ANDRZEJ SZABACIUK: Białoruska narracja propagandowa po 24 lutego 2022 r. i jej główne nurty

Polska była wielokrotnie oskarżana w białoruskiej propagandzie o prowadzenie wojny hybrydowej przeciwko Białorusi, rzekomo opłacając opozycję, a także przedstawicieli mniejszości polskiej i Kościoła rzymskokatolickiego, którzy są przedstawiani jako „piąta kolumna”.

Uzasadnienie włączenia Białorusi w rosyjską agresję

Początek nowej fazy rosyjskiej agresji na Ukrainę 24 lutego 2022 r. miał istotne znaczenie z perspektywy geostrategicznego położenia Białorusi. Dla reżimu Łukaszenki palącą kwestię stanowiła gwałtowna eskalacja konfliktu i konieczność zajęcia zdecydowanego stanowiska wobec rosyjskich działań. Należy podkreślić, że reżim Łukaszenki otwarcie wspierał Federację Rosyjską od samego początku inwazji, udostępniając infrastrukturę wojskową i cywilną, przez co ułatwił rosyjskie ataki rakietowe na terytorium Ukrainy i inwazję lądową na jej stolicę.

Ponadto Łukaszenka umiejętnie propagował narrację Kremla o motywach rosyjskiego ataku na Ukrainę, zręcznie przeplatając ją z sytuacją na Białorusi. W przemówieniu wygłoszonym 22 lutego 2022 r., tuż przed rosyjską agresją, Łukaszenka oskarżył Zachód o zamiar wywołania wojny i wezwał władze Ukrainy do przeciwstawienia się wpływom zewnętrznym. Insynuował również, że wojska polskie i litewskie mogą potencjalnie zaatakować siły rosyjskie, tym samym deklarując chęć zabezpieczenia granic państwa przed rzekomą inwazją z Zachodu.

Wspomniane bezpodstawne oskarżenia były wielokrotnie powtarzane po wybuchu nowej fazy rosyjskiej agresji. 24 lutego 2022 r. podczas spotkania z przedstawicielami ministerstw Łukaszenka zapewnił, że Białoruś nie pozwoli zaatakować rosyjskich cywilów, sugerując, że Polska i Litwa mogą planować atak na Rosję przez terytorium Białorusi. Podobnie w przemówieniach 27 lutego i 1 marca 2022 roku podkreślał, jak skutecznie udaremnił tzw. „blitzkrieg” w 2020 r., którego celem było rzekomo podważenie białoruskiej niepodległości. Propaganda państwowa eksponowała wyjątkowe zasługi Łukaszenki na rzecz stabilizacji sytuacji w państwie i regionie. On sam niejednokrotnie akcentował, że stłumienie „nacjonalistycznego szaleństwa” w 2020 roku, uchroniło jego kraj przed podzieleniem losu Ukrainy – cynicznie sugerował, że jego represje wobec społeczeństwa obywatelskiego zapobiegły wybuchowi wojny na Białorusi. Przekonywał, że rozwiązanie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego może nastąpić wyłącznie bez udziału Zachodu i wezwał Ukraińców do poszukiwania alternatyw dla krwawego rozlewu bratniej krwi, sugerując konieczność pójścia na ustępstwa wobec Federacji Rosyjskiej, zwłaszcza poprzez „demilitaryzację”, deklarację neutralności i rezygnację z ambicji przystąpienia do Sojuszu Północnoatlantyckiego. W innym przypadku Ukraina może podzielić los Japonii, przez co dawał do zrozumienia, że może zostać zaatakowana bronią jądrową.

Rzekome zagrożenie ze strony Ukrainy i Sojuszu Północnoatlantyckiego uzasadnia pośrednie zaangażowanie Białorusi w rosyjską agresję na Ukrainę, co miało zapobiec rzekomemu atakowi ze strony Ukrainy. Zaangażowanie to przejawia się nie tylko we wspomnianym udostępnieniu infrastruktury wojskowej i cywilnej, ale także transferze broni i amunicji do Rosji, remoncie uszkodzonego sprzętu itp. Jednocześnie promowany w mediach białoruskich obraz zagrożenia ze strony NATO służy racjonalizacji niechęci do rozmieszczenia białoruskich wojsk bezpośrednio na Ukrainie. Warto jednak zauważyć, że Łukaszenka wielokrotnie wskazywał, że może rozważyć taki sposób działania, jeśli okoliczności tego będą wymagały. Na przykład 17 czerwca 2022 r. zapewnił o możliwości odpowiedzi na rysujące się na horyzoncie niebezpieczeństwo „otoczenia przez Polaków”, odnosząc się do rzekomej, planowanej przez Polskę aneksji zachodniej Ukrainy.

Widmo aneksji zachodniej Ukrainy i Białorusi oraz skutki wsparcia Ukrainy

 Władze Białorusi od 2020 r. stosują taktykę wzbudzania społecznych obaw w związku z rzekomo agresywnymi zamiarami zachodnich sąsiadów, w tym z jakoby możliwą aneksją zachodniej Białorusi przez Polskę. Propagowanie obaw związanych z rzekomym atakiem Zachodu łączy się z oskarżeniami o imperialistyczne aspiracje Polski. Powracającym tematem białoruskich mediów jest kwestia wzmocnienia polskich sił zbrojnych poprzez pozyskanie nowoczesnego uzbrojenia, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych i Korei Południowej. Biełta (Białoruska Państwowa Agencja Informacyjna) wielokrotnie publikowała treści poddające w wątpliwość zasadność takich zakupów. Zgodnie z zapewnieniami agencji, zakup przez Polskę zaawansowanego uzbrojenia nie powinien być tłumaczony wyłącznie przez rzekome zagrożenie ze strony Federacji Rosyjskiej, gdyż Polska jest członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego, co zapewnia jej bezpieczeństwo. Prawdziwym motywem wzmocnienia armii ma być chęć aneksji terytoriów zachodniej Ukrainy i potencjalnie Białorusi.

Kolejnym wątkiem obecnym w białoruskiej narracji propagandowej była krytyka wsparcia militarnego okazywanego przez Polskę Ukrainie oraz związane z nią sugestie, że takie działania mogą skutkować bezpośrednim uwikłaniem Polski w wojnę z Federacją Rosyjską. Pomoc wojskowa udzielana przez Polskę jest przedstawiana jako mało efektywna w obecnych warunkach wojennych. Twierdzi się, że Polska wysyła na Ukrainę przestarzały lub wadliwy sprzęt, taki jak np. karabinki Grot oraz że nowoczesne ciężkie czołgi zachodnie nie sprawdzą się w trudnych warunkach terenowych na wschodzie i południu Ukrainy.

Dodatkowo podkreślono finansowy aspekt wsparcia Polski dla Ukrainy, znacząco wyolbrzymiając jego skalę. Sugerowano, że polskie władze przeznaczyły w sumie 103 mld USD na wsparcie Ukrainy, w tym na pomoc ukraińskim uchodźcom w Polsce i wsparcie armii ukraińskiej. Wszystko to dzieje się w czasie rzekomego kryzysu gospodarczego, który miał ulec pogłębieniu na skutek rosnących cen surowców węglowodorowych i wysokiej inflacji. Dodajmy, że wątek trudnej sytuacji ekonomicznej Polski i innych państw Unii Europejskiej, stanowiący bezpośrednią konsekwencje wojny i sankcji nałożonych przez Zachód na Rosję i Białoruś, często przewija się przez białoruskie media. Towarzyszą im materiały o Polakach, których bieda zmusiła do wyjazdu na Białoruś w celu zakupu podstawowych produktów spożywczych.

Oczernianie Polski na arenie międzynarodowej i kontynuowanie działań hybrydowych

 Białoruskie zarzuty o wrogie działania przypisywane Polsce są ściśle związane z toczącym się sporem dotyczącym sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Białoruś od 2021 r. prowadzi działania hybrydowe wymierzone w Polskę i państwa bałtyckie, dodatkowo prześladuje polską mniejszość i Kościół rzymskokatolicki. W odpowiedzi Polska zdecydowała się zamknąć przejścia graniczne w Kuźnicy Białostockiej 9 listopada 2021 r. oraz w Bobrownikach 10 lutego 2023 r. Dodatkowo od 1 czerwca 2023 r. zamknięto polskie przejścia graniczne z Białorusią dla białoruskiego i rosyjskiego ruchu towarowego.

Białoruskie służby w dalszym ciągu są zaangażowane w ułatwianie przemieszczania się migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki w kierunku granicy. Ponadto prowadzona jest kampania dezinformacyjna przedstawiająca konkretną narrację dotyczącą sytuacji na granicy. Warto zauważyć, że kontynuowany jest projekt „Polskie i litewskie zbrodnie wobec uchodźców: fakty i świadectwa” (dostępny na http://whitebook.by), a towarzysząca mu wystawa „Granica między życiem a śmiercią” zainaugurowana w Mińsku w marcu 2023 r., była eksponowana także w innych miastach białoruskich. Jej przesłanie było wyraźnie antyzachodnie i antypolskie. Polska była wprost oskarżana o łamanie praw człowieka i rasizm wobec osób z Afryki czy Bliskiego Wschodu, których rzekomo traktowano jako ludzi gorszej kategorii. Wielokrotnie cytowane były wypowiedzi m.in. Mateusza Piskorskiego, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Rosji, obwiniające Polskę o zbrodnie przeciwko migrantom oraz sugerujące istnienie masowych grobów migrantów wykopanych przez polskie służby w lasach przygranicznych.

Po zamknięciu przejścia granicznego w Bobrownikach obserwujemy eskalację oskarżeń reżimu białoruskiego zarówno pod adresem Polski, jak i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Egzemplifikacją tego trendu jest wystąpienie Alaksandra Łukaszenki z 31 marca br. Samozwańczy prezydent po raz kolejny oskarża Polskę o agresywne zamiary, poparte znaczącym wzrostem wydatków na broń w ostatnich miesiącach oraz rosnącą obecnością wojsk sojuszniczych. Co więcej, oskarżenia stają się coraz bardziej osobliwe, obejmując twierdzenia o próbach zorganizowania „pułków, flag lub legionów” z rzekomym celem wywołania zamachu stanu na Białorusi. Dodatkowo, jakoby przygotowywani są w Polsce „terroryści” gotowi do dokonania aktów sabotażu na terytorium Białorusi, a władze Polski tworzą „komórki ekstremistyczne” z zamiarem prowadzenia nielegalnej działalności za wschodnią granicą.

4 kwietnia 2023 r. szef białoruskiego KGB gen. Iwan Tertel po raz kolejny oskarżył państwa bałtyckie, Polskę, Ukrainę oraz Czechy o współudział w próbie destabilizacji Białorusi. Konkretnie insynuował istnienie ośrodków rekrutacyjnych i szkoleniowych działających na terytoriach wyżej wymienionych państw, rzekomo mających przygotować bojowników do inicjowania działań mających na celu destabilizację Białorusi. W kontekście tych podnoszonych zagrożeń z Zachodu, Alaksandr Łukaszenka zwracał się niejednokrotnie z prośbą do Rosji o dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa. Postulaty Łukaszenki wydają się zastanawiające, biorąc pod uwagę, że takie gwarancje są już zapisane w Porozumieniu o utworzeniu Państwa Związkowego oraz w traktacie taszkienckim.

Z problemem gwarancji bezpieczeństwa łączyło się zapowiedziane przez Władimira Putina 25 marca 2023 r. rozmieszczenie na terytorium Białorusi taktycznej broni jądrowej, Mimo deklaracji Łukaszenki mało prawdopodobne jest, by Białoruś miała istotny wpływ na potencjalne wykorzystanie tej broni. Domaganie się gwarancji bezpieczeństwa może wynikać z obaw związanych z potencjalnym użyciem taktycznej broni jądrowej stacjonującej na Białorusi przeciwko Ukrainie, co może mieć istotne reperkusje dla stabilności reżimu Łukaszenki. Ponadto kwestia gwarancji bezpieczeństwa może być również powiązana z kwestią potencjalnego zaangażowania wojsk białoruskich w bezpośrednie działania bojowe na Ukrainie. W ten sposób Łukaszenka może starać się uchronić przed nieprzewidywalnymi konsekwencjami takich decyzji.

Paradoksalnie z tym kontekstem mogą być również powiązane ponawiane przez Łukaszenkę wezwania do zawieszenia broni na Ukrainie i rozpoczęcia negocjacji pokojowych. Niewykluczone, że jego apele służą jako środek do złagodzenia postrzeganego ryzyka eskalacji, co zmusiłoby Białoruś do zajęcia bardziej stanowczego stanowiska. Należy jednak wziąć pod uwagę możliwość, że celowe wyolbrzymianie zagrożenia ze strony państw zachodnich i wezwania do przyznania dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa mogą służyć jako taktyka kupowania czasu i dalszego opierania się rosyjskiej presji na większe zaangażowanie Białorusi w trwający konflikt z Ukrainą.

Nową eskalację aktywności białoruskiej propagandy przyniosło rozlokowanie na terytorium Białorusi najemników tzw. Grupy Wagnera, którzy pod koniec czerwca i na początku lipca 2023 r. opuścili terytorium Ukrainy i Rosji po tzw. „marszu sprawiedliwości” na Moskwę. Rozlokowanie ich na Białorusi miało miejsce po poufnych negocjacjach między buntownikami i władzami na Kremlu, w których uczestniczył Łukaszenka. Obawy związane z wykorzystaniem wagnerowców w działaniach hybrydowych przeciwko Polsce i państwom bałtyckim potęgował sam białoruski dyktator, który w czasie spotkania z W. Putinem w Petersburgu 23 lipca 2023 r. stwierdził, że wagnerowcy pragną wyjechać na Zachód, chcą „udać się na wycieczkę do Warszawy i Rzeszowa”, przez co sugerował, że mogą być wykorzystywani przeciwko Polsce, chociaż sam Łukaszenka twierdził, że zatrzymuje ich w centrum kraju, tak jak obiecał. W innych wypowiedziach samozwańczego prezydenta Białorusi brzmiał ton pojednawczy, o chęci porozumienia się z sąsiadami, których się nie wybiera, „gdyż są dani przez Boga”. Jednak intensyfikacja działań hybrydowych i rosnąca liczba migrantów nielegalnie przerzucanych przez granicę do Unii Europejskiej skutkowały decyzją Litwy o zamknięciu 16 sierpnia dwóch przejść granicznych z Białorusią.

Wnioski

Od czasu sfałszowanych wyborów prezydenckich w 2020 roku białoruska propaganda delegitymizuje opozycję demokratyczną poprzez negowanie jej sprawczości. Zarzuca jej zdradę interesów narodowych, próbę destabilizacji państwa i działanie na rzecz „zagranicznych mocodawców”. W tych ramach propagandowych Polska i Litwa obok Stanów Zjednoczonych przedstawiane są jako główni geopolityczni przeciwnicy reżimu Łukaszenki, dążący do siłowego przejęcia władzy na Białorusi i eksploatacji jej zasobów.

Polska była wielokrotnie oskarżana w białoruskiej propagandzie o prowadzenie wojny hybrydowej przeciwko Białorusi, rzekomo opłacając opozycję, a także przedstawicieli mniejszości polskiej i Kościoła rzymskokatolickiego, którzy są przedstawiani jako „piąta kolumna”. Celem Polski jest rzekomo nie tylko przejęcie władzy na Białorusi, ale także aneksja zachodniej Białorusi i powrót do granic z 1939 r. – narracja podobna do propagowanej przez kremlowską propagandę, która rozpowszechnia dezinformację o rzekomych planach aneksji zachodniej Ukrainy przez Polskę.

Sztucznie wywołany kryzys na granicy polsko-białoruskiej ma na celu przede wszystkim wywarcie presji na Unię Europejską, aby złagodziła sankcje gospodarcze wobec Białorusi. Jednocześnie reżim Łukaszenki wykorzystał tę okazję do oczernienia polskich władz na arenie międzynarodowej. Białoruska propaganda obszernie relacjonowała rzekome przestępstwa popełnione przez polskie władze na migrantach próbujących nielegalnie przekroczyć granicę. Polska została oskarżona o łamanie podstawowych praw człowieka i lekceważenie międzynarodowych konwencji dotyczących udzielania ochrony międzynarodowej. Służyło to nie tylko zdyskredytowaniu Polski jako adwokata prześladowanej opozycji demokratycznej na Białorusi i w Rosji, ale także poddaniu w wątpliwość polskich apeli o poszanowanie praw człowieka w tych państwach.

Wyolbrzymiane zagrożenie ze strony Polski, Litwy czy Sojuszu Północnoatlantyckiego służy wielu celom. Po pierwsze, reżim dąży do konsolidacji społeczeństwa białoruskiego wokół Łukaszenki, pozycjonując go jako rzekomego jedynego gwaranta bezpieczeństwa i suwerenności Białorusi. Narracja ta uzasadnia również brutalne represje reżimu wobec białoruskiej opozycji, oskarżanej o działanie na rzecz obcych mocarstw, oraz racjonalizuje poparcie Białorusi dla rosyjskiej agresji na Ukrainę, w tym udostepnienie infrastruktury wojskowej i cywilnej. Ponadto wyjaśnia zwiększoną obecność wojskową Rosji na Białorusi i rozmieszczenie tam broni jądrowej. Dodatkowo, rozdmuchane zagrożenie ze strony Zachodu ma uzasadnić wahania reżimu przed wysłaniem białoruskich wojsk na Ukrainę. Białoruś jest przedstawiana jako bastion rzekomo broniący Rosji przed wojskami Sojuszu Północnoatlantyckiego stacjonującymi w Polsce i państwach bałtyckich, oskarżanymi o planowanie ataku.

Andrzej Szabaciuk

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

WOŁODYMYR SYDRENKO: Rosja po raz kolejny zamienia się w „więzienie narodów”

Jak donoszą rosyjskie media, prezydent Rosji Władimir Putin przedłożył Dumie Państwowej, a posłowie poparli, ustawę o wystąpieniu kraju z Ramowej Międzynarodowej konwencji o ochronie ludności tubylczej i mniejszości oraz o wygaśnięciu współpraca z organizacjami międzynarodowymi w zakresie ochrony małych narodów.

Eksperci zauważają, że nie jest to przypadek, gdyż decyzja została podjęta w zgodzie z ogólną polityką Rosji wyrzeczenia się wcześniej przyjętych zobowiązań w zakresie ochrony małych narodów. Jednocześnie przedstawiciele narodowych ruchów społecznych uważają, że prawa nielicznych narodów Rosji nie były wcześniej respektowane, ale wcześniej państwo zachowywało przynajmniej pozory ochrony mniejszości narodowych, a teraz Putin zrzucił tę maskę i Rosja znów, tak jak za czasów cara, zamienia się w „więzienie narodów” już na poziomie legislacyjnym.

Przejdźmy do historii. Konwencja o ochronie ludności tubylczej i mniejszości została podpisana 1 lutego 1995 r. Rosja przystąpiła do niej po wejściu do Rady Europy w lutym 1996 r. i ratyfikowała ją dwa lata później. Dokument opisuje pracę państwa na rzecz ochrony praw przedstawicieli mniejszości do nauki ich języków, praktykowania religii oraz rozwijania kultury i przestrzegania tradycji narodowych. Kraje uczestniczące w Konwencji zobowiązały się nie utrudniać tworzenia programów edukacyjnych oraz wydawania gazet i książek w językach grup etnicznych. Wdrażanie Konwencji nadzoruje Komitet Doradczy i Komitet Ministrów Rady Europy. Konwencja miała jednak tę wadę, że nie przewidywała mechanizmu rozpatrywania indywidualnych skarg przedstawicieli mniejszości narodowych dotyczących naruszenia ich praw i jakiejkolwiek odpowiedzialności państwa za naruszenie postanowień tej umowy.

Na posiedzeniu Dumy Państwowej wiceminister spraw zagranicznych Rosji Serhij Wierszynin powiedział, że w latach obowiązywania Konwencji w sprawie Rosji prowadzono czterokrotne monitorowanie sytuacji w zakresie praw ludności tubylczej i małych narodów. Ostatni raz było to w 2018 roku. Jednocześnie odnotowano dużą liczbę naruszeń ich praw i zauważono nierówność statusu narodów w Rosji. Państwo jednak otwarcie nie chciało się do tego przyznać, a Serhij Wierszynin stwierdził, że wnioski z monitoringu „były szczerze upolitycznione”, a informacje o stanie małych narodów „były interpretowane wyłącznie negatywnie”.

Z kolei rząd rosyjski, który nalega na wystąpienie z konwencji, twierdzi, że we wrześniu 2022 roku Rada Europy znacząco ograniczyła uprawnienia przedstawiciela Moskwy w komitecie doradczym i pozbawiła go możliwości wyrażenia swojego stanowiska w sprawie „naruszenia praw mniejszości narodowych, przede wszystkim ludności rosyjskojęzycznej, za granicą”. Oznacza to, że przedstawiciel Moskwy próbował zmienić koncepcję i mówić nie o łamaniu praw mniejszości narodowych w Rosji, które było przedmiotem Konwencji, ale aby ukryć swoje zbrodnie wobec mniejszości w Rosji, mówił o rzekomego „naruszenia praw Rosjan w krajach europejskich”, co nie jest sferą regulacji konwencji. Co więcej, propagował sfabrykowane lub zmanipulowane fakty. A kiedy poproszono go o opowiedzenie o istocie Konwencji, czyli o prawach małych narodów w Rosji, poczuł się urażony i stwierdził, że to narusza jego prawa.

„Naruszanie praw grup etnicznych i małych narodów mogłoby zostać publicznie potępione na szczeblu Rady Europy, ale Rosja zignorowała te uwagi. Podczas Konwencji uchwalono ustawę, która czyni naukę języków narodowych fakultatywną – zauważył jeden z obrońców praw człowieka. – Jednocześnie jednak Rosja aktywnie wykorzystywała uczestnictwo w Konwencji do wypowiadania się na temat łamania praw mniejszości rosyjskojęzycznych w krajach bałtyckich i na Ukrainie. W ten sposób członkostwo w komitecie doradczym stało się kolejną dźwignią wpływów politycznych i propagandy…”

Poseł Dumy z Komunistycznej Partii Rosji Mykoła Kołomiejcew zaproponował natychmiastowe potępienie wszystkich międzynarodowych traktatów i konwencji zawartych przez Rosję w ramach współpracy z Radą Europy. Oprócz posłów za wyjściem z Konwencji o ochronie mniejszości narodowych poparli także lojalni wobec władzy członkowie federalnej Izby Ludowej, Prezydenckiej Rady ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka.

I to już stało się „ogólną linią” rosyjskiej polityki – w związku z wykluczeniem Rosji z Rady Europy jej MSZ systematycznie inicjuje wystąpienie ze wszystkich traktatów międzynarodowych. Tak, Rosja wycofała się już z konwencji o odpowiedzialności karnej za korupcję i planuje wycofać się z innych konwencji. „W naszym kraju wszystkie narody, niezależnie od ich liczebności, mają równe prawa etniczno-kulturowe” – powiedział Oleksandr Brod, członek Rady Praw Człowieka.

„Wystąpienie z Konwencji świadczy o chęci całkowitego pozbawienia organizacji międzynarodowych możliwości monitorowania sytuacji w kraju” – powiedział reporterom przedstawiciel ruchu narodowego Nogai Anvar Kurmanakajew. Jego zdaniem imperialni politycy Rosji obawiają się, że w związku z pogorszeniem się sytuacji małych narodów i łamaniem ich praw mogą zacząć domagać się oddzielenia od Moskwy. Aby temu zapobiec, władze rosyjskie stosują różne mechanizmy, m.in. faktyczne ograniczenia w nauce lokalnych języków, dyskryminację w kulturze, nie mówiąc już o ekonomii, a także represje wobec działaczy narodowych i zakaz omawiania kwestii praw ludności tubylczej i utworzenie autonomii.

„Wiadomość o wystąpieniu Rosji z Konwencji zszokowała mnie, ponieważ dawała ona formalną nadzieję na międzynarodową ochronę małych narodów – powiedział w rozmowie z portalem Kavkaz.Realii Aslan Beshto, szef Rady Koordynacyjnej Adyghe Public Associations. (projekt Radia Liberty) – a teraz tego nie ma.” Jednak po przeanalizowaniu sytuacji doszedł do wniosku, że Rosja nie spełniła dotychczas żadnego z wymogów zarówno Konwencji, jak i wewnętrznych przepisów dotyczących zapewnienia praw małych narodów.

„W ciągu ostatnich 20 lat miało miejsce systematyczne łamanie praw i ucisk małych narodów. Na przykład nauka w języku ojczystym jest ograniczona. Sytuacja zaostrzyła się po wprowadzeniu poprawek do Konstytucji, w szczególności poprawki stwierdzającej, że język rosyjski jest językiem ludzi tworzących naród. Zatem reszta narodów nie zalicza się do narodów tworzących państwo? To otwarta segregacja” – powiedział Aslan Beshto.

Według niego, w ostatnich latach nauczyciele w szkołach uporczywie namawiają rodziców, aby porzucili naukę języka ojczystego na rzecz wyłącznie rosyjskiego, podając zarzut „przeciążenia” i „niezbędności znajomości języka rosyjskiego w przyszłości”. Ponadto „nauczycielom przedszkoli zakazano kategorycznie rozmawiać z dziećmi w ich języku ojczystym. To nieoficjalny rozkaz, ale mamy małą Republikę Kabardyno-Bałkarską i takie informacje szybko się rozchodzą” – powiedział Aslan Beshto.

Już pięć lat temu w Rosji ukazał się obszerny raport Komitetu Doradczego ds. Praw Mniejszości Narodowych, w którym stwierdzono, że dochodzi do licznych naruszeń praw małych narodów, w tym prawa do nauki ich języków ojczystych. Może to prowadzić do dużych problemów w przyszłości. Mówiono także o bezpodstawnym prześladowaniu działaczy narodowych. Na przykład Rusłan Gwaszew, czerkieska osoba publiczna, został ukarany grzywną jedynie za to, że odprawił tradycyjne nabożeństwo modlitewne w intencji ludności w dystrykcie Tuapsyn na terytorium Krasnodaru.

Tym samym Rosja dzisiaj, zrywając stosunki z Europą, faktycznie powraca do lat panowania cara, czyli do Imperium Rosyjskiego, które nie bez powodu nazywano „więzieniem narodów”.

 

O nieznośniej lekkości zarabiania pieniędzy przez tzw. dziennikarzy pisze HUBERT BEKRYCHT: Klikarze

Podczas politycznych przełomów jak nigdy widać naszą pracę. Odbiorca praktycznie od ręki dysponuje obrazem, dźwiękiem i opisem tego, co dzieje się np. podczas poniedziałkowego (13.11.2023 r.) rozpoczęcia nowej kadencji parlamentu. Niestety, oprócz dziennikarzy, w tym gorącym czasie dorabiają tzw. klikarze, czyli dawni dziennikarze albo – częściej – ludzie będący pracownikami mediów zatrudniani po to, aby rozliczne portale miały się czym karmić. To tzw. kontent (content), czyli zawartość głów chcących kreować news’y ludzi. Kiedy zaczynałem, jako dziennikarz nie można było nawet pomyśleć o „kreacji wiadomości”. Ale, kto bogatemu (wydawcy) zabroni?

Nie ma żadnych nowoczesnych regulacji prawnych dotyczących nowych form dziennikarskich – to pierwszy problem szkodliwego wpływu klikarzy na nasz zawód. Prawnicy redakcyjni dosłownie wyrębują wąskie ścieżki w dżungli przepisów. Jeśli są nieuczciwi, mogą – jak łyżwiarze figurowi – omijać przeszkody przepisów oczywistych wynikających z kodeksów. Często zresztą przepisów ze sobą sprzecznych. Robią miejsce dla klikarzy i ich pseudoinformacji. Jeśli zaś prawnik redakcyjny jest uczciwy i chce działać ws. klikarzy zgodnie z literą prawa… Może stracić pracę.

Fikcja prawa i prawo fikcji

Pseudowiadomości są w tej chwili podstawową zawartością wielu dużych serwisów informacyjnych. Przy czym klikalność jest tu osobnym zagadnieniem, chodzi też o liczbę cytowań. Kiedyś śmialiśmy się z prasy bulwarowej, z pracujących tam koleżanek i kolegów, z tego, że muszą pisać o tym, że człowiek pogryzł psa lub we wsi opodal dużego miasta na świat przyszło cielę z trzema głowami. Brrr.

Teraz jest gorzej, choć z pozoru niewiele zwiastuje gnicie zawodu. Dziennikarskie, reporterskie relacje, korespondencje, łączenia bezpośrednie – tzw. live’y, felietony, analizy – wszystko to możemy znaleźć bez względu na charakter i formułę działalności mediów. W kilkanaście sekund. Na popularnych portalach, które słyną z tego, że są popularne, jak wrzód na siedzeniu wielu redaktorów naczelnych wyskakują problemy z nowym dziennikarstwem, w tym z wymyślaniem bzdur powielanych potem przez koncerny medialne. Koncerny, które odpowiadają prawnie za pierdółki wypisywane przez swoich „dziennikarzy” – klikarzy.

Tak, ale nie

Dziesiątki przykładów bagnistych wiadomości prezentowanych każdego dnia dostarczają nam portale nowe i te istniejące przy dużych gazetach, rozgłośniach telewizjach.

Rozbawił mnie „dziennikarz” (tak się przedstawia na profilu społecznościowym), który opisywał sytuację po obradach Sejmu, gdzie sensacyjnym tonem obwieszczał, że minister rządu premiera Mateusza Morawieckiego nie został wypuszczony z gmachu na ulicy Wiejskiej. Dlaczego? Bo w kuluarach trwało świętowanie wybrania dwóch posłanek na wicemarszałków KO. Sensacja? Jeszcze nie. Otóż minister został zmuszony do „zmiany trasy” i wyjścia z parlamentu innym wyjściem, bo nie chciał się przepychać… W tym przypadku zamiast ministra internauci wyśmiewali klikarza – „dziennikarza”.

Potem jeszcze, chyba to już „news” kogoś innego, ktoś z sejmowych kondorów (aby nie pisać sępów) do zadań specjalnych zauważył post nowego posła, orzełka z partii mającej malutki klub (sprawdzić, czy okna zamknięte), który opisywał tego samego ministra stojącego w kolejce do aktywacji tabletu „mimo, że wszyscy posłowie dostali kod”. Ów nowy poseł ani klikarz nie zauważyli, że takich procedur nie da się wykonać samemu bez złamania zasad bezpieczeństwa. Wszystko można w komputerze zrobić samemu, tylko później nie należy narzekać na ataki hakerskie Moskwy lub Mińska, chyba, że jakaś partia lubi.

Oddzielną kwestią jest zamierzony atak polityczny, podczas którego z ministra próbuje zrobić się człowieka zagubionego, niekompetentnego…

Ostrzejszy obraz uzyskamy dodając do tego, że gorącym towarem są teraz newsy o latającym „normalnymi” samolotami D.Tuskiem a od rana do wieczora media klikane podają, że jeden z posłów lewicy przerwał konferencję, bo na oczach polityków i dziennikarzy wybuchł pożar. Ów poseł za brawurową decyzję o przerwaniu konferencji jest wychwalany pod niebiosa – to klikarze. Informacja została przekazaa przez klikarzy w takim tonie, jakby parlamentarzysta poskomunistycznej formacji sam ten pożar gasił. Chyba tylko dwóch dziennikarzy dodało, że i tak musiał przerwać, bo na miejsce, gdzie stał powinien wjechać samochód Staży Pożarnej.

Kasa, kasa, kasa…

Wśród durnoty klikarskiej braci zdarzają się też wiadomości prawdziwe, ale podane tak, aby sensacja przelewała się z tych kilku zdań i kilku zdjęć, jak wezbrana rzeka przez tamę. Np. prawdą jest, że znany aktor ukradł smakołyki z cukierni. Nikt jednak nie wspomina, że było to 60 lat temu a cukiernia należała do babci aktora. Nikt nie wspomina na początku tego „wstrząsającego wyznania”. Obłęd. Tyle, że bardzo lukratywny dla mediów tworzących takie odpady uchodzące przez kilka dni za objawienia „dziennikarskiego” kunsztu a nawet „dziennikarskiego śledztwa”.

O szkodliwości procederu uprawianego przez klikarzy, który trwa w najlepsze od kilku lat bez żadnych ograniczeń, świadczy fakt, że tych „newsów” nie trzeba oznaczać – „Uwaga, wiadomość potencjalnego sponsora” albo „Uwaga, to nie do końca prawda, ale i tak nam nic nie zrobicie, zatrudniamy dużą korporację prawniczą i sporo jej płacimy”.

Jeszcze przed pandemią, takie produkty dziennikarsko-podobne łatwo było wychwycić. Teraz, nawet specjaliści nie nazywają tych wykwitów fejkami a relacjami kreowanymi… Koniec świata? Jeszcze nie, jest jeszcze AI, czyli sztuczna inteligencja. I nie piszę o rozumowaniu klikarzy, niektórych dziennikarzy, czy wielu polityków oderwanych od pługa swych dawnych dobrych zawodów.

WALTER ALTERMANN: Cudzysłowy i inne dziwaczności

Niedawno na pasku TVN24 przesuwało się takie zdanko – „Rosja dziękuje Korei za „wsparcie” ”. Zwróćmy uwagę, że w tym krótkim komunikacie słówko „wsparcie” zamknięte było w cudzysłów. Co to ma znaczyć? Że nie było żadnego wsparcie Korei przez Rosję? A może, owo „wsparcie” było w istocie pognębieniem Rosji? Do żadnego sensownego wyjaśnienia wzięcia „wsparcia” w cudzysłów nie doszedłem. Prawdopodobnie dając ów cudzysłów TVN24 chciał dać do zrozumienia, że potępia wspieranie Rosji przez reżim Kim Dzong Una. Możliwe, ale dlaczego mam się domyślać? Czyli głupota alias abstrakcja, bo komunikat musi być jasny, bez żarcików pana paskowego. Albo pani paskowej.

W klasycznej polszczyźnie cudzysłów to cytat z kogoś, z cudzej wypowiedzi lub z jakiegoś tekstu. Tak się jednak jakoś porobiło, że ostatnimi laty cudzysłów trafił też do telewizji, i żyje w niej w wielce osobliwy sposób. Najczęściej to życie cudzysłowu możemy zobaczyć w trakcie dyskusji politycznych.

Oto widzimy jak dorosły facet, zdawałoby się człowiek poważny, w trakcie swej wypowiedzi unosi obie dłonie, na wysokość twarzy dłonie, wysuwa z nich po dwa palce – serdeczny i wskazujący, lekko te cztery palce zagina i macha nimi, jakby coś zdrapywał w powietrzu. Ma to oznaczać, że to co mówi bierze w cudzysłów, czyli żartuje. Ma to być – jak się domyślam śmieszne – ale niestety nie jest, przynajmniej dla mnie.

Można opowiedzieć żart wprost, można kogoś zacytować, uprzedzając, że się z takim zdaniem nie zgadzamy, ale machanie palcami jest żenujące. Nie dziwi mnie, gdy robią to między sobą nastolatki, ale facet ubiegający się o mandat poselski po prostu się ośmiesza. A mógłby powiedzieć, na przykład tak:

– Nie zgadzam się z ostatnią wypowiedzią ministra, który twierdzi, że jego resort ma sukcesy.

Ale nie, gość w telewizji tak konstruuje, z użyciem czterech zagiętych palców, swą wypowiedź:

– Ostatnio minister powiedział (tu paluszki), że jego resort ma sukcesy (i znowu paluszki).

W sumie mamy do czynienia z potężną infantylizacją stosunków społecznych, a wszechobecne cudzysłowy są tego najlepszym dowodem. I jeszcze jedno – dlaczego wszyscy chcą być tacy dowcipni? Mamy obecnie w Polsce całkiem sporą grupę dobrych zawodowych satyryków, mamy kabareciarzy… Naprawdę wystarczy. Dojdzie do tego, że młodzieniec oświadczający pannie miłość powie: „Bardzo, bardzo Cię „kocham””. I przy kocham zamacha palcami. I dostanie w twarz, bo żarty w takim momencie są niestosowne.

Byłoby dobrze, gdyby posłowie, ministrowie i premier trzymali „ruki pa szwam”, albowiem głupota, wsparta głupią gestykulacją jest gorsza od czystego kretynizmy – takiego bez paluszków.

Oznajmienie, powiedzenie czegoś, czy informacja

„Oznajmił o tym Putin…” – mówią do mnie z telewizora, a konkretnie z TVN 24. Tymczasem oznajmienie to informacja urzędowa, podniosła, ważna.

Biorąc pod uwagę to co mówi od kilku lat prezydent Rosji, rzekłbym, że nie było to oznajmienie, a ledwie informacja, i nie wiadomo czy prawdziwa. Gdyby Putin poinformował, że odchodzi, wtedy tak, wtedy mielibyśmy do czynienia z oznajmieniem. I jeszcze jeden błąd w tych trzech słowach. Oznajmia się coś, nie o czymś. O czymś się informuje i mówi. A oznajmuje się coś. Wiem, że składnię mamy skomplikowaną, ale innej nie mamy, więc szanujmy ją.

Hindenburg kontra Hindenberg

Program Wojna Światowa 1914-1945 w Polsat History, produkcja brytyjska. Lektor sprawnie, bo szybko podaje tłumaczenie angielskiego lektora. Nagle jednak, bez uprzedzenia, nachodzą go wątpliwości i mówi: „Wtedy prezydent Hindenberg podjął decyzję”.

Czyli odczytał nazwisko Niemca jakby ten był Anglikiem. Naprawdę przecież ów niemiecki polityk nazywał się Hindenburg. Po chwili jednak lektor mówiąc o marszałku Erichu Ludendorffie, wymawia jego nazwisko poprawnie po niemiecku.

Coś mi się zdaje, że w Polsce oprócz tradycyjnych dwóch ukrytych opcji – niemieckiej i rosyjskiej, mam trzecią, mocno zakonspirowaną, ale bardzo aktywną – angielską. A wszyscy lektorzy telewizyjni są tej ostatniej aktywistami.

Co robi Iga?

6 listopada, 2023 roku, w czasie meczu tenisowego pań, w Canal +Sport można było usłyszeć takie zdanie sprawozdawcy: „Iga lideruje w klasyfikacji zwycięskich drugich serwisów”.

I mamy kłopot z pięknem naszego języka, a właściwie z jego obrzydzaniem. Przywykliśmy już bowiem, że lider to prowadzący w jakichś zawodach. Przywykliśmy, że ktoś jest liderem plastikowych okien. Trudno, ale tak bywało i będzie, że język polski kupuje, przyswaja sobie nazwy i pojęcia z innych języków.

Jednak ze wspomnianym „lideruje” jest kłopot, bo choć rozumiemy komunikat, to jakoś nie możemy go zaakceptować. Być może za kilkanaście lat „lideruje” nie będzie już tak drażniące, ale na razie jest. W języku polskim jest wiele czasowników, utworzonych, ukutych od rzeczowników, ale zachowujemy w takich przypadkach daleko idącą wstrzemięźliwość. I słusznie.

Bo wyobraźmy sobie, że ktoś powie o prezydencie RP, że on „prezydentuje”. Albo ktoś wojewoduje, marszałkuje, kierownikuje… Najlepszym wyjściem jest w przypadku nowych rzeczowników, nie tworzyć od razu czasowników odrzeczownikowych, trzeba poczekać, może ktoś znajdzie lepsze słowo niż my? Choćbyśmy byli nawet dumnymi sprawozdawcami sportowymi, nie bądźmy liderami zmian!

 O piekle

„W kościele mówi się o piekle w sposób oględny.” – to cytat z „Naszej małej stabilizacji” Tadeusza Różewicza.

Kończę tym cudnym zdaniem, dla dowodu, że nasza mowa jest piękna, na przekór wszystkim ludziom naszych dzisiejszych telewizji, radiostacji, gazet oraz obu połączonych izb parlamentu – Sejmu i Senatu.

 

.

 

 

11 listopada na wileńskiej Rossie – relacja MARII GIEDZ

W samo południe, 11 listopada Roku Pańskiego 2023, a więc w 105. rocznicę uzyskania przez Polskę niepodległości rozpoczęły się uroczystości na wileńskiej Rossie, słynnym cmentarzu, gdzie pochowano wybitne osobistości tworzące polską historię, polską kulturę.

To tam, przed Starą Rossą, w kwaterze żołnierzy poległych w walkach o Wilno w latach 1919-1920, a także tych z Armii Krajowej poległych podczas operacji Ostra Brama w 1944 r. znajduje się grób Marii z Billewiczów Piłsudskiej oraz miejsce pochówku urny z sercem Józefa Piłsudskiego. Właśnie przed tym grobem zwanym Mauzoleum Matki i Serca Syna zbierają się Polacy, aby oddać hołd tym, którzy przyczynili się do odzyskania niepodległości przez Polskę i przypominać nowym pokoleniom, że niepodległość nie jest dana raz na zawsze, ale stale trzeba o nią zabiegać.

Kwiaty składają harcerze z Wileńskiego Hufca Maryi im. Pani Ostrobramskiej wraz ze swoim harcmistrzem ks. Dariuszem Stańczykiem. Fot. Maria Giedz

Na tegoroczne uroczystości przybyli przedstawiciele najróżniejszych środowisk. Najliczniej stawiła się polska młodzież z Wileńszczyzny. Aż 800 harcerzy, uczniowie wielu szkół, około 250 biegaczy, uczestnicy Sztafety Niepodległościowej organizowanej od 29 lat przez Wileński Hufiec Maryi im. Pani Ostrobramskiej pod przewodnictwem ks. hm. Dariusza Stańczyka. Trasa owej sztafety została poprowadzona przez Zułów, wieś w okręgu wileńskim, w której urodził się Marszałek Piłsudski. Nie zabrakło też kombatantów, mieszkańców Wilna, zwykłych ludzi, a także przedstawicieli z różnych zakątków Polski. Byli to delegaci z wielu miejscowości na Dolnym Śląsku, szefowie Uniwersytetów Trzeciego Wieku z Polski północno-wschodniej, grupa pielgrzymów z Braniewa, rekonstruktorzy oraz Pielgrzymka Wotywna Klubu Abstynenta „Starter” pod egidą Gminy Pieniężno. Tej ostatniej grupie przewodniczył Kazimierz Kiejdo, burmistrz Gminy Pieniężno, którego korzenie sięgają Wileńszczyzny. Jego rodzina pochodzi z Oszmiany, miasta leżącego do 1945 r. w woj. wileńskim. Obecnie jest to Białoruś – jaka ta historia pokręcona?

Kwiaty składają przedstawiciele pielgrzymów z Klubu Abstynenta Starter i Gminy Pieniężno z burmistrzem Kazimierzem Kiejdo. Fot. Maria Giedz

Organizatorem, a raczej gospodarzem owych uroczystości była polska placówka dyplomatyczna na Litwie. Ambasador Konstanty Radziwiłł w swoim przemówieniu wyjaśniał powód świętowania tego konkretnego dnia. Otóż 105 lat temu, o godz. 5:12 w Compiègne podpisano układ rozejmowy kończący I wojnę światową.

– Dla Polaków był to punkt zwrotny. Polska wykuła swoją granicę, a najważniejszą postacią był człowiek, wokół którego serca się gromadzimy – mówił Radziwiłł.

Zadał też pytanie dotyczące istoty istnienia Polski i polskości: „Gdzie jest Polska, czym jest Polska?…”

Zdaniem Radziwiłła Polska to serce każdego, kto czuje się Polakiem. I dużego, i małego, wykształconego i mniej wykształconego, ludzi każdego stanu, zawodu, ale także tych, którzy byli, są i którzy będą. To jest Polska. Przywoływanie pamięci o tych wielkich chwilach i ludziach, autorów „dzieła” niepodległości (chodzi o akt uznania suwerenności Polski) to czas, żeby sobie uświadomić, że Polska nie tylko nie ma granic geograficznych, ale również czasowych. Bo my wszyscy Polacy, także Ci, którzy byli przed nami, tworzymy jedną wspaniałą Polskę. To jest pamięć, która jest podstawą do odczuwania tożsamości. Ona jest w nas bez względu na to, gdzie jesteśmy, gdzie mieszkamy i co robimy – twierdził ambasador Radziwiłł. Zaproponował też, aby każdy, kto czuje się Polakiem zadał sobie pytanie: „Co ja mogę zrobić dla Polski w tym konkretnym miejscu i w czasie, w którym los mnie postawił?” Podkreślił, że to pytanie o moją odpowiedzialność za Polskę jest najważniejszym elementem dzisiejszego świętowania. Zdaniem ambasadora ci, którzy zgromadzili się Na Rosie, przy grobach swoich wielkich przodków, nie mają problemu ani z określeniem własnej tożsamości, ani z pamiętaniem o służeniu Polsce i budowaniu Jej jeszcze wspanialszej niż jest obecnie.

Modlitwę poprowadził ks. Mirosław Grabowski, proboszcz parafii św. Rafała Archanioła w Wilnie. Fot. Maria Giedz

Ksiądz Mirosław Grabowski, proboszcz wileńskiej parafii św. Rafała Archanioła podczas niepodległościowych uroczystości modlił się o to, aby młodzi ludzie nigdy nie wstydzili się polskiej mowy, polskiej kultury, ale i za uczestników marszy niepodległościowych i za to spotkanie Na Rosie. Zakończył Modlitwą za Ojczyznę ks. Piotra Skargi:

Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przyniosła Imieniu Twemu a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Nie obyło się też bez odśpiewania polskiego i litewskiego hymnu. A potem delegacje składały kwiaty. Kolejka była wyjątkowo długa. Delegaci mieli więc czas przyjrzeć się młodym, wspaniałym Polakom, którzy żyjąc na Litwie mówią pięknie po polsku, pamiętają o swoich korzeniach, dbają o groby przodków, są uczynni, grzeczni… Dla nas starszych było to niezwykłe przeżycie, a łzy same cisnęły się do oczu.

Kwiaty na grobie Matki i Serca Syna składali i młodzi i starzy. Fot. Maria Giedz

 

Polscy uczniowie z Rejoniu Wileńskiego wymyślili, że w Święto Niepodległości swoją polskość zademonstrują również biało-czerwonymi parasolkami. Fot. Maria Giedz

 

Polscy harcerze z Wileńskiego Hufca Maryi im. Pani Ostrobramskiej opletli polską flagą kwaterę żołnierską z Mauzoleum Matki i Serce Syna na cmentarzu na Rossie. Fot. Maria Giedz

 

Po oficjalnych uroczystościach były też spotkania i wspólne zdjęcia pielgrzymów z Pieniężna z ambasadorem RP w Wilnie Konstantym Radziwiłłem. Fot. Maria Giedz

 

Polski Zespół Ludowy Pieśni i Tańca Ojcowizna z Wileńszczyzny. Fot. Maria Giedz

 

 

JULIUSZ SIKORSKI: Świat wg Kremla, czy mantry rosyjskiej propagandy i dezinformacji wojennej

Rosja swój arsenał walki informacyjnej rozbudowuje co najmniej od kilkunastu lat. Warto zauważyć, że do dezinformacyjnej machiny na stałe wprzęgła własną służbę dyplomatyczną oraz państwowe media, których przedstawiciele bez zażenowania podporządkowują upowszechniany przekaz oficjalnym cynicznym, kłamliwym i pełnych hipokryzji narracjom.

W bazie narracji dezinformacyjnych East Strat Com, zespołu zadaniowego Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, unijnej służby dyplomatycznej, na koniec sierpnia 2023 było 15775 odnotowanych wprost fałszywych lub zmanipulowanych przekazów. Bazę zaczęto tworzyć pod koniec 2015 roku zaś jej powstanie wynikało z przekonania, iż oto europejska Wspólnota znalazła się w ogniu szkodliwych informacyjnych przekazów. Przekazów, których nadrzędne cele określają generowanie chaosu w społeczeństwach państw adresatów, ale także pomiędzy państwami adresatami. Wszak stara rzymska zasada divide et impera wciąż stanowić może skuteczne narzędzie walki z przeciwnikami, bo przecież skłóconymi społeczeństwami i ich rządami łatwiej rozgrywać własne interesy.

Owej bezradności wobec kłamliwych doniesień towarzyszyła także bezradność w obliczu hybrydowej agresji jednego państwa wobec innego niepodległego europejskiego bytu. Po bezprawnej aneksji Krymu, na kolejne bezprecedensowe ingerencje w wewnętrzne sprawy obcych państw, nie trzeba było długo czekać. I choć trudno jednoznacznie oszacować efektywność informacyjnej agresji wobec Wielkie Brytanii (referendum ws Brexit) i USA (wybory prezydenckie) w 2016, to badacze są zasadniczo zgodni, iż działania bezpośrednie i zlecone Federacji Rosyjskiej stanowiły naruszenie integralności demokratycznych procesów tych państw. Wszystko w imię swoiście pojmowanej odbudowy własnej mocarstwowości.

Te blisko 16 tys. dezinformacyjnych doniesień nie ilustruje w pełni problemu, ale gdy uświadomimy sobie, iż potencjał dotarcia z manipulacyjną narracją liczony być może w milionach, a nawet w setkach milionów, budzić powinno to w nas przerażenie.

Współczesna przestrzeń oddziaływania informacyjnego, tzw. infosfera, obejmuje całe spektrum obszarów i narzędzi komunikowania, ale to internet jest podstawowym źródłem informacji, a więc i główną przestrzenią dezinformacji. Dość powiedzieć, że przeciętny mieszkaniec naszej planety spędza na przeglądaniu jego zasobów średnio blisko 2,5 godziny dziennie, choć statystyczny Japończyk czyni to, rzec można, zaledwie około 50 minut dziennie, to już Nigeryjczyk, ponad 4 godziny dziennie spędza na przeglądaniu sieci. Co ciekawe to właśnie w Nigerii obawy związane z zagrożeniami wynikającymi z rozpowszechniania mylących informacji są największe, przekraczają 72% dorosłych użytkowników. Niewiele mniejsze obawy z tym związane towarzyszą Kenijczykom i mieszkańcom RPA. W zestawieniu, które obejmuje 47 państw świata, aż 24 z nich to kraje europejskie, ale co interesujące nie ma wśród nich Ukrainy, co zdaje się świadczyć, iż władze i społeczeństwo tego kraju odrobiło lekcję z dezinformacji. Średnio jednak już ponad połowa (53,9%) użytkowników internetu deklaruje takie obawy.

Obecnie niemal 65% populacji świata korzysta z Internetu, i aż niemal 60% z portali społecznościowych, które jak wynika z licznych już badań w czasie pandemii stały się dla wielu podstawowym źródłem informacji, dodajmy w dużym zakresie niezweryfikowanych. I choć wielkie platformy pod presją sukcesywnie choć najczęściej nieudolnie i zbyt mało efektywnie próbują ograniczać szerzoną za ich pośrednictwem dezinformacją, to dezinformatorzy znajdują nowe sposoby skutecznego przekazu, a to poprzez linki w postach, a to manipulując wynikami wyszukiwarek, a to poprzez źródła pośredniczące (proxy source), w tym także influenserów i  polityków mniej lub bardziej świadomie wpisujących się w narracje dezinformacyjne, a to przez doppelganger (tzw. strony sobowtóry), czy fikcyjny fact checking.

Ale nawet jeśli ktoś nie jest użytkownikiem internetu, to zapewne zna kogoś, kto doniesie mu sensacyjną wiadomość, choć niekoniecznie prawdziwą.

To wszystko sprawia, że żyjemy w świecie splątania informacyjnego, w którym nic nie jest pewne, poza tym, że nic nie jest pewne i że są tacy, którzy starają się to wykorzystywać do własnych niecnych celów. W wymiarze geopolitycznym przoduje w tym, w naszym regionie, oczywiście Rosja, ale nie powinniśmy zapominać o aktywności w tym zakresie takich państw, jak chociażby Chiny, Iran i Korea Północna.

Rosja swój arsenał walki informacyjnej rozbudowuje co najmniej od kilkunastu lat. Warto zauważyć jednak, iż do dezinformacyjnej machiny na stałe wprzęgła własną służbę dyplomatyczną oraz państwowe media, których przedstawiciele bez zażenowania podporządkowują upowszechniany przekaz oficjalnym cynicznym, kłamliwym i pełnych hipokryzji narracjom. Tzw. ekosystem rosyjskiej propagandy i dezinformacji jest oczywiście bardziej złożony, ale instrumentalizowanie instytucji publicznych, podmiotów przynajmniej z założenia zaufania społecznego, manipulujących odbiorcami, uznać należy za wyjątkowo haniebne, choć oczywiście nie jest ten problem obcy zachodnich demokracjom, te jednak generalnie podejmują wysiłki, by się tym nadużyciom przeciwstawiać. Gdy jednak w grę wchodzą wielkie ambicje, którym nie dorównuje potencjał lub umiejętność jego rozwoju, pojawia się mało wyszukane cwaniactwo, bezczelność i awanturnictwo, które w dobie informacyjnej musi zostać obudowane odpowiednim opisem. Nie od dziś w bowiem wiadomo, iż to jak postrzegamy świat ma realne konsekwencje w rzeczywistości.

Rozpad Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i bloku wschodniego, a w konsekwencji utrata kontroli nad częścią dotychczasowej strefy wpływu, ostatecznie wykreowane w Rosji jako jej wielkie upokorzenie, legły u podstaw koncepcji odzyskania pozycji mocarstwowej, tj. należnego jej, jak się dość powszechnie uważa w Rosji, miejsca w świecie. Tęsknota ta wraz z kreacja Zachodu jako wyimaginowanego cywilizacyjnego zagrożenia dla własnej kultury stały się mantrą beneficjentów systemu stworzonego przez Putina i jego środowisko. Służy zresztą także utrzymaniu stworzonego reżimu. Za emanację owego niebezpieczeństwa uznano tam rozszerzanie struktur terytorialnych NATO oraz kolorowe rewolucje w Gruzji i Ukrainie wyrażające społeczne dążenia do demokratyzacji i westernizacji. W obu wspomnianych przypadkach Rosja uznając, iż staje w obliczu potencjalnego pogłębiania lub nawet trwałego uszczuplenia strefy własnych wpływów posunęła się do fizycznej agresji.

Jednak w przypadku agresji wobec Ukrainy, po doświadczeniach gruzińskich, znacznie większe znaczenie przypisano działaniom pozamilitarnym, które w ramach tzw. wojny hybrydowej dużą wagę przywiązują również do oddziaływania informacyjnego. Kierowane było ono niejako do kilku grup odbiorców, przede wszystkim na zewnętrz i do wewnątrz, ale istniała jeszcze trzecia grupa znajdująca się niejako po środku, na granicy oby stref. Tą granicę stanowiła Ukraina właśnie, której kulturowa bliskość oraz znaczna liczba (< 17%) zamieszkujących jej obszar etnicznych Rosjan sprawiały, iż stanowiła ona potencjalnie przynajmniej łatwiejszy cel.

Oczywiście to pewne uproszczenie nie oddaje złożoności sprawy. Pamiętać musimy o tym, iż technologie informacyjne pozwalają docierać do odbiorców różnorodnych doniesień, ci zaś najczęściej kierowani ograniczeniami własnej percepcji, wynikającymi chociażby z oszczędności poznawczej, wybierają spośród nich te, które utwierdzają ich w dotychczasowych przekonaniach, a te mogą być przecież odległe od fatycznego stanu rzeczy. Dość powiedzieć, że z prowadzonych na całym świecie badań wynika, iż około połowy populacji wierzy teorie spiskowe.

Rosyjskie kampanie informacyjne wobec Ukrainy mają już dość długą tradycję. Wiktora Janukowycza wspierano nie tylko w wygranych przez niego wyborach w 2010, ale także wcześniejszych, których obnażone manipulacje stały się katalizatorem społecznych protestów zwanych „pomarańczową rewolucją”. Jego przegrana i ucieczka z kolei sprowokowały Rosję do aneksji Krymu, najpierw, zaś kilkanaście tygodni później stymulowała proklamacje dwóch separatystycznych republik na wschodzie Ukrainy.

Jak wspomniano na wstępie europejska baza dezinformacyjna prowadzona przez East StratCom nie obejmuje okresu sprzed 2015. Zresztą ten rok, ale i kilka kolejnych lat, to okres rozbudowy potencjału zespołu, co oczywiście musiało mieć przełożenie na efektywność jego pracy. Przyjąć jednak możemy, iż w przededniu wyborów europejskich w 2019 były one wystarczająco dojrzałe, a doświadczenie brytyjskie i amerykańskie tylko to dojrzewanie przyspieszyły. Wielkie obawy o zachowanie ich integralności, a co za tym idzie i wysiłki podjęte by jej nie naruszono sprawiły, iż Rosji nie udało się istotnie wpłynąć na procesy demokratyczne w Unii. Dość powiedzieć, że we wspomnianej bazie dezinformacyjnej odnotowanych zostało nieco ponad 40 doniesień dezinformacyjnych. Jednak już rok później, nie tylko europejska Wspólnota, ale i cały świat stanął wobec totalnego wyzwania, także informacyjnego. Pandemia i towarzysząca jej infodemia, dezinformacyjnie podsycana przez Rosję, wyrażona jest w owej bazie ponad tysiącem doniesień, uwzględniających również podsycane kontrowersje wokół szczepionek. Bezprecedensowo przebijają je jednak narracje dezinformacyjne dotyczące wojny w Ukrainie. Na przestrzeni ośmiu ostatnich lat odnotowano tam blisko 2,5 tysiąca fałszywych bądź zmanipulowanych doniesień, z których niemal połowa wygenerowana została na przestrzeni minionego i obecnego roku. Jednak ogółem narracji dezinformacyjnych na temat samej tylko Ukrainy w bazie jest ponad 5 tys.

Musimy mieć jednak świadomość, iż w tej mnogiej liczbie doniesień rezonuje zaledwie kilka metanarracji, których różnorodne odsłony mają zakorzeniać się w świadomości odbiorców coraz głębiej. I nawet jeśli pojawiają się w nich nowe quasifakty, to i tak ich rola sprowadza się najczęściej do potwierdzania już wprowadzonych i funkcjonujących w przestrzeni informacyjnej kłamliwych bądź mylących tez lub takich którym nadrzędnym zadaniem jest odciągnięcie uwagi od rzeczywistych problemów.

Źródło: obliczenia własne na podstawie danych zgromadzonych w bazie EUvsDisifino, stan na 29.8.2023.

 

Niemniej jednak wspomniane dane znakomicie odzwierciedlają intensyfikacje przygotowań do napaści. Szczególnie widać to w roku poprzedzających kolejną po 2014 napaść, gdy na przełomie marca i kwietnia 2021 wielkiej koncentracji rosyjskiego wojska i sprzętu przy granicy z Ukrainą towarzyszyła informacyjna ofensywa temu przecząca. Narracje te zresztą podsycano przez kolejnej miesiące mimo, iż fakty doniesieniom tym ewidentnie przeczyły. Mało tego permanentnie podkreślany brak agresywnych zamiarów oraz oskarżenia o ich posiadanie wobec separatystycznych republik przez rzekomo neonazistowską Ukrainę, popychaną do wojny przez rzekomo rusofobiczne USA i NATO, które wykorzystują ją jedynie do realizacji własnych celów. Takie przedstawienie sprawy miało kreować w świadomości obywateli Federacji Ukrainę jako wroga, co uznać należy za fiasko koncepcji jednego narodu, w łonie samych Ukraińców miało pogłębiać wewnętrzne podziały, zaś dla opinii międzynarodowej stanowić dobitne uzasadnienie rosyjskich działań.

Źródło: obliczenia własne na podstawie danych zgromadzonych w bazie EUvsDisifino, stan na 29.8.2023.

 

Kreację Rosji jako ofiary zachodniego wyrachowania wzmacniano przekazami o jakoby złamanych zobowiązaniach do nierozszerzania NATO, których nikt nigdy Rosji nie składał. Tymi bezpodstawnymi oskarżeniami Kreml próbuje rozmywać własną porażającą hipokryzję i bezczelne łamie traktatów i układów międzynarodowych, w tym także tych, w których dał Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa. Zamiast tego pogłębiając kreację schizofrenicznej rzeczywistości rosyjski MSZ wystąpił z propozycją podpisania dwóch dokumentów mających Federacji Rosyjskiej, która czuje się oblężona przez swoich wrogów, zapewnić bezpieczeństwo. Ta quasi pokojowa inicjatywa bez zażenowania wykorzystywana w rosyjskich narracjach jako najlepszy dowód koncyliacyjnych intencji, w istocie artykułował groźby pod adresem NATO, które w odpowiedzi zaproponowało rozmowy. Rzecz jasna, w obliczu kompletnego braku woli i roszczeniowej postawy rosyjskich przedstawicieli, nie mogły one przynieś deeskalacji napięcia, które jak chcieliby prokremlowscy propagandyści stanowiło pokłosie obrony rosyjskich interesów, ochrony rosyjskojęzycznej ludności przez masowymi mordami, czy stosowanie przez Ukrainę broni chemicznej w na terytoriach samozwańczych republik.

Wszystkie wspomniane uprzednio narracje Putin powtarzał w uporem maniaka w orędziach i wystąpieniach, poczynając od tego wygłoszonego w dniu napaści, 24 lutego. Zakrzywiając rzeczywistość nazwał ją wówczas „operacją specjalną” w obronie Rosji oraz powołanych pod jej auspicjami separatystycznych republik przed „neonazistowskim reżimem” szykującym atak bronią biologiczną tworzoną w amerykańskich laboratoriach w Ukrainie. Prokremlowscy propagandyści szli jednak znacznie dalej twierdząc, iż Zachód dozbraja ją w broń atomową, co bez wątpienia usprawiedliwiać miało buńczuczne groźby użycia takiej borni w obronie własnych interesów zagrożonych rzecz jasna przez ekspansję NATO, UE i USA.

Szybka odpowiedzieć Zachodu na tę bezpardonową agresję, w postaci kolejnych pakietów sankcji wobec Federacji Rosyjskiej, których celem było i jest osłabienie jej potencjału ekonomicznego, a przez to ograniczenie możliwości finansowania wojny, sprawiają jej coraz większe faktyczne trudności. Ponieważ Rosja jest ważnym producentem żywności i nawozów sztucznych z objętych embargami sektorów wyłączono te, których blokady generować mogłyby kryzys głodu. Rosyjska propaganda jednak, a w ślad za nią i chińska, uczyniły z nich przyczynę światowego niedoboru i wzrostu cen żywności, choć sama stosuje na nie cła. W istocie jednak, w obliczu fiaska rosyjskiego „blitzkriegu” i w konsekwencji celowych działań uderzających w ukraińskie rolnictwo, będące także ważnym światowym producentem zbóż, w tym efekcie blokady ich eksportu (o co zresztą oskarżała Ukrainę), Rosja z premedytacją postawiła świat w obliczu kolejnego kryzysu destabilizując światowe rynki żywności. Swoimi narracjami zaś permanentnie obarcza odpowiedzialnością za ten stan rzeczy Ukrainę, a podsycając strach przed głodem próbuje osłabiać globalne wsparcie dla niej.

Na tej kanwie kreowane są także rozmaite zarzuty wobec Ukrainy kierowane do dotychczasowych odbiorców produkowanych przez nią zbóż, ale także szerzej, do państw zmagających się z problemem głodu, oraz samego Zachodu, o wykorzystywanie ich w rozliczeniach za zakup broni. Przy tej okazji także Zachód i szczególnie UE są wmontowywane w narracje obarczające je winą za ten kryzys. Do samych Ukraińców zaś adresowano narracje grożące powtórką wielkiego głodu z początku lat 30. minionego stulecia, który pochłoną, jak się szacuje około 6 milionów ofiar, a który zgotował Ukraińcom Stalin, o czym oczywiście kremlowskich doniesieniach się już nie wspomina. Z kolei dla odbiorców wewnętrznych w Rosji, choć dotąd konsekwentnie, mu zaprzeczano, kreowano narracje, w których rosyjska blokada portów czarnomorskich udaremnia powtórkę z historii, do której zmierzają władze w Kijowie.

Jednocześnie okrucieństwa wojny i bestialskie rosyjskie ataki na infrastrukturę i ludność cywilną przez aparat propagandowo-dezinformacyjny Kremla są z reguły negowane i wykorzystywane do obarczania winą za nie sił ukraińskich, którym zarzuca się nieudolność. Sprzyjają temu nieszczęśliwe wypadki, jak ten, gdy jeden z ukraińskich pocisków spadł na terytorium Polski zabijając dwie osoby. Zbudowane na ten niwie narracje kreować miały w Polsce nastroje antyukraińskie, ale wykorzystywane były również szerzej do zniechęcania Zachodu do zaopatrywania Ukrainy w broń.

Wbrew faktom Rosja nieustanie kreując się na obrońcę tradycyjnych wartości i świata bez nazizmu stymulowanego przez Zachód zdaje się dowodzić, iż do konfliktu została sprowokowana przez jej osaczanie, a także w obliczu dziejącego się na ludności rosyjskiej w Ukrainie ludobójstwa. Mało tego zmierza do sakralizacji swoich bestialskich działań, czyniąc z nich niemal chrześcijańską krucjatę przeciw szerzącym się siłom zła, które pchają świat także w objęcia kryzysu żywnościowego i energetycznego w imię własnych partykularnych interesów, co szczególnie uderza w najbiedniejsze regiony świata. Sama Rosja stojąc w obliczu nielegalnych sankcji radzi sobie doskonale, jednak destabilizują one światową gospodarkę i istotnie pogarszają standard życia ludzi na świecie. Rosja w obronie świata tradycyjnych wartości faktycznie walczy z zachodnim imperializmem, który rękami sztucznego państwowego tworu jakim jest Ukraina próbuje ją unicestwić. Jej ziemie zresztą stanowią historyczne dziedzictwo się Rosji.

Cyniczny i bezbożny Zachód w swoich dążeniach gotów jest do użycia wszelkich środków, w tym niekonwencjonalnych produkowanych w tajnych laboratoriach w Ukrainie, zatem użycie przez Rosję w obronie własnej broni atomowej jest jak najbardziej uzasadnione, a tym bardziej rozmieszczenie jej na terytorium sojusznika, Białorusi. Taki konflikt zakończyć może jedynie absolutne zwycięstwo Rosji lub wojna światowa, Owa konfrontacja niesie jednak światu nadzieję na nowy lepszy porządek.

W całej tej masie niedorzeczności zwrócić należy uwagę choćby na jedną wyjątkowo perfidną, oskarżenia Ukraińców o nazim, czy neonazizm, których popularność w Ukrainie była niszowa, a których zwalczanie ma stanowić usprawiedliwienie rosyjskiego bestialstwa wojennego. W istocie jednak, sam Putin jest przecież orędownikiem nacjonalizmu, fetując „Nocne wilki”, obnoszący się z symbolami nazistowskimi przestępczy gang motocyklowy, czy wspierając realizację własnej polityki na prywatnej armii, którą dowodził neonazista o niezwykle wymownym pseudonimie „Wagner”.

Mimo ogromnego zaangażowania instytucjonalnego, społecznego i finansowego, rosyjskiej wizji świata społeczeństwa zachodnie się opierają. Choć ich postawy w poszczególnych państwach są zróżnicowane, to jednak w połowie roku generalnie 2/3 Europejczyków i Amerykanów popierało zakup sprzętu wojskowego dla Ukrainy. Niemal tyle samo tych ostatnich wspierało idee odzyskania przez Ukrainę całego utraconego terytorium, nawet jeśli konflikt będzie się przedłużał. Ponadto według najnowszych sondaży Eurobarometru 72% Europejczyków popiera nałożone na Rosję sankcje gospodarcze, 88% uważa, że należy zapewnić pomoc humanitarną osobom dotkniętym wojną, zaś 86% akceptuje przyjęcie uchodźców wojennych w UE.

Z kolei w samej Rosji, jak podaje w raporcie z 20 lipca Public Opinion Monitoring Unit, dostrzegalne zaczyna być zmęczenie konfliktem. Spada liczba zwolenników jego kontynuacji, teraz to zaledwie co czwarty badany, a większość Rosjan (53%) uważa, iż należy podjąć negocjacje pokojowe.

To krzepiące doniesienia. Nie powinniśmy jednak zasypiać gruszek w popiele. Dezinformacyjna hydra nie śpi.

Juliusz Sikorski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

HUBERT BEKRYCHT: Dramat arcypolski – Weryfikacja, pacyfikacja, likwidacja. Dziennikarstwo 3.0

Od miesięcy bawią mnie buńczuczne zapowiedzi likwidacji dziennikarstwa. Najpierw politycy lewicowo-liberalni, ci mogą być głupcami. Potem „społecznicy”, czyli też politycy tego samego nurtu, ale w randze autorytetów – ci głupcami zawsze zresztą byli. I na koniec – dziennikarze, który liczą, że po wygranych przez KO, TD i NL wyborach ich zarobki pójdą w górę (jeszcze?), ale przede wszystkim ich mądrość poszybuje w kosmos ku nieznanym układom. Chociaż na pewno układów im przez 8 lat nie brakowało. I ci dziennikarze nie są głupi. Tylko zachłanni.

Nie wiadomo, jak sprawy mediów, szczególnie publicznych, rozstrzygną Tusk, Hołownia i Czarzasty, ale na pewno nie będzie to łatwe na gruncie obowiązującego prawa. A zmienić uregulowania można, w dużym skrócie, tylko uzyskując w Sejmie przychylne kilkadziesiąt głosów posłów, którzy za likwidacją mediów publicznych, czytaj: niewygodnych, nigdy się nie opowiadali.

Uwaga dla zmęczonych kampanią – autor felietonu pisze, że legalnie nie da się zlikwidować ani nawet przejąć mediów publicznych a już na pewno nie da się wysłać na Jowisza czy na Kamczatkę Sakowicza, Karnowskich, Lisickiego, Kanię i kogo oni tam jeszcze chcą…

Weryfikacja:

Chociaż kojarzy się ze stanem wojennym, jej zwolennicy czekają na nią jak komuniści na czołgi.

Jak miałaby wyglądać weryfikacja dziennikarzy po „reżimie PiS”? Zakazać, reedukować, skreślić z listy dziennikarzy mogących wykonywać zawód.

Nie tylko. Przede wszystkim szykuje się nam niezły kabaret:

Po zwycięstwie KO. Tajna narada Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy w ukrytym przed partyzantką PiS połączonym biurze Sejmu, Senatu, Rady Mediów Narodowych, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz Ministerstwa Sportu i Turystyki:

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Wysoki Sejmie i jeszcze wyższy Senacie, wszystko to, co wydarzyło się w dziennikarstwie innym niż nasze musi zostać wypalone do gruntu a grunt potraktowany kwasem.

Członek Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Tomasz Lis: Hurra, kwasem ich!

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: No, nie… Tomku, tak nie można. Kwas nie, wypaczenia tak i wtedy dopiero kwas. Dziennikarze, którzy przez noc reżimu nie byli z nami powinni zostać skierowani do kopania rowów na wschodzie Polski. Reporterzy TVP, PR, PAP oraz konserwatywnych mediów prywatnych powinni na nasz widok zdejmować czapki i kłaniać się nam w pas. Bo w gruncie rzeczy nie o pieniądze tu chodzi, pieniądze, które zresztą słusznie nam się po 8 latach należą. Chodzi jednak i o to, aby już nikt nie ważył się być na lepszej pozycji niż my – dziennikarze prawdziwi, niepokonani, lisio przebiegli, piszący książki o złym PiS i zdecydowani na każde działanie wobec wrogów na prawicy.

Członek Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Tomasz Lis: Hurra! Na pal ich!

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Zabierzcie mu mikrofon, bo jeszcze się wyda, że chcemy ich wszystkich zamknąć w ośrodkach reedukacyjnych w Meklemburgii… Co ty mi tu wrzeszczysz do ucha reżyserze z reżyserki? I co, że to idzie na żywo? Wytniecie i po problemie.

Wiceprzewodniczący Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Sekielski: Tylko nie mówcie Tomkowi…

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Kazimierz Sowa: Tomku, czy ty nie możesz po bożemu a potem wybaczyć i weryfikować, pacyfikować i likwidować?

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: No przecież k…a mówię, na pal ich!

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Tadeusz Sowa: Nie ty Tomku, mówię do Tomka…

Wiceprzewodniczący Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Sekielski: Ale miałem mu nie mówić…

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Kazimierz Sowa: Pacyfikujcie na Boga a potem przebaczcie, bo spóźnię się na ostrygi.

Specjalistka ds. etyki Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Monika Olejnik: No dobra, ale to przeciwko komu teraz będziemy? Przecież nie przeciwko Trzem Partiom? Dobrze byłoby dopuścić paru dziennikarskich oszołomów.

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: To nie na pal ich? Szkoda…

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Kogo mamy weryfikować?

Pierwszy, czyli najważważniejszy, rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Adam Michnik: To się jeszcze zobaczy, w końcu Trzy Partie mogą chcieć weryfikować nas.  Za różne tam zaszłości… lub czasopisma. Sam fakt istnienia komisji będzie wystarczający.

Specjalistka ds. etyki Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Monika Olejnik: Z tym, że podobno są już dwie komisje ds. weryfikacji dziennikarzy w latach 2016 – 2023 i jedną z nich, tę nie naszą, ma przejąć Łukasz Warzecha. Cholerny galimatias. Co robić?

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: Na pal ich!

Pacyfikacja:

Podziemia PKiN, ostatnie szańce dziennikarstwa w TVP kilkadziesiąt dni po przejęciu siedzib przy ul. Woronicza i pl. Powstańców. Wchodzi komisja ds. weryfikacji dziennikarzy i jej pluton egzekucyjny.

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Cel, pal…

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Zaraz, zaraz, co ty robisz, przecież oni uciekli, TVP ma ze 40. zapasowych siedzib. Tu nie ma do kogo strzelać.

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Powtarzam, cel, pal…

Dowódca plutonu egzekucyjnego Kamil Dziubka: Ale tu nie ma nikogo!

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz:…ale jak ja mam w protokole, „strzelać”, to masz k…a strzelać!

Dowódca plutonu egzekucyjnego Kamil Dziubka: (zrezygnowany): Pif – paf…

 

Likwidacja:

Sejm. Kilka miesięcy po weryfikacji i pacyfikacji.Wszystkiego.

Rotacyjny Król Polski Donald Tusk: Nie mam już siły. I to wszystko nasi… Już trzeci miesiąc kłócą się, kto ma być szefem „Wiadomości”. Niech Nitras idzie do biura PiS i poprosi, aby oni sami zweryfikowali, spacyfikowali i zlikwidowali tę naszą komisję…

Kutryna rotacyjna, czyli nic nie opada

(Na scenę wchodzi rekwizytor i zdejmuje nabitego na pal pluszowego lisa)

  Kurtyna

Oczywiście wszystko jest fikcją a co nią nie jest fikcją będzie. Nazwiska członków komisji są z premedytacją pomylone, aby skompromitować to wszystko, co zostanie w dziennikarstwie po zaoraniu rządu konserwatywnego. Z tym, że to może być prowokacja wrogich służb.

 

Hubert Bekrycht – 13.11.2023 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

Katastrofę językową zapowiada WALETR ALTERMANN: Masakryczny generał

Relacjonujący sprawę masowego zabójstwa w USA, gdzie jeden uzbrojony szaleniec zabił około 20 osób, a 60 ranił, dziennikarz TVN mówi: „Rozgrywały się masakryczne sceny”. Osłupiałem, bo „masakryczny” jest żartobliwą kontaminacją dwóch słów: makabryczny i masakra. Tak się mówiło przed laty w środowiskach młodzieżowych o złej sztuce teatralnej, marnej książce czy nieudanym filmie. Ale żeby takim językiem mówić o prawdziwej ludzkiej śmierci i tragedii bliskich?

Dziennikarz jednak brnął dalej, bo w chwilę po tym, stojąc na tle palm w Los Angeles, mówi: „Mieszkańcy są objęci jakąkolwiek pomocą, jaką potrzebują”. I co takiemu gościowi zrobić? Kary boskiej na takiego nie ma?

Ja wiem, że TVN promuje wszystkie odmęskie feminizmy językowe, łącznie z hydrauliczynią i kierowczynią, ale żeby być aż tak postępowym, żeby wysyłać jegomościa słabo mówiącego po polsku aż do Kalifornii? Chyba, że pojechał tam w nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca – w wewnętrznym konkursie stacji – ze znajomości języka polskiego.

Generał pacyfista

Ze sporym zdumieniem przyjąłem wypowiedź generała Różańskiego, który powiedział: „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…” Tę rewelację obwieścił 26 października w TVN24.

Gdyby taką „pogłębioną refleksję” wydobył z siebie jakiś major, a niechby i pułkownik, powiedziałbym – trudno, zdarza się w najlepszej rodzinie, tym bardziej, że każda służba w mundurze jest nerwowa. Żołnierze – nawet w czasach pokoju – działają zawsze pod presją, więc zdarza się, że niektórym nerwy puszczają.

Jednakże generałowi broni Mirosławowi Różańskiemu, w niedalekiej przeszłości,  powierzano bardzo odpowiedzialne stanowiska. Był przecież w latach 2015-2017 dowódcą generalnym sił zbrojnych. A od człowieka na takim stanowisku można chyba oczekiwać, że potrafi zapanować nad własnymi emocjami, a jego przemyślenia będą dotyczyły doktryn wojennych, strategii i stanu naszych Sił Zbrojnych. Tymczasem generał Różański doszedł do wniosku, że wojny są bez sensu i należy je ignorować, odmawiając w nich udziału – bo do tego przecież sprowadza się w praktyce pacyfizm.

Mnie się zdaje, że Polacy nie oczekują od swoich generałów agresji i chorobliwej wojowniczości, ale generał-pacyfista to już przekroczenie granic. No i najważniejsze, jeżeli – jak mówi generał Różański – „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…”, to może zamiast kupować w świecie drogi sprzęt militarny, zamiast samemu podejmować się produkcji czołgów, rakiet i innych takich, należałoby zacząć zmiany w armii od poszukiwania takich generałów, którym wojna nie będzie straszna.

Komentariat

W dyskusji politycznej TVN 27 października 2023 r.. młody – to ważne, że młody – politolog stwierdza: „Obecnie cały polski komentariat zajmuje się wynikami wyborów”.

Zdumiało mnie to nowe dla mnie pojęcie „komentariat”. Sprawdziłem w słownikach z lat dziewięćdziesiątych – nie ma. Sprawdziłem w internetowym słowniku PWN – też nie ma. Ale już w Wikipedii jest, bo słownik Wikipedii po prostu – jak ludzie mówią –  nie bawi się w analizy: skąd się wzięło, czy jest sensowne i poprawne.

Skąd zatem wzięło się pojęcie „komentariatu”? Pewności nie mam, ale na 99 procent słówko to zostało przeniesione z zachodnich pracowni politologicznych. I przez naszych politologów, socjologów zostało kupione, przyswojone i szybko wdrożone.  I teraz głównie posługują się nim ludzie młodzi – jak ów przytoczony przeze mnie na początku politolog. Młodość chce być bowiem dynamiczna i aktywniejsza niż starość. No i najważniejsze – komentariat brzmi naukowo, a to już widza i słuchacza ma rzucać na klęczki.

Moim zdanie należałoby „komentariat” rozbudować, poprzez podział, co mogłoby wyglądać tak: zawodowy komentariat, amatorski komentariat, społeczny komentariat, internetowy komentariat – niby poprzednie trzy kategorie mogą działać również w internecie, ale przecież daleko nie wszystkie. I wreszcie najważniejsze z komantariatów – komentariat fałszywy, czyli działający na zlecenie poszczegółnych partii.

I tak to nam rośnie, rozszerza swój zakres działania paranoja językowa, jak perz w ogrodzie, którego zniszczyć nie sposób. Co robić? Nie używać, nie być na siłę nowoczesnym, bo komentariat, to nie akcjonariat. I mówmy po polsku. Zamiast „komentariat” mówmy: wszyscy wypowiadający się w sprawie…

Oczywiście, tak ceniona przez amatorów naszego języka Wikipedia podaje, że „masakryczny” jest slangowym określeniem czegoś wspaniałego, lub – jak kto woli – czegoś okropnego, odrażającego. I tu mam uwagę do wszystkich uczących się przy pomocy Wikipedii, czerpiących garściami wiedzę z Internetu – daleko na takiej wiedzy nie zajedziecie. Chyba, że deleguje was TVN do jakże przyjemnej Kalifornii.

Konsultacje

W kolejce do lekarza nigdy nie jest wesoło, ale w końcu spotykają się tam sami chorzy. Tym razem jednak rozbawiła mnie pani rejesteratorka, która dyrygowała kolejką. W pewnym momencie zapytała: „Kto z państwa jest kolejny na konsultacje?”

Nikt się ruszył, ani z krzeseł, ani spod ściany. Wtedy rejestratorka zmieniła zdanie i zapytała: „A kto na wizytę?” Teraz kolejka objawiła swoją kolejkową kolejność, bo na wizytę byli wszyscy.    Podjąłem sprawę i zapytałem, co znaczą te jej „konsultacje”.

– Jak to? Konsultacje to to samo co wizyta! – odparła mocno zirytowana rejestratorka.

Podziękowałem za wyjaśnienie, ale dyskusji nad znaczeniem słów nie podjąłem. Nie będę przecież dzielił się wiedzą z rejestratorką, która tego nie oczekuje. Poza tym – mogłaby mnie na przykład w ogóle skreślić z kolejki…

Niemniej zarejestrowałem, że dziwny język panoszy się obecnie nawet w przychodniach, bo każdy chce być brany za „uczonego”, nawet rejestratorki i lekarze. Sobie jednak wyjaśnijmy, że „konsultacje” to: 1. zasięganie opinii u specjalisty; 2. udzielanie rad i wyjaśnień przez specjalistę lub rzeczoznawcę; 3. narada specjalistów lub decydentów przed decyzją w jakiejś sprawie.

Oczywiście przez całe lata „konsultacja” znaczyła potocznie jakieś ustalenia między specjalistami. A ja, idąc do lekarza oczekuję informacji i pomocy, a konsultować to mogą się lekarze między sobą, w jakichś szczególnie trudnych przypadkach.

Niestety coraz więcej ludzi – już nie tylko dziennikarze i politycy – grzebie przy języku. Boże, wybacz im, albowiem nie wiedzą co czynią.

 

Walczył o internacjonalistyczny postęp – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Ryszardzie Młynarskim

Po rocznym kierowaniu PUBP w Nisku, w październiku 1947 roku Ryszard Młynarski został przeniesiony do PUBP w niedalekim Jarosławiu, też na stanowisko „oficera” śledczego. Z niewiadomych powodów nie dostał jednak awansu i – w maju 1948 roku – zrezygnował ze „służby”. Dwa miesiące wcześniej urodziła się córka Danuta. Być może ten właśnie fakt – a nie względy ambicjonalne, jak utrzymują niektórzy – był powodem jego odejścia z bezpieki. Tak, czy inaczej rodzina przeniosła się do Warszawy – Ryszard Młynarski jeszcze kilka lat temu mieszkał na Służewcu.

Po ukończeniu gimnazjum w Kowlu, w czasie wojny – od 1940 do 1943 roku – pracował w tartaku w Zarzeczu, a następnie w Zarządzie Drogowym w Nisku. We wrześniu 1944 roku wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Z jej ramienia organizował posterunek MO w Pysznicy koło Niska. Następnie, przez prawie rok – od listopada 1944 roku służył w LWP.

W lipcu 1945 roku Ryszard Młynarski trafił pod skrzydła ojca Józefa, zatrudniając się jako „oficer” śledczy PUBP w Nisku. W lipcu 1946 roku, czyli już po śmierci Józefa Młynarskiego, przejął obowiązki szefa niżańskiego UB, zastępując przeniesionego do PUBP w Krośnie Stanisława Supruniuka. Po latach jego córka – Danuta Młynarska-Hübner została honorową obywatelką miasta Nisko. To właśnie wówczas, kiedy była szefową kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego, prezydenccy urzędnicy przygotowywali wniosek o przyznanie Supruniukowi Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski. Niewiele brakowało, aby dawnego przełożonego swojego dziadka i ojca spotkała podczas uroczystości odznaczenia w Pałacu Prezydenckim w czerwcu 1999 roku. Wtedy pracowała już jednak w biurze ONZ w Genewie.

Wymiar sprawiedliwości III RP – ze względu na jego powojenne „zasługi” – interesował się Ryszardem Młynarskim. W kwietniu 2000 roku Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu wystąpiła do MSWiA o udostępnienie jego akt osobowych, podobnie jak czterech innych funkcjonariuszy niżańskiego PUBP. Dwa miesiące później Ministerstwo zgodziło się przekazać dokumenty. Przygotowywany akt oskarżenia był związany ze śledztwem w sprawie Stanisława Supruniuka. Śledztwo – co typowe dla okrągłostołowej Polski – stanęło jednak w miejscu.

Nazwisko Młynarskiego pojawia się m. in. w książce Zbigniewa Nawrockiego „Zamiast wolności. UB na Rzeszowszczyźnie 1944 – 1949”, Rzeszów 1998. Autor przytacza sprawozdanie z działalności PUBP w Nisku za pierwsze miesiące 1947 roku, czyli bezpośrednio po sfałszowanych przez komunistów wyborach do Sejmu. P.o. szefa niżańskiego UB, czyli właśnie Ryszard Młynarski, meldował do Rzeszowa: „Likwidacja PSL nastąpiła na skutek akcji tut. Urzędu, jaka trwała od m-ca listopada 1946 r. 75 proc. byłych członków PSL przeszło do SL”.
W książce znajdujemy też ponurą statystykę działalności PUBP w Nisku: w 1944 roku aresztowano w tym powiecie 93 osoby, w 1945 roku – 185 osób, w 1946 roku – 200, w 1947 roku – 131, a w 1948 roku – 147 osób. Jak widać, najwięcej aresztowanych przypada na rok 1946, kiedy tamtejszym UB kierował Ryszard Młynarski.

Przed laty Danuta Hübner wspomniała („Wysokie Obcasy”, dodatek do „Gazety Wyborczej” z 8 czerwca 2002) o patriotycznej tradycji swojej rodziny, o ojcu, który był członkiem Armii Krajowej. Obok dodawała, że w dzieciństwie „jadła podobno same kotlety i kiełbachy bez chleba, doprawiając je czekoladami”. Tylko czy AK-owskim rodzinom tak dobrze powodziło się w powojennej Polsce?
Gwoli ścisłości Ryszard Młynarski faktycznie należał do AK i nosił pseudonim „Aleksander”, ale w jego życiu fakt ten był jedynie krótkim, kilkumiesięcznym (od października 1943 roku do maja 1944 roku) epizodem. Potem – jako członek Stronnictwa Ludowego – przez moment był związany z Batalionami Chłopskimi, by ostatecznie przejść na stronę jedynych słusznych przedstawicieli „ludowej” władzy. Poszedł – jak już pisałem – w ślady swojego ojca Józefa Młynarskiego, a dziadka Danuty Hübner. Walczył o wprowadzenie w Nisku internacjonalistycznego postępu, na którego drodze stał polski zacofany i zbrodniczy faszyzm.
Z bardziej nieprzyjemnych rzeczy w biogramach byłej pani eurokomisarz pozostało tylko jej kilkunastoletnie członkostwo w PZPR, z której wystąpiła w 1987 roku, gdyż – jak sama tłumaczyła – „do żadnej partii nigdy się nie nadawała” i „miała dość fikcji”. Z wypowiedzi Danuta Hübner można odnieść wrażenie, że jest wyłącznie bezpartyjnym fachowcem. Tylko dlaczego, w latach 1997-1998, pełniła funkcję szefowej kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego?

W oficjalnych życiorysach Danuty Hübner i jej wypowiedziach dla polskiej i zachodniej prasy znajdziemy już tylko informacje o błyskotliwej karierze naukowej (stypendystka Fulbrighta, profesor ekonomii SGH, wykładowca wielu zachodnich uczelni), publicznej (po 1989 roku m.in. wiceminister przemysłu i handlu, szef UKIE, wysoki urzędnik ONZ i Unii Europejskiej) i wielu prestiżowych nagrodach (np. „Europejski Mąż Stanu 2003” – według brukselskiego tygodnika „European Voice”).

Ile z tego zawdzięcza ubeckiemu dziadkowi i ojcu? Za ich zbrodnicze, komunistyczne praktyki oczywiście nie odpowiada, ale rodzinną zdolność do płynięcia z prądem dziejów zachowała. Tak jak do wynikających z takiej postawy stanowisk, dających kotlety, kiełbachy i czekolady. A III RP – wzorem swojej nieodrodnej matki PRL-u – takie życiorysy promowała i promuje nadal.

Danuta Hübner stwierdziła kiedyś (w wywiadzie dla „Życia” z 14 maja 2002 roku: „polski interes narodowy jest trudny do zdefiniowania”. Czy na tych słowach bazował jej późniejszy szef – Donald Tusk, kiedy mówił, że polskość to nienormalność?

 

ANDRZEJ SZABACIUK: Okultyzm, magia i „desatanizacja” Ukrainy w rosyjskiej propagandzie wojennej

Demonizowanie i dehumanizacja przeciwnika oraz przypisywanie mu posługiwania się czarną magią czy wyznawanie satanizmu mają na celu usprawiedliwienie brutalnych ataków wymierzonych w ludność cywilną i w kluczowe obiekty infrastruktury krytycznej.

 

 Rosyjska propaganda i demonizacja Ukrainy po 2014 r.

Jednym z kluczowych elementów rosyjskiej propagandy jest jej wymiar aksjologiczny. Uległ on wyraźnemu wzmocnieniu wraz z rosyjską agresją na Ukrainę w 2014 r. i towarzyszyły mu liczne antyzachodnie wypowiedzi czołowych polityków rosyjskich. Eksponowanie moralnej wyższości nad „zepsutym Zachodem” i rzekomo kontrolowaną przez niego Ukrainą było ważnym elementem usprawiedliwiania rosyjskiej agresji. Jak przez stulecia, pretekstem do ekspansywnych działań Rosji na zachodnich kresach imperium była obrona ludności „odwiecznie ruskiej i prawosławnej” oraz roztoczenie opieki nad obszarami „prawdziwie ruskimi”. Walka „Świętej Rusi” z zdemoralizowanym i „zepsutym Zachodem” jest przedstawiana jako jedna z kluczowych misji Rosji, rzekomej obrończyni „prawdziwego chrześcijaństwa”. Dodajmy, że zajmuje ona także ważne miejsce w publicznych wystąpieniach Władimira Putina czy patriarchy Cyryla po 24 lutego 2022 r.

Dehumanizacja Ukraińców i armii ukraińskiej wpisuje się w ową retorykę. Po rosyjskim ataku z 2014 r. oskarżeniom o wsparcie przez Zachód „neonazistowskiego przewrotu” w Ukrainie towarzyszyły sugestie o pielęgnowaniu kultów neopogańskich oraz praktykowaniu czarnej magii. Dotyczyło to przede wszystkim demonizowanego przez rosyjskie media państwowe ochotniczego pułku Azow. Przykładowo w prasie pojawiały się informacje, że w 2014 r. w Mariupolu bojownicy tego pułku oddawali cześć posągowi słowiańskiego bóstwa Perkuna oraz innym pogańskim bożkom. W okresie starań o uznanie autokefalii Cerkwi Prawosławnej Ukrainy rosyjskie media oskarżały „pogański pułk” Azow o szerzenie antyprawosławnych nastrojów w Ukrainie i wspieranie „raskolników”, chcących usamodzielnić się od patriarchatu moskiewskiego.

Klasycznym przykładem pozycjonowania prozachodnich Ukraińców jako osób prześladujących chrześcijan była informacja o rzekomym „ukrzyżowaniu” chłopczyka-separatysty w Słowiańsku, rozpowszechniona w lipcu 2014 r. na Pierwszym Kanale rosyjskiej telewizji państwowej. Historia okazała się całkowicie wymyślona, a głównym celem jej propagowania było potęgowanie nastrojów separatystycznych wśród rosyjskojęzycznych Ukraińców, wzrost nastrojów antyukraińskich w Rosji, oraz wzmocnienie poparcia społecznego dla neoimperialnej polityki Rosji w Ukrainie.

Należy podkreślić, że nie była to jedyna tego typu historia. W kwietniu 2015 r. w internecie pojawił się film, na którym rzekomi „azowcy” mieli ukrzyżować i spalić na krzyżu separatystę. Film ten był rozpowszechniany na masową skalę również po 24 lutego 2022 r.

 Okultyzm i magia w czasie wojny

Wraz początkiem nowej fazy rosyjskiej wielopłaszczyznowej agresji przeciwko Ukrainie temat demonicznej aktywności wojsk ukraińskich powrócił z nową siłą. Już na początku rosyjskiej inwazji kremlowska propaganda szerzyła fałszywe informacje o stosowaniu diabolicznych praktyk przez Ukraińców. Po raz kolejny jednym z głównych obiektów ataków stał się pułk Azow. „Komsomolskaja Prawda” 27 kwietnia 2022 r. opublikowała artykuł szkalujący członków pułku Azow. Znany, rosyjski, prokremlowski historyk Aleksiej Koczetkow – autor pracy „Czarne słońce. Historia neonazistowskiego ruchu Azow” – twierdził, że „azowcy”, podobnie jak inni europejscy neonaziści, są ruchem antychrześcijańskim, kultywującym pogaństwo połączone z „niemieckim okultyzmem”, co w jego opinii oznacza de facto kultywowanie satanizmu, w tym rytuałów krwi czy nawet ofiar z ludzi. Prokremlowski „ekspert” uważał również, że można obecnie postawić znak równości między „ukraiństwem”[1] i „współczesnym nazizmem”.

Szeroko rozpowszechniany artykuł stanowił element szerszej akcji propagandowej, której celem było dyskredytowanie i demonizowanie obrońców Ukrainy. Oskarżenia takie kierowano także pod adresem samego prezydenta Zełenskiego. Znana południowoafrykańska korespondentka wojenna Lara Logan, która relacjonowała wojnę przeciwko Ukrainie m.in. dla amerykańskiej stacji Fox News, na antenie tej stacji sugerowała, że Zełenski wystąpił w „Tańcu z gwiazdami”, w skórzanym stroju w rytm satanistycznej, okultystycznej muzyki, co miało dyskredytować go jako polityka. Jej oskarżenia pod adresem Ukrainy i jej przywódców szeroko rozpowszechniały rosyjskie media państwowe i profile społecznościowe władz Federacji Rosyjskiej. Konsekwencją tej kontrowersyjnej wypowiedzi było zwolnienie korespondentki przez Fox News.

Duży rozgłos zyskała informacja rozpowszechniana przez rządową agencję informacyjną RIA Novosti z 4 maja 2022 r. o znalezieniu w okolicach sztabu wojsk ukraińskich nieopodal miejscowości Trechizbienka w obwodzie ługańskim śladów świadczących o praktykowaniu czarnej magii. W ten sposób, według rosyjskich propagandystów, Ukraińcy chcieli rzekomo wzmocnić siłę własnej broni lub prosić o zwiększenie jej dostaw. Poza symbolami związanymi z okultyzmem, wykonywano także jakoby znaki ludzką krwią. 3 czerwca 2022 r. ta sama agencja informowała, że na „oswobodzonych” przez rosyjską armię terytoriach Ukrainy znaleziono dowody na odprawianie satanistycznych i okultystycznych rytuałów przez pułki ochotnicze z wykorzystaniem m.in. maski z twarzą szatana.

 Desatanizacja Ukrainy

Propaganda rosyjska podkreślała również związki Ukraińców z satanizmem. W marcu 2022 r. propaganda kremlowska popularyzowała informację, że po stronie Ukrainy walczą amerykańskie jednostki specjalne tworzące Czołową Grupę Zwiadowczą (Forward Observations Group), której członkowie wyznają satanizm. 15 kwietnia 2022 r. rosyjskie media państwowe szeroko rozpowszechniały informację, że rosyjską agresję na Ukrainę potępił amerykański Kościół Szatana, który zadeklarował gotowość niesienia pomocy członkom swojej wspólnoty w Ukrainie.

We wrześniu, wraz z sukcesami kontrofensywy ukraińskiej i poważnymi porażkami wojsk rosyjskich, część polityków rosyjskich coraz głośniej mówiła o potrzebie „desatanizacji” Ukrainy. Jako pierwszy w tym duchu wypowiadał się sam Władimir Putin w orędziu do narodu z 30 września br. z okazji aneksji Donbasu i obwodów chersońskiego i zaporoskiego. W emocjonalnej mowie obwiniał Zachód o wywołanie wojny na Ukrainie, oskarżał go o eskalację konfliktu, ręczne sterowanie władzami Ukrainy oraz demoralizację, poprzez odrzucenie podmiotowości człowieka, wiary i tradycyjnych wartości, co jest „otwartym satanizmem”. W ten sposób sugerował, że za wojskami ukraińskimi stoi zdemoralizowany, antychrześcijański Zachód.  24 października br. w analogiczny sposób wypowiadał się Ramzan Kadyrow, głowa Republiki Czeczeńskiej. W konsekwencji poważnych strat poniesionych przez lojalne przywódcy Czeczenii oddziały wzywał do „starcia z powierzchni ziemi” ukraińskich miast, przeciwstawienia się Zachodowi, który chce zmusić Rosjan do uległości, „abyśmy się stali niewolnikami tych szatanów”.  Podkreślał, że mamy do czynienia nie z „operacją specjalną”, a z wojną chrześcijan, muzułmanów z satanizmem w celu ochrony religii i wartości rodzinnych.

W podobnym tonie wypowiadał się asystent sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Aleksiej Pawłow, który 25 października br. stwierdził, że Ukraina przeistoczyła się w „totalną hipersektę”, w efekcie jej obywatele odwrócili się od prawosławnych wartości, dlatego konieczna jest „desatanizacja” Ukrainy. W tym samym dniu Aleksandr Dugin w czasie XXIV Ogólnoświatowego Rosyjskiego Zgromadzenia Ludowego – w otoczeniu czołowych rosyjskich polityków i duchownych, w tym głowy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej – nawiązując do słów W. Putina twierdził, że obecnie mamy do czynienia z wojną „nieba przeciwko piekłu”, starciem „aniołów i diabłów”, a przeciwko Rosji walczą siły „absolutnego światowego historycznego zła”, z „otwarcie satanistyczną, antyludzką cywilizacją”. Myśl Putina rozwinął również patriarcha Cyryl w swojej mowie z 26 października br., określając globalizację jako zamysł szatana, a prezydenta W. Putina, „jawnie świadczącego o swoje wierze”, stawiając jako przykład lidera państwa, który sprzeciwia się tendencjom globalizacyjnym i forsowaniu małżeństw jednopłciowych, eutanazji i eksperymentów genetycznych.

W okresie masowych przeszukiwań w obiektach UCP PM w listopadzie i grudniu, kanał telewizyjny „Zwiezda” 16 grudnia 2022 r. przygotował materiał o satanizmie w Ukrainie i sugerował, że wojna z Ukrainą była wywołana przez służby specjalne „ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Polski, Kanady, państwa bałtyckich oraz Niemiec i stała się laboratorium skrajnie prawicowego terroryzmu, w którym tysiące nazistowskich satanistów z 35 krajów przygotowuje się do globalnej wojny o triumf nowego porządku świata”.

Ukraińska Cerkiew i satanizm

Kolejna fala oskarżeń Ukrainy o satanizm pojawiła się w kontekście dyskusji na temat delegalizacji Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego i sporu wokół statusu Ławry Peczerskiej w Kijowie. Przeciwników Cerkwi pozostającej w więzi kanonicznej z Moskwą określano jako faszystów, raskolników i satanistów. 29 marca 2023 r., tj. w dzień, do którego przedstawiciele UCP PM mieli opuścić budynki Ławry Peczerskiej, Rada Federacji wystąpiła z pismem krytykującym władze Ukrainy za prześladowanie ludności prawosławnej, które rozesłano do różnych podmiotów broniących praw człowieka na całym świecie. Przewodnicząca Rady Walentina Matwijenko stwierdziła: „Organizacje międzynarodowe nie mogą milczeć. Cały prawosławny świat musi walczyć z tym ateizmem, z tym satanizmem, który ma miejsce na Ukrainie”. Do krytyki przyłączyli się także przedstawiciele innych wyznań lojalnych wobec Kremla. 28 marca 2023 r. Przewodniczący Rady Muftich Rosji Rawil Gajnetdin stwierdził: „To, co dzieje się teraz na Ukrainie z Ławrą Peczerską, jest prawdziwą walką satanistów z Cerkwią prawosławną”.

31 marca 2023 r. Ria Novosti poinformowała, że przedstawiciele UCP PM oświadczyli, że wśród osób zgromadzonych w Ławrze Peczerskiej i domagających się przepędzenia z niej duchownych UCP PM są sataniści. 1 kwietnia 2023 r. na Pierwszym Kanale Sewastopolskim politolog Iwan Skorikow stwierdził, że Ukraina promuje ideę satanizmu, zgodnie z którą wiara w Boga i Chrystusa powinna być zastąpiona wiarą w państwo, w bezbożną ideę Ukrainy, odrzucającą wszystko co ruskie i prawosławne.

Szerokim echem w rosyjskich mediach odbiło się dopuszczenie przedstawicieli Cerkwi Prawosławnej Ukrainy do odprawiania nabożeństw wielkanocnych w Ławrze. 9 kwietnia w programie rosyjskiego propagandysty Dmitrija Kisielowa na Pierwszym Kanale państwowej telewizji rosyjskiej relacjonowano, jak wierzący kanonicznej Cerkwi muszą się modlić rzekomo w niegodnych warunkach, często przebywając na zewnątrz, a „raskolnicy” odprawiają nabożeństwa w głównych świątyniach kompleksu. W kontekście tej relacji podnoszono problem rzekomej satanizacji społeczeństwa ukraińskiego, co obrazowano materiałem analizującym „pogańskie” tatuaże przesłuchiwanych ukraińskich jeńców wojennych oraz komentując ich wypowiedzi na tematy neopogańskich wierzeń czy ofiar składanych pogańskim bożkom.

12 kwietnia 2023 r. na portalu Bloknot pojawił się artykuł o amerykańskich satanistach, którym jakoby udało się przywołać szatana. Podkreślano, że kościół szatana wspiera finansowo „banderowską Ukrainę”, a wśród osób atakujących promoskiewskie cerkwie prawosławne są neonaziści i sataniści. W artykule w gazecie „Wzgliad” z 14 kwietnia 2023 r. pisarz Dmitrij Gruniuszkin przytaczał przykłady tajemniczych przypadków śmierci osób, które atakowały prawosławnych broniących dostępu do Cerkwi wiernych UCP PM, w tym do Ławry Peczerskiej, sugerując, że przyczyną takiego zachowania oraz przedwczesnych zgonów był satanizm, który mógł skutkować „karą Bożą”. Z tego względu, w jego opinii, nasuwa się refleksja, że na Ukrainę poza rakietami Kalibr należy wystrzeliwać także pociski wypełnione wodą święconą.

Komentarze oskarżające władze Ukrainy o satanizm pojawiały się dość często w rosyjskich mediach państwowych. 19 czerwca 2023 r. rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa stwierdziła, że wyświęcenie ikony z wizerunkiem S. Bandery i R. Szuchewycza jest satanizmem. 8 lipca 2023 r. ukazał się artykuł w „Komsomolskiej Prawdzie” o podpaleniu kaplicy przy źródełku w miejscowości Budziatycze w obwodzie wołyńskim, i uszkodzeniu w pożarze ikony Matki Boskiej, co autor artykułu Aleksndr Griszin łączył z polityką wyznaniową władz Ukrainy, którą określił jako „całkowity triumf satanizmu”, przejawiający się w prześladowaniu „kanonicznej” Cerkwi prawosławnej. 28 lipca 2023 r. znany rosyjski działacz z Krymu Siergiej Aksionow stwierdził, że „sataniści okupują Ukrainę”.

Jak informuje portal Meduza, w przeddzień kolejnej rocznicy chrztu Rusi 28 lipca 2023 r., administracja prezydenta Federacji Rosyjskiej rozesłała do państwowych mediów instrukcję, jak należy prezentować ten jubileusz opinii publicznej. Znalazły się tam takie fragmenty: „Dzisiaj nasz kraj walczy z nowym satanistycznym reżimem. Reżim w Kijowie celowo niszczy prawosławie na terytorium Ukrainy, wywierając bezpośredni nacisk na duchownych i odbierając cerkwie. […] Nazistowscy sataniści okopali się w świętym rosyjskim mieście Kijowie, gdzie Rosja została ochrzczona. Rosja broni wiary prawosławnej i rozbija neonazistów czczących okultystyczne idee Hitlera i Bandery”.

Wnioski

Akcentowanie przez propagandę rosyjską w coraz większej mierze aksjologicznego charakteru wojny przeciwko Ukrainie jest próbą zmobilizowania społeczeństwa rosyjskiego do walki nie tylko z Ukrainą, ale również z zepsuciem, które jakoby chce Rosji narzucić Zachód, dążąc do rozpadu i przejęcia rosyjskich zasobów naturalnych. Uciekanie się do tego typu wybiegów propagandowych jest konsekwencją niewielkiej skuteczności narracji o walce z faszystami na Ukrainie oraz problemów związanych z niskim morale rosyjskiej armii, chaosem organizacyjnym i problemami związanymi z tzw. „częściową mobilizacją”.

Demonizowanie i dehumanizacja przeciwnika i przypisywanie mu posługiwania się czarną magią i wyznawanie satanizmu mają na celu usprawiedliwienie brutalnych ataków wymierzonych w ludność cywilną i w kluczowe obiekty infrastruktury krytycznej, które pozbawiły dostępu do energii elektrycznej, ogrzewania, bieżącej wody czy łączności telefonicznej miliony osób.

W pewnym sensie jest to również próba usprawiedliwienia rosyjskich porażek w czasie walk w Ukrainie, poprzez sugestie, że za Ukraińcami stoją siły nieczyste czy światowy spisek globalistów, który dąży do zniszczenia Rosji. W tej fundamentalistycznej retoryce nie ma miejsca na realny kompromis czy negocjacje z Ukrainą. Zło należy pokonać, wykorzystując wszelkie dostępne metody.

Dodajmy, że w tej narracji jednym z przejawów tego zła jest Cerkiew Prawosławna Ukrainy, której zwolenników określa się jako „raskolników”, neonazistów czy satanistów. W Ukrainie może funkcjonować tylko jedna Cerkiew kanoniczna, lojalna Patriarchatowi Moskiewskiemu, a wszelkie próby ograniczania jej wolności wywołają gniew Boży.

Andrzej Szabaciuk

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

[1] Termin ten wywodzi się z dziewiętnastowiecznej propagandy rosyjskiej. W ten sposób władze carskie określały zwolenników niepodległości Ukrainy. Stronnicy separacji od trójjedynego narodu ruskiego byli piętnowani i prześladowani przez rosyjską policję polityczną. Wspierany był ruch „małoruski”, traktujący Ukrainę jako część imperium rosyjskiego.