TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści zniszczyli socjalistów

4 listopada 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie rozpoczął się pokazowy proces kierownictwa podziemnej PPS-WRN (Wolność – Równość – Niepodległość): Kazimierza Pużaka, Tadeusza Szturm de Sztrema, Józefa Dzięgielewskiego, Ludwika Cohna oraz Feliksa Misiorowskiego i Wiktora Krawczyka.

Sądzili: Władysław Stasica (przewodniczący), Roman Różański (skazał na śmierć co najmniej dziewięciu „wrogów ludu” – wszystkie wyroki zostały wykonane; nie mylić z Jackiem Różańskim – Józefem Goldbergiem) i Napoleon Czesnak.

Oskarżali prokuratorzy: płk Stanisław Zarakowski (naczelny prokurator wojskowy, zmarł w Warszawie w 1998 r. – mimo swojej krwawej działalności nigdy nie osądzony) i płk Oskar Karliner (inny „ludowy” oprawca – prezes Najwyższego Sądu Wojskowego).

Kazimierz Pużak, ps. „Bazyli” do winy się nie przyznał i – wbrew wielokrotnym wezwaniom przewodniczącego sądu, odmówił odpowiedzi na pytania. Zamiast samokrytyki, sala sądowa usłyszała: „W chwili, gdy stoję nad grobem, byłoby nie do uwierzenia, gdybym zmienił poglądy”.

W dniu rozprawy poprzednik „Trybuny Ludu” – „Głos Ludu” pisał: „Proces jednoczenia się ruchu robotniczego dokonuje się równolegle do innego procesu – eliminowania z ruchu robotniczego elementów spod znaku prawicy socjalistycznej, która jest agenturą burżuazji”. „Robotnik”, prasowy organ prokomunistycznej PPS, dodawał: „My, socjaliści polscy, oskarżamy Kazimierza Pużaka dodatkowo o to, że przez całą swoją działalność starał się wprząc PPS w rydwan polskiej kontrrewolucji”.

19 listopada 1948 r., mimo braków dowodów winy, Kazimierz Pużak i Tadeusz Szturm de Sztrem zostali skazani na 10 lat więzienia. Pozostali „renegaci” otrzymali niższe wyroki. Wobec wszystkich sąd ogłosił przepadek całego mienia na rzecz skarbu państwa.

„Robotnik” triumfował: „Łagodny wyrok siłą ludowego państwa”.

W rzeczywistości „ludowej władzy” chodziło o wyeliminowanie groźnego przeciwnika politycznego. Nie było już przeszkód, aby prosowiecki PPR mógł się „zjednoczyć” i zmienić nazwę na PZPR, co nastąpiło miesiąc po procesie kierownictwa PPS-WRN. Bez aresztowania i skazania Pużaka nie byłoby to możliwe.

Kazimierz Pużak do końca pozostał wierny swoim ideałom – do Bieruta, agenta Moskwy, nie napisał prośby o ułaskawienie. Według oficjalnej wersji – zmarł 30 kwietnia 1950 r. na zapalenie płuc. Współwięźniowie z Rawicza opowiadają jednak, że Pużak został zepchnięty z metalowych schodów przez strażnika, nazywanego „Grubym Jankiem” (do dziś nie udało się ustalić jego personaliów), a potem – przez ok. dwa tygodnie – nie udzielono mu pomocy lekarskiej. Miał 68 lat.

Kazimierza Pużaka, polskiego socjalistę-niepodległościowca, pochowano 5 maja 1950 r. w nocy na Starych Powązkach w Warszawie. W pogrzebie mogła uczestniczyć tylko najbliższa rodzina pod czujnym nadzorem funkcjonariuszy UB.

 

Co tam Panie u Helwetów? KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Szwajcaria skręca w prawo

Szwajcarzy wybrali dwuizbowy parlament – Radę Narodu i Radę Kantonów. Zgodnie z przewidywaniami, zwycięzcą po raz szósty z rzędu, okazała się konserwatywna prawica, czyli Szwajcarska Partia Ludowa. Wielkimi przegranymi są natomiast partie lewicowe i proekologiczne. Wybory pokazały, co kolejny europejski naród myśli o swojej suwerenności, o konieczności zwiększenia wydatków na walkę z globalnym ociepleniem, o Unii Europejskiej i otwieraniu granic.

Gdy myślimy o Szwajcarii, najczęściej nasza wyobraźnia podąża ku bajecznym, górskim krajobrazom, czekoladowym smakołykom i luksusowym zegarkom. Jej symbolami są także bernardyny z beczułką rumu i brązowe krowy z dzwonkami pasterskimi na szyi. Jednak tym, co naprawdę wyróżnia tę alpejską krainę, są niezwykły ustrój polityczny, historia i neutralność. Uwagę zwraca także skomplikowana procedura wyborów parlamentarnych i obligatoryjne referenda.

Szwajcaria jest krajem, którego mieszkańcy zdają się rozumieć, że prawdziwa demokracja nie polega tylko na uczestnictwie w wyborach raz na cztery lata, lecz na aktywnym i świadomym udziale obywateli w procesach decyzyjnych. Jest to więc państwo, gdzie „vox populi” jest faktycznie kluczowy, zarówno w parlamencie, jak i podczas referendów. Jest też przykładem pełnej demokracji, a nie jak w wielu tzw. „państwach demokratycznych”, fasadowej pseudodemokracji.

 Europejskość, ale z umiarem

Szwajcaria jest federacją 26 kantonów, będących do połowy XIX wieku samodzielnymi mini-państwami. Dopiero w roku 1848 Helweci z luźnego związku, postanowili przekształcić swoje państwa w federację. Obecnie Konfederacja Szwajcarska ma prawie dziewięć milionów mieszkańców, którzy nadal kultywują swoje odrębne tradycje i używają czterech języków urzędowych: niemieckiego, francuskiego, włoskiego i – w niewielkim stopniu – retoromańskiego.

Państwo to, pomimo położenia w samym sercu Europy, nie należy ani do Unii Europejskiej, ani do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Jego mieszkańcy bowiem, swoją suwerenność traktują z najwyższym szacunkiem. Niepodległość jest tu wartością nadrzędną, co doskonale ilustruje wynik referendum z 2001 roku, w którym Helweci zdecydowanie, bo aż w 77 %, odrzucili koncepcję rozpoczęcia rozmów na temat akcesji do UE. To, co dla wielu państw jest marzeniem, dla Szwajcarów było – i jest nadal – nie do przyjęcia.

Pomimo braku formalnego członkostwa w UE, Szwajcaria utrzymuje jednak specjalne stosunki z Brukselą. Dzięki temu uczestniczy w wybranych (przez siebie) międzynarodowych projektach – jednym z nich jest Układ z Schengen. Szwajcaria angażuje się również finansowo w różne unijne działania – polityczne i gospodarcze np. poprzez partycypowanie w europejskim budżecie. Jest więc najlepszym przykładem tego, że można być poza Unią Europejską i jednocześnie pozostawać integralną częścią europejskiego krajobrazu politycznego – że istnieją sposoby współpracy i osiągania sukcesów, bez konieczności rezygnacji z suwerenności.

Stolicą Szwajcarii jest Berno. To tutaj swoje siedziby ma większość instytucji federalnych i rządowych. Miasto to jest jednak jedynie stolicą funkcjonalną, a nie formalną, jak ma to miejsce w zdecydowanej większości państw świata. Podobnie wyjątkowa jest „stolica” francuskojęzycznej Szwajcarii, nazywana niekiedy „miastem pokoju”. W Genewie działa blisko 240 zagranicznych przedstawicielstw, dziesiątki organizacji międzynarodowych oraz setki organizacji pozarządowych. Swoje siedziby mają tu m.in. agendy ONZ – Rada Praw Człowieka, Światowa Organizacja Zdrowia i Międzynarodowa Organizacja Pracy. Tutaj także mieszczą się centrale Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, Światowej Organizacji Zdrowia, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych i UNICEF-u.

Atrakcyjność Szwajcarii podnosi jeszcze bardziej fakt, że Genewa, Zurych i Berno są centrami finansowymi Europy. To tu rezydują bankowi giganci: Union des Banques Suisses, Banque Cantonale de Genève, Raiffeisen i, upadły w tym roku, Credit Suisse… Helweci szczycą się również drugim, najwyższym w Europie wskaźnikiem siły nabywczej zarobków na mieszkańca – notabene zaraz po, będącym w unii celnej i monetarnej ze Szwajcarią, Księstwie Liechtenstein.

Nic więc chyba dziwnego, że ta niewielka alpejska republika jawi się światu jako przysłowiowy „raj na ziemi”. I że Szwajcarzy tak bardzo cenią sobie jej odrębność i wszelkie tradycje.

Fenomen demokracji oddolnej

Najważniejszą z tych tradycji jest chyba instytucja referendum – Szwajcarzy udają się do urn wyborczych aż cztery razy w ciągu roku. Podczas głosowania wypowiadają się w sprawach istotnych dla powiatu, kantonu lub całej federacji. Co więcej, wyniki tych ludowych plebiscytów są dla członków parlamentu absolutnie wiążące. Można więc śmiało powiedzieć, że demokracja bezpośrednia jest prawdziwą esencją równości obywateli, i że to właśnie dialog i kompromis pomiędzy ludem a władzą kreują sukcesy państwa.

Na szczycie piramidy szwajcarskiego systemu politycznego stoją parlament i władze kantonalne. Szwajcarski parlament, czyli Zgromadzenie Federalne, to instytucja o długiej tradycji. Składa się ona z dwóch izb: Rady Narodu i Rady Kantonów. Rada Narodu, w której zasiada 200 posłów, zwanymi również „deputowanymi Narodu”, stanowi serce szwajcarskiego ustawodawstwa. To tutaj podejmowane są najważniejsze decyzje dotyczące kraju.

Natomiast izba wyższa, czyli Rada Kantonów, złożona z 46 przedstawicieli, reprezentuje interesy konkretnych kantonów, które są podstawowymi jednostkami administracyjnymi państwa. Ciekawostką jest fakt, że z ogółu 26 kantonów, w sześciu z nich – nazywanych „półkantonami” – obywatele wybierają po jednym reprezentancie, a w pozostałych dwudziestu po dwóch. Ponadto konstytucja Szwajcarii określa czas trwania kadencji tylko posłów do Rady Narodu – wynosi on cztery lata. Co istotne, izba ta nie może zostać rozwiązana przed terminem, co jest gwarancją stabilności i ciągłości procesów ustawodawczych.

Kolejnym szwajcarskim „fenomenem demokracji” jest sam proces podejmowania decyzji politycznych – jest on całkowicie oddolny… W Szwajcarii bowiem, to wola społeczeństwa jest fundamentem, na którym opiera się cały system. Kluczową rolę odgrywa więc wspomniana już demokracja bezpośrednia. To właśnie referenda są przejawem świadomości obywateli i ich odpowiedzialności za dobro wspólne. To one są czynnikiem spajającym ten pozornie niespójny naród.

W szwajcarskim modelu decyzyjnym obowiązuje zasada dialogu, jako źródła kompromisu. Tradycja federalistyczna, stanowiąca integralną część szwajcarskiej tożsamości, nakazuje kantonom zajmować się własnymi problemami. Krytyka działań innych kantonów jest niedopuszczalna. To podejście sprzyja wzajemnemu zrozumieniu różnorodności i pluralizmu, co z kolei jest kluczowe dla tworzenia trwałych rozwiązań systemowych.

 Helweci wybierają tradycję

Wybory do organów legislacyjnych w Szwajcarii odbyły się w niedzielę, 22 października. Aż 90 proc. uprawnionych do głosowania „poszła do urn” już w sobotę – za pośrednictwem internetu. Wyniki ogłoszono w poniedziałek. W środę okazało się jednak, że głosy zostały błędnie policzone.

Z oficjalnego komunikatu Federalnego Urzędu Statystycznego w Neuchâtel wynika, że „święto demokracji” zostało zakłócone przez błąd w oprogramowaniu importującym dane z komisji. Jednocześnie Urząd zapewnił, że nowe wyliczenia nie będą miały wpływu na podział mandatów. I rzeczywiście, po korekcie obliczeń po raz szósty z rzędu wygrała narodowo-konserwatywna Szwajcarska Partia Ludowa.

Ostateczne wyniki wyborów wyglądają następująco: 27,9 proc. uprawnionych do głosowania Helwetów wybrało Szwajcarską Partię Ludową (SVP). Socjaldemokraci (SP) uzyskali 18,3 % głosów, Liberałowie (FDP) 14,3 %, Centrum (DM) 14,1 % głosów, Zieloni 9,8 %, Zieloni Liberałowie (GLP) 7,6 % zaś skrajna lewica w ogóle do parlamentu nie weszła. Frekwencja wyniosła zaledwie 44,6 proc. Czyli mniej niż przed czterema laty, gdy głosowało 45,1 proc. obywateli.

W dziewięciu kantonach konieczna będzie druga tura głosowania, która ma się odbyć 12 lub 19 listopada. Mieszkańcy m.in. Genewy, Fryburga, Valais, Ticino, Schaffhausen i Zurychu wyłonią w niej łącznie 13 członków rad. Jednak już teraz można powiedzieć, że zwycięzcami wyborów są partie prawicowe. Świętować może zwłaszcza SVP, której udało się zdobyć 9 dodatkowych mandatów w Radzie Narodu… To przesuniecie w prawo mogło być jeszcze wyraźniejsze, gdyby nie sojusz pomiędzy partiami lewicy. Ich wyborcze porozumienia ocaliły Partię Zielonych i Zielonych Liberałów przed jeszcze drastyczniejszą katastrofą. Pierwsi stracili tylko pięć mandatów zamiast siedmiu, drudzy – sześć zamiast siedmiu. Na powiązaniu list skorzystali również Socjaldemokraci, którzy dzięki nim zdobyli dodatkowe punkty. Co ważne, powiązania wyborcze są obecnie mocno krytykowane. Część ugrupowań opowiada się wręcz za ich likwidacją, ponieważ wyniki tak przeprowadzanych wyborów nie odzwierciedlają rzeczywistej woli elektoratu.

Zwycięstwo Szwajcarskiej Partii Ludowej dla większości politologów było oczywiste. Część badaczy spodziewała się nawet, że SVP osiągnie jeszcze lepszy wynik. Chociażby dlatego, że w czasach międzynarodowych kryzysów potrzeba stabilności wyborców zwykle wzrasta, a chęć na eksperymenty polityczne maleje.

Według badań przedwyborczych, szczególnie istotne dla Helwetów były trzy zagadnienia: wzrost kosztów ubezpieczeń zdrowotnych, relacje z Unią Europejską, zagrożenie ze strony imigrantów oraz zmiany klimatyczne. 22 października Szwajcarzy pokazali, że nie chcą już zwiększania wydatków na walkę z „globalnym ociepleniem”, ani tym bardziej zbliżenia z Unią. Chcą natomiast, aby politycy zajęli się rozwiązywaniem realnych problemów społecznych, a w szczególności nabrzmiewającej kwestii migrantów… Naprzeciwko tym właśnie postulatom wyszli politycy Szwajcarskiej Partii Ludowej.

 SVP jak AfD?

W Polsce szwajcarskie wybory przeszły w zasadzie bez echa. Sukces prawicy nie podobał się jednak wielu politykom europejskim. Zwłaszcza niemieckim. Lewicowo-liberalne media, komentowały to wydarzenie następująco: „Skrajna prawica na fali wzrostu. Szwajcarzy wybrali Szwajcarską Partię Ludową, która jest inspiracją dla Alternatywy dla Niemiec”.

DPA zastanawiała się także nad tym, „dlaczego ten zwrot na prawo nie wzbudza takiego poruszenia, jak wzrost popularności AfD w Niemczech?” I tłumaczyła ten stan mniej więcej tak: „Szwajcarzy doskonale znają swój nietypowy system polityczny. Dlatego zachowują spokój. Nie ma paniki, ‘zapór ogniowych’ ani histerii z powodu wzrostu siły skrajnej prawicy. To, co wywołałoby sensację w innych krajach, tutaj jest częścią systemu”.

Michael Hermann, politolog i dyrektor Instytutu Sotomo, który prowadził przedwyborcze sondaże, uważa że „Szwajcarska Partia Ludowa i Alternative für Deutschland są podobne, choć w niektórych kwestiach SVP jest jeszcze bardziej prawicowa niż AfD”. Zasadnicza różnica między nimi polega jednak na tym, że SVP jest partią rządzącą, a AfD dopiero aspiruje do władzy.

„Politycy SVP w trakcie kampanii wyborczej prezentują twarde stanowiska i atakują przeciwników, jednak jako przedstawiciele rządu zachowują się inaczej”, dodaje Hermann. „Ta podwójna gra jest ugruntowana historycznie i całkowicie przez Szwajcarów akceptowana”.

Ukazujący się w przygranicznej Konstancji „Südkurier” cytuje z kolei niemieckich politologów, którzy stoją na stanowisku, że „SVP i AfD łączą wspólne prawicowo-populistyczne poglądy, najczęściej sprowadzające się do podsycaniu niechęci wobec imigrantów, a zwłaszcza wyznawców islamu”. Oba ugrupowania, twierdzi gazeta, „sprzeciwiają się sankcjom nałożonym na Rosję przez Unię Europejską, a politycy SVP są szczególnie dumni z faktu, że w latach 90-tych skutecznie przeciwdziałali zbliżeniu Szwajcarii z UE”.

Czy rzeczywiście styl polityczny Szwajcarskiej Partii Ludowej i Alternatywy dla Niemiec ma ze sobą coś wspólnego? Takie pytanie stawia historyk z Uniwersytetu we Fryburgu, Damir Skenderovic. Jego analiza wydaje się wskazywać na pewne podobieństwa między oboma partiami. Ekspert charakteryzuje styl obu ugrupowań jako „promujący proste rozwiązania skomplikowanych problemów”. Podsuwa również klucz do zrozumienia ich retoryki – ma nim być „znajdowanie kozła ofiarnego”. Kiedy pojawiają się problemy społeczne, „SVP i AfD wskazują palcem na grupę, którą uważają za winną całej sytuacji. „To klasyczna taktyka, która pozwala im zyskać poparcie i przekonać wyborców, że wskazani winowajcy są źródłem kryzysu”.

„Ale to nie wszystko”, uważa Skenderovic. „Obie te partie, podobnie jak wiele innych prawicowych ugrupowań populistycznych, operują według podobnego schematu myślowego. Zdaniem historyka, jest to zasada „my kontra oni”. „SVP i AfD przedstawiają się jako głos ludu, reprezentujący interesy ‘dołów społecznych’, czyli ‘zwykłych obywateli’, którzy ‘czują się oszukani i zaniedbani przez skorumpowaną elitę’. Jednocześnie politycy obu partii wytykają palcem innych – obcych, przybyszów z zewnątrz, którzy stanowią zagrożenie dla narodu”.

Co powiedzieli nam Helweci?

Analiza Skenderovica nie jest wcale jednoznaczna i bynajmniej nie potwierdza tezy, jakoby SVP i AfD były partiami skrajnie prawicowymi, czy wręcz neofaszystowskimi. Przypomina natomiast antypisowską propagandę, suflowaną Polakom przez liberalną lewicę.

W rzeczywistości Szwajcarska Partia Ludowa ma korzenie ludowe, wręcz chłopskie. Jej historia sięga roku 1917, kiedy to w Zurychu narodziła się Partia Rolników. W krótkim czasie podobne ugrupowania powstały w innych kantonach. Następnie, te luźno powiązane ugrupowania, zawiązały sojusz, który okazał się na tyle silny, że w 1929 roku jeden z jego liderów, Rudolf Minger, zdobył miejsce w rządzie. Choć formalnie partia działa dopiero od roku 1936 jako Partia Rolników, Kupców i Niezależnych, to do tego czasu zdołała już zbudować solidne fundamenty. W 1971 roku SVP połączyła siły z Partiami Demokratycznymi z kantonów Glarus i Gryzonia, tworząc potężną siłę polityczną.

Ideologia SVP to mieszanka narodowego konserwatyzmu, eurosceptycyzmu i izolacjonizmu. Partia ta rzeczywiście sprzeciwia się członkostwu Szwajcarii w międzynarodowych organizacjach, takich jak Unia Europejska czy ONZ. Opowiada się też za surowszymi regulacjami dotyczącymi imigracji, prawa azylowego i kodeksu karnego. W kwestiach gospodarczych wyznaje zasady wolnorynkowe i jest zwolennikiem liberalizmu gospodarczego. Jej kierownictwo popiera m.in. prawo do posiadania broni, utrzymania neutralności państwa i silnej armii, jako narodowej gwardii. W obrębie SVP istnieje różnorodność poglądów – od frakcji centrystyczno-agrarnej po skrzydło narodowe.

Wszystkie społeczeństwa stają przed coraz trudniejszymi pytaniami. I coraz bardziej złożonymi wyzwaniami, bez względu na to, czy są to mieszkańcy bogatej Szwajcarii, czy średnio rozwiniętej Polski… Uczciwym politykom powinno zależeć na udzieleniu suwerenowi uczciwej i zrównoważonej odpowiedzi. Bo przecież decyzja o wyborze przyszłości należy do obywateli, a nie polityków.

Aby zrozumieć prawdziwe intencje sprawujących w naszym imieniu władzę, powinniśmy uważnie przyglądać się innym i temu, jak podejmują polityczne wybory. Na przykład Helwetom, którzy są pod tym względem chyba najbardziej świadomym narodem w Europie… I nie chodzi o to, żeby zamienić Polskę w drugą Szwajcarię. Lecz o to by znaleźć rozwiązania odpowiadające polskiej historii, tradycji, kulturze i tożsamości. Jednym z takich rozwiązań mogłoby być powszechne referenda. Ich wprowadzenie i upowszechnienie, znacząco wzbogaciłoby polską debatę publiczną. Mogłoby także uczynić bardziej transparentnym proces podejmowania decyzji politycznych – zarówno tych na szczeblu centralnym, jak i samorządowym.

Szwajcarska demokracja bezpośrednia, ze wszystkimi jej unikalnymi narzędziami politycznymi, mogłaby też być inspiracją dla tych polityków unijnych, którzy pragną rzeczywistych reform, a nie tylko ich symulowania.

 

Więcej aktualności na temat krajów niemieckojęzycznych na kanale autora: www.youtube.com/@DACHL

 

Kiedy Potrzebujecie, Oszczędzajcie, czyli KPO wg. CEZAREGO KRYSZTOPY: Kość Tuska

Rząd Donalda Tuska jeszcze nie powstał, właściwie nie wiadomo kiedy powstanie, ale w zakresie autokompromitacji odniósł już pierwsze sukcesy.

Takim chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem jest tzw. „Dziura Leszczyny”, którą pani polonistka, typowana obecnie na ministra finansów w teoretycznym rządzie Donalda Tuska, dostrzegła wbrew samym unijnym danym, nagle tuż po wyborach, choć jej wiedza na temat finansów publicznych od czasów kampanii wyborczej nawet nie miała okazji się poszerzyć. Za to, co za zbieg okoliczności, dostrzegła akurat wtedy, kiedy była potrzebna jako pretekst do wycofywania się z obietnic wyborczych przez szefa Platformy.

„Dzień po wyborach”

Innym, choć może jeszcze nie tak konkretnym przykładem, jest usiłowanie realizacji obietnicy Tuska o tym, że „dzień po wyborach pojedzie i odblokuje pieniądze z KPO”. Mija 18 dni od wyborów, a o odblokowaniu blokady  nie słyszałem (oddzielną kwestią jest to czy my tych pieniędzy przeznaczonych na zakup niemieckich wiatraczków, w ogóle potrzebujemy).

Oczywiście pamiętam, że podczas wizyty w Brukseli kilka dni temu, Tusk mówił o tym, że „pierwsze wypłaty są możliwe jeszcze w grudniu” i, że „nie będzie potrzebne zakończenie procesu legislacyjnego”.

Dwie możliwości

Możliwości są dwie. Albo Tusk nie kłamie i tym samym potwierdza, że dotychczasowa blokada środków z KPO, które biorąc pod uwagę, że już je spłacamy, należą nam się jak psu buda, nie miała nic wspólnego z żadną „praworządnością” i żadnymi zmianami legislacyjnymi i była jedynie ceną za jaką „praworządna” i „demokratyczna” Bruksela kupiła sobie nowy rząd w Polsce.

Albo Tusk kłamie, bo zauważcie, że Ursula von der Leyen nie pisnęła na ten temat ani słowa i jedyne co na dziś mamy to słowa szefa Platformy. Pierwsza możliwość stawia nową, teoretyczną większość parlamentarną w świetle brukselsko-berlińskiego klienta, który teraz będzie musiał spłacić dług rezygnacją z realizacji interesów Polski i Polaków. Z kolei druga możliwość stawia ją w świetle, w którym mamy ją okazję oglądać od lat i to z bardzo niekorzystnej strony.

Kość Tuska

Tym bardziej, że najwyraźniej brukselska kasa jest pusta i być może „praworządnościowy” szantaż wobec rządu PiS był tylko wygodnym pretekstem ukrywającym w rzeczywistości fakt, że tych pieniędzy po prostu nie ma. O pustej kasie Brukseli mówiła ostatnio szefowa Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola, Szwecja zaproponowała nawet plan cięć. W dodatku Niemcy, z zazdrością obserwując szybki i mocno kontrastujący z niemiecką mizerią, polski rozwój gospodarczy, są wybitnie „niezainteresowani” tym, żeby Polsce cokolwiek „dawać”.

Jednak najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje mi się, że Tusk dostanie jakąś swoją symboliczną kość, żeby niemieckie media dla Polaków mogły go pochwalić i odtrąbić, że „odblokował”, ale że będzie to kość na tyle symboliczna, że w istocie gospodarczo dla Polski bez większego znaczenia.

Nigdy nie chcę robić tej listy a ciąglę ją robię… – HUBERT BEKRYCHT: Odeszli

Publikuję, jak zawsze niepełną listę dziennikarzy, oczywiście nie tylko z SDP, którzy odeszli od listopada 2022 r. do października 2023 r. Odeszli, co nie oznacza, że nie powrócą. Najpierw jednak  my się z nimi spotkamy. Może mnie ochrzanią, że czegoś o nich nie napisałem lub napisałem za dużo, może wytkną mi, że kogoś nieświadomie pominąłem. Proszę Was Świętej Pamięci Koleżnki i Koledzy z Tamtej Strony – litości, przecież wiecie jaka to trudna robota… A żyjących proszę o wyrozumiałość…

 6 listopada 2022 r. członkowie Oddziału Dolnośląskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich uczestniczyli we mszy św. we wrocławskim kościele pw. św. Maurycego.  W Liturgii Eucharystycznej sprawowanej przez członka stowarzyszenia ks. prof. Tomasza Błaszczyka  modlono się za zmarłych we wcześniejszych latach dziennikarzy i pracowników mediów dolnośląskich: Brunona Brożyniaka, Romualda   Adama Lazarowicza, Lothara Helmuta Herbsta, Antoniego Gucwińskiego  oraz zmarłych w 2022 r.: Moniki Jaworskiej, Krzysztofa Kucharskiego, Łukasza Owsianego, Dawida Palucha.

7 listopada 2022 r. zmarła Urszula Staniszewska (ur. 1980) –  dziennikarka, portalu TOK FM.

17 listopada 2022 r. zmarł Grzegorz Chmielewski ( ur. 1946)  – dziennikarz zajmujący się głównie sportem motoryzacyjnym, radiowiec – m.in. Polskie Radio od 1976 r. do 1990 r. w latach 90. ub. w. pracował w RMF FM.

Fot. ze strony portalu WCN

26 listopada 2022 r. zmarł Jan Marek Owsiński (ur. 1944 r.) – radiowiec, działacz „Solidarności”, uczestnik Marca ’68. W latach 1974–1982  pracownik Komitetu ds. Radia i Telewizji, od jesieni 1980 r. w „Solidarności”, był w redakcji Radia „Solidarność” Regionu Mazowsze, internowany w stanie wojennym, w latach 1991–1993 zastępca przewodniczącego Komitetu ds. Radia i Telewizji oraz kierownik Polskiego Radia. W 1992 roku został pierwszym prezesem Polskiego Radia. Od 1994r. przez 3 lata redaktor naczelny i prezes Radia Eska.

6 grudnia 2022 r. zmarł Jarosław Kawecki (ur. 1955)  – dziennikarz Polskiego Radia, przez 30 lat m.in. redagował serwisy „Radia kierowców”. W 2019 r. Jarosław Kawecki został uhonorowany Złotym Mikrofonem Polskiego Radia.

13 grudnia 2022 r. zmarł Mariusz Walter – dziennikarz radiowy i telewizyjny, dokumentalista, w l. 70. ub. w. stworzył w Telewizji Polskiej Studio 2. Był założycielem i przez wiele lat kierował telewizją TVN.

Ze wspomnień red. Stefana Truszczyńskiego: „Zwrócił na siebie uwagę władzy, decydentów medialnych. Oczywiście wiadomo skąd oni pochodzili. Na pewno nie u ojców Pijarów pobierali nauki. Studio 2 to było wówczas coś nowego, próba otwarcia i zmiany. Przyjęte zostało entuzjastycznie” –pisał w sdp.pl w grudniu 2022 r. Truszczyński.

9 stycznia 2023 r. zmarł Andrzej Kociuba (73 l.) – wieloletni dyrektor Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Kazimierzu Dolnym.

Fot. S. Truszczyński,zdj. A. Kociuby z archiwum S.Truszczyńskiego

Kolejne wspomnienie  Stefan Truszczyński o zmarłym Andrzeju w publikacji na portalu sdp.pl : „Na takich jak on mówią – dobry człowiek. Rzeczywiście patrzył, słuchał i starał się pomagać gdzie tylko mógł. Dowodem, że większość załogi pracuje w DPT bardzo długo. Nawet po 20 – 30 lat. „Kazimierz” przebrnął przez lata chorobowej pandemii i mamy nadzieję będzie kontynuował dobre tradycje, które wdrożył jego długoletni dyrektor Andrzej Kociuba” – napisał Stefan Truszczyński.

15 stycznia 2023 r. zmarł Marek Gaszyński ( ur.1939)  – dziennikarz muzyczny, autor tekstów ponad 150 piosenek (m.in. „Sen o Warszawie”) i książek o tematyce muzycznej. Od 1962 r. był związany z Polskim Radiem.

16 stycznia zmarł 2023 r. Paweł Sobczak (ur. 1969) – dziennikarz ekonomiczny, m.in. Redakcji Ekonomicznej Polskiej Agencji Prasowej Biznes oraz polskiej redakcji Agencji Reuters a także Interii Biznes.

2 lutego 2023 r. Tadeusz Zagoździński ( ur.1937) – fotograf prasowy i fotoreporter, m.in. z Centralnej Agencji Fotograficznej, oddziałem tygodnika „Time” w Warszawie i Agencji Interpress.

21 lutego 2023 r. zmarła Joanna Jureczko-Wilk ( ur. 1969)  –  dziennikarka „Gościa Niedzielnego”.

10 marca 2023 r. odszedł Janusz Weiss (ur. 1949) – dziennikarz radiowy i telewizyjny. Razem z Andrzejem Woyciechowskim założył Radia Zet.

Fot.: Wikipedia

13 marca 2023 r. zmarł Maciej Rosalak ( ur. 1947) – dziennikarz i publicysta, specjalizujący się w tematyce historycznej.  Pracował w „Rzeczpospolitej. Był redaktorem naczelnym miesięcznika „Historia Do Rzeczy”.

Fot.: arch. domena publiczna/ sdp.pl

12 kwietnia 2023 r. zmarł Piotr Wesołowski ur. (1964) – dziennikarz i wieloletni z-ca redaktora naczelnego łódzkiego oddziału „Gazety Wyborczej”, gdzie pracował od jej utworzenia (1989 r.) oraz lokalnej telewizji TV Toya.

25 kwietnia 2023 r. odszedł od nas Ryszard Dobek (ur. 1934 r.) z  Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie.

Ryszard zaczynał w połowie lat 70. ub. w. od artykułów w „Naszej Wsi”. W latach 1995-1997 w „Dzienniku Pojezierza” publikował cotygodniowy cykl felietonów „Wokół ambony” dotyczący zagadnień łowieckich. W 1996 roku założył kwartalnik „Myśliwiec Warmińsko-Mazurski” i był jego redaktorem naczelnym do 1999 roku. Współpracował z „Tygodnikiem Warmińskim”, „Tygodnikiem Pojezierza”, „Bracią Łowiecką” i „Nowym Życiem Olsztyna”.

Fot.: arch. ze zbiorów WM oddziału SDP w Olszytnie

25 kwietnia 2023 r. zmarła Elżbieta Misiak-Bremer ( ur.1939–2023) – dziennikarka, działaczka opozycji demokratycznej w latach 80.ub. w., związana z pismami drugiego obiegu, m.in. z „Tygodnikiem Mazowsze”, „Tygodnikiem Wojennym” i „Przeglądem Wiadomości Agencyjnych” oraz „Wyzwoleniem”.  Pracowała późnij m.in. w „Ładzie”, „Tygodniku Solidarność”, „Konfrontacjach” i „Wprost”. Od 1999 r. do 2005 r. była Zarządzie Głównym SDP.

2 maja 2023 r. zmarł Paweł Piotr Smoleński ( ur.1959) – dziennikarz, od 1989r. pracował w „Gazecie Wyborczej”.

15 czerwca 2023 r. zmarł Bohdan Urbankowski (ur.1943)  – poeta, dramatopisarz, doktor nauk humanistycznych, filozof, działacz podziemia niepodległościowego, neoromantyk, piłsudczyk, dziennikarz. Należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, był członkiem Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, bywał na comiesięcznych spotkaniach tego Klubu, a kilkakrotnie był jego głównym gościem. Laureat najważniejszej nagrody dziennikarskiej – Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2014).

Fot.: arch; ze wspomnień T.Kaczorowskiej na sdp.pl

Ten znakomity pisarz i filozof dokonał w Gnieździe polskim przeglądu wielkich polskich osiągnięć w dziedzinie sztuki i historii myśli, akcentując mocno wkład Polaków w rozwój cywilizacji łacińskiej, a przede wszystkim – w rozwój idei wolności” – fragment tekstu Teresy Kaczorowskiej na portalu sdp.pl

 

15 czerwca 2023 r. odszedł do Pana  ks. prof. Michał Drożdż (ur. 1958)  – dziennikarz, teolog, medioznawca, naukowiec. Był jednym z założycieli kierunku dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie, a także inicjatorem organizowanej co roku na UPJPII Międzynarodowej Konferencji Etyki Mediów. Ksiądz Michał był członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – pełnił funkcję przewodniczącego Naczelnego Sądu Dziennikarskiego SDP.

Fot. archiwum/ Niedziela

26 sierpnia 2023 r. zmarł Stanisław Papież (ur. 1965) –  dziennikarz i polityk konserwatywny-  poseł LPR IV i V kadencji. Publikował m.in. w „Naszym Dzienniku”. Członek Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

9 września 2023 r. odszedł Jacek Kisielewski (ur. 1970) –  dziennikarz radiowy i telewizyjny, wydawca PR3. Reporter w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia oraz w Informacyjnej Agencji Radiowej. Współpracował z TVP.

Zdj. z ekranu TVP INFO

 

16 września 2023 r. zmarł Dariusz Szewczyk (ur. 1956r.) – wieloletni prezes Polskiego Radia Łódź.

Fot.: Polskie Radio Łódź/ Sebastian Szwajkowski

 

W Polskim Radiu Łódź pracował od 1991 roku. Był m.in. inżynierem a następnie potem dyrektorem ds. technicznych. Szefem regionalnej rozgłośni Polskiego Radia w Łodzi był dwukrotnie: w latach 2006-10 i w latach 2016-21.

24 września 2023 r. zmarł Tadeusz Olszański (ur. 1929) –  dziennikarz sportowy, sprawozdawca z sześciu igrzysk olimpijskich, publicysta i tłumacz, specjalizujący się w tematyce sportowej i węgierskiej. Pracował m.in. w  „Sztandarze Młodych”, „Sportowcu”, Telewizji Polskiej i  Krajowej Agencji Wydawniczej. Od 1990 r. do 1994 r. Olszański był korespondentem Polskiego Radia i TVP na Węgrzech i na terenie b.Jugosławii. Współpracował z tygodnikiem „Polityka”.

26 września 2023 zmarła Halszka Szczerska (ur. 1948 r.) – dziennikarka „Gazety Wrocławskiej”. Zajmowała się problematyką zdrowotną. Pisała także o życiu Kościoła.

Fot. arch. ze wspomnienia na sdp.pl

Na portalu sdp.pl dziennikarka Anna Fastnacht-Stupnicka tak wspominała Koleżankę: „Mój syn na wieść o jej śmierci powiedział: ‘Pani Halszka to był dziwny ptak’. To bardzo trafne określenie. Bo była jak wielobarwny, rzadko spotykany, nieuchwytny ptak. Żyła na swoich prawach i na swoich prawach odeszła. Z pewnością ma zasłużone miejsce tam, gdzie jest tylko dobro i Boża miłość.

9 października 2023 r. odszedł Andrzej Stawiarski (ur.1956)  –  działacz opozycji niepodległościowej, fotograf i dziennikarz, wieloletni prezes oddziału krakowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek Zarządu Głównego SDP oraz  wieloletni redaktor naczelny portalu sdp.pl.

Andrzej pracował w „Czasie Solidarności” i „Gazecie Wyborczej”, był redaktorem naczelnym i wydawcą „Miesięcznika Kapitałowego” i „Naszego Rynku Kapitałowego”. Współtworzył duże wystawy fotograficzne, m.in. Papieski Kraków, „Kraków – portret miasta”. Był pomysłodawcą Krakowskiej Witryny Fotograficznej – cyklu spotkań krakowskich fotografów prasowych oraz nauczycielem akademickim w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.

Fot.: Agnieszka Masłowska IPN

W ramach działalności w SDP w latach 2010 – 17 prowadził badania, które skutkowały m.in.  opublikowaniem raportów opisujących sytuację zawodową dziennikarzy w Polsce.

Fot.: FB Andrzeja Stawiarskiego

„Andrzej był człowiekiem niezwykłej dobroci, dziennikarzem starej daty, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Don Kichotem, walczącym przez ostatnie dwie dekady o ratowanie prestiżu tego zawodu. Znakomity fotoreporter, redaktor i ekspert ekonomiczny. Świetny kompan, odważny, gdy  jeszcze nie było to modne. A przy tym obdarzony niezwykłym poczuciem humoru. Bardzo, bardzo nam będzie Go brakować. R.I.P.” – napisał we wspomnieniu na Facebooku dziennikarz i dyrektor – redaktor naczelny TVP Historia Piotr Legutko.

22 października 2023 roku odeszła Barbara Petrozolin-Skowrońska (ur.1937r.)  – historyk, dziennikarka, redaktorka, autorka artykułów, książek i scenariuszy słuchowisk radiowych. Od wielu lat była związana ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich.

Interesowała się m.in. losami polskiej inteligencji, historią prasy i dziejami Warszawy. Współpracowała z ,,Kulturą”, ,,Literaturą”, ,,Mówią wieki”, ,,Nowymi Książkami”. Pisała scenariusze słuchowisk dla Polskiego Radia. Była autorką książek, m.in. „Przed tą nocą”,  „Król Tatr z Mokotowskiej 8. Portret doktora Tytusa Chałubińskiego”. W latach 1990 – 1998 pełniła funkcję redaktorki naczelnej Encyklopedii PWN, wydała m.in. wyróżnioną licznymi nagrodami Encyklopedię Warszawy.

Fot.: z FB Józefa Skowrońskiego

Współpracowała z Pracownią Dziejów Warszawy i Pracownią Dziejów Inteligencji Instytutu Historycznego PAN. Przez 10 lat była przewodniczącą Komisji Historycznej w Towarzystwie Przyjaciół Warszawy.

Archiwum HB

Od wielu lat działała w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, była inicjatorką wielu wydarzeń, publikowała swoje teksty na portalu sdp.pl.” Zawsze uczynna, koleżeńska, skora do działania, zaangażowana i pełna oddania” – napisali o Pani Basi Przyjaciele.

 

***************************

Korzystałem z wielu not biograficznych, opublikowanych m.in. przez portal sdp.pl, Niedzielę, Wszystko Co Najważniejsze, Wikipedię, Encyklopedię Solidarności, Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy, PAP, Polskie Radio, TVP, wPolityce, Reuters, AFP, DPA, Gazetę Polską, wSieci, Do Rzeczy – bardzo przepraszam jeśli kogoś nie wymieniłem, proszę o kontakt – uzupełnię.

 

Hubert Bekrycht, sekretarz gen. SDP, redaktor nacz. sdp.pl

 

 

 

 

 

A może król Władysław – proponuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Wygibasy powyborcze

Gdyby Jarosław Kaczyński był przebiegły, jak jest mądry i wytrwały, zaproponowałby Władysławowi Kosiniak-Kamyszowi (po cichu)  przyszłą prezydenturę kraju. Najpierw jednak premierostwo z PiS-em a nie z Platformą.

 Doktor nie musiałby na ten zaszczyt zbyt długo czekać. Prezydent Andrzej Duda kolejny raz już nie wystartuje. Kolejnego kandydata konserwatywnego – na razie – m nie widać. Nie słychać też, by koalicja nienawiści wobec PiS-u miała uzgodniony program. Nic dziwnego, bo startowali przecież oddzielnie i dopiero po godzinie trzeciej nad ranem 16 października zlali się w jedno ciało.

Ciągle się dogadują. Gadu-gadu a tu trawa nie rośnie.

Pisał Tuwim: :

„Trawo, trawo do kolan

podnieś mi się do czoła

Żeby myślom nie było

Ani mnie, ani pola”

Ale kto by tam słuchał poetów. Sztucznie wywołane, rozpalające zmysły dyskusje, np. o aborcji, zagłuszają rzeczowa rozmowę o przyszłości rolnictwa, na temat energii atomowej i naszego lotniczego miejsca w świecie.

Panie Władysławie, potraktuj pan dotychczasowe rozmowy jako „przenośnię”, która daleko by pana nie przeniosła. I gdy Prezes Kaczyński rzeknie o czym jest na wstępie tego felietonu – ani chwili się pan nie wahaj. Bo to se nevrati. Tylko raz w życiu się trafia. Żona zostałaby prezydentową, dzieciaki… No śmiało proszę pomarzyć i czynić krok we właściwym kierunku. Co było a nie jest – nie pisze się w rejestr. Tuskowi postaw pan piwo, najlepiej niemieckie, nie za mocne. Nie przejmuj się pan pomarszczoną coraz bardziej, srogą twarzą pana Donalda. Srogość to albo rzeczownik abstrakcyjny.

W pańskim gabinecie, a właściwie na ścianie sekretariatu obejrzałem piękny portret Wincentego Witosa. Wie pan zapewne, jak potraktowano tego prawdziwego obrońcę Polski w 1920 roku, który zwołał aż 70 procent naszego wojska. Zamknięto go w Berezie Kartuskiej. Dziś prawdziwy przywódca chłopski (40 procent ówczesnej ludności kraju) ma piękny pomnik przy Placu 3 Krzyży w Warszawie.

Jest pan dużo bardziej wyedukowany, ale czy ma pan odwagę i serce do walki. Zobaczymy. A więc najpierw gmach w Alejach Ujazdowskich i wejście, którego pilnuje postument Jana Olszewskiego. A później pałac prezydencki określany przezwiskiem nieładnym jako namiestnikowski.

Przepuści pan możliwość takiego wyboru? Wystarczy teraz jeden właściwy krok. „Jeden krok” jak śpiewał bard Andrzej Dąbrowski – jak każe maszerować też Dąbrowski, tylko generał. Na pańskich długich nogach to łatwe.

Wprawdzie Donald Tusk wyrwie sobie resztki włosów a Czarzasty będzie wyglądał jak nabzdyczony indor. Hołownię zostawmy, dzieci i ryby głosu nie mają. Potem zagospodaruje pan Bosaka, który chodzi w bardzo eleganckich bucikach i mamy rząd z wicepremierem Morawieckim, Sawickim (rolnictwo), Błaszczakiem i dalej wg. uzgodnienia z prezesem. Oczywiście Kaczyńskim.

Platformersi polecą na Tempelhoff, jeśli tam jeszcze przyjmują. Co taki rząd potem zrobi? Na pewno nie zredukuje armii, będzie budował CPK i elektrownie atomowe. I będzie po prostu rządził tu i teraz z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, nie z uroczego kanclerskiego żółtego domu na przeciwko Wyspy Muzeów w Berlinie.

Ciekawe, że propaganda PO w ostatnich dniach unika pańskiego nazwiska panie Kosiniak. Ani jedno „k” ani drugie nie padają np. w ostatnich numerach Gazety Wyborczej. Proszę sprawdzić. Najwidoczniej boją się pytać pana o sprawy aborcyjne, o krówki i świnki. Ufa im pan? Przecież Warszawka gardzi i kpi z pana i kolegów z PSL-u. Tak naprawdę to śmierdzą im gnojem co w swoim czasie zauważyła bezkompromisowa, wyłączona z obiegu Renata Beger.

Panie Władku, żeby nie było jak u Wyspiańskiego: „Został ci się jeno sznur”. Szansa prezydentury polskiej jest przed panem. Rzeczywista. W PO to pan kariery nie zrobi. Proszę popatrzeć na pańskiego kolegę Jarosława Kalinowskiego, obecnie europosła, który ładnie śpiewał, tańczył w ludowym zespole a nawet orał zręcznie traktorem własne pole. Teraz waży ok. 120 kg i już nie chodzi po salonach ani Brukseli a tym bardziej na Wiejskiej. Bo i po co.

Panie Kosiniak – śmiało! Struzik, Sawicki – pomogą. „Tygrysek” – jak nazywa Pana mądra i reprezentacyjna małżonka – czy aby to na pewno dobra ksywa. Mieliśmy już lwy, pora na zdecydowanego drapieżnika z prawdziwymi kłami. Bo i pogonić za Odrę trzeba wielu. Miłośnicy Niemiec wkrótce się przekonają i wybiorą swoje miejsce. Wolna droga, co mówię – wolne autostrady.

* * *

Jeszcze drepczą trochę w lewo, ciut, ciut w prawo. Robią śmieszne ważne miny. Uważajcie chłopaki by w krowi placek nie wdepnąć – chociaż to na szczęście.

Kaczyński stoi na wysokim wzgórzu i patrzy jak Napoleon na to tragiczno-śmieszne pole bitwy. Płakać czy się śmiać? Ale to przecież nasza ojczyzna. Prezes czeka. Niech harcownicy wybiegają się, zmęczą i przyjdą na poważne rozmowy. Lepiej poczekajmy jeszcze, lepiej się nie spieszmy. W Warszawie mamy już jeden wał – Miedzeszyński. I wystarczy.

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja walczy z terroryzmem, który sama stworzyła

Po napaści Putina na Ukrainę, w Rosji zwiększyła się liczba przypadków kwalifikujących się jako „terroryzm”.

Rosjanie po raz pierwszy usłyszeli o terroryzmie podczas dwóch wojen rosyjsko-czeczeńskich. Moskwa uznała czeczeńskich patriotów za „terrorystów”. Zostali oni bezlitośnie eksterminowani, nie wyjaśniono społeczeństwu różnicy między terrorystami a ruchami wyzwolenia narodowego. W ten sposób wszyscy czeczeńscy patrioci, którzy walczyli o niepodległość i wolność Czeczenii, polegli pod rosyjskimi bombami z przyklejoną łatką „terrorystów”.

Jeszcze dziesięć lat temu na Krymie też nikt nie słyszał o terroryzmie, bo w okresie ukraińskim go tam nie było. Pierwszymi ofiarami „terroryzmu krymskiego” byli uczniowie i nauczyciele Politechniki w Kerczu 17 października 2018 r. Jeden ze studentów otworzył wówczas ogień do innych uczniów i nauczycieli. W wyniku strzelaniny rannych zostało ponad 60 osób, zginęło 20 uczniów. Sam „terrorysta” popełnił samobójstwo w szkolnej sali bibliotecznej. Wielu analityków uważa, że ​​student po prostu stał się ofiarą operacji specjalnej rosyjskich służb specjalnych. Po tym incydencie władze okupacyjne rozszerzyły kontrolę na wszystkie placówki oświatowe na Krymie, wprowadzając tam swoich „strażników”. Tym samym „terroryzm” przybył na Krym wraz z rosyjską okupacją. Co więcej, władza okupacyjna zaczęła udawać, że ze wszystkich sił walczy z „terroryzmem”, dlatego wprowadzono do ustawodawstwa odpowiednie artykuły i utworzono specjalne struktury.

Później do statystyk „terroryzmu” dodano zbrojny napad na lekarzy pogotowia ratunkowego, podczas którego napastnik zastrzelił z karabinu kilku medyków, a także przypadki porwania kilkorga dzieci.

Jak donosi kanał „Możemy wyjaśnić” na Telegramie, liczba obywateli skazanych za akty terrorystyczne w Rosji wzrosła ośmiokrotnie tylko w ciągu ostatniego roku! Skąd wzięło się tylu terrorystów?

Naukowcy zbadali statystyki Sądu Najwyższego Federacji Rosyjskiej za pierwszą połowę roku. Od stycznia do czerwca 2023 r. z artykułu o akcie terrorystycznym skazano 39 osób, a w tym samym okresie ubiegłego roku 5 osób. Jak widać, większość przypadków kwalifikujących się jako „terroryzm” miało miejsce po zakrojonym na szeroką skalę ataku Rosji na Ukrainę. Oznacza to, że rozpętana przez Putina wojna sprowadziła „terroryzm” do rosyjskich miast.

Według badaczy wzrost ten związany jest głównie z falą podpaleń komisariatów wojskowych po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę i ogłoszeniu mobilizacji w Rosji. Początkowo podpalaczy klasyfikowano jako niszczenie mienia i chuligaństwo. Następnie Sztab Generalny Rosji ogłosił, że przypadki podpaleń dowództw wojskowych będą uznawane za akty terroryzmu, zagrożone karą do 15 lat więzienia.

W Symferopolu odbyła się konferencja prasowa, na której poruszono kwestię bezpieczeństwa w placówkach oświatowych. Eksperci zauważyli, że po tragedii w Kerczu stworzono dokumenty, zgodnie z którymi w placówkach oświatowych przewidziano ogrodzenia, ochronę, system nadzoru, system ostrzegania, oświetlenie zewnętrzne i zewnętrzne. Jednak w 10 procentach szkół nawet te środki nie zostały wdrożone. Dzieje się tak głównie w szkołach wiejskich.  Tamtejsze władze rozumieją, że ogrodzenie szkół nie zwiększy bezpieczeństwa uczniów. Tym bardziej, że do naruszeń bezpieczeństwa uczniów częściej dochodzi w szkołach miejskich, gdzie wydawałoby się, że z ochrona jest na wyższym poziomie – jest ogrodzenie monitoring, strażnicy, ale ataki na uczniów nadal się zdarzają.

Dlatego władze wzmacniają kontrolę nad uczniami i nauczycielami. Eksperci podkreślają znaczenie „pracy” z dziećmi. Specjaliści są pewni, że nauczyciele i psychologowie powinni monitorować procesy szkołach i zapobiegać„atakom terrorystycznym”. Prorektor jednej z krymskich uczelni, Angelik Łuchynkina zauważa, że „w szkołach wciąż brakuje specjalistów, którzy odpowiadaliby za rozwiązywanie konfliktów międzyludzkich. Dlatego w szkołach Rosja wprowadza nie tylko stanowiska oficerów wojskowych, ale także stanowiska pedagogów specjalnych, których zadaniem jest tworzenie w placówkach oświatowych sieci informatorów podążających za każdym uczniem i nauczycielem.

 

O losie grobu Bohatera pisze po raz kolejny STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pochowany jak trzeba

Pięć lat temu zbezczeszczono w Chodlu, miasteczku na Lubelszczyźnie, doczesne szczątki żołnierza Karola Chlebickiego, obrońcy Warszawy we wrześniu 39 roku, a potem partyzanta Kedywu AK „Zapory”, awansowanego na dowódcę leśnego oddziału, zabitego przez Niemców w październiku 1943 r.

Przez lata mogiła „Mściwego”, bo taki przyjął pseudonim, była czczona. Towarzysze broni, ludzie pamiętający młodego żołnierza, harcerze, uczniowie składali kwiaty, palili znicze, organizowano apele.

Ale pazerność i brak wstydu jednej osoby z rodziny, która koniecznie chciała w tym grobie spocząć, „bo płaciła cmentarną opłatę”, za zgodą ówczesnych miejscowych władz – „pana (na województwie), wójta i plebana” doprowadziła do zbrodni pamięci. Grabarz, a zarazem miejscowy kościelny, pogłębił grób, wrzucił kości do wora i przykrył warstwą cementu. Zrobił miejsce. Mówił, że tak mu kazano. Władza lokalna, wojewódzka, ministerialna, policyjna, prokuratorska i sądownicza nie reagowała na protesty przez pięć lat.

Opisałem to w listopadzie 2021 roku w reportażu „Dwakroć wyklęty” zamieszczonym w „Kurierze Wnet”. Potem przez dwa lata jeszcze trwała walka o naprawienie niegodziwości prowadzona nieustępliwie przez kuzyna żołnierza Pana Marka Świżka wspomaganego przez uczciwych krewnych i mieszkańców, którzy nigdy nie pogodzili się z dewastacją grobu. Było to przez długi czas walenie głową o mur obojętności i krętactwa. Uczestniczyłem w tym. Mam stertę dokumentów kompromitujących ludzi podłych i tchórzliwych.

Wreszcie 11 października 2023 r. uroczyście pochowano powtórnie żołnierza w tym samym grobie. Licznie przybyli mieszkańcy Chodla, gminy i powiatu.

Patriotyczne miejscowe nauczycielki przygotowały i odbyły ważną lekcję wychowawczą zapewniając obecność kilkudziesięciu uczniów z tutejszych szkół. Była uroczysta msza w przepięknym wielkim miejscowym kościele. Obecni byli dostojnicy Kurii, dowództwo wojskowego garnizonu, przedstawiciele władzy wojewódzkiej i lokalnej, terytorialsi, strażacy i leśnicy.

Odczytany został list od premiera rządu. Były przemówienia ku czci, salwa honorowa oddziału wojska, kwiaty i znicze. Pośmiertnie Karol Chlebicki został odznaczony przez Prezydenta Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski., Odsłonięto nowy pomnik nagrobny. Oprawa muzyczna w kościele i na cmentarzu była na wysokim poziomie.

Zamknięty został niechlubny rozdział, ale nie jestem jednak pewien czy wszyscy w miasteczku i gminie zrozumieli podłość czynu, który miał tu miejsce przed pięciu laty. Może z czasem to nastąpi.

 

WALTERA ALTERMANNA Uciechy wyborcze – część druga i ostatnia

„Uciechy” to po staropolsku „rzeczy zabawne, śmieszne scenki teatralne, krotochwile”. Naprawdę traktuję i od początku traktowałem te wybory bardzo poważnie, aliści nie mogę oprzeć się przedstawienia kilku uciesznych zdarzeń wyborczych, które mnie rozbawiły.

Siłą KO jest dostrzeżenie faktu, że świat się dynamicznie zmienia, że z każdym kolejnym dziesięcioleciem te zmiany przyspieszają.

Koalicja Obywatelska

Są oczywiście i tacy ludzie, którzy wchodzą do wody, żeby masą własnego ciała powstrzymać rwący nurt wezbranej rzeki, ginąc oczywiście bez sensu, ale chlubnie i bohatersko. Koalicja Obywatelska wybrała bardziej współczesną i zrozumiałą politykę. Mówiąc językiem polityki: Donald Tusk i jego partyjni koledzy „podgarnęli” tych, którzy czują się świetnie w świecie nowoczesnych technik i mniej restrykcyjnych obyczajów. I do nich apelowali.

Jest faktem, że nasze społeczeństwo jest podzielone, i to pod różnymi względami. Są tacy, którzy w nowoczesnych i współczesnych obyczajach widzą jedynie zgorszenie, sodomię i obrazę tradycji narodowej. Ale są i tacy, którym życie bez ślubu, nawet w związkach jednopłciowych nie przeszkadza być porządnymi obywatelami i kochać swój kraj. Są nawet i tacy, którzy sami żyjąc po bożemu nie gorszą się tymi, którzy są mniej tradycyjni.

Starożytni Rzymianie mawiali: „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”, co się na polski tłumaczy: „Czasy się zmieniają, a my zmieniamy się wraz z nimi”. Ano świat się zmienia… I tę zmianę dostrzegła partia Donalda Tuska. I to dlatego pewnie on będzie premierem. Choć może być bardzo uciesznie, gdy przyjdzie nam obserwować jak ogon, czyli Kosiniak i Hołownia, będą próbowali trząść psem, czyli Tuskiem.

Ciekawe też jest, czy dawny doktrynalny liberał Tusk wróci do swej dawnej wiary, że w państwie wszystko samo się dzieje, że rząd ma tylko nie przeszkadzać niewidzialnej ręce rynku. Bo w tę rękę nikt na świecie już nie wierzy, poza naszymi, polskimi liberałami. Ano, mamy takie rodzime, bardzo ucieszne dziwactwo. I bardzo też groźne.

Trzecia Droga

Dwóch czołowych polityków tego ugrupowania, pan Hołownia i pan Kosianiak-Kamysz, twierdzą że to oni zwyciężyli, że oni mają największy sukces. Sukces jest bezsprzecznie, ale o zwycięstwie mowy nie ma. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę, że nie było było zbornego. Trzecia Droga, w swych wystąpieniach dość natrętnie odwoływała się do metafizyki, czyli do Boga i ziemi. Jeżeli to przyniosło im niemal 15 procent poparcia, to znak widomy, że spora część Polaków bardziej wierzy niż myśli.

Myślenie metafizyczne ma u nas wielką tradycję, szczególnie pod rozbiorami, gdy warstwy przewodzące narodowi nie chciały się przyznać, że owe rozbiory to ich wina – bo co miał w XVIII wieku do gadania chłop i łyk, czyli mieszczuch?

Można zatem powiedzieć, że w swoim programie żadnych, żadniutkich konkretów Trzecia Droga nie przedstawiła, za to jej liderzy byli mocno – jak na mój gust za mocno – uduchowieni. Ale tak to już jest u osób mających problem z precyzyjnym myśleniem, z liczeniem i klasyfikacją  problemów, że działają w mocnym uniesieniu duchowym. Widać liderzy Trzeciej Drogi dobrze wiedzieli, że takich jak oni, jest co najmniej 15 procent. I poszedł swój do swego. I sukces jest, ale zwycięstwa to ja nie widzę?

No i najważniejsze – Trzecia Droga podkreślała cały czas swój katolicki i konserwatywny rodowód… Kłopot ludowcy i hołowniacy mają z tym, że na Trzecią Drogę złożyły się dwie partie i naprawdę nie wiadomo, jak będą dogadywali się między sobą, w parlamencie.

PSL od zawsze reprezentuje twardy chłopski konserwatyzm i równie twardą walkę o dopłaty do ziemi, ciągników, nawozów, a w finale do płodów rolnych. Może już czas, by zacząć uważać PSL za partię postsocjalistyczną? Z kolei partia Hołowni uosabia metafizyczno-klerykalny liberalizm. I jak oni teraz między sobą uzgodnią, że rolnikom należą się stale rosnące dopłaty, skoro liberalizm, dla zasady, zabrania jakiejkolwiek ingerencji państwa w rynek? Oczywiście dogadają się bez wstydu, bo polityka jest pozbawiona wstydu, a PSL dogadywał się już w przeszłości z każdym.

Dogadywanie się wspólników Trzeciej Drogi między sobą, to jedno, ale jak ludzie Hołowni i Kosiniaka-Kamysza – będą funkcjonować, jak współrządzić z Koalicją Obywatelską i Lewicą? Tym bardziej, że już w ciągu dwóch pierwszych dni po wyborach Trzecia Droga kilka razy wyraźnie mówiła przyszłym koalicjantom, że nie zgodzi się na ich program w sprawie liberalizacji prawa do aborcji i twardszego stosunku do kościoła.

Ucieszne zmiany osobowości polityków

Zmiany w postawach ideowych wszystkich partii po wyborach są oczywiste i wcale nieśmieszne. Już w poniedziałek powyborczy niektórzy z posłów PiS zaczęli podobno kaperować posłów z innych ugrupowań, z tych samych ugrupowań, które jeszcze 24 godziny wcześniej były im tak nienawistne.

Bardziej jednak ucieszne są zmiany osobowości polityków. Dosłownie wszyscy pisowscy posłowie, występujący w rozmaitych telewizjach, z dnia na dzień stali się kulturalni i zupełnie nienapastliwi! Cud objawiony! A nie można to było być takimi w czasie kampanii? Może dzisiaj nie byłoby potrzeby układać się z posłami innych partii?

Najzabawniejsze zmiany zaszły jednak w tzw. wizerunku Władysława Kosiniaka-Kamysza. Przed wyborami jawił się przed kamerami jako króliczek–przytulanka, albo – jak mówi o nim jego własna żona – „Tygrysek”. Prezentował się jako milusi, gołębiego serca i nawet trochę ciapowaty człowiek. Ale wystarczył jeden dzień i jakby wrócił od chirurga plastycznego z USA. No, nie ten sam osobnik! I nie mamy już tygryska, mamy groźnego tygrysa szablozębnego z kenozoiku.

Po wejściu jego ugrupowania do parlamentu, od Kosiniaka-Kamysza wieje siłą, mrozem i grozą. Wzrok ma teraz twardy, na twarzy cienia uśmiechu, czoło zmarszczone, słowa waży, mówi krótko i dobitnie. Normalny wódz! Gdyby to tylko było konstytucyjnie możliwe, powinien zostać głównodowodzącym Wojska Polskiego. A najśmieszniejsze, choć i najgroźniejsze zarazem, że pan  Kosiniak-Kamysz prowadzi rozmowy z Koalicją Obywatelską i Lewicą, ale przez różne telewizje. I tam mówi publicznie na co się Trzecia Droga zgodzi, a na co jego zgody nie ma.

Naprawdę, rozkoszny koalicjant, taktowny, skory do ustępstw, otwarty na innych. O takich  mówi stare przysłowie: „Chroń nas Boże od przyjaciół, z wrogami poradzimy sobie sami”. A może Kosiniak-Kamysz przygotowuje sobie medialny grunt na koalicję z PiS-em? Nie wykluczałbym takiego obrotu rzeczy, bo nie takie wolty wykonywał już PSL w przeszłości.

W sumie – po wyborach – jest się z czego pośmiać, oby nie był to jednak śmiech przez łzy.

 

Poszukiwania WALTERA ALTERMANA: Uciech wyborczych część pierwsza

„Uciechy” to po staropolsku „rzeczy zabawne, śmieszne scenki teatralne, krotochwile”. Naprawdę traktuję i od początku traktowałem te wybory bardzo poważnie, aliści nie mogę oprzeć się przedstawienia kilku uciesznych zdarzeń wyborczych, które mnie rozbawiły.

Pierwsza ucieszna historyjka, to fakt, że poza jedną partią wszyscy są zwycięzcami.

Kto wygrał?

Jedyną partią, która przyznaje się do przegranej jest Konfederacja Wolność i Niepodległość. Sławomir Mentzen powiedział to wyraźnie już w niedzielę wyborczą.

Lewica również nie ogłasza zwycięstwa, ale twierdzi że jest zadowolona. Tak naprawdę, jej wynik nie ogłusza i głowy nie urywa. Politycy tej partii mieli nadzieję na wynik w granicach 12 procent, a jest raptem 8,6 procenta.

Zatem zarówno Konfederację, jak Lewicę, czekają długie miesiące rozpatrywań, analiz i hipotez słabych wyników. I ręczę swoim doświadczeniem, że jednej zasadniczej przyczyny nie znajdą, bo zawsze jest ich kilka.

Konfederacja Wolność i Niepodległość

Co prawda już w niedzielę wyborczą Janusz Korwin-Mikke oświadczył, że to wina programu, z którym jego ugrupowanie szło do wyborów, bo zabrakło w nim walki o przywrócenie kary śmierci. I mówił to ze śmiertelną powagą, która zresztą cechuje go przy ogłaszaniu każdego kolejnego horrendum. Pamiętamy przecież jego średniowieczne widzenie roli kobiet w społeczeństwie, które jego zdaniem powinny być głównie w kuchni, rodzić dzieci i służyć mężowi. Korwin-Mikke ma też na koncie mętną i obrzydliwą opinię o pedofilii, w której nie widzi niczego strasznego.

Jeszcze przed wyborami pan Bosak, na pytanie o straszne pomysły Korwin-Mikkego,  stwierdził z uśmiechem, że Korwin-Mikke taki już jest, bo lubi bulwersować. Jak na majestat RP, jak na walkę o Sejm i Senat, to taka dezynwoltura Korwin-Mikkego powinna być tępiona karą, o jaką właśnie sam walczy.

W sumie Konfederacja objawiła się w tych wyborach jak partia liberalno-anarchistyczna. Jak oni godzą programowy demontaż państwa z liberalizmem? Bo kto miałby zapewnić liberałom wolność, jak nie państwo? Program Konfederacji przeraża i zarazem śmieszy.

Lewica

Lewica ma w Polsce jeden, ale za to bardzo duży problem – jest nim przypisywanie Nowej Lewicy i partii Razem wszystkich zbrodni i niegodziwości komuny, w tym tej polskiej, z czasów PRL-u.

O dziwo takie opinie wygłaszają dzisiaj głównie ludzie starsi, którzy zaznali z rąk komuny  takich niegodziwości jak darmowe mieszkania, powszechna i bezpłatna edukacja, opieka  zdrowotna, a nawet – o zgrozo – wczasy pracownicze, nie mówiąc już i talonach na trabanty. Wielu z tych starszych ludzi, w tamtych latach nie protestowało, nie wyrażało – nawet w domowych pieleszach – najmniejszego sprzeciwu wobec reżimu. Gorzej – wielu z nich było w PZPR lub jego przybudówkach, nadzorowanych przez tę partię stowarzyszeniach i związkach zawodowych. Ano, widocznie na tym ma polegać ekspiacja tych dręczonych. I ta postawa byłych beneficjentów rządów komuny jest ucieszna.

Nadzieję jednak lewica ma – świadczy o tym niezłe poparcie wśród ludzi młodych, żyjących dniem dzisiejszym i następnymi.

Dzisiejsza lewica to zupełnie inny twór niż za Leszka Millera, bo wtedy była poniekąd Małą Platformą. A z lewicowości pozostał jej jedynie libertynizm, a i to nie za bardzo ostry. Jeszcze jakieś pięć lat temu marzeniem wielu prominentnych działaczy SLD było zostanie członkiem Platformy, co zresztą wielu się udało, jak byłemu przewodniczącemu SLD, Grzegorzowi Napieralskiemu. I poniekąd samemu Millerowi, który obecnie nie jest, ale przecież jest, mocno związany z partią Donalda Tuska.

Dzisiejsza lewica, głównie dzięki Włodzimierzowi Czarzastemu i Adrianowi Zandbergowi, wraca na klasyczne dla każdej lewicy tory – stała się partią walczącą o los najsłabszych w społeczeństwie, pokrzywdzonych w procesie transformacji ustrojowej. Myślę, że mając na uwadze panujący we wszystkich pozostałych partiach „polski okrutny liberalizm”, jest dobrze, że na naszej scenie politycznej mamy też – dla równowagi – partię lewicową.

Zatem – jak ustaliliśmy – przegranymi są: Konfederacja i Lewica. Ale kto zwyciężył? Po złoty laur zwycięzcy wyciągają się ręce aż trzech partii – Prawa i Sprawiedliwości, Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi. Przypatrzmy się tym mniemanym zwycięzcom bliżej.

Prawo i Sprawiedliwość

Ta partia utrzymuje, że została zwycięzcą wyborów. Faktycznie, osiągnęła najlepszy wynik z wszystkich startujących w wyborach, ale prawdziwym zwycięzcą jest przecież to z ugrupowań, które utworzy rząd. Bo wybory parlamentarne polegają tylko na tym, żeby po wyborach rządzić, a nie na zbieraniu procentów.

Jak na razie szanse PiS na trzecią kadencję są słabe, zatem o zwycięstwie mowy być nie może. Taktyka powyborcza PiS, z ogłaszaniem sukcesu, trochę przypomina mi propagandową taktykę ZSRR w sporcie. Pamiętam, że pod koniec lat sześćdziesiątych na którychś mistrzostwach w lekkoatletyce zwyciężyli Polacy, bo zajęli pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej. A do wyłonienia mistrzów cały świat używał właśnie systemu medalowego: złoty, srebrny i brązowy. I taka miła dla nas wiadomość poszła w szeroki świat.

Jednak z wielkim zdziwieniem wyczytałem w „Prawdzie”, że to nie Polacy zwyciężyli, ale   sportowcy ZSRR. I na taką dziwną dla świata okoliczność w Związku Radzieckim – ten jeden jedyny raz – inaczej policzono punkty, bo łącznie z punktami za miejsca nawet dziesiąte. I był kolejny sukces Kraju Rad? Był!

Moim zdaniem w działaniach PiS, podczas ośmioletniej kadencji rządowej, dało się zaobserwować wyraźny brak korelacji między czynami a słowami. Co było bardzo ucieszne i co odbiło się na wyniku. Chodzi o to, że czyny, szczególnie w dziedzinie obronności, gospodarki i socjalnej były dobre. Natomiast towarzysząca im propaganda była nazbyt wojownicza, wpadająca nawet w agresję. I jest faktem, że w tych wyborach twarzami tej partii byli wściekli, bezwzględni i agresywni „młodzieńcy”. A nie wszyscy wyborcy taką wojowniczość lubią, niektórzy nawet się jej boją.

Ale nie ja będę dochodził „dlaczego” z PiS-em jest jak jest. Jedyne co mógłbym radzić, to na przyszłość więcej spokoju, a nawet dobieranie na „medialne twarze partii” ludzi spokojniejszych, grzeczniejszych po prostu – w końcu wszystkie partie są jedynie sługami państwa i narodu. A co to za sługa, który z hukiem stawiając talerz na stole, krzyczy przy tym: „Chyba państwu smakuje. Prawda?!”

Dalsze ucieszne przykłady z wyborów, zamieszczę w następnym felietonie, żebyśmy nie zażartowali się na śmierć.

 

Zbrodnia niewyjaśniona – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o morderstwie ks. Jerzego Popiełuszki

27 października 1984 r. szef komunistycznego MSW Czesław Kiszczak podał nazwiska funkcjonariuszy SB uczestniczących w porwaniu księdza Jerzego Popiełuszki. Byli oni pracownikami IV Departamentu MSW: Grzegorz Piotrowski, naczelnik jednego z wydziałów, oraz dwaj funkcjonariusze departamentu: Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski.

22 kwietnia 1985 r. komunistyczny Sąd Najwyższy utrzymał w mocy wyroki wobec Piotrowskiego, Pękali i Chmielewskiego, a także ich przełożonego Adama Pietruszki, zastępcy dyrektora IV Departamentu MSW.

Potem kara była wielokrotnie łagodzona tak, że wszyscy mordercy są od dawna na wolności. Trzeba od razu dodać, że to mordercy domniemani. Bo od lat powraca pytanie: kto i kiedy zabił kapelana Solidarności.

Według komunistycznej wersji, przedstawionej podczas procesu toruńskiego i powtarzanej następnie przez lata – nastąpiło to 19 października 1984 r. Tymczasem zwłoki niezłomnego kapłana oprawcy mieli wrzucić do Wisły sześć dni później – 25 października. W tym czasie Piotrowski, Pękala i Chmielewski już od dwóch dni przebywali w areszcie.

Prokurator Andrzej Witkowski mówi, że w sprawie pobicia ze skutkiem śmiertelnym Grzegorza Przemyka rzeczywistymi sprawcami też okazały się inne osoby, niż te, które wskazał komunistyczny resort spraw wewnętrznych. Przypomina, że już w trakcie procesu toruńskiego niemal powszechnie było wiadomo, że ława oskarżonych jest „za krótka”. Że to nie tylko funkcjonariusze Departamentu IV MSW, którzy zajmowali się zwalczaniem Kościoła (w tym najbardziej „zasłużona” w tym dziele komórka D – od słowa „dezintegracja”).
Wykonawców zbrodniczego planu było – zdaniem Witkowskiego – więcej: kto inny porwał księdza, a kto inny go zamordował. Do dziś nie zostali również ujawnieni i osądzeni inspiratorzy zabójstwa. A kto w październiku 1984 r. trzymał ster rządów w państwie? Dwaj towarzysze generałowie – Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak.

Już w 1991 r. Witkowski chciał objąć zarzutami obu czerwonych „gentlemanów” i… został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach, w 2002 r. jako prokurator lubelskiego IPN. Po tym, jak ujawnił m.in. notatkę znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił „wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki”, Witkowskiego ponownie odsunięto.
Odpowiedzialność Jaruzelskiego i Kiszczaka ma podważać inna notatka, którą lata temu upublicznił historyk, prof. Andrzej Paczkowski, wskazująca jako inspiratora porwania i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki innego „generała” – Mirosława Milewskiego. Radiu ZET towarzysz Milewski opowiadał: „Mogę absolutnie powiedzieć, bez cienia wątpliwości, że nigdy nikogo nie zabiłem, tym bardziej księdza jakiegoś”.

Wierzymy Milewskiemu? A czy można ufać komuniście? Pamiętajmy też, że winę zrzucali na Milewskiego Jaruzelski i Kiszczak, chcąc odsunąć od siebie jakiekolwiek podejrzenia.

Mecenas Jan Olszewski, który także zgłębił sprawę, nie miał wątpliwości, że mocodawców mordu trzeba szukać jeszcze gdzie indziej: w Moskwie, co ujął kiedyś słowami: „W moim przekonaniu nikt tutaj, zwłaszcza w MSW, nie odważyłby się zrobić czegokolwiek w sprawie ks. Jerzego co najmniej bez konsultacji, jak nie bez zaleceń stamtąd”.