WALTERA ALTERMANNA Uciechy wyborcze – część druga i ostatnia

„Uciechy” to po staropolsku „rzeczy zabawne, śmieszne scenki teatralne, krotochwile”. Naprawdę traktuję i od początku traktowałem te wybory bardzo poważnie, aliści nie mogę oprzeć się przedstawienia kilku uciesznych zdarzeń wyborczych, które mnie rozbawiły.

Siłą KO jest dostrzeżenie faktu, że świat się dynamicznie zmienia, że z każdym kolejnym dziesięcioleciem te zmiany przyspieszają.

Koalicja Obywatelska

Są oczywiście i tacy ludzie, którzy wchodzą do wody, żeby masą własnego ciała powstrzymać rwący nurt wezbranej rzeki, ginąc oczywiście bez sensu, ale chlubnie i bohatersko. Koalicja Obywatelska wybrała bardziej współczesną i zrozumiałą politykę. Mówiąc językiem polityki: Donald Tusk i jego partyjni koledzy „podgarnęli” tych, którzy czują się świetnie w świecie nowoczesnych technik i mniej restrykcyjnych obyczajów. I do nich apelowali.

Jest faktem, że nasze społeczeństwo jest podzielone, i to pod różnymi względami. Są tacy, którzy w nowoczesnych i współczesnych obyczajach widzą jedynie zgorszenie, sodomię i obrazę tradycji narodowej. Ale są i tacy, którym życie bez ślubu, nawet w związkach jednopłciowych nie przeszkadza być porządnymi obywatelami i kochać swój kraj. Są nawet i tacy, którzy sami żyjąc po bożemu nie gorszą się tymi, którzy są mniej tradycyjni.

Starożytni Rzymianie mawiali: „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”, co się na polski tłumaczy: „Czasy się zmieniają, a my zmieniamy się wraz z nimi”. Ano świat się zmienia… I tę zmianę dostrzegła partia Donalda Tuska. I to dlatego pewnie on będzie premierem. Choć może być bardzo uciesznie, gdy przyjdzie nam obserwować jak ogon, czyli Kosiniak i Hołownia, będą próbowali trząść psem, czyli Tuskiem.

Ciekawe też jest, czy dawny doktrynalny liberał Tusk wróci do swej dawnej wiary, że w państwie wszystko samo się dzieje, że rząd ma tylko nie przeszkadzać niewidzialnej ręce rynku. Bo w tę rękę nikt na świecie już nie wierzy, poza naszymi, polskimi liberałami. Ano, mamy takie rodzime, bardzo ucieszne dziwactwo. I bardzo też groźne.

Trzecia Droga

Dwóch czołowych polityków tego ugrupowania, pan Hołownia i pan Kosianiak-Kamysz, twierdzą że to oni zwyciężyli, że oni mają największy sukces. Sukces jest bezsprzecznie, ale o zwycięstwie mowy nie ma. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę, że nie było było zbornego. Trzecia Droga, w swych wystąpieniach dość natrętnie odwoływała się do metafizyki, czyli do Boga i ziemi. Jeżeli to przyniosło im niemal 15 procent poparcia, to znak widomy, że spora część Polaków bardziej wierzy niż myśli.

Myślenie metafizyczne ma u nas wielką tradycję, szczególnie pod rozbiorami, gdy warstwy przewodzące narodowi nie chciały się przyznać, że owe rozbiory to ich wina – bo co miał w XVIII wieku do gadania chłop i łyk, czyli mieszczuch?

Można zatem powiedzieć, że w swoim programie żadnych, żadniutkich konkretów Trzecia Droga nie przedstawiła, za to jej liderzy byli mocno – jak na mój gust za mocno – uduchowieni. Ale tak to już jest u osób mających problem z precyzyjnym myśleniem, z liczeniem i klasyfikacją  problemów, że działają w mocnym uniesieniu duchowym. Widać liderzy Trzeciej Drogi dobrze wiedzieli, że takich jak oni, jest co najmniej 15 procent. I poszedł swój do swego. I sukces jest, ale zwycięstwa to ja nie widzę?

No i najważniejsze – Trzecia Droga podkreślała cały czas swój katolicki i konserwatywny rodowód… Kłopot ludowcy i hołowniacy mają z tym, że na Trzecią Drogę złożyły się dwie partie i naprawdę nie wiadomo, jak będą dogadywali się między sobą, w parlamencie.

PSL od zawsze reprezentuje twardy chłopski konserwatyzm i równie twardą walkę o dopłaty do ziemi, ciągników, nawozów, a w finale do płodów rolnych. Może już czas, by zacząć uważać PSL za partię postsocjalistyczną? Z kolei partia Hołowni uosabia metafizyczno-klerykalny liberalizm. I jak oni teraz między sobą uzgodnią, że rolnikom należą się stale rosnące dopłaty, skoro liberalizm, dla zasady, zabrania jakiejkolwiek ingerencji państwa w rynek? Oczywiście dogadają się bez wstydu, bo polityka jest pozbawiona wstydu, a PSL dogadywał się już w przeszłości z każdym.

Dogadywanie się wspólników Trzeciej Drogi między sobą, to jedno, ale jak ludzie Hołowni i Kosiniaka-Kamysza – będą funkcjonować, jak współrządzić z Koalicją Obywatelską i Lewicą? Tym bardziej, że już w ciągu dwóch pierwszych dni po wyborach Trzecia Droga kilka razy wyraźnie mówiła przyszłym koalicjantom, że nie zgodzi się na ich program w sprawie liberalizacji prawa do aborcji i twardszego stosunku do kościoła.

Ucieszne zmiany osobowości polityków

Zmiany w postawach ideowych wszystkich partii po wyborach są oczywiste i wcale nieśmieszne. Już w poniedziałek powyborczy niektórzy z posłów PiS zaczęli podobno kaperować posłów z innych ugrupowań, z tych samych ugrupowań, które jeszcze 24 godziny wcześniej były im tak nienawistne.

Bardziej jednak ucieszne są zmiany osobowości polityków. Dosłownie wszyscy pisowscy posłowie, występujący w rozmaitych telewizjach, z dnia na dzień stali się kulturalni i zupełnie nienapastliwi! Cud objawiony! A nie można to było być takimi w czasie kampanii? Może dzisiaj nie byłoby potrzeby układać się z posłami innych partii?

Najzabawniejsze zmiany zaszły jednak w tzw. wizerunku Władysława Kosiniaka-Kamysza. Przed wyborami jawił się przed kamerami jako króliczek–przytulanka, albo – jak mówi o nim jego własna żona – „Tygrysek”. Prezentował się jako milusi, gołębiego serca i nawet trochę ciapowaty człowiek. Ale wystarczył jeden dzień i jakby wrócił od chirurga plastycznego z USA. No, nie ten sam osobnik! I nie mamy już tygryska, mamy groźnego tygrysa szablozębnego z kenozoiku.

Po wejściu jego ugrupowania do parlamentu, od Kosiniaka-Kamysza wieje siłą, mrozem i grozą. Wzrok ma teraz twardy, na twarzy cienia uśmiechu, czoło zmarszczone, słowa waży, mówi krótko i dobitnie. Normalny wódz! Gdyby to tylko było konstytucyjnie możliwe, powinien zostać głównodowodzącym Wojska Polskiego. A najśmieszniejsze, choć i najgroźniejsze zarazem, że pan  Kosiniak-Kamysz prowadzi rozmowy z Koalicją Obywatelską i Lewicą, ale przez różne telewizje. I tam mówi publicznie na co się Trzecia Droga zgodzi, a na co jego zgody nie ma.

Naprawdę, rozkoszny koalicjant, taktowny, skory do ustępstw, otwarty na innych. O takich  mówi stare przysłowie: „Chroń nas Boże od przyjaciół, z wrogami poradzimy sobie sami”. A może Kosiniak-Kamysz przygotowuje sobie medialny grunt na koalicję z PiS-em? Nie wykluczałbym takiego obrotu rzeczy, bo nie takie wolty wykonywał już PSL w przeszłości.

W sumie – po wyborach – jest się z czego pośmiać, oby nie był to jednak śmiech przez łzy.

 

Poszukiwania WALTERA ALTERMANA: Uciech wyborczych część pierwsza

„Uciechy” to po staropolsku „rzeczy zabawne, śmieszne scenki teatralne, krotochwile”. Naprawdę traktuję i od początku traktowałem te wybory bardzo poważnie, aliści nie mogę oprzeć się przedstawienia kilku uciesznych zdarzeń wyborczych, które mnie rozbawiły.

Pierwsza ucieszna historyjka, to fakt, że poza jedną partią wszyscy są zwycięzcami.

Kto wygrał?

Jedyną partią, która przyznaje się do przegranej jest Konfederacja Wolność i Niepodległość. Sławomir Mentzen powiedział to wyraźnie już w niedzielę wyborczą.

Lewica również nie ogłasza zwycięstwa, ale twierdzi że jest zadowolona. Tak naprawdę, jej wynik nie ogłusza i głowy nie urywa. Politycy tej partii mieli nadzieję na wynik w granicach 12 procent, a jest raptem 8,6 procenta.

Zatem zarówno Konfederację, jak Lewicę, czekają długie miesiące rozpatrywań, analiz i hipotez słabych wyników. I ręczę swoim doświadczeniem, że jednej zasadniczej przyczyny nie znajdą, bo zawsze jest ich kilka.

Konfederacja Wolność i Niepodległość

Co prawda już w niedzielę wyborczą Janusz Korwin-Mikke oświadczył, że to wina programu, z którym jego ugrupowanie szło do wyborów, bo zabrakło w nim walki o przywrócenie kary śmierci. I mówił to ze śmiertelną powagą, która zresztą cechuje go przy ogłaszaniu każdego kolejnego horrendum. Pamiętamy przecież jego średniowieczne widzenie roli kobiet w społeczeństwie, które jego zdaniem powinny być głównie w kuchni, rodzić dzieci i służyć mężowi. Korwin-Mikke ma też na koncie mętną i obrzydliwą opinię o pedofilii, w której nie widzi niczego strasznego.

Jeszcze przed wyborami pan Bosak, na pytanie o straszne pomysły Korwin-Mikkego,  stwierdził z uśmiechem, że Korwin-Mikke taki już jest, bo lubi bulwersować. Jak na majestat RP, jak na walkę o Sejm i Senat, to taka dezynwoltura Korwin-Mikkego powinna być tępiona karą, o jaką właśnie sam walczy.

W sumie Konfederacja objawiła się w tych wyborach jak partia liberalno-anarchistyczna. Jak oni godzą programowy demontaż państwa z liberalizmem? Bo kto miałby zapewnić liberałom wolność, jak nie państwo? Program Konfederacji przeraża i zarazem śmieszy.

Lewica

Lewica ma w Polsce jeden, ale za to bardzo duży problem – jest nim przypisywanie Nowej Lewicy i partii Razem wszystkich zbrodni i niegodziwości komuny, w tym tej polskiej, z czasów PRL-u.

O dziwo takie opinie wygłaszają dzisiaj głównie ludzie starsi, którzy zaznali z rąk komuny  takich niegodziwości jak darmowe mieszkania, powszechna i bezpłatna edukacja, opieka  zdrowotna, a nawet – o zgrozo – wczasy pracownicze, nie mówiąc już i talonach na trabanty. Wielu z tych starszych ludzi, w tamtych latach nie protestowało, nie wyrażało – nawet w domowych pieleszach – najmniejszego sprzeciwu wobec reżimu. Gorzej – wielu z nich było w PZPR lub jego przybudówkach, nadzorowanych przez tę partię stowarzyszeniach i związkach zawodowych. Ano, widocznie na tym ma polegać ekspiacja tych dręczonych. I ta postawa byłych beneficjentów rządów komuny jest ucieszna.

Nadzieję jednak lewica ma – świadczy o tym niezłe poparcie wśród ludzi młodych, żyjących dniem dzisiejszym i następnymi.

Dzisiejsza lewica to zupełnie inny twór niż za Leszka Millera, bo wtedy była poniekąd Małą Platformą. A z lewicowości pozostał jej jedynie libertynizm, a i to nie za bardzo ostry. Jeszcze jakieś pięć lat temu marzeniem wielu prominentnych działaczy SLD było zostanie członkiem Platformy, co zresztą wielu się udało, jak byłemu przewodniczącemu SLD, Grzegorzowi Napieralskiemu. I poniekąd samemu Millerowi, który obecnie nie jest, ale przecież jest, mocno związany z partią Donalda Tuska.

Dzisiejsza lewica, głównie dzięki Włodzimierzowi Czarzastemu i Adrianowi Zandbergowi, wraca na klasyczne dla każdej lewicy tory – stała się partią walczącą o los najsłabszych w społeczeństwie, pokrzywdzonych w procesie transformacji ustrojowej. Myślę, że mając na uwadze panujący we wszystkich pozostałych partiach „polski okrutny liberalizm”, jest dobrze, że na naszej scenie politycznej mamy też – dla równowagi – partię lewicową.

Zatem – jak ustaliliśmy – przegranymi są: Konfederacja i Lewica. Ale kto zwyciężył? Po złoty laur zwycięzcy wyciągają się ręce aż trzech partii – Prawa i Sprawiedliwości, Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi. Przypatrzmy się tym mniemanym zwycięzcom bliżej.

Prawo i Sprawiedliwość

Ta partia utrzymuje, że została zwycięzcą wyborów. Faktycznie, osiągnęła najlepszy wynik z wszystkich startujących w wyborach, ale prawdziwym zwycięzcą jest przecież to z ugrupowań, które utworzy rząd. Bo wybory parlamentarne polegają tylko na tym, żeby po wyborach rządzić, a nie na zbieraniu procentów.

Jak na razie szanse PiS na trzecią kadencję są słabe, zatem o zwycięstwie mowy być nie może. Taktyka powyborcza PiS, z ogłaszaniem sukcesu, trochę przypomina mi propagandową taktykę ZSRR w sporcie. Pamiętam, że pod koniec lat sześćdziesiątych na którychś mistrzostwach w lekkoatletyce zwyciężyli Polacy, bo zajęli pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej. A do wyłonienia mistrzów cały świat używał właśnie systemu medalowego: złoty, srebrny i brązowy. I taka miła dla nas wiadomość poszła w szeroki świat.

Jednak z wielkim zdziwieniem wyczytałem w „Prawdzie”, że to nie Polacy zwyciężyli, ale   sportowcy ZSRR. I na taką dziwną dla świata okoliczność w Związku Radzieckim – ten jeden jedyny raz – inaczej policzono punkty, bo łącznie z punktami za miejsca nawet dziesiąte. I był kolejny sukces Kraju Rad? Był!

Moim zdaniem w działaniach PiS, podczas ośmioletniej kadencji rządowej, dało się zaobserwować wyraźny brak korelacji między czynami a słowami. Co było bardzo ucieszne i co odbiło się na wyniku. Chodzi o to, że czyny, szczególnie w dziedzinie obronności, gospodarki i socjalnej były dobre. Natomiast towarzysząca im propaganda była nazbyt wojownicza, wpadająca nawet w agresję. I jest faktem, że w tych wyborach twarzami tej partii byli wściekli, bezwzględni i agresywni „młodzieńcy”. A nie wszyscy wyborcy taką wojowniczość lubią, niektórzy nawet się jej boją.

Ale nie ja będę dochodził „dlaczego” z PiS-em jest jak jest. Jedyne co mógłbym radzić, to na przyszłość więcej spokoju, a nawet dobieranie na „medialne twarze partii” ludzi spokojniejszych, grzeczniejszych po prostu – w końcu wszystkie partie są jedynie sługami państwa i narodu. A co to za sługa, który z hukiem stawiając talerz na stole, krzyczy przy tym: „Chyba państwu smakuje. Prawda?!”

Dalsze ucieszne przykłady z wyborów, zamieszczę w następnym felietonie, żebyśmy nie zażartowali się na śmierć.

 

Zbrodnia niewyjaśniona – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o morderstwie ks. Jerzego Popiełuszki

27 października 1984 r. szef komunistycznego MSW Czesław Kiszczak podał nazwiska funkcjonariuszy SB uczestniczących w porwaniu księdza Jerzego Popiełuszki. Byli oni pracownikami IV Departamentu MSW: Grzegorz Piotrowski, naczelnik jednego z wydziałów, oraz dwaj funkcjonariusze departamentu: Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski.

22 kwietnia 1985 r. komunistyczny Sąd Najwyższy utrzymał w mocy wyroki wobec Piotrowskiego, Pękali i Chmielewskiego, a także ich przełożonego Adama Pietruszki, zastępcy dyrektora IV Departamentu MSW.

Potem kara była wielokrotnie łagodzona tak, że wszyscy mordercy są od dawna na wolności. Trzeba od razu dodać, że to mordercy domniemani. Bo od lat powraca pytanie: kto i kiedy zabił kapelana Solidarności.

Według komunistycznej wersji, przedstawionej podczas procesu toruńskiego i powtarzanej następnie przez lata – nastąpiło to 19 października 1984 r. Tymczasem zwłoki niezłomnego kapłana oprawcy mieli wrzucić do Wisły sześć dni później – 25 października. W tym czasie Piotrowski, Pękala i Chmielewski już od dwóch dni przebywali w areszcie.

Prokurator Andrzej Witkowski mówi, że w sprawie pobicia ze skutkiem śmiertelnym Grzegorza Przemyka rzeczywistymi sprawcami też okazały się inne osoby, niż te, które wskazał komunistyczny resort spraw wewnętrznych. Przypomina, że już w trakcie procesu toruńskiego niemal powszechnie było wiadomo, że ława oskarżonych jest „za krótka”. Że to nie tylko funkcjonariusze Departamentu IV MSW, którzy zajmowali się zwalczaniem Kościoła (w tym najbardziej „zasłużona” w tym dziele komórka D – od słowa „dezintegracja”).
Wykonawców zbrodniczego planu było – zdaniem Witkowskiego – więcej: kto inny porwał księdza, a kto inny go zamordował. Do dziś nie zostali również ujawnieni i osądzeni inspiratorzy zabójstwa. A kto w październiku 1984 r. trzymał ster rządów w państwie? Dwaj towarzysze generałowie – Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak.

Już w 1991 r. Witkowski chciał objąć zarzutami obu czerwonych „gentlemanów” i… został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach, w 2002 r. jako prokurator lubelskiego IPN. Po tym, jak ujawnił m.in. notatkę znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił „wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki”, Witkowskiego ponownie odsunięto.
Odpowiedzialność Jaruzelskiego i Kiszczaka ma podważać inna notatka, którą lata temu upublicznił historyk, prof. Andrzej Paczkowski, wskazująca jako inspiratora porwania i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki innego „generała” – Mirosława Milewskiego. Radiu ZET towarzysz Milewski opowiadał: „Mogę absolutnie powiedzieć, bez cienia wątpliwości, że nigdy nikogo nie zabiłem, tym bardziej księdza jakiegoś”.

Wierzymy Milewskiemu? A czy można ufać komuniście? Pamiętajmy też, że winę zrzucali na Milewskiego Jaruzelski i Kiszczak, chcąc odsunąć od siebie jakiekolwiek podejrzenia.

Mecenas Jan Olszewski, który także zgłębił sprawę, nie miał wątpliwości, że mocodawców mordu trzeba szukać jeszcze gdzie indziej: w Moskwie, co ujął kiedyś słowami: „W moim przekonaniu nikt tutaj, zwłaszcza w MSW, nie odważyłby się zrobić czegokolwiek w sprawie ks. Jerzego co najmniej bez konsultacji, jak nie bez zaleceń stamtąd”.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Może być nieźle. Albo źle

Dlaczego PiS wygrał, ale przegrał? Z różnych powodów, ale jednym z najbardziej istotnych wydaje mi się to, że się na ostatnim odcinku kampanii splatformizował. I tak jak wcześniej wyśmiewał polityków Platformy Obywatelskiej z Tuskiem na czele, podliczając mu w spotach ile razy podczas konwencji użył słowa „PiS”, tak sam do groteski doprowadził używanie po każdym przecinku, ustami premiera Morawieckiego słowa „Tusk”.

PiS nie miał złej kampanii, może nie jakąś wybitną, ale dobrze skrojoną pod trudne czasy. Bezpieczeństwo, inwestycje, programy socjalne. Ta kampania powodowała wrażenie, że „ci tam na dole się miotają usiłują szarpać pisowskie nogawki, a PiS unosi się pół metra nad nimi i zajmuje się w tym czasie sprawami istotnymi dla Polski i Polaków”. Jeśli dobrze pamiętam, miało to pozytywny wpływ na sondaże. Przynajmniej te publicznie dostępne. I nagle jak nożem uciął, pozytywną kampanię szlag trafił i zaczęło się „Tusk, Tusk, Tusk”, drażniące (pytałem) nawet najtwardszy elektorat, co sprowadziło PiS z tego pół metra, pół metra niżej. Tusk, który nie był szczególnie istotny, nagle zrobił się strasznie ważny. A w tym samym czasie, ci którzy PiS szarpali, no nie, nie to, że zaczęli merytorycznie, ale zadusili PiS miłością i serduszkami.

Platformizacja

Mało tego, PiS wydaje się powtarzać zachowania Platformy również po wyborach. Niektórzy politycy partii ciągle rządzącej sprawiają wrażenie jakby byli na elektorat obrażeni. Głupi wyborcy śmieli zagłosować nie tak jak należało. Może i głupi. Warto to rozważać. Mogą to robić publicyści, blogerzy, wszyscy obywatele. Ale kiedy zaczynają to robić publicznie politycy, jest to forma wyparcia rzeczywistości i niechęć do przyjęcia jej konsekwencji. Politycy muszą sytuację głęboko zanalizować, wyciągnąć konsekwencje, również personalne, po to by jak najszybciej przedstawić wyborcom nową, skuteczną i atrakcyjną ofertę. I to nie schlebiając ich najniższym instynktom, ale ukazując nową wizję, do której ci chcieliby aspirować. Tak było z „Polską solidarną” i „Dobrą Zmianą”.

Przykładem, który uderzył mnie szczególnie, był paskudny powyborczy spin „wszystkiemu winni prolajferzy i orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego”. Może jeszcze nienarodzone dzieci? Można oczywiście rozważać konsekwencje polityczne tej sytuacji, ale wydaje mi się, że warto zauważyć, że jakoś Lewica na tym nie zyskała, nie zyskała nawet blisko związana z Lempart Platforma Obywatelska, która w zasadzie uzyskała słaby wynik. W ogóle założenie, że „PiS popełnił tu błąd” jest obraźliwe dla Trybunału Konstytucyjnego, który PiSem nie jest (postąpił zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą, konstytucją i człowieczeństwem) i w jakimś sensie przyznaje rację świrowni ze Strajku Kobiet. A służyć ma prawdopodobnie odwróceniu uwagi od innych wydarzeń, takich jak błędy w kampanii, będąca katastrofą wizerunkową na wsi „Piątka dla zwierząt”, podpisanie takich potworków jak „mechanizm praworządności”, „Fit for 55”, czy irytująca wielu covidowa propaganda. Pamiętacie jak Strajki Kobiet nagle zwiędły kiedy otwarto galerie handlowe? A przecież orzeczenia TK nie odwoływano. Zresztą, tę wersję potwierdzają również moje nieoficjalne ustalenia, wg. których temat „aborcji”, czy „praw kobiet” nie istniał na agendzie analiz potencjalnych zagrożeń sztabu PiS. Pojawił się nagle po wyborach. Bo akurat był potrzebny, stanowiąc jakby kolejny objaw odmowy akceptacji rzeczywistości, lub jej celowego zafałszowania. Co to może dziś pozytywnego PiS przynieść? Nic. Lewica światopoglądowa nie ruszy szturmem głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Jedyną konsekwencją może być zrażenie kolejnej grupy wyborców.

PiS ma czym grać

A wbrew temu co się niektórym wydaje, PiS ma sporo aktywów. Ma „swojego” prezydenta, szefa NBP, instytucje wymiaru sprawiedliwości, które obsadzono za jego kadencji, tysiące sędziów zaszczuwanych dziś przez hunwejbinów „nadzwyczajnej kasty”, przez jakiś czas jeszcze media publiczne. Będzie miał największy klub parlamentarny. I najbardziej zwarty, o ile nie wystąpią jakieś procesy dekompozycyjne. W odróżnieniu od potencjalnej „koalicji”. Tak silne opozycji nikt nie miał od 1989 roku. Nic tylko patrzeć jak gabinet Tuska (wiem, jeszcze go nie ma i nie wiadomo czy na pewno będzie, ale przyznacie, to dość prawdopodobne) kompromituje się nie mogąc spełnić obietnic wyborczych i ośmiesza ustami takich „mężów opatrznościowych” jak Izabela Leszczyna czy Michał Kołodziejczak. Nic tylko punktować, pokazywać „my budowaliśmy CPK, a oni budują trzecie toalety”.

Jest na czym budować. Referendum niestety nie stało się dla decyzji rządzących obligatoryjne, ale na pytania referendalne – „nie” – odpowiadało po ok. 11 milionów biorących udział. To jest potencjał, po który PiS może sięgnąć jeśli potrafi. Ale do tego trzeba by ciężkiej pracy nad przywróceniem wiarygodności, której strategia „w Polsce owijamy się biało-czerwonymi flagami, a do Brukseli jeździmy podpisywać co trzeba” kiepsko się przysłużyła. Mało tego, badania niemieckiej Fundacji Adenauera, tej samej, która finansowała Campus Trzaskowskiego, wskazują, że młodzi ludzie są w większości przeciwni liberalizacji prawa aborcyjnego, przeciwni wprowadzeniu euro, rozumieją potrzebę inwestowania w bezpieczeństwo. Żeby do nich dotrzeć nie trzeba schlebiać julkom, tylko nauczyć się języka, który do nich dotrze, a nie będzie dziaderskim „Tusk, Tusk, Tusk”. Nie wiem czy PiS chce i może to zrobić, nie jestem członkiem partii, ale kto by tego nie robił, taka budowa jest niezbędna z punktu widzenia szansy Polski na przetrwanie jako suwerenne państwo i szansy Polaków na przetrwanie ich ambicji wykraczających poza półgodzinną przerwę przy zbiorze niemieckich szparagów.

Krytyka

Spotykam się z takimi apelami, często bardzo szanowanych osób, żeby „nie krytykować PiS, bo PiS jest dobry”. Ja nie twierdzę, że „niedobry”. Naprawdę doceniam, ze świadomością wszystkich wad i „sukcesów”, choćby to, że przez osiem lat Polska i Polacy mieli szansę choćby rozważać własny interes, a w wielu kwestiach go skutecznie realizować. Nie wiem czy taka sytuacja jeszcze się w najbliższym czasie pojawi, tym bardziej, że rządzić ma nami człowiek, który zapewne podpisze wszystko co podsuną mu Niemcy. Ale to nie oznacza, że PiS ma nie podlegać krytyce. Nawet Kościół podlega. A brak krytyki może powoduje dłuższe okresy samozadowolenia, ale kiepsko wpływa na świadomość sytuacyjną i bywa, że ma opłakane konsekwencje.

Reasumując. W mojej ocenie PiS ma potencjał żeby odwrócić kartę, ale nie w sytuacji kiedy powtórzy błędy Platformy.

 ANDRZEJ SZABACIUK: „Polscy najemnicy” w Ukrainie w propagandzie kremlowskiej

Informacje o zaangażowaniu ochotników z Polski w walki w Ukrainie pojawiały się w kremlowskiej propagandzie wielokrotnie od 2014 r., jednak początek pełnowymiarowej wojny istotnie zwiększył ich liczbę. Kluczowym celem działań kremlowskiej machiny propagandowej w tym aspekcie jest usprawiedliwienie rosyjskich porażek w wojnie przeciwko Ukrainie.

Jedną z kluczowych narracji dotyczących obecności polskich ochotników walczących w Ukrainie są doniesienia o ogromnych stratach ponoszonych przez polskie oddziały w czasie walk w obwodzie charkowskim i chersońskim. 29 lipca 2022 r. Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej wydało komunikat o likwidacji obozu „zagranicznych najemników” walczących pod Mikołajowem, w wyniku której zginęła bliżej nieokreślona liczba żołnierzy z Polski. W innym komunikacie z 25 listopada informowano o „likwidacji” ok. 200 „polskich najemników” rozlokowanych trzech punktach pod Charkowem, w okolicach miejscowości Wielkie Chutory. Według artykułu na portalu Lenta.ru z 29 listopada 2022 r., od początku wojny w Ukrainie miało zginąć ok. 1200 „polskich najemników”.

Tego samego dnia Ria Novosti opublikowało wypowiedź oficera tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej Andrieja Maroczko, który twierdził, że „polscy najemnicy” w Ukrainie giną na masową skalę, przez co polskie władze mają problem ze zorganizowaniem im pochówków. Ten sam oficer informował 30 listopada, że między „polskimi najemnikami” i żołnierzami sił zbrojnych Ukrainy stale dochodzi do awantur z powodu przywilejów polskich żołnierzy. W gazecie internetowej „Argumenty i Fakty” 26 października 2022 r. ukazał się artykuł o rzekomym ataku „polskich najemników” na bojowników „Prawego Sektora”. Przyczyną miał być jakoby sprzeciw obcokrajowców, którzy odmówili wykonania rozkazu, obawiając się o swoje życie i argumentując, że na pierwszej linii powinni walczyć żołnierze obrony terytorialnej, a nie oni. W opinii gazety nie jest to pierwszy taki przypadek. „Polscy najemnicy” nie tylko dostają wyższy żołd, rzekomo nawet ponad 1000 dol. dziennie, ale także są lepiej wyposażeni w broń i środki ochrony osobistej przez „zachodnich sponsorów”, a żołnierze ukraińscy sami muszą kupić wszystko za swoje pieniądze. Dodatkowo Polacy mają rzekomo odnosić się do Ukraińców z wyższością, jak do osób gorszej kategorii.

W kolejnych miesiącach wojny ta narracja była kontynuowana i powielane były podobne informacje. Do kwestii strat „polskich najemników” odnosił się m.in. sam Władimir Putin w wypowiedzi z 13 czerwca 2023 r. (Ria Novosti) „Polscy najemnicy naprawdę tam walczą, […] oni ponoszą ciężkie straty. Naprawdę je ukrywają [władze Polski], ale straty są poważne”. Rzekomym potwierdzeniem strat wspominanych przez Putina miał być komunikat Ministerstwa Obrony RF z 25 czerwca 2023 r. o likwidacji 80 „polskich najemników”.

Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej szacowało w grudniu 2022 r., że w Ukrainie walczy ponad 1800 osób z Polski. Według władz tzw. Donieckiej Republiki Ludowej polscy żołnierze obecni byli praktycznie w każdym sztabie ukraińskim, co więcej, jak donosiła „Komsomolskaja Prawda” w artykule z 4 listopada 2022 r., są oni również członkami oddziałów, które strzelają do wycofujących się z pierwszej linii żołnierzy ukraińskich. W opinii gazety przyczyną masowego wstępowania Polaków do Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy jest agitacja polskich mediów zachęcających do udziału w walkach.

Warto zauważyć, że z kolejnymi miesiącami i coraz mniej oczywistymi rosyjskimi „sukcesami” na froncie, liczba „polskich najemników” stale rosła, a ich znaczenie z punktu widzenia działań zbrojnych było wręcz kluczowe. W rosyjskiej telewizji Ren 24 sierpnia 2023 r. ukazał się materiał charakteryzujący „polskich najemników” jako najliczniejszych i najbardziej „ideowych” wśród zagranicznych ochotników walczących w Ukrainie. Jak podkreślano, chociaż w Polsce grozi surowa kara za udział w formacjach najemniczych, to nikt nie ma zamiaru prześladować takich osób i plakaty zachęcające do wyjazdu na Ukrainę są rozwieszone m.in. w warszawskim Metrze. W rekrutację mają być rzekomo zaangażowani urzędnicy Ministerstwa Obrony RP. Według przytaczanej w programie wypowiedzi politologa Wadima Truchaczewa z Rosyjskiego Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego w Moskwie, działania władz Polski to de facto wojna zastępcza (Proxy war): „Wojna zastępcza już trwa. Zbyt wielu Polaków, dziesiątki tysięcy, już walczy w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy. Polacy masowo, rzeczywiście, boją się Rosji, nie ufają Rosji oraz po prostu jej nienawidzą”. Inny „ekspert” w Dymitr Suchotnik sugerował, że jedną z przyczyn masowych zakupów uzbrojenia przez Polskę jest plan utworzenia przynajmniej polskiej strefy wpływów na Białorusi i Ukrainie. A dodatkowo „Warszawa nie ukrywa zamiaru rozmieszczenia baz wojskowych w pobliżu Charkowa, Zaporoża i Odessy przy wsparciu NATO. Nawet jeśli nie dojdzie do konfliktu między Polską a Rosją, Warszawa, przy wsparciu Sojuszu, będzie stwarzać zagrożenia polityczne i militarne w pobliżu rosyjskich granic”.

Propaganda rosyjska podkreślała rzekomo kluczowe zaangażowanie „najemników z Polski i Gruzji” w obronę Bachmutu. Artykuł o tym ukazał się m.in. w „Izwiestiach” 31 marca 2023 r. Powoływano się w nim na informacje od najemników Grupy Wagnera. Przytoczono m.in. wypowiedź Jewgienija Prigożyna, że pod Bachmutem siły rosyjskie walczą nie tylko z Ukrainą, ale z całym „kolektywnym Zachodem”. Na portalu „Komsomolskiej Prawdy” 14 kwietnia 2023 r. opublikowano film pokazujący „polskich najemników” w Bachmucie, którymi byli ochotnicy sformowanego przez Damiana Dudę zespołu medyków pola walki „W międzyczasie”. Z kolei 28 kwietnia 2023 r. „Rossijskaja Gazieta” opublikowała tekst o rzekomym masowym przerzucaniu przez armię ukraińską „polskich najemników” pod Bachmut. W opinii autora artykułu Michaiła Suchariewa było ich tam ok. 20 tys. (powoływano się na płka Douglasa McGregora[1]) i pełnili kluczową rolę w walkach o miasto, gdyż obsługiwali skomplikowany zachodni sprzęt dostarczony przez państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tekst ukazał się w czasie najcięższych walk o to miasto i zapewne miał uzasadnić trudności armii rosyjskiej z przełamaniem ukraińskiej obrony w tym regionie.

Drużyna „polskich najemników” miała wziąć udział także w głośnym ataku Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego i Legionu „Wolna Rosja” na obwód biełgorodzki 22 maja 2023 r. W artykule w „Komsomolskiej Prawdzie” z 24 maja 2023 r. pt. „Niech Warszawa zabierze swoje trupy”: co polscy najemnicy robią w Rosji” oskarżono Polaków o współudział w ataku oraz o torturowanie, a potem zabicie rosyjskiego rezerwisty. Dodatkowo przywoływany przez gazetę emerytowany oficer armii USA Stanisław Kropiwnik twierdził, że po stronie Ukrainy walczy 10 tys. polskich najemników, byłych żołnierzy, którzy oficjalnie odeszli ze służby. Przy czym w walkach zginęło ich już ponad 3 tys. Sugerował on także, że ciała poległych pod Biełgorodem Polaków należy ułożyć przed ambasadą Polski w Moskwie – „niech zabierają swoje mięso”.

Często pojawiającą się narracją propagandową jest rzekome przechwytywanie przez rosyjskich wojskowych rozmów „zagranicznych najemników”, w tym tych z Polski. Ciekawym przykładem jest również kwestia rzekomego wywieszania przez Polaków „polskiej flagi” na ukraińskich pozycjach, o czym pisała agencja Ria Novosti 2 sierpnia 2023 r. W odpowiedzi siły rosyjskie miały bezzwłocznie ich zlikwidować.

„Pacyfikatorzy”

Kolejna występująca narracja odnosi się do rzekomych zbrodni wojennych, jakich mają dopuszczać się Polacy walczący w Ukrainie wobec ludności prorosyjskiej. 3 grudnia Ria Novosti informowała, że do miasta Marganiec w obwodzie dniepropietrowskim przybyli żołnierze polskich jednostek specjalnych, ubrani w mundury ukraińskie, którzy mieli wyłapywać wśród mieszkańców osoby sprzyjające Rosji. Oddziały te były jakoby bezpośrednio podporządkowane dowództwu Sojuszu Północnoatlantyckiego. 14 października 2022 r. na portalu Life.ru pojawiły się podobne informacje o polskich „pacyfikatorach” (ros. „карателях”)[2], którzy jakoby zaatakowali jednego z mieszkańców wyzwolonej miejscowości w obwodzie charkowskim. Polacy mieli wyklinać, rzucać granatami i strzelać do miejscowych, w tym m.in. postrzelili jednego z mieszkańców uciekającego na motorze, któremu pomocy udzieliły wojska rosyjskie. W tekście na portalu News-Front.info z 3 grudnia 2022 r. padły oskarżenia, że polscy „pacyfikatorzy” są odpowiedzialni za „ludobójstwo narodu ruskiego” w obwodzie charkowskim i chersońskim, co miało miejsce za przyzwoleniem wojsk ukraińskich.

Ria Novosti 5 grudnia 2022 r. zamieściła wypowiedź rzekomego przedstawiciela społeczności rosyjskiej Mikołajowa, który informuje, że miasto ma coraz bardziej „polski” charakter, a „polscy najemnicy” awanturują się, piją i gwałcą miejscowe kobiety. Według słów informatora potwierdzone są informacje o gwałcie dwóch kobiet, które jakoby zwróciły się o pomoc do miejscowej policji, a w odpowiedzi miały usłyszeć, że Polacy są naszymi „obrońcami”, „sojusznikami” i nic z tym zrobić nie możemy. Rzekomo wydano również tajne przypisy, aby przymykać oczy na „polskie ekscesy”.

Satanizm i aneksja zachodniej Ukrainy

 6 grudnia 2022 r. gazeta internetowa „Inguszetia” opublikowała artykuł pt. „Polscy najemnicy w Ukrainie: ścieżką satanizmu do aneksji terytorialnych”. W tekście skomentowano filmik krążący w internecie, na którym polscy ochotnicy walczący w Ukrainie mieli jakoby spalić Pismo Święte. Zdaniem autorów na ten czyn nie zareagowali żołnierze ukraińscy, ponieważ „prawdziwych prawosławnych w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy już nie ma”. W opinii redakcji w Ukrainie od 2014 r. szerzy się satanizm i okultyzm, a samo państwo jest coraz bardziej zależne od Zachodu. Dodatkowo Polacy nie pomagają Ukrainie bezinteresownie, a ich celem są aneksje terytorialne. Jak zauważa przytaczany w tekście prof. Władimir Winokurow z Akademii Dyplomatycznej MSZ Federacji Rosyjskiej, chodzi o cztery „odwiecznie polskie” obwody zachodniej Ukrainy. Instrumentem do tego ma być Trójkąt Lubelski oraz pomysł sformowania „misji pokojowej” w Ukrainie.

Podobnie cel działań Polski tłumaczył „ekspert” prokremlowskich mediów Stanisław Kropiwnik w przytaczanym artykule w „Komsomolskiej Prawdzie” z 24 maja 2023 r. Twierdził, że Polacy przygotowują się do aneksji zachodnich obszarów Ukrainy i czekają tylko na zielone światło od Sojuszu Północnoatlantyckiego. Póki co takiej zgody nie ma, bo politycy na Zachodzie nie chcą ponosić ofiar za „polską awanturę”.

Oskarżenia o planowanie aneksji zachodniej Ukrainy nie są nowe, wielokrotnie powtarzane były przez czołowych rosyjskich polityków na czele z Władimirem Putinem i Siergiejem Ławrowem. Co ciekawe, szef Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej Siergiej Naryszkin – szeroko przytaczany przez rosyjskich propagandzistów – sugerował, że planowana aneksja ma być rzekomo wzorowana na „skutecznych” działaniach rosyjskich. Jak twierdzi Anna Ponomarewa z tzw. Analitycznej Służby Donbasu rzekomo na skutek decyzji prezydenta Andrzeja Dudy polecono odpowiednim urzędom centralnym przygotowanie uzasadnienia polskich roszczeń do tych terytoriów. Co się tyczy postawy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, to zdaniem rosyjskich propagandzistów jest on gotowy, aby stać się „nowym Petlurą”, czyli osobą gotową oddać Polsce zachodnią część Ukrainy, o czym jakoby ma świadczyć jego decyzja o przyznaniu Polakom specjalnego statusu w Ukrainie.

W podobnym tonie wypowiadał się były amerykański wojskowy Scott Ritter, często goszczący na prokremlowskich portalach, który jak zauważa Lenta.ru w tekście z 2 sierpnia 2023 r. sugerował, że Polska ma obecnie możliwość bezproblemowego zajęcia Zachodniej Ukrainy, gdyż ani władze Ukrainy, ani Stany Zjednoczone nie będą się temu sprzeciwiały. W jego opinii, Ukraina rozważa sojusz z Polską, w tym bierze pod uwagę kwestię stworzenia jednego państwa. W opinii innego kremlowskiego propagandysty Dmitrija Żurawliowa pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich wynika z braku wiary Polski w zwycięstwo Ukrainy, a ochłodzenie relacji pozwoli zmniejszyć wsparcie okazywane Ukrainie.

 Wnioski

Informacje o zaangażowaniu ochotników z Polski w walki w Ukrainie pojawiały się w kremlowskiej propagandzie wielokrotnie od 2014 r., jednak początek pełnowymiarowej wojny istotnie zwiększył ich liczbę. Kluczowym celem działań kremlowskiej machiny propagandowej w tym aspekcie jest usprawiedliwienie rosyjskich porażek w wojnie przeciwko Ukrainie. Łączy się to z jedną z kluczowych narracji propagandy rosyjskiej po 24 lutego 2022 r., zgodnie z którą Rosja jest obecnie w stanie wojny nie tylko z Ukrainą, ale z całym Zachodem. Dostrzegamy ciekawą zależność, im gorzej przedstawiała się sytuacja wojsk rosyjskich w Ukrainie, tym bardziej rosła liczba „polskich najemników” walczących po stronie ukraińskiej i obsługujących natowski sprzęt. Co ważne, zgodnie z tą narracją, Polacy walczący w Ukrainie mają być rzekomo bezpośrednio podporządkowani dowództwu NATO, a nie jak jest w rzeczywistości dowództwu Sił Zbrojnych Ukrainy.

Polacy określani są najczęściej jako „najemnicy”, co sugeruje, że nie walczą bezinteresownie, motywowani są przez potencjalne korzyści materialne. Dodatkowo przedstawiani są jako osoby odnoszące się z pogardą do ludności ukraińskiej, dopuszczające się zbrodni wojennych czy wręcz „ludobójstwa na ludności ruskiej”, zachowujące się jakby byli ponad prawem i miały świadomość swojej bezkarności. Celem takiej narracji jest ewidentnie skłócenie Polaków z Ukraińcami i rozbudzenie w społeczeństwie ukraińskim antypolskich resentymentów.

Rosyjska propaganda prezentuje władze Ukrainy jako całkowicie uległe woli Zachodu i zależne od pomocy z zewnątrz. Armię ukraińską jako bezwładną masę, która opiera się Rosji dzięki pomocy opłaconych przez Zachód wojskowych, pozbawionych moralności i skrupułów. Ukraina rzekomo zmuszona jest do tolerowania aroganckiego zachowania „polskich najemników”, a sam prezydent Wołodymyr Zełenski jakoby pogodził się już z utratą zachodnich obwodów państwa na rzecz Polski, a siły porządkowe różnych szczebli zmuszane są do tolerowania przestępstw, jakich dopuszczają się Polacy w Ukrainie. Forsując taką narrację kremlowska propaganda chce pokazać, że władze Ukrainy nie reprezentują interesów narodu ukraińskiego, który jest upokarzany i krzywdzony przez Zachód. Dodatkowo propagandyści kremlowscy rozpowszechniają narrację, że antyrosyjska część Ukraińców, podobnie jak Polacy, zwalcza chrześcijaństwo i skłania się w stronę ateizmu czy wręcz satanizmu, odcinając się w ten sposób od chrześcijańskich korzeni i wspólnego dziedzictwa prawosławnego.

Andrzej Szabaciuk

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

[1] Słynący z antypolskich, antyukraińskich i prorosyjskich wypowiedzi amerykański oficer. Weteran walk w Zatoce Perskiej i w Kosowie. Niedoszły ambasador USA w Niemczech, doradca sekretarza obrony Christophera C. Millera od listopada 2020 r. do stycznia 2021 r.

[2] Tym terminem sowiecka propaganda określała oddziały niemieckie pacyfikujące miejscowości Związku Radzieckiego w czasie II wojny światowej. Po 2014 r. rosyjska propaganda określała tak wojska ukraińskie walczące na Donbasie.

Głupota czy sabotaż – zastanawia się HUBERT BEKRYCHT: Nowe karpie w radiowej Trójce

Do większości mieszkańców bliższych i dalszych okolic Turowa, którzy głosowali na partie chcące zamknąć tamtejszą elektrownie i kopalnię odcinając rejon od miejsc pracy i redukując produkcję energii elektrycznej w kraju oraz do młodych, którzy wybrali ugrupowania postulujące odebranie młodzieży przywilejów fiskalnych, dołączył dziennikarz Wojciech Dorosz z radiowej Trójki. Jest on jedynym znanym mi na całym świecie szefem organizacji dziennikarskiej – medialnej i zwiazkowcem postulującym zwolnienia m.in. dziennikarzy w swojej firmie. I właśnie dlatego Dorosz przypomina karpia, który domaga się przyspieszenia świąt Bożego Narodzenia. Karpia – nich mi ryby wybaczą – politycznego.

Karp zresztą kojarzy się z radiową Trójką, z którą W. Dorosz jest związany od 17 lat. Jednak nie chodzi o związek owego redaktora z karpiem z dawnych piosenek III PR. Jest poważniej.

Oto Wirtualnych Mediach Wojciech Dorosz powiedział: „Powiem wprost: wkurzyliśmy się, gdy w mediach pojawiły się konkretne nazwiska. To ludzie znający się na rzeczy, więc nie chodzi o nich, ale o sposób, w jaki to się dzieje. Bez konkursu, bez konsultacji.

Znów czujemy się jak osiem lat temu, gdy przysłano do Polskiego Radia osoby, które miały wprowadzić porządki według politycznego zamówienia. Ten system jest chory i należy go natychmiast zmienić” – mówił Wirtualnym Mediom dziennikarz Programu Trzeciego Wojciech Dorosz, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Trójki oraz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy i Twórców Radia Publicznego.

Organizacje te wystosowały oświadczenie dotyczące mediów publicznych. „Media robią dziennikarze. Nie ma powrotu do starego. Media publiczne trzeba zbudować na nowo” – czytamy w oświadczeniu. „Uważamy, że nie powinni nimi kierować ani politycy ani dziennikarze z przeszłością polityczną. I proces zmian w tym duchu trzeba zacząć od zaraz, bez usprawiedliwiania się okresem przejściowym, niezależnie od działań, na jakie zdecyduje się nowy rząd demokratycznej opozycji” – napisano w dokumencie, którego tekst opublikowały także WM.

Wojciech Dorosz ma receptę na takie ewentualne działania KO, TD i Lewicy: „- Z Polskiego Radia powinno odejść kilkadziesiąt osób. Jest tu duża grupa publicystów i komentatorów politycznych o bardzo wyrazistych poglądach i służebnej postawie wobec wciąż rządzącej partii, którzy zdecydowanie nie powinni dłużej pracować w mediach publicznych. Wystarczy być może przeprowadzić z nimi rozmowy i jeśli stwierdzą, że nie będą w stanie pracować w nowych realiach, to pójdą gdzie indziej. Zapewne dojdzie do dużych zwolnień, choć akurat znaczna część tych osób nie jest u nas na etacie. Są zatrudnieni w ramach umów B2B albo cywilno-prawnych. Natomiast nie uważam, by z powodu tych kilkudziesięciu partyjnych funkcjonariuszy kara miała spaść na pozostałych ponad 1200 pracowników Polskiego Radia, często związanych z tą instytucją od wielu lat – uważa nasz rozmówca” – napisały 24 października Wirtualne Media.

Muszę przyznać, że w pierwszym momencie nie uwierzyłem i to nie dlatego, że WM często nie podają  informacji w taki sposób, w jaki ja rozumiem dziennikarstwo. Po prostu pomyślałem, że to głupota, kunktatorstwo lub sabotaż. Oczywiście Dorosz to doświadczony dziennikarz. Zatem, dlaczego mówi takie bzdury o konieczności zwalniania pracowników PR będąc liderem organizacji dziennikarskich i medialnych, także w PR? Nie wiem dlaczego to zrobił, ale może za kilka dni dowiemy się, że nie Dorosz nie autoryzował wypowiedzi albo, że źle go zrozumiano. Przecież nie uwierzę, ze redaktor od prawie 20 lat związany z mediami publicznymi nie pomyślał, że skoro jego niektórzy znajomi z Trójki i Polskiego Radia zaczną uważać go za zdrajcę (albo od dawna uważają), to politycy liberalni i lewicowi wyznaczający po raz kolejny, kto może i powinien pracować w mediach publicznych,mogą wkrótce zrezygnować z Dorosza…

„Nie, nie” – podpowiedziały mi głosy resztek mojego rozsądku. „Redaktor Dorosz taki głupi nie jest” – dodały głosy.

Wobec tego naprawdę nie wiem dlaczego redaktor Trójki i lider organizacji dziennikarskich i medialnych, związkowiec zachował się jak karp, który sam się zabił już w październiku, ale jeszcze wcześniej wypatroszył się i usmażył albo – co tam kto lubi – podał się w galarecie.

Jeszcze jedno, dlaczego Dorosz – jak wielu pracowników Trójki i innych anten PR – nie odszedł z rozgłośni publicznej jak wstrętny PiS likwidował dziennikarzom wolność słowa? Przecież nie uwierzę, że został, aby przygotować grunt politykom KO, TD i Lewicy oraz lepiej poczuć rolę medialnego inkwizytora…

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek ZG SDP

(artykuł jest wynikiem osobistych poglądówi  rozmyślań Autora, bo refleksje to miał ostatnio I. Kant.)

24.10.2023 r.

Wspomnienie przyjaciół z SDP o BARBARZE PERTOZOLIN-SKOWROŃSKIEJ

 Są tacy ludzie, którzy samą obecnością wśród innych łagodzą obyczaje, chłodzą kłótnie i skutecznie namawiają do współpracy. Dziennikarstwo z założenia musi podejmować sprawy trudne. Dziennikarze mają różne poglądy i sami sobie wypracowują metody działania. Są dziennikarzami jeśli mają w sobie pasję. Jeśli chcą służyć przekazywaniem informacji, jeśli dokładają maksymalnych starań przy dokumentowaniu i pisaniu. Mają w pracy łatwiej, kiedy trafią na mądrych szefów i współpracowników. Redaktor Barbara Petrozolin-Skowrońska taka była.

To są cechy charakterystyczne, które się ma lub nie. Oczywiście należy dobro kształtować w sobie. Ale to w dobie powszechnej rywalizacji jest trudne. Człowiek po prostu dobry zawodowo jest na ogół życzliwy innym. Barbara wszystko, co osiągnęła zawdzięczała sobie, zdolnościom, pracowitości i rozwadze. Była zawsze wśród ludzi w zespołach twórczych, w redakcjach. Aktywna i uśmiechnięta. Była – jak to się określa – dziennikarką piszącą, a nawet pisarką historyczną bo pozostawiła dokonania książkowe. Szczególnie dał się zapamiętać opis rywalizacji partii politycznych w okresie Powstania Styczniowego. Tam każde zdanie jest konkretne i ważne. Ciekawe są opisy działań inteligencji warszawskiej wśród ludzi gór.

Pokolenie Barbary Petrozolin-Skowrońskiej już prawie odeszło lub odchodzi. Pozostają biogramy przez Nią napisane będące ważnym źródłem informacji. Mówią nam i sami powtarzamy – spieszmy się, bo ludzie tak szybko odchodzą. Ile to jeszcze zabierają ze sobą wiedzy i ważnych faktów, bo nie zdążyli o nich napisać, nagrać, opowiedzieć.

Odejście przychodzi nagle i zawsze zaskakuje. Poranny komunikat radiowy o świcie jest jak grom, jak wypadek, przeraża i zasmuca. Zostaje potem w sercu żal, a nawet pretensje do samego siebie czy wszystko zrobiliśmy gdy mieliśmy jeszcze okazję być razem. Szczególnie jeśli byliśmy w przyjaźni i mogliśmy to dobrze wykorzystać. Gazety, książki to ratunek. Warto do nich wracać. Tak jak do rozmów, wspólnych wycieczek koleżeńskich. Wtedy myśli się również, że było tego za mało. Zostaliśmy w smutku. Możemy popatrzeć na zdjęcia, na ładną twarz, uśmiechniętą.

 

Żegnaj Basiu. Dobrze, że byłaś z nami.

 

Przyjaciele z Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Carowie, tury i pyrrusowe zwycięstwo

„Carowie często bywali w Spale, gdzie polowali na tury i żubry” stwierdza lektor telewizyjnego programu „Historia w postaciach zapisana”, emisja w TVP, 17 października 2023 roku. Otóż mamy kolejny, gruby błąd w brytyjskim programie dokumentalnym. Ale też skąd im wiedzieć, że ostatni tur padł w Puszczy Jaktorowskiej, na Mazowszu, w roku pańskim 1627 i był to ostatni tur na świecie.

A przecież wystarczyło, żeby redaktor wszedł w Wikipedię, skoro nie ma pod ręką drukowanej 6-cio tomowej Encyklopedii PWN. I nie byłoby wstydu.

Pyrrusowe zwycięstwo

Powiedzenie, że ktoś „odniósł Pyrrusowe zwycięstwo” jest w języku polskim właściwie od zawsze, bo nasi przodkowie byli uczeni przecież na antycznych księgach greckich i rzymskich. Zresztą szlachta popisywała się znajomością starożytnych powiedzeń, żeby chamstwo nie czuło się im równe.

Ale gdy dziś słyszę od sprawozdawcy sportowego, że zwycięstwo piłkarzy jest pyrrusowe, bo wygrana jeden do zera to za mało i w dwumeczu nasi zdobyli za mało bramek, by awansować, to myślę sobie, że ten sprawozdawca jest jednak niedouczony.

Skąd bowiem wzięło się owo powiedzenie? Otóż Pyrrus, król Epiru, w III wieku przed naszą erą toczył wojnę z Rzymem. Po bitwie pod Ausculum w roku 279 p.n.e. miał powiedzieć: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni”. Dlaczego Pyrrus tak powiedział? Bo w tej bitwie stracił około 3,5 tysiąca żołnierzy i nie mógł właściwie prowadzić dalej wojny. Dlatego „pyrrusowe zwycięstwo” oznacza zwycięstwo osiągnięte zbyt dużymi stratami, zbyt dużym kosztem. Czyli oznacza – zwycięstwo, które jest klęską.

Tym samym powiedzenie sprawozdawcy o wygranym meczu, który nie daje sukcesu, jest daleko na wyrost. Bo przegrana w meczu nie jest żadna klęską. I w ogóle radziłbym nie nadużywać w sporcie porównań, terminologii wojskowej. Żeby potem nie dziwić się zdziczeniu kiboli, którzy mecz traktują jak prawdziwą walkę, także na ulicach.

Język polityki językiem wojska i wojny

Wszystko zaczęło się od tego, że z pojawieniem się sportu, pojawiły się również zapożyczenia z języka wojska i działań militarnych dla określania zawodów i spraw sportowych w ogóle. I dlatego mamy dzisiaj „walkę na boisku, pozycje obronne i w ataku, strategię i taktykę gier sportowych, zwycięstwo, porażkę oraz strzały na bramkę, egzekutorów karnych”, a także wiele innych pojęć sportowych, przeniesionych tam żywcem z wojny.

Ta inwazja wojska na sport, która zaczęła się z końcem XIX wieku, opanowała sport już w latach 20. wieku XX, teraz stała się normą. Gorzej, bo język sportu i wojska opanował również politykę. I mamy „walki partyjne, wyborcze, partyjne drużyny, nokauty – zawsze dotyczące przeciwników, strategie politycznego postępowania, ataki i obrony oraz dobijanie politycznych przeciwników”.

Czy taki język nie spłaszcza, nie trywializuje polityki? Czy w tym języku nie giną główne zadania polityczne, takie jak dobro i rozwój społeczeństw? A oczywiście, że język polityki w ogóle jej nie służy. On służy jedynie zabawie w politykę, walkom i grom – jak na wojnie i jak w sporcie.

Kto zwyciężył wybory

Ostatnio pewna znana pani poseł z PiS, na wieść o wynikach wyborów, oświadczyła „To my   zwyciężyliśmy wybory”. Najpierw stwierdźmy, że w emocjonalnym szaleństwie wyborczym, pani poseł palnęła okropną gafę językową.

Język polski ma taką składnię, że poprawne byłoby jedynie stwierdzenie „To my zwyciężyliśmy w wyborach”. Same wybory nie mają przecież ożywionych właściwości i nie można ich pokonać, zwyciężyć. Można zwyciężyć przeciwników, startujących z nami w wyborach, ale samej instytucji wyborczej na pewno nie. Bo to by oznaczało, że miały miejsce jakieś machlojki i oszustwa. Niemniej problem „kto zwyciężył w tych wyborach” jest niejasny, bo co najmniej trzy partie ogłaszają swe zwycięstwo.

Dysponowanie własnym wzrostem

„Alister Carter nie dysponuje dużym wzrostem i nie sięga białej bili bez przyrządu. A to jest zawsze kłopot” – mówi sprawozdawca meczu snookera. Mówiąc tak popełnia błąd, a nawet gorzej, bo popełnia niezgrabność językową.

Wyjaśnijmy zatem dlaczego tak nie powinno się mówić. Dysponować – znaczy tyle co wydać komuś polecenie. Czyli, dysponowanie to elegancka forma rozkazu. Mamy też jednak inne znaczenia „dyspozycji”: 1. czyjaś forma fizyczna lub psychiczna; dlatego mówimy, że ktoś jest niedysponowany lub jest dobrze do czegoś dysponowany; 2. wrodzony talent do czegoś; 3. układ, rozkład, plan czegoś. Mamy też „dyspozytora”, który kieruje ruchem autobusów, tramwajów, pociągów a nawet samolotów.

Jednak z całą pewnością nie ma w języku polskim takiego wyrażenia, które znaczyłoby, że ktoś czymś dysponuje – głosem, wzrostem, dużym zasięgiem ramion, długimi nogami. Takie fizyczne cechy po prostu „się ma”.

Jak zatem powinien powiedzieć sprawozdawca o bilardziście, mającym niewiele ponad 170 cm wzrostu? Elegancko i z szacunkiem byłoby powiedzieć: „Nie jest wysoki”. Bo każde słowo więcej może być odebrane jako szyderstwo.

Masło maślane albo rzetelna wiedza kontra dzika rozrywka

„Iga dobrze działa przy szybkich prędkościach” – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. Widać miał złą nauczycielkę języka polskiego, bo moja tępiła tzw. masło maślane.

Lubię bardzo dobrze zrobiony brytyjski program telewizyjny „Łowcy staroci – renowacje”. Niestety przekład tekstu na polski jest okropnie niechlujny. Dwa przykłady z połowy października 2023:

  1. Widzimy kowala, który najpierw rozgrzewa sztabę stali, a potem coś z niej wykuwa. Lektor mówi: „Teraz rozgrzewa ją do temperatury stu tysięcy stopni Celsjusza”. Napiszę to jeszcze raz: 100 tysięcy stopni… Zamarłem z podziwu dla kowala, który w wiejskiej kuźni, w palenisku z koksem osiąga tak niebywałą temperaturę. Tym bardziej, że stal topi się przy 1450 stopniach, a temperatura powierzchni Słońca to około 5500 stopni. Na litość wszystkich bogów – głównie Hefajstosa – przecież to jest straszny przykład lekceważenia swojej pracy przez tłumacza, lektora i jakiegoś odpowiedzialnego redaktora, który chyba widział i słyszał końcowy efekt?
  2. Mechanik odnawia brytyjski rower z 1934 roku, mocując do niego silniczek spalinowy z lat 50-tych. Lektor mówi: „Ten silnik firmy Sajgon pasuje, jakby był stworzony dla tego roweru.” A chwilę potem kamera pokazuje tabliczkę znamionową silnika, gdzie jak byk jest wytłoczony napis – „Cyclemaster”.

Renowacje, odnawianie domów, uprawy ogrodowe, poradniki kulinarne – nie są jedynie programami rozrywkowymi. One mają też istotną funkcję dydaktyczną i muszą podawać prawdziwe dane. Już sobie wyobrażam krzyk i harmider, gdyby w jakimś programie muzycznym pomylono Beatlesów z zespołem Rolling Stones. Albo jakiegoś wiceministra z innym wiceministrem. Oj, byłaby interwencja czynników rządowych, byłaby i to ostra.

Ano, taką mamy współczesną kulturę ludową. I coraz bardziej otwarcie realizujemy kulturę pop, o której tak pisał Wojciech Młynarski: „Ludzie to lubią, ludzie to kupią / Byle na chama, byle głośno, byle głupio”.

 

 

Do portalu wraca KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: A Polacy wybrali Barabasza…

Po wyborach w Polsce niemieccy politycy, dziennikarze a nawet mieszkańcy pogranicza odetchnęli z ulgą. „Polacy pokazali, że są po stronie demokracji”, „Powrót do Europy, powrót do demokracji”, „Zwycięstwo opozycji to dobra wiadomość dla Unii Europejskiej”, „Polsce grozi faza niestabilności: PiS nie odda władzy bez walki” – to tylko niektóre, euforyczne tytuły z niemieckich gazet.

Na miesiąc przed wyborami nikt już nawet nie ukrywał o co chodzi. Ani w Polsce ani tym bardziej w Niemczech. Donald Tusk i jego akolici szermowali wprawdzie hasłami najeżonymi „demokracją”, „praworządnością”, „tolerancją” i „miłością”, ale tak naprawdę starali się tylko wszelkimi sposobami przekonać Polaków do tego, że zależność od Niemiec jest lepsza niż życie pod pisowskim butem… No i chyba im się udało.

 Zdeterminowani sąsiedzi

 Jak bardzo Niemcom zależało na zwycięstwie Tuska, widać po wypowiedziach polityków – przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, kanclerza Niemiec Olafa Scholza, niemieckiej minister spraw zagranicznych Annaleny Baerbock i przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera. To oni najgłośniej krzyczeli, że PiS to „wróg demokracji”, „niszczyciel praworządności”, „antyeuropejski wichrzyciel” i w ogóle „chory człowiek Europy”. I dlatego trzeba przeciwko tej partii wznieść „zaporę ogniową”.

Pod koniec czerwca br. Manfred Weber powiedział nawet: „Jesteśmy jedyną siłą, która może zastąpić PiS w Polsce i poprowadzić ten kraj z powrotem do Europy”. Inni eurokraci uzupełniali jego wypowiedź tezami, że trzeba jak najszybciej znieść weto i przekształcić UE w federalne superpaństwo, w którym najważniejsze decyzje podejmowane będą w Brukseli, a nie na poziomie stolic państw członkowskich. A to nad Wisłą zagwarantować może im jedynie Donald Tusk.

Przekaz był czytelny. Wydawało się więc, że przynajmniej racjonalnie myślący Polacy nie dadzą się nabrać na to „szwabskie gadanie”. A jednak górę wzięły nie logika i rozsądek, lecz emocje… Na nic się zdało przywoływanie przez polskie media najbardziej kontrowersyjnych działań liberalno-lewicowej opozycji – od wszczynania awantur ulicznych, poprzez blokowanie należnych Polsce funduszy unijnych, po próbę destabilizację granicy z Białorusią.

Nie pomogło ujawnienie dokumentów, obnażających relacje Tuska z „Rosją jako taką”, ani przypominanie afer liberałów i ich związków z niemieckim kapitałem. Nie poskutkowała nawet perspektywa odebrania Polakom 13. i 14. emerytury, 500 plus, Dobrego Startu i temu podobnych programów społecznych. Nawet tłumaczenie, że jedyną polityczną siłą, która utrzyma suwerenność Polski jest Prawo i Sprawiedliwość, nie okazało się wystarczająco mocnym argumentem. Polacy w większości wprawdzie wybrali PiS, ale uzyskane przez tę partię 194 mandaty, to za mało, żeby utworzyć samodzielnie rząd.

 Co za radość, co za sukces

 Po wyborach w Polsce w niemieckich mediach wybuchła euforia. Pojawiły się artykuły o wszystko mówiących tytułach: „Polacy pokazali, że są po stronie demokracji”, „Powrót do Europy, powrót do demokracji”, „To ważne zwycięstwo Europy i jej wartości”, „Czy Kaczyński dobrowolnie odda władzę?”

Już w powyborczy wtorek ekspert ds. polityki zagranicznej CDU Norbert Röttgen napisał w jednym z serwisów społecznościowych, że „demokratyczna decyzja zaowocuje zwiększeniem współpracy i zmniejszeniem konfrontacji w stosunkach pomiędzy Polską a Niemcami i UE”. Z kolei chadecki premier Bawarii, Markus Söder uznał wyniki polskich wyborów za „dobry sygnał dla Europy”. Dla polityka Partii Zielonych Svena Lehmanna to również „wspaniała wiadomość od naszych sąsiadów”. W mediach społecznościowych napisał nawet, że „Nacjonalistyczna, antykobieca i antyqueerowa partia PiS nie ma już większości”. Na tej samej platformie wtórował mu europoseł Zielonych, Michael Bloss: „Co za radość, co za sukces dla demokracji, dla Europy, dla ochrony klimatu”.

Socjaldemokratyczny premier Brandenburgii, Dietmar Woidke nie komentował bezpośrednio wyników wyborów. Odniósł się jedynie do polskich projektów rozbudowy połączeń transportowych na Odrze, ochrony tej rzeki oraz nielegalnej migracji. „Nie mogę się doczekać dobrej wspólnej pracy” – podkreślił w jednym z wywiadów dla stacji Rundfunk Berlin-Brandenburg. Z kolei Zieloni wyrazili nadzieję na intensyfikację współpracy w dziedzinie ochrony przeciwpowodziowej. Jan-Niclas Gesenhues, poseł do Bundestagu z ramienia tej partii, wyraził przekonanie, że „15 października otworzyły się nowe perspektywy w dziedzinie ochrony środowiska”. Głos zabrała również organizacja proekologiczna Deutscher Naturschutzring, której przedstawiciele wezwali do ponownej oceny wcześniejszych porozumień i „natychmiastowego zawieszenia realizacji” projektów budowlanych na Odrze.

Przyjaciele Polski i praworządność

 Według byłego szefa Deutsch-Polnische Gesellschaft Bundesverband e. V., a obecnie pełnomocnika rządu federalnego ds. niemiecko-polskiej współpracy, Dietmara Nietana, wyniki wyborów pokazują, że „Polacy chcą zmian”. „Jestem bardzo szczęśliwy, że polskie społeczeństwo pokazało, że stoi po stronie demokracji” – powiedział w wywiadzie dla publicznej rozgłośni „Bayerischer Rundfunk”. Nietan podekscytowany był zwłaszcza „rekordową frekwencją” – „coś takiego „nie zdarzyło się nigdy w demokratycznej Polsce od upadku komunizmu”. Były współpracownik Martina Schulza powiedział też, że wierzy „w lepsze stosunki z Polską”.

Nietan nie jest oczywiście osamotniony w nadziei na „normalizację”. Również wicedyrektor Deutsches Polen-Institut, Agnieszka Łada-Konefał jest przekonana, że stosunki polsko-niemieckie mogą poprawić się właśnie dzięki zmianie rządu w Warszawie. Szczególnie w kontekście żądań „narodowo-konserwatywnej partii PiS”, która oczekuje od Niemiec ponad 1,3 biliona euro reparacji wojennych.

Z kolei zdaniem Sonji Priebus, eksperta ds. polityki konstytucyjnej przy Uniwersytecie Europejskim Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, zmiana rządu ustabilizowałaby polsko-niemiecką współpracę naukową. „Jak będzie wyglądała ta współpraca, to oczywiście jest dla nas ważne, szczególnie w regionie przygranicznym”. Antyniemieckość PiS w kampanii wyborczej nie wpłynęła jeszcze na współpracę, „ale jeśli coś takiego będzie trwało przez dłuższy czas, to może mieć wpływ”.

Wynik głosowania jest także „ważny dla relacji Polski z Unią Europejską, z którą Polska toczy obecnie wiele konfliktów na tle praworządności” – stwierdziła Priebus. „Lider opozycji, Donald Tusk w trakcie kampanii wyborczej oznajmił, że chce zakończyć te konflikty, bo oznaczają one zamrożenie funduszy unijnych dla Polski.” – podkreśliła Sonja Priebus.

Profesor kulturoznawstwa, również z Viadryny, Anja Hennig, podkreśliła, że „jeśli w Polsce do władzy dojdzie trójstronny sojusz pod rządami Donalda Tuska, to kluczowe będzie przyjęcie wspólnego stanowiska w kwestii praworządności”. „Nie należy lekceważyć szkód, jakie jej brak już wyrządził demokracji w Polsce” – powiedziała w wywiadzie dla rozgłośni Rundfunk Berlin-Brandenburg.

W tym samym czasie państwowa stacja telewizyjna Norddeutscher Rundfunk wyemitowała reportaż ze Świnoujścia. Wynikać miało z niego, że „większość mieszkańców powiatu zdecydowanie opowiada się za zmianą rządu”. „Nie do zniesienia jest dla nich antyeuropejska propaganda narodowo-konserwatywnego PiS. Podżeganie na myślących inaczej, podżeganie na Niemców, naszych sąsiadów, podżeganie na Unię Europejską” – miał mówić przypadkowy przechodzień. „Co to jest? To, co się tutaj dzieje, jest skandaliczne”.

Z kolei napotkana przez reporterów Polka stwierdziła ponoć, że te wybory są dla niej bardzo ważne, ponieważ chce pozostać w UE. „Czuję się Europejką i wielu moich znajomych czuje to samo”. „Mieszkańcy regionu przygranicznego boją się o demokrację w swoim kraju” – skonkludował dziennikarz NDR.

Po co te wybory…

 „Polskiej opozycji udało się wygrać nieuczciwe wybory” – stwierdził na łamach dziennika „Die Tageszeitung” brytyjski historyk Timothy Garton Ash. Na pytanie, czy w Polsce nastąpi płynne przekazanie władzy, odpowiedział: „Będzie z tym problem, bo państwo zostało przejęte przez PiS – część instytucji administracji państwowej, Bank Centralny… Prezydent Andrzej Duda i Trybunał Konstytucyjny będą próbowali stawić opór liberalnej opozycji, która chce przywrócić pierwotny porządek. Musimy więc zachować ostrożność”.

W oficjalnej narracji „bezstronnych”, niemieckich mediów nie znalazły się natomiast komentarze zwykłych Niemców, którzy pytali na różnych forach: „Skąd pomysł, że jedna strona spektrum partyjnego w Polsce jest bardziej ‘demokratyczna’ od drugiej? Takie stwierdzenia są głęboko niedemokratyczne. Przy takim podejściu nie ma już chyba potrzeby organizowania żadnych wyborów. Wystarczy zakazać działalności tym, których uważa się za wrogów demokracji i wtedy pozostaną już tylko ‘fajni i postępowi’ politycy, którzy zawsze mają rację” … Co z punktu widzenia nowoeuropejskich wyznawców ponowoczesności z pewnością jest całkiem „cool”. Bo przecież „Stany Zjednoczone Europy” brzmią dużo lepiej niż jakaś tam Rzeczpospolita Polska… W tej sytuacji nie ma chyba sensu walczyć o „naszą i waszą wolność”. Zwłaszcza, że Niemcy i Francja szykują już kolejną, na wskroś „demokratyczną” zmianę w unijnych traktatach.

Nowe reformy mają na celu ostateczne ograniczenie resztek suwerenności państw członkowskich. Projekt zakłada przekształcenie Unii, która była pomyślana jako stowarzyszenie suwerennych państw, w superpaństwo federalne. W tworze takim rola państw członkowskich byłaby poważnie ograniczona – obecnie Polska ma prawo weta, ale po ewentualnej zmianie rządu, zrezygnowałaby zapewne z tego narzędzia. I to pomimo, że aż 58 proc. Polaków opowiada się przeciwko rezygnacji z weta.

Ostatni bój tęczowych demokratów

 Przy podejmowaniu najważniejszych decyzji Rady Europejskiej – m.in. przy rozstrzygnięciach budżetowych, podatkowych i dotyczących bezpieczeństwa – wymagana dotąd była jednomyślność. Obecnie Francja i Niemcy chcą to zmienić. Paryż i Berlin uznały bowiem, że weto pozwala niektórym państwom „blokować unijne decyzje oraz zastraszać większość wspólnoty”. W nowej, federalnej Unii obowiązywałaby wspólna polityka wewnętrzna i zagraniczna. Superpaństwo miałoby także wspólne wojsko, sądy i system podatkowy.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości byli takim rozwiązaniom przeciwni. Co zresztą bezustannie podkreślali. Za to liberalno-lewicowa opozycja z pewnością wykona wolę Berlina bez mrugnięcia okiem… Nawet jeśli likwidacja zasady jednomyślności będzie oznaczać odebranie Polakom suwerenności.

Po likwidacji prawa weta stracilibyśmy ostatecznie zdolność do blokowania niekorzystnych dla nas pomysłów unijnych urzędników i stalibyśmy się państwem całkowicie zależnym od Brukseli i Berlina. Przykładem takiego mechanizmu jest głosowanie nad „Fit for 55” – pomimo braku naszego poparcia, pakiet klimatyczny został przyjęty… Notabene, obecnie Komisja Europejska pracuje nad nową dyrektywą, której celem będzie podwyższenie podatków za korzystanie z „zanieczyszczonych paliw”: węgla, ropy i gazu.

Różnice w interesach Polski i Unii nie kończą się bynajmniej na prawie do weta. Niemcy i Francja chcą, aby państwa członkowskie przekazały władzę w kolejnych kluczowych dziedzinach na rzecz Brukseli. Komisja Europejska dąży do decydowania o kwestiach związanych z lasami, edukacją, zdrowiem, prawem rodzinnym, obroną cywilną i przemysłem. W takim przypadku Polacy zostaliby sprowadzeni do roli klienta, którego Berlin mógłby, ale nie musiał słuchać. Kanclerz Scholz jasno powiedział, że w demokracji liberalnej nie jednomyślność zapewnia największą legitymację, lecz są nią walka o większość i sojusze… Powiedział, a duża cześć polskiego społeczeństwa, chyba bezrefleksyjnie, to zaakceptowała.

No cóż, Izraelici mieli do wyboru Jezusa i Barabasza. My również mieliśmy 15 października wybór – pomiędzy suwerennością i podległością. I też wybraliśmy w najpodlejszy z możliwych sposobów. Ale stało się… I trzeba będzie z tym żyć. Może jednak nie oznacza to dla Polski totalnej katastrofy. Może „zwycięstwo” liberalnych demokratów będzie ich ostateczną kompromitacją. I końcem. Raz na zawsze… Bo przecież koalicja, której jednym spoiwem jest rządza władzy, nie może długo funkcjonować.

 

Więcej aktualności na temat krajów niemieckojęzycznych na kanale autora: https://www.youtube.com/@DACHL

 

Znowu to słychać i pisze o tym STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie lękajcie się!

… Św. Jan Paweł II już tak nam mówił. Nie wiem, czy poskutkowało, ale jeśli już mamy się bać to o rodzime świnki i krówki, o dokończenie przekopu wiślanego, o atomowe elektrownie i CPK. Pomorzu wschodniemu i zachodniemu zniszczono przemysł okrętowy i flotę handlową – ale oni są „za Tuskiem”. Mają tunel pod Odrą w Świnoujściu (hurra, udało się!), ale nic to. Chcą teraz tych, którzy będą zamykać a nie otwierać.

Jeśli wezmą TVP przekabacą jeszcze wielu. Może nie przeciągną na swoją stronę wielu dziennikarzy, którzy mają się już bać. Nitras wytnie a Węglarczyk, który założył właśnie nową dziennikarską organizację, z pewnością mu pomoże. Sienkiewicz awansuje od razu do stopnia generała armii (czterogwiazdkowego, jakim został Jaruzelski) i będzie zatrudniał aż dwóch wiceministrów: Klicha i Siemoniaka. Cywilów w wojsku będzie więcej bo należy zająć się redukcją niepotrzebnych po  zmniejszeniu armii oficerów. Będą przysposabiani do nowych zawodów – np. obsługi turystów i imigrantów.

Co będziemy sadzić i hodować zadecyduje Unia i posłanka Jachira. Po co nam tyle tego. Przecież za miedzą Ukraina – potężny czarnoziemny spichlerz. Handel rybami żywymi to zbrodnia. Więc nie będzie go. Wszystko co z morza dostaniemy z Norwegii i od innych przyjaciół Polaków a szczególnie kochających nasze dzieci.

Po co macie się ludzie lękać? Przecież teraz w parlamencie pojawią się naprawdę odważne i energiczne posłanki przebijające wszystko co dotychczas wyprawiały i wygadywały Kidawa Błońska i ekonomistka – piękna Iza Leszczyna. Doświadczenie w końcu mają też Lubnauer i koleżanki. Nie zawiodą. Miłośnik PGR-ów Balcerowicz wszystko nam wytłumaczy. Pawlak zastąpi Obajtka i zrobi porządek w Orlenie. Wymiana władzy będzie się odbywać wg. zasad Starego Testamentu: „Oko za oko, ząb za ząb” (Księga Kapłańska).  Żadne tam „dobrem zło zwyciężaj”. Milion a może i więcej przemaszerowało przez Warszawę – to chyba teraz coś należy się tym ludziom. Niedługo wybory samorządowe. Będziemy mieli rychtyklandy. Ja, jawohl! Precz z nazwą województwa.

Dla każdego zasłużonego POwca znajdzie się teraz ważne i dobrze płatne miejsce. Jeszcze jest sporo do sprywatyzowania. Pardon – teraz będziemy mówić „do zdenacjonalizowania”, do „odpaństwowienia”. Wiele jeszcze tego – np. lasy, których mamy najwięcej w Europie. Nie licząc nawet kosodrzewiny. Krów doić też nie będziemy. Nawet rekordzistkę z Podlasia z prywatnego gospodarstwa mlecznego, która daje 70 litrów mleka dziennie. Byki tez można przekonać do jednopłciowości – będą takie sobie byko-geje. Świń nie będziemy hodować bo nie należy zwierząt zabijać. One tego nie lubią. A co do baranów to chyba je zostawimy ze względu na powinowactwo nazewnicze z decydentami.

Jeśli ktoś z obywateli nie będzie rozumiał dokonywanych przemian wytłumaczy mu osobiście bardzo popularny i jak się okazało zaufany prezes praw obywatelskich pan Bodnar. Mucha nie siada. Choć niektóre są upierdliwe z czasem przekonają obywateli.

Pytanie – co zrobić z Grodzkim, Trzaskowskim, Budką? Na początek pan mecenas Budka dostanie  budkę z piwem pod telewizją na Placu Powstańców. Jest tam duży ruch (protesty etc.) a i obroty będą nieliche. Poza tym ten bystry prawnik i ekonomista będzie miał oko na to, kto przybywa i wybywa jako goście wiadomości Info. No, o ile w ogóle pan Budka tych redakcji nie zlikwiduje.

Ale nie lękajcie się koledzy. Po was przyjdą inni i jak zawsze gorliwa wierchuszka dziennikarska służyć będą nowej władzy. Tak było zawsze i tak będzie. Wielu żurnalistów ma w sobie bardzo wysokiej rangi etykę zawodową.

PiS zaczyna teraz od rozliczeń. Niepotrzebnie. Ważne jest co będzie dalej. Ważne czy Polska zostanie oddana w lepkie ręce. To gorsza perspektywa niż grzech przegranej. Zresztą z Platformą to przecież PiS wygrał. Tyle, że ta płaszczyzna partyjna już po wyborach zjednoczyła się z kim się dało, tak jak PPR z PPS.

Bój to wcale nie był ostatni. Ostatnich to gryzą psy. A teraz modne są małe psinki i nikt się ich nie boi. Nawet koty. Zachód zapełniony już z południa a wkrótce i ze wschodu zbankrutuje rychło wydojony zasiłkami dla nierobów. Nie tylko nie płaci – co wyciągnie więcej łapy po dziesięcinę.  I Polska będzie musiała się na to zgodzić. Bo inaczej wyrzucą nas z Unii. Pany – Lachy  nie tylko zubożeją, ale nawet zaczną nie dojadać. Autostrady będą zupełnie niepotrzebne.

Może jednak powtórzy się sierpień 1980 roku a potem 13 grudnia 1981. Marna to pociecha, że będzie w końcu powtórka z czerwca 1989 roku. Ciekawe kto stanie się „człowiekiem honoru” na wzór Jaruzelskiego i Kiszczaka.

A więc nie bój się człowieku i nie rozpaczaj, PiS-ie kochany – do roboty. Trzeba szybko i ofiarnie się ogarnąć. Nie wypominać spartolonej kampanii pod wodzą Brudzińskiego. Zaraza tym razem przyszła z zachodu. „Ale nic to, Basiu” – jak mawiał Wołodyjowski. Mleko się rozlało, ale to jest mleko polskie. A krów – póki co – mamy dostatek. Żeby tak móc zrozumieć co mówią zwierzęta. B-e-e-e-e-e-e-e. A to rozumiemy. Ale są jeszcze koniki, krówki i świnki. Nie zarzynajmy tego stada. Znowu powołam się na Stary (wprawdzie) odwołany Testament. Stoi tam jak byk. „Kto zabije zwierza będzie obowiązany do zwrotu”. Potem Mojżesz kazał Izraelitom wyprowadzić bluźnierców i ukamienować. Synowie Izraela uczynili to co Pan rozkazał Mojżeszowi.