WALTERA ALTERMANNA wreszcie coś zachwyciło: Witolda Gombrowicza „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”

4 grudnia 2023 roku znowu obejrzałem Teatr Telewizji a był to spektakl oparty na wczesnym opowiadaniu Witolda Gombrowicza „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”. Reżyserii podjął się Robert Gliński. Dla porządku rzeczy powiedzmy, że ta „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” miała premierę 15 stycznia 2018.

W tym młodzieńczym opowiadaniu mamy już zapowiedź całej pisarskiej filozofii Gombrowicza. Mamy więc walkę form – niższości i wyższości. Ta wyższa forma społeczna służy odseparowaniu się sfer wyższych od pospolitego bytu. Może ze strachu, z lęku, że jest się lepiej urodzonym i bogatszym, że to wszystko mogą im biedniejsi odebrać?

 Świat według Gombrowicza

Gombrowicz jednak nie był komunizującym rewolucjonistą, on jedynie opisywał napięcia formy wyrastające z tych napięć. U niego żadna z podstawowych form – ani wyższość, ani niższość nie ma absolutnej racji. Świat się nudzi – zdaje się mówić Gombrowicz – i z tej nudy walczy formami. U niego ludzie są głównie nosicielami masek, pod którymi skrywają swe lęki. To zresztą zaczerpnął Gombrowicz z psychologii Karla Gustawa Junga.

Reasumując – nie wiadomo czy według autora „Ferdydurki” świat istnieje naprawdę, bo widzimy jedynie walkę form, min i gestów. To dlatego w „Operetce” jedyną czystą postacią jest naga Albertynka. Ona jest czystym, pięknym bytem, bez maski i bez ubrania.

O czym sprawa

Od razu powiem, że spektakl pana Glińskiego był niezwykle udany – a biorąc ostatnie produkcje Teatru Telewizji –  nawet wybitny. Komu i czemu zawdzięcza to telewizyjne widowisko sukces? Przede wszystkim wspaniałej obsadzie aktorskiej. A ponieważ powiada się, że w każdym spektaklu połowa sukcesu to właściwa obsada, zatem brawa należą się reżyserowi, który dobrał aktorów starannie, i właściwie dla zadania.

Bohaterem opowiadania i spektaklu jest młody człowiek, dopiero wchodzący w dorosłe życie i zdobywający pierwsze poważne towarzyskie – czyli społeczne – doświadczenia. I to on snuje opowieść o ludziach, których poznaje. Tego Narratora cechuje ogromna naiwność. Ma on swoje wyobrażenie świata – w tym przypadku świata arystokracji – i te szlachetne wyobrażenia o klasie przywódczej społeczeństwa – jego zdaniem – w toku akcji zostają brutalnie zniszczone.

W czasie spektaklu poznajemy kilka genialnie przez Gombrowicza skrojonych typów „skretyniałej arystokracji” – jak sam określał tzw. wyższe sfery. Nie byłoby w obrazie tej klasy nic szczególnego, gdyby autor ograniczył się do satyry i groteski, bo takie rzeczy dało się przecież  czytać na wiele lat przed Gombrowiczem. Ponieważ jednak Witold Gombrowicz był mądrym pisarzem, przeto otrzymaliśmy nie tylko zjadliwie okrutny portret sfer wysokich, ale też przenikliwy obraz świata kierującego się mitami i uparcie uciekającego przed realnością w mityczne przestrzenie tak zwanych wyższych wartości.

Dobrze obsadzeni, wspaniali aktorzy

W roli Narratora wystąpił Piotr Adamczyk, mogący z całą pewnością zaliczyć tę rolę do „świetnego korpusu” swych udanych ról. Tytułową Hrabinę Marię Kołtubaj zagrała Anna Polony. W spektaklu widzieliśmy również Barbarę Krafftównę, w roli Starej Markizy, Bohdana Łazukę jako Barona Apfelbauma de domo księcia Pstryczyńskiego oraz Grzegorza Małeckiego w roli Kucharza Filipa.

Wszyscy oni zagrali wspaniale. A przede wszystkim pokazali, że teatr nie jest wymyślony po to, żeby wiernie odwzorowywać rzeczywistość. Teatr nie może być dokumentem. Teatr to kreacja, sztuczność, która ma służyć odkrywaniu prawdy o człowieku. Niestety w ostatnich latach w Teatrze Telewizji mieliśmy niepomierną przykrość oglądać twory „teatropodobne”, zrealizowane ku chwale operatów światła. Tym bardziej więc twórcom „Biesiady u hrabiny Kotłubaj” należą się nie tylko brawa, ale wielkie podziękowanie, bo ten spektakl przywraca wiarę w sens teatru w telewizji.

Patrzyłem na grę tych pięciorga aktorów z prawdziwym zachwytem. Podziwiałem ich mistrzostwo w budowaniu monologów, operowaniu słowem, frazą i melodią zdań. W tym spektaklu nikt niczego nie naśladował, nie oddawał, nie „wcielał się” – oni po prosty grali. Najpierw wymyślili swe role, a potem je zagrali. Zaprawdę, była to uczta aktorskiej gry. I dowód, że można, że aktorzy potrafią – jeśli im się tylko pozwoli, jeśli da się szansę.

Pozostali współautorzy sukcesu

Trzeba też wymienić wszystkich pozostałych współautorów tego sukcesu. Autorem adaptacji opowiadania na teatr jest Jan Bończa-Szabłowski. Autorem scenariusza telewizyjnego i reżyserem jest Robert Gliński. Mądrą, bo „degeneracyjną” scenografię stworzył Wojciech Stefaniak. Kostiumy były według projektów Zofii de Ines, Zdjęcia: Arkadiusz Tomiak. Muzyka: Jerzy Satanowski Choreografia: Cezary Olszewski. Montaż: Lech Starzyński.

Reżyser stworzył, wykreował, osobny świat, a o to przecież w sztuce teatru chodzi. W efekcie mieliśmy – tak rzadko dziś realizowany – „teatr z formą”. Naprawdę nie ma powodu, żeby w teatrze, także w teatrze telewizji ukazywać świat realny, bo on i tak sobie istnieje, i ma się dobrze.

Doskonałą, kolejną już, muzykę dla teatru napisał Jerzy Satanowski. Ona prowadziła i dopowiadała to, co trzeba było dopowiedzieć. I nie była żadną tam ilustracją… była integralna częścią spektaklu.

 Robert Gliński o swoim spektaklu

Pozwolę sobie zacytować kilka zdań Roberta Glińskiego, który tak mówi o pracy nad spektaklem na podstawie Gombrowicza: „Forma tego tekstu jest szalenie wyrafinowana – mimo że jest to opowiadanie, które należy do pierwszych jego prac literackich – to ono już ma w sobie zapowiedź tego, co potem męczyło Gombrowicza przez całe życie… mamy w nim dyskusję z Polską; dyskusję o tym, kim jesteśmy, co nas stwarza…. Jest tu taka rozpiętość myśli, taka rozpiętość szamotaniny głównego bohatera. On chciałby wejść do arystokracji, chciałby być kimś, chciałby poznać świat, którego nie zna – a jednocześnie widzi, że to, do czego aspiruje, jest kompletnie bez sensu i poza nim. Każda z tych postaci jest jakąś karykaturą. I raptem, po obejrzeniu tego spektaklu, zauważyłem, że one zupełnie niechcący parafrazują te z filmów Felliniego. Dzięki temu pojawiła się ciekawa rozpiętość kulturowa spektaklu.”

Reżyser podkreślał wielki udział aktorów, którzy – jego zdaniem – wnieśli do spektaklu swoją osobowość: „Pracując nad tym spektaklem myślałem o tym, żeby znaleźć wspólny mianownik. Bohdan Łazuka to aktor, który ma bardzo wyrazistą ekspresję, z kolei Barbara Krafftówna jest bardzo naturalna – z jednej strony jest bardzo ciepłym, miłym człowiekiem, z drugiej, sprawia wrażenie zawieszonej w jakiejś rzeczywistości baśniowej. A z kolei bardzo konkretna jest Anna Polony, która wywodzi się ze szkoły krakowskiej. I w jej przypadku liczy się pewna synteza i dyscyplina, myślenie bardzo skrupulatne i konkretne, według struktury postaci i spektaklu”.

Co do zasady

Reżyser powiedział również zdanie, które znane jest jedynie dobrym reżyserom, więc je przytoczmy: „Oni wszyscy mają inne środki, inną ekspresję, odmienne myślenie sceniczne. Co więcej, każdy z nich jest taką indywidualnością, która niesie ze sobą bardzo dużo własnego ja. A ja starałem się tego nie likwidować, nie obcinać”.

Właśnie to! Pierwszym przykazaniem reżysera jest – nie przeszkadzać aktorom. Niby proste, ale trzeba być mądrym reżyserem, żeby tym przesłaniem kierować się. I za to chwała panu Glińskiemu.

I wielkie podziękowanie za moje chwile obcowania z prawdziwą sztuką.

Przy okazji tak dobrego dzieła – niech sczezną wszelcy propagandziści, którzy tak niecnie wykorzystują teatr. Bo sztuka nie jest narzędziem do propagowania przeróżnych mętnych idei i myśli. Jedyne co ich tłumaczy to fakt, że nie są artystami, więc nie wiedzą co psują.

Inna sprawa, że ktoś pozwala im „robić teatr”. I to ci „zezwalający” będą smażyć się w piekle. A pseudoartyści posiedzą swoje w czyśćcu i w końcu wyjdą, bo nieświadomy mniej grzeszy.

 

 

 

Kobieta niezwykłej odwagi i misji – TERESA KACZOROWSKA o Aleksandrze Piłsudskiej

Kończy się ustanowiony przez Sejm IX kadencji Rok Aleksandry Piłsudskiej z d. Szczerbińskiej. Warto więc przypomnieć tę mało znaną Patronkę 2023 r., kobietę niezwykłej odwagi, działaczkę niepodległościową i społeczną, oddaną żonę i matkę, a także strażniczkę pamięci o Marszałku Józefie Piłsudskim.

Aleksandra Szczerbińska pochodziła z Suwałkurodziła się nad Czarną Hańczą 12 grudnia 1882 r., w zubożałej, patriotycznej rodzinie szlacheckiej. Już w dzieciństwie straciła oboje rodziców – ojciec, Piotr Paweł Szczerbiński, urzędnik suwalskiego magistratu, zmarł jak miała 14 lat, zaś matka Julia Jadwiga z Zahorskich jeszcze wcześniej, kiedy Ola skończyła 12 lat. Wychowaniem jej oraz licznego rodzeństwa zajęła się głównie babka Karolina Zahorska, też zaangażowana w walkę Polaków o odzyskanie niepodległości.

Po ukończeniu w 1901 r. rosyjskiego żeńskiego gimnazjum w Suwałkach 19-letnia Ola rozpoczęła samodzielną drogę życiową. Wyjechała do Warszawy, w ciągu dwóch lat kształcenia zdobyła zawód buchalterki i w 1903 r. rozpoczęła pracę w biurze fabryki wyrobów skórzanych na warszawskiej Pradze. Jednocześnie uczęszczała na wykłady tajnego Uniwersytetu Latającego dla kobiet.

Ola Szczerbińska w Suwałkach, 1901 r., ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

Bojowniczka o niepodległą Polskę

W 1904 r. Aleksandra Szczerbińska wstąpiła do Polskiej Partii Socjalistycznej. Od razu dała się poznać jako działaczka odważna, zaangażowana, biorąca na siebie coraz trudniejsze zadania. Już 13 listopada 1904 r., podczas manifestacji  na Placu Grzybowskim w Warszawie, przenosiła broń, a nawet „dynamit w pasie”. Niedługo potem PPS powierzyła jej nadzór nad składami broni – w jednym z nich, w maju 1906 r. poznała Józefa Piłsudskiego. Było to dla niej ważne wydarzenie, o którym wspominała: „Czekałam na przybycie tego człowieka, którego imię było już legendą w Polsce podziemnej”.

Rok później 40-letni Piłsudski wyznał już miłość o 15 lat młodszej bojowniczce o wolną Polskę. Ich związek był jednak bardzo trudny. Piłsudski był żonaty z inną działaczką PPS, Marią Piłsudską de domo Koplewską, primo voto Juszkiewicz, która do śmierci 17 sierpnia 1921 r. nie chciała się zgodzić na rozwód. „Jestem w tragicznym trójkącie i nie wiem jak z niego wybrnąć” – pisał w listach do Oli.

W 1907 r. Aleksandra została za swoją działalność aresztowana przez policję rosyjską i osadzona na Pawiaku w Warszawie. Po czterech miesiącach, w kwietniu 1907 r., zwolniono ją z braku dowodów. Była jednak obserwowana i dalsza jej praca w konspiracji stała się w Warszawie niemożliwa. Postanowiła więc zmienić wygląd, przefarbowała sobie włosy, zapakowała w kufry broń i wyjechała z Warszawy do Kijowa.

Brała udział w wielu akcjach bojowych, w tym w akcji pod Bezdanami (wrzesień 1908), czy w napadzie na bank Państwowy w Kijowie. Przez pewien czas mieszkała też we Lwowie, gdzie pracowała w biurze fabrycznym. Nawiązała tam współpracę z powstałym w 1912 r. Związkiem Strzeleckim,  wstąpiła do jego żeńskiej sekcji. Współtworzyła również Towarzystwo Opieki nad Więźniami Politycznymi.

W Legionach i w Polskiej Organizacji Wojskowej

Po wybuchu I wojny światowej Aleksandra Szczerbińska wstąpiła do Legionów Polskich. W I Brygadzie była komendantką kurierek legionowych i wywiadowczyń, szkoliła je, werbowała nowe. Od 1915 r. działała w nielegalnej Polskiej Organizacji Wojskowej pod zwierzchnictwem Piłsudskiego. Na terenie okupacji pruskiej przechowywała broń, przewoziła literaturę, za co została znowu aresztowana, tym razem przez Niemców, w listopadzie 1915 r. Przez rok była więźniarką polityczną – internowana najpierw na Pawiaku, potem w obozie w Szczypiornie (w dramatycznych warunkach, w brudnych, zimnych barakach pełnych szczurów) i w Lubaniu na Śląsku. Zwolniono ją dopiero w listopadzie 1916 r. Wróciła wówczas do Warszawy i podjęła pracę urzędniczki w suszarni jarzyn. W latach 1917-1918 pracowała w POW jako kurierka materiałów wybuchowych i wywiadowca, często w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych.

Kiedy Józef Piłsudski był więziony w Magdeburgu Aleksandra urodziła, 7 lutego 1918 r., córkę Wandę. Wrócił po 16 miesiącach internowania, 10 listopada 1918 r. – zobaczył wtedy po raz pierwszy pierworodną córkę, która miała dziewięć miesięcy. Drugą córkę, Jadwigę, Aleksandra urodziła kiedy Piłsudski był już Naczelnikiem Państwa, 28 lutego 1920 r. Nadal była jednak skazana na samotne macierzyństwo. Mogła zamieszkać razem z mężem i dziećmi w Belwederze dopiero po ślubie, który odbył się 25 października 1921 r., po 15 latach bliskiej znajomości  (po śmierci w Krakowie Marii Piłsudskiej).

Józef Piłsudski z rodziną i adiutantami w Sulejówku, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

W podwarszawskim Sulejówku

W styczniu 1921 r. Aleksandra Piłsudska zakupiła 5-morgową leśną działkę w podwarszawskim Sulejówku, z letnim drewnianym domem, ogrodem, warzywnikiem, pasieką. Spędzała tam z córkami wiosny i lata, a Piłsudski w wolnych chwilach dojeżdżał z Belwederu. Jego żołnierze zorganizowali jednak zbiórkę na budowę dla nich całorocznego domu – w ten sposób powstał szybko, niemal społecznymi siłami,  Dworek „Milusin”, który Komitet Daru Żołnierza Naczelnemu Wodzowi przekazał Piłsudskim 21 czerwca 1923 r.

Oboje kochali tę leśną willę i ogród, w którym pracowała głównie Aleksandra. Ale pomagali jej adiutanci i przyjaciele Piłsudskiego, gosposia Adela, był dochodzący pszczelarz. W tym okresie Piłsudska sprawdziła się jako oddana żona, wychowująca córki matka, tworząca atmosferę gospodyni domu, choć w cieniu męża. Bywały u nich tysiące gości, szczególnie 19 marca – na imieniny Józefa i 12 grudnia – na imieniny Aleksandry.

Aleksandra i Józef Piłsudscy z córkami: Wandą i Jadwigą, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

– Spędzili w Dworku „Milusin” najpiękniejsze trzy kolejne lata, do przewrotu majowego 1926 r. – uważa Małgorzata Basaj, historyczka i muzealniczka, kierowniczka Działu Wystaw i Popularyzacji Nauki w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. – Piłsudski wycofał się wówczas z funkcji publicznych, miał wreszcie czas dla rodziny, zajął się pracą pisarską. Pisał książki nocami, a właściwie dyktował żonie, tak powstał jego „Rok 1920”. Aleksandra, poza rolą gospodyni, żony i matki, była więc również sekretarką męża. Kiedy w  maju 1926 r. Marszałek wrócił do władzy, Piłsudscy zamieszkali w Belwederze. Do w Sulejówka przyjeżdżali tylko odpoczywać.

Działaczka charytatywna i społeczna  

Piłsudska nie należała do żadnej partii, ale jako Marszałkowa prowadziła szeroką działalność charytatywna, społeczną i honorową. Po 1926 r. wspierała bezdomnych, osoby bezdomne, biedną młodzież, kombatantów, pomagała sierotom rodzin wojskowych, ale też odsłaniała pomniki i wystawy, bywała na licznych państwowych uroczystościach,  często zastępując Piłsudskiego. Zajmowała się m.in. pozyskiwaniem finansów dla stowarzyszenia „Nasz Dom”, które prowadziło zakład dla sierot. Została honorową członkinią i przewodniczącą założonego w 1925 r. Stowarzyszenia „Rodzina Wojskowa” (otrzymała legitymację nr 1). W organizacji tej organizowała w Warszawie przedszkola i szkoły powszechne dla rodzin wojskowych. Do 1939 r. była przewodniczącą zarządu Komitetu Opieki nad Najbiedniejszymi Mieszkańcami Warszawy „Osiedle”. W stowarzyszeniu „Osiedle” wspierała mieszkańców baraków dla bezdomnych w Warszawie, a w towarzystwie „Opieka” zakładała świetlice z bibliotekami dla młodzieży.

Od 1926 r. Marszałkowa zasiadała także w Kapitule Orderu Virtuti Militari (była też uhonorowana tym orderem w 1922 r.), była  inicjatorką ustanowienia odznaczenia Krzyż Niepodległości (miała legitymację nr 2). Walczyła również o równouprawnienia kobiet, działała w Unii Obrończyń Ojczyzny. Zainicjowała, współredagowała i pomogła w wydaniu dwóch tomów, cenionych do dziś wspomnień uczestniczek działań niepodległościowych.

Aleksandra Piłsudska mocno przeżyła utrzymywanie przez męża zażyłych stosunków z lekarką Eugenią Lewicką – powszechnie sądzono, że to romans – w której w towarzystwie Piłsudski spędził zimę 1930/1931 na Maderze. Najbliższa przyjaciółka Aleksandry, Janina Prystorowa, wspominała, że „Ola jest struta, zmartwiona, na wpółprzytomna”. Po powrocie Piłsudskiego z Madery, Aleksandra zażądała od niego zerwania wszelkich kontaktów z Lewicką, co też się stało. Lekarka Eugenia Lewicka – zaszczuta, upokorzona i załamana – popełniła samobójstwo.

Aleksandra Piłsudska (trzecia od prawej w dolnym rzędzie) na spotkaniu dam wchodzących w skład organizacji zajmującej się losem sierot i bezdomnych dzieci, ofiar I wojny światowej, Warszawa 1934, Internet

– Po śmierci męża i wyprowadzeniu się z Belwederu na ulicę Klonową, Aleksandra podjęła się nowej roli – stała się strażniczką pamięci o Marszałku. To dzięki niej, ocaleniu przez nią pamiątek i gromadzeniu ich, powstało w 1936 r. Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze – twierdzi dr Tomasz Osiński z Oddziału IPN w Lublinie

Aleksandra Piłsudska w Londynie, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

 Na emigracji w Londynie

Aleksandra prowadziła szeroką działalność społeczną i charytatywną także na emigracji w Londynie, gdzie udało się jej z córkami ewakuować 28 września 1939 r., po wybuchu II wojny światowej. Emigracja była dla niej wielką tragedią – jej wieloletnia walka o Niepodległą legła w gruzach. Niemniej jednak, jak tylko mogła, pomagała innym, kształciła córki, nadal była kobietą czynu. To dzięki niej powstał w 1947 r. Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, a także w dużej mierze otwarte 14 sierpnia 2020 r. Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. W jego zbiorach są bowiem eksponaty i pamiątki z Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze, które w czasie II wojny światowej uległo likwidacji, a po wojnie jego zbiory zostały rozproszone.

Aleksandra Piłsudska ze Szczerbińskich zmarła 31 marca 1963 r. w Londynie, gdzie została pochowana na cmentarzu North Sheen. Jednak 28 października 1992 r. prochy jej przeniesiono do Warszawy i złożono w grobowcu rodzinnym na cmentarzu Powązkowskim, gdzie spoczywa razem z córkami Wandą i Jadwigą oraz z zięciem, kpt. Andrzejem Jaraczewskim.

Grób Aleksandry, Jadwigi i Wandy Piłsudskich oraz kapitana Andrzeja Jaraczewskiego na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, Internet

Znowu w Polsce

Córki, Wanda i Jadwiga Piłsudskie, powróciły w 1990 r. z Anglii do Polski. Założyły Fundację Rodziny Józefa Piłsudskiego, odzyskały Dworek i utworzono Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Jest ono od 2020 r. prowadzone wspólnie przez Fundację Rodziny Józefa Piłsudskiego oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Muzeum to pamięta o Pani Marszałkowej – w jej urodziny, 12 grudnia 2023 r., otworzyło dwie plenerowe wystawy biograficzne w dwóch muzeach: w Sulejówku oraz w warszawskich Łazienkach, zatytułowane „Moje wybory – Aleksandra Piłsudska”.

O swojej rodaczce pamiętają też suwalczanie. W okresie międzywojennym nie zerwała ona związków z Suwałkami. Wspierała lokalne inicjatywy, m.in. budowę gmachów dla szkół, od 1934 r. Szkoła Podstawowa nr 2 nosi jej imię. W 1935 r. A. Piłsudska została uhonorowana tytułem „Honorowy Obywatel Miasta Suwałk”. Ma też tablicę na rodzinnym domu (obecnie to W. Gałaja 47), jest nad Czarną Hańczą patronką jednej z ulic, gotowy jest też jej pomnik (pierwszy w Polsce), który wkrótce ma być odsłonięty.

 

Dworek „Milusin” w Sulejówku, obecnie, Internet

 

WALETR ALTERMANN: Sadyści językowi czyli merytoryka incjatyw

W „Śniadaniu Rymanowskiego” w Polsacie, podczas ostrej dyskusji politycznej pani Magdalena Biejat, senator Lewicy, rzuca tekst, który przeraża okrucieństwem: „Ciągle widzicie igłę w cudzym oku, a nie widzicie we własnym”.

No cóż, można powiedzieć, że pani senator padła ofiarą tzw. wiedzy niekompletnej. To znaczy, coś słyszała, coś o czymś w oku, ale nie zapamiętała. Taka niedokładna wiedza bywa najgorsza. Nie każdy przecież musi znać Nowy Testament, ale jeżeli nie zna niech nie cytuje.

Pani senator sadystka

W tym przypadku jest jeszcze gorzej, bo pani Biejat jest zawodową tłumaczką z hiszpańskiego. Jeżeli więc tak tłumaczy jak mówi… groza czytać jej przekłady.

Dosłowny cytat kulturowy brzmi tak: Źdźbło w oku bliźniego widzi, a belki w swoim nie dostrzega” (MAT. 7: 3-5). Jak więc widzimy u Mateusza o żadnej igle mowy nie ma. Mateusz był surowym wyznawcą Chrystusa, ale przecież nie sadystą!

Merytoryka to nie poetyka

Niestety rozpanoszyła się na dobre „merytoryka”. Mówią o niej, przywołują właściwie wszyscy. Tymczasem w języku polskim takie słowo nie istnieje. Coś może być merytoryczne, ale merytoryki nie ma. Bo nie jest ani gałęzią nauki, ani techniki, ani pojęciem z pogranicza moralności i etyki.

Podobnie jak powyżej omówiona merytoryka, nie istnieje również „incjatywa”. Tymczasem ostatnio nawet premier Morawiecki w sejmowym wystąpieniu mówił o jakiejś „incjatywie”. Co prawda od czasu do czasu mówił też o „inicjatywie”, ale jednak błąd był.

Inicjatywa

Wyjaśnijmy zatem, że w języku polskim mamy jedynie „inicjatywę”, która pochodzi od łacińskiego initio – zaczynam. A oznacza według słownika języka polskiego występowanie z projektem, dawaniem pomysłu, rzucaniem myśli, zapoczątkowaniem.

Dzisiaj „incjatywa” pojawia się jako tzw. niechlujny skrótowiec. O „incjatywie” po raz pierwszy słyszałem za komuny, zawsze z nieodłącznym „prywatna”. Owa „prywatna incjatywa” była eufemizmem na oznaczenie prywatnych przedsiębiorstw – tak w produkcji, jak w handlu i usługach. Minęło tyle lat, komuna umarła, ale „incjatywa” nadal żyje, szkoda.

In plus, czy na dobre?

„Zagrał bilę niedokładnie, ale może wyjdzie mu to in plus” – mówi sprawozdawca snookera. Z tym „in plus” mamy kłopot nowobogackich intelektualnie.

Człowiek bez kompleksów nie wstydziłby się powiedzieć po prostu, że coś, co mogło wydawać się kłopotem, wyszło jednak na dobre. Ale – niestety – mamy w kraju coraz więcej osobników, którzy chcą uchodzić za ludzi z wyższych sfer i walą po uszach tym „in plusem”. Smutne to, ale prawdziwe.

Obława

Niedawno Polską wstrząsnęło okrutne morderstwo. Ojciec, zabiwszy syna, ukrywał się w lesie, w okolicach Gdyni. Policja zarządziła obławę, żeby ująć zbrodniarza. Tematem – co oczywiste – zajęły się najpoważniejsze stacje telewizyjne, gazety oraz Internet. I tu doszło do kilku przykrych zdarzeń językowych.

Dotyczyły one wspomnianej „obławy”. Najpierw TVP oraz Polsat mówiły o „obławie za napastnikiem”, tak jak mówi się „o pogoni za napastnikiem”. Jedynie TVN informował o „obławie na napastnika”. I tym razem to TVN miał rację.

Żeby nie wdawać się w zbyt długie wyjaśnianie. Obława jest na kogoś, na coś – na przykład na jakiegoś zwierza. Tu przypomnę refren „Obławy” – piosenki Jacka Kaczmarskiego, barda Solidarności:

Obława, obława na młode wilki obława

Te dzikie zapalczywe, w gęstym lesie wychowane…

Bandzior czy bandyta

Przy okazji innej zbrodni, tym razem we Wrocławiu, mogliśmy usłyszeć w TVN, że dwaj osobnicy, którzy napadli na ochroniarza kantoru wymiany pieniędzy, to „bandziory”.

Bardzo przepraszam, ale to jest głębokie nieporozumienie. Otóż, osobnik atakujący., w celach rabunkowych innego człowieka, raniący go nożem to „bandyta”. Natomiast „bandzior” to jedynie jakiś osiedlowy chuligan, człowiek tylko potencjalnie zagrażający życiu i zdrowiu innych. „Bandzior” to osobnik, z którego prawdopodobnie dopiero wyrośnie bandyta. Ja wiem, że są to subtelne różnice, ale język własny trzeba znać dobrze, skoro bierze się za posługiwanie się nim pieniądze.

 

KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: W poszukiwaniu świata, takiego jakim powinien być…

To nie będzie poradnik ani tym bardziej namawianie do emigracji. Bo taki wyjazd jest decyzją indywidualną, bardzo poważną, zmieniającą całe życie. Czasem nawet katastrofalną w skutkach, częściej jednak wyzwalającą nowe możliwości. A więc to raczej próba innego spojrzenia na świat, na nowe wyzwania, nowe kultury, wartości, krajobrazy i przede wszystkim na innych ludzi. 

Pojęcie „emigracja”, wywodzi się od łacińskiego słowa „emigratio”, co oznacza opuszczenie ojczyzny. Emigracja może być czasowa albo trwała, dobrowolna lub przymusowa. Również jej powody mogą być bardzo różne. Bywa, że ma oblicze polityczne, zarobkowe, religijne lub rodzinne. Wybór życia na obczyźnie może mieć także osobiste przyczyny – na przykład poszukiwanie nowych perspektyw zawodowych, chęci zmiany otoczenia lub po prostu pogoni za przygodami w obcym kraju.

W wieku XXI emigracja stała się zjawiskiem globalnym. Obecne „wędrówki ludów” różnią się jednak znacząco od tych z poprzednich epok. Dzięki rozwojowi technologii, telekomunikacji i globalizacji nie oznaczają – przynajmniej dla dobrowolnych tułaczy – całkowitego zerwania z miejscem urodzenia, tęsknoty za nim i izolacji.

Inaczej jest oczywiście w przypadku uciekinierów wojennych, banitów politycznych czy nomadów ekonomicznych. Ich decyzje o wyjeździe implikują najczęściej wojny, konflikty polityczne, katastrofy naturalne i sytuacje kryzysowe. Tacy ludzie szukają schronienia, bezpieczeństwa, stabilności i lepszych warunków bytowych. Stąd fale „nachodźców” do Unii Europejskiej – z Azji środkowej, z Bliskiego Wschodu i z Ukrainy. Albo z Meksyku do USA. Ale to osobny temat…

W ostatnim stuleciu emigracja nie jest już zjawiskiem nieodwracalnym, drogą w jedną stronę. Stała się bardziej dostępna. Rozwój transportu lotniczego, cyfrowych środków komunikacji i wzrost ogólnego poziomu życia na świecie, zachęca do wyjazdu z ojczyzn obywateli wielu krajów wysokorozwiniętych. Ludzie ci poszukują nie tylko pracy, ale także tańszej edukacji, doświadczeń kulturowych czy lepszego standardu życia na emeryturze. W aspekcie społecznym, przemieszczanie się pomiędzy państwami czy kontynentami, sprzyja wymianie kulturowej i zwiększa porozumienie między różnymi społecznościami. Nie zawsze bowiem „wielokulturowość”, jaką znamy z wielkich miast Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, oznacza wzrost przestępczości, kryzysy etniczne i religijne.

Ekspaci z państw zachodnich są przykładem tego, że imigracja może wzbogacać kulturowy i gospodarczy krajobraz „nowych ojczyzn”. Że może oferować ich mieszkańcom znaczące korzyści – dostarczać fundusze, technologie, kompetencje. I że daje szansę na budowę bardziej otwartych, zintegrowanych i dynamicznych społeczeństw. I to na warunkach tubylców, to znaczy według ich zasad i ich norm prawnych.

Wyspiarskie raje nie dla wszystkich

Władze wielu państw rozwijających się aktywnie zachęcają zamożnych, wykwalifikowanych Europejczyków do osiedlania się w swoich granicach. Tworzą specjalne programy dla cudzoziemskich pracowników, ich rodzin, a nawet dla seniorów. Wśród nich najbardziej atrakcyjne są Seszele, Malediwy, Zanzibar, Bali, Fidżi, Karaiby i Mauritius. Te oceaniczne wyspy oferują nie tylko wieczne lato lecz także bezpieczeństwo i stabilność.

W każdym z tych państw polityka imigracyjna jest nieco inna. Zależy głównie od kondycji gospodarczej i lokalnej specyfiki. Na przykład położone na Oceanie Indyjskim Seszele, będąc małym państwem wyspiarskim, stosują dość restrykcyjną politykę imigracyjną w kontekście długoterminowego pobytu i pracy. Większość imigrantów musi posiadać specjalne wizy, które są wydawane wyłącznie na podstawie konkretnych ofert pracy. Tu ekspaci znajdują zatrudnienie głównie w branży turystycznej, hotelarskiej i usługowej. Są to najczęściej wykwalifikowani obywatele Indii, Sri Lanki, Filipin i krajów afrykańskich. Państwo zapewnia im nienajgorsze warunki życia i relatywnie wysokie zarobki, dzięki czemu imigranci szybko się aklimatyzują. Jednak, nie chcąc doprowadzać do nadmiernego wzrostu liczby imigrantów, władze wprowadziły przepisy dotyczące zakupu nieruchomości przez cudzoziemców. Zakup taki jest wprawdzie możliwy, ale wiąże się z wysokimi opłatami.

Podobnie jest na oddalonych o dwa tysiące kilometrów na wschód od Seszeli Malediwach. Również ta republika obficie korzysta z pracy imigrantów – przeważnie z krajów Azji Południowej, takich jak Bangladesz, Indie czy Sri Lanka. Cudzoziemcy zatrudniani są głównie w hotelach, restauracjach, na budowach i w usługach. I pomimo, że odgrywają kluczową rolę w budowaniu gospodarki narodowej, ich obecność reguluje restrykcyjne prawo imigracyjne. Dlatego większość przybyszów przebywa na wyspach na podstawie krótkoterminowych wiz pracowniczych – przy czym, możliwości uzyskania stałego pobytu i zakupu nieruchomości są mocno ograniczone.

Z kolei Zanzibar, będący częścią Zjednoczonej Republiki Tanzanii, to miejsce, które przyciąga głównie zamożnych seniorów z Europy Zachodniej, pragnących spędzić jesień życia na malowniczych plażach. Dla nich właśnie rząd Tanzanii stworzył przepisy umożliwiające kupno nieruchomości. Rezydenci Zanzibaru nie mogą jednak posiadać gruntów na zasadzie pełnej własności. Lokalne prawo zakłada jedynie możliwość użytkowania wieczystego – okres dzierżawy zwykle wynosi od 33 do 99 lat, ale po jej wygaśnięciu istnieje możliwość odnowienia umowy.

Podobnie jest na indonezyjskiej wyspie Bali. Tu, tak samo jak w całej Indonezji, również istnieją ograniczenia dotyczące własności gruntów – cudzoziemcom oferuje się jedynie prawo użytkowania nieruchomości na określony czas, zwykle na 25 do 30 lat z możliwością prolongaty. Przepisy pozwalają ekspatom na budowę domu lub innego obiektu na wynajętej ziemi, ale nie wolno im posiadać gruntów na zasadzie pełnej własności. Taka możliwość zarezerwowana jest wyłącznie dla obywateli Indonezji.

Prawo pobytu za inwestycję

Na zakup nieruchomości obcokrajowcom zezwala natomiast rząd Fidżi. W tym pacyficznym raju obowiązuje jednak szereg ograniczeń – cudzoziemcom nie wolno na przykład kupować ziemi należącej do rdzennej społeczności Fidżyjczyków. A jest to spore ograniczenie, bo tego rodzaju grunty stanowią aż 83% całkowitej powierzchni wysp. Podobnie jak w innych republikach pacyficznych, imigranci mogą nabywać prawo do użytkowania gruntów na zasadzie dzierżawy długoterminowej. Umowy najmu zawierane są na okres nie dłuższy niż 99 lat – w zależności od lokalizacji i rodzaju nieruchomości.

Dużo łatwiej kupić posiadłość na Karaibach. Tu, poszczególne republiki oferują cudzoziemcom szerokie możliwości, zarówno zakupu nieruchomości jak i uzyskania obywatelstwa. Sposobem na uzyskanie stałego pobytu są inwestycje – tzw. programy „obywatelstwo przez inwestycje” (CBI). W części krajów proces uzyskania zgody jest szybki i przejrzysty, podczas gdy w innych może wymagać wielu pozwoleń, rejestracji lub nawet zezwolenia instytucji rządowych. Szczególne ułatwienia dają ekspatom republiki Saint Kitts i Nevis, Dominika, Grenada, Saint Lucia oraz i Antigua i Barbuda.

Prekursorem tego rodzaju osadnictwa jest Federacja Saint Kitts i Nevis, oferująca jedną z najszybszych ścieżek do obywatelstwa – nawet w ciągu paru miesięcy. Inwestycja może obejmować zakup nieruchomości lub wpłatę na któryś z funduszy rządowych. Program ten jest popularny ze względu na swoją efektywność i szerokie możliwości podróżowania bez wizy. Również, położona zaledwie 200 kilometrów na północ od wybrzeży Wenezueli, Grenada ma swój unikatowy program CBI. Jego uczestnicy mogą otrzymać tzw. wizę E-2, która daje inwestorom i ich rodzinom możliwość prowadzenia biznesu i zamieszkania w Stanach Zjednoczonych. Obywatelstwo tego kraju otrzymuje się po dokonaniu zakupu nieruchomości lub wpłaceniu odpowiedniej sumy na fundusz narodowy.

Na tle wyspiarskich rajów najbardziej wyróżnia się jednak Mauritius. Ta, licząca niewiele ponad 1,2 mln mieszkańców, republika leży na turkusowych wodach Oceanu Indyjskiego, około 2000 km na wschód od wybrzeży Mozambiku. Malownicze wyspy są ulubionym miejscem wypoczynku Europejczyków, Amerykanów, Azjatów i Afrykanerów z RPA. Magnes stanowią dla nich nie tylko bogactwo krajobrazów i hindusko-postkolonialna mozaika kulturowa, lecz przede wszystkim stabilność polityczna i gospodarcza kraju. Dodatkową zachętą dla imigrantów są niskie podatki i atrakcyjne programy inwestycyjne, umożliwiające pobyt stały.

Wysoka stopa zwrotu

W przeciwieństwie do wielu egzotycznych lokalizacji, w których biurokracja i korupcja są nieodłącznymi elementami procesu zakupu nieruchomości, Mauritius oferuje w tym zakresie wyjątkowo przejrzyste procedury. I to właśnie czyni z wyspy prawdziwy raj dla imigrantów, poszukujących harmonijnego połączenia biznesowych możliwości, wysokiej jakości życia i niezakłóconej urody naturalnego środowiska. W tym kontekście, Mauritius od kilku dekad wyznacza standardy, do których inne afrykańskie państwa dopiero aspirują.

Rząd Republiki Mauritiusu oferuje zagranicznym inwestorom kilka innowacyjnych programów. Najważniejsze z nich to Integrated Resort Scheme (IRS) i Property Development Scheme (PDS). Programy te umożliwiają zakup nieruchomości, dając jednocześnie prawo uzyskania stałego pobytu.

Integrated Resort Scheme – to program, który umożliwia cudzoziemcom zakup luksusowych willi i apartamentów w zintegrowanych kurortach, oferujących wiele udogodnień, takich jak pola golfowe, spa, mariny czy centra konferencyjne. Cena nieruchomości w ramach tego programu musi wynosić co najmniej 500 tys. dolarów. Cudzoziemcy, którzy kupią nieruchomość w ramach IRS, otrzymują automatycznie zezwolenie na pobyt na Mauritiusie.

Drugim programem dla cudzoziemców jest Property Development Scheme. Program ten umożliwia cudzoziemcom zakup nieruchomości w zrównoważonych i zdywersyfikowanych projektach deweloperskich, oferujących mieszkalne, komercyjne i rekreacyjne obiekty. Inwestycja w nieruchomości w ramach tego programu musi wynosić co najmniej 375 tys. dolarów. Również w tym przypadku obcokrajowcy, którzy wezmą udział w programie PDS otrzymają automatycznie zezwolenie na pobyt stały na wyspie.

Nie są to oczywiście sumy małe, ale zyski mogą być wyjątkowe. Średnia stopa zwrotu z inwestycji (ROI) w nieruchomości turystyczne na wynajem krótkoterminowy może zaskoczyć nawet doświadczonych przedsiębiorców. Przykładowo w Polsce przeciętna stopa zwrotu z wynajmu mieszkania wynosi od 2,4 do 4,2 proc. – i to tylko w przypadku, jeśli inwestycja była w pełni finansowana gotówką. Tu ten sam wskaźnik wynosi od 5 do 15 proc. w skali roku. Oczywiście w zależności od lokalizacji nieruchomości, jej standardu, umiejętności zarządzania oraz ogólnej kondycji rynku turystyki w regionie – np. w okresie pandemii cała branża praktycznie się załamała.

Naturalnie najbardziej poszukiwane są nieruchomości położone w popularnych miejscach turystycznych, takich jak Flic en Flac, Grand Baie, Le Morne, Belle Mare, czy Blue Bay. W miejscowościach tych średnia cena za metr kwadratowy wynosi około 5000 euro. One też mają najwyższy potencjał wynajmu i mogą generować szybszy zwrot nakładów. Wyższe stawki wynajmu generują również dodatkowe udogodnienia, takie jak basen, korty, pola golfowe, czy widok na morze i góry.

Istnieją oczywiście miejsca tańsze – na przykład miejscowość Curepipe, położona w środkowej części wyspy, na wysokości ponad 500 metrów nad poziomem morza. To największe miasto na Mauritiusie, oferuje nieruchomości za średnią cenę około 1500 euro za metr kwadratowy. Podobnie jest w sąsiednim Quatre Bornes, będącym centrum handlowym i przemysłowym wyspy. Tutaj średnia cena za metr kwadratowy nieruchomości wynosi około 2000 euro. Niewiele droższy jest Mahebourg, leżący na południowo-wschodnim wybrzeżu, w pobliżu międzynarodowego lotniska. Chętni na osiedlenie się w tym urokliwym, kolonialnym miasteczku muszą liczyć się z kosztem 2,5 tysiąca euro za metr kwadratowy.

O wiele taniej jest na oddalonej o prawie 600 km od Mauritiusa wysepce Rodrigues. Tu średnia cena metra kwadratowego to zaledwie 1000 euro. Różnica ta wynika z faktu, że Rodrigues jest znacznie słabiej rozwiniętą wyspą niż Mauritius. Ta część republiki jest także mniej popularna wśród turystów i inwestorów. Ponadto, obcokrajowcy muszą tu uzyskać specjalne zezwolenie na zakup domu od lokalnego rządu Rodrigues.

Mauritius – raj na ziemi

Zagraniczne inwestycje przynoszą szereg korzyści również wyspiarzom. Właśnie dzięki nim Mauritius posiada stabilną, szybko rozwijającą się gospodarkę i wzorowany na zachodnich demokracjach system polityczny. Te czynniki zapewniają zarówno Maurytyjczykom, jaki i przybyszom poczucie bezpieczeństwa i pewność inwestycji, które w połączeniu z wysokim standardem życia, doskonałą infrastrukturą, nowoczesnymi usługami medycznymi i tradycyjną gościnnością, czyni to miejsce prawdziwym rajem.

Życie na Mauritiusie nie różni się znacząco od tego, co oferuje Europa. Można tu znaleźć wszystko, co potrzebne do codziennego funkcjonowania – szpitale, szkoły, uniwersytety, teatry, centra handlowe. A po pracy można skorzystać z wielu form rozrywki i rekreacji – z pól golfowych, safari, parków i muzeów. Nie wspominając o głównej atrakcji wyspy – niesamowitej przyrodzie z jej egzotycznymi zwierzętami, endemiczną roślinnością i bajecznymi krajobrazami.

Może to zabrzmi naiwnie, ale wierzę, że emigracja może być szansą dla tych wszystkich, którzy mają dosyć polityki, konsumpcjonizmu, straszenia ociepleniem klimatu i kolejnymi pandemiami. Szansą na lepsze i spokojniejsze życie, na to, żeby poznać, zrozumieć i polubić świat. Takim, jakim powinien być.

 

Nieukarana zbrodnia komunistyczna – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina masakrę w kopalni „Wujek”

Zomowiec Romuald S., członek plutonu specjalnego pacyfikującego strajk w kopalni „Wujek”, został skazany na trzy i pół roku więzienia. Górnik Stanisław Płatek, przewodniczący zakładowego komitetu strajkowego w grudniu 1981 r., ranny wskutek kul ZOMO, który opowiedział mi o masakrze, usłyszał wyrok: 4 lata więzienia.

Od 1993 r. Płatek był pełnomocnikiem posiłkowym w procesie zomowców: „Nie braliśmy pod uwagę, że będą strzelali, myśleliśmy, że władza wyciągnęła wnioski z wydarzeń 1970 r. na Wybrzeżu, zresztą generał Jaruzelski w swoim wystąpieniu mówił, żeby nie polała się ani jedna kropla polskiej krwi. Słyszeliśmy, że są ranni na Manifeście Lipcowym, tylko nie wiedzieliśmy, w wyniku czego odnieśli obrażenia. Gdybyśmy mieli informacje, że strzelano do nich z broni palnej, to wydarzenia mogły potoczyć się inaczej”.

 „Boże coś Polskę”

„Przyszli nocą w uśpiony dom

Wyciągali nas chyłkiem, jak zbóje

Drzwi zamknięte otwierał łom

Idą, idą pancry na Wujek”

(piosenka „Idą pancry na Wujek”, autorstwa Macieja Bieniasza)

16 grudnia 1981 r. do strajkującej załogi kopalni „Wujek” między godz. 8:00 a 9:00 rano przychodzi płk Piotr Gębka w towarzystwie wojskowych. Przekonuje załogę, że powinna się poddać, gdyż jest jedynym strajkującym zakładem w Polsce. Górnicy zagłuszają go, śpiewając „Boże coś Polskę”. Oświadczają, że nie będą się bronić, jeśli na teren kopalni wejdzie wojsko, dadzą natomiast odpór siłom MO.

Stanisław Płatek: „Wiedzieliśmy, że wojsko jest wyposażone w broń palną nie tylko po to, aby z nią paradować. Nie spodziewaliśmy się, że zostaną wprowadzone oddziały ZOMO, tym bardziej Pluton Specjalny, o którego istnieniu w ogóle nie słyszeliśmy”.

Zakład jest okrążony przez czołgi i wozy pancerne. Pułkownik Gębka daje strajkującym godzinę na opuszczenie kopalni.

„W tłum przy bramie, do matek i żon

Z płacht na murach klejonych zlatuje

Czarną treścią komunikat WRON

Idą, idą pancry na Wujek”

Strzały z 20 metrów

Rozpoczyna się pacyfikacja. Po godz. 10:00 na teren „Wujka”, po staranowaniu muru, wjeżdża czołg, a za nim wkracza oddział ZOMO. Po kilku próbach inny czołg rozbija barykadę na bramie wjazdowej. Uzbrojeni w tarcze i przyłbice zomowcy wchodzą na plac przed kotłownią. Około godz. 12:00 do akcji włącza się helikopter. Zomowcy rzucają pociski z gazami łzawiącymi i świecami dymnymi wprost na górników, którzy odrzucają je. Wszędzie unosi się dym.

Stanisław Płatek: „Początek pacyfikacji wskazywał na to, że ta wydawałoby się niewinna broń, czyli granaty łzawiące, może spowodować poważne obrażenia ciała i nawet potężnego chłopa zwalić z nóg. Na własne oczy widziałem, jak granat trafił kolegę w skroń, i dopiero na punkcie sanitarnym zaczął dawać oznaki życia. Okazało się, że ma wstrząs mózgu”.

Górnicy unieszkodliwiają czołg, wkładając między jego koła pręty. Około godz. 12:30 czołgi strzelają z dział pustymi nabojami. Dochodzi do pojedynczych starć wręcz. Zomowcy wycofują się pod magazyn odzieży, a następnie poza teren kopalni. Gdy wydaje się, że walka jest zakończona, padają strzały. Są zabici i ranni.

„Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń

Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje

Już milicja repetuje broń

Idą, idą pancry na Wujek”

Stanisława Płatka kula trafia w prawe ramię. Udaje mu się jeszcze ostrzec górników, że napastnicy strzelają ostrą amunicją.

„- Czy widział pan człowieka, który do pana strzelał?

– Nie, ale strzały musiały paść z odległości ok. 20 metrów. Podobnie jak inni górnicy zostałem ranny w okolicach bramy głównej, na wąskim odcinku między murem a nieistniejącym dziś budynkiem wagi drobnicowej. Cały czas strzelali ślepą amunicją. W tym huku łatwo było schować strzały z broni palnej. Wszyscy zabici zostali trafieni w górne części ciała, najczęściej w głowę – świadczy to o tym, że nie były to strzały przypadkowe. Do dziś nie mogę nadmiernie obciążać prawego ramienia”.

„Płoną znicze ku zabitych chwale

Ale zgasła nadzieja na potem

Gdzie twe czyste ręce, generale?

Zawracają pancry z powrotem”

Walka z napastnikami trwa dalej. Oddział MO, który wkracza od strony bramy kolejowej, zostaje odparty. Górnicy biorą trzech zakładników. Przeliczają ich amunicję i okazuje się, że ci funkcjonariusze nie strzelali. Rannych górników funkcjonariusze MO wywlekają z sanitarek, zrywają opatrunki. Załoga jednej z karetek pogotowia zostaje pobita.

Krzyż

Stanisław Płatek: „Sanitarek nie wpuszczano na teren kopalni. Rannych wynosiło się pod bramę wjazdową, pod budynek dyrekcji i tam pakowało do sanitarek. Jechałem sanitarką razem z kolegą Wójcikiem i po 200 metrach zostaliśmy zatrzymani przy torach kolejowych. Wójcika, który leżał na noszach, wyciągnęli za nogi, mnie też wyprowadzili z samochodu. Najpierw funkcjonariusz zażądał dowodu osobistego, ale my byliśmy w ubraniach roboczych i mieliśmy tylko znaczki identyfikacyjne, potem sprawdził na kartce nazwisko. Doprowadził mnie przed dwóch oficerów – jednym z nich był dowódca jednostki ZOMO, płk Kazimierz Wilczyński. Na głowie miałem założony opatrunek, a on zaczął dowcipkować, że musiałem zadrapać się gdzieś na dole. Zamierzył się na mnie, ale nagle z tyłu zjawił się porucznik wojska – lekarz, który wziął mnie do sanitarki wojskowej i zbadał. Długo tam nie byłem. Przeładowano mnie do milicyjnej sanitarki i przewieziono do szpitala MSW”.

Ogień zostaje przerwany ok. godz. 13:00. Około godz. 14:00 płk Piotr Gębka, razem z komisarzem wojskowym zjednoczenia płk. Wacławem Rymkiewiczem i dyrektorem kopalni, udaje się do górników. Strajkujący przedstawiają warunki przerwania strajku: odwołanie stanu wojennego, uwolnienie Ludwiczaka, wycofanie oddziałów ZOMO, podanie do publicznej wiadomości informacji o wydarzeniach w kopalni, w tym o zabitych i rannych, oraz ujawnienie nazwiska dowódcy akcji. Pułkownik Gębka oświadcza, że warunki nie zostaną spełnione. Górnicy prowadzą wojskowych do stacji ratownictwa, gdzie leżą ciała zabitych, wydają również broń zatrzymanych wcześniej zakładników. Około godz. 17:00 strajkujący, po długiej naradzie, łagodzą warunki przerwania strajku: swobodne opuszczenie kopalni, podstawienie dla nich autobusów, wycofanie z okolicy kopalni oddziałów ZOMO, niewyciąganie konsekwencji karnych i dyscyplinarnych. Zakładnicy zostają zwolnieni. Około godz. 19:00 górnicy opuszczają teren kopalni. Przed odejściem, przy ścianie kotłowni, w miejscu gdzie polegli ich koledzy, wkopują krzyż przyniesiony ze stacji ratownictwa.

Do końca PRL władze zakazują oddawania czci zabitym górnikom. W 1991 r. w miejscu krzyża powstaje pomnik.

Warto było?

9 lutego 1982 r. Stanisław Płatek dostaje najwyższy wyrok – 4 lata (prokurator Kleczkowski żąda nawet 15 lat): „Do 31 grudnia przetrzymywali mnie w szpitalu więziennym w Bytomiu, w sylwestra otrzymałem nakaz tymczasowego aresztowania. Nikt nie powiadomił rodziny, gdzie jestem, szukali mnie we wszystkich szpitalach w okolicy. Ojciec odnalazł mnie dopiero 25 grudnia. W czerwcu 1982 r. przewieziono mnie do aresztu śledczego w Zabrzu”.

W więzieniu przesiedział w sumie 14 miesięcy, zwolniono go 8 lutego 1983 r. – w dniu urodzin jego syna.

„Czy warto było?” – zastanawia się Stanisław Płatek. – „Dla przemian, które nastąpiły w kraju – tak, dla ofiar, które mieliśmy – nie, bo nic nie jest warte ofiary życia. Nikt nie mógł przewidzieć, że władza ludowa po raz kolejny sięgnie po broń przeciwko robotnikom”.

W więzieniu nie miał możliwości rehabilitacji przestrzelonego ramienia. Po pół roku od odzyskania wolności – dzięki pomocy przyjaciół – odzyskał władzę w prawej ręce i zaczął szukać pracy.

„Nie chcieli mnie w górnictwie ani w drugim wyuczonym zawodzie – ślusarstwie. Miałem wilczy bilet. Oferowano mi wyjazd z Polski – w ciągu 24 godzin mogłem dostać wizę do dowolnego kraju. W końcu zatrudniłem się w brygadzie remontowej klubu sportowego „Gwarek” w Tarnowskich Górach. Problemów nie robiono, bo prezesem klubu był wysoki funkcjonariusz SB i pozostawałem pod stałą obserwacją”.

Na terenie Tarnowskich Gór zaangażował się w działalność podziemnych struktur, które podlegały Jerzemu Buzkowi. W marcu 1989 r. reaktywowali Solidarność. Płatek do kopalni wrócił w 1993 r.

„13 grudnia 1992 r. wyrokiem Sądu Najwyższego – Izby Wojskowej zostałem uniewinniony, co pozwoliło mi ponownie starać się o pracę. Myślałem, że wyrok przywróci mi wszystkie prawa pracownicze, ale w kopalni „Wujek” odpowiedzieli, że nie są zainteresowani moją ofertą pracy”.

Ranni i zabici

Przy pacyfikacji kopalni brało udział: 6 kompanii ZOMO, 4 kompanie ROMO, 1 kompania NOMO, 1 kompania KW MO, 6 kompanii piechoty, 6 plutonów czołgów, 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO; 7 armatek wodnych, helikopter, 55 wozów BWP.

Podczas pacyfikacji od kul poległo 9 górników:

Józef Czekalski – lat 48,

Krzysztof Giza – lat 24,

Ryszard Gzik – lat 35,

Bogusław Kopczak – lat 28,

Andrzej Pełka – lat 19,

Zbigniew Wilk – lat 30,

Zenon Zając – lat 22,

Joachim Gnida – lat 28, zmarł 2 stycznia 1981 r. nie odzyskawszy przytomności,

Jan Stawisiński – lat 21, zmarł 24 stycznia 1982 r. w szpitalu w Katowicach-Ochojcu nie odzyskawszy przytomności.

Rany postrzałowe odniosło 21 górników: Piotr Babrakowski – rany postrzałowe obu ud, Bernard Białas – rany postrzałowe brzucha, przedramienia i nogi, Mirosław Bronisz – rana postrzałowa głowy, Jerzy Brzeziński – rana postrzałowa klatki piersiowej i twarzy, Roman Czernik – rana postrzałowa ręki, Bogdan Dolny – rana postrzałowa podudzia, Jan Futyma – rana postrzałowa ręki, Marian Giermuziński – rana postrzałowa klatki piersiowej, Władysław Kościelniak – rana postrzałowa nogi, Henryk Kwol – rana postrzałowa ramienia, Wiesław Łobień – rana postrzałowa łokcia, Józef Mikos – rany postrzałowe twarzy i obojczyka, Bogdan Nadolny – rana postrzałowa podudzia, Tadeusz Piecyk – rana postrzałowa miednicy, Henryk Pikos – rana postrzałowa ręki, Stanisław Płatek – rana postrzałowa ramienia, Zbigniew Szafraniec – rana postrzałowa ramienia, Zygmunt Szkoła – rana postrzałowa ramienia, Władysław Wójcik – rana postrzałowa kolana, Zbigniew Wójcik – rana postrzałowa ręki, Józef Żmuda – rana postrzałowa łopatki.

Podczas operacji funkcjonariusze SB skonfiskowali pociski wyjęte z ciał rannych. 22 górników odniosło innego rodzaju obrażenia wymagające hospitalizacji: zatrucie gazem, uszkodzenie gałek ocznych. W styczniu 1982 r. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo w sprawie użycia broni. Zdaniem prokuratora porucznika Janusza Brola broń została użyta w obronie własnej.

9 lutego 1982 r. członkowie Komitetu Strajkowego otrzymali wyroki:

Stanisław Płatek – 4 lata,

Marian Głuch i Adam Skwira – 3 lata,

Jerzy Wartak – 3,5 roku.

Członkowie Komitetu Strajkowego: Zbigniew Lubasiński został internowany i zwolniony z pracy, Mieczysław Pieronkiewicz – internowany, Kazimierz Rembilas – internowany za pomoc rodzinom ofiar.

Za strajk były również sądzone osoby, nie będące w Komitecie Strajkowym:  Janina Jakubowicz – sekretarka KZ, wspomagająca Komitet Strajkowy, szykanowana podczas śledztwa – sądzona pod spreparowanymi zarzutami wzywania kobiet i dzieci do walki,

Jan Wielgus – wyrok w zawieszeniu,

Jan Haśnik – wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej, uniewinniony,

Zdzisław Kubat – odpowiadał z wolnej stopy, uniewinniony,

Stanisław Saternus – członek Komisji Zakładowej, uniewinniony,

Zbigniew Szafraniec – jeden z górników postrzelonych podczas pacyfikacji, składał zeznania w procesie członków Plutonu Specjalnego w czerwcu 1994 r. 28 lub 29 grudnia 1994 r. zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Według oficjalnej wersji: samobójstwo. Wielu górników biorących udział w strajku zwolniono z pracy.

 

CEZARY KRYSZTOPA: O czym mamy się nie dowiedzieć?

Mam dojmujące uczucie deja vu. Nie wiem, jakiego konkretnie błędu Matrixa jest to efektem, ale gwałtownie wracają co mnie wszystkie odczucia jakie wywoływała obserwacja polityki w latach 2007-2014. Kto to również robił w tamtych latach pamięta metody prowadzenia polityki zakulisowej. Czego mieliśmy nie dostrzegać? Likwidacji projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej i resetu z Rosją (jeszcze później, konsekwencji i śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej, ale to się akurat nie udało).

Naszą uwagę miały odwracać, a to rzekome „kastrowanie pedofilów”, a to wycie obłąkanego bydła wokół ludzi broniących Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a to wybryki zakały polskiego parlamentaryzmu „świńskiego ryja” Janusza Palikota. Podczas gdy rozmontowywano podstawy polskiego bezpieczeństwa, obowiązywała narracja miłości (brzmi znajomo?) i obowiązująca „zaprzyjaźnione media” zasada, że „co złego to nie Donald”, ostatecznie o niczym nie wiedział, ale „teraz się wściekł i wszystko będzie dobrze”.

Zbiegi okoliczności

W ostatnich dniach pierwszy flashback miałem po małpim zachowaniu posła Platformy Jakuba Rutnickiego, który na oczach Marszałka Sejmu Szymona Hołowni, zarzekającego się, że niczego nie widzi, szarpał posła Suwerennej Polski Jacka Ozdobę. Chwilę później „zaprzyjaźnione media” zaczęły mnie zapewniać, że „Donald się wściekł” z powodu Afery Wiatrakowej. No i teraz ten Braun.

Ja nie mam oczywiście żadnych dowodów, nic mi nie wiadomo o tym, żeby jego wybryk polegający na zgaszeniu chanukowej menory gaśnicą w Sejmie, miał być z kimkolwiek uzgadniany, ale trudno mi się opędzić od wrażenia, jaki to fortunny dla Donalda Tuska zbieg okoliczności. Nikt już nie mówi o Aferze Wiatrakowej, nikt nie chce zadawać pytań o puste jak bęben Rolling Stones’ów, expose, nikt właściwie nie pamięta, co tam orzekł Sąd Najwyższy w sprawie odpowiedzialnego za lot do smoleńska koleżki Donalda Tuska Tomasza Arabskiego.

To, że przy okazji jest to zbiegiem okoliczności niesłychanie fortunnym dla niemieckiej propagandy, która boryka się z realnym wzrostem antysemityzmu w Niemczech, rosyjskiej propagandy poszukującej argumentów do „denazyfikacji” Polski i na dokładkę propagandy środowisk żydowskich usiłujących ściągnąć z Polaków nienależny haracz, to już doprawdy, w tej sytuacji, didaskalia.

Co ma nam umknąć?

Najistotniejszym pytaniem, nie jest bowiem pytanie o to, co widać, niezależnie od tego jak bardzo są w rzeczywistości powiązane powyższe elementy. Najistotniejszym pytaniem wydaje się raczej pytanie o to, czego nie widać? Pytanie o to, na co nie mamy zwrócić uwagi.

Tak więc, Donaldzie Tusku, przebywający obecnie na szczycie UE w Brukseli, na którym być może zdecyduje się przyszłość polskiej suwerenności, o czym tak naprawdę mamy się nie dowiedzieć? Co ma nam umknąć?

HUBERT BEKRYCHT: Mikrodziennikarstwo i nakładanie klapek odbiorcom mediów publicznych

Szarmanckie podniesienie mikroportu Justyny Dobrosz-Oracz z Gazety Wyborczej przez lidera KO jest hołdem Donalda Tuska wobec wiernych mu mediów. Znając miłość do amatorskiej reżyserii tych dwóch osób nie zdziwiłbym się, gdyby to była zwykła ustawka. Niektórzy pewnie się oburzą, boć to przecież premier premierów był uprzejmy wobec kobiety. Zastanówmy się zatem, co stałoby się, gdyby mikroport wypadł dziennikarce TVP czy Polskiego Radia? No właśnie. I to jest ta różnica.

Skandaliczne wypowiedzi polityków KO, TD i NL a także cichego koalicjanta, czyli Konfederacji, wobec ludzi pracujących w mediach publicznych oraz mediach konserwatywnych nigdy nie mogą stać się standardem.

Eskalacja

Musimy je piętnować i po prostu mówić o tym odbiorcom. Straszenie dziennikarzy przez polityków, którzy zrobili z tego amunicję wyborczą to już poważniejsza sprawa, tu trzeba natychmiast zgłaszać taki fakt odpowiednim organom.

Na osobne potraktowanie zasługuje jednak szczególne naruszenie wolności słowa. Otóż służby niezaprzysiężonego jeszcze rządu we wtorek odmówiły akredytacji TVP i Polskiemu Radiu podczas wizyty premiera Tuska w Brukseli. Tak, Tusk ma to, co chciał. Nie lubi dziennikarza, nie dostanie ów dziennikarz akredytacji. Potem, pomimo miłosiernie usuniętych barierek, będzie zakaz wejścia na teren parlamentu – najpierw dla mediów publicznych, potem dla mediów konserwatywnych.

Polowanie

Pogarda dla dziennikarzy, którzy nie sprzyjają ekipie Tuska? Też, to jednak przede wszystkim pogarda, dla odbiorców prześladowanych w ten sposób dziennikarzy. Odbiorców, którzy korzystają (jeszcze) z pluralizmu medialnego.

Ten rządowy już zamach na niezależność mediów pod hasłem tzw. odpolitycznienia ma szansę stać się większym skandalem niż atak na żydowski symbol i zdrowy rozsądek w wykonaniu posła Grzegorza Brauna z Konfederacji. Konfederacji oswajanej przez nową koalicję i hodowanej przez KO, TD i NL. Dlaczego? Aby osłabić PiS. Czyli, nic nowego, ale forma tej politycznej intrygi śmierdzi szkołą moskiewską na kilometr.

Polowanie z nagonką trwa, ale wielu dziennikarzy nie będzie iść pod kule pijanych ze szczęścia myśliwych. Atakowani potrafią się odgryźć. Praworządnie, demokratycznie a nawet stomatologicznie.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Mieszkańcy Krymu nie przestają stawiać oporu okupantom

Przez kilka lat okupacji Krymu Rosjanie nie byli w stanie przejąć pełnej kontroli nad mieszkańcami i pokonać podziemny ruch na półwyspie.

Jak poinformowała przedstawicielka prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krymu Tamila Taszewa, na czasowo okupowanym Krymie wszczęto 559 spraw sądowych za „dyskredytację Sił Zbrojnych Rosji”. Spośród nich w 490 przypadkach wydano decyzję o nałożeniu kary administracyjnej w formie grzywny.

Według Taszewej okupanci zdali sobie sprawę, że pomimo przeznaczenia od 2014 roku ogromnych środków na struktury władzy i organy karne Rosji, które rzekomo walczą z „terroryzmem” i „ekstremizmem”, schemat nie działa. Mieszkańcy Krymu nie przestają stawiać oporu okupacji ich półwyspu. Obecnie na Krymie istnieje kilka ruchów oporu, które powstały po okupacji półwyspu. Są to w szczególności ruch partyzancki „ATESZ”, publiczny ruch oporu „Żółta Wstążka”, ruch kobiecy „Zla Mavka”, „Krymskie mewy walczące”. Rozdają ulotki, ukraińskie symbole, monitorują ruch sprzętu wojskowego wroga i pomagają ukraińskim mieszkańcom półwyspu przezwyciężyć wszystkie trudności okupacji.

Tamila Taszewa zauważyła, że ​​wielu Ukraińców na Krymie demonstruje swoją niezłomność – rozpowszechniają informacje o sukcesach armii ukraińskiej, przekazują informacje o lokalizacji okupacyjnych jednostek wojskowych, tatuują się  ukraińskimi symbolami, noszą niebiesko-żółte stroje, wywieszają ukraińską flagę, wykonują ukraińskie tańce, śpiewają ukraińskie piosenki i piszą na portalach społecznościowych prawdę o życiu na Krymie. Za to okupanci pociągają ich do odpowiedzialności administracyjnej lub karnej.

Rosyjscy okupanci nie mają już czasu na walkę dostępnymi siłami z przejawami kultury ukraińskiej na półwyspie. Sięga więc po nowe metody. „Władza” na Krymie powiększa kadrę tzw. Centrum E – „Centrum przeciwdziałania ekstremizmowi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Krymie”, w szczególności angażując informatorów cywilnych do tworzenia list „osób nierzetelnych”.

Rosyjscy okupanci przebywający na Krymie skarżą się na „stronniczość”: lokalni mieszkańcy nie okazują posłuszeństwa okupantom, są lojalni wobec Ukrainy, stawiają opór rosyjskiemu wojsku, policji i władzom. Przez kilka lat okupacji Rosjanie nie byli w stanie przejąć pełnej kontroli nad lokalnymi mieszkańcami i pokonać podziemny ruch na Krymie i innych okupowanych terytoriach.

Okupanci próbują karać ukraińskich patriotów. Przykładowo od marca 2023 roku rosyjskie sądy na Krymie rozpatrzyły 514 zarzutów o rzekomą „dyskredytację” armii rosyjskiej i wydały orzeczenia dotyczące odpowiedzialności administracyjnej. W sześciu przypadkach Krymczycy zostali oskarżeni w procesie karnym o „wielokrotną dyskredytację” armii rosyjskiej. Tym samym Sąd Rejonowy w Symferopolu rozpatrzył 82 sprawy „dyskredytacji armii rosyjskiej”, Sąd Miejski w Jewpatorii – 47 spraw, Sąd Miejski w Teodozji – 41 spraw, Sąd Miejski w Jałcie – 36 spraw.

Jak zauważył szef organizacji społecznej „KrimSOS” Hennadij Jaroszenko, „Wyroki i uchwały w sprawach ‘dyskredytacji’ armii rosyjskiej stanowią naruszenie prawa mieszkańców Krymu do wolności słowa, przewidzianego w art. Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych, a także w artykule 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka”.

W ogóle oskarżanie obywateli swojego kraju, czyli Rosji, a także mieszkańców okupowanych terytoriów, obywateli Ukrainy, o jakąś „dyskredytację sił zbrojnych Rosji” jest bzdurą – stwierdził Hennadij Jaroszenko – nie ma czegoś takiego w ustawodawstwach dowolnego kraju na świecie. Oznacza to tylko jedno, że armia rosyjska zdyskredytowała się masą popełnionych zbrodni wojennych, torturami i przemocą wobec ludności cywilnej na okupowanych terytoriach, zabijaniem dzieci, bombardowaniami dzielnic cywilnych miast i wsi, grabieżami i gwałtami na kobietach. Całkiem naturalne, że sąd międzynarodowy wydał nakaz aresztowania prezydenta Rosji w związku z uprowadzeniem i deportacją ukraińskich dzieci. Już tym samym armia rosyjska zdyskredytowała się przed prawem międzynarodowym i prawami człowieka.

Jak powiedział w wywiadzie dla Fox News Minister Obrony Ukrainy Rustem Umerow, siły obronne Ukrainy przedarły się już przez dwie linie obrony wojsk rosyjskich i zbliżyły się do trzeciej linii obrony armii rosyjskiej. „Kontynuujemy przywracanie terytorium. Są linie obrony, minęliśmy już pierwszą i drugą, jesteśmy pomiędzy drugą a trzecią” – powiedział Rustem Umerow.

Choć już wcześniej w artykule dla „The Economist” Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Walerij Załużnyj stwierdził, że wojna wkracza obecnie w nowy etap „wojny pozycyjnej”, na którym może skorzystać Rosja. Według niego bez wzmocnienia przewagi technologicznej „najprawdopodobniej nie będzie głębokiego i dobrego przełomu” przeciwko siłom Rosji.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski po tym wywiadzie zauważył, że nie uważa sytuacji za patową, ale przyznał, że warunki na polu walki pozostają trudna. Jednocześnie ze słów Załużnego i Zełenskiego wynika, że ​​wierzą oni w możliwość przeprowadzenia przez ukraińskie wojsko skutecznej ofensywy w przypadku dostarczenia Ukrainie wystarczającej ilości broni i samolotów bojowych.

W niedawnej rozmowie z Associated Press Zełenski powiedział, że z powodu braku broni Ukraina nie osiągnęła jeszcze pożądanych rezultatów. Jednocześnie ukraiński prezydent zauważył, że Kijów jest pewny swoich działań i nie ma zamiaru kapitulować.

 

W sosie dziennikarskich błędów pływa WALTER ALTERMANN: Trochę wiedzy o książkach

Rozumiem, że chodzi o to, aby dziennikarka telewizyjna specjalizująca się „w sztuce kina” miała ciągle o czym mówić, bo temat to modny i ciągle pojawiają się nowe filmu. Niemniej byłoby dobrze, gdyby dziennikarka znała chociaż podstawy starszej kultury – tu myślę o księgach i książkach, bo występująca w telewizji pani „od filmu” mówi ze swadą: „Nowy film ‘Znachor’ powstał na podstawie tej samej książki, co poprzedni.

Nie piszę tego bez dowodów, bo mylenie książek z utworami w nich drukowanymi jest dowodem daleko idącej ignorancji. Od biedy ujdzie to jeszcze uczniakowi szkoły podstawowej, bo już licealista powinien odróżniać te dwie materie – książkę, jako realny byt papierowy, od powieści, jako bytu niematerialnego.

Dziennikarka powinna zatem powiedzieć, że nowy film „Znachor” w reżyserii Michała Gazdy powstał na podstawie tej samej powieści, co film Jerzego Hoffmana. Powinna jeszcze dodać, że autorem powieści jest przedwojenny pisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Zresztą sami reżyserzy o autorach zapominają nagminnie, jakby nie chcieli sobie paprać nazwiska jakimś tam Dołęgą-Mostowiczem, Żeromskim czy Prusem. Czekam wiec na nową filmową wersję „Pana Tadeusza”, przy której w ogóle zabraknie nazwiska autora, a zamiast niego pojawi się, wiszące minutę, wołami na ekranie nazwisko jakiegoś debiutanta sztuki filmowej.

A współczesne książki i księgi – Szanowna Pani – bywają różne: są księgi telefoniczne, adresowe, pamiątkowe, honorowe, książki wejść i wyjść, księgi raportów, księgi kasowe, księgi inspekcji, księgi uwag i zażaleń. Bywały też książeczki zdrowia, książeczki oszczędnościowe, książeczki wojskowe i harcerskie. Zatem, proszę – Szanowna Pani – zapamiętać, że książka to tylko zszyte lub sklejone kartki, z okładką twardą lub miękką.

I niech mi Pani wierzy, że na podstawie książki da się jedynie wyreżyserować nicość. Co prawda zdarza się i tak, że na podstawie dobrej powieści również da się wyreżyserować dosłowne nic, ale to już inny temat.

Nasi obiektywni profesorowie

Sprytnym chwytem redakcji telewizyjnych jest zapraszanie do udziału w rozmowach autorytety, którym nikt – zdaniem zapraszających dziennikarzy – dosłownie nikt się nie oprze. Mam tu na myśli autorytety najwyższej rangi, które – można by powiedzieć – w carskiej Rosji odpowiadały  randze generałów czy marszałków. A są to oczywiście profesorowie, w najgorszym wypadku doktorzy.

Właściwie od takiego zaproszonego doktora, czy profesora, dziennikarz oczekuje tylko jednego – potwierdzenia językiem nauki tezy, którą ów dziennikarz chwilę wcześniej sam z siebie wydusił.  Zapyta, ktoś mało doświadczony, jak to możliwe? Bardzo prosto, bo każda ze stacji ma swoje stado profesorów, którzy wyznają tę samą ideologię, co dana stacja. I nie spodziewajmy się, że w TVN zobaczymy profesora, którego na co dzień oglądamy w Polsacie. I nie łudźmy się, że profesora z TVP, nagle zobaczymy w TVN. Nauka polska została ostatecznie podzielona według sympatii politycznych. Trochę mylące jest to, że każdy z profesorów ma ten samy tytuł naukowy, ale to tylko taki kamuflaż.

Po co stacjom zaprzyjaźnieni profesorowie? Żeby namaszczali, podnosili tezy stacji do rangi nauki, żeby widz myślał; „Coś w tym musi być, skoro ten profesor tak mówi”. Tu zaznaczę, że zjawisko „uprofesorowienia” telewizji dotyczy jedynie ludzi uprawiających tzw. nauki społeczne: wszelkiego autoramentu historyków XX wieku, socjologów i politologów – ci ostatni są zresztą najgorsi.

Tajemnica nauk humanistycznych jest taka, że są one niemierzalne, czyli można pleść, co tam komu do głowy przyjdzie. Może dlatego tak mało widać w telewizjach matematyków, fizyków i chemików – bo to są nauki ścisłe i tam bezkarnie wyplatać andronów nie można.

Oczywiście ta praktyka wykorzystywania ludzi nauki do niecnych politycznych celów byłaby naganna, gdyby nie to, że ci „przedajni” profesorowie nieźle z tego żyją. A czy mają jakieś skrupuły? Nie sądzę, bo poglądy mają przecież zgodne z miejscem, do których ich zapraszają. Czy to nie wstyd tym profesorom? A, tam… na pewno znajdą, na ewentualne wyrzuty sumienia, jakąś zgrabną wymówkę, w końcu są w tym utytułowanymi specjalistami.

Kłopoty z psychologią

Zdarzyło się to 6 XII 2023 roku. W czasie meczu Stali Mielec z Widzewem Łódź, w ramach rozgrywek Pucharu Polski w piłce nożnej, gdy Widzew strzelił drugą bramkę, i wynik był już 2:1,  wtedy sprawozdawca powiedział: „Teraz mielczanie mają już spore kłopoty psychologiczne.”

Otóż, myślę sobie, że przegrywający nie mieli żadnych psychologicznych kłopotów, bo psychologia to nauka zajmująca się ludzką psyche, alias psychiką. Owszem, mogli mieć kłopoty psychiczne, ale gdzie tak prostym chłopakom od kopania piłki, do tak trudnej dziedziny jak psychologia.

Zapamiętajmy zatem: psychika to nie to samo co psychologia. Podobnie jak seks nie jest tożsamy z seksuologią. Poza tym – nikomu z Czytelników nie życzę kłopotów ani z psychiką ani z seksem.

Takowe, owóż i inne archaizmy

W ramach podnoszenia własnego ego na wyższy poziom, coraz więcej ludzi pracujących w różnych  telewizjach, coraz częściej używa słów „pańskich”, aczkolwiek mocno trącących zaschłą myszą.

Jednym z takich magicznych słówek jest „takowe, owe”. Gość zamiast powiedzieć: „Ten człowiek nie wie co robi”, mówi: „Takowy człowiek nie wie co robi”.

„Takowy” jest zaimkiem, który w dawnych stuleciach służył do określania ludzi, zjawisk nieznanych, nie do końca rozpoznanych. Ale dzisiaj „pan dziennikarz” mówi o znanym z nazwiska człowieku: „takowy”. Nie dość, że jest to śmieszne, to jeszcze powoduje u odbiorcy panikę, bo widz nie wie o co chodzi.

Niezmiennie polecam używanie najprostszych polskich słów i zwrotów, bo czy przy niedzielnym obiedzie u matki „pan dziennikarz” poprosi: „Mógłby mi brat podać takowy sos”? Na co brat  odpowie: „Ów biały, czy ów ciemny, bracie?”  

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jaruzelski nie zniszczył „Solidarności”

13 grudnia 1981 r. towarzysz Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Chciał rozbić „Solidarność”. To mu się jednak nie udało, czego dowodem jest raport, zatytułowany „Ocena działalności struktur nielegalnych”, przygotowany przez Biuro Studiów SB z 15 października 1987 r. Materiał, niegdyś ściśle tajny, wymienia 284 takie struktury.

Biuro Studiów SB, które zostało powołane jeszcze w stanie wojennym – w 1982 r. do rozpracowywania opozycji, było elitarną jednostką specjalną, posiadającą status samodzielnego departamentu MSW. Przy opracowaniu dokumentu Służba Bezpieczeństwa miała jednak kłopot:

„Niniejszy raport zawiera po raz pierwszy dokładne dane na temat stopnia operacyjnej kontroli i rozpracowania struktur nielegalnych. Z tego powodu nie jest możliwe porównanie tych danych z analogicznymi wcześniejszymi informacjami”.

Wzrost poparcia

„Ustalono, że w 11 województwach – warszawskim, wrocławskim, gdańskim, krakowskim, katowickim, szczecińskim, poznańskim, łódzkim, toruńskim, bydgoskim i lubelskim – funkcjonują całkowicie zorganizowane struktury nielegalne. (…) Najbardziej zagrożonymi przez działalność nielegalną ośrodkami są wciąż Warszawa i Wrocław z 30 strukturami, Kraków i Szczecin z 19 oraz Gdańsk z 17. W tych kluczowych punktach działało 41 % wszystkich istniejących struktur nielegalnych”.

Według raportu większość, tj. 100 „nielegalnych struktur” (35 % wszystkich rozpoznanych) podlega Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej (TKK NSZZ Solidarność została powołana 22.IV.1982, jako struktura skupiająca ukrywających się przedstawicieli czterech najważniejszych Regionów: Mazowsza, Dolnego Śląska, Gdańska i Małopolski), 44 (16 %) – „deklarują swe związki z ugrupowaniami o charakterze partii politycznych, organizacji społecznych i ośrodków duszpasterskich”, 25 (9 %) „identyfikuje się z ‘Solidarnością Walczącą’ (organizacją kierował, skonfliktowany z głównymi politykami „S”, Kornel Morawiecki. Po 1986 r. „SW” była najbardziej inwigilowaną, ale najmniej rozpracowaną strukturą podziemnej Solidarności).

„Wewnątrz tego systemu kierowniczego TKK inspirowała nurt działalności konspiracyjnej, podczas gdy TR [Tymczasowa Rada Solidarności powstała w 1986 r. Wkrótce, podobnie jak TKK, została rozwiązana. W miejsce obu struktur powołano Krajową Komisję Wykonawczą NSZZ Solidarność] zajmowała się nurtem jawnym. Miarodajny dla obu nurtów był, jako znak firmowy, L. Wałęsa”.

SB-ecki raport podaje, że najwięcej „nielegalnych struktur” istniało w miastach. „Aktyw kierowniczy” skupiał się głównie we Wrocławiu, Warszawie, Szczecinie i Gdańsku. Ogółem tworzyło go 1260 osób.

Główna forma działalności: „kolportaż publikacji nielegalnych”. Były też „próby wywierania nacisku na centralne i lokalne organy państwa, (…) przy czym w większości przypadków chodzi o petycje i apele skierowane do organów państwowych”.

„Wedle naszej wiedzy, tylko 44 strukturom udało się ‘przeszmuglować’ swych przedstawicieli do rad zakładowych bądź zarejestrowanych związków zawodowych”.

Miejsce działalności: „struktury nielegalne przedkładają dla swych spotkań mieszkania prywatne, co oferuje dogodne możliwości dla kontroli operacyjnej. (…) zebrania najważniejszych opozycjonistów i działaczy szczebla kierowniczego przeważnie odbywają się w obiektach sakralnych”.

„Najbardziej rozbudowane kontakty istnieją z Francją, Szwecją, Belgią i RFN”.

Co budziło niepokój towarzyszy komunistów?:

„Wyraźnie wrosła liczba osób, które w różny sposób udzielają wsparcia strukturom nielegalnym”. W kwietniu br. jednostki służbowe MSW rejestrowały 10.454 osoby, które sympatyzowały z opozycją, podczas, gdy obecnie znanych jest 26.735 sympatyków (najwięcej osób mieszkało w Gdańsku, we Wrocławiu, w Krakowie, Lublinie i Warszawie)”.

„obecnie najbardziej zagrożona jest inteligencja (28 %), następnie robotnicy i młodzież (po 23 %), studenci (21 %) i chłopi (5 %).

Jakie były efekty inwigilacji opozycji?

Raport podaje, że 27 struktur (zaledwie 10 % wszystkich) „jest całkowicie pod kontrolą operacyjną, tzn. Służba Bezpieczeństwa ma możliwość sterowania ich działalnością”, 239 (84 %) „jest w pewien sposób operacyjnie kontrolowanych [czyli raczej w niewielkim stopniu], reszta – 18 struktur, pozostaje „poza celowo w nie wymierzoną kontrolą operacyjną”.

„przeprowadzone operacyjne rozmowy profilaktyczne (w okresie kwiecień-październik 1987 było ich 2374) mogą wywierać w niewielkim stopniu wpływ na działaczy opozycji, prowadzą za to nierzadko do ujawnienia naszych zainteresowań i metod; zastosowane represje administracyjnoprawne (dokument wymienia rozprawy przed kolegiami ds. wykroczeń, kary dyscyplinarne w pracy, obcięcie płac i zwolnienia) nie przynoszą oczekiwanego efektu”.

W tym miejscu pojawia się konkluzja najważniejsza, przyznanie się do własnej słabości: „nie istnieje możliwość likwidacji struktur nielegalnych w ramach jakiejś ogólnokrajowej akcji naszego organu”.

Niewielkie efekty inwigilacji wynikały też z mniejszego zaangażowania SB w rozpracowywanie podziemia. Raport podkreśla, że w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami „zmniejszyła się liczba źródeł informacji” – „TW” (tajnych współpracowników) i „KO” (kontakt operacyjny), „spadł także poziom użycia techniki operacyjnej”.

Do rozpracowania kilku tysięcy działaczy podziemia na terenie całego kraju wykorzystywano w październiku 1987 r. 1.707 agentów, podczas, gdy cała sieć MSW liczyła w latach 80., według różnych szacunków, od 50 do 100 tys. „osobowych źródeł informacji”.

Jakie działania planowano na przyszłość?

Raport wymienia kilka punktów:

„- paraliżowanie wrogich inicjatyw opozycji politycznej, przy czym należy wykorzystywać wszelkie przejawy niepowodzenia wewnątrz jej organizacji;

– stała infiltracja kierowniczych gremiów opozycji przez TW celem dezinformacji, złamania ich jedności i zwartości, jak również paraliżu ich inicjatyw;

– udoskonalenie metod pracy operacyjnej, podniesienie operacyjnego charakteru zastosowanych środków na wyższy poziom”.

Od początku stanu wojennego, aż do rozpoczęcia rozmów okrągłego stołu SB nie udało się rozpracować podziemnych struktur Solidarności. Niektóre regiony były lepiej zinfiltrowane, inne gorzej, wielu przywódców opozycji trafiło do więzień, ale aparat bezpieczeństwa nie był w stanie objąć całego, szerokiego spektrum antykomunistycznej działalności. Paradoksalnie okazało się to również szkodliwe dla wielu członków podziemia. W Magdalence, przy okrągłym stole, a potem w niepodległej III RP pierwsze skrzypce grali i nadal grają w głównej mierze „znani” działacze Solidarności.