CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Niemcy muszą zmienić rząd w Polsce?

Wiadomo, każde wybory są o wszystko, każde są „najważniejsze od 30 lat”, w każdych „musimy się zmobilizować, żeby nie dopuścić”. Ale ta kampania wyborcza jest jakoś dziwnie nerwowa. Wojna na Ukrainie, chaos w Izraelu, jakieś drgawki UE, wiadomo, ale wydaje się, że bez „innych szatanów”, którzy są tu i teraz wyjątkowo „czynni”, całej tej nerwowości wytłumaczyć się nie da.

Zauważyliście jak Scholz zaatakował Polskę bezpośrednio na wiecu? Że niby kilkaset wątpliwych i badanych przez polską prokuraturę przypadków wiz miało spowodować migracyjna katastrofę w Niemczech.

Niemiecka desperacja

Nie sprowadzanie na hura setek tysięcy, czy wręcz milionów nielegalnych imigrantów w imię polityki „Herzlich Willkommen” czy pod pretekstem lewicowej utopii multi-kulti, tylko kilkaset wiz wydanych przez Polskę. Przecież to się kupy nie trzyma. W dodatku łamie wszelkie dotychczasowe zasady niemieckiej polityki zagranicznej. Do tej pory chytrzy Niemcy od brudnej roboty mieli na posyłki Holendrów,  Belgów, czy Czechów. A teraz sam KANCLERZ musiał sobie pobrudzić ręce. Czyż nie świadczy to o wysokim poziomie desperacji?

Albo sprawa z odwróceniem (miałem to określić inaczej, ale nie chcę żeby ktoś miał przeze mnie kłopoty) Zełenskiego. Do tej pory takie rzeczy Niemcy robili w białych rękawiczkach, a teraz uszyli to nićmi grubymi jak liny okrętowe. Podobno nawet Amerykanie byli zdegustowani. A sprawie przyklaskiwały i winą obarczały Polskę głównie media niemieckie i media tych krajów, które są pod największym niemieckim wpływem. To jak bezczelnie instytucje europejskie znoszące unijne embargo na import (nie tranzyt!) ukraińskiego zboża, zostały wykorzystane przez Niemców do skłócenia Polski z Ukrainą, też raczej widać z daleka. Jeśli dorzucić do tego coraz bardziej nerwowe codzienne wiosłowanie niemieckich mediów dla Polaków w Polsce, mamy dość szeroki obraz histerii w jaką na punkcie Warszawy wpadł Berlin.

Dlaczego?

Najświeższym elementem złożonej odpowiedzi jest chyba tekst brytyjskiego „Daily Telegraph” – „Polska próbuje przejąć od Niemiec koronę przemysłowego centrum Europy”. Dlaczego to w ogóle możliwe? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ze wszystkimi problemami, Polska dynamicznie się rozwija. A po drugie dlatego, że Niemcy same podcięły sobie korzenie wzrostu.

Nie, 24 lutego 2022 roku Niemcom świat się nie zawalił. O ich ówczesnym stanie ducha świadczą opowieści ukraińskich dyplomatów, którzy zwrócili się wtedy do swojego „strategicznego sojusznika” o pomoc i usłyszeli, że „nie warto Ukraińcom pomagać, ponieważ Ukrainie zostało kilka godzin”. Trudno wobec tego nie odnieść wrażenia, że Niemcy nie byli jakoś szczególnie zaszokowani inwazją, a raczej oczekiwali jej szybkich efektów. Niestety, ich strategiczny sojusznik – Władimir Putin, skrewił. Wziął na Ukrainie w d. tak, że śmiech rozległ się we wszystkich strefach czasowych. I dopiero, wraz z docieraniem tej świadomości, Niemcom świat się zaczął walić.

A tak było pięknie

A tak było pięknie. „Wspólna” niemiecko-rosyjska – imperialna przestrzeń od Lizbony do Władywostoku, była w zasadzie na ukończeniu. Polska, która się jej koncepcji przeciwstawiała, właściwie osamotniona, po wyborach w USA opuszczona przez zamorskiego sojusznika, który w zasadzie oddał Europę w zarząd duumwiratowi Berlin-Moskwa. Tani gaz płynął do Niemiec szerokim strumieniem Nord Stream, a miał płynąć jeszcze szerszym. Gospodarki krajów unijnych spętane eko-szantażem, nie miały wyjścia, musiały w końcu przejść na system, w którym jedynym dysponentem kurka z rosyjską energią w Europie były Niemcy, które i tak już trzymały UE za mordę, choćby przy pomocy euro. I już, już miały wystrzelić szampany, sypnąć się konfetti i zagrać Odę do Radości z rosyjskim zaśpiewem, gdy nagle okazało się, że strategiczny sojusznik Władimir pokpił sprawę, wszystko schrzanił, sen prysnął jak bańka mydlana, a Berlin został z gaciami spuszczonymi do połowy uda.

Od tamtej pory Niemcy musieli sporo znieść. Kryzys wynikający z braku gazu, połajanki sojuszników, najbardziej bolesne ze strony pogardzanej Polski, niełaska Waszyngtonu zirytowanego ambiwalentną postawą, katastrofa wizerunkowa „moralnego mocarstwa” i dobijające przemysł kosmiczne ceny energii. No, ale nikt nie da tyle ile Niemiec obieca, więc Olaf Scholz obiecał co trzeba, że Niemcy zerwą wreszcie z prorosyjskimi mrzonkami, przestaną importować rosyjskie surowce, Ukrainie tyle sprzętu wojskowego obiecają, że się propagandowe niemieckie instytutu skichają ze szczęścia, a Ukraińcy z przekonania, że „oto strategiczny sojusznik nareszcie się zlitował i ustrategicznił”. A w ogóle to dokonają takiego Zeitenwende, jakiego świat nie widział.

Imperium kontratakuje

No a gdzie dzisiaj w rzeczywistości są Niemcy? Mogli przywrócić do działania swoje elektrownie atomowe, ale tego nie zrobili i najwyraźniej nie mają zamiaru. Przeciwnie, w Niemczech mówi się o naprawie zniszczonego w wyniku tajemniczego wybuchu gazociągu Nord Stream, przecież nie po to żeby nie wracać do dealu z Rosją. Mało tego, mówi się o tym, że pod „nalepką” kazachskiej, nadal sprowadzają rosyjską ropę naftową. Mało tego, nagle dziwnie wzrosły obroty handlowe Niemiec z niektórymi krajami postsowieckimi. Ukraińcy muszą się zadowolić obietnicami, ponieważ Niemcy spełniają tylko niewielką część obietnic, a o Zeitenwende mało kto już chyba pamięta. Jeśli ktoś nie widzi tego, że Niemcy przygotowują się jak rękawiczka na przyjęcie rosyjskiej ręki, to jest ślepy jak martwy kret.

W tym samym czasie „mocarstwo moralne” odzyskuje, jak pisze Grzegorz Kuczyński na łamach Tysol.pl, pole w Europie Środkowej, w ostatnim czasie zdegustowanej jego „zaskakująco” dwuznaczną postawą wobec rosyjskiej inwazji. Wynik wyborów na Słowacji Niemców raczej nie martwi. Fico jest „prorosyjski”? Doskonale. Antyamerykański? Świetnie. Jest też prounijny i to również doskonała dla Niemców informacja. Węgry? Wcześniej, podobnie jak Polska, chłopiec do bicia. Ale teraz i niemiecki przemysł widzi na, nie stroniących od kontaktów z Kremlem Węgrzech, perspektywy i UE przebąkuje o wypłacie KPO (podczas gdy oskarżenia o korupcję przy wydawaniu unijnych pieniędzy, akurat na Węgrzech, w odróżnieniu od Polski, mają pewne podstawy). Bułgaria i Rumunia zmiękły pod niemiecką ręką wchodząc w kompromis ws. ukraińskiego zboża. I w Chorwacji i w Słowenii Berlin może być zadowolony z rozwoju sytuacji i w Mołdawii ciężko pracuje na zadowalające efekty. O Ukrainie nie wspomnę, bo nie możemy jej powstrzymać przed kolejną próba nadepnięcia na niemieckie grabie.

Głupia Polska

I tylko ta głupia Polska stoi na przeszkodzie nie tyko w realizacji koncepcji niemieckiej Mitteleuropy, jakieś Trójmorze buduje ze szlakami komunikacyjnymi, które nie tylko nie są Niemcom potrzebne, ale są wręcz konkurencyjne. Śmie przyciągać firmy z Niemiec kusząc je niskimi cenami energii, a nawet w ramach procesu skracania szlaków dostaw, firmy wychodzące z Chin. Śmie podejmować konkurencyjne inwestycje infrastrukturalne, jakieś porty, lotniska, przecież to nie do pomyślenia! Staje okoniem desperackiej próbie zglajszachtowania europejskich państw pod niemieckim butem (no wiem, Morawiecki, ale jakoś tam staje). No i, co najważniejsze, przecież wielka „wspólna przestrzeń” od Lizbony do Władywostoku, nie powstanie z wielką dziurą w miejsce Polski w samym środku.

No to co pozostaje Niemcom, oprócz rzucenia wszystkiego co mają na próbę zmiany rządu (ze wszystkimi jego wadami, których jestem świadom) w Warszawie?

Durnie

Na koniec mam jeszcze przesłanie dla tych, którzy nie mogą się doczekać żeby się w tej niemieckiej „Europie” rozpuścić. Durnie. Sądzicie, że dostaliście zaproszenia do pełnienia ról równorzędnych Niemcom? Nie, nie macie szans nawet na rolę wice-Niemców. Taka oferta w ogóle nie leży na stole. To znaczy leży, ale skierowana wyłącznie do wąskiej grupy Waszych kierowników, którzy mają pełnić rolę swego rodzaju gubernatorów lebensraum nad Wisłą. Wam ma przypaść wyłącznie rola rynku zbytu i taniej siły roboczej. Niemcy potrzebują Was w zastępstwie chińskich niewolników, ponieważ Chiny, po zassaniu niemieckich technologii, coraz mniej Niemiec potrzebują, a i Wielki Brat zza Atlantyku jest coraz bardziej zirytowany zbliżeniem niemiecko-chińskim.

Na tym powozie nie dostaniecie wygrzanego miejsca obok niemieckiego pana. Waszą rolą będzie ten powóz ciągnąć w zaprzęgu. Dokonajcie więc przynajmniej intelektualnego eksperymentu i pomyślcie, czy nie lepiej ciągnąć wspólnie powóz, może nieco ciasny, ale za to własny?

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja mści się nawet na umarłych

Ataki na kondukty pogrzebowe i celowe niszczenie cmentarzy, na których chowani są polegli ukraińscy żołnierze, to kolejna zbrodnia wojenna rosyjskiej armii.

Miesiąc temu marszałek okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Konstantinow stwierdził, że Rosjanie nie rozliczają się z poległymi żołnierzami. Miał na myśli fakt z odległej przeszłości, że na Krymie znajdują się cmentarze żołnierzy angielskich, francuskich i włoskich z czasów wojny krymskiej.

Już wtedy jego słowa nie były do ​​końca prawdą, bo wszystkie te nekropolie są zaniedbane, nawet cmentarz żołnierzy rosyjskich. Teraz jednak rzeczywistość całkowicie obaliła zapewnienia Konstantinowa. Rosja wyrównuje rachunki nawet z martwymi przeciwnikami, robi to celowo i planowo. Na przykład 5 października wojska rosyjskie celowo wystrzeliły rakietę „Iskander” w kawiarnię we wsi Groza pod Charkowem dokładnie w tym czasie, gdy mieszkańcy zebrali się tam, aby uczcić pamięć swojego rodaka Andrija Kozyra, który zginął wraz z synem Denysem na froncie ukraińskim, a teraz został pochowany w rodzinnej wsi. W wyniku ostrzału zginęło 55 osób, w tym dziecko i wszyscy krewni Andrija Kozyra, a 6 zostało rannych. Życie straciła właściwie połowa mieszkańców tej wsi.

Ukraina poruszyła kwestię tej zbrodni wojennej na forum ONZ. Podczas przesłuchań przedstawiciel Rosji przy ONZ Wasyl Nebenzia oświadczył, że we wsi Groza pochowano „wysokiego szczebla neonazistę”, dlatego armia uznała ten pogrzeb za cel wojskowy i uderzył w „grupę nazistów”. Nie jest to prawdą, ponieważ w pogrzebie uczestniczyli tylko mieszkańcy wsi.

Ukraińscy śledczy postawili już zarzuty Wołodymyrowi Mamonowi i jego młodszemu bratu, 23-letniemu Dmytro Mamonowi, którzy od początku wojny przeszli na stronę wroga. To oni podali Rosjanom współrzędne kawiarni, wydając wyrok na swoich sąsiadów, z którymi ich rodzina mieszkała od dziesięcioleci.

Wydarzenia w podcharkowskiej wsi to tylko jeden z przykładów, że zemsta na martwym wrogu jest powszechną praktyką rosyjskiej armii. 11 października na przedmieściach Chersonia Rosjanie za pomocą drona zaatakowali procesję pamięci w pobliżu miejscowego cmentarza. Jak poinformował szef administracji wojskowej miasta Roman Mrochko, materiał wybuchowy z bezałogowca zniszczył pojazd przewożący zmarłego i ranił trzy osoby. Pozostałym uczestnikom pogrzebu udało się w porę uciec.

Ukraińska prokuratura twierdzi, że ataki na kondukty pogrzebowe i miejsca, w których odprawiane są nabożeństwa żałobne, a także celowe niszczenie cmentarzy, gdzie chowani są polegli żołnierze, stały się typową zbrodnią wojenną rosyjskiej armii.

WALTER ALTERMANN: Na kogo (nie) głosować, czyli poradnik obskuranta

Za chwilę wybory, a liczba wahających się jest, zdaniem stacji badawczych, ciągle bardzo duża. Istnieje możliwość, że część z dzisiejszych niezdecydowanych zagłosuje w końcu losowo, na chybił trafił. Nadto nawet jeżeli ktoś już teraz zdecydował się głosować na wybraną przez siebie partię, to i tak może popełnić ogromny błąd, zaznaczając na karcie do głosowania osobniczkę lub osobnika, na którego głosowanie jest wielce ryzykowne.

Powiedzmy wprost – kandydat kandydatowi nierówny. I na jednej liście, wśród dwudziestu kandydatów każdego z ugrupowań, z całą pewnością znajdzie się jeden, lub nawet kilku, na których oddanie głosu może dramatycznie zdestabilizować państwo. Oczywiście jeden szaleniec do tego nie doprowadzi, ale naprawdę może być ich więcej. Mamy bowiem, z wyborów na kolejne wybory, wzrastającą liczbę kandydatów nawiedzonych, niezbyt odpowiedzialnych i skupionych jedynie na sobie.

Niby to kandydaci przedstawiają na ulotkach, w mediach i na ulicach swoje poglądy, programy i obietnice, ale wprawne oko doświadczonego człowieka – za jakiego, bez krztyny zarozumiałości, się uważam – wychwyci z potoku słów i wiru gestów, prawdziwe charaktery kandydatów. Więc powtarzam – zbyt niestabilne osobowości kandydatów mogą być naprawdę groźne dla nas, obywateli.

Dlatego pozwalam sobie przedstawić pewne typy osobowości, na które trzeba uważać i nie głosować, żeby nie nabawić samych siebie i nas wszystkich ogromnych kłopotów.

Skąd się biorą posłowie i senatorowie

Przedtem jednak ustalmy skąd się biorą posłowie. Zgodnie z prawem posłem zostaje się po uzyskaniu odpowiednio dużej liczby głosów w głosowaniu powszechnym. Ale ważniejsze jest kto i jak zostaje kandydatem, kogo dane ugrupowanie na listę kandydatów zapisuje. Otóż praktyka wszystkich partii w Polsce jest taka, że na pierwszych miejscach list znajdują się przywódcy krajowi czy lokalni tych partii, potem idą znani działacze, znamienici naukowcy, artyści. Ci znajdują się niżej i ich szanse na zostanie posłem lub senatorem są znikome, ale „wzmacniają” listy, zbierając głosy, które potem wzmocnią kandydatów z pierwszych miejsc.

Najważniejsze jednak jest jednak pytanie – kto i dlaczego chce zostać posłem? Oczywiście mamy osobniczki i osobników, którzy o tym marzą, a to z dwu powodów.

Pierwszy powód – wydaje się im, że mają coś niezwykle istotnego do powiedzenia całej Polsce, coś fantastycznie jeszcze nieznanego światu, które oni jedynie objawią i załatwią. Na kilometr pachnie to paranoją, ale tak to z kandydatami jest naprawdę.

Drugim powodem, dla którego niektóre i niektórzy chcą zostać posłami lub senatorami jest nadzieja fajnej roboty. Na ulicy Wiejskiej jest ciepło, pod dachem, nie kurzy się i na kark nie pada – ekologia w czystej postaci. A do tego uznanie społeczne – bo to jednak przez najbliższe cztery lata jedynie do 460 osób będziemy się zwracać per Pani Poseł, Panie Pośle. I jedynie do stu będziemy mówić: Pani Senator, Pan Senator. Krótko mówiąc – u kandydatów miłość do samych siebie walczy o lepsze z szaleństwem, któremu na imię: Zbawienie Polski, Europy i Świata.

Czy posłowie i senatorzy są najlepszymi z nas? Nie, są jedynie tymi z nas, którzy bardzo chcieli być parlamentarzystami.

 Długowłosi i brodaci

Przede wszystkim nie należy głosować na zarośniętych. Zacznijmy od długich włosów u panów. Panie z ich fryzurami zostawiam w spokoju, bo nie jestem jeszcze tak mądry i tak stary, żeby zrozumieć kobiecą duszę.

Mamy zatem coraz więcej osobników zarośniętych niestandardowo. Są zaczeszkowcy, kucykarze, lokonosiciele, tapiranci i podcięci wysoko po bokach, jak dzisiejsi piłkarze lub dawniej nasi barokowi szlachcice. Wszystkich tych „ufryzowanych” łączy to, że bardzo dużą wagę przywiązują do owłosienia. I dlatego mam prawo podejrzewać, że osobnicy, tak zaangażowani fryzjersko, nie znajdą już czasu, sił i chęci na odpowiedzialne bycie parlamentarzystami. Miłość własna nie pozwoli im skupić się na niczym innym jak własne włosy.

To samo dotyczy nosiciele bród. Z tym, że broda wymaga jeszcze więcej czasu na pielęgnację, niż włosy na głowie. Najbardziej podejrzani są dla mnie panowie pod pięćdziesiątkę, którzy golą się maszynką z półcentymetrowym odstępem od skóry. Chcą wyglądać jeszcze młodo i bojowo, ale wieku się nie oszuka.

W naszej europejskiej kulturze broda znaczyła i znaczy siłę witalną i seksualną. Dlatego młodym przystoi mieć brodę. A niech tam sobie demonstrują swoją gotowość do prokreacji. Jednak starszym panom już nie wypada. A już jak najmniej wypada parlamentarzystom. Chyba, że – o czym jeszcze nie wiem – również i sale naszego parlamentu – są zdatnym do zalotów miejscem. Ale nie sadzę.

W ZEMŚCIE Dyndalski tak mówi do Cześnika, na wieść, że Cześnik chce się żenić:

Choć i starość bywa żwawa

Wżdy wiek młody ma swe prawa…

Biorąc to wszystko pod uwagę sam na włochaczy nie zagłosuję i innym też odradzam.

Krzykacze i szydercy

Jeżeli nasi parlamentarzyści są naszymi reprezentantami, to nie powinniśmy się za nich wstydzić. Od reprezentantów Polski w różnych dziedzinach sportowych wymagamy więcej, bo jak ciągle twierdzi prasa – „mają orzełki na piersi”. Tymczasem bardzo wielu naszych posłów i senatorów zachowuje się jak kibice na ważnym meczu piłki nożnej. Ligowej.

W studiach telewizyjnych, czym bliżej wyborów, tym częściej dochodzi do coraz bardziej gorszących zachowań. Nawet panie parlamentarzystki dają popis krzyków, machania rękami, dzikiego i szyderczego śmiechu. Tym z czytelników, których to nie dziwi, proponuję wyobrazić sobie takich gości na weselu czy imieninach. I to jeszcze przed wzniesieniem pierwszych kielichów.

Lubię ironię a nawet złośliwości w dyskusjach z udziałem parlamentarzystów, ale szyderstwo jest dzieckiem podłości, jest objawem „nieposzanowania godności człowieczej”, o konieczności zachowania której poucza nas kościół. A zdarza się przecież, że to właśnie przedstawiciele partii nawiązujących do wiary w Boga dają czasem niepohamowany upust szyderstwom, krzykom i brutalnej agresji.

Dlatego krzykacze i szydercy – którzy uczą nas wszystkich najgorszych zachowań – na pewno nie powinni znaleźć się w przyszłym parlamencie.

Bardzo pewni siebie wodzowie plemion

Następną grupą, na którą nie będę głosował są osobniczki i osobnicy, którzy zachowują się z nadmierną pewnością siebie, a często butą. Rozumiejąc, że każdy z nas ma prawo prezentować swój punkt widzenia, nie daję zgody na zachowania przypominające tańce wojenne pierwotnych kultur. Zresztą do dzisiaj tańce bojowe wykonywane są w celu zwiększenia agresji własnych wojowników lub jako demonstracje przed przeciwnikami własnych umiejętności, siły i determinacji. Te pierwotne z natury tańce i zachowania kultywowane są m.in. na Nowej Zelandii przez Maorysów, w Afryce przez Masajów i Zulusów oraz przez ludy tubylcze na Hawajach, Fidżi i Tonga.

W tych kulturach wodzowie krzyczą, pokazują języki, przewracają oczami, biją się po udach, wpadają w bitewny szał… co zresztą jest usprawiedliwione, bo o żadnej strategii lub taktyce nie ma tam mowy. Tamże atakuje się hurmem, grupą. Istnie tak, jak mawiał Pan Zagłoba: „Kupą mości panowie, kupy nikt nie ruszy”.

We współczesnej Europie każde działanie, każda istotna decyzja muszą być wypracowane mózgiem, nie pewnością siebie i pokrzykiwaniem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio doszło do poważnej ogólnopolskiej i ogólnoparlamentarnej debaty na jakiś ważny temat, przed podjęciem jakichś bardziej istotnych, strategicznych decyzji. Zamiast tego mamy trwający od dziesięcioleci festiwal wojennych tańców i śpiewów. Przy czym każda z partii tańczy osobno i sama siebie podnieca do ataku – na przykład na cyfryzację czy energię atomową.

A ponieważ zdaje mi się, że elektrowni atomowych od wojennych prezentacji sił, nam nie przybędzie, dlatego nie będę głosował na kandydatów, którzy nad argumenty przekładają popisy zwartości bojowej swych ugrupowań.

Artyści

Radziłbym też nie głosować na artystów. Oczywiście mam szacunek i uznanie dla ich talentów, które nas bawią i uczą, ale naprawdę parlament nie jest miejscem dla malarzy, aktorów i piosenkarzy. Uchylając rąbka tajemnicy osobowości artystów powiem, że są to jednak osobnicy skupieni na sobie, egotycy i ludzie zapatrzeni we własne wnętrza – i nie jest to zarzut. Takie cechy są przypisane od zawsze artystom, bez skupienia się na sobie nie byliby artystami. Jednak to, co daje im „osobniczą siłę ducha”, jest jednocześnie przeszkodą w sprawowaniu tak ważnych publicznych funkcji, jak bycie parlamentarzystami. Zwykle już po roku nudzą się i zamykają się w sobie. Przykro patrzeć, jak nam marnieją w oczach. I w telewizjach…

Profesorowie

Ostatnią grupą, na którą – moim zdaniem – z pewnością nie należy oddawać głosu są naukowcy, a szczególnie panie profesorki i panowie profesorowie. Ich niezdolność do bycia użytecznymi parlamentarzystami bierze się stąd, że rozpoczynając naukową karierę stają się częścią uczelnianego „społeczeństwa feudalnego”. Na szczycie drabiny stoi tam profesor nadzwyczajny, potem zwyczajny, potem doktorzy habilitowani, zwykli doktorzy, asystenci, doktoranci i na samym końcu… tępy, z założenia profesorów, student.

Wspinając się po szczeblach tej średniowiecznej drabiny każdy z przyszłych profesorów marzy, żeby w końcu samemu stanąć na jej szczycie. Jednocześnie nasiąka – mimochcąc – owym feudalnym sznytem, kulturą czapkowania i wymuszonej uniżoności wobec stojących wyżej. Oraz – co najgorsze – pobłażliwym traktowaniem wszystkich, którzy stoją niżej od wspinającego się w górę naukowca. I strach myśleć, co oni sobie myślą, o ludziach, którzy nawet nie zaczęli studiów…

W czasie dochodzenia na wierzchołek tej drabiny przyszły profesor opanowuje również wewnętrzny język nauki, Ów język ma taką cechę, że czym bardziej jest „naukowy”, tym bardziej jest niezrozumiały dla reszty „nieuczonego” społeczeństwa. Krótko mówiąc – nie można być bardziej społecznie wyalienowanym niż profesorowie naszych wyższych uczelni.

Oczywiście profesor jest łakomym kąskiem dla każdego z wodzów partyjnych, bo niejako daje partii stempel naukowości, powagi i odpowiedzialności. Oczywiście są i tacy odpowiedzialni profesorowie, tyle że w malutkiej mniejszości do ogółu profesorów.

Poza tym – jeżeli kogoś od młodości pociągała i wciągnęła nauka, to dlaczego nagle porzuca swoje kochane badania, swoje bibliotek, swoje laboratoria, środowisko i chce zostać posłem czy senatorem? Rozczarował się, zniechęcił, uznał, że dotychczasowa droga życia to pomyłka?

Naprawdę, profesorowie to bardzo niepewny materiał na parlamentarzystów. I dlatego – z całym szacunkiem dla nauki jako takiej – mówię profesorskim kandydatom – nie.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Hitler miał zginąć w Warszawie

5 października 1939 r. Adolf Hitler odebrał defiladę oddziałów Wehrmachtu w Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Niemiecki dyktator chciał w ten sposób upokorzyć Polaków, ale nie spodziewał się zamachu.

„Dziś oddziały niemieckie wkroczyły do Warszawy. Braterskie pozdrowienie przesyłamy żołnierzom polskim walczącym na Helu i wszystkim walczącym, gdziekolwiek się jeszcze znajdują. Jeszcze Polska nie zginęła. Niech żyje Polska…” – brzmiał ostatni komunikat Polskiego Radia, zakończony melodią polskiego hymnu.

Hitler, po wylądowaniu na Okęciu i objeździe kilku dzielnic, udał się na Plac Piłsudskiego, a wieczorem w Aleje Ujazdowskie. „Ubrany w płaszcz politischer leitera, miał po prawej młodego adiutanta. Hitler blady, o mocno zagryzionych ustach, zrobił na mnie wrażenie histeryka, zmęczonego i całkowicie zobojętniałego na wszystko, co się wokół niego dzieje” – wspominał Ksawery Świerkowski, dyrektor bibliotek naukowych, który przeprowadził ewakuację zbiorów Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy.

Trybunę honorową z przywódcą III Rzeszy i generalicją Wehrmachtu ustawiono na wysokości wylotu ulicy Chopina (po stronie Parku Ujazdowskiego). „Warszawiacy stali na chodnikach w milczeniu, a ulicą ciągnął nieprzerwany potok ludzi, maszyn i koni. Żołnierze wygoleni, butni, jechali na samochodach, inni siedzieli na wypasionych koniach, ciągnących działa, moździerze i cekaemy. Czołgi ciężkie i lekkie jechały ze zgrzytem gąsienic. Na chodnikach panowała przeraźliwa cisza” – zapamiętał spiker Polskiego Radia Józef Małgorzewski.

Inaczej ten pokaz niemieckiej pychy relacjonowali napastnicy. Feldmarszałek Wilhelm Keitel, szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu tak to zapamiętał: „Podczas wspaniałej defilady daremnie szukałem wzrokiem swego najmłodszego syna. Musiałem go widocznie przeoczyć w masie stalowych hełmów. Później jednak, przy odlocie, Hans-Georg przecisnął się przez zwarty tłum żołnierzy, którzy chcieli zobaczyć Führera. Zdołał się ze mną tylko krótko przywitać i przekazać pozdrowienia dla matki”.

„…wychodzę w stronę Śródmieścia i natykam się na patrole niemieckiej żandarmerii i granatowej policji. Wszystkie ulice z Powiśla w kierunku Al. Ujazdowskich i Nowego Światu zamknięte. Granatowy policjant namawia mnie półgłosem na powrót do domu. Lepiej się dziś nie szwendać po mieście. Coś się dzieje w Śródmieściu, on sam dokładnie nie wie co. Zgromadzono dużo wojska, SS i gestapo” – wspominał Jan Nowak-Jeziorański, późniejszy kurier z Warszawy.
5 października w warszawskim Ratuszu Niemcy zamknęli 12 zakładników, w tym członków Komitetu Obywatelskiego utworzonego w czasie obrony Warszawy: Zdzisława Lubomirskiego, Ludwika Józefa Everta, księdza Henryka Hilchena, Abrahama Gepnera, Czesława Klamera, Antoniego Snopczyńskiego, Artura Śliwińskiego, Witolda Staniszkisa, Władysława Baranowskiego, Antoniego Barykę, Franciszka Urbańskiego i Szmula Zygielbojma. Stanowili zabezpieczenie przed aktami sabotażu. Niemcy nie spodziewali się jednak, że Polacy spróbują zamachnąć się na samego Hitlera.

Akcję zaplanował dowódca powstałej 27 września Służby Zwycięstwu Polski gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski, a koordynował mjr Franciszek Niepokólczycki, szef sztabu dywersji SZP, późniejszy prezes II Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Materiały wybuchowe ukryto na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu. Detonacja ładunków miała nastąpić z piwnicy Cafe Clubu przy ul. Nowy Świat 15.

„Dlaczego wybuch nie nastąpił? Tokarzewski tłumaczył mi po wojnie, że nie miał wtedy jeszcze żadnego wywiadu i że defilada zaskoczyła zamachowców. Niepokólczycki nie dostał się tego ranka (5 października) na miejsce, bo Niemcy zamknęli dostęp do ulic, którymi miał przejechać Hitler. Oficer obecny na miejscu otrzymał wprawdzie rozkaz działania na własną rękę, ale tylko w wypadku, jeśli nie będzie cienia wątpliwości, że widzi przed sobą samego Hitlera. Stawka była za wielka, by można było sobie pozwolić na pomyłkę” – wspominał Nowak-Jeziorański.

Niemcy zepchnęli „obserwatorów z ich stanowisk, tak że osoba, która z sąsiednich ruin miała odpalić ładunek wybuchowy, nie otrzymała od nich odpowiedniego sygnału, a sama nie była w stanie spostrzec przejeżdżającego Hitlera” – oceniał z kolei Stefan Korboński, w toku wojny ostatni Delegat Rządu RP na Kraj.
„Trudno dziś zgadnąć, jak potoczyłaby się wojna, gdyby nie ta jedna sekunda wahania. Pewne jest tylko, że gdyby Hitler z całym otoczeniem zginął w tym momencie, Niemcy wyładowaliby całą furię na bezbronnej ludności Warszawy i pokonanego kraju. Trudno sobie wyobrazić rozmiary masakry, od której dzielił jeden ruch ręki” – zastanawiał się Jan Nowak-Jeziorański.

Niemcy odkryli nieużyte ładunki jeszcze tego samego 5 października 1939 r…

 

CEZARY KRYSZTOPA: Oni chętnie wychowają Ci dzieci

Na początek takie zastrzeżenie: sam absolutnie nie uważam się za świętego. Potrafiłem sobie w życiu poużywać. Dlatego zaprotestowałem kiedy zaczęto mnie nazywać „publicystą katolickim”. Uważam bowiem, że aby na takie miano zasłużyć, trzeba dysponować wiedzą szerszą niż moja i odznaczać się pewnymi moralnymi standardami, w których chyba się nie mieszczę.

Z drugiej jednak strony jestem ojcem trzech Synów i z tego punktu widzenia jestem przerażony ilością pułapek jakie zastawia dziś na dzieci i młodzież współczesny „postępowy” świat. Uzależnienie od gier, łatwość dostępu do pornografii, szkoła z tęczowymi nauczycielami, korporacyjne automaty z gotowymi „światopoglądami” w kolorowych pazłotkach, narkotyki i tzw. „influencerzy”.

Poznajcie influencerów

Jeśli brzydzi Was świat celebrytów, a mnie świat pustych głąbów, których inżynierowie społeczni wykorzystują do pasania społeczeństw, bardzo brzydzi, musicie wiedzieć, że celebryci to kategoria ludzi, którzy nie są dziś wcale najbardziej, szczególnie wśród młodzieży, „na topie”. Bo to jednak ludzie, którzy często coś tam potrafią. Ta śpiewać, tamten jest aktorem, czy modelem. Często głupi jak but z lewej nogi, ale z jakimś tam fachem (ew. z urodzenia). Tymczasem żeby zostać influencerem (z ang. Influence – wpływ), czy influencerką nie trzeba nawet np. wygrywać jakiegoś program typu „talent show”, wystarczy wziąć w nim udział, albo nawet nie, wystarczy przekonać jakąś mniejszą czy większą grupę dzieci czy młodzieży do tego, że „jest się na tyle fajnym żeby mieć na tę grupę wpływ”. No i się zaczyna, kontrakciki, pieniążki, szałbajnajt. Tak więc jeśli myśleliście o celebrytach, że to bezwartościowe pasożyty, to nie poznaliście jeszcze „influencerów”.

I to, że to grupa pasożytnicza, nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, obserwuję to od dawna. Niezależnie od tego, czy są to „influencerzy” będący autorytetami dla „zbuntowanych” julek i oskarków, czy wręcz dla dzieci, wywołują we mnie jednakie obrzydzenie. Tymczasem to co ostatnio wydobyto na ich temat na światło dzienne, szokuje również mnie. Nakłanianie nieletnich do zażywania narkotyków, molestowanie, przekraczające granice kontakty z nieletnimi poniżej 15 roku życia. Piszę o tym oględnie i nie używam nazwisk/nicków, bo choć pośrednio lub bezpośrednio się do tego przyznają, to trudno mieć pewność czy donoszący o ich występkach sygnaliści są lepsi od nich, czy też raczej chcą odwrócić od siebie uwagę. Nie wiadomo kto tu jest pozytywnym bohaterem (o ile są tacy), co jest prawda, co kłamstwem, a co manipulacją. Nie chcę więc pospiesznym słowem skrzywdzić kogoś przypadkiem niewinnego.

Abdykacja

Zresztą, choć oczywiście ważne jest żeby za winą poszła kara, to przecież z punktu widzenia rodziców, ważniejsze jest zupełnie co innego. Otóż najważniejsze jest to, żebyśmy sobie przypomnieli, że biletem wstępu do świata naszych dzieci dla tych samozwańczych patologicznych „wychowawców”, jest nasza abdykacja z roli rodzica. Jeśli mogą się do naszych dzieci zbliżyć, to dlatego, że my nie mamy dla nich czasu.

I dalibóg, nie piszę tego z poczuciem wyższości, bo sam nie jestem tu bez winy.

MARIA GIEDZ: Kontrujesz Tuska, jesteś „PiS-iurą”

Najlepiej się nie odzywać, ale trudno udawać niemowę.

W niedzielne popołudnie wracałam z długiego spaceru po jednej z dzielnic Gdańska, do której przylega piękny, rozległy park. Dochodząc do samochodu, a raczej do pana parkingowego, skomentowałam, że nie pamiętam tak pięknego początku października na Wybrzeżu. – Słońce, lekki wietrzyk, niemal jak w środku lata, aż nie chce się wracać do domu – powiedziałam.

– Tak, rzeczywiście, ale w Warszawie, to była pogoda! Oglądałem w telewizji, a ten marsz! Fantastyczna atmosfera. Kaczyński powiedział, że było tam tylko sześćdziesiąt tysięcy, a ja widziałem co najmniej milion ludzi! A pani nie chciało się tam pojechać?

– Nie widzę przyjemności w takich wiecach, a i nie mam zaufania do Donalda Tuska; to nie mój ulubieniec polityczny – zresztą wolę pospacerować po lesie, więcej z tego pożytku – odpowiedziałam.

– A, PiS-iura – wykrzyknął parkingowy. – PiS zniszczył Polskę! A co, przez te 500+ więcej dzieci się urodziło? Młode kobiety nie chcą rodzić dzieci, bo się boją! Przecież za chwilę niczego nie będziemy mieli! Za co mają wychowywać dzieci? Nie ma pracy, brakuje pieniędzy… A pani ich broni? Tusk nikomu niczego złego nie zrobił. Słyszała Pani jaki on mądry, jak pięknie mówi…

Do rozmowy wtrącił się motocyklista. Młody chłopak, gadżeciarz z kasą, kiedy usłyszał, że nie zachwycam się Tuskiem od razu obrzucił mnie inwektywami, dodając do każdego zdania słowo „PiS-iura”. Kiedy zapytałam dlaczego brak zachwytu nad Tuskiem kojarzy się im z PiS-em, bo przecież w wyborach startuje jeszcze kilka innych partii, usłyszałam, że to tylko Tusk ma rację i to tylko on nas ochroni przed wszelkimi klęskami. I tu zaczęła się wyliczanka owych klęsk – trudno było tego słuchać, ale ja tam miałam samochód i musiałam go odebrać.

Notabene do owego motocyklisty dołączył drugi, też chyba dwudziestoparolatek, bo w kasku trudno ocenić wiek. Zrobiło się mało sympatycznie. Do tego długi wywód, a raczej wykrzykiwanych pełnym gardłem zachwytów nad zaletami Tuska zmusił mnie do pomachania parkingowemu ręką i odjechania.

Morał z tego taki, że najlepiej nie odzywać się, udawać niemowę, tylko robić swoje.

 

PIOTR TURLIŃSKI: W poszukiwaniu człowieczeństwa – JÓZEF HEN

Józef Hen ma obecnie 99 lat i nadal jest aktywnym twórcą. Urodził się 8 listopada 1923 roku w Warszawie Urodził się i wychował w kamienicy przy ulicy Nowolipie 53. Jego ojciec, Rubin Cukier z Radzynia, był hydraulikiem, matka Ewa (Chawa) Hampel pochodziła z Warszawy. Józef Hen miał troje starszego rodzeństwa, dwie siostry i brata.

W czasie niemieckiej okupacji Józef Hen stracił większą część swej rodziny – ojca w 1945 w Buchenwaldzie, brata Mojżesza, który zaginął w ZSRR i siostrę Mirkę. Wojnę przeżyły matka i siostra Stella.

Ukończył prywatne żydowskie Gimnazjum Męskie im. Magnusa Kryńskiego (mała matura), przy ul. Miodowej 5. Miał kontynuować naukę naukę w liceum w klasie o profilu matematyczno-przyrodniczym, ale wybuchła wojna.

W listopadzie 1939 opuścił Warszawę i przedostał się do Białegostoku. Wojnę przeżył w Związku Sowieckim. Pracował przy budowie szosy Lwów-Kijów, a potem trafił do Samarkandy. Mimo dobrej kondycji fizycznej, nie został przyjęty do Armii Andersa. W 1944 wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego i wtedy publikował pierwszy wiersz (Łódź wierna) w piśmie Głos Żołnierza.

W 1944 przyjął pseudonim literacki „Hen”, który z czasem zaczął mu służyć za nazwisko. Zaraz po wojnie, był redaktorem tygodnika Żołnierz Polski. W 1947 razem z redakcją tygodnika wrócił do Warszawy. Służbę wojskową zakończył jako kapitan w 1952.

Temat główny

Józef Hen to pisarz, reportażysta, scenarzysta i reżyser, a także dramaturg i publicysta. Pełny wykaz jego osiągnięć artystycznych zamieszczam na końcu tego felietonu.

Gdyby chciało się powiedzieć jednym zdaniem, co jest najbardziej typowe, co najbardziej określa jego twórczo – należały powiedzieć, że wszystko co napisał ten ciężko doświadczony człowiek, wszystko co stworzył poświęcił jednemu wielkiemu wyzwaniu – poszukiwaniu człowieczeństwa w najbardziej nawet okrutnych czasach.

Tym samy Józef Hen wpisał się na listę największych moralistów. Były niedawne lata, kiedy w świecie, a także u nas, moralistyka miała złą opinię, bo trąciła namolnością napomnień, zwracaniem uwagi i odwoływaniem się do odwiecznej miary rzeczy. A przecież najwięksi pisarze – tak w przeszłości, jak dzisiaj – zajmują się kondycją człowieka. Ci niedawno jeszcze szalejący „anty-moraliści” zapominali o okrucieństwach zgotowanych światu przez Hitlera i Stalina. I jakoś milczą  wobec dzisiejszego bestialstwa Rosjan wobec Ukraińców. Tym samym „anty-moraliści”, których tak bardzo podniecała literatura i sztuka drżąca tematy wszelkich możliwych aberracji i dewiacji ludzkiego rozumu ponieśli klęskę, ale przecież nigdy się do tego nie przyznają.

Józef Hen jest w pewnym stopniu podobny do Isaaca Singera – urodzonego w Polsce noblisty, piszącego w zapomnianym już języku jidisz. Obaj widzą świat jako odwieczną walkę dobra ze złem, pokusy z obowiązkiem, miłości i nienawiści, prawdy i zakłamania. I obaj piszą w sposób fascynujący, odkrywczy i nowy.

Wojna jako doświadczenie bardzo osobiste

Nie boję się bezsennych nocy to tytuł wydanego obszernego pamiętnika Józefa Hena, a właściwie dziennika refleksji. Przedstawiam kilka fragmentów jego zapisów – niech one świadczą o tym, czym interesuje się pisarz. I jak potrafi to opisać, bo przecież literatura to nie są „słuszne i głębokie” myśli, ale przede wszystkim to, jak zostają one podane czytelnikowi. Piszę o tej oczywistości, bo coś mi się zdaje, że obecnie wielu naszych polityków i dziennikarzy uważa się za literatów, a ich dziełami mają być ich zawsze męczące przemówienia lub sprawozdania z tych przemówień.

Wbrew powierzchownym sądom, nie jest zbyt trudno zachować tak zwaną „postawę”, kiedy się jest prześladowanym, czy kiedy ponosi się porażkę. Wiele trudniej zachować godność, moralność, kiedy się jest zwycięzcą, kiedy się dysponuje losem innych. Umieć przegrywać to sztuka, ale nie taka wielka. Umieć wygrywać – to sztuka o wiele trudniejsza.

O pułapkach czyhających na zwycięzcę mogłem się przekonać w roku 1945 w Niemczech, po sforsowaniu Nysy. Trzeba dużo odporności, a także umiejętności spojrzenia na siebie z boku, żeby wyjść z takiej próby bez wstydu. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, że nigdy nie zostałem tak bezwzględnie zmuszony do zmierzenia się z sobą, do sięgnięcia w głąb samego siebie, jak wtedy i tam.

Presja i pokusa, jakiej został poddany młody Niemiec, który znalazł się w naszym kraju w charakterze zwycięzcy, rozgrzeszony z góry przez Führera z każdego nadużycia, upatrzony przez niego na pana podbitych mas – nie wiem czyśmy się nad tym zastanawiali. Nie idzie mi tu o zawodowych morderców czy o przekonanych i porwanych kultem swojego wodza hitlerowców – aż takim humanistą nie jestem, idzie właśnie o przeciętnego młodego Niemca z tak zwanej przyzwoitej rodziny o pewnych liberalnych tradycjach. Nagle wszystko mu wolno, buta i przemoc są zalecane, przeciwko sobie ma polskich podludzi, wrogów, których trzeba ujarzmić. Po to, żeby taki „porządny Niemiec” zachował się naprawdę przyzwoicie, musiał być w dwójnasób porządnym.

Wprawdzie nikt nam nie wmawiał, że jesteśmy herrenvolkiem i nikt z niczego nie miał zamiaru nas rozgrzeszać, nie znaczy to wcale, że nasza sytuacja była łatwa. Bo i my przeciwko sobie mieliśmy wroga – tych samych nadludzi, którzy nas mordowali – na domiar pałaliśmy żądzą zemsty. Na kim? Ci wrogowie, na których natykaliśmy się w zajmowanych miejscowościach, to były najczęściej wylęknione i zrezygnowane kobiety. Jeśli trafił się jakiś młody człowiek, to najchętniej mówił „Hitler kaputt” i przyznawał nam we wszystkim rację. Modne jest dzisiaj wyrażenie „sprawdzić się”. Otóż myśmy się tam sprawdzali, powstrzymując się od robienia pewnych rzeczy – sprawdzaliśmy się w ten sposób bardziej, niż gdybyśmy uczestniczyli w jakimś pociągającym szaleństwie. – Józef Hen, Nie boję się bezsennych nocy.

Wojna była najbardziej traumatycznym i najważniejszym doświadczeniem Józefa Hena. I cały czas istnieje ona w jego pisaniu na pierwszym miejscu. Może dlatego, że wojna bezwzględnie obnaża człowieka, że jest czasem ostatecznej próby?

Literatura i film

W 1947 Józef Hen opublikował pierwszą książkę Kijów, Taszkent, Berlin. Dzieje włóczęgi, która została uznana za obiecujący debiut.

Na podstawie jego scenariuszy, będących adaptacjami jego własnych utworów, nakręcono w pierwszej połowie lat 60. znaczące artystycznie filmy: Krzyż Walecznych, 1958 r., w reżyserii Kazimierza Kutza; Nikt nie woła, 1960 r. – reż. Kazimierz Kutz; Kwiecień, 1961 r. – reż. Witold Lesiewicz, Prawo i pięść, 1961 r.; reż. – Witold Lesiewicz.

Później sfilmowano jego opowiadania z cyklu Przeciw diabłom i  infamisom / Przypadki starościca Wolskiego, serial Rycerze i rabusie, a także powieść Crimen, serial pod tym samym tytułem. Gdy o Crimen chodzi – interesujący jest fakt, że Józef Hen wycofał z napisów czołowych swoje nazwisko jako autora scenariusza i na jego żądanie formułę „na podstawie powieści” zastąpiono słowami „na motywach powieści”.

Hen jest także autorem wielu scenariuszy filmowych nie tylko ekranizacji własnej twórczości, ale także np. do serialu Życie Kamila Kuranta, według prozy Zbigniewa Uniłowskiego i niekiedy współscenarzystą z Jerzym Hoffmanem, jak w przypadku filmu Stara baśń. Kiedy Słońce było Bogiem, swobodnej adaptacji klasycznej powieści Józefa I. Kraszewskiego.

W latach 1967–1969 był atakowany przez środowisko tzw. partyzantów. Nawiązał wówczas współpracę z paryską Kulturą Jerzego Giedroycia, tam pod pseudonimem „Korab”, opublikował trzy opowiadania: Western, Oko Dajana, Bliźniak. W styczniu 1976 roku podpisał list protestacyjny do Komisji Nadzwyczajnej Sejmu PRL przeciwko zmianom w Konstytucji.

Ważną pozycją w jego dorobku są beletryzowane biografie, wśród nich: Ja, Michał z Montaigne (1978) – opis życia duchowego Europy XVI wieku, na tle życiorysu francuskiego pisarza, myśliciela i eseisty. Świetną pozycją jest także Błazen – wielki mąż (1998) – portret duchowy Tadeusza Boya-Żeleńskiego, inkrustowany refleksjami autora na temat epoki, która była także dzieciństwem Józefa Hena – książka miała trzy wydania.

Hen doczekał się kilkunastu tłumaczeń, w tym na czeski, francuski, niemiecki oraz rosyjski. Przez wiele lat był działaczem Związku Literatów Polskich. Jest odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (1998). W 2008 otrzymał Nagrodę Literacką im. Władysława Reymonta. W 2009 roku otrzymał Nagrodę Literacką m. st. Warszawy w kategorii „Warszawski twórca”. W 2002 roku otrzymał medal „Zasłużony dla Tolerancji”. Jest też laureatem Nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego.

Przykre obserwacje Hena

Dzienniki Hena dotyczą spraw osobistych pisarza, ale też znajdziemy w nich niebanalne obserwacje świata obyczajów, polityki i spraw społecznych. Oto sześć krótkich notacji z Nie boję się bezsennych nocy:

W czołowym dzienniku artykuł „Moje dziecko kłamie”. Psycholodzy, pedagodzy zastanawiają się nad niepokojącym zjawiskiem, że dziecko zaczyna kłamać, ale na myśl im nie przyjdzie (a może i przyjdzie, ale ukrywają), że dziecko słyszy kłamstwa dookoła: kłamią gazety, spikerzy, nauczyciele, ministrowie, prezydenci, sędziowie, kłamią niezmordowanie od rana do wieczora Nixony i ich partnerzy, Portugalczycy i Etiopczycy, Polacy i Francuzi. Kłamią prasa, radio i telewizja. Kłamią też rodzice: co innego mówią w pracy (dziecko o tym wie), a co innego w domu.

A kto to jest ten mężczyzna o zdartym glosie, który ostatnio wydzwaniał do mnie o różnych porach dnia i nocy (najczęściej nocy) wykrzykując: „Hen, ty stara k…”, zawsze dorzucając „ty  grafomanie”, co mnie wprawiało w popłoch, bo człowiek nigdy nie ma pewności, jak to jest z tą grafomanią, i tylko raz krzyknął: „ty Żydzie”, naprawdę tylko raz! Ale dlaczego natychmiast rzuca słuchawkę? Podobnie Sławomir Kr. – który w marcu 68 związał się z „patriotami” spod ciemnej gwiazdy – napisał o mnie, że byłem „pupilkiem Bieruta”. Szkoda, że nim nie byłem – co bym sobie pożył, to moje. A później jakoś bym się wyłgał, jak ci inni, prawdziwi pupilkowi, których nazywano „belwederczykami”.

Wałęsa wyobraża sobie władzę prezydenta mniej więcej tak, jak pierwszego sekretarza partii. Zadzwoni, gdzie trzeba – „słuchajcie towarzyszu” – i sprawę załatwi. Wychował się w tamtych czasach, demokracji musi się uczyć. Przyjmuje np. panią Branicką-Wolską i obiecuje jej zwrot majątków, łącznie z tym, co zawiera pałac wilanowski. Ona twierdzi, łaskawa, że chętnie je zostawi w pałacu, ale jako swoją własność, „depozyt”. Pan prezydent zwraca się do władz Mokotowa, żeby zrealizowały jego obietnicę. Nie spostrzegł nawet, że wtrąca się nie do swoich rzeczy. Tadeusz trafia w punkt, zauważając, że ta pani powinna zażądać jeszcze zwrotu carskich rubli, które Braniccy otrzymali od Katarzyny za zdradę narodową.

Trybunał konstytucyjny odrzucił skargę prof. Ewy Łętowskiej, że religia została wprowadzona do szkół wbrew obowiązującym ustawom. Przy okazji pewien prokurator wypowiedział myśl, na jaką go stać, że ateizm prowadzi do zbrodni, kłamstwa i prostytucji.

Warto przypomnieć, że patriotyzm nie jest uczuciem, które samo przez się, niezależnie od tego, jakim znakiem jest opatrzone, zasługuje na kult. Patriotami byli na pewno i hitlerowcy. Wszędzie, gdzie się zabija obcych, mamy do czynienia z patriotami. „Patriotami” nazywali siebie przeciwnicy Konstytucji 3 maja. Doktor Samuel Johnson (według jego biografa Boswella) grzmiał w osiemnastym wieku: „Patriotyzm jest ostatnia deską ratunku łajdaka”. Trudno było o tym nie wspomnieć, kiedy widziało się, jak to pojęcie prostytuują agenci Moczara. Na pewno patriotami są Rosjanie, którzy pragną odrodzenia imperium i tego, by w ich władanie wrócił kraj priwislinskij.

Boy-Żeleński przytacza w Obiedzie Literackim opowieść Teofila Gautiera (zanotowaną przez Goncourtów): „Pewnego dnia minister Walewski rzekł mi, żebym już zerwał z pobłażaniem i że mnie upoważnia, abym pisał o teatrze to, co myślę.

– Ależ – rzekłem – w tym tygodniu grają sztukę pana X.

– A – odparł minister – to może pan zacznie od przyszłego tygodnia.

Polecam do czytania

Polecam lekturę Nie boję się bezsennych nocy, jako świadectwa duchowego życia wybitnego pisarz i opisu nas, naszego społeczeństwa.

Bardzo lubię jego powieść i film Kwiecień. Wśród setek filmów opowiadających o wojnie, Kwiecień jest wyjątkowy. Większość powieści i filmów o wojnie nie dostrzega w bałaganie i harmidrze wojny człowieka, osoby, jednostki. W Kwietniu Hena owszem są w powieści i filmie sceny batalistyczne, ale nie one są najważniejsze. Hen dostrzega w wojnie ludzkie wybory, jednostkowe dramaty.

Cenię jego biografię Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W tym dziele, zatytułowanym Błazen-wielki mąż, widzimy wielkiego buntownika, jakim był przecież Boy. Hen subtelnie, ale wyraźnie ukazuje epokę, w której Boy, jako pisarz i publicysta mierzył się z zatęchłą atmosferą naszego społeczeństwa. A była ona wtedy zatęchła bardzo. To Boy, jako pierwszy podjął walkę o prawa kobiet i to on stworzył hasło Piekło kobiet, bo jest to tytuł cyklu jego polemik. I to on walczył z wszelkiego rodzaju wstecznictwem społecznym, bezlitośnie obnażając pustotę haseł tzw. konserwatystów, których idea główna sprowadzała się w międzywojniu do przekonania, że wszystko powinno zostać po staremu – co najmniej jak na początku XIX wieku, lub nie wcześniej. Boy patrzył przenikliwiej, widział, jak zmienia się świat, jak rodzą się nowe społeczeństwa i chciał, by również Polacy popatrzyli na siebie krytycznie, odrzucając wszelkie uprzedzenia i puste hasła. Hen napisał biografię Boya z ogromnym temperamentem, w bardzo dobrym rytmie i z wielką pasją. Czego chcieć więcej?

Wykaz głównych dzieł Józefa Hena:

  • Kijów, Taszkient, Berlin, 1947.
  • Druga linia, 1951.
  • Moja kompania, 1951.
  • Notes lejtnanta Nikaszyna, 1952.
  • W dziwnym mieście – powieść, 1954
  • Bitwa o Kozi Dwór – powieść dla dzieci, 1955.
  • Cud z chlebem – opowiadania, 1956.
  • Skromny chłopiec w haremie – reportaże z ZSRR, 1957.
  • Bicie po twarzy – opowiadania, 1959
  • Więzień i jasnowłosa – powieść, 1960.
  • Kwiecień (powieść), 1961.
  • Nieznany (opowiadania), 1962.
  • Krzyż walecznych (opowiadania), 1964.
  • Toast (powieść – od 1997 wznawiana pod tytułem Prawo i pięść), 1964.
  • Przed wielką pauzą (pierwsza część cyklu powieściowego Teatr Heroda), 1966.
  • Opór (druga część cyklu powieściowego Teatr Heroda), 1967.
  • Mgiełka (opowiadania), 1970.
  • Twarz pokerzysty (powieść), Czytelnik, 1972.
  • Przeciw diabłom i infamisom (cykl opowiadań historycznych dla młodzieży), 1973.
  • Yokohama (powieść), 1974.
  • Crimen: opowieść jarmarczna (powieść), 1975.
  • Ja, Michał z Montaigne (biografia literacka), 1978.
  • Zagadkowy Arr (powieść dla dzieci), 1979.
  • Milczące między nami (powieść), 1985.
  • Nie boję się bezsennych nocy, Czytelnik, 1987.
  • Powiernik serc (opowiadania), 1988.
  • Królewskie sny, Iskry, 1989.
  • Nikt nie woła, 1990.
  • Nowolipie, Iskry, 1991.
  • Nie boję się bezsennych nocy… z księgi drugiej, 1992.
  • Odejście Afrodyty, 1995.
  • Najpiękniejsze lata, 1996.
  • Błazen – wielki mąż, 1998, Nominacja do Nagrody Literackiej Nike 1999.
  • Nie boję się bezsennych nocy… z księgi trzeciej, Czytelnik, 2001.
  • Mój przyjaciel król, 2003. Nominacja do Nagrody Literackiej Nike 2004.
  • Bruliony profesora T., 2006.
  • Pingpongista, 2008.
  • Dziennik na nowy wiek, 2009.
  • Szóste, najmłodsze i inne opowiadania, 2012.
  • Dziennika ciąg dalszy, Wydawnictwo Literackie, 2014.
  • Powrót do bezsennych nocy, Dzienniki, Sonia Draga, Katowice 2016.
  • Ja, deprawator, Sonia Draga, Katowice 2018.
  • Bez strachu, MG, 2020.

 

 

Bardzo trudny temat podejmuje WALTER ALTERMANN: O nowych stolicach Polski

Nie ma oczywiście zorganizowanej odgórnie propagandy stołeczności Warszawy, ale powszechny w Polsce podziw dla bohaterskiego Powstania Warszawskiego, późniejsza duma z odbudowy miasta oraz codzienna dawka setek informacji – że to i to działo się w Warszawie – wszystko to powoduje, że Polakom wydaje się, że Warszawa będzie naszą stolicą na zawsze.

Część Polaków wie, że długo i chwalebnie naszą stolicą był Kraków – i to dłużej oraz w czasach potęgi Korony i Rzeczypospolitej Obojga narodów – ale większość nie dopuszcza możliwości, że Warszawa wcale nie musi być ostatnią stolicą państwa. Poniżej przedstawię argumenty za koniecznością zbudowania nowej stolicy naszego kraju.

Kilka słów oczywistych

Warszawa prawa miejskie otrzymała przed rokiem 1300. W 1526 została włączona do Korony Królestwa Polskiego. Do tegoż roku Warszawa, jak i całe Mazowsze, była osobnym, choć  podległym Koronie księstwem. W roku 1569 została ustanowiona miejscem obrad sejmów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po 1596 do Warszawy przeniesiono dwór królewski i urzędy centralne, a w 1611 w rozbudowanym Zamku Królewskim na stałe zamieszkał król Zygmunt III Waza.

Warszawa jest ważnym ośrodkiem naukowym, kulturalnym, politycznym oraz gospodarczym. Tutaj znajdują się siedziby min. Prezydenta RP, Sejmu i Senatu RP, Rady Ministrów oraz Narodowego Banku Polskiego. Stolica jest głównym miastem monocentrycznym aglomeracji warszawskiej. Warszawa jest również jedynym polskim miastem, którego ustrój jest określony odrębną ustawą.

Prawie co dziesiąty Polak mieszka w Warszawie

Warszawa jest naszą stolicą, jest też najludniejszym miastem kraju. Liczba jej mieszkańców, zależnie od sposobu zdefiniowania jej granic, wynosi od 2,6 do 3,5 mln. Jest to największe, po aglomeracji śląskiej, skupisko ludności w Polsce. Na obszarze aglomeracji warszawskiej znajduje się około 20 miast.

Dzisiaj prawie 10 procent Polaków mieszka w Warszawie, co może budzić podziw, ale też równy podziwowi niepokój. Przypomnijmy, że po wyzwoleniu Warszawy w roku 1945 miasto było zniszczone i właściwie niezamieszkałe – mówię o Warszawie lewobrzeżnej. Do roku 1970 – w stolicy nie można było ot tak sobie zamieszkać. Ci z warszawiaków, którzy powrócili do swego miasta, stanowili raptem 15 procent jego dawnych mieszkańców.

Nowi warszawiacy, żeby zamieszkać w stolicy, musieli mieć pozwolenie od władz. Oczywiście byli to inżynierowie, technicy, lekarze, naukowcy, nauczyciele i inni fachowcy niezbędni miastu. Ale przecież nie oni „czynili” większość mieszkańców. Skąd i jak zatem Warszawa z roku na rok notowała coraz więcej mieszkańców? Ano, stolicę zaludnili głównie mieszkańcy Mazowsza, i to z pobliskich wsi i miasteczek. Mechanizm był prosty – wystarczyło, że jednemu z nich udało się uzyskać pozwolenie na pracę w Warszawie, a niebawem sprowadzał żonę z dziećmi. A w ramach łączenia rodzin zjeżdżali też rodzice i rodzeństwo nowowarszawiaka. I tak to – przez pączkowanie niejako – Mazowsze podbiło stolicę. Dopiero za Gierka zniesiono wymów posiadania pozwolenia na zamieszkanie w Warszawie.

Dlaczego stolica ma siłę magnesu?

Dlaczego dzisiaj tylu młodych ludzi ciągnie do Warszawy? Ciągną jak muchy do miodu, do w stolicy znajdują pracę – i to bardziej atrakcyjną i o wiele lepiej płatną niż w reszcie miast Polski. Ale też inwestycje nowych technologii trafiają głównie do Warszawy i podwarszawskich okolic. I o dziwo historia zatacza koło – nowi warszawiacy jadą codziennie 20-40 kilometrów, do tych nowych miejsc atrakcyjnej pracy. I tym samym często pracują w miasteczkach, z których wyjechali do Warszawy ich dziadkowie.

Warszawa się sama napędza. Przy tej wielkości miasta nowe miejsca pracy powstają niejako automatycznie, same z siebie. I mechanizmu tego nie da się powstrzymać. Już teraz nasza stolica jest nie tylko centrum administracyjnym kraju, jest także nowym centrum technologii, przemysłu i kultury. Można by się cieszyć z takiego sukcesu stolicy, gdyby nie to, że poza Warszawą mieszka jednak 90 procent narodu.

Kolonializm warszawski

Sytuacja przypomina tę z jaką mamy do czynienia w bogatych państwach Zachodu. Ostatnio popisali się tak Niemcy, gdy jeszcze trzy lata temu zapraszali do siebie Ukraińców, ale jedynie wykształconych, z potrzebnymi Niemcom zawodami i znajomością języka niemieckiego. Tym samym mamy do czynienia z nową formą kolonializmu. Bogaci pozbawiając ubogie państwa Afryki, Azji i Ameryki Południowej, warstwy ludzi najlepiej wykształconych, skazując je na wieczny byt na peryferiach świata, na wieczną biedę i nędzę.

Tak jak Zachód ogałaca cały Trzeci Świat z wyższych, wykształconych warstw społeczeństw, tak Warszawa zasysa, jak wielki, bezwzględny odkurzacz ludzi najbardziej rzutkich, przedsiębiorczych, najlepiej wykształconych z całej Polski.

Skutkiem tego z dziesięciolecia na dziesięciolecie rośnie i będzie jeszcze szybciej rosła przepaść pomiędzy Warszawą a krajem, którego ona jest jednak stolicą. Będzie się pogłębiała przepaść pomiędzy Warszawą a Opocznem, Kluczborkiem czy Białą Podlaską. Nie mówię, że w wyżej wspomnianych małych miejscowościach, nie będzie bezwzględnego „przyrostu” cywilizacji, ale względne różnice poziomu życia będą coraz większe. Czyli powoli, ale systematycznie dążymy do odtworzenia międzywojennego podziału na Polskę A, B i C. Trochę głupio, ale do tego właśnie zmierzamy.

Jak wygląda Polska z punktu widzenia warszawiaka?

Trzeba bez ogródek stwierdzić, że mieszkańcy Warszawy są bardzo zarozumiali. I nie dostrzegają, że poza Warszawą są w Polsce jeszcze jakieś inne miasta i wsie, w których żyją i pracują ludzie nie mniej mądrzy i nie mniej utalentowani niż warszawiacy. To poczucie wyższości, naprawdę bezzasadnej, jest irytujące a dla ludzi z Polski deprymujące.

Nawet warszawskiemu cieciowi wydaje się, że jest o wiele lepszym cieciem niż kolega po fachu z Gdańska. A już warszawscy dziennikarze, warszawscy krytycy filmowi z założenia – zanim cokolwiek pierwszego w życiu napiszą – są o wiele lepsi niż koledzy po piórze i klawiaturze z Wrocławia.

Opowiadał mi pewien reżyser teatralny z prowincji, który jako debiutant zrobił przedstawienie, będące wtedy krajowym wydarzeniem. Z tym spektaklem trafił na gościnne występy do Warszawy. I wtedy zaproszony został do Polskiego Radia na wywiad. Rozmowa była banalna, a prowadząca nieznośnie ogólnie kulturalna, Ciekawie zaczęło się dopiero po wywiadzie, na korytarzu w gmachu przy Myśliwieckiej, bo Pani Redaktor zapytała go wprost:

– Ale jak to jest? Sam pan wpadł na pomysł adaptacji takiego tekstu i zrobienia takiego przedstawienia? Ja dotychczas o panu w ogóle nie słyszałam…

– Bo ja jeszcze jestem studentem szkoły teatralnej… – odpowiedział reżyser.

– Ale że to tak samemu i jeszcze z Olsztyna? – powiedziała, nie kryjąc zdziwienia, Pani Redaktor.

Niestety „warszawskość” niesłusznie nobilituje wszystkich mieszkańców stolicy. Od cieci począwszy a na pracownikach Ministerstw Wszelakich i Rożnych kończąc. I naprawdę bez  potrzeby, bo zaiste istnieje jeszcze życie rozumowe poza Warszawą.

Warszawskie media

Szczególnie dotkliwą sprawą dla całego kraju, była realna likwidacja – nazywana jak to u nas, reformą – regionalnych ośrodków TVP. Formalnie i praktycznie te terenowe ośrodki istnieją i działają, ale pozbawione są minimum niezależności. Od lat nie podejmują już własnej twórczości artystycznej, nie tworzą w dostatecznym stopniu niczego, nawet dobrych reportaży. Choć w ustawie   z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji, jest jak był zapisana zapisana kulturotwórcza rola tych mediów.

To ograniczenie roli kulturotwórczej ośrodków terenowych TVP odbyło się etapami, i było to dzieło wszystkich partii, które sprawowały władzę po roku 1995. Można powiedzieć, że tylko w tym dziele zniszczenia istniała ponadpartyjna zgoda.

Poza tym, sprawa nie dotyczy tylko TVP, bo wszystkie pozostałe stacje telewizyjne również działają w Warszawie i nadają z Warszawy. I głównie mówią o Warszawie. Wyjątkiem jest telewizja TRWAM – stacja religijna.

Te warszawskie media tworzą atmosferę „warszawocentryczną”. Czego skutkiem jest niedostrzeganie życia intelektualnego i artystycznego w reszcie Polski, co moim zdaniem wpływa hamująco na rozwój intelektualny i duchowy Polski.

Tu muszę przytoczyć opowieść mego przyjaciela satyryka, bo ta anegdotka oddaje najlepiej stosunek warszawskich Redaktorów i Redaktorek do tak zwanego terenu.

Przyjaciel mój w jednym z Regionalnych Ośrodków Polskiego Radia stworzył bardzo oryginalny, odcinkowy program satyryczny. Później jego rodzima rozgłośnia sprzedawała ten program do większości podobnych jej regionalnych stacji. W końcu mój przyjaciel zadzwonił do „Radia Dla Ciebie”, warszawskiego odpowiednika Radia Kraków, czy Radia Poznań. Porozmawiał z miłymi paniami, potem wysłał im próbki audycji, a w końcu panie oddzwoniły mówiąc:

– Oczywiście kupujemy, kupujemy, a uśmiałyśmy się… i wie pan, aż dziwne, że taka dobra audycja powstała poza Warszawą.

Cały naród utrzymuje swoja stolicę

Przechodząc do sprawy głównej przypomnę, że odbudowa Warszawy odbywała się na koszt całej Polski. Zadaniu nadano znaczenia ogólnopolskiego, co zresztą zrozumiałe. Odbudowa Warszawy  przebiegała pod hasłem „Cały Naród Buduje Swoją Stolicę”. Poza funduszami rządowymi, również władze innych miast przekazywały hojne datki na ten program. Mało tego, wprowadzono stałe, dobrowolne składki od wszystkich mieszkańców kraju. Te składki były potrącane w wysokości 0,3 procenta przy wypłatach pensji. I jak to za komuny nie były one dobrowolne, były po prostu wymuszane, czyli były przymusowe.

Nawet dzieci w szkołach podstawowych miały książeczki Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy (SFOS), do których wklejaliśmy znaczki, wartości – chyba – złotówki. Nie wypominam, ale to nie warszawiacy odbudowali swoje miasto, ale cały kraj je odbudował.

I stało się tak, że nie tylko cały kraj odbudował swoją stolicę, ale cały naród nadal ją utrzymuje. Bo nie byłaby tak bogata, nie miałaby metra, nie stać by ją było na nowe trasy tramwajowe, kolejowe, nowoczesne muzea i wiele innych działań, gdyby nie to, że jest naszą stolicą, że dzięki nam, prowincjuszom w Warszawie mieszczą się wszystkie urzędy centralne, banki i najlepsze uczelnie. Bez rządowych pieniędzy – czyli także pochodzących z naszego prowincjonalnego budżetu – Warszawy nie byłoby stać na takie cuda, o których nawet najstarsi poznaniacy nie słyszeli.

„Cały Naród Utrzymuje Swoją Stolicę” – to jest prawdziwe hasło na obecne czasy. A tymczasem prezydent Trzaskowski twierdzi, że pieniądze, które płaci warszawski magistrat na wyrównanie dysproporcji między regionami Polski, to okradanie stolicy. Łaskawco – chciałoby się powiedzieć – Warszawa bez reszty kraju byłaby na powrót miastem bez znaczenia. No, ale „warszawskość”, to nadęcie i zadęcie jest potworne. Już przed wojną na takie merytoryczne wygibasy warszawskich władz i warszawskich elit mówiono: „Warszawska hucpa”.

Nowa stolica

Może teraz, gdy Warszawa jest już wystarczająco, a nawet przesadnie rozbudowana pora przenieść stolicę w inne miejsce? To się na świecie już zdarzało. Sądzę, że już więcej inwestycji Warszawa nie zniesie. Warszawa jest już tak wielkim Baalem, że niebawem pojawią się problemy z przejedzeniem.

Dlatego postuluję budowę nowej stolicy, w innym miejscu niż Mazowsze. Budowa nowej stolicy pozwoliłaby Warszawie stać się sprawnym, dobrze funkcjonującym miastem bez „moralnego” nadzoru rządów. Gospodarczo w niczym by to Warszawie nie zaszkodziło a nawet uwolniona od centralnych obowiązków mogłaby się lepiej rozwijać. Są przecież państwa, w których stolica nie jest największym miastem w kraju, że wspomnę jedynie USA i Kanadę.

Zyski z budowy nowej stolicy wymienię w punktach:

  1. Nowa stolica, w nowym miejscu przyciągnęłaby w ten wybrany region nowe inwestycje, uaktywniłaby nowe siły drzemiące w Polsce prowincjonalnej.
  2. Nowa stolica zdjęłaby z Warszawy odium miasta państwowego, co warszawiakom pozwoliłoby mniej zajmować się polityką a bardziej pracą,
  3. Do nowego stołecznego miejsca nie zdołaliby się przenieść wszyscy obecni rządowi i około rządowi urzędnicy, co pomogłoby usprawnić administrację rządową i państwową. Bo w obecnym stanie rzeczy urzędników „przyrządowych” przybywa w postępie geometrycznym. I w większości zajmują się oni samymi sobą.

Moi kandydaci na nową stołeczność

Najpierw należałoby wyłonić kilka kandydatur. Przy czym Kraków i Łódź nie powinny być brane pod uwagę.

Kandydatury na nie:

Kraków – to miasto cudowne, a powrót stolicy do Krakowa z całą pewnością zniszczyłby moralny i emocjonalny klimat tego miasta. Urodzeni Krakusi chodzą wolno, elegancko i spokojnie. I gdyby teraz dosiedlić im zabieganych, spoconych urzędników z rządu, Sejmu i Senatu? Gdyby pojawiły się też dzikie hordy dziennikarzy? Zniszczyliby wszystko, cały klimat Krakowa szlag by trafił.

Łódź – leży za blisko Warszawy, co groziłoby tym, że przy kolejach dużych prędkości, które niebawem powstaną, większość urzędników nadal mieszkałaby w Warszawie. Jeżeli chodzi o Łódź, to wystarczyłoby jej zagwarantowanie inwestycji przemysłowych, bo od 1989 roku miasto to nie doczekało się żadnych.

Typy na tak:

Wrocław, Poznań, Gdańsk – to między tymi miastami powinien nastąpić wybór. Z tej trójki głosowałbym na Poznań. Ale nowa stolica powinna powstać w bezpiecznej odległości od Poznania, czyli w okolicach Wrześni, bo to raptem 47 kilometrów, ale jednak jakaś odległość jest.

Należałoby równocześnie podjąć decyzję, że nowa stolica będzie nią nie dłużej niż 80 lat. Po upływie tego czasu należałoby znowu wybrać kolejne miasto.

Poirytowanych moją propozycją, tych co odsądzają mnie od rozumu i polskości, mówię wprost: tak dalej być nie może, a nadto państwowość polską zawdzięczamy temu, że pierwsi Piastowie żyli w stałym objeździe swych włości. I tym samym stolica była tam, gdzie zatrzymywał się król czy książę. I trzeba wreszcie rozstrzygnąć stare pytanie – stolica dla kraju, czy kraj dla stolicy istnieje?

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Za habilitację do kontenera

Pan Andrzej Korczak, doktor habilitowany, adiunkt z 14-letnim stażem w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, wykładowca, autor wielu prac naukowych wydawanych w Polsce i za granicą, za kilka dni, 5 października 2023 r. będzie miał do wyboru – albo potulnie opuścić od dziewięciu lat zakwaterowanie w uczelnianym hotelu o nazwie Eden, albo wyprowadza go w asyście komornika i policji jak pospolitego przestępcę, może i w kajdankach, gdzieś pod most albo i do kontenera.

Powinny to sfilmować kamery niezależnych mediów choćby dlatego, że sprawa werdyktu sądowego czy pan Korczak jest czy już nie jest pracownikiem SGGW zakończona jeszcze nie została. Sąd Pracy (sygn. akt VIIP 5820) nie wysłuchał świadków zgłoszonych przez naukowca. Po prostu precz! Na bruk, bo tak chcą przełożeni pana Andrzeja Korczaka. A powód? Przeglądam historię „choroby”. To egzemplifikacja gangreny, nepotyzmu z korupcją, mafijnej solidarności środowiska, które nie rangą dokonań naukowych a źle pojmowaną solidarnością zmowy wyrzuca człowieka poza nawias pracy i życia. Jeszcze niedawno jednego ze swoich. Bo ten śmiał nie podporządkować się, z a k a z o w i   robienia i zrobienia habilitacji. Adiunkt nie posłuchał i zrobił to w Polskiej Akademii Nauk. Wbrew „woli” swojej przełożonej zajmującej się sprawami etyki a konkretnie mobbingu.

Zanim 5 października kamery zostaną ustawione pod Edenem chciałbym jeszcze zapytać władz całej tej przecież ważnej, historycznej w końcu uczelni polskiej, czy naprawdę nic nie wiedzą o skandalu, który się szykuje.  Magnificencjo, to wszystko dzieje się w Katedrze  Edukacji i Kultury, z której osoby odpowiedzialne kandydują właśnie do krajowych gremiów decyzyjnych o edukacji naukowej.

Przez decyzyjne  ośrodki nauki polskiej przechodzą raz po raz tsunami. Tacy jej niszczyciele jak np. panowie Giertych i Gowin, po krótkiej burzy odpływają w siną dal. A polska nauka odnotowywana jest w światowych rankingach na ostatnich miejscach. Nie może odbić się od dna. Wysyp beznadziejnie słabych z założenia tzw. wyższych uczelni został wprawdzie trochę ograniczony do ok. 300 w skali kraju. Te przystanki dla wędrujących rzesz wieloetatowych wykładowców, pseudoprofesorów to był przerost ambicji regionalnych. Cierpiały także futrzaki. Ratunkiem dla gronostajów była decyzja, że nie muszą być stroje rektorów i wielkiej rzeszy prorektorów ozdabiane futrem żywotnych, łaskawie zgodzono się, że te kapoty mogą być sztuczne. Nie ma natomiast kary dla plagiatorów i miernot, a  tych jest zatrzęsienie. Polecam pracę pogromcy plagiatorów pana dr Marka Wrońskiego.

Jest żądanie: więcej pieniędzy na naukę! Jaką naukę? Gdzie wyniki? To wszystko dzieje się tak od lat. Przykład z SGGW: kara za pracę. Pomiatanie, mobbing przez określających się jako humaniści. Bez żenady, bez wstydu. Zakorzenione jest prawo do przeciętności i wzajemnego popierania w środowisku. o wszystko nie budzi już odrazy. Skąd to przyszło? Jak temu zaradzić?

Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Ukraina na zimno

Jeśli chodzi o tempo utraty sympatii Polaków, Wołodymyr Zełenski został niekwestionowanym mistrzem świata. Sądzę, że ustanowiony przez niego rekord może być niezagrożony jeszcze bardzo długo.Biorąc pod uwagę historię Polski, ale również, a może przede wszystkim postawę Polski i Polaków po 24 lutego 2022 roku, insynuowanie przez Zełenskiego „prorosyjskości” miało prawo nas zaboleć.

Być może, w związku z tym, że w kółko spotykamy się z niesprawiedliwymi oskarżeniami i wyhodowaliśmy sobie grubą skórę, dałoby się to ugłaskać, wyjaśnić gorszym dniem, presją, czy chwilowym atakiem pomroczności jasnej. Chwilę potem jednak mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju Hołdem Pruskim Zełenskiego (w jego przypadku złożonym „Prusom” a nie „przez Prusy”) apelującego na forum ONZ o przyznanie Niemcom „gwarantowi pokoju na świecie”, stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. I to już przekroczyło masę krytyczną, po osiągnięciu której, proces destrukcji sympatii do prezydenta Ukrainy w Polsce, nastąpił lawinowo i prawdopodobnie w sposób nieodwracalny.

Awaria „legendy”

I nie chodzi nawet o to, że Polacy nie lubią Niemców, a mają za co ich nie lubić, czy że mają z Niemcami sprzeczne interesy, bo mają i Niemcy muszą Polskę złamać jeśli chcą zrealizować swój geopolityczny plan, tylko po pierwsze o to jak bardzo jest to obrzydliwe i żenujące (mówimy o tych samych Niemcach, które tyle już razy, ostatnio po wybuchu rosyjskiej agresji, wystawiły Ukraińców do wiatru). A po drugie o to, że gołym okiem widać, że było to działanie niezgodne nawet z interesem Ukrainy, co „legendę” Zełenskiego stawia w zupełnie nowym świetle.

Miejmy nadzieję, że ofiarą tego nagłego emocjonalnego zwrotu, staną się w krótkim czasie takie dziwactwa i potworki jak „w Ukrainie” (zwrot o nielogicznej genezie, w dodatku nawiązujący do rosyjskiego odpowiednika), czy „pierogi ukraińskie”, które kiedy są normalnie „ruskimi” nie mają niczego wspólnego z Rosją, ponieważ ich nazwa pochodzi od „województwa ruskiego” w I Rzeczpospolitej, ew. od Rusinów, czyli (w dużym uproszczeniu) dziś powiedzielibyśmy – Ukraińców.

Ale przecież to bodaj wszystko, co w tej kwestii nowe emocje mają do roboty. A przynajmniej tak mi się wydaje. Nic bowiem nie zmieni mojego szacunku do Ukraińców, którzy wbrew prawie całemu światu i wbrew jego oczekiwaniom, nie poddali kraju po trzech dniach, a nawet pogonili kota „niezwyciężonej Armii Czerwonej”. Nie zmieni nawet mojego szacunku do tamtego Zełenskiego, który zamiast skorzystać z amerykańskiej propozycji ucieczki z kraju, został i podjął walkę. Nie zacznę żałować, że do mieszkania po Teściowej przyjęliśmy uciekające przed wojną Ukrainki, które płakały kiedy mówiłem im po rosyjsku, bo ukraińskiego nie znam „nie ispugajties, wy doma”. Zrobiłbym to znowu choćby i sto razy.

Chłodna kalkulacja

Ale to jest poziom ludzki. Na poziomie państwowym, politycznym i geopolitycznym, istotniejsza jest gra interesów i chłodna kalkulacja (wbrew niektórym emocje też mają znaczenie, bo jednak politykę robią ludzie w imieniu ludzi, ale powinny mieć mniejsze). I wolta Zełenskiego brutalnie nam o tym przypomina. Jakoś zamilkli ci, którzy mieli do mnie pretensje, kiedy pisałem, że Ukrainie trzeba pomagać, ale nie uszczuplając krytycznego poziomu własnych zasobów. Nie jestem ekspertem, ale intuicyjnie wyczuwam, że tę czerwoną linię przekroczyliśmy. Cóż mi jednak po tym, że będę to swoim interlokutorom wypominał? Ważnie, że teraz mają szansę się opamiętać.

Jest jednak spora grupa, która krzyczy „nazywałeś nas ruskimi onucami, a to my mieliśmy rację nazywając Ukraińców ‘banderowskimi ku.wami’, a Ukrainę ‘Upadliną’ – teraz nas przeproś”. No nie, ja nikogo tak nie nazywałem, a wręcz przestrzegałem innych przed nadużywaniem tego określenia. To łatwo sprawdzić. Choć rzeczywiście, nie zmienia to faktu, że powyższej postawy nie uznaję za żaden „realizm”, tylko za emocjonalny szuryzm, podobny do „wukrainie”, tyle, że o przeciwnym znaku. Więc nie uważam żebyście „mieli rację”.

Warto pomagać

Przeciwnie, wydaje mi się, że łatwo wykazać, że pomoc Ukrainie w utrzymaniu się wobec rosyjskiej inwazji, była w naszym najgłębszym interesie. Oto bowiem, jak rzadko w historii, to nie my własną krwią osłabialiśmy czyjegoś wroga, tylko Ukraińcy swoją krwią osłabiają naszego, dając nam czas na dozbrojenie się i rozbudowę armii. Dzięki utrzymaniu się Ukrainy, granica, której potencjalnie musielibyśmy bronić, jest o wiele krótsza. Bałtyk, od strony którego latami mogliśmy się spodziewać ataku, dziś jest praktycznie wewnętrznym morzem NATO, a „lotniskowiec” Okręgu Kaliningradzkiego bardziej boi się nas niż my jego. Gazociągi Nord Stream cudownie zniknęły, oby przynajmniej na czas pozwalający przyzwyczaić się do Baltic Pipe i zbudować nowy tor podejściowy do portu w Świnoujściu. Cała Europa musiała się w dużym stopniu uniezależnić od rosyjskich surowców, a niemiecką koncepcję „wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku szlag trafił. Nasz demograficzny problem jest nieco mniejszy dzięki uchodźcom z Ukrainy (tak, wiem, ja też wolałbym żeby polskie kobiety po prostu rodziły więcej dzieci, ale pozostając pod wpływem GW i TVN, uważają, że to „niemodne” i nie rodzą, i tak, trzeba myśleć o repatriacji Polaków). Nasze firmy coraz lepiej radzą sobie na ukraińskim rynku, a potencjał sympatii zwykłych Ukraińców wobec Polaków nie jest wprawdzie tak sprawnym mechanizmem jak korumpujące ukraińskie elity niemieckie fundacje, ale jest narzędziem prowadzenia polityki (obyśmy potrafili je wykorzystać), którego wcześniej nie mieliśmy.

Jakiej Ukrainy chcemy?

Szybko natomiast musimy uczyć się zadawać sobie pytanie – jakiej Ukrainy chcemy? Wiemy już, że chcemy żeby przetrwała, taka czy inna jest nam potrzebna. Ale jak silna powinna być? Na pewno na tyle żeby stanowić bufor, ale, szczególnie biorąc artykułowane czasem ambicje rywalizacji z Polską w regionie (póki co to oczywiście mrzonki, nawet gdyby wojna skończyła się jutro, Ukraina sama będzie potrzebowała olbrzymiej pomocy, sama nie będąc w stanie wiele zaoferować), czy w naszym interesie jest Ukraina BARDZO silna? Czy powinniśmy euroatlantyckie aspiracje Ukrainy wspierać bezwarunkowo? Tym bardziej, że Ukraina najwyraźniej stanęła po stronie tych, którzy nas szantażują przy pomocy złośliwego mechanizmu „rozszerzenie UE o Ukrainę w zamian za oddanie suwerenności przez Polskę”.

A czy w imię dobrej współpracy powinniśmy „zapomnieć o Wołyniu”? A w żadnym wypadku. Nawet pomijając kwestie moralne i tożsamościowe i patrząc na sprawę absolutnie cynicznie, to tak jak kwestia reparacji jest wygodną dźwignią w kontaktach z Niemcami, tak kwestia Wołynia powinna stać się podobną dźwignią w kontaktach z Ukrainą. To nie my mamy dopraszać się pozwolenia na ekshumacje, ale Ukraina nas prosić żebyśmy zechcieli przyjrzeć się jej procesowi „przepracowywania” trudnej przeszłości. Nie dziś, to jutro.

Tak więc, ochłonąwszy nieco po zimnym prysznicu jaki nam sprawił ostatnio Zełenski, apelowałbym żebyśmy pilnowali aby nasze głowy pozostały chłodne. Zełenski chce raz jeszcze nadepnąć na niemieckie grabie? No cóż, ma prawo. A my pamiętajmy, żeby realizować nasze długookresowe interesy, nauczymy się nie dawać niczego bez odpowiedniego weksla i powtarzajmy sobie przysłowie, że „dłużej klasztora niż przeora”.