„Zdrada” vs. racja stanu – zastanawia się STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Czy Tygrysek podskoczy?

Pan Tusk już był w ogródku, już witał się z gąską. Aż tu nagle wyskoczył Tygrysek – doktor od zdrowia, pan Kosiniak i potwierdził, że się zgadza. Na cóż to? Na bycie premierem polskiego rządu. Ale rządu PiS.

Niemożliwe! Możliwe. Tak może być. Takie rozwiązanie gordyjskiego węzła może zaproponować pan prezydent i pan prezes. Premier Morawiecki zostałby wice a na dodatek jeszcze ministrem spraw zagranicznych. Wojsko zostawmy w spokoju. Na fotel ministra rolnictwa – Sawicki.

Na kulturę dajmy Konfederację np. Bosaka – ładnie mówi a w dodatku pomoże mu żona, obecnie również posłanka. Ludowcy i konfederaci (może nie wszyscy) dadzą PiSowi wystarczającą liczbę mandatów, aby można było powołać rząd. Tym bardziej że lewacy i trzeciodrogowi osłabną.

Ludzie rzekną, że ten Kaczor znów wyciął numer futboliście z Gdańska. Zresztą ponoć on chętnie, jak bumerang, wraca do Brukseli. Biedny Hołownia, ale młody i niech się jeszcze pouczy. Polityka to zwodnicza kochanka a pan Szymon ma piękną żonę, która na pewno wkrótce śmigać będzie na niebie pilotując F-35 a potem zostanie generałem lotnictwa. Ciesz się chłopce życiem i tym co masz. I nie złość się na pana Kosiniaka. Kto to wszystko mógł wymyślić?

Może prezydent, może prezes, a może reporter Truszczyński. Nie to jest ważne, za to najważniejsze, aby rząd polski rządził z Warszawy a nie z Berlina. Dobrze byłoby, gdyby został wybudowany wspaniały i bardzo szybko zarabiający krocie wielki port lotniczy i CPK, żeby powstały jak najszybciej elektrownie atomowe. Trzeba dokończyć przekop przez Zalew Wiślany. Bardzo ważne, by lasy pozostały polskie tak jak Orlen, LOT i koleje.

Oświeć Panie Boże prawicowych decydentów, aby zakończyli nieważne dziś spory głupie, bo inaczej skończą w … zupie. Albo i gorzej. Dajcie kawałek tortu ludowej braci – oni przecież żywią i bronią (w 1920 roku to Witos dał 70 procent żołnierzy). Lud na wsiach to 40 procent mieszkańców i wielu z nich z prawdziwą wiarą pielgrzymuje do Częstochowy. Jeśli ten plan zostanie zrealizowany, rząd polski nie wycofa wojska na linię królowej naszych rzek. I nie czekajmy, aby urodzili się nowi duchowni tacy jak księża Skorupka i Popiełuszko.

Dokończmy śledztwa  – smoleńskie, wyjaśnijmy zabójstwa – Leppera, Pańki,  gen. Kaliskiego i komandosa Petelickiego, Józka Szaniawskiego i wielu innych. Nie będą nas reprezentować zdrajcy, sprzedawczycy i targowiczanie. Jeszcze Polska nie zginęła choć chwieje się w posadach. Posadki, stołki i łatwe pieniądze – również te z rajskich kont podatkowych wrócą do kasy Glapińskiego.

Dogadamy się, odbudujemy Polskę morską – flotę handlową i wojenną (z portem wojennym na Helu), powstaną znów prawdziwe stocznie w Trójmieście i Szczecinie. Nie pójdziemy śladem Orbana. W Chinach mamy teraz bardzo zdolnego nowego ambasadora, który zna nie tylko języki europejskie a nawet błyskawicznie nauczył się chińskiego.

Tak, Polak potrafi jeśli nie idzie w obcej piątej kolumnie. Darz bór – mówią leśnicy, Bóg z nami – piszą na swoich łodziach kaszubscy rybacy, szczęść Boże – pozdrawiają się górnicy.

Urosną karłowate dziś bałtyckie dorsze, a węgla na długo jeszcze nam wystarczy. Kujmy żelazo w polskich hutach (Indiom one zupełnie są niepotrzebne). Odbudujmy przemysł zbrojeniowy (zamiast aresztować kolejne zarządy), a dla dekoracji wznówmy produkcję np. dywanów w Kowarach i wielu tysięcy innych zamkniętych lub zniszczonych fabryk. Cementownie, cukrownie i handel niech wrócą do tych, którzy z wielkim trudem je zbudowali. Mamy rzeczywiście teraz dużo dobrego. Miejmy więcej.

Edukujmy ale i przekonujmy młodych, żeby nie wybierali się na zmywaki. Tam zresztą już miejsce zajęli przybysze z Afryki i Azji. Nie będzie Rusek pluł nam w twarz, a Niemiec dzieci germanił. Wrócą, którzy wyjechali za chlebem. Kobiety urodzą dzieci. Bez udziału tęczowych i nieszczęśliwie zagubionych. Polska ziemia da zdrowe plony a potężne już dziś rolnictwo prześcignie Francuzów, Duńczyków i Holendrów. Oni będą przyjeżdżać po naukę do nas, do naszych wzorowych wielkich nowoczesnych gospodarstw rolnych. Będą u nas inwestować, ale pod naszą kontrolą. Niech chrząszcz brzmi w trzcinie a Polak niech nie będzie głupi. Ani przed szkodą ani po niej głupi.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjscy weterani zaczynają cierpieć na „syndrom ukraiński”

Zespół stresu pourazowego, który ujawnia się u rosyjskich żołnierzy wracających z wojny na Ukrainie, nieraz prowadzi do tragicznych zdarzeń.

Wieczorem 1 października 2023 roku bojownik grupy Wagnera Wołodymyr, który przybył do swojej rodziny w Lipiecku w Rosji, wdał się w konflikt z żoną i zranił jej 4-letnią córkę. Pogotowie, które przyjechało na wezwanie, jedynie potwierdziło śmierć dziecka. 31-letni podejrzany został zatrzymany, grozi mu kara dożywocia. Jak podaje kanał Baza Telegram, podczas kłótni podejrzany brutalnie pobił żonę, a następnie w jego ręce wpadła jej czteroletnia córka z pierwszego małżeństwa. Z ustaleń śledztwa wynika, że ​​dziewczynka zmarła w wyniku uderzeń w głowę zadanych przez mężczyznę.

To nie jedyna zbrodnia popełniona przez „bohaterów” wojny rosyjskiej po powrocie do życia cywilnego. Sewastopolski serwis informacyjny ForPost pisze, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy doszło do kilku incydentów, gdy personel wojskowy po powrocie ze strefy działań wojennych kontynuował „walkę” w pokojowym życiu. Eksperci zauważają, że w w miarę powrotu zmobilizowanych z wojny takich przypadków będzie więcej…

Dziennikarze przytaczają inne przykłady. Latem 39-letni rosyjski żołnierz Ildar Bułatow zagroził, że zdetonuje granat na autostradzie w pobliżu Ufy. Przywódca Baszkirii Radii Chabirow osobiście uspokoił wzburzonego mężczyznę. Gubernatorowi udało się przekonać mężczyznę do poddania się. Jednak na tym historia się nie zakończyła. Kilka dni później Bułatow popełnił samobójstwo w areszcie śledczym.

Do kolejnego zdarzenia doszło w Kazaniu. Pijany mężczyzna w mundurze zaproponował dzieciom zdetonowanie granatu ogłuszającego. Chłopcy nie ryzykowali zabawy w wojnę. Ale „bohater” rzucił granat. Rozległa się eksplozja, którą było słychać w pobliskiej szkole. Okazało się, że sprawcą tego incydentu jest Kyryło Szulga, 37-letek z kryminalną przeszłością z jednostki wojskowej stacjonującej w Sewastopolu. Wcześniej był karany za rozbój, kradzież dokumentów, usiłowanie kradzieży, jazdę pod wpływem alkoholu i dwukrotnie za oszustwo. W tym roku był sądzony za rozbój.

Ostatni przypadek miał miejsce w tym miesiącu. Około północy w mieście Budonowk koło Stawropola wybuchła kłótnia między mężczyzną a gośćmi restauracji Gogol. Po pewnym czasie wyjął on granat i rzucił go pod nogi przeciwników. 4 osoby zostały ranne. Człowiekiem z granatem okazał się 23-letni chorąży z pułku śmigłowców. Kiedy siły bezpieczeństwa przyszły go zatrzymać, żołnierz otworzył drzwi i wrzucił do wejścia jeszcze dwa granaty. Przeciwko chorążemu wszczęto sprawę karną na podstawie trzech artykułów – usiłowania zabójstwa, ataku na funkcjonariusza policji i nielegalnego posiadania broni.

Inny przypadek miał miejsce latem. W jednym z apartamentowców w Rostowie nad Donem mężczyzna wyjął zawleczkę z granatu, który następnie eksplodował mu w dłoni. Okazało się, że niedawno wrócił z wojny na Ukrainie.

Psycholog Temyr Khagurov przyznaje, że „ludzie, którzy wrócili ze strefy działań wojennych, nie zawsze zachowują się odpowiednio…”. Zauważył: uczestnicy wojny „przechodzą ogromne napięcie psychiczne i stres”,  są stale w stanie pełnej mobilizacji psychicznej. „Po powrocie do spokojnego życia u niektórych osób może rozwinąć się zespół stresu pourazowego. Stąd trudności z adaptacją, powrotem do spokojnego życia” – powiedział Khagurov.

Dziennikarze zauważają, że proces opisany przez niemieckiego pisarza Ericha Marię Remarque w powieści „Droga powrotna” ma obecnie miejsce w Rosji. Książka opowiada o życiu zwykłych niemieckich żołnierzy, którzy powrócili z I wojny światowej. Z powodu traumy psychicznej nie mogą znaleźć dla siebie miejsca w spokojnym życiu i zmuszeni są szukać nowego celu. Ktoś wraca do wojska z nadzieją odzyskania poczucia „braterstwa na pierwszej linii frontu”, inni trafiają do świata przestępczego, albo do „rewolucji”, niektórzy popełniają samobójstwo.

W Rosji nie jest to nowa sytuacja, wcześniej kraj ten miał już do czynienia z „syndromem czeczeńskim”, który objawił się u wielu uczestników działań wojennych w Czeczenii. Znany był też „syndrom afgański”, który doprowadzał do zabijania ludności cywilnej, a teraz pojawia się i rozwija „syndrom ukraiński”…

Psychologowie w Rosji, aby naprawić sytuację, radzą tworzyć różne organizacje „weteranów” i angażować wracających z wojny w prace publiczne, ale nie zawsze to pomaga.

Z drugiej strony psychologowie zalecają całkowitą kontrolę nad takimi weteranami, a to już rutynowe zadanie rosyjskich służb specjalnych. Specjaliści podkreślają potrzebę prowadzenia wśród Rosjan prac nad zapobieganiem przestępstwom, jakie mogą popełniać „pracownicy frontowi”, m.in. w stanie upojenia alkoholowego i narkotykowego. W tym celu powstał już ruch społeczny „Dla bezpieczeństwa”. Jego pracownicy nie tylko rejestrują uczestników wojny, ale także prowadzą z nimi rozmowy na temat zapobiegania przestępstwom. Komisje wojskowe mają obowiązek przyjmować pokwitowania, w których „żołnierz pierwszej linii” potwierdza, że rozumie pełen stopień odpowiedzialności, w tym także karnej, jaka spadnie na niego w przypadku, gdy w życiu cywilnym zdecyduje się zdetonować granat lub zastrzelić kogoś z pistoletu karabin maszynowy. Ale w tym przypadku „pracownicy pierwszej linii”, którzy uważają się za „bohaterów”, poczują się jak „ludzie drugiej kategorii” będący pod presją kontroli. Funkcjonariusze organów ścigania zobowiązani są bowiem nie tylko do prowadzenia rozmów prewencyjnych, ale także do przeprowadzania rewizji mających na celu wykrycie nielegalnej broni automatycznej czy granatów.

 

Najważniejsza ze sztuk  – JAKUB OLCHOWSKI o propagandzie w rosyjskiej kinematografii

Gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia powróciła do przekazu ideologicznego.

Rosja  sprawnie posługuje się całą machinerią propagandową i dezinformacyjną. Robi to od stuleci i czyni to bardzo efektywnie. Podniosła do rangi sztuki używanie instrumentów informacyjnych i dezinformacyjnych i sztuka ta jest wykorzystywana przez nią do realizacji interesów strategicznych. Podobnie jak wykorzystywanych jest wiele innych elementów, które wcale nie są – przynajmniej na pierwszy rzut oka – instrumentami polityki zagranicznej, jak np. surowce naturalne czy energetyka. To samo dotyczy  miękkiej warstwy, czyli np. kultury i narracji historycznych, używanych przez Rosję do budowania pewnej określonej wizji świata, tak na użytek wewnętrzny, jak i zewnętrzny.

Takim instrumentem jest też film. Włodzimierz Lenin miał powiedzieć, że film jest najważniejszą ze sztuk, bo dzięki obrazom można kształtować umysły i emocje nawet ludzi  nieumiejących pisać i czytać, a takich 100 lat temu była w Rosji przeważająca większość. Dziś mechanizm ten działa tak samo, choć zmieniły się instrumenty i metody – mówi się o storytellingu i „budowaniu narracji”. Co nie znaczy wszakże, że film stracił znaczenie. Przeciwnie, może być i jest bardzo użytecznym narzędziem.

Jeśli chodzi o rosyjską kinematografię, trzeba mieć świadomość, że Rosjanie mają znakomite,  głęboko zakorzenione tradycje filmowe i artystyczne.  W Związku Radzieckim powstało wiele filmów ważnych dla kinematografii światowej, i powstawały niemal od początku jej istnienia. W 1925 Siergiej Eisenstein nakręcił „Pancernik Potiomkin”, film artystycznie znakomity, choć naturalnie mający ideologiczny i propagandowy wydźwięk. Sojusz sztuki i polityki miewał jednak wzloty i upadki – tenże sam Eisenstein w 1938 r. nakręcił „Aleksandra Newskiego,” film obsadzony samymi gwiazdami, zrobiony z ogromnym rozmachem, z muzyką Siergieja Prokofiewa. Akcja filmu osadzona jest rzecz jasna w średniowieczu, ale przekaz ideologiczny odnosił się de facto do aktualnej sytuacji, tj. do napięć między Związkiem Radzieckim a Trzecią Rzeszą. Filmowi Krzyżacy nosili nawet hełmy, które przypominały hełmy armii niemieckiej. Sytuacja się jednak zmieniła – po pakcie Ribbentrop-Mołotow film stał się oczywiście „nieprawilny”, jako szkalujący przyjaciół. Wkrótce jednak sytuacja ponownie się zmieniła i w 1941 r. film znów stał się aktualny i ponownie można go było wykorzystywać do urabiania serc i umysłów sowieckiego społeczeństwa.

Po II wojnie światowej radziecka kinematografia rozwijała się prężnie. Z powodów politycznych i ideologicznych, tj. jako użyteczny dla władzy instrument, ale również z powodów banalnie obiektywnych: Rosja zawsze miała wielu wybitnych, utalentowanych artystów i twórców. W efekcie radzieckie filmy wielokrotnie były nagradzane na świecie. Nagrodę Oscara otrzymała „Wojna i pokój” (1968), „Dersu Uzała” (1975) i „Moskwa nie wierzy łzom” (1980) – w czasach, kiedy Oscar znaczył naprawdę wiele, a w dodatku były to przecież filmy zza „żelaznej kurtyny”. Do klasyki światowej kinematografii weszło wiele radzieckich filmów wojennych, np. Lecą żurawie (1957), Tak tu cicho o zmierzchu (1972), Idź i patrz (1985).

Oczywiście nie kręcono samych arcydzieł, oczywiście nie kręcono wyłącznie filmów wojennych. Niemniej trzeba mieć na uwadze, że wszystkie filmy radzieckie musiały nieść określony przekaz ideologiczny, nawet jeśli pośrednio tylko serwowany widzom, były też cenzurowane. Należy też podkreślić, że temat wojny był bardzo istotny i podchodzono do niego w sposób poważny, monumentalno-martyrologiczny (uzupełniany naturalnie ideologicznie). Takie podejście wynikało po części z nastrojów społecznych – przez wiele lat po wojnie funkcjonowała ona w pamięci zbiorowej przede wszystkim jako ogromny dramat i tragedia (m.in. z tego powodu obchodzono Dzień Zwycięstwa 9 maja, ale raczej refleksyjnie, skromnie i bez parad wojskowych). Jednocześnie II wojna światowa, która w Rosji zwana jest „wielką wojną ojczyźnianą”, stawała się coraz ważniejszym czynnikiem, budującym tożsamość państwa i społeczeństwa (nie narodu, naturalnie) radzieckiego.

Kiedy Związek Radziecki się rozpadł, jego sukcesorka Rosja weszła w trudny okres, musiała się zmagać z głębokim kryzysem ekonomicznym, społecznym, politycznym i tożsamościowym. Podupadła także  kinematografia. Mimo to w latach 90. powstało  wiele świetnych filmów, ze znakomitym obrazem Spaleni słońcem z 1994 r., w reżyserii Nikity Michałkowa.  Ten wstrząsający film jest niemal, niczym „Makbet” Szekspira, socjologiczno-politologicznym studium tyranii – i został nagrodzony Oscarem.

Jednak gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia  powróciła do przekazu ideologicznego, i to na nieporównanie szerszą skalę. Poniekąd wynika to także z tego, że Moskwa zorientowała się, iż podobnie jak instrumenty ekonomiczne, przyciąganie i przekonywanie ludzi  przy pomocy dobrze przygotowanego przekazu, dobrej opowieści oddziałującej na emocje, jest skuteczniejsze niż hard power i brutalne, nacechowane otwartą arogancją, realizowanie własnych interesów przy użyciu „tradycyjnych”, twardych narzędzi. Zwłaszcza że Rosja zaczęła w tym okresie „wstawać z kolan”, m.in. intensywnie odbudowując swoje znaczenie i wpływy na terytorium dawnego ZSRR oraz lansując przy tym koncepcję „ruskiego świata”. A że russkij mir w dużej mierze ma fundamenty kulturowe, nie można było nie dostrzec i nie wykorzystać kultury jako narzędzia oddziaływania. Zwłaszcza że rosyjska kultura cieszyła się uznaniem na świecie, wciąż jest kojarzona z wielkimi pisarzami, kompozytorami, malarzami, sportowcami czy wreszcie filmowcami.

W efekcie w XXI w. w rosyjskie kino związane jest  w dużej mierze  z określoną narracją, w której można wskazać wiele wątków. To na przykład swego rodzaju „sojuzonostalgia”: Związek Radziecki nie był przecież taki zły, żyliśmy tam, to było wielkie państwo i potęga. Przykładem tego może być Dziewiąta kompania Fiodora Bondarczuka z 2004 r. To produkcja o wojnie w Afganistanie, rzekomo oparta  na faktach, ale w istocie jedynie luźno inspirowana pewnymi wydarzeniami. Oczywiście nie ma w niej  słowa o tym, że to Związek Radziecki zaatakował Afganistan – nie jest to przecież istotne. Ważna jest natomiast narracja, że żołnierze pochodzący z różnych stron ZSRR dzielnie walczyli za ojczyznę, która się o nich nie troszczyła i trochę o nich zapomniała, a przecież oni ją kochali. Co warto podkreślić, film zrobiono z wielkim rozmachem, niczym amerykańskie „superprodukcje” i blockbustery – w kolejnych latach stało się to zresztą regułą.

Pojawiły się też inne ważne wątki. Jednym  z nich jest gloryfikacja carskiej Rosji. Świetny przykład stanowi film biograficzny o admirale Kołczaku pt. Admirał (2008 r., reż. Andriej Krawczuk). Możemy się z niego dowiedzieć przede wszystkim tego, że w carskiej Rosji „kapało od złota”, były tam wyłącznie piękne kobiety w cudownych kreacjach oraz przystojni mężczyźni w pięknych mundurach. Inny wątek to oczywiście „wielka wojna ojczyźniana”. Nie jest to przypadek, bo pamięć o tej wojnie, podniesiona już właściwie do rangi mitu, stanowi jeden z kluczowych fundamentów dzisiejszej tożsamości państwowej i narodowej Rosji. Rokrocznie do rosyjskich kin trafia ok. 200 filmów rodzimej produkcji i wiele z nich to filmy wojenne (bojewiki), ponadto produkuje się wiele seriali telewizyjnych. Przemysł filmowy jest potężny i szczodrze finansowany przez państwo, które wymaga, by filmy niosły określony przekaz. Wśród wielu takich produkcji wojennych był np. hit kinowy z 2008 r. pod tytułem Jesteśmy z przyszłości. Film opowiadał o grupie młodych ludzi, żyjących we współczesnej Rosji i prowadzących bezrefleksyjny i konsumpcyjny tryb życia (w domyśle: jak na Zachodzie). Kiedy trafiają do wojska, przypadkiem przenoszą się w czasie i muszą zmierzyć się z faszystami podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Po powrocie do współczesności zmieniają swoje dotychczasowe postępowanie i są już dobrymi patriotami. Film cieszył się tak dużą popularnością, że nakręcono jego ciąg dalszy. Cechą wspólną tego rodzaju filmów jest to, że pokazują martyrologię Rosjan w czasie wojny oraz bohaterstwo Armii Czerwonej, która ostatecznie zawsze wygrywa i pokonuje nazistów. Nikomu nie przeszkadza, że konkretne historyczne wydarzenia przedstawiane są całkowicie fałszywie. W 2016 r. nakręcono np. „28 panfiłowców” – film opowiada o bohaterskiej walce, stoczonej rzekomo przez grupę czerwonoarmistów w 1941 r., mimo że już od dawna wiadomo, że to wydarzenie nigdy nie miało miejsca. Tego jednak przeciętny widz nie wie.

Nawet wielki Nikita Michałkow, obecnie bliski przyjaciel Putina, nakręcił w 2010 r. kontynuację „Spalonych słońcem” – będącą w odróżnieniu od pierwszej części z 1994 r. obrzydliwą propagandówką, z której wynika m.in. że może i NKWD to byli socjopaci, wybijający zęby młotkiem, ale to z miłości do ojczyzny, a przecież wszyscy kochamy ojczyznę, czyż nie?

Inną grupę stanowią filmy historyczne czy raczej – pseudohistoryczne, przedstawiające pewną narrację dotyczącą przeszłości Rosji. Sięga się przy tym do średniowiecza (filmy o Jarosławie Mądrym i Aleksandrze Newskim) i głębiej nawet, czego przykładem „Wiking” Andrieja Krawczuka z 2016 r. – łączy te produkcje takie pokazywanie Rusi Kijowskiej, by nie było wątpliwości, że jedyną jej spadkobierczynią jest Rosja. Dla Polaków interesujący może być Rok 1612 Władymira Chotinienki z 2007 r., pokazujący złych, bezwzględnych i okrutnych oraz bezustannie przeklinających polskich husarzy, którzy konno szarżują na mury miasta, ale dzielnie i skutecznie przeciwstawia się im prosty rosyjski lud, pełen patriotyzmu i mistycyzmu. Podobnie narracja przebiega w luźnej ekranizacji powieści Nikołaja Gogola pt. Taras Bulba (2009), w której  Polacy prześladują i gnębią mieszkańców Rusi, którzy nie dzielą się na Ukraińców i Rosjan, bo stanowią wszak jeden naród – co jest jednym z fundamentów koncepcji „ruskiego świata”.

W wielu filmach i serialach pojawiał się wątek czeczeńskich terrorystów, diabolicznych i podstępnych. Często filmowe czarne charaktery posługiwały się też językiem angielskim, a także zachodnim wyposażeniem i uzbrojeniem. Jeśli pojawiali się Polacy, to zwykle w roli najemników i zaciekłych rusofobów. Po  2014 r. i aneksji Krymu pojawił się też nowy wątek, czyli źli Ukraińcy, którzy używają faszystowskich pozdrowień, gwałcą, mordują i palą – zwłaszcza w Donbasie, zaś dzielni Rosjanie chronią ludność cywilną i przywracają porządek oraz dostarczają pomoc humanitarną.

Przykładów tego rodzaju produkcji są dziesiątki. I oczywiście nie tylko w Rosji filmowcy dość „luźno” podchodzą do wydarzeń historycznych. Dość przypomnieć wielkie hollywoodzkie przeboje, jak chociażby „Braveheart” czy „Pearl Harbor”. Metaforycznie ujmując, tyle mają wspólnego z historią, ile wspólnego ma demokracja z demokracją ludową. Z drugiej strony, w Rosji nadal są twórcy, którzy potrafią robić wybitne filmy i czasem takie robią. Przykładami mogą być „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa czy „Ładunek 200” Aleksieja Bałabanowa. To jednak wyjątki, generalnie bowiem rosyjskie filmy, zarówno fabularne, jak i dokumentalne, zwykle bardzo dobre pod względem warsztatowym, utrwalają  w społeczeństwie rosyjskim pewien obraz Rosji i otaczającego ją świata. Przy czym, o ile pseudohistoryczne filmy zachodnie to po prostu popkulturowe produkty, których celem jest przynoszenie zysku, o tyle znaczna część produkcji rosyjskich, finansowana przez państwo, z premedytacją wpływa na świadomość i poglądy społeczeństwa. To także element rosyjskiej soft power, mający wpływać nie tylko na społeczeństwo rosyjskie, ale i audytorium zewnętrzne – Rosja stara się brać przykład z rozmachu i ekspansywności amerykańskiego przemysłu filmowego (podobnie zresztą czynią Chiny), jednak w przypadku Rosji istotne jest, że najważniejsza ze sztuk służy jako instrument władzy.

W efekcie Rosjanie są przekonani, że ich  kraj nigdy nikogo nie napadł, a tylko wyzwalał i bronił, zaś całe zło pochodzi z zewnątrz, w tym – podkreślmy – w dużej mierze z Polski. Ważne, byśmy o tym pamiętali, bo u nas też pojawiają się niestety różne prorosyjskie wypowiedzi i środowiska. Kręgi te chyba nie zdają sobie sprawy, w jaki sposób Polskę  przedstawia się w Rosji i jak bardzo jej wizerunek jest tam negatywny. Co prawda obecnie Rosjanie niezbyt chętnie chodzą do kina na filmy wojenne z ostatnich lat, np. pokazujące wojnę w Donbasie, ale to niewiele zmienia. Na pewno nie zmienia ich stosunku do wojny i do Ukrainy.

Jakub Olchowski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

 

Znowu filozoficzne pytanie WALTERA ALTERMANNA: Czy nie jesteśmy trochę dziwni?

Nie mam zbyt dużych doświadczeń jak żyją inne narody. Trochę oczywiście bywałem w świecie, ale nie na tyle długo, żeby autorytatywnie osądzać innych, i żeby porównywać innych ze świata z nami. Jednak z racji długiego życia mam trochę obserwacji i wniosków co do nas samych.

Myślę, że mamy bardzo rozwinięty instynkt teatralny – to znaczy łatwo przychodzi nam udawanie. Udatnie i zgrabnie idzie nam wcielać się w takie role, jak: gorliwy patriota, współczujący innym, tolerancyjny, postępowy i bez uprzedzeń, otwarty na świat, świadomy uczestnik życia  politycznego… i rola najważniejsza – bardzo mądry. Oczywiście ról, które my Polacy gramy sami przed sobą, jest wiele, ale te wymienione wyżej są najważniejsze.

A jak jest z nami naprawdę? Moim zdaniem – jesteśmy zupełnie inni, niż sądzimy o sobie. Poniżej trzy przykłady. Pierwszy poniekąd już historyczny, dwa następne aktualne, dosłownie.

I tylko sobie nie myśl…

Z początkiem lat osiemdziesiątych poznałem w Londynie dziwną parę. Ona była Polką, on Libańczykiem. On nawet dość dobrze mówił po polsku, ale na polskich towarzyskich spotkaniach nie mówił nic, siedział cicho w kącie i tylko się łagodnie uśmiechał. Ona natomiast szalała, zawsze była pobudzona, dużo mówiła i śmiała się z własnych dowcipów.

Ktoś z „miejscowych” Polaków zdradził mi sekret tej pary. Ona przyjechała do Londynu na początku lat 70. jako turystka, ale oczywiście natychmiast zaczęła pracować. Okazało się jednak, że zarobione pieniądze nie starczają jej nawet na wynajęcie choćby łóżka w pięcioosobowym pokoju. Wtedy ktoś z osiadłych w Londynie Polaków poznał ją z owym Libańczykiem, który za darmo pozwolił jej zamieszkać, w osobnym pokoju rzecz jasna. Czas upływał i zbliżał się termin powrotu pani, bo wiza opiewała jedynie na trzy miesiące. Wtedy Libańczyk zaproponował jej fikcyjne małżeństwo. Po normalnym, urzędowym ślubie, a jakże, pani nadal mieszkała u Libańczyka. W końcu zaczęły pojawiać się ich wspólne dzieci. A pani, nie rzadziej niż raz na tydzień mówiła do swego męża:

– Ale żebyś sobie nie myślał, że my naprawdę jesteśmy małżeństwem…

I tak trwają z sobą do dzisiaj w zgodzie, bo Libańczyk ma niebywale łagodny charakter. Przy czym pani nadal co i rusz oświadcza, także przy obcych, że ów Libańczyk jest jej mężem jedynie na niby.

Myślę, że umiejętność życia w subiektywnym świecie, umiejętność wypierania z siebie prawdy o sobie samym jest naszą narodową „silną stroną”, jak mówią spece od marketingu. Tyle tylko, że nie wszyscy w świecie mają tak dobre charaktery jak ów Libańczyk z Londynu, i niestety sądzą nas obiektywnie.

Kurtka

Czasy są trudne. Inflacji niby nie ma, ale ceny są znacznie wyższe niż jeszcze dwa lata temu. Przy czym – nie za wszystkie te „nowe” ceny odpowiada rząd i prezes Glapiński. Niestety inflacja ma też swoich cichych, małych „twórców”.

Całkiem spora grupa, jeśli nie większość ludzi, którzy coś nam sprzedają, świadczą jakieś usługi nie chce pohamować swych dużych apetytów i podwyższa ceny bez umiaru.  Tym samym wpływając znacząco na poziom i tak dużej inflacji.

Tu podam przykład, bo bez przykładu żadna teoria nie jest wiarygodna. Kilka dni temu wziąłem swoją letnią kurtkę i zaniosłem do pralni. Kurtka jest lekka, bez podszewki, ot jakby koszula, tyle, że z grubszego płótna. Pani w pralni dokładnie obejrzała com przyniósł i odkryła na wszytej w kurtkę metce, że należy ją prać w wodzie, w temperaturze 40 stopni. Ucieszyłem się, że pranie będzie ekologiczne, bez żadnych dzikiej chemii.

Zapytałem o cenę, a pani powiedziała, że będzie to kosztować 45 zł. Zabrałem kurtkę do domu i sam ją wyprałem w pralce. Koszt, licząc płyn do prania, energię elektryczną oraz amortyzację pralki to góra 4 zł.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że przy takiej polityce cenowej firma owej pani niebawem uda się do rządu z żądaniem wspomożenia jej finansowo, bo przecież był Covid, jest inflacja i stan niepokoju w Europie. I jak znam życie, to jej dadzą, z  mojego oczywiście, bo przecież własnych pieniędzy ministrowie nie oddadzą.

Niestety cechuje nas światopogląd ograniczony jedynie do własnych interesów, przy deklarowanym mocnym patriotyzmie. Deklaratywnie gotowi jesteśmy dla kraju poświęcić wszystko, z wyjątkiem utrzymywania cen na normalnym, niespekulanckim poziomie. A dodatkowo mamy duży kłopot poznawczy. Oczywiście z wysnuwaniem wniosków z faktu, że ogólne ma wpływ na to co jednostkowe, czyli nasze prywatne idzie nam świetnie. Ale już zrozumienie faktu, że to co nasze,  jednostkowe, ma też wpływ na ogólne, a w konsekwencji również nasze – to idzie nam już opornie.

Ceny

W Wielkiej Brytanii do dzisiaj obowiązuje średniowieczne prawo, głoszące, że gdy sprzedający podaje cenę za towar, to potem nie może żądać więcej. Możliwe jest jedynie obniżanie ceny, ale jej podwyższanie jest zakazane. Skutkiem tego, gdy – powiedzmy na targu – jakiś sprzedawca oferuje towar za trzy funty, a kiedy okazujemy zainteresowanie, oświadcza, że się pomylił i żąda pięciu  funtów, to możemy wezwać policjanta, który nakaże mu sprzedać daną rzeczy za pierwotną cenę. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby nie naciągać klientów, nie wabić ich fałszywie niską ceną.

U nas natomiast praktyka jest wręcz bandycka. Idę do dużej sieci handlowej, wybieram kilka artykułów, patrząc przy tym na ceny. Potem z koślawym sklepowym wózkiem dochodzę do kasy. I tu okazuje się, mam na to paragon, że ceny w sklepie są cenami netto, bez VAT! Pytam o tę różnicę ekspedientkę, która brutalnym, chrapliwym głosem oświadcza:

– To pan nie wie, że jest VAT?

– Wiem – odpowiadam – ale na stoiskach powinna być podana cena z Vatem.

– Daj se pan spokój… – mówi kasjerka.

– To ja poproszę kierownika…

– Taaa, akurat kierownik będzie czas tracił – kasjerka nadal broni interesów firmy.

– To w taki razie, powiadomię o waszej praktyce odpowiedni urząd.

– Urząd? Panie, tu bez przerwy są różne kontrole i nic nam nie zrobią… – triumfuje kasjerka.

Oczywiście przegrałem to starcie i nigdzie nie będę interweniował, bo przecież wiem, że naprawdę żaden urząd „w gospodarce rynkowej” żadnej sieci handlowej nic zrobić nie może… Bo kapitalizm jest dla kapitalistów. A może wyjadę do Wielkiej Brytanii…

 

Od redakcji:

Po dłuższych przemyśleniach Autor został w Polsce.

 

2 w 1, czyli Hubert Bekrycht robi rząd a CEZARY KRYSZTOPA rysując pisze więcej niż inni przez rok

Cezary Krysztopa w tym jednym rysunku zawarł, satyryczną oczywiście, przepowiednię przyszłych rządów OSCZO czyli Okaże Się Czy Zjednoczonej Opozycji.

Hubert Bekrycht robi rząd…:

 

Prezes Rady Minstrów Rotacyjny w dni parzyste – Donald Tusk (KO);

Prezes Rady Ministrów Rotacyjny w dni nieparzyste – Anna Maria Żukowska (N. Lewica)

Prezes Rady Ministrów w niedzielę – Szymon Hołownia (TD);

Wiceprezes Rady Ministrów ds. rolnictwa ds. kobiet – Joanna Scheuring-Wielgus (N.Lewica)

Wiceprezes Rady Ministrów ds. rolnictwa i dobrego samopoczucia PSL oraz równouprawnienia emerytalnego płci – Władysław Kosiniak-Kamysz (TD);

Wiceprezes Rady Ministrów ds. ideologii ogólnej i programowej – Włodzimierz Czarzasty (N. Lewica d. PZPR);

Współwiceprezesi Rady Ministrów ds. nadzoru ogólnego – Dariusz Joński i Michał Szczerba (KO);

Gościcnnie – Wiceprezes Rady Ministrów ds. życzliwych kontaktów z Konfereracją – Grzegorz Braun (Konf.)

 

MSZ ds. mężczyzn – Marta Wcisło (KO)

MSZ ds, kobiet – Cezary Tomczyk (KO)

MSWiA – Kaudia Jachira (KO)

MON – Bogusław Wołoszański (KO – Rewo)

 

Min. Rodziny i Spraw Społecznych – Marcin Bosacki (KO);

Ministerstwo Zdrowia – (edit) długie poszukiwania, bo wszyscy kandydaci na L4, ale chyba Bartosz Arłukowicz (KO) – jak mu znowu nie wyjdzie będzie się ukrywał. Jako Agent;

Min. Aktywów Państwowych  – Sławomir Śmiszek (N.Lewica);

Min. Cyfryzacji i Czasopism Rolniczych – Michał Kołodziejczak (KO, chociaż na krótko);

Min. Edukacji i Edukacji Trudnej ds. ortografii – Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (N.Lewica);

Min. Edukacji – Jan Grabiec (KO);

 

Ministerstwa Finansów, Funduszy Regionalnych, Rozwoju i Technologii, Infrastruktury, Sześciu Punktów PKB co rok-  Ryszard Petru (TD);

Min. Ochrony Środowiska i Czasopism Gospodarczych – Michał Kobosko (TD);

 

Min. Kultury i Ścieżek Edukacyjnych w Muzeach Pod Gołym Niebiem – Sławomir Nitras (KO)

Min. Sprawiedliwości i Prawa Karnego – Roman Giertych (KO)

Min. Sportu – Tomasz Zimoch (TD)

Min. Turystyki i Rozliczania Zbrodni Poprzednich Rządów – Tomasz Trela (N. Lewica)

 

Redakcja reklamacji nie przyjmuje. Elektorat niezadowolony uprasza się o kontakt z Pentagonem.

 

Hubert Bekrycht

red. nacz. sdp.pl

 

Fenomen polskiej polityki – MARIA GIEDZ o książce „Porozumienie Centrum. Studium działalności partii i środowiska politycznego”

Na rynku wydawniczym ukazała się nowa pozycja książkowa autorstwa Adama Chmieleckiego przedstawiająca zapomnianą już i mało znaną partię polityczną w Polsce o nazwie Porozumienie Centrum, którą można nazwać protoplastą Prawa i Sprawiedliwości. Dla politologów, dziennikarzy, ale i zwykłych ludzi pasjonujących się polską polityką winna być to obowiązkowa lektura, chociaż nie czyta się jej łatwo, mimo że napisania jest przystępnym, prostym, spójnym językiem. Bowiem tematyka ta zalicza się do niezwykle trudnych.

Książka Chmieleckiego, notabene prezesa Radia Gdańsk, dziennikarza, a i członka SDP, jest pracą naukową a nie opracowaniem popularno-naukowym, co zapewne dla szerszego grona czytelników byłoby łatwiejszym do jej przyswojenia. Niemniej warto „zacisnąć zęby”, jeśli chce się poznać tajniki życia politycznego III Rzeczypospolitej i zrozumieć działania pierwszoplanowych polityków zarówno tych rządowych, jak i opozycyjnych. Warto też dodać, że do publikacji tej autor wykorzystał ogromną bazę źródłową, co należy do rzadkości wśród osób piszących o polskiej polityce, a już prawcie wcale u polityków.

PC jako ugrupowanie polityczne, powstało 12 maja 1990 r. Jednak jego korzenie sięgają sierpnia 1980 r., czyli fali strajków i powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Głównym założycielem był Jarosław Kaczyński. Funkcjonowało do 2001 r., kiedy to, na bazie PC, wyłoniło się Prawo i Sprawiedliwość. To krótka historia. Autor analizuje ją bardzo szczegółowo, ale nie zapomina o przeszłości, czyli czasie formowania się samego ugrupowania i zarzutach późniejszych jego oponentów. Na przykład: Kaczyńscy, zarówno Jarosław, jak i Lech „traktowali Okrągły Stół (negocjacje prowadzone od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 r. przez przedstawicieli PRL-u pod przywództwem Czesława Kiszczaka i demokratycznej opozycji na czele z Lechem Wałęsą oraz stron kościelnych, których uczestnikiem był m.in. ks. Alojzy Orszulik) jako działanie tylko i wyłącznie taktyczne, mające doprowadzić do wytworzenia dynamiki społeczno-politycznej, która pozwoliłaby na pełne odrzucenie komunizmu i odzyskanie niepodległości”. Chmielecki, na podstawie wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego podkreśla, że „nie było tam żadnego tajnego układu”. A traktowanie Okrągłego Stołu „jako swoistej strategicznej umowy między dwoma równouprawnionymi stronami jest całkowicie nieuzasadnione”. Natomiast doszło tam (głównie chodzi o toczące się już jesienią 1989 r. rozmowy w Magdalence m.in. w kwestii legalizacji „S”) do „fraternizacji” większości przedstawicieli strony solidarnościowej z liderami strony rządowej, czyli z Kiszczakiem, Aleksandrem Kwaśniewskim. Co ciekawe Jarosław Kaczyński nie uczestniczył w tych rozmowach, a to jemu dzisiejsza opozycja przypisuje właśnie tę fraternizację.

Książka ma ponad 400 stron, więc trudno opisywać wszystkie zawarte w niej wątki. Niemniej niezwykle wciągające jest tło rodzenia się PC, kształtowanie się owego systemu partyjnego po stronie postsolidarnościowej po 1989 r., podejmowanie prób odwołania się do dziedzictwa partii z okresu międzywojennego. Nie było to łatwe, gdyż wielu postsolidarnościowych polityków, np. związanych z Socjaldemokrację RP opierało się na fundamentach PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza).

Autor sporo poświęca działalności politycznej obu braci Kaczyńskich, a także „Tygodnikowi Solidarność” kierowanym w pewnym okresie przez Jarosława Kaczyńskiego. Co ciekawe podział polityczny toczący się do dzisiaj pomiędzy PO (Platforma Obywatelska) a PiS zrodził się właśnie wówczas, kiedy to Kaczyński został nominowany na redaktora naczelnego „Tygodnika”. Ta niechęć środowiska Adama Michnika, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego… do Kaczyńskiego przerodziła się wręcz w nienawiść. Powodem stały się rozbieżności polityczne, czyli Mazowiecki reprezentował linię zachowawczą, a Kaczyński pełną niezależność, pisanie o sprawach, o których się dotąd nie pisało. Na łamach „Tygodnika” pojawiły się teksty osób publikujących dotychczas w prasie podziemnej, jak Teresa Bochwic, Krzysztof Czabański, Wojciech Giełżyński, Teresa Kuczyńska, Jacek Maziarski, Piotr Wierzbicki…

Historia samego PC jest niezwykle frapująca. Chociaż chyba najciekawsze i najmniej znane są wątki ukazujące różnice ideowe i programowe między PC a środowiskami niepodległościowymi i to od samego początku, czyli od 1990 r. Interesujące są również kontakty z chadecją europejską (Europejska Partia Ludowa), dla której „Kaczyński stał się pierwszym rozczarowaniem”. Autor swobodnie porusza się po ponad dekadzie funkcjonowania PC. Przedstawia poszczególne rządy, atmosferę wyborów zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich, a także PC pełniącego rolę opozycji pozaparlamentarnej.

Kontynuacją PC stał się PiS, który jest ważną partią na politycznej scenie Polski. Autor prezentuje działalność PiS-u w latach 2001-2022, przedstawiając zarówno jego wzloty, jak i upadki. Porównuje idee, program, metody działania z PC i opisuję rolę PC jaką pełni w PiS. Przy okazji przedstawia zachowania różnych polityków PiS wywodzących się z innych środowisk politycznych niż PC. W podsumowaniu podkreśla, że co prawda PC miało mniejszą siłę przebicia niż PiS to obie partie miały i mają ogromny wpływ na kształt III RP. To „ze środowiska politycznego PC wywodziło się pięciu z siedmiu premierów Polski po 1989 r. Miało ono również istotny wpływ na objęcie urzędu przez trzech z pięciu prezydentów RP od 1990 r., pochodzących z wolnych i bezpośrednich wyborów”. Można więc stwierdzić, że PC to fenomen w polskim środowisku politycznym i niezależnie od tego, czy ktoś się nim zachwyca, czy raczej działalność PC jest dla niego kontrowersyjna, a nawet bulwersująca, to dobrze się stało, że ukazało się właśnie takie opracowanie.

Opracowanie „Porozumienie Centrum” Adama Chmieleckiego ukazało się nakładem wydawnictwa Neriton dzięki wsparciu Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Czesławie Kiszczaku: Czerwony gestapowiec

19 października 1925 r. w Roczynach koło Andrychowa urodził się Czesław Kiszczak, funkcjonariusz Informacji Wojskowej, od 1973 r. szef wywiadu wojskowego, jednocześnie zastępca szefa Sztabu Generalnego WP (1978); w latach 1979–1981 szef Wojskowej Służby Wewnętrznej; od lipca 1981 do 1990 r. pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych.

Kiedy zmarł 5 listopada 2015 r., istniały obawy, że zostanie pochowany na Powązkach Wojskowych, spoczął jednak na cmentarzu prawosławnym. Dlaczego tam? Wiele wskazuje na to, że był Ukraińcem – mówi mi biograf Kiszczaka, dr Lech Kowalski.

Karierę zaczynał w… Austrii, gdzie w czasie II Wojny Światowej został wywieziony na przymusowe roboty. Po wkroczeniu Sowietów do Austrii, jako młody komunista i syn przedwojennego komunisty współorganizował na miejscu milicję. Po powrocie do Polski wstąpił do PPR.

Pracował w kontrwywiadzie wojskowym, nawet wśród swoich zyskując opinię gestapowca. Został wysłany do Londynu, gdzie rozpracowywał środowisko polskich emigrantów z kręgów wojskowych. Jego raporty przyczyniły się do aresztowania i procesów, pod sfingowanymi zarzutami, wielu przedwrześniowych oficerów WP.
W 1957 r. ukończył szkołę wojskową w ZSRS i jak sam podkreślał, był jednym z niewielu, którzy zdobyli wyższe wykształcenie nie mając matury. Po powrocie do PRL piął się po szczeblach kariery, aż stał się zaufanym człowiekiem Jaruzelskiego. W latach 70. na wniosek Moskwy uznającej Kiszczaka za „sterowalnego” wraca do kontrwywiadu wojskowego. W 1978 r. zostaje z-cą szefa sztabu LWP.

Czesław Kiszczak był postacią numer dwa czasów dyktatury lat 80. i prawą ręką Jaruzelskiego, który powierzył mu wszystkie resorty siłowe poza armią. Był jedną z 8 osób, które przygotowywały wprowadzenie stanu wojennego. Jak w każdej strukturze mafijnej Jaruzelski potrzebował też kogoś, kto będzie bezwzględnym wykonawcą jego rozkazów bez zadawania zbędnych pytań. Kiszczak nadawał się do tego idealnie. Szef MSW brał na siebie (i swoich ludzi) całą brudną robotę. Ilość aresztowanych, skazanych, zastraszonych, torturowanych czy wreszcie pobitych i zamordowanych świadczy o tym, że Kiszczak radził z tym sobie znakomicie.
Pod koniec lat 80 współtworzył koncepcję okrągłego stołu i „pokojowej transformacji”, która miała zapewnić komunistom miękkie lądowanie po upadku systemu. Tuż po zakończeniu obrad okrągłego stołu Jaruzelski desygnował go na premiera, ale w wyniku buntu, nawet ze strony ZSL i SD jego misja zakończyła się niepowodzeniem. Na prośbę Tadeusza Mazowieckiego objął tekę szefa MSW w jego rządzie i sprawował ją do lipca 1990 r., finalizując niszczenie akt SB i MSW, za wiedzą swoich przełożonych, w tym samego Mazowieckiego, któremu nie tylko przyznał się do tego procederu, ale oświadczył, że czyni to „dla dobra ogółu”.

Po 1989 r. Czesław Kiszczak kilkukrotnie stawał przed sądem, do więzienia jednak nigdy nie poszedł. Jego dorobek nie przeszkodził Adamowi Michnikowi okrzyknąć go „człowiekiem honoru” (z czego naczelny „Gazety Wyborczej” później się wycofał), a wielu byłym opozycjonistom stawać w obronie Kiszczaka jako architekta okrągłego stołu.

 

Kim są i czy ból języka sprawia im przyjemność? Odpowiada WALTER ALTERMANN: Sadyści językowi

Od kilkunastu miesięcy staram się tutaj pomóc w sprawach językowej poprawności wypowiedzi –  piszącym i mówiącym w mediach. I co? Nic, a może jeszcze gorzej. Zaczynam podejrzewać, że w gronie dręczących nasz język, depczących i pomiatających jego normami znajdować się musi spora grupa sadystów, którym sprawia chorą przyjemność, tak brutalne kaleczenie języka Polaków.

Czy sadyści są w większości nieznających, lub udających, że nie znają rodzimego języka? Nie wiem, ale coś musi być na rzeczy. Niemniej nic nie zmusi mnie, do zaprzestania mego zbożnego dzieła, czyli zwracania im wszystkim na błędy. Przejdźmy zatem do najnowszych przykładów.

Drogowe zmiany albo językowa katastrofa

Rzecznik prasowy Urzędu Miasta Łodzi, a więc osoba, od której z racji etatu, trzeba wymagać jasności i poprawności wypowiedzi, pisze 29. 09. 2023 roku: „Na najbliższe tygodnie zapowiada się duża intensyfikacja prac, sporej drogowej układanki robót, aby dopiąć drogowe inwestycje na ostatnią prostą. Pozwoli to przywrócić jeszcze w tym roku tramwaje na Bałutach. Od niedzieli zmiany na placu Kościelnym, od środy na Spornej i Smugowej”.

Jakie w tej wypowiedzi mamy błędy rzecznika? Cała jego wypowiedź jest okropnym błędem. Ale są też trzy fałszywe perełki:

1. Nie mówimy „na najbliższe tygodnie”, powinniśmy mówić „w najbliższych tygodniach”. A to dlatego, że tydzień jest miarą czasu, w którego naturze jest upływ, bieg, postęp. Natomiast „na” sugeruje jakąś płaszczyznę. I nie jest to płaszczyzna porozumienia między rzecznikiem a mną.

2. Rzecznik pisze: „…zapowiada sięsporej drogowej układanki robót”. Panie Rzeczniku, jeżeli w orzeczeniu ma Pan „zapowiada się” to dalej musi być „spora układanka robót”. Takie są związki syntaktyczne w języku polsikm. Innych nie ma i nie będzie. Istnieją w naszym (przynajmniej w moim) języku stałe związki: rządu, zgody i przynależności. Warto je poznać, przyswoić i przestrzegać. Bo nie znać ich nie przystoi, rzecznikowi.

3. Od biedy można: „dopiąć inwestycje na ostatniej prostej”, ale z pewnością nie na: „ostatnią prostą”.

Cały komunikat jest frywolny, żartobliwy i chyba pisany na serwetce w jakiejś kawiarni, albo na komórce. Młodopolscy poeci w kawiarniach, na serwetkach pisywali wierszyki dla kochanek. Ale rzecznik dużego miasta musi się zdecydować – być poetą czy jednak urzędnikiem, którego informacje powinny być konkretne i w żadnym stopniu nie mogą być pisane na „luzie”. A to dlatego, że wykopki drogowe w Łodzi są dla jej mieszkańców realnym i zupełnie niepoetyckim koszmarem.

Wybory na temat

W naszych stacjach telewizyjnych pojawił się nowy zwrot, w związku z nadciągającymi nieuchronnie wyborami. Otóż słyszę: „Te wybory są na temat”. Po czym dziennikarze mówią o polityce.

Według „Słownika poprawnej polszczyzny” profesora Witolda Doroszewskiego temat może być aktualny, drażliwy, interesujący, ważny. Mamy też temat przewodni, tematy polityczne.

Można przeskakiwać z tematu na temat, odbiegać od tematu.

 Słownik notuje również: mówić, pisać na jakiś temat. Ale uznaje za błąd: mówienie i pisanie o temacie. Doroszewski uznaje, że temat jest wyrazem nadużywanym w mowie potocznej i w języku urzędowym. Na przykład nie powinno się pisać na temat usprawnień, lepiej o usprawnieniach.

Za niepoprawne uznaje również słownik: Poglądy na temat czyjejś działalności, bo poprawnie można mieć poglądy na czyjąś działalność.

Jak więc widzimy „w temacie” tematu jest problem. Choć teoretycznie wszyscy musieliśmy pisać na jakieś tamaty w szkole. I teoretycznie wszyscy wiedzą, że temat jest klarownym wyłożeniem zadania do napisania, do rozmów i dyskusji.

Już Wojciech Młynarski pisał i śpiewał… w temacie Marioli…, co było satyrycznym zwróceniem uwagi, że poprawnie jest na temat, a w temacie jest błędem. Bo nie rozmawiamy w temacie, lecz na temat. Przecież kazali nam pisać wypracowania na temat. I nich tak zostanie.

Przy okazji… pamiętam świetny temat z języka polskiego w liceum, który był taki: „Droga jaką w powieści „Potop” przebywa Kmicic”. Temat był perfidny, bo bez przeczytania powieści człek mylił drogi Kmicica. Dlatego wymyślenie dobrego tematu jest dużą sztuką, tak samo jak dobrego tytułu. Bo fatalnym tematem wypracowania, czy dyskusji jest taki temat: „Bohaterstwo i niezłomność głównego bohatera…? Tak ustawiony temat nie jest żadnym tematem wypracowania, ale klepaniem formułek, lizusostwa i zidiocenia.

Natomiast oczywistym świadectwem niedouczenia i psucia języka jest powiedzenie, że: „Te wybory są na temat”. To jest niedopuszczalny w cywilizowanym świecie tzw. skrót myślowy. Ten skrót obnaża też wiedzę autora zwrotu tak w sprawie znaczenia pojęcia temat, jak i wybór.

Ale już nie będę sprawy ciągnął. Wybór to wybór, temat to temat, oczywiście można o wyborach rozmawiać, ale przecież nie z każdym.

Drewno sezonowe

W brytyjskim programie o remontach mieszkań pokazują dębową deskę, a lektor oświadcza:„Jest to drewno sezonowe”. Tyle tylko, że o drewnie sezonowym nikt jeszcze nie słyszał. Bo jakie miałoby być to drewno? Na lato i jesień, czy na zimę i wiosnę?

Oczywiście lektor, albo lektor i tłumacz są niechlujni, bo chodzi tu o drewno podsuszone, czyli sezonowane. Sezonuje się drewno trzymając je w tak zwanych sztaplach czyli sosach,  pod dachem, na powietrzu. Suszy się je też w specjalnych termicznych suszarniach. Przeciętnemu człowiekowi ta wiedza może być zbyteczna, ale skoro już o suszonym, czyli sezonowanym drewnie mówim, to mówmy prawdę.

Wosk czy lak?

W brytyjskim, odcinkowym programie o renowacji zabytków widzimy jak bohaterka odciska pięczęć w laku, ale lektor czyta, że to wosk. Słuchając tego jestem zakłopotany, bo wiedza o historii topi się jak lak, lub wosk… Szkoda takiej pomyłki, bo lak do odciskania pieczęci ma wielką historię w literaturze,  teatrze i filmie, przecież wszystkie ważne listy zawsze były lakowane, żeby posłaniec  listu nie przeczytał. Znaczenie laku, jako środka do zabezpieczenia tajemnicy korespondencji urzędowej, czy prywatnej zmniejszyło się, gdy do użytku weszły koperty klejone. Ale co tam wiedza, kiedy płacą tłumaczowi za linijkę tekstu, lub za minutę emisyjną, nie za wiedzę.

Efekt domina

Na internetowej stronie miasta Łodzi, dochodzi ciągle to samochwalstwa. I ja to rozumiem, wybaczam i uznaję za mało istotne. Czasami tylko szlag mnie trafia, gdy czytam językowe bzdury. Ostatnio ktoś z urzędu napisał, że po kompleksowym wyremontowaniu ulicy Włókienniczej mamy „efekt domina”, bo wokół zaroiło się już od następnych rewitalizacji.

Piszący chciał pochwalić swego pracodawcę, dać jasno do zrozumienia, że jest świetnie, ale wyszło bez sensu. Bo czymże jest „efekt domina”? Wystarczy przypomnieć sobie zabawę w pionowe ustawianie kostek domina, a potem lekkie popchnięcie ostatniej kostki – wtedy ta przewrócona przez nas kostka uderza w stojacą przed nią, ta trzecia uderza w czwartą … i tak do końca, po kolei upadają wszystkie kostki.

Zatem efekt domina ma w języku polskim, także na świecie, znaczenie negatywne, pejoratywne, a zwrot „efekt domina” oznacza klęskę jakiegoś systemu. I zawsze ta klęska zaczyna się od czegoś jednostkowego i małego, ale w efekcie mamy sporą katastrofę. Administratorowi miejskiej strony na Facebooku chodziło jednak o sukces. A wyszło śmiesznie.

Żeby to jeszcze dokładniej wyjaśnić – gdy upada jeden średniej wielkości bank – ostatnio w USA – to po nim sypią się, jak kostki domina, kolejne banki. Bo wszystkie były z sobą powiązane i wzajemnie się ubezpieczały – wtedy właśnie mówimy o „efekcie domina”.

A ten administrator strony Łodzi… nie on pierwszy i nie ostatni, licząc na sukces kończy na grubej katastrofie.

 

HUBERT BEKRYCHT: Nie dajmy pogrążyć dziennikarstwa

Kończy się kampania wyborcza i kończy się wizja tradycyjnego dziennikarstwa w Polsce. Nie zamierzam udawać, że nie wiem, czyja to wina. Otóż, za degradację i degenerację naszego zawodu odpowiadają politycy opozycji, głównie KO. Są oczywiście i inni odpowiedzialni za ten stan rzeczy, także – nieliczni, ale są – przedstawiciele prawicy, lecz to jednak główne przekazy medialne opozycji są wyjątkowo chamskie i tępe. A to, delikatnie mówiąc, nie wpływa dobrze na rozwój naszej żurnalistyki.

Jest kilkanaście minut do północy, za chwilę zacznie kompletnie nikomu nie potrzebna cisza wyborcza, którą – moim zdaniem – należy jak najszybciej zlikwidować. Zatem, jak najkrócej potrafię postaram się dowieść, że długo będziemy odbudowywać dziennikarstwo skutecznie degenerowane przez opozycję podczas tej kampanii.

Niechby tylko chodziło o media opozycji, czyli tzw. mainstreamowe, ale ta ohydna maź mieszana przede wszystkim przez KO i Lewicę wylała się na media publiczne, społeczne i po prostu prawicowe. Nie możemy o tym zapominać podczas pracy. Nie wystarczy narzekać, trzeba dziennikarstwo naprawić, po latach politycznych kleszczy. Od czasów „oszczędzania” komunistów po Okrągłym Stole, poprzez przemilczanie rzeczywistych powodów odwołania rządu Jana Olszewskiego, co owocowało powrotem układu komunistycznego wspieranego liberalną głupotą politycznych naśladowców wszelkich negatywnych skutków wolnego rynku aż na przesuwaniu granic pomiędzy życiem publicznym a dziennikarstwem i straszeniem nas przez polityków, straszeniem głównie przez działaczy opozycji.

Teraz, panuje moda na owe „przesuwanie granic”. Kiedy polityk opozycji nie chce odpowiedzieć na pytanie, wtrąca, że pytający dziennikarz jest „z innych niż uczciwe media” albo odpowiada pytaniem na pytanie albo prowokuje dziennikarza albo – jak Tusk zapytany o skandaliczne fakty z działalności rządu PO-PSL prezentowane w programie „Reset” –mówi do reportera TVP, że jest pijany, bo czuje od dziennikarza alkohol. Nie wyjaśnia, dlaczego ma lepszy węch niż pies myśliwski, bo dziennikarz był od niego o 10 metrów, ale gdy reporter – po godzinie – przywozi potwierdzony przez odpowiednie służby dowód, że nie pił napojów wyskokowych, Tusk „rżnie głupa” i nie przeprasza udając, że chodzi o coś innego niż chodzi.

To już nie Sławomir Nitras, który odbierający dziennikarzom głos, to już nie senator Krzysztof Kwiatkowski atakujący reportera, bo nie potrafi bądź nie chce odpowiedzieć na pytanie o jego rozmowy z ministrem sprawiedliwości Rosji w Łodzi tuż po tragedii smoleńskiej, to już nie Dariusz Joński, który kpi i prowokuje dziennikarzy, bo nie lubi pytań o swoją przeszłość w postkomunistycznej partii, to nie Michał Kołodziejczak, który dopuszczał do tego, że dziennikarzom podczas konferencji prasowej pod nogami wybuchały petardy – to Tusk, lider opozycji rozpoczyna wojnę z dziennikarzami, którzy nie są w stanie uwierzyć w to, iż opozycja zmieni nasz kraj i nie chowają się za „brakiem poglądów”.

Z przyzwolenia Tuska wzrasta niechęć do dziennikarzy od TVP i Polskiego Radia poprzez PAP, prawicowe media aż na mediach kierowanych przez ojca Tadeusza Rydzyka kończąc. Dostaje się czasem i niektórym przedstawicielom mediów „dobrych dla opozycji”. Tutaj reprymenda jest „przyjacielska”, bo poprzedzona telefonem do szefów.

W mediach jedni nie schodzą z obranej drogi próbując bronić dziennikarzy, inni próbują negocjować z opozycji a jeszcze inni nie robią nic. Pojawia się też wątek niektórych prawicowych polityków, którzy nie rozumiejąc mediów psują je, nawet, jeśli te media nie atakują prawicy. Na to też nie można sobie pozwolić.

Na pewno nie można jednak pozwalać na zastraszanie dziennikarzy przez opozycję, która skutecznie przed 2015 rokiem niszczyła media publiczne pielęgnując serwilizm w koncernach wspierających liberalne i lewicowe a nawet lewackie trendy w dziennikarstwie. Nie dajmy się, nie każda prawdziwa wiadomość jest propagandą, ale dbajmy też, o jakość przekazu.

 

Hubert Bekrycht

13 października 2023 r. – godz. 23.53

Miał medal od Łukaszenki i pogrzeb z honorami  – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o mordercy „Inki”

„Jak trudno umierać, gdy naście masz lat. Jak trudno zaśpiewać piosenkę. Gdy z pąka dopiero rozwijasz się w kwiat. Ze śmiercią wędrując pod rękę” – śpiewa Andrzej Kołakowski w pięknej piosence „Inka”.17-letnia Danuta Siedzikówna „Inka” umierała po wyroku śmierci, którego żądał występujący w roli prokuratora ubek Wacław Krzyżanowski. 13 października 2014 r. został pochowany z wojskową asystą honorową na Cmentarzu Komunalnym w Koszalinie.

Krzyżanowski był pierwszym stalinowskim „prokuratorem”, któremu wymiar sprawiedliwości III RP – w 1993 r. – zarzucił mord sądowy. 3 sierpnia 1946 r. dla „Inki”, sanitariuszki antykomunistycznego oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, zażądał kary śmierci. Krzyżanowski zarzucił Danucie Siedzikównie działanie w „bandzie Łupaszki”, nielegalne posiadanie broni i wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Tego ostatniego czynu nie udowodnił jej nawet podległy bezpiece „sąd” i nie potwierdziło dwóch z pięciu zeznających „dobrowolnie” w sprawie milicjantów, którym żołnierze „Łupaszki” darowali życie. Jeden z nich przyznał, że „Inka” opatrzyła go, gdy został ranny w walce z żołnierzami 5. Wileńskiej Brygady AK. Taki z Siedzikówny był „bandyta”.

Wstyd, czyli żart

Jak wojsko tłumaczyło zgodę na honory podczas pogrzebu płk. Krzyżanowskiego, oprawcy Danuty Siedzikówny „Inki”? „Był żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego, uczestniczył w bitwie pod Lenino” – wyjaśniał kpt. Zbigniew Izraelski z 8. Koszalińskiego Pułku Przeciwlotniczego.

Kto był wnioskodawcą? Związek Żołnierzy Wojska Polskiego z Koszalina. Wniosek o asystę wpłynął do Garnizonu Koszalin w dniu pogrzebu Krzyżanowskiego i została ona od ręki przyznana.

– Nie wiedzieliśmy, że jest to prokurator Krzyżanowski – tłumaczył się kapitan Izraelski. Czyli wojsko nie wiedziało, że emerytowany płk Wacław Krzyżanowski to… emerytowany płk Wacław Krzyżanowski, który odpowiada za śmierć „Inki”. Czy założono, że w Koszalinie mieszka dwóch emerytowanych pułkowników o tych samych personaliach? Formalnie zresztą ten morderca sądowy prokuratorem nie był.

Podobno wcześniej wojsko też było wysyłane na pogrzeby pułkowników z KBW i innych utrwalaczy „ludowej” władzy. Wnioski składał ten sam, co w wypadku Krzyżanowskiego, Związek Żołnierzy WP, skupiający wielu komunistycznych wojskowych. To taki odpowiednik warszawskiego Klubu Generałów, tylko w skali lokalnej.

„Wstyd. Zażądałem wyjaśnień od dowódcy Garnizonu Koszalin, który podjął taką decyzję” – napisał na Twitterze minister obrony Tomasz Siemoniak. I w trybie natychmiastowym odwołał ze stanowisk dowódcę oraz komendanta garnizonu Koszalin.

Żart polegał na tym, że panowie wkrótce zostali do pracy przywróceni.

Kto jest inwalidą?

„W dniu 10 października 2014 r. odszedł od nas na zawsze nasz Kochany, Wspaniały Tatuś, Teść, Dziadek i Pradziadek płk WP w st. spoczynku, prawnik Wacław Krzyżanowski, weteran II wojny światowej, Sybirak, inwalida wojenny” – można było przeczytać nekrolog w „Głosie Koszalińskim”. Bo Krzyżanowski służbę wojskową rozpoczął w 1943 r. w Dżambule (Kazachstan), należał do dywizji kościuszkowskiej, w ramach której brał udział w bitwie pod Lenino. Potem ten zesłaniec syberyjski stanął po stronie swoich czerwonych prześladowców. To taki Jaruzelski w mikroskali.

Rentę inwalidzką Krzyżanowski załatwił sobie w 2000 r., po odebraniu mu uprawnień kombatanckich. Jako schorzenia podał: psychoorganiczne otępienie, nadciśnienie tętnicze, miażdżycę, zespół stresu pourazowego. Początkowo ZUS odmówił mu renty, ale pułkownik wygrał w sądzie II instancji.

Prawdziwym inwalidą – po śledztwie w gdańskim WUBP – zostałaby, gdyby przeżyła – Danuta Siedzikówna „Inka”. Zwyrodniali ubecy bili ją i poniżali. Rozbierali do naga, a do jej celi wpuszczali żony funkcjonariuszy, którzy zginęli w akcjach przeciwko oddziałom Szendzielarza. Krzyżanowski tłumaczył się typowo: „Byłem młody. Wcześniej nie brałem udziału w żadnej sprawie sądowej. Zostałem skierowany na proces przypadkowo, bez przeszkolenia i przygotowania”. Faktycznie – nawet w świetle komunistycznej sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) Krzyżanowski nie mógł występować przed sądem. Nie był prokuratorem, bo nie ukończył (a nawet nie zaczął) studiów prawniczych i rzecz jasna nie zrobił także aplikacji. Ale kto by się w 1946 r. takim drobiazgiem przejmował? Dla komunistycznych pryncypałów ważne były inne jego kwalifikacje. Pełna dyspozycyjność i zaliczenie szkoły oficerów bezpieczeństwa w Łodzi.

Kolejne sprawy

Ale odnośnie do braku doświadczenia w występowaniu przed sądem w sprawach politycznych Krzyżanowski kłamał. 3 sierpnia 1946 r., dwie godziny przed sprawą „Inki”, oskarżał 19-letniego Hansa Baumana, gdańskiego Niemca, którego rodzina przymierała głodem. Pewnego czerwcowego dnia 1945 r. znalazł on w lesie karabin z kilkoma nabojami, upolował dzięki niemu sarnę, po czym broń zakopał. Zdobycznym mięsem Bauman podzielił się z mieszkającymi w jego domu Polakami. Wpadł wskutek donosu.

Po śledztwie, prowadzonym przez funkcjonariuszy PUBP w Miastku, Krzyżanowski oskarżył Baumana o nielegalne posiadanie broni i prowadzenie działalności wywrotowej, mającej na celu oderwanie Gdańska od Polski. Żądając dla niego kary śmierci, stalinowski „prokurator” twierdził, że oskarżony jest „wrogo ustosunkowany do państwa polskiego, spodziewał się wojny i niewątpliwie miał zamiar użyć karabinu w stosownej chwili przeciwko państwu polskiemu”. Z odnalezionych akt jednoznacznie wynikało, że Krzyżanowski samodzielnie przeprowadził śledztwo i sformułował akt oskarżenia. Bauman został rozstrzelany 9 sierpnia 1946 r. To druga zbrodnia sądowa w karierze „prokuratora”.
Tego samego dnia – 3 sierpnia 1946 r. – Krzyżanowski wnioskował o jeszcze jedną karę śmierci – dla 16-letniego Benedykta Wyszeckiego z Gdańska, u którego znaleziono w piwnicy kilka karabinów i amunicję (karabiny były bez zamków i zardzewiałe; chłopak przyznał się, że zbierał je na polach, by bawić się w wojsko). Podżegany przez Krzyżanowskiego komunistyczny „sąd” uznał, że Wyszecki dopuścił się przestępstwa z lekkomyślności, ale okazał się łaskawy, skazując go „tylko” na siedem lat więzienia. W przeciwnym wypadku Krzyżanowski miałby na sumieniu kolejną niepełnoletnią osobę.

Medal od Łukaszenki

A jak wyglądało ściganie Krzyżanowskiego po 1989 r.? Sąd III RP z siedzibą w Poznaniu stwierdził, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę odegrał on w procesach stalinizmu, i uniewinnił mordercę.

Krzyżanowski tłumaczył się, że „stalinowski system prawny miał charakter przestępczy”. Ale już on – funkcjonariusz tego systemu – przestępcą oczywiście nie był.

W PRL u ten „inwalida wojenny” otrzymał za swoją służalczość wiele odznaczeń i nagród. Czym tak zasłużył się komunistom? „Prokuratorem” w Gdańsku był do 1950 r. W wojskowym wymiarze sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) pracował potem na Śląsku i na Pomorzu, w 1976 r. zwolniony do rezerwy w stopniu pułkownika.

Historyk Piotr Szubarczyk przypominał historię związaną z Krzyżanowskim: „Do Koszalina przyjechała delegacja władz białoruskich, wręczając mu medal za zasługi wojenne. Ludzie Łukaszenki oświadczyli, że pamiętają o swoich kombatantach, nawet jeśli ci żyją poza granicami kraju. Krzyżanowski medal przyjął. Warto pamiętać, że jedno ze świąt państwowych Białorusi przypada 17 września, w rocznicę wyzwolenia od »jaśniepanów polskich«”.

„Niech żyje Polska”

Płk Wacław Krzyżanowski, morderca sądowy, dożył pięknego wieku 91 lat, a po śmierci miał piękny pogrzeb z kompanią reprezentacyjną Wojska Polskiego.
Danuta Siedzikówna „Inka” nie skończyła 18 lat. 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 w piwnicy gdańskiego więzienia przy ul. Kurkowej została rozstrzelana razem z Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem”. Ginęli z okrzykiem: „Niech żyje Polska”. Ich nie tylko kompania reprezentacyjna, ale też nikt inny nie odprowadzał. Komunistyczni bandyci zrzucili bohaterów do bezimiennych dołów, w których ich ciała leżały przez dziesięciolecia. Odnalazła je dopiero – na cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku – ekipa naukowców prof. Krzysztofa Szwagrzyka.