ALEKSANDRA KUCZYŃSKA-ZONIK: Chińskie działania dezinformacyjne wobec państw bałtyckich

Podobnie jak w przypadku Rosji, ważnym narzędziem oddziaływania Chin w państwach bałtyckich jest sfera informacyjna. Jednakże, o ile rosyjskie kampanie dezinformacyjne prowadzone była przez lata, chińskie działania tego typu są zjawiskiem stosunkowo nowym.

Kluczową rolę pełnią tu ambasady Chin oraz Instytuty Konfucjusza zlokalizowane zwykle przy uniwersytetach, których zadaniem jest zbieranie informacji i nawiązanie kontaktów z elitą polityczną i gospodarczą oraz rozpoznawanie rynku, w tym możliwości inwestycyjnych. Ponadto ambasady inicjują współpracę w  środowisku akademickim i w sferze kulturalnej. Celem jest przede wszystkim tworzenie pozytywnego wizerunku Chin lub neutralizacja informacji krytycznych wobec Chin. W pewnym sensie chińskie strategie komunikacyjne, mające na celu dyskredytację NATO i UE pokrywają się z rosyjskimi strategiami informacyjnymi.

Przykładem tego typu podejścia była szeroko komentowana wypowiedź ambasadora Chin we Francji Lu Shaye w kwietniu 2023 r., który zakwestionował suwerenność państw bałtyckich i przynależność Krymu do Ukrainy. Według Ambasadora „w prawie międzynarodowym nie ma normy ani porozumienia, które określałyby status państw byłego Związku Radzieckiego”. Ostatecznie Ambasador wycofał się ze swoich słów, stwierdzając, że jest to jego osobista opinia, niemniej mógł powtarzać linię partii komunistycznej, której jest członkiem. Co ciekawe, Ambasador Lu Shaye jest uważany za jednego z aktywniejszych chińskich dyplomatów, i znany z szerzenia dezinformacji podczas pandemii Covid-19. Oficjalnie chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło, że Pekin „szanuje suwerenność, niezależność i integralność terytorialną wszystkich krajów oraz przestrzega celów i zasad Karty Narodów Zjednoczonych”. Co ciekawe, w czerwcu 2022 r. jeden z posłów rosyjskiej Dumy Państwowej poddał pod rozwagę możliwość unieważnienia uznania niepodległości Litwy. Stwierdził, że oświadczenie o niepodległości Litwy jest niezgodne z Konstytucją ZSRR. Teoretycznie unieważnienie uznania suwerenności państw bałtyckich dałoby Rosji pretekst podważania ich podmiotowości na arenie międzynarodowej i wysunięcie wobec nich roszczeń terytorialnych. Ministrowie spraw zagranicznych trzech państw bałtyckich potępili oświadczenie ambasadora Francji w Chinach. Była to dla nich okazja do wyrażenia swoich obaw w stosunku do Chin. Najbardziej krytyczna była Litwa i jej minister spraw zagranicznych Gabrielius Landsbergis.

Komentarze przedstawiciela Chin jest przykładem szczerzenia dezinformacji i błędnej interpretacji faktów historycznych. Zgodnie z prawem międzynarodowym państwa bałtyckie są suwerenne od 1918 r., ale były okupowane przez 50 lat przez ZSRR. Co istotne, w 1967 r. ChRL oświadczyła, że nie uznaje aneksji państw bałtyckich. Stosunki dyplomatyczne między Chinami a państwami bałtyckimi nawiązano na początku lat 90. XX wieku. Chińscy urzędnicy i dyplomaci wielokrotnie potwierdzali, że Chiny szanują wybory polityczne na Litwie, Łotwie i w Estonii, a także zmiany demokratyczne w tych państwach. Z kolei państwa bałtyckie uznały Tajwan za integralną część ChRL.

Chiny wykorzystują także różne organizacje pozarządowe do zwiększania swoich wpływów i budowania relacji ze stowarzyszeniami reprezentującymi inne państwa. Jednym z celów takiej współpracy jest pozyskiwanie informacji z danego kraju, które mogą być istotne dla realizacji interesów Chin. Podobne funkcje w tym kontekście pełnią biura ekonomiczno-handlowe ulokowane w państwach bałtyckich, które zajmują się promocją handlu i nawiązywaniem relacji z elitą polityczną i biznesową.

W corocznych raportach bezpieczeństwa wskazuje się, że w państwach bałtyckich chińskie służby wywiadowcze i bezpieczeństwa są coraz bardziej aktywne, głównie w obszarze gospodarczym. W zasadzie jednak ich działalność nie stwarzała do tej pory poważnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego Litwy, Łotwy i Estonii, ani nie była widoczna dla mieszkańców tych państw. Na Łotwie zauważono, że podczas gdy działalność rosyjskich agentów wpływu w ostatnich latach malała, w tym samym czasie wzrosła aktywność chińskich grup interesu. Szczególną rolę pełnili tu przedstawiciele ośrodków akademickich i badawczych organizując konferencje i prowadząc projekty promujące kulturę Chin. W Estonii pojawiły się obawy o możliwość tzw. szpiegostwa naukowego. W szczególności zarzuty kierowano do Instytutów Konfucjusza w związku z włączaniem się chińskich władz w dyskurs akademicki. Na Litwie rosnącą rolę chińskich GONGO (government-organized NGO) oraz ryzyko dezinformacji w przestrzeni publicznej zauważano w szczególności w czasie organizowanych społecznych akcji pomocy dla Hongkongu i Tajwanu. Jednocześnie w raportach wyjaśniano, że mniejszości narodowe i etniczne mogą być bardziej narażone na kampanie dezinformacyjne prowadzone przez Chiny w mediach rosyjskich i/lub polskich, gdyż uwarunkowania kulturowe, społeczne i ekonomiczne mogą stwarzać dodatkowe zagrożenia i podatność na manipulację w przestrzeni informacyjnej.

Poza przestrzenią informacyjną, coraz częściej wskazuje się na inne wyzwania związane z rosnącymi globalnymi ambicjami Chin. Wybrany w październiku 2022 r. na trzecią kadencję jako sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin Xi Jinping, wyeliminowawszy przeciwników politycznych pojął kolejne wysiłki w kierunku centralizacji władzy i ograniczenia autonomii społeczeństwa. Nowo sformułowane cele jasno pokazują, że w nadchodzących latach Chiny będą starały się budować wspólnotę państw o podobnych poglądach, takich jak BRICS i Szanghajska Organizacja Współpracy. Wskutek tego przewiduje się, że stosunki Chin z Zachodem będą się pogarszać. Chińska retoryka wyraźnie się jednak zmieniła. Podczas gdy Chiny wcześniej prezentowały się jako mocarstwo regionalne, zaprzeczając zachodnim zarzutom dotyczącym własnych ambicji globalnych, obecnie nie ukrywają już planów w kierunku budowania supermocarstwa. Chiny forsują także własną wizję uniwersalnych praw człowieka będącą nową, rzekomo bardziej sprawiedliwą i praktyczną koncepcją humanizmu. Z perspektywy państw bałtyckich najbardziej niepokojąca jest współpraca Chin i Rosji. Do tej pory Pekin bowiem wspierał Moskwę dyplomatycznie i informacyjnie oraz pomagał łagodzić skutki sankcji nałożonych na Rosję po pełnoskalowym ataku na Ukrainę w 2022 r. Chiny akcentowały także konieczność przekształcenia europejskiej architektury bezpieczeństwa z uwzględnieniem interesów Rosji. Podczas gdy w perspektywie krótko- i średnioterminowej ich relacje będą się zacieśniać, dominacja Chin względem Rosji będzie się jednak powiększać.

Mimo wzrostu świadomości znaczenia Chińskiej Republiki Ludowej, w państwach bałtyckich kwestie związane z ChRL nie należą do najważniejszych priorytetów polityki zagranicznej. W zasadzie jedynie na Litwie kontynuowana jest debata na temat roli i miejsca Chin w polityce międzynarodowej, a w szczególności ich wpływu na bezpieczeństwo na Litwie. Z kolei na Łotwie, Chiny rozpatrywane są głównie przez pryzmat roli USA i NATO. USA są głównym gwarantem bezpieczeństwa narodowego, dlatego uznanie ChRL przez USA za rywala czy też zagrożenie, wpływa także na perspektywę bezpieczeństwa nie tylko na Łotwie, ale także w pozostałych państwach bałtyckich. Oprócz kwestii bezpieczeństwa, Litwa, Łotwa i Estonia kształtują relacje z ChRL w oparciu o normy i wartości.

W szczególności krytyczna ocena rosnącej globalnej potęgi gospodarczej i militarnej Chin ugruntowana jest w litewskiej polityce zagranicznej „opartej na wartościach”. Litwa uważa, że  Chiny prowadzą coraz bardziej ekspansywną politykę zagraniczną mającą na celu projekcję swojej potęgi. Chińskie lekceważenie praw człowieka, porządku międzynarodowego i reguł kształtowanych przez organizacje międzynarodowe, w oczach Litwy, stanowi istotne wyzwanie dla społeczeństw demokratycznych. Ponadto, ocieplenie stosunków między Pekinem a Moskwą, ilustruje stanowisko Chin wobec agresji Rosji na Ukrainę. Tym samym celem Litwy w obszarze bezpieczeństwa i ochrony jest zwiększenie współpracy z państwami demokratycznymi oraz budowanie odporności na zagrożenia hybrydowe, w tym informacyjne.

Wnioski

Agresja Rosji na Ukrainę dominuje obecnie w dyskursie politycznym państw bałtyckich. Oficjalne wsparcie militarne Chińskiej Republiki Ludowej dla Rosji niewątpliwie wpłynęłoby na pozycję Rosji nie tylko na Ukrainie, ale także w regionie Morza Bałtyckiego. Jednakże kolejne kroki Chin i ich przyszłe zaangażowanie w wojnie jest trudne do przewidzenia. O ile ChRL wspiera Rosję militarnie, finansowo i ekonomicznie, w przyszłości będą starały się zdominować pozostałych aktorów w regionie, w tym Rosję, i narzucić własny dyskurs.

W przeciwieństwie do Litwy, podejście rządu łotewskiego do ChRL jest ambiwalentne. Z jednej strony taką postawę kształtuje konfrontacja Rosji z Ukrainą i współpraca z USA i w ramach NATO. Z drugiej strony, część łotewskiej elity politycznej nie wyklucza dalszej współpracy z Chinami, głównie w obszarze transportu i logistyki. Jeżeli stanowisko to będzie kontynuowane, dyskusja na temat przyszłej współpracy z Chinami zostanie wznowiona. Taka sytuacja znajduje odzwierciedlenie w kontencie medialnym: informacje na Łotwie (zarówno w języku łotewskim i rosyjskim) dotyczące stanu gospodarki Chin są zbieżne z oficjalną narracją Chin.  Jednocześnie badania ujawniają, że zbieżność łotewskiego dyskursu medialnego z ramami chińskimi nie jest powiązana z lokalnymi działaniami Chin w regionie. Jest to w dużej mierze efekt globalnej strategii Chin i komunikacji międzynarodowej, w tym informacyjnej.

Obecnie chiński wpływ informacyjny w państwach bałtyckich jest niewielki. Jednakże, wraz z popularnością zagranicznych platform medialnych i mediów społecznościowych, a co za tym idzie – ograniczonymi możliwościami regulowania treści, rozpowszechnianie dezinformacji staje się bardziej problematyczne. Fałszywe i zmanipulowane treści mogą być bowiem powielane niezauważenie przez dłuższy czas, unikając bezpośredniej konfrontacji lub konfliktu. Podczas gdy zróżnicowanie między grupami etnicznymi w państwach bałtyckich powoli się zaciera, wzrasta polaryzacja i radykalizacja wokół wartości konserwatywnych, zwłaszcza ze względu na obecność tzw. mediów alternatywnych. Nowe wyzwania – agresywni aktorzy szerzący dezinformację, transpozycja narracji oraz brak świadomości społecznej istniejących zagrożeń – uzasadniają potrzebę systematycznej analizy przestrzeni informacyjnej i zapobieganie szkodliwym działaniom w infosferze.

Dane pochodzące z badań opinii publicznej dotyczące postrzegania Chin przez mieszkańców państw bałtyckich pokazują wspólny neutralny wizerunek Chin w całym regionie. Pod koniec 2022 r. ponad 40% respondentów w państwach bałtyckich stwierdziło, że ma neutralną opinię o tym kraju. Odsetek mieszkańców opowiadających się za tym stwierdzeniem był najwyższy na Łotwie – 55%. Litwini i Estończycy byli bardziej negatywnie nastawieni do Chin. Prawie połowa litewskich respondentów postrzegała Chiny jako zagrożenie, co było znacznie częstszym przypadkiem niż na Łotwie i w Estonii. Tylko około jedna czwarta respondentów we wszystkich państwach bałtyckich uznała Chiny za „państwo szerzące autorytaryzm”, a w przeważającej mierze wskazano, że Chiny są „potęgę gospodarczą i technologiczną” oraz „kultura starożytną”. Oznacza to, że za społecznym postrzeganiem Chin w regionie nadal stoją względy gospodarcze i kulturowe, a nie bezpieczeństwo czy wartości. ChRL jest nadal czymś „egzotycznym” dla bałtyckich odbiorców, co w zasadzie decyduje o „neutralnym” postrzeganiu Chin. Jest to raczej efekt braku strategicznej komunikacji pomiędzy władzą a społeczeństwem, a nie celowego działania Chin w tych państwach. Co więcej, ludność rosyjskojęzyczna jest bardziej przychylna ChRL niż etniczni Litwini, Łotysze i Estończycy. Osoby, których językiem ojczystym był litewski, łotewski czy estońsku częściej kojarzyli Chiny z komunizmem i autorytaryzmem, łamaniem praw człowieka i zagrożeniami dla innych państw.

Aleksandra Kuczyńska-Zonik

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niszczenie Polski pod sztandarem demokracji

16 listopada 1944 r. komunistyczny Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret „O przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa”. Jego kontynuacją był tzw. Mały Kodeks Karny (MKK). Dzięki tym i innym wprowadzonym przez siebie bezprawnie przepisom komuniści realizowali politykę nie odbudowy, ale zniszczenia Polski, a głównie rozprawy z polskimi niepodległościowcami. A wszystko pod sztandarem demokracji.

MKK przewidywał karę śmierci za 13 rodzajów „przestępstw”, m.in. udział w organizacji lub grupie o charakterze zbrojnym, posiadanie broni i amunicji, sabotaż gospodarczy, „sprzedajność obcym”, szpiegostwo. Ale wyeliminowanym ze społeczeństwa można było zostać np. za opowiadanie dowcipów o tematyce politycznej – pozwalał na to artykuł mówiący o „rozpowszechnianiu nieprawdziwych informacji”.

Do realizacji polityki represji komuniści powołali – jak zwykle bezprawnie – specjalne sądy: Wojskowe Sądy Rejonowe (WSR). Wedle wciąż niepełnych danych, w latach 1946-1955 przed sądami wojskowymi skazano ponad 80 tys. osób z czego na karę śmierci około 4 – 4,5 tys. Prawdopodobnie około 3 tys. wyroków zostało wykonanych.

Jednym z sędziów, a potem szefem stołecznego WSR – chyba najbardziej krwawego trybunału śmieci w powojennej Polsce – był Mieczysław Widaj. Sam AK-owiec skazał na śmierć ponad 100 polskich niepodległościowców. W 1956 r. wyjaśniał: „W maju [1949 r.] byłem w Warszawie, by znów zacząć od braku mieszkania, od kwaterowania na sali sądowej, tuż obok celi, do której wprowadzano więźniów aresztantów. A rozprawy odbywały się i po nocach. (…) Mnie i żonę będącą w ciąży budził gwar i tupot dochodzący z zadymionego korytarza, na który prowadziły mieszkalne drzwi. To były warunki pracy i warunki życia, jakie były mi postawione do dyspozycji. (…) mieszkałem w tak ciężkich warunkach w budynku, w którym szczury wyprawiały harce pod podłogą i po podłodze, gdy groziło, że po przyjściu na świat dziecka pieluszki będą musiały być suszone na sali rozpraw. (…) Gdy inni „po praktyce” w Wojskowym Sądzie Rejonowym odchodzili na szefów innych sądów, ja pozostawałem na czarnej robocie, nie byłem przesuwany do klasy menedżerów. (…) Mnie – a zresztą w ogóle nami – przesuwano jak pionkami po szachownicy, nie pytając nas o zdanie”.
„Wojskowe Sądy Rejonowe zostały zlikwidowane wiosną 1955 r. Faktycznie zbiegło się to z zawieszeniem stosowania stalinowskich dekretów” – pisze historyk IPN dr Rafał Leśkiewicz. – „Nie były już potrzebne, bowiem komunistom udało się skutecznie wyeliminować ‘wrogów władzy ludowej’”. Ich ofiary – wielu bohaterów oraz rodziny skazanych wówczas na śmierć lub długoletnie więzienie – żyły natomiast jeszcze przez wiele lat z piętnem bandytów.

Mały Kodeks Karny obowiązywał aż do 1969 r., kiedy komuniści wprowadzili „duży” kodeks karny. Niestety niektóre przepisy tego zbrodniczego „prawa” – zachowane w kodeksie karnym z 1997 r. – dotrwały do dziś. Np. art. 256: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa albo nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowych, etnicznych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość; podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Mimo tych wątpliwych, prawnych zapożyczeń tzw. III RP od PRL-u, coś się jednak zmieniło. Dziś szczęśliwie pod pojęciem „faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa” nie rozumie się już ustroju Polski przedwrześniowej – jak tego chcieli komuniści. Wciąż pamiętamy (mam nadzieję), jak polskiego generała Augusta Emila Fieldorfa skazywali na śmierć na szubienicy – jako „faszystę”.
Dziś – przynajmniej teoretycznie – polskie prawo szanuje dorobek wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej. A za państwa totalitarne uznaje się nie tylko nazistowskie Niemcy, ale także sowiecką Rosję i jej satelity, w tym komunistyczną Polskę. Piszę jednak teoretycznie, bo „nadzwyczajna kasta” sędziowska, rodem z PRL, przy pomocy Brukseli, czuwa nad właściwą wykładnią.

 

Politycy konserwatywni, nie słuchaliście, to teraz macie/mamy! CEZARY KRYSZTOPA przepowiada: Budowanie, nie szczekanie

Bardzo się cieszę, że coraz więcej ośrodków politycznych i komentatorów mówi o suwerenności, o której pisałem w poprzednim tekście na stronie SDP, jako o absolutnie kluczowym wyzwaniu jakie obecnie przed Polską stoją. Trochę szkoda, że nie wcześniej, polityka „kompromisu z Brukselą” pozostawiła niestety spore i trwałe szkody, ale lepiej późno niż wcale.

W tym kontekście zgadzam się z tezami przemówienia Jarosława Kaczyńskiego, który mówił, że „Polska może zamienić się w kraj zamieszkany przez Polaków, ale rządzony z zewnątrz”, a jako jedno z najpoważniejszych zagrożeń wymienił Niemcy. W obecnej sytuacji, fakt, że w zagrożonej, choć w różny sposób, i ze wschodu, i z zachodu Polsce, władze przejmuje „partia niemiecka” jest paskudnym zrządzeniem wyborców. Ale jest nim. I jeśli chcemy sobie w tej sytuacji poradzić, trzeba odpowiednio odczytać znaki, wyciągnąć wnioski i podjąć działania oparte nie na emocjach, ale na zimnej kalkulacji.

Dość polaryzacji

Dlaczego PiS wygrał wybory, ale najprawdopodobniej przegrał władzę, prawie dokładnie według scenariusza, który opisałem ponad rok temu na tym portalu, w artykule pt. „Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba”?

KRYSZTOPA: Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba

Ano dlatego, że zaskakującym symbolicznym zwycięzcą i beneficjentem wysokiej frekwencji okazała się tzw. „Trzecia Droga”. Czy ze względu na jakieś tajemnicze punkty jej programu, czy może charyzmę liderów? No zapewne nie. Słusznym wydaje mi się założenie, że tę polityczną enigmę zagłosowali ci, którzy mieli dosyć politycznej polaryzacji i poszukali dla niej alternatywy. W tym kontekście, PiS mógł zrobić chyba niewiele rzeczy głupszych niż „tuskowanie” na ostatniej prostej kampanii. A jeśli ktoś to tłumaczy „ukłonem w stronę twardego elektoratu”, to chyba go nie zna, ja znam kilku przedstawicieli i wszyscy pukali się w głowę.

 

Okres po wyborach i inauguracji nowego Sejmu, wydaje się być przedłużeniem kampanii wyborczej. Z tym samym, a może i wyższym poziomem zacietrzewienia po obu spolaryzowanych stronach, choć z kilkoma modyfikacjami. Szeroko pojęta frakcja Tuska najwyraźniej odrzuciła z ulgą biało-czerwone sztandary, którymi spowijała się w ostatnich miesiącach. Zapowiadana jest likwidacja wszystkiego co mogłoby Polsce służyć w rozwoju i bezpieczeństwie. Jednocześnie jednak warto zauważyć, że gromko wyrażane groźby i wymachiwanie pięściami, zdają się skrywać poczucie słabości. Wbrew temu co prawdopodobnie wydaje się najbardziej zapalczywym, nie wróciły czasy „wszechwładzy” jak przed 2014 rokiem (tak – 2014 – przed pozostawieniem przez Tuska Kopacz i Komorowskiego jak dzieci we mgle). Rząd Tuska, który prawdopodobnie powstanie będzie rządem słabym i targanym wewnętrznymi sprzecznościami, mającym przeciwko sobie istotne i umocowane konstytucyjnie instytucje z Prezydentem RP na czele. Więc jednocześnie prawdopodobnie niezdolnym do spełnienia większości, choćby i najgłośniej wyrażanych przez swoje części składowe obietnic. Nie dziwi mnie więc ani trochę, że zamiast chleba, oferuje swojemu elektoratowi igrzyska prowokując groźbami „rozliczeń” czy „odstrzeleniem” pisowskich wicemarszałków Sejmu i Senatu.

PiS nadal „tuskuje”

Za to zupełnie dziwi mnie fakt, że PiS tę grę podejmuje, w ten czy w inny sposób wtórując zawodzeniu „demokratycznych” zapiewajłów i usiłując odpowiedzieć im na tym samym poziomie. Tak jakby zupełnie nie odczytał przesłania wyniku ostatnich wyborów. Jakby nadal, kompletnie bez sensu „tuskował” i z jakichś tajemniczych powodów przyjmował wyznaczoną mu przez Tuska rolę.

A po co? PiS nie utworzy rządu, ale ciągle ma na czym budować, ma ogromne potencjały. Będzie tworzył największy opozycyjny klub sejmowy w historii III RP. Ma, no bo w jakimś stopniu ma, swojego Prezydenta. Liczne instytucje. Przez jakiś czas jeszcze media publiczne. W ostatnich wyborach głosowało na PiS 7,5 miliona osób, to jest potęga. W dziwnie „zapomnianym” już referendum, mniej więcej po ok. 11 milionów osób odpowiedziało na pytania zgodnie z rekomendacją PiS. To jest potencjał do zagospodarowania, tylko trzeba poszukać klucza. W sondażu Dziennika Gazety Prawnej miażdżąca większość Polaków opowiedziała się za pozostawieniem głównych projektów PiS. To większość daleko wykraczająca poza elektorat Prawa i Sprawiedliwości. Bo i Polacy są już inni niż w 2015 roku. Jeszcze można ich, czego dowodem wyniki wyborów, zmanipulować, ale są już daleko bardziej świadomi swoich interesów i mają ambicje daleko wykraczające poza posiadanie starego Volkswagena i dobrej stawki za zbiór szparagów u bauera za Tuska. Mało tego! Z badań niemieckiej Fundacji Adenauera, która finansowała Campus Trzaskowskiego, wynika, że choć to złożona sprawa, jak to sprawy młodzieży, to w wielu kwestiach polska młodzież, wbrew wrażeniom jakie usiłuje wywołać czasem agresywna mniejszość na ulicy, jest nastawiona konserwatywnie w kwestiach takich jak aborcja, suwerenność czy bezpieczeństwo. Tylko trzeba poszukać odpowiedniego języka i do nich mówić. Jest na czym budować! Tylko jak?

Błąd „opozycji totalnej”

Moim zdaniem z całą pewnością nie powtarzając błądu „opozycji totalnej”, której koncepcja zabetonowała przegrywów z Platformy na dwie kadencje. Na ten moment to tylko pomaga Tuskowi i jego giermkom odciągnąć uwagę od ich słabości, a być może od tego co będzie próbował zrobić z CPK, elektrowniami jądrowymi, terminalem kontenerowym w Świnoujściu, czy zbrojeniami.

Ja rozumiem, że jest stres. Strach o to, że Tusk zdąży dokonać nieodwracalnych destrukcji. Ja ten strach podzielam. Rozumiem, że są emocje, które podpowiadają by szczującym odpowiedzieć jeszcze mocniej. Ale moim zdaniem nie tędy droga. I nie droga w obwarkiwaniu każdego „kto nie jest PiSem” (efekty widać w postaci braku zdolności koalicyjnej). Takie metody przydają się może na Twitterze, czy przy robieniu memów. W moim najgłębszym przekonaniu drogą PiS nie jest podejmowanie gry Tuska, ale unoszenie się metr nad nią. Przekonanie tych, którzy uważają, że wielkie projekty PiS powinny być kontynuowane, że PiS jest jedyną gwarancją ich kontynuowania. Zbieranie wściekłych po możliwej likwidacji programów socjalnych. Tusk tu na pewno bardzo pomoże. Przekonywanie bardziej świadomych swojego interesu Polaków, że jedyną drogą realizacji ich interesu jest suwerenność (tu uwaga, twarze „kompromisu z Brukselą”, pisząc bardzo oględnie, niespecjalnie się przydadzą). Być może próba stworzenia szerszego bloku ugrupowań gotowych do jej obrony. Budowanie, nie szczekanie.

Tyle, że oczywiście, to wymaga większej cierpliwości, mniej więcej takiej, jaka jest potrzebna przy oczekiwaniu w dole rzeki, aż spłyną nią „trupy wrogów”.

Felieton zaangażowany STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Zdziwolągi

PiS-owcy bardzo się zdenerwowani zaskoczeni szybkością chamskiego ataku PO-wców. Nastąpił natychmiast po objęciu władzy w sejmie. Mówią: tak być nie może, tak nigdy nie było, to skandal! Owszem. I co z tego? Panie, panowie, czy nadal myślicie, macie nadzieję, że ktoś, kto chce sprzedać, unicestwić Polskę będzie się liczył z papierkowymi przepisami. A nawet z Konstytucją?

 Tusk się jeszcze miło uśmiecha. Wystawił na pierwszy ogień Hołownię. Ale Pan Budka już nic nie ukrywa. To widać gołym okiem. Jest nerwowy i przez to transparentny. Nie ma odporności Schetyny. Nic to. Wesoło to dopiero się zacznie gdy do akcji włączy się Nitras. Ten zawodnik długo w odwodzie nie wytrzyma. A do tego są jeszcze – Pomaska, Wielgus. Będzie się działo.

Do 21 listopada będzie spokój. Jest jeszcze trochę czasu. Dlatego trzeba coś postanowić, działać. Czy władze prawicy nie widzą niebezpieczeństwa? Monopol na telewizję publiczną, który oczywiście jeszcze mają nie jest wykorzystywany. Karnowscy – Sakiewicz nawet w najbardziej elokwentny i przekonywujący sposób już nic nie załatwią.  Gadka, szmatka, mowa, trawa. Wielu mówi – niewielu słucha.

Rządzący, niestety, zdaje się uważają, że mają jeszcze czas. A to nieprawda. Czy wyjdzie ktoś na ulicę w obronie PiS-u? Chyba nie. Więc co robić? PiS-owcy wszelkich podziałów – łączcie się. Czas zakończyć swary głupie. Trzeba wyznaczyć jednoznacznie wodzów, wodza. I słuchać potem. Nie – Kaczyński i Ziobro. Tylko jeden. Kaczyński. Nie – Morawiecki i Sasin. Tylko – Morawiecki, bo to w końcu nadal premier.

Przestańcie się dziwować nadchodzącym wypadkom. Czas minął. Dostaliście głosów najwięcej. Ale tamci potem się skrzyknęli i w tym zakłamanym, niespójnym zjednoczeniu trwają bo wróg dla nich jest jeden. Co będzie później, dla nich nieważne. Liczenie na to że się rozlecą, pokłócą jest oczywiście zasadne, ale i złudne, bo to oczekiwanie na ruch przeciwnika i zdanie się na jego łaskę.

A tu rozmawia się o ograniczeniu ruchu samochodowego w śródmieściu Warszawy, o prezydenturze … Trzaskowskiego. A tu Hołownia marszałkiem sejmu, Kosiniak-Kamysz – ministrem obrony. Co będzie dalej?

Szwajcarzy, po prostu zwykli obywatele, trzymają flinty pod łóżkiem. My będziemy zarzynać własne krowy i prosiaki, bo tak nam nakażą bauerzy ze Szwabii. Czy dopiero wtedy – przynajmniej właściciele wielkich gospodarstw przypomną sobie że kiedyś mieli do obrony kosy? Czy szewc Kiliński zejdzie z pomnika i zwoła dziś naiwnych i wystraszonych by nie byli bierni i bezwolni?

Polska została w dużej mierze odbudowana choć straciła wiele. Trzeba odbudować a nie niszczyć własność jej obywateli. Oczywiście, że bielmo z oczu spadnie, ale im później, tym straty będą większe. Po co czekać? Ci wybrańcy narodu, którzy dziś usiedli w ławach poselskich jeszcze nie rozumieją, jaką wzięli na siebie odpowiedzialność. Na razie się cieszą z immunitetów, samochodzików, tablecików i darmowych prezentów.

 

 

 

 

ANDRZEJ SZABACIUK: Białoruska narracja propagandowa po 24 lutego 2022 r. i jej główne nurty

Polska była wielokrotnie oskarżana w białoruskiej propagandzie o prowadzenie wojny hybrydowej przeciwko Białorusi, rzekomo opłacając opozycję, a także przedstawicieli mniejszości polskiej i Kościoła rzymskokatolickiego, którzy są przedstawiani jako „piąta kolumna”.

Uzasadnienie włączenia Białorusi w rosyjską agresję

Początek nowej fazy rosyjskiej agresji na Ukrainę 24 lutego 2022 r. miał istotne znaczenie z perspektywy geostrategicznego położenia Białorusi. Dla reżimu Łukaszenki palącą kwestię stanowiła gwałtowna eskalacja konfliktu i konieczność zajęcia zdecydowanego stanowiska wobec rosyjskich działań. Należy podkreślić, że reżim Łukaszenki otwarcie wspierał Federację Rosyjską od samego początku inwazji, udostępniając infrastrukturę wojskową i cywilną, przez co ułatwił rosyjskie ataki rakietowe na terytorium Ukrainy i inwazję lądową na jej stolicę.

Ponadto Łukaszenka umiejętnie propagował narrację Kremla o motywach rosyjskiego ataku na Ukrainę, zręcznie przeplatając ją z sytuacją na Białorusi. W przemówieniu wygłoszonym 22 lutego 2022 r., tuż przed rosyjską agresją, Łukaszenka oskarżył Zachód o zamiar wywołania wojny i wezwał władze Ukrainy do przeciwstawienia się wpływom zewnętrznym. Insynuował również, że wojska polskie i litewskie mogą potencjalnie zaatakować siły rosyjskie, tym samym deklarując chęć zabezpieczenia granic państwa przed rzekomą inwazją z Zachodu.

Wspomniane bezpodstawne oskarżenia były wielokrotnie powtarzane po wybuchu nowej fazy rosyjskiej agresji. 24 lutego 2022 r. podczas spotkania z przedstawicielami ministerstw Łukaszenka zapewnił, że Białoruś nie pozwoli zaatakować rosyjskich cywilów, sugerując, że Polska i Litwa mogą planować atak na Rosję przez terytorium Białorusi. Podobnie w przemówieniach 27 lutego i 1 marca 2022 roku podkreślał, jak skutecznie udaremnił tzw. „blitzkrieg” w 2020 r., którego celem było rzekomo podważenie białoruskiej niepodległości. Propaganda państwowa eksponowała wyjątkowe zasługi Łukaszenki na rzecz stabilizacji sytuacji w państwie i regionie. On sam niejednokrotnie akcentował, że stłumienie „nacjonalistycznego szaleństwa” w 2020 roku, uchroniło jego kraj przed podzieleniem losu Ukrainy – cynicznie sugerował, że jego represje wobec społeczeństwa obywatelskiego zapobiegły wybuchowi wojny na Białorusi. Przekonywał, że rozwiązanie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego może nastąpić wyłącznie bez udziału Zachodu i wezwał Ukraińców do poszukiwania alternatyw dla krwawego rozlewu bratniej krwi, sugerując konieczność pójścia na ustępstwa wobec Federacji Rosyjskiej, zwłaszcza poprzez „demilitaryzację”, deklarację neutralności i rezygnację z ambicji przystąpienia do Sojuszu Północnoatlantyckiego. W innym przypadku Ukraina może podzielić los Japonii, przez co dawał do zrozumienia, że może zostać zaatakowana bronią jądrową.

Rzekome zagrożenie ze strony Ukrainy i Sojuszu Północnoatlantyckiego uzasadnia pośrednie zaangażowanie Białorusi w rosyjską agresję na Ukrainę, co miało zapobiec rzekomemu atakowi ze strony Ukrainy. Zaangażowanie to przejawia się nie tylko we wspomnianym udostępnieniu infrastruktury wojskowej i cywilnej, ale także transferze broni i amunicji do Rosji, remoncie uszkodzonego sprzętu itp. Jednocześnie promowany w mediach białoruskich obraz zagrożenia ze strony NATO służy racjonalizacji niechęci do rozmieszczenia białoruskich wojsk bezpośrednio na Ukrainie. Warto jednak zauważyć, że Łukaszenka wielokrotnie wskazywał, że może rozważyć taki sposób działania, jeśli okoliczności tego będą wymagały. Na przykład 17 czerwca 2022 r. zapewnił o możliwości odpowiedzi na rysujące się na horyzoncie niebezpieczeństwo „otoczenia przez Polaków”, odnosząc się do rzekomej, planowanej przez Polskę aneksji zachodniej Ukrainy.

Widmo aneksji zachodniej Ukrainy i Białorusi oraz skutki wsparcia Ukrainy

 Władze Białorusi od 2020 r. stosują taktykę wzbudzania społecznych obaw w związku z rzekomo agresywnymi zamiarami zachodnich sąsiadów, w tym z jakoby możliwą aneksją zachodniej Białorusi przez Polskę. Propagowanie obaw związanych z rzekomym atakiem Zachodu łączy się z oskarżeniami o imperialistyczne aspiracje Polski. Powracającym tematem białoruskich mediów jest kwestia wzmocnienia polskich sił zbrojnych poprzez pozyskanie nowoczesnego uzbrojenia, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych i Korei Południowej. Biełta (Białoruska Państwowa Agencja Informacyjna) wielokrotnie publikowała treści poddające w wątpliwość zasadność takich zakupów. Zgodnie z zapewnieniami agencji, zakup przez Polskę zaawansowanego uzbrojenia nie powinien być tłumaczony wyłącznie przez rzekome zagrożenie ze strony Federacji Rosyjskiej, gdyż Polska jest członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego, co zapewnia jej bezpieczeństwo. Prawdziwym motywem wzmocnienia armii ma być chęć aneksji terytoriów zachodniej Ukrainy i potencjalnie Białorusi.

Kolejnym wątkiem obecnym w białoruskiej narracji propagandowej była krytyka wsparcia militarnego okazywanego przez Polskę Ukrainie oraz związane z nią sugestie, że takie działania mogą skutkować bezpośrednim uwikłaniem Polski w wojnę z Federacją Rosyjską. Pomoc wojskowa udzielana przez Polskę jest przedstawiana jako mało efektywna w obecnych warunkach wojennych. Twierdzi się, że Polska wysyła na Ukrainę przestarzały lub wadliwy sprzęt, taki jak np. karabinki Grot oraz że nowoczesne ciężkie czołgi zachodnie nie sprawdzą się w trudnych warunkach terenowych na wschodzie i południu Ukrainy.

Dodatkowo podkreślono finansowy aspekt wsparcia Polski dla Ukrainy, znacząco wyolbrzymiając jego skalę. Sugerowano, że polskie władze przeznaczyły w sumie 103 mld USD na wsparcie Ukrainy, w tym na pomoc ukraińskim uchodźcom w Polsce i wsparcie armii ukraińskiej. Wszystko to dzieje się w czasie rzekomego kryzysu gospodarczego, który miał ulec pogłębieniu na skutek rosnących cen surowców węglowodorowych i wysokiej inflacji. Dodajmy, że wątek trudnej sytuacji ekonomicznej Polski i innych państw Unii Europejskiej, stanowiący bezpośrednią konsekwencje wojny i sankcji nałożonych przez Zachód na Rosję i Białoruś, często przewija się przez białoruskie media. Towarzyszą im materiały o Polakach, których bieda zmusiła do wyjazdu na Białoruś w celu zakupu podstawowych produktów spożywczych.

Oczernianie Polski na arenie międzynarodowej i kontynuowanie działań hybrydowych

 Białoruskie zarzuty o wrogie działania przypisywane Polsce są ściśle związane z toczącym się sporem dotyczącym sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Białoruś od 2021 r. prowadzi działania hybrydowe wymierzone w Polskę i państwa bałtyckie, dodatkowo prześladuje polską mniejszość i Kościół rzymskokatolicki. W odpowiedzi Polska zdecydowała się zamknąć przejścia graniczne w Kuźnicy Białostockiej 9 listopada 2021 r. oraz w Bobrownikach 10 lutego 2023 r. Dodatkowo od 1 czerwca 2023 r. zamknięto polskie przejścia graniczne z Białorusią dla białoruskiego i rosyjskiego ruchu towarowego.

Białoruskie służby w dalszym ciągu są zaangażowane w ułatwianie przemieszczania się migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki w kierunku granicy. Ponadto prowadzona jest kampania dezinformacyjna przedstawiająca konkretną narrację dotyczącą sytuacji na granicy. Warto zauważyć, że kontynuowany jest projekt „Polskie i litewskie zbrodnie wobec uchodźców: fakty i świadectwa” (dostępny na http://whitebook.by), a towarzysząca mu wystawa „Granica między życiem a śmiercią” zainaugurowana w Mińsku w marcu 2023 r., była eksponowana także w innych miastach białoruskich. Jej przesłanie było wyraźnie antyzachodnie i antypolskie. Polska była wprost oskarżana o łamanie praw człowieka i rasizm wobec osób z Afryki czy Bliskiego Wschodu, których rzekomo traktowano jako ludzi gorszej kategorii. Wielokrotnie cytowane były wypowiedzi m.in. Mateusza Piskorskiego, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Rosji, obwiniające Polskę o zbrodnie przeciwko migrantom oraz sugerujące istnienie masowych grobów migrantów wykopanych przez polskie służby w lasach przygranicznych.

Po zamknięciu przejścia granicznego w Bobrownikach obserwujemy eskalację oskarżeń reżimu białoruskiego zarówno pod adresem Polski, jak i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Egzemplifikacją tego trendu jest wystąpienie Alaksandra Łukaszenki z 31 marca br. Samozwańczy prezydent po raz kolejny oskarża Polskę o agresywne zamiary, poparte znaczącym wzrostem wydatków na broń w ostatnich miesiącach oraz rosnącą obecnością wojsk sojuszniczych. Co więcej, oskarżenia stają się coraz bardziej osobliwe, obejmując twierdzenia o próbach zorganizowania „pułków, flag lub legionów” z rzekomym celem wywołania zamachu stanu na Białorusi. Dodatkowo, jakoby przygotowywani są w Polsce „terroryści” gotowi do dokonania aktów sabotażu na terytorium Białorusi, a władze Polski tworzą „komórki ekstremistyczne” z zamiarem prowadzenia nielegalnej działalności za wschodnią granicą.

4 kwietnia 2023 r. szef białoruskiego KGB gen. Iwan Tertel po raz kolejny oskarżył państwa bałtyckie, Polskę, Ukrainę oraz Czechy o współudział w próbie destabilizacji Białorusi. Konkretnie insynuował istnienie ośrodków rekrutacyjnych i szkoleniowych działających na terytoriach wyżej wymienionych państw, rzekomo mających przygotować bojowników do inicjowania działań mających na celu destabilizację Białorusi. W kontekście tych podnoszonych zagrożeń z Zachodu, Alaksandr Łukaszenka zwracał się niejednokrotnie z prośbą do Rosji o dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa. Postulaty Łukaszenki wydają się zastanawiające, biorąc pod uwagę, że takie gwarancje są już zapisane w Porozumieniu o utworzeniu Państwa Związkowego oraz w traktacie taszkienckim.

Z problemem gwarancji bezpieczeństwa łączyło się zapowiedziane przez Władimira Putina 25 marca 2023 r. rozmieszczenie na terytorium Białorusi taktycznej broni jądrowej, Mimo deklaracji Łukaszenki mało prawdopodobne jest, by Białoruś miała istotny wpływ na potencjalne wykorzystanie tej broni. Domaganie się gwarancji bezpieczeństwa może wynikać z obaw związanych z potencjalnym użyciem taktycznej broni jądrowej stacjonującej na Białorusi przeciwko Ukrainie, co może mieć istotne reperkusje dla stabilności reżimu Łukaszenki. Ponadto kwestia gwarancji bezpieczeństwa może być również powiązana z kwestią potencjalnego zaangażowania wojsk białoruskich w bezpośrednie działania bojowe na Ukrainie. W ten sposób Łukaszenka może starać się uchronić przed nieprzewidywalnymi konsekwencjami takich decyzji.

Paradoksalnie z tym kontekstem mogą być również powiązane ponawiane przez Łukaszenkę wezwania do zawieszenia broni na Ukrainie i rozpoczęcia negocjacji pokojowych. Niewykluczone, że jego apele służą jako środek do złagodzenia postrzeganego ryzyka eskalacji, co zmusiłoby Białoruś do zajęcia bardziej stanowczego stanowiska. Należy jednak wziąć pod uwagę możliwość, że celowe wyolbrzymianie zagrożenia ze strony państw zachodnich i wezwania do przyznania dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa mogą służyć jako taktyka kupowania czasu i dalszego opierania się rosyjskiej presji na większe zaangażowanie Białorusi w trwający konflikt z Ukrainą.

Nową eskalację aktywności białoruskiej propagandy przyniosło rozlokowanie na terytorium Białorusi najemników tzw. Grupy Wagnera, którzy pod koniec czerwca i na początku lipca 2023 r. opuścili terytorium Ukrainy i Rosji po tzw. „marszu sprawiedliwości” na Moskwę. Rozlokowanie ich na Białorusi miało miejsce po poufnych negocjacjach między buntownikami i władzami na Kremlu, w których uczestniczył Łukaszenka. Obawy związane z wykorzystaniem wagnerowców w działaniach hybrydowych przeciwko Polsce i państwom bałtyckim potęgował sam białoruski dyktator, który w czasie spotkania z W. Putinem w Petersburgu 23 lipca 2023 r. stwierdził, że wagnerowcy pragną wyjechać na Zachód, chcą „udać się na wycieczkę do Warszawy i Rzeszowa”, przez co sugerował, że mogą być wykorzystywani przeciwko Polsce, chociaż sam Łukaszenka twierdził, że zatrzymuje ich w centrum kraju, tak jak obiecał. W innych wypowiedziach samozwańczego prezydenta Białorusi brzmiał ton pojednawczy, o chęci porozumienia się z sąsiadami, których się nie wybiera, „gdyż są dani przez Boga”. Jednak intensyfikacja działań hybrydowych i rosnąca liczba migrantów nielegalnie przerzucanych przez granicę do Unii Europejskiej skutkowały decyzją Litwy o zamknięciu 16 sierpnia dwóch przejść granicznych z Białorusią.

Wnioski

Od czasu sfałszowanych wyborów prezydenckich w 2020 roku białoruska propaganda delegitymizuje opozycję demokratyczną poprzez negowanie jej sprawczości. Zarzuca jej zdradę interesów narodowych, próbę destabilizacji państwa i działanie na rzecz „zagranicznych mocodawców”. W tych ramach propagandowych Polska i Litwa obok Stanów Zjednoczonych przedstawiane są jako główni geopolityczni przeciwnicy reżimu Łukaszenki, dążący do siłowego przejęcia władzy na Białorusi i eksploatacji jej zasobów.

Polska była wielokrotnie oskarżana w białoruskiej propagandzie o prowadzenie wojny hybrydowej przeciwko Białorusi, rzekomo opłacając opozycję, a także przedstawicieli mniejszości polskiej i Kościoła rzymskokatolickiego, którzy są przedstawiani jako „piąta kolumna”. Celem Polski jest rzekomo nie tylko przejęcie władzy na Białorusi, ale także aneksja zachodniej Białorusi i powrót do granic z 1939 r. – narracja podobna do propagowanej przez kremlowską propagandę, która rozpowszechnia dezinformację o rzekomych planach aneksji zachodniej Ukrainy przez Polskę.

Sztucznie wywołany kryzys na granicy polsko-białoruskiej ma na celu przede wszystkim wywarcie presji na Unię Europejską, aby złagodziła sankcje gospodarcze wobec Białorusi. Jednocześnie reżim Łukaszenki wykorzystał tę okazję do oczernienia polskich władz na arenie międzynarodowej. Białoruska propaganda obszernie relacjonowała rzekome przestępstwa popełnione przez polskie władze na migrantach próbujących nielegalnie przekroczyć granicę. Polska została oskarżona o łamanie podstawowych praw człowieka i lekceważenie międzynarodowych konwencji dotyczących udzielania ochrony międzynarodowej. Służyło to nie tylko zdyskredytowaniu Polski jako adwokata prześladowanej opozycji demokratycznej na Białorusi i w Rosji, ale także poddaniu w wątpliwość polskich apeli o poszanowanie praw człowieka w tych państwach.

Wyolbrzymiane zagrożenie ze strony Polski, Litwy czy Sojuszu Północnoatlantyckiego służy wielu celom. Po pierwsze, reżim dąży do konsolidacji społeczeństwa białoruskiego wokół Łukaszenki, pozycjonując go jako rzekomego jedynego gwaranta bezpieczeństwa i suwerenności Białorusi. Narracja ta uzasadnia również brutalne represje reżimu wobec białoruskiej opozycji, oskarżanej o działanie na rzecz obcych mocarstw, oraz racjonalizuje poparcie Białorusi dla rosyjskiej agresji na Ukrainę, w tym udostepnienie infrastruktury wojskowej i cywilnej. Ponadto wyjaśnia zwiększoną obecność wojskową Rosji na Białorusi i rozmieszczenie tam broni jądrowej. Dodatkowo, rozdmuchane zagrożenie ze strony Zachodu ma uzasadnić wahania reżimu przed wysłaniem białoruskich wojsk na Ukrainę. Białoruś jest przedstawiana jako bastion rzekomo broniący Rosji przed wojskami Sojuszu Północnoatlantyckiego stacjonującymi w Polsce i państwach bałtyckich, oskarżanymi o planowanie ataku.

Andrzej Szabaciuk

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

WOŁODYMYR SYDRENKO: Rosja po raz kolejny zamienia się w „więzienie narodów”

Jak donoszą rosyjskie media, prezydent Rosji Władimir Putin przedłożył Dumie Państwowej, a posłowie poparli, ustawę o wystąpieniu kraju z Ramowej Międzynarodowej konwencji o ochronie ludności tubylczej i mniejszości oraz o wygaśnięciu współpraca z organizacjami międzynarodowymi w zakresie ochrony małych narodów.

Eksperci zauważają, że nie jest to przypadek, gdyż decyzja została podjęta w zgodzie z ogólną polityką Rosji wyrzeczenia się wcześniej przyjętych zobowiązań w zakresie ochrony małych narodów. Jednocześnie przedstawiciele narodowych ruchów społecznych uważają, że prawa nielicznych narodów Rosji nie były wcześniej respektowane, ale wcześniej państwo zachowywało przynajmniej pozory ochrony mniejszości narodowych, a teraz Putin zrzucił tę maskę i Rosja znów, tak jak za czasów cara, zamienia się w „więzienie narodów” już na poziomie legislacyjnym.

Przejdźmy do historii. Konwencja o ochronie ludności tubylczej i mniejszości została podpisana 1 lutego 1995 r. Rosja przystąpiła do niej po wejściu do Rady Europy w lutym 1996 r. i ratyfikowała ją dwa lata później. Dokument opisuje pracę państwa na rzecz ochrony praw przedstawicieli mniejszości do nauki ich języków, praktykowania religii oraz rozwijania kultury i przestrzegania tradycji narodowych. Kraje uczestniczące w Konwencji zobowiązały się nie utrudniać tworzenia programów edukacyjnych oraz wydawania gazet i książek w językach grup etnicznych. Wdrażanie Konwencji nadzoruje Komitet Doradczy i Komitet Ministrów Rady Europy. Konwencja miała jednak tę wadę, że nie przewidywała mechanizmu rozpatrywania indywidualnych skarg przedstawicieli mniejszości narodowych dotyczących naruszenia ich praw i jakiejkolwiek odpowiedzialności państwa za naruszenie postanowień tej umowy.

Na posiedzeniu Dumy Państwowej wiceminister spraw zagranicznych Rosji Serhij Wierszynin powiedział, że w latach obowiązywania Konwencji w sprawie Rosji prowadzono czterokrotne monitorowanie sytuacji w zakresie praw ludności tubylczej i małych narodów. Ostatni raz było to w 2018 roku. Jednocześnie odnotowano dużą liczbę naruszeń ich praw i zauważono nierówność statusu narodów w Rosji. Państwo jednak otwarcie nie chciało się do tego przyznać, a Serhij Wierszynin stwierdził, że wnioski z monitoringu „były szczerze upolitycznione”, a informacje o stanie małych narodów „były interpretowane wyłącznie negatywnie”.

Z kolei rząd rosyjski, który nalega na wystąpienie z konwencji, twierdzi, że we wrześniu 2022 roku Rada Europy znacząco ograniczyła uprawnienia przedstawiciela Moskwy w komitecie doradczym i pozbawiła go możliwości wyrażenia swojego stanowiska w sprawie „naruszenia praw mniejszości narodowych, przede wszystkim ludności rosyjskojęzycznej, za granicą”. Oznacza to, że przedstawiciel Moskwy próbował zmienić koncepcję i mówić nie o łamaniu praw mniejszości narodowych w Rosji, które było przedmiotem Konwencji, ale aby ukryć swoje zbrodnie wobec mniejszości w Rosji, mówił o rzekomego „naruszenia praw Rosjan w krajach europejskich”, co nie jest sferą regulacji konwencji. Co więcej, propagował sfabrykowane lub zmanipulowane fakty. A kiedy poproszono go o opowiedzenie o istocie Konwencji, czyli o prawach małych narodów w Rosji, poczuł się urażony i stwierdził, że to narusza jego prawa.

„Naruszanie praw grup etnicznych i małych narodów mogłoby zostać publicznie potępione na szczeblu Rady Europy, ale Rosja zignorowała te uwagi. Podczas Konwencji uchwalono ustawę, która czyni naukę języków narodowych fakultatywną – zauważył jeden z obrońców praw człowieka. – Jednocześnie jednak Rosja aktywnie wykorzystywała uczestnictwo w Konwencji do wypowiadania się na temat łamania praw mniejszości rosyjskojęzycznych w krajach bałtyckich i na Ukrainie. W ten sposób członkostwo w komitecie doradczym stało się kolejną dźwignią wpływów politycznych i propagandy…”

Poseł Dumy z Komunistycznej Partii Rosji Mykoła Kołomiejcew zaproponował natychmiastowe potępienie wszystkich międzynarodowych traktatów i konwencji zawartych przez Rosję w ramach współpracy z Radą Europy. Oprócz posłów za wyjściem z Konwencji o ochronie mniejszości narodowych poparli także lojalni wobec władzy członkowie federalnej Izby Ludowej, Prezydenckiej Rady ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka.

I to już stało się „ogólną linią” rosyjskiej polityki – w związku z wykluczeniem Rosji z Rady Europy jej MSZ systematycznie inicjuje wystąpienie ze wszystkich traktatów międzynarodowych. Tak, Rosja wycofała się już z konwencji o odpowiedzialności karnej za korupcję i planuje wycofać się z innych konwencji. „W naszym kraju wszystkie narody, niezależnie od ich liczebności, mają równe prawa etniczno-kulturowe” – powiedział Oleksandr Brod, członek Rady Praw Człowieka.

„Wystąpienie z Konwencji świadczy o chęci całkowitego pozbawienia organizacji międzynarodowych możliwości monitorowania sytuacji w kraju” – powiedział reporterom przedstawiciel ruchu narodowego Nogai Anvar Kurmanakajew. Jego zdaniem imperialni politycy Rosji obawiają się, że w związku z pogorszeniem się sytuacji małych narodów i łamaniem ich praw mogą zacząć domagać się oddzielenia od Moskwy. Aby temu zapobiec, władze rosyjskie stosują różne mechanizmy, m.in. faktyczne ograniczenia w nauce lokalnych języków, dyskryminację w kulturze, nie mówiąc już o ekonomii, a także represje wobec działaczy narodowych i zakaz omawiania kwestii praw ludności tubylczej i utworzenie autonomii.

„Wiadomość o wystąpieniu Rosji z Konwencji zszokowała mnie, ponieważ dawała ona formalną nadzieję na międzynarodową ochronę małych narodów – powiedział w rozmowie z portalem Kavkaz.Realii Aslan Beshto, szef Rady Koordynacyjnej Adyghe Public Associations. (projekt Radia Liberty) – a teraz tego nie ma.” Jednak po przeanalizowaniu sytuacji doszedł do wniosku, że Rosja nie spełniła dotychczas żadnego z wymogów zarówno Konwencji, jak i wewnętrznych przepisów dotyczących zapewnienia praw małych narodów.

„W ciągu ostatnich 20 lat miało miejsce systematyczne łamanie praw i ucisk małych narodów. Na przykład nauka w języku ojczystym jest ograniczona. Sytuacja zaostrzyła się po wprowadzeniu poprawek do Konstytucji, w szczególności poprawki stwierdzającej, że język rosyjski jest językiem ludzi tworzących naród. Zatem reszta narodów nie zalicza się do narodów tworzących państwo? To otwarta segregacja” – powiedział Aslan Beshto.

Według niego, w ostatnich latach nauczyciele w szkołach uporczywie namawiają rodziców, aby porzucili naukę języka ojczystego na rzecz wyłącznie rosyjskiego, podając zarzut „przeciążenia” i „niezbędności znajomości języka rosyjskiego w przyszłości”. Ponadto „nauczycielom przedszkoli zakazano kategorycznie rozmawiać z dziećmi w ich języku ojczystym. To nieoficjalny rozkaz, ale mamy małą Republikę Kabardyno-Bałkarską i takie informacje szybko się rozchodzą” – powiedział Aslan Beshto.

Już pięć lat temu w Rosji ukazał się obszerny raport Komitetu Doradczego ds. Praw Mniejszości Narodowych, w którym stwierdzono, że dochodzi do licznych naruszeń praw małych narodów, w tym prawa do nauki ich języków ojczystych. Może to prowadzić do dużych problemów w przyszłości. Mówiono także o bezpodstawnym prześladowaniu działaczy narodowych. Na przykład Rusłan Gwaszew, czerkieska osoba publiczna, został ukarany grzywną jedynie za to, że odprawił tradycyjne nabożeństwo modlitewne w intencji ludności w dystrykcie Tuapsyn na terytorium Krasnodaru.

Tym samym Rosja dzisiaj, zrywając stosunki z Europą, faktycznie powraca do lat panowania cara, czyli do Imperium Rosyjskiego, które nie bez powodu nazywano „więzieniem narodów”.

 

O nieznośniej lekkości zarabiania pieniędzy przez tzw. dziennikarzy pisze HUBERT BEKRYCHT: Klikarze

Podczas politycznych przełomów jak nigdy widać naszą pracę. Odbiorca praktycznie od ręki dysponuje obrazem, dźwiękiem i opisem tego, co dzieje się np. podczas poniedziałkowego (13.11.2023 r.) rozpoczęcia nowej kadencji parlamentu. Niestety, oprócz dziennikarzy, w tym gorącym czasie dorabiają tzw. klikarze, czyli dawni dziennikarze albo – częściej – ludzie będący pracownikami mediów zatrudniani po to, aby rozliczne portale miały się czym karmić. To tzw. kontent (content), czyli zawartość głów chcących kreować news’y ludzi. Kiedy zaczynałem, jako dziennikarz nie można było nawet pomyśleć o „kreacji wiadomości”. Ale, kto bogatemu (wydawcy) zabroni?

Nie ma żadnych nowoczesnych regulacji prawnych dotyczących nowych form dziennikarskich – to pierwszy problem szkodliwego wpływu klikarzy na nasz zawód. Prawnicy redakcyjni dosłownie wyrębują wąskie ścieżki w dżungli przepisów. Jeśli są nieuczciwi, mogą – jak łyżwiarze figurowi – omijać przeszkody przepisów oczywistych wynikających z kodeksów. Często zresztą przepisów ze sobą sprzecznych. Robią miejsce dla klikarzy i ich pseudoinformacji. Jeśli zaś prawnik redakcyjny jest uczciwy i chce działać ws. klikarzy zgodnie z literą prawa… Może stracić pracę.

Fikcja prawa i prawo fikcji

Pseudowiadomości są w tej chwili podstawową zawartością wielu dużych serwisów informacyjnych. Przy czym klikalność jest tu osobnym zagadnieniem, chodzi też o liczbę cytowań. Kiedyś śmialiśmy się z prasy bulwarowej, z pracujących tam koleżanek i kolegów, z tego, że muszą pisać o tym, że człowiek pogryzł psa lub we wsi opodal dużego miasta na świat przyszło cielę z trzema głowami. Brrr.

Teraz jest gorzej, choć z pozoru niewiele zwiastuje gnicie zawodu. Dziennikarskie, reporterskie relacje, korespondencje, łączenia bezpośrednie – tzw. live’y, felietony, analizy – wszystko to możemy znaleźć bez względu na charakter i formułę działalności mediów. W kilkanaście sekund. Na popularnych portalach, które słyną z tego, że są popularne, jak wrzód na siedzeniu wielu redaktorów naczelnych wyskakują problemy z nowym dziennikarstwem, w tym z wymyślaniem bzdur powielanych potem przez koncerny medialne. Koncerny, które odpowiadają prawnie za pierdółki wypisywane przez swoich „dziennikarzy” – klikarzy.

Tak, ale nie

Dziesiątki przykładów bagnistych wiadomości prezentowanych każdego dnia dostarczają nam portale nowe i te istniejące przy dużych gazetach, rozgłośniach telewizjach.

Rozbawił mnie „dziennikarz” (tak się przedstawia na profilu społecznościowym), który opisywał sytuację po obradach Sejmu, gdzie sensacyjnym tonem obwieszczał, że minister rządu premiera Mateusza Morawieckiego nie został wypuszczony z gmachu na ulicy Wiejskiej. Dlaczego? Bo w kuluarach trwało świętowanie wybrania dwóch posłanek na wicemarszałków KO. Sensacja? Jeszcze nie. Otóż minister został zmuszony do „zmiany trasy” i wyjścia z parlamentu innym wyjściem, bo nie chciał się przepychać… W tym przypadku zamiast ministra internauci wyśmiewali klikarza – „dziennikarza”.

Potem jeszcze, chyba to już „news” kogoś innego, ktoś z sejmowych kondorów (aby nie pisać sępów) do zadań specjalnych zauważył post nowego posła, orzełka z partii mającej malutki klub (sprawdzić, czy okna zamknięte), który opisywał tego samego ministra stojącego w kolejce do aktywacji tabletu „mimo, że wszyscy posłowie dostali kod”. Ów nowy poseł ani klikarz nie zauważyli, że takich procedur nie da się wykonać samemu bez złamania zasad bezpieczeństwa. Wszystko można w komputerze zrobić samemu, tylko później nie należy narzekać na ataki hakerskie Moskwy lub Mińska, chyba, że jakaś partia lubi.

Oddzielną kwestią jest zamierzony atak polityczny, podczas którego z ministra próbuje zrobić się człowieka zagubionego, niekompetentnego…

Ostrzejszy obraz uzyskamy dodając do tego, że gorącym towarem są teraz newsy o latającym „normalnymi” samolotami D.Tuskiem a od rana do wieczora media klikane podają, że jeden z posłów lewicy przerwał konferencję, bo na oczach polityków i dziennikarzy wybuchł pożar. Ów poseł za brawurową decyzję o przerwaniu konferencji jest wychwalany pod niebiosa – to klikarze. Informacja została przekazaa przez klikarzy w takim tonie, jakby parlamentarzysta poskomunistycznej formacji sam ten pożar gasił. Chyba tylko dwóch dziennikarzy dodało, że i tak musiał przerwać, bo na miejsce, gdzie stał powinien wjechać samochód Staży Pożarnej.

Kasa, kasa, kasa…

Wśród durnoty klikarskiej braci zdarzają się też wiadomości prawdziwe, ale podane tak, aby sensacja przelewała się z tych kilku zdań i kilku zdjęć, jak wezbrana rzeka przez tamę. Np. prawdą jest, że znany aktor ukradł smakołyki z cukierni. Nikt jednak nie wspomina, że było to 60 lat temu a cukiernia należała do babci aktora. Nikt nie wspomina na początku tego „wstrząsającego wyznania”. Obłęd. Tyle, że bardzo lukratywny dla mediów tworzących takie odpady uchodzące przez kilka dni za objawienia „dziennikarskiego” kunsztu a nawet „dziennikarskiego śledztwa”.

O szkodliwości procederu uprawianego przez klikarzy, który trwa w najlepsze od kilku lat bez żadnych ograniczeń, świadczy fakt, że tych „newsów” nie trzeba oznaczać – „Uwaga, wiadomość potencjalnego sponsora” albo „Uwaga, to nie do końca prawda, ale i tak nam nic nie zrobicie, zatrudniamy dużą korporację prawniczą i sporo jej płacimy”.

Jeszcze przed pandemią, takie produkty dziennikarsko-podobne łatwo było wychwycić. Teraz, nawet specjaliści nie nazywają tych wykwitów fejkami a relacjami kreowanymi… Koniec świata? Jeszcze nie, jest jeszcze AI, czyli sztuczna inteligencja. I nie piszę o rozumowaniu klikarzy, niektórych dziennikarzy, czy wielu polityków oderwanych od pługa swych dawnych dobrych zawodów.

WALTER ALTERMANN: Cudzysłowy i inne dziwaczności

Niedawno na pasku TVN24 przesuwało się takie zdanko – „Rosja dziękuje Korei za „wsparcie” ”. Zwróćmy uwagę, że w tym krótkim komunikacie słówko „wsparcie” zamknięte było w cudzysłów. Co to ma znaczyć? Że nie było żadnego wsparcie Korei przez Rosję? A może, owo „wsparcie” było w istocie pognębieniem Rosji? Do żadnego sensownego wyjaśnienia wzięcia „wsparcia” w cudzysłów nie doszedłem. Prawdopodobnie dając ów cudzysłów TVN24 chciał dać do zrozumienia, że potępia wspieranie Rosji przez reżim Kim Dzong Una. Możliwe, ale dlaczego mam się domyślać? Czyli głupota alias abstrakcja, bo komunikat musi być jasny, bez żarcików pana paskowego. Albo pani paskowej.

W klasycznej polszczyźnie cudzysłów to cytat z kogoś, z cudzej wypowiedzi lub z jakiegoś tekstu. Tak się jednak jakoś porobiło, że ostatnimi laty cudzysłów trafił też do telewizji, i żyje w niej w wielce osobliwy sposób. Najczęściej to życie cudzysłowu możemy zobaczyć w trakcie dyskusji politycznych.

Oto widzimy jak dorosły facet, zdawałoby się człowiek poważny, w trakcie swej wypowiedzi unosi obie dłonie, na wysokość twarzy dłonie, wysuwa z nich po dwa palce – serdeczny i wskazujący, lekko te cztery palce zagina i macha nimi, jakby coś zdrapywał w powietrzu. Ma to oznaczać, że to co mówi bierze w cudzysłów, czyli żartuje. Ma to być – jak się domyślam śmieszne – ale niestety nie jest, przynajmniej dla mnie.

Można opowiedzieć żart wprost, można kogoś zacytować, uprzedzając, że się z takim zdaniem nie zgadzamy, ale machanie palcami jest żenujące. Nie dziwi mnie, gdy robią to między sobą nastolatki, ale facet ubiegający się o mandat poselski po prostu się ośmiesza. A mógłby powiedzieć, na przykład tak:

– Nie zgadzam się z ostatnią wypowiedzią ministra, który twierdzi, że jego resort ma sukcesy.

Ale nie, gość w telewizji tak konstruuje, z użyciem czterech zagiętych palców, swą wypowiedź:

– Ostatnio minister powiedział (tu paluszki), że jego resort ma sukcesy (i znowu paluszki).

W sumie mamy do czynienia z potężną infantylizacją stosunków społecznych, a wszechobecne cudzysłowy są tego najlepszym dowodem. I jeszcze jedno – dlaczego wszyscy chcą być tacy dowcipni? Mamy obecnie w Polsce całkiem sporą grupę dobrych zawodowych satyryków, mamy kabareciarzy… Naprawdę wystarczy. Dojdzie do tego, że młodzieniec oświadczający pannie miłość powie: „Bardzo, bardzo Cię „kocham””. I przy kocham zamacha palcami. I dostanie w twarz, bo żarty w takim momencie są niestosowne.

Byłoby dobrze, gdyby posłowie, ministrowie i premier trzymali „ruki pa szwam”, albowiem głupota, wsparta głupią gestykulacją jest gorsza od czystego kretynizmy – takiego bez paluszków.

Oznajmienie, powiedzenie czegoś, czy informacja

„Oznajmił o tym Putin…” – mówią do mnie z telewizora, a konkretnie z TVN 24. Tymczasem oznajmienie to informacja urzędowa, podniosła, ważna.

Biorąc pod uwagę to co mówi od kilku lat prezydent Rosji, rzekłbym, że nie było to oznajmienie, a ledwie informacja, i nie wiadomo czy prawdziwa. Gdyby Putin poinformował, że odchodzi, wtedy tak, wtedy mielibyśmy do czynienia z oznajmieniem. I jeszcze jeden błąd w tych trzech słowach. Oznajmia się coś, nie o czymś. O czymś się informuje i mówi. A oznajmuje się coś. Wiem, że składnię mamy skomplikowaną, ale innej nie mamy, więc szanujmy ją.

Hindenburg kontra Hindenberg

Program Wojna Światowa 1914-1945 w Polsat History, produkcja brytyjska. Lektor sprawnie, bo szybko podaje tłumaczenie angielskiego lektora. Nagle jednak, bez uprzedzenia, nachodzą go wątpliwości i mówi: „Wtedy prezydent Hindenberg podjął decyzję”.

Czyli odczytał nazwisko Niemca jakby ten był Anglikiem. Naprawdę przecież ów niemiecki polityk nazywał się Hindenburg. Po chwili jednak lektor mówiąc o marszałku Erichu Ludendorffie, wymawia jego nazwisko poprawnie po niemiecku.

Coś mi się zdaje, że w Polsce oprócz tradycyjnych dwóch ukrytych opcji – niemieckiej i rosyjskiej, mam trzecią, mocno zakonspirowaną, ale bardzo aktywną – angielską. A wszyscy lektorzy telewizyjni są tej ostatniej aktywistami.

Co robi Iga?

6 listopada, 2023 roku, w czasie meczu tenisowego pań, w Canal +Sport można było usłyszeć takie zdanie sprawozdawcy: „Iga lideruje w klasyfikacji zwycięskich drugich serwisów”.

I mamy kłopot z pięknem naszego języka, a właściwie z jego obrzydzaniem. Przywykliśmy już bowiem, że lider to prowadzący w jakichś zawodach. Przywykliśmy, że ktoś jest liderem plastikowych okien. Trudno, ale tak bywało i będzie, że język polski kupuje, przyswaja sobie nazwy i pojęcia z innych języków.

Jednak ze wspomnianym „lideruje” jest kłopot, bo choć rozumiemy komunikat, to jakoś nie możemy go zaakceptować. Być może za kilkanaście lat „lideruje” nie będzie już tak drażniące, ale na razie jest. W języku polskim jest wiele czasowników, utworzonych, ukutych od rzeczowników, ale zachowujemy w takich przypadkach daleko idącą wstrzemięźliwość. I słusznie.

Bo wyobraźmy sobie, że ktoś powie o prezydencie RP, że on „prezydentuje”. Albo ktoś wojewoduje, marszałkuje, kierownikuje… Najlepszym wyjściem jest w przypadku nowych rzeczowników, nie tworzyć od razu czasowników odrzeczownikowych, trzeba poczekać, może ktoś znajdzie lepsze słowo niż my? Choćbyśmy byli nawet dumnymi sprawozdawcami sportowymi, nie bądźmy liderami zmian!

 O piekle

„W kościele mówi się o piekle w sposób oględny.” – to cytat z „Naszej małej stabilizacji” Tadeusza Różewicza.

Kończę tym cudnym zdaniem, dla dowodu, że nasza mowa jest piękna, na przekór wszystkim ludziom naszych dzisiejszych telewizji, radiostacji, gazet oraz obu połączonych izb parlamentu – Sejmu i Senatu.

 

.

 

 

11 listopada na wileńskiej Rossie – relacja MARII GIEDZ

W samo południe, 11 listopada Roku Pańskiego 2023, a więc w 105. rocznicę uzyskania przez Polskę niepodległości rozpoczęły się uroczystości na wileńskiej Rossie, słynnym cmentarzu, gdzie pochowano wybitne osobistości tworzące polską historię, polską kulturę.

To tam, przed Starą Rossą, w kwaterze żołnierzy poległych w walkach o Wilno w latach 1919-1920, a także tych z Armii Krajowej poległych podczas operacji Ostra Brama w 1944 r. znajduje się grób Marii z Billewiczów Piłsudskiej oraz miejsce pochówku urny z sercem Józefa Piłsudskiego. Właśnie przed tym grobem zwanym Mauzoleum Matki i Serca Syna zbierają się Polacy, aby oddać hołd tym, którzy przyczynili się do odzyskania niepodległości przez Polskę i przypominać nowym pokoleniom, że niepodległość nie jest dana raz na zawsze, ale stale trzeba o nią zabiegać.

Kwiaty składają harcerze z Wileńskiego Hufca Maryi im. Pani Ostrobramskiej wraz ze swoim harcmistrzem ks. Dariuszem Stańczykiem. Fot. Maria Giedz

Na tegoroczne uroczystości przybyli przedstawiciele najróżniejszych środowisk. Najliczniej stawiła się polska młodzież z Wileńszczyzny. Aż 800 harcerzy, uczniowie wielu szkół, około 250 biegaczy, uczestnicy Sztafety Niepodległościowej organizowanej od 29 lat przez Wileński Hufiec Maryi im. Pani Ostrobramskiej pod przewodnictwem ks. hm. Dariusza Stańczyka. Trasa owej sztafety została poprowadzona przez Zułów, wieś w okręgu wileńskim, w której urodził się Marszałek Piłsudski. Nie zabrakło też kombatantów, mieszkańców Wilna, zwykłych ludzi, a także przedstawicieli z różnych zakątków Polski. Byli to delegaci z wielu miejscowości na Dolnym Śląsku, szefowie Uniwersytetów Trzeciego Wieku z Polski północno-wschodniej, grupa pielgrzymów z Braniewa, rekonstruktorzy oraz Pielgrzymka Wotywna Klubu Abstynenta „Starter” pod egidą Gminy Pieniężno. Tej ostatniej grupie przewodniczył Kazimierz Kiejdo, burmistrz Gminy Pieniężno, którego korzenie sięgają Wileńszczyzny. Jego rodzina pochodzi z Oszmiany, miasta leżącego do 1945 r. w woj. wileńskim. Obecnie jest to Białoruś – jaka ta historia pokręcona?

Kwiaty składają przedstawiciele pielgrzymów z Klubu Abstynenta Starter i Gminy Pieniężno z burmistrzem Kazimierzem Kiejdo. Fot. Maria Giedz

Organizatorem, a raczej gospodarzem owych uroczystości była polska placówka dyplomatyczna na Litwie. Ambasador Konstanty Radziwiłł w swoim przemówieniu wyjaśniał powód świętowania tego konkretnego dnia. Otóż 105 lat temu, o godz. 5:12 w Compiègne podpisano układ rozejmowy kończący I wojnę światową.

– Dla Polaków był to punkt zwrotny. Polska wykuła swoją granicę, a najważniejszą postacią był człowiek, wokół którego serca się gromadzimy – mówił Radziwiłł.

Zadał też pytanie dotyczące istoty istnienia Polski i polskości: „Gdzie jest Polska, czym jest Polska?…”

Zdaniem Radziwiłła Polska to serce każdego, kto czuje się Polakiem. I dużego, i małego, wykształconego i mniej wykształconego, ludzi każdego stanu, zawodu, ale także tych, którzy byli, są i którzy będą. To jest Polska. Przywoływanie pamięci o tych wielkich chwilach i ludziach, autorów „dzieła” niepodległości (chodzi o akt uznania suwerenności Polski) to czas, żeby sobie uświadomić, że Polska nie tylko nie ma granic geograficznych, ale również czasowych. Bo my wszyscy Polacy, także Ci, którzy byli przed nami, tworzymy jedną wspaniałą Polskę. To jest pamięć, która jest podstawą do odczuwania tożsamości. Ona jest w nas bez względu na to, gdzie jesteśmy, gdzie mieszkamy i co robimy – twierdził ambasador Radziwiłł. Zaproponował też, aby każdy, kto czuje się Polakiem zadał sobie pytanie: „Co ja mogę zrobić dla Polski w tym konkretnym miejscu i w czasie, w którym los mnie postawił?” Podkreślił, że to pytanie o moją odpowiedzialność za Polskę jest najważniejszym elementem dzisiejszego świętowania. Zdaniem ambasadora ci, którzy zgromadzili się Na Rosie, przy grobach swoich wielkich przodków, nie mają problemu ani z określeniem własnej tożsamości, ani z pamiętaniem o służeniu Polsce i budowaniu Jej jeszcze wspanialszej niż jest obecnie.

Modlitwę poprowadził ks. Mirosław Grabowski, proboszcz parafii św. Rafała Archanioła w Wilnie. Fot. Maria Giedz

Ksiądz Mirosław Grabowski, proboszcz wileńskiej parafii św. Rafała Archanioła podczas niepodległościowych uroczystości modlił się o to, aby młodzi ludzie nigdy nie wstydzili się polskiej mowy, polskiej kultury, ale i za uczestników marszy niepodległościowych i za to spotkanie Na Rosie. Zakończył Modlitwą za Ojczyznę ks. Piotra Skargi:

Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przyniosła Imieniu Twemu a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Nie obyło się też bez odśpiewania polskiego i litewskiego hymnu. A potem delegacje składały kwiaty. Kolejka była wyjątkowo długa. Delegaci mieli więc czas przyjrzeć się młodym, wspaniałym Polakom, którzy żyjąc na Litwie mówią pięknie po polsku, pamiętają o swoich korzeniach, dbają o groby przodków, są uczynni, grzeczni… Dla nas starszych było to niezwykłe przeżycie, a łzy same cisnęły się do oczu.

Kwiaty na grobie Matki i Serca Syna składali i młodzi i starzy. Fot. Maria Giedz

 

Polscy uczniowie z Rejoniu Wileńskiego wymyślili, że w Święto Niepodległości swoją polskość zademonstrują również biało-czerwonymi parasolkami. Fot. Maria Giedz

 

Polscy harcerze z Wileńskiego Hufca Maryi im. Pani Ostrobramskiej opletli polską flagą kwaterę żołnierską z Mauzoleum Matki i Serce Syna na cmentarzu na Rossie. Fot. Maria Giedz

 

Po oficjalnych uroczystościach były też spotkania i wspólne zdjęcia pielgrzymów z Pieniężna z ambasadorem RP w Wilnie Konstantym Radziwiłłem. Fot. Maria Giedz

 

Polski Zespół Ludowy Pieśni i Tańca Ojcowizna z Wileńszczyzny. Fot. Maria Giedz

 

 

JULIUSZ SIKORSKI: Świat wg Kremla, czy mantry rosyjskiej propagandy i dezinformacji wojennej

Rosja swój arsenał walki informacyjnej rozbudowuje co najmniej od kilkunastu lat. Warto zauważyć, że do dezinformacyjnej machiny na stałe wprzęgła własną służbę dyplomatyczną oraz państwowe media, których przedstawiciele bez zażenowania podporządkowują upowszechniany przekaz oficjalnym cynicznym, kłamliwym i pełnych hipokryzji narracjom.

W bazie narracji dezinformacyjnych East Strat Com, zespołu zadaniowego Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, unijnej służby dyplomatycznej, na koniec sierpnia 2023 było 15775 odnotowanych wprost fałszywych lub zmanipulowanych przekazów. Bazę zaczęto tworzyć pod koniec 2015 roku zaś jej powstanie wynikało z przekonania, iż oto europejska Wspólnota znalazła się w ogniu szkodliwych informacyjnych przekazów. Przekazów, których nadrzędne cele określają generowanie chaosu w społeczeństwach państw adresatów, ale także pomiędzy państwami adresatami. Wszak stara rzymska zasada divide et impera wciąż stanowić może skuteczne narzędzie walki z przeciwnikami, bo przecież skłóconymi społeczeństwami i ich rządami łatwiej rozgrywać własne interesy.

Owej bezradności wobec kłamliwych doniesień towarzyszyła także bezradność w obliczu hybrydowej agresji jednego państwa wobec innego niepodległego europejskiego bytu. Po bezprawnej aneksji Krymu, na kolejne bezprecedensowe ingerencje w wewnętrzne sprawy obcych państw, nie trzeba było długo czekać. I choć trudno jednoznacznie oszacować efektywność informacyjnej agresji wobec Wielkie Brytanii (referendum ws Brexit) i USA (wybory prezydenckie) w 2016, to badacze są zasadniczo zgodni, iż działania bezpośrednie i zlecone Federacji Rosyjskiej stanowiły naruszenie integralności demokratycznych procesów tych państw. Wszystko w imię swoiście pojmowanej odbudowy własnej mocarstwowości.

Te blisko 16 tys. dezinformacyjnych doniesień nie ilustruje w pełni problemu, ale gdy uświadomimy sobie, iż potencjał dotarcia z manipulacyjną narracją liczony być może w milionach, a nawet w setkach milionów, budzić powinno to w nas przerażenie.

Współczesna przestrzeń oddziaływania informacyjnego, tzw. infosfera, obejmuje całe spektrum obszarów i narzędzi komunikowania, ale to internet jest podstawowym źródłem informacji, a więc i główną przestrzenią dezinformacji. Dość powiedzieć, że przeciętny mieszkaniec naszej planety spędza na przeglądaniu jego zasobów średnio blisko 2,5 godziny dziennie, choć statystyczny Japończyk czyni to, rzec można, zaledwie około 50 minut dziennie, to już Nigeryjczyk, ponad 4 godziny dziennie spędza na przeglądaniu sieci. Co ciekawe to właśnie w Nigerii obawy związane z zagrożeniami wynikającymi z rozpowszechniania mylących informacji są największe, przekraczają 72% dorosłych użytkowników. Niewiele mniejsze obawy z tym związane towarzyszą Kenijczykom i mieszkańcom RPA. W zestawieniu, które obejmuje 47 państw świata, aż 24 z nich to kraje europejskie, ale co interesujące nie ma wśród nich Ukrainy, co zdaje się świadczyć, iż władze i społeczeństwo tego kraju odrobiło lekcję z dezinformacji. Średnio jednak już ponad połowa (53,9%) użytkowników internetu deklaruje takie obawy.

Obecnie niemal 65% populacji świata korzysta z Internetu, i aż niemal 60% z portali społecznościowych, które jak wynika z licznych już badań w czasie pandemii stały się dla wielu podstawowym źródłem informacji, dodajmy w dużym zakresie niezweryfikowanych. I choć wielkie platformy pod presją sukcesywnie choć najczęściej nieudolnie i zbyt mało efektywnie próbują ograniczać szerzoną za ich pośrednictwem dezinformacją, to dezinformatorzy znajdują nowe sposoby skutecznego przekazu, a to poprzez linki w postach, a to manipulując wynikami wyszukiwarek, a to poprzez źródła pośredniczące (proxy source), w tym także influenserów i  polityków mniej lub bardziej świadomie wpisujących się w narracje dezinformacyjne, a to przez doppelganger (tzw. strony sobowtóry), czy fikcyjny fact checking.

Ale nawet jeśli ktoś nie jest użytkownikiem internetu, to zapewne zna kogoś, kto doniesie mu sensacyjną wiadomość, choć niekoniecznie prawdziwą.

To wszystko sprawia, że żyjemy w świecie splątania informacyjnego, w którym nic nie jest pewne, poza tym, że nic nie jest pewne i że są tacy, którzy starają się to wykorzystywać do własnych niecnych celów. W wymiarze geopolitycznym przoduje w tym, w naszym regionie, oczywiście Rosja, ale nie powinniśmy zapominać o aktywności w tym zakresie takich państw, jak chociażby Chiny, Iran i Korea Północna.

Rosja swój arsenał walki informacyjnej rozbudowuje co najmniej od kilkunastu lat. Warto zauważyć jednak, iż do dezinformacyjnej machiny na stałe wprzęgła własną służbę dyplomatyczną oraz państwowe media, których przedstawiciele bez zażenowania podporządkowują upowszechniany przekaz oficjalnym cynicznym, kłamliwym i pełnych hipokryzji narracjom. Tzw. ekosystem rosyjskiej propagandy i dezinformacji jest oczywiście bardziej złożony, ale instrumentalizowanie instytucji publicznych, podmiotów przynajmniej z założenia zaufania społecznego, manipulujących odbiorcami, uznać należy za wyjątkowo haniebne, choć oczywiście nie jest ten problem obcy zachodnich demokracjom, te jednak generalnie podejmują wysiłki, by się tym nadużyciom przeciwstawiać. Gdy jednak w grę wchodzą wielkie ambicje, którym nie dorównuje potencjał lub umiejętność jego rozwoju, pojawia się mało wyszukane cwaniactwo, bezczelność i awanturnictwo, które w dobie informacyjnej musi zostać obudowane odpowiednim opisem. Nie od dziś w bowiem wiadomo, iż to jak postrzegamy świat ma realne konsekwencje w rzeczywistości.

Rozpad Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i bloku wschodniego, a w konsekwencji utrata kontroli nad częścią dotychczasowej strefy wpływu, ostatecznie wykreowane w Rosji jako jej wielkie upokorzenie, legły u podstaw koncepcji odzyskania pozycji mocarstwowej, tj. należnego jej, jak się dość powszechnie uważa w Rosji, miejsca w świecie. Tęsknota ta wraz z kreacja Zachodu jako wyimaginowanego cywilizacyjnego zagrożenia dla własnej kultury stały się mantrą beneficjentów systemu stworzonego przez Putina i jego środowisko. Służy zresztą także utrzymaniu stworzonego reżimu. Za emanację owego niebezpieczeństwa uznano tam rozszerzanie struktur terytorialnych NATO oraz kolorowe rewolucje w Gruzji i Ukrainie wyrażające społeczne dążenia do demokratyzacji i westernizacji. W obu wspomnianych przypadkach Rosja uznając, iż staje w obliczu potencjalnego pogłębiania lub nawet trwałego uszczuplenia strefy własnych wpływów posunęła się do fizycznej agresji.

Jednak w przypadku agresji wobec Ukrainy, po doświadczeniach gruzińskich, znacznie większe znaczenie przypisano działaniom pozamilitarnym, które w ramach tzw. wojny hybrydowej dużą wagę przywiązują również do oddziaływania informacyjnego. Kierowane było ono niejako do kilku grup odbiorców, przede wszystkim na zewnętrz i do wewnątrz, ale istniała jeszcze trzecia grupa znajdująca się niejako po środku, na granicy oby stref. Tą granicę stanowiła Ukraina właśnie, której kulturowa bliskość oraz znaczna liczba (< 17%) zamieszkujących jej obszar etnicznych Rosjan sprawiały, iż stanowiła ona potencjalnie przynajmniej łatwiejszy cel.

Oczywiście to pewne uproszczenie nie oddaje złożoności sprawy. Pamiętać musimy o tym, iż technologie informacyjne pozwalają docierać do odbiorców różnorodnych doniesień, ci zaś najczęściej kierowani ograniczeniami własnej percepcji, wynikającymi chociażby z oszczędności poznawczej, wybierają spośród nich te, które utwierdzają ich w dotychczasowych przekonaniach, a te mogą być przecież odległe od fatycznego stanu rzeczy. Dość powiedzieć, że z prowadzonych na całym świecie badań wynika, iż około połowy populacji wierzy teorie spiskowe.

Rosyjskie kampanie informacyjne wobec Ukrainy mają już dość długą tradycję. Wiktora Janukowycza wspierano nie tylko w wygranych przez niego wyborach w 2010, ale także wcześniejszych, których obnażone manipulacje stały się katalizatorem społecznych protestów zwanych „pomarańczową rewolucją”. Jego przegrana i ucieczka z kolei sprowokowały Rosję do aneksji Krymu, najpierw, zaś kilkanaście tygodni później stymulowała proklamacje dwóch separatystycznych republik na wschodzie Ukrainy.

Jak wspomniano na wstępie europejska baza dezinformacyjna prowadzona przez East StratCom nie obejmuje okresu sprzed 2015. Zresztą ten rok, ale i kilka kolejnych lat, to okres rozbudowy potencjału zespołu, co oczywiście musiało mieć przełożenie na efektywność jego pracy. Przyjąć jednak możemy, iż w przededniu wyborów europejskich w 2019 były one wystarczająco dojrzałe, a doświadczenie brytyjskie i amerykańskie tylko to dojrzewanie przyspieszyły. Wielkie obawy o zachowanie ich integralności, a co za tym idzie i wysiłki podjęte by jej nie naruszono sprawiły, iż Rosji nie udało się istotnie wpłynąć na procesy demokratyczne w Unii. Dość powiedzieć, że we wspomnianej bazie dezinformacyjnej odnotowanych zostało nieco ponad 40 doniesień dezinformacyjnych. Jednak już rok później, nie tylko europejska Wspólnota, ale i cały świat stanął wobec totalnego wyzwania, także informacyjnego. Pandemia i towarzysząca jej infodemia, dezinformacyjnie podsycana przez Rosję, wyrażona jest w owej bazie ponad tysiącem doniesień, uwzględniających również podsycane kontrowersje wokół szczepionek. Bezprecedensowo przebijają je jednak narracje dezinformacyjne dotyczące wojny w Ukrainie. Na przestrzeni ośmiu ostatnich lat odnotowano tam blisko 2,5 tysiąca fałszywych bądź zmanipulowanych doniesień, z których niemal połowa wygenerowana została na przestrzeni minionego i obecnego roku. Jednak ogółem narracji dezinformacyjnych na temat samej tylko Ukrainy w bazie jest ponad 5 tys.

Musimy mieć jednak świadomość, iż w tej mnogiej liczbie doniesień rezonuje zaledwie kilka metanarracji, których różnorodne odsłony mają zakorzeniać się w świadomości odbiorców coraz głębiej. I nawet jeśli pojawiają się w nich nowe quasifakty, to i tak ich rola sprowadza się najczęściej do potwierdzania już wprowadzonych i funkcjonujących w przestrzeni informacyjnej kłamliwych bądź mylących tez lub takich którym nadrzędnym zadaniem jest odciągnięcie uwagi od rzeczywistych problemów.

Źródło: obliczenia własne na podstawie danych zgromadzonych w bazie EUvsDisifino, stan na 29.8.2023.

 

Niemniej jednak wspomniane dane znakomicie odzwierciedlają intensyfikacje przygotowań do napaści. Szczególnie widać to w roku poprzedzających kolejną po 2014 napaść, gdy na przełomie marca i kwietnia 2021 wielkiej koncentracji rosyjskiego wojska i sprzętu przy granicy z Ukrainą towarzyszyła informacyjna ofensywa temu przecząca. Narracje te zresztą podsycano przez kolejnej miesiące mimo, iż fakty doniesieniom tym ewidentnie przeczyły. Mało tego permanentnie podkreślany brak agresywnych zamiarów oraz oskarżenia o ich posiadanie wobec separatystycznych republik przez rzekomo neonazistowską Ukrainę, popychaną do wojny przez rzekomo rusofobiczne USA i NATO, które wykorzystują ją jedynie do realizacji własnych celów. Takie przedstawienie sprawy miało kreować w świadomości obywateli Federacji Ukrainę jako wroga, co uznać należy za fiasko koncepcji jednego narodu, w łonie samych Ukraińców miało pogłębiać wewnętrzne podziały, zaś dla opinii międzynarodowej stanowić dobitne uzasadnienie rosyjskich działań.

Źródło: obliczenia własne na podstawie danych zgromadzonych w bazie EUvsDisifino, stan na 29.8.2023.

 

Kreację Rosji jako ofiary zachodniego wyrachowania wzmacniano przekazami o jakoby złamanych zobowiązaniach do nierozszerzania NATO, których nikt nigdy Rosji nie składał. Tymi bezpodstawnymi oskarżeniami Kreml próbuje rozmywać własną porażającą hipokryzję i bezczelne łamie traktatów i układów międzynarodowych, w tym także tych, w których dał Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa. Zamiast tego pogłębiając kreację schizofrenicznej rzeczywistości rosyjski MSZ wystąpił z propozycją podpisania dwóch dokumentów mających Federacji Rosyjskiej, która czuje się oblężona przez swoich wrogów, zapewnić bezpieczeństwo. Ta quasi pokojowa inicjatywa bez zażenowania wykorzystywana w rosyjskich narracjach jako najlepszy dowód koncyliacyjnych intencji, w istocie artykułował groźby pod adresem NATO, które w odpowiedzi zaproponowało rozmowy. Rzecz jasna, w obliczu kompletnego braku woli i roszczeniowej postawy rosyjskich przedstawicieli, nie mogły one przynieś deeskalacji napięcia, które jak chcieliby prokremlowscy propagandyści stanowiło pokłosie obrony rosyjskich interesów, ochrony rosyjskojęzycznej ludności przez masowymi mordami, czy stosowanie przez Ukrainę broni chemicznej w na terytoriach samozwańczych republik.

Wszystkie wspomniane uprzednio narracje Putin powtarzał w uporem maniaka w orędziach i wystąpieniach, poczynając od tego wygłoszonego w dniu napaści, 24 lutego. Zakrzywiając rzeczywistość nazwał ją wówczas „operacją specjalną” w obronie Rosji oraz powołanych pod jej auspicjami separatystycznych republik przed „neonazistowskim reżimem” szykującym atak bronią biologiczną tworzoną w amerykańskich laboratoriach w Ukrainie. Prokremlowscy propagandyści szli jednak znacznie dalej twierdząc, iż Zachód dozbraja ją w broń atomową, co bez wątpienia usprawiedliwiać miało buńczuczne groźby użycia takiej borni w obronie własnych interesów zagrożonych rzecz jasna przez ekspansję NATO, UE i USA.

Szybka odpowiedzieć Zachodu na tę bezpardonową agresję, w postaci kolejnych pakietów sankcji wobec Federacji Rosyjskiej, których celem było i jest osłabienie jej potencjału ekonomicznego, a przez to ograniczenie możliwości finansowania wojny, sprawiają jej coraz większe faktyczne trudności. Ponieważ Rosja jest ważnym producentem żywności i nawozów sztucznych z objętych embargami sektorów wyłączono te, których blokady generować mogłyby kryzys głodu. Rosyjska propaganda jednak, a w ślad za nią i chińska, uczyniły z nich przyczynę światowego niedoboru i wzrostu cen żywności, choć sama stosuje na nie cła. W istocie jednak, w obliczu fiaska rosyjskiego „blitzkriegu” i w konsekwencji celowych działań uderzających w ukraińskie rolnictwo, będące także ważnym światowym producentem zbóż, w tym efekcie blokady ich eksportu (o co zresztą oskarżała Ukrainę), Rosja z premedytacją postawiła świat w obliczu kolejnego kryzysu destabilizując światowe rynki żywności. Swoimi narracjami zaś permanentnie obarcza odpowiedzialnością za ten stan rzeczy Ukrainę, a podsycając strach przed głodem próbuje osłabiać globalne wsparcie dla niej.

Na tej kanwie kreowane są także rozmaite zarzuty wobec Ukrainy kierowane do dotychczasowych odbiorców produkowanych przez nią zbóż, ale także szerzej, do państw zmagających się z problemem głodu, oraz samego Zachodu, o wykorzystywanie ich w rozliczeniach za zakup broni. Przy tej okazji także Zachód i szczególnie UE są wmontowywane w narracje obarczające je winą za ten kryzys. Do samych Ukraińców zaś adresowano narracje grożące powtórką wielkiego głodu z początku lat 30. minionego stulecia, który pochłoną, jak się szacuje około 6 milionów ofiar, a który zgotował Ukraińcom Stalin, o czym oczywiście kremlowskich doniesieniach się już nie wspomina. Z kolei dla odbiorców wewnętrznych w Rosji, choć dotąd konsekwentnie, mu zaprzeczano, kreowano narracje, w których rosyjska blokada portów czarnomorskich udaremnia powtórkę z historii, do której zmierzają władze w Kijowie.

Jednocześnie okrucieństwa wojny i bestialskie rosyjskie ataki na infrastrukturę i ludność cywilną przez aparat propagandowo-dezinformacyjny Kremla są z reguły negowane i wykorzystywane do obarczania winą za nie sił ukraińskich, którym zarzuca się nieudolność. Sprzyjają temu nieszczęśliwe wypadki, jak ten, gdy jeden z ukraińskich pocisków spadł na terytorium Polski zabijając dwie osoby. Zbudowane na ten niwie narracje kreować miały w Polsce nastroje antyukraińskie, ale wykorzystywane były również szerzej do zniechęcania Zachodu do zaopatrywania Ukrainy w broń.

Wbrew faktom Rosja nieustanie kreując się na obrońcę tradycyjnych wartości i świata bez nazizmu stymulowanego przez Zachód zdaje się dowodzić, iż do konfliktu została sprowokowana przez jej osaczanie, a także w obliczu dziejącego się na ludności rosyjskiej w Ukrainie ludobójstwa. Mało tego zmierza do sakralizacji swoich bestialskich działań, czyniąc z nich niemal chrześcijańską krucjatę przeciw szerzącym się siłom zła, które pchają świat także w objęcia kryzysu żywnościowego i energetycznego w imię własnych partykularnych interesów, co szczególnie uderza w najbiedniejsze regiony świata. Sama Rosja stojąc w obliczu nielegalnych sankcji radzi sobie doskonale, jednak destabilizują one światową gospodarkę i istotnie pogarszają standard życia ludzi na świecie. Rosja w obronie świata tradycyjnych wartości faktycznie walczy z zachodnim imperializmem, który rękami sztucznego państwowego tworu jakim jest Ukraina próbuje ją unicestwić. Jej ziemie zresztą stanowią historyczne dziedzictwo się Rosji.

Cyniczny i bezbożny Zachód w swoich dążeniach gotów jest do użycia wszelkich środków, w tym niekonwencjonalnych produkowanych w tajnych laboratoriach w Ukrainie, zatem użycie przez Rosję w obronie własnej broni atomowej jest jak najbardziej uzasadnione, a tym bardziej rozmieszczenie jej na terytorium sojusznika, Białorusi. Taki konflikt zakończyć może jedynie absolutne zwycięstwo Rosji lub wojna światowa, Owa konfrontacja niesie jednak światu nadzieję na nowy lepszy porządek.

W całej tej masie niedorzeczności zwrócić należy uwagę choćby na jedną wyjątkowo perfidną, oskarżenia Ukraińców o nazim, czy neonazizm, których popularność w Ukrainie była niszowa, a których zwalczanie ma stanowić usprawiedliwienie rosyjskiego bestialstwa wojennego. W istocie jednak, sam Putin jest przecież orędownikiem nacjonalizmu, fetując „Nocne wilki”, obnoszący się z symbolami nazistowskimi przestępczy gang motocyklowy, czy wspierając realizację własnej polityki na prywatnej armii, którą dowodził neonazista o niezwykle wymownym pseudonimie „Wagner”.

Mimo ogromnego zaangażowania instytucjonalnego, społecznego i finansowego, rosyjskiej wizji świata społeczeństwa zachodnie się opierają. Choć ich postawy w poszczególnych państwach są zróżnicowane, to jednak w połowie roku generalnie 2/3 Europejczyków i Amerykanów popierało zakup sprzętu wojskowego dla Ukrainy. Niemal tyle samo tych ostatnich wspierało idee odzyskania przez Ukrainę całego utraconego terytorium, nawet jeśli konflikt będzie się przedłużał. Ponadto według najnowszych sondaży Eurobarometru 72% Europejczyków popiera nałożone na Rosję sankcje gospodarcze, 88% uważa, że należy zapewnić pomoc humanitarną osobom dotkniętym wojną, zaś 86% akceptuje przyjęcie uchodźców wojennych w UE.

Z kolei w samej Rosji, jak podaje w raporcie z 20 lipca Public Opinion Monitoring Unit, dostrzegalne zaczyna być zmęczenie konfliktem. Spada liczba zwolenników jego kontynuacji, teraz to zaledwie co czwarty badany, a większość Rosjan (53%) uważa, iż należy podjąć negocjacje pokojowe.

To krzepiące doniesienia. Nie powinniśmy jednak zasypiać gruszek w popiele. Dezinformacyjna hydra nie śpi.

Juliusz Sikorski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.