W tekście na portalu News-Front.info z 3 grudnia 2022 r. padły oskarżenia, że polscy „pacyfikatorzy” są odpowiedzialni za „ludobójstwo narodu ruskiego” w obwodzie charkowskim i chersońskim, co miało miejsce za przyzwoleniem wojsk ukraińskich.

Ria Novosti 5 grudnia 2022 r. zamieściła wypowiedź rzekomego przedstawiciela społeczności rosyjskiej Mikołajowa, który informuje, że miasto ma coraz bardziej „polski” charakter, a „polscy najemnicy” awanturują się, piją i gwałcą miejscowe kobiety. Według słów informatora potwierdzone są informacje o gwałcie dwóch kobiet, które jakoby zwróciły się o pomoc do miejscowej policji, a w odpowiedzi miały usłyszeć, że Polacy są naszymi „obrońcami”, „sojusznikami” i nic z tym zrobić nie możemy. Rzekomo wydano również tajne przypisy, aby przymykać oczy na „polskie ekscesy”.

Satanizm i aneksja zachodniej Ukrainy

 6 grudnia 2022 r. gazeta internetowa „Inguszetia” opublikowała artykuł pt. „Polscy najemnicy w Ukrainie: ścieżką satanizmu do aneksji terytorialnych”. W tekście skomentowano filmik krążący w internecie, na którym polscy ochotnicy walczący w Ukrainie mieli jakoby spalić Pismo Święte. Zdaniem autorów na ten czyn nie zareagowali żołnierze ukraińscy, ponieważ „prawdziwych prawosławnych w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy już nie ma”. W opinii redakcji w Ukrainie od 2014 r. szerzy się satanizm i okultyzm, a samo państwo jest coraz bardziej zależne od Zachodu. Dodatkowo Polacy nie pomagają Ukrainie bezinteresownie, a ich celem są aneksje terytorialne. Jak zauważa przytaczany w tekście prof. Władimir Winokurow z Akademii Dyplomatycznej MSZ Federacji Rosyjskiej, chodzi o cztery „odwiecznie polskie” obwody zachodniej Ukrainy. Instrumentem do tego ma być Trójkąt Lubelski oraz pomysł sformowania „misji pokojowej” w Ukrainie.

Podobnie cel działań Polski tłumaczył „ekspert” prokremlowskich mediów Stanisław Kropiwnik w przytaczanym artykule w „Komsomolskiej Prawdzie” z 24 maja 2023 r. Twierdził, że Polacy przygotowują się do aneksji zachodnich obszarów Ukrainy i czekają tylko na zielone światło od Sojuszu Północnoatlantyckiego. Póki co takiej zgody nie ma, bo politycy na Zachodzie nie chcą ponosić ofiar za „polską awanturę”.

Oskarżenia o planowanie aneksji zachodniej Ukrainy nie są nowe, wielokrotnie powtarzane były przez czołowych rosyjskich polityków na czele z Władimirem Putinem i Siergiejem Ławrowem. Co ciekawe, szef Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej Siergiej Naryszkin – szeroko przytaczany przez rosyjskich propagandzistów – sugerował, że planowana aneksja ma być rzekomo wzorowana na „skutecznych” działaniach rosyjskich. Jak twierdzi Anna Ponomarewa z tzw. Analitycznej Służby Donbasu rzekomo na skutek decyzji prezydenta Andrzeja Dudy polecono odpowiednim urzędom centralnym przygotowanie uzasadnienia polskich roszczeń do tych terytoriów. Co się tyczy postawy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, to zdaniem rosyjskich propagandzistów jest on gotowy, aby stać się „nowym Petlurą”, czyli osobą gotową oddać Polsce zachodnią część Ukrainy, o czym jakoby ma świadczyć jego decyzja o przyznaniu Polakom specjalnego statusu w Ukrainie.

W podobnym tonie wypowiadał się były amerykański wojskowy Scott Ritter, często goszczący na prokremlowskich portalach, który jak zauważa Lenta.ru w tekście z 2 sierpnia 2023 r. sugerował, że Polska ma obecnie możliwość bezproblemowego zajęcia Zachodniej Ukrainy, gdyż ani władze Ukrainy, ani Stany Zjednoczone nie będą się temu sprzeciwiały. W jego opinii, Ukraina rozważa sojusz z Polską, w tym bierze pod uwagę kwestię stworzenia jednego państwa. W opinii innego kremlowskiego propagandysty Dmitrija Żurawliowa pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich wynika z braku wiary Polski w zwycięstwo Ukrainy, a ochłodzenie relacji pozwoli zmniejszyć wsparcie okazywane Ukrainie.

 Wnioski

Informacje o zaangażowaniu ochotników z Polski w walki w Ukrainie pojawiały się w kremlowskiej propagandzie wielokrotnie od 2014 r., jednak początek pełnowymiarowej wojny istotnie zwiększył ich liczbę. Kluczowym celem działań kremlowskiej machiny propagandowej w tym aspekcie jest usprawiedliwienie rosyjskich porażek w wojnie przeciwko Ukrainie. Łączy się to z jedną z kluczowych narracji propagandy rosyjskiej po 24 lutego 2022 r., zgodnie z którą Rosja jest obecnie w stanie wojny nie tylko z Ukrainą, ale z całym Zachodem. Dostrzegamy ciekawą zależność, im gorzej przedstawiała się sytuacja wojsk rosyjskich w Ukrainie, tym bardziej rosła liczba „polskich najemników” walczących po stronie ukraińskiej i obsługujących natowski sprzęt. Co ważne, zgodnie z tą narracją, Polacy walczący w Ukrainie mają być rzekomo bezpośrednio podporządkowani dowództwu NATO, a nie jak jest w rzeczywistości dowództwu Sił Zbrojnych Ukrainy.

Polacy określani są najczęściej jako „najemnicy”, co sugeruje, że nie walczą bezinteresownie, motywowani są przez potencjalne korzyści materialne. Dodatkowo przedstawiani są jako osoby odnoszące się z pogardą do ludności ukraińskiej, dopuszczające się zbrodni wojennych czy wręcz „ludobójstwa na ludności ruskiej”, zachowujące się jakby byli ponad prawem i miały świadomość swojej bezkarności. Celem takiej narracji jest ewidentnie skłócenie Polaków z Ukraińcami i rozbudzenie w społeczeństwie ukraińskim antypolskich resentymentów.

Rosyjska propaganda prezentuje władze Ukrainy jako całkowicie uległe woli Zachodu i zależne od pomocy z zewnątrz. Armię ukraińską jako bezwładną masę, która opiera się Rosji dzięki pomocy opłaconych przez Zachód wojskowych, pozbawionych moralności i skrupułów. Ukraina rzekomo zmuszona jest do tolerowania aroganckiego zachowania „polskich najemników”, a sam prezydent Wołodymyr Zełenski jakoby pogodził się już z utratą zachodnich obwodów państwa na rzecz Polski, a siły porządkowe różnych szczebli zmuszane są do tolerowania przestępstw, jakich dopuszczają się Polacy w Ukrainie. Forsując taką narrację kremlowska propaganda chce pokazać, że władze Ukrainy nie reprezentują interesów narodu ukraińskiego, który jest upokarzany i krzywdzony przez Zachód. Dodatkowo propagandyści kremlowscy rozpowszechniają narrację, że antyrosyjska część Ukraińców, podobnie jak Polacy, zwalcza chrześcijaństwo i skłania się w stronę ateizmu czy wręcz satanizmu, odcinając się w ten sposób od chrześcijańskich korzeni i wspólnego dziedzictwa prawosławnego.

Andrzej Szabaciuk

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

[1] Słynący z antypolskich, antyukraińskich i prorosyjskich wypowiedzi amerykański oficer. Weteran walk w Zatoce Perskiej i w Kosowie. Niedoszły ambasador USA w Niemczech, doradca sekretarza obrony Christophera C. Millera od listopada 2020 r. do stycznia 2021 r.

[2] Tym terminem sowiecka propaganda określała oddziały niemieckie pacyfikujące miejscowości Związku Radzieckiego w czasie II wojny światowej. Po 2014 r. rosyjska propaganda określała tak wojska ukraińskie walczące na Donbasie.

Głupota czy sabotaż – zastanawia się HUBERT BEKRYCHT: Nowe karpie w radiowej Trójce

Do większości mieszkańców bliższych i dalszych okolic Turowa, którzy głosowali na partie chcące zamknąć tamtejszą elektrownie i kopalnię odcinając rejon od miejsc pracy i redukując produkcję energii elektrycznej w kraju oraz do młodych, którzy wybrali ugrupowania postulujące odebranie młodzieży przywilejów fiskalnych, dołączył dziennikarz Wojciech Dorosz z radiowej Trójki. Jest on jedynym znanym mi na całym świecie szefem organizacji dziennikarskiej – medialnej i zwiazkowcem postulującym zwolnienia m.in. dziennikarzy w swojej firmie. I właśnie dlatego Dorosz przypomina karpia, który domaga się przyspieszenia świąt Bożego Narodzenia. Karpia – nich mi ryby wybaczą – politycznego.

Karp zresztą kojarzy się z radiową Trójką, z którą W. Dorosz jest związany od 17 lat. Jednak nie chodzi o związek owego redaktora z karpiem z dawnych piosenek III PR. Jest poważniej.

Oto Wirtualnych Mediach Wojciech Dorosz powiedział: „Powiem wprost: wkurzyliśmy się, gdy w mediach pojawiły się konkretne nazwiska. To ludzie znający się na rzeczy, więc nie chodzi o nich, ale o sposób, w jaki to się dzieje. Bez konkursu, bez konsultacji.

Znów czujemy się jak osiem lat temu, gdy przysłano do Polskiego Radia osoby, które miały wprowadzić porządki według politycznego zamówienia. Ten system jest chory i należy go natychmiast zmienić” – mówił Wirtualnym Mediom dziennikarz Programu Trzeciego Wojciech Dorosz, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Trójki oraz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy i Twórców Radia Publicznego.

Organizacje te wystosowały oświadczenie dotyczące mediów publicznych. „Media robią dziennikarze. Nie ma powrotu do starego. Media publiczne trzeba zbudować na nowo” – czytamy w oświadczeniu. „Uważamy, że nie powinni nimi kierować ani politycy ani dziennikarze z przeszłością polityczną. I proces zmian w tym duchu trzeba zacząć od zaraz, bez usprawiedliwiania się okresem przejściowym, niezależnie od działań, na jakie zdecyduje się nowy rząd demokratycznej opozycji” – napisano w dokumencie, którego tekst opublikowały także WM.

Wojciech Dorosz ma receptę na takie ewentualne działania KO, TD i Lewicy: „- Z Polskiego Radia powinno odejść kilkadziesiąt osób. Jest tu duża grupa publicystów i komentatorów politycznych o bardzo wyrazistych poglądach i służebnej postawie wobec wciąż rządzącej partii, którzy zdecydowanie nie powinni dłużej pracować w mediach publicznych. Wystarczy być może przeprowadzić z nimi rozmowy i jeśli stwierdzą, że nie będą w stanie pracować w nowych realiach, to pójdą gdzie indziej. Zapewne dojdzie do dużych zwolnień, choć akurat znaczna część tych osób nie jest u nas na etacie. Są zatrudnieni w ramach umów B2B albo cywilno-prawnych. Natomiast nie uważam, by z powodu tych kilkudziesięciu partyjnych funkcjonariuszy kara miała spaść na pozostałych ponad 1200 pracowników Polskiego Radia, często związanych z tą instytucją od wielu lat – uważa nasz rozmówca” – napisały 24 października Wirtualne Media.

Muszę przyznać, że w pierwszym momencie nie uwierzyłem i to nie dlatego, że WM często nie podają  informacji w taki sposób, w jaki ja rozumiem dziennikarstwo. Po prostu pomyślałem, że to głupota, kunktatorstwo lub sabotaż. Oczywiście Dorosz to doświadczony dziennikarz. Zatem, dlaczego mówi takie bzdury o konieczności zwalniania pracowników PR będąc liderem organizacji dziennikarskich i medialnych, także w PR? Nie wiem dlaczego to zrobił, ale może za kilka dni dowiemy się, że nie Dorosz nie autoryzował wypowiedzi albo, że źle go zrozumiano. Przecież nie uwierzę, ze redaktor od prawie 20 lat związany z mediami publicznymi nie pomyślał, że skoro jego niektórzy znajomi z Trójki i Polskiego Radia zaczną uważać go za zdrajcę (albo od dawna uważają), to politycy liberalni i lewicowi wyznaczający po raz kolejny, kto może i powinien pracować w mediach publicznych,mogą wkrótce zrezygnować z Dorosza…

„Nie, nie” – podpowiedziały mi głosy resztek mojego rozsądku. „Redaktor Dorosz taki głupi nie jest” – dodały głosy.

Wobec tego naprawdę nie wiem dlaczego redaktor Trójki i lider organizacji dziennikarskich i medialnych, związkowiec zachował się jak karp, który sam się zabił już w październiku, ale jeszcze wcześniej wypatroszył się i usmażył albo – co tam kto lubi – podał się w galarecie.

Jeszcze jedno, dlaczego Dorosz – jak wielu pracowników Trójki i innych anten PR – nie odszedł z rozgłośni publicznej jak wstrętny PiS likwidował dziennikarzom wolność słowa? Przecież nie uwierzę, że został, aby przygotować grunt politykom KO, TD i Lewicy oraz lepiej poczuć rolę medialnego inkwizytora…

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek ZG SDP

(artykuł jest wynikiem osobistych poglądówi  rozmyślań Autora, bo refleksje to miał ostatnio I. Kant.)

24.10.2023 r.

Wspomnienie przyjaciół z SDP o BARBARZE PERTOZOLIN-SKOWROŃSKIEJ

 Są tacy ludzie, którzy samą obecnością wśród innych łagodzą obyczaje, chłodzą kłótnie i skutecznie namawiają do współpracy. Dziennikarstwo z założenia musi podejmować sprawy trudne. Dziennikarze mają różne poglądy i sami sobie wypracowują metody działania. Są dziennikarzami jeśli mają w sobie pasję. Jeśli chcą służyć przekazywaniem informacji, jeśli dokładają maksymalnych starań przy dokumentowaniu i pisaniu. Mają w pracy łatwiej, kiedy trafią na mądrych szefów i współpracowników. Redaktor Barbara Petrozolin-Skowrońska taka była.

To są cechy charakterystyczne, które się ma lub nie. Oczywiście należy dobro kształtować w sobie. Ale to w dobie powszechnej rywalizacji jest trudne. Człowiek po prostu dobry zawodowo jest na ogół życzliwy innym. Barbara wszystko, co osiągnęła zawdzięczała sobie, zdolnościom, pracowitości i rozwadze. Była zawsze wśród ludzi w zespołach twórczych, w redakcjach. Aktywna i uśmiechnięta. Była – jak to się określa – dziennikarką piszącą, a nawet pisarką historyczną bo pozostawiła dokonania książkowe. Szczególnie dał się zapamiętać opis rywalizacji partii politycznych w okresie Powstania Styczniowego. Tam każde zdanie jest konkretne i ważne. Ciekawe są opisy działań inteligencji warszawskiej wśród ludzi gór.

Pokolenie Barbary Petrozolin-Skowrońskiej już prawie odeszło lub odchodzi. Pozostają biogramy przez Nią napisane będące ważnym źródłem informacji. Mówią nam i sami powtarzamy – spieszmy się, bo ludzie tak szybko odchodzą. Ile to jeszcze zabierają ze sobą wiedzy i ważnych faktów, bo nie zdążyli o nich napisać, nagrać, opowiedzieć.

Odejście przychodzi nagle i zawsze zaskakuje. Poranny komunikat radiowy o świcie jest jak grom, jak wypadek, przeraża i zasmuca. Zostaje potem w sercu żal, a nawet pretensje do samego siebie czy wszystko zrobiliśmy gdy mieliśmy jeszcze okazję być razem. Szczególnie jeśli byliśmy w przyjaźni i mogliśmy to dobrze wykorzystać. Gazety, książki to ratunek. Warto do nich wracać. Tak jak do rozmów, wspólnych wycieczek koleżeńskich. Wtedy myśli się również, że było tego za mało. Zostaliśmy w smutku. Możemy popatrzeć na zdjęcia, na ładną twarz, uśmiechniętą.

 

Żegnaj Basiu. Dobrze, że byłaś z nami.

 

Przyjaciele z Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Carowie, tury i pyrrusowe zwycięstwo

„Carowie często bywali w Spale, gdzie polowali na tury i żubry” stwierdza lektor telewizyjnego programu „Historia w postaciach zapisana”, emisja w TVP, 17 października 2023 roku. Otóż mamy kolejny, gruby błąd w brytyjskim programie dokumentalnym. Ale też skąd im wiedzieć, że ostatni tur padł w Puszczy Jaktorowskiej, na Mazowszu, w roku pańskim 1627 i był to ostatni tur na świecie.

A przecież wystarczyło, żeby redaktor wszedł w Wikipedię, skoro nie ma pod ręką drukowanej 6-cio tomowej Encyklopedii PWN. I nie byłoby wstydu.

Pyrrusowe zwycięstwo

Powiedzenie, że ktoś „odniósł Pyrrusowe zwycięstwo” jest w języku polskim właściwie od zawsze, bo nasi przodkowie byli uczeni przecież na antycznych księgach greckich i rzymskich. Zresztą szlachta popisywała się znajomością starożytnych powiedzeń, żeby chamstwo nie czuło się im równe.

Ale gdy dziś słyszę od sprawozdawcy sportowego, że zwycięstwo piłkarzy jest pyrrusowe, bo wygrana jeden do zera to za mało i w dwumeczu nasi zdobyli za mało bramek, by awansować, to myślę sobie, że ten sprawozdawca jest jednak niedouczony.

Skąd bowiem wzięło się owo powiedzenie? Otóż Pyrrus, król Epiru, w III wieku przed naszą erą toczył wojnę z Rzymem. Po bitwie pod Ausculum w roku 279 p.n.e. miał powiedzieć: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni”. Dlaczego Pyrrus tak powiedział? Bo w tej bitwie stracił około 3,5 tysiąca żołnierzy i nie mógł właściwie prowadzić dalej wojny. Dlatego „pyrrusowe zwycięstwo” oznacza zwycięstwo osiągnięte zbyt dużymi stratami, zbyt dużym kosztem. Czyli oznacza – zwycięstwo, które jest klęską.

Tym samym powiedzenie sprawozdawcy o wygranym meczu, który nie daje sukcesu, jest daleko na wyrost. Bo przegrana w meczu nie jest żadna klęską. I w ogóle radziłbym nie nadużywać w sporcie porównań, terminologii wojskowej. Żeby potem nie dziwić się zdziczeniu kiboli, którzy mecz traktują jak prawdziwą walkę, także na ulicach.

Język polityki językiem wojska i wojny

Wszystko zaczęło się od tego, że z pojawieniem się sportu, pojawiły się również zapożyczenia z języka wojska i działań militarnych dla określania zawodów i spraw sportowych w ogóle. I dlatego mamy dzisiaj „walkę na boisku, pozycje obronne i w ataku, strategię i taktykę gier sportowych, zwycięstwo, porażkę oraz strzały na bramkę, egzekutorów karnych”, a także wiele innych pojęć sportowych, przeniesionych tam żywcem z wojny.

Ta inwazja wojska na sport, która zaczęła się z końcem XIX wieku, opanowała sport już w latach 20. wieku XX, teraz stała się normą. Gorzej, bo język sportu i wojska opanował również politykę. I mamy „walki partyjne, wyborcze, partyjne drużyny, nokauty – zawsze dotyczące przeciwników, strategie politycznego postępowania, ataki i obrony oraz dobijanie politycznych przeciwników”.

Czy taki język nie spłaszcza, nie trywializuje polityki? Czy w tym języku nie giną główne zadania polityczne, takie jak dobro i rozwój społeczeństw? A oczywiście, że język polityki w ogóle jej nie służy. On służy jedynie zabawie w politykę, walkom i grom – jak na wojnie i jak w sporcie.

Kto zwyciężył wybory

Ostatnio pewna znana pani poseł z PiS, na wieść o wynikach wyborów, oświadczyła „To my   zwyciężyliśmy wybory”. Najpierw stwierdźmy, że w emocjonalnym szaleństwie wyborczym, pani poseł palnęła okropną gafę językową.

Język polski ma taką składnię, że poprawne byłoby jedynie stwierdzenie „To my zwyciężyliśmy w wyborach”. Same wybory nie mają przecież ożywionych właściwości i nie można ich pokonać, zwyciężyć. Można zwyciężyć przeciwników, startujących z nami w wyborach, ale samej instytucji wyborczej na pewno nie. Bo to by oznaczało, że miały miejsce jakieś machlojki i oszustwa. Niemniej problem „kto zwyciężył w tych wyborach” jest niejasny, bo co najmniej trzy partie ogłaszają swe zwycięstwo.

Dysponowanie własnym wzrostem

„Alister Carter nie dysponuje dużym wzrostem i nie sięga białej bili bez przyrządu. A to jest zawsze kłopot” – mówi sprawozdawca meczu snookera. Mówiąc tak popełnia błąd, a nawet gorzej, bo popełnia niezgrabność językową.

Wyjaśnijmy zatem dlaczego tak nie powinno się mówić. Dysponować – znaczy tyle co wydać komuś polecenie. Czyli, dysponowanie to elegancka forma rozkazu. Mamy też jednak inne znaczenia „dyspozycji”: 1. czyjaś forma fizyczna lub psychiczna; dlatego mówimy, że ktoś jest niedysponowany lub jest dobrze do czegoś dysponowany; 2. wrodzony talent do czegoś; 3. układ, rozkład, plan czegoś. Mamy też „dyspozytora”, który kieruje ruchem autobusów, tramwajów, pociągów a nawet samolotów.

Jednak z całą pewnością nie ma w języku polskim takiego wyrażenia, które znaczyłoby, że ktoś czymś dysponuje – głosem, wzrostem, dużym zasięgiem ramion, długimi nogami. Takie fizyczne cechy po prostu „się ma”.

Jak zatem powinien powiedzieć sprawozdawca o bilardziście, mającym niewiele ponad 170 cm wzrostu? Elegancko i z szacunkiem byłoby powiedzieć: „Nie jest wysoki”. Bo każde słowo więcej może być odebrane jako szyderstwo.

Masło maślane albo rzetelna wiedza kontra dzika rozrywka

„Iga dobrze działa przy szybkich prędkościach” – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. Widać miał złą nauczycielkę języka polskiego, bo moja tępiła tzw. masło maślane.

Lubię bardzo dobrze zrobiony brytyjski program telewizyjny „Łowcy staroci – renowacje”. Niestety przekład tekstu na polski jest okropnie niechlujny. Dwa przykłady z połowy października 2023:

  1. Widzimy kowala, który najpierw rozgrzewa sztabę stali, a potem coś z niej wykuwa. Lektor mówi: „Teraz rozgrzewa ją do temperatury stu tysięcy stopni Celsjusza”. Napiszę to jeszcze raz: 100 tysięcy stopni… Zamarłem z podziwu dla kowala, który w wiejskiej kuźni, w palenisku z koksem osiąga tak niebywałą temperaturę. Tym bardziej, że stal topi się przy 1450 stopniach, a temperatura powierzchni Słońca to około 5500 stopni. Na litość wszystkich bogów – głównie Hefajstosa – przecież to jest straszny przykład lekceważenia swojej pracy przez tłumacza, lektora i jakiegoś odpowiedzialnego redaktora, który chyba widział i słyszał końcowy efekt?
  2. Mechanik odnawia brytyjski rower z 1934 roku, mocując do niego silniczek spalinowy z lat 50-tych. Lektor mówi: „Ten silnik firmy Sajgon pasuje, jakby był stworzony dla tego roweru.” A chwilę potem kamera pokazuje tabliczkę znamionową silnika, gdzie jak byk jest wytłoczony napis – „Cyclemaster”.

Renowacje, odnawianie domów, uprawy ogrodowe, poradniki kulinarne – nie są jedynie programami rozrywkowymi. One mają też istotną funkcję dydaktyczną i muszą podawać prawdziwe dane. Już sobie wyobrażam krzyk i harmider, gdyby w jakimś programie muzycznym pomylono Beatlesów z zespołem Rolling Stones. Albo jakiegoś wiceministra z innym wiceministrem. Oj, byłaby interwencja czynników rządowych, byłaby i to ostra.

Ano, taką mamy współczesną kulturę ludową. I coraz bardziej otwarcie realizujemy kulturę pop, o której tak pisał Wojciech Młynarski: „Ludzie to lubią, ludzie to kupią / Byle na chama, byle głośno, byle głupio”.

 

 

Do portalu wraca KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: A Polacy wybrali Barabasza…

Po wyborach w Polsce niemieccy politycy, dziennikarze a nawet mieszkańcy pogranicza odetchnęli z ulgą. „Polacy pokazali, że są po stronie demokracji”, „Powrót do Europy, powrót do demokracji”, „Zwycięstwo opozycji to dobra wiadomość dla Unii Europejskiej”, „Polsce grozi faza niestabilności: PiS nie odda władzy bez walki” – to tylko niektóre, euforyczne tytuły z niemieckich gazet.

Na miesiąc przed wyborami nikt już nawet nie ukrywał o co chodzi. Ani w Polsce ani tym bardziej w Niemczech. Donald Tusk i jego akolici szermowali wprawdzie hasłami najeżonymi „demokracją”, „praworządnością”, „tolerancją” i „miłością”, ale tak naprawdę starali się tylko wszelkimi sposobami przekonać Polaków do tego, że zależność od Niemiec jest lepsza niż życie pod pisowskim butem… No i chyba im się udało.

 Zdeterminowani sąsiedzi

 Jak bardzo Niemcom zależało na zwycięstwie Tuska, widać po wypowiedziach polityków – przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, kanclerza Niemiec Olafa Scholza, niemieckiej minister spraw zagranicznych Annaleny Baerbock i przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera. To oni najgłośniej krzyczeli, że PiS to „wróg demokracji”, „niszczyciel praworządności”, „antyeuropejski wichrzyciel” i w ogóle „chory człowiek Europy”. I dlatego trzeba przeciwko tej partii wznieść „zaporę ogniową”.

Pod koniec czerwca br. Manfred Weber powiedział nawet: „Jesteśmy jedyną siłą, która może zastąpić PiS w Polsce i poprowadzić ten kraj z powrotem do Europy”. Inni eurokraci uzupełniali jego wypowiedź tezami, że trzeba jak najszybciej znieść weto i przekształcić UE w federalne superpaństwo, w którym najważniejsze decyzje podejmowane będą w Brukseli, a nie na poziomie stolic państw członkowskich. A to nad Wisłą zagwarantować może im jedynie Donald Tusk.

Przekaz był czytelny. Wydawało się więc, że przynajmniej racjonalnie myślący Polacy nie dadzą się nabrać na to „szwabskie gadanie”. A jednak górę wzięły nie logika i rozsądek, lecz emocje… Na nic się zdało przywoływanie przez polskie media najbardziej kontrowersyjnych działań liberalno-lewicowej opozycji – od wszczynania awantur ulicznych, poprzez blokowanie należnych Polsce funduszy unijnych, po próbę destabilizację granicy z Białorusią.

Nie pomogło ujawnienie dokumentów, obnażających relacje Tuska z „Rosją jako taką”, ani przypominanie afer liberałów i ich związków z niemieckim kapitałem. Nie poskutkowała nawet perspektywa odebrania Polakom 13. i 14. emerytury, 500 plus, Dobrego Startu i temu podobnych programów społecznych. Nawet tłumaczenie, że jedyną polityczną siłą, która utrzyma suwerenność Polski jest Prawo i Sprawiedliwość, nie okazało się wystarczająco mocnym argumentem. Polacy w większości wprawdzie wybrali PiS, ale uzyskane przez tę partię 194 mandaty, to za mało, żeby utworzyć samodzielnie rząd.

 Co za radość, co za sukces

 Po wyborach w Polsce w niemieckich mediach wybuchła euforia. Pojawiły się artykuły o wszystko mówiących tytułach: „Polacy pokazali, że są po stronie demokracji”, „Powrót do Europy, powrót do demokracji”, „To ważne zwycięstwo Europy i jej wartości”, „Czy Kaczyński dobrowolnie odda władzę?”

Już w powyborczy wtorek ekspert ds. polityki zagranicznej CDU Norbert Röttgen napisał w jednym z serwisów społecznościowych, że „demokratyczna decyzja zaowocuje zwiększeniem współpracy i zmniejszeniem konfrontacji w stosunkach pomiędzy Polską a Niemcami i UE”. Z kolei chadecki premier Bawarii, Markus Söder uznał wyniki polskich wyborów za „dobry sygnał dla Europy”. Dla polityka Partii Zielonych Svena Lehmanna to również „wspaniała wiadomość od naszych sąsiadów”. W mediach społecznościowych napisał nawet, że „Nacjonalistyczna, antykobieca i antyqueerowa partia PiS nie ma już większości”. Na tej samej platformie wtórował mu europoseł Zielonych, Michael Bloss: „Co za radość, co za sukces dla demokracji, dla Europy, dla ochrony klimatu”.

Socjaldemokratyczny premier Brandenburgii, Dietmar Woidke nie komentował bezpośrednio wyników wyborów. Odniósł się jedynie do polskich projektów rozbudowy połączeń transportowych na Odrze, ochrony tej rzeki oraz nielegalnej migracji. „Nie mogę się doczekać dobrej wspólnej pracy” – podkreślił w jednym z wywiadów dla stacji Rundfunk Berlin-Brandenburg. Z kolei Zieloni wyrazili nadzieję na intensyfikację współpracy w dziedzinie ochrony przeciwpowodziowej. Jan-Niclas Gesenhues, poseł do Bundestagu z ramienia tej partii, wyraził przekonanie, że „15 października otworzyły się nowe perspektywy w dziedzinie ochrony środowiska”. Głos zabrała również organizacja proekologiczna Deutscher Naturschutzring, której przedstawiciele wezwali do ponownej oceny wcześniejszych porozumień i „natychmiastowego zawieszenia realizacji” projektów budowlanych na Odrze.

Przyjaciele Polski i praworządność

 Według byłego szefa Deutsch-Polnische Gesellschaft Bundesverband e. V., a obecnie pełnomocnika rządu federalnego ds. niemiecko-polskiej współpracy, Dietmara Nietana, wyniki wyborów pokazują, że „Polacy chcą zmian”. „Jestem bardzo szczęśliwy, że polskie społeczeństwo pokazało, że stoi po stronie demokracji” – powiedział w wywiadzie dla publicznej rozgłośni „Bayerischer Rundfunk”. Nietan podekscytowany był zwłaszcza „rekordową frekwencją” – „coś takiego „nie zdarzyło się nigdy w demokratycznej Polsce od upadku komunizmu”. Były współpracownik Martina Schulza powiedział też, że wierzy „w lepsze stosunki z Polską”.

Nietan nie jest oczywiście osamotniony w nadziei na „normalizację”. Również wicedyrektor Deutsches Polen-Institut, Agnieszka Łada-Konefał jest przekonana, że stosunki polsko-niemieckie mogą poprawić się właśnie dzięki zmianie rządu w Warszawie. Szczególnie w kontekście żądań „narodowo-konserwatywnej partii PiS”, która oczekuje od Niemiec ponad 1,3 biliona euro reparacji wojennych.

Z kolei zdaniem Sonji Priebus, eksperta ds. polityki konstytucyjnej przy Uniwersytecie Europejskim Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, zmiana rządu ustabilizowałaby polsko-niemiecką współpracę naukową. „Jak będzie wyglądała ta współpraca, to oczywiście jest dla nas ważne, szczególnie w regionie przygranicznym”. Antyniemieckość PiS w kampanii wyborczej nie wpłynęła jeszcze na współpracę, „ale jeśli coś takiego będzie trwało przez dłuższy czas, to może mieć wpływ”.

Wynik głosowania jest także „ważny dla relacji Polski z Unią Europejską, z którą Polska toczy obecnie wiele konfliktów na tle praworządności” – stwierdziła Priebus. „Lider opozycji, Donald Tusk w trakcie kampanii wyborczej oznajmił, że chce zakończyć te konflikty, bo oznaczają one zamrożenie funduszy unijnych dla Polski.” – podkreśliła Sonja Priebus.

Profesor kulturoznawstwa, również z Viadryny, Anja Hennig, podkreśliła, że „jeśli w Polsce do władzy dojdzie trójstronny sojusz pod rządami Donalda Tuska, to kluczowe będzie przyjęcie wspólnego stanowiska w kwestii praworządności”. „Nie należy lekceważyć szkód, jakie jej brak już wyrządził demokracji w Polsce” – powiedziała w wywiadzie dla rozgłośni Rundfunk Berlin-Brandenburg.

W tym samym czasie państwowa stacja telewizyjna Norddeutscher Rundfunk wyemitowała reportaż ze Świnoujścia. Wynikać miało z niego, że „większość mieszkańców powiatu zdecydowanie opowiada się za zmianą rządu”. „Nie do zniesienia jest dla nich antyeuropejska propaganda narodowo-konserwatywnego PiS. Podżeganie na myślących inaczej, podżeganie na Niemców, naszych sąsiadów, podżeganie na Unię Europejską” – miał mówić przypadkowy przechodzień. „Co to jest? To, co się tutaj dzieje, jest skandaliczne”.

Z kolei napotkana przez reporterów Polka stwierdziła ponoć, że te wybory są dla niej bardzo ważne, ponieważ chce pozostać w UE. „Czuję się Europejką i wielu moich znajomych czuje to samo”. „Mieszkańcy regionu przygranicznego boją się o demokrację w swoim kraju” – skonkludował dziennikarz NDR.

Po co te wybory…

 „Polskiej opozycji udało się wygrać nieuczciwe wybory” – stwierdził na łamach dziennika „Die Tageszeitung” brytyjski historyk Timothy Garton Ash. Na pytanie, czy w Polsce nastąpi płynne przekazanie władzy, odpowiedział: „Będzie z tym problem, bo państwo zostało przejęte przez PiS – część instytucji administracji państwowej, Bank Centralny… Prezydent Andrzej Duda i Trybunał Konstytucyjny będą próbowali stawić opór liberalnej opozycji, która chce przywrócić pierwotny porządek. Musimy więc zachować ostrożność”.

W oficjalnej narracji „bezstronnych”, niemieckich mediów nie znalazły się natomiast komentarze zwykłych Niemców, którzy pytali na różnych forach: „Skąd pomysł, że jedna strona spektrum partyjnego w Polsce jest bardziej ‘demokratyczna’ od drugiej? Takie stwierdzenia są głęboko niedemokratyczne. Przy takim podejściu nie ma już chyba potrzeby organizowania żadnych wyborów. Wystarczy zakazać działalności tym, których uważa się za wrogów demokracji i wtedy pozostaną już tylko ‘fajni i postępowi’ politycy, którzy zawsze mają rację” … Co z punktu widzenia nowoeuropejskich wyznawców ponowoczesności z pewnością jest całkiem „cool”. Bo przecież „Stany Zjednoczone Europy” brzmią dużo lepiej niż jakaś tam Rzeczpospolita Polska… W tej sytuacji nie ma chyba sensu walczyć o „naszą i waszą wolność”. Zwłaszcza, że Niemcy i Francja szykują już kolejną, na wskroś „demokratyczną” zmianę w unijnych traktatach.

Nowe reformy mają na celu ostateczne ograniczenie resztek suwerenności państw członkowskich. Projekt zakłada przekształcenie Unii, która była pomyślana jako stowarzyszenie suwerennych państw, w superpaństwo federalne. W tworze takim rola państw członkowskich byłaby poważnie ograniczona – obecnie Polska ma prawo weta, ale po ewentualnej zmianie rządu, zrezygnowałaby zapewne z tego narzędzia. I to pomimo, że aż 58 proc. Polaków opowiada się przeciwko rezygnacji z weta.

Ostatni bój tęczowych demokratów

 Przy podejmowaniu najważniejszych decyzji Rady Europejskiej – m.in. przy rozstrzygnięciach budżetowych, podatkowych i dotyczących bezpieczeństwa – wymagana dotąd była jednomyślność. Obecnie Francja i Niemcy chcą to zmienić. Paryż i Berlin uznały bowiem, że weto pozwala niektórym państwom „blokować unijne decyzje oraz zastraszać większość wspólnoty”. W nowej, federalnej Unii obowiązywałaby wspólna polityka wewnętrzna i zagraniczna. Superpaństwo miałoby także wspólne wojsko, sądy i system podatkowy.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości byli takim rozwiązaniom przeciwni. Co zresztą bezustannie podkreślali. Za to liberalno-lewicowa opozycja z pewnością wykona wolę Berlina bez mrugnięcia okiem… Nawet jeśli likwidacja zasady jednomyślności będzie oznaczać odebranie Polakom suwerenności.

Po likwidacji prawa weta stracilibyśmy ostatecznie zdolność do blokowania niekorzystnych dla nas pomysłów unijnych urzędników i stalibyśmy się państwem całkowicie zależnym od Brukseli i Berlina. Przykładem takiego mechanizmu jest głosowanie nad „Fit for 55” – pomimo braku naszego poparcia, pakiet klimatyczny został przyjęty… Notabene, obecnie Komisja Europejska pracuje nad nową dyrektywą, której celem będzie podwyższenie podatków za korzystanie z „zanieczyszczonych paliw”: węgla, ropy i gazu.

Różnice w interesach Polski i Unii nie kończą się bynajmniej na prawie do weta. Niemcy i Francja chcą, aby państwa członkowskie przekazały władzę w kolejnych kluczowych dziedzinach na rzecz Brukseli. Komisja Europejska dąży do decydowania o kwestiach związanych z lasami, edukacją, zdrowiem, prawem rodzinnym, obroną cywilną i przemysłem. W takim przypadku Polacy zostaliby sprowadzeni do roli klienta, którego Berlin mógłby, ale nie musiał słuchać. Kanclerz Scholz jasno powiedział, że w demokracji liberalnej nie jednomyślność zapewnia największą legitymację, lecz są nią walka o większość i sojusze… Powiedział, a duża cześć polskiego społeczeństwa, chyba bezrefleksyjnie, to zaakceptowała.

No cóż, Izraelici mieli do wyboru Jezusa i Barabasza. My również mieliśmy 15 października wybór – pomiędzy suwerennością i podległością. I też wybraliśmy w najpodlejszy z możliwych sposobów. Ale stało się… I trzeba będzie z tym żyć. Może jednak nie oznacza to dla Polski totalnej katastrofy. Może „zwycięstwo” liberalnych demokratów będzie ich ostateczną kompromitacją. I końcem. Raz na zawsze… Bo przecież koalicja, której jednym spoiwem jest rządza władzy, nie może długo funkcjonować.

 

Więcej aktualności na temat krajów niemieckojęzycznych na kanale autora: https://www.youtube.com/@DACHL

 

Znowu to słychać i pisze o tym STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie lękajcie się!

… Św. Jan Paweł II już tak nam mówił. Nie wiem, czy poskutkowało, ale jeśli już mamy się bać to o rodzime świnki i krówki, o dokończenie przekopu wiślanego, o atomowe elektrownie i CPK. Pomorzu wschodniemu i zachodniemu zniszczono przemysł okrętowy i flotę handlową – ale oni są „za Tuskiem”. Mają tunel pod Odrą w Świnoujściu (hurra, udało się!), ale nic to. Chcą teraz tych, którzy będą zamykać a nie otwierać.

Jeśli wezmą TVP przekabacą jeszcze wielu. Może nie przeciągną na swoją stronę wielu dziennikarzy, którzy mają się już bać. Nitras wytnie a Węglarczyk, który założył właśnie nową dziennikarską organizację, z pewnością mu pomoże. Sienkiewicz awansuje od razu do stopnia generała armii (czterogwiazdkowego, jakim został Jaruzelski) i będzie zatrudniał aż dwóch wiceministrów: Klicha i Siemoniaka. Cywilów w wojsku będzie więcej bo należy zająć się redukcją niepotrzebnych po  zmniejszeniu armii oficerów. Będą przysposabiani do nowych zawodów – np. obsługi turystów i imigrantów.

Co będziemy sadzić i hodować zadecyduje Unia i posłanka Jachira. Po co nam tyle tego. Przecież za miedzą Ukraina – potężny czarnoziemny spichlerz. Handel rybami żywymi to zbrodnia. Więc nie będzie go. Wszystko co z morza dostaniemy z Norwegii i od innych przyjaciół Polaków a szczególnie kochających nasze dzieci.

Po co macie się ludzie lękać? Przecież teraz w parlamencie pojawią się naprawdę odważne i energiczne posłanki przebijające wszystko co dotychczas wyprawiały i wygadywały Kidawa Błońska i ekonomistka – piękna Iza Leszczyna. Doświadczenie w końcu mają też Lubnauer i koleżanki. Nie zawiodą. Miłośnik PGR-ów Balcerowicz wszystko nam wytłumaczy. Pawlak zastąpi Obajtka i zrobi porządek w Orlenie. Wymiana władzy będzie się odbywać wg. zasad Starego Testamentu: „Oko za oko, ząb za ząb” (Księga Kapłańska).  Żadne tam „dobrem zło zwyciężaj”. Milion a może i więcej przemaszerowało przez Warszawę – to chyba teraz coś należy się tym ludziom. Niedługo wybory samorządowe. Będziemy mieli rychtyklandy. Ja, jawohl! Precz z nazwą województwa.

Dla każdego zasłużonego POwca znajdzie się teraz ważne i dobrze płatne miejsce. Jeszcze jest sporo do sprywatyzowania. Pardon – teraz będziemy mówić „do zdenacjonalizowania”, do „odpaństwowienia”. Wiele jeszcze tego – np. lasy, których mamy najwięcej w Europie. Nie licząc nawet kosodrzewiny. Krów doić też nie będziemy. Nawet rekordzistkę z Podlasia z prywatnego gospodarstwa mlecznego, która daje 70 litrów mleka dziennie. Byki tez można przekonać do jednopłciowości – będą takie sobie byko-geje. Świń nie będziemy hodować bo nie należy zwierząt zabijać. One tego nie lubią. A co do baranów to chyba je zostawimy ze względu na powinowactwo nazewnicze z decydentami.

Jeśli ktoś z obywateli nie będzie rozumiał dokonywanych przemian wytłumaczy mu osobiście bardzo popularny i jak się okazało zaufany prezes praw obywatelskich pan Bodnar. Mucha nie siada. Choć niektóre są upierdliwe z czasem przekonają obywateli.

Pytanie – co zrobić z Grodzkim, Trzaskowskim, Budką? Na początek pan mecenas Budka dostanie  budkę z piwem pod telewizją na Placu Powstańców. Jest tam duży ruch (protesty etc.) a i obroty będą nieliche. Poza tym ten bystry prawnik i ekonomista będzie miał oko na to, kto przybywa i wybywa jako goście wiadomości Info. No, o ile w ogóle pan Budka tych redakcji nie zlikwiduje.

Ale nie lękajcie się koledzy. Po was przyjdą inni i jak zawsze gorliwa wierchuszka dziennikarska służyć będą nowej władzy. Tak było zawsze i tak będzie. Wielu żurnalistów ma w sobie bardzo wysokiej rangi etykę zawodową.

PiS zaczyna teraz od rozliczeń. Niepotrzebnie. Ważne jest co będzie dalej. Ważne czy Polska zostanie oddana w lepkie ręce. To gorsza perspektywa niż grzech przegranej. Zresztą z Platformą to przecież PiS wygrał. Tyle, że ta płaszczyzna partyjna już po wyborach zjednoczyła się z kim się dało, tak jak PPR z PPS.

Bój to wcale nie był ostatni. Ostatnich to gryzą psy. A teraz modne są małe psinki i nikt się ich nie boi. Nawet koty. Zachód zapełniony już z południa a wkrótce i ze wschodu zbankrutuje rychło wydojony zasiłkami dla nierobów. Nie tylko nie płaci – co wyciągnie więcej łapy po dziesięcinę.  I Polska będzie musiała się na to zgodzić. Bo inaczej wyrzucą nas z Unii. Pany – Lachy  nie tylko zubożeją, ale nawet zaczną nie dojadać. Autostrady będą zupełnie niepotrzebne.

Może jednak powtórzy się sierpień 1980 roku a potem 13 grudnia 1981. Marna to pociecha, że będzie w końcu powtórka z czerwca 1989 roku. Ciekawe kto stanie się „człowiekiem honoru” na wzór Jaruzelskiego i Kiszczaka.

A więc nie bój się człowieku i nie rozpaczaj, PiS-ie kochany – do roboty. Trzeba szybko i ofiarnie się ogarnąć. Nie wypominać spartolonej kampanii pod wodzą Brudzińskiego. Zaraza tym razem przyszła z zachodu. „Ale nic to, Basiu” – jak mawiał Wołodyjowski. Mleko się rozlało, ale to jest mleko polskie. A krów – póki co – mamy dostatek. Żeby tak móc zrozumieć co mówią zwierzęta. B-e-e-e-e-e-e-e. A to rozumiemy. Ale są jeszcze koniki, krówki i świnki. Nie zarzynajmy tego stada. Znowu powołam się na Stary (wprawdzie) odwołany Testament. Stoi tam jak byk. „Kto zabije zwierza będzie obowiązany do zwrotu”. Potem Mojżesz kazał Izraelitom wyprowadzić bluźnierców i ukamienować. Synowie Izraela uczynili to co Pan rozkazał Mojżeszowi.

 

 

„Zdrada” vs. racja stanu – zastanawia się STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Czy Tygrysek podskoczy?

Pan Tusk już był w ogródku, już witał się z gąską. Aż tu nagle wyskoczył Tygrysek – doktor od zdrowia, pan Kosiniak i potwierdził, że się zgadza. Na cóż to? Na bycie premierem polskiego rządu. Ale rządu PiS.

Niemożliwe! Możliwe. Tak może być. Takie rozwiązanie gordyjskiego węzła może zaproponować pan prezydent i pan prezes. Premier Morawiecki zostałby wice a na dodatek jeszcze ministrem spraw zagranicznych. Wojsko zostawmy w spokoju. Na fotel ministra rolnictwa – Sawicki.

Na kulturę dajmy Konfederację np. Bosaka – ładnie mówi a w dodatku pomoże mu żona, obecnie również posłanka. Ludowcy i konfederaci (może nie wszyscy) dadzą PiSowi wystarczającą liczbę mandatów, aby można było powołać rząd. Tym bardziej że lewacy i trzeciodrogowi osłabną.

Ludzie rzekną, że ten Kaczor znów wyciął numer futboliście z Gdańska. Zresztą ponoć on chętnie, jak bumerang, wraca do Brukseli. Biedny Hołownia, ale młody i niech się jeszcze pouczy. Polityka to zwodnicza kochanka a pan Szymon ma piękną żonę, która na pewno wkrótce śmigać będzie na niebie pilotując F-35 a potem zostanie generałem lotnictwa. Ciesz się chłopce życiem i tym co masz. I nie złość się na pana Kosiniaka. Kto to wszystko mógł wymyślić?

Może prezydent, może prezes, a może reporter Truszczyński. Nie to jest ważne, za to najważniejsze, aby rząd polski rządził z Warszawy a nie z Berlina. Dobrze byłoby, gdyby został wybudowany wspaniały i bardzo szybko zarabiający krocie wielki port lotniczy i CPK, żeby powstały jak najszybciej elektrownie atomowe. Trzeba dokończyć przekop przez Zalew Wiślany. Bardzo ważne, by lasy pozostały polskie tak jak Orlen, LOT i koleje.

Oświeć Panie Boże prawicowych decydentów, aby zakończyli nieważne dziś spory głupie, bo inaczej skończą w … zupie. Albo i gorzej. Dajcie kawałek tortu ludowej braci – oni przecież żywią i bronią (w 1920 roku to Witos dał 70 procent żołnierzy). Lud na wsiach to 40 procent mieszkańców i wielu z nich z prawdziwą wiarą pielgrzymuje do Częstochowy. Jeśli ten plan zostanie zrealizowany, rząd polski nie wycofa wojska na linię królowej naszych rzek. I nie czekajmy, aby urodzili się nowi duchowni tacy jak księża Skorupka i Popiełuszko.

Dokończmy śledztwa  – smoleńskie, wyjaśnijmy zabójstwa – Leppera, Pańki,  gen. Kaliskiego i komandosa Petelickiego, Józka Szaniawskiego i wielu innych. Nie będą nas reprezentować zdrajcy, sprzedawczycy i targowiczanie. Jeszcze Polska nie zginęła choć chwieje się w posadach. Posadki, stołki i łatwe pieniądze – również te z rajskich kont podatkowych wrócą do kasy Glapińskiego.

Dogadamy się, odbudujemy Polskę morską – flotę handlową i wojenną (z portem wojennym na Helu), powstaną znów prawdziwe stocznie w Trójmieście i Szczecinie. Nie pójdziemy śladem Orbana. W Chinach mamy teraz bardzo zdolnego nowego ambasadora, który zna nie tylko języki europejskie a nawet błyskawicznie nauczył się chińskiego.

Tak, Polak potrafi jeśli nie idzie w obcej piątej kolumnie. Darz bór – mówią leśnicy, Bóg z nami – piszą na swoich łodziach kaszubscy rybacy, szczęść Boże – pozdrawiają się górnicy.

Urosną karłowate dziś bałtyckie dorsze, a węgla na długo jeszcze nam wystarczy. Kujmy żelazo w polskich hutach (Indiom one zupełnie są niepotrzebne). Odbudujmy przemysł zbrojeniowy (zamiast aresztować kolejne zarządy), a dla dekoracji wznówmy produkcję np. dywanów w Kowarach i wielu tysięcy innych zamkniętych lub zniszczonych fabryk. Cementownie, cukrownie i handel niech wrócą do tych, którzy z wielkim trudem je zbudowali. Mamy rzeczywiście teraz dużo dobrego. Miejmy więcej.

Edukujmy ale i przekonujmy młodych, żeby nie wybierali się na zmywaki. Tam zresztą już miejsce zajęli przybysze z Afryki i Azji. Nie będzie Rusek pluł nam w twarz, a Niemiec dzieci germanił. Wrócą, którzy wyjechali za chlebem. Kobiety urodzą dzieci. Bez udziału tęczowych i nieszczęśliwie zagubionych. Polska ziemia da zdrowe plony a potężne już dziś rolnictwo prześcignie Francuzów, Duńczyków i Holendrów. Oni będą przyjeżdżać po naukę do nas, do naszych wzorowych wielkich nowoczesnych gospodarstw rolnych. Będą u nas inwestować, ale pod naszą kontrolą. Niech chrząszcz brzmi w trzcinie a Polak niech nie będzie głupi. Ani przed szkodą ani po niej głupi.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjscy weterani zaczynają cierpieć na „syndrom ukraiński”

Zespół stresu pourazowego, który ujawnia się u rosyjskich żołnierzy wracających z wojny na Ukrainie, nieraz prowadzi do tragicznych zdarzeń.

Wieczorem 1 października 2023 roku bojownik grupy Wagnera Wołodymyr, który przybył do swojej rodziny w Lipiecku w Rosji, wdał się w konflikt z żoną i zranił jej 4-letnią córkę. Pogotowie, które przyjechało na wezwanie, jedynie potwierdziło śmierć dziecka. 31-letni podejrzany został zatrzymany, grozi mu kara dożywocia. Jak podaje kanał Baza Telegram, podczas kłótni podejrzany brutalnie pobił żonę, a następnie w jego ręce wpadła jej czteroletnia córka z pierwszego małżeństwa. Z ustaleń śledztwa wynika, że ​​dziewczynka zmarła w wyniku uderzeń w głowę zadanych przez mężczyznę.

To nie jedyna zbrodnia popełniona przez „bohaterów” wojny rosyjskiej po powrocie do życia cywilnego. Sewastopolski serwis informacyjny ForPost pisze, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy doszło do kilku incydentów, gdy personel wojskowy po powrocie ze strefy działań wojennych kontynuował „walkę” w pokojowym życiu. Eksperci zauważają, że w w miarę powrotu zmobilizowanych z wojny takich przypadków będzie więcej…

Dziennikarze przytaczają inne przykłady. Latem 39-letni rosyjski żołnierz Ildar Bułatow zagroził, że zdetonuje granat na autostradzie w pobliżu Ufy. Przywódca Baszkirii Radii Chabirow osobiście uspokoił wzburzonego mężczyznę. Gubernatorowi udało się przekonać mężczyznę do poddania się. Jednak na tym historia się nie zakończyła. Kilka dni później Bułatow popełnił samobójstwo w areszcie śledczym.

Do kolejnego zdarzenia doszło w Kazaniu. Pijany mężczyzna w mundurze zaproponował dzieciom zdetonowanie granatu ogłuszającego. Chłopcy nie ryzykowali zabawy w wojnę. Ale „bohater” rzucił granat. Rozległa się eksplozja, którą było słychać w pobliskiej szkole. Okazało się, że sprawcą tego incydentu jest Kyryło Szulga, 37-letek z kryminalną przeszłością z jednostki wojskowej stacjonującej w Sewastopolu. Wcześniej był karany za rozbój, kradzież dokumentów, usiłowanie kradzieży, jazdę pod wpływem alkoholu i dwukrotnie za oszustwo. W tym roku był sądzony za rozbój.

Ostatni przypadek miał miejsce w tym miesiącu. Około północy w mieście Budonowk koło Stawropola wybuchła kłótnia między mężczyzną a gośćmi restauracji Gogol. Po pewnym czasie wyjął on granat i rzucił go pod nogi przeciwników. 4 osoby zostały ranne. Człowiekiem z granatem okazał się 23-letni chorąży z pułku śmigłowców. Kiedy siły bezpieczeństwa przyszły go zatrzymać, żołnierz otworzył drzwi i wrzucił do wejścia jeszcze dwa granaty. Przeciwko chorążemu wszczęto sprawę karną na podstawie trzech artykułów – usiłowania zabójstwa, ataku na funkcjonariusza policji i nielegalnego posiadania broni.

Inny przypadek miał miejsce latem. W jednym z apartamentowców w Rostowie nad Donem mężczyzna wyjął zawleczkę z granatu, który następnie eksplodował mu w dłoni. Okazało się, że niedawno wrócił z wojny na Ukrainie.

Psycholog Temyr Khagurov przyznaje, że „ludzie, którzy wrócili ze strefy działań wojennych, nie zawsze zachowują się odpowiednio…”. Zauważył: uczestnicy wojny „przechodzą ogromne napięcie psychiczne i stres”,  są stale w stanie pełnej mobilizacji psychicznej. „Po powrocie do spokojnego życia u niektórych osób może rozwinąć się zespół stresu pourazowego. Stąd trudności z adaptacją, powrotem do spokojnego życia” – powiedział Khagurov.

Dziennikarze zauważają, że proces opisany przez niemieckiego pisarza Ericha Marię Remarque w powieści „Droga powrotna” ma obecnie miejsce w Rosji. Książka opowiada o życiu zwykłych niemieckich żołnierzy, którzy powrócili z I wojny światowej. Z powodu traumy psychicznej nie mogą znaleźć dla siebie miejsca w spokojnym życiu i zmuszeni są szukać nowego celu. Ktoś wraca do wojska z nadzieją odzyskania poczucia „braterstwa na pierwszej linii frontu”, inni trafiają do świata przestępczego, albo do „rewolucji”, niektórzy popełniają samobójstwo.

W Rosji nie jest to nowa sytuacja, wcześniej kraj ten miał już do czynienia z „syndromem czeczeńskim”, który objawił się u wielu uczestników działań wojennych w Czeczenii. Znany był też „syndrom afgański”, który doprowadzał do zabijania ludności cywilnej, a teraz pojawia się i rozwija „syndrom ukraiński”…

Psychologowie w Rosji, aby naprawić sytuację, radzą tworzyć różne organizacje „weteranów” i angażować wracających z wojny w prace publiczne, ale nie zawsze to pomaga.

Z drugiej strony psychologowie zalecają całkowitą kontrolę nad takimi weteranami, a to już rutynowe zadanie rosyjskich służb specjalnych. Specjaliści podkreślają potrzebę prowadzenia wśród Rosjan prac nad zapobieganiem przestępstwom, jakie mogą popełniać „pracownicy frontowi”, m.in. w stanie upojenia alkoholowego i narkotykowego. W tym celu powstał już ruch społeczny „Dla bezpieczeństwa”. Jego pracownicy nie tylko rejestrują uczestników wojny, ale także prowadzą z nimi rozmowy na temat zapobiegania przestępstwom. Komisje wojskowe mają obowiązek przyjmować pokwitowania, w których „żołnierz pierwszej linii” potwierdza, że rozumie pełen stopień odpowiedzialności, w tym także karnej, jaka spadnie na niego w przypadku, gdy w życiu cywilnym zdecyduje się zdetonować granat lub zastrzelić kogoś z pistoletu karabin maszynowy. Ale w tym przypadku „pracownicy pierwszej linii”, którzy uważają się za „bohaterów”, poczują się jak „ludzie drugiej kategorii” będący pod presją kontroli. Funkcjonariusze organów ścigania zobowiązani są bowiem nie tylko do prowadzenia rozmów prewencyjnych, ale także do przeprowadzania rewizji mających na celu wykrycie nielegalnej broni automatycznej czy granatów.

 

Najważniejsza ze sztuk  – JAKUB OLCHOWSKI o propagandzie w rosyjskiej kinematografii

Gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia powróciła do przekazu ideologicznego.

Rosja  sprawnie posługuje się całą machinerią propagandową i dezinformacyjną. Robi to od stuleci i czyni to bardzo efektywnie. Podniosła do rangi sztuki używanie instrumentów informacyjnych i dezinformacyjnych i sztuka ta jest wykorzystywana przez nią do realizacji interesów strategicznych. Podobnie jak wykorzystywanych jest wiele innych elementów, które wcale nie są – przynajmniej na pierwszy rzut oka – instrumentami polityki zagranicznej, jak np. surowce naturalne czy energetyka. To samo dotyczy  miękkiej warstwy, czyli np. kultury i narracji historycznych, używanych przez Rosję do budowania pewnej określonej wizji świata, tak na użytek wewnętrzny, jak i zewnętrzny.

Takim instrumentem jest też film. Włodzimierz Lenin miał powiedzieć, że film jest najważniejszą ze sztuk, bo dzięki obrazom można kształtować umysły i emocje nawet ludzi  nieumiejących pisać i czytać, a takich 100 lat temu była w Rosji przeważająca większość. Dziś mechanizm ten działa tak samo, choć zmieniły się instrumenty i metody – mówi się o storytellingu i „budowaniu narracji”. Co nie znaczy wszakże, że film stracił znaczenie. Przeciwnie, może być i jest bardzo użytecznym narzędziem.

Jeśli chodzi o rosyjską kinematografię, trzeba mieć świadomość, że Rosjanie mają znakomite,  głęboko zakorzenione tradycje filmowe i artystyczne.  W Związku Radzieckim powstało wiele filmów ważnych dla kinematografii światowej, i powstawały niemal od początku jej istnienia. W 1925 Siergiej Eisenstein nakręcił „Pancernik Potiomkin”, film artystycznie znakomity, choć naturalnie mający ideologiczny i propagandowy wydźwięk. Sojusz sztuki i polityki miewał jednak wzloty i upadki – tenże sam Eisenstein w 1938 r. nakręcił „Aleksandra Newskiego,” film obsadzony samymi gwiazdami, zrobiony z ogromnym rozmachem, z muzyką Siergieja Prokofiewa. Akcja filmu osadzona jest rzecz jasna w średniowieczu, ale przekaz ideologiczny odnosił się de facto do aktualnej sytuacji, tj. do napięć między Związkiem Radzieckim a Trzecią Rzeszą. Filmowi Krzyżacy nosili nawet hełmy, które przypominały hełmy armii niemieckiej. Sytuacja się jednak zmieniła – po pakcie Ribbentrop-Mołotow film stał się oczywiście „nieprawilny”, jako szkalujący przyjaciół. Wkrótce jednak sytuacja ponownie się zmieniła i w 1941 r. film znów stał się aktualny i ponownie można go było wykorzystywać do urabiania serc i umysłów sowieckiego społeczeństwa.

Po II wojnie światowej radziecka kinematografia rozwijała się prężnie. Z powodów politycznych i ideologicznych, tj. jako użyteczny dla władzy instrument, ale również z powodów banalnie obiektywnych: Rosja zawsze miała wielu wybitnych, utalentowanych artystów i twórców. W efekcie radzieckie filmy wielokrotnie były nagradzane na świecie. Nagrodę Oscara otrzymała „Wojna i pokój” (1968), „Dersu Uzała” (1975) i „Moskwa nie wierzy łzom” (1980) – w czasach, kiedy Oscar znaczył naprawdę wiele, a w dodatku były to przecież filmy zza „żelaznej kurtyny”. Do klasyki światowej kinematografii weszło wiele radzieckich filmów wojennych, np. Lecą żurawie (1957), Tak tu cicho o zmierzchu (1972), Idź i patrz (1985).

Oczywiście nie kręcono samych arcydzieł, oczywiście nie kręcono wyłącznie filmów wojennych. Niemniej trzeba mieć na uwadze, że wszystkie filmy radzieckie musiały nieść określony przekaz ideologiczny, nawet jeśli pośrednio tylko serwowany widzom, były też cenzurowane. Należy też podkreślić, że temat wojny był bardzo istotny i podchodzono do niego w sposób poważny, monumentalno-martyrologiczny (uzupełniany naturalnie ideologicznie). Takie podejście wynikało po części z nastrojów społecznych – przez wiele lat po wojnie funkcjonowała ona w pamięci zbiorowej przede wszystkim jako ogromny dramat i tragedia (m.in. z tego powodu obchodzono Dzień Zwycięstwa 9 maja, ale raczej refleksyjnie, skromnie i bez parad wojskowych). Jednocześnie II wojna światowa, która w Rosji zwana jest „wielką wojną ojczyźnianą”, stawała się coraz ważniejszym czynnikiem, budującym tożsamość państwa i społeczeństwa (nie narodu, naturalnie) radzieckiego.

Kiedy Związek Radziecki się rozpadł, jego sukcesorka Rosja weszła w trudny okres, musiała się zmagać z głębokim kryzysem ekonomicznym, społecznym, politycznym i tożsamościowym. Podupadła także  kinematografia. Mimo to w latach 90. powstało  wiele świetnych filmów, ze znakomitym obrazem Spaleni słońcem z 1994 r., w reżyserii Nikity Michałkowa.  Ten wstrząsający film jest niemal, niczym „Makbet” Szekspira, socjologiczno-politologicznym studium tyranii – i został nagrodzony Oscarem.

Jednak gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia  powróciła do przekazu ideologicznego, i to na nieporównanie szerszą skalę. Poniekąd wynika to także z tego, że Moskwa zorientowała się, iż podobnie jak instrumenty ekonomiczne, przyciąganie i przekonywanie ludzi  przy pomocy dobrze przygotowanego przekazu, dobrej opowieści oddziałującej na emocje, jest skuteczniejsze niż hard power i brutalne, nacechowane otwartą arogancją, realizowanie własnych interesów przy użyciu „tradycyjnych”, twardych narzędzi. Zwłaszcza że Rosja zaczęła w tym okresie „wstawać z kolan”, m.in. intensywnie odbudowując swoje znaczenie i wpływy na terytorium dawnego ZSRR oraz lansując przy tym koncepcję „ruskiego świata”. A że russkij mir w dużej mierze ma fundamenty kulturowe, nie można było nie dostrzec i nie wykorzystać kultury jako narzędzia oddziaływania. Zwłaszcza że rosyjska kultura cieszyła się uznaniem na świecie, wciąż jest kojarzona z wielkimi pisarzami, kompozytorami, malarzami, sportowcami czy wreszcie filmowcami.

W efekcie w XXI w. w rosyjskie kino związane jest  w dużej mierze  z określoną narracją, w której można wskazać wiele wątków. To na przykład swego rodzaju „sojuzonostalgia”: Związek Radziecki nie był przecież taki zły, żyliśmy tam, to było wielkie państwo i potęga. Przykładem tego może być Dziewiąta kompania Fiodora Bondarczuka z 2004 r. To produkcja o wojnie w Afganistanie, rzekomo oparta  na faktach, ale w istocie jedynie luźno inspirowana pewnymi wydarzeniami. Oczywiście nie ma w niej  słowa o tym, że to Związek Radziecki zaatakował Afganistan – nie jest to przecież istotne. Ważna jest natomiast narracja, że żołnierze pochodzący z różnych stron ZSRR dzielnie walczyli za ojczyznę, która się o nich nie troszczyła i trochę o nich zapomniała, a przecież oni ją kochali. Co warto podkreślić, film zrobiono z wielkim rozmachem, niczym amerykańskie „superprodukcje” i blockbustery – w kolejnych latach stało się to zresztą regułą.

Pojawiły się też inne ważne wątki. Jednym  z nich jest gloryfikacja carskiej Rosji. Świetny przykład stanowi film biograficzny o admirale Kołczaku pt. Admirał (2008 r., reż. Andriej Krawczuk). Możemy się z niego dowiedzieć przede wszystkim tego, że w carskiej Rosji „kapało od złota”, były tam wyłącznie piękne kobiety w cudownych kreacjach oraz przystojni mężczyźni w pięknych mundurach. Inny wątek to oczywiście „wielka wojna ojczyźniana”. Nie jest to przypadek, bo pamięć o tej wojnie, podniesiona już właściwie do rangi mitu, stanowi jeden z kluczowych fundamentów dzisiejszej tożsamości państwowej i narodowej Rosji. Rokrocznie do rosyjskich kin trafia ok. 200 filmów rodzimej produkcji i wiele z nich to filmy wojenne (bojewiki), ponadto produkuje się wiele seriali telewizyjnych. Przemysł filmowy jest potężny i szczodrze finansowany przez państwo, które wymaga, by filmy niosły określony przekaz. Wśród wielu takich produkcji wojennych był np. hit kinowy z 2008 r. pod tytułem Jesteśmy z przyszłości. Film opowiadał o grupie młodych ludzi, żyjących we współczesnej Rosji i prowadzących bezrefleksyjny i konsumpcyjny tryb życia (w domyśle: jak na Zachodzie). Kiedy trafiają do wojska, przypadkiem przenoszą się w czasie i muszą zmierzyć się z faszystami podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Po powrocie do współczesności zmieniają swoje dotychczasowe postępowanie i są już dobrymi patriotami. Film cieszył się tak dużą popularnością, że nakręcono jego ciąg dalszy. Cechą wspólną tego rodzaju filmów jest to, że pokazują martyrologię Rosjan w czasie wojny oraz bohaterstwo Armii Czerwonej, która ostatecznie zawsze wygrywa i pokonuje nazistów. Nikomu nie przeszkadza, że konkretne historyczne wydarzenia przedstawiane są całkowicie fałszywie. W 2016 r. nakręcono np. „28 panfiłowców” – film opowiada o bohaterskiej walce, stoczonej rzekomo przez grupę czerwonoarmistów w 1941 r., mimo że już od dawna wiadomo, że to wydarzenie nigdy nie miało miejsca. Tego jednak przeciętny widz nie wie.

Nawet wielki Nikita Michałkow, obecnie bliski przyjaciel Putina, nakręcił w 2010 r. kontynuację „Spalonych słońcem” – będącą w odróżnieniu od pierwszej części z 1994 r. obrzydliwą propagandówką, z której wynika m.in. że może i NKWD to byli socjopaci, wybijający zęby młotkiem, ale to z miłości do ojczyzny, a przecież wszyscy kochamy ojczyznę, czyż nie?

Inną grupę stanowią filmy historyczne czy raczej – pseudohistoryczne, przedstawiające pewną narrację dotyczącą przeszłości Rosji. Sięga się przy tym do średniowiecza (filmy o Jarosławie Mądrym i Aleksandrze Newskim) i głębiej nawet, czego przykładem „Wiking” Andrieja Krawczuka z 2016 r. – łączy te produkcje takie pokazywanie Rusi Kijowskiej, by nie było wątpliwości, że jedyną jej spadkobierczynią jest Rosja. Dla Polaków interesujący może być Rok 1612 Władymira Chotinienki z 2007 r., pokazujący złych, bezwzględnych i okrutnych oraz bezustannie przeklinających polskich husarzy, którzy konno szarżują na mury miasta, ale dzielnie i skutecznie przeciwstawia się im prosty rosyjski lud, pełen patriotyzmu i mistycyzmu. Podobnie narracja przebiega w luźnej ekranizacji powieści Nikołaja Gogola pt. Taras Bulba (2009), w której  Polacy prześladują i gnębią mieszkańców Rusi, którzy nie dzielą się na Ukraińców i Rosjan, bo stanowią wszak jeden naród – co jest jednym z fundamentów koncepcji „ruskiego świata”.

W wielu filmach i serialach pojawiał się wątek czeczeńskich terrorystów, diabolicznych i podstępnych. Często filmowe czarne charaktery posługiwały się też językiem angielskim, a także zachodnim wyposażeniem i uzbrojeniem. Jeśli pojawiali się Polacy, to zwykle w roli najemników i zaciekłych rusofobów. Po  2014 r. i aneksji Krymu pojawił się też nowy wątek, czyli źli Ukraińcy, którzy używają faszystowskich pozdrowień, gwałcą, mordują i palą – zwłaszcza w Donbasie, zaś dzielni Rosjanie chronią ludność cywilną i przywracają porządek oraz dostarczają pomoc humanitarną.

Przykładów tego rodzaju produkcji są dziesiątki. I oczywiście nie tylko w Rosji filmowcy dość „luźno” podchodzą do wydarzeń historycznych. Dość przypomnieć wielkie hollywoodzkie przeboje, jak chociażby „Braveheart” czy „Pearl Harbor”. Metaforycznie ujmując, tyle mają wspólnego z historią, ile wspólnego ma demokracja z demokracją ludową. Z drugiej strony, w Rosji nadal są twórcy, którzy potrafią robić wybitne filmy i czasem takie robią. Przykładami mogą być „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa czy „Ładunek 200” Aleksieja Bałabanowa. To jednak wyjątki, generalnie bowiem rosyjskie filmy, zarówno fabularne, jak i dokumentalne, zwykle bardzo dobre pod względem warsztatowym, utrwalają  w społeczeństwie rosyjskim pewien obraz Rosji i otaczającego ją świata. Przy czym, o ile pseudohistoryczne filmy zachodnie to po prostu popkulturowe produkty, których celem jest przynoszenie zysku, o tyle znaczna część produkcji rosyjskich, finansowana przez państwo, z premedytacją wpływa na świadomość i poglądy społeczeństwa. To także element rosyjskiej soft power, mający wpływać nie tylko na społeczeństwo rosyjskie, ale i audytorium zewnętrzne – Rosja stara się brać przykład z rozmachu i ekspansywności amerykańskiego przemysłu filmowego (podobnie zresztą czynią Chiny), jednak w przypadku Rosji istotne jest, że najważniejsza ze sztuk służy jako instrument władzy.

W efekcie Rosjanie są przekonani, że ich  kraj nigdy nikogo nie napadł, a tylko wyzwalał i bronił, zaś całe zło pochodzi z zewnątrz, w tym – podkreślmy – w dużej mierze z Polski. Ważne, byśmy o tym pamiętali, bo u nas też pojawiają się niestety różne prorosyjskie wypowiedzi i środowiska. Kręgi te chyba nie zdają sobie sprawy, w jaki sposób Polskę  przedstawia się w Rosji i jak bardzo jej wizerunek jest tam negatywny. Co prawda obecnie Rosjanie niezbyt chętnie chodzą do kina na filmy wojenne z ostatnich lat, np. pokazujące wojnę w Donbasie, ale to niewiele zmienia. Na pewno nie zmienia ich stosunku do wojny i do Ukrainy.

Jakub Olchowski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.