Język we współczesnym, mało strawnym, sosie – WALTER ALTERMAN Odprawa posłów 2.0

Jana Kochanowskiego „Odprawa Posłów Greckich” to wielka polska klasyka. Jej treścią są  przestrogi dla Polski i jej najmożniejszych obywateli. I jak to z klasyką bywa, po wiekach powtarza się ją, kopiuje, naśladuje. Oczywiście najczęściej nieudolnie, bo mistrz z Czarnolasu był wielki, a współcześni naśladowcy… nie są mistrzami. Ostatnio przeżyli „Odprawę posłów” w wersji groteskowej panowie Joński i Szczerba. Bo byli odprawiani sprzed bram spółek skarbu państwa.   

Posłowie Dariusz Joński i Michał Szczerba zasłynęli przeprowadzaniem kontroli poselskich, których celem było – zdaniem posłów – ujawnienie ukrywanych przez rząd PiS nieprawidłowości z dotacjami dla wielu różnych stowarzyszeń, fundacji, innych organizacji społecznych. Sprawdzali także spółki skarbu państwa, żeby i tam wykryć rozdawnictwo dotacji. Panowie napisali nawet książkę „Wielkie żniwa. Jak PiS ukradł Polskę”.

Można zatem powiedzieć, że obaj, jeszcze cztery lata temu, nieznani politycy odnieśli oszałamiający sukces. Nie odniosę się co do prawdy odkrywanej w ich dochodzeniach. Bardziej bowiem, od początku ich działalności kontrolnej, interesowało mnie, jak ów sukces wpłynie na obu młodych ludzi. Szczególnie na łodzianina Jońskiego, który – w ciągu kilku – lat z lokalnego lidera SLD stał się liderem listy Koalicji Obywatelskiej w Łodzi. 

I nie musiałem długo czekać. Oto poseł Dariusz Joński, w TVN24, 16 stycznia 2024 roku,  przemówił tak: „Prezesi niektórych spółek skarbu państwa byli tak bezczelni, że złożyli doniesienia do prokuratury na nas, że byliśmy tak uprzejmi, że chcieliśmy te spółki skontrolować”.

Jednak koszty popularności młodych polityków są ogromne. Bo jakąż to uprzejmością jest  poselskie najazd na spółki skarbu państwa? Toż to dla tych prezesów ogromny kłopot, nerwy i panika.

Jest oczywiste, że poseł Joński ma spore kłopoty z frazeologią oraz znajomością podstawowych  znaczeń dużej liczby słów z zasobów języka polskiego, skoro mówi, że jego działania to „uprzejmość”. Albo też tak już odleciał, że sam dla siebie stał się majestatem i przemawia jak król, lub książę udzielny, który zniża się do ludu, czyniąc mu „uprzejmości”.

W sumie – gdyby Joński mówił prosto, językiem potocznym, nie miałby problemu. Tak dzieje się zresztą zawsze, gdy ktoś chce mówić językiem nowym, innym niż mówili rodzice. Chociaż… jaka matka, taka natka, nie daleko pada jabłko od jabłoni… Joński chce błyszczeć, i zapewne uważa, że poseł musi mówić dziwnym językiem. I stąd te jego prześmieszne wpadki. Przykre.

Rząd komunikacyjny

W portalu Energetyka24.com, 20 stycznia 2024 roku, w artykule „Atomowy tydzień. Nietypowa propozycja na deal z Koreańczykami” znajdziemy taki dziwożon: „Kurz po wrzawie opadł, a pozostały tylko smutne wnioski. Nowy rząd nie podał komunikacyjnie, bo zdecydowanie dementi MKiŚ (Ministerstwa Klimatu i Środowiska – red.) pojawiło się dopiero w piątek, gdy zamieszanie rozpoczęło się w środę…”

Co to znaczy, że „Nowy rząd nie podał komunikacyjnie”? Nie wiem. Jedno czego mogę być pewien, że autor tekstu jest z pewnością bliski obłędu, którego źródłem jest nieprzeparta chęć bycia nowoczesnym..

Artykuł ma swego, podpisanego, autora a jest nim pan Kacper Świsłowski. Z informacji zawartych w Internecie wynika, że jest to człowiek młody, więc teoretycznie ma jeszcze szanse na poprawę. Czego mu serdecznie życzę.

Zajętości

Mój dobry znajomy pokazał mi sms-a od młodego człowieka, którego to sms-a sensem jest nagłe i niespodziewane wycofanie się (przez młodego człowieka) z podjętych przez niego poważnych wcześniej zobowiązań. Oto ów sms: „Bardzo przepraszam za brak kontaktu, ale byłem bardzo zajęty. Na tę chwilę niestety nie będę mógł brać udziału w pracach zespołu, gdyż moje zajętości nie pozwolą mi na to. Nie chcę niczego robić na siłę i muszę się skupić nad bieżącymi zadaniami. Bardzo przepraszam”.

Teoretycznie tekst jest grzeczny, ale stawia odbiorcę w bardzo trudnej sytuacji. Najbardziej jednak uderzające jest użycie słowa „zajętości”. Nadawca doszedł do wniosku, że skoro jest zajęty, bo ma różne zajęcia, to ma też zajętości.

Śmieszne jest to, że jeszcze w ustach komornikach „zajętości” byłyby zrozumiałe, ale w mowie potocznej są one objawem nowej choroby cywilizacyjnej – nowomowy internetowej. Inna rzecz, że piszący tego sms-a znalazł takie slangowe słówko w tekstach urzędowych i na stronach portali internetowych. I tak to chora wiedza poszła w lud, a z ludem do ciemnego lasu niewiedzy i ogłupienia.

 

O skutkach zemsty pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zgwałcona demokracja, jak kobieta, nie zapomina

Otóż uważam, że kobiet się nie gwałci, że nie bierze się ich siłą, że takie postępowanie, bezwstydnie abstrahując od moralności, po prostu się nie opłaca. Na kobietę warto zaczekać, wręcz czekać trzeba. Aż będzie gotowa. Oczywiście jestem w stanie zrozumieć dyszącą żądzę posiadania tu i teraz, natychmiast, jestem w stanie zrozumieć niecierpliwość i wreszcie ukontentowanie gwałtownika po, ale nie pojmuję, że przemocowcem może zostać ktoś świadomy i przewidujący, ktoś z perspektywami wykraczającymi poza teraźniejszość. Otóż demokracja jest kobietą. Wzięta siłą zapamięta.

Zapamięta upokorzenie i zemści się. Niechybnie. Nie tu i teraz, zaczeka. One takie są. Zranione, jak demokracja,  kobiety potrafią czekać nawet 4 lata, a czasem i 8.

Po wygranej choćby potop

 – Wygraliśmy wybory i nie możemy rządzić, bo PiS-owcy zabetonowali się na wiele sposobów – tak myśli Platforma Obywatelska i koalicjanci. – Ale my chcemy rządzić, będziemy rządzić, zresztą tego od nas żądają nasi wyborcy – dodają. Sporo tu racji. Rzeczywiście koalicja demokratyczna wygrała i rzeczywiście PiS zabetonował się na wiele sposobów. Nie chodzi tylko o prezydenta, ale o Radę Mediów Narodowych, o Prokuratora Krajowego, o Trybunał Konstytucyjny, o Sąd Najwyższy.

Sporo tego, sprawnie i szybko rządzić się nie da, więc trzeba ewidentnie złamać prawo, ale mając przecież dobre intencje. W przypływie zbytniej szczerości zdarzy się wypalić w trakcie wywiadu, że szuka się podstaw prawnych do bezprawnych zleconych i wykonanych już czynności. Trzeba do bezprawia wyższego rzędu nająć prawników, którzy uchodząc dla nowoczesnej gawiedzi za autorytety w istocie legalizować mają swoimi pseudoopiniami rewolucję, mówiąc na przykład o zbędnym formalizmie w duchu okresu przejściowego. Swoją drogą nie ma chyba profesji, która na naszych oczach sprostytułowałby się tak spektakularnie jak profesor prawa.

Kat jako sędzia i sędzia jako kat

Cały ten danse macabre demokracji dzieje się na naszych oczach, w rzekomo cywilizowanej Europie, w państwie należącym do Unii Europejskiej, która to Unia akceptuje wyższość uchwał nad ustawami, bo przecież w imię przywracania porządku. Zresztą koalicja twierdzi znów nie bez racji, że robić tak musi, bo jest pod gigantyczną presją właśnie liberalnej Unii Europejskiej, żeby nie powiedzieć Niemiec, które jednak trzymają portfel. Gorsza jest jednak presja wyborców, a ci wprost żądają zemsty, a nie spokojnych rozliczeń i ta zemsta zostanie im zapewne podana o czym świadczyć może namaszczenie Romana Giertycha na naczelnego rozliczeniowca.

Giertycha, który obiektywnie rzecz ujmując ma gigantyczne, osobiste powody do zemsty nad PiSowcami. Jeszcze te od czasów koalicji LPR z PiSem, ale przede wszytkim te sprzed kilku lat związane z najbardziej spektakularnym omdleniem ostatnich dekad i te zapewne dają mu silniejszą motywację.

60 i 99 procent

 Lud demokratyczny chce więc zemsty i będzie ją miał, już ma. W więzieniu siedzą Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, a sondaże wskazują, że 60 procent społeczeństwa chce, żeby odbyli w całości karę 2 lat. To o tyle symptomatyczne, że 99 procent społeczeństwa nie ma pojęcia za co zostali uwięzieni, a sami dziennikarze do dziś dopytują o to sąd czekając na pisemne uzasadnienie (nie żartuję).

Dlaczego to takie ważne, to 60 i 99 proc? Ponieważ pokazuje z jak dużą i gorącą niechęcią, a czytając media społecznościowe, wręcz z czystą nienawiścią zderza się PiS. „Niepowracalność” PiS do władzy w najbliższym okresie wynika właśnie z tej nienawiści i niechęci bardzo dużej części społeczeństwa, traktowanej często nawet personalnie. I przyznać trzeba, to jest fenomen: partia wygrywa wybory zdobywając 35 proc., ale nikt nie chce z tą partią usiąść do negocjacyjnych rozmów z powodu negatywnych emocji, które wzbudza i nad wzbudzeniem których usilnie pracowała. 60 procent społeczeństwa to jednak nie są „komuniści i złodzieje”, ani „banda rudego”. Jak ty to zrobiłeś PiSie, że aż tak cię nienawidzą? Czy ty potrafisz to zmienić? To pytania niezbędne do „powracalności” tej partii do rządzenia, ale Tusk może na razie spać spokojnie, bo PiS nie ma zamiaru stawiać sobie takich pytań, beton to nie jest substancja refleksyjna.

Obustronna zemsta?

 I mała dygresja absolutnie fenomenalnej umiejętności PiS: otóż obserwowałem metamorfozy wielu wartościowych osób, które z umiarkowanych zwolenników PiS stały się zagorzałymi wrogami, gdy okazywało się, że jakakolwiek krytyka, także konstruktywna, tego ugrupowania spotykała się z reakcją: „albo nas słuchasz, albo cię zniszczymy”. Jedni słuchali, inni byli niszczeni, jeszcze inni zniszczyć się nie dali i ci właśnie całkiem skutecznie z wielką satysfakcją z niewielką korzyścią dla państwa się mszczą. Ale to didaskalia, oś fabuły, to filozofia przejmowania państwa pełna wielu uwarunkowań.

Sytuacja z przejmowaniem na dziś specjalnie ciekawa nie jest: Telewizja Polska, która publiczną była z nazwy została przejęta, ale nie uff. Kiedy po raz milionowy widziałem w tej telewizji Tuska i „fuer Deutschland”, to ja, nienadający się bynajmniej na jego osobistego hagiografa zaczynałem mu naprawdę współczuć. „Weźcie przestańcie już go kopać” – tak mi się przy którymś tam razie włączyło, mimo że znam tajniki propagandy. Nawet zastanawiałem się na ile swój sukces w 2023 roku Tusk zawdzięcza właśnie TVP, świadom, że skuteczniejszy byłby umiarkowany niebyt. Żeby była jasność, uważam, że taka telewizja jest potrzebna, chociażby jako przeciwwaga tendencyjnego TVN, ale nie powinna to być telewizja publiczna i dobrze, że powędrowała do Republiki, powodzenia.

Niemniej telewizję publiczną trzeba było robić inaczej. Tyle, że inaczej się nie dało, bo była ona robiona dla jednego widza, który nie rozumiej subtelności gry w mediach, bo ma być mocno i wprost, i bardzo mocno i cha, cha, cha. No to było.

Nowe media publiczne

TVP miało więc być przejęte z powodów propagandowych (no bo szczujnia) szybko i bezwzględnie. Efekt? Złamanie prawa przez siłowe wkroczenie do siedziby bez należytej podstawy, niedopuszczalne podpieranie się kodeksem handlowym, kiedy stosować trzeba było inne ustawy, wycięcie sygnałów, programów, archiwów, które to działania w przyszłości skutkować mogą odpowiedzialnością prawną. A teraz najgorsze i całkowicie niewybaczalne: jakość tej nowej telewizji. Powiedzieć dno, to obrazić dno. Zostawmy słuszną linię, którą ma nasza władza, technicznie, warsztatowo nowa telewizja jest telewizją osiedlową, na którym to osiedlu stoi jeden blok i to dwuklatkowy. Nic więc dziwnego, że telewizja bije rekordy nieoglądalności.

Unieważniając unieważnianie unieważnień

 Dla państwa dużo groźniejsze jest jednak, żeby nie powiedzieć samobójcze, nieuznawanie przez rząd Trybunału Konstytucyjnego, bez znaczenia pod jakim pozorem, nieuznawanie przez rząd Sądu Najwyższego, wybieranie sobie przez marszałka Hołownię, jak rozumiem zaprzyjaźnionej izby SN, nieuznawanie przez rząd i SN prawa łaski prezydenta, a wreszcie wydawanie decyzji przez sędziego rejonowego wbrew orzeczeniom Sądu Najwyższego dotyczącego immunitetów dwóch posłów. Oczywiście wiem i rozumiem, że znaleźli się prawnicy, którzy wszystkie te decyzje błogosławią, ale to kiepskie alibi. To znaczy, że następni, którzy przejmą władzę mogą uchwałą wtrącić do więzienia opozycję, bo dlaczego nie, skoro nie ma żadnych bezpieczników i żadnego szacunku do instytucji. Oby nie przyszła im do głowy uchwała pozwalająca na loty helikopterami z przywódcami opozycji…

Świat oczywiście widzi bezprecedensowe „przywracanie demokracji”, ale nie reaguje prawie w ogóle, także medialnie (oprócz paru krytycznych publikacji, jak choćby w „The Spectator), bo liberałom to się podoba. Czy spodoba się Trumpowi? Kończąc te luźne rozważania zauważam głosy: ale przecież PiS robił to samo 8 lat temu, dewastował instytucje i prawo. No cóż, jednak uchwałami nie dezawuował ustaw, jednak starał się dbać choćby o pozory, jednak miało być lepiej, a cel nie uświęca środków, a jednak ktoś musi przerwać ten zaklęty krąg, a wreszcie… Czy brana na siłę demokracja nie zemściła się na PiS po 8 latach? Kobiety i demokracja nie zapominają upokorzeń.

 

Militarny niezbędnik mitów WALTERA ALETRMANNA: Do woja!

Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada znaczne zwiększenie przeszkoleń wojskowych. Stało się tak zapewne dlatego, że wojna na Ukrainie pouczyła cały świat, że obowiązujące przez prawie siedemdziesiąt lat doktryny wojenne były jedynie mitami.

 Zarówno doktryny NATO, jak i Układu Warszawskiego, zakładały, że światowy pokój może zapewnić jedynie wzajemne odstraszanie atomowe. Na Zachodzie wierzono, bo bardzo chciano w to wierzyć, że Związek Radziecki będzie się demokratyzował i najbardziej będzie mu zależało na rozwoju gospodarczym i dobrobycie Rosjan.

Pierwszy mit – o odstraszaniu

Obie strony miały się bać zupełnego zniszczenia świta, czego skutkiem miał być pokój. Oczywiście z wyłączeniem wojen lokalnych, takich jak w Korei, Wietnamie, Afganistanie, Iraku i jeszcze w kilku innych miejscach globu. Te wojny lokalne służyły podtrzymywaniu stałego napięcia między oboma blokami wojskowymi, co z kolei miało utrzymywać w ryzach społeczeństwa – tak Zachodu, jak Wschodu. Te małe wojny pozwalały też USA i Rosji rozwijać sektory zbrojeniowe, co prowadziło jednak do wzrostu siły gospodarki USA i coraz większego regresu gospodarki Rosji. Takie są bowiem prawa ekonomii, że biedny na zbrojeniach traci, a bogaty bogaci się jeszcze bardziej.

Drugi mit – o przewadze biznesu nad wojnami

Na naszych oczach upada teraz mit drugi, mówiący o tym, że światowy biznes nie dopuści do wybuchu dużej wojny. Zwróćmy uwagę, że z upadkiem ZSRR i bloku wschodniego świat jednak się zmienił. Rosja utraciła pozycję światowego mocarstwa, a państwa NATO (poza USA) uznały, że zbroić się nie muszą, bo teraz nastał czas na handel, współpracę gospodarczą i technologiczną z Rosją. A przede wszystkim na tani gaz, ropę i inne surowce. Zachód zaczął sobie wmawiać, że Rosja nikomu już nigdy nie zagrozi, więc nastał czas na uściski i pocałunki z Niedźwiedziem.

Zachód jednak, a właściwie ci którzy nim rządzą, czyli banki i wielki przemysł, nie brał pod uwagę, że Rosja nie jest Zachodem. Bo nie znał historii Rosji i rosyjskiej mentalności. Jedynie państwa, które świeżo wyzwoliły się spod dominacji Rosji, te nieduże i biedne państwa dawnego Bloku Wschodniego ostrzegały… Ale kto by tam słuchał biednych krewnych, ledwo co zapraszanych do pańskiego stołu.

Nawet w USA, za niedawnej prezydentury Donalda Trumpa, dominowała chęć braterstwa interesów z Rosją (chociaż niektórzy politolodzy twierdzą, że to nieprawda). Interesów, mimo zajęcia już przez Rosję ukraińskiego Krymu. Obecnie Trump sposobi się do ponownej prezydentury, oświadczając, że zakończy wojnę Rosja-Ukraina w jeden dzień. Oczywiście nie mówi jakim i czyim będzie to kosztem. Zapowiada nawet wycofanie się USA z NATO. Można zatem mniemać, że gdyby Rosja zażądała kiedyś oddania jej państw bałtyckich i Polski, to ów Trump na to pójdzie. W imię Światowego Pokoju Dobrych Interesów.

A bez USA Europa będzie bezbronna wobec Rosji. Tym bardziej, że jest już rozbrojona. W imię interesów.

Mit trzeci – że ktoś nas obroni

W ostatnich miesiącach na Ukrainie sypie się w gruzy mit trzeci, dotyczący już bezpośrednio Polski. Wchodząc do NATO wierzyliśmy, że Rosja nigdy nie zaatakuje żadnego z państw NATO, bo Pakt Północnoatlantycki nas obroni. Mało tego, wierzyliśmy, że gdy tylko NATO mruknie, to ruski niedźwiedź ucieknie do nory.

Zachód do dzisiaj nie może pojąć, że Rosji nie powstrzymają nawet milion poległych Rosjan. Matuszka Rosija jest dla Rosjan świętością. U nich nigdy nie doszło do masowych demonstracji, do publicznego palenia powołań do wojska, jak miało to miejsce w USA w czasie wojny wietnamskiej. I to nie tylko ze strachu. Rosjanin bardziej niż w Boga wierzy w konieczność istnienia wielkiej Rosji, takiej, której ma się bać cały świat.

Teraz na Ukrainie objawiła się nowa, czyli stara wojna. Nastąpił powrót do strategii i taktyki znanej jeszcze z I wojny światowej. A jest to wojna na wyniszczenie. I do takiej wojny Europa jest zupełnie nieprzygotowana.

Jeżeli ta nowa wojna wybuchnie, pochłonie miliony ofiar – i to bez użycia bomb atomowych. A wygra ją ten blok, który dotrzyma placu. Czy w tej nowej wojnie ktoś z NATO nas realnie wesprze? Najbardziej prawdopodobne jest wsparcie moralne. I tyle.

Armia z powszechnego poboru

Dlatego Polska musi być o wiele silniejsza militarnie, niż to wydawało się jeszcze rok temu. Musimy mieć armię, która będzie w stanie uzupełniać ludzkie zapasy, rzucać na front kolejne siły. Armia zawodowa tu nie wystarczy. Moim zdaniem trzeba powrócić do masowego poboru i szkolić jak największą liczbę żołnierzy. W czasie pokoju będą oni w rezerwie, a w razie najgorszego – już przeszkoleni – będą mogli trafić na front.

Ukraińcom los dał sporo czasu na szkolenie rezerw, ale nie jest pewne czy da Polakom. Żebyśmy nie byli znowu mądrzy po szkodzie.

Oczywiście armia zawodowa musi być podstawą naszych sił zbrojnych. Ale musimy też wreszcie przyjąć, że każdy zdrowy i sprawny mężczyzna będzie mógł i będzie umiał efektywnie służyć w wojsku. Przy okazji – najwyższy już czas wrócić do szkolenia studentów.  Bo nie może być tak, że wykształconych będą bronić ci niewykształceni.

Męża stanu daj nam Panie!

Do tego wszystkiego potrzeba nam tylko jeszcze jednego. Męża stanu, który powie Polakom, że pora pójść do wojska – na roczne, lub półroczne choćby szkolenie, ale przecież nie takie sobotnio-niedzielne.

Obawiam się, że może być i tak, że nikt z potencjalnych mężów stanu nie odważy się tego powiedzieć, bo to zawsze jakieś wybory za pasem, jakieś słupki poparcia… Ojczyznę oczywiście kochamy bardzo, ale z poświęceniem dla niej kilku miesięcy życia… może być wielki problem.

 

 

Upraszczanie, czyli zabijanie ducha języka – WALTER ALTERMAN: Cwane słówka

Rośnie liczba słów i słówek, które mają osłodzić nam rzeczywistość. Nie ma już w językowym obiegu głodu, biedy, nędzy i rozpaczy. Chcemy, żeby świat był miły i ładny, żeby nie denerwowały bogatych, zasobnych czy żyjących dostatnio przykre „zjawiska społeczne”.

Oto w związku z nadciągającymi mrozami, w Polsat News można było usłyszeć informacje o „kryzysie bezdomności” oraz o „osobach bezdomnych w przestrzeni publicznej”. Ot, taka sobie pogaducha dziennikarza z ekspertem „od problemów społecznego wykluczenia”.  Prawda, że przy użyciu takich słów łatwiej przełknąć rzeczywistość?

Tymczasem tego roku, do połowy  stycznia, zmarło z wyziębienia 11 osób. Dlaczego nie mówimy już, że są wśród nas ludzie bezdomni? Stefan Żeromski, wielki autorytet moralny dla współczesnych mu Polaków, jakoś się nie wstydził, nie owijał w bawełnę, nie lukrował rzeczywistości. Podobnie zresztą jak Bolesław Prus. Ale wtedy pisarze byli bardziej odpowiedzialni. Dziś większość naszych pisarzy zachowuje się tak, jakby byli wychowani na „Klanach” lub „Na Wspólnej”. Dodatkowo – za życia Prusa i Żeromskiego wielka część Polaków wierzyła, że z nierównościami społecznymi, z powszechnie otaczającą ich nędzą i biedą da się coś zrobić.

A dzisiaj media (wszystkie jak jedno) czapkują sytym. A świat opuszczonych przez ludzi i Boga traktują jak przykre ogrody zoologiczne.

Stare druki to nie starodruki

„Kradzież XIX wiecznych ksiąg z Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Skradziono kilkanaście starodruków w połowy XIX wieku.” – poinformował TVN.

Niestety jest to kolejna wiadomość mocno bałamutna. W Polsce bowiem przyjęło się uważać za starodruki księgi powstałe od czasu Gutenberga do końca XVIII wieku. W Anglii do 1640 roku. Zatem skradzione księgi były stare, owszem, ale starodrukami jednak nie były.

Czym są rzeczone „starodruki”? Uważa się za nie wszystkie publikacje, takie jak: książki, broszury, mapy, dokumenty, druki ulotne, grafiki wydane pomiędzy rokiem 1450 a 1800.

Mamy też inkunabuły, którymi są druki pomiędzy rokiem 1440 a 1500. Są jeszcze manuskrypty – to księgi pisane ręcznie, głównie przed wynalezieniem druku, ale i późniejsze. Manuskrypt to słowo pochodzące z łacińskiego manu scriptus lub z manu scriptum, czyli „napisane ręcznie”. Dzisiaj jako manuskrypt oznacza się dwa pojęcia: 1. manuskrypt – w naukach historycznych rękopis będący zabytkiem piśmiennictwa; 2. manuskrypt – w terminologii wydawniczej rękopis lub maszynopis, przygotowany do rozpoczęcia procesu składu.

 Ostrzeżenia

Zaskoczenia są zawsze nagłe. Reszty możemy się spodziewać, czyli zaskoczenia opisują to, czego się nie spodziewaliśmy. Piszę o tym, bo nie jeden już raz w życiu byłem zaskakiwany, zatem powinienem spodziewać wszystkiego, głównie tego co najgorsze.  A jednak informacja Polsatu, z 11 I 2024 roku mnie zaskoczyła.

Oto relacjonując wystąpienie profesora Adama Glapińskiego prezesa NBP, stacja „wykreowała” następujący komunikat: „Profesor Glapiński ostrzegał o tym, że inflacja może wzrosnąć”.

Otóż w tym przypadku błąd składniowy polega na tym, że autorowi tej wypowiedzi nieznane są ścisłe zasady rządzące pojęciem „ostrzegania”. Autor tego błędu mógł powiedzieć poprawnie tak: 1. Profesor Glapiński ostrzegał, że inflacja może wzrosnąć; 2. Profesor Glapiński ostrzegał przed tym, że inflacja może wzrosnąć.

Możemy ostrzegać kogoś przed kimś, np.: Ostrzegał mnie przed tą kobietą; Ona go co do Tomasza ostrzegała. Można też ostrzegać kogoś przed czymś: Ostrzec kogoś przed obławą, przed niebezpieczeństwem. A także można ostrzegać kogoś, że: Kierowca ostrzegał mnie, że droga w tym miejscu jest niebezpieczna.  

Ale w żadnym razie nie można powiedzieć, że ktoś ostrzegał o tym, jak miało to miejsce w „inkryminowanym” przypadku Polsatu. A tak naprawdę, to rzecz w tym, że dla autora tej, tak niefortunnej, wypowiedzi nie ma żadnej różnicy między „informował” a „ostrzegał”. A przecież różnica jest. Dla znających podstawy rodzimego języka.

CEZARY KRYSZTOPA: Niemcy przeprowadzają eksperymenty na Polakach

Czy wiedzą Państwo, że jesteście właśnie poddawani eksperymentom? Warto na to zwrócić uwagę, ponieważ mówi się o tym całkiem otwarcie.

Wszystko wskazuje na to, że tragifarsa, której jesteśmy świadkami w ostatnich tygodniach, odbywa się według wskazań niemieckiego publicysty Klausa Bachmanna, który już kilka dni po wyborach w Polsce pisał w Berliner Zeitung (który kiedyś usiłował przejąć amerykański koncern, ale ostatecznie musiał się wycofać, ponieważ tylko w Polsce obce koncerny mogą być właścicielami mediów, w Niemczech muszą to być koncerny niemieckie), że nowy rząd „musi skierować całą siłę państwa policyjnego, które PiS zbudował przeciwko PiS i prezydentowi”. Nic to, że „policyjne państwo PiS” istniało tylko w chorych niemieckich głowach, ppłk Rympałek poradził sobie z pomocą zaprzyjaźnionych agencji ochroniarskich.

Eksperyment 1

Ten sam Bachmann, w tym samym Berliner Zeitung niedługo później ponownie rozgrzeszał Donalda Tuska pisząc, że „Nad Wisłą rozpoczyna się dość unikalny na skalę światową eksperyment, który może być nauką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje uczynić kraj ponownie demokratycznym przy użyciu metod niedemokratycznych. Warto zwrócić uwagę na słowo „eksperyment”, ponieważ od tamtego czasu jest ono używane tu i tam do opisywania tego co się dzieje w Polsce, co może wskazywać, że nie pojawiło się w zbolałej głowie Bachmanna samoistnie.

I to jest ta część eksperymentu, do którego Niemcy, ustami między innymi Klausa Bachmanna, przyznają się otwarcie. Coraz więcej jednak wskazuje na to, że to tylko faza wstępna, wersja oficjalna. O wiele bardziej istotną jest część, która polega na wykastrowaniu Polski bez znieczulenia z jej szans rozwojowych, ze szczególnym uwzględnieniem konkurencyjności wobec Niemiec.

Eksperyment 2

Pamiętacie głośny sondaż z listopada zeszłego roku Dziennika Gazety Prawnej, który wykazał, że miażdżąca większość Polaków popiera budowę CPK, elektrowni atomowych i wysoki wzrost wydatków na zbrojenia? No to zapnijcie pasy, ponieważ nasz nowy rząd, coraz więcej na to wskazuje, w imię niemieckich interesów, wyrżnie nam te inwestycje do kości. Po co Polska ma mieć dochody z CPK, skoro z ruchu towarowego do Polski dochody mają Niemcy? Po co ma mieć elektrownie atomowe? Jeszcze by miała energię tańsza niż w Niemczech. Po co ma mieć silną armię? Już tam Moskwa z Berlinem zdecydują gdzie mają przebiegać jakie granice. Do tego dorzuci się likwidację IPN i CBA, dla których Polacy w tym samym sondażu również wyrazili wysokie poparcie, a na koniec odda polskie weto Brukseli i można gasić światło. Czują Państwo elektrody poprzypinane do miejsc intymnych? Eksperymentatorzy właśnie podkręcają napięcie.

Czas ucieka

A jaka jest w tej sytuacji odpowiedź największej partii opozycyjnej, która przecież jest gospodarzem powyższych tematów, to ona je podniosła i mogłaby nadal podnosić. Ano odpowiedź brzmi: „Zróbmy marsz, kartoniadę w Sejmie, zaśpiewajmy „Rotę”, albo uwalmy Bosaka, co nam tu będzie fikał”. Tak, trochę szydzę, może i wobec naprawdę wielkiego Protestu Wolnych Polaków, niesprawiedliwie, konsolidacja wewnętrzna też jest potrzebna, ale sami odpowiedzcie, czy to jest reakcja na miarę potrzeb i wyzwań przed którymi stoi Polska? Szczególnie, że zarówno wyniki zapomnianego referendum, w którym mniej więcej po 11 milionów osób głosowało „nie”, co daje po kilka milionów więcej niż wynik wyborczy PiS, jak i pluralistyczny skład Protestu Wolnych Polaków, na który przyszli zarówno wyborcy Konfederacji, jak i Trzeciej Drogi, pokazuje, że jest potencjał poszerzenia okna możliwości.

Żarty się skończyły. Szybo rosną realne straty. Zagrożenia się materializują. Czas ucieka. A my naprawdę nie mamy obowiązku grać roli ofiary niemieckich eksperymentów.

Zmarł wybitny uczony, prof. Juliusz Chrościcki. Wspomnienie TERESY KACZOROWSKIEJ

Academia Europaea Sarbieviana straciła kolejnego wybitnego uczonego. Nocą 16 stycznia 2024 r., zmarł w Warszawie prof. Juliusz Chrościcki (ur. 1942) – wybitny historyk, znawca sztuki i kultury nowożytnej, autor licznych publikacji naukowych, promotor wielu prac magisterskich i doktorskich. Absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie też najdłużej pracował (w latach 1964-2012).

Poza pracą naukową na kilku uczelniach, w Polsce i Francji oraz pełnieniu wielu funkcji, prof. Chrościcki aktywnie działał  w Stowarzyszeniu. Academia Europaea Sarbieviana w Sarbiewie (AES) – w 2006 r. był jej członkiem założycielem. Przewodniczył Radzie Naukowej AES, organizował ogólnopolskie konkursy na najlepsze prace naukowe, przekłady i publikacje o „polskim Horacym”. Był wspaniałomyślny i bezinteresowny – czasami, kiedy brakowało pieniędzy na nagrody dla laureatów, finansował je z własnej kieszeni.

Był duszą kilkunastu międzynarodowych Festiwali M.K. Sarbiewskiego „Chrześcijański Horacy z Mazowsza”, które prowadzę na płn. Mazowszu od 18 lat, wraz z kilkunastoma podmiotami. Współpracował ze mną niemal na co dzień – nie tylko w sprawie Festiwali, ale też konferencji naukowych (występowaliśmy z referatami w Wilnie, Opawie, w kilku miejscach w Polsce), jako redaktor zamieszczał moje teksty w uniwersyteckim piśmie „Barok. Historia – literatura – sztuka”. Ponadto donosił mi często – zawsze z radością! – o wyszukanych pracach naukowych na temat Sarbiewskiego lub jego epoki, zachęcał badaczy, studentów i doktorantów do podejmowania badań tematycznych, pomógł mi nawiązać współpracę z Zamkiem Królewskim w Warszawie – a wszystko po to, aby wskrzesić z niepamięci sławnego poetę, ks. jezuitę M.K. Sarbiewskiego rodem z Sarbiewa.

Cenił też pismo literackie, które prowadzę od 25 lat – „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”. Publikował na jego łamach i, jak mawiał, nie mógł się oderwać od lektury każdego nowego numeru tego rocznika, zanim nie przeczytał go od deski do deski.

A przy tym ten wybitny, dystyngowany naukowiec był osobą niezwykle serdeczną, życzliwą, otwartą na ludzi. Aż trudno uwierzyć, że już się nie zobaczymy… Przecież tak niedawno był jeszcze w świetnej formie! – także kiedy półtora roku temu uroczyście świętował swoje 80. urodziny (na zdjęciu). Jego odejście jest niepowetowaną stratą – dla nauki, dla sztuki, dla przyjaciół i bliskich.

Spoczywaj Juliuszu w pokoju! I miej baczenie – na nas i na Polskę, która była tak Ci droga! Cześć Twojej Pamięci!

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Upiorne „wyzwolenie”

17 stycznia 1945 r., ponieważ po tej stronie Wisły Warszawy nie było, Sowieci „wyzwolili” naznaczone krwią powstańców i ludności cywilnej ruiny. „Wyzwolili” dopalające się pozostałości po Pałacu Brühla (wysadzony 19 grudnia 1944 r.) i Pałacu Saskim (wysadzony 27 – 29 grudnia 1944 r), czy Bibliotekę Publiczną m.st. Warszawy przy ul. Koszykowej (podpalona w połowie stycznia 1945 r. przez wycofujących się Niemców).

Walk o Warszawę, z drobnymi wyjątkami typu Cytadela, czy Lasek Bielański, nie było, bo Niemcy wycofali stąd wcześniej większość swoich sił. Sowieci wzięli polską stolicę z marszu. Mimo to medalem „za Wyzwolenie Warszawy”, ustanowionym dekretem Prezydium Rady Najwyższej ZSRS z 9 czerwca 1945 r. Sowieci uhonorowali prawie 700 tys. żołnierzy (sowieckich i polskich). A w komunistycznej PRL kazano nam obchodzić rekonstrukcje wielkiej bitwy.
Z kolei dekretem tzw. prezydenta Bieruta z 26 października 1945 r. komuniści ukradli najatrakcyjniejsze warszawskie grunty, a w dużej mierze (gwałcąc własne prawo) stojące na nich nieruchomości. Tak więc mord założycielski 1944/45 miał sprzymierzeńca nie tylko w postaci kłamstwa, ale i grabieży.

Podobnie wyglądało wcześniej „wyzwolenie” stołecznej Pragi. W sieci katowni NKWD wyrywano paznokcie i mordowano wszystkich, którzy byli albo przynajmniej mogli być wrogami sowieckiej władzy. Dlatego pomnik rzekomych wyzwolicieli – „czterech śpiących” nie ma prawa wrócić na warszawską Pragę, bo zakłamuje historię.

19 stycznia 1945 r. w Alejach Jerozolimskich, uprzątniętych specjalnie na tę okazję z gruzu, przy dźwiękach „Warszawianki” defilowały oddziały 1. Armii WP. Defilowały przed honorową trybuną umieszczoną naprzeciw hotelu „Polonia” przed komunistami: Bolesławem Bierutem, Władysławem Gomułką, Edwardem Osóbką-Morawskim, gen. Michałem Rolą-Żymierskim, gen. Stanisławem Popławskim, płk. Marianem Spychalskim oraz sowieckim marszałkiem Gieorgijem Żukowem.

„Upiorne ‘wyzwolenie’ trupa miasta i upiorna defilada na jego cmentarzysku” – pisał Jeremi Przybora. – „Widma chłopców i dziewcząt z AK, wmieszane w tłumy mieszkańców, którzy byli wraz z bojownikami Warszawy jej obliczem i duszą, uśmiechem, rozpaczą i strachem. (…) Parada wyzwolicieli, którzy już nikogo nie wyzwolili”.

Takim samym perfidnym, komunistycznym kłamstwem jest „wyzwolenie” nas 13 grudnia 1981 r. przez towarzysza generała Jaruzelskiego. Bo Sowieci wcale nie musieli wtedy do nas „wkraczać”. Przecież okupowali nas – z krótką przerwą – od 1939 r. Te „pokojowe” wojska – w sile 300 tys. – stacjonowały w Legnicy, Bornem Sulinowie czy Rembertowie. To zadaje całkowity kłam teorii „mniejszego zła” Jaruzelskiego i Kiszczaka.

Mimo to tow. Leszek Miller jeszcze kilka la temu w TVN 24 mówił: „Interwencja sowiecka była realna i kosztowałaby życie 200 tys. Polaków. Generał Jaruzelski według CIA uratował tyle istnień ludzkich. (…) Wielu z tych, którzy demonstrują teraz pod domem generała, mogłoby się nie urodzić, bo ich rodzice by zginęli”.
Ówczesny szef SLD powtarzał bajki tow. Jaruzelskiego. Bo pytanie: wejdą – nie wejdą, było wówczas bezprzedmiotowe. Dlaczego? Wchodzić na teren PRL Moskale nie musieli, bo wciąż mieli tu swoje wojska. 200 tysięcy sołdatów. 200 tysięcy – tow. Millerowi dzwoniło, ale nie w tym kościele (przepraszam – domu partii).

A Sowieci tak skutecznie nas „wyzwolili”, że wolnością pod sowieckim butem cieszyliśmy się aż do 1989 r., a rosyjska armia wyjechała z Polski dopiero w 1993 r. (faktycznie wtedy skończyła się dla Polski wojna!).

I współcześnie – w kontekście „pokojowych” działań obecnego władcy Kremla – Władimira Putina na Ukrainie – stanęliśmy w obliczu kolejnego rosyjskiego „wyzwolenia”. Podczas słynnego wiecu w Tbilisi, który zatrzymał inwazję Moskwy, śp. prezydent Lech Kaczyński wypowiedział znamienne słowa: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

A Putin stara się swoją imperialną politykę uzasadnić historią. Dlatego bagatelizuje dziś najazd na Polskę 17 września 1939 r., twierdząc, że było to tylko niewinne wkroczenie. Wkroczenie, aby „wyzwolić”.

 

Panie, dziękuję Ci, że żyję! – DRUGI fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Niedaleko wejścia, prawie niezauważalni w oparach tytoniu, nasi liczni sąsiedzi palili gorączkowo żywo dyskutując o rozczarowujących pogłoskach: że Rosjanie zastrzelili kilka rodzin podróżujących samochodami z białymi flagami; że ktoś ze znajomych został już zabity lub okaleczony; że domy niektórych mieszkańców Buczy spłonęły… –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ.

 

25 lutego, piątek

Godz. 6.00. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Obudziliśmy się o szóstej. Noc wydawała się niespokojna. Nawet grube betonowe ściany nie uchroniły nas przed odgłosami wybuchów, które rozlegały się w górze. Było jasne, że wróg nie przestanie próbować przejąć lotniska Gostomel.

Żona wyglądała na zmęczoną. Pojawiły się objawy astmy oskrzelowej, która nie opuściła jej przez wiele lat. Ale dzięki Bogu nie potrzebowała inhalatora. Serce Tamary też wymagało leczenia… Jednak mimo tego widać było, że starała się pocieszyć i uspokoić wnuka. Dało się zauważyć, że Roman nie spał całą noc…

Opuściliśmy nasze podziemne, zimne, duszne oraz wilgotne pomieszczenie i wyszliśmy na świeże powietrze. Niedaleko wejścia, zebrała się już spora grupa naszych „mieszkańców podziemia”, którzy z ożywieniem o czymś dyskutowali. Okazało się, że Służba Wywiadu Państwowego ostrzegała przed dziwnymi oznaczeniami na drogach i budynkach, które prawdopodobnie były punktami orientacyjnymi dla rosyjskich rakiet.

– Tutaj. Przeczytaj sam – Jura z szóstego piętra wsunął mi w ręce swój telefon komórkowy. – Na głos… Żeby wszyscy wiedzieli…

– Znaki wykonane farbą w różnych kolorach – oznajmiłem głośno intonacją spikera przypominając sobie doświadczenie pracy w Ukraińskim Radiu – mogą być wskazówkami dla oddziałów wroga. Jeśli zauważysz takie oznaczenia, prosimy o ich zniszczenie lub zgłoszenie nam tego typu „znalezisk”.

I wtedy kobieta, która właśnie do nas dołączyła, krzyknęła:

– Widziałam coś takiego…

Ludzie byli podekscytowani:

– Gdzie?..

– Gdzieś tutaj – młoda kobieta wykonała ruch dłonią.

– Trzeba szukać! – stwierdził nasz sąsiad z pierwszego piętra, Mykoła, którego z jakiegoś powodu wszyscy zaczęli nazywać wujkiem Kolą.

– A jeśli znajdziemy?… – zabrzmiało logiczne pytanie. – Jak zniszczyć ten znak?

– Cholera! – zawołał energicznie Piotr, który był nie tylko utalentowanym taksówkarzem, ale także, moim zdaniem, dość utalentowanym poetą specjalizującym się w satyrze politycznej.

– Człowieku, jak to powiedzieć? – inteligentna Swietłana była oburzona. – To nie jest żart… Jak tak naprawdę zniszczyć te diabelskie znaki?

– Cholera – powtarzał uparcie Piotr. – Dosłownie. Proszę, spójrz – entuzjasta samochodów wyjął swojego iPhone’a.

– Czy ty widzisz? Jakiś wujek już to zrobił… Można to zrobić łatwiej: przykryć ziemią lub pomalować… Ale moim zdaniem to akt wypróżnienia jest najskuteczniejszy. Zniszczysz znak i symbolicznie nasrasz na Rosję…

Ludzie zaczęli klaskać w dłonie z aprobatą i chętnie wyruszali na poszukiwanie znaków wroga. Dołączyłem do nich. Wyszedłem na bulwar Bohdana Chmielnickiego, który o tej porze był zwykle zatłoczony i olśnił mnie jakiś postapokaliptyczny krajobraz. Ani jednej osoby! Nawet koty, które stały się już częścią ekosystemu miasta, gdzieś odeszły. A gołębie żyjące pod oknami naszego wieżowca, odleciały w nieznanym kierunku. Na ulicy panowała złowieszcza cisza, którą czasami przerywały stłumione eksplozje w Gostomelu i Irpieniu…

Nie znaleźliśmy „znaku bestii”, więc udałem się do mieszkania, gdzie żona, w towarzystwie Romana, pospiesznie przygotowywała śniadanie.

– Zadzwoń do Niny – powiedziała Tamara – bo widzisz, próbuję coś ugotować. Wystarczy na śniadanie, obiad i kolację… Bo kto wie, jak to będzie…

– Ninuś, jak się masz? – zapytałem córkę, gdy odebrała telefon.

– A nic… Siedzimy w schronie przeciwbombowym…

– No, jak się masz? Bezpiecznie?..

– Jakby wszystko w porządku…

Po chwili dodała pospiesznie: – Kocham ciebie i mamę… Nie martw się… Oddzwonię, bo mama chrzestna dzwoni…

Tak! Matka chrzestna, to świętość… Więc rozumiem i nie obrażam się…

Godz. 7.15. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Zostawiając Tamarę samą z patelniami, włączyłem komputer i zagłębiłem się w internetowe wiadomości. Jak można się było spodziewać, nie napawały optymizmem. W nocy Rosja przeprowadziła atak rakietowy na Kijów i Charków. Ciężkie walki trwają w Chersoniu, Sumach, Konotopie, Ochtyrtce… Wróg zbliża się pod Czernihowem, a w Obołeniu w Kijowie nasze siły zniszczyły rosyjskich dywersantów, którzy przedostali się do stolicy…

Coś takiego, moim zdaniem, mogłoby mieć miejsce tylko w hollywoodzkich hitach kinowych. Na przykład w „Upadku Londynu”. Ale w Kijowie?! Niewiarygodne… Niezrozumiałe…

Kiedy czytałem te wiadomości, szczerze nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Wydawało mi się, że znalazłem się w równoległym świecie, w innym wymiarze, gdzie zostałem wciągnięty przez jakąś fantastyczną „czarną dziurę”. W podświadomości pojawiła się kojąca myśl: „To tylko sen”… Straszny, piekielny… Ale mimo wszystko to jednak są złe sztuczki Morfeusza… Nic więcej…

Kątem oka dostrzegłem na ścianie zegar, który wskazywało siódmą piętnaście i natychmiast wracając do rzeczywistości, straciłem iluzoryczną nadzieję na to iż są to tylko urojenia. Minął dokładnie dzień, odkąd świat – dla mnie i moich bliskich – zszedł z ustalonych torów i teraz pociąg życia, przecinając po drodze tory codzienności, zmierza nieprzerwanie ku nieuniknionej katastrofie… Gdzieś w bezkresną otchłań… Po prostu taki „pełny Kafka”…

Godz. 9.00. Bucza, ul. Energetyków. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nie miałem siły przebywać w czterech ścianach. Rzuciłem coś od progu do żony i znalazł się na podwórzu. Pospiesznie skierowałem się do Urzędu Miejskiego, który znajduje się zaledwie sto metrów od naszego wieżowca.

Na Energetyków, niedaleko sklepu Jaka Doma, gdzie, sprzedawano świeże pierogi, knedle i inne pyszności z mąki z różnymi nadzieniami, tłum był niewielki. W podziemiach zlokalizowana była kawiarnia. Wchodząc tam zauważyłem, że tabliczka z wizerunkiem „puszystej” kluski leżała na ziemi uderzona czymś, co wyglądało jak odłamek.

– Wow! – powiedziałem na tyle głośno, by zwrócić na siebie uwagę kilku znajomych, którzy w skupieniu pili kawę, „wzbogacając” aromatyczny napój dymem papierosowym. – Kiedy uderzyło tak mocno?

– Rano – wyjaśnił zwięźle jeden z chłopców, podobnie jak ja, po sześćdziesiątce.

Maskował swój wiek farbowanymi włosami, które starannie zaczesał do tyłu głowy, gdzie łysina już podstępnie dawała o sobie znać, oraz eleganckimi ubraniami znanych marek.

– Ty, Sierjoża, idź i zobacz, co się dzieje w „piekle”…

Skrzyżowanie ulic Energetyków i Bohaterów Majdanu (dawna ulica Komsomolska) oraz przylegający do niego Plac Kijowski upodobali sobie różnej maści „niebieski ptaki” ze wszystkimi (czasami niebezpiecznymi dla wczasowiczów) związanymi z tym konsekwencjami. Tutaj, gdzie stoi tajemnicza rzeźba – wielka granitowa kula – do niedawna, zarówno w dzień, jak i w nocy, tłoczyli się miłośnicy „czegoś mocniejszego”. Lokalni bardowie i idole ulicznego rocka, posługując się uniwersalnymi trzema akordami, potrafili zagrać wszystko – od Wysockiego czy Levko Durka po Led Zeppelin.

Przychodzili tutaj, żeby się pokazać i popatrzeć na innych. „Inni” to dziewczyny. Różny wiek i stopień urody… A nawet trzeźwości…

Dziś buczański „Broadway” wyglądał inaczej… Wszędzie jakieś śmieci, połamane cegły, potłuczone szyby… I dwa trupy przykryte starymi kocami… Uderzyło mnie, że ludzie, którzy stali w kolejce wydawali się, obojętni, jakby to była zwykła codzienność, postrzegana jako nowe – okropne – realia życia. I ja sam nagle zwróciłem się w myślach do Boga: „Panie, dziękuję Ci, że żyję!”

A przechodnie, spuszczając wzrok, omijali zmarłych jako niewłaściwą tutaj przeszkodę i spieszyli się za swoimi pilnymi sprawami… I wszyscy, jestem pewien, niepokoili się kwestią sakramentalną: „Czy przeżyję?…” W odpowiedzi słyszeli głośne eksplozje gdzieś w okolicach Melnyky i Gostomela…

„Nie” – pomyślałem – „tu nie ma czego szukać, musisz iść do domu, bliżej piwnicy”. I jak najszybciej ruszył w stronę Bulwaru Bohdana Chmielnickiego…

Godz. 12.32. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, dziedziniec. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Prawie wszyscy mieszkańcy naszego wieżowca są na podwórku. Palą nawet ci, których nigdy nie widziałem z papierosem w dłoni. Na marginesie zauważam, że zapasy tytoniu należy wykorzystywać bardziej oszczędnie. I jak dotąd wypaliłem trzy papierosy z rzędu…

Mówią o kanonadzie, która nie ustaje od kilku godzin. Mówią, że nasi ludzie byli mili dla Rosjan. Zostawili sprzęt. Oczywiście, teraz jesteśmy odcięci od Kijowa…

Nagle nad domem przeleciał helikopter, prawie dotykając dachu. Czyj jest – nasz czy wroga? To wydarzenie wyznaczyło nowy kierunek „dyskusji publicznych” – zamknięcie nieba. Ukraińscy urzędnicy wysokiej rangi mówią o tym już drugi dzień, zwracając się do swoich zachodnich partnerów. Ale oni, zgodnie z utrwalonym zwyczajem, wyrażają jedynie „głębokie zaniepokojenie”, a nawet (sic!) „bardzo, bardzo głębokie”.

Jednak kwestia przekazania na Ukrainę migów-29, które znajdują się na lotniskach krajów byłego Układu Warszawskiego, budzi wśród obecnych „powściągliwy optymizm”.

Sąsiedzi są pewni, że już niedługo bojownicy, przynajmniej z Polski, zestrzelą rosyjską obrzydliwość.

– Swoją drogą – krzyczy sąsiad, którego imienia nie znam, jak uczeń, podnosząc prawą rękę do góry – czy słyszałeś o „Duchu Kijowa”?

– O jakim duchu? – Jura uniósł brwi. – Jakiś mistyk?

– Więc nic nie wiesz – mężczyzna prawie podskoczył ze zniecierpliwienia. – Ale wszystkie portale społecznościowe płaczą nad nim! Teraz pokażę…

I grzebiąc w swoim iPhonie, triumfalnie go podniósł:

– Patrz, patrz! Tu jest napisane, że nasz as zestrzelił na niebie nad Kijowem sześć rosyjskich samolotów w ciągu pierwszych trzydziestu godzin wojny… Tutaj… czytam… Dwa Su-25, dwa Su-35, jeden Su -27 i kolejny MiG-29 !…

– To niemożliwe – stwierdza kolejna mieszkanka naszego apartamentowca. – Powiedziano nam, że na Ukrainie prawie nie ma lotnictwa wojskowego: wszystko zostało zniszczone lub splądrowane…

– Kluczowe słowo to Ukraina – zaśmiał się Andrij, kolega z klasy naszej Niny. – Mamy taką mentalność. Narzekać, że nic nie ma, a potem, gdy nadarzy się okazja, wyjąć to zza pazuchy. Podobnie jest z samolotami… Gdzieś je ukryto, a w razie potrzeby wyjęto z ukrycia… Wcale bym się nie zdziwił, gdyby bomba atomowa też gdzieś znalazła…

– Mogło być – zamruczał Jura. – Może więcej niż jeden… Nie zdziwię się…

Wszyscy ryknęli z aprobatą…

Godz. 15.44. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Siedzimy pod ziemią… Roman wspiął się na drugie piętro i bawi się telefonem. Tamara i ja usiedliśmy w całkiem wygodnych składanych krzesłach wędkarskich, zakupionych latem ubiegłego roku specjalnie z myślą o wypadach nad lokalne wody.

Żona uśmiecha się boleśnie.

– Jak się masz?

– Tak sobie – wzdycha Tamara. – Trudno oddychać… Jak się uspokoi, to wyjdziemy… OK?

– Oczywiście – zgadzam się patrząc na jej zmęczoną twarz. – Może powinniśmy coś poczytać? Odwróćmy naszą uwagę…

Moja żona spojrzała na mnie zmęczonymi oczami pełnymi smutku:

– Nie, nie chcę…

Milcząc, wzięła mnie za rękę:

– Poważnie, co się z nami stanie?… Bardzo się boję… I nie tyle o siebie, co o nasze dzieci, wnuki… O ciebie…

– Tomaczka – próbowałem mówić przekonująco – wszystko będzie dobrze. Wiesz, mam, jak to mawiano za studenckich lat, ucho. I prawie nigdy się nie myliłem w swoich przewidywaniach. Powtarzam, wszystko będzie dobrze…

– Jesteś moim Nostradamusem – uśmiechnęła się żona, nieco zrelaksowana.

– I Kasandrą… Można powiedzieć, w jednym…

Godz. 18.27. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, dziedziniec. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dudnienie nieco ucichło i wyszliśmy na powierzchnię. Robiło się ciemno. Było wilgotno i chłodno. Gdzieniegdzie na zamarzniętej ziemi leżały brudne kawałki śniegu. Niedaleko wejścia, prawie niezauważalni w oparach tytoniu, nasi liczni sąsiedzi palili gorączkowo, żywo dyskutując o rozczarowujących pogłoskach: że Rosjanie zastrzelili kilka rodzin podróżujących samochodami z białymi flagami; że ktoś ze znajomych został już zabity lub okaleczony, po prostu w swoim domu; że domy niektórych mieszkańców Buczy spłonęły. I też lamentowali, że nie ma chleba i że niedługo zabraknie im chleba…

Tamara i ja, omijając tłum, odsunęliśmy się.

– Tylko nie odchodzicie daleko  – usłyszałem za nami troskliwy głos Saszy. – Nie daj Boże coś – od razu do piwnicy.

„OK, OK” – zgodnie pokiwaliśmy głowami. – Nie martw się…

Nie zdążyliśmy pokonać dziesięciu metrów, gdy z bramy stanowiącej przejście z podwórza na bulwar wyszedł nieznajomy. Wysoki, wysportowany mężczyzna, ubrany w coś w rodzaju kombinezonu o bliżej nieokreślonym kolorze. Zwróciłem też uwagę na jego buty. Były w stylu wojskowym, całkowicie pokryte błotem. Nie przywiązywałem do tego żadnej wagi, ale w myślach zastanawiałem się: ziemia dookoła była zamarznięta, a buty miał w błocie.

– Proszę, czy mógłbyś mi powiedzieć, gdzie jest najbliższy prywatny sklep spożywczy? – zwróciła się do nas nieznana osoba. – Naprawdę chcę jeść…

Kiedy później omawialiśmy z Tamarą to spotkanie, okazało się, że oboje byliśmy zaskoczeni określeniem „sklep prywatny”. U nas nikt tak nie mówi, nawet rosyjskojęzyczni…

Ale wtedy nie zwróciliśmy na to uwagi.

– Za rogiem jest „LotoOK” – wskazałem ręką. Jeśli oczywiście jest otwarty…

– Dziękuję – powiedział mężczyzna, uśmiechając się do swoich myśli, i skierował się… w przeciwnym kierunku.

Wzruszyliśmy ramionami.

– Kto to był? – usłyszeliśmy za swoimi plecami zmartwiony głos zawsze powściągliwego wnuka. – Trzeba było sprawdzić jego dokumenty.

– Dlaczego?… – Nie zrozumiałem.

– A bo to mógł być Rosjanin, sabotażysta. Posłuchajcie, co właśnie przeczytałem na Facebooku. Nasz burmistrz Fiodoruk donosi, że… Już, teraz… Gdzie to jest… Tak… „W kwaterach mieszkalnych przy wjeździe do miasta od rana przebywały wojska rosyjskie”. I oto jest: „A ich żołnierze zaczynają chodzić po okolicy, przebierać się…”. Ech, dziadku, dziadku, a ty nadal piszesz książki o szpiegach…

Roman odsunął się od nas, machając pogardliwie ręką. I zdałem sobie sprawę, jak daleko jest teoria od praktyki…

Godz. 21.20. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Siedzimy w piwnicy. Próbowaliśmy dodzwonić się do Niny. Nie ma połączenia. Jesteśmy zaniepokojeni. Poczucie beznadziejności… i trochę upokorzenia…

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Red. Maciej Iłowiecki, ks. Wiesław Niewęgłowski, red. Halina Cenglowa… ku pamięci

„… tak szybko odchodzą” – powtarzamy często za księdzem poetą. Ci starsi, często chorujący przez ostatnie lata życia są już mało znani, choć kiedyś ich nazwiska brzmiały głośno bo byli aktywni i wpływowi.

Dziś walki pałacowe są coraz częstsze i niestety bolesne. Co rusz wybuchają nowe, coraz więcej też nowych i coraz więcej eksmitowanych. Wybory, walka o wpływy, a przede wszystkim oczywiście o pieniądze. Smutne to. Czy po roku 1989 było inaczej? Chyba jednak tak.  Otworzyła się wówczas długo wyczekiwana szansa na suwerenność, na pozbycie służalczo uzależnionych. Niestety nie do końca tak się stało. Tak więc teraz warto przypominać ludzi szlachetnych i wierzących przez całe lata w sens zmian gdy odchodzą.

Maciej Iłowiecki

Wiceszef Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Maciej Iłowiecki w trudnym nielegalnym ośmioletnim okresie zaboru władzy przez rodzimą juntę – był takim człowiekiem na pewno. Zmarł niedawno, właściwie w zapomnieniu, wspomniany tylko kilkoma nekrologami.

Iłowiecki był przez kilkadziesiąt lat bardzo poczytnym dziennikarzem popularyzującym, tłumaczącym sprawy nauki i nie tylko. Był pisarzem i społecznikiem. Lubianym powszechnie bo po prostu był dobrze wychowanym, wykształconym i empatycznym człowiekiem. Łagodził obyczaje.  Przystępnie tłumaczył zawiłości wiedzy prawdziwej i przybliżał rozumienie świata.

Poznałem go w 1961 roku, jako student i początkujący reporter. Choć był o kilka lat starszym, uznawanym dziennikarzem, nie odmówił rozmowy, dyskusji z młodym. Co tydzień w poczytnej wówczas „Polityce” drukował Iłowiecki felieton na ostatniej stronie, gdzie można było również czytać Waldorffa. Równocześnie  wtedy pisali  reportaże Kąkolewski, Kapuściński, były artykuły – felietony Aleksandra Małachowskiego, Karola Małcużyńskiego i Bohdana Tomaszewskiego i innych tuzów żurnalistyki. Iłowiecki też był w pierwszej lidze.

Gdy 13 grudnia czołgi wjechały na ulice Zarząd Główny SDP składał się z takich dziennikarzy jak Stefan Bratkowski, Maciej Iłowiecki, Maciej Wierzyński, Maciej Szumowski. Stowarzyszenie choć  zdelegalizowane – przetrwało. Odzyskało ukradziony majątek i trwa. Kierownictwo zagrożone wówczas aresztowaniem ukrywało się, ale artykuły  dziennikarzy działających w podziemiu ukazywały się, wydawano nawet kasety z radiowymi nagraniami. Były to komentarze, reportaże, eseje a nawet wiersze.

Trwało to dłużej niż do czasu gdy władza odwołała oficjalnie stan wojenny.  Ludzie Solidarności do kolaboracji nie przystąpili aż do roku 1989. Działały w całej Polsce podziemne oddziały dziennikarskie SDP, było nielegalnie ale etycznie i ciekawie. W Warszawie autorytetami byli piszący zawodowo i aktywni poprzez kontakty osobiste i tajne spotkania właśnie Bratkowski, Iłowiecki, Kalabiński i Maziarski.

Ks. Wiesław Niewęgłowski

Jednym z miejsc spotkań było Duszpasterstwo Środowisk Twórczych.  Jego oddziały aktywne były w całej Polsce. I tu na wielkie uznanie i pamięć zasługuje inicjator tych poczynań, człowiek niesłychanej energii ks. prałat dr Wiesław Niewęgłowski. Jakaż to była niezwykła energia, niezwykłą empatia i osobisty urok. Ks. prałat dr, animator budowy kościoła środowiskowego na Placu Teatralnym. Cieszył się zaufaniem artystów i szeroko pojmowanych twórców kultury.

Ks. Wiesław też odszedł niedawno. Żegnany był skromnie. A przecież to właśnie on najpierw, gdy wybuchł stan wojenny, organizował spotkania w wieży kościoła Św. Anny. Potem władza kościelna przeniosła go na Nowe Miasto do kościoła Najświętszej Marii Panny na skarpie warszawskiej. Wreszcie aktywny w okresie budowy świątyni środowiska twórczego na Placu vis a vis Teatru Wielkiego działał i przyciągał ludzi.

To on gromadził rzesze najbardziej popularnych aktorów i reżyserów teatralnych i filmowych, wybitnych muzyków – kompozytorów, śpiewaków i instrumentalistów, malarzy, rzeźbiarzy, grafików, scenografów, pisarzy, poetów i dziennikarzy. Na msze organizowane przez lata w kościołach duszpasterstwa przychodziły setki ludzi ze środowisk artystycznych. Odprawiał je ks. Niewęgłowski i współpracujący z nim kapłani. Na spotkaniach, panelach i zebraniach dyskusyjnych odbywających się regularnie w kościołach i przykościelnych kaplicach, salach spotkań były tłumy.

Tak było. O tym należy pamiętać. W kościele na Nowym Mieście i w innych również w podziemiach utworzono magazyny z przywożonymi z całej Europy wielkimi tirami paczkami z żywnością, lekarstwami, środkami czystości i ubraniami, obuwiem. W kościele ks. Wiesława Niewęgłowskiego w przekazanym mu częściowo właśnie dla potrzeb duszpasterstwa także były magazyny ogromne, pamiętające jeszcze czasy, gdy mieścił się tu szpital Powstania Warszawskiego. Przyjeżdżało tirami bardzo dużo. Trzeba to było wyładowywać segregować i przekazywać dalej. Tym wszystkim dyrygował również ks. Niewęgłowski. Oczywiście miał wielu pomocników. Byłem wraz z śp. Markiem Pawłowiczem odpowiedzialny za rozwożenie paczek na Mokotowie. Kierowały nami osoby pamiętające jeszcze Powstanie Warszawskie. To były w zasadzie nie polecenia a rozkazy, które wydawały starsze panie.

Ks. Wiesław cieszył się zaufaniem ludzi i władz kościelnych. Jest dziesiątki zdjęć ze spotkań z przedstawicielami Episkopatu a także z Ojcem Świętym. Są dokumenty, książki i pamiątkowe albumy. Można łatwo zobaczyć kto działał, kto znajdował ważną duchową pomoc.  Kościół był wtedy ważnym miejscem. Spotykając się  podtrzymywaliśmy wolę by trwać i wytrwać przez długie lata. Oczywiście na zachowanych zdjęciach łatwo jest rozpoznawać popularnych wtedy aktorów. Ale są tam i inni. Warto do tych wydawnictw zajrzeć, przypomnieć je – choćby wizyty w Watykanie i Ziemi Świętej.  Nasz Papież był wtedy dla ludzi skrzywdzonych na wyciągnięcie ręki. Właśnie dzięki pośrednictwu m. in. duszpasterstw środowisk twórczych. Warszawskie też służyło ważną konkretną bardzo pomocą. Ks. Niewęgłowski zgromadził wokół siebie wielu ludzi – w tym dziennikarzy.

Halina Cenglowa

Jedną z bardzo aktywnych w duszpasterstwie warszawskim, negatywnie zweryfikowaną przez komisję ds. selekcji ludzi, orzekającą kto może pracować jako dziennikarz a kto nie – była koleżanka nasza Halina Cenglowa, publicystka i redaktorka prasowa z wieloletnim stażem. Halina zmarła przed tygodniem. Codziennie z Mokotowa na Nowe Miasto jeździła przez kilka lat pomagając oczywiście społecznie jak wszyscy ks. Niewęgłowskiemu.

Pełniła rolę dyrektorki biura, sekretarki, opiekunki i pocieszycielki ludzi wymagających pomocy. Organizowała spotkania, ustawicznie telefonowała, informowała, zabiegała o pieniądze i organizowała grupowe wyjazdy na Jasną Górę i zagranicę. Była bardzo lubiana. Przychodziły do niej żony internowanych, koledzy i koleżanki szukający pomocy prawnej, doradztwa zdrowotnego i pocieszenia. Była wśród kilkunastu energicznych pań, kobiet cieszącym się wielkim autorytetem w środowisku. A pomagać trzeba było bardzo wielu rodzinom. Tylko na Mokotowie mieliśmy z Markiem Pawłowiczem listę kilkudziesięciu rodzin.  I to wszystko długo trwało. Bardzo długo. Mijały miesiące  a nawet lata. Od 13 grudnia 1981 roku aż po okres okrągłego stołu, po wiosnę 1989 i wreszcie radosny dzień 4 czerwca, gdy wydawało się, że Solidarność i ludzie prawi odnieśli definitywnie pierwsze wielkie zwycięstwo. Wydawało się. Jak było potem – wiemy.

Cześć pamięci tym wszystkim, którzy już odeszli i niestety często teraz odchodzą. A wtedy stanęli po stronie Polski. Wiedzieli, gdzie jest racja stanu i gdzie ich miejsce.  Wiedzieli. Nikt im nie musiał tłumaczyć, gdzie jest dobro a gdzie zło. Stawali po stronie dobra. Teraz też wielu ludzi się nad tym zastanawia. I wielu na szczęście dochodzi do takich samych wniosków.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Student przestaje być wesołym żakiem

W Poznaniu kilkudziesięciu studentów rozpoczęło 8 grudnia 2023 roku protest i okupację Domu Studenckiego „Jowita”. 17 grudnia, do Poznania przyjechał nowy minister nauki Dariusz Wieczorek, który odwiedził protestujących i obiecał znalezienie pieniędzy na remont obiektu. Tym samym władze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza zrezygnowały z planów jego sprzedaży.

Modernizacja „Jowity” powinna potrwać około 4 lat i ma kosztować około 100 mln zł. Według pierwotnych planów, Uniwersytet Adama Mickiewicza chciał sprzedać budynek, a za pozyskane pieniądze wybudować dom akademicki na 400 miejsc na Kampusie Morasko. W „Jowicie” po remoncie będzie mogło mieszkać około 200 studentów. Rzecz w tym, że „Jowita” znajduje się w centrum miasta, a więc jest to miejsce dobre, bo dogodne dla studentów.

17 grudnia ub. r. studenci zakończyli protest. Zebrani przypomnieli też o swoich postulatach, wśród których wymienili: prawne umożliwienie zrzeszania się studentów w związkach zawodowych, żądanie rozbudowy uczelnianej infrastruktury socjalnej – tanich stołówek czy pokoi socjalnych oraz zapewnienie miejsca w akademikach dla 10 proc. studentów

Student chce gdzieś mieszkać

Ten strajk studentów w Poznaniu zwrócił naszą uwagę na niby banalny, ale bardzo istotny problem – student musi coś jeść i powinien gdzieś mieszkać. Okazało się, że coraz więcej państwowych szkół wyższych (idąc drogą wytyczoną przez uczelnie prywatne) zupełnie nie interesuje się tym, gdzie ich studenci mieszkają i czy mają na jedzenie.

Uczelnie nie budują nowych akademików, nie remontują starych – zakładając, że nie jest to ich sprawą. Owszem, uczelnie budują nowe gmachy, rekonstruują zabytkowe budynki, w których prowadzona jest ich działalność dydaktyczna, co dobrze świadczy o władzach i pozwala kształcić coraz więcej osób.

Mówiąc inaczej – uczelnie wyższe są przedsiębiorstwami, których „produkcją” jest kształcenie. Czyli, studenci są materiałem do obróbki, a robotnikami przy tej obróbce jest personel dydaktyczny i wszystkie inne służby administracyjne. Oczywiście uczelnie państwowe są dotowane przez właściciela, czyli państwo.

Tym samym wydaje się naturalne, że uczelnie i rząd powinny być zainteresowane tym, czym ich „materiał” ma gdzie mieszkać i co jeść. A jednak tak nie jest. I to jest ogromny grzech państwa i jego uczelni.

Czy ludzie wykształceni są nam naprawdę potrzebni?

Powiedzieć, że władze i uczelnie chorują na znieczulicę, to nie powiedzieć nic. Ta ich obojętność losem studentów przeraża. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze – student stoi oczywiście najniżej w uczelnianej hierarchii, a jednak jest żywym człowiekiem i deklarowaną od stuleci „przyszłością narodu”. Ale ten rozziew między hasłami a rzeczywistością mnie nie dziwi. Jesteśmy wszak mistrzami świata w głoszeniu haseł, którymi się nie przejmujemy.

Po drugie – student „niedospany i niedojedzony” nie ma koniecznej do intelektualnego wysiłku siły. Tym samym jego wyniki będą gorsze od możliwych. Czyli kształcimy marnie. I nie dziw, że nasze uczelnie nie mieszczą się w kilku pierwszych setkach, w klasyfikacji uczelni.

Zwrócę też uwagę, że studenci z Poznania oczekują jedynie 10 procent miejsc w akademikach, w stosunku do ogólnej liczby studentów. I powiedzmy też wprost – takie traktowanie studentów prowadzi do tego, że na studiowanie stać będzie jedynie dzieci z rodzin zamożnych. Co oczywiście doprowadzi do dalszego, jeszcze drastyczniejszego podziału społecznego. A według Konstytucji wszyscy mamy mieć równe prawa…

Kiedyś…

W mojej Łodzi przed wojną nie było ani jednej wyższej uczelni. Dopiero po 1945 roku zaczęły tu powstawać szkoły wyższe: Politechnika, Uniwersytet, Akademia Medyczna, Wojskowa Akademia Medyczna, Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, Wyższa Szkoła Muzyczna i ta najbardziej znana –  Wyższa Szkoła Teatralna i Filmowa.

I mimo ogólnej biedy wybudowano też dwa wielkie osiedla domów akademickich. Wybudowano i zapełniono świetnymi księgozbiorami dwie wielki uczelniane biblioteki – dla Uniwersytetu i Politechniki. Pozostałe uczelnie również otrzymały swoje biblioteki. Powstały też stołówki dla studentów – tanie i zdrowe. Zorganizowano nawet kilkanaście klubów studenckich.

To działo się w zniszczonej wojną Polsce. A dzisiaj? Wojny nie było, gospodarka się rozwija, dochód narodowy rośnie… Więc co się z nami stało? Nie stać nas na nowe akademiki?

Po 1989 roku zachłysnęliśmy się neoliberalizmem i uważamy, że każdy  musi sobie radzić sam.

Dzisiejszy stosunek do studentów ma też inne podłoże. W roku 1939, wszystkie polskie uczelnie kształciły rocznie ok. 20.000 osób. W latach 60-tych w Łodzi kształciło się ok. 15-cie tysięcy osób. W roku 2000 r. w Łodzi kształciło się (uczelnie państwowe i prywatne) ok. 100.000 osób.

Zaraz po wojnie ludzi z wyższym wykształceniem było w Polsce nie więcej niż 3 procent. Obecnie osób z wyższym wykształceniem mamy już prawie 30 procent. Co prawda do wyższego wykształcenia zalicza się też licencjat, ale jednak.

Dlaczego nikt nie szanuje studentów?

Być może elity naszego państwa uznały, że już wystarczy, że to dosyć.  Ale to jest czystej wody głupota, podobnie jak do najazdu Rosji na Ukrainę wszyscy uważali, że wojen już nie będzie.

Przypomnę, że zaraz po 1989 roku liberałowie ortodoksyjni i wagi lżejszej głosili, że przyszłość kształcenia wyższego w Polsce to prywatne uczelnie. Powoływano się na przykład USA i Wielkiej Brytanii, zapominając, że USA i Wielka Brytania to jednak inne niż Polska światy, inna historia i inna zasobność obywateli. Niemniej odnotowaliśmy ogromny wysyp szkół niepaństwowych – prywatnych i społecznych. Jednakże do dzisiaj te uczelnie nie mają przyzwoitych bibliotek i akademików, nie mówiąc już o stołówkach. A ich poziom kształcenia… teoretycznie powinna ten poziom monitorować i nadzorować państwowa komisja. W praktyce jednak nadzór jest tylko teoretyczny.

Dlatego kształcenie ludzi na poziomie wyższym jest jednym z najważniejszych obowiązków państwa. I to w państwowych uczelniach, bez żadnego liberalnego kręcenia. I może dlatego wszystkiego, jak na razie, nie jesteśmy w czołówce państw Europy. A w takim Izraelu wyższym wykształceniem legitymuje się już ponad 85 procent obywateli. Uczmy się od najlepszych. I uważajmy na liberalne ględzenie o wyższości prywatnych szkół nad państwowymi.