H. BEKRYCHT: O jednym takim, co dziennikarstwo ma w… „we krwi”, czyli atak na Skowrońskiego, Wnet i SDP

Jest taki portal Wirtualne Media. Jest i nic poza tym. Jego niektórzy autorzy są zupełnie wirtualni, tzn. oderwani od rzeczywistości i podatni na manipulacje oraz fałszerstwa. Bo wiele błędów, niedopowiedzeń, manipulacji drugiego stopnia (czyli powtórzeń cudzych manipulacji) jest w tym portalu. Moim zdaniem portalu medialnym tylko z nazwy. Roi się od bzdur nawet tylko w jednym artykule Jacka Kowalskiego „Przypadek Skowrońskiego: radio i polityka we krwi”. Robi to wrażenie, jakby autor brał udział w nagonce politycznej. Kowalski pisze o sobie, że „dziennikarstwo ma we krwi”. Co miał we krwi Kowalski, aby pisać tak grube bzdury, nie wiem, ale nie było to z pewnością dziennikarstwo.

Megalomania niektórych autorów WM nie jest zbyt eksponowana, bo tak dziwnie nie epatują swoimi nazwiskami w owych sensacjach i paszkwilach na innych dziennikarzy. Wyglądają owe „rewelacje” na pisane albo z uwielbieniem dla zwycięzców październikowych wyborów albo na ich „zamówienie” polityczne, czyli tak, aby skompromitować krytyków KO, TD i NL. We wspomnianym artykule, który jest po prostu brutalnym atakiem na prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, szefa Radia Wnet Krzysztofa Skowrońskiego i na SDP oraz Wnet, po seryjnych napadach w artykule Jacek Kowalski podpisuje się skromnie pod nim – jak mówią młodsi – „na samum końcu Internetu”, czyli już pod zachętą do czytania innych artykułów i logotypami sieciowych odnośników. Dlatego, tak jak WM umieścił w zbitce faktów i bzdur na temat Skowrońskiego jego zdjęcie, tak sdp.pl publikuje fotografię Jacka Kowalskiego, aby wszyscy mogli poznać człowieka, który pisze androny o prezesie SDP i miesza je z politycznym sosem. Taka sława po prostu należy się każdemu, kto odkrywa medialną Amerykę.

Kowalski: dziennikarstwo mam we krwi…

Tak pisze o sobie w nocie biograficznej autor artykułu o Skowrońskim. A na początek „petarda” Kowalskiego: „Przypadek Krzysztofa Skowrońskiego to przypadek osoby, w której żyłach płynie tyle samo miłości radia, co do polityki”. Jak dla mnie, za dużo krwi i krwiożerczości w publicystyce Kowalskiego. Takie „zarzuty” można przedstawić każdemu dziennikarzowi, który robi relacje z parlamentu czy jakiegoś ministerstwa.

Najpierw, jak w opisie każdej służby, nie jest ważne, czy tajnej, czy jawnej, następuje opis kariery Skowrońskiego, gdzie sporo pochwał wymieszano smakowicie z przypuszczeniami, niedopowiedzeniami, wtórnymi manipulacjami (drugiego stopnia) i faktami przedstawionymi „do połowy”.

Kowalski: przez niemal dekadę roku pracowałem w Agorze…

Ależ zaskoczenie w informacji o autorze pisanej przez samego autora. Prawda, że niesłychane zdziwienie? To tam pewnie pobierał nauki w pisaniu artykułów o kimś (K. Skowroński), z kim na temat wielu faktów i mitów nawet nie rozmawiał a przynajmniej nie o zawartości materiału „Przypadek Skowrońskiego…”.

Kowalski: nawiązałem romans z mediami elektronicznymi

Kochliwy ten autor. To jednak sprawa Kowalskiego. Skoro jednak ma związek z elektroniczną częścią mediów, to – moim zdaniem – autor paszkwilu na Skowrońskiego, Radio Wnet i SDP, pojęcie o radiu ma niewielkie, zbudowane pewnie na tym, że ma w domu radio.

Kowalski pisze, że w Radiu Wnet  nie ma miejsca dla osób czekających na wytyczne. Tak, jako słuchacz, potwierdzam – w przeciwieństwie do niektórych mediów elektronicznych zajmujących się mediami w Radiu Wnet nie ma miejsca na wytyczne.

I farmazon Kowalskiego kandydujący do nagrody – „dziennikarska bzdura roku”, chociaż nie, nie dziennikarska – plotkarska. „Skowroński – radiowiec i Skowroński – nieodwoływalny szef mocno ideowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, to jakby dwie różne osoby” – napisał psychoanalityk Kowalski. Spotykam się z Krzysztofem dość często i podkreślam, że gdyby nie był dobrym dziennikarzem, nie zostałby prezesem SDP. Zatem, bzdura goni bzdurę.

Potem w artykule są insynuacje o niegospodarnym zarządzaniu SDP i politycznych wpływach, którym rzekomo podlega SDP i Radio Wnet. Proponuję, aby autor, zanim napisze te farmazony raz jeszcze, poznał dokumenty, pogadał z ludźmi „drugiej strony” sporu programowego w SDP i nade wszystko porozmawiał z bohaterem artykułu, bo określenie, że Jacek Kowalski „ma dziennikarstwo we krwi” spowoduje, że do redakcji WM będzie trzeba kupić urządzenie do badania stanu trzeźwości. Moralnej i intelektualnej.

Kowalski: dziennikarze to moi bracia w piórze, w mikrofonie, w kamerze

Oj,chyba nie. I nie chodzi mi tylko o tych, których Kowalski – jak szefa SDP i Radia Wnet –  atakuje żonglując powtórzonymi informacjami wbrew dziennikarskiemu warsztatowi. Bo taki autor, po tylu nieprecyzyjnych, plotkarskich informacjach, będzie miał opinię groteskowej niby dziennikarskiej „policji w policji” i nikt z nim gadać nie będzie chciał. Chyba, że związki zawodowe chcące odwołac szefa jakiegoś medium.

Kowalski pisze prawdę

W artykule, który – według entuzjastów powyborczej zemsty na konserwatywnych dziennikarzach – może skompromitować Skowrońskiego, Wnet i SDP,  jest jednak nieco prawdy. Kowalski, znowu powołując się na innych, opisuje jak Skowroński ciągle pali papierosy. To prawda.

Wybacz Krzysztofie, ale palisz za dużo i w ogóle powinieneś rzucić…

        Krajobraz po „zemście”

Zastanawiam się, o czym będą pisać redaktorzy Wirtualnych Mediów, jak już ich umiłowana potrójna koalicja miłości przejmie wszystkie media, z wyjątkiem tych konserwatywnych?

I nawet chciałem zwrócić się bezpośrednio do autora bzdur o Skowrońskim, Wnet i SDP, czyli do Jacka Kowalskiego, ale… nie warto.

 

Hubert Bekrycht,

red.nacz. sdp.pl,

3 grudnia 2023 r.

 

 

 

 

 

 

O przemyśle fałszerstw i manipulacji w mediach pisze JOLANTA HAJDASZ: Druga strona medalu

Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że wytwarzamy fałszywą wiedzę – przyznała dziennikarka Gazety Wyborczej Małgorzata Tomczak na swoich macierzystych łamach, ale to tylko wstęp do jej ekspiacyjnego materiału. Koniecznie chcę zwrócić Waszą uwagę na tę publikację, bo ona jest  dla mnie koronnym dowodem na to, z jak wielkimi manipulacjami na temat sytuacji na polsko -białoruskiej granicy mieliśmy i zapewne mamy nadal do czynienia, jak perfidnymi kłamstwami była i  jest oszukiwana opinia publiczna, na temat sytuacji na tej granicy. Perfidia w tym wypadku polega także na tym , że publikacje te dotyczą  spraw fundamentalnych takich jak w tym wypadku  bezpieczeństwo naszych granic, czyli bezpieczeństwo naszego państwa i nas wszystkich.

Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że jesteśmy w procesie wytwarzania fałszywej wiedzy. Jej elementami są zwykłe fake newsy, jak historia Eileen; liczne przeinaczenia na poziomie samych faktów, ich przyczyn czy interpretacji; uparte pokazywanie wybranych fragmentów rzeczywistości i zupełne pomijanie innych – napisała Małgorzata Tomczak. I jeszcze jeden cytat: Celem ludzi na szlakach migracyjnych i wspierających ich aktywistów nie jest przedstawianie szerokiego obrazu rzeczywistości, niuansów, ambiwalencji i zadawanie trudnych pytań. Migranci chcą przetrwać podróż i dotrzeć do celu. Aktywiści chcą im w tym pomóc, a ich rolą w szerszej perspektywie jest też rzecznictwo, kształtowanie postaw, „tworzenie zmiany”. Środkiem do tych celów jest zbieranie poparcia i fund-raising, który w branży humanitarnej często opiera się na dramatycznych obrazach i wywoływaniu silnych emocji. – pisze dziennikarka.

Dobrze się stało, że o swoich manipulacjach informuje jedna z tych osób,  która do tej pory kłamała, czy manipulowała, ale koniecznie warto zauważyć, że przyznaje się do winy i zmienia tak radykalnie zdanie dopiero teraz, ponad miesiąc po wyborach, w których przecież bardzo ważną rolę odgrywały zagadnienia dotyczące  kryzysu migracyjnego w Europie, w Polsce i oczywiście na granicy polsko -białoruskiej. Teraz okazało się, że media mainstraamowe, tak bardzo przeciwne rządowi Zjednoczonej Prawicy, tworzyły przez ponad dwa lata  własny obraz sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, który całkowicie odbiegał od rzeczywistości. W ich przekazie nie dochodziło do błędów redaktorskich  To nie były pomyłki, które są naturalną częścią życia dziennikarskiego. To było kreowanie wydarzeń, zmyślanie faktów, opisywanie nieistniejących ludzi i ich dramatów, które nie miały miejsca, a także przeinaczanie tego, co działo się w rzeczywistości. Co więcej, celowo przemilczano fakty, które mogłyby podważać ich narrację. Mamy więc do czynienia z całkowitym zaprzeczeniem rzetelności i uczciwości dziennikarskiej.

Kolejny ważny fragment artykułu: Aktywistów pracujących na granicy i piszących o niej dziennikarzy łączy poczucie przynależności do szeroko rozumianej bańki lewicowo-liberalnej, chęć przeciwstawienia się narracji rządu i prawicowych mediów czy postrzeganie siebie jako osoby wrażliwej, otwartej i „chcącej zrobić coś dobrego”. Chcemy jak najbardziej odróżnić się od brunatnej TVP, zająć słuszne miejsce w pojedynku dobra i zła. Pisząc o granicy, spotykamy się z aktywistami, śpimy w ich domach, chodzimy na interwencje i siłą rzeczy zacieśniamy koleżeńskie relacje.(…) Mnie te miękkie mechanizmy wpływu pokonały. Przez dwa lata słuchania, czym jest „etyczne dziennikarstwo”, czytania przeróżnych „ściąg dla dziennikarzy – jak pisać mądrze” i dziesiątkach mniej lub bardziej subtelnych sugestii, co napisać „trzeba”; „czego nie wolno”; lub „o czym będzie można mówić dopiero, jak się wszystko skończy”, dokonywałam różnych mikrowyborów, które sprawiły, że dziś uważam swoje teksty za w dużej mierze nieprawdziwe – napisała Małgorzata Tomczyk.

W jaki sposób opisywano sytuację na granicy polsko – białoruskiej ? Skupiano się np. na przedstawieniu historii rodzin, kobiet i dzieci, których – jak teraz przyznała publicystka Gazety Wyborczej – tam prawie nie było. Marginalizowano przy tym obecność samotnych mężczyzn w sile wieku. Celowo pomijano fakt, że migranci dostawali się na granicę po zapłaceniu astronomicznych sum pieniędzy – co wskazywałoby, że są to osoby zamożne, a nie słabe, chore, poszkodowane w wyniku wojen i konfliktów. Nawet ta „Gazeta Wyborcza” piórem swojej publicystki przyznała, że to media prawicowe opisywały wydarzenia na granicy bliżej prawdy, bo świadczy o tym statystyka. Migranci w przeważającej liczbie pochodzą z krajów, które nie są zagrożone wojną. Kobiety i dzieci pojawiają się na granicy wyjątkowo rzadko. Tymczasem wbrew tym faktom przeciwną narrację cementują dwie duże publikacje –  książka Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”  i jeszcze bardziej film Agnieszki Holland  „Zielona Granica” – przyznała to sama publicystka Wyborczej.

A przecież tytuły te funkcjonują w debacie publicznej jako niemal dokumentalne zapisy sytuacji na granicy, a w rzeczywistości ukazują tylko jej niewielki, przefiltrowany odcinek i unikają zadawania prawdziwych pytań. Skali kłamstw dopełnia informacja o wymyślaniu historii osób, które miały być poszkodowane w wyniku działań naszych żołnierzy czy funkcjonariuszy Straży Granicznej. W grudniu 2021 roku cała Polska żyła historią 4-letniej dziewczynki o imieniu Eileen z Iraku, której rodzice zostali wypchnięci z powrotem na Białoruś przez polskie służby graniczne, a ona sama miała się błąkać w lesie na granicy. W jej poszukiwania zaangażowały się służby państwowe, interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. To po takiej jak ta historii posłowie Platformy Obywatelskiej czy Lewicy krzyczeli z trybuny sejmowej w stronę funkcjonariuszy Straży Granicznej słowo „mordercy”, a wtórowali im celebryci znani z ekranów mainstreamowych telewizji. Dzisiaj dowiadujemy się, że cała ta historia była zmyślona, że w ogóle nie istniała taka dziewczynka. Nie wiemy o żadnym udokumentowanym przypadku śmierci dziecka na polskiej granicy – zaznaczyła publicystka Wyborczej. Czy ktoś powie dzisiaj chociaż „przepraszam” oszukanym czytelnikom  czy wyborcom, którzy w odruchu serca utożsamiali się z tymi, którzy opisywali sytuację na naszej granicy jako pasmo udręki biednych uchodźców z krajów, gdzie są prześladowani, których jak się teraz okazuje  – tam  faktycznie prawie nie ma. Ci ludzie nierzadko w geście solidarności zagłosowali na ugrupowania, które np. potępiały działania Straży Granicznej, choć są one jedynym racjonalnym działaniem w obecnej sytuacji na granicy. Zamiast uchodźców z Syrii czy Jordanii  na granicę trafiają raczej bogaci uciekinierzy z Iraku, Albanii a nawet Turcji, którzy chcą się przedostać na Zachód. Wiedzą, że nie mają prawie żadnych szans składając legalnie wnioski o azyl polityczny, bo w ich krajach praktycznie nic im nie grozi. Za wszelką cenę wspomagani przez  państwo białoruskie czy Rosję forsują od dwóch lat naszą granicę nielegalnie, Ale tego nie chciały napisać żadne lewicowe czy liberalne media, łącznie z Wyborczą, która kreowała tę fałszywą narrację podkreślam ponad dwa lata.

Publicystka , której pozwolono to teraz opisać przyznaje także wprost że przez dwa lata była obiektem nacisków, gdy pisała o imigrantach na granicy polsko-białoruskiej. Były prośby o pominięcie pewnych faktów i delikatne dodanie innych, zasugerowanie czegoś, by polepszyć wymowę tekstu: Czy nie mogłabym wyciąć zdania, że migrant był zamożny i zapłacił 12 tysięcy euro za podróż?  Ta właśnie dziennikarka oceniła również, że obraz wykreowany przez Agnieszkę Holland w filmie „Zielona granica” ma niewiele wspólnego z prawdą. To ważne, bo przecież ten film był  i jest nadal szeroko  promowany za granicą, był nawet nagrodzony na tegorocznym festiwalu w Watykanie  i nie przypominam sobie by ktokolwiek np. polski ambasador w Watykanie  zaprotestował publicznie przeciwko kreowaniu tak fałszywego obrazu sytuacji na polsko – białoruskiej granicy. Jest to złamanie wszelkich zasad etyki dziennikarskiej i dziennikarskiego profesjonalizmu.  System medialny jest kluczowy dla budowania bezpieczeństwa państwa. Nie mieliśmy do czynienia z jednostkowymi przypadkami, ale całym przemysłem produkowania nieprawdziwych informacji, które uderzały w dobre imię Polski oraz naszych służb. Tej sprawy nie można więc zostawić. Zadaniem odpowiednich służb jest prześledzenie tego jak te informacje się rozchodziły, na jaką skalę itp. Należy też podjąć próbę ich realnego sprostowania – zwłaszcza poza granicami Polski. Będzie to bardzo trudne zadanie, ale trzeba próbować je podjąć. Z szacunku dla Prawdy o faktach które miały miejsce i mają nadal na naszej wschodniej granicy. A swoją drogą co na to  środowisko dziennikarskie, czy naprawdę uważamy: „Polacy, nic się nie stało”?

Linki źródłowe :

GW

BIP

Kto zamordował Henryka Flamego „Bartka” – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

1 grudnia 1947 r. w Zabrzegu pod Czechowicami milicjant Rudolf Dadak zamordował Henryka Flamego ps. Bartek – dowódcę największego i najbardziej aktywnego zgrupowania NSZ działającego na Śląsku Cieszyńskim i w zachodniej części Małopolski. Dadak nigdy nie został osądzony za swoją zbrodnię, tak samo jak inspiratorzy zabójstwa – m.in. Henryk Wendrowski.

Henryk Flame urodził się 15 stycznia 1918 r. we Frysztacie na Zaolziu. W Szkole Przemysłowej w Bielsku uzyskał zawód ślusarza mechanika samolotów. W 1936 r. wstąpił na ochotnika do wojska i rozpoczął naukę w Szkole Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy. Ukończył ją w 1939 r. w stopniu kaprala pilota, dostając przydział do 123 Eskadry Myśliwskiej 2 Pułku Lotniczego.

W wojnie obronnej, jako pilot 123 eskadry myśliwskiej przydzielonej do Brygady Pościgowej, bronił nieba nad Warszawą. 1 września, w pierwszej bitwie powietrznej II wojny światowej, w okolicach Zakroczymia, samolot kpr. Flame został ostrzelany i zmuszony do lądowania, gdy ten próbował osłonić swego dowódcę. 16 września Henryk Flame dostał przydział do nowo sformowanej Eskadry Rozpoznawczej (z resztek Brygady Pościgowej) operującej na linii Lwów – Zaleszczyki.

Po 17 września zestrzelony przez Rosjan w okolicach Stanisławowa, ale udało mu się uratować i, ostatecznie, przekroczyć granicę z Węgrami. Tam internowany, ale znów szczęście mu dopisało – uciekł z obozu. Zadenuncjowany przez węgierskiego gospodarza trafił do niemieckiego obozu jenieckiego. Ze względu na niemiecko brzmiące nazwisko (w dokumentach z tamtego okresu występuje pisownia Flamme) został zaliczony do III grupy narodowościowej i uznany za Niemca, co przyczyniło się do zwolnienia go i powrotu do domu rodzinnego w Czechowicach. Tam założył organizację HAK (Harcerska Armia Krajowa) podległą AK, która zajmowała się wywiadem i sabotażem (m.in. wykoleił pociąg niemiecki).

W związku z powołaniem do armii niemieckiej jesienią 1943 r., jak również zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, Flame wraz z podkomendnymi uciekł do lasu, gdzie zorganizował samodzielny oddział partyzancki operujący w podbeskidzkich lasach. W październiku 1944 r. został zaprzysiężony jako żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych.

W lutym 1945 r., po zajęciu Czechowic przez Sowietów, na polecenie dowództwa NSZ ujawnił się, i został komendantem miejscowego komisariatu MO, który obsadził swoimi ludźmi. W kwietniu 1945 r. zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, Flame uciekł ze swoimi ludźmi w pobliskie lasy. Od tej pory zaczął występować jako „Bartek”, odtwarzając oddziały partyzanckie VII Okręgu Śląsko-Cieszyńskiego NSZ i rozpoczynając tym samym „drugą konspirację”. Od maja 1945 do lutego 1947 stał na czele największego zgrupowania niepodległościowego na Śląsku Cieszyńskim, którego liczebność, w szczytowym okresie, wynosiła ponad 300 dobrze uzbrojonych i umundurowanych żołnierzy. Zgrupowanie przeprowadziło łącznie ok. 340 akcji zbrojnych, walcząc z UB i Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego (w którym jako major służył Zygmunt Bauman).

Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego szczegółowo zaplanowało tę zbrodnię. Decyzję podejmował osobiście wiceszef bezpieki i faktyczny mózg resortu Roman Romkowski (Natan Grinszpan-Kikiel). Dlaczego komuna sięgnęła po tak wyjątkowe środki? Odpowiedź jest prosta. Świetnie zorganizowanego zgrupowania Henryka Flamego „Bartka” nie byli w stanie inaczej rozbić. Dlatego wprowadzili do oddziału agentów UB, przede wszystkim Henryka Wendrowskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficer VII Okręgu (Białystok) AK, po aresztowaniu przez Sowietów został agentem Smierszu, a potem m.in. wicedyrektorem Departamentu III MBP do walki z podziemiem „reakcyjnym”, a także ambasadorem PRL w Danii). Wendrowski zmarł w Warszawie w 1997 r. jako zasłużony, dobrze opłacany z naszych podatków emeryt. Wobec żołnierzy „Bartka” przedstawiał się jako emisariusz władz Narodowych Sił Zbrojnych z Zachodu. Operacja nosiła kryptonim „Lawina” – od ubeckiego pseudonimu Wendrowskiego. Plan zakładał, że wobec trudności z prowadzeniem dalszej walki na Śląsku Cieszyńskim żołnierze Flamego zostaną konspiracyjnie przerzuceni na ziemie zachodnie, a stamtąd do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

I tak, mimo pewnych obaw, NSZ-etowcy podporządkowali się wytycznym swoich przełożonych, którzy w istocie byli funkcjonariuszami bezpieki. Żaden z żołnierzy „Bartka” nie dotarł na Zachód ani nie wrócił na Podbeskidzie. Wszyscy zostali brutalnie zamordowani. W sumie w trzech kolejnych transportach ciężarówkami ze Szczyrku i Wisły komuniści wywieźli między 5 a 25 września 1946 r. w rejon Opolszczyzny kilkudziesięciu uzbrojonych żołnierzy. Prócz Starego Grodkowa zlikwidowano ich na granicy woj. opolskiego i śląskiego – na polanie koło Barutu (zwanej także uroczyskiem Hubertus, a później – w związku ze śmiercią naszych żołnierzy – Śląskim Katyniem) oraz w okolicach Łambinowic.

Wymordowanie żołnierzy Henryka Flamego było odwetem komunistów za wiele skutecznych akcji, szczególnie za tą najgłośniejszą, która miała miejsce 3 maja 1946 r. Wtedy, miejscowości wypoczynkowej Wisła, „Bartek” zarządził dla wszystkich podległych mu oddziałów wchodzących w skład VII Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych wielką koncentrację w „kwaterze głównej” na Baraniej Górze. Za chwilę doszło do wydarzenia bez precedensu we wszystkich państwach Europy Środkowo-Wschodniej podbitych po 1944 r. przez Stalina – na oczach osłupiałych i przerażonych komunistów polscy żołnierze, w pełnym rynsztunku, przeprowadzili dwugodzinną defiladę w 155. rocznicę uchwalenia pierwszej nowoczesnej europejskiej konstytucji – Konstytucji 3 maja.

Henryk Flame ostatecznie nie wziął udziału w żadnym z trzech transportów na Opolszczyznę. W szpitalu leczył rany po potyczce z bezpieką. Po ogłoszeniu przez komunistów amnestii, nie widząc możliwości dalszego oporu, ujawnił się 11 marca 1947 r. w Cieszynie. Potem starał się ustalić, co stało się z jego podwładnymi, a gdy dowiedział się o ich strasznym losie, szukał miejsca komunistycznej zbrodni.
Ujawnienie się „Bartka” stanowiło dla komunistów ogromny sukces, który jednak przyćmiewał fakt, że Flame, ujawniając się na mocy amnestii, był chroniony, a według nich musiał ponieść karę. Komuniści rozpoczęli więc kolejną prowokację, mającą na celu „ukaranie” Flamego. Tak przyszedł 1 grudnia 1947 r.

Powrót głowonogów zapowiada CEZARY KRYSZTOPA: Ośmiorniczki i ośmiornice

Wkurzyła Was agresja posła Platformy Jakuba Rutnickiego wobec posła Jacka Ozdoby? Słusznie, mnie również. Być może jeszcze bardziej wkurzyła mnie żenująca bezradność, przyjmijmy tę łaskawą dla niego wersję, Marszałka Hołowni, który zapowiadał podniesienie sejmowych standardów, a wobec ewidentnego fizycznego ataku na posła (poseł Jakub Rutnicki wyrwał posłowi Jackowi Ozdobie wydruk zdjęcia z Tuskiem i Putinem na molo w Spocie, zmiął i szarpiąc za marynarkę wetknął za pazuchę, co widać na licznych nagraniach) był w stanie tylko wystękać wysokim głosem, że „nie widział szarpania posła, widział tylko gniecenie zdjęcia”. Przy czym wszystko się działo przed jego nosem. Może powinien obejrzeć nagrania?

Oczywiście, że również w niemałą konfuzję wprawia mnie grupa rekonstrukcyjna „Sowa i Przyjaciele” w planowanym rządzie Donald Tuska. Pośród nazwisk rozpatrywanych w kontekście objęcia ministerstw, szokuje obecność Radosława Sikorskiego, negatywnego bohatera serialu „Reset”, tego samego, który zapraszał Rosję do NATO.

Grupa rekonstrukcyjna

Na nagraniach z „Sowy i Przyjaciół” mówił o „robieniu ‘łaski’ Amerykanom, „zrzucaniu z końca członka” i wywołał międzynarodowy skandal oskarżając publicznie Amerykanów o wysadzenie Nord Stream. Szokuje również obecność Bartłomieja Sienkiewicza, który wg. bohaterów nagrań miał zlecić podpalenie budki pod ambasadą Rosji, żeby można było kłamliwym oskarżeniem uderzyć w uczestników Marszu Niepodległości, uzgadniać warunki niedozwolonego wsparcia NBP Marka Belki dla rządu Donalda Tuska, czy symbolicznie określić instytucje państwa rządzonego przez „najpotężniejszego człowieka w Europie” jako – ch., d. i kamieni kupa. Długo by wymieniać, oczywiście to wszystko wyprowadza mnie z równowagi.

Dług Tuska

Ale wiecie co? To właśnie po to jest żeby mnie wyprowadzać z równowagi. Przecież to jest metoda, którą Tusk z pomocą swoich magików od PR stosował już lata temu. Wtedy miał od tego np. Palikota. Dać gawiedzi emocjonalny żer, prowokować, odwracać uwagę. A w tle… mafie vatowskie, mafie paliwowe, dekonstrukcja tarczy antyrakietowej i lizanie się po kątach z Putinem. Myślicie, że tym razem jest inaczej?

Donald Tusk ma swoich panów i prawdopodobnie dług wobec nich. Nie wiem czym ten dług będzie spłacał, ale czymś będzie musiał. Być może jakąś wskazówką jest to w jaki sposób sejmowa większość podejmując próbę (!) nałożenia na Orlen gargantuicznego haraczu, spowodowała katastrofę jego giełdowych notowań. Kto wie, może Orlen ma w przyszłości czekać los LOTu, który odpowiednio oskubany, miał być sprzedany? A może istotniejsza okaże się fala propagandy jaką rozpętano przeciwko CPK, który ma spowodować znaczący wzrost konkurencyjności Polski, ogromne dochody do budżetu, ale „niestety” dla siebie, jest także konkurencyjny wobec niemieckich planów? Zapowiadane nowe „konsultacje społeczne” ws. tak nielubianych przez duszonych przez własne marzenia od energii z ze słoneczka i wiatraczków Niemców, elektrowni jądrowych? Szczególnie istotne wobec narastającego zagrożenia ze wschodu, sygnały ws. „konieczności budowy mniejszej armii”? Nie wiem. Ale wiem, że prawdopodobnie nadchodzący czas będzie czasem destrukcji i zdrady polskich interesów.

Małpa w Sejmie

I nie namawiam do tego żeby nie zwracać uwagi na małpę w Sejmie, która pod „nieobecność” Marszałka Sejmu, rzuca sobie kupą naruszając immunitet posłów. To oczywiście oburzające i również jest symbolem tego z kim mamy do czynienia. Ale apeluję, błagam wręcz, żeby widzieć więcej. Nie poprzestawać na oglądaniu kotar rozwieszonych przez inżynierów manipulacji, ale za te kotary zaglądać.

Bo sytuacja naprawdę jest krytyczna i bez powszechnej świadomości prawdziwych zagrożeń, jak mawiał mój ś.p. Tata „już powieźli Kościuszkiego”.

WALTER ALTERMANN: Primo voto, advocatus diaboli i znany mistrz języka francuskiego

Ostatnio w Polsacie można było usłyszeć, jak ktoś z dyskutantów, brał w obronę sprawę uznaną przez pozostałych uczestników za niezałatwioną przez rząd. Wtedy to dyskutant powiedział: „Muszę być adwokatem tego diabła”. Po czym zaczął wykręcać kota ogonem, twierdząc, że niezałatwienie tej sprawy przez rząd jest kłamstwem, bo rząd wszystko załatwił bardzo dobrze. Mamy więc grube niezrozumienie zwrotu „adwokat diabła”. Zanim sprawę wyjaśnię, muszę powiedzieć, że nieznany jest językowi polskiemu zwrot „adwokat tego diabła”. Jeżeli już powołujemy się na cytaty kulturowe, to bardzo proszę robić to rzetelnie, bez własnych ozdóbek i dodatków, jak „tego”.

Adwokat diabła to łacińskie „advocatus diaboli”. Jest to ktoś broniący sprawy niesłusznej lub taki, który atakując dobrą sprawę, przyczynia się do lepszej orientacji w dyskutowanych kwestiach. Tu zauważę, że w procesach kanonicznych, mających ustalić, czy ktoś nadaje się na ołtarze – jako błogosławiony, czy święty – powołuje się do dzisiaj właśnie adwokata diabła, który ma za zadanie podważać zasługi kandydata, wątpić w prawdę świadków. A wszystko po to, żeby potem już nikt podobnych zarzutów świętemu, lub błogosławionemu nie stawiał. Dzisiaj jednak, w potocznej polszczyźnie adwokat diabła znaczy tyle, co obrońca złej sprawy.

Primo voto

Naród nasz staje się coraz bardziej wykształcony, bo w dużych miastach mamy już prawie 30 procent ludzi wykształconych. Co prawda, do wyższego wykształcenia zalicza się również licencjaty, ale jednak wykształconych przybywa. Przy czym nikt nie notuje na jakim poziomie są ci wykształceni.

W związku z tym coraz więcej osób zaczyna używać obcych zwrotów i polskich archaizmów, chcąc dać potwierdzenie, że sroce spod ogona nie wypadli. Ostatnio znalazłem tego przykład w internecie, gdzie pewien wykształcony jegomość, bo zaznaczył, że jest adwokatem, pisząc o swojej rodzinie przedstawił też córkę. Córka jest widać zamężna, bo ma inne niż ojciec nazwisko, ale adwokat zaznacza, że jej primo voto to nazwisko jego, czyli ojca. I mamy kłopot kulturowy, bo zwyczajowo utarło się, że piszemy o kobiecie tak:

de domo, z domu lub nazwisko panieńskie. W XIX wieku de domo pisali często rodowi hrabiowie i książęta, ale najczęściej dziewiętnastowieczni burżuazyjni  dorobkiewicze.

primo voto – określało nazwisko kobiety po pierwszym mężu, czyli wdowy, która ponownie wyszła za mąż. Bo rozwodów dawniej tak wiele nie było. Bywało też, że pisało się – po pierwszym mężu.

secundo voto, tertio voto – tak pisało się o zacnych matronach, które pochowały co najmniej jednego, dwóch, lub więcej mężów.

Takie był obyczaje w XIX wieku. Potem ten zwyczaj ułacinniania zanikł, bo był anachrpniczny. I nie ma powodu, żeby ten archaizm wskrzeszać, nawet, jeśli jest się adwokatem.

Z czego słynął Napoleon

Pan Tomasz Tomaszewski, sprawozdawca meczu tenisowego postanowił błysnąć znajomością  historii, więc powiedział o rosyjskim tenisiście Danile Miedwiediewie: „Świetnie włada językiem Napoleona”.

I wyszło nie bardzo dobrze, bo Napoleon nigdy nie nauczył się poprawnej wymowy jezyka francuskiego. A nawet musiał się go uczyć, bo ten cesarz Francuzów urodzony na Korsyce, dobrze znał język włoski – język ojca i matki. Znał też doskonale miejscowy język korsykański, a biografowie podkreślają, że nigdy nie pozbył się korsykańskiego akcentu.

Gdyby sprawozdawca chciał błysnąć, powinien powiedzieć, że Miedwiediew doskonale mówi językiem Prousta, Racine’a, Moliera a nawet Balzaka. A już najlepiej byłoby nie nurzać się w niepewnych odmętach metafor i powiedzieć, że Miedwiediew świetnie mówi po francusku. Ale pan Tomaszewski kultywuje starą szkołę „sprawozdawczości wyższego typu” i kocha mroczną poezję sprawozdawczości. Szkoda, bo na tenisie, mimo wszystko, się zna.

 Aktywiści językowo też groźni

„Remont poznańskiego rynku był bardzo przedrożony” – oświadczyła młoda aktywistka miejska z Poznania, w programie TVP Info, 25 XI 2023 r. Przy wypowiadaniu tego nowatorskiego zdania, aktywistka była bardzo pobudzona.

Zasmuciła mnie ta młoda, aktywna kobieta, bo chcąc zwrócić uwagę na przedłużający się remont poznańskiej starówki, co powoduje spory wzrost kosztów oraz utrudnienia dla mieszkańców,  posunęła się do ostrego ekstremizmy językowego. Bo nie ma w naszym języku czegoś takiego jak „przedrożony”, i nie będzie, bo to potworek językowy.

Co do aktywistów – nie mam o nich dobrego zdania. Są zbyt często szaleni w swoich akcjach i nie widzą świata poza własnymi ideami. Tu powiem, że bardzo interesujące rzeczy dzieją się w sprawie aktywistów w Niemczech. Dotychczas w Berlinie wydano już 550 wyroków sądowych na niekorzyść aktywistów klimatycznych z grupy „Ostatnie Pokolenie”. I jak przekazał portal niemieckiego dziennika „Welt”, nie zapadł ani jeden wyrok uniewinniający.

A w Bawarii, na zlecenie bawarskiego Urzędu Kryminalnego (LKA) oraz prokuratury w Monachium, w Niemczech przeprowadzono obławę na członków organizacji „Last Generation”. Siedmiu działaczom zarzuca się założenie bądź wspieranie organizacji przestępczej. Od miesięcy ta grupa prowadzi kontrowersyjne akcje protestacyjne w Niemczech i innych krajach Europy – przykleja się do ulic w celu zablokowania ruchu czy oblewa dzieła sztuki w galeriach płynnymi substancjami. Swoimi protestami aktywiści chcą zmusić rząd do bardziej zdecydowanej polityki klimatycznej.

Z tego co wiem, aktywistka z Poznania nie ma na sumieniu podobnych akcji, ale już niszczenie języka polskiego, może być karane. I mówi o tym odpowiednia ustawa. Nie mówię, że dużo, ale za „przedrożenie” powinna dostać jakieś dwa miesiące aresztu. O chlebie i wodzie.

 

 

O sukcesie prawicy w Holandii pisze KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Wilders i Timmermans – między stereotypami a rzeczywistością

Wybory parlamentarne w Królestwie Niderlandów wygrał Geert Wilders. Jego narodowa Partia Wolności (PVV) zdobyła 35 mandatów w stupięćdziesięciomiejscowym parlamencie. Frans Timmermans, stojący na czele koalicji komunistów, socjalistów i zielonych musi się zadowolić wprowadzeniem do izby niższej Stanów Generalnych jedynie dwudziestu sześciu deputowanych. Były Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej całą winę za porażkę lewicy zrzuca na media i zapowiada, że będzie bronił demokracji… do końca.

Narodowa Partia Wolności Geerta Wildersa program ma dosyć prosty. Opowiada się za restrykcyjną polityką imigracyjną, szczególnie w stosunku do uchodźców z państw muzułmańskich. Stoi na stanowisku, że islam jest największym zagrożeniem dla narodowych wartości i rodzimej kultury Niderlandów. Domaga się zakazu noszenia burek oraz likwidacji meczetów. Jednocześnie chce wzmocnienia suwerenności narodowej. Ponad to krytykuje działania Unii Europejskiej i zachęca Holendrów do wyjścia z jej struktur – przynajmniej jeszcze do nie dawna Wilders domagał się „Nexitu” i przywrócenia kontroli na granicach państwa.

W sferze polityki gospodarczej PVV zapowiada obniżenie podatków oraz redukcję rządowych subwencji – z wyjątkiem funduszy na opiekę zdrowotną i emerytury. Popiera za to protekcjonizm, mający ochronić niderlandzkie przedsiębiorstwa i ich pracowników. W kwestiach bezpieczeństwa narodowcy kładą nacisk na zaostrzenie przepisów karnych, szczególnie za najcięższe przestępstwa. Postulują też wzmocnienie sił policyjnych i wojska.

Mniej oczywiste są natomiast plany Partii Wolności, jeżeli chodzi o ochronę środowiska i bezpieczeństwo energetyczne. Pierwotnie PVV wyrażała sceptycyzm wobec polityki klimatycznej UE i promowała energię jądrową, ale na krótko przed wyborami jej przewodniczący złagodził nieco swoje stanowisko. Zresztą nie tylko w tej kwestii.

Do niedawna Wilders uważał, że opuszczenie UE pozwoliłoby Holendrom odzyskanie pełnej kontroli nad własnymi granicami, polityką gospodarczą i stanowieniem prawa. Ostro sprzeciwiał się także koncepcji federalizmu europejskiego, jako poczynaniom zagrażającym narodowej tożsamości i pełnej niezależności państwa. Broni także niezmiennie tradycyjnych wartości i praw rodziny. Wyraża też zdecydowany sprzeciw wobec „politycznej poprawności” i „zbytniej” tolerancji.

Jednym słowem, w programie narodowej Partii Wolności można znaleźć wszystko to, czym brzydzą się marksiści, trockiści, maoiści i cała reszta unijnych „reformatorów”. Nic więc dziwnego, że zwycięstwo Wildersa, wywołało wśród polityków lewicy panikę.

Lewacy, islamiści i biznes

W stolicy Królestwa Niderlandów, wkrótce po ogłoszeniu wyników wyborczych doszło do „spontanicznych” manifestacji. Na centralny plac Dam wyszli lewacy i wyznawcy islamu. Łącznie około tysiąca osób, które zapragnęły wyrazić sprzeciw wobec wyborczego triumfu Partii Wolności. Jej przywódcę, Geerta Wildersa okrzyknięto „populistą” i „faszystą” a jego partię – „najgorszym wrogiem demokracji”. Skandowano także hasła przeciwko „faszyzmowi, islamofobii, rasizmowi i nienawiści wobec osób queer”.

Przy okazji oberwało się Izraelowi. Demonstranci wznosili antysemickie okrzyki i żądali odbudowy wolnej Palestyny. Podobne korowody, ale o wiele mniej liczne, odbyły się też w Utrechcie, Lejdzie i innych częściach Niderlandów. Również tam pojawiały się transparenty z napisem: „From the river to the sea, Palestine will be free”, uznawane do niedawna przez lewicowych proroków za rasistowskie.

Dziennikarze liberalnego mainstreamu, relacjonując zajścia, skupiali się jednak głównie na stanie niderlandzkiej demokracji. I oczywiście na śmiertelnym dla niej zagrożeniu, które chce zafundować „naiwnym” Holenderkom i Holendrom populistyczno-prawicowa ekipa Wildersa. Tylko nieliczni zauważyli głębokie podziały społeczne i polityczne, do jakich doprowadziły trzynastoletnie rządy Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji i stojącego na jej czele, Marka Ruttego. Natomiast o tym, że demokracja to nie tylko wybory i ich wyniki, ale także to, co dzieje się później – czyli przede wszystkim dialog, debata a czasem nawet spory pomiędzy politykami a społeczeństwem, wspomniał jedynie „De Telegraaf” – największy dziennik w Niderlandach.

Wynik wyborów parlamentarnych mocno zaskoczył również część holenderskiego biznesu. Zwłaszcza branżę technologiczną. Poważne obawy o swoją przyszłość wyraził m.in. zarząd ASML Holding NV. Koncern, będący niderlandzkim potentatem w produkcji maszyn do wytwarzania chipów, obawia się, że antyimigranckie stanowisko Partii Wolności, zablokuje napływ cudzoziemskich, wysoko wyspecjalizowanych pracowników.

Rzeczniczka ASML wyraziła opinię, że po obniżeniu świadczeń społecznych dla zagranicznych pracobiorców, które wprowadzono już miesiąc temu, ewentualne rządy PVV doprowadzą Niderlandy do izolacji, a w dalszej perspektywie, do spadku konkurencyjności krajowej gospodarki.

Zagadkowa gra z Putinem

Najbardziej zwycięstwem Geerta Wildersa był jednak zaskoczony Frans Timmermans, do niedawna wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej.

Pod koniec sierpnia Timmermans postanowił wrócić do polityki krajowej. Chciał, podobnie jak Donald Tusk, „ratować swoją ojczyznę przed upadkiem demokracji”. Tuskowi się udało, Timmermansowi Holendrzy nie dali się nabrać.

Może dlatego, że mieli w pamięci jego dokonania… Zwłaszcza te w zakresie tzw. Europejskiego Zielonego Ładu i programu „Fit for 55”, których był głównym architektem. Być może przypomniały im się też jego zagadkowe relacje z Rosją – to, że jeszcze pod koniec roku 2021, nie dostrzegał faktu, iż Gazprom próbuje manipulować gazowym rynkiem Unii. Albo te jeszcze starsze historie z marca 2014 roku, kiedy po aneksji Krymu, Timmermans jako ówczesny minister spraw zagranicznych Królestwa Niderlandów, ogłosił, że „handel między Holandią a Rosją będzie kontynuowany jak zwykle”. A może oczy otworzyło im proroctwo z końca maja zeszłego roku, w którym Timmermans przewidywał, że „jest bardzo mało prawdopodobne, że Rosja zakręci kurek z gazem takim krajom jak Holandia, Niemcy czy Włochy. Kreml woli trzymać ‘dużych chłopców’ po swojej stronie, ponieważ to jedyne źródło dochodu, jakie mu pozostało”. W tym samym wywiadzie, emitowanym w niderlandzkiej telewizji publicznej NPO1, polityk stwierdził ponadto, że Putin „bardzo się boi” i dlatego „wywiera presję w szczególności na małych klientów”.

Co najdziwniejsze, wszystkie te absurdy Timmermans wygadywał pomimo, że doskonale znał Rosję i jej przywódcę, bo… w latach 90. mieszkał w Moskwie. I właśnie ten fakt rodzi pytanie, czy byłemu Wiceprzewodniczącemu Komisji Europejskiej brak kompletnie politycznych kompetencji, czy prowadzi z Władimirem Putinem jakąś grę i świadomie okłamuje opinię publiczną?

Frans Timmermans, jako wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, odegrał również kluczową rolę w zainicjowaniu postępowania przeciwko Polsce. Zainspirowany przez eurodeputowanych Koalicji Obywatelskiej i Lewicy procedurę karającą Polaków za rzekome „naruszenia zasad praworządności”. Procedura ta została uruchomiona w grudniu 2017 roku, w odpowiedzi na reformy sądownictwa wprowadzane przez polski rząd. Decyzję o uruchomieniu kar, zgodnie z art. 7. Traktatu o Unii Europejskiej, KE podjęła mimo zastrzeżeń ze strony niektórych urzędników UE, w tym ówczesnego Przewodniczącego Komisji, Jeana-Claude’a Junckera. Juncker wyraził wówczas zastrzeżenia co do skuteczności tego kroku, jednak ostatecznie władze unijne zdecydowały się na takie rozwiązanie.

Kary, którymi Polska została wówczas obłożona – zwłaszcza po tym, jak ostatnio Andrzej Morozowski przyznał w TVN24, że rząd Mateusza Morawieckiego „nie łamał dosłownie konstytucyjnych zapisów” – teraz budzą jeszcze większe wątpliwości, co do politycznych kompetencji Fransa Timmermansa niż sześć lat temu.

Timmermans nie umie przegrywać

Rankiem 23 listopada, zaraz po ogłoszeniu wyników, lider holenderskiej lewicy wystąpił przed kamerami telewizji publicznej NPO1. Był wyraźnie zdenerwowany, co nie umknęło politycznym komentatorom. Wouter de Winther z dziennika „De Telegraaf” nazwał go w chwilę później „zgorzkniałym człowiekiem, który nie potrafi znieść porażki”.

Timmermans znalazł oczywiście winnych swojej klęski. Są nimi media… Zdaniem polityka dziennikarze podczas kampanii wyborczej zbyt mało wypytywali Wildersa o jego program wyborczy, w którym ten nacjonalista „wyklucza miliony Holendrów”. Początkowo socjaldemokrata był ostrożny w słowach, ale kiedy reporterzy zaczęli pytać go o Wildersa, Timmermans wybuchnął: „Dlaczego pytacie o to mnie? Dlaczego nigdy jego nie zapytaliście go, jak wygląda program PVV?!”

Timmermans nie wierzy w uczciwość Geerta Wildersa. Stonowane wypowiedzi przywódcy prawicy i deklaracje, że chce być premierem wszystkich Holendrów, przywódca lewicy skwitował stwierdzeniem: „Wilders ani na jotę nie odchodzi od programu PVV, który między innymi opowiada się za zakazem meczetów i Koranu”.

Również następnego dnia przed kamerą „De Telegraaf”, Timmermans był wyraźnie pobudzony. „Nie udało mi się przekonać wystarczającej liczby wyborców”, przyznał. Ale gdy reporter zapytał, dlaczego tak się stało, ponownie zaatakował media. „Macie tych swoich profesjonalnych komentatorów, którzy wieczór po wieczorze wyjaśniają, jak to jest. Oni na pewno będą to kontynuować, a ja posłucham, co ci mądrzy ludzie mają do powiedzenia”. Zaraz po wypowiedzeniu tej kwestii wyszedł ze studia.

Wouter de Winther rejteradę Timmermansa uznał za mało profesjonalne zachowanie.

„Przyjechał, aby ratować nasz kraj przed Brukselą. To właśnie obiecał Holendrom, zwłaszcza lewicowym wyborcom. Jego misja zakończyła się jednak niepowodzeniem. Dzięki łasce Bożej ma jeszcze szansę rządzić, jeśli PVV nie uda się zbudować koalicji. Ale teraz najwyraźniej ma problem z zaakceptowaniem swojej klęski” – powiedział Winther.

W opinii dziennikarza, ​​Timmermans powinien przyznać się do porażki i iść dalej. „Reklamował się jako swego rodzaju zbawiciel. Myślał, że wystarczy pójść do urny… i ogłosić się nowym premierem. Holandia chciała czegoś innego. Powinien to przyjąć do wiadomości”.

W PVV są też porządni ludzie

Również Kamran Ullah, redaktor naczelny „De Telegraaf”, zwrócił uwagę na fakt, że niderlandzcy przywódcy polityczni, zwłaszcza ci, którzy stoją w opozycji do PVV, podsycają polaryzację społeczeństwa, a tym samym stają się winni „tego, o co oskarżają Wildersa”. „Robią to kłamiąc, że uchodźcy są deportowani z kraju, i że dla dzieci ze środowisk imigranckich nie mają przyszłości. To oczywiście nie jest prawdą.”

Jego zdaniem ​​politycy powinni pogratulować Geertowi Wildersowi zwycięstwa i zrobić wszystko, aby zapobiec dalszym podziałom społeczeństwa. Ullah krytycznie odniósł się też do osób oprotestowujących wyniki wyborów.

„Rodzą się silne emocje” – stwierdził. – „I jest to w pewnym stopniu zrozumiałe, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre elementy manifestu wyborczego PVV i oświadczenia Wildersa, wygłaszane wcześniej. Ale widać, że napięcie jest również w szeregach polityków, którzy w wieczór wyborczy nie złożyli Wildersowi gratulacji… Zadaniem przywódców politycznych, nauczycieli i mediów jest obecnie wyjaśnienie ludziom pobudek Wildersa i tego, co powiedział w ostatnich tygodniach… Oczywiście Wilders musi pokazać, że chce być premierem wszystkich Holendrów. Musimy też wyjaśnić ludziom, że żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, w którym naprawdę trzeba szanować wynik wyborów”.

Kamran Ullah, który sam jest potomkiem imigrantów, przestrzegł przed odrzuceniem prawie dwóch milionów wyborców PVV „jako bandy rasistów”. „Wyborcy, którzy głosowali na Partię Wolności, to ludzie z różnych środowisk. Ludzie, którzy w przeszłości głosowali na Partię Socjalistyczną, Partię Pracy, Partię Ludową na rzecz Wolności i Demokracji, a czasem nawet na Demokratów 66. To są bardzo porządni ludzie, którzy mają dość całej tej hecy i tracą zaufanie do polityki. Dlatego teraz głosują na Wildersa.”

Zdaniem naczelnego „De Telegraaf”, ostra krytyka islamu płynąca ze strony Wildersa była istotna tylko dla niektórych wyborców, ale nie stanowiła czynnika kluczowego dla większości. Ta część elektoratu uwierzyła, że lider PVV rzeczywiście zrezygnuje z wykluczenia społecznego muzułmanów.  Jeśli tak się stanie, możemy mieć nadzieję, że wszystko się ułoży”.

Holendrzy zaufali PVV

Powyborczym przemówieniem Fransa Timmermansa był również zaniepokojony prof. Afshin Ellian. Ten urodzony w Iranie prawnik, filozof i krytyk islamu politycznego wskazał na fragment, w którym lider koalicji komunistów, socjalistów i zielonych chce rzekomo bronić demokracji.

„Uważam, że to przemówienie było bardzo nierozsądne i trochę niespotykane… Timmermans zachował się wczoraj jak zawodowy prześladowca. Powiedział: ‘będziemy bronić demokracji’. Ale zdecydowana większość wyborców wybrała Wildersa. Mamy konstytucję, sądownictwo, media. Uważam, że to co zrobił Timmermans, to bardzo niebezpieczne podżeganie.”

Również autor książki „Vaste Grond”, Marcelo Mooren wytknął socjaliście, że nie powinien tak gwałtownie reagować na zwycięstwo konkurenta. Jego zdaniem Timmermans niepotrzebnie chce walczyć bezpośrednio z Wildersem, zamiast zająć się problemami, które wyniosły lidera narodowców tak wysoko. Mooren porównał strategię socjalisty do walki z komunizmem.

„Można walczyć z komunistami, ale ważniejsza jest walka z biedą, która stworzyła komunizm. To samo dotyczy tej formy populizmu” – powiedział. – „I to jest oczywiste, ale wciąż są partie, które chowają głowę w piasek i nie chcą żadnych rozwiązań. Teraz jest najważniejsze to, co zrobimy. Kto będzie premierem, a kto znajdzie się w opozycji? Jeśli popełnimy błąd, Wilders za cztery lata będzie miał pięćdziesiąt mandatów.

I trudno odmówić racji wszystkim przywołanym ekspertom. Tolerancyjna, bezpieczna i przyjazna dla wszystkich Holandia odchodzi do historii, a jej mieszkańcy są zmęczeni permanentnymi politycznymi awanturami. Ponad 50 proc. mieszkańców nie ufa już politycznym elitom, a 60 proc. uważa, że krajem rządzą darmozjady, których jedynym celem jest władza. Tym czasem 80 proc. społeczeństwa najbardziej obawia się imigrantów. Wildersowi udało się odczytać te lęki. I to już dwadzieścia lat temu. Dlatego właśnie Holendrzy mu zaufali.

A jednak do liberalno-lewicowego establishmentu nadal nic nie dotarło. Niemiecka stacja ZDF i dziennik „Tagesspiegel”, Geerta Wildersa tradycyjnie nazywają „prawicowym populistą”. Z kolei francuski dziennik „Le Monde” charakteryzuje PVV jako „partię skrajnie prawicową i antyislamską”. W wyobrażeniu Thomasa Kirchnera z „Süddeutsche Zeitung” Wilders to „jeden z najbardziej nieprzejednanych krytyków islamu w Europie” i „uparty nacjonalista, który pcha Holandię do wyjścia z Unii Europejskiej i NATO”. Kirchner zwraca również uwagę na deklarowane przez Wildersa „ksenofobiczne postulaty”, w tym „dążenie do natychmiastowego ograniczenia liczby osób ubiegających się o azyl do zera”.

Czy zatem Królestwo Niderlandów, kraj do tej pory głęboko zakotwiczony w strukturach UE i NATO, postrzegany jako jeden z najbardziej zagorzałych przeciwników putinowskiej Rosji, zmieni teraz kurs o 180 stopni? Czy nowy prawicowy gabinet z udziałem Partii Wolności, który jak wszystko wskazuje jest na najlepszej drodze do objęcia władzy, raczej utrzyma dotychczasowy kierunek? Jak by nie było, należy się spodziewać, że holenderskie wybory wymuszą na unijnych eurokratach zmianę narracji. A Wilders stanie się kierunkowskazem dla obywateli tych państw, które chcą zachować suwerenność i narodową tożsamość.

 

 

Czy zagrożone jest jedno najważniejszych praw? Pyta IGOR MERTYN: Wolność słowa, ale…

Nagłówki niektórych gazet krzyczały o likwidacji CBA i IPN, politycy KO, TD i Lewicy publicznie zaczęli deklarować, że ich pierwsze kroki, gdy utworzą rząd to likwidacja wymienionych instytucji. Dlaczego? To jasne, ale młodsi nie znają kontekstu. Czas przypomnieć z jakiego powodu liberałowie i postkomuniści tak bardzo chcą likwidacji na przykład Instytutu Pamięci Narodowej?

Andrzej Makowiecki, jakkolwiek oceniać pisarza ze względu na jego przeszłość (niesławne artykuły m.in. w Odgłosach z 1968 szkalujące osoby pochodzenia żydowskiego – red.)[1], pozostańmy przy tym eufemizmie, związał swoje życie z Łodzią i trafnie ją opisywał. Środowiska intelektualne, artystyczne, ale też dogłębnie odmalował jej obraz w czasie transformacji w powieści „Krew i wino”. Ponieważ historia rozgrywa się w łódzkim świadku przestępczym – spytałem kiedyś, tego urodzonego w Warszawie pisarza, czy się nie bał chodzić Piotrkowską, gdzie najczęściej przesiadywali bohaterzy jego powieści, jeśli nie odsiadywali kary pozbawienia wolności. Upodobali sobie dwie kawiarnie: Wiedeńskią na rogu ulic 6-go Sierpnia i Piotrkowskiej lub w latach 90. nieco podupadłej, ale wciąż owianej legendą kawiarni hotelu Grand. Pisarz odpowiedział, że gangsterzy z łódzkiej Ośmiornicy mu się kłaniali z wdzięczności za uwiecznienie ich w literackiej formie. Dziś wielu z bohaterów książki Makowieckiego już nie żyje i najczęściej zeszli z tego świata nie z przyczyn naturalnych.

Zdaje się, że gangsterów wciągnęła historia „łódzkiego lumpa”, na którego mafia założyła firmę słup po to by wyłudzać VAT. W książce autor bogato opisał związki Ośmiornicy z policjantami, służbami, urzędnikami skarbówki i politykami lokalnymi a nawet parlamentarzystami.

W 1991 roku gdy wraz z planem Balcerowicza, przyszedł kryzys społeczny oraz wzrost przestępczości, nie tylko w Łodzi, ale w całej Polsce. Rodził się świat ciemnych interesów, niejasnych powiązań polityków i zorganizowanej przestępczości, zbijania kapitału na ludzkiej krzywdzie, wyprowadzania majątku publicznego do prywatnych spółek z kapitałem zakładowym na papierze.

Nie odkrywam niczego nowego, w świetnym filmie „Układ zamknięty” Ryszarda Bugajskiego, doskonale pokazano ów świat lat 90. w Polsce. Pozostaje pytanie czy ten układ przetrwał, czy ma swoich „godnych” następców? Odpowiedź jest dla mnie oczywista – tak. Opowiem historię, która będzie na to dowodem.

Nazwijmy go P.  – urzędnik samorządowy, obejmuje bardzo ważne i niezwykle odpowiedzialne stanowisko w łódzkim magistracie. Ówczesny wojewoda zaalarmowany przez branżowy związek zawodowy, po przeanalizowaniu materiałów wystąpił na drogę sądową przeciwko Gminie – Miasto Ł. o odwołanie urzędnika P.  Magistrat zgodnie z instrukcjami z „seminarium’ w Tczewie na temat nierozerwalnego związku człowieka z patią, prowadzonego przez Sławomira N., bronił swojego pracownika, jak niepodległości. Tak urzędnik ów scementował swoją miłość i lojalność do układu.

Magistrat do batalii sądowej przygotował się starannie. Po pierwsze zadbał o „zalegendowanie” kolegi. Znalazł się prezes organizacji, który przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym zeznał, że urzędnik przez 10 lat pracował minimum 10 godzin tygodniowo w stowarzyszeniu, jako wolontariusz świadcząc usługi terapii, choć żadnych dokumentów zaświadczających o uprawnieniach lub kwalifikacjach nie miał. Dokumenty się nie zachowały. Zadbano także by owe dokumenty stowarzyszenia, które korzystało z dotacji miasta, również zostały zarchiwizowane, czytaj zniszczone. Traf chciał, że dokumentacja była w jednostce, którą właśnie zaczął kierować urzędnik P., w sprawie, którego toczył się spór sądowy. Nie budzi mojego zdziwienia, że jedną z jego pierwszych decyzji była właśnie „archiwizacja” dokumentów.

Pomocne się okazały pracownice, które w dalszej części historii będą miały duże znaczenie. W sądzie, oprócz udowodnienia, że urzędnik posiada wymagane przepisami prawa doświadczenie pozwalające na objecie ważnego stanowiska, pozostawało jeszcze poświadczenie wykształcenia. I tu znalazło się rozwiązanie. Uczelnia założona przez byłych członków PZPR, na majątku zakładów włókienniczych, zgodnie z trendem lat 90.: kupić zakład za grosze, pracowników zwolnić, park maszynowy sprzedać, nieruchomości przekształcić na inne cele. Tutaj i tak dobrze, że to sektor edukacji, bo przynajmniej teoretycznie, zawsze mogła się zabytkowa fabryka spalić, jak to bywa w Łodzi, albo zostać wyburzona. Przynajmniej solidne budynki z czasów rozwoju Łodzi włókienniczej przetrwały.

Odkryłem zbieg okoliczności – „ojcowie założyciele” uczelni skupują na cele edukacyjne nieruchomości, budynki pofabryczne, kamienice. Nieruchomości te nabywane są na cele edukacyjne z bonifikatą. Następny krok to pozyskiwanie dotacji na remont i działalność, a po okresie karencji sprzedaż nieruchomości developerom i wyburzenie by postawić kolejny apartamentowiec. Jak jest problem z jakąś nieruchomością, np. kamienica będąca własnością uczelni przylega do innej posesji, której żadnym sposobem nie można zburzyć albo nabyć, działa tradycyjny, sprawdzony sposób już od czasów „Ziemi obiecanej”, pielęgnowany w czasach „Ośmiornicy” – podpalenie budynku.

Wracając do P., uczelnia postarała się o uprawnienia na prowadzenie pożądanej przez urzędnika specjalizacji w formie studiów podyplomowych, uzyskała je 23 czerwca. Wymiar studiów to 260 godzin, urzędnik P. ukończył studia wraz z obroną pracy dyplomowej 15 września.

Był jedynym uczestnikiem tej wakacyjnej edycji przyśpieszonych studiów, miał bardzo duży komfort studiowania, dla niego wykładowcy z tytułami doktorskimi przerywali wakacyjny wypoczynek by pomóc urzędnikowi P. posiąść wiedzę. Spytałem wykładowcy z tej uczelni o te studia, popatrzył na mnie z politowaniem i parsknął – jakie studia?! Chłopie, w wakacje?!

Na pytanie, dlaczego nikt z wykładowców, którzy podpisali się pod dyplomem nie zaprotestował, odpowiedział, że taki układ. Ludzie chcą pracować, a uczelnia nie toleruje nielojalności jak matka partia, czyli PZPR. Jak to powiedział Włodzimierze Czarzasty: „wyście nie obalili komuny, wyście się z nami dogadali!” Były członek partii komunistycznej był do bólu szczery.

Wojewoda przegrał sprawę, nie mógł wiedzieć, że magistrat był tak dobrze przygotowany do sądowej batalii, że odpowiednio i wcześniej zostały spreparowane dokumenty, że trzy pracownice samorządowe posiadające długoletnie doświadczenie zawodowe wiedziały, które dokumenty należy zniszczyć, jak przygotować prezesa stowarzyszenia do składania zeznań tak by sąd uznał doświadczenie zawodowe ich zwierzchnika. Należy dodać, że jedna z urzędniczek to żona policjanta, który wówczas zajmował się ściganiem zorganizowanej przestępczości a jego zadaniem było odpowiednie przygotowanie urzędnika P. do składania zeznań w sądzie.

Każda z urzędniczek została wynagrodzona sowitą premią regulaminową i zaskarbiła sobie dozgonną wdzięczność partii. Posiadając tę wiedzę złożyłem zawiadomienie do prokuratury, ale sprawa została szybko umorzona, a Pani Prokurator milczy do dziś na temat udostępnienia zgromadzonych materiałów, upływa już drugi miesiąc, ciekawe na co czeka.

Nic nie napisałem o P., a to bardzo ciekawa postać, biznesmen, który idąc z duchem czasu w 90 roku w Hotelu Centrum zarejestrował, wraz z trzema wspólnikami, firmę handlującą bronią i amunicją. Z akt IPN wynika, że spółka wystąpiła o koncesję pod koniec marca, a już na początku maja ją otrzymała. W tamtym czasie średni czas oczekiwania na tego typu pozwolenia to około 5 do 6 miesięcy – wynika ze słów byłego pracownika resortu w tamtym czasie.

Hotel Centrum to osobna historia, dodam tylko, że w archiwach IPN w Łodzi jest bogata i ciekawa dokumentacja, wynika z niej, że od sprzątaczki po dyrektora, to pracownicy SB, nikt nie jest chyb na tyle naiwny by sądzić, że tak z ulicy można było wynająć biuro na działalność gospodarczą, podkreślam firma, która zajmowała się handlem bronią i amunicją, bez jakiegokolwiek układu.

W  latach 80. podróżował na zagraniczne stypendia do Hiszpanii na zaproszenie fundacji z Madrytu oraz z RFN i Holandii, wydał też książkę dla biznesmenów o zarządzaniu emocjami, prowadził szkolenia dla biznesu. Ani śladu jednak w jego życiorysie o pracy wolontariusza we wspomnianym stowarzyszeniu, ani śladu innej działalności.

Przeszukując Internet oraz archiwa IPN nie znalazłem nic więcej na temat wyjazdu do Hiszpanii w celu nauki języka hiszpańskiego. I tutaj muszę przywołać cenne źródło, pewnego pisarza, reportera, który w latach 80-tych wyjeżdżał w celach zawodowych do Hiszpanii, ale też współpracował jako TW z SB. To on wskazał, że w tamtych czasach osoby współpracujące z SB bardzo często wyjeżdżały na stypendia zagraniczne celem działalności operacyjnej pod przykrywką nauki języka. Na spotkaniu z ekspertem z Instytutu Pamięci Narodowej w Łodzi dowiedziałem się, że prawdopodobne jest, że dokumenty zostały zniszczone.

Cała sprawa być może by nie ujrzała światła dziennego, gdyby nie przypadek i świadek przy okazji realizacji filmu dotyczącego lat 80-tych. Świadek naprowadził mnie na opisaną historię a archiwa IPN potwierdziły jego słowa w takim zakresie na jaki pozwalał odtajniony zasób. Jakie jeszcze historie nieprawdopodobnych karier skrywają? Być może jest to temat na osobny film dokumentalny.

 

 

[1] https://dzieje.pl/wiadomosci/historyk-protest-lodzkich-studentow-w-marcu-1968-r-byl-szczegolnie-dynamiczny

Redaktor golfista – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Janusza Herburta-Hewella

Odszedł Janusz Herburt-Hewell. Dożył 78 lat. Było to ciekawe życie. Nawet bardzo. Szansę dały mu dobre geny, dobre wychowanie rodzinne, wrodzone zdolności. Wysoki wzrostem, wyróżniający się hollywoodzką urodą.

Urodził się w małej podlubelskiej miejscowości Pieńki Wozareckie, w inteligenckiej rodzinie. Dobry gust i maniery ukształtowała w nim ciotka, która poświęciła mu wiele uwagi.  Studiował prawo na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej i pracował jako asystent operatora w TVP Lublin. Uznał jednak, że Polska Ludowa da mu niewielkie szanse, więc z niej uciekł.

Wędrówkę po świecie zaczął od Niemiec Federalnych (wówczas). Imał się różnych prac i zawodów starając się dostać do mediów – prasa, radio, telewizja. Szybko się przebijał. Pomogło mu małżeństwo z niemiecką baronessą, a potem wejście w kręgi polonijne związane z Radiem Wolna Europa. W 1966 roku dostał etat w redakcji muzycznej RWE w Monachium. Tu wraz z hrabią Janem Tyszkiewiczem rozpoczął prowadzenie, jak się wkrótce okazało, bardzo popularnego programu słowno-muzycznego „Osiemnasta zero pięć”. Grali to co było najlepsze, najbardziej popularne. Mówili elegancko, ciekawie, z humorem i dobrą dykcją.

W latach 60–70. władza nie uganiała się już z ruchomymi antenami po ulicach chcąc łapać miłośników RWE. Tyszkiewicz – Hewell stali się idolami kilku pokoleń  – tych co wspominali i tych którzy marzyli dopiero o Zachodzie. Gdyby wówczas istniał Internet Janusz stałby się gwiazdą światową. Potrafił łatwo nawiązywać kontakty. Arbiter elegantiarum. Dykcja, sposób rozmowy ze słuchaczami, niski, męski głos zjednywały mu natychmiast sympatyków. Wypatrzył Janusza dyrektor RWE Jan Nowak-Jeziorański i popierał potem. Powędrował więc redaktor wraz ze swoim redaktorem naczelnym aż do Ameryki – dokładnie do Głosu Ameryki. Przepracował tam prawie ćwierć wieku wojażując z mikrofonem po świecie, obracając się wśród ludzi bogatych, ale także nadając relacje radiowe, reportaże z miejsc biedy, nędzy a nawet z miejsc konfliktów zbrojnych.

Pozyskał bogatego sponsora, też Polaka, który jako mały chłopczyk w czasie wojny uratował się z pożogi, a potem zrobił wielką karierę w USA handlując potężnymi samolotami pasażerskimi. Był to Henry de Kwiatkowski, który pamiętał skąd pochodził i odwiedził Polskę, kraj ojczysty, z liczną amerykańską rodziną w okresie karnawału Solidarności i podarował Warszawskim Wyścigom Konnym na Służewcu wspaniałego konia wyścigowego, araba, któremu nadano imię Wałęsy. (O ogierze szybko słuch zaginął …).

W Ameryce Janusz powtórnie się ożenił, tym razem z Argentynką Gracielą Brea, która urodziła mu troje dzieci: dwie córki i syna. Żołnierza Marines walczącego a potem szkolącego w Afganistanie, Iraku. Graciela była przez wiele kadencji nie tylko sekretarką ambasadorów argentyńskich w Waszyngtonie ale praktycznie najważniejszą tam osobą. Panią uroczą, świetną żoną a w dodatku bardzo się zaprzyjaźniła z Polską w czasie licznych przyjazdów do naszego Kraju.

Po roku 1989 przyjeżdżali tu po kilka razy w roku. Janusz nadal był czynnym dziennikarzem, nawet w 2008 roku zapisał się do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskim. Czyli został naszym bliskim kolegą. Nagrywał tu wywiady, reportaże, które emitowane były potem w różnych polonijnych stacjach.

Ale najważniejsza jego pasją stał się golf. Z wielkim zapałem stał się popularyzatorem tego sportu w Polsce. Mając koneksje światowe sprowadzał wybitnych golfistów i menadżerów. Konsultował budowę pól golfowych na Mazurach, w Juracie i pod Warszawą. Wydzierżawił nawet niewielkie pole na tzw. driving range w Wilanowie i tam przez prawie 30 lat prowadził naukę gry w golfa a także organizował zawody  krajowe i zagraniczne. Wielu aktorów i popularnych ludzi w Polsce tu przyjeżdżało. Odbywały się spotkania towarzyskie i sportowe. Janusz nagrał i popularyzował  zasady gry, organizował szkolenia. W środowisku golfistów cieszył się dużą popularnością i uznaniem. Janusz Herburt-Hewell był autorytetem. Był niezwykle kolorową postacią, lubianą i szanowaną. Zmarł na Florydzie 27 października 2023 roku.

Ponieważ był naszym kolegą-dziennikarzem, zawsze Polakiem a nawet gorącym patriotą, żegnamy go z wielkim żalem. Pozostanie w naszej pamięci.

 

ALEKSANDRA KUCZYŃSKA-ZONIK: Dlaczego rosyjska propaganda w państwach bałtyckich jest nadal aktywna?

Formalna blokada rosyjskich kanałów telewizyjnych i radiowych w państwach bałtyckich znacznie ograniczyła rozprzestrzenianie propagandy, choć zupełnie jej nie powstrzymała. Jej ton jest agresywny, a propagandziści są coraz bardziej kreatywni w doborze narracji i metod.

Oficjalnie działalność rosyjskich kanałów propagandowych w państwach bałtyckich została zakazana zarówno na poziomie krajowym, jak i europejskim. Wkrótce po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę instytucje odpowiedzialne za regulacje w sferze informacyjnej na Litwie, Łotwie i w Estonii wydały nakazy zaprzestania nadawania dostawcom usług medialnych, m.in. RTR Planeta, NTV Mir, NTV Mir Baltic, Belarus 24, Rossija 24 i TV Centre International. Regulatorzy powoływali się m.in. na fakt, iż 24 lutego 2022 r. dostawcy ci wyemitowali przemówienie prezydenta Rosji Władimira Putina, w którym usprawiedliwiał on inwazję wojskową na Ukrainę, ignorując podstawowe zasady prawa międzynarodowego. Następnie, wskazane wyżej kanały telewizyjne znalazły się na unijnej liście sankcyjnej, bezpośrednio lub za pośrednictwem ich spółek macierzyste. Zablokowano także dostęp do niektórych stron internetowych, które rozpowszechniały prokremlowską propagandę, ze względu na wsparcie dla agresji militarnej oraz nawoływanie do nienawiści. W rezultacie w państwach bałtyckich ograniczano nadawanie ponad 80 rosyjskim i białoruskim kanałom telewizyjnym, które wcześniej były dostępne w tych państwach. Media te cieszyły się znacznym zainteresowaniem wśród odbiorców, szczególnie na Łotwie. Ich popularność wynikała z atrakcyjności, odpowiedniego doboru tematów i sposobów ich prezentowania, które zapewniały rozrywkę i przyjemny sposób spędzania wolnego czasu.

Jak dotąd rosyjskie władze stosowały szereg taktyk w celu rozprzestrzeniania dezinformacji mającej na celu podważenie legitymacji państw bałtyckich i osłabienie spójności społecznej na Litwie, Łotwie i w Estonii. Pomimo formalnych ograniczeń propaganda w dalszym ciągu jest jednak rozprzestrzeniana (np. według opinii litewskiej komisji ds. mediów z rosyjskich kanałów korzysta obecnie około 5% mieszkańców tego państwa). Ze względu na zmianę sytuacji geopolitycznej w regionie (dezinformacja obecna jest przede wszystkim w internecie, szczególnie w mediach społecznościowych), zostały zaadoptowane nowe narracje, metody i kanały, jednak cele propagandzistów pozostały te same. Rosja przedstawia się jako otoczona przez „wrogie siły”, które dążą do osłabienia jej pozycji w regionie i zagrażają jej bezpieczeństwu. Zgodnie z tym podejściem państwa bałtyckie są ważną częścią zachodniego spisku mającego na celu „okrążenie” i powstrzymanie Rosji. Rosyjska propaganda, podobnie jak wcześniej, wykorzystuje podziały społeczne i zróżnicowane postrzeganie władzy przez większość etniczną (Litwinów, Łotyszy i Estończyków) oraz mniejszości rosyjskojęzycznych. W związku z tym narracje, które trafiają do tych grup społecznych mogą się znacząco różnić.

Powszechny komunikat, który pojawił się po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę dotyczy uchodźców. Ukraińscy uchodźcy są rzekomo źle traktowani na Litwie, Łotwie i w Estonii. Te informacje mają trafiać przede wszystkim do większości etnicznych w tych państwach. Z kolei narracja skierowana do mniejszości rosyjskojęzycznej ma je przekonać, że uchodźcy są w rzeczywistości traktowani preferencyjnie w stosunku do mieszkańców – otrzymują większe wsparcie niż obywatele, przez co ci drudzy czują się dyskryminowani przez rząd. Celem tego typu działań jest polaryzacja społeczna, która ma doprowadzić do destabilizacji w państwach. Kolejnym istotnym tematem jest pamięć o żołnierzach Armii Radzieckiej. Aktywizacja tego wątku przypada na rocznice upamiętniające zakończenia II wojny światowej. Od wielu lat dziewiąty maja był okazją do uzasadniania odbudowy pozycji militarnej Rosji i wzmocnienia poparcia dla jej imperialistycznych dążeń. O ile sympatia dla tego typu działań pozostawała stabilna, po 22 lutego 2022 r. zarówno ze względu na regulacje prawne (ograniczenie możliwości organizacji publicznych wydarzeń ze względów bezpieczeństwa), proces usuwania sowieckich memoriałów z miejsc publicznych (najbardziej znanym przykładem było wyburzenie pomnika z placu Zwycięstwa w Rydze oraz przeniesienie czołgu T-34 z estońskiej Narwy), a także samą zmianę świadomości i stosunku do Rosji wśród mieszkańców spowodowała, że rosyjska kampania propagandowa wokół dziewiątego maja nie mogła mieć miejsca w takiej skali jak poprzednio. W tym roku Rosja przygotowała kampanię propagandową w mediach społecznościowych w oparciu o symbole poparcia dla jej celów militarno-politycznych na Ukrainie. Ponadto rosyjskie media państwowe informowały, że obchody upamiętniające zakończenie II wojny światowej organizowane w państwach bałtyckich wspierają rosyjską narrację przeciwstawiania się NATO i nazizmowi, a „operacja wojskowa” na Ukrainie jest wspierana przez rządy tych krajów. Swego rodzaju prowokacja miała miejsce także w Iwangorodzie, rosyjskim mieście położonym na granicy z Estonią. Granicę stanowi tam rzeka, po drugiej stronie której znajduje się miasto Narwa. Z okazji dziewiątego maja władze Iwangorodu zorganizowały koncert ustawiając scenę w taki sposób, aby była ona widoczna dla mieszkańców estońskiej Narwy. Na uroczystości występowali rosyjscy artyści, śpiewano militarne pieści i prezentowano film patriotyczny. Po estońskiej stronie zgromadziły się setki mieszkańców, a porządku pilnowała policja. W odpowiedzi, na murze fortecy, Estonia umieściła plakat z napisem „Putin zbrodniarz wojenny” w taki sposób, aby podczas koncertu jego uczestnicy po rosyjskiej stronie mogli go widzieć. Rosja domagała się usunięcia plakatu, lecz Estonia odmówiła.  Rosja pragnie także zdyskredytować polityki wewnętrzne państw bałtyckich, przedstawiające je jako słabe, niedemokratyczne, pogrążone w chaosie. M.in. w październiku 2022 r. w związku z ćwiczeniami wojskowymi dla Estońskich Sił Zbrojnych i rezerwistów  pojawiły się narracje, zgodnie z którymi ćwiczenia są „bezcelowe”, a żołnierze „nieudolni” i „słabi”. Porównanie armii do cyrku miało także na celu ośmieszenie i obniżenie hartu ducha wśród żołnierzy. Na Litwie propagandziści wykorzystali kwestię ograniczenia tranzytu z Rosji do Kaliningradu będącego częścią sankcji Unii Europejskiej nałożonych po ataku na Ukrainę. Tzw. „blokada Kaliningradu” wywołała wśród rosyjskojęzycznych odbiorców bolesne skojarzenia z oblężeniem Leningradu w czasie II wojny światowej, a w rezultacie przypuszczenie, że Litwini stosują metody nazistowskie.

W odniesieniu do strategii propagandowych możemy zauważyć zarówno nowe taktyki i kierunki, jak i te, stosowane od lat. Rosyjskie media i sympatycy prokremlowscy wykorzystują nagłówki lub fragmenty artykułów z mediów zachodnich, przedstawiając je w odmienny, kontrowersyjny i krytyczny wobec państw bałtyckich sposób. Używają zrzutów ekranu, cytatów bez odwoływania się do oryginalnego tekstu, lub wymagają dodatkowej opłaty za przejście do artykułu źródłowego. W ten sposób czytelnicy nie mają dostępu do pełnego kontekstu, który, w rzeczywistości ma niewiele wspólnego z interpretacją przedstawianą przez propagandzistów. Rosja powołuje się również na autorytety, które mają wspierać i promować prokremlowską narrację. Tego typu działania miejsce także w odniesieniu do najmłodszych odbiorców. Rosja wykorzystuje bowiem kulturę popularną jako instrument własnej polityki imperialistycznej, tzw. „wielkiej kultury” promowanej od czasów sowieckich. Dla przykładu, część obsady pełnometrażowego filmu dla dzieci o przygodach Czeburaszka, który wszedł do kin na początku 2023 r., otwarcie poparło rosyjski arak na  Ukrainę. Film wyświetlany był również w Estonii, a dochody z niego zasiliły rosyjską gospodarkę. Rodzi to wątpliwości natury etnicznej zarówno dla odbiorców produkcji, jak i międzynarodowych dystrybutorów.

W dalszym ciągu efektywnym środkiem przekazu są memy – krótkie, pełne humoru formy przekazu w postaci tekstu lub obrazu. Motywy pozostają te same jak w przypadku tradycyjnych kanałów komunikowania: upamiętnianie osiągnięć Związku Radzieckiego (ZSRR jako państwo bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu) oraz zależność państw bałtyckich od NATO, UE i USA. Do efektywności prokremlowskiej propagandy przyczyniają się także tzw. pożyteczni idioci, który, zwykle nieświadomie i bez zastanowienia, publicznie rozpowszechniają narracje zgodne z linią Moskwy. Wypowiedzi dotyczące rzekomo celowych opóźnień w dostawie broni na Ukrainę oskarżające państwa zachodnie lub te, według których Zachód dąży do przedłużania działań wojennych, aby osłabić militarnie Rosję, a następnie doprowadzić ją do rozpadu lub kontrolować pogrożone w chaosie państwo, bez wątpienia korespondują z narracjami propagandowymi Rosji. Sytuacja taka mogłaby jakoby  wzmocnić  suwerenność i bezpieczeństwo Litwy, Łotwy i Estonii.

Wnioski

Formalna blokada rosyjskich kanałów telewizyjnych i radiowych w państwach bałtyckich znacznie ograniczyła rozprzestrzenianie propagandy, choć zupełnie jej nie powstrzymała. Jej ton jest agresywny, a propagandziści są coraz bardziej kreatywni w doborze narracji i metod. Wykorzystują przede wszystkim media społecznościowe, które dla rosyjskojęzycznych odbiorców są ważniejszym kanałem informacyjnym niż w przypadku osób pochodzenia litewskiego, łotewskiego czy estońskiego. Przy zredukowanej roli mediów tradycyjnych, Moskwa sięgnęła po nowe techniki komunikacyjne, a  w wirtualnym świecie stworzyła pajęczynę fałszywych kont i profili, które służą do zwiększania popularności stron rozpowszechniających dezinformację. Publiczne posty w języku rosyjskim opierają się na oficjalnych rosyjskich narracjach mówiących o pokoju i neutralności. Jednocześnie zamknięte grupy w mediach społecznościowych pozwalają na kreowanie i rozpowszechnianie „alternatywnych”, krytycznych wobec dominującego dyskursu i bardziej radykalnych wersji wydarzeń, przy zachowaniu względnej anonimowości. Po 22 lutego 2022 r. jednym z głównych tematów są uchodźcy z Ukrainy. Chociaż społeczeństwa państw bałtyckich już od pierwszych dni wojny rosyjsko-ukraińskiej angażują się w pomoc uciekającym przed wojną, w mediach społecznościowych rozprzestrzeniane są negatywne komentarze na ich temat. Ich autorzy obwiniają Zachód i ukraińskich przywódców o przyczynienie się do ataku Rosji na Ukrainę, a także zarzucają uchodźcom, którzy przybyli na Litwę, Łotwę i do Estonii zdradę Ojczyzny i  wciągnięcie państw UE w działania militarne. Część mieszkańców państw bałtyckich obawia się także, że rządy koncentrując się na wsparciu dla uchodźców ograniczają politykę społeczną i socjalną skierowaną do uboższych grup społecznych w tych państwach. Niewątpliwie, do takiego sposobu myślenia po części przyczyniły się niepowodzenia dotychczasowych polityk  integracyjnych państw bałtyckich. Na szczęście jednak, narracje te nie znajdują szerszej  publiczności. Nie mniej, platformy internetowe nie wypracowały jeszcze odpowiedniej strategii na tego typu działania, zwykle stosując trwałe lub czasowe usunięcia propagandowych postów. Zdarzają się również przeciwne sytuacje, kiedy algorytmy blokują konta tych, którzy wyrażają niezadowolenie z rosyjskiej agresji lub wzywają do wsparcia Ukrainy. W szczególności, problemy tego rodzaju dotyczą odpowiednich algorytmów w językach małych państw – Litwy, Łotwy, Estonii czy Bałkanów.

Regulacje i procedury administracyjne na Litwie, Łotwie i w Estonii stwarzają znaczne przeszkody w skutecznym oddziaływaniu propagandy na mieszkańców. Litwa planuje utworzenie centrum, którego zadaniem będzie monitorowanie i ujawnianie prokremlowskiej propagandy. Dobrym sygnałem jest także wzrost świadomości o wszechobecności  dezinformacji (media literacy) i umiejętności rozpoznawania fałszywych treści. Zmienia się także sam stosunek do Rosji wśród odbiorców rosyjskojęzycznych w państwach bałtyckich. Badania na Łotwie wykazały, że ponad połowa respondentów (63%) jest przekonana, że polityka zagraniczna kraju powinna być ukierunkowana na Zachód, a nie na Wschód. Wśród rosyjskojęzycznych odsetek ten był nieco mniejszy (41%), jednak różnica w tej kwestii na przestrzeni ostatnich lat jest widoczna. Podczas gdy w 2010 r. faworyzujących politykę zagraniczną ukierunkowaną na Wschód było 46%, obecnie jest ich już tylko 18%.

Co ciekawe, rosyjskiej propagandzie w państwach bałtyckich coraz częściej zaczyna towarzyszyć  dezinformacja ze strony Chin. W ostatnim czasie sprzeciw opinii publicznej wzbudziła wypowiedź chińskiego ambasadora we Francji Lu Shaye, który zakwestionował  suwerenność byłych republik radzieckich i przynależność Krymu do Ukrainy. Ambasador wyraził wątpliwości wobec statusu państw bałtyckich jako suwerennych państw. Nie jest to pierwszy przypadek fałszowania historii i podważania integralności terytorialnej państw bałtyckich przez autorytarne reżimy. Wcześniej w rosyjskiej Dumie zainicjowano proces rozważenia anulowania uznania niepodległości Litwy. Szerzenie dezinformacji staje się więc kolejnym instrumentem agresywnej polityki Chin wobec państw bałtyckich. Służby bezpieczeństwa Litwy, Łotwy i Estonii sukcesywnie informują o działalności szpiegowskiej próbach rekrutacji przez rosyjskie, białoruskie i chińskie agencje wywiadowcze. Odnotowuje się także intensywność działań chińskich służb wywiadowczych w zakresie operacji informacyjnych i cyberwywiadu. Oznacza to, że aktywność propagandowa Chin staje się coraz większym wyzwaniem dla rządów Litwy, Łotwy  Estonii.

Aleksandra Kuczyńska-Zonik

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

 

SERHIJ KULIDA: Dokumenty Hitlera (FRAGMENT)

Zagadka fałszywych pamiętników Führera do dziś nie została rozwiązana.

25 kwietnia 1983 roku kierownictwo zachodnioniemieckiego magazynu „Stern” zaprosiło na konferencję prasową setki reporterów i dziesiątki ekip filmowych ze wszystkich mniej lub bardziej znaczących światowych mediów obiecując zaprezentować sensacyjne znalezisko.Kiedy w końcu wpuszczono na salę niecierpliwych dziennikarzy, którzy przez jakiś czas tłoczyli się na ulicy, wszyscy zobaczyli wiszące na ścianach błyszczące kartki przedstawiające kolejny numer magazynu.Krwistoczerwone litery na okładce zapowiadały publikację ekskluzywnego materiału: „Odkryto pamiętniki Hitlera”…

I wtedy do swoich kolegów wyszedł elegancki 51-letni reporter „Sterna” Gerd Heidemann – w czarnym eleganckim garniturze, niebieskiej koszuli i niebieskim krawacie z czerwonymi prążkami.

Ledwo powstrzymując uśmiech wyższości, poprawiając od czasu do czasu okulary w modnej rogowej oprawę, pokazał kilka oprawionych w skórę notatników ozdobionych czerwonymi wstążkami i woskowymi pieczęciami. Na każdym z nich wytłoczono gotyckie inicjały „A.H.”, które miały potwierdzać nazwisko autora zapisków – Adolfa Hitlera.

Zabierając głos redaktor naczelny „Sterna”, Peter Koch, ze smutkiem zauważył, że w związku z publikacją tych nieznanych wcześniej dokumentów „wiele kart niemieckiej historii trzeba będzie napisać na nowo”.Redaktor magazynu „FAZ Harpprecht” nie krył podziwu dla znaleziska: „Jeden z młodszych kolegów powiedział mi, że na łamach tego pamiętnika po raz pierwszy spotkał człowieka Adolfa Hitlera.Czyli zupełnie normalnego Niemca, takiego jak my, jednego z nas.Moja reakcja była inna.Czytając pamiętniki, ogarnął mnie zimny zachwyt.Zrozumiałem, że mam przed sobą dokument o niesłychanym znaczeniu dla historii świata”.

Tę euforię ogólnego podziwu dla wyjątkowego znaleziska niemal zepsuł angielski historyk David Irving, który zadał kilka „niestosownych” pytań dotyczących pamiętników, jednak szybko został wyrzucony z sali.

Ale tydzień później odwieczny konkurent „Sterna”, magazyn „Spiegel”, również wyraził wątpliwości co do autentyczności publikacji, pytając: „Pamiętniki Hitlera – znalezisko czy podróbka?” Po tym wybuchł  sensacyjny skandal…

Gwiazda „Sterna

Ambitny dziewiętnastoletni Gerd Heidemann dołączył do coraz bardziej popularnego magazynu w 1951 roku i wkrótce dał się poznać jako energiczny fotoreporter, jednak skłonny w imię sensacji do pewnych mistyfikacji.

„Wtedy bardzo się staraliśmy” – nie bez ironii wspominał po latach żądny przygód dziennikarz.

– „Pamiętam, że w całych Niemczech przetoczyła się fala samobójstw dzieci. Nasz wydawca Henry Nannen polecił mi zdobyć zdjęcie powieszonego dziecka. No cóż, poprosiłam młodszego brata, żeby stanął na stołku i zarzuciłam mu pętlę na szyję. Potem to zdjęcie zostało opublikowane.”

Z biegiem lat autorytet Heidemanna w tygodniku wzrósł, mówiąc w przenośni, do międzynarodowych szczytów.

Zostaje korespondentem wojennym „Sterna”, dokumentującym wszystkie mniej lub bardziej znaczące konflikty na planecie. Jednak „silnym hobby” popularnego fotoreportera był „Czarny Kontynent”. Obiektyw jego canona spokojnie rejestrował krew i śmierć, zniszczenie i ludzką rozpacz w Angoli, Gwinei i Mozambiku. Za serię fotoreportaży z wojny w Kongo Heidemann został nawet odznaczony medalem Worldpress w 1965 roku.

W poszukiwaniu „gorących” materiałów fotoreporter trafił do ogarniętej wojną Ugandy. I miał niesamowite szczęście. Korzystając z zamieszania, jakie panowało podczas szturmu na rezydencję Idi Amina, Heidemann wkradając się do biura obalonego dyktatora, ukradł stamtąd część jego archiwum i wywiózł do Niemiec Zachodnich. Wraz z dokumentami sprytny reporter chwycił rzeczy osobiste schwytanego w pośpiechu władcy Ugandy, a nawet jego… majtki. Prawdopodobnie Niemiec zamierzał sprzedać tę bieliznę jakiemuś miłośnikowi egzotycznych rarytasów. Ale śmierdząca bielizna pod każdym względem nie interesowała kolekcjonerów.

Stopniowo, oprócz swojej głównej pracy, która przynosiła satysfakcję moralną i co najważniejsze materialną, Gerd Heidemann, został wciągnięty w nową pasję – kolekcjonowanie. Zdobywaniu ciekawych przedmiotów sprzyjały częste zagraniczne wyjazdy służbowe, poza tym pozwalały mu one odkrywać talent prawdziwego detektywa. I tak na przykład odnoszący sukcesy pracownik „Sterna” znalazł w Meksyku ślady tajemniczego pisarza B. Travena.A potem opublikował cykl materiałów śledczych w sprawie hitlerowskich zbrodniarzy, którzy uciekli z leżących w gruzach Niemiec i ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości w różnych częściach świata,głównie w Ameryce Łacińskiej.Polowanie na byłych nazistów przyczyniło się do rozwoju osobliwej choroby u Gerda Heidemanna – „swędzenia kolekcjonerskiego”.  Odtąd głównym tematem jego hobby były akcesoria należące do Hitlera. Zrodziło się to po tym, jak podczas pobytu w Los Angeles kupił (za jedyne 350 dolarów!) osobistą odznakę partyjną Adolfa Hitlera, a następnie, już w Niemczech, odsprzedał ją aż za 20 tys. dolarów.Jednocześnie spotykał się i nawiązywał przyjacielskie kontakty w gronie weteranów III Rzeszy.W 1973 roku Gerd Heidemann był już coraz bardziej zanurzony w historii narodowego socjalizmu. Sprzedał swój dom w Hamburgu, aby kupić dawny jacht hitlerowskiego dowódcy Luftwaffe Hermanna Göringa „Karina II”.Gwiazda „Sterna” tak wyjaśniła swój nieco lekkomyślny czyn: „Myślałam, że zarobię na tym dużo pieniędzy: kupię, odrestauruję i sprzedam za znacznie wyższą cenę.Byłem wtedy rozwiedziony.Dzięki Bogu nie musiałem pytać żony.Inaczej co by się do cholery stało.Kupiłem więc jacht i popłynąłem nim do Hamburga”.

Od tego momentu statek stał się czymś w rodzaju klubu jachtowego, w którym spotykali się dawni naziści.

Zrelaksowani, oddawali się wspomnieniom minionej wojny. Rozmazując łzy na zwiotczałych policzkach i wspominając potęgę ojczyzny, wykrzykiwali „Heil Hitler” i drżącymi rękami podnosząc kieliszki sznapsa, wznosili niekończące się toasty za „naszego Führera”.

(…)

„Cieszę się, że dałem się oszukać…”

Pod koniec1979 roku Gerd Heidemann poznał, podobnego sobie, konesera artefaktów III Rzeszy Fritza Steifela. Po krótkim czasie, a mianowicie 6 stycznia 1980 r., data ta została wyraźnie utrwalona w pamięci zawodowej dziennikarza, nowy kolega pokazał mu 100-stronicowy skórzany notes pamiętnika partyjnego NSDAP z wytłoczonymi inicjałami „A.H.” na okładce. Otwierając go, Gerd Heidemann odkrył, że strony były do ​​połowy zapisane – na przemian ołówkiem i tuszem – drżącym pismem, a wpisy datowano na styczeń  – czerwiec 1935 roku.

„W tym roku widziałem Ewę tylko dwa razy” – czytał zdumiony reporter „Sterna” i nagle do Heidemanna dotarło: trzymał w rękach pamiętniki samego Adolfa Hitlera! To prawdziwa sensacja! Jeśli upubliczni to znalezisko, jego nazwisko przejdzie do historii!.. Ledwo się opanowawszy, Heidemann przewrócił stronę i nadal zapoznawał się ze styczniowymi rewelacjami Führera: „W większości przypadków musiałem odmówić wypełnienia obowiązków publicznych, ponieważ praca całkowicie mnie wyczerpała. Cierpię na bezsenność i brak apetytu.” Następnie pojawiły się notatki Hitlera z lutego 1935 roku: „Biorę dużo leków. Göringa także dokonuje swojej nadludzkiej pracy tylko dzięki narkotykom…”

Mimowolnie siadając na pobliskim krześle, Heidemann miał zamiar kontynuować czytanie, ale ten fascynujący proces został nagle przerwany przez Steifela:

– Dość, Herr Heidemann… Myślę, że jest pan przekonany, że ma pan w rękach prawdziwy pamiętnik naszego Führera.

– Skąd to masz?

– zamiast odpowiedzieć, dziennikarz zapytał zaintrygowany.

– Widzisz, przyjacielu, mam znajomego w Stuttgarcie.

Nazywa się profesor Konrad Fischer…

– A co on robi?

– Heidemann przerwał swojemu rozmówcy.

– Jaki jesteś niecierpliwy – Fritz Steifel uśmiechnął się szeroko i robiąc teatralną pauzę, zwięźle powiedział: – Więc prawie nic.

Prowadzi sklep sprzedający artefakty III Rzeszy…

Jednak doświadczony pracownik „Sterna” w dalszym ciągu zadawał pytania:

– Czy twój… Jak on ma na imię… Konrad ma inne podobne zeszyty?.

– Tak – odpowiedział kolega.

– I nie tylko notatki Hitlera, ale także jeden, niepublikowany tom „Mein Kampf”…

Słysząc to, Heidemann stracił wrodzony spokój, który już ledwo trzymał się na cienkiej nitce nerwów: – Przedstaw mnie mu… Błagam, Herr Steifel…

– OK – zgodził się i nowo poznani przyjaciele pożegnali się.

Dziennikarz bez wahania pospieszył do redakcji „Sterna”. Doświadczony korespondent dosłownie wtargnął do biura tygodnika i natychmiast opowiedział o sensacyjnym materiale. Jednak historia nadmiernie podekscytowanego Heidemanna nie zrobiła na jego przełożonym wrażenia. Wtedy fotoreporter natychmiast zwrócił się o wsparcie do Manfreda Fischera, dyrektora zarządzającego firmy, która była właścicielem magazynu.

– Świetna historia, Gerd!

– zawołał Fisher, usłyszawszy o znalezisku. – Bierzemy ją! Tak czy inaczej, zdobądź te cholerne pamiętniki! Daję ci carte blanche!

Wkrótce Gerd Heidemann pędził już ekspresówką z Hamburga do Stuttgartu…

Ku jego zaskoczeniu Konrad Fischer okazał się niskim, łysym mężczyzną.

Zapraszając gościa do środka, profesor poczęstował dziennikarza doskonałą brazylijską kawą, która jak zdradził właściciel przytulnej rezydencji mrugając potajemnie do Heidemanna, była mu nieustannie „przysyłana przez przyjaciół z SS”. Kiedy dziennikarz rozkoszował się aromatycznym napojem, pan Fischer wstając energicznie z miejsca zaprosił kolegę kolekcjonera do swego najświętszego miejsca. Wchodząc do obszernego gabinetu profesora Gerd Heidemann zastał tam, wybaczcie bluźnierstwo, prawdziwy ikonostas z różnymi wizerunkami Hitlera – obrazami, fotografiami, figurkami… Na półkach znajdowały się liczne nazistowskie nagrody, dokumenty, sztylety SS, stalowe hełmy z runami SS. A w oknach wystawiono manekiny ubrane w mundury Gestapo, Wehrmachtu i Luftwaffe. Zadziwiony taką obfitością, Gerd Heidemann zapytał Konrada Fischera, czy ma jakieś „rzeczy” na sprzedaż? Zadowolony z siebie profesor zaproponował, żeby najpierw kupił… stanik Ewy Braun. Nieco zaskoczony taką propozycją dziennikarz „Sterna” postanowił nie odmawiać. I co?.. Ma już majtki Idi Amina… Wyjątkowa kolekcja nabiera kształtów. Kiedy Heidemann chwycił przynętę, Fischer dał mu partyturę opery, rzekomo skomponowanej przez Führera w młodości. Po tym, jak transakcja zakończyła się sukcesem, właściciel rezydencji wypchanej nazistowskimi „antykami” wpadł w szał i zaproponował dziennikarzowi, jak subtelnie żartował, dokonanie zakupu „za pomocą konta w Hamburgu”. I zdjął trochę akwareli ze ściany. „Były to górskie pejzaże namalowane rzekomo przez Hitlera” – wspominał po latach Gerd Heidemann. – „Ja też je kupiłem od Konrada. Mój szef w ‘Stern’ powiedział mi: ‘Panie Heidemann, proszę być spokojnym, kiedy opublikujemy dzienniki, cena wszystkiego, co wiąże się z Hitlerem, natychmiast wzrośnie. Kupuj wszystko, łącznie ze zdjęciami – używamy ich do ilustracji.’ No to kupiłem…”

Tymczasem zadowolony z udanej transakcji Konrad Fischer zaprosił gościa do przypieczętowania znajomości.

„Przy butelce dobrego wina Konrad powiedział mi, że ma nieznane pamiętniki Hitlera” – powiedział Gerd Heidemann. – „Przewożono je rzekomo pod koniec wojny samolotem zestrzelonym nad Saksonią, przeszły przez wiele rąk zanim dotarły do jego krewnych, którzy przemycili je z NRD do Niemiec Zachodnich”.

Zaintrygowany tym, co usłyszał, dziennikarz odłożył niedokończony kieliszek szwedzkiego absolutu: – Panie Konradzie, czy mógłby pan opowiedzieć więcej o tej historii?

Niski mężczyzna, uśmiechając się do niektórych swoich myśli, wstał gwałtownie i udał się do sąsiedniego pokoju, szczelnie zamykając za sobą drzwi.

Dziesięć minut później, podczas których gość zdążył wypalić dwa papierosy ze zmiętej paczki Marlboro, w progu pojawił się Fischer, trzymając w dłoni notatnik z wytłoczonymi inicjałami „A.H”. Na pozór była to dokładna kopia pamiętnika, który Fritz Steifel pokazał Heidemannowi zaledwie kilka dni temu. Profesor usiadł, otworzył notatnik i przeczytał: – „Borman chce, żebym dał mu wszystkie moje dokumenty. Zamierza je spakować i wysłać.”

– I co to znaczy?

– zapytał pracownik Sterna, wiercąc się na krześle.

– Bo, mój niecierpliwy przyjacielu, ten zapis został wykonany przez Führera pod koniec kwietnia 45…

– Chciałem…

Konrad Fischer nie pozwolił hamburskiemu gościowi kontynuować:

– Faktem jest, że do tego czasu upadek Rzeszy stał się oczywisty nawet dla Hitlera” – profesor westchnął smutno.

– I wtedy Bormann i Goebbels stanowczo doradzili Führerowi, aby przetransportował tajne dokumenty i swoje osobiste archiwum w bezpieczniejsze miejsce – w Alpy Bawarskie…

– Do willi w Berchtesgaden – dopowiedział Heidemann.

– To absolutna racja, mój przenikliwy przyjacielu – Fisher uśmiechnął się.

– Zatem, jeśli pan pozwoli, będę kontynuował… Hitler zgodził się i jeszcze tej samej nocy dwa Junkersy-352 skierowały się do Salzburga, w pobliżu którego znajdowała się wysokogórska willa Führera. Jednak, jak ze smutkiem doniósł Hitlerowi jego osobisty pilot, generał porucznik lotnictwa Hans Baur, samolot z osobistym archiwum Führera rozbił się w pobliżu Drezna…

– Skąd znasz takie szczegóły? – fotoreporter „Sterna” z niedowierzaniem przerwał opowieść Konrada Fischera.

– Sam Baur mówił o tym.

W 1955 roku Sowieci zwolnili go z obozu na Syberii i przekazali naszym władzom…

– A co z pamiętnikami Hitlera?

Jak trafiły w wasze ręce?..

– Och, to absolutnie niesamowita historia – sięgając do stołu i nalewając sobie kieliszek wódki, profesor ponownie się roześmiał.

– Część tajnego ładunku, w tym notatki Hitlera, odkrył na miejscu katastrofy miejscowy chłop. Po namyśle ukrył znalezisko na lepsze czasy. A gdy czas mijał, słysząc, że tu, w Republice Federalnej, relikty Wielkiej Rzeszy cieszą się niesamowitą popularnością, postanowił sprzedać swoje kosztowności.

– Ale jak te dokumenty dotarły do ​​ciebie?

– Mój brat, choć może to wydawać się dziwne, weteran ruchu narodowo-socjalistycznego, został oficerem armii wschodnioniemieckiej, potwierdzając tym samym swój stopień, który piastował w Wehrmachcie.

Przyszedł więc do niego ten sam chłop, który znalazł rozbite Junkersy… To bardzo proste…

Konrad Fischer ponownie sięgnął po butelkę.

Ale w głowie wścibskiego dziennikarza zaczęły pojawiać się myśli: „Jeśli pamiętniki Hitlera naprawdę istnieją, to jest nadzieja, że ​​na podstawie jego własnych, odręcznych notatek zrozumie sens jego działań.”

– A ile takich zeszytów istnieje? – przerwał swoje myśli Heidemann.

– O ile wiem, dwadzieścia siedem – odpowiedział Fischer po namyśle i jakby przez przypadek zapytał: – Co „Stern” zamierza je przejąć?

– Zgłoszę sytuację moim przełożonym – odpowiedział niejasno dziennikarz. – Niech oni zdecydują…