Nieukarana zbrodnia komunistyczna – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina masakrę w kopalni „Wujek”

Zomowiec Romuald S., członek plutonu specjalnego pacyfikującego strajk w kopalni „Wujek”, został skazany na trzy i pół roku więzienia. Górnik Stanisław Płatek, przewodniczący zakładowego komitetu strajkowego w grudniu 1981 r., ranny wskutek kul ZOMO, który opowiedział mi o masakrze, usłyszał wyrok: 4 lata więzienia.

Od 1993 r. Płatek był pełnomocnikiem posiłkowym w procesie zomowców: „Nie braliśmy pod uwagę, że będą strzelali, myśleliśmy, że władza wyciągnęła wnioski z wydarzeń 1970 r. na Wybrzeżu, zresztą generał Jaruzelski w swoim wystąpieniu mówił, żeby nie polała się ani jedna kropla polskiej krwi. Słyszeliśmy, że są ranni na Manifeście Lipcowym, tylko nie wiedzieliśmy, w wyniku czego odnieśli obrażenia. Gdybyśmy mieli informacje, że strzelano do nich z broni palnej, to wydarzenia mogły potoczyć się inaczej”.

 „Boże coś Polskę”

„Przyszli nocą w uśpiony dom

Wyciągali nas chyłkiem, jak zbóje

Drzwi zamknięte otwierał łom

Idą, idą pancry na Wujek”

(piosenka „Idą pancry na Wujek”, autorstwa Macieja Bieniasza)

16 grudnia 1981 r. do strajkującej załogi kopalni „Wujek” między godz. 8:00 a 9:00 rano przychodzi płk Piotr Gębka w towarzystwie wojskowych. Przekonuje załogę, że powinna się poddać, gdyż jest jedynym strajkującym zakładem w Polsce. Górnicy zagłuszają go, śpiewając „Boże coś Polskę”. Oświadczają, że nie będą się bronić, jeśli na teren kopalni wejdzie wojsko, dadzą natomiast odpór siłom MO.

Stanisław Płatek: „Wiedzieliśmy, że wojsko jest wyposażone w broń palną nie tylko po to, aby z nią paradować. Nie spodziewaliśmy się, że zostaną wprowadzone oddziały ZOMO, tym bardziej Pluton Specjalny, o którego istnieniu w ogóle nie słyszeliśmy”.

Zakład jest okrążony przez czołgi i wozy pancerne. Pułkownik Gębka daje strajkującym godzinę na opuszczenie kopalni.

„W tłum przy bramie, do matek i żon

Z płacht na murach klejonych zlatuje

Czarną treścią komunikat WRON

Idą, idą pancry na Wujek”

Strzały z 20 metrów

Rozpoczyna się pacyfikacja. Po godz. 10:00 na teren „Wujka”, po staranowaniu muru, wjeżdża czołg, a za nim wkracza oddział ZOMO. Po kilku próbach inny czołg rozbija barykadę na bramie wjazdowej. Uzbrojeni w tarcze i przyłbice zomowcy wchodzą na plac przed kotłownią. Około godz. 12:00 do akcji włącza się helikopter. Zomowcy rzucają pociski z gazami łzawiącymi i świecami dymnymi wprost na górników, którzy odrzucają je. Wszędzie unosi się dym.

Stanisław Płatek: „Początek pacyfikacji wskazywał na to, że ta wydawałoby się niewinna broń, czyli granaty łzawiące, może spowodować poważne obrażenia ciała i nawet potężnego chłopa zwalić z nóg. Na własne oczy widziałem, jak granat trafił kolegę w skroń, i dopiero na punkcie sanitarnym zaczął dawać oznaki życia. Okazało się, że ma wstrząs mózgu”.

Górnicy unieszkodliwiają czołg, wkładając między jego koła pręty. Około godz. 12:30 czołgi strzelają z dział pustymi nabojami. Dochodzi do pojedynczych starć wręcz. Zomowcy wycofują się pod magazyn odzieży, a następnie poza teren kopalni. Gdy wydaje się, że walka jest zakończona, padają strzały. Są zabici i ranni.

„Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń

Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje

Już milicja repetuje broń

Idą, idą pancry na Wujek”

Stanisława Płatka kula trafia w prawe ramię. Udaje mu się jeszcze ostrzec górników, że napastnicy strzelają ostrą amunicją.

„- Czy widział pan człowieka, który do pana strzelał?

– Nie, ale strzały musiały paść z odległości ok. 20 metrów. Podobnie jak inni górnicy zostałem ranny w okolicach bramy głównej, na wąskim odcinku między murem a nieistniejącym dziś budynkiem wagi drobnicowej. Cały czas strzelali ślepą amunicją. W tym huku łatwo było schować strzały z broni palnej. Wszyscy zabici zostali trafieni w górne części ciała, najczęściej w głowę – świadczy to o tym, że nie były to strzały przypadkowe. Do dziś nie mogę nadmiernie obciążać prawego ramienia”.

„Płoną znicze ku zabitych chwale

Ale zgasła nadzieja na potem

Gdzie twe czyste ręce, generale?

Zawracają pancry z powrotem”

Walka z napastnikami trwa dalej. Oddział MO, który wkracza od strony bramy kolejowej, zostaje odparty. Górnicy biorą trzech zakładników. Przeliczają ich amunicję i okazuje się, że ci funkcjonariusze nie strzelali. Rannych górników funkcjonariusze MO wywlekają z sanitarek, zrywają opatrunki. Załoga jednej z karetek pogotowia zostaje pobita.

Krzyż

Stanisław Płatek: „Sanitarek nie wpuszczano na teren kopalni. Rannych wynosiło się pod bramę wjazdową, pod budynek dyrekcji i tam pakowało do sanitarek. Jechałem sanitarką razem z kolegą Wójcikiem i po 200 metrach zostaliśmy zatrzymani przy torach kolejowych. Wójcika, który leżał na noszach, wyciągnęli za nogi, mnie też wyprowadzili z samochodu. Najpierw funkcjonariusz zażądał dowodu osobistego, ale my byliśmy w ubraniach roboczych i mieliśmy tylko znaczki identyfikacyjne, potem sprawdził na kartce nazwisko. Doprowadził mnie przed dwóch oficerów – jednym z nich był dowódca jednostki ZOMO, płk Kazimierz Wilczyński. Na głowie miałem założony opatrunek, a on zaczął dowcipkować, że musiałem zadrapać się gdzieś na dole. Zamierzył się na mnie, ale nagle z tyłu zjawił się porucznik wojska – lekarz, który wziął mnie do sanitarki wojskowej i zbadał. Długo tam nie byłem. Przeładowano mnie do milicyjnej sanitarki i przewieziono do szpitala MSW”.

Ogień zostaje przerwany ok. godz. 13:00. Około godz. 14:00 płk Piotr Gębka, razem z komisarzem wojskowym zjednoczenia płk. Wacławem Rymkiewiczem i dyrektorem kopalni, udaje się do górników. Strajkujący przedstawiają warunki przerwania strajku: odwołanie stanu wojennego, uwolnienie Ludwiczaka, wycofanie oddziałów ZOMO, podanie do publicznej wiadomości informacji o wydarzeniach w kopalni, w tym o zabitych i rannych, oraz ujawnienie nazwiska dowódcy akcji. Pułkownik Gębka oświadcza, że warunki nie zostaną spełnione. Górnicy prowadzą wojskowych do stacji ratownictwa, gdzie leżą ciała zabitych, wydają również broń zatrzymanych wcześniej zakładników. Około godz. 17:00 strajkujący, po długiej naradzie, łagodzą warunki przerwania strajku: swobodne opuszczenie kopalni, podstawienie dla nich autobusów, wycofanie z okolicy kopalni oddziałów ZOMO, niewyciąganie konsekwencji karnych i dyscyplinarnych. Zakładnicy zostają zwolnieni. Około godz. 19:00 górnicy opuszczają teren kopalni. Przed odejściem, przy ścianie kotłowni, w miejscu gdzie polegli ich koledzy, wkopują krzyż przyniesiony ze stacji ratownictwa.

Do końca PRL władze zakazują oddawania czci zabitym górnikom. W 1991 r. w miejscu krzyża powstaje pomnik.

Warto było?

9 lutego 1982 r. Stanisław Płatek dostaje najwyższy wyrok – 4 lata (prokurator Kleczkowski żąda nawet 15 lat): „Do 31 grudnia przetrzymywali mnie w szpitalu więziennym w Bytomiu, w sylwestra otrzymałem nakaz tymczasowego aresztowania. Nikt nie powiadomił rodziny, gdzie jestem, szukali mnie we wszystkich szpitalach w okolicy. Ojciec odnalazł mnie dopiero 25 grudnia. W czerwcu 1982 r. przewieziono mnie do aresztu śledczego w Zabrzu”.

W więzieniu przesiedział w sumie 14 miesięcy, zwolniono go 8 lutego 1983 r. – w dniu urodzin jego syna.

„Czy warto było?” – zastanawia się Stanisław Płatek. – „Dla przemian, które nastąpiły w kraju – tak, dla ofiar, które mieliśmy – nie, bo nic nie jest warte ofiary życia. Nikt nie mógł przewidzieć, że władza ludowa po raz kolejny sięgnie po broń przeciwko robotnikom”.

W więzieniu nie miał możliwości rehabilitacji przestrzelonego ramienia. Po pół roku od odzyskania wolności – dzięki pomocy przyjaciół – odzyskał władzę w prawej ręce i zaczął szukać pracy.

„Nie chcieli mnie w górnictwie ani w drugim wyuczonym zawodzie – ślusarstwie. Miałem wilczy bilet. Oferowano mi wyjazd z Polski – w ciągu 24 godzin mogłem dostać wizę do dowolnego kraju. W końcu zatrudniłem się w brygadzie remontowej klubu sportowego „Gwarek” w Tarnowskich Górach. Problemów nie robiono, bo prezesem klubu był wysoki funkcjonariusz SB i pozostawałem pod stałą obserwacją”.

Na terenie Tarnowskich Gór zaangażował się w działalność podziemnych struktur, które podlegały Jerzemu Buzkowi. W marcu 1989 r. reaktywowali Solidarność. Płatek do kopalni wrócił w 1993 r.

„13 grudnia 1992 r. wyrokiem Sądu Najwyższego – Izby Wojskowej zostałem uniewinniony, co pozwoliło mi ponownie starać się o pracę. Myślałem, że wyrok przywróci mi wszystkie prawa pracownicze, ale w kopalni „Wujek” odpowiedzieli, że nie są zainteresowani moją ofertą pracy”.

Ranni i zabici

Przy pacyfikacji kopalni brało udział: 6 kompanii ZOMO, 4 kompanie ROMO, 1 kompania NOMO, 1 kompania KW MO, 6 kompanii piechoty, 6 plutonów czołgów, 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO; 7 armatek wodnych, helikopter, 55 wozów BWP.

Podczas pacyfikacji od kul poległo 9 górników:

Józef Czekalski – lat 48,

Krzysztof Giza – lat 24,

Ryszard Gzik – lat 35,

Bogusław Kopczak – lat 28,

Andrzej Pełka – lat 19,

Zbigniew Wilk – lat 30,

Zenon Zając – lat 22,

Joachim Gnida – lat 28, zmarł 2 stycznia 1981 r. nie odzyskawszy przytomności,

Jan Stawisiński – lat 21, zmarł 24 stycznia 1982 r. w szpitalu w Katowicach-Ochojcu nie odzyskawszy przytomności.

Rany postrzałowe odniosło 21 górników: Piotr Babrakowski – rany postrzałowe obu ud, Bernard Białas – rany postrzałowe brzucha, przedramienia i nogi, Mirosław Bronisz – rana postrzałowa głowy, Jerzy Brzeziński – rana postrzałowa klatki piersiowej i twarzy, Roman Czernik – rana postrzałowa ręki, Bogdan Dolny – rana postrzałowa podudzia, Jan Futyma – rana postrzałowa ręki, Marian Giermuziński – rana postrzałowa klatki piersiowej, Władysław Kościelniak – rana postrzałowa nogi, Henryk Kwol – rana postrzałowa ramienia, Wiesław Łobień – rana postrzałowa łokcia, Józef Mikos – rany postrzałowe twarzy i obojczyka, Bogdan Nadolny – rana postrzałowa podudzia, Tadeusz Piecyk – rana postrzałowa miednicy, Henryk Pikos – rana postrzałowa ręki, Stanisław Płatek – rana postrzałowa ramienia, Zbigniew Szafraniec – rana postrzałowa ramienia, Zygmunt Szkoła – rana postrzałowa ramienia, Władysław Wójcik – rana postrzałowa kolana, Zbigniew Wójcik – rana postrzałowa ręki, Józef Żmuda – rana postrzałowa łopatki.

Podczas operacji funkcjonariusze SB skonfiskowali pociski wyjęte z ciał rannych. 22 górników odniosło innego rodzaju obrażenia wymagające hospitalizacji: zatrucie gazem, uszkodzenie gałek ocznych. W styczniu 1982 r. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo w sprawie użycia broni. Zdaniem prokuratora porucznika Janusza Brola broń została użyta w obronie własnej.

9 lutego 1982 r. członkowie Komitetu Strajkowego otrzymali wyroki:

Stanisław Płatek – 4 lata,

Marian Głuch i Adam Skwira – 3 lata,

Jerzy Wartak – 3,5 roku.

Członkowie Komitetu Strajkowego: Zbigniew Lubasiński został internowany i zwolniony z pracy, Mieczysław Pieronkiewicz – internowany, Kazimierz Rembilas – internowany za pomoc rodzinom ofiar.

Za strajk były również sądzone osoby, nie będące w Komitecie Strajkowym:  Janina Jakubowicz – sekretarka KZ, wspomagająca Komitet Strajkowy, szykanowana podczas śledztwa – sądzona pod spreparowanymi zarzutami wzywania kobiet i dzieci do walki,

Jan Wielgus – wyrok w zawieszeniu,

Jan Haśnik – wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej, uniewinniony,

Zdzisław Kubat – odpowiadał z wolnej stopy, uniewinniony,

Stanisław Saternus – członek Komisji Zakładowej, uniewinniony,

Zbigniew Szafraniec – jeden z górników postrzelonych podczas pacyfikacji, składał zeznania w procesie członków Plutonu Specjalnego w czerwcu 1994 r. 28 lub 29 grudnia 1994 r. zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Według oficjalnej wersji: samobójstwo. Wielu górników biorących udział w strajku zwolniono z pracy.

 

CEZARY KRYSZTOPA: O czym mamy się nie dowiedzieć?

Mam dojmujące uczucie deja vu. Nie wiem, jakiego konkretnie błędu Matrixa jest to efektem, ale gwałtownie wracają co mnie wszystkie odczucia jakie wywoływała obserwacja polityki w latach 2007-2014. Kto to również robił w tamtych latach pamięta metody prowadzenia polityki zakulisowej. Czego mieliśmy nie dostrzegać? Likwidacji projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej i resetu z Rosją (jeszcze później, konsekwencji i śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej, ale to się akurat nie udało).

Naszą uwagę miały odwracać, a to rzekome „kastrowanie pedofilów”, a to wycie obłąkanego bydła wokół ludzi broniących Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a to wybryki zakały polskiego parlamentaryzmu „świńskiego ryja” Janusza Palikota. Podczas gdy rozmontowywano podstawy polskiego bezpieczeństwa, obowiązywała narracja miłości (brzmi znajomo?) i obowiązująca „zaprzyjaźnione media” zasada, że „co złego to nie Donald”, ostatecznie o niczym nie wiedział, ale „teraz się wściekł i wszystko będzie dobrze”.

Zbiegi okoliczności

W ostatnich dniach pierwszy flashback miałem po małpim zachowaniu posła Platformy Jakuba Rutnickiego, który na oczach Marszałka Sejmu Szymona Hołowni, zarzekającego się, że niczego nie widzi, szarpał posła Suwerennej Polski Jacka Ozdobę. Chwilę później „zaprzyjaźnione media” zaczęły mnie zapewniać, że „Donald się wściekł” z powodu Afery Wiatrakowej. No i teraz ten Braun.

Ja nie mam oczywiście żadnych dowodów, nic mi nie wiadomo o tym, żeby jego wybryk polegający na zgaszeniu chanukowej menory gaśnicą w Sejmie, miał być z kimkolwiek uzgadniany, ale trudno mi się opędzić od wrażenia, jaki to fortunny dla Donalda Tuska zbieg okoliczności. Nikt już nie mówi o Aferze Wiatrakowej, nikt nie chce zadawać pytań o puste jak bęben Rolling Stones’ów, expose, nikt właściwie nie pamięta, co tam orzekł Sąd Najwyższy w sprawie odpowiedzialnego za lot do smoleńska koleżki Donalda Tuska Tomasza Arabskiego.

To, że przy okazji jest to zbiegiem okoliczności niesłychanie fortunnym dla niemieckiej propagandy, która boryka się z realnym wzrostem antysemityzmu w Niemczech, rosyjskiej propagandy poszukującej argumentów do „denazyfikacji” Polski i na dokładkę propagandy środowisk żydowskich usiłujących ściągnąć z Polaków nienależny haracz, to już doprawdy, w tej sytuacji, didaskalia.

Co ma nam umknąć?

Najistotniejszym pytaniem, nie jest bowiem pytanie o to, co widać, niezależnie od tego jak bardzo są w rzeczywistości powiązane powyższe elementy. Najistotniejszym pytaniem wydaje się raczej pytanie o to, czego nie widać? Pytanie o to, na co nie mamy zwrócić uwagi.

Tak więc, Donaldzie Tusku, przebywający obecnie na szczycie UE w Brukseli, na którym być może zdecyduje się przyszłość polskiej suwerenności, o czym tak naprawdę mamy się nie dowiedzieć? Co ma nam umknąć?

HUBERT BEKRYCHT: Mikrodziennikarstwo i nakładanie klapek odbiorcom mediów publicznych

Szarmanckie podniesienie mikroportu Justyny Dobrosz-Oracz z Gazety Wyborczej przez lidera KO jest hołdem Donalda Tuska wobec wiernych mu mediów. Znając miłość do amatorskiej reżyserii tych dwóch osób nie zdziwiłbym się, gdyby to była zwykła ustawka. Niektórzy pewnie się oburzą, boć to przecież premier premierów był uprzejmy wobec kobiety. Zastanówmy się zatem, co stałoby się, gdyby mikroport wypadł dziennikarce TVP czy Polskiego Radia? No właśnie. I to jest ta różnica.

Skandaliczne wypowiedzi polityków KO, TD i NL a także cichego koalicjanta, czyli Konfederacji, wobec ludzi pracujących w mediach publicznych oraz mediach konserwatywnych nigdy nie mogą stać się standardem.

Eskalacja

Musimy je piętnować i po prostu mówić o tym odbiorcom. Straszenie dziennikarzy przez polityków, którzy zrobili z tego amunicję wyborczą to już poważniejsza sprawa, tu trzeba natychmiast zgłaszać taki fakt odpowiednim organom.

Na osobne potraktowanie zasługuje jednak szczególne naruszenie wolności słowa. Otóż służby niezaprzysiężonego jeszcze rządu we wtorek odmówiły akredytacji TVP i Polskiemu Radiu podczas wizyty premiera Tuska w Brukseli. Tak, Tusk ma to, co chciał. Nie lubi dziennikarza, nie dostanie ów dziennikarz akredytacji. Potem, pomimo miłosiernie usuniętych barierek, będzie zakaz wejścia na teren parlamentu – najpierw dla mediów publicznych, potem dla mediów konserwatywnych.

Polowanie

Pogarda dla dziennikarzy, którzy nie sprzyjają ekipie Tuska? Też, to jednak przede wszystkim pogarda, dla odbiorców prześladowanych w ten sposób dziennikarzy. Odbiorców, którzy korzystają (jeszcze) z pluralizmu medialnego.

Ten rządowy już zamach na niezależność mediów pod hasłem tzw. odpolitycznienia ma szansę stać się większym skandalem niż atak na żydowski symbol i zdrowy rozsądek w wykonaniu posła Grzegorza Brauna z Konfederacji. Konfederacji oswajanej przez nową koalicję i hodowanej przez KO, TD i NL. Dlaczego? Aby osłabić PiS. Czyli, nic nowego, ale forma tej politycznej intrygi śmierdzi szkołą moskiewską na kilometr.

Polowanie z nagonką trwa, ale wielu dziennikarzy nie będzie iść pod kule pijanych ze szczęścia myśliwych. Atakowani potrafią się odgryźć. Praworządnie, demokratycznie a nawet stomatologicznie.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Mieszkańcy Krymu nie przestają stawiać oporu okupantom

Przez kilka lat okupacji Krymu Rosjanie nie byli w stanie przejąć pełnej kontroli nad mieszkańcami i pokonać podziemny ruch na półwyspie.

Jak poinformowała przedstawicielka prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krymu Tamila Taszewa, na czasowo okupowanym Krymie wszczęto 559 spraw sądowych za „dyskredytację Sił Zbrojnych Rosji”. Spośród nich w 490 przypadkach wydano decyzję o nałożeniu kary administracyjnej w formie grzywny.

Według Taszewej okupanci zdali sobie sprawę, że pomimo przeznaczenia od 2014 roku ogromnych środków na struktury władzy i organy karne Rosji, które rzekomo walczą z „terroryzmem” i „ekstremizmem”, schemat nie działa. Mieszkańcy Krymu nie przestają stawiać oporu okupacji ich półwyspu. Obecnie na Krymie istnieje kilka ruchów oporu, które powstały po okupacji półwyspu. Są to w szczególności ruch partyzancki „ATESZ”, publiczny ruch oporu „Żółta Wstążka”, ruch kobiecy „Zla Mavka”, „Krymskie mewy walczące”. Rozdają ulotki, ukraińskie symbole, monitorują ruch sprzętu wojskowego wroga i pomagają ukraińskim mieszkańcom półwyspu przezwyciężyć wszystkie trudności okupacji.

Tamila Taszewa zauważyła, że ​​wielu Ukraińców na Krymie demonstruje swoją niezłomność – rozpowszechniają informacje o sukcesach armii ukraińskiej, przekazują informacje o lokalizacji okupacyjnych jednostek wojskowych, tatuują się  ukraińskimi symbolami, noszą niebiesko-żółte stroje, wywieszają ukraińską flagę, wykonują ukraińskie tańce, śpiewają ukraińskie piosenki i piszą na portalach społecznościowych prawdę o życiu na Krymie. Za to okupanci pociągają ich do odpowiedzialności administracyjnej lub karnej.

Rosyjscy okupanci nie mają już czasu na walkę dostępnymi siłami z przejawami kultury ukraińskiej na półwyspie. Sięga więc po nowe metody. „Władza” na Krymie powiększa kadrę tzw. Centrum E – „Centrum przeciwdziałania ekstremizmowi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Krymie”, w szczególności angażując informatorów cywilnych do tworzenia list „osób nierzetelnych”.

Rosyjscy okupanci przebywający na Krymie skarżą się na „stronniczość”: lokalni mieszkańcy nie okazują posłuszeństwa okupantom, są lojalni wobec Ukrainy, stawiają opór rosyjskiemu wojsku, policji i władzom. Przez kilka lat okupacji Rosjanie nie byli w stanie przejąć pełnej kontroli nad lokalnymi mieszkańcami i pokonać podziemny ruch na Krymie i innych okupowanych terytoriach.

Okupanci próbują karać ukraińskich patriotów. Przykładowo od marca 2023 roku rosyjskie sądy na Krymie rozpatrzyły 514 zarzutów o rzekomą „dyskredytację” armii rosyjskiej i wydały orzeczenia dotyczące odpowiedzialności administracyjnej. W sześciu przypadkach Krymczycy zostali oskarżeni w procesie karnym o „wielokrotną dyskredytację” armii rosyjskiej. Tym samym Sąd Rejonowy w Symferopolu rozpatrzył 82 sprawy „dyskredytacji armii rosyjskiej”, Sąd Miejski w Jewpatorii – 47 spraw, Sąd Miejski w Teodozji – 41 spraw, Sąd Miejski w Jałcie – 36 spraw.

Jak zauważył szef organizacji społecznej „KrimSOS” Hennadij Jaroszenko, „Wyroki i uchwały w sprawach ‘dyskredytacji’ armii rosyjskiej stanowią naruszenie prawa mieszkańców Krymu do wolności słowa, przewidzianego w art. Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych, a także w artykule 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka”.

W ogóle oskarżanie obywateli swojego kraju, czyli Rosji, a także mieszkańców okupowanych terytoriów, obywateli Ukrainy, o jakąś „dyskredytację sił zbrojnych Rosji” jest bzdurą – stwierdził Hennadij Jaroszenko – nie ma czegoś takiego w ustawodawstwach dowolnego kraju na świecie. Oznacza to tylko jedno, że armia rosyjska zdyskredytowała się masą popełnionych zbrodni wojennych, torturami i przemocą wobec ludności cywilnej na okupowanych terytoriach, zabijaniem dzieci, bombardowaniami dzielnic cywilnych miast i wsi, grabieżami i gwałtami na kobietach. Całkiem naturalne, że sąd międzynarodowy wydał nakaz aresztowania prezydenta Rosji w związku z uprowadzeniem i deportacją ukraińskich dzieci. Już tym samym armia rosyjska zdyskredytowała się przed prawem międzynarodowym i prawami człowieka.

Jak powiedział w wywiadzie dla Fox News Minister Obrony Ukrainy Rustem Umerow, siły obronne Ukrainy przedarły się już przez dwie linie obrony wojsk rosyjskich i zbliżyły się do trzeciej linii obrony armii rosyjskiej. „Kontynuujemy przywracanie terytorium. Są linie obrony, minęliśmy już pierwszą i drugą, jesteśmy pomiędzy drugą a trzecią” – powiedział Rustem Umerow.

Choć już wcześniej w artykule dla „The Economist” Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Walerij Załużnyj stwierdził, że wojna wkracza obecnie w nowy etap „wojny pozycyjnej”, na którym może skorzystać Rosja. Według niego bez wzmocnienia przewagi technologicznej „najprawdopodobniej nie będzie głębokiego i dobrego przełomu” przeciwko siłom Rosji.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski po tym wywiadzie zauważył, że nie uważa sytuacji za patową, ale przyznał, że warunki na polu walki pozostają trudna. Jednocześnie ze słów Załużnego i Zełenskiego wynika, że ​​wierzą oni w możliwość przeprowadzenia przez ukraińskie wojsko skutecznej ofensywy w przypadku dostarczenia Ukrainie wystarczającej ilości broni i samolotów bojowych.

W niedawnej rozmowie z Associated Press Zełenski powiedział, że z powodu braku broni Ukraina nie osiągnęła jeszcze pożądanych rezultatów. Jednocześnie ukraiński prezydent zauważył, że Kijów jest pewny swoich działań i nie ma zamiaru kapitulować.

 

W sosie dziennikarskich błędów pływa WALTER ALTERMANN: Trochę wiedzy o książkach

Rozumiem, że chodzi o to, aby dziennikarka telewizyjna specjalizująca się „w sztuce kina” miała ciągle o czym mówić, bo temat to modny i ciągle pojawiają się nowe filmu. Niemniej byłoby dobrze, gdyby dziennikarka znała chociaż podstawy starszej kultury – tu myślę o księgach i książkach, bo występująca w telewizji pani „od filmu” mówi ze swadą: „Nowy film ‘Znachor’ powstał na podstawie tej samej książki, co poprzedni.

Nie piszę tego bez dowodów, bo mylenie książek z utworami w nich drukowanymi jest dowodem daleko idącej ignorancji. Od biedy ujdzie to jeszcze uczniakowi szkoły podstawowej, bo już licealista powinien odróżniać te dwie materie – książkę, jako realny byt papierowy, od powieści, jako bytu niematerialnego.

Dziennikarka powinna zatem powiedzieć, że nowy film „Znachor” w reżyserii Michała Gazdy powstał na podstawie tej samej powieści, co film Jerzego Hoffmana. Powinna jeszcze dodać, że autorem powieści jest przedwojenny pisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Zresztą sami reżyserzy o autorach zapominają nagminnie, jakby nie chcieli sobie paprać nazwiska jakimś tam Dołęgą-Mostowiczem, Żeromskim czy Prusem. Czekam wiec na nową filmową wersję „Pana Tadeusza”, przy której w ogóle zabraknie nazwiska autora, a zamiast niego pojawi się, wiszące minutę, wołami na ekranie nazwisko jakiegoś debiutanta sztuki filmowej.

A współczesne książki i księgi – Szanowna Pani – bywają różne: są księgi telefoniczne, adresowe, pamiątkowe, honorowe, książki wejść i wyjść, księgi raportów, księgi kasowe, księgi inspekcji, księgi uwag i zażaleń. Bywały też książeczki zdrowia, książeczki oszczędnościowe, książeczki wojskowe i harcerskie. Zatem, proszę – Szanowna Pani – zapamiętać, że książka to tylko zszyte lub sklejone kartki, z okładką twardą lub miękką.

I niech mi Pani wierzy, że na podstawie książki da się jedynie wyreżyserować nicość. Co prawda zdarza się i tak, że na podstawie dobrej powieści również da się wyreżyserować dosłowne nic, ale to już inny temat.

Nasi obiektywni profesorowie

Sprytnym chwytem redakcji telewizyjnych jest zapraszanie do udziału w rozmowach autorytety, którym nikt – zdaniem zapraszających dziennikarzy – dosłownie nikt się nie oprze. Mam tu na myśli autorytety najwyższej rangi, które – można by powiedzieć – w carskiej Rosji odpowiadały  randze generałów czy marszałków. A są to oczywiście profesorowie, w najgorszym wypadku doktorzy.

Właściwie od takiego zaproszonego doktora, czy profesora, dziennikarz oczekuje tylko jednego – potwierdzenia językiem nauki tezy, którą ów dziennikarz chwilę wcześniej sam z siebie wydusił.  Zapyta, ktoś mało doświadczony, jak to możliwe? Bardzo prosto, bo każda ze stacji ma swoje stado profesorów, którzy wyznają tę samą ideologię, co dana stacja. I nie spodziewajmy się, że w TVN zobaczymy profesora, którego na co dzień oglądamy w Polsacie. I nie łudźmy się, że profesora z TVP, nagle zobaczymy w TVN. Nauka polska została ostatecznie podzielona według sympatii politycznych. Trochę mylące jest to, że każdy z profesorów ma ten samy tytuł naukowy, ale to tylko taki kamuflaż.

Po co stacjom zaprzyjaźnieni profesorowie? Żeby namaszczali, podnosili tezy stacji do rangi nauki, żeby widz myślał; „Coś w tym musi być, skoro ten profesor tak mówi”. Tu zaznaczę, że zjawisko „uprofesorowienia” telewizji dotyczy jedynie ludzi uprawiających tzw. nauki społeczne: wszelkiego autoramentu historyków XX wieku, socjologów i politologów – ci ostatni są zresztą najgorsi.

Tajemnica nauk humanistycznych jest taka, że są one niemierzalne, czyli można pleść, co tam komu do głowy przyjdzie. Może dlatego tak mało widać w telewizjach matematyków, fizyków i chemików – bo to są nauki ścisłe i tam bezkarnie wyplatać andronów nie można.

Oczywiście ta praktyka wykorzystywania ludzi nauki do niecnych politycznych celów byłaby naganna, gdyby nie to, że ci „przedajni” profesorowie nieźle z tego żyją. A czy mają jakieś skrupuły? Nie sądzę, bo poglądy mają przecież zgodne z miejscem, do których ich zapraszają. Czy to nie wstyd tym profesorom? A, tam… na pewno znajdą, na ewentualne wyrzuty sumienia, jakąś zgrabną wymówkę, w końcu są w tym utytułowanymi specjalistami.

Kłopoty z psychologią

Zdarzyło się to 6 XII 2023 roku. W czasie meczu Stali Mielec z Widzewem Łódź, w ramach rozgrywek Pucharu Polski w piłce nożnej, gdy Widzew strzelił drugą bramkę, i wynik był już 2:1,  wtedy sprawozdawca powiedział: „Teraz mielczanie mają już spore kłopoty psychologiczne.”

Otóż, myślę sobie, że przegrywający nie mieli żadnych psychologicznych kłopotów, bo psychologia to nauka zajmująca się ludzką psyche, alias psychiką. Owszem, mogli mieć kłopoty psychiczne, ale gdzie tak prostym chłopakom od kopania piłki, do tak trudnej dziedziny jak psychologia.

Zapamiętajmy zatem: psychika to nie to samo co psychologia. Podobnie jak seks nie jest tożsamy z seksuologią. Poza tym – nikomu z Czytelników nie życzę kłopotów ani z psychiką ani z seksem.

Takowe, owóż i inne archaizmy

W ramach podnoszenia własnego ego na wyższy poziom, coraz więcej ludzi pracujących w różnych  telewizjach, coraz częściej używa słów „pańskich”, aczkolwiek mocno trącących zaschłą myszą.

Jednym z takich magicznych słówek jest „takowe, owe”. Gość zamiast powiedzieć: „Ten człowiek nie wie co robi”, mówi: „Takowy człowiek nie wie co robi”.

„Takowy” jest zaimkiem, który w dawnych stuleciach służył do określania ludzi, zjawisk nieznanych, nie do końca rozpoznanych. Ale dzisiaj „pan dziennikarz” mówi o znanym z nazwiska człowieku: „takowy”. Nie dość, że jest to śmieszne, to jeszcze powoduje u odbiorcy panikę, bo widz nie wie o co chodzi.

Niezmiennie polecam używanie najprostszych polskich słów i zwrotów, bo czy przy niedzielnym obiedzie u matki „pan dziennikarz” poprosi: „Mógłby mi brat podać takowy sos”? Na co brat  odpowie: „Ów biały, czy ów ciemny, bracie?”  

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jaruzelski nie zniszczył „Solidarności”

13 grudnia 1981 r. towarzysz Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Chciał rozbić „Solidarność”. To mu się jednak nie udało, czego dowodem jest raport, zatytułowany „Ocena działalności struktur nielegalnych”, przygotowany przez Biuro Studiów SB z 15 października 1987 r. Materiał, niegdyś ściśle tajny, wymienia 284 takie struktury.

Biuro Studiów SB, które zostało powołane jeszcze w stanie wojennym – w 1982 r. do rozpracowywania opozycji, było elitarną jednostką specjalną, posiadającą status samodzielnego departamentu MSW. Przy opracowaniu dokumentu Służba Bezpieczeństwa miała jednak kłopot:

„Niniejszy raport zawiera po raz pierwszy dokładne dane na temat stopnia operacyjnej kontroli i rozpracowania struktur nielegalnych. Z tego powodu nie jest możliwe porównanie tych danych z analogicznymi wcześniejszymi informacjami”.

Wzrost poparcia

„Ustalono, że w 11 województwach – warszawskim, wrocławskim, gdańskim, krakowskim, katowickim, szczecińskim, poznańskim, łódzkim, toruńskim, bydgoskim i lubelskim – funkcjonują całkowicie zorganizowane struktury nielegalne. (…) Najbardziej zagrożonymi przez działalność nielegalną ośrodkami są wciąż Warszawa i Wrocław z 30 strukturami, Kraków i Szczecin z 19 oraz Gdańsk z 17. W tych kluczowych punktach działało 41 % wszystkich istniejących struktur nielegalnych”.

Według raportu większość, tj. 100 „nielegalnych struktur” (35 % wszystkich rozpoznanych) podlega Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej (TKK NSZZ Solidarność została powołana 22.IV.1982, jako struktura skupiająca ukrywających się przedstawicieli czterech najważniejszych Regionów: Mazowsza, Dolnego Śląska, Gdańska i Małopolski), 44 (16 %) – „deklarują swe związki z ugrupowaniami o charakterze partii politycznych, organizacji społecznych i ośrodków duszpasterskich”, 25 (9 %) „identyfikuje się z ‘Solidarnością Walczącą’ (organizacją kierował, skonfliktowany z głównymi politykami „S”, Kornel Morawiecki. Po 1986 r. „SW” była najbardziej inwigilowaną, ale najmniej rozpracowaną strukturą podziemnej Solidarności).

„Wewnątrz tego systemu kierowniczego TKK inspirowała nurt działalności konspiracyjnej, podczas gdy TR [Tymczasowa Rada Solidarności powstała w 1986 r. Wkrótce, podobnie jak TKK, została rozwiązana. W miejsce obu struktur powołano Krajową Komisję Wykonawczą NSZZ Solidarność] zajmowała się nurtem jawnym. Miarodajny dla obu nurtów był, jako znak firmowy, L. Wałęsa”.

SB-ecki raport podaje, że najwięcej „nielegalnych struktur” istniało w miastach. „Aktyw kierowniczy” skupiał się głównie we Wrocławiu, Warszawie, Szczecinie i Gdańsku. Ogółem tworzyło go 1260 osób.

Główna forma działalności: „kolportaż publikacji nielegalnych”. Były też „próby wywierania nacisku na centralne i lokalne organy państwa, (…) przy czym w większości przypadków chodzi o petycje i apele skierowane do organów państwowych”.

„Wedle naszej wiedzy, tylko 44 strukturom udało się ‘przeszmuglować’ swych przedstawicieli do rad zakładowych bądź zarejestrowanych związków zawodowych”.

Miejsce działalności: „struktury nielegalne przedkładają dla swych spotkań mieszkania prywatne, co oferuje dogodne możliwości dla kontroli operacyjnej. (…) zebrania najważniejszych opozycjonistów i działaczy szczebla kierowniczego przeważnie odbywają się w obiektach sakralnych”.

„Najbardziej rozbudowane kontakty istnieją z Francją, Szwecją, Belgią i RFN”.

Co budziło niepokój towarzyszy komunistów?:

„Wyraźnie wrosła liczba osób, które w różny sposób udzielają wsparcia strukturom nielegalnym”. W kwietniu br. jednostki służbowe MSW rejestrowały 10.454 osoby, które sympatyzowały z opozycją, podczas, gdy obecnie znanych jest 26.735 sympatyków (najwięcej osób mieszkało w Gdańsku, we Wrocławiu, w Krakowie, Lublinie i Warszawie)”.

„obecnie najbardziej zagrożona jest inteligencja (28 %), następnie robotnicy i młodzież (po 23 %), studenci (21 %) i chłopi (5 %).

Jakie były efekty inwigilacji opozycji?

Raport podaje, że 27 struktur (zaledwie 10 % wszystkich) „jest całkowicie pod kontrolą operacyjną, tzn. Służba Bezpieczeństwa ma możliwość sterowania ich działalnością”, 239 (84 %) „jest w pewien sposób operacyjnie kontrolowanych [czyli raczej w niewielkim stopniu], reszta – 18 struktur, pozostaje „poza celowo w nie wymierzoną kontrolą operacyjną”.

„przeprowadzone operacyjne rozmowy profilaktyczne (w okresie kwiecień-październik 1987 było ich 2374) mogą wywierać w niewielkim stopniu wpływ na działaczy opozycji, prowadzą za to nierzadko do ujawnienia naszych zainteresowań i metod; zastosowane represje administracyjnoprawne (dokument wymienia rozprawy przed kolegiami ds. wykroczeń, kary dyscyplinarne w pracy, obcięcie płac i zwolnienia) nie przynoszą oczekiwanego efektu”.

W tym miejscu pojawia się konkluzja najważniejsza, przyznanie się do własnej słabości: „nie istnieje możliwość likwidacji struktur nielegalnych w ramach jakiejś ogólnokrajowej akcji naszego organu”.

Niewielkie efekty inwigilacji wynikały też z mniejszego zaangażowania SB w rozpracowywanie podziemia. Raport podkreśla, że w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami „zmniejszyła się liczba źródeł informacji” – „TW” (tajnych współpracowników) i „KO” (kontakt operacyjny), „spadł także poziom użycia techniki operacyjnej”.

Do rozpracowania kilku tysięcy działaczy podziemia na terenie całego kraju wykorzystywano w październiku 1987 r. 1.707 agentów, podczas, gdy cała sieć MSW liczyła w latach 80., według różnych szacunków, od 50 do 100 tys. „osobowych źródeł informacji”.

Jakie działania planowano na przyszłość?

Raport wymienia kilka punktów:

„- paraliżowanie wrogich inicjatyw opozycji politycznej, przy czym należy wykorzystywać wszelkie przejawy niepowodzenia wewnątrz jej organizacji;

– stała infiltracja kierowniczych gremiów opozycji przez TW celem dezinformacji, złamania ich jedności i zwartości, jak również paraliżu ich inicjatyw;

– udoskonalenie metod pracy operacyjnej, podniesienie operacyjnego charakteru zastosowanych środków na wyższy poziom”.

Od początku stanu wojennego, aż do rozpoczęcia rozmów okrągłego stołu SB nie udało się rozpracować podziemnych struktur Solidarności. Niektóre regiony były lepiej zinfiltrowane, inne gorzej, wielu przywódców opozycji trafiło do więzień, ale aparat bezpieczeństwa nie był w stanie objąć całego, szerokiego spektrum antykomunistycznej działalności. Paradoksalnie okazało się to również szkodliwe dla wielu członków podziemia. W Magdalence, przy okrągłym stole, a potem w niepodległej III RP pierwsze skrzypce grali i nadal grają w głównej mierze „znani” działacze Solidarności.

 

Zbrodnia na zbrodni. STEFAN TRUSZCZYŃSKI wraca do sprawy filmu o Annie Walentynowicz

Film Jerzego Zalewskiego o Annie Walentynowicz musi być pokazany w TVP w godnym czasie, zapowiedziany, a także uzupełniony omówieniem studyjnym po projekcji.

Służbowi żałobnicy w czerń przywdziani lubią swoją rolę. A jeszcze bardziej kamery, które filmują ich w czasie uroczystości.  Aż dziw przeto, że ważni i dostojni nie upominają się o głowę narodowej bohaterki jaką niewątpliwie jest jedna z najdzielniejszych polskich kobiet – Anna Walentynowicz. Spoczywa w grobie cmentarza gdańskiego. Zwłoki zostały pohańbione. Są tam tylko poszarpane szczątki. Nie ma głowy. Gdy w Moskwie okazywano ciało matki synowi było nienaruszone. Gdy dokonano ekshumacji w Gdańsku odkryto dokonanie powtórnej zbrodni wobec zwłok pani Walentynowicz – zbrodni zbezczeszczenia.

Tak być nie może, tak pozostawić sprawy nie wolno. Ale mijają miesiące, a nawet już lata – a tak jest! Reżyser Jerzy Zalewski zrobił film dokumentalny  o życiu Anny Walentynowicz, o jej pracy, śmierci. Ważną, nieznaną powszechnie sekwencją jest właśnie zbrodnia moskiewska po zbrodni smoleńskiej. Telewizja Polska odmawia emisji filmu.

Jakiś tajemniczy areopag zablokował pokazanie tego niezwykle ważnego dokumentu szerokiej publiczności. Orzeczono że film jest o pół godziny za długi, że nie trzyma standardów.

Te pół godziny Telewizja Polska musi mieć na przykład na wylewające się nieustannie z ekranu teleturnieje, na poszukiwanie małoletnich talentów przez zachwyconych gwiazdorów rozrywki, na zgadywanki, na sztampę kręcenia kołem i familiadami. Jest fajnie. Młodo i wesoło. Dużo jednak gorzej jest z zapamiętywaniem – szczególnie jeśli chodzi o wiedzę o literaturze. No, ale tak to już jest przy biernym gapieniu się w lufcik.

Film Zalewskiego o niezwykłym życiu niezwykłej kobiety to prawdziwa lekcja najnowszej historii Polski.

Krótkoterminowo ważni i często bardzo nadęci drepczą w korowodach i dużo mówią. Najczęściej to, co już wszyscy wiemy. Oni jednak mówią, przemawiają, bo myślą ze wtedy są lepsi, ważniejsi, że z chwały bohatera i na nich coś spływa.

Film Jerzego Zalewskiego jest o Annie „Solidarność”, którą wraz z innymi najlepszymi współcześnie naszymi współobywateli zamordowali ruscy zbrodniarze. Ci sami, którzy mordują nadal, a wielu ważnych wpływowych to ignoruje. Film Zalewskiego musi być pokazany w TVP w godnym czasie, zapowiedziany, a także uzupełniony omówieniem studyjnym po projekcji.  To żadna łaska dysponentów czasem antenowym  Woronicza. Zróbcie to póki jeszcze możecie.  Groźny walec tuskowo-hołownianej demokracji toczy się. Zglajszachtuje i wyrówna. Będzie jeszcze więcej rozrywki, zgadywanek i bełkotu.

Panta rhei. Zwycięzcy zawsze się cieszą. A potem przychodzi im do głowy by się zemścić. Złudne nadzieje, że zamażą w ten sposób hańbę własnych przekrętów i nierozliczonych zbrodni. Tak się nigdy nie stanie. Bo takiej zbrodni jak katyńska i smoleńska w naszej historii nie było. Prawda o Katyniu długo czekała. Prawda o Smoleńsku ciągle czeka. Był raport filmowy Antoniego Macierewicza, był dokument Ewy Stankiewicz i jest, czeka ciągle na emisję film dokumentalny Jerzego Zalewskiego o Annie Walentynowicz.

Mali, tchórzliwi ludzie zważcie, że władzę – wszelką – dostaje się na czas określony. Prywatne media podlegają właścicielom. Oni robią co chcą, choć tez powinni podlegać ocenie. Telewizja Polska zawsze była od kogoś zależna. Czasem nawet bardzo, czasem trochę mniej. Chodzi o to, by ta zależność nie była bezczelna, autorytarna, a w efekcie głupia i samobójcza. Można takiej zależności uniknąć, a przynajmniej się starać. Oczywiście brutalną polityczną łapą tego się nie zrobi. Są jednak w Polsce uczciwi, mądrzy ludzie. Trzeba ich znaleźć. O przegranej bitwie mądry wódz nie rozpamiętuje klęski. Szykuje się do boju następnego. Racje trzeba udowodnić czynem. Oczywiście trzeba wierzyć i to głęboko, bo inaczej po co to wszystko było. Po co?

 

O resorcie „prawdy” pisze CEZARY KRYSZTOPA: Ministerstwo Odwracania Uwagi

Na Zachodzie można zauważyć powolne, bo powolne, ale jednak przełamanie emocji społecznych w sprawie progresywnych nowinek i, co znacznie ciekawsze, również pewne zmiany w retoryce do tej pory uparcie neomarksistowskich elit. Niektórzy publicyści nieśmiało zaczynają przebąkiwać o pewnego rodzaju przebudzeniu, podczas gdy w tym samym czasie, znani z przekory Polacy, którym latami udawało się unikać konsekwencji większości lewackich rewolucji, nagle zapragnęli pogrążyć się w tęczowym śnie.

– Mogę powiedzieć w imieniu Bawarii: u nas nie będzie obowiązkowego gender. Wręcz przeciwnie: zakażemy gender w szkołach i administracji – powiedział we wtorek premier Bawarii Markus Söder w swoim pierwszym oświadczeniu rządowym w nowej kadencji w bawarskim parlamencie. Bawaria jest oczywiście szczególnym landem na tle Niemiec, a Söder jest politykiem CSU, ale do tej pory takie słowa w chcących uchodzić za prymusa postępu Niemczech, stanowiły raczej rodzaj tabu. Jeśli dorzucić do tego uznawanych do tej pory za żywych świętych klimatystów z Ruchu Ostatnie Pokolenie, którzy zostali ostatnio ogłoszeni przez niemiecki sąd zorganizowaną grupą przestępczą, czy rosnący dystans do transowania dzieci, to wiedzcie, że coś się zmienia. Być może mimo wszystko gospodarczy głód, społeczny smród i ubóstwo energetyczne, były w stanie Niemców czegoś nauczyć.

Ministerstwo Równości

W tym samym czasie, wydaje się, że większość Polaków (nawet jeśli co innego mieli na myśli, to taki jest praktyczny efekt), niczym ostatni naiwni prowincjusze, powtarzając błędy „metropolii” sprzed lat kilkunastu, wybrali sobie do rządzenia konglomerat cwaniaczków i wariatów w ładnych krawatach, być może niwelując tym samym wszelkie zyski jakimi cieszyli się w ostatnich latach, unikając konsekwencji sporej części lewackich, trapiących Zachód, „rewolucji”. A ukoronowaniem tego pragnienia „żeby mieć jak na Zachodzie”, miałoby być, pojawiające się w nieoficjalnych doniesieniach Ministerstwo Równości.

Od czasu Rewolucji Francuskiej, która hasło „równości” spopularyzowała, realizując je w praktyce przy pomocy gilotyny, wiadomo, że nie chodzi o nic dobrego. Być może najlepiej, choć w wersji „light”, istotę lewackiego wyobrażenia „równości” oddaje cytat z „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella – „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”, cytat który zadziwiająco dobrze opisuje zarówno jaskiniowy sowiecki komunizm, jak i dzisiejsze neomarksistowskie wyobrażenie „równości”, w którym „równi” są to„święci naszych czasów” aktywiszcza i „mniejszości”, ale już nie ci, którzy mają czelność się z nimi nie zgadzać. I takie ideały zapewne Ministerstwo Równości, kierując się koncepcją „tolerancji represywnej” Herberta Marcuse’a będzie miało ambicje realizować.

Czemu to ma służyć?

Natomiast, choć nie bagatelizuję zagrożenia jakie taki antyspołeczny pomysł może stanowić, chciałbym zwrócić uwagę, że podobna metoda była realizowana przez Tuska za poprzednich rządów, kiedy to realne działania przesłaniane pozorowanymi, ale mocno nagłaśnianymi medialnie aktywnościami. Tajemnicą poliszynela jest, że inna, choć również podobna metoda, obowiązuje w zarządzaniu warszawskim ratuszem, gdzie istotnymi procesami zajmują się po cichu ludzie zaufani, a najgłośniej jest o sprawach „ideolo”, które puszczone są na żer „zaprzyjaźnionych aktywistów”. Nie ma powodu żeby sądzić, że w przypadku „Ministerstwa Równości” będzie inaczej.

Tak więc martwmy się oczywiście tym, że znowu inni będą „równiejsi”, ale nie zapominajmy zaglądać za kotary tego przedstawienia, gdzie za kulisami, będą się zapewne działy rzeczy, o których mamy się nie dowiedzieć.

AGNIESZKA LEGUCKA: Rosyjska i chińska dezinformacja w kontekście wojny w Ukrainie

Wykorzystując dezinformację i propagandę  Rosja i Chiny chcą przekonać międzynarodową opinię publiczną, szczególnie odbiorców z Globalnego Południa, że to siły zewnętrzne sprowokowały konflikt na Ukrainie.

Rosję i Chiny łączy dążenie do zmiany istniejącego porządku międzynarodowego. Według tych dwóch autorytarnych reżimów świat „niesprawiedliwie” zdominowany jest przez Zachód, na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Dezinformacja i propaganda są jednym z użytecznych instrumentów, które zarówno Rosja jak i Chiny wykorzystują przeciwko swoim rywalom międzynarodowym, a jednocześnie konsolidują obywateli swoich państw wokół rządzących. Intensyfikacja rosyjsko-chińskiej współpracy została dostrzeżona przez ekspertów od momentu pandemii Covid19, kiedy rosyjska strona powielała fałszywe treści chińskiej dezinformacji dotyczącej m.in. pochodzenia wirusa (rzekomo w laboratoriach amerykańskich, a następnie rozpowszechnionego w Chinach, aby je osłabić i zdyskredytować na arenie międzynarodowej). W przypadku zaś pełnoskalowej agresji Rosji w Ukrainie, role się odmieniły i to Chiny często powielają rosyjską dezinformację i propagandę. W lipcu 2021 roku, Chiny i Rosja osiągnęły dwustronne porozumienie dotyczące współpracy w sferze relacji i narracji informacyjnych. W ramach tego porozumienia, podczas wirtualnego szczytu z udziałem przedstawicieli rządów i mediów obu krajów, omówiono szczegółową strategię dotyczącą wymiany treści informacyjnych, rozwoju mediów cyfrowych oraz współprodukcji programów telewizyjnych. Ten krok jest ukierunkowany na wzmocnienie wpływu informacyjnego obu państw na arenie międzynarodowej poprzez koordynowane działania w zakresie propagandy i przekonywania do swoich racji.

Cele Rosji i Chin

Wojna informacyjna prowadzona przez Chiny i Federację Rosyjską przeciwko Zachodowi ma służyć wzmocnieniu ich pozycji międzynarodowej i skuteczniejszemu osiąganiu celów strategicznych. Rosja dąży do uwzględnienia swoich żądań dotyczących bezpieczeństwa w Europie, m.in. w kwestii rozszerzenia NATO na wschód a także uzyskania zwycięstwa na froncie ukraińskim. Poprzez dezinformację i propagandę, deprecjonując Ukrainę, Rosja stara się osłabić poparcie dla niej. Próbuje wpłynąć na debatę w Europie i USA, wywołując antyukraińskie nastroje. Chce także podważyć zasadność zachodnich sankcji, przedstawiając je jako niesprawiedliwy nacisk na Rosję. Chiny, chociaż dążą do osłabienia USA i Zachodu, zmieniały cele w miarę trwania konfliktu. Ich wsparcie dla Rosji staje się bardziej defensywne z uwagi na jedność Zachodu, w tym partnerów z Indo-Pacyfiku. Pragną budować odporność wobec coraz bardziej nieprzyjaznego Zachodu (charm offensive). Przesłanie ChRL o „podziałach i konfrontacji bloków” świadczy o percepcji bloku antychińskiego i antyrosyjskiego. Obecnie Rosja i Chiny dążą do poszerzenia kręgu politycznych sojuszników poprzez kampanie wizerunkowe wobec państw Globalnego Południa. Jednocześnie Chiny usiłują podważyć jedność Zachodu poprzez ” smiling” lub „panda” „diplomacy”, prezentując dystans od Rosji.

Narracje i metody dezinformacji Rosji i Chin

Podstawą rosyjskiej polityki i propagandy w trakcie wojny jest negowanie Ukrainy jako państwa oraz przedstawianie Ukraińców jako pionków w grze mocarstw (najczęściej USA). Po inwazji w 2022 roku rosyjskie władze i prokremlowskie portale częściej używały retoryki takich jak „reżim kijowski”, „marionetki Waszyngtonu”, „faszyści”, „naziści”. Było to czynione po to, aby dyskredytować Ukrainę, dehumanizować Ukraińców i przekonać o amerykańskim wpływie na Ukrainę. Rosja oskarża Zachód o złamanie obietnic nierozszerzenia NATO na wschód. Badania wskazują na wzrost użycia „naziści” i „ludobójstwo” w mediach kremlowskich, by wzniecać nastroje zagrożenia w rosyjskim społeczeństwie.

Natomiast blokada informacyjna i kontrola mediów ze strony Kremla służą manipulacji obrazem konfliktu. Rosja unika odpowiedzialności za wojnę, nazywając ją „specjalną operacją wojskową”. Jednocześnie odrzuca oskarżenia o zbrodnie popełniane przez żołnierzy rosyjskich w Ukrainie, oskarżając zachodnie media o fake news. Jednocześnie Rosja musiała się dostosować do ograniczeń w UE, która od marca 2022 r. zablokowała rosyjskie portale i kanały propagandowe w Europie (m.in RT i Sputnik. Można powiedzieć, że Rosja „zeszła do podziemia” i wykorzystuje fabryki trolli do wzmacniania narracji korzystnych dla Kremla, dostosowując przekaz do różnych grup odbiorców, np. we Węgrzech czy Niemczech – trolle przekonują o bezsensowności sankcji zachodnich przeciwko Rosji. Natomiast w Polsce na Rosja rozpowszechnia dezinformację o ukraińskich uchodźcach i insynuuje roszczenia Polski wobec Ukrainy, próbując poróżnić Ukraińców i Polaków.

W celu omijania blokad w UE, RT zastosowała strategię dostępu do różnych kanałów informacyjnych. Na platformie Telegram utworzono specjalny kanał „Videos in different languages”, gromadzący filmy dotyczące Ukrainy i umożliwiający ich dalsze udostępnianie w innych mediach społecznościowych. Wybierano Twitter jako główny środek dystrybucji, gdzie filmy RT były dostępne w 17 językach. Dodatkowo, treści były publikowane na platformach Gettr, Gab oraz TruthSocial. Ta taktyka umożliwiała rozpowszechnianie materiałów poprzez oficjalne konta rosyjskich ministerstw i ambasad. Szczególnie ciekawym zjawiskiem było zainteresowanie treściami hiszpańskojęzycznymi, zwłaszcza RT en Español, które docierały do latynoamerykańskich odbiorców. W kwietniu 2022 roku, RT en Español zajęła trzecie miejsce wśród najczęściej udostępnianych stron o tematyce inwazji Rosji na Ukrainę na platformie Twitter. Ta adaptacyjna strategia umożliwiała RT skuteczne osiągnięcie swoich celów informacyjnych pomimo ograniczeń w UE.

Analiza chińskiej propagandy i dezinformacji wykazuje istotne różnice w stosunku do rosyjskiego przekazu. Zauważamy celowe omijanie kwestii takich jak zwalczanie ukraińskich nazistów czy denazyfikacja Ukrainy. Chińska narracja dąży do wykreowania wizerunku dystansowania się od Rosji. Oficjalnie prezentowany dyskurs ma ukazać ChRL jako neutralne państwo, zachęcając do bezproblemowej współpracy (bussines as usual). Niemniej sposób, w jaki Chiny traktują wojnę, jednocześnie wskazuje na wspieranie perspektywy Rosji. Gdy chińskie media i przedstawiciele polityczni mówią o Ukrainie, używają określeń takich jak „kwestia ukraińska”, „kryzys ukraiński” czy „spór ukraiński”, z rzadka uznając Ukrainę za podmiot. Chiny nadal widzą Ukrainę w sferze wpływów Rosji. ChRL podziela także rosyjskie argumenty dotyczące „kwestii ukraińskiej”, sugerując, że to Zachód przyczynił się do wybuchu konfliktu. Chińska narracja o Rosji jest odmienna niż o Ukrainie, bo eksponuje częściej suwerenność i uzasadnione obawy o bezpieczeństwo Rosji. Oba państwa podzielają pewne elementy narracji, takie jak „zasada niepodzielności bezpieczeństwa”, która wydaje się być strategicznie wykorzystywana przez Chiny. Innym przykładem jest powielanie rosyjskich oskarżeń o laboratoria biotechnologiczne na Ukrainie. Chiny winią Zachód za kryzysy humanitarne i utrudnienia ekonomiczne, krytykując sankcje nakładane na Rosję. Sugerują, że Stany Zjednoczone zyskują na restrykcjach, czerpiąc zyski z broni i gazu sprzedawanych Europie. Manipulacja objawia się także w narracji o możliwości użycia broni jądrowej przez Rosję. Chiny wyrażają sprzeciw wobec takich gróźb, nie potępiając jednak bezpośrednio Rosji. Ich deklaracje o wspólnym przeciwstawianiu się użyciu broni nuklearnej pomimo wyraźnych wspierających deklaracji dla Rosji, stanowią istotny element strategii chińskiej dezinformacji.

Czy rosyjska i chińska dezinformacja działa?

Trudno jest ocenić skuteczność dezinformacji, bo przykłady rosyjskiej i chińskiej manipulacji wskazują, że ważne są nie tylko metody i treść przekazu, lecz także nastawienie odbiorców do ich adresatów. Kampanie propagandowe i dezinformacyjne prowadzone przez Rosję i Chiny są ukierunkowane na trzy główne grupy odbiorców: Zachód, Globalny Południe oraz ich własne społeczeństwa. Można przypuszczać, że dezinformacja i propaganda Chin okazują się bardziej efektywne w przypadku audytorium zachodniego (szczególnie wśród niektórych decydentów i dziennikarzy, ale mniej w społeczeństwach nastawionych do ChRL negatywnie), podczas gdy w krajach Globalnego Południa przeważa wpływ manipulacyjny Rosji.

Od momentu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku, rosyjska propaganda i dezinformacja przynoszą umiarkowane rezultaty na Zachodzie. W tej fazie konfliktu nie zdołały istotnie zmienić polityki UE i USA ani nie osłabiły wsparcia dla Ukrainy. Warto zauważyć, że w maju ubiegłego roku aż 93% europejskich respondentów badanych przez Eurobarometr wyraziło zgodę na udzielanie pomocy humanitarnej osobom dotkniętym konfliktem na Ukrainie, a 88% uznało, że UE powinna przyjmować uchodźców z Ukrainy. Wobec tego narzędzia rosyjskiej dezinformacji, jak trolle internetowe, nie odniosły zatem większego sukcesu. Niemniej jednak mogą wpłynąć na nastawienie niektórych społeczeństw, zwłaszcza węgierskiego i niemieckiego, do potencjalnych przyszłych sankcji wobec Rosji. Na przykład 47% Niemców uważa, że sankcje szkodzą UE bardziej niż Rosji, zaś tylko 12% uważa, że to Rosja jest nimi mocniej dotknięta. W Polsce skuteczną strategią antagonizacji Polaków i Ukraińców jest wykorzystanie kwestii historycznych (np. sprawy Wołynia) i ekonomicznych (np. zarzuty o przywileje Ukraińców w Polsce).

Skuteczność chińskich działań manipulacyjnych jest bardziej złożona. Okazjonalnie liderzy europejscy sugerują, że Chiny powstrzymują się od otwartego popierania Rosji, prezentując neutralne stanowisko i mogą pełnić rolę mediatora między Rosją a Ukrainą. W ten sposób wypowiadał się m.in. szef unijnej dyplomacji, Josep Borrell, oraz prezydent Francji, Emmanuel Macron. To jednakowe oświadczenia mogą wynikać z różnych motywacji, od prób oddalenia Chin od Rosji po chęć zabezpieczenia interesów gospodarczych. Niemniej jednak propagowanie narracji Chin dotyczącej wojny na Ukrainie utrwala fałszywe wyobrażenia o intencjach ChRL. Niektórzy zachodni politycy, eksperci i dziennikarze często uznają chińskie apele o zawarcie rozejmu i rozmowy pokojowe za wiarygodne. Są one traktowane jako oznaka zmiany narracji Chin, ukazującej ich odpowiedzialność i gotowość do powstrzymania działań Rosji. Te apele jednak przede wszystkim służą interesom Rosji i omijają dążenia Ukraińców walczących o wolność i suwerenność. Chiny nie nawołują Rosji do zawieszenia broni ani wycofania się z terytorium Ukrainy.

Natomiast skuteczność rosyjskiej propagandy w Globalnym Południu objawia się na przykład w głosowaniach w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pięć państw Ameryki Łacińskiej (Boliwia, Kuba, Salwador, Nikaragua i Wenezuela) wstrzymało się od głosu lub odmówiło uczestnictwa w głosowaniach Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które potępiały Rosję za inwazję na Ukrainę. Po masakrze w Buczy Meksyk i Brazylia wstrzymały się od głosu w sprawie rezolucji zawieszającej Rosję w prawach członka Rady Praw Człowieka. W maju 2022 roku brazylijski polityk i obecny prezydent, Luiz Inácio „Lula” da Silva, stwierdził, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski jest „tak samo odpowiedzialny za wojnę, jak Putin”. Wśród państw, które zagłosowały za rezolucją, 143 poparły ją, 5 było przeciw (w tym Rosja), a 35 wstrzymało się od głosu. Większość z tych państw stanowiły kraje afrykańskie, a także Chiny i Indie. W tej ostatniej grupie Rosja propaguje antyukraińską dezinformację.

Zamiast podsumowania…

Znajomy dziennikarz powiedział mi kiedyś, że kiedy ogląda się rosyjską telewizję, to ma się wrażenie, jakby Rosja była otoczona ze wszystkich stron Ukrainą. Zgodnie ze znanym w rosyjskim społeczeństwie syndromem „oblężonej twierdzy”, ktoś lub coś od zawsze czyha na Rosję, nie lubi Rosjan (Rusobobia), chce ją otoczyć, zniewolić lub zmienić. Ukraina pozostaje od lat nadrzędnym tematem rosyjskiej propagandy i treści dezinformacyjnych. Ten trend nasilił się w trakcie pełnoskalowej agresji FR na to państwo. W przypadku Chin wojna w Ukrainie skomplikowała jej relacje z UE, którą Chiny chciałby poróżnić z USA. Jednocześnie – wykorzystując dezinformację i propagandę – Rosja i Chiny chcą przekonać międzynarodową opinię publiczną, szczególnie odbiorców z Globalnego Południa, że to siły zewnętrzne sprowokowały konflikt na Ukrainie. Na ten moment – tam Zachód powinien wzmocnić swoje działania informacyjne i dyplomatyczne.

Agnieszka Legucka

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dlaczego Rosja traci okręty wojskowe na Morzu Czarnym?

Przyczyną strat ponoszonych przez Rosję na Morzu Czarnym jest m.in. zły system dowodzenia flotami.

Kolejny atak Sił Zbrojnych Ukrainy na rosyjskie obiekty wojskowe na zaanektowanym Krymie, który według informacji Głównego Zarządu Wywiadu Sił Zbrojnych Ukrainy zakończył się sukcesem, spowodował zatopienie dwóch rosyjskich małych okrętów desantowych. Ministerstwo Obrony Rosji nie przyznało się do tej straty, mimo opublikowania przez ukraiński wywiad wideo, na którym zarejestrowano atak.

Jak podało Radio Swoboda, 10 listopada w rejonie Zatoki Wuzkiej na zachodzie zaanektowanego Krymu, Siły Zbrojne Ukrainy zaatakowały za pomocą dronów małe łodzie desantowe rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Jak widać na filmie, celem ataku były jednostki „Akula” i „Serna”.

Serna to mała, wielofunkcyjna łódź przybrzeżna, mogąca pomieścić jeden czołg lub dwa transportery opancerzone, a także około 90 uzbrojonych żołnierzy. Statek przeznaczony jest do szybkiego transportu desantu drogą morską, a także do dostarczania różnych ładunków w trudno dostępne obszary wybrzeża.

Jak zauważa Mychajło Wojtenko, redaktor naczelny internetowego wydania „Morski Buleten”, ataki ukraińskich marynarzy na Morzu Czarnym na rosyjskie bazy i statki mają charakter systemowy. Dlatego z rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie niewiele już zostało.

Jak powiedział dziennikarzom Minister Transformacji Cyfrowej Ukrainy Mychajło Fiodorow, oprócz tego, że Ukraina zatopiła flagowy okręt Floty Czarnomorskiej, duży krążownik rakietowy „Moskwa” z jego rakietami, to trafiła też kilka innych rosyjskich okrętów – „Admirał Makarow”, „Iwan Gołubiec”, „Iwan Churs”, „Serhij Kotow”, „Akula” i „Serna”.

Fiodorow przypomniał, że w listopadzie 2022 r. prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski za pośrednictwem platformy UNITED24 uruchomił zbiórkę „na rzecz pierwszej na świecie floty dronów morskich”. Jest to wyjątkowe wydarzenie, które zmienia doktrynę prowadzenia wojny na morzu i sprawia, że ​​Rosjanie boją się o swoje statki. Dziś część Floty Czarnomorskiej Rosji poszła na dno… Rosjanie zmuszeni są przenieść pozostałą część, która ocalała z Krymu, gdzie są nieustannie atakowani przez ukraińskie rakiety i drony, do Noworosyjska na wybrzeżu Kaukazu, gdzie trudniej jest je zdobyć.

Andrij Jusow, przedstawiciel Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, komentując dla Radia Liberty informację o zatopieniu małych okrętów desantowych Floty Czarnomorskiej, powiedział, że „Ukraińskie drony morskie po raz kolejny pokazały, że mogą być niezwykle skuteczną bronią.” Jusow twierdzi, że Rosja nie ma obecnie nic, co mogłoby zastąpić zatopione statki.

Oleksandr Musienko, szef Centrum Badań Wojskowo-Prawnych, w komentarzu dla kanału telewizyjnego „Nastoyashe Vremya” (tworzonego przez RFE/RL przy udziale „Głosu Ameryki”) wyraził opinię, że uderzenia Sił Zbrojnych Ukrainy w rosyjskie obiekty wojskowe na Krymie oraz okręty rosyjskiej Floty Czarnomorskiej wpisują się w strategię mającą na celu osiągnięcie przez Ukrainę dominacji w północno-zachodniej części Morza Czarnego.

Co spowodowało rzeczywistą porażkę Floty Czarnomorskiej Rosji? Oczywiście oprócz umiejętności ukraińskich marynarzy i inżynierów istnieją inne czynniki. Jak oświadczył Minister Obrony Rosji Sergiej Szojgu podczas posiedzenia kolegium Ministerstwa Obrony Narodowej w dniu 21 listopada, floty wojskowe Rosji… nie zostały podporządkowane Naczelnemu Dowódcy Marynarki Wojennej Rosji.

Dziwne stwierdzenie. Kto zatem dowodził flotami wojskowymi Rosji, jeśli nie naczelny dowódca marynarki wojennej?

Jak wyjaśniał czytelnikom sewastopolski portal ForPost, w czasach ZSRR floty podlegały głównemu dowództwu Marynarki Wojennej. Jednak po rozpadzie ZSRR pod rządami ministra obrony Anatolija Sierdiukowa zostały one podporządkowane… terytorialnym okręgom wojskowym. „Cały system dowodzenia został wyeliminowany. Centralne stanowisko dowodzenia flotami, za pośrednictwem którego kierowano całą działalnością operacyjną floty, zostało zlikwidowane” – wyjaśnił dziennikarzom ekspert Serhij Gorbaczow. W tym czasie do zakresu obowiązków naczelnego dowódcy floty wchodziły wyłącznie kwestie związane z budową statków, oświatą i nauką oraz sportem.

Na przykład zarządzanie Flotą Czarnomorską odbywało się z Rostowa nad Donem. Istniał wydział składający się z kilkudziesięciu oficerów, którzy zarządzali Flotą Czarnomorską. Było to nieskuteczne, nieprofesjonalne i uciążliwe dla marynarzy. Przejawiało się to nawet w tym, że w ostatnich latach gospodarzem defilady morskiej w Sewastopolu nie był marynarz, ale generał armii Oleksandr Dwornikow. Wywołało to powszechne zdziwienie.

„Teraz powróci dawny system zarządzania, co powinno zaowocować podniesieniem statusu flot i ich lepszym zarządzaniem bojowym” – podaje serwis informacyjny ForPost. Stanie się to dopiero teraz, gdy cześć floty jest już na dnie morza…