WALTER ALTERMANN: „Mega dziwne” i nieustające zaskoczenia językowe

Ostatnio pewna pani, dobrze pod czterdziestkę, stwierdziła w TVN, że coś tam jest „mega ciekawe”. Posmutniałem, bo język licealistów wtargnął już na dobre do języka naszych mediów. Czasami jest to zabawne, ale i tak smutne, bo infantylne.

 

Oczywiście jest problem dla psychologa – dlaczego dorośli, dojrzali ludzie używają publicznie pojęć niejasnych, nieokreślonych i dziwnych? Jednym z takich słówek jest „mega”. Coś jest mega, coś jest cool, coś jest giga. Otóż myślę sobie, że powody są trzy.

Pierwszy powód – dorośli ciągle chcą być młodzi, od dawna już chodzą w T-shirtach, w jeansach i trampkach. Jednak czas robi swoje i dorośli jakoś nie młodnieją, a wręcz przeciwnie. Jednak ludzie dorośli, a nawet starzejący się, nie chcą tego przyjąć do wiadomości i zachowują się jak dzidzie-pierniki. Bywa to śmieszne, a nawet tragikomiczne.

Powód drugi – dorośli chcą być akceptowani przez młodych, chcą zachowywać się i mówić językiem swych dzieci i wnuków, w nadziei, że zatrzymają czas.

Powód trzeci – żyjemy w kulturze terroru młodości, bo starość jest przykra, nieatrakcyjna fizycznie i przypomina nam o końcu, jaki czeka nas wszystkich.

Biorąc pod uwagę to co wyżej – dorośli zachowują się jak idioci, próbując oszukać czas, nie potrafiąc korzystać z uroków wieku poważnego. A przynosi on swoje atrakcje. Nie wiem czy należy do nich bieganie po parkach, raczej jest to czas na „pogłębioną refleksję”, na czytanie poważnych dzieł, na odwiedzanie muzeów – na co nie mieliśmy czasu, gdy trzeba było wychować dzieci.

 

Stopniowanie przymiotników

Przy okazji tych poważnych myśli o młodości i starości, zajmijmy się językiem polskim, na przykładzie owego „mega ciekawe”. Zatem – mamy dwie odmiany przymiotników.

 

  1. Regularne stopniowanie przymiotników oraz przysłówków odprzymiotnikowych tworzy się następująco:

  • formy stopnia wyższego tworzymy regularnie, dodając do tematu przymiotnika w stopniu równym przyrostek -szy lub -ejszy (szybszy, ładniejszy, piękniejszy), a do tematu przysłówka w stopniu równym przyrostek -ej (szybciej, ładniej, piękniej).
    • formy stopnia najwyższego tworzymy, dodając do stopnia wyższego przymiotnika lub przysłówka przedrostek naj- (najszybszy, najładniejszy, najpiękniejszy, najszybciej, najładniej, najpiękniej). Stopniowanie regularne jest również nazywane stopniowaniem prostym.

 

  1. Stopniowaniu nieregularnemu podlega tylko kilka przymiotników: duży — większy — największy (ściślej mówiąc, w tym przypadku przymiotnik duży otrzymał stopień wyższy i najwyższy przymiotnika wielki), mały — mniejszy — najmniejszy, dobry — lepszy — najlepszy, zły — gorszy — najgorszy.

 

I na koniec dowcip językowy, stary, bo przedwojenny, zaczerpnięty z przedwojennych kabaretów: A jak należy stopniować przymiotnik „chory”? To proste: stopień podstawowy – chory, stopień wyższy – chorszy, stopień najwyższy – trup.  

Nieznany cezar antycznego Rzymu

Viasat History Polsat, 7 XI, 2023 r. Program o starożytnym Rzymie. Lektor czyta: „Cesarz Wespezjan, panował w latach…”

Cesarz, dość znaczący w historii, nazywał się naprawdę Wespazjan i panował w latach w latach 69–79. Jednak lektor kilkukrotnie mówi o Wespezjanie. Dlaczego? Być może lektor – a może również tłumacz i redaktor polskiej wersji – znają angielski, nie znając zupełnie historii Europy?

Przy okazji. Jedno jest pewne – Anglicy o wiele gorzej niż Polacy wymawiają łacinę. My wymawiamy bardzo dobrze, w czym są zgodni wszyscy językoznawcy. A u Anglików major to mejdżer, cezar to sizer. Więc radziłbym unikać angielskich wzorców, w wymawianiu łaciny po polsku.

Hojny ZUS

Od pewnego czasu w różnych internetowych portalach pojawiają się tytuły, zachęcające do przeczytania – szczególnie przez emerytów. Ostatnio rewelacja była taka: „300 zł dla każdego od ZUS”.

Żywotnie zainteresowany, bo jestem emerytem, czytam. I dowiaduję się, że te tytułowe 300 zł otrzyma każdy, jednak pod warunkiem, że wylegitymuje się stwierdzoną niepełnosprawnością. Bo te 300 zł są dodatkiem pielęgnacyjnym. Rozważyłem rzetelnie wszystkie za i przeciw. I wybrałem pełnosprawność, bo samookaleczenie się za jedyne 300 zł miesięcznie, to nie jest dobry interes.

Innym – całkiem niedawnym – razem, czytam w nagłówku informacji, że istnieje prosta możliwość uzyskania dodatku emerytalnego w wysokości 5.000 zł miesięcznie. Jednak tekst wyjaśnia, że trzeba dożyć 100 lat, żeby ZUS płacił miesięcznie po 5.000 zł. Faktycznie to proste. Nie trzeba nic robić, tylko żyć do setki. Ale też… na co stulatkowi te dodatkowe 5.000 zł miesięcznie? Niby można poszaleć, ale ZUS nie gwarantuje zdrowia na te szaleństwa.

Tak się zastanawiam, kto jest sponsorem tak radośnie optymistycznego obrazu ZUS? Może rząd, ale bardziej stawiałbym na marketingowców ZUS-u.

 

 

To dzieło powinni znać wszyscy, ale nie każdy rozumie – WALTER ALTERMANN: Dziady 2023

Pamiętam dobrze dwie wielkie inscenizacje „Dziadów” Mickiewicza. Pierwsza, to obrosła legendą polityczną inscenizacja Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym, druga to wspaniała inscenizacja Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze w Krakowie. Dlatego też byłem wielce ciekawy najnowszej telewizyjnej inscenizacji, choć od początku miałem obawy.

Telewizja Polska mocno zapowiadała te „Dziady”, podkreślając, że ich największą atrakcją i atutem będzie to, że dzieło Mickiewicza zagrane będzie na żywo, a miejsca akcji będą historyczne i autentyczne:

„Pierwsza w historii realizowana i emitowana „na żywo” z Wilna inscenizacja dzieła Adama Mickiewicza, które zaważyło na losie Polaków. „Dziady. Śladami Adama Mickiewicza” składać się będą z trzech odrębnych scen, zaczerpniętych z II oraz III części dramatu. Każdą z części przygotuje inny reżyser w innym miejscu Wileńszczyzny. Widowisko rozpocznie scena z II części Dziadów, która odbędzie się na Górze Krzyży na Cmentarzu Szawelskim w reżyserii Jarosława Kiliana. W drugiej części, reżyserowanej przez Jarosława Gajewskiego, wybrzmi Wielka Improwizacja w zabytkowej Celi Konrada, nieopodal Ostrej Bramy, przy klasztorze Bazylianów, w którym w XIX wieku więziono młodzież wileńską podczas procesu Filomatów i Filaretów.
Jako ostatnią zobaczymy scenę balu u Senatora, która odbędzie się w Sali Kolumnowej Uniwersytetu Wileńskiego i zostanie przygotowana przez reżyser Magdalenę Małecką-Wippich oraz choreografa Jacka Przybyłowicza.

Całość poprzedzi wprowadzenie na cmentarzu w Solecznikach, na którym sam Mickiewicz w 1821 roku obserwował obrzęd Dziadów. Przewodnikiem po fundamentalnych dla romantycznego arcydramatu miejscach i swoistym Narratorem będzie Przemysław Stippa. Trzy koncepcje reżyserskie łączyć będzie genius loci Wilna i okolic, które kształtowały wyobraźnię polskich romantyków”.

Moje obawy wstępne – przed obejrzeniem spektaklu

Przeczytawszy tę zapowiedź spektaklu, popadłem w stan głębokich obaw. „Dziady” są najwybitniejszym polskim dramatem, a z zapowiedzi wynikało, że nie będzie to cały dramat, a jedynie fragmenty. O czym już w zapowiedziach telewizyjnych mowy nie było. Jak na „największą świętość” polskiego teatru, wydało mi się, że producent poszedł na całość w kwestii autoreklamy. A realizacja „Dziadów” to nie jest dzieło na miarę Sylwestra z Tatrami w tle i chyba nie można ich na równi reklamować.

Jestem przekonany, że siła i nośność „Dziadów” nie leży w rozgrywaniu dramatu w miejscach autentycznych, bo jest to utwór napisany na teatr. Owszem, są w nim umieszczone odwołania do miejsc autentycznych, historycznych, ale jednocześnie autor zostawiał realizatorom możliwość wystawienia dramatu w teatrze, miejscu sposobnym do „skomponowania przestrzeni”. Tym bardziej, że zagranie „Dziadów” w miejscach prawdziwych i historycznych odbierze dziełu – tak myślałem – walory sztuki. Owszem dzieło Mickiewicza rozgrywa się w Wilnie, ale ma też wielki wymiar ponadczasowy i „ponad miejscowy”, a zamknięcie go w naturalistycznych wręcz wnętrzach spłyca niejako głębokie i światowe przesłanie.

Być może – tak przypuszczałem, pozostając w wielkich obawach co do efektu – twórcom chodziło o rozegranie, uwypuklenie antyrosyjskiej wymowy „Dziadów”, bo od zawsze miały one charakter antyrosyjski. Ale też nie są jedynie antyrosyjską agitką. Są o wiele bardziej głębokie i wielopoziomowe. Co najlepiej zrozumiał Konrad Swinarski. Jego „Dziady” to historia człowieka cierpiącego, którego zżera i przeraża własna wrażliwość. Bohater Swinarskiego cierpi również niewolę rosyjską, ale tych jest „niewól” o wiele więcej – zgodnie zresztą z duchem i doktryną Romantyzmu. Zauważenie przez reżysera owych „niewól” bohatera Romantyzmu jest podstawowym jego obowiązkiem. Romantyzm niemiecki, a tam się cały ten okres zaczął, podejmował temat niewoli społecznej i życia w okowach konwenansu. To trzeba wiedzieć – po prostu – gdy podejmuje się reżyserii „Dziadów”, bo z pominięciem płaszczyzny ograniczania bohatera przez świat zewnętrzny, własnego ciała i własnej psychiki, a wreszcie losu i Boga, powstanie utwór płaski, jak ekrany najnowszych telewizorów.

Potwierdzenie najgorszych moich przypuszczeń – po zobaczeniu spektaklu

Niestety „Dziady” telewizyjne roku 2023 są jedynie antyrosyjską agitką. Nie wiem czy o to chodziło trzem reżyserom, ale tak wyszło. Główny bohater zaś jest jedynie znerwicowanym szaleńcem, gdy u Swinarskiego i Dejmka był wrażliwym i mądrym filozofem.

Szczególnie przerażający, a nawet niezamierzenie śmieszny, był epizod Konrada w celi. Aktor miotał się, popadał w deliryczne drgawki, a kamera – widząca go przez kratę – cały czas też drgała, chwilami również odjeżdżając, a chwilami dojeżdżając od twarzy aktora. Zapewne miało to znaczyć, że jest groźnie i niebezpiecznie, gdy chodzi o ducha i życie bohatera. Ja jednak obawiałem się, że kamerzysta jest w zagrożeniu.

Nie zrozumiałem też zupełnie, dlaczego spektakl emitowany był na żywo? Może chytrzy Litwini nie dali TVP czasu na wcześniejszą rejestrację? „Chytry Litwin” to żart, choć Sienkiewicz traktował ten epitet serio i jako cechę pozytywną, bo chytry to przebiegły.

Co do autentyzmu miejsc grania „Dziadów” … Okazało się, że cela była zwykłą celą. Bal u Senatora, zagrany był w niedużej sali z kolumnami. Reżyser umieścił na pierwszym planie – z lewej strony – biurko, a za nim jakiegoś kancelistę, który cały czas coś pisał. Tym samym sceny i dialogi zeszły na prawą stronę i w głąb. Sala z kolumnami była rzęsiście oświetlona, przez co – proporcjonalnie – aktorzy tonęli w mroku. Naprawdę nie warto było jechać aż do Wilna. Tak marną dekorację można było zrobić w każdym polskim teatrze. To, że coś jest autentyczne, zabytkowe i cenne historycznie, nie daje gwarancji, że nada się dla teatru.

Naprawdę, z okazji 1 listopada 2023 roku byłoby taniej odwiedzić Litwę i zrobić dobry reportaż o miejscach, które przywołuje w „Dziadach” Mickiewicz.

Zaprawdę, powiadam Wam, że nie ma trudniejszego do zrealizowania dzieła, niż „Dziady” właśnie. I jeżeli ktoś ma zamiar epatować autentycznymi miejscami i szaleństwem bohatera, to lepiej by dla niego – nawet całej trójki reżyserów – żeby zajęli się czymś prostszym, dla nauki zawodu.

Dawniej z „Dziadami” też różnie bywało

W powojennym trzydziestoleciu było dwanaście premier „Dziadów”. Kilka sięgnęło wyżyn teatralnej doskonałości, a wśród nich inscenizacja Mieczysława Kotlarczyka na scenie Teatru Rapsodycznego w Krakowie (1961), Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym (1967), Konrada Swinarskiego w krakowskim Teatrze Starym (1973). Wiele pochwał ze strony krytyki zebrały też przedstawienia Krasowskich w Nowej Hucie i w Warszawie (1962 i 64). Bohdana Korzeniewskiego w Teatrze Słowackiego (1963), Jerzego Zegalskiego w Białymstoku (1965), głośną sensacją były przed laty adaptacje Grotowskiego w teatrze „13 rzędów” w Opolu… – pisze Maria Brzostowiecka, tekst z portalu Encyklopedia Teatru Polskiego.

Widziałem też „Dziady”, które zrealizował również Adam Hanuszkierwicz w roku 1978, na małej scenie Teatru Narodowego. Nosiły tytuł: DZIADY. Część III. Ustęp. RELACJA O CZYNIE. Spektakl był rozgrywany w małych i niskich pomieszczeniach Domów Handlowych przy Alejach Ujazdowskich. „Dziady” Hanuszkiewicza pełne były „nowoczesności”. Nawet Konrad latał nad sceną w spadochronowej uprzęży. Te „Dziady” przerażały niezbornością pomysłów reżysera, odwolywaniem się do pop-kultury, efekciarstwem i po prostu tandetą.

W recenzji w „Polityce”, ukrywający się pod pseudonimem „Koniecpolski”, dobry znawca teatru, napisał, że nie da się porównać „Dziadów” Swinarskiego z „Dziadami” Hanuszkiewicza, bo to tak, jakby porównywać gotycką katedrę z kupą kamieni. Niestety ostatnie telewizyjne „Dziady” nie są nawet kupą kamieni. Są jedynie pretekstem do zagrania tekstu, a w kilku aktorskich przypadkach właściwie do jego wyrecytowania.

Krótkie motto zamiast podsumowania

Nie mam zamiaru nikogo z realizatorów obrażać. Dlatego skończę mottem, którym niech będą słowa Kazimierza Dejmka: „Facet, który zerżnie dąb Bartek idzie siedzieć, bo Bartek to narodowy pomnik. Ale jak ktoś zniszczy „Kordiana”, to mówią, że to twórcze odczytanie i nowatorskie”.     

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dokąd Niemcom tak spieszno?

Być może stoimy przed największym zagrożeniem dla polskiej państwowości od dziesiątków lat. I słusznie obawiamy się skutków tego zagrożenia. Warto jednak również pamiętać, że to co nas przeraża, jest paradoksalnie objawem słabości przerażających.

Niesłusznie mówi się o „federalizacji UE”, to określenie zakłamuje istotę procesu, którego jesteśmy świadkami. Słowo „federalizacja” zakłada jakąś równość podmiotów. Tymczasem proponowane zmiany, ze zniesieniem weta na czele, sprawią, że wpływ państw mniejszych na wspólny los ogromnie spadnie, a wpływ państw takich jak Niemcy czy Francja, ogromnie wzrośnie. W zasadzie najwięcej do powiedzenia mają mieć Niemcy. Myślę, że właściwszym słowem byłaby tu „centralizacja”

Trudno nie postrzegać tego jako podstępnej realizacji odwiecznych postulatów niemieckiego nacjonalizmu, tym razem pod płaszczykiem „wartości europejskich”. Jeśli dodać do tego oparcie na ideach neomarksistowskiego „Manifestu z Ventotene” oraz iluzoryczność „europejskiej demokracji”, najzupełniej uzasadnione są porównania do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. A jeśli wziąć pod uwagę, że zmiany mają postawić Niemców w roli europejskich ubermenschów, nas w roli untermenschów, a Polskę w roli niemieckiego Lebensraum, uzasadnione wydaje się porównanie do IV Rzeszy.

Skąd ten pospiech?

Skąd się natomiast bierze ten pośpiech i chęć ukrycia tego miażdżącego procesu za nerwowymi zapewnieniami, że „w zasadzie nic się nie dzieje, jeszcze dużo czasu, a w ogóle to odebranie nam prawa decydowania o sobie, leży w naszym interesie”? Otóż bierze się z dwóch źródeł.

Po pierwsze w jakimś sensie Niemcy się walą. Same i bardzo konsekwentnie podcięły sobie korzenie wzrostu, z jednej strony uzależniając się od taniego gazu z Rosji, który nie bez problemów zniknął po rosyjskiej inwazji i opierając energetykę, po jednoczesnym zamknięciu elektrowni atomowych, na marzeniach o „tanim prądzie” z wiatraczków i słoneczka. Jakby tego było mało, zawaleniu, choć być może chwilowemu, uległa nie tylko geostrategiczna koncepcja wspólnej z Rosją przestrzeni „od Lizbony do Władywostoku”, ale również „plan B” polegający na ścisłej współpracy z Chinami. Sprytni Chińczycy owszem, wzięli technologie, ale teraz sami sobie produkują samochody elektryczne i niemieckich nie potrzebują. Niemcy desperacko potrzebują żebyśmy, w Europie środkowej i wschodniej, zostali ich „Chińczykami”, rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej. Jeśli dołożyć do tego katastrofę społeczną wywołaną niekontrolowaną migracją, katastrofę polityczną związaną ze wzrostem poparcia dla AfD i katastrofę finansową związaną z orzeczeniem niemieckiego TK o nieprawidłowej relokacji 60 mld euro, co spowodowało ogromną wyrwę w budżecie, mamy mniej więcej pełen obraz czarnej dziury w jakiej znajdują się nasi zachodni sąsiedzi.

Po drugie, Europa wymyka się Niemcom z rąk. Oczywiście, że ciągle wielu narodom mogą zrobić krzywdę, Polakom znowu zrobili. Ale spójrzmy szerzej. Hiszpanie powstali przeciwko swoim hurraeuropejskim socjalistom, Włosi choć niestety mocno uzależnieni od brukselskiej łaski, to wściekli, Szwedzi się wymknęli, we Francji umacnia się Front Narodowy, Węgry wiadomo, w Polsce (szkoda, że sam jeszcze do tego nie doszedł) PiS wcale nie został rozbity, a wczoraj w nocy dowiedzieliśmy się, że tradycyjnie na niemieckie posyłki Holendrzy, postanowili najwięcej mandatów dać Geertowi Wildersowi i jego eurosceptycznej Partii Wolności. I dlatego w działaniach brukselskich, a w istocie berlińskich mandarynów, jest tyle pośpiechu i nerwowości.

– Geert Wilders, lider skrajnie prawicowej Partii Wolności zdobył najwięcej głosów w środowych wyborach w Holandii – wynika z exit polls. O jakiej federalizacji Europy tu w ogóle mowa – napisał na Twitterze publicysta Sorosowej Rzepy Jędrzej Bielecki, zwykle stanowiący z racji zabawnie „entuzjastycznego” wobec „nadchodzącej waadzy” stosunku, twitterowe pośmiewisko. I ja się z nim zgadzam.

Niemcy zapominają

Przy czym daleki jestem od entuzjazmu, czy hurraoptymizmu, to co się dzieje na brukselskich (czytaj – berlińskich) salonach, jest dla nas bardzo groźne, a postawa zdrajców głosujących za odebraniem Polsce suwerenności, odrażająca. Pewna nadzieja jednak w tym, że Niemcy znowu zapominają o tym, że może i są „najsilniejsi w Europie”, ale nie są silniejsi od całej reszty Europy.

Jednym z najbardziej histerycznie powtarzanych przez brukselskich (czytaj – berlińskich) mandarynów zaklęć jest „populiści chcą zniszczyć zjednoczoną Europę”. A tymczasem, szczególnie biorąc pod uwagę skąd się popularność owych „populistów” bierze, stwierdzenie, że „zjednoczona Europa doskonale sobie z autodestrukcją radzi sama”, wydaje się oczywistością i truizmem.

O piekle komunistycznej Polski pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Rakowiecka – Polska Golgota

24 listopada 1904 r. w Warszawie przy ul. Rakowieckiej władze carskie uruchomiły więzienie karne. W latach 1939-1945 służyło Niemcom. Po II wojnie światowej stało się najcięższym więzieniem politycznym Polski tzw. ludowej, symbolem rządów komunistycznych lat 1945-1989, a także uzależnienia od Związku Sowieckiego. Szczególnie do 1956 r. ginęli tu żołnierze i działacze niepodległościowi. Ich ciała zrzucano następnie do dołów śmierci za murem Powązek Wojskowych.

Ci, którzy wolną Polskę umiłowali ponad wszystko, są dziś identyfikowani po wydobyciu z bezimiennych jam grobowych na „Łączce”. W więzieniu mokotowskim byłem kilkakrotnie (na początku lat 90. z Ojcem, który spędził tu kilka lat życia). Ale nie muszę wcale wchodzić do środka, spacerować po korytarzach słynnego X Pawilonu, którym rządziła bezpieka, „zwiedzać” cel, przechodzić ciemnym, podziemnym korytarzem, w którym polskim patriotom strzelał w tył głowy Piotr Śmietański, a potem Aleksander Drej, aby poczuć, jak straszne jest to miejsce. Może to dziedziczne? Może udziela mi się więzienna trauma Ojca, któremu „oficer” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego powiedział podczas jednego ze „spotkań”: „My wiemy, że ty masz twardą d…, ale obok mamy kogoś, z kogo wszystko wybijemy”. W celi obok siedziała żona Ojca. Ubeckie „badania” spowodowały poronienie dziecka.

Rodzima Łubianka

Dzieje Rakowieckiej odzwierciedlały historię całego kraju: powolne pogrążanie się w systemie totalitarnym, okresy odwilży, buntu, aż po powiew wolności w 1989 r. W ciągu minionego półwiecza więzienie na Rakowieckiej – najdłuższej, jak mawiano, ulicy w Warszawie – było tym, czym X Pawilon Cytadeli w okresie zaborów, czy aleja Szucha w latach okupacji niemieckiej.
„Siedzieliśmy w warunkach na tyle luksusowych, działaliśmy przy otwartej kurtynie dzięki roli mediów, że nie można było nas wykończyć, tak jak wykończono pokolenie, które walczyło o niepodległość w latach 40., 50.”. Powiedział to Czesław Bielecki, opozycjonista, architekt, polityk w filmie „Rakowiecka” w reżyserii Jolanty Kessler, opowiadającym dzieje więzienia. Współtwórca filmu – Józef Szaniawski, który na wolność wyszedł wiosną 1990 r., jako ostatni więzień polityczny PRL, określił to ponure miejsce na warszawskim Mokotowie mianem polskiej Łubianki. Przez Rakowiecką przeszły dwa pokolenia Polaków. Kiedy na mocy amnestii w 1956 r. mury katowni opuszczali więźniowie Stalina i Bieruta, ich miejsce zajmowali nowi „wrogowie ludu”. Ci z roku 1968, 1970, 1976, 1981…

Ci, co przeżyli

Jest jeszcze film Marii Dłużewskiej „Ci, co przeżyli”. Dopowiedzmy: Ci, co przeżyli Rakowiecką. Przeżyli, bo byli silni, bo mieli szczęście, bo byli zwykłymi żołnierzami. Ich dowódców zamordowano. Wśród mordujących był Jerzy Kędziora, „oficer” śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – antybohater filmu Dłużewskiej. Kiedyś chwalił się: „Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla”. Jednak Kędziora musiał być jeszcze bardziej pomysłowy, skoro bardzo chwalił go szef wszystkich śledczych płk Józef Różański.
Po trwającym lata procesie został w końcu – prawomocnie (co jest ewenementem) – skazany. Mimo, że przedstawiał zaświadczenia lekarskie. Mimo, że twierdził, że jego przeszłość przedawniła się, tak jak Ireneusza Kościuka – milicjanta, któremu pewnego majowego dnia nie spodobał się student Grzegorz Przemyk. Karę odbywał na warszawskiej Białołęce, ale i tak został przedterminowo zwolniony. Żyje do dziś w Warszawie.

Śledczy w gablocie

Takich Kędziorów, sprawców bezprawia, żyje jeszcze trochę. I wymiar sprawiedliwości III RP ściga ich równie „skutecznie”. Tych chodzących z podniesionym czołem po kraju, jak i tych, którzy zawczasu czmychnęli za granicę. Trzy sprawy ekstradycyjne – prokurator Heleny Wolińskiej z Wielkiej Brytanii, naczelnika stalinowskich więzień Salomona Morela z Izraela i sędziego Stefana Michnika ze Szwecji, zakończyły się totalną klapą.
Pozostaje pamięć. Józef Szaniawski, gdy „mieszkał” jeszcze na Rakowieckiej, powiedział śledczemu: „Panie pułkowniku, tu będzie kiedyś muzeum, tak jak w X Pawilonie Cytadeli, a pan będzie stał wypchany w gablocie”. W tej komunistycznej mordowni powstaje dziś Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL.
Tadeusz Płużański

Zjawiska atmosferyczno-polityczne opisuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hybryda ukąsi

Jeśli wilk zagryzie kozę hodowca dostanie odszkodowanie. Ale jeśli szkodę wyrządziła hybryda, czyli krzyżówka wilka z psem – nic nie dostanie. Taką mamy ustawę. Uchwalona została, gdy „wilko-psów” mało samopas biegało. Namnożyło się jednak wilków i hybryd zwierzęcych. Teraz hodowcy mają problem. Podobnie jest w polityce. Jak odróżnić patriotę od wroga. Też biegają luzem i mnożą się. Zakaz aborcji będzie wkrótce sprawa prywatną. Ale jak będzie z rozmnażaniem – nie wiadomo. Hybrydy na jezdni, hybrydy w lesie. Teraz zaczną również szczerzyć zęby w urzędach – od dołu do góry. Może się zakotłować.

 Wydawało się że od sołeckiego skryby po belweder droga długa i do przebycia czasochłonna. Ale skądże. Minęło dzionków niewiele od wyborów a tu sięga się już po głowę głowy państwa. Odwołać – krzyczą! Odwołać i już.  Nawet hunwejbini nie szli tak ostro.  Obeszli w końcu cały duży chiński kraj zanim wyciągnęli noże po  wydumaną „bandę czworga”.

Stoi marszałek Piłsudski przed wielkim dworem w Alejach Ujazdowskich. Stoi na pomniku oparty na szabli. Śpi zaklęty góral na Giewontu grani. Ostra kosa Helu wbija się w bałtyckie morze. I cisza. Sztil na fali, śnieżek w górach. A parlamencie zgiełk – ktoś szparko przebierają nogami. Czy syberyjskie mrozy zetną to wszystko lodem albo huraganowe nawałnice prącej na Europę tłuszczy mas z zachodu – nas zadepczą?

Chyba już żadne apele nie pomogą. Autorytety rozmienione na drobne. Niespodziewanie zaskakuje pomysłami Rzym nowymi kanonami wiary. Pan Orwell straszył, ale podawał inną datę. A tu za pasem rok 2024 i światowe mordowanie już nie w tysiącach a w milionach istnień ludzkich, migracje i podziały społeczeństw. Zdumiewające tempo i niebezpieczeństwa. Ludzie atakują się i przetrwa tylko ten, kto potrafi się obronić a nie dzielić i kłócić. Nagłe pojawienie się hybryd wszelkiego rodzaju jest niebezpieczne. Gdzie są ci porządni bogobojni i patriotyczni obywatele. Siedzą cicho w domach. Otworzyli gęby ze zdziwienia i biernie czekają. Zastygli w chocholim tańcu.

A tu dzieci zaczną coraz głośniej wołać.  Zarzynane krowy – zaryczą, świnie zaś zakwiczą, ukraińskie zboże nas zasypie. Profesor Pniewski przewróci się w grobie tyłem do gmachu przy ul. Wiejskiej, który tak pięknie zaprojektował.

Quo vadis – Tusku, Hołownio i Kamyszu oraz Czarzasty? Czy z remisu wyborczej walki chcecie uczynić pogrom przeciwnika? Zemsta! Chęć rewanżu nie wiadomo za jakie krzywdy odbiera rozum, szacunek dla wspólnie ustanowionego prawa, prowokuje.

Krowa – Europa, którą obrazem rubasznym namalował Franciszek Starowieyski rozpędza się tratuje. Mleka ona nie da, bo to nie krowa a chyba byk rozjuszony. Ma rogi i pysk rozwarty nie merda a biczuje ogonem. A tu matadora nie ma. Obrońcy przed atakiem zachodu i przed czerwoną zarazą pochowali się w pałacykach i domkach. Zerkają na konta w rajach podatkowych. Jeżdżą przez centra miast wypasionymi pojazdami a plebs ma rowery i hulajnogi. W radiu z lufcikiem, jak określał media pan Wiech (teraz pasuje to do telewizji) Holecką zastąpi Olejnik, Lewandowską Kublik Za Adamczyka ustanowiony zostanie Lis, który stoi już w blokach startowych. Zamiast krzyża w Sejmie – portret gen. Jaruzelskiego. Płotu dookoła sejmu nie będzie, bo kto by się tam teraz pchał. Przywiozą workami kasę z Brukseli. Rozdawać będzie minister Rostowski. Oszczędzimy na budowie gigantycznego portu lotniczego, nie dopuścimy do zagrożenia atomowego poprzez elektrownie. Powieją z zachodu ożywcze wiatry i napędzą śmigła niemieckich elektrowni wiatrowych. Zafurkoczą na wielkich słupach, które już od dawna czekają na przyjazd do Polski z landów naszych prawdziwych przyjaciół zza Odry. Malować ich nie będziemy ani konserwować, bo całe to ustrojstwo obsrają mewy i zabezpieczą antykorozyjnie.

W miejsce pomnika  Lecha Kaczyńskiego odsłonięta zostanie statua pana Tuska – w peruwiańskiej czapeczce. A na górze smoleńskiego abstrakcyjnego monumentu usiądzie na tronie pan Putin.

Hybrydowi zleją się w jedno. Psy przy budach trzymane będą na  długich 10-metrowych łańcuchach, ale za to feministyczna władza skróci smycze domowe. Oczywiście będzie w tej sprawie referendum, nawet dwa. Oddzielne dla pań i panów. Kłopotów pan marszałek będzie miał co nie miara.

W pierwszomajowym pochodzie, który poprowadzi pan Czarzasty i pani Żukowska czołowy transparent głosić będzie: pokój i tolerancja. Wieczorem nad Wisłą odbędzie się pożegnanie władz gdańskich, które tratwami własnej roboty spłyną do miasta o podwójnej nazwie – niemieckiej i polskiej. W ramach rozwoju sztuk plastycznych graficiarze wymalują gmach parlamentu. Nudno nie będzie. Nocami grać będzie heavy-metal i sataniści.

Dobranoc Państwu, w końcu nie wiadomo, kiedy to opublikują i kiedy będziecie czytać…

 

HUBERT BEKRYCHT: „Agent” – bohater „demokracji” i artykułu GW. Służby: jego historia oparta jest na kłamstwach

Jak bardzo Gazeta Wyborcza musi chcieć odbudować swój dawny nakład świadczą elukubracje przesłuchiwanego przez redakcję z Czerskiej „agenta?. Tomasz K. „zaczął sypać” – tako rzecze GW. I całkiem przypadkowo, zanim dostał status świadka koronnego, obrzucił oskarżeniami dziennikarze, którzy nie boją się tropić afery ekipy Tuska. Zanim powiedział coś prokuraturze powiedział GW o jego, jako agenta, związkach służbowych, m.in. z Kanią, Gmyzem, Pereirą i Sakiewiczem, Gargas, Hejke. Co za koincydencja, prawda? Rzucić kamień w piszących krytycznie o rządach PO i PSL dziennikarzy i prosić prokuraturę o ochronę. Za pośrednictwem Gazety Wyborczej.

To naprawdę byłoby śmieszne, że dziennikarzom „zarzuca” się kontakty ze służbami specjalnymi w celu wykonywania obowiązków, ale jest patologiczne. Pomijam, co napisała GW, bo nie jest wiarygodna, skoro redakcja za nic ma procedurę prawną zdradzając szczegóły postępowania. Niewiarygodna jest zreszta nie tylko dlatego….

Jak mają się bronić opluskwione przez Tomasza K. osoby, skoro jeszcze nie dostały nawet wezwania z prokuratury.?Nie wolno wpływać na postępowanie, ale co tam, Gazecie Wyborczej wolno. Bo przecież nie powinno być wszystko jedno, czy ktoś ujawnia dziennikarskiej źródła, zanim sąd o te źródła zapyta.

No i wreszcie najważniejsze, czy wymienieni przez agenta dziennikarze rzeczywiście się z nim kontaktowali w sprawach tak gorliwie opisywanych przez dziennik Michnika?  Zwłaszcza – jak pisze na portalu X Cezary Gmyz – Samuel Pereira, który, w czasie aktywności agenta Tomka jako pracownika służb specjalnych, „nie był jeszcze dziennikarzem”. Z metryki sądzę, że Pereira mógł być jeszcze wtedy w liceum. Ale co tam, pasuje do paszkwilu, bo jest ważnym dziennikarzem sprzeciwiającym się – jak m.in. Gmyz, Kania, Sakiewicz, Gargas, Hejke i wielu innych – patologiom ugrupowań politycznych, których głównym programem w latach 2015 – 2023 było „niszczenie PiS”.

Może tak być, że istotnie agent Tomek podrzucał też mediom informacje, ale nie wiadomo z czyjego polecenia, nie wiadomo też, którym mediom. Agenci bywają przecież podwójni. Czy tylko w powieściach sensacyjnych?

Zastanawiam się, czy wzmożone, szczególnie młodsze osoby związane z GW w ogóle zdają sobie sprawę z tego, co to jest dziennikarstwo? Na pewno nie.

Myślę, że pomówieni dziennikarze obalą absurdalne zarzuty umieszczone w GW. Będzie to jednak długi proces, bo obrzuceni błotem będą musieli udowadniać, że nie są wielbłądami kiedy Tomasz K. będzie pod ochroną prokuratury.

A status świadka koronnego polskie prawo przewidziało dla przestępców.

***************************************************************************************

Oświadczenie

Obecna aktywność Tomasza Kaczmarka jest kolejną próbą uzyskania przez niego bezkarności. Jego historia oparta jest na kłamstwach.

W listopadzie 2019 roku Tomasz Kaczmarek usłyszał szereg zarzutów karnych dotyczących wielomilionowych oszustw finansowych w tzw. aferze stowarzyszenia Helper.

W związku z zarzutami, a także wobec braku zgody Ministra Koordynatora na zapewnienie mu bezkarności, Kaczmarek w kolejnych miesiącach rozpoczął szerzenie insynuacji przeciwko Ministrowi Mariuszowi Kamińskiemu i Maciejowi Wąsikowi – zarówno w mediach jak i prokuraturze.

W związku z kolportowaniem tych fałszywych oskarżeń Tomasz Kaczmarek usłyszał zarzuty dot. składania fałszywych zeznań. W tej sprawie akt oskarżenia przeciwko Kaczmarkowi wpłynął do sądu w sierpniu 2021 roku.

Obecna aktywność Kaczmarka jest kolejną próbą uzyskania przez niego bezkarności. Jego historia oparta jest na kłamstwach.

Biuro Prasowe Ministra Koordynatora Służb Specjalnych

 

 

 

Błędy nasze powszechne – WALTER ALTERMANN: Patynacja progresywnego draftu

Transmisja meczu piłki nożnej w Canal+, widzimy, jak zawodnik odbiera piłkę i szybko rusza z nią na bramkę przeciwnika. Kibice lubią takie momenty. Niestety nastrój psuje sprawozdawca, który mówi: „On ma w genach progresywne prowadzenie piłki”. Pomijam już geny, ale czy można „progresywnie prowadzić piłkę”?   

Gdyby sprawozdawca powiedział, że napastnik gra szybko, aktywnie, agresywnie – byłoby normalnie. Ale nie ma tak dobrze, bo sprawozdawca musi się pochwalić, że zna obce słówka. Panowie sprawozdawcy: piłka kopana jest prosta, nie nadawajcie temu sportowi jakichś niesamowitych znaczeń! Dajcie kibicom cieszyć się grą piłkarzy.

A „progresja” według słownika PWN to: 1. osiągnięcie kolejnego stadium rozwoju, 2. ekon. stopniowe wzrastanie; 3. muz. powtarzanie motywu, zwrotu melodycznego na stopniowo zmieniającej się wysokości; 4. podatek porgresywny, dla którego charakterystyczny jest wzrost stawki podatkowej w miarę wzrostu podstawy wymiaru podatku.

W sumie progresja to postęp i wzrost. I tyle.

Mamy ten draft

„Śniadanie Rymanowskiego” w Polsacie, 5 pażdziernika 2023 r.  Audycja toczy się żywo i miło, gdy nagle poseł Dariusz Wieczorek z Lewicy mówi:

– Mamy już draft umowy koalicyjnej.

– A kiedy zobaczymy ten draft? – pyta posła prowadzący audycję Bogdan Rymanowski.

Poseł powiedział, aby i panom w studio było jeszcze bardziej kulturalnie. Mnie jednak znowu trafił szlag. Bo czym jest ów „draft”, który stał się tak modny wśród dziennikarzy? Otóż – „draft” to angielskie słowo, które oznacza projekt, wstępne założenia.

Winę za taką sytuację ponosi p. Rymanowski, bo oczywiście goście mogą pleść co im do głowy przyjdzie i nie wypada ich poprawiać. Ale przecież – na „draft” gościa, pan Rymanowski mógł powiedzieć:

– A kiedy zobaczymy ten projekt?

Ale nie, bo p. Rymanowski też chce być nowoczesny i znający. Sytuacja jest identyczna z tą z „Nie ma róży bez ognia” Stanisława Barei. Tamże między Bohdanem Łazuką a Stanisławą Celińską toczy się dialog, w którym Łazuka wrzuca obce zwroty, na co Celińska mówi:

– Ja pracuję w telewizji, to ja pana rozumiem.

Mogę nawet przyjąć i wybaczyć, że w harmidrze, bałaganie i napięciach panujących w pokojach dziennikarskich ten „draft” ułatwia komunikację „wewnątrz dziennikarską”. Ale co to  obchodzi widza i słuchacza? W końcu jesteśmy w Polsce, w której obowiązuje nasz język narodowy. A media mają obowiązek mówić po polsku! I oczywiście mówić w tym języku zrozumiale i jasno!

 Patyna

„Łowcy staroci” to brytyjski bardzo dobrze zrobiony program o handlarzach starociami i antykami.  Niestety w Polsce informacje i dialogi czytają polscy lektorzy. I tu mamy już ostry zjazd z jakością. A odpowiada za tę „obsuwę” Discovery Historia.

W odcinku 17 widzimy, jak renowator przystępuje do patynowania nowych elementów starego mosiężnego żyrandola. Idzie mu dobrze, ale niestety odzywa się lektor: „ A teraz zajmie się patynacją”. Otóż nie ma takiego słowa jak „patynacja”. Znamy natomiast działanie, czynność patynowania, czyli postarzania.

Kto co gra

„Ile w sumie zagrał pan ról aktorskich” – pyta dziennikarz telewizyjny znanego aktora. Aktor odpowiada, że nie liczył, a ja mam wątpliwości, co do pracy dziennikarza. Chodzi mi o logikę pytania. Bo jakie w końcu mógł jeszcze grać role ów aktor? Przecież aktor zawsze gra role i nie trzeba już mówić o „rolach aktorskich”. To tak jakby pytać lekarza” „Ilu porad lekarskich pan udzielił?”

Oczywiście aktor mógł być jeszcze – dla przykładu –  rodzicem, mężem, radnym i posłem, ale tych ról nie grał. Każda rola – jeżeli grana – jest przypisana aktorstwu, więc nie wolno pytać „Ile ról aktorski pan zagrał”. Wystarczy powiedzieć: „Ile ról pan zagrał”. Mogą być role filmowe, teatralne, kabaretowe, ale wszystkie one zawsze są grane. I są aktorskie.

Czy pan outsurcinguje?

Prezes jednej z większych organizacji gospodarczych mówi w TVP: „Większość z naszych nowych przedsiębiorców outsorcinguje”.

Co znaczy przywołany outsourcing? Słownik informuje, że Outsourcing (ang. outside-resource-using) – inaczej: „obsługa zewnętrzna” to jedna z najefektywniejszych strategii zarządzania, oznaczająca korzystanie ze źródeł (zasobów) zewnętrznych poprzez wydzielenie ze struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa niektórych, realizowanych przez nie funkcji i przekazanie ich do wykonania usługodawcy zewnętrznemu, który jest w stanie wykonywać dane procesy skuteczniej. Outsourcing polega zatem na przekazywaniu m.in. zadań, funkcji, projektów i procesów do realizacji innym podmiotom.

Ja rozumiem, że termin „outsorcing” zagościł i przyjął się u nas. Ale o tym, że ktoś  outsorcinguje – pierwsze słyszę. To duża niezręczność i kłopot jezykowy. Oczywiście wiem, że bardzo wiele polskich czasowników zostało utworzonych od rzeczowników. Mamy „handel” i nie dziwi nas, że ktoś „handluje”. Jednak mamy też „sklep”, ale nie mamy na szczęście słowa „sklepuje”. Mamy „zlecenie”, ale nie mamy „zleceniuje”. A żołnierz kierujący czołgiem na szczęście nie czołguje, bo jest kierowcą czołgu.

Jak zatem miał poprawnie powiedzieć ów prezes Specjalnej Strefy Ekonomicznej? Ano tak: „Większość z naszych nowych przedsiębiorców działa w systemie outsorcingu.” Jedno słowo więcej – owo „działa” – i jesteśmy u siebie w domu, a nie szwędamy się po obcych językach i krajach.

 

Rubryka zabawna i przez to smutna bardzo – HUBERT BEKRYCHT: Neo-dziennikarstwo

Nigdy nie zastanawiałem się, kto przez ostatnie osiem lat był neo-dziennikarzem i dla kogo.  Pewne jest jednak, że sam termin wyszedł już mody jak buty zimowe Relax, bo wszystko, co „za ponurych rządów PiS” było „neo” teraz w obliczu „światłości” staje się normalne. I przez myśl „normalnym” nie przejdzie, że dawni „neo” mogą – teraz ich – też nazywać „neo”. Czy neo-dziennikarstwo to zemsta ambicji nad prawdą? Chyba tak. Jak nabzdyczony marszałek Hołownia, który gniewa się, że niektórzy dziennikarze nazywają go, z sympatią przecież, laleczką Chucky. No, to coś innego…

 

Postanowiłem od czasu do czasu zaprezentować przegląd postów na portalach społecznościowych rozmaitych dziennikarzy z wielu redakcji. Oczywiście będzie to przegląd mój, czyli stronniczy, konserwatywny w najgorszym dla progresistów wydaniu. Czyli, uwaga, „neo” – przegląd zatytułowany „Ogłoszenia najdrobniejsze”.

Oto, tuż po „wzięciu Sejmu” – zdaniem niektórych dziennikarzy postępu i powracającej wolności – należy koncertowo przykładać PiS, bo przedtem były tylko spontaniczne ataki przeciwko prawicy „pragnącej przywrócić cenzurę”.

 

Przypadek pierwszy: Konrad Piasecki  

(metryczka na X /d. Twitter/)

 

O czymże pisze i kogo zaszczyca uwagą najsławniejszy poszukiwacz rtęci w Wiśle? A pisze, nieoczekiwani zupełnie, o tym, że nie lubi ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

„Podłość” powiada Piasecki  wypominając Glińskiemu, że przychodził do jego programów. A jednak minister nie napisał o stacji redaktora „komunistyczna”. A mógł.

 

Przypadek drugi: Cezary „Trotyl” Gmyz

 (metryczka na X /d. Twitter/)

 

Rozbawił mnie, jak zwykle, Gmyz, bo jest niepowtarzalny. Nawet jeśli prezentuje nie swoją twórczość.

 

Szczególnie podoba mi się to, że Gmyz podaje dalej mem, w którym marszałek Hołownia jest przedstawiony w inny sposób niż jako laleczka Chucky… Gmyz, jak my wszyscy, będzie siedział za powielanie propagandy PiS.

 

Przypadek trzeci: Kamil Dziubka

(metryczka na X /d. Twitter/)

Boże jak ja lubię te bezstronne, obiektywne relacje – te perełki redaktora Dziubki… 🙂

„Dojmujące” – pisze redaktor. Tak jak pozostałe jego doniesienia? To chyba u KD z O a dawniej z TVP  jest niemożliwe…

 

Do zobaczenia w lepszym neo-świecie

 

HB

 

KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Teorie spiskowe, czyli prawda najprawdziwsza

W świecie, gdzie fakty i fikcja przeplatają się wzajemnie, tworząc coraz mniej zrozumiały zlepek rzeczywistości medialnej, chyba jedynym elementem, który je spaja są tzw. „teorie spiskowe”. I to nie jakieś wytwory wyznawców „tajnej wiedzy”, wykwity sztucznej inteligencji albo rojenia schizofreników. Nie. Raczej domysły i hipotezy, które po latach wyszydzania znajdują potwierdzenie w najtwardszych dowodach.

Historie, w których jakieś enigmatyczne „stowarzyszenia cieni” manipulują informacjami na skalę wykraczającą daleko poza percepcję przeciętnego człowieka, są w większości przypadków nonsensem lub manipulacją. To nie ulega kwestii… Ale co, jeśli „siły ciemności” istnieją i rzeczywiście coś przed nami ukrywają? Co, jeśli w teoriach spiskowych kryje się choćby ziarno prawdy?

Rzeczywistość za zamkniętymi drzwiami

Teorie spiskowe, im bardziej upiorne, tym większy wywołują niepokój. Im mniej prawdopodobne, tym więcej rodzą pytań – o to, co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami władzy, mediów, laboratoriów… I to jest właśnie ich geneza.

Konspiracjonizm, czyli tendencja do postrzegania spisków i tajnych działań we wszystkich aspektach życia publicznego i prywatnego rodzi się z wiary, że istnieją alternatywne wytłumaczenia mechanizmów rządzących rzeczywistością. Teorie spiskowe dezawuują informacje rozpowszechniane przez główne media. Wszelkie oficjalne, naukowe lub powszechnie akceptowane wyjaśnienia otaczającego nas świata, postrzegane są przez wyznawców teorii spiskowych, jako fałszywe lub mające tzw. „zwykłych ludzi” wprowadzać w błąd. Przy czym, jakiekolwiek próby zaprzeczania istnienia spisku są przez tychże konspiracjonistów interpretowane jako kolejny element zmowy elit.

Propagowanie teorii spiskowych może mieć przeróżne skutki – poczynając od wzmacniania poczucia wspólnoty wśród wierzących w nie osób, po sianie lęków, dezinformacji i podziałów w społeczeństwie. Często teorie te są wykorzystywane do celów politycznych, społecznych i religijnych, mających wpłynąć na określone zachowania obywateli. Teorie spiskowe są więc „antyreligią” opierającą się na przekonaniu o istnieniu ukrytych, tajnych sił kształtujących świat. Ta „świecka wiara” oferuje ludziom sens i porządek rzeczywistości – tak jak każda inna religia.

W świecie, w którym każdy jest zarówno nadawcą jak i odbiorcą informacji, teorie spiskowe stały się też swoistą globalną walutą. Takim bitcoinem kopanym w różnych częściach świata, przez różnych ludzi, z różnych powodów – poczynając od samozwańczych proroków, którzy przekonani są o odkryciu „prawdy prawdziwej”, po „niedocenianych znawców”, dostrzegających w spisku sposób na zwrócenie na siebie uwagi.

Jednak nie tylko wariaci widzą metodę w tym szaleństwie. Również politycy i ideolodzy nie stronią od spiskowych narracji. Wykorzystują je do mobilizowania swoich zwolenników lub dyskredytowania oponentów. Tak samo jak „celebryci” szukający poklasku. Albo zawodowi „trolle”, którzy rzucają w przestrzeń medialną „fakty” mające wywołać zamieszanie i odwrócić uwagę od istotnych problemów. Również media, w pogoni za sensacją i „klikalnością”, dodatkowo podsycają te emocje.

 

Kiedy spiski wychodzą z cienia

 

A jednak niektóre teorie spiskowe okazują się być prawdziwe, choć zdarza się to niezwykle rzadko. Prawda wychodzi na powierzchnię zazwyczaj wtedy, gdy pojawiają się nowe, niepodważalne dowody. Albo gdy utrzymywanie sekretu przestaje być już konieczne. Jednym z przykładów takiej upadłej teorii jest Operacja Northwoods.

 

W 1962 roku agenci CIA wpadli na pomysł, którego nie powstydziłby się sam Ian Fleming, który pisała o przygodach Jamesa Bonda, czyli agenta 007 Jej Królewskiej Mości (wówczas). Aby skłonić amerykańską opinię publiczną do poparcia wojny przeciwko Fidelowi Castro, postanowili przeprowadzić serię ataków terrorystycznych na Florydzie i w Waszyngtonie – oczywiście pod fałszywą flagą. Operacja przewidywała porwania amerykańskich samolotów, zamachy bombowe i preparowanie dowodów.

Northwoods było częścią większego projektu o nazwie Mongoose, mającego na celu odzyskanie kontroli nad Kubą. Plan ten został opracowany przez Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA. Zatwierdził go przewodniczący Kolegium, gen. Lyman Lemnitzer, który po odwołaniu operacji przez prezydenta Johna Kennedy’ego został mianowany naczelnym dowódcą Połączonych Sił Zbrojnych NATO w Europie a następnie Naczelnym Dowódcą NATO. Amerykańskie władze długo zaprzeczały istnieniu planów Operacji Northwoods. Wszystkich, którzy sugerowali, że „coś jest na rzeczy”, wykpiwano. Po latach okazało się, że głupia teoria spiskowa, w rzeczywistości jest prawdą.

Nie była to oczywiście jedyna w historii USA koncepcja, mogąca nawet najbardziej wytrawnego sceptyka przyprawić o zawrót głowy. Weźmy na przykład Tuskegee Syphilis Experiment… Te eksperymenty na ludziach jako żywo przypominały koszmary z powieści Stephena Kinga. Ale niestety były rzeczywistością.

Rząd USA i naukowcy z Uniwersytetu Tuskegee, przez cztery dekady – poczynając od roku 1932 – prowadzili badania na czarnoskórych mężczyznach chorych na kiłę, nie oferując im leczenia, mimo że było dostępne… I również w tym przypadku to, co przez lata wydawało się tylko plotką, okazało się faktem nie do podważenia.

Podobnie było ze szpiegowskim programem PRISM, koordynowanym przez National Security Agency – Amerykańską Wewnętrzną Agencją Wywiadowczą. Program NSA od 2007 służył wywiadowi Stanów Zjednoczonych do gromadzenia danych największych przedsiębiorstw IT na świecie, bez powiadamiania ich o tym fakcie. Przez lata wszyscy mówili, że „wielki brat patrzy”, aż w 2013 roku Edward Snowden udowodnił, że to nie fantazje szaleńców, lecz rzeczywistość.

 

Uwaga, czarna wołga!

 

Skłonności do konspiracjonizmu to oczywiście nie tylko amerykańska przywara. Również u nas teorie spiskowe mają się wyśmienicie. Ich historia sięga średniowiecza. To właśnie w wiekach średnich powstał jeden z najbardziej absurdalnych mitów – tzw. „krwawy mord rytualny”, który zakładał, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci w ramach religijnego kultu. Według tego przekazu, wyznawcy judaizmu mieli wykorzystywać krew składanych w ofierze dzieci do produkcji macy… Przypadki tego rodzaju oskarżeń pojawiały się wówczas w całej Europie, zwłaszcza w okresach wzrostu antysemickich nastrojów. W ich efekcie doszło w wielu krajach do tragedii – do pogromów, wypędzeń i innych form przemocy wobec Żydów.

Kolejnym mitem, który cieszył się wyjątkową popularnością czasach tzw. Polski Ludowej, była opowieść o „czarnej wołdze”. Legenda przyjęła się zwłaszcza dużych miastach. Według tej narracji, czarna wołga – luksusowy samochód dostępny tylko dla nielicznych – miał być używany przez tajne służby lub nieznane, złowrogie siły do porywania ludzi, najczęściej dzieci. Legenda o „czarnej wołdze” wywoływała powszechny lęk, chociaż nigdy nie potwierdzono istnienia ludzi używających tego demonicznego auta. Również autor tej historii, na zawsze pozostał anonimowy.

Opowieść o Iluminatach i Nowym Porządku Świata popularna jest na całym świecie, również w Polsce. Historycznie rzecz biorąc grupa taka istniała rzeczywiście. Zakon Iluminatów, czyli Oświeconych powstał w Bawarii w roku 1776. Wkrótce został jednak zdelegalizowany i wraz z masonerią i innymi tajnymi stowarzyszeniami, oskarżony o wywołanie rewolucji francuskiej… Według współczesnej teorii spiskowej Iluminaci to tajna, elitarna grupa, która manipuluje wydarzeniami globalnymi. Jej celem jest dominacja nad światem. Z kolei idea Nowego Porządku Świata zakłada, że istnieje grupa ludzi, która dąży do stworzenia jednolitego, autorytarnego rządu światowego.

„Dowody” na istnienie Iluminatów i ich wpływ na światową politykę, gospodarkę i media są więc połączeniem historycznych faktów, domysłów i niepotwierdzonych informacji. Znawcy przedmiotu wymieniają różne wydarzenia, które są domniemanym dziełem „Oświeconych” – od globalnych kryzysów finansowych, po międzynarodowe konflikty. Wszystkie mają być „świadectwem” na ich zbrodnicze manipulacje.

W Polsce, teorie te są najczęściej powiązane z obawami o utratę suwerenności narodowej w obliczu wzrostu znaczenia międzynarodowych instytucji, takich jak Unia Europejska. Teoria spisku Iluminatów i masonów nie ma podobno żadnego potwierdzenia – ani naukowego, ani historycznego. Ma być natomiast przykładem przesądu, który kościół katolicki rzekomo wykorzystuje do manipulowania ludzką naiwnością.

 

Zamach i egzekucja

 

Osobny rozdział w teoriach spiskowych stanowią historie dotyczące tajemniczych śmierci znanych osób – na przykład generała Władysława Sikorskiego, nadinspektora Marka Papały czy szefa Samoobrony Andrzeja Leppera.

Pierwszy z nich zginął nocą z 4 na 5 lipca 1943 r. w wyniku katastrofy lotniczej u wybrzeży Gibraltaru. Dwa tygodnie po tragedii, brytyjska komisja ogłosiła, że jej przyczyną był zablokowany ster. Już wtedy zaczęto zadawać sobie pytanie, dlaczego ster wznoszącego się samolotu uległ „zacięciu” w pozycji wymuszającej lot nurkowy? Zastanawiające jest również i to, czemu nikt – poza niemiecką propagandą – od początku dochodzenia nie rozważał hipotezy o sabotażu. Jedynie gubernator Gibraltaru, Noel Mason-Macfarlane, w rozmowie z wdową po generale, wyraził swoje wątpliwości, mówiąc: „nie wierzę w przypadki…”.

Najpopularniejszym wyjaśnieniem śmierci Naczelnego Wodza jest teoria zamachu zorganizowanego przez aliantów lub inne siły polityczne. Wśród podejrzanych znalazły się tajne służby Związku Sowieckiego, Wielkiej Brytanii a nawet niektóre polskie kręgi polityczne zainteresowane usunięciem Sikorskiego z powodu jego nieprzejednanej postawy wobec zbrodni katyńskiej.

Tak jak w przypadku gen. Sikorskiego, również sprawa komendanta głównego Policji Marka Papały – mimo upływu ćwierćwiecza od jego śmierci – nadal nie doczekała się rozwiązania. Kluczowe dowody w tej sprawie często uważane są za niewystarczające, aby komukolwiek postawić zarzut zabójstwa. Najbardziej prawdopodobne teorie, mówią o zemście członków zorganizowanej grupy przestępczej. Nie wyklucza się jednak także faktu, że szef Policji mógł paść ofiarą rozgrywek toczonych w łonie służb specjalnych. Jeszcze inna hipoteza zakłada, że w egzekucję Papały zaangażowani byli wysoko postawieni politycy. Niejasności potęguje fakt, że przez wiele lat śledztwo stało w zasadzie w miejscu, co może nasuwać przypuszczenia, że komuś zależy na zamieceniu sprawy pod dywan.

 

Najsłynniejszy seryjny samobójca

 

Przedmiotem kontrowersji jest również tragiczna śmierć Andrzeja Leppera, jednej z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej sceny politycznej początku XXI wieku… Lepper znany był z szeregu kontrowersyjnych wypowiedzi i zachowań – w 2001 roku oskarżył o korupcję Pawła Piskorskiego, Jerzego Szmajdzińskiego, Donalda Tuska, Andrzeja Olechowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza. W tym samym roku stwierdził, że w mazurskiej wsi Klewki wylądowali talibowie… Szef Samoobrony sam stał się też bohaterem skandalu obyczajowego – miał rzekomo oferować kobietom pracę w biurze poselskim w zamian za seks.

5 sierpnia 2011 roku Lepper odebrał sobie życie w swoim biurze w Warszawie. Jednak oficjalna wersja wydarzeń została zakwestionowana przez osoby z jego najbliższego otoczenia. Sławomir Izdebski, współpracownik polityka, wyraził przekonanie, że powodem śmierci było zabójstwo. Podkreślał ponadto, że jego przyjaciel posiadał ważne informacje, które mogłyby zdestabilizować wymiar sprawiedliwości. Zgłaszał również wątpliwości co do przebiegu śledztwa, wskazując na opóźnienia w przeprowadzeniu sekcji zwłok. Z kolei Piotr Tymochowicz, doradca medialny szefa Samoobrony, podkreślał publicznie, że Lepper tuż przed śmiercią wyrażał obawy o swoje życie. Konsultant medialny sugerował, że jego klient został zamordowany. Pomimo tylu wątpliwości, śledztwo w sprawie śmierci Leppera zostało ostatecznie umorzone. Opinie biegłych wykluczyły udział osób trzecich, a prokuratura wskazała jako motyw samobójstwa depresję spowodowaną problemami osobistymi i finansowymi.

Takich i podobnych historii są tysiące… Od ludowych guseł na temat duchów, czarów i demonów, poprzez paranaukowe fantazje na temat UFO, płaskiej ziemi, fikcyjnego lądowanie na Księżycu, chemtrails, tajnych baz nazistów na Antarktydzie, czy incydentu w Roswell, po zupełnie poważne sprawy takie, jak atak pod fałszywą flagą na Word Trade Center, zabójstwa Johna Kennedy’ego i księżnej Diany, kryzys w Zatoce Perskiej jako intryga naftowa, szczepionki jako narzędzie do kontroli populacji, Protokoły Mędrców Syjonu, nieformalny rząd światowy Bilderberg Group czy QAnon i Pizzagate…

I właśnie dzięki takim narracjom kontury pomiędzy teoriami konspiracjonistów a faktami coraz bardziej się zacierają… A to dopiero początek. Bo do gry weszła właśnie sztuczna inteligencja. Z całym spektrum deepfakeów i pospolitych kłamstw, które być może sprawią, że bałagan informacyjny stanie się jeszcze większy. Nie zmieni to jednak faktu, że żadne siły nadprzyrodzone nie istnieją. Tak samo jak nie ma demonicznych lalkarzy, pociągających za sznurki naszego przeznaczenia… Są tylko zupełnie realni ludzie.

 

Kolejne błędy tropione przez WALTERA ALETRMANA: „Czy ukaracie tego, co depta?”

Ciągle słyszę jak w różnych stacjach telewizyjnych dziennikarze mówią: „Czy ukaracie sprawców tego czynu?”  Wiem dobrze, że taka właśnie jest ludowa wersja odmiany „ukarać”. I wiem, że wszyscyśmy z ludu, ale na litość Boga, od chronienia sztuki i kultury ludowej są: Cepelia, ludowe zespoły pieśni i tańca, ludowe zespoły obrzędowe i muzea regionalne. A we współczesnych mediach musimy mówić polszczyzną literacką. I dlatego poprawnie zadane pytanie powinno brzmieć: „Czy ukarzecie sprawców, tego czynu?”    

 

Dla ułatwienia nauki naszego języka, wszystkim chętnym, przytaczam prawidłowe formy odmiany:

  • ja. ukarzę
  • ty. ukarzesz.
  • on/ona/ono. ukarze.
  • my. ukarzemy.
  • wy. ukarzecie.
  • oni/one. ukarzą

 Deptanie

„I tu widzimy człowieka, który depta flagę” – słyszymy w telewizji, jako komentarz do przykrego obrazu z manifestacji 11 listopada. Deptanie flagi jest oczywiście poważnym wykroczeniem, ale mówienie „depta” zamiast „depcze” też nie powinno ujść na sucho.

O funkcji i roli Chochoła w „Weselu” Wyspiańskiego napisano już opasłe tomy. Jednakże wszyscy badacze literatury są zgodni co do jednego – chochoł jest słomianym okryciem, na zimę, pięknego krzaku róży. Otulenie krzaczka słomą ma pomóc róży przetrwać i ponownie rozkwitnąć. U Wyspiańskiego ta róża oznacza serce, ducha polskości, które odżyją.

Chochoły

Mamy też finałowy obraz dramatu, w którym Chochoł wkracza na scenę a pod melodię jego śpiewu, i gry na skrzypcach wszyscy weselnicy tańczą „jak zaśnięci”. To z kolei oznacza, według Wyspiańskiego, że naród nasz nie dorósł jeszcze do przebudzenia, że w naszych sercach i głowach panuje ciągle zima, żeśmy puści, słabi i nierozumni. Że zaprzepaścimy każdą szansę, gubiąc złoty róg.

Jakże więc zaskoczyła mnie telewizyjna – w TVP Info – interpretacja problemu Chochoła. Pewien dyskutant powiedział bowiem tak: „Walczycie teraz z chochołami, które się samemu stworzyło”. Poczułem się jakbym żył w latach 40-tych, bo to wtedy ortodoksyjni komuniści nawoływali do „walki z chochołami”. Co oznaczać miało, że pora już porzucić marzenia o wolnej Polsce i pra – patrząc realnie – jak naj ściślej współpracować z Ojczyną Światowego Komunizmu.

Radziłbym staranniej dobierać dyskutantów. I szukać takich, którzy będą mniej skłonni do publicznego szastania metaforami, cytatami, których nie rozumieją. No i będą mniej uduchowieni. Bo to jednak wstyd.

Bezwstyd

Słyszę ciągłe powoływanie się na prawo. Przy czym jest to branie na świadka prawa w sensie negatywnym. Szelmowsko uśmiechnięci parlamentarzyści twierdzą wtedy, że prawo o czymś tam nie mówi, że czegoś im nie zabrania. Ich oponenci twierdzą wtedy, że ważny jest również duch prawa, konstytucji.

Opadają mi w takich razach z bezsiły ręce, bo to co wszyscy rozumieją jako oczywiste naciąganie, naginanie prawa, zwyczajne łajdactwo, to to wszystko macherzy parlamentarni z zadowoleniem wykorzystują dla korzyści własnych partii.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przywołanie starej, bo rzymskiej sentencji: Quod non vetat lex, hoc vetat fieri pudor. Co cię tłumaczy na polski tak: Czego nie zabrania prawo, tego zabrania wstyd. Autorem tego powiedzenia jest Lucius Annaeus Seneca, starożytny pisarz i mędrzec, który widział, co robią z prawem jego współcześni.

A bezwstyd u nas rośnie, grubieje i rozpycha się bezczelnie. Bezwstyd – tak, to byłaby najkrótsza i najbardziej celna definicja obecnego stanu rzeczy.

Poza marginesem

Dziennikarz sportowy canal+ mówi o powrocie do tenisowej czołówki zawodnika, który całkiem niedawno w ogóle się nie liczył: „On był poza marginesem…” I znowu mamy kłopot z polską frazeologią. Mamy zwrot: „on jest na marginesie”, ale nie mamy zwrotu mówiącego, że ktoś jest „poza marginesem”.

Wyjaśnijmy kłopot. W dawnych czasach karty zeszytu, książki miały z prawej strony marginesy, które służyły do nanoszenia poprawek, uwag, odnośników lub informacji pomniejszych. Stąd teksty na kartach dzieliły się na główne i marginalne. Te na marginesach były istotne, ale nie tak jak teksty główne. Zatem powiedzenie, że coś jest na marginesie oznacza, że nie ma ono takiego znaczenia jak tekst główny.

Natomiast stwierdzenie dziennikarza, że ktoś jest „poza marginesem” świadczy o głębokim niezrozumienie klasycznego powiedzenia. Nawet gdyby ktoś się uparł i na siłę próbował nadać dziennikarskiej poetyce sens, to znaczyłoby ono, że ktoś „spoza marginesu” w ogóle nie istnieje.

Niestety bardzo wielu dziennikarzy ciągle próbuje zmieniać klasyczne zwroty i frazy, z czego rodzą się stylistyczne potworki.