Hubert Bekrycht: ZAMACH STANU LIVE – MEDIA, POSŁOWIE I PREZYDENT RP, ale… las Birnam blisko

Zastanawiałem się kiedyś, ilu jest w Polsce dziennikarzy, którzy w imieniu premiera Donalda Tuska odczytaliby komunikat o wprowadzeniu w Polsce drugiego stanu wojennego? Wskazałem nawet kilkadziesiąt nazwisk, ale kartka mi się skończyła… Teraz, piszę to z całą odpowiedzialnością, takich figur dziennikarskich znalazłoby się setki, może tysiące. Z tym, że nie wszystkim tym panom pasowałby mundur – no może uniform w stylu latynoamerykańskich czy afrykańskich kacyków – i nie wszystkie panie dobrze wyglądałyby w ciemnych okularach.

Próbuję ironii, aby trochę uspokoić sytuację, ale rzeczywistość wrzeszczy jak posłanki lewicy. Mamy oto w Polsce do czynienia – jak zapewne nazwą to eksperci – pełnoskalowym zamachem stanu!

Już nie z permanentnym łamaniem prawa, nie z chaosem wywołanym polityczną interpretacją przepisów przez prawników (sędziów i prokuratorów) będących akolitami ekipy Tuska, tylko właśnie z zamachem stanu. Ów zamach na Polaków i na Polskę pełzał. Najpierw doprowadzono do dezinformacji, która spowodowała, że nabrano sporą część społeczeństwa głosującego 15 października ub. r. na KO, TD i NL. Nie wiem, czy szkoda mi tych ludzi z różnych grup statystycznych, bo to nieprawda, że to tylko pokolenie Tik-Toka. Chyba sami sobie wymierzyli karę, ale na jakąkolwiek refleksję jest dla nich jednak za późno, toteż brną w pochwałach dla ekipy Tuska demontującej kraj. Albo milczą. Liczba tych drugich wzrasta.

Stan wojenny 2.0

13 grudnia, w 42. rocznicę wprowadzenia przez komunistów i juntę Jaruzelskiego, rząd Tuska rozpoczął pracę, a kilka dni później bezprawnie zaczęto przejmować media publiczne (TVP, PR, PAP) praktycznie paraliżując TVP poprzez wyłączenie sygnału kilku programów mających, oprócz informacyjnej, rolę strategicznych na wypadek wojny.

Na przełomie roku rozpoczęto też bezprecedensową nagonkę na dwóch posłów PiS: Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, których, wbrew prawu i prawomocnym ułaskawieniu prezydenckim, wtrącono do więzienia pod sfabrykowanymi zarzutami, bo ośmielili się, w naszym przecież, Polaków imieniu, walczyć z korupcją, jako szefowie CBA.

Polowanie

Teraz Tusk zdecydował, że pora na jednego z największych jego wrogów. Oto szef rządu, – bo nie wierzmy, że to ktokolwiek inny wydał rozkaz, żeby zatrzymać posłów PiS zdobyłby się na takie bezprawie – wysłał policję do Pałacu Prezydenckiego (!), Siedziby głowy państwa polskiego, prezydenta RP Andrzeja Dudy. Dowiedziawszy się o zagrożeniu i napadzie, prezydent i jego kolumna aut – wyjeżdżając z Belwederu – zostali zablokowani przez autobus miejski, …aby nie zdążyć do pałacu z interwencją. Kto tam rządzi w tej Warszawie komunikacją miejską? Nie prezydent Trzaskowski przypadkiem? Zastawić rezydencję prezydencką autobusem, aby kolumna aut głowy państwa nie mogła wyjechać, to już numer niesamowity! Afrykańscy dyktatorzy duzo się muszą uczyć od ich polskich kolegów.

Napad na Prezydenta RP długo nie będzie schodził z czołówek światowych mediów a ludziska na całym globie dziwować się będą, że to nie relacja z jakiejś bananowej republiki a z państwa należącego do UE i NATO.

Upadek

Bezprawie najwyższego stopnia, jeśli pogardę dla obowiązujących przepisów i Konstytucji można w ogóle stopniować, będzie miało bardzo poważne konsekwencje dla wszystkich obywateli Polski. I tych z lewa i z prawa, zwolenników konserwatywnej drogi i obecnej ekipy rządzącej, która coraz bardziej zaczyna przypominać cyrk. Także z zakazanymi pokazami tresury dzikich zwierząt. Bo tak rząd Tuska traktuje Polaków, w tym swoich bezwolnych zwolenników. Premier złamie każde prawo, aby poprzez strach, niepewności jutra i w konsekwencji chaos gospodarczy wprowadzić tyranię. Oczywiście nowoczesną, oświeconą potwierdzoną certyfikatami Brukseli i Berlina. A w Moskwie zabrakło ponoć szampana. I popcornu, bo to chyba nie koniec… Niestety.

Nocniki

Donald Tusk przypomina takiego szefa państwa, który – jak w starym dowcipie – kupił sobie trzy nocniki: złoty, srebrny i brązowy. A i tak… nie zdążył… Bo usłyszał wybuch tłumika samochodowego przed swoją reprezentacyjną siedzibą w stolicy europejskiego kraju.

 

Z ostatniej chwili (aktualizacja 10 stycznia 2024r. po godz. 11.49)

Z komunikatu Polskiej Agencji Prasowej:

„Wiceminister sprawiedliwości Maria Ejchart pytana o strajk głodowy zadeklarowany przez przebywającego w areszcie byłego ministra Mariusza Kamińskiego powiedziała, że każdy ma prawo nie jeść i nie pić, na tym polega prawo do wolności osobistej”.

Przypomnijmy, że pani wiceminister Ejchart nosiła jeszcze nia tak dawno temu inne nazwisko, a mianowicie urzędniczka owa nazywała się Maria Ejchart-Dubois. Tak, to była żona mecenasa Jacka Dubois – adwokata wielu polityków Platformy Obywatelskiej. Pani minister znana jest także jako aktywistka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka a Wikipedia wpomina jeszcze jedno zajęcie pani wicemienister: „Od 2003 r. koordynuje program 'Niewinność’ zajmujący się pomyłkami sądowymi i osobami niesłusznie skazanymi.”

I chciałem tutaj coś napisać, bom wzburzony, ale myślę sobie, że wypowiedzi niektórych urzędników, akolitów rządu Donalda Tuska, nie są warte komentarza!

 

 Las Birnam zbliża się do Al. Ujazdowskich i Krakowskiego Przedmieścia…

Prezydent Andrzej Duda 10 stycznia 2024 r. wrócił do sprawy odmmowy sądowej wpisania do KRS nowych, bezprawnie wybranych przez szefa MKiDN Bartłomieja Sienkiewicza 19 grudnia ub.r. władz Telewizji Polskiej – władz zaangażowanych politycznie po stronie rządu premiera Tuska. Tym samym jak powiedział w środowym wystąpieniu prezydent RPAndrzej Duda: „Bezprawność działania ministra Bartłomieja Sienkiewicza została dzisiaj potwierdzona”.

Las Birnam zbliża się do siedzib KRPM i MKiDN…

Imperium kontratakuje

„Postanowienie Referendarza Sądowego Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy w Warszawie z dnia 9 stycznia 2024 roku w sprawie oddalenia wniosku o wpis zmian w spółce w zakresie zmiany składu osobowego Rady Nadzorczej TVP S.A. (obecnie w likwidacji) nie jest prawomocne” – wskano w komunikacie MKiDN.

Wojska Imperium w gotowości… Lord Vader dusi ministra Sienkiewicza, ale tylko żartuje…

Czarna dziura, która wciąga b. wicepremiera Gowina

Były wicepremier w rządach PiS, lider kanapowego Porozumienia Jarosław Gowin – drobiazgowo relacjonujący spotkania ze „złymi”politykami PiS i „szantaże” wobec siebie przed komisją ws. wyborów kopertowych – traci pamięć. Próbuje to bagatelizować czołowy śledczy RP, szef komisji, Dariusz Joński, który oprócz wszystkiego zna się jeszcze na polityce i oczywiście historii.

Niestety posłowie PiS bezlitośnie pytają, dręczą Gowina, interesuje ich wszystko ws tzw. wyborów kopertowych. Podsumowali oni, że były wicepremier po awarii telefonu komórkowego, istotnego dla sprawy ewentualnych „nacisków” ze strony PiS, do tej pory nie wie, co się z tym aparatem stało. Gowin nie wie też na jakim komuterze – laptopie pisał równie wazną dla sprawy korespodndencję.

Wiadmo tylko, że po głośniej dymisji, Gowin wrócił do rządu, który – zdaniem b. wicepremiera – wywierał na polityka Porozumienia naciski nawet o znamionach szantażu – uff…

Joński, Dariusz Joński

Nieustannie jestem fanem śledczego posła Dariusza Jońskiego, szefa komisji kopertowej, o przepraszam – bo to może jeden z senatotów źle zrozumieć – komisji ds. tzw. wyborów kopertowych (domniemane 70 mln zł strat wobec kilku milardów zł strat, które może kosztować skarb państwa bezprawna próba przejęcia mediów publicznych i ich fikcyjna likwidacja).

Ów skromny poseł Joński, znawca historii najnowszej i wirtuoz mediów, prosił w środę 10 stycznia br. posłów ze swojej komisji, aby „ostrożnie cytowali media”, gdzie moga się pojawić niesprawdzone informacje ujawniające na przykład tożsamość osób, których nazwiska padają podczas, uwaga, uwaga, publicznych i transmitowanych na całą galaktykę posiedzień komisji Jońskiego, Dariusza Jońskiego.

Ostrożnie cytować media

Złośliwcy mówią, że kwalifikacje Jońskiego do wyjaśniania zawiłości tzw. wyborów kopertowych, to przede wszystkim znakomita znajomość dziejów ojczystych i sile argumentów swoich znajomych i współpracowników politycznych, którzy widywani byli jako doradcy posła Jońskiego w kampanii wyborczej.

Milicjant legendą polskiej policji

Chodzi, m.in. b. rzecznika łódzkiej policji a potem radnego wybieranego z list SDP a potem samorządowca SLD, śledczego w stopniu podinspektora Jarosława Bergera. Ta „legenda polskiej policji” – jak mówił o nim Donal Tusk podczas wiecu wyborczego, na którym Berger przepraszał za polską policję kobiety „bite” przez funkcjonariuszy podczas protestów spod znaku błyskawicy. I tylko złośliwi wypominają Jońskiemu, że jego kolega i (niedawny?)współpracowniuk Berger karierę policjanta zaczynał w Milicji Obywatelskiej. No, ale przecież uciśnieni milicjanci i pracownicy komunistycznej bezpieki mają być teraz pupilami rządu Tuska.

Aktualizacja z 11.01.2024 r.

W marszu Wolnych Polaków, ktory przeszedł ulicamy Waszawy po południu i wieczorem 11 stycznia br., w czwartek, wzięło udział – i tutaj proszę o uwagę – wg. optymistycznych szacunków – 500 tys. osób, wg. zbliżonych – jak mówią uczestnicy – do rzeczywistości od 250 tys. do 300 tys. Nawet wg. bardzo nieprzychylnych środowiskom konserwatywnym mediów, na marszu było 100 tys. osób. Wiosna w styczniu? Jeszcze nie, ale przesilenie jest blisko.

(Koniec akualizacji)

Kto to jest PAR? – pyta HUBERT BEKRYCHT: Permanentne ataki „reporterskie” na SDP

Zwykle w minutę przeglądam serwis Press, który ma ambicję być portalem informującym o polskich mediach. Nie jest, ale to nie jedyny powód, dla którego mnie Press nudzi. Po prostu nie mam ochoty czytać codziennie, że TVN jest super (po bezprawnym zajęciu mediów publicznych, „cool” zaczęły też być programy i publikacje TVP, PR i PAP) a konserwatywne media prawicowe cofają nasz kraj do epoki kamienia łupanego. A teraz znowu w Press „hitem” są kierunkowe ataki anonimowych „dziennikarzy” na władze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Mam apel do kierownictwa Press, uprzedzajcie proszę, kiedy znowu zaatakujecie SDP, bo wasze elukubracje są tak groteskowe i śmieszne, że znowu przy śniadaniu parsknąłem kawą.

Ktoś podpisujący się PAR pisze w Press, że prezes SDP Krzysztof Skowroński pokłócił się z wiceprezes Stowarzyszenia, szefową Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolantą Hajdasz. I anonimowy dziennikarz dodaje, że Jola – chcąc przejąć przywództwo nad SDP – niebawem zada cios w plecy Krzyśkowi… Przypomina to serię ataków sprzed ponad dwóch lat… Kto za tym stał? Ano wiadomo. I nie wiadomo…

To zaczyna przypominać jakieś zlecenie agenturalne. Stek bzdur przemieszany z półprawdami bez źródeł. A w tle… Oczywiście polityka. Tak prowadzi narrację tajemniczy PAR z Press. Nie muszę wspominać, że znowu ów rzetelny „dziennikarz” nie kontaktował się z bohaterami swojego artykułu. Czyli, najważniejsza reguła reporterska – poznać racje obu stron – nie została zachowana. Ale kto martwiłby się tym w Press? Ważne, aby napisać coś złego o mediach konserwatywnych i SDP, które bronią m.in. bezprawnie przejętych i likwidowanych mediów publicznych.

Ludzie z Press, napiszcie proszę kochani, kto wam to wszystko każe, kto wam zleca te paszkwile? Kto się tak „martwi” coraz skuteczniejszymi działaniami SDP? I objawcie światu ten diamencik o kryptonimie PAR, który chętnie pisze źle o SDP. Niech nie stoi na mrozie przed Domem Dziennikarza na Foksal i nie czeka aż wychodzący z naszej siedziby Skowroński przewróci się na skórce od banana, którą podłożyła tam Jola Hajdasz. Niech PAR wejdzie do sekretariatu, zrobimy kawę, damy ciastko i powiemy mu wszystko. No, prawie wszystko, bo jesteśmy dobrze wychowani.

 

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny SDP i red. nacz. portalu sdp.pl

O trudnej roli bycia prorokiem we własnym kraju pisze CEZARY KRYSZTOPA: Czekając na lidera

Przed Polską stoją ogromne wyzwania. Gigantyczne. Problem w tym, że chyba mało kogo to obchodzi, tym bardziej, że chyba nie ma komu tego ludziom wytłumaczyć.

Ostatnie analizy ekonomiczne pokazują, a może wobec przewidywanej entuzjastycznej destrukcji jakiej w imieniu niemieckich panów mają dokonać jaśnie nam rządzący – pokazywały, szybki rozwój ekonomiczny Polski i w efekcie osiągnięcie, a nawet prześcignięcie w rozwoju gospodarczym, europejskich potęg.

Kluczowy moment

Z drugiej strony zajęci sprawami wewnętrznymi w zbyt małym stopniu dostrzegamy, że w zasadzie, albo jesteśmy na najlepszej drodze do III Wojny Światowej albo, w zależności od tego gdzie cezury postawią w przyszłości historycy, jesteśmy już w jej trakcie. Tymczasem konfliktem na Ukrainie jesteśmy „znudzeni”, a ognia na Bliskim Wschodzie, który może podpalić sporą część świata, praktycznie w ogóle nie zauważamy. Tymczasem znajdujemy się w jednym z serc wydarzeń i ta wojna może zapukać do naszych drzwi.

Mam wrażenie, że nieco bardziej nas obchodzi zagrożenie ze strony Brukseli/ Berlina, które najwyraźniej autentycznie postanowiły dopilnować, żeby „polski przypadek” nigdy więcej się nie powtórzył. I nie tylko planują „podzielić się po równo” kryzysem społecznym i gospodarczym, które same z uporem godnym lepszej sprawy, sobie sprokurowały, ale też na trwałe odebrać sterowność państwom członkowskim.

Polska znajduje się w absolutnie kluczowym momencie. Musi obronić suwerenność, nie „w imię przodków”, tylko po to by zachować sterowność państwa, które musi realizować bardzo złożone interesy. Polska musi uzbroić się po zęby. Polska musi zbudować strategiczną infrastrukturę na miarę wzywań, które przed nią stoją. Taką, która nie będzie dławiła jej potencjału, ale go zwielokrotni.

Gdzie jest lider?

Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Bo mam wrażenie, że głównie kilku pasjonatów w sieci, którzy usiłują wejść w dyskusję ze skompromitowanym udziałem w tym co się działo wokół śledztwa smoleńskiego Maciejem Laskiem, który został… pełnomocnikiem rządu ds. CPK. Ten sam Lasek, który od dawna używa hasztaga #StopCPK. Kilku dziwaków, którzy zwracają w sieci uwagę na hipokryzję Niemców, którzy robią wszystko by Polska nie użeglowiła Odry i tym samym nie zwiększyła potencjału portów w Świnoujściu (plus terminal kontenerowy) i Szczecinie, a sami planują użeglowienie Odry akurat na odcinku, który im pasuje do własnej sieci śródlądowej. Jacek-Saryusz-Wolski jako jeden z nielicznych pilnuje sprawy planowanej kradzieży suwerenności państw narodowych przez Brukselę. Kilku pasjonatów, którzy zawzięcie w sieci dyskutują na temat polskiego programu jądrowego, z którym nie wiadomo co będzie i kilku „osintowców” czy lobbystów, bo trudno powiedzieć kto jest kim, którzy dopiero co z trudem ukrywali niechęć do poprzedniej władzy, a już przeżywają (co za zaskoczenie) szereg dysonansów poznawczych związanych z przewidywanym ograniczaniem rozbudowy armii przez władzę nową. Gdzie jest jakiś lider, który to ogarnia?

Takim liderem nie jest z pewnością Donald Tusk. I to nie tylko dlatego, że dla wielu jest po prostu hersztem bandy, która w obcym interesie dokonała wrogiego przejęcia państwa, korzystając z pewnego zbiegu okoliczności i zrządzenia wyborców, którzy poszukując naiwnie „trzeciej drogi”, wpadli dokładnie w ręce, w które wpaść nie chcieli. Również, a być może głównie dlatego, że sądząc ze skuteczności jego działań, nawet jeśli jest hersztem gangu, to najprawdopodobniej chodzi o Gang Olsena.

Ale i po stronie PiS takiego lidera nie widać, tak jak nie bardzo widać jakąś powyborczą refleksję czy plan na nadchodzące wybory. Obrona mediów publicznych przed bandyckimi zakusami ministra ppłk Sienkiewicza, jest słuszna (może za wyjątkiem robienia sobie przez polityków zdjęć w reżyserkach, co mądre nie jest), ale choć służy na pewno wewnętrznej konsolidacji Zjednoczonej Prawicy, to przecież obsługuje głównie już przekonanych i nie stanowi oferty, która mogłaby przyciągnąć nowy, lub wcześniej utracony elektorat, a o za tym idzie, dać nadzieję na odwrócenie karty. Być może jakąś nadzieję daje tu Prezydent Andrzej Duda, który ze wszystkimi słusznymi i mniej słusznymi uwagami, zachował realny wpływ na polityczną rzeczywistość, a orędzie jakie ostatnio wygłosił, nie bez powodu wywołało u wielu, mówiąc oględnie, pewnego rodzaju pogubienie. Tylko, że musi mieć z kim rozmawiać.

I tak mam wrażenie, że niczym bohaterowie sztuki Samuela Becketta „Czekając na Godota”, Estragon i Vladimir, siedzimy i co najmniej od 15 października czekamy (oczywiście trzeba oddać, że wielu bardzo aktywnie) na lidera, który coś ogarnie, a jedyne co mi na ten moment wpada do głowy jako puenta, to pozornie zaskakujący, biorąc pod uwagę ilość zdarzeń, cytat z Estragona: „Nic się nie dzieje, nikt nie przychodzi”.

TADEUSZ PŁUŻANSKI: Od Lenina do Putina

2 stycznia 1907 r. w Warszawie urodził się Tadeusz Żenczykowski, prawnik, polityk i publicysta. Kapitan Wojska Polskiego. Kawaler Orderu Orła Białego. Dla mnie przede wszystkim autor genialnej książki „Dwa komitety 1920, 1944. Polska w planach Lenina i Stalina”, która pokazuje niezmienność celów i metod Rosji wobec Polski.

Pierwszy to Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany Polrewkomem. Bolszewicy utworzyli go 23 lipca 1920 r. w Smoleńsku (faktycznie w Moskwie), jako zalążek przyszłej komunistycznej władzy. Towarzysze – m.in. Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon, Józef Unszlicht – przemieszczali się pociągiem pancernym za frontem wkraczającej Armii Czerwonej.

„Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi”, autorstwa Dzierżyńskiego, mówił wprost o likwidacji II Rzeczypospolitej i powstaniu Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad. „Doradzał” sowiecki komisarz Iwan Skworcow-Stiepanow.

Na zdobytych terenach Podlasia i części Mazowsza bolszewicy bez powodzenia tworzyli Polską Armię Czerwoną, wydawali w języku polskim „Gońca Czerwonego”, a przede wszystkim, w ramach terroru rewolucyjnego, represjonowali, grabili i mordowali Polaków – np. w Białymstoku rozstrzelali przedstawicieli miejscowej elity, w tym prezydenta miasta. Wobec klęski Armii Czerwonej Polrewkom musiał uciekać z Polski i ostatecznie został rozwiązany.

W 1944 r. wkraczającej Armii Czerwonej towarzyszył odpowiednik Polrewkomu – Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Bolszewicy utworzyli go 22 lipca 1944 r. w Chełmie (faktycznie w Moskwie – tu odbyły się pierwsze trzy posiedzenia), w składzie, m.in.: Edward Osóbka-Morawski, Wanda Wasilewska, Andrzej Witos, Michał Rola-Żymierski, Wincenty Rzymowski. Odpowiednikiem Feliksa Dzierżyńskiego był Stanisław Radkiewicz. „Doradzał” sowiecki gen. Nikołaj Bułganin, który według Nikity Chruszczowa „miał uprawnienia specjalne, włączając w to władzę nad [polskim] wojskiem”.

Bolszewicy pisali do Stalina, że wkroczenie Armii Czerwonej Polacy uznają za „początek rosyjskiej okupacji”. Wiedzieli, że nie mają poparcia, dlatego władzę przejmowali bezprawnie, kłamiąc, że rząd w Londynie działa również na podstawie „nielegalnej” konstytucji kwietniowej z 1935 r. Kłamiąc także, że walczą z polskimi „faszystami”.

Odpowiednikiem „Manifestu do polskiego ludu roboczego miast i wsi” był „Manifest PKWN”. Odpowiednikiem Polskiej Armii Czerwonej było ludowe Wojsko Polskie, a „Gońca Czerwonego” „Trybuna Ludu”. PKWN istniał pod różnymi nazwami, głównie PZPR, aż do 1989 r.

Czy powstał/powstanie „Trzeci Komitet”, czyli Polska w planach Putina? – odpowiedź pozostawiam Państwu.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Chcieli pokazać, że król jest nagi?

 Nie wiadomo, czy „nagie party” blogerki Anastazji Iwlejewej było jedynie wyzwaniem dla rosyjskiej moralności publicznej, czy też nieświadomym protestem środowiska kulturalnego przeciwko kłamstwom i oszukiwaniu ludzi przez kremlowskich urzędników.

Moskiewski Sąd Lefortowski uznał zamkniętą „nagą imprezę” blogerki Anastazji Iwlejewej za „mającą na celu promowanie nietradycyjnych stosunków seksualnych”, podała agencja TASS powołując się na orzeczenie sądu.

​​20 grudnia w moskiewskim klubie „Mutabor” odbyła się impreza rosyjskich artystów. Gości obowiązywał „prawie nagi” dress code, a wejść można było wyłącznie za osobistym zaproszeniem. Na wydarzenie przybyli: Lolita Milyavska, Ksenia Sobchak, Philip Kirkorov, Dzhigan, Dima Bilan, Olena Vodonaeva i wielu innych. Prawie wszyscy przestrzegali zasad ubioru. Raper Vacio miał na genitaliach tylko skarpetkę, a sama Iwlejewa ubrała się w półprzezroczyste body, a jej pośladki zdobił naszyjnik z diamentami i szmaragdem za 23 miliony rubli.

Media zdążyły się dowiedzieć, że Vacio zapożyczył pomysł ze skarpetką od frontmana zespołu Red Hot Chili Peppers, Anthony’ego Kiedisa, który w takim stroju zagrał kiedyś cały koncert. Zdjęcia i filmy z wydarzenia obiegły portale społecznościowe, w niektórych publikacjach podkreślano, że na imprezie odbywały się projekcje nagich kobiet, a na parkiecie całowali się mężczyźni. Zaraz po imprezie raper Vacio został aresztowany na 15 dni, oskarżony o drobne chuligaństwo i ukarany grzywną w wysokości 200 000 rubli z artykułu o „propagandzie LGBT”.

Propaganda nietradycyjnych stosunków seksualnych, jak stwierdzono w orzeczeniu sądu, „przejawiała się w rozpowszechnianiu informacji mających na celu kształtowanie nietradycyjnych postaw seksualnych”.

Szefowa Ligi Bezpiecznego Internetu, słynna posłanka do Dumy Państwowej, „obrończyni” norm moralności publicznej, Jekaterina Mizulina, poinformowała, że Federalna Służba Skarbowa 26 grudnia rozpoczęła kontrolę podatkową w miejscu działalność Anastazji Iwlejewej. „I ma wszelkie szanse zakończyć się wszczęciem sprawy karnej” – napisała Mizulina na swoim kanale na Telegramie.

Prorządowy kanał na Telegramie Mash donosi, że przeszukiwane są biura Iwlejewej. Trwa sprawdzanie informacji o niezadeklarowanych zyskach ze sprzedaży chipsów „Izy Pizzy”, wody gazowanej i reklam w mediach społecznościowych. Zgodnie z częścią 2 art. 199 kodeksu karnego („Unikanie płacenia podatków w szczególnie dużej wysokości”) blogerce może grozić kara do pięciu lat więzienia.

Po tym, jak zdjęcia z imprezy pojawiły się w Internecie, kilka organizacji prorządowych natychmiast zwróciło się do Prokuratury Generalnej z żądaniem sprawdzenia obecnych na party pod kątem szerzenia „propagandy LGBT”.

Przeciwko Iwlejewej złożono już pozew zbiorowy z żądaniem odszkodowania na łączną kwotę miliarda rubli. Według mediów inicjatorem tego był producent serialu „Brygada” Oleksandr Inszakow. Powodowie twierdzą, że wiadomość o „nagiej” imprezie  wyrządziła im krzywdę emocjonalną. Natomiast stowarzyszenie „People’s Call” w działaniach gości imprezy dostrzegło ekstremizm i propagandę narkotykową.

Rosyjskie kanały na Telegramie podały, że bank Tinkoff zaprzestał współpracy z Anastazją Iwlejewą, a firma telefoniczna MTS usunęła ją z listy swoich ambasadorów. Rosyjska gazeta „Kommersant” pisze, że wiele kanałów telewizyjnych, a także innych firm medialnych i reklamowych zamroziło zawarte wcześniej umowy z blogerką, a także z innymi artystami biorącymi udział w imprezie.

Materiał filmowy z imprezy wywołał ożywioną dyskusję w mediach społecznościowych. Przewodnicząca Ligi Bezpiecznego Internetu nazwała organizowanie takich wydarzeń „cynicznym” w czasie, gdy „nasi chłopcy giną na wojnie, a wiele dzieci traci rodziców”.

Jednocześnie wielu uczestników dyskusji postrzegało „nagie party” jako formę protestu przeciwko rosyjskiej moralności i agresywnej postawie rosyjskich urzędników.

Sama Iwlejewa zareagowała na dyskusję wokół jej imprezy, wysyłając wiadomość na swoim kanale na Telegramie: „Nie spaliśmy dobrze, ale było warto. Piszą mi, że to diabelstwo, a ludzie po prostu przyszli w ładnych ubraniach, półnadzy. Jednocześnie patrzymy na Zachód i wyjścia podziwianych przez nas modelek. I tak wychodzą nasi dobrzy artyści i tu piszą: ‘Jak to możliwe?’ Niech ludzie nauczą się akceptować siebie nawzajem. Mam nadzieję, że to się nigdy nie skończy! Zatem więcej komentarzy, więcej oburzenia!” – stwierdziła blogerka.

Później jednak nagrała kolejny film z przeprosinami: „Mówią, że Rosja wie, jak przebaczać. Jeśli tak jest, to bardzo proszę Was, ludzie, o drugą szansę (…).

Nie wiadomo, czy „nagie party” Anastazji Iwlejewej było jedynie wyzwaniem dla moralności publicznej, czy też nieświadomym protestem rosyjskiego środowiska kulturalnego przeciwko oficjalnym eleganckim garniturom, kłamstwom i oszukiwaniu ludzi przez urzędników. Skoro władza potrafi  rażąco naruszać moralność okłamując i oszukując społeczeństwo, dlaczego artyści nie mogą pojawić się na imprezie półnadzy? To wskazówka – król jest nagi!

Czytelnik internetowy o pseudonimie Oriola (Sewastopol) jest oburzony: „Zboczeńcy. Co za obrzydliwość. Czy ktoś lubi patrzeć na gołe tyłki tych drani?” Ale czy ktoś lubi też słuchać kłamstw rosyjskich polityków na temat sukcesu gospodarczego, nieistniejącego „nazizmu” na Ukrainie i „obronie Ojczyzny” w wojnie z Ukrainą?

W 1912 roku grupa moskiewskich pisarzy futurystycznych „Gilea” opublikowała zbiór wierszy i manifest „Uderzenie w gust publiczny”, w którym protestowali przeciwko ówczesnym wartościom estetycznym i ogłosili zerwanie z istniejącą tradycją literacką w celowo oburzający sposób. Welimir Chlebnikow, Władimir Majakowski, David Burlyuk, Oleksiy Kruchenykh, Benedikt Livshyts, Wassyl Kandinsky i inni protestowali przeciwko literaturze lojalistycznej z przeszłości. Napisali, że „Przeszłość jest napięta. Akademia i Puszkin są bardziej niejasne niż hieroglify. Wyrzucić Puszkina, Dostojewskiego, Tołstoja i innych…”

„Naga” impreza to też policzek wymierzony współczesnym rosyjskim gustom, agresywności, protestem przeciwko prorządowym festiwalom, wystawom, forom i wszelkim kłamstwom rządu na temat „wielkich sukcesów”, „osiągnięć”, „wielkości”.

Dziennikarz Iwan Filippow zauważył, że ​​„naprawdę obrzydliwe i wyzywająco irytujące wideo wcale nie jest na kanale _agentgirl_ (profil na Instagramie Iwlejewej – przyp. red.), ale na kanale Operacja Z: Wojownicy rosyjskiej wiosny, którego autor opublikował film przedstawiający ‘modlitwy żołnierzy przed atakiem’. .. To jest prawdziwa katastrofa duchowa i moralna. to czysty satanizm. a także fakt, że Rosyjska Cerkiew Prawosławna błogosławi wojnę kryminalną i bierze w niej czynny udział. Goły tyłek w porównaniu z ich zbrodnią przeciw wierze, Bogu i moralności to tylko goły tyłek…”

 

WALTER ALTERMAN: Predykcje feminatywne, czyli kąstytucja

„Jakie są pani predykcje w sprawie Wąsika i Kamińskiego…” – pyta dziennikarz TVN jedną z parlamentarzystek. Po raz pierwszy w życiu zaniemówiłem i ogłuchłem. Gdy mi przeszło, sięgnąłem do słownika PWN, gdzie znalazłem taką definicję: „predykcja – w analizie statystycznej: przewidywanie przyszłych realizacji albo cech statystycznych zjawisk losowych”. Zatem ów dziennikarz – nazwiska nie zdążyłem zanotować, ale był młody i dziarski – użył pojęcia z analizy statystycznej, by dowiedzieć, co owa pani poseł sądzi, co przewiduje, co mniema o przyszłym losie wspomnianych dwóch posłów.

Kolejny raz pytam – dlaczego spora grupa dziennikarzy uznaje za mało eleganckie stare, dobre słowa, a rzuca się jak pies na kość, gdy na dalekim horyzoncie językowym pojawiają się nowości?

Predykcje

A może oni po prostu, z rozmysłem i złośliwością wobec widza, chcą być nierozumiani? Żeby widz poczuł się od nich gorszy. Sądzę, że naszemu społeczeństwu w zupełności wystarczają urzędnicy, którzy mówią językiem zrozumiałym tylko w kręgach rządowych. Prawdę mówiąc, każdy rząd można traktować jak dopust boży – bośmy grzeszni bardzo – ale na takich nowoczesnych i nowinkarskich dziennikarzy nie zasłużyliśmy sobie. Za duża to kara.

Wymowa

To, o czym chcę teraz pisać, trudno oddać przy pomocy alfabetu łacińskiego, bez użycia alfabetu fonetycznego stosowanego przez językoznawców, ale… spróbuję. Martwi mnie, że bardzo wiele publicznych osobników i osobniczek nie jest w stanie poprawnie wymówić niektórych słów.

Często ostatnio powtarzanym w parlamencie słowem jest „konstytucja”, którą niektórzy z parlamentarzystów wymawiają jako „kąstytucja”. Może wierzą, że słowo pochodzi od kąsać lub kąska? Podobnie jest z „konsekwencją”, którą z ust wielu parlamentarzystów można usłyszeć jako „kąsekwencje”. Przykre to. Może to skutek niedoinwestowania edukacji i marnych pensji nauczycieli?

Feminatywa coraz bardziej śmieszne

Zastanawia mnie, dlaczego akurat TVN patronuje nabierającej na sile rewolucji językowo-tożsamościowej. Czyli, dlaczego popiera dziwaczności typu: „ministra”. Ilekroć dziennikarz TVN tak właśnie wita panie będące ministrami, przechodzą mnie ciarki. Zaczynam też podejrzewać, że panie na ministerialnych stanowiskach mają jakieś potworne kłopoty z tożsamością i identyfikacją płciową. Zaczynam więc baczniej przypatrywać się takim osobniczkom… i widzę, że są one kobietami, bo twarz, głos, budowa ciała są kobiece. Może nie czują się jednak kobietami do końca? I dlatego oczekują, że świat będzie się do nich zwracał per: sekretarina – jak colombina. Problem będzie z kobietami, gdy zostaną pracownicami dyplomacji – ba jak się do nich zwracać… Dyplomatka? Trochę będzie to dziwne, bo dyplomatka to rodzaj krótkiego męskiego płaszcza albo teczki.

A co powiecie Państwo, na „polityczkę”, która też objawia się coraz częściej? Toż polityczka to marna polityka, nieudolna i śmieszna. A gdy kobieta zostanie mężem stanu, to jak trzeba będzie o niej mówić? Żona stanu, dama stanu? I strasznie, i śmiesznie.

Cała ta nomenklaturowo-feministyczna rewolucja, której w Polsce patronuje TVN jest ogromnym i okropnym dziwactwem. Chyba, że chodzi o to, żeby odbiorcy tej stacji czuli się niepewnie…, ale to byłaby małość, więc w to nie wierzę. Bo to by prowadziło do podważenia klasycznych ról społecznych i rodzinnych. Tylko w imię czego? Że mężczyźni mają zacząć rodzić?

W związku z tym ukobiecaniem kobiet pojawia się też w tzw. przestrzeni publicznej coraz więcej agresywnych kobiet. Muszą być agresywne, żeby nikt nie podejrzewał, że są kobiece. Może miał rację Witkacy, gdy pisał o „kobietonach”?

Co się czego tyczy

Wicepremier Kosiniak-Kamysz zabierając w Sejmie głos w sprawie likwidacji Komisji ds. Wypadków Lotniczych powiedział: „Wszystkie te decyzje tyczyły się z działaniem komisji.”

Błąd składniowy wicepremiera polega na tym, że nie rozumie, iż w języku polskim „tyczy się” coś czegoś. I nie jest to równoznaczne z frazą, że coś wiąże się z czymś.

Nowa władza, a błędy stare. Z punktu dbałości o poprawność języka polskiego u notabli – nie wiem, czy warto było zmieniać rząd stary… Bo jest tak samo źle. Pod względem językowym…

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hel jest hen, albo może i dalej

Rok nie wyrok. Byłem tu dokładnie dwanaście miesięcy temu. Trzy i pół kilometra ma szerokości  w najszerszych miejscach ta osiemdziesięciohektarowa pustka po wojsku. Było – nie ma. Pojechałem, aby zobaczyć co poprzez wspomniany okres zrobiono. Niewiele. I sami sobie rady tu nie dadzą.

Hel, ale i cały półwysep to cudo natury – długi na 36 km, wąski pasek lądu miedzy morzem a Zatoką Gdańską. To skarb Polski tak jak Tatry, Mazury, Karkonosze.

O Hel biliśmy się od wieków – ze Szwedami, w 39 bohatersko broniono go przez 32 dni, pod koniec wojny wywożono stąd Kaszubów morzem do Niemiec, a po wojnie w stalinowskich więzieniach zgładzono najdzielniejszych obrońców. Trzeba o tym pamiętać.

Baza ludzi bezradnych

Są wspomnienia. W latach 1932-1935 Polacy zbudowali na Helu ważny port wojenny. Otoczony falochronami. Na zatoce ale z głębokim dojściem od morza. Stanowił ważną bazę marynarki wojennej. Stąd jest tylko mały skok na Bałtyk. Każdy kraj marzy o takim porcie obronnym. Tylko nie u nas.

U nas od prawie 80 lat świetnie zlokalizowany port wojenny na Helu to akwen pusty, szczyt marnotrawstwa – zniszczone falochrony, zniszczone pochylnie slipowe, drogi dojazdowe. Syf i śmietnisko. Choć jest większy od sąsiedniego portu rybackiego i żeglarskiego pozostaje niewykorzystany, zbędny.

Agencja Mienia Wojskowego – dysponent, wydzierżawiła ostatnio połowę portu, kilkadziesiąt metrów długości i szerokości – Uniwersytetowi Gdańskiemu. Przerwało to wprawdzie postępującą dewastację – wyrywanie kabli i złomu. Ale nic poza tym. Niestety może być jeszcze gorzej jeśli UG wykona tu jakieś inwestycje na wodzie. Na przykład zbuduje klatki hodowlane podobne do pobliskiego fokarium, które zatruwa zatokę odchodami zwierzęcymi i zarazkami. Larwy nicienia hodowane we wnętrzach fok to zaraza dla ryb i ludzi (a kąpią się tu latem). Rozbudowa pustego obecnie basenu przez pomysły naukowców z Politechniki Gdańskiej  może zniweczyć wykorzystywanie później portu jako akwenu wypadowego dla floty nawodnej i podwodnej.

Szczury uciekają z tonącego okrętu. Z portu wojennego na Helu nie bardzo mają gdzie uciekać, ponieważ zburzono tu w ciągu ostatniego roku dziesiątki budynków lądowych zaplecza wojskowego. Co tu w końcu będzie, jakie będą decyzje na najwyższych szczeblach wojskowej władzy i państwa – nie wiadomo. Sądząc po ogłoszeniach przetargowych w gazetach ilość sprzedawanych obiektów wojskowych w całym kraju jest bardzo duża. Na Helu pozostaje zdawałoby się drogocenna ale pusta przestrzeń. W prywatnych rękach zniknęło już wielkie wojskowe kasyno, bardzo ładne kino. Żołnierzy, marynarzy już tu na ulicach nie widać.

Fot. Stefan Truszczyński

Port wojenny to ostatni bastion morskiej wojskowej obecności na Helu. Idę falochronem do główki potężnego betonowego obiektu wychodzącego w wody zatoki. Jeszcze są polery służące do cumowania wielkich nawet jednostek. Złomiarze ich nie ukradli, bo są mocno osadzone i ważą tony. Hula wiatr i chłoszcze bryza. Ale jest tu pięknie.

Raz do roku, w sierpniu, dla wczasowiczów i turystów odbywa się tu wojskowa zabawa imitująca lądowanie aliantów w Normandii. Zjeżdżają się wówczas z całej Europy zabytkowe samochodziki wojskowe a nawet czołgi i działa. W mundurach z tamtych lat paradują kombatanci i miłośnicy militariów, przebierańcy. Na pewno przyciąga to młodzież do wojskowej służby. Ale tylko przez kilka dni. Bo tyle trwa kolorowa impreza. Wtedy port wojenny również ożywa. Ale potem nadal gnije.

„…będziem strzec”

Ładnie o morzu mówimy w wierszykach i piosenkach. „… będziem strzec”, a nawet deklarujemy, że może i przyjdzie „na dnie lec”. Ale przecież my floty z prawdziwego zdarzenia nie mamy. A podwodnych okrętów – aż dwa. Tylko nędzne resztki, starocie. Mamy oczywiście wielu generałów i admirałów w służbie i na emeryturze.

Kilka lat temu rozmawiałem z cywilnym wodzem armijnym. Na pytanie o planu rozwoju floty wojennej, o okręty podwodne, usłyszałem: „A po co, przecież są rakiety – na Bałtyk wystarczą”. I tak zostaliśmy z 40-letnim, po pożarze, okrętem podwodnym i 50-letnim „kieszonkowym” podarowanym łaskawie. Przerabialiśmy też kuriozalny incydent, gdy Dowództwo Marynarki Wojennej przeniesiono z Gdyni do Warszawy. Na szczęście trwało to krótko, ktoś puknął się w głowę. Choć można było to dowództwo umieścić nad Morskim Okiem.

Dramaty stoczniowców, unicestwienie przemysłu okrętowego dopełniają obrazu. „Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Ciekawe czym. Józef Unrug, Włodzimierz Steyr – przewracają się w grobie. Niedawno dowiedzieliśmy się jak miała wyglądać obrona kraju na lądzie, na linii Wisły. Jak to by miało przebiegać na morzu. Tajemnica wojskowa.

Kikuty fabryk i blok mieszkalny

Końcówka helskiej kosy. To także koniec Polski. Jedyny w swoim rodzaju teren. Lasy, plaże, nabrzeża. Przebiega tędy ulica Kuracyjna. Latem przemierzają tysiące ludzi. I cóż oni widzą. Obrazek wołający o pomstę do nieba. Ruiny wielkich przetwórni rybnych. Przerabiano tu ponad 50 tysięcy ton ryb rocznie. Wszystko co łowili rybacy wschodniego Bałtyku. Z tych połowów mieliśmy własne ryby przetwarzane właśnie na Helu. Ale przetwórnie już od kilkunastu lat nie pracują. Są w ruinie. Sprzedano je. Choć ziemia pod nimi nadal własnością państwa. Straszą. Bez okien, zniszczone. I nic się tu nie dzieje. Ryby z kutrów helskich rybaków  wywożone są codziennie ogromnymi 30-tonowymi samochodami w Polskę – kilkanaście i kilkadziesiąt kilometrów. Hel nic z tego nie ma. Ludzie pozbawieni zostali pracy. Większość już dawno wyjechała. Nikt nie wie co będzie z tymi ruinami. Przyzwyczajono się do okropnego widoku. Jest jak jest. Hale produkcyjne dawnej „Kogi” – wyrzut sumienia. Nie tylko dla Pomorza ale i dla całej Polski.

Fot. Stefan Truszczyński

Idę dalej ulicą Kuracyjną. Nagle pod numerem 26 wyrasta zbudowany w ciągu ostatniego roku pięciopiętrowy szeroki i długi na kilkadziesiąt metrów nowy, jeszcze nie ukończony budynek. To prywatna własność. Będą tu mieszkania do wynajęcia. Kto się zgodził na tę budowę? Jak to załatwiono, że w terenie „kuracyjnym”, chronionym wybudowano wielki dom mieszkalny. To na pewno będzie dla właściciela super interes. Rzeczywiście, nie ma bardziej atrakcyjnych mieszkań na Helu niż na jego, chronionym zapisami prawnymi, terenie. Przed poprzednimi wyborami samorządowymi na Helu próbowano wepchnąć tuż obok ogromny hotel – „Motylek”. A przy nim parkingi na kilkaset samochodów. Miało to znaleźć się na leśnej polanie w niezwykle atrakcyjnym miejscu, oczywiście chronionym. Nie doszło do tej inwestycji. Została zablokowana. A burmistrz, który ją forsował nie został wybrany na kolejną kadencję. Tym razem stało się inaczej. Kto będzie przyszłym – już za kilka miesięcy – burmistrzem nie wiadomo. Ale blok już stoi. Ciekawa będzie kampania wyborcza na Helu za kilka miesięcy. Ale nie wiadomo czy ten temat doczeka się wyjaśnienia. Czy tylko leśne echo lasu na helskim cyplu odpowie.

Nie tak dawno w Gdańsku na Motławie przepływającej przed słynnym żurawiem doszło do katastrofy. Ale z gównem ściekowym można sobie poradzić. Kto zburzy gmaszysko pięciopiętrowe w helskiej strefie ochronnej? Jaką drogą i przez czyje łapy przeszły papiery urzędowe? Gdzie była miejscowa władza samorządowa (Hel), starostwo (Puck) oraz marszałkowska władza i wojewódzka (Gdańsk).

Na nabrzeżu od strony zatoki sterczą jeszcze kikuty fabryk. Mijają kolejne zimy, wiosny, a latem wylewa się na falochrony portu rybackiego i żeglarskiego tłum „kochających morze”. Jesienią hula wiatr rybacką ulicą Wiejską i omiata liczne tu już blokowiska. Piękna „sieciarnia” to zapomniany magazyn nie wiadomo czego.  „Lodziarnia rybna” to skład zaryglowany na cztery spusty, obok bezużyteczne warsztaty naprawcze. Ponoć marzą się niektórym hotele w miejscu portu rybackiego. Ktoś to wszystko kupił, bo ktoś dopuścił do sprzedaży. Trwa wyczekiwanie na „dobry interes”. Bierna i niewydolna władza miejscowa jest nieporadna i ubezwłasnowolniona. Po aferach, które przeszły przez Hel nikt się z tymi ludźmi nie liczy. Teraz trwa oczekiwanie na prokuratora za stare grzechy. Jeszcze cztery miesiące. Na razie mimo artykułów w miejscowej prasie nic się nie dzieje.

Przeciwnie. Rosną na krańcu Półwyspu Helskiego jak grzyby po deszczu nagle i niespodziewanie, kontenerowe osiedla na jeszcze bardziej chronionym paśmie wybrzeżowym nad samą zatoką. Tutaj to już nawet nie kilkadziesiąt metrów a kilkanaście od wód zatoki wydzierżawiono (nie wiadomo kto) pasmo pod budowę przyszłych kontenerów letniskowych. Mówią mi że to decyzja Gdańskiego Urzędu Morskiego i że tu na Helu nic o całej operacji nie wiedzą. Rzeczywiście Polska nie dorobiła się ustawy o zagospodarowaniu nabrzeży. Od lat czeka się na to. Ustawodawca zwleka i odkłada sprawę.

Fot. Stefan Truszczyński

Władza rżnie głupa. Kontenery przybywają nad zatokę nadal. Jest ich już kilkadziesiąt. Zastawiono nawet drogę spacerową prowadzącą nad wodą na skraj półwyspu. Ostrzegano mnie nawet, bym się tym tematem nie interesował, bo już pobity został operator telewizyjny, który był zbyt dociekliwy.

Pukam do drzwi burmistrza Helu pana Mirosława Wądołowskiego. Ale każe mi pytać mailowo. Więc pytam teraz gazetowo.

Ale wybory samorządowe – jak się rzekło – niedługo. Często tak się dzieje, że metody „na chama” są stosowane w przededniu oddania władzy. „No i co mi potem zrobicie?” Nie będą rządzić ci co tak działają, ale nie przejmują się zbytnio krzywdą i stratami jakie uczynili.

Rok nie wyrok. Poprzedni artykuł wydrukowany w „Kurierze Wnet” mógłbym powtórzyć prawie w całości. No, może tylko dodając, że jednak przebudowano na Helu  i to pięknie dworzec kolejowy. Uruchomiono po latach wielkie i oryginalne „jajo” – które jest teraz siedzibą zarządu portu. Przyklejono nawet rzeźbie Neptuna  urwane przez chuliganów przyrodzenie. Niestety budy straganiarskie zasłaniające piękne historyczne już dziś rybackie domki pozostały.

Przepiękna plaża, bunkry i okopy

Na Helu nie ma wąskotorowej kolejki ze śródmieścia na bałtycką plażę. A to plaża wyjątkowo piękna, szeroka i prawie pusta nawet latem. Wczasowicze (kilkadziesiąt tysięcy ludzi w ciągu gorących miesięcy) tłoczą się na skrawku brudnego piachu, tam gdzie larwy nicieni od defekacji foczej (piachu) nad zatoką między portami rybackim i wojennym. Kolejka 2-3 kilometrowa przez las i wydmy załatwiłaby sprawę. Helska plaża mogłaby stać się atrakcją również na europejską skalę.

Na wydmach i za nimi jest jeszcze jedna super atrakcja. Niedoceniona. To historyczna linia obrony brzegowej zbudowana po wojnie – bunkry, wieże do prowadzenia namiarów artyleryjskich – ogromne budowle, okopy ciągnące się kilometrami. Tutaj także znajduje się słynna Góra Szwedów – to punkt świetlny – rodzaj latarni morskiej zbudowanej tu kilkaset lat temu. Mogłaby być atrakcją turystyczną a jest zakneblowanym, niszczejącym, odrapanym budynkiem na wydmie. Do tego wszystkiego Hel ma jeszcze w lesie blisko centrum miasteczka największy w tej okolicy bunkier wojskowy, skąd kierowano ogniem artyleryjskim. Dziś to nielegalne wc.

Kto tu rządzi

Rok temu pisałem o braku w tym wyjątkowym miasteczku stacji benzynowej. Nic nie zrobiono w sprawie. Pomoc deklarował prezes Obajtek, ale na słowach się skończyło. Nie mogą dogadać się z restauratorem z malutkiego baraczku stojącego na drodze do przyszłej ewentualnej stacji. Wątpliwe czy teraz gdy w kraju  szykuje się gigantyczny zamęt coś z tego będzie.

Pisałem też o niebezpiecznie blisko rosnących drzewach przy głównej helskiej trasie. Niektóre prawie wystają na jezdnię. Na ich korach widać ślady po wypadkach samochodowych. Są też liczne miejsca pamięci,  gdy dochodzi do śmiertelnych wydarzeń. Obok w lesie drzewa są ścinane, tymi przy drodze nikt się nie zajmuje. Kto w końcu sprawę uporządkuje. Ile jeszcze ludzi ma na tej trasie zginąć.

Wystraszona władza lokalna siedzi cicho. Tak naprawdę to na półwyspie rządzą – Agencja Mienia Wojskowego, leśnicy i „obrońcy” przyrody. Ci ostatni od czasu do czasu głośno krzyczą, ale na ogół nie chodzi i o sprawy tylko o reklamowanie własnych organizacji.  Może by zainteresowali się wykwitami ośrodków wczasowych w postaci bud i przyczep kempingowych wepchanych między drzew w lesie.  Teraz gdy opadły liście widać jak zapaskudzono teren. Tutaj też powstał ośrodek pt. „Kormoran”. Niedaleko letniej rezydencji prezydenta, której wybrzeże obmywają wody połączone ze ściekami z Helu. Kormoran paskudzący las to nawet nazwa bardzo pasująca, bo ptaszysko takowe jest wyjątkowo szkodliwe i paskudne. Zjada ok. 3 kg ryb dziennie z tym, że po połknięciu i przetrawieniu połowę wyrzuca z siebie. Odchody kormoranów zanieczyszczają żrącymi fekaliami lasy.

Półwysep to przede wszystkim  trzy miasteczka: Władysławowo, Jastarnia i Hel. W ostatnim okresie Jastarnia uczyniła wielki skok inwestycyjny. Doceniono zarządzanie miastem i wyasygnowano pieniądze. W ciągu roku zostały skutecznie zainwestowane i port rybacki i żeglarski, przystań zimowa dla jachtów to wzór dla innych. Dobre zarządzanie okazuje się jest doceniane. I pieniądze na inwestycje zostają przydzielone.

Niestety – bez wielkiego krajowego planu, bo nawet środki wojewódzkie nie wystarczą, Hel miasteczko a także w znacznej mierze Półwysep  nie staną się tym czym powinny. Hel pozostaje gdzieś hen na krańcu Polski, a może i dalej. Sam sobie nie poradzi. Czy niechętni morzu wreszcie to pojmą?

 

Na tropie zbrodni językowych – WALTER ALTERMANN: Boże, „ukaraj te porozrucane”

Niezwykle denerwujące jest, gdy dziennikarz posługuje się gwarą. Jednym z takich przykładów jest stwierdzenie, że coś jest „porozrucane”, na przykład bile na stole bilardowym. Polska norma mówi nam, że te bile są „porozrzucane”. Bo porozrzucane, rozrzut pochodzi od rzutu, a nie od jakiegoś „rutu”.

Innym przykrym przykładem jest wołanie o karę dla jakiegoś przestępcy, choćby boiskowego. Gdy jakiś zawodnik sfauluje przeciwnika, wtedy najczęściej sprawozdawca mówi: „Panie sędzio, ukaraj go pan”. A przecież powinien powiedzieć „Ukarz go pan”. Kara jest słowem podstawowym, ale mamy też ukarz, mamy karzącą dłoń prawa. Nie mamy zaś „karającej ręki”.

Globalna taktyka

W czasie meczu piłki nożnej sprawozdawca Canal+, w swej taktycznej przenikliwości, stwierdza: „Trzeba pochwalić Widzew za taką globalną organizację gry”.

Z tym globalizmem mamy kłopot nie lada, bo przyjęło się już w ekonomii, a z niej spłynęło – jak zaraza – na inne dziedziny, że globalny produkt może być synonimem produktu ogólnego, całkowitego. Ja rozumiem, że ekonomiści nie są humanistami, ale naprawdę przesadzają. Podstawowym znaczeniem „globalny” jest „światowy”. Bo przecież glob to nasz świat, kula ziemska.

Jeżeli nawet można odpuścić ekonomistom, to jednak sprawozdawca sportowy powinien powiedzieć po polsku tak: „Trzeba pochwalić Widzew za taką organizację gry”. Bo każda organizacja gry na boisku jest organizacją ogólną, całościową.

Dedykowane śruby

„Do tych karniszy daję śruby większe niż te, które są dedykowane przez producenta” – mówi Wiesław Skiba w programie „Pogotowie remontowe Wieśka”, w Canal+ Family.

Zacznijmy od tego, że pan Wiesław jest wspaniałym fachowcem, świetnie radzącym sobie z wszelkimi fuszerkami, których dopuścili się przed nim okropni naciągacze i partacze, podejmujący się napraw w domach klientów. Niemniej śruby nie mogą być „dedykowane”. Śruby mogą być do karniszy załączone w osobnym opakowaniu, mogą być zalecane, polecane, przeznaczone a nawet przypisane. Natomiast dedykować można komuś jakiś utwór literacki, utwór muzyczny, rzadziej obraz.

Nie mam pretensji do pan Wiesława, mam je natomiast do ekipy telewizyjnej, która nagrywa jego prace. Czy naprawdę nie ma wśród techników, operatorów dźwięku i obrazu, redaktorów i producentów nikogo znającego język polski?

Fala oburzonej krytyki

„Obraz wywołał falę oburzonej krytyki” – taka informacja pada z telewizora w programie „Dzień w Muzeum Orsay”. Oburzenie dotyczy jednego z pierwszych obrazów Oskara Moneta, ojca impresjonizmu.

Nie mam zastrzeżeń co do faktów, oburzenie wśród współczesnych Monetowi krytyków było naprawdę ogromne. Niemniej jednak zwracam uwagę, na to, że autora komentarza – a może tłumacza – poniosła poezja. Chodzi mi ot to, że „fala” nie ma ludzkich przymiotów, więc nie może być oburzona. Poza tym – istotnie obrazy Moneta spotkały się z oburzeniem krytyków, ale już nie krytyki. Chyba, że autor komentarza przez „krytykę” uważa ogół osób zajmujących się krytyką malarstwa. Sama „fala” może być, ale w znaczeniu, że Moneta spotkała istna fala krytyki.

Inkryminowane zdanie powinno zatem wyglądać tak: „Obraz wywołał falę oburzenia krytyków”. Tak czy inaczej, trzeba uważać, bo chcąc unikać dłuższych zdań, wpadamy w pułapkę absurdów językowych.

Sępy pod Warszawą

Niby to mamy już XXI wiek, niby to dominującą religią jest u nas katolicyzm… ale ciemny zabobon, wiara w gusła, porażające przesądy i w dziwne znaki trzyma się u nas mocno.

Ostatnio ogromne poruszenie oświeconych Polaków wywołało pojawienie się na niebie, w okolicach Warszawy sępa kasztanowatego. A jest to największy mięsożerny ptak Europy, niewidywany u nas od dawien dawna. Ponieważ lud nie lubi sępów, bo są to ptaki padlinożerne, masowo pojawiły się głosy, że to zły dla Polaków znak, szczególnie zaraz po wyborach – te głosy dobiegały głównie z prawicy. Co prawda lubimy kruki i wrony, choć są to również padlinożerne istoty, ale mniejsze. Zatem do straszenia nie bardzo się nadają. Ale to tylko tak sobie, przy okazji sępa.

Moją uwagę zwróciły głównie tytuły prasowe, towarzyszące tej „złej wróżbie”. Oto Zielona Interia, pisze: „Największy mięsożerny ptak Europy wrócił do Polski. Latał pod Warszawą.”

Otóż, szanowni Zieloni – pod Warszawą była Bitwa Warszawska w 1920 roku, pod Warszawą jeździ metro, są systemy kanalizacyjne, wodociągowe i inne… Natomiast ptaszysko latało nad Warszawą, lub nad Mazowszem.

A przy okazji przesądów mamy takie cudowne porzekadło:

 

„A kto wierzy w gusła,

Temu d… uschła”

Trzeba zatem uważać.

 

 

Wątpliwość jest kobietą i o tym pisze WALTER ALTERMANN: Progresywne wariatki i szalenice

Niestety, mamy obecnie poważne problemy z identyfikowaniem współczesnych ruchów feministycznych. Tym mianem bowiem określane są wszystkie ruchy mające na celu walkę o prawa kobiet. I to jest poważne nieporozumienie. Do jednego worka wsypywane są bowiem postulaty nieograniczonego prawa do przerywania ciąży lub istotnego złagodzenia tego prawa i zrównania poziomu zarobków kobiet z mężczyznami. Dodatkowo wpycha się też do worka „feminizmu” postulaty większego udziału kobiet w polityce – co się rozumie jako zwiększenie liczebnego udziału kobiet w samorządach i parlamencie.

Znajdziemy również w „feminizmie” postulaty „babciowego” oraz budowy większej ilości żłobków, a to dlatego, by młode matki mogły się „samorealizować”. Ten worek współczesnego feminizmu pięknie obsypany jest brokatem „feminatywów”, czyli tworzenia nazw rodzaju żeńskiego w miejsce starych nazw rodzaju męskiego. Z czego mamy kurioza językowe w marnym guście – np. ministra.

Prawda, że jest tego dużo, a każdy z problemów z innego podwórka. Ale też mamy dzisiaj, przynajmniej w Polsce istną rewolucję mocno pobudzonych emocjonalnie kobiet, głównie młodych. Żeby rzecz pojąć, żeby zrozumieć to tsunami osobniczek walczących, trzeba nam rozpatrzeć każdy z tych postulatów feminizmu osobno. Bo razem się nie da. Choć jest jedna cecha wspólna dla wszystkich tych problemów, a na imię jej wściekłość młodych kobiet.

Wspólna wściekłość

Obserwator życia społecznego w Polsce może odnieść wrażenie, że mamy obecnie w kraju rewolucję, bunt i histerię. Oczywiście w życiu realnym, prawdziwym i codziennym niczego takiego nie ma. Życie małżeńskie toczy jak zawsze – przy silnej przewadze głosu żon. Życie rodzinne tak samo – nikt nie podważa przemożnej roli matki. W pracy kobiety są szanowane, choć dokuczliwe niekiedy bywają fochy i nastroje „kierowniczyniek”, „dyrektoressek” i „prezesorek”.

Natomiast liberalne media często oddają głos tym paniom, które mają jakiś interes w stwarzaniu nastroju grozy i horroru. Panie, zawsze głosem podniesionym, w górnych rejestrach i z wielka siłą domagają się dla siebie praw – ich zdaniem – brutalnie zawłaszczonych przez mężczyzn. Jaki to interes? Ano, biorąc pod uwagę, że w przeważającej części o te prawa „walczą” posłanki Koalicji Obywatelskiej, partii Razem, Polski 2050, Nowej Lewicy oraz przywódczynie setek stowarzyszeń prokobiecych – powinny być to prawa ważne. Ale czy są takimi naprawdę?

W tym gronie – na szczęście dla mężczyzn – brak przedstawicielek PSL, bo mogłoby być mężczyznom nielekko, albowiem chłopki miewają ciężką rękę.

Droga od bruku do parlamentu

Te przywódczynie ruchu dobrze wiedzą, że należy podnosić, wykrzykiwać hasło „kobiece”, bo to te hasła zaniosły je do parlamentu. One zaistniały jako działaczki przeróżnych grup – hałaśliwych tak, ale nielicznych osobowo, wręcz marginalnych. Jednak dały się poznać w lokalnych społecznościach jako nieustępliwe manifestantki. I to lokalne media stworzyły liderki awantur o wszystko. Dla wielu dziennikarzy te uliczne manifestacje były atrakcyjne, bo kopały równo władze państwowe oraz lokalne. Natomiast dla liderek tych ruchów ulica była trampoliną, punktem wybicia się do niebiotycznego skoku w górę, do Sejmy lub Senatu.

Prababcie feminizmu

Feministki wieku XIX walczyły o jasne i zrozumiałe prawa – o prawo do studiowania na wyższych uczelniach, prawo do głosowania, prawo do bycia parlamentarzystkami. Dzisiaj, jak napisałem powyżej, te postulaty są normalne, grzeczne i oczywiste. A jednak w pod koniec XIX wieku mieszczańskie społeczeństwo traktowało ówczesne demonstrantki jak kobiety upadłe, niemal na równi z prostytutkami. Tak było.

W sprawie obecnych żądań feministek, aby co najmniej połowa miejsc na listach wyborczych, w organach samorządowych i parlamentarnych zarezerwowana była dla kobiet, mam zdanie przeciwne. Realizacja tego postulatu jest niebezpieczna dla jakości pracy tych ciał przedstawicielskich. W żadnej z istniejących partii w Polsce nie ma więcej niż 30 procent kobiet, tak wśród członków partii, jak i aktywistów. Zatem – te 20 brakujących procent kobiet trzeba by brać z łapanki, niejako pod przymusem, poniekąd z gorszego „materiału ludzkiego”.

Samorealizacja, czyli depopulacja

Jednym ze sztandarowych haseł feministek jest to, że kobiety muszą się samorealizować. Długo się nad tym postulatem zastanawiałem i doszedłem do przekonania, że owa „samorealizacja” ma być zamiast. Przede wszystkim zamiast bycia matką. Przypomnę, że natura prawem do rodzenia potomstwa obdarzyła jednak samice – ergo także kobiety.

Jeżeli jednak kobieta chce najpierw skończyć studia, potem zdobyć zawód, następnie zacząć robić karierę zawodową, to w efekcie gdzieś po trzydziestce decyduje się zajść w ciążę. A potem już, po urodzeniu dziecka, niełatwo jej przerwać karierę. Nadto – przez całe wieki idealnymi matkami były kobiet 20-letnie. I współczesna nauka twierdzi, że właśnie okolice 20 lat, to idealny czas na rodzenie dzieci. A co z drugim i trzecim dzieckiem? Nie ma szans. Wykształcone panie przestają na jedynakach, bo kariera im ucieka.

Zatem, samorealizacja jest w opozycji do liczby rodzących się u nas dzieci, zważywszy, że wykształcenie wyższe ma w Polsce przeszło 30 procent kobiet.

Babciowe i żłobki

Postulat wprowadzenia babciowego, czyli państwowych pieniędzy dla babć, opiekujących się wnukami, jest słuszny. Jednak jest on również znakiem czasu, że matki nie mają dziś czasu na odchowanie własnego potomstwa. Podobnie jest z oczekiwaniem większej liczby żłobków. Podobnie, ale znacznie gorzej. Rzecz w tym, że każdy lekarz, każdy pedagog powie, że do trzeciego roku życia dziecko powinno być z matką w domu. Takie to mamy poważne dylematy związane z rozwojem społeczeństwa oraz z oczekiwaniami młodych kobiet.

Idea porwana na strzępki

Niektóre z feministek działają już jak alternatywne społeczeństwo, kierując się wizją uciśnionych kobiet, kobiet traktowanych jedynie przedmiotowo. I te kobiety chcą feministki wyzwolić. Analogie do komun włoskich Czerwonych Brygad, Frakcji Czerwonej Armii działającej w Niemieckiej Republice Federalnej albo do grup anarchistycznych z przełomu XIX i XX wieku nasuwają się same. Ten sam język, ta sama agresja, te same wściekłem słowa. I ta sama determinacji i wizja „społecznego wyzwolenia”.

W Polsce te ruchy nazywają same siebie „progresywnymi”. Po polsku powinny się nazywać „postępowymi”, ale widać za blisko im do komunizmu z lat 40. XX w., który ówczesny ustrój reklamował się jako „postępowy”.

Wszystko to dzieje się przy cichym przyzwoleniu Platformy Obywatelskiej. Doszło do tego, że warszawski ratusz jednej z takich grup oddał swój szacowny teatr – Dramatyczny, czyniąc jej dyrektorem jedną z ważnych liderek feministek Monikę Strzępkę. Ta pani wprowadziła niespotykany gdzie indziej rygor i terror spod znaku agresywnego feminizmu właśnie. A w wywiadach udzielanych, gdzie się dało głosiła pochwałę waginy i kobiecości. Powołała również do życia teatralny „kolektyw”, który w istocie stał się nową Podstawową Organizacja Partyjną. Tenże kolektyw spowiadał, ganił i pouczał aktorów, dbał o kierunek rozwoju mentalnego i programowego. Istna czerezwyczjaka, czyli Czeka lub CzK – z rosyjskiego sowiecka tajna policji pilnująca rewolucyjnego terroru.

Ów „feministyczny biologizm” się jednak nie przyjął, zespół się zbuntował i pani Strzępka odchodzi. Ciekawe, że owa pani, jako reżyseressa, nie miała w swoim dorobku żadnych poważnych osiągnięć artystycznych, bowiem wcześniej skupiała się głównie na epatowaniu ze sceny odważnymi obyczajowo hasłami. A w foyer teatralnym „zasłynęła” wystawieniem naturalistycznej rzeźby waginy. Trochę jednak przymało – jak mawiał pewien wybitny reżyser, gdy przychodziło mu obejrzeć jakąś przeciętną produkcję teatralną.

Jedno mnie tylko w tym przypadku dziwi – całe środowisko artystyczne nigdy nie traktowało pani Strzępki jak artystki. Czyżby zatem warszawski ratusz nie zasięgał u poważnych ludzi opinii? Czyżby wystarczyło mu, że pani Strzępka miała w dorobku pozycje odrzucające stare, klasyczne wartości? To aż tak łatwo w Warszawie zostać dyrektorem?

 

 

O strategii konserwatywnej Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: „Prawicowy KOD” to pułapka

Całym sercem jestem z ludźmi broniącymi mediów publicznych i PAP. Kiedy byłem pod siedzibą TVP Info na Placu Powstańców w Warszawie wręcz wzruszyła mnie rozmowa z grupą obrońców, zwykłych ludzi, autentycznie zatroskanych o Polskę.

Nie gniewam się również na nikogo kto mnie skrytykował po tym jak napisałem na Twitterze (X), że od dziennikarzy broniących mediów publicznych, politycy powinni być w ten czy w inny sposób zdystansowani. Oczywiście wiem, że bez polityków prawdopodobnie dziennikarzy by tam już nie było, ale to, że politycy mogą dziennikarzy wprowadzać do budynku, czy ich swoją obecnością chronić, nie oznacza, że musza się idealnie mieszać i jeszcze dać się tak fotografować. Skutki, choćby w postaci propagandy którą się zbuduje na tych zdjęciach i np. zniechęci przy jej pomocy zagranicznych komentatorów do kontestowania bandyterki Tuska, będziemy zapewne obserwowali w przyszłości.

Natomiast nie gniewam się na krytyków o nic, ponieważ myślę, że w zdecydowanej większości są ludźmi dobrej woli, chcą dobrze i nie muszą znać politycznych sztuczek. Natomiast od polityków jednak wymagam więcej.

Kto wygrał?

Na początek odrobina analizy. Tuskowym zbirom wydaje się, że wygrali wybory. Otóż nie wygrali, wręcz uzyskali taki sobie wynik. Mogą rządzić dzięki zrządzeniu zaskakująco licznej grupy wyborców, która chciała kontestować „tradycyjną” polaryzację PiS-PO i poszukała alternatywy w postaci Trzeciej Drogi. Jak widać w ostatnich tygodniach, była to alternatywa z gruntu fałszywa (i tak dostali Tuska), ale taka była intencja. To ta grupa zdecydowała o tym kto rządzi.

I ta grupa czuje się coraz bardziej oszukana. Miał być spokój, rozsądna kontynuacja i „praworządność”, a jest chaos, destrukcja, afery i bezprawie (plus ogromny wzrost składek ZUS). Ale żeby było jasne, wbrew temu, co się niektórym wydaje, to nie jest tak, że ci ludzie już galopują głosować na PiS, czy choćby porzucili swoich idoli. To długotrwały proces, nikt nie lubi przyznawać się sam przed sobą, że popełnił błąd i trzeba czegoś więcej niż jeden czy dwa dysonanse poznawcze, żeby zmienił zdanie.

 

Sieroty

Ale ile by to nie trwało, prędzej czy później, pojawi się na „rynku” rosnąca grupa „sierot”, którą ktoś kto chce wygrywać wybory, będzie musiał zagospodarować. Będą to „sieroty” zapewne głównie po Hołowni, ale biorąc pod uwagę naprężenia jakim poddaje Tusk PSL i kłopoty Konfederacji, być może nie tylko.

Tylko co tych ludzi łączy? Dzieli ich wiele, ale łączy ich wsparcie dla rozwoju Polski. Po to, żeby Polska mogła się rozwijać, musi dysponować narzędziami wpływu na samą siebie, więc nadrzędnym hasłem jest tutaj – suwerenność i jej obrona. Kolejnymi hasłami wielkie projekty strategiczne, szalenie istotna wobec rosyjskiego zagrożenia rozbudowa armii, czy szerzej bezpieczeństwo i programy socjalne, tylko tym razem nie na ślepo, ale w ściśle określonych celach. To jest to, co PiS powinien robić w najbliższym czasie jeśli chce coś jeszcze wygrać – przedstawiać poważną alternatywę chaosowi proponowanemu przez Tuska, być gospodarzem tematów, które przecież rozpoczął, bronić CPK, atomu, koreańskich kontraktów. Przedstawiać wiarygodną wizję rozwoju. Dać sobie i Polsce szansę.

 

„Prawicowy KOD”?

A co widzę zamiast tego? Rozwinięcie w praktyce opisywanej wcześniej w nieoficjalnych doniesieniach koncepcji „opozycji jeszcze bardziej totalnej”, swego rodzaju „prawicowego KOD”. Ja to nawet emocjonalnie rozumiem, ale co ma to na dłuższą metę dać oprócz swego rodzaju zbiorowej terapii? Kogo ma przyciągnąć? Czy KOD dał niedawnej opozycji zwycięstwo, czy raczej zabetonował ją na dwie kadencje w opozycji?

Potrzebne są oczywiście działania na różnych polach i skierowane do różnych grup elektoratu, ale wiodąca powinna być porywająca wizja rozwoju Polski, do której mogłyby te różne grupy, jednocześnie różniąc się między sobą, aspirować. Nie zbiorą tych grup zdjęcia twarzy, z całym szacunkiem, tych samych co zawsze, na które tak wielu ludzi zostało trwale zaimpregnowanych. Trzeba nowego otwarcia, nowych twarzy i wizji, na której brak, zwracam uwagę od kilku lat.

W innym wypadku, beneficjantem tej „nowej, pogłębionej polaryzacji”, będzie Tusk, którego celem, oprócz trwałego obniżania konkurencyjności Polski, jest, jak sądzę, wepchnięcie PiS w buty z 2010 roku, kiedy to PIS miał rację, ale przy pomocy prowokacji i manipulacji, udało się go wtłoczyć w obciachowy wizerunek „wrzeszczących staruszków”.