MARIA GIEDZ: Po co nam Centralny Port Komunikacyjny?

Znaczny procent Polaków niemal wszystko kupuje w Internecie i bardzo się denerwuje, jeśli zakupionego produktu nie otrzyma niemal natychmiast. Tylko, że to wymaga rozbudowy sieci komunikacyjnej: drogi, tory kolejowe, lotniska, a nawet porty. I tu zaczyna się problem.

Kiedy w czasach PRL-u udawało mi się wyjechać na Zachód spotkanych tam osoby, które prosiły abym opowiedziała o życiu w Polsce. Zdarzało się, że mi nie wierzono, miano wątpliwości co do rzetelności moich opowieści, tłumacząc, że są nielogiczne. Wówczas proponowałam, aby stanęli na głowie i spojrzeli na świat do góry nogami. Nadal nie rozumieli, dlaczego nie potrafimy naszego życia uporządkować, zaplanować i po kolei wszystko realizować. Bo na przykład w takiej Holandii czy Belgii wiadomo było, że kiedy się człowiek urodzi, to w takim a takim wieku pójdzie do przedszkola, szkoły, rozpocznie pracę… a nawet przewidywano datę jego śmierci. Każdemu człowiekowi niemal zaprogramowywano czas na odpoczynek, jedzenie, zamążpójście (ostatnio małżeństwo przestało być modne) – aż do znudzenia, żadnej spontaniczności. Ale to gwarantowało spokój, rozwój, dobrobyt. A w Polsce życie toczyło się na żywioł i było uzależnione od kaprysu „wielkiego brata” lub jego służb. Większość osób nie wyjeżdżała daleko, a jeśli już to byli przekonani, że podróż musi trwać długo, być męcząca i bardzo kosztowna, żeby było co sąsiadom, dzieciom, a nawet wnukom opowiadać. Moje podróże, a raczej „rajdy autostopem” po Europie, zarówno jedni jak i drudzy uznawali za fanaberie i niepoważne, więc trudno takiej wierzyć.

Czasy się jednak zmieniły i co prawda nie jesteśmy jeszcze tak zaprogramowani, jak m.in. wspomniani wyżej dawniej Holendrzy, ale podróże stały się normalnością. Wyjeżdżamy coraz częściej i to coraz dalej. Jednocześnie mamy coraz mniej czasu na to podróżowanie. Chętnie więc korzystamy z najszybszych środków lokomocji jakimi są samoloty, rezygnując z poczciwych koni, a nawet pociągów, bo zależy nam na jak najszybszym dotarciu do celu. Często też podróże łączymy z biznesem i nie delektujemy się samym podróżowaniem. A jeśli nawet nie mamy czasu na owo podróżowanie, bo jakoś dziwnie się dzieje, że doba co prawda nadal ma 24 godziny, ale stała się zdecydowanie krótsza, to chcemy, aby najróżniejsze towary absolutnie niezbędne do naszego funkcjonowania, docierały do nas jak najszybciej. I w tym cały ambaras, że w naszym kraju nie mamy zbyt dobrze rozwiniętej sieci komunikacyjnej. Lotniska są małe i pękają w szwach, bo i pasażerów jest coraz więcej, nie mówiąc o przesyłkach cargo. I tu nie chodzi tylko o przewóz węgla, stali, samochodów, maszyn… Przecież znaczny procent Polaków niemal wszystko kupuje w Internecie i bardzo się denerwuje, jeśli zakupionego produktu nie otrzyma niemal natychmiast. Tylko, że to wymaga rozbudowy sieci komunikacyjnej: drogi, tory kolejowe, lotniska, a nawet porty. I tu zaczyna się problem.

Pomysł na zbudowanie Centralnego Portu Komunikacyjnego nie wszystkim się podoba. Zwłaszcza, że w niedalekim Berlinie, a nawet nieco dalszym Frankfurcie czy Monachium „mamy” duże lotniska. Po co więc wydawać pieniądze, które można przeznaczyć na podwyżki dla nauczycieli, powiększanie przedszkoli, budowę żłobków, domów dziecka, placówek zdrowia dla niepełnosprawnych… Na dodatek trzeba wywłaszczyć rolników i zniszczyć urodzajną ziemię. Niech robią to Niemcy, a my między pomidorami, ziemniakami, zbożem i innymi warzywo-owocami postawimy wiatraki i więcej na tym zyskamy. Na dodatek znów będzie można było sobie popodróżować, a tak, jeśli się uprzemy i będziemy wydawać pieniądze na niepotrzebne CPK, to ci z Zachodu obrażą się na nas i zamkną granice. To byłaby tragedia, powrót do życia za „żelazną kurtyną”!!!

Osobiście kilkakrotnie latałam z Berlina i jakoś nie ciągnie mnie do kolejnych przesiadek w tamtym porcie. Z Gdańska autobusem jedzie się długo i niezbyt wygodnie, chociaż ma to i dobrą stronę, bo jak się jest zmęczonym, to można się wyspać. Pociągiem podróżuje się wygodniej, tylko, że z przesiadką. Z Gdyni mam bezpośredni pociąg do Berlina. Jednak muszę dojechać do Gdyni, czyli najpierw autobus, potem SKM-ka. Dalekobieżny z Gdyni nie dojeżdża do lotniska, więc też muszę się przesiąść. Lepiej wybrać „dolot”, jednak należy pamiętać o odebraniu bagażu w Berlinie, gdyż z małego lotniska na duże, mimo zapewnień pracowników w Rębiechowie, bagaż nie zawsze trafia. Kiedyś tak spędziłam dwa tygodnie w Regionie Kurdystanu podczas Ramadanu przy czterdziestoparostopniowym upale w dżinsach, butach trekkingowych, koszuli flanelowej i polarze. Była to autentyczna pokuta postna, tylko nie moja, więc nie wiem, dlaczego tak pokutowałam. No ale jaka chwała dla Allacha? Gdyby nie kurdyjscy przyjaciele to pewnie bym się ugotowała. Na dodatek mój plecak miał sporo „szczęścia”, gdyż odwiedził więcej portów lotniczych niż ja, no i dotarł na lotnisko w Sulajmaniji, a nie do Erbilu, dokąd miałam bilet docelowy. Dzień przed Świętem Ramadanu musiałam więc pokonać 200 km, aby odzyskać swój bagaż. Dzięki kurdyjskim przyjaciołom „pognaliśmy” na skróty, czyli przez Kirkuk, ja przy okazji nielegalnie – nie miałam irackiej wizy – zwiedziłam ważne dla Kurdów miasto. Na sulejmanijskie lotnisko dotarliśmy w ostatniej chwili przed trzydniowymi uroczystościami. Uf!, udało mi się odzyskać moje letnie ubrania, kosmetyki, prezenty…

Co do Berlina, to mam jeszcze inne spostrzeżenia. Otóż lotniska są dwa, leżą obok siebie i niby są połączone, ale przemieszczenie się z jednego na drugie zajmuje nieco czasu. Idzie się wzdłuż ulicy, ciągnie się za sobą bagaż, bo nie ma zwyczaju pożyczania wózka na jednym lotnisku i oddawania na drugim. Są po drodze schody, ale też można skorzystać z podjazdów dla niepełnosprawnych. Kiedy już się dotrze na to duże, międzynarodowe lotnisko, to nie jest tak źle. Tanie jedzenie, głównie słynne niemieckie kiełbaski, można kupić w budach na zewnątrz i skonsumować na stojąco. Co prawda wewnątrz hali znajduje się kilka restauracji, ale są drogie i trudno wpychać się do nich z bagażem. Poza tym kilkugodzinny czas oczekiwania na samolot warto wypełnić jakimiś czynnościami, gdyż nie da się długo siedzieć na chłodnej posadzce albo niewygodnym krześle, no chyba że weźmie się ze sobą karimatę, ale kto by o niej pamiętał! Warto też dodać, że lotnisko berlińskie obsługuje przede wszystkim ruch pasażerski. Nie ma tam zbyt dużo miejsca na towary, inaczej mówiąc nie jest lotniskiem hubowym, a to huby przynoszą gros dochodów portom lotniczym. Lotniska hubowe znajdują się we Frankfurcie i Monachium, a to trochę daleko dla takich państw jak Rumunia, Mołdawia, kraje nadbałtyckie… W Polsce byłoby im wygodniej przeładowywać towary, ale dlaczego mają zarabiać Polacy?

Frankfurt i Monachium to też duże lotniska pasażerskie. Polacy często z nich korzystają, zwłaszcza jeśli wybierają przewoźników niemieckich. Kiedyś też tak latałam, ale ostatnio, o ile to możliwe, wybieram polskie linie, bo wcale nie są takie drogie, zwłaszcza na dalekich trasach. Niestety nie do wszystkich miejsc można tymi liniami dotrzeć, gdyż Okęcie jest zbyt małe i nie jest w stanie uruchomić więcej połączeń. Nic dziwnego, że lata się „Niemcem”. I tak niedawno ktoś z moich znajomych postanowił odwiedzić baskijskie miasto Bilbao, aby zapoznać się z tamtejszym fenomenem społeczno-ekonomiczno-kulturowym, czyli rewitalizacją upadającego miast, które odżyło dzięki budowie supernowoczesnego muzeum sztuki współczesnej (Muzeum Guggenheima projektu Franka O. Gehry’ego). Był to wypad na weekend, ale został przedłużony na koszt niemieckiego lotniczego przewoźnika prawie o tydzień. Tylko się cieszyć, bo gdyby osoba ta poleciała rejsem bezpośrednim z centrum Polski musiała by wracać po trzech dniach do domu i nie odczułaby satysfakcji z długiego podróżowania. Dlaczego? Otóż w trasie podróży znajdowała się przesiadka na lotnisku w Monachium, które, jak się okazało, nie jest przygotowane na duże opady śniegów. A jesień tegoroczna przerodziła się w zimę, która zaskoczyła Niemców. Dawno nie mieli u siebie tyle śniegu, więc nie potrafili odśnieżyć lotniska nie tylko w kilka godzin, w jeden dzień, ale nawet w trzy dni. W Polsce taka sytuacja może się zdarzyć, ale trwałaby dość krótko. No cóż, Niemcy, to Niemcy, na nich można polegać!

Wróćmy jednak do spornego politycznie pomysłu budowy CPK w centrum Polski. Poprzednia ekipa rządowa wymyśliła, że pomiędzy Warszawą a Łodzią, w odległości ok. 40 km na zachód od centrum Warszawy, w gminie Baranów powstanie duża inwestycja łącząca transport lotniczy, kolejowy i drogowy nazwana Centralnym Portem Komunikacyjnym. Zakończenie owej budowy zaplanowano na rok 2028. Co prawda oficjalnej uroczystości otwarcia jeszcze nie było, ale prace już trwają i pojawili się inwestorzy. No, ale… wokół całej inwestycji toczy się ożywiona dyskusja wzbudzająca sporo kontrowersji, a właściwie trwa spór, w którym twierdzenie, że CPK to ogromna szansa dla rozwoju gospodarczego Polski nowej władzy, czyli członków „rządu 13 grudnia” nie przekonuje. Padają jedynie stwierdzenia, że CPK nie będzie i koniec. No czasem dodają, że województwo mazowieckie, a zwłaszcza ziemie położone pomiędzy Warszawą a Łodzia, to grunty orne i szkoda ich pod budowę dużej inwestycji. Ponadto tereny te zamieszkuje ludność zasiedziała od pokoleń. Trudno jest ich więc przesiedlać. Jedynie, co na tym terenie można z „nowoczesnych” inwestycji zrobić, to postawić wiatraki sprawdzane już w Niemczech, co najmniej przez cztery lata. Roślinom to nie przeszkadza, a i w każdej zagrodzie będzie prąd. Pasażerowie, jeśli nie znajdzie się dla nich miejsce na Okęciu, to mogą pojechać do Modlina albo do Radomia – i ile radochy będzie z takiego podróżowania? Przecież CPK to polska megalomania wynikająca z naszych kompleksów.

– CPK jest projektem zsynchronizowanym i idealnie komplementarnym z planami narodowego przewoźnika, niezbędnym wręcz dla niego, bo polskie linie lotnicze LOT nie będą miały szansy się rozwinąć, jeżeli nie będą miały lotniska, gdzie mogą zaoferować dużą siatkę połączeń – mówił poseł Marcin Horała, były już Pełnomocnik Rządu do spraw CPK podczas panelu III Forum Morskiego w Radio Gdańsk.

Oczywiście z CPK łączy się konieczność przebudowy całego systemu transportowego Polski, no ale po co nam to? Przez niemal 200 lat społeczeństwa niemal na całym świecie uważały, że do rozwoju danego kraju przyczynia się budowa kolei i że to pociągi przewożące najróżniejsze towary, również ludzi są drogą do cywilizacji przyszłości. Niestety w Polsce po transformacji politycznej odkryto, że kolej to przeżytek i zaczęto „zwijać tory”. Towary przekładano na samochody, bo te są bardziej mobilne, wszędzie dojadą, a że zapychają drogi – kto by się tym przejmował? Dopiero kilka lat temu odkryto, że kolej jest tańsza, wygodniejsza. A CPK to – jak zapewniał Ireneusz Merchel, prezes zarządu PKP, również podczas III Forum Morskiego RG – blisko 2 tys. nowych projektowanych linii i ponad 4600 kilometrów tzw. inwestycji towarzyszących. I tu nie chodzi tylko o ruch pasażerski, a przede wszystkim towarowy. Wreszcie byłaby szansa zrealizowania wieloletnie akcji „tiry na tory”. Odbudowa torów jest niezbędna do rozwoju polskich portów, tylko po co? I tak kółko się zamyka. Skoro CPK nie będzie, to nie będzie nowych dróg, nowych linii kolejowych i nie będzie dużych portów. Za to wszystko będzie po staremu i o to chodzi.

 

Hubert Bekrycht: ZAMACH STANU NA ŻYWO, CZYLI STAN WOJENNY NIE TYLKO W MEDIACH

Do czarnych dat polskiej historii przejdzie na pewno 20 grudnia 2023 r., czyli wyłączenie nadajników TVP Info i nielegalna próba „odwołania” władz TVP, PR i PAP bez podawania nazwisk nowych tzw. członków zarządów tych mediów. Zresztą, najprawdopodobniej tych ludzi, – jeśli w ogóle tacy są – nikt nie powołał, bo może to zrobić zgodniej z prawem tylko Rada Mediów Narodowych a to gremium tego nie zrobiło.

Nigdy nie zapomnimy o rządzącym od 13 grudnia br. gabinecie Tuska, nie zapomnimy bandyckiego przejęcia władzy w mediach, zresztą nie tylko w mediach (edit – red. – literówki).  Piszę to w liczbie mnogiej, bo wydaje mi się, że nie dotyczy to tylko szeroko rozumianego środowiska Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Jaruzelski śmieje się z piekła do swoich naśladowców. Serdecznie. To już nie tylko głupota uchwały sejmowej, w której nowa koalicja 13 grudnia „prosi” rząd o interwencje ws. mediów publicznych. To jawne pogwałcenie zasad demokracji. Ja uznaję, że ktoś nas napadł, bo wyłączono sygnał programu TVP Info, programu informacyjnego, a dzięki temu można nadawać komunikaty w czasie wojny. Jako dziennikarz PAP nie uznaję też tzw. odwołania moich przełożonych, bo może to zrobić tylko Rada Mediów Narodowych.

Dla zaspokojenia głupiej żądzy zemsty wyborców a nade wszystko akolitów medialnych rządu Donalda Tuska, powtórzono to, czego dokonali komuniści i sowieccy agenci w Polsce 13 grudnia 1981 roku. Z tym, że wówczas to wiedzieliśmy. Teraz oprócz chaosu, który mogą wykorzystać agenci Putina, na przykład w infrastrukturze energetycznej, będzie również dezinformacja medialna, która na pewno wpłynie negatywnie na nastroje społeczne. Także na ludzi, którzy głosowali na zwycięskie partie wprowadzające po 42 latach ponownie stan wojny domowej.

Nowy stan wojenny w Polsce wzmocniony poprzez wyłączanie nadajników i stron internetowych mediów publicznych przypomina działania administracji rosyjskiej, chińskiej, czy białoruskiej.

TV Republika podała, że do siedziby TVP na ul. Woronicza w Warszawie weszła policja. Niesamowite…Brakuje jeszcze tylko, aby szef resortu kultury, przecież w końcu pracownik służb, zarządził pałowanie i powołanie komisji weryfikujących dziennikarzy w stanie wojennym. Panie Sienkiewicz, … nawet chciałem coś napisać, ale nie warto…

Nie ma szans na wymazanie tego z historii. Nowy rząd Tuska dokonał zbrodni i powinien za to odpowiedzieć przed sądem, bo media publiczne to nie tylko polska racja stany, to nie są nadajniki, strefy wpływów politycznych, nawet nie sami dziennikarze – to są ODBIORCY, którym po prostu wyrwano możliwość wyboru źródła informacji, czyli pozbawiono elementarnego prawa obywatelskiego!

                                                               Hubert Bekrycht

sekr. gen. SDP, red. nacz portalu sdp.pl

                                                                                                    20 grudnia 2023 r., godz. 12. 50

Czy media publiczne będą takie, jak w stanie wojennym? – pyta HUBERT BEKRYCHT: Kto w komisjach weryfikacyjnych?

Czy nowa ekipa rządząca powoli wprowadza w mediach publicznych stan wojenny? To nie tytuł analizy, to opis stanu faktycznego. Najpierw zastraszanie dziennikarzy i innych pracowników mediów, nie tylko publicznych. Potem, nieudane zresztą, tłumaczenie odbiorcom, dlaczego „demokratycznie” nowy rząd chce im odebrać media publiczne realizujące idee pluralizmu. Czy skończy się na wkroczeniu do TVP, PR i PAP rządowych politruków i wyłączeniu nadajników, zablokowanie stron internetowych i wynajęciu kilku studiów telewizyjnych i radiowych na mieście?

Te czarne scenariusze nie mają już zresztą znaczenia. Nowe siły, tak, tak, siły, rządzące od 13 grudnia 2023 r. mają już i tak na koncie wprowadzenie mentalnego stanu wojennego. Zamiast zapowiadanej, będącej od początku bzdurą na resorach, „zgody narodowej” mamy powszechną zemstę. Cudaczną, ale jednak zemstę.

Media medialne

Są od lat w Polsce m.in. dwa bloki mediów: prywatne liberalno-lewicowe a nawet lewackie i prywatne konserwatywne. Są także media publiczne, które po 2015 roku stały się bardziej konserwatywne, aby nie było jednego przekazu, aby utrzymać pluralizm w mediach w ogóle.

„Jest kilka hal produkcyjnych poza TVP. Można tam zbudować studio, można zacząć nadawanie i wyłączyć sygnał TVP Info. (…) Nie będzie żadnych scen wynoszenia, przepychanek, żadnego mordobicia” – mówił z troską redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Sekielski.

„Tomku, tylko nie mów nikomu” – można sobie zadrwić. Dziennikarze tzw. głównego nurtu jednak nie żartują. Poza politykami koalicji tworzącej rząd 13 grudnia br., to właśnie „dziennikarscy piewcy” nowego gabinetu Donalda Tuska nie tyle chcą wprowadzenia stanu wojennego w mediach, co już go dawno wprowadzili…

Nie można legalnie

Wszyscy myślący ludzie widzą od lat, jak media skupione wokół PO i jej akolitów podburzają ludzi przeciwko mediom publicznym, co szczególnie było widać w grudniu 2016 roku, kiedy media głównego nurtu zaczęły podburzać do „odparcia puczu PiS”. Groteskowe przekazy zostały później kamieniami węgielnymi propagandy wycelowanej w media publiczne i konserwatywne.

Po ostatnich wyborach i ukonstytuowaniu się rządu 13 grudnia br. rozpoczął się etap kolejny: narracja, że w mediach publiczny trwają „spory i kłótnie” i „masowe odejścia”. Oczywiście to bzdura. Nawet prawnicy w służbie ekipy Tuska przypominają, że nie ma sposobu na legalne przejęcie mediów publicznych, bo działa Rada Mediów Narodowych a jej legalnie odwołać się nie da pseudo jakobińskimi dekretami.

Jaki będzie kolejny etap zatruwania mediów publicznych? Nie wiadomo, ale niektórzy dobosze medialni nowej władzy bardzo się podniecili propozycją Jacka Żakowskiego, aby oddać obecnej opozycji, czyli konserwatystom, jednego programu TVP (była już na początku lat 90. ub. w. taka propozycja uwzględniająca także programy radiowe i gazety). O jak Pan Jacek dostał po głowie za przypomnienie tego projektu. Oczywiście krytykowali go jego medialni sojusznicy ze strony liberalno-lewicowej. A nawet lewackiej. Nabrali się naiwni, bo Żakowski nie chciał wcale pomóc obecnym mediom publicznym a tylko pragnął wesprzeć wyborców potrójnej koalicji – proponując takie rozwiązanie utwardził beton partyjny KO, TD i NL.

Kolejny etap?

Żakowski, jako medialny Jaruzelski w ciemnych okularach? Też mi to nie pasuje. Może Tomasz Lis? Może Krzysztof Luft? Jarosław Kurski, spośród dwóch braci mniej odporny na propagandę antyprawicową? Kto będzie czarnym charakterem ewentualnych siłowych zmian w mediach publicznych? Miał nim być nowy minister kultury, wywodzący się z bardzo tajemniczych po 1989 roku sił specjalnych, prawnuk naszego noblisty Henryka Sienkiewicza. Wyobrażacie go sobie na ekranie w epoletach nowej policji politycznej i kulturalnej PO, jak pyta dramatycznym tonem: „Quo vadis, media publiczne?”. Groteska, zabawa? Jakoś się nie przestraszyłem.

Wiem jednak, kto z bałaganu medialnego w ciężkich czasach ekonomicznych i możliwej kolejnej wojny jest bardzo zadowolony. 13 grudnia br. nawet w Polsce słychać było jak na Kremlu strzelają korki szampana…

Nabór do komisji weryfikującyh dziennikarzy w mediach publicznych

To nie tytuł ogłoszenia. Jeszcze. W takich komisjach mogliby jednak z powodzeniem pracować ideologiczni mentorzy medialni nowego rządu 13 grudnia br. Jako przewodniczącą, sekretrza i głownego członka proponuję Justynę Dobrosz-Oracz. Kolejne nazwiska są zbędnę. Już ona sobie poradzi.

 

Hubert Bekrycht                                                                               18 grudnia 2023r.

 

 

 

WALTERA ALTERMANNA wreszcie coś zachwyciło: Witolda Gombrowicza „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”

4 grudnia 2023 roku znowu obejrzałem Teatr Telewizji a był to spektakl oparty na wczesnym opowiadaniu Witolda Gombrowicza „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”. Reżyserii podjął się Robert Gliński. Dla porządku rzeczy powiedzmy, że ta „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” miała premierę 15 stycznia 2018.

W tym młodzieńczym opowiadaniu mamy już zapowiedź całej pisarskiej filozofii Gombrowicza. Mamy więc walkę form – niższości i wyższości. Ta wyższa forma społeczna służy odseparowaniu się sfer wyższych od pospolitego bytu. Może ze strachu, z lęku, że jest się lepiej urodzonym i bogatszym, że to wszystko mogą im biedniejsi odebrać?

 Świat według Gombrowicza

Gombrowicz jednak nie był komunizującym rewolucjonistą, on jedynie opisywał napięcia formy wyrastające z tych napięć. U niego żadna z podstawowych form – ani wyższość, ani niższość nie ma absolutnej racji. Świat się nudzi – zdaje się mówić Gombrowicz – i z tej nudy walczy formami. U niego ludzie są głównie nosicielami masek, pod którymi skrywają swe lęki. To zresztą zaczerpnął Gombrowicz z psychologii Karla Gustawa Junga.

Reasumując – nie wiadomo czy według autora „Ferdydurki” świat istnieje naprawdę, bo widzimy jedynie walkę form, min i gestów. To dlatego w „Operetce” jedyną czystą postacią jest naga Albertynka. Ona jest czystym, pięknym bytem, bez maski i bez ubrania.

O czym sprawa

Od razu powiem, że spektakl pana Glińskiego był niezwykle udany – a biorąc ostatnie produkcje Teatru Telewizji –  nawet wybitny. Komu i czemu zawdzięcza to telewizyjne widowisko sukces? Przede wszystkim wspaniałej obsadzie aktorskiej. A ponieważ powiada się, że w każdym spektaklu połowa sukcesu to właściwa obsada, zatem brawa należą się reżyserowi, który dobrał aktorów starannie, i właściwie dla zadania.

Bohaterem opowiadania i spektaklu jest młody człowiek, dopiero wchodzący w dorosłe życie i zdobywający pierwsze poważne towarzyskie – czyli społeczne – doświadczenia. I to on snuje opowieść o ludziach, których poznaje. Tego Narratora cechuje ogromna naiwność. Ma on swoje wyobrażenie świata – w tym przypadku świata arystokracji – i te szlachetne wyobrażenia o klasie przywódczej społeczeństwa – jego zdaniem – w toku akcji zostają brutalnie zniszczone.

W czasie spektaklu poznajemy kilka genialnie przez Gombrowicza skrojonych typów „skretyniałej arystokracji” – jak sam określał tzw. wyższe sfery. Nie byłoby w obrazie tej klasy nic szczególnego, gdyby autor ograniczył się do satyry i groteski, bo takie rzeczy dało się przecież  czytać na wiele lat przed Gombrowiczem. Ponieważ jednak Witold Gombrowicz był mądrym pisarzem, przeto otrzymaliśmy nie tylko zjadliwie okrutny portret sfer wysokich, ale też przenikliwy obraz świata kierującego się mitami i uparcie uciekającego przed realnością w mityczne przestrzenie tak zwanych wyższych wartości.

Dobrze obsadzeni, wspaniali aktorzy

W roli Narratora wystąpił Piotr Adamczyk, mogący z całą pewnością zaliczyć tę rolę do „świetnego korpusu” swych udanych ról. Tytułową Hrabinę Marię Kołtubaj zagrała Anna Polony. W spektaklu widzieliśmy również Barbarę Krafftównę, w roli Starej Markizy, Bohdana Łazukę jako Barona Apfelbauma de domo księcia Pstryczyńskiego oraz Grzegorza Małeckiego w roli Kucharza Filipa.

Wszyscy oni zagrali wspaniale. A przede wszystkim pokazali, że teatr nie jest wymyślony po to, żeby wiernie odwzorowywać rzeczywistość. Teatr nie może być dokumentem. Teatr to kreacja, sztuczność, która ma służyć odkrywaniu prawdy o człowieku. Niestety w ostatnich latach w Teatrze Telewizji mieliśmy niepomierną przykrość oglądać twory „teatropodobne”, zrealizowane ku chwale operatów światła. Tym bardziej więc twórcom „Biesiady u hrabiny Kotłubaj” należą się nie tylko brawa, ale wielkie podziękowanie, bo ten spektakl przywraca wiarę w sens teatru w telewizji.

Patrzyłem na grę tych pięciorga aktorów z prawdziwym zachwytem. Podziwiałem ich mistrzostwo w budowaniu monologów, operowaniu słowem, frazą i melodią zdań. W tym spektaklu nikt niczego nie naśladował, nie oddawał, nie „wcielał się” – oni po prosty grali. Najpierw wymyślili swe role, a potem je zagrali. Zaprawdę, była to uczta aktorskiej gry. I dowód, że można, że aktorzy potrafią – jeśli im się tylko pozwoli, jeśli da się szansę.

Pozostali współautorzy sukcesu

Trzeba też wymienić wszystkich pozostałych współautorów tego sukcesu. Autorem adaptacji opowiadania na teatr jest Jan Bończa-Szabłowski. Autorem scenariusza telewizyjnego i reżyserem jest Robert Gliński. Mądrą, bo „degeneracyjną” scenografię stworzył Wojciech Stefaniak. Kostiumy były według projektów Zofii de Ines, Zdjęcia: Arkadiusz Tomiak. Muzyka: Jerzy Satanowski Choreografia: Cezary Olszewski. Montaż: Lech Starzyński.

Reżyser stworzył, wykreował, osobny świat, a o to przecież w sztuce teatru chodzi. W efekcie mieliśmy – tak rzadko dziś realizowany – „teatr z formą”. Naprawdę nie ma powodu, żeby w teatrze, także w teatrze telewizji ukazywać świat realny, bo on i tak sobie istnieje, i ma się dobrze.

Doskonałą, kolejną już, muzykę dla teatru napisał Jerzy Satanowski. Ona prowadziła i dopowiadała to, co trzeba było dopowiedzieć. I nie była żadną tam ilustracją… była integralna częścią spektaklu.

 Robert Gliński o swoim spektaklu

Pozwolę sobie zacytować kilka zdań Roberta Glińskiego, który tak mówi o pracy nad spektaklem na podstawie Gombrowicza: „Forma tego tekstu jest szalenie wyrafinowana – mimo że jest to opowiadanie, które należy do pierwszych jego prac literackich – to ono już ma w sobie zapowiedź tego, co potem męczyło Gombrowicza przez całe życie… mamy w nim dyskusję z Polską; dyskusję o tym, kim jesteśmy, co nas stwarza…. Jest tu taka rozpiętość myśli, taka rozpiętość szamotaniny głównego bohatera. On chciałby wejść do arystokracji, chciałby być kimś, chciałby poznać świat, którego nie zna – a jednocześnie widzi, że to, do czego aspiruje, jest kompletnie bez sensu i poza nim. Każda z tych postaci jest jakąś karykaturą. I raptem, po obejrzeniu tego spektaklu, zauważyłem, że one zupełnie niechcący parafrazują te z filmów Felliniego. Dzięki temu pojawiła się ciekawa rozpiętość kulturowa spektaklu.”

Reżyser podkreślał wielki udział aktorów, którzy – jego zdaniem – wnieśli do spektaklu swoją osobowość: „Pracując nad tym spektaklem myślałem o tym, żeby znaleźć wspólny mianownik. Bohdan Łazuka to aktor, który ma bardzo wyrazistą ekspresję, z kolei Barbara Krafftówna jest bardzo naturalna – z jednej strony jest bardzo ciepłym, miłym człowiekiem, z drugiej, sprawia wrażenie zawieszonej w jakiejś rzeczywistości baśniowej. A z kolei bardzo konkretna jest Anna Polony, która wywodzi się ze szkoły krakowskiej. I w jej przypadku liczy się pewna synteza i dyscyplina, myślenie bardzo skrupulatne i konkretne, według struktury postaci i spektaklu”.

Co do zasady

Reżyser powiedział również zdanie, które znane jest jedynie dobrym reżyserom, więc je przytoczmy: „Oni wszyscy mają inne środki, inną ekspresję, odmienne myślenie sceniczne. Co więcej, każdy z nich jest taką indywidualnością, która niesie ze sobą bardzo dużo własnego ja. A ja starałem się tego nie likwidować, nie obcinać”.

Właśnie to! Pierwszym przykazaniem reżysera jest – nie przeszkadzać aktorom. Niby proste, ale trzeba być mądrym reżyserem, żeby tym przesłaniem kierować się. I za to chwała panu Glińskiemu.

I wielkie podziękowanie za moje chwile obcowania z prawdziwą sztuką.

Przy okazji tak dobrego dzieła – niech sczezną wszelcy propagandziści, którzy tak niecnie wykorzystują teatr. Bo sztuka nie jest narzędziem do propagowania przeróżnych mętnych idei i myśli. Jedyne co ich tłumaczy to fakt, że nie są artystami, więc nie wiedzą co psują.

Inna sprawa, że ktoś pozwala im „robić teatr”. I to ci „zezwalający” będą smażyć się w piekle. A pseudoartyści posiedzą swoje w czyśćcu i w końcu wyjdą, bo nieświadomy mniej grzeszy.

 

 

 

Kobieta niezwykłej odwagi i misji – TERESA KACZOROWSKA o Aleksandrze Piłsudskiej

Kończy się ustanowiony przez Sejm IX kadencji Rok Aleksandry Piłsudskiej z d. Szczerbińskiej. Warto więc przypomnieć tę mało znaną Patronkę 2023 r., kobietę niezwykłej odwagi, działaczkę niepodległościową i społeczną, oddaną żonę i matkę, a także strażniczkę pamięci o Marszałku Józefie Piłsudskim.

Aleksandra Szczerbińska pochodziła z Suwałkurodziła się nad Czarną Hańczą 12 grudnia 1882 r., w zubożałej, patriotycznej rodzinie szlacheckiej. Już w dzieciństwie straciła oboje rodziców – ojciec, Piotr Paweł Szczerbiński, urzędnik suwalskiego magistratu, zmarł jak miała 14 lat, zaś matka Julia Jadwiga z Zahorskich jeszcze wcześniej, kiedy Ola skończyła 12 lat. Wychowaniem jej oraz licznego rodzeństwa zajęła się głównie babka Karolina Zahorska, też zaangażowana w walkę Polaków o odzyskanie niepodległości.

Po ukończeniu w 1901 r. rosyjskiego żeńskiego gimnazjum w Suwałkach 19-letnia Ola rozpoczęła samodzielną drogę życiową. Wyjechała do Warszawy, w ciągu dwóch lat kształcenia zdobyła zawód buchalterki i w 1903 r. rozpoczęła pracę w biurze fabryki wyrobów skórzanych na warszawskiej Pradze. Jednocześnie uczęszczała na wykłady tajnego Uniwersytetu Latającego dla kobiet.

Ola Szczerbińska w Suwałkach, 1901 r., ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

Bojowniczka o niepodległą Polskę

W 1904 r. Aleksandra Szczerbińska wstąpiła do Polskiej Partii Socjalistycznej. Od razu dała się poznać jako działaczka odważna, zaangażowana, biorąca na siebie coraz trudniejsze zadania. Już 13 listopada 1904 r., podczas manifestacji  na Placu Grzybowskim w Warszawie, przenosiła broń, a nawet „dynamit w pasie”. Niedługo potem PPS powierzyła jej nadzór nad składami broni – w jednym z nich, w maju 1906 r. poznała Józefa Piłsudskiego. Było to dla niej ważne wydarzenie, o którym wspominała: „Czekałam na przybycie tego człowieka, którego imię było już legendą w Polsce podziemnej”.

Rok później 40-letni Piłsudski wyznał już miłość o 15 lat młodszej bojowniczce o wolną Polskę. Ich związek był jednak bardzo trudny. Piłsudski był żonaty z inną działaczką PPS, Marią Piłsudską de domo Koplewską, primo voto Juszkiewicz, która do śmierci 17 sierpnia 1921 r. nie chciała się zgodzić na rozwód. „Jestem w tragicznym trójkącie i nie wiem jak z niego wybrnąć” – pisał w listach do Oli.

W 1907 r. Aleksandra została za swoją działalność aresztowana przez policję rosyjską i osadzona na Pawiaku w Warszawie. Po czterech miesiącach, w kwietniu 1907 r., zwolniono ją z braku dowodów. Była jednak obserwowana i dalsza jej praca w konspiracji stała się w Warszawie niemożliwa. Postanowiła więc zmienić wygląd, przefarbowała sobie włosy, zapakowała w kufry broń i wyjechała z Warszawy do Kijowa.

Brała udział w wielu akcjach bojowych, w tym w akcji pod Bezdanami (wrzesień 1908), czy w napadzie na bank Państwowy w Kijowie. Przez pewien czas mieszkała też we Lwowie, gdzie pracowała w biurze fabrycznym. Nawiązała tam współpracę z powstałym w 1912 r. Związkiem Strzeleckim,  wstąpiła do jego żeńskiej sekcji. Współtworzyła również Towarzystwo Opieki nad Więźniami Politycznymi.

W Legionach i w Polskiej Organizacji Wojskowej

Po wybuchu I wojny światowej Aleksandra Szczerbińska wstąpiła do Legionów Polskich. W I Brygadzie była komendantką kurierek legionowych i wywiadowczyń, szkoliła je, werbowała nowe. Od 1915 r. działała w nielegalnej Polskiej Organizacji Wojskowej pod zwierzchnictwem Piłsudskiego. Na terenie okupacji pruskiej przechowywała broń, przewoziła literaturę, za co została znowu aresztowana, tym razem przez Niemców, w listopadzie 1915 r. Przez rok była więźniarką polityczną – internowana najpierw na Pawiaku, potem w obozie w Szczypiornie (w dramatycznych warunkach, w brudnych, zimnych barakach pełnych szczurów) i w Lubaniu na Śląsku. Zwolniono ją dopiero w listopadzie 1916 r. Wróciła wówczas do Warszawy i podjęła pracę urzędniczki w suszarni jarzyn. W latach 1917-1918 pracowała w POW jako kurierka materiałów wybuchowych i wywiadowca, często w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych.

Kiedy Józef Piłsudski był więziony w Magdeburgu Aleksandra urodziła, 7 lutego 1918 r., córkę Wandę. Wrócił po 16 miesiącach internowania, 10 listopada 1918 r. – zobaczył wtedy po raz pierwszy pierworodną córkę, która miała dziewięć miesięcy. Drugą córkę, Jadwigę, Aleksandra urodziła kiedy Piłsudski był już Naczelnikiem Państwa, 28 lutego 1920 r. Nadal była jednak skazana na samotne macierzyństwo. Mogła zamieszkać razem z mężem i dziećmi w Belwederze dopiero po ślubie, który odbył się 25 października 1921 r., po 15 latach bliskiej znajomości  (po śmierci w Krakowie Marii Piłsudskiej).

Józef Piłsudski z rodziną i adiutantami w Sulejówku, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

W podwarszawskim Sulejówku

W styczniu 1921 r. Aleksandra Piłsudska zakupiła 5-morgową leśną działkę w podwarszawskim Sulejówku, z letnim drewnianym domem, ogrodem, warzywnikiem, pasieką. Spędzała tam z córkami wiosny i lata, a Piłsudski w wolnych chwilach dojeżdżał z Belwederu. Jego żołnierze zorganizowali jednak zbiórkę na budowę dla nich całorocznego domu – w ten sposób powstał szybko, niemal społecznymi siłami,  Dworek „Milusin”, który Komitet Daru Żołnierza Naczelnemu Wodzowi przekazał Piłsudskim 21 czerwca 1923 r.

Oboje kochali tę leśną willę i ogród, w którym pracowała głównie Aleksandra. Ale pomagali jej adiutanci i przyjaciele Piłsudskiego, gosposia Adela, był dochodzący pszczelarz. W tym okresie Piłsudska sprawdziła się jako oddana żona, wychowująca córki matka, tworząca atmosferę gospodyni domu, choć w cieniu męża. Bywały u nich tysiące gości, szczególnie 19 marca – na imieniny Józefa i 12 grudnia – na imieniny Aleksandry.

Aleksandra i Józef Piłsudscy z córkami: Wandą i Jadwigą, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

– Spędzili w Dworku „Milusin” najpiękniejsze trzy kolejne lata, do przewrotu majowego 1926 r. – uważa Małgorzata Basaj, historyczka i muzealniczka, kierowniczka Działu Wystaw i Popularyzacji Nauki w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. – Piłsudski wycofał się wówczas z funkcji publicznych, miał wreszcie czas dla rodziny, zajął się pracą pisarską. Pisał książki nocami, a właściwie dyktował żonie, tak powstał jego „Rok 1920”. Aleksandra, poza rolą gospodyni, żony i matki, była więc również sekretarką męża. Kiedy w  maju 1926 r. Marszałek wrócił do władzy, Piłsudscy zamieszkali w Belwederze. Do w Sulejówka przyjeżdżali tylko odpoczywać.

Działaczka charytatywna i społeczna  

Piłsudska nie należała do żadnej partii, ale jako Marszałkowa prowadziła szeroką działalność charytatywna, społeczną i honorową. Po 1926 r. wspierała bezdomnych, osoby bezdomne, biedną młodzież, kombatantów, pomagała sierotom rodzin wojskowych, ale też odsłaniała pomniki i wystawy, bywała na licznych państwowych uroczystościach,  często zastępując Piłsudskiego. Zajmowała się m.in. pozyskiwaniem finansów dla stowarzyszenia „Nasz Dom”, które prowadziło zakład dla sierot. Została honorową członkinią i przewodniczącą założonego w 1925 r. Stowarzyszenia „Rodzina Wojskowa” (otrzymała legitymację nr 1). W organizacji tej organizowała w Warszawie przedszkola i szkoły powszechne dla rodzin wojskowych. Do 1939 r. była przewodniczącą zarządu Komitetu Opieki nad Najbiedniejszymi Mieszkańcami Warszawy „Osiedle”. W stowarzyszeniu „Osiedle” wspierała mieszkańców baraków dla bezdomnych w Warszawie, a w towarzystwie „Opieka” zakładała świetlice z bibliotekami dla młodzieży.

Od 1926 r. Marszałkowa zasiadała także w Kapitule Orderu Virtuti Militari (była też uhonorowana tym orderem w 1922 r.), była  inicjatorką ustanowienia odznaczenia Krzyż Niepodległości (miała legitymację nr 2). Walczyła również o równouprawnienia kobiet, działała w Unii Obrończyń Ojczyzny. Zainicjowała, współredagowała i pomogła w wydaniu dwóch tomów, cenionych do dziś wspomnień uczestniczek działań niepodległościowych.

Aleksandra Piłsudska mocno przeżyła utrzymywanie przez męża zażyłych stosunków z lekarką Eugenią Lewicką – powszechnie sądzono, że to romans – w której w towarzystwie Piłsudski spędził zimę 1930/1931 na Maderze. Najbliższa przyjaciółka Aleksandry, Janina Prystorowa, wspominała, że „Ola jest struta, zmartwiona, na wpółprzytomna”. Po powrocie Piłsudskiego z Madery, Aleksandra zażądała od niego zerwania wszelkich kontaktów z Lewicką, co też się stało. Lekarka Eugenia Lewicka – zaszczuta, upokorzona i załamana – popełniła samobójstwo.

Aleksandra Piłsudska (trzecia od prawej w dolnym rzędzie) na spotkaniu dam wchodzących w skład organizacji zajmującej się losem sierot i bezdomnych dzieci, ofiar I wojny światowej, Warszawa 1934, Internet

– Po śmierci męża i wyprowadzeniu się z Belwederu na ulicę Klonową, Aleksandra podjęła się nowej roli – stała się strażniczką pamięci o Marszałku. To dzięki niej, ocaleniu przez nią pamiątek i gromadzeniu ich, powstało w 1936 r. Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze – twierdzi dr Tomasz Osiński z Oddziału IPN w Lublinie

Aleksandra Piłsudska w Londynie, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

 Na emigracji w Londynie

Aleksandra prowadziła szeroką działalność społeczną i charytatywną także na emigracji w Londynie, gdzie udało się jej z córkami ewakuować 28 września 1939 r., po wybuchu II wojny światowej. Emigracja była dla niej wielką tragedią – jej wieloletnia walka o Niepodległą legła w gruzach. Niemniej jednak, jak tylko mogła, pomagała innym, kształciła córki, nadal była kobietą czynu. To dzięki niej powstał w 1947 r. Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, a także w dużej mierze otwarte 14 sierpnia 2020 r. Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. W jego zbiorach są bowiem eksponaty i pamiątki z Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze, które w czasie II wojny światowej uległo likwidacji, a po wojnie jego zbiory zostały rozproszone.

Aleksandra Piłsudska ze Szczerbińskich zmarła 31 marca 1963 r. w Londynie, gdzie została pochowana na cmentarzu North Sheen. Jednak 28 października 1992 r. prochy jej przeniesiono do Warszawy i złożono w grobowcu rodzinnym na cmentarzu Powązkowskim, gdzie spoczywa razem z córkami Wandą i Jadwigą oraz z zięciem, kpt. Andrzejem Jaraczewskim.

Grób Aleksandry, Jadwigi i Wandy Piłsudskich oraz kapitana Andrzeja Jaraczewskiego na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, Internet

Znowu w Polsce

Córki, Wanda i Jadwiga Piłsudskie, powróciły w 1990 r. z Anglii do Polski. Założyły Fundację Rodziny Józefa Piłsudskiego, odzyskały Dworek i utworzono Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Jest ono od 2020 r. prowadzone wspólnie przez Fundację Rodziny Józefa Piłsudskiego oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Muzeum to pamięta o Pani Marszałkowej – w jej urodziny, 12 grudnia 2023 r., otworzyło dwie plenerowe wystawy biograficzne w dwóch muzeach: w Sulejówku oraz w warszawskich Łazienkach, zatytułowane „Moje wybory – Aleksandra Piłsudska”.

O swojej rodaczce pamiętają też suwalczanie. W okresie międzywojennym nie zerwała ona związków z Suwałkami. Wspierała lokalne inicjatywy, m.in. budowę gmachów dla szkół, od 1934 r. Szkoła Podstawowa nr 2 nosi jej imię. W 1935 r. A. Piłsudska została uhonorowana tytułem „Honorowy Obywatel Miasta Suwałk”. Ma też tablicę na rodzinnym domu (obecnie to W. Gałaja 47), jest nad Czarną Hańczą patronką jednej z ulic, gotowy jest też jej pomnik (pierwszy w Polsce), który wkrótce ma być odsłonięty.

 

Dworek „Milusin” w Sulejówku, obecnie, Internet

 

WALETR ALTERMANN: Sadyści językowi czyli merytoryka incjatyw

W „Śniadaniu Rymanowskiego” w Polsacie, podczas ostrej dyskusji politycznej pani Magdalena Biejat, senator Lewicy, rzuca tekst, który przeraża okrucieństwem: „Ciągle widzicie igłę w cudzym oku, a nie widzicie we własnym”.

No cóż, można powiedzieć, że pani senator padła ofiarą tzw. wiedzy niekompletnej. To znaczy, coś słyszała, coś o czymś w oku, ale nie zapamiętała. Taka niedokładna wiedza bywa najgorsza. Nie każdy przecież musi znać Nowy Testament, ale jeżeli nie zna niech nie cytuje.

Pani senator sadystka

W tym przypadku jest jeszcze gorzej, bo pani Biejat jest zawodową tłumaczką z hiszpańskiego. Jeżeli więc tak tłumaczy jak mówi… groza czytać jej przekłady.

Dosłowny cytat kulturowy brzmi tak: Źdźbło w oku bliźniego widzi, a belki w swoim nie dostrzega” (MAT. 7: 3-5). Jak więc widzimy u Mateusza o żadnej igle mowy nie ma. Mateusz był surowym wyznawcą Chrystusa, ale przecież nie sadystą!

Merytoryka to nie poetyka

Niestety rozpanoszyła się na dobre „merytoryka”. Mówią o niej, przywołują właściwie wszyscy. Tymczasem w języku polskim takie słowo nie istnieje. Coś może być merytoryczne, ale merytoryki nie ma. Bo nie jest ani gałęzią nauki, ani techniki, ani pojęciem z pogranicza moralności i etyki.

Podobnie jak powyżej omówiona merytoryka, nie istnieje również „incjatywa”. Tymczasem ostatnio nawet premier Morawiecki w sejmowym wystąpieniu mówił o jakiejś „incjatywie”. Co prawda od czasu do czasu mówił też o „inicjatywie”, ale jednak błąd był.

Inicjatywa

Wyjaśnijmy zatem, że w języku polskim mamy jedynie „inicjatywę”, która pochodzi od łacińskiego initio – zaczynam. A oznacza według słownika języka polskiego występowanie z projektem, dawaniem pomysłu, rzucaniem myśli, zapoczątkowaniem.

Dzisiaj „incjatywa” pojawia się jako tzw. niechlujny skrótowiec. O „incjatywie” po raz pierwszy słyszałem za komuny, zawsze z nieodłącznym „prywatna”. Owa „prywatna incjatywa” była eufemizmem na oznaczenie prywatnych przedsiębiorstw – tak w produkcji, jak w handlu i usługach. Minęło tyle lat, komuna umarła, ale „incjatywa” nadal żyje, szkoda.

In plus, czy na dobre?

„Zagrał bilę niedokładnie, ale może wyjdzie mu to in plus” – mówi sprawozdawca snookera. Z tym „in plus” mamy kłopot nowobogackich intelektualnie.

Człowiek bez kompleksów nie wstydziłby się powiedzieć po prostu, że coś, co mogło wydawać się kłopotem, wyszło jednak na dobre. Ale – niestety – mamy w kraju coraz więcej osobników, którzy chcą uchodzić za ludzi z wyższych sfer i walą po uszach tym „in plusem”. Smutne to, ale prawdziwe.

Obława

Niedawno Polską wstrząsnęło okrutne morderstwo. Ojciec, zabiwszy syna, ukrywał się w lesie, w okolicach Gdyni. Policja zarządziła obławę, żeby ująć zbrodniarza. Tematem – co oczywiste – zajęły się najpoważniejsze stacje telewizyjne, gazety oraz Internet. I tu doszło do kilku przykrych zdarzeń językowych.

Dotyczyły one wspomnianej „obławy”. Najpierw TVP oraz Polsat mówiły o „obławie za napastnikiem”, tak jak mówi się „o pogoni za napastnikiem”. Jedynie TVN informował o „obławie na napastnika”. I tym razem to TVN miał rację.

Żeby nie wdawać się w zbyt długie wyjaśnianie. Obława jest na kogoś, na coś – na przykład na jakiegoś zwierza. Tu przypomnę refren „Obławy” – piosenki Jacka Kaczmarskiego, barda Solidarności:

Obława, obława na młode wilki obława

Te dzikie zapalczywe, w gęstym lesie wychowane…

Bandzior czy bandyta

Przy okazji innej zbrodni, tym razem we Wrocławiu, mogliśmy usłyszeć w TVN, że dwaj osobnicy, którzy napadli na ochroniarza kantoru wymiany pieniędzy, to „bandziory”.

Bardzo przepraszam, ale to jest głębokie nieporozumienie. Otóż, osobnik atakujący., w celach rabunkowych innego człowieka, raniący go nożem to „bandyta”. Natomiast „bandzior” to jedynie jakiś osiedlowy chuligan, człowiek tylko potencjalnie zagrażający życiu i zdrowiu innych. „Bandzior” to osobnik, z którego prawdopodobnie dopiero wyrośnie bandyta. Ja wiem, że są to subtelne różnice, ale język własny trzeba znać dobrze, skoro bierze się za posługiwanie się nim pieniądze.

 

KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: W poszukiwaniu świata, takiego jakim powinien być…

To nie będzie poradnik ani tym bardziej namawianie do emigracji. Bo taki wyjazd jest decyzją indywidualną, bardzo poważną, zmieniającą całe życie. Czasem nawet katastrofalną w skutkach, częściej jednak wyzwalającą nowe możliwości. A więc to raczej próba innego spojrzenia na świat, na nowe wyzwania, nowe kultury, wartości, krajobrazy i przede wszystkim na innych ludzi. 

Pojęcie „emigracja”, wywodzi się od łacińskiego słowa „emigratio”, co oznacza opuszczenie ojczyzny. Emigracja może być czasowa albo trwała, dobrowolna lub przymusowa. Również jej powody mogą być bardzo różne. Bywa, że ma oblicze polityczne, zarobkowe, religijne lub rodzinne. Wybór życia na obczyźnie może mieć także osobiste przyczyny – na przykład poszukiwanie nowych perspektyw zawodowych, chęci zmiany otoczenia lub po prostu pogoni za przygodami w obcym kraju.

W wieku XXI emigracja stała się zjawiskiem globalnym. Obecne „wędrówki ludów” różnią się jednak znacząco od tych z poprzednich epok. Dzięki rozwojowi technologii, telekomunikacji i globalizacji nie oznaczają – przynajmniej dla dobrowolnych tułaczy – całkowitego zerwania z miejscem urodzenia, tęsknoty za nim i izolacji.

Inaczej jest oczywiście w przypadku uciekinierów wojennych, banitów politycznych czy nomadów ekonomicznych. Ich decyzje o wyjeździe implikują najczęściej wojny, konflikty polityczne, katastrofy naturalne i sytuacje kryzysowe. Tacy ludzie szukają schronienia, bezpieczeństwa, stabilności i lepszych warunków bytowych. Stąd fale „nachodźców” do Unii Europejskiej – z Azji środkowej, z Bliskiego Wschodu i z Ukrainy. Albo z Meksyku do USA. Ale to osobny temat…

W ostatnim stuleciu emigracja nie jest już zjawiskiem nieodwracalnym, drogą w jedną stronę. Stała się bardziej dostępna. Rozwój transportu lotniczego, cyfrowych środków komunikacji i wzrost ogólnego poziomu życia na świecie, zachęca do wyjazdu z ojczyzn obywateli wielu krajów wysokorozwiniętych. Ludzie ci poszukują nie tylko pracy, ale także tańszej edukacji, doświadczeń kulturowych czy lepszego standardu życia na emeryturze. W aspekcie społecznym, przemieszczanie się pomiędzy państwami czy kontynentami, sprzyja wymianie kulturowej i zwiększa porozumienie między różnymi społecznościami. Nie zawsze bowiem „wielokulturowość”, jaką znamy z wielkich miast Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, oznacza wzrost przestępczości, kryzysy etniczne i religijne.

Ekspaci z państw zachodnich są przykładem tego, że imigracja może wzbogacać kulturowy i gospodarczy krajobraz „nowych ojczyzn”. Że może oferować ich mieszkańcom znaczące korzyści – dostarczać fundusze, technologie, kompetencje. I że daje szansę na budowę bardziej otwartych, zintegrowanych i dynamicznych społeczeństw. I to na warunkach tubylców, to znaczy według ich zasad i ich norm prawnych.

Wyspiarskie raje nie dla wszystkich

Władze wielu państw rozwijających się aktywnie zachęcają zamożnych, wykwalifikowanych Europejczyków do osiedlania się w swoich granicach. Tworzą specjalne programy dla cudzoziemskich pracowników, ich rodzin, a nawet dla seniorów. Wśród nich najbardziej atrakcyjne są Seszele, Malediwy, Zanzibar, Bali, Fidżi, Karaiby i Mauritius. Te oceaniczne wyspy oferują nie tylko wieczne lato lecz także bezpieczeństwo i stabilność.

W każdym z tych państw polityka imigracyjna jest nieco inna. Zależy głównie od kondycji gospodarczej i lokalnej specyfiki. Na przykład położone na Oceanie Indyjskim Seszele, będąc małym państwem wyspiarskim, stosują dość restrykcyjną politykę imigracyjną w kontekście długoterminowego pobytu i pracy. Większość imigrantów musi posiadać specjalne wizy, które są wydawane wyłącznie na podstawie konkretnych ofert pracy. Tu ekspaci znajdują zatrudnienie głównie w branży turystycznej, hotelarskiej i usługowej. Są to najczęściej wykwalifikowani obywatele Indii, Sri Lanki, Filipin i krajów afrykańskich. Państwo zapewnia im nienajgorsze warunki życia i relatywnie wysokie zarobki, dzięki czemu imigranci szybko się aklimatyzują. Jednak, nie chcąc doprowadzać do nadmiernego wzrostu liczby imigrantów, władze wprowadziły przepisy dotyczące zakupu nieruchomości przez cudzoziemców. Zakup taki jest wprawdzie możliwy, ale wiąże się z wysokimi opłatami.

Podobnie jest na oddalonych o dwa tysiące kilometrów na wschód od Seszeli Malediwach. Również ta republika obficie korzysta z pracy imigrantów – przeważnie z krajów Azji Południowej, takich jak Bangladesz, Indie czy Sri Lanka. Cudzoziemcy zatrudniani są głównie w hotelach, restauracjach, na budowach i w usługach. I pomimo, że odgrywają kluczową rolę w budowaniu gospodarki narodowej, ich obecność reguluje restrykcyjne prawo imigracyjne. Dlatego większość przybyszów przebywa na wyspach na podstawie krótkoterminowych wiz pracowniczych – przy czym, możliwości uzyskania stałego pobytu i zakupu nieruchomości są mocno ograniczone.

Z kolei Zanzibar, będący częścią Zjednoczonej Republiki Tanzanii, to miejsce, które przyciąga głównie zamożnych seniorów z Europy Zachodniej, pragnących spędzić jesień życia na malowniczych plażach. Dla nich właśnie rząd Tanzanii stworzył przepisy umożliwiające kupno nieruchomości. Rezydenci Zanzibaru nie mogą jednak posiadać gruntów na zasadzie pełnej własności. Lokalne prawo zakłada jedynie możliwość użytkowania wieczystego – okres dzierżawy zwykle wynosi od 33 do 99 lat, ale po jej wygaśnięciu istnieje możliwość odnowienia umowy.

Podobnie jest na indonezyjskiej wyspie Bali. Tu, tak samo jak w całej Indonezji, również istnieją ograniczenia dotyczące własności gruntów – cudzoziemcom oferuje się jedynie prawo użytkowania nieruchomości na określony czas, zwykle na 25 do 30 lat z możliwością prolongaty. Przepisy pozwalają ekspatom na budowę domu lub innego obiektu na wynajętej ziemi, ale nie wolno im posiadać gruntów na zasadzie pełnej własności. Taka możliwość zarezerwowana jest wyłącznie dla obywateli Indonezji.

Prawo pobytu za inwestycję

Na zakup nieruchomości obcokrajowcom zezwala natomiast rząd Fidżi. W tym pacyficznym raju obowiązuje jednak szereg ograniczeń – cudzoziemcom nie wolno na przykład kupować ziemi należącej do rdzennej społeczności Fidżyjczyków. A jest to spore ograniczenie, bo tego rodzaju grunty stanowią aż 83% całkowitej powierzchni wysp. Podobnie jak w innych republikach pacyficznych, imigranci mogą nabywać prawo do użytkowania gruntów na zasadzie dzierżawy długoterminowej. Umowy najmu zawierane są na okres nie dłuższy niż 99 lat – w zależności od lokalizacji i rodzaju nieruchomości.

Dużo łatwiej kupić posiadłość na Karaibach. Tu, poszczególne republiki oferują cudzoziemcom szerokie możliwości, zarówno zakupu nieruchomości jak i uzyskania obywatelstwa. Sposobem na uzyskanie stałego pobytu są inwestycje – tzw. programy „obywatelstwo przez inwestycje” (CBI). W części krajów proces uzyskania zgody jest szybki i przejrzysty, podczas gdy w innych może wymagać wielu pozwoleń, rejestracji lub nawet zezwolenia instytucji rządowych. Szczególne ułatwienia dają ekspatom republiki Saint Kitts i Nevis, Dominika, Grenada, Saint Lucia oraz i Antigua i Barbuda.

Prekursorem tego rodzaju osadnictwa jest Federacja Saint Kitts i Nevis, oferująca jedną z najszybszych ścieżek do obywatelstwa – nawet w ciągu paru miesięcy. Inwestycja może obejmować zakup nieruchomości lub wpłatę na któryś z funduszy rządowych. Program ten jest popularny ze względu na swoją efektywność i szerokie możliwości podróżowania bez wizy. Również, położona zaledwie 200 kilometrów na północ od wybrzeży Wenezueli, Grenada ma swój unikatowy program CBI. Jego uczestnicy mogą otrzymać tzw. wizę E-2, która daje inwestorom i ich rodzinom możliwość prowadzenia biznesu i zamieszkania w Stanach Zjednoczonych. Obywatelstwo tego kraju otrzymuje się po dokonaniu zakupu nieruchomości lub wpłaceniu odpowiedniej sumy na fundusz narodowy.

Na tle wyspiarskich rajów najbardziej wyróżnia się jednak Mauritius. Ta, licząca niewiele ponad 1,2 mln mieszkańców, republika leży na turkusowych wodach Oceanu Indyjskiego, około 2000 km na wschód od wybrzeży Mozambiku. Malownicze wyspy są ulubionym miejscem wypoczynku Europejczyków, Amerykanów, Azjatów i Afrykanerów z RPA. Magnes stanowią dla nich nie tylko bogactwo krajobrazów i hindusko-postkolonialna mozaika kulturowa, lecz przede wszystkim stabilność polityczna i gospodarcza kraju. Dodatkową zachętą dla imigrantów są niskie podatki i atrakcyjne programy inwestycyjne, umożliwiające pobyt stały.

Wysoka stopa zwrotu

W przeciwieństwie do wielu egzotycznych lokalizacji, w których biurokracja i korupcja są nieodłącznymi elementami procesu zakupu nieruchomości, Mauritius oferuje w tym zakresie wyjątkowo przejrzyste procedury. I to właśnie czyni z wyspy prawdziwy raj dla imigrantów, poszukujących harmonijnego połączenia biznesowych możliwości, wysokiej jakości życia i niezakłóconej urody naturalnego środowiska. W tym kontekście, Mauritius od kilku dekad wyznacza standardy, do których inne afrykańskie państwa dopiero aspirują.

Rząd Republiki Mauritiusu oferuje zagranicznym inwestorom kilka innowacyjnych programów. Najważniejsze z nich to Integrated Resort Scheme (IRS) i Property Development Scheme (PDS). Programy te umożliwiają zakup nieruchomości, dając jednocześnie prawo uzyskania stałego pobytu.

Integrated Resort Scheme – to program, który umożliwia cudzoziemcom zakup luksusowych willi i apartamentów w zintegrowanych kurortach, oferujących wiele udogodnień, takich jak pola golfowe, spa, mariny czy centra konferencyjne. Cena nieruchomości w ramach tego programu musi wynosić co najmniej 500 tys. dolarów. Cudzoziemcy, którzy kupią nieruchomość w ramach IRS, otrzymują automatycznie zezwolenie na pobyt na Mauritiusie.

Drugim programem dla cudzoziemców jest Property Development Scheme. Program ten umożliwia cudzoziemcom zakup nieruchomości w zrównoważonych i zdywersyfikowanych projektach deweloperskich, oferujących mieszkalne, komercyjne i rekreacyjne obiekty. Inwestycja w nieruchomości w ramach tego programu musi wynosić co najmniej 375 tys. dolarów. Również w tym przypadku obcokrajowcy, którzy wezmą udział w programie PDS otrzymają automatycznie zezwolenie na pobyt stały na wyspie.

Nie są to oczywiście sumy małe, ale zyski mogą być wyjątkowe. Średnia stopa zwrotu z inwestycji (ROI) w nieruchomości turystyczne na wynajem krótkoterminowy może zaskoczyć nawet doświadczonych przedsiębiorców. Przykładowo w Polsce przeciętna stopa zwrotu z wynajmu mieszkania wynosi od 2,4 do 4,2 proc. – i to tylko w przypadku, jeśli inwestycja była w pełni finansowana gotówką. Tu ten sam wskaźnik wynosi od 5 do 15 proc. w skali roku. Oczywiście w zależności od lokalizacji nieruchomości, jej standardu, umiejętności zarządzania oraz ogólnej kondycji rynku turystyki w regionie – np. w okresie pandemii cała branża praktycznie się załamała.

Naturalnie najbardziej poszukiwane są nieruchomości położone w popularnych miejscach turystycznych, takich jak Flic en Flac, Grand Baie, Le Morne, Belle Mare, czy Blue Bay. W miejscowościach tych średnia cena za metr kwadratowy wynosi około 5000 euro. One też mają najwyższy potencjał wynajmu i mogą generować szybszy zwrot nakładów. Wyższe stawki wynajmu generują również dodatkowe udogodnienia, takie jak basen, korty, pola golfowe, czy widok na morze i góry.

Istnieją oczywiście miejsca tańsze – na przykład miejscowość Curepipe, położona w środkowej części wyspy, na wysokości ponad 500 metrów nad poziomem morza. To największe miasto na Mauritiusie, oferuje nieruchomości za średnią cenę około 1500 euro za metr kwadratowy. Podobnie jest w sąsiednim Quatre Bornes, będącym centrum handlowym i przemysłowym wyspy. Tutaj średnia cena za metr kwadratowy nieruchomości wynosi około 2000 euro. Niewiele droższy jest Mahebourg, leżący na południowo-wschodnim wybrzeżu, w pobliżu międzynarodowego lotniska. Chętni na osiedlenie się w tym urokliwym, kolonialnym miasteczku muszą liczyć się z kosztem 2,5 tysiąca euro za metr kwadratowy.

O wiele taniej jest na oddalonej o prawie 600 km od Mauritiusa wysepce Rodrigues. Tu średnia cena metra kwadratowego to zaledwie 1000 euro. Różnica ta wynika z faktu, że Rodrigues jest znacznie słabiej rozwiniętą wyspą niż Mauritius. Ta część republiki jest także mniej popularna wśród turystów i inwestorów. Ponadto, obcokrajowcy muszą tu uzyskać specjalne zezwolenie na zakup domu od lokalnego rządu Rodrigues.

Mauritius – raj na ziemi

Zagraniczne inwestycje przynoszą szereg korzyści również wyspiarzom. Właśnie dzięki nim Mauritius posiada stabilną, szybko rozwijającą się gospodarkę i wzorowany na zachodnich demokracjach system polityczny. Te czynniki zapewniają zarówno Maurytyjczykom, jaki i przybyszom poczucie bezpieczeństwa i pewność inwestycji, które w połączeniu z wysokim standardem życia, doskonałą infrastrukturą, nowoczesnymi usługami medycznymi i tradycyjną gościnnością, czyni to miejsce prawdziwym rajem.

Życie na Mauritiusie nie różni się znacząco od tego, co oferuje Europa. Można tu znaleźć wszystko, co potrzebne do codziennego funkcjonowania – szpitale, szkoły, uniwersytety, teatry, centra handlowe. A po pracy można skorzystać z wielu form rozrywki i rekreacji – z pól golfowych, safari, parków i muzeów. Nie wspominając o głównej atrakcji wyspy – niesamowitej przyrodzie z jej egzotycznymi zwierzętami, endemiczną roślinnością i bajecznymi krajobrazami.

Może to zabrzmi naiwnie, ale wierzę, że emigracja może być szansą dla tych wszystkich, którzy mają dosyć polityki, konsumpcjonizmu, straszenia ociepleniem klimatu i kolejnymi pandemiami. Szansą na lepsze i spokojniejsze życie, na to, żeby poznać, zrozumieć i polubić świat. Takim, jakim powinien być.

 

Nieukarana zbrodnia komunistyczna – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina masakrę w kopalni „Wujek”

Zomowiec Romuald S., członek plutonu specjalnego pacyfikującego strajk w kopalni „Wujek”, został skazany na trzy i pół roku więzienia. Górnik Stanisław Płatek, przewodniczący zakładowego komitetu strajkowego w grudniu 1981 r., ranny wskutek kul ZOMO, który opowiedział mi o masakrze, usłyszał wyrok: 4 lata więzienia.

Od 1993 r. Płatek był pełnomocnikiem posiłkowym w procesie zomowców: „Nie braliśmy pod uwagę, że będą strzelali, myśleliśmy, że władza wyciągnęła wnioski z wydarzeń 1970 r. na Wybrzeżu, zresztą generał Jaruzelski w swoim wystąpieniu mówił, żeby nie polała się ani jedna kropla polskiej krwi. Słyszeliśmy, że są ranni na Manifeście Lipcowym, tylko nie wiedzieliśmy, w wyniku czego odnieśli obrażenia. Gdybyśmy mieli informacje, że strzelano do nich z broni palnej, to wydarzenia mogły potoczyć się inaczej”.

 „Boże coś Polskę”

„Przyszli nocą w uśpiony dom

Wyciągali nas chyłkiem, jak zbóje

Drzwi zamknięte otwierał łom

Idą, idą pancry na Wujek”

(piosenka „Idą pancry na Wujek”, autorstwa Macieja Bieniasza)

16 grudnia 1981 r. do strajkującej załogi kopalni „Wujek” między godz. 8:00 a 9:00 rano przychodzi płk Piotr Gębka w towarzystwie wojskowych. Przekonuje załogę, że powinna się poddać, gdyż jest jedynym strajkującym zakładem w Polsce. Górnicy zagłuszają go, śpiewając „Boże coś Polskę”. Oświadczają, że nie będą się bronić, jeśli na teren kopalni wejdzie wojsko, dadzą natomiast odpór siłom MO.

Stanisław Płatek: „Wiedzieliśmy, że wojsko jest wyposażone w broń palną nie tylko po to, aby z nią paradować. Nie spodziewaliśmy się, że zostaną wprowadzone oddziały ZOMO, tym bardziej Pluton Specjalny, o którego istnieniu w ogóle nie słyszeliśmy”.

Zakład jest okrążony przez czołgi i wozy pancerne. Pułkownik Gębka daje strajkującym godzinę na opuszczenie kopalni.

„W tłum przy bramie, do matek i żon

Z płacht na murach klejonych zlatuje

Czarną treścią komunikat WRON

Idą, idą pancry na Wujek”

Strzały z 20 metrów

Rozpoczyna się pacyfikacja. Po godz. 10:00 na teren „Wujka”, po staranowaniu muru, wjeżdża czołg, a za nim wkracza oddział ZOMO. Po kilku próbach inny czołg rozbija barykadę na bramie wjazdowej. Uzbrojeni w tarcze i przyłbice zomowcy wchodzą na plac przed kotłownią. Około godz. 12:00 do akcji włącza się helikopter. Zomowcy rzucają pociski z gazami łzawiącymi i świecami dymnymi wprost na górników, którzy odrzucają je. Wszędzie unosi się dym.

Stanisław Płatek: „Początek pacyfikacji wskazywał na to, że ta wydawałoby się niewinna broń, czyli granaty łzawiące, może spowodować poważne obrażenia ciała i nawet potężnego chłopa zwalić z nóg. Na własne oczy widziałem, jak granat trafił kolegę w skroń, i dopiero na punkcie sanitarnym zaczął dawać oznaki życia. Okazało się, że ma wstrząs mózgu”.

Górnicy unieszkodliwiają czołg, wkładając między jego koła pręty. Około godz. 12:30 czołgi strzelają z dział pustymi nabojami. Dochodzi do pojedynczych starć wręcz. Zomowcy wycofują się pod magazyn odzieży, a następnie poza teren kopalni. Gdy wydaje się, że walka jest zakończona, padają strzały. Są zabici i ranni.

„Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń

Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje

Już milicja repetuje broń

Idą, idą pancry na Wujek”

Stanisława Płatka kula trafia w prawe ramię. Udaje mu się jeszcze ostrzec górników, że napastnicy strzelają ostrą amunicją.

„- Czy widział pan człowieka, który do pana strzelał?

– Nie, ale strzały musiały paść z odległości ok. 20 metrów. Podobnie jak inni górnicy zostałem ranny w okolicach bramy głównej, na wąskim odcinku między murem a nieistniejącym dziś budynkiem wagi drobnicowej. Cały czas strzelali ślepą amunicją. W tym huku łatwo było schować strzały z broni palnej. Wszyscy zabici zostali trafieni w górne części ciała, najczęściej w głowę – świadczy to o tym, że nie były to strzały przypadkowe. Do dziś nie mogę nadmiernie obciążać prawego ramienia”.

„Płoną znicze ku zabitych chwale

Ale zgasła nadzieja na potem

Gdzie twe czyste ręce, generale?

Zawracają pancry z powrotem”

Walka z napastnikami trwa dalej. Oddział MO, który wkracza od strony bramy kolejowej, zostaje odparty. Górnicy biorą trzech zakładników. Przeliczają ich amunicję i okazuje się, że ci funkcjonariusze nie strzelali. Rannych górników funkcjonariusze MO wywlekają z sanitarek, zrywają opatrunki. Załoga jednej z karetek pogotowia zostaje pobita.

Krzyż

Stanisław Płatek: „Sanitarek nie wpuszczano na teren kopalni. Rannych wynosiło się pod bramę wjazdową, pod budynek dyrekcji i tam pakowało do sanitarek. Jechałem sanitarką razem z kolegą Wójcikiem i po 200 metrach zostaliśmy zatrzymani przy torach kolejowych. Wójcika, który leżał na noszach, wyciągnęli za nogi, mnie też wyprowadzili z samochodu. Najpierw funkcjonariusz zażądał dowodu osobistego, ale my byliśmy w ubraniach roboczych i mieliśmy tylko znaczki identyfikacyjne, potem sprawdził na kartce nazwisko. Doprowadził mnie przed dwóch oficerów – jednym z nich był dowódca jednostki ZOMO, płk Kazimierz Wilczyński. Na głowie miałem założony opatrunek, a on zaczął dowcipkować, że musiałem zadrapać się gdzieś na dole. Zamierzył się na mnie, ale nagle z tyłu zjawił się porucznik wojska – lekarz, który wziął mnie do sanitarki wojskowej i zbadał. Długo tam nie byłem. Przeładowano mnie do milicyjnej sanitarki i przewieziono do szpitala MSW”.

Ogień zostaje przerwany ok. godz. 13:00. Około godz. 14:00 płk Piotr Gębka, razem z komisarzem wojskowym zjednoczenia płk. Wacławem Rymkiewiczem i dyrektorem kopalni, udaje się do górników. Strajkujący przedstawiają warunki przerwania strajku: odwołanie stanu wojennego, uwolnienie Ludwiczaka, wycofanie oddziałów ZOMO, podanie do publicznej wiadomości informacji o wydarzeniach w kopalni, w tym o zabitych i rannych, oraz ujawnienie nazwiska dowódcy akcji. Pułkownik Gębka oświadcza, że warunki nie zostaną spełnione. Górnicy prowadzą wojskowych do stacji ratownictwa, gdzie leżą ciała zabitych, wydają również broń zatrzymanych wcześniej zakładników. Około godz. 17:00 strajkujący, po długiej naradzie, łagodzą warunki przerwania strajku: swobodne opuszczenie kopalni, podstawienie dla nich autobusów, wycofanie z okolicy kopalni oddziałów ZOMO, niewyciąganie konsekwencji karnych i dyscyplinarnych. Zakładnicy zostają zwolnieni. Około godz. 19:00 górnicy opuszczają teren kopalni. Przed odejściem, przy ścianie kotłowni, w miejscu gdzie polegli ich koledzy, wkopują krzyż przyniesiony ze stacji ratownictwa.

Do końca PRL władze zakazują oddawania czci zabitym górnikom. W 1991 r. w miejscu krzyża powstaje pomnik.

Warto było?

9 lutego 1982 r. Stanisław Płatek dostaje najwyższy wyrok – 4 lata (prokurator Kleczkowski żąda nawet 15 lat): „Do 31 grudnia przetrzymywali mnie w szpitalu więziennym w Bytomiu, w sylwestra otrzymałem nakaz tymczasowego aresztowania. Nikt nie powiadomił rodziny, gdzie jestem, szukali mnie we wszystkich szpitalach w okolicy. Ojciec odnalazł mnie dopiero 25 grudnia. W czerwcu 1982 r. przewieziono mnie do aresztu śledczego w Zabrzu”.

W więzieniu przesiedział w sumie 14 miesięcy, zwolniono go 8 lutego 1983 r. – w dniu urodzin jego syna.

„Czy warto było?” – zastanawia się Stanisław Płatek. – „Dla przemian, które nastąpiły w kraju – tak, dla ofiar, które mieliśmy – nie, bo nic nie jest warte ofiary życia. Nikt nie mógł przewidzieć, że władza ludowa po raz kolejny sięgnie po broń przeciwko robotnikom”.

W więzieniu nie miał możliwości rehabilitacji przestrzelonego ramienia. Po pół roku od odzyskania wolności – dzięki pomocy przyjaciół – odzyskał władzę w prawej ręce i zaczął szukać pracy.

„Nie chcieli mnie w górnictwie ani w drugim wyuczonym zawodzie – ślusarstwie. Miałem wilczy bilet. Oferowano mi wyjazd z Polski – w ciągu 24 godzin mogłem dostać wizę do dowolnego kraju. W końcu zatrudniłem się w brygadzie remontowej klubu sportowego „Gwarek” w Tarnowskich Górach. Problemów nie robiono, bo prezesem klubu był wysoki funkcjonariusz SB i pozostawałem pod stałą obserwacją”.

Na terenie Tarnowskich Gór zaangażował się w działalność podziemnych struktur, które podlegały Jerzemu Buzkowi. W marcu 1989 r. reaktywowali Solidarność. Płatek do kopalni wrócił w 1993 r.

„13 grudnia 1992 r. wyrokiem Sądu Najwyższego – Izby Wojskowej zostałem uniewinniony, co pozwoliło mi ponownie starać się o pracę. Myślałem, że wyrok przywróci mi wszystkie prawa pracownicze, ale w kopalni „Wujek” odpowiedzieli, że nie są zainteresowani moją ofertą pracy”.

Ranni i zabici

Przy pacyfikacji kopalni brało udział: 6 kompanii ZOMO, 4 kompanie ROMO, 1 kompania NOMO, 1 kompania KW MO, 6 kompanii piechoty, 6 plutonów czołgów, 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO; 7 armatek wodnych, helikopter, 55 wozów BWP.

Podczas pacyfikacji od kul poległo 9 górników:

Józef Czekalski – lat 48,

Krzysztof Giza – lat 24,

Ryszard Gzik – lat 35,

Bogusław Kopczak – lat 28,

Andrzej Pełka – lat 19,

Zbigniew Wilk – lat 30,

Zenon Zając – lat 22,

Joachim Gnida – lat 28, zmarł 2 stycznia 1981 r. nie odzyskawszy przytomności,

Jan Stawisiński – lat 21, zmarł 24 stycznia 1982 r. w szpitalu w Katowicach-Ochojcu nie odzyskawszy przytomności.

Rany postrzałowe odniosło 21 górników: Piotr Babrakowski – rany postrzałowe obu ud, Bernard Białas – rany postrzałowe brzucha, przedramienia i nogi, Mirosław Bronisz – rana postrzałowa głowy, Jerzy Brzeziński – rana postrzałowa klatki piersiowej i twarzy, Roman Czernik – rana postrzałowa ręki, Bogdan Dolny – rana postrzałowa podudzia, Jan Futyma – rana postrzałowa ręki, Marian Giermuziński – rana postrzałowa klatki piersiowej, Władysław Kościelniak – rana postrzałowa nogi, Henryk Kwol – rana postrzałowa ramienia, Wiesław Łobień – rana postrzałowa łokcia, Józef Mikos – rany postrzałowe twarzy i obojczyka, Bogdan Nadolny – rana postrzałowa podudzia, Tadeusz Piecyk – rana postrzałowa miednicy, Henryk Pikos – rana postrzałowa ręki, Stanisław Płatek – rana postrzałowa ramienia, Zbigniew Szafraniec – rana postrzałowa ramienia, Zygmunt Szkoła – rana postrzałowa ramienia, Władysław Wójcik – rana postrzałowa kolana, Zbigniew Wójcik – rana postrzałowa ręki, Józef Żmuda – rana postrzałowa łopatki.

Podczas operacji funkcjonariusze SB skonfiskowali pociski wyjęte z ciał rannych. 22 górników odniosło innego rodzaju obrażenia wymagające hospitalizacji: zatrucie gazem, uszkodzenie gałek ocznych. W styczniu 1982 r. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo w sprawie użycia broni. Zdaniem prokuratora porucznika Janusza Brola broń została użyta w obronie własnej.

9 lutego 1982 r. członkowie Komitetu Strajkowego otrzymali wyroki:

Stanisław Płatek – 4 lata,

Marian Głuch i Adam Skwira – 3 lata,

Jerzy Wartak – 3,5 roku.

Członkowie Komitetu Strajkowego: Zbigniew Lubasiński został internowany i zwolniony z pracy, Mieczysław Pieronkiewicz – internowany, Kazimierz Rembilas – internowany za pomoc rodzinom ofiar.

Za strajk były również sądzone osoby, nie będące w Komitecie Strajkowym:  Janina Jakubowicz – sekretarka KZ, wspomagająca Komitet Strajkowy, szykanowana podczas śledztwa – sądzona pod spreparowanymi zarzutami wzywania kobiet i dzieci do walki,

Jan Wielgus – wyrok w zawieszeniu,

Jan Haśnik – wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej, uniewinniony,

Zdzisław Kubat – odpowiadał z wolnej stopy, uniewinniony,

Stanisław Saternus – członek Komisji Zakładowej, uniewinniony,

Zbigniew Szafraniec – jeden z górników postrzelonych podczas pacyfikacji, składał zeznania w procesie członków Plutonu Specjalnego w czerwcu 1994 r. 28 lub 29 grudnia 1994 r. zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Według oficjalnej wersji: samobójstwo. Wielu górników biorących udział w strajku zwolniono z pracy.

 

CEZARY KRYSZTOPA: O czym mamy się nie dowiedzieć?

Mam dojmujące uczucie deja vu. Nie wiem, jakiego konkretnie błędu Matrixa jest to efektem, ale gwałtownie wracają co mnie wszystkie odczucia jakie wywoływała obserwacja polityki w latach 2007-2014. Kto to również robił w tamtych latach pamięta metody prowadzenia polityki zakulisowej. Czego mieliśmy nie dostrzegać? Likwidacji projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej i resetu z Rosją (jeszcze później, konsekwencji i śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej, ale to się akurat nie udało).

Naszą uwagę miały odwracać, a to rzekome „kastrowanie pedofilów”, a to wycie obłąkanego bydła wokół ludzi broniących Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a to wybryki zakały polskiego parlamentaryzmu „świńskiego ryja” Janusza Palikota. Podczas gdy rozmontowywano podstawy polskiego bezpieczeństwa, obowiązywała narracja miłości (brzmi znajomo?) i obowiązująca „zaprzyjaźnione media” zasada, że „co złego to nie Donald”, ostatecznie o niczym nie wiedział, ale „teraz się wściekł i wszystko będzie dobrze”.

Zbiegi okoliczności

W ostatnich dniach pierwszy flashback miałem po małpim zachowaniu posła Platformy Jakuba Rutnickiego, który na oczach Marszałka Sejmu Szymona Hołowni, zarzekającego się, że niczego nie widzi, szarpał posła Suwerennej Polski Jacka Ozdobę. Chwilę później „zaprzyjaźnione media” zaczęły mnie zapewniać, że „Donald się wściekł” z powodu Afery Wiatrakowej. No i teraz ten Braun.

Ja nie mam oczywiście żadnych dowodów, nic mi nie wiadomo o tym, żeby jego wybryk polegający na zgaszeniu chanukowej menory gaśnicą w Sejmie, miał być z kimkolwiek uzgadniany, ale trudno mi się opędzić od wrażenia, jaki to fortunny dla Donalda Tuska zbieg okoliczności. Nikt już nie mówi o Aferze Wiatrakowej, nikt nie chce zadawać pytań o puste jak bęben Rolling Stones’ów, expose, nikt właściwie nie pamięta, co tam orzekł Sąd Najwyższy w sprawie odpowiedzialnego za lot do smoleńska koleżki Donalda Tuska Tomasza Arabskiego.

To, że przy okazji jest to zbiegiem okoliczności niesłychanie fortunnym dla niemieckiej propagandy, która boryka się z realnym wzrostem antysemityzmu w Niemczech, rosyjskiej propagandy poszukującej argumentów do „denazyfikacji” Polski i na dokładkę propagandy środowisk żydowskich usiłujących ściągnąć z Polaków nienależny haracz, to już doprawdy, w tej sytuacji, didaskalia.

Co ma nam umknąć?

Najistotniejszym pytaniem, nie jest bowiem pytanie o to, co widać, niezależnie od tego jak bardzo są w rzeczywistości powiązane powyższe elementy. Najistotniejszym pytaniem wydaje się raczej pytanie o to, czego nie widać? Pytanie o to, na co nie mamy zwrócić uwagi.

Tak więc, Donaldzie Tusku, przebywający obecnie na szczycie UE w Brukseli, na którym być może zdecyduje się przyszłość polskiej suwerenności, o czym tak naprawdę mamy się nie dowiedzieć? Co ma nam umknąć?

HUBERT BEKRYCHT: Mikrodziennikarstwo i nakładanie klapek odbiorcom mediów publicznych

Szarmanckie podniesienie mikroportu Justyny Dobrosz-Oracz z Gazety Wyborczej przez lidera KO jest hołdem Donalda Tuska wobec wiernych mu mediów. Znając miłość do amatorskiej reżyserii tych dwóch osób nie zdziwiłbym się, gdyby to była zwykła ustawka. Niektórzy pewnie się oburzą, boć to przecież premier premierów był uprzejmy wobec kobiety. Zastanówmy się zatem, co stałoby się, gdyby mikroport wypadł dziennikarce TVP czy Polskiego Radia? No właśnie. I to jest ta różnica.

Skandaliczne wypowiedzi polityków KO, TD i NL a także cichego koalicjanta, czyli Konfederacji, wobec ludzi pracujących w mediach publicznych oraz mediach konserwatywnych nigdy nie mogą stać się standardem.

Eskalacja

Musimy je piętnować i po prostu mówić o tym odbiorcom. Straszenie dziennikarzy przez polityków, którzy zrobili z tego amunicję wyborczą to już poważniejsza sprawa, tu trzeba natychmiast zgłaszać taki fakt odpowiednim organom.

Na osobne potraktowanie zasługuje jednak szczególne naruszenie wolności słowa. Otóż służby niezaprzysiężonego jeszcze rządu we wtorek odmówiły akredytacji TVP i Polskiemu Radiu podczas wizyty premiera Tuska w Brukseli. Tak, Tusk ma to, co chciał. Nie lubi dziennikarza, nie dostanie ów dziennikarz akredytacji. Potem, pomimo miłosiernie usuniętych barierek, będzie zakaz wejścia na teren parlamentu – najpierw dla mediów publicznych, potem dla mediów konserwatywnych.

Polowanie

Pogarda dla dziennikarzy, którzy nie sprzyjają ekipie Tuska? Też, to jednak przede wszystkim pogarda, dla odbiorców prześladowanych w ten sposób dziennikarzy. Odbiorców, którzy korzystają (jeszcze) z pluralizmu medialnego.

Ten rządowy już zamach na niezależność mediów pod hasłem tzw. odpolitycznienia ma szansę stać się większym skandalem niż atak na żydowski symbol i zdrowy rozsądek w wykonaniu posła Grzegorza Brauna z Konfederacji. Konfederacji oswajanej przez nową koalicję i hodowanej przez KO, TD i NL. Dlaczego? Aby osłabić PiS. Czyli, nic nowego, ale forma tej politycznej intrygi śmierdzi szkołą moskiewską na kilometr.

Polowanie z nagonką trwa, ale wielu dziennikarzy nie będzie iść pod kule pijanych ze szczęścia myśliwych. Atakowani potrafią się odgryźć. Praworządnie, demokratycznie a nawet stomatologicznie.