AGNIESZKA LEGUCKA: Rosyjska „zasłona” dezinformacyjna wobec Ukrainy

Rosyjskie kampanie dezinformacyjne były podporządkowane potrzebie dyskredytacji Ukrainy i Ukraińców wobec trzech grup odbiorców: Zachodu, Globalnego Południa oraz rosyjskiego społeczeństwa.

Nie można powiedzieć, że nie przygotowywaliśmy się do wojny z Rosją. Kilka dni przed wybuchem pełnoskalowej rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie byłam w Donbasie, między innymi w „przyfrontowych” miastach – Siewierodonieck, Krematorsk i Słowiańsk. Od kilku miesięcy przy granicy z Ukrainą gromadziły się dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy. Jednak większość spotkanych osób, z którymi rozmawiałam było przekonanych, że jest to rosyjska wojna informacyjna, dzięki której uda się Rosji wywrzeć presję na rząd ukraiński lub na Zachód, aby Rosja mogła zrealizować swoje cele polityczne (np. zatrzymać rozszerzenie NATO na wschód). Mieszkańcy przekonywali mnie, że wojna kinetyczna trwa od 2014 r. w Donbasie, a z wojną psychologiczną i informacyjną Ukraińcy mierzą się od lat. Byli więc przyzwyczajeni do wojny informacyjnej, bo Ukraina była i jest nadal obiektem największych wysiłków dezinformacyjnych i propagandowych Kremla.

Na Zachodzie świadomość rosyjskiego zagrożenia przychodziła z opóźnieniem, ale w końcu zarówno w UE, jak i USA zidentyfikowano Rosję jako aktora prowadzącego wojnę informacyjną przeciwko Zachodowi. Przygotowywano się do „wojny hybrydowej” z Rosją (choć precyzyjniej jest mówić o „działaniach hybrydowych”). Jednak Mark Galleotii w książce pt Russian Political War: Moving Beyond Hybrid, Routledge, London and New York, wydanej w 2019 przekonywał, że zachodni analitycy i naukowcy nie rozumieją rosyjskiej wojny hybrydowej, bo kojarzą ją z atakiem (dez)informacyjnym, psychologicznym, zasadniczo – wielowymiarową, głównie ale przede wszystkim – pozamilitarną. Tymczasem, Rosjanie – zdaniem Galeottiego – stosują zasłonę dymną w postaci gibridnoj wojny, o której chętnie teoretyzują, ale w praktyce wydają pieniądze na dywizje, przezbrojenie i rakiety, a na uczelniach wojskowych szkolą się do stosowania środków wojskowych, a nie hybrydowych. Władimir Putin i jego otoczenie – twierdził Galeotti – wykorzystuje pojęcie hybrydowości na określenie znanej metody działania rosyjskich służb specjalnych tzw. maskirowki, czyli zaciemnienia obrazu rzeczywistości dla zmylenia przeciwnika. Galeotti powołuje się na opinię łotewskiego analityka Jānisa Bērziņša, który zauważył, że „słowo <hybrydowe> jest chwytliwe, ponieważ jest znakomitą mieszanką niczego”.

Przebudzenie na Zachodzie

Unia Europejska zaczęła podejmować wysiłki w celu zwalczania dezinformacji jeszcze w marcu 2015 roku, po aneksji Krymu przez Rosję rok wcześniej. Rada Europejska zaapelowała do Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa o stworzenie planu działania dotyczącego strategicznej komunikacji w celu przeciwdziałania kampaniom dezinformacyjnym prowadzonym przez Rosję. W efekcie tego apelu, powołano grupę zadaniową w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESDZ) nazwaną East StratCom. Grupa ta miała za zadanie monitorować, analizować i reagować na rosyjską propagandę i dezinformację. W ciągu następnych lat, w 2017 roku, utworzono dwie kolejne grupy zadaniowe StratCom: jedną dla południowego sąsiedztwa UE oraz drugą dla Bałkanów Zachodnich.

W 2018 roku Komisja Europejska, wraz z grupą ekspertów, opracowała dokument pt. „Zwalczanie dezinformacji w internecie: podejście europejskie”, w którym określiła zasady i cele walki z tym zagrożeniem. Głównym celem tego wysiłku było zwiększenie świadomości publicznej na temat dezinformacji. W 2018 roku Komisja opublikowała unijny plan działania przeciwko dezinformacji, który skupiał się na czterech priorytetowych obszarach działań: Zwiększanie zdolności instytucji UE do wykrywania, analizowania i ujawniania dezinformacji. Wzmocnienie skoordynowanej i wspólnej reakcji na dezinformację. Monitorowanie sektora prywatnego w celu zwalczania dezinformacji. Podnoszenie świadomości i zwiększanie odporności społecznej. Cały ten wysiłek miał na celu polepszenie demokracji oraz zabezpieczenie europejskich procesów wyborczych poprzez przeciwdziałanie wpływom dezinformacji i manipulacji.

Niemniej jednak, mimo dostrzeżonego zagrożenia ze strony dezinformacji rosyjskiej, UE napotykała na ograniczone zasoby, aby skutecznie przeciwdziałać temu problemowi. Początkowo grupa East StratCom składała się zaledwie z trzech osób i nie miała wydzielonego budżetu. Pomimo wykorzystywania przez Rosję aparatów dezinformacyjno-propagandowych w celu destabilizacji, ingerencji w procesy polityczne i atakowania demokratycznego systemu wartości w wielu państwach UE, brakowało jednomyślności i woli politycznej, by skutecznie temu przeciwdziałać. Niektórzy europejscy przywódcy obawiali się oskarżeń o cenzurę i łamanie wolności słowa przy próbach ograniczania działalności kanałów rosyjskiej propagandy. Brak wystarczającego przygotowania i odpowiedzi ze strony UE prowadził do tego, że w okresie od listopada 2016 r. do kwietnia 2019 r. rosyjskie ingerencje w procesy polityczne dotyczyły 16 z 20 wszystkich takich przypadków na świecie (miały miejsce m.in. w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Hiszpanii). Przyjęły one postać przede wszystkim kampanii dezinformacyjnych i cyberataków, m.in. włamań na strony internetowe i zmieniania ich treści, atakowania infrastruktury wyborczej czy wykradania i publikowania informacji (hack and leak) w celu manipulowania opinią publiczną. Dlatego Komisja Europejska podkreślała, że działania dezinformacyjne Federacji Rosyjskiej wyróżniały się systematycznością i długofalowością oraz imponującym zestawem narzędzi. W porównaniu z innymi państwami stosującymi dezinformację, takimi jak Chiny, Iran czy Korea Północna, Rosja wykazywała się wyjątkową determinacją w szerzeniu swoich wpływów.

Dezinformacja w trakcie wojny Rosji z Ukrainą

Od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji Rosji w Ukrainie władzom rosyjskim nadal zależało, aby wpływać na debatę publiczną w państwach europejskich, m.in. szantażując Europejczyków użyciem broni jądrowej, wysokimi cenami energii, destabilizacją wynikającą z przedłużającego się konfliktu zbrojnego na Ukrainie (perspektywą masowej migracji, handlu bronią, wzrostu przestępczości). Celem tych działań była chęć skłonienia państw UE do osłabienia wsparcia dla Ukrainy, zasianie strachu wśród europejskich społeczeństw i elit politycznych, aby te następnie przekonały ukraińskie władze do ustępstw terytorialnych wobec Rosji. Towarzyszyły temu kampanie dezinformacyjne wymierzone w Zachód, oczerniające Ukrainę i budujące obraz Rosji jako państwa, który broni się przez „imperialnym ekspansjonizmem” USA, „zagrożeniem ze strony” NATO. Rosyjska propagadna i dezinformacja była skierowana na podważenie zasadności wprowadzania zachodnich sankcji, które rosyjskie władze chciałby ograniczyć i znieść. Dla przykładu w Niemczech trolle wykorzystywali nastroje społeczne związane z rosnącą inflacją i wzniecali dyskusje na temat sankcji, sugerując, że są one bardziej dotkliwe dla Zachodu niż dla Rosji. Prokremlowskie media przekonywały, że sankcje sprzyjają rozwojowi rosyjskiej gospodarki. Ostatnim celem rosyjskiej dezinformacji podczas konfliktu z Ukrainą jest podważanie obecnego porządku międzynarodowego i pokazywanie Rosji jako ofiary „zmowy” Zachodu, motywowanego Rusofobią.

Rosyjskie kampanie dezinformacyjne były podporządkowane potrzebie dyskredytacji Ukrainy i Ukraińców wobec trzech grup odbiorców: Zachodu, Globalnego Południa oraz rosyjskiego społeczeństwa. W retoryce rosyjskich władz i kremlowskich mediów z większą intensywnością prokremlowskie media i politycy zaczęły używać takich pojęć, jak „reżim kijowski”, „marionetki Waszyngtonu”, „faszyści” „banderowcy”, a przede wszystkim „naziści” i „neonaziści”, a nawet „sataniści”. Według badań EU East StratCom Task Force w rosyjskich prokremlowskich mediach między lutym a kwietniem 2022 r. nastąpił wzrost użycia słowa „naziści” o 290% i o ponad 500% – słowa „ludobójstwo”. Miało to z jednej strony zdehumanizować Ukraińców w oczach Rosjan, z drugiej – przekonać międzynarodową opinię publiczną, że Ukraina nie jest samodzielnym podmiotem, a jedynie instrumentem amerykańskich interesów w Europie wykorzystywanym przeciwko Rosji w międzynarodowej rywalizacji (do budowania na jej terytorium „anty-Rosji”). Ponadto propaganda rosyjska i władze FR insynuowały, że Amerykanie instalują na Ukrainie laboratoria biotechnologiczne i odpowiadają za rozsiewanie wirusów, co może zagrozić bezpieczeństwu międzynarodowemu. Treści takie Rosja przedstawiała na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ m.in. w marcu oraz październiku 2022 r.

Na podstawie kilkuletniej obserwacji rosyjskiej dezinformacji unijny zespół zadaniowy EU East StratCom Task Force opisał model wzorców oddziaływania informacyjno-psychologicznego, którego celem jest wpływanie na dyskusję na ważne tematy polityczno-społeczne w państwach demokratycznych i nazwał go mianem – „ZASŁONA” (od pierwszych liter). Została ona zastosowana przeciwko Ukrainie.

Zasłona jest wykorzystywana kontekście wojny w Ukrainie w sposób bezprecedensowy i jest to:

Zaprzeczenie, czyli poddanie w wątpliwość wszelkich dowodów na istnienie dezinformacji, które było wykorzystywane np. przy okazji podważania dowodów na zbrodnie popełnianie przez rosyjskich żołnierzy m.in. w Buczy i Irpieniu.

Aczemunizm technika odpowiadania na oskarżenie lub trudne pytanie poprzez postawienie kontroskarżenia lub podniesienie innej kwestii np. dotyczące porywania ukraińskich dzieci przez Rosję na terytoriach okupowanych odrzucając argumenty pytaniami „a czemu nie zajmujecie się żółtymi kamizelkami we Francji lub protestami powyborczymi w USA”.

Satyra, czyli użycie sarkazmu, aby umniejszyć przeciwnika np. rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Maria Zacharowa, wykorzystuje tę technikę jako podstawowy element swoich cotygodniowych przemówień. W dniach poprzedzających pełnoskalową inwazję wyśmiewała zachodnie informacje wywiadowcze wskazujące na konkretne daty jej rozpoczęcia, zaprzeczając jakimkolwiek przygotowaniom Rosji do wojny.

Łgarstwo polegający na ataku na oponentów za poglądy, których nigdy nie wyrazili np. nieuzasadnione i nieudowodnione przypisywanie osobom krytykującym  politykę Kremla sympatii faszystowskich/nazistowskich, oskarżanie o rusofobię lub bycie „agentem obcych służb specjalnych”.

Oskarżenie, czyli stosowanie zarzutów tak samo prowokacyjnych, jak bezpodstawnych np. formułowanie oskarżeń wobec państw zachodnich o przygotowanie prowokacji z użyciem broni biologicznej na Ukrainie lub tego, że na Ukrainie są biolaboratoria, w których USA prowadzą badania nad wirusami do zaatakowania Rosji.

Niuanse polegające na zalewaniu oponenta szczegółami i technikaliami np. w związku z zajęciem Zaporoskiej Elektrowni Atomowej w marcu 2022 r., kiedy Rosjanie przekonywali, że to Ukraińcy strzelali do elektrowni atomowej i podawali dużo argumentów za tym, aby uzasadnić swoje oskarżenia.

Atak. Charakteryzuje się tym, że używa się ostrego języka, aby zniechęcić oponenta (np. określanie przez kremlowskie media Ukraińców mianem „faszystów”, „banderowców”, „satanistów” a prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego – mianem „narkomana”).

Rosja się wobec blokady informacyjnej w UE

Jednocześnie Rosja musiała się dostosować się do nowych ograniczeń w międzynarodowej przestrzeni informacyjnej. W marcu 2022 r. po zablokowaniu medium RT (dawnego Russia Today) na terytorium Unii Europejskiej propagandyści utworzyli na Telegramie specjalny kanał „Videos in different languages”, na którym umieszczano filmy dotyczące Ukrainy, co umożliwoało innym rozpowszechnianie fałszywych treści w innych mediach społecznościowych. Najczęściej udostępniano materiały na Twitterze (gdzie RT umieszczała swoje filmy w 17 językach), a także na Gettr, Gab oraz TruthSocial. Dzięki temu udawało się oczerniać stronę ukraińską za pośrednictwem kont rosyjskich ministerstw i ambasad. Największe zainteresowanie na Twitterze zyskała hiszpańskojęzyczna RT, która trafiała m.in. do społeczności latynoamerykańskiej. W kwietniu 2022 r. RT en Español była na Twitterze trzecią najczęściej udostępnianą stroną z hiszpańskojęzycznymi informacjami na temat inwazji Rosji na Ukrainę.

Z pierwszego raportu ESDZ poświęconego dezinformacji, manipulacjom i operacjom wpływu w UE z lutego 2023 r. wynikało, że Rosja przede wszystkim stara się stosować technikę aczemuizmu, niuansowaniu, atakowaniu (42% przypadków „rozpraszania uwagi” odbiorców europejskich), które były ukierunkowane m.in. na przypisywanie odpowiedzialności za wybuch wojny na Ukrainie państwom Zachodu. W 35% przypadków intencją rosyjskiej propagandy było „zniekształcanie obrazu” poprzez narzucanie własnej, niezgodnej z rzeczywistością, interpretacji przebiegu działań wojennych i przyczyn konfliktu. Manipulacje informacyjne często opierają się na fałszowaniu obrazu i materiałów video (np. deep fake z udziałem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego).

Wnioski

Zachód nie zrozumiał na czas, że Rosja nie tylko prowadzi wojnę informacyjną, ale jest gotowa do wojny konwencjonalnej. Należy zgodzić się z Markiem Galeottim, że przygotowywaliśmy się do innej wojny z Rosją. To oczywiście nie oznacza, że w momencie pełnoskalowej agresji na Ukrainę władze rosyjskie zrezygnowały z działań hybrydowych, w tym dezinformacji. Rosja dostosowała się do zmienionej sytuacji związanej z blokadą niektórych jej mediów w UE, działa za pomocą pośredników i w pewnym sensie „zeszła do podziemia”. Konfrontacja z takim aktorem, jakim jest Rosja wymaga więc nie tylko przygotowania militarnego, ale także budowania odporności społecznej w odniesieniu do stosowanych metod przez autorytarny reżim Putinowski w sferze propagandowej i dezinformacyjnej.

Agnieszka Legucka

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

WALTER ALTERMANN: Święta wojna i chciejstwo w szerokim spektrum inwestycji

„Loża prasowa” w TVN24, 19 XI. 2023 r. – „Prezes Kaczyński prowadzi nieświętą wojnę …”   – mówi Justyna Dobrosz-Oracz. I mamy kolejny przykład, że dziennikarz coś wie, ale nie do końca wie, co wie. Zwrot „święta wojna” jest stałym zwrotem frazeologicznym, którego zmieniać nie wolno. Niestety, pani Dobrosz-Oracz postanowiła być kreatywna i nadała mu nowe znaczenie, zmieniając „świętą wojnę” na „nieświętą wojnę”. I oczywiście wyszło bez sensu, bo prawdopodobnie nie wiedziała skąd się ten związek frazeologiczny wziął i co znaczy.

 Otóż – święte wojny były ogłaszane w średniowieczu, gdy chodziło o walkę z muzułmanami, o wyzwolenie Ziemi Świętej, albo o zniszczenie Katarów. Po raz pierwszy użył tego wyrażenia Piotr Pustelnik – w odpowiedzi na wezwanie papieża Urbana II do krucjaty – ogłaszając pierwszą wyprawę. Była to wyprawa ludowa w 1096 roku i poprzedzała właściwą pierwszą krucjatę. Piotr Pustelnik był francuskim zakonnikiem i wędrownym kaznodzieją.

Wtedy to walka o krzyż, o chrześcijaństwo usprawiedliwiała wojny, czyli te wojny były święte. Z biegiem lat i wieków „święta wojna” zmieniła znaczenie, i dzisiaj znaczy tyle, co szaleństwo, walka bez sensu, walka bezrozumna, zaciekła, w obronie nie wiadomo czego.

Zatem pani Dobrosz-Oracz powinna powiedzieć, że prezes Kaczyński prowadzi „świętą wojnę”. Ale być może wystraszyła się, że będzie pomówiona o neopogaństwo, o obrazę świętości – i powiedziała co tam wiedziała.

Chciejstwo

2 listopada 2023 roku trener piłkarzy ŁKS-u, Piotr Stokowiec, mówi w Polsacie, przed meczem Pucharu Polski: „Musi nas cechować chciejstwo. Rzecz w tym, żebyśmy chcieli grać.” Święte słowa pana trenera, bo inaczej się nie da.

Słowa cenne, ale nie do końca precyzyjne, bo trener powiedział też, że jego zawodników ma cechować „chciejstwo”. I mamy problem, bo pojęcie „chciejstwa” stworzył sam Melchior Wańkowicz, według którego oznaczało ono negatywną cechę naszego polskiego charakteru. Wańkowicz twierdził, że nie stać nas na rzetelną codzienną pracę, na pracę rozumną i perspektywiczną, bo mamy niestałe, płoche charaktery więc kierujemy się jedynie zamiarami, poprzestajemy na „chciejstwie”, za którym nie idą realne działania. Nagle coś ogłaszamy, jakieś zmiany, jakieś plany… i na tym poprzestajemy, bo nie mamy do realizacji tych planów sił, ludzi oraz pieniędzy.

Krótko mówiąc – Wańkowicz był za tym, żeby mierzyć zamiary według posiadanych możliwości. Zupełnie inaczej niż Mickiewicz, który stawiał na ducha, co obwieścił już w „Pieśni filaretów” z 1820 roku, gdzie pisał:

 

Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył;
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił
.

 

Faktem jest, że nowy trener ŁKS-u ma kłopot, bo w jego drużynie sił mało a i duch niebyt odważny.

 

Szerokie spektrum możliwości bycia śmiesznym

Z meczu piłkarskiego pomiędzy Widzem Łódź i Ruchem Chorzów, który odbył się 18 listopada 2023 roku, wynotowałem również trzy zadziwiające zdania sprawozdawcy Canal+.

Pierwsze zdziwienie – po usunięciu z boiska, przez sędziego, zawodnika Ruchu, sprawozdawca mówi: „Teraz Widzew ma szerokie spektrum możliwości”. Zastanowiło mnie kim z wykształcenia jest ów sprawozdawca? W grę wchodziły studia z zakresu zarządzania lub filozofia z ontologią jako zakresem pracy magisterskiej. Po chwili zdecydowałem się na to, że sprawozdawca najpewniej był posłem na Sejm, bo tam najłatwiej można nabawić się takich przypadłości językowych.

Zdziwienie drugie. W chwilę po usunięciu z boiska drugiego zawodnika Ruchu, sprawozdawca mówi: „Musimy się okiełznać w tych zmianach boiskowych”. Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś sam sobie zakładał kiełzno, lub chomąto i uzdę.

Zdziwienie trzecie. „Po doprowadzeniu przez Widzew do remisu, sprawozdawca mówi: „Teraz wynik jest bardzo przychylny dla Widzewa”. Niestety o przychylności nie mogę powiedzieć nic dobrego. Przychylny ludziom bywa najczęściej urzędnik-łapownik, ale tylko za dodatkową opłatą. Przychylni bywają też wykładowcy wyższych uczelni, którzy z dobrego serca lub ze znudzenia dają przysłowiową „tróję” egzaminowanym studentom, plotącym na egzaminach banialuki. Podsumowując, podejrzewam, że ktoś z Canal+ musiał być bardzo, ale to bardzo przychylny sprawozdawcy, gdy angażował go do pracy.

Kto z czym finiszuje

Czytam tytuł na portalu wnp.pl: „Francuska grupa finiszuje inwestycję w Częstochowie”. A w tekście trochę inaczej: „Francuska grupa CGR kończy inwestycję w nową halę w Częstochowie.”.

Mamy dwa problemy Pierwszy to tytułowy finisz. Bo dlaczego autor napisał z francuska, kiedy z tekstu głównego, że opanował znaczenie finiszu? Nie chciał się powtarzać? To trzeba było, napisać, że inwestycja: jest na ukończeniu, zbliża się do końca.

Drugi problem, to nieporadność składniowa. Nie jest to bardzo po polsku, gdy pisze się, że: grupa CGR kończy inwestycję w nową halę. Inwestycja ma w tym przypadku dwa znaczenia: budowa oraz wyłożenie pieniędzy na tę budowę. Jednak w obu przypadkach „kończy się budowa nowej hali”, a nie „kończy się inwestowanie w budowę”. Chyba, że inwestor wycofał się z płacenia, za tę inkryminowaną budowlę. Wtedy tak.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Tajemnica krymskich krematoriów

Czy rosyjska armia, aby ukryć straty, spala ciała swoich żołnierzy w krematoriach w Sewastopolu i Symferopolu?

Sewastopolskie media piszą o tym, że mieszkańcy skarżą się na portalach społecznościowych na duszący dym z krematorium, które znajduje się na obrzeżach miasta.

„Z powodu smogu nie można w nocy otworzyć okien. W tej chwili działa krematorium, od którego zabudowa mieszkalna jest oddalona o 350 – 450 metrów” – czytamy  na kanale Mash na Telegramie

Dyrektor firmy „Econa”, która zarządza pracą krematorium, był zdziwiony skargami. Zapewnia, że ​​przedsiębiorstwo posiada wszystkie pozwolenia, a emisje nie przekraczają norm. Ponadto obiekt odwiedziła specjalna komisja, która nie stwierdziła żadnych uchybień. Ludzie jednak temu nie wierzą, twierdzą, że eksperci dokonali pomiarów w dzień, kiedy w krematorium nic nie było spalane. W oficjalnym komunikacie napisano, że firma Ekon ma obowiązek utylizować odpady medyczne, resztki tkanek po operacjach, przeterminowane leki oraz zwłoki zwierząt laboratoryjnych. Nie ujawniono, co tak naprawdę się tam spala. Podkreślono jedynie, że krematorium istniało od dawna. Trzeba jednak zauważyć, że przed wojną na Ukrainie, zarówno charakter pracy krematorium, jak i parametry emisji spalin były zupełnie inne. Zakład nie pracował stale, lecz okresowo, a dym nie przeszkadzał ludziom i nie budził żadnych podejrzeń.

Podobnie jest w Symferopolu. Jednym z pierwszych obiektów w mieście, który wybudowała Rosja po zajęciu Krymu, był SIZO nr 2 – nowy tymczasowy areszt dla więźniów, oprócz już istniejącego – a także krematorium we wsi Gwardyjski pod Symferopolem. A trzeba zaznaczyć, że na miejscowym cmentarzu krematorium istniało już do dawna, ale pracowało dość rzadko, bo spopielanie zmarłych nie było tutaj popularne. Skąd więc nagle wzięło się tyle zwłok, aby dwa krematoria miały pracować bez przerwy?

Okazuje się, że zagadkę można prosto rozwiązać. Jak podaje Radio Swoboda, armia rosyjska ukrywa rzeczywistą liczbę ofiar walk w obwodach zaporoskim i chersońskim i w tym celu tuż przy linii frontu rozmieściła kilka mobilnych krematoriów, gdzie pali zwłoki swoich żołnierzy. Poległych jest jednak tak dużo, że mobilne krematoria nie są w stanie sobie z tym poradzić, trzeba więc ciała wysyłać specjalnym transportem do krematoriów stacjonarnych w okolicach Symferopola i Sewastopola.

Według Jewgieniji Horyunowej, ekspertki Radia Swoboda: „Widzimy i czytamy na kanałach Telegramu, że Rosjanie rozmieścili te mobilne krematoria niedaleko linii frontu, niedaleko swoich pozycji. Co więcej, na Krymie, we wsi Czerwona Gwiazda niedaleko Gwardii, Rosjanie jeszcze przed inwazją na pełną skalę zbudowali także nowe krematorium, które dziś są używane do palenia rosyjskich żołnierzy. Aby nie pokazywać swoich wielkich strat”.

W innym materiale Radio Swoboda podaje, że wojsko rosyjskie np. w pobliżu Bachmutu i innych zaludnionych obszarów obwodu donieckiego, ponosi ciężkie straty, które stara się ukryć. I tak na przykład rosyjska 126. brygada stacjonująca na Krymie, ale walcząca pod Chersoniem, straciła większość swojego personelu – według niektórych danych ponad 75 proc.! – ale krewni ofiar nigdy nie otrzymali jasnych wyjaśnień, dokumentów dotyczących ich śmierci ani też ciał swoich bliskich.

W pobliżu Bachmutu, jak powiedział Radiu Swoboda, ukraiński rzecznik prasowy „rosyjscy okupanci stracili już więcej personelu niż podczas obu wojen czeczeńskich razem wziętych”. Oczywiste jest, że starają się ukryć te straty. „W tym celu” –  jak wyjaśnił rzecznik prasowy – „wywożą ciała swoich poległych żołnierzy na zaanektowany Krym, gdzie w obwodzie symferopolskim znajduje się krematorium…”

Podobnie wygląda sytuacja w okupowanym mieście Mariupol na wybrzeżu Morza Azowskiego. Zginęła tam duża liczba cywilów, a także wielu rosyjskich żołnierzy. Na obrzeżach miasta pojawiło się obecnie kilka dużych masowych grobów, ale i one nie pomieściły wszystkich ofiar wojny.

Jeden ze świadków powiedział korespondentowi Radia Swoboda, że „właściwie zginęła cała ludność cywilna miasta Mariupol, z tych, którzy nie zdążyli wyjechać. Myślę, że jest to liczba przerażająca. Będzie większa niż Hiroszima i Nagasaki w czasie bombardowań nuklearnych razem wzięte. Ogólnie jest to gdzieś, powiedzmy, co najmniej 100 tysięcy.” Ciała, dla których zabrakło miejsc w masowych grobach, zostały spalone w mobilnych krematoriach, albo wywiezione do Symferopola.

Prasa Sewastopola pisze, że miasto przeznaczyło już ziemię pod nowe krematorium. „Mówimy o specjalistycznym obiekcie, który powinien powstać na terenie obecnego składowiska odpadów komunalnych w Perszotravnewej Bałce. Obiekt będzie wykorzystywany do kremacji zwłok zwierząt, konfiskat weterynaryjnych i innych odpadów”. Według opublikowanych informacji budynek krematorium będzie parterowy, o powierzchni około 1500 metrów kwadratowych. Podpisano umowę na opracowanie dokumentacji projektowej z lokalną firmą. Klientem w ramach kontraktu o wartości ponad 8,8 miliona rubli. W 2024 roku to krematorium również powinno zacząć działać…

 

WALTER ALTERMANN: „Mega dziwne” i nieustające zaskoczenia językowe

Ostatnio pewna pani, dobrze pod czterdziestkę, stwierdziła w TVN, że coś tam jest „mega ciekawe”. Posmutniałem, bo język licealistów wtargnął już na dobre do języka naszych mediów. Czasami jest to zabawne, ale i tak smutne, bo infantylne.

 

Oczywiście jest problem dla psychologa – dlaczego dorośli, dojrzali ludzie używają publicznie pojęć niejasnych, nieokreślonych i dziwnych? Jednym z takich słówek jest „mega”. Coś jest mega, coś jest cool, coś jest giga. Otóż myślę sobie, że powody są trzy.

Pierwszy powód – dorośli ciągle chcą być młodzi, od dawna już chodzą w T-shirtach, w jeansach i trampkach. Jednak czas robi swoje i dorośli jakoś nie młodnieją, a wręcz przeciwnie. Jednak ludzie dorośli, a nawet starzejący się, nie chcą tego przyjąć do wiadomości i zachowują się jak dzidzie-pierniki. Bywa to śmieszne, a nawet tragikomiczne.

Powód drugi – dorośli chcą być akceptowani przez młodych, chcą zachowywać się i mówić językiem swych dzieci i wnuków, w nadziei, że zatrzymają czas.

Powód trzeci – żyjemy w kulturze terroru młodości, bo starość jest przykra, nieatrakcyjna fizycznie i przypomina nam o końcu, jaki czeka nas wszystkich.

Biorąc pod uwagę to co wyżej – dorośli zachowują się jak idioci, próbując oszukać czas, nie potrafiąc korzystać z uroków wieku poważnego. A przynosi on swoje atrakcje. Nie wiem czy należy do nich bieganie po parkach, raczej jest to czas na „pogłębioną refleksję”, na czytanie poważnych dzieł, na odwiedzanie muzeów – na co nie mieliśmy czasu, gdy trzeba było wychować dzieci.

 

Stopniowanie przymiotników

Przy okazji tych poważnych myśli o młodości i starości, zajmijmy się językiem polskim, na przykładzie owego „mega ciekawe”. Zatem – mamy dwie odmiany przymiotników.

 

  1. Regularne stopniowanie przymiotników oraz przysłówków odprzymiotnikowych tworzy się następująco:

  • formy stopnia wyższego tworzymy regularnie, dodając do tematu przymiotnika w stopniu równym przyrostek -szy lub -ejszy (szybszy, ładniejszy, piękniejszy), a do tematu przysłówka w stopniu równym przyrostek -ej (szybciej, ładniej, piękniej).
    • formy stopnia najwyższego tworzymy, dodając do stopnia wyższego przymiotnika lub przysłówka przedrostek naj- (najszybszy, najładniejszy, najpiękniejszy, najszybciej, najładniej, najpiękniej). Stopniowanie regularne jest również nazywane stopniowaniem prostym.

 

  1. Stopniowaniu nieregularnemu podlega tylko kilka przymiotników: duży — większy — największy (ściślej mówiąc, w tym przypadku przymiotnik duży otrzymał stopień wyższy i najwyższy przymiotnika wielki), mały — mniejszy — najmniejszy, dobry — lepszy — najlepszy, zły — gorszy — najgorszy.

 

I na koniec dowcip językowy, stary, bo przedwojenny, zaczerpnięty z przedwojennych kabaretów: A jak należy stopniować przymiotnik „chory”? To proste: stopień podstawowy – chory, stopień wyższy – chorszy, stopień najwyższy – trup.  

Nieznany cezar antycznego Rzymu

Viasat History Polsat, 7 XI, 2023 r. Program o starożytnym Rzymie. Lektor czyta: „Cesarz Wespezjan, panował w latach…”

Cesarz, dość znaczący w historii, nazywał się naprawdę Wespazjan i panował w latach w latach 69–79. Jednak lektor kilkukrotnie mówi o Wespezjanie. Dlaczego? Być może lektor – a może również tłumacz i redaktor polskiej wersji – znają angielski, nie znając zupełnie historii Europy?

Przy okazji. Jedno jest pewne – Anglicy o wiele gorzej niż Polacy wymawiają łacinę. My wymawiamy bardzo dobrze, w czym są zgodni wszyscy językoznawcy. A u Anglików major to mejdżer, cezar to sizer. Więc radziłbym unikać angielskich wzorców, w wymawianiu łaciny po polsku.

Hojny ZUS

Od pewnego czasu w różnych internetowych portalach pojawiają się tytuły, zachęcające do przeczytania – szczególnie przez emerytów. Ostatnio rewelacja była taka: „300 zł dla każdego od ZUS”.

Żywotnie zainteresowany, bo jestem emerytem, czytam. I dowiaduję się, że te tytułowe 300 zł otrzyma każdy, jednak pod warunkiem, że wylegitymuje się stwierdzoną niepełnosprawnością. Bo te 300 zł są dodatkiem pielęgnacyjnym. Rozważyłem rzetelnie wszystkie za i przeciw. I wybrałem pełnosprawność, bo samookaleczenie się za jedyne 300 zł miesięcznie, to nie jest dobry interes.

Innym – całkiem niedawnym – razem, czytam w nagłówku informacji, że istnieje prosta możliwość uzyskania dodatku emerytalnego w wysokości 5.000 zł miesięcznie. Jednak tekst wyjaśnia, że trzeba dożyć 100 lat, żeby ZUS płacił miesięcznie po 5.000 zł. Faktycznie to proste. Nie trzeba nic robić, tylko żyć do setki. Ale też… na co stulatkowi te dodatkowe 5.000 zł miesięcznie? Niby można poszaleć, ale ZUS nie gwarantuje zdrowia na te szaleństwa.

Tak się zastanawiam, kto jest sponsorem tak radośnie optymistycznego obrazu ZUS? Może rząd, ale bardziej stawiałbym na marketingowców ZUS-u.

 

 

To dzieło powinni znać wszyscy, ale nie każdy rozumie – WALTER ALTERMANN: Dziady 2023

Pamiętam dobrze dwie wielkie inscenizacje „Dziadów” Mickiewicza. Pierwsza, to obrosła legendą polityczną inscenizacja Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym, druga to wspaniała inscenizacja Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze w Krakowie. Dlatego też byłem wielce ciekawy najnowszej telewizyjnej inscenizacji, choć od początku miałem obawy.

Telewizja Polska mocno zapowiadała te „Dziady”, podkreślając, że ich największą atrakcją i atutem będzie to, że dzieło Mickiewicza zagrane będzie na żywo, a miejsca akcji będą historyczne i autentyczne:

„Pierwsza w historii realizowana i emitowana „na żywo” z Wilna inscenizacja dzieła Adama Mickiewicza, które zaważyło na losie Polaków. „Dziady. Śladami Adama Mickiewicza” składać się będą z trzech odrębnych scen, zaczerpniętych z II oraz III części dramatu. Każdą z części przygotuje inny reżyser w innym miejscu Wileńszczyzny. Widowisko rozpocznie scena z II części Dziadów, która odbędzie się na Górze Krzyży na Cmentarzu Szawelskim w reżyserii Jarosława Kiliana. W drugiej części, reżyserowanej przez Jarosława Gajewskiego, wybrzmi Wielka Improwizacja w zabytkowej Celi Konrada, nieopodal Ostrej Bramy, przy klasztorze Bazylianów, w którym w XIX wieku więziono młodzież wileńską podczas procesu Filomatów i Filaretów.
Jako ostatnią zobaczymy scenę balu u Senatora, która odbędzie się w Sali Kolumnowej Uniwersytetu Wileńskiego i zostanie przygotowana przez reżyser Magdalenę Małecką-Wippich oraz choreografa Jacka Przybyłowicza.

Całość poprzedzi wprowadzenie na cmentarzu w Solecznikach, na którym sam Mickiewicz w 1821 roku obserwował obrzęd Dziadów. Przewodnikiem po fundamentalnych dla romantycznego arcydramatu miejscach i swoistym Narratorem będzie Przemysław Stippa. Trzy koncepcje reżyserskie łączyć będzie genius loci Wilna i okolic, które kształtowały wyobraźnię polskich romantyków”.

Moje obawy wstępne – przed obejrzeniem spektaklu

Przeczytawszy tę zapowiedź spektaklu, popadłem w stan głębokich obaw. „Dziady” są najwybitniejszym polskim dramatem, a z zapowiedzi wynikało, że nie będzie to cały dramat, a jedynie fragmenty. O czym już w zapowiedziach telewizyjnych mowy nie było. Jak na „największą świętość” polskiego teatru, wydało mi się, że producent poszedł na całość w kwestii autoreklamy. A realizacja „Dziadów” to nie jest dzieło na miarę Sylwestra z Tatrami w tle i chyba nie można ich na równi reklamować.

Jestem przekonany, że siła i nośność „Dziadów” nie leży w rozgrywaniu dramatu w miejscach autentycznych, bo jest to utwór napisany na teatr. Owszem, są w nim umieszczone odwołania do miejsc autentycznych, historycznych, ale jednocześnie autor zostawiał realizatorom możliwość wystawienia dramatu w teatrze, miejscu sposobnym do „skomponowania przestrzeni”. Tym bardziej, że zagranie „Dziadów” w miejscach prawdziwych i historycznych odbierze dziełu – tak myślałem – walory sztuki. Owszem dzieło Mickiewicza rozgrywa się w Wilnie, ale ma też wielki wymiar ponadczasowy i „ponad miejscowy”, a zamknięcie go w naturalistycznych wręcz wnętrzach spłyca niejako głębokie i światowe przesłanie.

Być może – tak przypuszczałem, pozostając w wielkich obawach co do efektu – twórcom chodziło o rozegranie, uwypuklenie antyrosyjskiej wymowy „Dziadów”, bo od zawsze miały one charakter antyrosyjski. Ale też nie są jedynie antyrosyjską agitką. Są o wiele bardziej głębokie i wielopoziomowe. Co najlepiej zrozumiał Konrad Swinarski. Jego „Dziady” to historia człowieka cierpiącego, którego zżera i przeraża własna wrażliwość. Bohater Swinarskiego cierpi również niewolę rosyjską, ale tych jest „niewól” o wiele więcej – zgodnie zresztą z duchem i doktryną Romantyzmu. Zauważenie przez reżysera owych „niewól” bohatera Romantyzmu jest podstawowym jego obowiązkiem. Romantyzm niemiecki, a tam się cały ten okres zaczął, podejmował temat niewoli społecznej i życia w okowach konwenansu. To trzeba wiedzieć – po prostu – gdy podejmuje się reżyserii „Dziadów”, bo z pominięciem płaszczyzny ograniczania bohatera przez świat zewnętrzny, własnego ciała i własnej psychiki, a wreszcie losu i Boga, powstanie utwór płaski, jak ekrany najnowszych telewizorów.

Potwierdzenie najgorszych moich przypuszczeń – po zobaczeniu spektaklu

Niestety „Dziady” telewizyjne roku 2023 są jedynie antyrosyjską agitką. Nie wiem czy o to chodziło trzem reżyserom, ale tak wyszło. Główny bohater zaś jest jedynie znerwicowanym szaleńcem, gdy u Swinarskiego i Dejmka był wrażliwym i mądrym filozofem.

Szczególnie przerażający, a nawet niezamierzenie śmieszny, był epizod Konrada w celi. Aktor miotał się, popadał w deliryczne drgawki, a kamera – widząca go przez kratę – cały czas też drgała, chwilami również odjeżdżając, a chwilami dojeżdżając od twarzy aktora. Zapewne miało to znaczyć, że jest groźnie i niebezpiecznie, gdy chodzi o ducha i życie bohatera. Ja jednak obawiałem się, że kamerzysta jest w zagrożeniu.

Nie zrozumiałem też zupełnie, dlaczego spektakl emitowany był na żywo? Może chytrzy Litwini nie dali TVP czasu na wcześniejszą rejestrację? „Chytry Litwin” to żart, choć Sienkiewicz traktował ten epitet serio i jako cechę pozytywną, bo chytry to przebiegły.

Co do autentyzmu miejsc grania „Dziadów” … Okazało się, że cela była zwykłą celą. Bal u Senatora, zagrany był w niedużej sali z kolumnami. Reżyser umieścił na pierwszym planie – z lewej strony – biurko, a za nim jakiegoś kancelistę, który cały czas coś pisał. Tym samym sceny i dialogi zeszły na prawą stronę i w głąb. Sala z kolumnami była rzęsiście oświetlona, przez co – proporcjonalnie – aktorzy tonęli w mroku. Naprawdę nie warto było jechać aż do Wilna. Tak marną dekorację można było zrobić w każdym polskim teatrze. To, że coś jest autentyczne, zabytkowe i cenne historycznie, nie daje gwarancji, że nada się dla teatru.

Naprawdę, z okazji 1 listopada 2023 roku byłoby taniej odwiedzić Litwę i zrobić dobry reportaż o miejscach, które przywołuje w „Dziadach” Mickiewicz.

Zaprawdę, powiadam Wam, że nie ma trudniejszego do zrealizowania dzieła, niż „Dziady” właśnie. I jeżeli ktoś ma zamiar epatować autentycznymi miejscami i szaleństwem bohatera, to lepiej by dla niego – nawet całej trójki reżyserów – żeby zajęli się czymś prostszym, dla nauki zawodu.

Dawniej z „Dziadami” też różnie bywało

W powojennym trzydziestoleciu było dwanaście premier „Dziadów”. Kilka sięgnęło wyżyn teatralnej doskonałości, a wśród nich inscenizacja Mieczysława Kotlarczyka na scenie Teatru Rapsodycznego w Krakowie (1961), Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym (1967), Konrada Swinarskiego w krakowskim Teatrze Starym (1973). Wiele pochwał ze strony krytyki zebrały też przedstawienia Krasowskich w Nowej Hucie i w Warszawie (1962 i 64). Bohdana Korzeniewskiego w Teatrze Słowackiego (1963), Jerzego Zegalskiego w Białymstoku (1965), głośną sensacją były przed laty adaptacje Grotowskiego w teatrze „13 rzędów” w Opolu… – pisze Maria Brzostowiecka, tekst z portalu Encyklopedia Teatru Polskiego.

Widziałem też „Dziady”, które zrealizował również Adam Hanuszkierwicz w roku 1978, na małej scenie Teatru Narodowego. Nosiły tytuł: DZIADY. Część III. Ustęp. RELACJA O CZYNIE. Spektakl był rozgrywany w małych i niskich pomieszczeniach Domów Handlowych przy Alejach Ujazdowskich. „Dziady” Hanuszkiewicza pełne były „nowoczesności”. Nawet Konrad latał nad sceną w spadochronowej uprzęży. Te „Dziady” przerażały niezbornością pomysłów reżysera, odwolywaniem się do pop-kultury, efekciarstwem i po prostu tandetą.

W recenzji w „Polityce”, ukrywający się pod pseudonimem „Koniecpolski”, dobry znawca teatru, napisał, że nie da się porównać „Dziadów” Swinarskiego z „Dziadami” Hanuszkiewicza, bo to tak, jakby porównywać gotycką katedrę z kupą kamieni. Niestety ostatnie telewizyjne „Dziady” nie są nawet kupą kamieni. Są jedynie pretekstem do zagrania tekstu, a w kilku aktorskich przypadkach właściwie do jego wyrecytowania.

Krótkie motto zamiast podsumowania

Nie mam zamiaru nikogo z realizatorów obrażać. Dlatego skończę mottem, którym niech będą słowa Kazimierza Dejmka: „Facet, który zerżnie dąb Bartek idzie siedzieć, bo Bartek to narodowy pomnik. Ale jak ktoś zniszczy „Kordiana”, to mówią, że to twórcze odczytanie i nowatorskie”.     

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dokąd Niemcom tak spieszno?

Być może stoimy przed największym zagrożeniem dla polskiej państwowości od dziesiątków lat. I słusznie obawiamy się skutków tego zagrożenia. Warto jednak również pamiętać, że to co nas przeraża, jest paradoksalnie objawem słabości przerażających.

Niesłusznie mówi się o „federalizacji UE”, to określenie zakłamuje istotę procesu, którego jesteśmy świadkami. Słowo „federalizacja” zakłada jakąś równość podmiotów. Tymczasem proponowane zmiany, ze zniesieniem weta na czele, sprawią, że wpływ państw mniejszych na wspólny los ogromnie spadnie, a wpływ państw takich jak Niemcy czy Francja, ogromnie wzrośnie. W zasadzie najwięcej do powiedzenia mają mieć Niemcy. Myślę, że właściwszym słowem byłaby tu „centralizacja”

Trudno nie postrzegać tego jako podstępnej realizacji odwiecznych postulatów niemieckiego nacjonalizmu, tym razem pod płaszczykiem „wartości europejskich”. Jeśli dodać do tego oparcie na ideach neomarksistowskiego „Manifestu z Ventotene” oraz iluzoryczność „europejskiej demokracji”, najzupełniej uzasadnione są porównania do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. A jeśli wziąć pod uwagę, że zmiany mają postawić Niemców w roli europejskich ubermenschów, nas w roli untermenschów, a Polskę w roli niemieckiego Lebensraum, uzasadnione wydaje się porównanie do IV Rzeszy.

Skąd ten pospiech?

Skąd się natomiast bierze ten pośpiech i chęć ukrycia tego miażdżącego procesu za nerwowymi zapewnieniami, że „w zasadzie nic się nie dzieje, jeszcze dużo czasu, a w ogóle to odebranie nam prawa decydowania o sobie, leży w naszym interesie”? Otóż bierze się z dwóch źródeł.

Po pierwsze w jakimś sensie Niemcy się walą. Same i bardzo konsekwentnie podcięły sobie korzenie wzrostu, z jednej strony uzależniając się od taniego gazu z Rosji, który nie bez problemów zniknął po rosyjskiej inwazji i opierając energetykę, po jednoczesnym zamknięciu elektrowni atomowych, na marzeniach o „tanim prądzie” z wiatraczków i słoneczka. Jakby tego było mało, zawaleniu, choć być może chwilowemu, uległa nie tylko geostrategiczna koncepcja wspólnej z Rosją przestrzeni „od Lizbony do Władywostoku”, ale również „plan B” polegający na ścisłej współpracy z Chinami. Sprytni Chińczycy owszem, wzięli technologie, ale teraz sami sobie produkują samochody elektryczne i niemieckich nie potrzebują. Niemcy desperacko potrzebują żebyśmy, w Europie środkowej i wschodniej, zostali ich „Chińczykami”, rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej. Jeśli dołożyć do tego katastrofę społeczną wywołaną niekontrolowaną migracją, katastrofę polityczną związaną ze wzrostem poparcia dla AfD i katastrofę finansową związaną z orzeczeniem niemieckiego TK o nieprawidłowej relokacji 60 mld euro, co spowodowało ogromną wyrwę w budżecie, mamy mniej więcej pełen obraz czarnej dziury w jakiej znajdują się nasi zachodni sąsiedzi.

Po drugie, Europa wymyka się Niemcom z rąk. Oczywiście, że ciągle wielu narodom mogą zrobić krzywdę, Polakom znowu zrobili. Ale spójrzmy szerzej. Hiszpanie powstali przeciwko swoim hurraeuropejskim socjalistom, Włosi choć niestety mocno uzależnieni od brukselskiej łaski, to wściekli, Szwedzi się wymknęli, we Francji umacnia się Front Narodowy, Węgry wiadomo, w Polsce (szkoda, że sam jeszcze do tego nie doszedł) PiS wcale nie został rozbity, a wczoraj w nocy dowiedzieliśmy się, że tradycyjnie na niemieckie posyłki Holendrzy, postanowili najwięcej mandatów dać Geertowi Wildersowi i jego eurosceptycznej Partii Wolności. I dlatego w działaniach brukselskich, a w istocie berlińskich mandarynów, jest tyle pośpiechu i nerwowości.

– Geert Wilders, lider skrajnie prawicowej Partii Wolności zdobył najwięcej głosów w środowych wyborach w Holandii – wynika z exit polls. O jakiej federalizacji Europy tu w ogóle mowa – napisał na Twitterze publicysta Sorosowej Rzepy Jędrzej Bielecki, zwykle stanowiący z racji zabawnie „entuzjastycznego” wobec „nadchodzącej waadzy” stosunku, twitterowe pośmiewisko. I ja się z nim zgadzam.

Niemcy zapominają

Przy czym daleki jestem od entuzjazmu, czy hurraoptymizmu, to co się dzieje na brukselskich (czytaj – berlińskich) salonach, jest dla nas bardzo groźne, a postawa zdrajców głosujących za odebraniem Polsce suwerenności, odrażająca. Pewna nadzieja jednak w tym, że Niemcy znowu zapominają o tym, że może i są „najsilniejsi w Europie”, ale nie są silniejsi od całej reszty Europy.

Jednym z najbardziej histerycznie powtarzanych przez brukselskich (czytaj – berlińskich) mandarynów zaklęć jest „populiści chcą zniszczyć zjednoczoną Europę”. A tymczasem, szczególnie biorąc pod uwagę skąd się popularność owych „populistów” bierze, stwierdzenie, że „zjednoczona Europa doskonale sobie z autodestrukcją radzi sama”, wydaje się oczywistością i truizmem.

O piekle komunistycznej Polski pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Rakowiecka – Polska Golgota

24 listopada 1904 r. w Warszawie przy ul. Rakowieckiej władze carskie uruchomiły więzienie karne. W latach 1939-1945 służyło Niemcom. Po II wojnie światowej stało się najcięższym więzieniem politycznym Polski tzw. ludowej, symbolem rządów komunistycznych lat 1945-1989, a także uzależnienia od Związku Sowieckiego. Szczególnie do 1956 r. ginęli tu żołnierze i działacze niepodległościowi. Ich ciała zrzucano następnie do dołów śmierci za murem Powązek Wojskowych.

Ci, którzy wolną Polskę umiłowali ponad wszystko, są dziś identyfikowani po wydobyciu z bezimiennych jam grobowych na „Łączce”. W więzieniu mokotowskim byłem kilkakrotnie (na początku lat 90. z Ojcem, który spędził tu kilka lat życia). Ale nie muszę wcale wchodzić do środka, spacerować po korytarzach słynnego X Pawilonu, którym rządziła bezpieka, „zwiedzać” cel, przechodzić ciemnym, podziemnym korytarzem, w którym polskim patriotom strzelał w tył głowy Piotr Śmietański, a potem Aleksander Drej, aby poczuć, jak straszne jest to miejsce. Może to dziedziczne? Może udziela mi się więzienna trauma Ojca, któremu „oficer” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego powiedział podczas jednego ze „spotkań”: „My wiemy, że ty masz twardą d…, ale obok mamy kogoś, z kogo wszystko wybijemy”. W celi obok siedziała żona Ojca. Ubeckie „badania” spowodowały poronienie dziecka.

Rodzima Łubianka

Dzieje Rakowieckiej odzwierciedlały historię całego kraju: powolne pogrążanie się w systemie totalitarnym, okresy odwilży, buntu, aż po powiew wolności w 1989 r. W ciągu minionego półwiecza więzienie na Rakowieckiej – najdłuższej, jak mawiano, ulicy w Warszawie – było tym, czym X Pawilon Cytadeli w okresie zaborów, czy aleja Szucha w latach okupacji niemieckiej.
„Siedzieliśmy w warunkach na tyle luksusowych, działaliśmy przy otwartej kurtynie dzięki roli mediów, że nie można było nas wykończyć, tak jak wykończono pokolenie, które walczyło o niepodległość w latach 40., 50.”. Powiedział to Czesław Bielecki, opozycjonista, architekt, polityk w filmie „Rakowiecka” w reżyserii Jolanty Kessler, opowiadającym dzieje więzienia. Współtwórca filmu – Józef Szaniawski, który na wolność wyszedł wiosną 1990 r., jako ostatni więzień polityczny PRL, określił to ponure miejsce na warszawskim Mokotowie mianem polskiej Łubianki. Przez Rakowiecką przeszły dwa pokolenia Polaków. Kiedy na mocy amnestii w 1956 r. mury katowni opuszczali więźniowie Stalina i Bieruta, ich miejsce zajmowali nowi „wrogowie ludu”. Ci z roku 1968, 1970, 1976, 1981…

Ci, co przeżyli

Jest jeszcze film Marii Dłużewskiej „Ci, co przeżyli”. Dopowiedzmy: Ci, co przeżyli Rakowiecką. Przeżyli, bo byli silni, bo mieli szczęście, bo byli zwykłymi żołnierzami. Ich dowódców zamordowano. Wśród mordujących był Jerzy Kędziora, „oficer” śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – antybohater filmu Dłużewskiej. Kiedyś chwalił się: „Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla”. Jednak Kędziora musiał być jeszcze bardziej pomysłowy, skoro bardzo chwalił go szef wszystkich śledczych płk Józef Różański.
Po trwającym lata procesie został w końcu – prawomocnie (co jest ewenementem) – skazany. Mimo, że przedstawiał zaświadczenia lekarskie. Mimo, że twierdził, że jego przeszłość przedawniła się, tak jak Ireneusza Kościuka – milicjanta, któremu pewnego majowego dnia nie spodobał się student Grzegorz Przemyk. Karę odbywał na warszawskiej Białołęce, ale i tak został przedterminowo zwolniony. Żyje do dziś w Warszawie.

Śledczy w gablocie

Takich Kędziorów, sprawców bezprawia, żyje jeszcze trochę. I wymiar sprawiedliwości III RP ściga ich równie „skutecznie”. Tych chodzących z podniesionym czołem po kraju, jak i tych, którzy zawczasu czmychnęli za granicę. Trzy sprawy ekstradycyjne – prokurator Heleny Wolińskiej z Wielkiej Brytanii, naczelnika stalinowskich więzień Salomona Morela z Izraela i sędziego Stefana Michnika ze Szwecji, zakończyły się totalną klapą.
Pozostaje pamięć. Józef Szaniawski, gdy „mieszkał” jeszcze na Rakowieckiej, powiedział śledczemu: „Panie pułkowniku, tu będzie kiedyś muzeum, tak jak w X Pawilonie Cytadeli, a pan będzie stał wypchany w gablocie”. W tej komunistycznej mordowni powstaje dziś Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL.
Tadeusz Płużański

Zjawiska atmosferyczno-polityczne opisuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hybryda ukąsi

Jeśli wilk zagryzie kozę hodowca dostanie odszkodowanie. Ale jeśli szkodę wyrządziła hybryda, czyli krzyżówka wilka z psem – nic nie dostanie. Taką mamy ustawę. Uchwalona została, gdy „wilko-psów” mało samopas biegało. Namnożyło się jednak wilków i hybryd zwierzęcych. Teraz hodowcy mają problem. Podobnie jest w polityce. Jak odróżnić patriotę od wroga. Też biegają luzem i mnożą się. Zakaz aborcji będzie wkrótce sprawa prywatną. Ale jak będzie z rozmnażaniem – nie wiadomo. Hybrydy na jezdni, hybrydy w lesie. Teraz zaczną również szczerzyć zęby w urzędach – od dołu do góry. Może się zakotłować.

 Wydawało się że od sołeckiego skryby po belweder droga długa i do przebycia czasochłonna. Ale skądże. Minęło dzionków niewiele od wyborów a tu sięga się już po głowę głowy państwa. Odwołać – krzyczą! Odwołać i już.  Nawet hunwejbini nie szli tak ostro.  Obeszli w końcu cały duży chiński kraj zanim wyciągnęli noże po  wydumaną „bandę czworga”.

Stoi marszałek Piłsudski przed wielkim dworem w Alejach Ujazdowskich. Stoi na pomniku oparty na szabli. Śpi zaklęty góral na Giewontu grani. Ostra kosa Helu wbija się w bałtyckie morze. I cisza. Sztil na fali, śnieżek w górach. A parlamencie zgiełk – ktoś szparko przebierają nogami. Czy syberyjskie mrozy zetną to wszystko lodem albo huraganowe nawałnice prącej na Europę tłuszczy mas z zachodu – nas zadepczą?

Chyba już żadne apele nie pomogą. Autorytety rozmienione na drobne. Niespodziewanie zaskakuje pomysłami Rzym nowymi kanonami wiary. Pan Orwell straszył, ale podawał inną datę. A tu za pasem rok 2024 i światowe mordowanie już nie w tysiącach a w milionach istnień ludzkich, migracje i podziały społeczeństw. Zdumiewające tempo i niebezpieczeństwa. Ludzie atakują się i przetrwa tylko ten, kto potrafi się obronić a nie dzielić i kłócić. Nagłe pojawienie się hybryd wszelkiego rodzaju jest niebezpieczne. Gdzie są ci porządni bogobojni i patriotyczni obywatele. Siedzą cicho w domach. Otworzyli gęby ze zdziwienia i biernie czekają. Zastygli w chocholim tańcu.

A tu dzieci zaczną coraz głośniej wołać.  Zarzynane krowy – zaryczą, świnie zaś zakwiczą, ukraińskie zboże nas zasypie. Profesor Pniewski przewróci się w grobie tyłem do gmachu przy ul. Wiejskiej, który tak pięknie zaprojektował.

Quo vadis – Tusku, Hołownio i Kamyszu oraz Czarzasty? Czy z remisu wyborczej walki chcecie uczynić pogrom przeciwnika? Zemsta! Chęć rewanżu nie wiadomo za jakie krzywdy odbiera rozum, szacunek dla wspólnie ustanowionego prawa, prowokuje.

Krowa – Europa, którą obrazem rubasznym namalował Franciszek Starowieyski rozpędza się tratuje. Mleka ona nie da, bo to nie krowa a chyba byk rozjuszony. Ma rogi i pysk rozwarty nie merda a biczuje ogonem. A tu matadora nie ma. Obrońcy przed atakiem zachodu i przed czerwoną zarazą pochowali się w pałacykach i domkach. Zerkają na konta w rajach podatkowych. Jeżdżą przez centra miast wypasionymi pojazdami a plebs ma rowery i hulajnogi. W radiu z lufcikiem, jak określał media pan Wiech (teraz pasuje to do telewizji) Holecką zastąpi Olejnik, Lewandowską Kublik Za Adamczyka ustanowiony zostanie Lis, który stoi już w blokach startowych. Zamiast krzyża w Sejmie – portret gen. Jaruzelskiego. Płotu dookoła sejmu nie będzie, bo kto by się tam teraz pchał. Przywiozą workami kasę z Brukseli. Rozdawać będzie minister Rostowski. Oszczędzimy na budowie gigantycznego portu lotniczego, nie dopuścimy do zagrożenia atomowego poprzez elektrownie. Powieją z zachodu ożywcze wiatry i napędzą śmigła niemieckich elektrowni wiatrowych. Zafurkoczą na wielkich słupach, które już od dawna czekają na przyjazd do Polski z landów naszych prawdziwych przyjaciół zza Odry. Malować ich nie będziemy ani konserwować, bo całe to ustrojstwo obsrają mewy i zabezpieczą antykorozyjnie.

W miejsce pomnika  Lecha Kaczyńskiego odsłonięta zostanie statua pana Tuska – w peruwiańskiej czapeczce. A na górze smoleńskiego abstrakcyjnego monumentu usiądzie na tronie pan Putin.

Hybrydowi zleją się w jedno. Psy przy budach trzymane będą na  długich 10-metrowych łańcuchach, ale za to feministyczna władza skróci smycze domowe. Oczywiście będzie w tej sprawie referendum, nawet dwa. Oddzielne dla pań i panów. Kłopotów pan marszałek będzie miał co nie miara.

W pierwszomajowym pochodzie, który poprowadzi pan Czarzasty i pani Żukowska czołowy transparent głosić będzie: pokój i tolerancja. Wieczorem nad Wisłą odbędzie się pożegnanie władz gdańskich, które tratwami własnej roboty spłyną do miasta o podwójnej nazwie – niemieckiej i polskiej. W ramach rozwoju sztuk plastycznych graficiarze wymalują gmach parlamentu. Nudno nie będzie. Nocami grać będzie heavy-metal i sataniści.

Dobranoc Państwu, w końcu nie wiadomo, kiedy to opublikują i kiedy będziecie czytać…

 

HUBERT BEKRYCHT: „Agent” – bohater „demokracji” i artykułu GW. Służby: jego historia oparta jest na kłamstwach

Jak bardzo Gazeta Wyborcza musi chcieć odbudować swój dawny nakład świadczą elukubracje przesłuchiwanego przez redakcję z Czerskiej „agenta?. Tomasz K. „zaczął sypać” – tako rzecze GW. I całkiem przypadkowo, zanim dostał status świadka koronnego, obrzucił oskarżeniami dziennikarze, którzy nie boją się tropić afery ekipy Tuska. Zanim powiedział coś prokuraturze powiedział GW o jego, jako agenta, związkach służbowych, m.in. z Kanią, Gmyzem, Pereirą i Sakiewiczem, Gargas, Hejke. Co za koincydencja, prawda? Rzucić kamień w piszących krytycznie o rządach PO i PSL dziennikarzy i prosić prokuraturę o ochronę. Za pośrednictwem Gazety Wyborczej.

To naprawdę byłoby śmieszne, że dziennikarzom „zarzuca” się kontakty ze służbami specjalnymi w celu wykonywania obowiązków, ale jest patologiczne. Pomijam, co napisała GW, bo nie jest wiarygodna, skoro redakcja za nic ma procedurę prawną zdradzając szczegóły postępowania. Niewiarygodna jest zreszta nie tylko dlatego….

Jak mają się bronić opluskwione przez Tomasza K. osoby, skoro jeszcze nie dostały nawet wezwania z prokuratury.?Nie wolno wpływać na postępowanie, ale co tam, Gazecie Wyborczej wolno. Bo przecież nie powinno być wszystko jedno, czy ktoś ujawnia dziennikarskiej źródła, zanim sąd o te źródła zapyta.

No i wreszcie najważniejsze, czy wymienieni przez agenta dziennikarze rzeczywiście się z nim kontaktowali w sprawach tak gorliwie opisywanych przez dziennik Michnika?  Zwłaszcza – jak pisze na portalu X Cezary Gmyz – Samuel Pereira, który, w czasie aktywności agenta Tomka jako pracownika służb specjalnych, „nie był jeszcze dziennikarzem”. Z metryki sądzę, że Pereira mógł być jeszcze wtedy w liceum. Ale co tam, pasuje do paszkwilu, bo jest ważnym dziennikarzem sprzeciwiającym się – jak m.in. Gmyz, Kania, Sakiewicz, Gargas, Hejke i wielu innych – patologiom ugrupowań politycznych, których głównym programem w latach 2015 – 2023 było „niszczenie PiS”.

Może tak być, że istotnie agent Tomek podrzucał też mediom informacje, ale nie wiadomo z czyjego polecenia, nie wiadomo też, którym mediom. Agenci bywają przecież podwójni. Czy tylko w powieściach sensacyjnych?

Zastanawiam się, czy wzmożone, szczególnie młodsze osoby związane z GW w ogóle zdają sobie sprawę z tego, co to jest dziennikarstwo? Na pewno nie.

Myślę, że pomówieni dziennikarze obalą absurdalne zarzuty umieszczone w GW. Będzie to jednak długi proces, bo obrzuceni błotem będą musieli udowadniać, że nie są wielbłądami kiedy Tomasz K. będzie pod ochroną prokuratury.

A status świadka koronnego polskie prawo przewidziało dla przestępców.

***************************************************************************************

Oświadczenie

Obecna aktywność Tomasza Kaczmarka jest kolejną próbą uzyskania przez niego bezkarności. Jego historia oparta jest na kłamstwach.

W listopadzie 2019 roku Tomasz Kaczmarek usłyszał szereg zarzutów karnych dotyczących wielomilionowych oszustw finansowych w tzw. aferze stowarzyszenia Helper.

W związku z zarzutami, a także wobec braku zgody Ministra Koordynatora na zapewnienie mu bezkarności, Kaczmarek w kolejnych miesiącach rozpoczął szerzenie insynuacji przeciwko Ministrowi Mariuszowi Kamińskiemu i Maciejowi Wąsikowi – zarówno w mediach jak i prokuraturze.

W związku z kolportowaniem tych fałszywych oskarżeń Tomasz Kaczmarek usłyszał zarzuty dot. składania fałszywych zeznań. W tej sprawie akt oskarżenia przeciwko Kaczmarkowi wpłynął do sądu w sierpniu 2021 roku.

Obecna aktywność Kaczmarka jest kolejną próbą uzyskania przez niego bezkarności. Jego historia oparta jest na kłamstwach.

Biuro Prasowe Ministra Koordynatora Służb Specjalnych

 

 

 

Błędy nasze powszechne – WALTER ALTERMANN: Patynacja progresywnego draftu

Transmisja meczu piłki nożnej w Canal+, widzimy, jak zawodnik odbiera piłkę i szybko rusza z nią na bramkę przeciwnika. Kibice lubią takie momenty. Niestety nastrój psuje sprawozdawca, który mówi: „On ma w genach progresywne prowadzenie piłki”. Pomijam już geny, ale czy można „progresywnie prowadzić piłkę”?   

Gdyby sprawozdawca powiedział, że napastnik gra szybko, aktywnie, agresywnie – byłoby normalnie. Ale nie ma tak dobrze, bo sprawozdawca musi się pochwalić, że zna obce słówka. Panowie sprawozdawcy: piłka kopana jest prosta, nie nadawajcie temu sportowi jakichś niesamowitych znaczeń! Dajcie kibicom cieszyć się grą piłkarzy.

A „progresja” według słownika PWN to: 1. osiągnięcie kolejnego stadium rozwoju, 2. ekon. stopniowe wzrastanie; 3. muz. powtarzanie motywu, zwrotu melodycznego na stopniowo zmieniającej się wysokości; 4. podatek porgresywny, dla którego charakterystyczny jest wzrost stawki podatkowej w miarę wzrostu podstawy wymiaru podatku.

W sumie progresja to postęp i wzrost. I tyle.

Mamy ten draft

„Śniadanie Rymanowskiego” w Polsacie, 5 pażdziernika 2023 r.  Audycja toczy się żywo i miło, gdy nagle poseł Dariusz Wieczorek z Lewicy mówi:

– Mamy już draft umowy koalicyjnej.

– A kiedy zobaczymy ten draft? – pyta posła prowadzący audycję Bogdan Rymanowski.

Poseł powiedział, aby i panom w studio było jeszcze bardziej kulturalnie. Mnie jednak znowu trafił szlag. Bo czym jest ów „draft”, który stał się tak modny wśród dziennikarzy? Otóż – „draft” to angielskie słowo, które oznacza projekt, wstępne założenia.

Winę za taką sytuację ponosi p. Rymanowski, bo oczywiście goście mogą pleść co im do głowy przyjdzie i nie wypada ich poprawiać. Ale przecież – na „draft” gościa, pan Rymanowski mógł powiedzieć:

– A kiedy zobaczymy ten projekt?

Ale nie, bo p. Rymanowski też chce być nowoczesny i znający. Sytuacja jest identyczna z tą z „Nie ma róży bez ognia” Stanisława Barei. Tamże między Bohdanem Łazuką a Stanisławą Celińską toczy się dialog, w którym Łazuka wrzuca obce zwroty, na co Celińska mówi:

– Ja pracuję w telewizji, to ja pana rozumiem.

Mogę nawet przyjąć i wybaczyć, że w harmidrze, bałaganie i napięciach panujących w pokojach dziennikarskich ten „draft” ułatwia komunikację „wewnątrz dziennikarską”. Ale co to  obchodzi widza i słuchacza? W końcu jesteśmy w Polsce, w której obowiązuje nasz język narodowy. A media mają obowiązek mówić po polsku! I oczywiście mówić w tym języku zrozumiale i jasno!

 Patyna

„Łowcy staroci” to brytyjski bardzo dobrze zrobiony program o handlarzach starociami i antykami.  Niestety w Polsce informacje i dialogi czytają polscy lektorzy. I tu mamy już ostry zjazd z jakością. A odpowiada za tę „obsuwę” Discovery Historia.

W odcinku 17 widzimy, jak renowator przystępuje do patynowania nowych elementów starego mosiężnego żyrandola. Idzie mu dobrze, ale niestety odzywa się lektor: „ A teraz zajmie się patynacją”. Otóż nie ma takiego słowa jak „patynacja”. Znamy natomiast działanie, czynność patynowania, czyli postarzania.

Kto co gra

„Ile w sumie zagrał pan ról aktorskich” – pyta dziennikarz telewizyjny znanego aktora. Aktor odpowiada, że nie liczył, a ja mam wątpliwości, co do pracy dziennikarza. Chodzi mi o logikę pytania. Bo jakie w końcu mógł jeszcze grać role ów aktor? Przecież aktor zawsze gra role i nie trzeba już mówić o „rolach aktorskich”. To tak jakby pytać lekarza” „Ilu porad lekarskich pan udzielił?”

Oczywiście aktor mógł być jeszcze – dla przykładu –  rodzicem, mężem, radnym i posłem, ale tych ról nie grał. Każda rola – jeżeli grana – jest przypisana aktorstwu, więc nie wolno pytać „Ile ról aktorski pan zagrał”. Wystarczy powiedzieć: „Ile ról pan zagrał”. Mogą być role filmowe, teatralne, kabaretowe, ale wszystkie one zawsze są grane. I są aktorskie.

Czy pan outsurcinguje?

Prezes jednej z większych organizacji gospodarczych mówi w TVP: „Większość z naszych nowych przedsiębiorców outsorcinguje”.

Co znaczy przywołany outsourcing? Słownik informuje, że Outsourcing (ang. outside-resource-using) – inaczej: „obsługa zewnętrzna” to jedna z najefektywniejszych strategii zarządzania, oznaczająca korzystanie ze źródeł (zasobów) zewnętrznych poprzez wydzielenie ze struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa niektórych, realizowanych przez nie funkcji i przekazanie ich do wykonania usługodawcy zewnętrznemu, który jest w stanie wykonywać dane procesy skuteczniej. Outsourcing polega zatem na przekazywaniu m.in. zadań, funkcji, projektów i procesów do realizacji innym podmiotom.

Ja rozumiem, że termin „outsorcing” zagościł i przyjął się u nas. Ale o tym, że ktoś  outsorcinguje – pierwsze słyszę. To duża niezręczność i kłopot jezykowy. Oczywiście wiem, że bardzo wiele polskich czasowników zostało utworzonych od rzeczowników. Mamy „handel” i nie dziwi nas, że ktoś „handluje”. Jednak mamy też „sklep”, ale nie mamy na szczęście słowa „sklepuje”. Mamy „zlecenie”, ale nie mamy „zleceniuje”. A żołnierz kierujący czołgiem na szczęście nie czołguje, bo jest kierowcą czołgu.

Jak zatem miał poprawnie powiedzieć ów prezes Specjalnej Strefy Ekonomicznej? Ano tak: „Większość z naszych nowych przedsiębiorców działa w systemie outsorcingu.” Jedno słowo więcej – owo „działa” – i jesteśmy u siebie w domu, a nie szwędamy się po obcych językach i krajach.