WALTER ALTERMAN: Całkiem swobodnie bez sensu

Były wiceminister skarbu, również były minister aktywów państwowych, pan Artur Soboń, został wezwany przez sejmową komisję ds. wyborów kopertowych. Przesłuchanie miało kuriozalny przebieg. Najpierw, zgodnie z zasadami, dostał czas na swobodną wypowiedź. Mówił niedługo, a z tego co powiedział naprawdę nic nie wynikało. Potem członkowie komisji przystąpili do zadawania pytań. I na każde z nich Soboń odpowiadał taką formułką: „Wszystko co miałem do powiedzenia zawarłem w swobodnej formie wypowiedzi”. Niekiedy zmieniał formułkę (chyba z nudów) i odpowiadał na pytanie tak: „Wszystko co miałem do powiedzenia zawarłem w swobodnym czasie wypowiedzi”. I tak 161 razy.

A członkowie komisji powtarzali te formułki posła Sobonia. Potem powtarzały je media. I nikt nie zauważył, że w obu formułkach tkwi potężny logiczny błąd, że nie są one formułowane po polsku.

Nie ma bowiem czegoś takiego jak „swobodna forma wypowiedzi”. I dlatego pan Soboń powinien mówić o „formie swobodnej wypowiedzi”. Forma swobodnej wypowiedzi – tak jest poprawnie, od zawsze i żadne wybory tego nie zmienią. Bo komisja dała mu czas, aby w formie swobodnej wypowiedzi powiedział to, o czym wie. Język polski nie zna również formy „swobodny czas”.

Tragedia, że nikt tego nie zauważył. Ani ci z mediów, ani ci z komisji.  Dlatego wszyscy członkowie komisji powinni zostać ukarani (przez Marszałka Hołownię) trzydziestoma tysiącami złotych. Póki bowiem w Sejmie i Senacie wolno będzie pleść androny, w bliżej nieznanym nikomu języku, póty te ciała nie zapracują na ogólny szacunek.

Pan Soboń został co prawda ukarany trzema tysiącami za nieudzielanie odpowiedzi, ale to ma się nijak do potężnej kary, jaką powinien zapłacić, za niszczenie ojczystego języka.

Nie jestem panem waszych sumień

Nie jestem panem waszych sumień – powiedział Zygmunt Stary, w odpowiedzi na żądania polskich rzymsko-katolików, by „zrobić porządek” z tymi mieszkańcami Korony i Litwy, którzy byli   protestantami lub wyznawali religię w obrządku prawosławnym.

To zdanie jest od zawsze naszą dumą i ma świadczyć, że wojen religijnych u nas nie było, że z gruntu jesteśmy narodem tolerancyjnym. I oczywiście jest dla nas chlubą przed światem, który wiódł okrutne wojny religijne. Czy jednak historia czegoś uczy? Nie ma na to jednoznacznych dowodów. A jak dzisiaj realizowane są słowa naszego wielkiego króla?

Wydaje mi się, że w obecnej Polsce związki tronu i ołtarza są zbyt ścisłe. Skutkiem czego traci na tym kościół. Ludzie bowiem chodzą do kościoła po nauki moralne, po skupienie duchowe, po pociechę i modlitwę. Jeżeli jednak w kościołach (na szczęście nie we wszystkich) tematem kazań staje się polityka, to… część z tych ludzi po prostu przestaje chodzić do świątyń.

Teraz wraca sprawa aborcji, antykoncepcji i środków wczesnoporonnych. Kościół ma w tej sprawie swoje zdanie. I nie może ono być inne. W tych sprawach doktryna Kościoła jest surowa i tradycyjna. Zakładam, że ludzie wierzący podporządkowują się Kościołowi, że postępują kornie i zgodnie z nauczaniem Kościoła.

Jednakże prawo nie musi w zupełności podporządkowywać się Kościołowi, bo mamy w Polsce coraz więcej osób nie identyfikujących się z żadną religią. Poza tym kwestia aborcji jest kwestią sumienia każdego z nas i tak powinno zostać.

Do szalonego ogródka gościń i ministerek

Ponieważ dzisiejsze feministki językowe twierdzą, że „gościnia” była znana już w dawnych wiekach, zatem można i dziś nazywać tak gościa płci żeńskiej. Dlatego też, dla tych miłośniczek dawnych czasów i byłej tradycji, będę tu prowadził krótki słownik słów zapomnianych. Do wykorzystania przez panie będące parlamentarzystkami w Sejmie i Senacie.

Abjuracja – z łac. abjuratio – odprzysięganie, w prawie polskim oznacza formę prawną urzędowego ustąpienia rzeczy jakiej, z wyprzysiężeniem się jej własności. Abjuracja w rzeczach wiary znaczyła odprzysiężenie się czyli wyrzeczenie się błędów kacerskich.

Słowo ładne i brzmi z obca. Lepiej niż zaprzaniec, zdrajca czy łajza klubowy. Do wykorzystania w naszej praktyce parlamentarnej. Abjuracja i dzisiaj może być wielce przydatna, szczególnie dla tych, którzy zmieniają barwy partyjne.

Agażant – z franc. engageante, makietka długa białogłowska z forbotami. W książce z czasów saskich czytamy: Niewiasty dziwnemi agażantami zdobiły głowy swoje”.  Tu wyjaśnienie redakcji co do forbotu: Forbot, z hiszpańskiego forpado – frędzlowaty, nazwa staropolska koronek. Było w XVI wieku takie przysłowie, zanotowana przez Reja: „Z łyka forboty, szlachta bez cnoty”.

Ambaje – łac. ambages – mary, urojenia, przywidzenia, bałamuctwa, androny.

I to słowo może być wielce przydatne w naszych dysputach politycznych. Bo i po cóż krzyczeć, że ktoś tam kłamie. Jakże milej zwrócić komuś uwagę, że prawi ambaje.

Animusz – pod. wyrazów łac. animus, aniomose, w starej polszczyźnie oznaczał śmiałość ducha, odwagę i dzielność, jak również temperament szczodry i pański. Starzy Polacy mawiali: 1) Nie masz bardziej nie do pary jako wielki animusz, a mała intrata. 2) Zła tam rada, gdzie animusz pański, a błazeńska intrata.

Prawda, że słowo jak znalazła na dzisiejsze postawy – na wyrost, bez umiaru, nad miarę.

(Przykłady zaczerpnięte z „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunta Glogera.)

 

CEZARY KRYSZTOPA: Koalicja 13 grudnia przegra

Wydaje się, że do komentowania bieżących wydarzeń politycznych bardziej dziś nadają się prawnicy niż publicyści. Ale odkładając na bok skutki prawne, postaram się przyjrzeć skutkom wizerunkowym, tego co stało się wokół Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika.

Oczywiście najważniejsze, że wyszli. Wielodniowa głodówka mogła się skończyć różnie, zapewne nie bez powodu ostatniego dnia odsiadki Mariusza Kamińskiego do szpitala odwiozła karetka na sygnale. A jednak obydwaj są już z rodzinami, wydają się być w niezłej formie i w bojowych nastrojach.

Mogli to wygrać…

Warto się jednak przyjrzeć co ta sytuacja zmienia w ogólnym bilansie politycznych naprężeń. A wydaje mi się, że Koalicja 13 grudnia miała tu wszelkie narzędzia, by tę sprawę, szczególnie w oczach najtwardszego elektoratu, wizerunkowo wygrać. Z pomocą „nadzwyczajnej kasty”, która bezczelnie zakwestionowała sobie konstytucyjną prerogatywę Prezydenta dotyczącą prawa łaski, założyli Prezydentowi „podwójnego nelsona”. Z jednej strony presja emocjonalna – pozostający w więzieniu ludzie, którzy za walkę z korupcją powinni dostać medale, a nie pozostawać w więzieniu, z drugiej presja prawników (bo nie prawa) żeby przyznał, że w praktyce rezygnuje ze swojej konstytucyjnej prerogatywy. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że celem działań ludzi Tuska, oprócz chęci zemsty na zwalczających korupcję i wysłania sygnału, że „już można kraść”, był Prezydent, jego poniżenie i odebranie mu możliwości działania. Być może nawet przede wszystkim Prezydent.

I nie pomógłby tutaj nawet sprytny wybieg Prezydenta, który ponownego ułaskawienia dokonał w zupełnie innym trybie, nie konstytucyjnym, a kodeksu postępowania karnego, w którym, o ile dobrze rozumiem, nawet nie był inicjatorem procedury. Chyba mało kto zrozumiał istotę tego wybiegu, a też nikt nikomu tego specjalnie nie tłumaczył. Prawnie sprytne, wizerunkowo, zapewne byłoby nieskuteczne. Tym bardziej, że grube medialne ryby usiłowały sprawić wrażenie, że „Prezydent się złamał i ułaskawił drugi raz”. Sam nie od razu pojąłem na czym to polega. Wizerunkowo to było dla Koalicji 13 grudnia absolutnie do wygrania.

 

..ale przegrają

Ale nie będzie. Nie będzie ponieważ wywołano potężną histerię. Zawziętość i pospiech z jakim ścigano Kamińskiego i Wąsika, wyzywanie od „przestępców”, „kryminalistów”, „zbrodniarzy”, ludzi, którzy zostali skazani w dość wątpliwym procesie za błędy proceduralne w śledztwie ws. korupcji, po którym miały miejsce skazania (!), skumulowały potężny negatywny ładunek emocjonalny, zupełnie nieadekwatny do skali ich „winy”.

„Elyty” medialne dostały czegoś w rodzaju ataku szału. Arleta Zalewska z TVN usiłowała dopytywać na korytarzach sejmowych o to jak ukarać uwięzionych posłów za głodówkę, która prowadzą, Kamila Biedrzycka z Super Expressu zrobiła na Twitterze aferę o to, że żona Mariusza Kamińskiego puściła do swojego syna „oczko” z radości po informacji o uwolnieniu męża, Patryk Michalski z Wirtualnej Polski wypuszczał kolejne tweety (xity?) z szybkością pepeszy ideowego matrosa. A to tylko trzy z wielu przykładów.

I nie ma się czemu dziwić, że konsumentom ich przekazu odwaliło. Jak zauważył Piotr Semka, na profilach „wiodących mediów” pojawiły się komentarze, w których ośmiogwiazdkowcy wygarniali swoim ukochanym przekaziorom, które w ich mniemaniu po wyjściu z więzienia „za dużo już pokazywały Kamińskiego i Wąsika”. Nie mogli znieść widoku uśmiechniętych posłów PiS, nie mogli znieść widoku padających w objęcia rodzin, nie mogli znieść słów jakie padały z ich ust, słów godnych i pozbawionych skazy strachu czy pokory skruszonych przed potęgą „przestępców”. Oczywiście, że jeśli wywołało się histerię żądzy zemsty, nie mogą być sukcesem wizerunkowych obrazy ludzi duchowo silnych i szczęśliwych.

Dlatego uważam, że tę bitwę, na własne życzenie, Koalicja 13 grudnia przegra. To czy wygra ją PiS, jest już tematem na oddzielny tekst.

Raszyści niszczą nasze życie – TRZECI fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kiedy przechodziłem obok Urzędu Miejskiego, widziałem ludzi pchających wózki supermarketowe wypełnione po brzegi najróżniejszymi rzeczami. Uderzające było to, że oprócz jedzenia znajdowały się w nich butelki drogiego alkoholu i… zabawki dla dzieci – ogromne misie i króliki. Ludzie brali wszystko, co przyszło im do głowy…  –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ. Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

 

26 lutego 2022, sobota

Godz. 8.09. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dzień zaczął się od radosnej (lokalnej) wiadomości: Ninusia zadzwoniła i powiedziała, że ​​u nich wszystko w porządku. Zamierzają jednak przeprowadzić się z synem i mężem do jego kuzynki Lesi, która mieszka na ulicy Żowtniewej, niedaleko dworca kolejowego. Moja córka uważa, że ​​tam będzie bezpieczniej.

Tamara odczuła lekką ulgę, że dzieci żyją. Zastanawia się, czy mają coś do jedzenia. A wkrótce będziemy mieć problemy z jedzeniem. Na szczęście jest światło i gaz. Można ugotować coś na kuchence. Ale, szczerze mówiąc, apetyt nie dopisuje.

Choć mam niewielki zapas papierosów, palę jeden za drugim. W tym tempie wkrótce mi zabraknie. Muszę iść na zakupy. Sąsiedzi mówią, że ATB na Energetyków, „Silpo” w Avenir Plaza i Novus nadal działają.

Godz. 10.37. Bucza, ul. Energetyków nr 6, sklep ATB. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Po założeniu torby na ramię udałem się do ATB. Kiedy przechodziłem obok Urzędu Miejskiego, widziałem ludzi pchających wózki supermarketowe wypełnione po brzegi najróżniejszymi rzeczami. Uderzające było to, że oprócz jedzenia znajdowały się w nich butelki drogiego alkoholu i… zabawki dla dzieci – ogromne misie i króliki. Ludzie brali wszystko, co przyszło im do głowy. Zrobiło mi się przykro…

W pobliżu ATB ogromna kolejka. Niemal nad głową przelatują pociski i rakiety, a ludzie stoją. Nie mam wyjścia, dołączam do tego fatalnego tłumu. Czasem dochodzi do sprzeczek typu „nie stałeś tu”, ale bójek nie było.

Po dwóch godzinach triumfalnie trzymałem w rękach paczkę papierosów, a torbę na ramię wypełniłem płatkami śniadaniowymi i konserwami. Powiodło się!..

Godz. 12.50. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

– Mój ty zaopatrzeniowcu – śmieje się Tamara, kiedy wykładam na stole towar ze sklepu. – Teraz jesteśmy uratowani…

– Kupiłem trochę płatek. To najlepszy sposób na zaspokojenie głodu… Przydadzą się…

– A co z moją figurą? – żartuje żona.

– Figurą… – przytulam moje słońce – masz ją!

– Jak cię kocham! – pociesza Tomoczka.

Godz. 14.36. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Pomimo słabego połączenia zadzwoniła siostra Tamary Luda, która mieszka z mężem w Stojance. Przerażona – rakiety wroga nieustannie przelatują nad wioską. Rosjanie zniszczyli już kilka domów. Mówi, że ich najbliższa krewna, z  którą przez całe życie szczerze się przyjaźnili, 23 lutego razem z rodziną opuściła Ukrainę. Jej syn pracuje w „właściwych władzach”, więc wiedział o nieuniknionym zbliżaniu się wojny. Ludzie byli oburzeni, że ta osoba nawet nikomu nie wspomniała o realnej możliwości rosyjskiej agresji. Zebrali się tutaj, a Luda nie może się powstrzymać: „Pieprzcie się, suki!”

Godz.15.52. Bucza, ul. Poleva 19, Centralny Szpital Miejski Irpin. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Roman przeczytał na portalach społecznościowych, że apteki w Buczy są zamknięte, a szpital potrzebuje pomocy ze względu na dużą liczbę rannych. Podano listę, co jest potrzebne. Tamara dokładnie ją przestudiowała i w milczeniu skierowała się do naszych zapasów.

– Weź watę, bandaże, środki uspokajające, antybiotyki – zwróciła się do mnie żona. – Wszystko co jest…

W szpitalu dużo ludzi. Odpowiedzieli na wezwanie. Niosą, tak jak ja, wszystko, co było w domu. Transportowani są okaleczeni żołnierze i cywile.

– Czy mogę w czymś pomóc? – łapię za rękaw fartucha zaniepokojonego znajomego lekarza.

– Możesz… – odpowiada nerwowo. – Nie przeszkadzać…

Bez urazy… Sytuacja nie zachęca do obelg i honoru… Wojna…

Godz. 18.25. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Szok minął. Zaczynamy przyzwyczajać się do tej sytuacji. Przystosowywać się do życia w nowych, trudnych warunkach.

Najpierw zadzwonił mój przyjaciel z Korostenia Wiktor Wasylczuk. Martwi się: jak teraz wydawać gazetę „Korosten wieczerni”, skąd wziąć na to fundusze?… Martwi się też o swoich licznych „mniejszych braci”. Wiktor ma kilkanaście kotów, żółwia, rybki, papugę… Karma się kończy, a on nie wie, skąd ją teraz wziąć… Mówię: „Trzymaj się”. Zgadza się sarkastycznie: „Tylko czego?…”

Za chwilę nowy telefon. To Slavko Zholdak, mój najlepszy przyjaciel z czasów studenckich. Slava lub Slavusik, jak go nazywaliśmy, pochodzi z literackiej rodziny ojciec jest satyrykiem, humorystą i tłumaczem, Bohdan to sławny ukraiński pisarz, ulubieniec bohemy. Są też dalecy krewni – dramaturg Walery Zholdak i jego syn Andrij, znany w Europie reżyser teatralny. Jednak Slava nigdy nie był na świeczniku. Przede wszystkim lubi piwo, Dynamo Kijów, jeansy Lee i piosenkę July Morning „Uriah Heep”. Przez całe życie uczył języka i literatury ukraińskiej w gimnazjum. Niestety nie poszedł drogą ojca i brata, choć posiada spore zdolności. Trochę pisze do gazet.

A Slavko to zatwardziały kawaler. Jego jedyną prawdziwą miłością jest nieżyjąca już kotka Marysya. Kochał ją na zabój…

(…).

Godz. 21.14. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nocujemy w piwnicy. Widzę, że Tamara jest wściekła, ale stara się wytrzymać, żartując o naszym nowym mieszkaniu. Roman praktycznie nie wychodzi na zewnątrz. Boi się? Może. Jednak na zewnątrz jest spokojny. Czyta nam na głos wiadomości. Nie napawają one optymizmem – Rosjanie atakują ze wszystkich stron. Zełenski błaga Zachód, aby „zamknął niebo”. Nie słychać nas… A raszyści, w ewidentny sposób wykorzystując niezdecydowanie „wolnego świata”, bezlitośnie niszczą nasze życie…

 

„Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę” – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina historię Grobu Nieznanego Żołnierza

24 stycznia 1925 r. Rada Ministrów RP podjęła decyzję o budowie w Warszawie Grobu Nieznanego Żołnierza – w arkadach Pałacu Saskiego. Niemcy wysadzili Pałac już po Powstaniu Warszawskim: w ostatnich dniach grudnia 1944 r. Teraz – razem z jego odbudową (jeśli tak się stanie) – Grób odzyska historyczny kontekst.

Dnia 17 sierpnia 1920 r. w Zadwórzu – wsi położonej 33 km od Lwowa – 330 młodych Polaków stoczyło zwycięski bój z przeważającymi siłami bolszewików, nie dopuszczając do zdobycia przez nich miasta. Złożony głównie z lwowskiej młodzieży batalion Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego przez 11 godzin stawiał heroiczny opór napastnikom.

Obrońcy odparli sześć szarż konnych armii Budionnego. Batalion uległ dopiero po przybyciu nowych sił kawalerii bolszewickiej i po wyczerpaniu amunicji. W nierównej walce poległo 318 polskich żołnierzy. Walczyli do końca na kolby i bagnety. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Sowieci rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami. Zabitym odcinali głowy, ręce i nogi, zabierali ubrania. Pozostali przy życiu ranni oficerowie ostatnimi nabojami odbierali sobie życie. Opór ochotników pod Zadwórzem umożliwił innym oddziałom polskim wycofanie się i zajęcie pozycji obronnych pod Lwowem.

Ciała pięciu poległych oficerów, które udało się zidentyfikować, zostały pochowane na cmentarzu Orląt we Lwowie. Pozostali bohaterowie spoczęli na żołnierskim cmentarzu, w pobliżu usypanego na ich cześć kurhanu, gdzie umieszczono tablicę pamiątkową z napisem: „Orlętom poległym w dniu 17 sierpnia 1920 roku w walkach o całość ziem kresowych”. Do 1939 r. pomnik chwały był celem wypraw kombatantów, harcerzy i młodzieży, gdzie składano ślubowania i przyrzeczenia.

Pod Zadwórzem zginął m.in. 19-letni Konstanty Zarugiewicz, polski Ormianin, uczeń siódmej klasy, obrońca Lwowa z 1918 r., kawaler Krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. W 1925 r. jego matka Jadwiga Zarugiewiczowa została poproszona, aby spośród ciał znalezionych na pobojowisku wskazać jedno, które złożono następnie w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Wcześniejszego wyboru Lwowa jako miejsca pochodzenia szczątków bezimiennego żołnierza dokonał 4 kwietnia 1925 r. z 15 pobojowisk, na których w latach 1914-1920 rozegrały się najbardziej krwawe walki o niepodległość, Józef Buczkowski – ogniomistrz 14. Pułku Artylerii Polowej, kawaler Virtuti Militari.

Lekarz ocenił wiek zabitego na ok. 14 lat, stwierdził u niego postrzały w głowę i w nogę, co dowodziło śmierci w boju. Po pożegnalnym nabożeństwie we lwowskiej katedrze zwłoki przybyły pociągiem na stołeczny Dworzec Główny 2 listopada 1925 r., skąd kondukt przeszedł do katedry św. Jana na okolicznościową Mszę Świętą. Następnie trumnę na armatniej lawecie w uroczystym pochodzie przetransportowano na pl. Saski. Na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza w arkadach Pałacu Saskiego w Warszawie znalazł się napis: „Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę”.

Niemcy wysadzili Pałac już po Powstaniu Warszawskim: w ostatnich dniach grudnia 1944 r. Teraz – razem z jego odbudową (jeśli tak się stanie) – Grób odzyska historyczny kontekst.

Hubert Bekrycht: DZIENNIKARSKA RADA OCALENIA NARODOWEGO (DRON) – cyklu „Satyra i przyszłość”

Na podstawie dekretu z 13 grudnia 2023 roku o powstaniu Rządu Unieważnienia Wszystkiego (RUW), podajemy, że 23 stycznia 2024 roku powstała DZIENNIKARSKA RADA OCALENIA NARODOWEGO (DRON). Rada ma wprowadzać dobre zwyczaje dziennikarskie nie niepokojąc władzy wykonawczej, sądowniczej. A i władzy prawodawczej też.

Od 24 stycznia 2024 r. do odwołania wz. z uchwałą tajną uchwałą Sejmu (przy 196 wykluczonych posłach, wszyscy za) w dziennikarstwie obowiązują następujące przepisy:

  1. Unieważnienie wszystkiego do 13 grudnia 2023 roku;
  2. Wprowadzenie pierwszeństwa w kolejce po wazelinę dla dziennikarzy popieranych przez RUW a co za tym idzie przez DRON (nie dotyczy osób mających postępowania przed komisjami ds. ważności uprawnień dziennikarskich);
  3. Zakazuje się mieć rację dziennikarzom innym niż należącym do DRON (racje członków DRON wymagają konsultacji z wojewódzkimi namiestnikami RUW, d. wojewodowie);
  4. Prawdę można przekazywać wyłącznie na swoją odpowiedzialność w pełnej świadomości kar i nagan oraz ograniczeń.
  5. Jedynym środkiem odwoławczym jest zażalenie. Przepisy nie precyzują do kogo i w jakim trybie, ale lepiej w ogóle nie pisać.

 

Kary obowiązujące od 24 stycznia 2024 r. dla dziennikarzy przeciwstawiających się DRON:

  1. Zjedzenie legitymacji dziennikarskiej publicznie w ciągu jednej godziny a legitymacji zalaminowanych i tekturowych w ciągu maksimum 3 godzin;
  2. Złożenie samokrytyki wobec neo władz TVP, PR i PAP a w przypadku mediów konserwatywnych wobec sędziego wylosowanego po losowaniu LOTTO.
  3. Od 6 miesięcy do roku w redakcji i 19.30 w TVP1 jako goniec na trasie Centrala TVP – KRPM;
  4. Od roku do 2 lat w redakcji Teleekspresu jako redaktor wydania koleżanek i kolegów;
  5. Od 2 lat do lat 10 w nowym TVP INFO jako szef programu narodowego;
  6. Kary dodatkowe: rozmowy z red. Czyżem o przyszłości dziennikarstwa w paśmie Pytania na Śniadanie oraz czytanie przez tydzień wpisów Krzysztofa Lufta na platformie X (d. Twitter).

 

Dla wyjątkowo opornych seanse programów kulinarnych i partyjnych z udziałem polityków KO, TD, NL i Konfederacji oraz udział w programie telewizyjnym i radiowym (jednocześnie) nazwie „Odleć”.

Różne typy olśnień opisuje WALTER ALTERMANN: Godność? Nie słyszałem…

W ciągu ostatnich kilku miesięcy miałem okoliczność (nie piszę, że przyjemność) spotykania się z pewnym dyrektorem pewnej „ważnej placówki kulturalnej”.  Pan ten, całkiem już dojrzały, w wieku nawet przedemerytalnym, bardzo chciał być postrzegany jak człek do cna apolityczny.

– Ja tam polityką się w ogóle nie interesuję. Ja jestem człowiekiem sztuki i tylko sztuki.

Po raz pierwszy powiedział to do mnie w połowie roku 2023, jeszcze przed wyborami. I powtarzał to gdzieś tak do połowy grudnia 2023 roku. W końcu zainteresowałem się jego „apolitycznością”. Zasięgnąłem tu i ówdzie języka i okazało się, że w czasie zaprzeszłych rządów Platformy Obywatelskiej i PSL-u deklarował się wobec działaczy tych partii jak zwolennik szeroko rozumianej demokracji, daleko posuniętej wolności obyczajowych oraz ogromny miłośnik wsi, chłopów, sianokosów i młócki na klepisku.

Potem jednak przyszły lata rządów PiS. I nasz dyrektor deklarował się wtedy, wobec polityków tej partii, jako zwolennik tradycji, moralności i twardej linii wobec „nowinek” obyczajowych. Wskazywał nawet na to, że w podległej mu placówce, na żadne tam nowinki nie ma miejsca.

Tu muszę zaznaczyć, że każdorazowa miłość dyrektora do aktualnie panujących partii skutkowała finansowym wsparciem jego placówki i podwyżkami jego pensji. Nie była to zatem miłość do końca czysta. Była raczej… wyrachowana.

Nagle, gdzieś tak z końcem grudnia 2023 roku, dyrektor nagle powiedział do mnie:

– No i widzi pan, co ten PiS porobił? Dno, kompletne dno.

No i jak takiemu komuś można odpowiedzieć? To jest poważne pytanie. Byłem tak zaskoczony, że coś tam wymamrotałem o sztuce, która jest apolityczna. Może powinienem mu przylać? Ale lać ręcznie starszego człowieka? Nie wypada. Choć szuja.

Marny charakter ludzkości 

Ludzkość od zawsze skłonna jest do zaprzaństwa, kłamstwa i zdrady. Kto nie wierzy, niech uważnie przeczyta Stary oraz Nowy Testament. W tych wielkich księgach znajdziemy ogromną liczbę opisanych przypadków ludzkiej małości i podłości. Ci, którzy spisywali słowa Boga byli uczciwi bowiem wobec faktów (być może ze strachu przed gniewem bożym) i przedstawiali fakty, jakimi były.

W Ewangelii wg św. Łukasza mamy taki opis narodzin Jana Chrzciciela, które są zapowiedzią      przyjścia na świat Jezusa. A późniejsza działalność Jana Chrzciciela jest natomiast niezbędna dla dzieła Jezusa.

NARODZENIE I ŻYCIE UKRYTE JANA CHRZCICIELA I JEZUSA.

PRZED NARODZENIEM

Za czasów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zachariasz, z oddziału Abiasza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elżbieta. Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach. Kiedy w wyznaczonej dla swego oddziału kolei pełnił służbę kapłańską przed Bogiem, jemu zgodnie ze zwyczajem kapłańskim przypadł los, żeby wejść do przybytku Pańskiego i złożyć ofiarę kadzenia.  (…) Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. Lecz anioł rzekł do niego: „Nie bój się Zachariaszu! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan.  Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana (…) Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych – do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały”.

Na to rzekł Zachariasz do anioła: „Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku”. Odpowiedział mu anioł: „Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie”.
Lud tymczasem czekał na Zachariasza i dziwił się, że tak długo zatrzymuje się w przybytku. Kiedy wyszedł, nie mógł do nich mówić, i zrozumieli, że miał widzenie w przybytku. On zaś dawał im znaki i pozostał niemy. A gdy upłynęły dni jego posługi kapłańskiej, powrócił do swego domu. Potem żona jego, Elżbieta, poczęła i pozostawała w ukryciu przez pięć miesięcy. „Tak uczynił mi Pan – mówiła – wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi”.

Jeżeli jeden z najwyższych kapłanów Izraela nie uwierzył wysłannikowi Boga, to co powiedzieć o zwykłych śmiertelnikach? Zatem przyjście Pana zaczyna się od niewiary, i tak samo kończy. Po śmierci Jezus objawia się swoim uczniom, którzy mieli przecież szczęście słuchać Go, obserwować i razem przemierzać drogi Galilei, ale jeden z tych wybranych dwunastu, Tomasz, nie wierzy. Co tak przedstawia Ewangelia wg św. Jana.

Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!”  A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. (…)
Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: „Widzieliśmy Pana!”  Ale on rzekł do nich: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz [domu] i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!” Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż [ją] do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym! Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

Skoro takie przypadki (dotyczące błogosławionych w wierze) opisuje Biblia, to może nie wypada dziwić się swoim współczesnym? A jednak ciągle się dziwię.

Olśnienia cykliczne

Olśnienie jest jednym z metafizycznych sposobów dojścia do duchowej wiedzy. Olśnienie nie ma nic wspólnego z logicznym myśleniem, liczeniem, ważeniem i rozpatrywaniem. Jest darem – i kropka. Obecnie, po ostatnich wyborach parlamentarnych olśnionych jest coraz więcej, jakby rozbiła się nad Polską wielka bania z Łaską Pańską.

Teraz coraz więcej ludzi (jak ów opisany na początku dyrektor) doznaje olśnienia. Przykro na to patrzeć, gdy ma się w pamięci, jak jeszcze dwa miesiące wcześniej tym nowo-olśnionym, ręce puchły od oklasków na widok prominentów PiS. Jak zdzierali sobie gardła, wznosząc okrzyki na cześć.

I jak bojowo tłumaczyli każdą głupotę, która zdarzyła się ludziom PiS. Bo przecież głupoty zdarzają się każdemu.

Teraz ci olśnieni walczą o nowy rząd. I bronią jego głupot. Przykre to, b nie lubię patrzeć, jak ludzie się szmacą. Wstydzę się za nich i czerwienię się ze wstydu, za nich.

Olśnienia na styku

W Polsce najwięcej olśnień w ostatnich dwustu latach dało się zauważyć na styku dziejów. To jest w czasach, gdy upadała komuna a rodziła się nowa era. Tedy to olśnienia były wprost masowe. Szczególnie wśród były członków PZPR. Ci nuworysze, zupełnie jak w czasach Wielkiego Marszu Mao, publicznie oświadczali, że byli oszukiwani, że nie wiedzieli czym jest w istocie komuna. Szczególnie okrutni w tym samobiczowaniu byli działacze PZPR. Właśnie ci, którzy nie mogli nie wiedzieć.

Zauważę też, że wśród wtedy olśnionych była spora grupa rządowych dziennikarzy. Warto o tym pamiętać, bo coś mi się zdaje, że i teraz dziennikarze (jako bardzo uświadomiona grupa obywateli) będą w awangardzie nawróconych, po olśnieniu.

Zabawne, że nowa rzeczywistość łatwo im wybaczała. Może z dobrego serca? Może ta nowa rzeczywistość liczyła, że jednak przydadzą się w konkretnej pracy dla Ojczyzny? Ponieważ jednak ci nawróceni nic nie umieli (poza robieniem propagandy), przeto nie przydali się do niczego, ale swoje kariery w nowych czasach porobili.

WOŁODYMYR SYDORENKO: „Partyzanci krymscy” intensyfikują walkę o wyzwolenie półwyspu

Dziś Krym, który od 9 lat jest okupowany przez Rosję, nie jest regionem spokojnym. Na półwyspie dochodzi do konfrontacji najeźdźców z siłami patriotycznymi. Ci drudzy nazywają siebie „partyzantami krymskimi” i łączą akcje wyzwoleńcze z taktyką pokojowego oporu wobec okupacji.

Na Krymie działają podziemne jednostki „partyzanckie”, które nazywają siebie „Żółtą Wstążką”, organizacja krymskotatarska „Atesz”, grupa kobiet „Walczące Mewy” i inne. Jak podał na swoim kanale Telegram proukraiński ruch „Żółta Wstążka”, liczba jego działaczy osiągnęła 3500 osób.

„Bycie działaczem ruchu ‘Żółtej Wstążki’ to nie tylko wieszanie wstążek i wklejanie plakatów, rysowanie graffiti, ale także przekazywanie informacji o naruszeniach praw człowieka, informacji o oddziałach wroga do chatbota „Wróg”. I czekanie na moment, kiedy armia ukraińska przekroczy granicę obwodu chersońskiego z ukraińskim Krymem” – czytamy w komunikacie.

W ostatnich tygodniach pojawia się coraz więcej wypowiedzi na temat ukraińskiej kontrofensywy. Nic nie wiadomo o jej dacie i miejscu. Niektórzy nazywają Donbas celem Kijowa, inni mówią o Krymie. Szef Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy Kyryło Budanow oświadczył, że odzyskanie Krymu jest równoznaczne z wyzwoleniem innych terytoriów ukraińskich i prorosyjscy mieszkańcy półwyspu go opuszczą. Niedawno dziennikarze portalu Krym.realii (projektu Radia Liberty) opublikowali interaktywną mapę zaanektowanego przez Rosję Półwyspu Krymskiego z instrukcjami geolokalizacyjnymi 223 czynnych, tymczasowych i zachowanych obiektów wojskowych Federacji Rosyjskiej, które są głównym celem ataków „Partyzantów krymskich”. Nie tylko organizują oni akcje zbrojne – wysadzanie torów kolejowych i mostów, ale także pomagają namierzać ukraińskim rakietom i dronom obiekty wojskowe na Krymie. Dzięki temu trafiono już wiele celów w Sewastopolu, np. duży statek „Nowoczerkask”, statek „Tarantul”, bazy obrony powietrznej na Krymie Północnym i inne obiekty.

Od sierpnia 2022 roku na Krymie i w Sewastopolu niemal codziennie można usłyszeć odgłosy eksplozji. Władze rosyjskie przemilczają ataki ukraińskich dronów i „akcje partyzanckie” i tłumaczą to jako „prace obrony powietrznej”. Na półwyspie panuje podwyższony (żółty) poziom zagrożenia terrorystycznego ustalony przez władze okupacyjne. Lotnisko w Symferopolu jest zamknięte.

Jednocześnie władze okupacyjne rozszerzają represje wobec proukraińskich działaczy dążących do wyzwolenia półwyspu. I tak, jak podaje Centrum Zasobów Tatarów Krymskich, w 2023 roku władze okupacyjne na Krymie przeprowadziły 65 rewizji, 173 zatrzymania, 186 przesłuchań i 217 aresztowań.

Dlaczego rosyjskie siły bezpieczeństwa prześladują proukraińskich mieszkańców Krymu? Jakie niebezpieczeństwo widzi rosyjski rząd w akcjach protestacyjnych? A co te dane mogą powiedzieć o poziomie oporu mieszkańców półwyspu?

Prezes zarządu Centrum Zasobów Tatarów Krymskich Eskender Bariew powiedział w Radiu Swoboda, że ​​na Krymie „ludzie są zatrzymywani, aresztowani, karani grzywnami i osadzani za kratami pod zarzutem ekstremizmu, terroryzmu i dyskredytacji sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej.” Większość zatrzymanych i aresztowanych to Tatarzy krymscy. Tym samym na 173 przypadki zatrzymań odnotowanych przez obrońców praw człowieka 119 dotyczyło Tatarów krymskich. W 2023 r. pojawiło się jeszcze więcej spraw związanych z zarzutami o udział w batalionie im. Nomana Czelebidżikhana, uznawanym w Rosji za organizację terrorystyczną. .

Eskender Bariew twierdzi, że „w 2023 r. rosyjskie siły bezpieczeństwa ‘udoskonaliły schemat’ ścigania za ‘dyskredytację sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej’. „Na przykład w jakiejś restauracji lub lokalu puszczano ukraińską muzykę, albo w sieciach społecznościowych pojawiały się informacje, że mieszkańcy Krymu wspierali Ukrainę lub nazywali rzeczy po imieniu, na przykład rozmawiali o wojnie na Ukrainie. Wtedy zaczynają działać represje – przychodzą do tej osoby, zaczynają ją torturować, następnie zastraszają, żądają przeprosin, próbują zmusić ją do zaśpiewania hymnu Federacji Rosyjskiej. Zdarzają się przypadki, gdy ludzie odmawiają i otwierane są sprawy karne. A przeciwko tym, którzy się zgodzą, otwierane są sprawy administracyjne.”

„W 2023 roku znacząco nasilił się ruch antyrosyjski na Krymie, a wśród Ukraińców i Tatarów krymskich wzrosły nastroje patriotyczne. Dlatego wiemy, że krymskie władze represyjne otrzymały od Moskwy rozkaz stłumienia i zaprzestania tego wszystkiego” – wyjaśnia w Radiu Swoboda koordynator ruchu oporu „Żółta Wstążka”, którego nazwisko jest ukrywane ze względów bezpieczeństwa. „Demonizują wszelki opór, nazywają go nazizmem, żeby ludzie się bali. Przyklejają etykiety terrorystów” – mówi lider „Żółtej Wstążki”.

„Władze rosyjskie starają się pokazać masę zatrzymań i kar za jakiekolwiek przejawy proukraińskiego stanowiska, ale też wręcz przeciwnie – ukryć skalę proukraińskich działań” – zauważa. – „Włączyłeś hymn Ukrainy albo wywiesiłeś do wyschnięcia żółty T-shirt i niebieskie spodnie, a natychmiast wpada do ciebie funkcjonariusz FSB lub policja. Wyważą wam drzwi, połamią ręce, a potem oskarżą o szerzenie ukraińskich symboli… Nawet za żółto-niebieski manicure zostaniecie zatrzymani, za żółto-niebieską opaskę na włosy” – powiedział lider „Żółtych” Wstążka”.

Przyznał, że takie metody działają.

„Nasz ruch byłby jeszcze bardziej masowy, ale wiele osób boi się pokazać swoje proukraińskie stanowisko, stają się bardziej ukryte, zamknięte w sobie”.

„Jednak statystyki pokazują, że każdego dnia przyłączają się nowi aktywiści z Krymu. Jeśli na przykład na Krymie eksploduje nowy statek, kwatera główna lub rosyjski skład amunicji, przyłączać się będzie coraz więcej ludzi. Więcej osób będzie pisać, wysyłać zdjęcia, filmy lub przekazywać bardzo ważne informacje siłom obronnym Ukrainy” – powiedział koordynator „Żółtej Wstążki”.

 

Język we współczesnym, mało strawnym, sosie – WALTER ALTERMAN Odprawa posłów 2.0

Jana Kochanowskiego „Odprawa Posłów Greckich” to wielka polska klasyka. Jej treścią są  przestrogi dla Polski i jej najmożniejszych obywateli. I jak to z klasyką bywa, po wiekach powtarza się ją, kopiuje, naśladuje. Oczywiście najczęściej nieudolnie, bo mistrz z Czarnolasu był wielki, a współcześni naśladowcy… nie są mistrzami. Ostatnio przeżyli „Odprawę posłów” w wersji groteskowej panowie Joński i Szczerba. Bo byli odprawiani sprzed bram spółek skarbu państwa.   

Posłowie Dariusz Joński i Michał Szczerba zasłynęli przeprowadzaniem kontroli poselskich, których celem było – zdaniem posłów – ujawnienie ukrywanych przez rząd PiS nieprawidłowości z dotacjami dla wielu różnych stowarzyszeń, fundacji, innych organizacji społecznych. Sprawdzali także spółki skarbu państwa, żeby i tam wykryć rozdawnictwo dotacji. Panowie napisali nawet książkę „Wielkie żniwa. Jak PiS ukradł Polskę”.

Można zatem powiedzieć, że obaj, jeszcze cztery lata temu, nieznani politycy odnieśli oszałamiający sukces. Nie odniosę się co do prawdy odkrywanej w ich dochodzeniach. Bardziej bowiem, od początku ich działalności kontrolnej, interesowało mnie, jak ów sukces wpłynie na obu młodych ludzi. Szczególnie na łodzianina Jońskiego, który – w ciągu kilku – lat z lokalnego lidera SLD stał się liderem listy Koalicji Obywatelskiej w Łodzi. 

I nie musiałem długo czekać. Oto poseł Dariusz Joński, w TVN24, 16 stycznia 2024 roku,  przemówił tak: „Prezesi niektórych spółek skarbu państwa byli tak bezczelni, że złożyli doniesienia do prokuratury na nas, że byliśmy tak uprzejmi, że chcieliśmy te spółki skontrolować”.

Jednak koszty popularności młodych polityków są ogromne. Bo jakąż to uprzejmością jest  poselskie najazd na spółki skarbu państwa? Toż to dla tych prezesów ogromny kłopot, nerwy i panika.

Jest oczywiste, że poseł Joński ma spore kłopoty z frazeologią oraz znajomością podstawowych  znaczeń dużej liczby słów z zasobów języka polskiego, skoro mówi, że jego działania to „uprzejmość”. Albo też tak już odleciał, że sam dla siebie stał się majestatem i przemawia jak król, lub książę udzielny, który zniża się do ludu, czyniąc mu „uprzejmości”.

W sumie – gdyby Joński mówił prosto, językiem potocznym, nie miałby problemu. Tak dzieje się zresztą zawsze, gdy ktoś chce mówić językiem nowym, innym niż mówili rodzice. Chociaż… jaka matka, taka natka, nie daleko pada jabłko od jabłoni… Joński chce błyszczeć, i zapewne uważa, że poseł musi mówić dziwnym językiem. I stąd te jego prześmieszne wpadki. Przykre.

Rząd komunikacyjny

W portalu Energetyka24.com, 20 stycznia 2024 roku, w artykule „Atomowy tydzień. Nietypowa propozycja na deal z Koreańczykami” znajdziemy taki dziwożon: „Kurz po wrzawie opadł, a pozostały tylko smutne wnioski. Nowy rząd nie podał komunikacyjnie, bo zdecydowanie dementi MKiŚ (Ministerstwa Klimatu i Środowiska – red.) pojawiło się dopiero w piątek, gdy zamieszanie rozpoczęło się w środę…”

Co to znaczy, że „Nowy rząd nie podał komunikacyjnie”? Nie wiem. Jedno czego mogę być pewien, że autor tekstu jest z pewnością bliski obłędu, którego źródłem jest nieprzeparta chęć bycia nowoczesnym..

Artykuł ma swego, podpisanego, autora a jest nim pan Kacper Świsłowski. Z informacji zawartych w Internecie wynika, że jest to człowiek młody, więc teoretycznie ma jeszcze szanse na poprawę. Czego mu serdecznie życzę.

Zajętości

Mój dobry znajomy pokazał mi sms-a od młodego człowieka, którego to sms-a sensem jest nagłe i niespodziewane wycofanie się (przez młodego człowieka) z podjętych przez niego poważnych wcześniej zobowiązań. Oto ów sms: „Bardzo przepraszam za brak kontaktu, ale byłem bardzo zajęty. Na tę chwilę niestety nie będę mógł brać udziału w pracach zespołu, gdyż moje zajętości nie pozwolą mi na to. Nie chcę niczego robić na siłę i muszę się skupić nad bieżącymi zadaniami. Bardzo przepraszam”.

Teoretycznie tekst jest grzeczny, ale stawia odbiorcę w bardzo trudnej sytuacji. Najbardziej jednak uderzające jest użycie słowa „zajętości”. Nadawca doszedł do wniosku, że skoro jest zajęty, bo ma różne zajęcia, to ma też zajętości.

Śmieszne jest to, że jeszcze w ustach komornikach „zajętości” byłyby zrozumiałe, ale w mowie potocznej są one objawem nowej choroby cywilizacyjnej – nowomowy internetowej. Inna rzecz, że piszący tego sms-a znalazł takie slangowe słówko w tekstach urzędowych i na stronach portali internetowych. I tak to chora wiedza poszła w lud, a z ludem do ciemnego lasu niewiedzy i ogłupienia.

 

O skutkach zemsty pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zgwałcona demokracja, jak kobieta, nie zapomina

Otóż uważam, że kobiet się nie gwałci, że nie bierze się ich siłą, że takie postępowanie, bezwstydnie abstrahując od moralności, po prostu się nie opłaca. Na kobietę warto zaczekać, wręcz czekać trzeba. Aż będzie gotowa. Oczywiście jestem w stanie zrozumieć dyszącą żądzę posiadania tu i teraz, natychmiast, jestem w stanie zrozumieć niecierpliwość i wreszcie ukontentowanie gwałtownika po, ale nie pojmuję, że przemocowcem może zostać ktoś świadomy i przewidujący, ktoś z perspektywami wykraczającymi poza teraźniejszość. Otóż demokracja jest kobietą. Wzięta siłą zapamięta.

Zapamięta upokorzenie i zemści się. Niechybnie. Nie tu i teraz, zaczeka. One takie są. Zranione, jak demokracja,  kobiety potrafią czekać nawet 4 lata, a czasem i 8.

Po wygranej choćby potop

 – Wygraliśmy wybory i nie możemy rządzić, bo PiS-owcy zabetonowali się na wiele sposobów – tak myśli Platforma Obywatelska i koalicjanci. – Ale my chcemy rządzić, będziemy rządzić, zresztą tego od nas żądają nasi wyborcy – dodają. Sporo tu racji. Rzeczywiście koalicja demokratyczna wygrała i rzeczywiście PiS zabetonował się na wiele sposobów. Nie chodzi tylko o prezydenta, ale o Radę Mediów Narodowych, o Prokuratora Krajowego, o Trybunał Konstytucyjny, o Sąd Najwyższy.

Sporo tego, sprawnie i szybko rządzić się nie da, więc trzeba ewidentnie złamać prawo, ale mając przecież dobre intencje. W przypływie zbytniej szczerości zdarzy się wypalić w trakcie wywiadu, że szuka się podstaw prawnych do bezprawnych zleconych i wykonanych już czynności. Trzeba do bezprawia wyższego rzędu nająć prawników, którzy uchodząc dla nowoczesnej gawiedzi za autorytety w istocie legalizować mają swoimi pseudoopiniami rewolucję, mówiąc na przykład o zbędnym formalizmie w duchu okresu przejściowego. Swoją drogą nie ma chyba profesji, która na naszych oczach sprostytułowałby się tak spektakularnie jak profesor prawa.

Kat jako sędzia i sędzia jako kat

Cały ten danse macabre demokracji dzieje się na naszych oczach, w rzekomo cywilizowanej Europie, w państwie należącym do Unii Europejskiej, która to Unia akceptuje wyższość uchwał nad ustawami, bo przecież w imię przywracania porządku. Zresztą koalicja twierdzi znów nie bez racji, że robić tak musi, bo jest pod gigantyczną presją właśnie liberalnej Unii Europejskiej, żeby nie powiedzieć Niemiec, które jednak trzymają portfel. Gorsza jest jednak presja wyborców, a ci wprost żądają zemsty, a nie spokojnych rozliczeń i ta zemsta zostanie im zapewne podana o czym świadczyć może namaszczenie Romana Giertycha na naczelnego rozliczeniowca.

Giertycha, który obiektywnie rzecz ujmując ma gigantyczne, osobiste powody do zemsty nad PiSowcami. Jeszcze te od czasów koalicji LPR z PiSem, ale przede wszytkim te sprzed kilku lat związane z najbardziej spektakularnym omdleniem ostatnich dekad i te zapewne dają mu silniejszą motywację.

60 i 99 procent

 Lud demokratyczny chce więc zemsty i będzie ją miał, już ma. W więzieniu siedzą Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, a sondaże wskazują, że 60 procent społeczeństwa chce, żeby odbyli w całości karę 2 lat. To o tyle symptomatyczne, że 99 procent społeczeństwa nie ma pojęcia za co zostali uwięzieni, a sami dziennikarze do dziś dopytują o to sąd czekając na pisemne uzasadnienie (nie żartuję).

Dlaczego to takie ważne, to 60 i 99 proc? Ponieważ pokazuje z jak dużą i gorącą niechęcią, a czytając media społecznościowe, wręcz z czystą nienawiścią zderza się PiS. „Niepowracalność” PiS do władzy w najbliższym okresie wynika właśnie z tej nienawiści i niechęci bardzo dużej części społeczeństwa, traktowanej często nawet personalnie. I przyznać trzeba, to jest fenomen: partia wygrywa wybory zdobywając 35 proc., ale nikt nie chce z tą partią usiąść do negocjacyjnych rozmów z powodu negatywnych emocji, które wzbudza i nad wzbudzeniem których usilnie pracowała. 60 procent społeczeństwa to jednak nie są „komuniści i złodzieje”, ani „banda rudego”. Jak ty to zrobiłeś PiSie, że aż tak cię nienawidzą? Czy ty potrafisz to zmienić? To pytania niezbędne do „powracalności” tej partii do rządzenia, ale Tusk może na razie spać spokojnie, bo PiS nie ma zamiaru stawiać sobie takich pytań, beton to nie jest substancja refleksyjna.

Obustronna zemsta?

 I mała dygresja absolutnie fenomenalnej umiejętności PiS: otóż obserwowałem metamorfozy wielu wartościowych osób, które z umiarkowanych zwolenników PiS stały się zagorzałymi wrogami, gdy okazywało się, że jakakolwiek krytyka, także konstruktywna, tego ugrupowania spotykała się z reakcją: „albo nas słuchasz, albo cię zniszczymy”. Jedni słuchali, inni byli niszczeni, jeszcze inni zniszczyć się nie dali i ci właśnie całkiem skutecznie z wielką satysfakcją z niewielką korzyścią dla państwa się mszczą. Ale to didaskalia, oś fabuły, to filozofia przejmowania państwa pełna wielu uwarunkowań.

Sytuacja z przejmowaniem na dziś specjalnie ciekawa nie jest: Telewizja Polska, która publiczną była z nazwy została przejęta, ale nie uff. Kiedy po raz milionowy widziałem w tej telewizji Tuska i „fuer Deutschland”, to ja, nienadający się bynajmniej na jego osobistego hagiografa zaczynałem mu naprawdę współczuć. „Weźcie przestańcie już go kopać” – tak mi się przy którymś tam razie włączyło, mimo że znam tajniki propagandy. Nawet zastanawiałem się na ile swój sukces w 2023 roku Tusk zawdzięcza właśnie TVP, świadom, że skuteczniejszy byłby umiarkowany niebyt. Żeby była jasność, uważam, że taka telewizja jest potrzebna, chociażby jako przeciwwaga tendencyjnego TVN, ale nie powinna to być telewizja publiczna i dobrze, że powędrowała do Republiki, powodzenia.

Niemniej telewizję publiczną trzeba było robić inaczej. Tyle, że inaczej się nie dało, bo była ona robiona dla jednego widza, który nie rozumiej subtelności gry w mediach, bo ma być mocno i wprost, i bardzo mocno i cha, cha, cha. No to było.

Nowe media publiczne

TVP miało więc być przejęte z powodów propagandowych (no bo szczujnia) szybko i bezwzględnie. Efekt? Złamanie prawa przez siłowe wkroczenie do siedziby bez należytej podstawy, niedopuszczalne podpieranie się kodeksem handlowym, kiedy stosować trzeba było inne ustawy, wycięcie sygnałów, programów, archiwów, które to działania w przyszłości skutkować mogą odpowiedzialnością prawną. A teraz najgorsze i całkowicie niewybaczalne: jakość tej nowej telewizji. Powiedzieć dno, to obrazić dno. Zostawmy słuszną linię, którą ma nasza władza, technicznie, warsztatowo nowa telewizja jest telewizją osiedlową, na którym to osiedlu stoi jeden blok i to dwuklatkowy. Nic więc dziwnego, że telewizja bije rekordy nieoglądalności.

Unieważniając unieważnianie unieważnień

 Dla państwa dużo groźniejsze jest jednak, żeby nie powiedzieć samobójcze, nieuznawanie przez rząd Trybunału Konstytucyjnego, bez znaczenia pod jakim pozorem, nieuznawanie przez rząd Sądu Najwyższego, wybieranie sobie przez marszałka Hołownię, jak rozumiem zaprzyjaźnionej izby SN, nieuznawanie przez rząd i SN prawa łaski prezydenta, a wreszcie wydawanie decyzji przez sędziego rejonowego wbrew orzeczeniom Sądu Najwyższego dotyczącego immunitetów dwóch posłów. Oczywiście wiem i rozumiem, że znaleźli się prawnicy, którzy wszystkie te decyzje błogosławią, ale to kiepskie alibi. To znaczy, że następni, którzy przejmą władzę mogą uchwałą wtrącić do więzienia opozycję, bo dlaczego nie, skoro nie ma żadnych bezpieczników i żadnego szacunku do instytucji. Oby nie przyszła im do głowy uchwała pozwalająca na loty helikopterami z przywódcami opozycji…

Świat oczywiście widzi bezprecedensowe „przywracanie demokracji”, ale nie reaguje prawie w ogóle, także medialnie (oprócz paru krytycznych publikacji, jak choćby w „The Spectator), bo liberałom to się podoba. Czy spodoba się Trumpowi? Kończąc te luźne rozważania zauważam głosy: ale przecież PiS robił to samo 8 lat temu, dewastował instytucje i prawo. No cóż, jednak uchwałami nie dezawuował ustaw, jednak starał się dbać choćby o pozory, jednak miało być lepiej, a cel nie uświęca środków, a jednak ktoś musi przerwać ten zaklęty krąg, a wreszcie… Czy brana na siłę demokracja nie zemściła się na PiS po 8 latach? Kobiety i demokracja nie zapominają upokorzeń.

 

Militarny niezbędnik mitów WALTERA ALETRMANNA: Do woja!

Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada znaczne zwiększenie przeszkoleń wojskowych. Stało się tak zapewne dlatego, że wojna na Ukrainie pouczyła cały świat, że obowiązujące przez prawie siedemdziesiąt lat doktryny wojenne były jedynie mitami.

 Zarówno doktryny NATO, jak i Układu Warszawskiego, zakładały, że światowy pokój może zapewnić jedynie wzajemne odstraszanie atomowe. Na Zachodzie wierzono, bo bardzo chciano w to wierzyć, że Związek Radziecki będzie się demokratyzował i najbardziej będzie mu zależało na rozwoju gospodarczym i dobrobycie Rosjan.

Pierwszy mit – o odstraszaniu

Obie strony miały się bać zupełnego zniszczenia świta, czego skutkiem miał być pokój. Oczywiście z wyłączeniem wojen lokalnych, takich jak w Korei, Wietnamie, Afganistanie, Iraku i jeszcze w kilku innych miejscach globu. Te wojny lokalne służyły podtrzymywaniu stałego napięcia między oboma blokami wojskowymi, co z kolei miało utrzymywać w ryzach społeczeństwa – tak Zachodu, jak Wschodu. Te małe wojny pozwalały też USA i Rosji rozwijać sektory zbrojeniowe, co prowadziło jednak do wzrostu siły gospodarki USA i coraz większego regresu gospodarki Rosji. Takie są bowiem prawa ekonomii, że biedny na zbrojeniach traci, a bogaty bogaci się jeszcze bardziej.

Drugi mit – o przewadze biznesu nad wojnami

Na naszych oczach upada teraz mit drugi, mówiący o tym, że światowy biznes nie dopuści do wybuchu dużej wojny. Zwróćmy uwagę, że z upadkiem ZSRR i bloku wschodniego świat jednak się zmienił. Rosja utraciła pozycję światowego mocarstwa, a państwa NATO (poza USA) uznały, że zbroić się nie muszą, bo teraz nastał czas na handel, współpracę gospodarczą i technologiczną z Rosją. A przede wszystkim na tani gaz, ropę i inne surowce. Zachód zaczął sobie wmawiać, że Rosja nikomu już nigdy nie zagrozi, więc nastał czas na uściski i pocałunki z Niedźwiedziem.

Zachód jednak, a właściwie ci którzy nim rządzą, czyli banki i wielki przemysł, nie brał pod uwagę, że Rosja nie jest Zachodem. Bo nie znał historii Rosji i rosyjskiej mentalności. Jedynie państwa, które świeżo wyzwoliły się spod dominacji Rosji, te nieduże i biedne państwa dawnego Bloku Wschodniego ostrzegały… Ale kto by tam słuchał biednych krewnych, ledwo co zapraszanych do pańskiego stołu.

Nawet w USA, za niedawnej prezydentury Donalda Trumpa, dominowała chęć braterstwa interesów z Rosją (chociaż niektórzy politolodzy twierdzą, że to nieprawda). Interesów, mimo zajęcia już przez Rosję ukraińskiego Krymu. Obecnie Trump sposobi się do ponownej prezydentury, oświadczając, że zakończy wojnę Rosja-Ukraina w jeden dzień. Oczywiście nie mówi jakim i czyim będzie to kosztem. Zapowiada nawet wycofanie się USA z NATO. Można zatem mniemać, że gdyby Rosja zażądała kiedyś oddania jej państw bałtyckich i Polski, to ów Trump na to pójdzie. W imię Światowego Pokoju Dobrych Interesów.

A bez USA Europa będzie bezbronna wobec Rosji. Tym bardziej, że jest już rozbrojona. W imię interesów.

Mit trzeci – że ktoś nas obroni

W ostatnich miesiącach na Ukrainie sypie się w gruzy mit trzeci, dotyczący już bezpośrednio Polski. Wchodząc do NATO wierzyliśmy, że Rosja nigdy nie zaatakuje żadnego z państw NATO, bo Pakt Północnoatlantycki nas obroni. Mało tego, wierzyliśmy, że gdy tylko NATO mruknie, to ruski niedźwiedź ucieknie do nory.

Zachód do dzisiaj nie może pojąć, że Rosji nie powstrzymają nawet milion poległych Rosjan. Matuszka Rosija jest dla Rosjan świętością. U nich nigdy nie doszło do masowych demonstracji, do publicznego palenia powołań do wojska, jak miało to miejsce w USA w czasie wojny wietnamskiej. I to nie tylko ze strachu. Rosjanin bardziej niż w Boga wierzy w konieczność istnienia wielkiej Rosji, takiej, której ma się bać cały świat.

Teraz na Ukrainie objawiła się nowa, czyli stara wojna. Nastąpił powrót do strategii i taktyki znanej jeszcze z I wojny światowej. A jest to wojna na wyniszczenie. I do takiej wojny Europa jest zupełnie nieprzygotowana.

Jeżeli ta nowa wojna wybuchnie, pochłonie miliony ofiar – i to bez użycia bomb atomowych. A wygra ją ten blok, który dotrzyma placu. Czy w tej nowej wojnie ktoś z NATO nas realnie wesprze? Najbardziej prawdopodobne jest wsparcie moralne. I tyle.

Armia z powszechnego poboru

Dlatego Polska musi być o wiele silniejsza militarnie, niż to wydawało się jeszcze rok temu. Musimy mieć armię, która będzie w stanie uzupełniać ludzkie zapasy, rzucać na front kolejne siły. Armia zawodowa tu nie wystarczy. Moim zdaniem trzeba powrócić do masowego poboru i szkolić jak największą liczbę żołnierzy. W czasie pokoju będą oni w rezerwie, a w razie najgorszego – już przeszkoleni – będą mogli trafić na front.

Ukraińcom los dał sporo czasu na szkolenie rezerw, ale nie jest pewne czy da Polakom. Żebyśmy nie byli znowu mądrzy po szkodzie.

Oczywiście armia zawodowa musi być podstawą naszych sił zbrojnych. Ale musimy też wreszcie przyjąć, że każdy zdrowy i sprawny mężczyzna będzie mógł i będzie umiał efektywnie służyć w wojsku. Przy okazji – najwyższy już czas wrócić do szkolenia studentów.  Bo nie może być tak, że wykształconych będą bronić ci niewykształceni.

Męża stanu daj nam Panie!

Do tego wszystkiego potrzeba nam tylko jeszcze jednego. Męża stanu, który powie Polakom, że pora pójść do wojska – na roczne, lub półroczne choćby szkolenie, ale przecież nie takie sobotnio-niedzielne.

Obawiam się, że może być i tak, że nikt z potencjalnych mężów stanu nie odważy się tego powiedzieć, bo to zawsze jakieś wybory za pasem, jakieś słupki poparcia… Ojczyznę oczywiście kochamy bardzo, ale z poświęceniem dla niej kilku miesięcy życia… może być wielki problem.