WOŁODYMYR SYDORENKO: Chcieli pokazać, że król jest nagi?

 Nie wiadomo, czy „nagie party” blogerki Anastazji Iwlejewej było jedynie wyzwaniem dla rosyjskiej moralności publicznej, czy też nieświadomym protestem środowiska kulturalnego przeciwko kłamstwom i oszukiwaniu ludzi przez kremlowskich urzędników.

Moskiewski Sąd Lefortowski uznał zamkniętą „nagą imprezę” blogerki Anastazji Iwlejewej za „mającą na celu promowanie nietradycyjnych stosunków seksualnych”, podała agencja TASS powołując się na orzeczenie sądu.

​​20 grudnia w moskiewskim klubie „Mutabor” odbyła się impreza rosyjskich artystów. Gości obowiązywał „prawie nagi” dress code, a wejść można było wyłącznie za osobistym zaproszeniem. Na wydarzenie przybyli: Lolita Milyavska, Ksenia Sobchak, Philip Kirkorov, Dzhigan, Dima Bilan, Olena Vodonaeva i wielu innych. Prawie wszyscy przestrzegali zasad ubioru. Raper Vacio miał na genitaliach tylko skarpetkę, a sama Iwlejewa ubrała się w półprzezroczyste body, a jej pośladki zdobił naszyjnik z diamentami i szmaragdem za 23 miliony rubli.

Media zdążyły się dowiedzieć, że Vacio zapożyczył pomysł ze skarpetką od frontmana zespołu Red Hot Chili Peppers, Anthony’ego Kiedisa, który w takim stroju zagrał kiedyś cały koncert. Zdjęcia i filmy z wydarzenia obiegły portale społecznościowe, w niektórych publikacjach podkreślano, że na imprezie odbywały się projekcje nagich kobiet, a na parkiecie całowali się mężczyźni. Zaraz po imprezie raper Vacio został aresztowany na 15 dni, oskarżony o drobne chuligaństwo i ukarany grzywną w wysokości 200 000 rubli z artykułu o „propagandzie LGBT”.

Propaganda nietradycyjnych stosunków seksualnych, jak stwierdzono w orzeczeniu sądu, „przejawiała się w rozpowszechnianiu informacji mających na celu kształtowanie nietradycyjnych postaw seksualnych”.

Szefowa Ligi Bezpiecznego Internetu, słynna posłanka do Dumy Państwowej, „obrończyni” norm moralności publicznej, Jekaterina Mizulina, poinformowała, że Federalna Służba Skarbowa 26 grudnia rozpoczęła kontrolę podatkową w miejscu działalność Anastazji Iwlejewej. „I ma wszelkie szanse zakończyć się wszczęciem sprawy karnej” – napisała Mizulina na swoim kanale na Telegramie.

Prorządowy kanał na Telegramie Mash donosi, że przeszukiwane są biura Iwlejewej. Trwa sprawdzanie informacji o niezadeklarowanych zyskach ze sprzedaży chipsów „Izy Pizzy”, wody gazowanej i reklam w mediach społecznościowych. Zgodnie z częścią 2 art. 199 kodeksu karnego („Unikanie płacenia podatków w szczególnie dużej wysokości”) blogerce może grozić kara do pięciu lat więzienia.

Po tym, jak zdjęcia z imprezy pojawiły się w Internecie, kilka organizacji prorządowych natychmiast zwróciło się do Prokuratury Generalnej z żądaniem sprawdzenia obecnych na party pod kątem szerzenia „propagandy LGBT”.

Przeciwko Iwlejewej złożono już pozew zbiorowy z żądaniem odszkodowania na łączną kwotę miliarda rubli. Według mediów inicjatorem tego był producent serialu „Brygada” Oleksandr Inszakow. Powodowie twierdzą, że wiadomość o „nagiej” imprezie  wyrządziła im krzywdę emocjonalną. Natomiast stowarzyszenie „People’s Call” w działaniach gości imprezy dostrzegło ekstremizm i propagandę narkotykową.

Rosyjskie kanały na Telegramie podały, że bank Tinkoff zaprzestał współpracy z Anastazją Iwlejewą, a firma telefoniczna MTS usunęła ją z listy swoich ambasadorów. Rosyjska gazeta „Kommersant” pisze, że wiele kanałów telewizyjnych, a także innych firm medialnych i reklamowych zamroziło zawarte wcześniej umowy z blogerką, a także z innymi artystami biorącymi udział w imprezie.

Materiał filmowy z imprezy wywołał ożywioną dyskusję w mediach społecznościowych. Przewodnicząca Ligi Bezpiecznego Internetu nazwała organizowanie takich wydarzeń „cynicznym” w czasie, gdy „nasi chłopcy giną na wojnie, a wiele dzieci traci rodziców”.

Jednocześnie wielu uczestników dyskusji postrzegało „nagie party” jako formę protestu przeciwko rosyjskiej moralności i agresywnej postawie rosyjskich urzędników.

Sama Iwlejewa zareagowała na dyskusję wokół jej imprezy, wysyłając wiadomość na swoim kanale na Telegramie: „Nie spaliśmy dobrze, ale było warto. Piszą mi, że to diabelstwo, a ludzie po prostu przyszli w ładnych ubraniach, półnadzy. Jednocześnie patrzymy na Zachód i wyjścia podziwianych przez nas modelek. I tak wychodzą nasi dobrzy artyści i tu piszą: ‘Jak to możliwe?’ Niech ludzie nauczą się akceptować siebie nawzajem. Mam nadzieję, że to się nigdy nie skończy! Zatem więcej komentarzy, więcej oburzenia!” – stwierdziła blogerka.

Później jednak nagrała kolejny film z przeprosinami: „Mówią, że Rosja wie, jak przebaczać. Jeśli tak jest, to bardzo proszę Was, ludzie, o drugą szansę (…).

Nie wiadomo, czy „nagie party” Anastazji Iwlejewej było jedynie wyzwaniem dla moralności publicznej, czy też nieświadomym protestem rosyjskiego środowiska kulturalnego przeciwko oficjalnym eleganckim garniturom, kłamstwom i oszukiwaniu ludzi przez urzędników. Skoro władza potrafi  rażąco naruszać moralność okłamując i oszukując społeczeństwo, dlaczego artyści nie mogą pojawić się na imprezie półnadzy? To wskazówka – król jest nagi!

Czytelnik internetowy o pseudonimie Oriola (Sewastopol) jest oburzony: „Zboczeńcy. Co za obrzydliwość. Czy ktoś lubi patrzeć na gołe tyłki tych drani?” Ale czy ktoś lubi też słuchać kłamstw rosyjskich polityków na temat sukcesu gospodarczego, nieistniejącego „nazizmu” na Ukrainie i „obronie Ojczyzny” w wojnie z Ukrainą?

W 1912 roku grupa moskiewskich pisarzy futurystycznych „Gilea” opublikowała zbiór wierszy i manifest „Uderzenie w gust publiczny”, w którym protestowali przeciwko ówczesnym wartościom estetycznym i ogłosili zerwanie z istniejącą tradycją literacką w celowo oburzający sposób. Welimir Chlebnikow, Władimir Majakowski, David Burlyuk, Oleksiy Kruchenykh, Benedikt Livshyts, Wassyl Kandinsky i inni protestowali przeciwko literaturze lojalistycznej z przeszłości. Napisali, że „Przeszłość jest napięta. Akademia i Puszkin są bardziej niejasne niż hieroglify. Wyrzucić Puszkina, Dostojewskiego, Tołstoja i innych…”

„Naga” impreza to też policzek wymierzony współczesnym rosyjskim gustom, agresywności, protestem przeciwko prorządowym festiwalom, wystawom, forom i wszelkim kłamstwom rządu na temat „wielkich sukcesów”, „osiągnięć”, „wielkości”.

Dziennikarz Iwan Filippow zauważył, że ​​„naprawdę obrzydliwe i wyzywająco irytujące wideo wcale nie jest na kanale _agentgirl_ (profil na Instagramie Iwlejewej – przyp. red.), ale na kanale Operacja Z: Wojownicy rosyjskiej wiosny, którego autor opublikował film przedstawiający ‘modlitwy żołnierzy przed atakiem’. .. To jest prawdziwa katastrofa duchowa i moralna. to czysty satanizm. a także fakt, że Rosyjska Cerkiew Prawosławna błogosławi wojnę kryminalną i bierze w niej czynny udział. Goły tyłek w porównaniu z ich zbrodnią przeciw wierze, Bogu i moralności to tylko goły tyłek…”

 

WALTER ALTERMAN: Predykcje feminatywne, czyli kąstytucja

„Jakie są pani predykcje w sprawie Wąsika i Kamińskiego…” – pyta dziennikarz TVN jedną z parlamentarzystek. Po raz pierwszy w życiu zaniemówiłem i ogłuchłem. Gdy mi przeszło, sięgnąłem do słownika PWN, gdzie znalazłem taką definicję: „predykcja – w analizie statystycznej: przewidywanie przyszłych realizacji albo cech statystycznych zjawisk losowych”. Zatem ów dziennikarz – nazwiska nie zdążyłem zanotować, ale był młody i dziarski – użył pojęcia z analizy statystycznej, by dowiedzieć, co owa pani poseł sądzi, co przewiduje, co mniema o przyszłym losie wspomnianych dwóch posłów.

Kolejny raz pytam – dlaczego spora grupa dziennikarzy uznaje za mało eleganckie stare, dobre słowa, a rzuca się jak pies na kość, gdy na dalekim horyzoncie językowym pojawiają się nowości?

Predykcje

A może oni po prostu, z rozmysłem i złośliwością wobec widza, chcą być nierozumiani? Żeby widz poczuł się od nich gorszy. Sądzę, że naszemu społeczeństwu w zupełności wystarczają urzędnicy, którzy mówią językiem zrozumiałym tylko w kręgach rządowych. Prawdę mówiąc, każdy rząd można traktować jak dopust boży – bośmy grzeszni bardzo – ale na takich nowoczesnych i nowinkarskich dziennikarzy nie zasłużyliśmy sobie. Za duża to kara.

Wymowa

To, o czym chcę teraz pisać, trudno oddać przy pomocy alfabetu łacińskiego, bez użycia alfabetu fonetycznego stosowanego przez językoznawców, ale… spróbuję. Martwi mnie, że bardzo wiele publicznych osobników i osobniczek nie jest w stanie poprawnie wymówić niektórych słów.

Często ostatnio powtarzanym w parlamencie słowem jest „konstytucja”, którą niektórzy z parlamentarzystów wymawiają jako „kąstytucja”. Może wierzą, że słowo pochodzi od kąsać lub kąska? Podobnie jest z „konsekwencją”, którą z ust wielu parlamentarzystów można usłyszeć jako „kąsekwencje”. Przykre to. Może to skutek niedoinwestowania edukacji i marnych pensji nauczycieli?

Feminatywa coraz bardziej śmieszne

Zastanawia mnie, dlaczego akurat TVN patronuje nabierającej na sile rewolucji językowo-tożsamościowej. Czyli, dlaczego popiera dziwaczności typu: „ministra”. Ilekroć dziennikarz TVN tak właśnie wita panie będące ministrami, przechodzą mnie ciarki. Zaczynam też podejrzewać, że panie na ministerialnych stanowiskach mają jakieś potworne kłopoty z tożsamością i identyfikacją płciową. Zaczynam więc baczniej przypatrywać się takim osobniczkom… i widzę, że są one kobietami, bo twarz, głos, budowa ciała są kobiece. Może nie czują się jednak kobietami do końca? I dlatego oczekują, że świat będzie się do nich zwracał per: sekretarina – jak colombina. Problem będzie z kobietami, gdy zostaną pracownicami dyplomacji – ba jak się do nich zwracać… Dyplomatka? Trochę będzie to dziwne, bo dyplomatka to rodzaj krótkiego męskiego płaszcza albo teczki.

A co powiecie Państwo, na „polityczkę”, która też objawia się coraz częściej? Toż polityczka to marna polityka, nieudolna i śmieszna. A gdy kobieta zostanie mężem stanu, to jak trzeba będzie o niej mówić? Żona stanu, dama stanu? I strasznie, i śmiesznie.

Cała ta nomenklaturowo-feministyczna rewolucja, której w Polsce patronuje TVN jest ogromnym i okropnym dziwactwem. Chyba, że chodzi o to, żeby odbiorcy tej stacji czuli się niepewnie…, ale to byłaby małość, więc w to nie wierzę. Bo to by prowadziło do podważenia klasycznych ról społecznych i rodzinnych. Tylko w imię czego? Że mężczyźni mają zacząć rodzić?

W związku z tym ukobiecaniem kobiet pojawia się też w tzw. przestrzeni publicznej coraz więcej agresywnych kobiet. Muszą być agresywne, żeby nikt nie podejrzewał, że są kobiece. Może miał rację Witkacy, gdy pisał o „kobietonach”?

Co się czego tyczy

Wicepremier Kosiniak-Kamysz zabierając w Sejmie głos w sprawie likwidacji Komisji ds. Wypadków Lotniczych powiedział: „Wszystkie te decyzje tyczyły się z działaniem komisji.”

Błąd składniowy wicepremiera polega na tym, że nie rozumie, iż w języku polskim „tyczy się” coś czegoś. I nie jest to równoznaczne z frazą, że coś wiąże się z czymś.

Nowa władza, a błędy stare. Z punktu dbałości o poprawność języka polskiego u notabli – nie wiem, czy warto było zmieniać rząd stary… Bo jest tak samo źle. Pod względem językowym…

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hel jest hen, albo może i dalej

Rok nie wyrok. Byłem tu dokładnie dwanaście miesięcy temu. Trzy i pół kilometra ma szerokości  w najszerszych miejscach ta osiemdziesięciohektarowa pustka po wojsku. Było – nie ma. Pojechałem, aby zobaczyć co poprzez wspomniany okres zrobiono. Niewiele. I sami sobie rady tu nie dadzą.

Hel, ale i cały półwysep to cudo natury – długi na 36 km, wąski pasek lądu miedzy morzem a Zatoką Gdańską. To skarb Polski tak jak Tatry, Mazury, Karkonosze.

O Hel biliśmy się od wieków – ze Szwedami, w 39 bohatersko broniono go przez 32 dni, pod koniec wojny wywożono stąd Kaszubów morzem do Niemiec, a po wojnie w stalinowskich więzieniach zgładzono najdzielniejszych obrońców. Trzeba o tym pamiętać.

Baza ludzi bezradnych

Są wspomnienia. W latach 1932-1935 Polacy zbudowali na Helu ważny port wojenny. Otoczony falochronami. Na zatoce ale z głębokim dojściem od morza. Stanowił ważną bazę marynarki wojennej. Stąd jest tylko mały skok na Bałtyk. Każdy kraj marzy o takim porcie obronnym. Tylko nie u nas.

U nas od prawie 80 lat świetnie zlokalizowany port wojenny na Helu to akwen pusty, szczyt marnotrawstwa – zniszczone falochrony, zniszczone pochylnie slipowe, drogi dojazdowe. Syf i śmietnisko. Choć jest większy od sąsiedniego portu rybackiego i żeglarskiego pozostaje niewykorzystany, zbędny.

Agencja Mienia Wojskowego – dysponent, wydzierżawiła ostatnio połowę portu, kilkadziesiąt metrów długości i szerokości – Uniwersytetowi Gdańskiemu. Przerwało to wprawdzie postępującą dewastację – wyrywanie kabli i złomu. Ale nic poza tym. Niestety może być jeszcze gorzej jeśli UG wykona tu jakieś inwestycje na wodzie. Na przykład zbuduje klatki hodowlane podobne do pobliskiego fokarium, które zatruwa zatokę odchodami zwierzęcymi i zarazkami. Larwy nicienia hodowane we wnętrzach fok to zaraza dla ryb i ludzi (a kąpią się tu latem). Rozbudowa pustego obecnie basenu przez pomysły naukowców z Politechniki Gdańskiej  może zniweczyć wykorzystywanie później portu jako akwenu wypadowego dla floty nawodnej i podwodnej.

Szczury uciekają z tonącego okrętu. Z portu wojennego na Helu nie bardzo mają gdzie uciekać, ponieważ zburzono tu w ciągu ostatniego roku dziesiątki budynków lądowych zaplecza wojskowego. Co tu w końcu będzie, jakie będą decyzje na najwyższych szczeblach wojskowej władzy i państwa – nie wiadomo. Sądząc po ogłoszeniach przetargowych w gazetach ilość sprzedawanych obiektów wojskowych w całym kraju jest bardzo duża. Na Helu pozostaje zdawałoby się drogocenna ale pusta przestrzeń. W prywatnych rękach zniknęło już wielkie wojskowe kasyno, bardzo ładne kino. Żołnierzy, marynarzy już tu na ulicach nie widać.

Fot. Stefan Truszczyński

Port wojenny to ostatni bastion morskiej wojskowej obecności na Helu. Idę falochronem do główki potężnego betonowego obiektu wychodzącego w wody zatoki. Jeszcze są polery służące do cumowania wielkich nawet jednostek. Złomiarze ich nie ukradli, bo są mocno osadzone i ważą tony. Hula wiatr i chłoszcze bryza. Ale jest tu pięknie.

Raz do roku, w sierpniu, dla wczasowiczów i turystów odbywa się tu wojskowa zabawa imitująca lądowanie aliantów w Normandii. Zjeżdżają się wówczas z całej Europy zabytkowe samochodziki wojskowe a nawet czołgi i działa. W mundurach z tamtych lat paradują kombatanci i miłośnicy militariów, przebierańcy. Na pewno przyciąga to młodzież do wojskowej służby. Ale tylko przez kilka dni. Bo tyle trwa kolorowa impreza. Wtedy port wojenny również ożywa. Ale potem nadal gnije.

„…będziem strzec”

Ładnie o morzu mówimy w wierszykach i piosenkach. „… będziem strzec”, a nawet deklarujemy, że może i przyjdzie „na dnie lec”. Ale przecież my floty z prawdziwego zdarzenia nie mamy. A podwodnych okrętów – aż dwa. Tylko nędzne resztki, starocie. Mamy oczywiście wielu generałów i admirałów w służbie i na emeryturze.

Kilka lat temu rozmawiałem z cywilnym wodzem armijnym. Na pytanie o planu rozwoju floty wojennej, o okręty podwodne, usłyszałem: „A po co, przecież są rakiety – na Bałtyk wystarczą”. I tak zostaliśmy z 40-letnim, po pożarze, okrętem podwodnym i 50-letnim „kieszonkowym” podarowanym łaskawie. Przerabialiśmy też kuriozalny incydent, gdy Dowództwo Marynarki Wojennej przeniesiono z Gdyni do Warszawy. Na szczęście trwało to krótko, ktoś puknął się w głowę. Choć można było to dowództwo umieścić nad Morskim Okiem.

Dramaty stoczniowców, unicestwienie przemysłu okrętowego dopełniają obrazu. „Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Ciekawe czym. Józef Unrug, Włodzimierz Steyr – przewracają się w grobie. Niedawno dowiedzieliśmy się jak miała wyglądać obrona kraju na lądzie, na linii Wisły. Jak to by miało przebiegać na morzu. Tajemnica wojskowa.

Kikuty fabryk i blok mieszkalny

Końcówka helskiej kosy. To także koniec Polski. Jedyny w swoim rodzaju teren. Lasy, plaże, nabrzeża. Przebiega tędy ulica Kuracyjna. Latem przemierzają tysiące ludzi. I cóż oni widzą. Obrazek wołający o pomstę do nieba. Ruiny wielkich przetwórni rybnych. Przerabiano tu ponad 50 tysięcy ton ryb rocznie. Wszystko co łowili rybacy wschodniego Bałtyku. Z tych połowów mieliśmy własne ryby przetwarzane właśnie na Helu. Ale przetwórnie już od kilkunastu lat nie pracują. Są w ruinie. Sprzedano je. Choć ziemia pod nimi nadal własnością państwa. Straszą. Bez okien, zniszczone. I nic się tu nie dzieje. Ryby z kutrów helskich rybaków  wywożone są codziennie ogromnymi 30-tonowymi samochodami w Polskę – kilkanaście i kilkadziesiąt kilometrów. Hel nic z tego nie ma. Ludzie pozbawieni zostali pracy. Większość już dawno wyjechała. Nikt nie wie co będzie z tymi ruinami. Przyzwyczajono się do okropnego widoku. Jest jak jest. Hale produkcyjne dawnej „Kogi” – wyrzut sumienia. Nie tylko dla Pomorza ale i dla całej Polski.

Fot. Stefan Truszczyński

Idę dalej ulicą Kuracyjną. Nagle pod numerem 26 wyrasta zbudowany w ciągu ostatniego roku pięciopiętrowy szeroki i długi na kilkadziesiąt metrów nowy, jeszcze nie ukończony budynek. To prywatna własność. Będą tu mieszkania do wynajęcia. Kto się zgodził na tę budowę? Jak to załatwiono, że w terenie „kuracyjnym”, chronionym wybudowano wielki dom mieszkalny. To na pewno będzie dla właściciela super interes. Rzeczywiście, nie ma bardziej atrakcyjnych mieszkań na Helu niż na jego, chronionym zapisami prawnymi, terenie. Przed poprzednimi wyborami samorządowymi na Helu próbowano wepchnąć tuż obok ogromny hotel – „Motylek”. A przy nim parkingi na kilkaset samochodów. Miało to znaleźć się na leśnej polanie w niezwykle atrakcyjnym miejscu, oczywiście chronionym. Nie doszło do tej inwestycji. Została zablokowana. A burmistrz, który ją forsował nie został wybrany na kolejną kadencję. Tym razem stało się inaczej. Kto będzie przyszłym – już za kilka miesięcy – burmistrzem nie wiadomo. Ale blok już stoi. Ciekawa będzie kampania wyborcza na Helu za kilka miesięcy. Ale nie wiadomo czy ten temat doczeka się wyjaśnienia. Czy tylko leśne echo lasu na helskim cyplu odpowie.

Nie tak dawno w Gdańsku na Motławie przepływającej przed słynnym żurawiem doszło do katastrofy. Ale z gównem ściekowym można sobie poradzić. Kto zburzy gmaszysko pięciopiętrowe w helskiej strefie ochronnej? Jaką drogą i przez czyje łapy przeszły papiery urzędowe? Gdzie była miejscowa władza samorządowa (Hel), starostwo (Puck) oraz marszałkowska władza i wojewódzka (Gdańsk).

Na nabrzeżu od strony zatoki sterczą jeszcze kikuty fabryk. Mijają kolejne zimy, wiosny, a latem wylewa się na falochrony portu rybackiego i żeglarskiego tłum „kochających morze”. Jesienią hula wiatr rybacką ulicą Wiejską i omiata liczne tu już blokowiska. Piękna „sieciarnia” to zapomniany magazyn nie wiadomo czego.  „Lodziarnia rybna” to skład zaryglowany na cztery spusty, obok bezużyteczne warsztaty naprawcze. Ponoć marzą się niektórym hotele w miejscu portu rybackiego. Ktoś to wszystko kupił, bo ktoś dopuścił do sprzedaży. Trwa wyczekiwanie na „dobry interes”. Bierna i niewydolna władza miejscowa jest nieporadna i ubezwłasnowolniona. Po aferach, które przeszły przez Hel nikt się z tymi ludźmi nie liczy. Teraz trwa oczekiwanie na prokuratora za stare grzechy. Jeszcze cztery miesiące. Na razie mimo artykułów w miejscowej prasie nic się nie dzieje.

Przeciwnie. Rosną na krańcu Półwyspu Helskiego jak grzyby po deszczu nagle i niespodziewanie, kontenerowe osiedla na jeszcze bardziej chronionym paśmie wybrzeżowym nad samą zatoką. Tutaj to już nawet nie kilkadziesiąt metrów a kilkanaście od wód zatoki wydzierżawiono (nie wiadomo kto) pasmo pod budowę przyszłych kontenerów letniskowych. Mówią mi że to decyzja Gdańskiego Urzędu Morskiego i że tu na Helu nic o całej operacji nie wiedzą. Rzeczywiście Polska nie dorobiła się ustawy o zagospodarowaniu nabrzeży. Od lat czeka się na to. Ustawodawca zwleka i odkłada sprawę.

Fot. Stefan Truszczyński

Władza rżnie głupa. Kontenery przybywają nad zatokę nadal. Jest ich już kilkadziesiąt. Zastawiono nawet drogę spacerową prowadzącą nad wodą na skraj półwyspu. Ostrzegano mnie nawet, bym się tym tematem nie interesował, bo już pobity został operator telewizyjny, który był zbyt dociekliwy.

Pukam do drzwi burmistrza Helu pana Mirosława Wądołowskiego. Ale każe mi pytać mailowo. Więc pytam teraz gazetowo.

Ale wybory samorządowe – jak się rzekło – niedługo. Często tak się dzieje, że metody „na chama” są stosowane w przededniu oddania władzy. „No i co mi potem zrobicie?” Nie będą rządzić ci co tak działają, ale nie przejmują się zbytnio krzywdą i stratami jakie uczynili.

Rok nie wyrok. Poprzedni artykuł wydrukowany w „Kurierze Wnet” mógłbym powtórzyć prawie w całości. No, może tylko dodając, że jednak przebudowano na Helu  i to pięknie dworzec kolejowy. Uruchomiono po latach wielkie i oryginalne „jajo” – które jest teraz siedzibą zarządu portu. Przyklejono nawet rzeźbie Neptuna  urwane przez chuliganów przyrodzenie. Niestety budy straganiarskie zasłaniające piękne historyczne już dziś rybackie domki pozostały.

Przepiękna plaża, bunkry i okopy

Na Helu nie ma wąskotorowej kolejki ze śródmieścia na bałtycką plażę. A to plaża wyjątkowo piękna, szeroka i prawie pusta nawet latem. Wczasowicze (kilkadziesiąt tysięcy ludzi w ciągu gorących miesięcy) tłoczą się na skrawku brudnego piachu, tam gdzie larwy nicieni od defekacji foczej (piachu) nad zatoką między portami rybackim i wojennym. Kolejka 2-3 kilometrowa przez las i wydmy załatwiłaby sprawę. Helska plaża mogłaby stać się atrakcją również na europejską skalę.

Na wydmach i za nimi jest jeszcze jedna super atrakcja. Niedoceniona. To historyczna linia obrony brzegowej zbudowana po wojnie – bunkry, wieże do prowadzenia namiarów artyleryjskich – ogromne budowle, okopy ciągnące się kilometrami. Tutaj także znajduje się słynna Góra Szwedów – to punkt świetlny – rodzaj latarni morskiej zbudowanej tu kilkaset lat temu. Mogłaby być atrakcją turystyczną a jest zakneblowanym, niszczejącym, odrapanym budynkiem na wydmie. Do tego wszystkiego Hel ma jeszcze w lesie blisko centrum miasteczka największy w tej okolicy bunkier wojskowy, skąd kierowano ogniem artyleryjskim. Dziś to nielegalne wc.

Kto tu rządzi

Rok temu pisałem o braku w tym wyjątkowym miasteczku stacji benzynowej. Nic nie zrobiono w sprawie. Pomoc deklarował prezes Obajtek, ale na słowach się skończyło. Nie mogą dogadać się z restauratorem z malutkiego baraczku stojącego na drodze do przyszłej ewentualnej stacji. Wątpliwe czy teraz gdy w kraju  szykuje się gigantyczny zamęt coś z tego będzie.

Pisałem też o niebezpiecznie blisko rosnących drzewach przy głównej helskiej trasie. Niektóre prawie wystają na jezdnię. Na ich korach widać ślady po wypadkach samochodowych. Są też liczne miejsca pamięci,  gdy dochodzi do śmiertelnych wydarzeń. Obok w lesie drzewa są ścinane, tymi przy drodze nikt się nie zajmuje. Kto w końcu sprawę uporządkuje. Ile jeszcze ludzi ma na tej trasie zginąć.

Wystraszona władza lokalna siedzi cicho. Tak naprawdę to na półwyspie rządzą – Agencja Mienia Wojskowego, leśnicy i „obrońcy” przyrody. Ci ostatni od czasu do czasu głośno krzyczą, ale na ogół nie chodzi i o sprawy tylko o reklamowanie własnych organizacji.  Może by zainteresowali się wykwitami ośrodków wczasowych w postaci bud i przyczep kempingowych wepchanych między drzew w lesie.  Teraz gdy opadły liście widać jak zapaskudzono teren. Tutaj też powstał ośrodek pt. „Kormoran”. Niedaleko letniej rezydencji prezydenta, której wybrzeże obmywają wody połączone ze ściekami z Helu. Kormoran paskudzący las to nawet nazwa bardzo pasująca, bo ptaszysko takowe jest wyjątkowo szkodliwe i paskudne. Zjada ok. 3 kg ryb dziennie z tym, że po połknięciu i przetrawieniu połowę wyrzuca z siebie. Odchody kormoranów zanieczyszczają żrącymi fekaliami lasy.

Półwysep to przede wszystkim  trzy miasteczka: Władysławowo, Jastarnia i Hel. W ostatnim okresie Jastarnia uczyniła wielki skok inwestycyjny. Doceniono zarządzanie miastem i wyasygnowano pieniądze. W ciągu roku zostały skutecznie zainwestowane i port rybacki i żeglarski, przystań zimowa dla jachtów to wzór dla innych. Dobre zarządzanie okazuje się jest doceniane. I pieniądze na inwestycje zostają przydzielone.

Niestety – bez wielkiego krajowego planu, bo nawet środki wojewódzkie nie wystarczą, Hel miasteczko a także w znacznej mierze Półwysep  nie staną się tym czym powinny. Hel pozostaje gdzieś hen na krańcu Polski, a może i dalej. Sam sobie nie poradzi. Czy niechętni morzu wreszcie to pojmą?

 

Na tropie zbrodni językowych – WALTER ALTERMANN: Boże, „ukaraj te porozrucane”

Niezwykle denerwujące jest, gdy dziennikarz posługuje się gwarą. Jednym z takich przykładów jest stwierdzenie, że coś jest „porozrucane”, na przykład bile na stole bilardowym. Polska norma mówi nam, że te bile są „porozrzucane”. Bo porozrzucane, rozrzut pochodzi od rzutu, a nie od jakiegoś „rutu”.

Innym przykrym przykładem jest wołanie o karę dla jakiegoś przestępcy, choćby boiskowego. Gdy jakiś zawodnik sfauluje przeciwnika, wtedy najczęściej sprawozdawca mówi: „Panie sędzio, ukaraj go pan”. A przecież powinien powiedzieć „Ukarz go pan”. Kara jest słowem podstawowym, ale mamy też ukarz, mamy karzącą dłoń prawa. Nie mamy zaś „karającej ręki”.

Globalna taktyka

W czasie meczu piłki nożnej sprawozdawca Canal+, w swej taktycznej przenikliwości, stwierdza: „Trzeba pochwalić Widzew za taką globalną organizację gry”.

Z tym globalizmem mamy kłopot nie lada, bo przyjęło się już w ekonomii, a z niej spłynęło – jak zaraza – na inne dziedziny, że globalny produkt może być synonimem produktu ogólnego, całkowitego. Ja rozumiem, że ekonomiści nie są humanistami, ale naprawdę przesadzają. Podstawowym znaczeniem „globalny” jest „światowy”. Bo przecież glob to nasz świat, kula ziemska.

Jeżeli nawet można odpuścić ekonomistom, to jednak sprawozdawca sportowy powinien powiedzieć po polsku tak: „Trzeba pochwalić Widzew za taką organizację gry”. Bo każda organizacja gry na boisku jest organizacją ogólną, całościową.

Dedykowane śruby

„Do tych karniszy daję śruby większe niż te, które są dedykowane przez producenta” – mówi Wiesław Skiba w programie „Pogotowie remontowe Wieśka”, w Canal+ Family.

Zacznijmy od tego, że pan Wiesław jest wspaniałym fachowcem, świetnie radzącym sobie z wszelkimi fuszerkami, których dopuścili się przed nim okropni naciągacze i partacze, podejmujący się napraw w domach klientów. Niemniej śruby nie mogą być „dedykowane”. Śruby mogą być do karniszy załączone w osobnym opakowaniu, mogą być zalecane, polecane, przeznaczone a nawet przypisane. Natomiast dedykować można komuś jakiś utwór literacki, utwór muzyczny, rzadziej obraz.

Nie mam pretensji do pan Wiesława, mam je natomiast do ekipy telewizyjnej, która nagrywa jego prace. Czy naprawdę nie ma wśród techników, operatorów dźwięku i obrazu, redaktorów i producentów nikogo znającego język polski?

Fala oburzonej krytyki

„Obraz wywołał falę oburzonej krytyki” – taka informacja pada z telewizora w programie „Dzień w Muzeum Orsay”. Oburzenie dotyczy jednego z pierwszych obrazów Oskara Moneta, ojca impresjonizmu.

Nie mam zastrzeżeń co do faktów, oburzenie wśród współczesnych Monetowi krytyków było naprawdę ogromne. Niemniej jednak zwracam uwagę, na to, że autora komentarza – a może tłumacza – poniosła poezja. Chodzi mi ot to, że „fala” nie ma ludzkich przymiotów, więc nie może być oburzona. Poza tym – istotnie obrazy Moneta spotkały się z oburzeniem krytyków, ale już nie krytyki. Chyba, że autor komentarza przez „krytykę” uważa ogół osób zajmujących się krytyką malarstwa. Sama „fala” może być, ale w znaczeniu, że Moneta spotkała istna fala krytyki.

Inkryminowane zdanie powinno zatem wyglądać tak: „Obraz wywołał falę oburzenia krytyków”. Tak czy inaczej, trzeba uważać, bo chcąc unikać dłuższych zdań, wpadamy w pułapkę absurdów językowych.

Sępy pod Warszawą

Niby to mamy już XXI wiek, niby to dominującą religią jest u nas katolicyzm… ale ciemny zabobon, wiara w gusła, porażające przesądy i w dziwne znaki trzyma się u nas mocno.

Ostatnio ogromne poruszenie oświeconych Polaków wywołało pojawienie się na niebie, w okolicach Warszawy sępa kasztanowatego. A jest to największy mięsożerny ptak Europy, niewidywany u nas od dawien dawna. Ponieważ lud nie lubi sępów, bo są to ptaki padlinożerne, masowo pojawiły się głosy, że to zły dla Polaków znak, szczególnie zaraz po wyborach – te głosy dobiegały głównie z prawicy. Co prawda lubimy kruki i wrony, choć są to również padlinożerne istoty, ale mniejsze. Zatem do straszenia nie bardzo się nadają. Ale to tylko tak sobie, przy okazji sępa.

Moją uwagę zwróciły głównie tytuły prasowe, towarzyszące tej „złej wróżbie”. Oto Zielona Interia, pisze: „Największy mięsożerny ptak Europy wrócił do Polski. Latał pod Warszawą.”

Otóż, szanowni Zieloni – pod Warszawą była Bitwa Warszawska w 1920 roku, pod Warszawą jeździ metro, są systemy kanalizacyjne, wodociągowe i inne… Natomiast ptaszysko latało nad Warszawą, lub nad Mazowszem.

A przy okazji przesądów mamy takie cudowne porzekadło:

 

„A kto wierzy w gusła,

Temu d… uschła”

Trzeba zatem uważać.

 

 

Wątpliwość jest kobietą i o tym pisze WALTER ALTERMANN: Progresywne wariatki i szalenice

Niestety, mamy obecnie poważne problemy z identyfikowaniem współczesnych ruchów feministycznych. Tym mianem bowiem określane są wszystkie ruchy mające na celu walkę o prawa kobiet. I to jest poważne nieporozumienie. Do jednego worka wsypywane są bowiem postulaty nieograniczonego prawa do przerywania ciąży lub istotnego złagodzenia tego prawa i zrównania poziomu zarobków kobiet z mężczyznami. Dodatkowo wpycha się też do worka „feminizmu” postulaty większego udziału kobiet w polityce – co się rozumie jako zwiększenie liczebnego udziału kobiet w samorządach i parlamencie.

Znajdziemy również w „feminizmie” postulaty „babciowego” oraz budowy większej ilości żłobków, a to dlatego, by młode matki mogły się „samorealizować”. Ten worek współczesnego feminizmu pięknie obsypany jest brokatem „feminatywów”, czyli tworzenia nazw rodzaju żeńskiego w miejsce starych nazw rodzaju męskiego. Z czego mamy kurioza językowe w marnym guście – np. ministra.

Prawda, że jest tego dużo, a każdy z problemów z innego podwórka. Ale też mamy dzisiaj, przynajmniej w Polsce istną rewolucję mocno pobudzonych emocjonalnie kobiet, głównie młodych. Żeby rzecz pojąć, żeby zrozumieć to tsunami osobniczek walczących, trzeba nam rozpatrzeć każdy z tych postulatów feminizmu osobno. Bo razem się nie da. Choć jest jedna cecha wspólna dla wszystkich tych problemów, a na imię jej wściekłość młodych kobiet.

Wspólna wściekłość

Obserwator życia społecznego w Polsce może odnieść wrażenie, że mamy obecnie w kraju rewolucję, bunt i histerię. Oczywiście w życiu realnym, prawdziwym i codziennym niczego takiego nie ma. Życie małżeńskie toczy jak zawsze – przy silnej przewadze głosu żon. Życie rodzinne tak samo – nikt nie podważa przemożnej roli matki. W pracy kobiety są szanowane, choć dokuczliwe niekiedy bywają fochy i nastroje „kierowniczyniek”, „dyrektoressek” i „prezesorek”.

Natomiast liberalne media często oddają głos tym paniom, które mają jakiś interes w stwarzaniu nastroju grozy i horroru. Panie, zawsze głosem podniesionym, w górnych rejestrach i z wielka siłą domagają się dla siebie praw – ich zdaniem – brutalnie zawłaszczonych przez mężczyzn. Jaki to interes? Ano, biorąc pod uwagę, że w przeważającej części o te prawa „walczą” posłanki Koalicji Obywatelskiej, partii Razem, Polski 2050, Nowej Lewicy oraz przywódczynie setek stowarzyszeń prokobiecych – powinny być to prawa ważne. Ale czy są takimi naprawdę?

W tym gronie – na szczęście dla mężczyzn – brak przedstawicielek PSL, bo mogłoby być mężczyznom nielekko, albowiem chłopki miewają ciężką rękę.

Droga od bruku do parlamentu

Te przywódczynie ruchu dobrze wiedzą, że należy podnosić, wykrzykiwać hasło „kobiece”, bo to te hasła zaniosły je do parlamentu. One zaistniały jako działaczki przeróżnych grup – hałaśliwych tak, ale nielicznych osobowo, wręcz marginalnych. Jednak dały się poznać w lokalnych społecznościach jako nieustępliwe manifestantki. I to lokalne media stworzyły liderki awantur o wszystko. Dla wielu dziennikarzy te uliczne manifestacje były atrakcyjne, bo kopały równo władze państwowe oraz lokalne. Natomiast dla liderek tych ruchów ulica była trampoliną, punktem wybicia się do niebiotycznego skoku w górę, do Sejmy lub Senatu.

Prababcie feminizmu

Feministki wieku XIX walczyły o jasne i zrozumiałe prawa – o prawo do studiowania na wyższych uczelniach, prawo do głosowania, prawo do bycia parlamentarzystkami. Dzisiaj, jak napisałem powyżej, te postulaty są normalne, grzeczne i oczywiste. A jednak w pod koniec XIX wieku mieszczańskie społeczeństwo traktowało ówczesne demonstrantki jak kobiety upadłe, niemal na równi z prostytutkami. Tak było.

W sprawie obecnych żądań feministek, aby co najmniej połowa miejsc na listach wyborczych, w organach samorządowych i parlamentarnych zarezerwowana była dla kobiet, mam zdanie przeciwne. Realizacja tego postulatu jest niebezpieczna dla jakości pracy tych ciał przedstawicielskich. W żadnej z istniejących partii w Polsce nie ma więcej niż 30 procent kobiet, tak wśród członków partii, jak i aktywistów. Zatem – te 20 brakujących procent kobiet trzeba by brać z łapanki, niejako pod przymusem, poniekąd z gorszego „materiału ludzkiego”.

Samorealizacja, czyli depopulacja

Jednym ze sztandarowych haseł feministek jest to, że kobiety muszą się samorealizować. Długo się nad tym postulatem zastanawiałem i doszedłem do przekonania, że owa „samorealizacja” ma być zamiast. Przede wszystkim zamiast bycia matką. Przypomnę, że natura prawem do rodzenia potomstwa obdarzyła jednak samice – ergo także kobiety.

Jeżeli jednak kobieta chce najpierw skończyć studia, potem zdobyć zawód, następnie zacząć robić karierę zawodową, to w efekcie gdzieś po trzydziestce decyduje się zajść w ciążę. A potem już, po urodzeniu dziecka, niełatwo jej przerwać karierę. Nadto – przez całe wieki idealnymi matkami były kobiet 20-letnie. I współczesna nauka twierdzi, że właśnie okolice 20 lat, to idealny czas na rodzenie dzieci. A co z drugim i trzecim dzieckiem? Nie ma szans. Wykształcone panie przestają na jedynakach, bo kariera im ucieka.

Zatem, samorealizacja jest w opozycji do liczby rodzących się u nas dzieci, zważywszy, że wykształcenie wyższe ma w Polsce przeszło 30 procent kobiet.

Babciowe i żłobki

Postulat wprowadzenia babciowego, czyli państwowych pieniędzy dla babć, opiekujących się wnukami, jest słuszny. Jednak jest on również znakiem czasu, że matki nie mają dziś czasu na odchowanie własnego potomstwa. Podobnie jest z oczekiwaniem większej liczby żłobków. Podobnie, ale znacznie gorzej. Rzecz w tym, że każdy lekarz, każdy pedagog powie, że do trzeciego roku życia dziecko powinno być z matką w domu. Takie to mamy poważne dylematy związane z rozwojem społeczeństwa oraz z oczekiwaniami młodych kobiet.

Idea porwana na strzępki

Niektóre z feministek działają już jak alternatywne społeczeństwo, kierując się wizją uciśnionych kobiet, kobiet traktowanych jedynie przedmiotowo. I te kobiety chcą feministki wyzwolić. Analogie do komun włoskich Czerwonych Brygad, Frakcji Czerwonej Armii działającej w Niemieckiej Republice Federalnej albo do grup anarchistycznych z przełomu XIX i XX wieku nasuwają się same. Ten sam język, ta sama agresja, te same wściekłem słowa. I ta sama determinacji i wizja „społecznego wyzwolenia”.

W Polsce te ruchy nazywają same siebie „progresywnymi”. Po polsku powinny się nazywać „postępowymi”, ale widać za blisko im do komunizmu z lat 40. XX w., który ówczesny ustrój reklamował się jako „postępowy”.

Wszystko to dzieje się przy cichym przyzwoleniu Platformy Obywatelskiej. Doszło do tego, że warszawski ratusz jednej z takich grup oddał swój szacowny teatr – Dramatyczny, czyniąc jej dyrektorem jedną z ważnych liderek feministek Monikę Strzępkę. Ta pani wprowadziła niespotykany gdzie indziej rygor i terror spod znaku agresywnego feminizmu właśnie. A w wywiadach udzielanych, gdzie się dało głosiła pochwałę waginy i kobiecości. Powołała również do życia teatralny „kolektyw”, który w istocie stał się nową Podstawową Organizacja Partyjną. Tenże kolektyw spowiadał, ganił i pouczał aktorów, dbał o kierunek rozwoju mentalnego i programowego. Istna czerezwyczjaka, czyli Czeka lub CzK – z rosyjskiego sowiecka tajna policji pilnująca rewolucyjnego terroru.

Ów „feministyczny biologizm” się jednak nie przyjął, zespół się zbuntował i pani Strzępka odchodzi. Ciekawe, że owa pani, jako reżyseressa, nie miała w swoim dorobku żadnych poważnych osiągnięć artystycznych, bowiem wcześniej skupiała się głównie na epatowaniu ze sceny odważnymi obyczajowo hasłami. A w foyer teatralnym „zasłynęła” wystawieniem naturalistycznej rzeźby waginy. Trochę jednak przymało – jak mawiał pewien wybitny reżyser, gdy przychodziło mu obejrzeć jakąś przeciętną produkcję teatralną.

Jedno mnie tylko w tym przypadku dziwi – całe środowisko artystyczne nigdy nie traktowało pani Strzępki jak artystki. Czyżby zatem warszawski ratusz nie zasięgał u poważnych ludzi opinii? Czyżby wystarczyło mu, że pani Strzępka miała w dorobku pozycje odrzucające stare, klasyczne wartości? To aż tak łatwo w Warszawie zostać dyrektorem?

 

 

O strategii konserwatywnej Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: „Prawicowy KOD” to pułapka

Całym sercem jestem z ludźmi broniącymi mediów publicznych i PAP. Kiedy byłem pod siedzibą TVP Info na Placu Powstańców w Warszawie wręcz wzruszyła mnie rozmowa z grupą obrońców, zwykłych ludzi, autentycznie zatroskanych o Polskę.

Nie gniewam się również na nikogo kto mnie skrytykował po tym jak napisałem na Twitterze (X), że od dziennikarzy broniących mediów publicznych, politycy powinni być w ten czy w inny sposób zdystansowani. Oczywiście wiem, że bez polityków prawdopodobnie dziennikarzy by tam już nie było, ale to, że politycy mogą dziennikarzy wprowadzać do budynku, czy ich swoją obecnością chronić, nie oznacza, że musza się idealnie mieszać i jeszcze dać się tak fotografować. Skutki, choćby w postaci propagandy którą się zbuduje na tych zdjęciach i np. zniechęci przy jej pomocy zagranicznych komentatorów do kontestowania bandyterki Tuska, będziemy zapewne obserwowali w przyszłości.

Natomiast nie gniewam się na krytyków o nic, ponieważ myślę, że w zdecydowanej większości są ludźmi dobrej woli, chcą dobrze i nie muszą znać politycznych sztuczek. Natomiast od polityków jednak wymagam więcej.

Kto wygrał?

Na początek odrobina analizy. Tuskowym zbirom wydaje się, że wygrali wybory. Otóż nie wygrali, wręcz uzyskali taki sobie wynik. Mogą rządzić dzięki zrządzeniu zaskakująco licznej grupy wyborców, która chciała kontestować „tradycyjną” polaryzację PiS-PO i poszukała alternatywy w postaci Trzeciej Drogi. Jak widać w ostatnich tygodniach, była to alternatywa z gruntu fałszywa (i tak dostali Tuska), ale taka była intencja. To ta grupa zdecydowała o tym kto rządzi.

I ta grupa czuje się coraz bardziej oszukana. Miał być spokój, rozsądna kontynuacja i „praworządność”, a jest chaos, destrukcja, afery i bezprawie (plus ogromny wzrost składek ZUS). Ale żeby było jasne, wbrew temu, co się niektórym wydaje, to nie jest tak, że ci ludzie już galopują głosować na PiS, czy choćby porzucili swoich idoli. To długotrwały proces, nikt nie lubi przyznawać się sam przed sobą, że popełnił błąd i trzeba czegoś więcej niż jeden czy dwa dysonanse poznawcze, żeby zmienił zdanie.

 

Sieroty

Ale ile by to nie trwało, prędzej czy później, pojawi się na „rynku” rosnąca grupa „sierot”, którą ktoś kto chce wygrywać wybory, będzie musiał zagospodarować. Będą to „sieroty” zapewne głównie po Hołowni, ale biorąc pod uwagę naprężenia jakim poddaje Tusk PSL i kłopoty Konfederacji, być może nie tylko.

Tylko co tych ludzi łączy? Dzieli ich wiele, ale łączy ich wsparcie dla rozwoju Polski. Po to, żeby Polska mogła się rozwijać, musi dysponować narzędziami wpływu na samą siebie, więc nadrzędnym hasłem jest tutaj – suwerenność i jej obrona. Kolejnymi hasłami wielkie projekty strategiczne, szalenie istotna wobec rosyjskiego zagrożenia rozbudowa armii, czy szerzej bezpieczeństwo i programy socjalne, tylko tym razem nie na ślepo, ale w ściśle określonych celach. To jest to, co PiS powinien robić w najbliższym czasie jeśli chce coś jeszcze wygrać – przedstawiać poważną alternatywę chaosowi proponowanemu przez Tuska, być gospodarzem tematów, które przecież rozpoczął, bronić CPK, atomu, koreańskich kontraktów. Przedstawiać wiarygodną wizję rozwoju. Dać sobie i Polsce szansę.

 

„Prawicowy KOD”?

A co widzę zamiast tego? Rozwinięcie w praktyce opisywanej wcześniej w nieoficjalnych doniesieniach koncepcji „opozycji jeszcze bardziej totalnej”, swego rodzaju „prawicowego KOD”. Ja to nawet emocjonalnie rozumiem, ale co ma to na dłuższą metę dać oprócz swego rodzaju zbiorowej terapii? Kogo ma przyciągnąć? Czy KOD dał niedawnej opozycji zwycięstwo, czy raczej zabetonował ją na dwie kadencje w opozycji?

Potrzebne są oczywiście działania na różnych polach i skierowane do różnych grup elektoratu, ale wiodąca powinna być porywająca wizja rozwoju Polski, do której mogłyby te różne grupy, jednocześnie różniąc się między sobą, aspirować. Nie zbiorą tych grup zdjęcia twarzy, z całym szacunkiem, tych samych co zawsze, na które tak wielu ludzi zostało trwale zaimpregnowanych. Trzeba nowego otwarcia, nowych twarzy i wizji, na której brak, zwracam uwagę od kilku lat.

W innym wypadku, beneficjantem tej „nowej, pogłębionej polaryzacji”, będzie Tusk, którego celem, oprócz trwałego obniżania konkurencyjności Polski, jest, jak sądzę, wepchnięcie PiS w buty z 2010 roku, kiedy to PIS miał rację, ale przy pomocy prowokacji i manipulacji, udało się go wtłoczyć w obciachowy wizerunek „wrzeszczących staruszków”.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Immunologiczna dywersja doktora Łazowskiego

Polacy współpracowali z Niemcami w Holocauście? A może przeciwnie. Ratowali. Z pewnością wielu Żydów i Polaków ocalił jeden człowiek – Eugeniusz Łazowski. Tysiące istnień ludzkich uniknęło wywózki i śmierci dzięki jednemu zastrzykowi. Niemcy omijali okoliczne wsie i miasteczka w obawie przed zarazą…

Po 60 latach przyjechał z USA – gdzie zamieszkał wraz z rodziną – do Rozwadowa razem z amerykańską ekipą filmową, która kręciła film o jego niebywałych wyczynach w czasie wojny. Na uprzątniętym specjalnie z okazji jego wizyty rynku podszedł do niego człowiek i dziękował za cudowne wyleczenie: – Jak pan to zrobił, że kuracja trwała tylko cztery dni?

– Miał pan szczęście. Przebieg choroby był wyjątkowo łagodny – odpowiedział z kamienną twarzą Łazowski.

W wojennej historii Rozwadowa, Stalowej Woli i okolic jest mowa o wielu przypadkach tyfusu.

– To była epidemia – potwierdzał Łazowski.

Przez trzy lata swojej prywatnej wojny kilka razy śniło mu się, że Niemcy odkryli tajemnicę tyfusu: – Do mózgu wbijali mi metalowy pręt zakończony gałką. Wiercili nim i pytali, kto mi w tej akcji pomaga.

Lata Dwudzieste
Lata Trzydzieste

Zdjęcie cudem przetrwało wojenną i powojenną zawieruchę. Widać na nim najbliższych kolegów Łazowskiego z liceum im. Adama Mickiewicza w Warszawie: Zdzisława Jeziorańskiego (późniejszego Jana Nowaka – kuriera z Warszawy i dyrektora polskiej sekcji Radia Wolna Europa), Jana Kotta i Ryszarda Matuszewskiego (znanych krytyków literackich) oraz syna wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego – Jana Kwiatkowskiego (w pierwszych dniach wojny wracał do swojej jednostki na zdobycznym motorze niemieckim i dostał kulę prosto w serce). W 3. Warszawskiej Drużynie Harcerskiej Łazowski spotkał też Stanisława Broniewskiego „Orszę” i Stanisława Sosabowskiego „Stasinka”.

Eugeniusz Łazowski, wnuk powstańca styczniowego zesłanego na Sybir, syn Peowiaka, ochotnika 1920 r., chciał połączyć dwa swoje zamiłowania – wojsko i medycynę. W 1933 r. wstąpił do Szkoły Podchorążych Sanitarnych (SPS), która mieściła się w Zamku Ujazdowskim.

W oddziale Ojca Jana

We wrześniu 1939 r. Łazowski dostał swój pierwszy lekarski przydział – do szpitala w Brześciu nad Bugiem. Stamtąd razem z rannymi pojechał pociągiem sanitarnym nr 95 do Baranowicz, a potem na południe, do Równego. Przeżył wszystkie niemieckie naloty.

W Radoszczynie kapitulował przed Sowietami. Potem trzy razy udało mu się uciec: z idącego na Wschód sowieckiego transportu (w 1943 r. na liście katyńskiej odnalazł nazwiska towarzyszy podróży), a po przekroczeniu Bugu z kontrolowanego przez Niemców szpitala w Chełmie i z obozu jenieckiego w Lublinie. Po długiej tułaczce wrócił do okupowanej Warszawy, gdzie zdał dwa brakujące egzaminy lekarskie. A potem do Rozwadowa. Tam został żołnierzem Narodowej Organizacji Wojskowej, która weszła następnie w skład Armii Krajowej. Partyzantów ze stacjonującego w okolicznych lasach oddziału Franciszka Przysiężniaka (ze względu na swój ojcowski stosunek do miejscowej ludności był nazywany „Ojcem Janem”) zaopatrywał w lekarstwa i opatrunki, a „spalonym” pomagał w znalezieniu bezpiecznej kryjówki. Jego poczekalnia stała się miejscem spotkań łączników podziemia i kolporterów tajnej prasy.

W 1946 r. Franciszek Przysiężniak został skazany na karę śmierci zamienioną na dożywocie, na wolność wyszedł w 1956 r. Jego żonę zastrzelili ubecy, gdy była w siódmym miesiącu ciąży.

Zaszczepieni

Ratowanie ludzi było możliwe dzięki światowemu odkryciu dr Stanisława Matulewicza. Na czym polegało?

– Stasiek mieszkał w niewielkim drewnianym domku w Zbydniowie. W komórce za mieszkaniem opracował metodę badania krwi na odczyn Weila-Feliksa, co pozwalało ustalić, czy pacjent jest chory na tyfus plamisty. Zaproponowałem, aby nastraszyć Niemców i wywołać u zdrowych ludzi sztuczną epidemię tyfusu – opowiadał mi 89-letni Eugeniusz Łazowski podczas swojej wizyty w Polsce kilkanaście lat temu.

Jakie były wyniki?

– Po zastrzyku nie tylko nie było żadnego zakażenia, ale nawet zaczerwienienia w miejscu wstrzyknięcia. Jeszcze przez kilka dni odczyn Weila-Feliksa był dodatni. Pobieraliśmy krew i wysyłaliśmy ją do badania w laboratorium w Tarnobrzegu. Podstawową zasadą było milczenie, nawet pacjenci nie wiedzieli, że zostali „zaszczepieni”.

O odczynniki do reakcji Weila-Feliksa nie było łatwo. Kiedy skończyły się możliwości zdobycia ich w okolicy, Łazowski jeździł po nie do Warszawy. Zdarzały się też prawdziwe zachorowania na tyfus.

– Ponieważ zbyt duża liczba zachorowań na tę samą chorobę u jednego lekarza mogła wzbudzać podejrzenia, podrzuciłem kilka przypadków innemu lekarzowi. Zimą 1942/43 „zaszczepiliśmy” więcej ludzi niż poprzednio.

„Achtung, Fleckfieber!”

Sztuczna epidemia zaburzyła niemiecki porządek. Kilka okolicznych gmin niemieckie władze uznały za obszar objęty epidemią tyfusu. Na domach „chorych” pojawiły się napisy: „Achtung, Fleckfieber!” („Uwaga, tyfus plamisty!”), a na granicy gmin i wsi: „Achtung, Seuchengebiet!” („Uwaga, obszar zajęty zarazą!”).

– Kiedy w celu dokonania jakichś formalności poproszono mnie na posterunek Bahnschutzu, w środku zobaczyłem wycelowany prosto w drzwi karabin maszynowy. Pomyślałem: boją się nas.

Bał się również Oberleiter Fuldner. Któregoś dnia wezwał dr. Łazowskiego do swojego chorego syna.

– Kiedy gorączka syna opadła, Fuldner spytał mnie o tyfus. Potwierdziłem, że mamy do czynienia z epidemią, ale razem z dr. Matulewiczem robimy wszystko, aby opanować sytuację. Radziłem jednak, żeby omijać miejscowości objęte zarazą.

Martin Fuldner został potem zastrzelony z wyroku Sądu Podziemnego RP za wydanie rozkazu wymordowania mieszkańców dworu Horodyńskich w pobliskim Zbydniowie.

Immunologiczna dywersja dr. Eugeniusza Łazowskiego trwała z powodzeniem przez ponad dwa lata. Dopiero latem 1944 r. Niemcy odkryli tajemnicę tyfusu. Po wybawcę wielu Polaków i Żydów przyjechało Gestapo. Musiał uciekać i się ukrywać.

Eugeniusz Łazowski zmarł 16 grudnia 2006 r. w Stanach Zjednoczonych.

 

Hubert Bekrycht: KASUJĄC MEDIA PUBLICZNE RZĄD LIKWIDUJE PAŃSTWO

Sprzeniewierzenie się polskiej racji stanu poprzez likwidację mediów publicznych wdrażanej przez, o ironio, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, stała się faktem. Podpułkownik służb specjalnych Sienkiewicz zawiódł premiera Tuska, bo najprawdopodobniej zawalił zorganizowanie walne zgromadzenia spółek skarbu państwa, jakimi są TVP, PR i PAP (w MKiDN nieobecni byli wówczas pracownicy odpowiedzialni za monitoring, kody dostępu i książkę wejść i wyjść).  No i minister dostał rozkaz od premiera, aby wdrożyć plan B – postawić media publiczne w stan likwidacji.

Bezprawne działania rządu wobec mediów, m.in. wyłączenie sygnału telewizyjnego TVP INFO wykorzystuje chyba Rosja, bo – jak twierdzą eksperci – zakłócenia nadajników GPS w Polsce mogą być sprawą Kremla, ponieważ Moskwa testuje na ile chaos polityczny pozwoli jej destabilizować politykę w Polsce. Kto pomaga Rosji? Przecież nie konserwatyści z PiS, tylko rząd, przy czym malej liczba obywateli, którzy wierzą, że nieświadomie.

Pełzający zamach stanu

Likwidacja mediów publicznych to bezprawie, którego z niczym porównać nie sposób. To po prostu niemożliwe wobec obowiązującego prawa. Plan B ekipy Tuska polega na likwidacji TVP, PR i PAP, których zlikwidować takim działaniem nie sposób. Tu też, przy wcześniejszym złamaniu przepisów o Radzie Mediów Narodowych, potrzebna jest ustawa, nie decyzje ministrów, nie uchwały sejmowe. Czyli, pełzającego zamachu stanu według scenariusza rosyjskiego, ciąg dalszy.

„Troska” o dofinansowanie mediów publicznych

 Sienkiewicz bez zażenowania pisze w komunikacie, że to wynik prezydenckiego veta wobec ustawy o dofinansowaniu mediów publicznych w kwocie 3 mld zł. „W związku z decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o wstrzymaniu finansowania mediów publicznych podjąłem decyzję o postawieniu w stan likwidacji spółek Telewizja Polska S.A., Polskie Radio S.A. oraz Polskiej Agencji Prasowej S.A.” – napisał Sienkiewicz. I dodaje:

W obecnej sytuacji takie działanie pozwoli na zabezpieczenie dalszego funkcjonowanie tych spółek, przeprowadzenie w nich koniecznej restrukturyzacji oraz niedopuszczenie do zwolnień zatrudnionych w ww. spółkach pracowników z powodu braku finansowania.”

Wzruszyłem się. Czy minister dba o dziennikarzy mediów publicznych? Nie. On chce zwolnić, kogo mu będzie wygodnie.

Może zlikwidujemy a może nie

I dochodzimy do punktu kulminacyjnego, bo szef MKiDN kończy swoje prawne elukubracje w ten sposób:

Stan likwidacji może być cofnięty w dowolnym momencie przez właściciela.

Czyli, przekładając to na język polski, „jeśli uda nam się doprowadzić do wyjścia parlamentarzystów z budynków TVP, PR i PAP oraz wyrzucić z gabinetów prawowitych szefów tych mediów, wstrzymamy likwidację”. Tak wyznacza standardy demokracji dawny podpułkownik Urzędu Ochrony Państwa, w którego szeregach po 1990 r. znaleźli się także – oprócz opozycjonistów, bohaterów przewrotu ustrojowego rozpoczętego porozumieniem z komunistami przy Okrągłym Stole – funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa PRL.

Rząd Donalda Tuska stopniowo destabilizuje Polskę, która staje się powoli poligonem dla rosyjskich służb dezinformacyjnych i sabotażystów cybernetycznych Moskwy. Likwidacja mediów publicznych, to – moim zdaniem – niestety tylko pierwszy etap likwidacji państwa.

 

Hubert Bekrycht

27.12.2023 r. g. 20.10

 

 

 

Prezes PAP WOJCIECH SURMACZ: Ludzie są przerażeni, bo jeśli można osadzić „nowy” zarząd poza prawem, to można wszystko

Trwa walka o media publiczne – TVP, PR i PAP. Z reguły więcej i częściej mówi się o telewizji publicznej, ale nie słabnie też protest przeciwko bezprawnej próbie likwidacji PAP poprzez nielegalną próbę zmiany władz agencji. Z prezesem Polskiej Agencji Prasowej wieczorem 26 grudnia rozmawiał Hubert Bekrycht.

Jak wygląda sytuacja w PAP?

Trwa interwencja poselska spowodowana nielegalnym powołaniem przez oficera służb specjalnych, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bartłomieja Sienkiewicza pseudo władz PAP. A przecież wiadomo, że powoływanie się ekipy Donalda Tuska na uchwałę z 19 grudnia jest bezprawne. Bo władze mediów publicznych może odwołać tylko Rada Mediów Narodowych. Parlamentarzyści dyżurują już prawie tydzień. Pragnę im podziękować – wybaczcie, że nie wymieniam nazwisk – wszystkim razem i każdemu z osobna.

To dzięki m.in. interwencji parlamentarzystów nie doszło do przejęcia budynku przez nieuprawnione do tego osoby z tzw. firm ochroniarskich, dziwnych ludzi z szerokimi karkami, którzy jednak przestraszyli się posłów.

Co na to pracownicy PAP, chyba wszyscy są już zmęczeni?

Ludzie z PAP mówią, że oni się boją. Przynajmniej większość z nich. Po prostu widzą, co się dzieje. Są przerażeni, bo że jeżeli można było wprowadzić tzw. nowy zarząd poza prawem, to wszystko już można. Nie wiedzą, co się wydarzy, bo możliwe są najbardziej czarne scenariusze. Z bezprawnymi rozwiązaniami siłowymi, szantażem związanym z groźbami zwolnienia z PAP i szykan pracowniczych. Zresztą wskazany nielegalnie przez szefa MKiDN tzw. prezes (Marek Błoński, korespondent PAP na Śląsku i przewodniczący zakładowej Solidarności – sdp.pl) już w pierwszych godzinach po swej „nominacji” próbował zwolnić, bo nie mógł te uczynić legalnie, więcej osób niż ja zwolniłem w trybie specjalnym przez 6 lat.

Jak to wyglądało?

Nie wiem w jakim trybie miałyby być te zwolnienia, bo powtarzam wszelkie próby zmiany moich decyzji i poza Radą Mediów Narodowych, są skandalicznym naruszeniem prawa i dostępu do informacji naszych Odbiorców. To, co próbują zrobić tzw. nowe władze z polecania ministra Sienkiewicza to jest jakaś masakra prawa.

Marek Błoński, bezprawnie wskazany przez szefa MKiDN na tzw. „nowego” nielegalnego prezesa PAP, to jest wieloletni działacz i przewodniczący NSZZ Solidarność w Agencji. On, moim zdaniem, okrył hańbą cały ten związek i wszystkie związki zawodowe w Polsce. Związkowiec nigdy nie powinien się tak zachowywać jak Błoński. Parlamentarzyści go zapytali, czy mu nie wstyd? I wiesz, co im odpowiedział? Mówił, że dla niego to jest ukoronowanie jego 25-letniej kariery dziennikarskiej w PAP… Jak człowiek, który przewodniczy lub do niedawna jeszcze przewodniczył zakładowej Solidarności może wzywać bandytów do firmy?

Jak teraz (wtorek, 26 grudnia br. wieczorem) wygląda Twoja praca, jako szefa PAP?

W tej chwili raczej spokojnie, wykonuję obowiązki. Słyszałem takie pogłoski, że może „coś” nastąpić tej nocy, ale to przecież może być kolejna prowokacja.

Co dalej?

Wysłałem taki apel do 500 dziennikarzy na całym świecie (tekst po wywiadzie), w którym relacjonuję, co się dzieje w PAP. Poprosiłem o taką solidarność w obronie wolności słowa i poszanowania prawa. Czekam teraz na odzew, ze względu na okres świąteczno-noworoczny pierwszych reakcji należy spodziewać się za jakiś czas. Zobaczymy.

  ***

Apel prezesa PAP Wojciecha Surmacza do 500 dziennikarzy z całego świata w sprawie bezpodstawnej, nielegalnej próby przejęcia przez polski rząd Polskiej Agencji Prasowej poprzez próbę wskazania nie mającego legitymacji prawnej zarządu PAP

 

Drodzy Przyjaciele,

Polska Agencja Prasowa (PAP) jest świadkiem wydarzeń bez precedensu w całej swojej ponad 100-letniej historii. Doszło do bezprawnej, brutalnej, siłowej próby przejęcia kontroli nad PAP…

W nocy 19 grudnia 2023 r. Bartłomiej Sienkiewicz, podpułkownik służb specjalnych i były koordynator tych służb w Polsce, obecnie Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wbrew polskiemu prawu odwołał mnie z funkcji Prezesa Zarządu.

Następnego dnia, przed południem, w siedzibie spółki pojawił się nowy, powołany wbrew prawu zarząd, który podczas mojej chwilowej nieobecności zajął moje biuro, zmuszając dział IT do odcięcia mi elektronicznego dostępu do firmy.

Wróciłem więc w asyście mojego prawnika, mecenasa Tobiasza Szychowskiego oraz prof. Piotra Glińskiego, byłego ministra kultury i dziedzictwa narodowego, obecnie posła na Sejm RP. Poprosiłem go o wsparcie jako człowieka, który przez ostatnie osiem lat nadzorował PAP ze strony Skarbu Państwa.

Na miejscu nowi „zarządcy” PAP okazali się dość agresywni, pojawiły się kamery telewizyjne, pojawili się kolejni posłowie, doszło do przepychanek. Zrobiło się niebezpiecznie, więc wezwałem policję. Dopiero wtedy odzyskałem pełny dostęp elektroniczny do Agencji i do mojego biura.

Ludzie Sienkiewicza opuścili biuro zarządu PAP po interwencji policji i złożeniu przez mecenasa Szychowskiego zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Ludzie ci spędzili jednak całą noc w budynku agencji, twierdząc, że muszą pracować.

Następnego dnia w Centrum Prasowym PAP zorganizowałem spotkanie z dziennikarzami i pracownikami agencji. Oświadczyłem, że zgodnie z prawem tylko Rada Mediów Narodowych może odwołać mnie z funkcji prezesa, a jeśli podejmie taką decyzję, natychmiast ustąpię. Wezwałem wszystkich do zachowania spokoju, a ludzi pułkownika Sienkiewicza do normalnych rozmów i nieużywania przemocy.

Niestety, 24 godziny później, o godz. 3 w nocy, ludzie Sienkiewicza w asyście kilkunastu wynajętych, silnych, uzbrojonych ochroniarzy wtargnęli do siedziby PAP. Zaczęli zajmować budynek PAP piętro po piętrze. Ale w tym samym czasie zaczęli stawiać im opór obecni tam dziennikarze i posłowie opozycji. Wezwano policję. Agresorzy wycofali się pod naciskiem mediów i opozycji.

 Obecnie budynek PAP jest otwarty i wolny od nielegalnych ochroniarzy, ale spółką próbuje zarządzać nowy, nielegalny zarząd. Dziennikarze i pracownicy innych działów firmy są nielegalnie zwalniani. Ludzie są sterroryzowani, przerażeni, nie są w stanie wytrzymać ogromnej presji psychicznej. Nieoficjalnie ogłaszane są nowe akty przemocy…

Dlatego wzywam wszystkie media i organizacje dziennikarskie do solidarności zawodowej i wystąpienia w obronie wolności słowa i poszanowania prawa.

Jestem zawodowym dziennikarzem od ponad 30 lat. Od 6 lat kieruję Polską Agencją Prasową. Wielokrotnie politycy zarówno koalicji, jak i opozycji próbowali wywierać na mnie presję, zwolnić mnie z pracy. Ale nikt nigdy nie przekroczył prawa.

PAP jest niezależną agencją, która dostarcza ok. 90 proc. codziennych informacji we wszystkich mediach działających w Polsce. Podkreślam: we wszystkich mediach – niezależnie od proweniencji politycznej czy kapitałowej.

W tym roku nasze przychody wyniosą ok. 100 mln zł, z czego 20 proc. to dotacje państwowe. Naszymi klientami są wszystkie media głównego nurtu w Polsce oraz największe koncerny i agencje medialne na świecie, m.in. Warner Bros. Discovery, Bloomberg, Ringier Axel Springer.  PAP jest członkiem międzynarodowych organizacji branżowych, tj. European Alliance Of News Agencies oraz MINDS.

W razie jakichkolwiek pytań proszę o kontakt: [email protected]

 

Wojciech Surmacz

Prezes Zarządu

Polska Agencja Prasowa

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Nasze największe skarby

Tytuł mówi oczywiście o dzieciach, bo nimi się dzisiaj zajmiemy. A konkretnie ich rodzicami. Marzeniem ogromnej większości kobiet jest być matkami. Są oczywiście nieliczne kobiety, które nie chcą. I mają do tego święte prawo. Jednak rodzice młodych mężatek, teściowie, partie polityczne wszystkich maści – czyli społeczeństwo in gremio oraz tzw. racja narodowa sugerują młodym mężatkom, że dzieci mieć powinny.

Są oczywiście też ich mężowie, którzy, choć mają do spełnienia w prokreacji czynną rolę, to jednak w sumie są czynnikiem biernym. W końcu bowiem decyduje kobieca biologia, instynkt macierzyński oraz indywidualne plany na życie każdej z kobiet.

Żeby nasze społeczeństwo mogło się rozwijać, a nawet nie zniknąć z powierzchni globu, trzeba żeby współczesne małżeństwo miało troje dzieci. Niestety – jak to widzimy – większość polskich i europejskich małżeństw ma obecnie po jednym dziecku. A przecież, żeby dwoje dorosłych mogło się „odtworzyć” wymagana jest – minimum – dwójka pociech. Rachunek jest prosty, ale rzecz w tym, że już rodzina z dwojgiem dzieci postrzegana jest współcześnie jako rodzina wielodzietna. Dlaczego napisałem o koniecznej trójce dzieci? Bo część małżeństw dzieci nie będzie miała w ogóle, a część populacji pozostanie w stanie bezżennym – takie mamy czasy.

Pytanie, dlaczego tak się dzieje jest oczywiste, ale odpowiedź jest skomplikowana. Jest z pewnością kilka poważnych czynników, które składają się na to, że jesteśmy w sytuacji narodowego zagrożenia. Zróbmy tych powodów krótki przegląd.

Kto rozbił klasyczną rodzinę

W dawnych wiekach rodzina wiejska chciała mieć dzieci, bo ziemia wymagała rąk do pracy. W miastach natomiast… również, bo rodziny rzemieślnicze także oczekiwały nowych rąk oraz sukcesji zawodu. Rodziny szlacheckie natomiast chciały mieć komu przekazać dorobek życia – jaki by on nie był. A cała ówczesna populacja czekała bardziej na synów niż córki. Z chłopaka był większy pożytek produkcyjny, ale ukrywano to skrzętnie pod eufemizmem, że czekało się na „dziedzica nazwiska”.

Kres tradycyjnej rodzinie stanów niższych położyła rewolucja przemysłowa, która też oczekiwała każdej pary rąk do pracy, ale w fabrykach. Upadały warsztaty rękodzielnicze, bo ich produkcja była znacznie droższa od maszynowej, więc bezrobotni rzemieślnicy, wraz z żonami i dziećmi stawali się robotnikami. Wtedy robotnikom płacono tak nędznie, że stać ich było jedynie na przeżycie. Spadała także renta rolna, bo taniały produkty rolnicze – na skutek coraz bardziej powszechnej mechanizacji rolnictwa. Najjaskrawiej tę rewolucję przemysłową i rodzinną widać było w XVIII wiecznej Anglii, ale niebawem ogarnęła całą Europę.

Tym samym zaczęła zanikać tradycyjna rola kobiety jako Westalki domowego ogniska. Kobiety zaczęły pracować po 10-12 godzin dziennie i nie miały już czasu, sił na prowadzenie domu i rzetelne wychowywanie dzieci.

Kobiety pracujące czy wyzwolone z okowów maskulinizmu

Dzisiejsze oczekiwania niektórych prawicowych polityków, że da się odwrócić bieg historii, są jedynie pobożnym życzeniami. Świat już nigdy nie wróci do klasycznego ładu. Kobiety w całym cywilizowanym świecie nie chcą być zamknięte w czterech ścianach rodzinnego domu, bo rację miał Lenin, gdy pisał, że „Kuchnia ogłupia kobietę”.

Naszym polskim ideologom prawicy zwrócę tu uwagę, że ich ideał, by kobieta była głównie matką i kucharką jest w istocie ideałem Bismarcka. Przy czym ten twórca zjednoczenia Niemiec dodawał jeszcze trzeci obowiązek kobiety – wierność i posłuszeństwo kościołowi. To dawało świętą trójcę nacjonalistycznych Niemiec – Kinder+Küche+Kirche, czyli osławione „Drei K”. Trochę to śmieszne, że nasza prawica sięga do niemieckich wzorów, skoro za Niemcami – tak ogólnie – nie przepada.

Wychowanie dziecka to nie zabawa

Powiedzmy też wprost, że wychowanie dziecka jest trudem, na który nie wszyscy są psychicznie gotowi. A jest też faktem i to, że ludzie XX i XXI wieku nie są skłonni do poświęceń, bo tempo współczesnego życia, zagonienie, obciążająca praca i niepewność jutra – zostawiają rodzicom niewiele czasu i sił dla swego przychówku.

Z drugiej jednak strony – z przerażeniem zauważam, że współcześni rodzice poświęcają wiele energii by zapewnić pociechom dobre wykształcenie, luksusowe wakacje i bardzo drogie zabawki. Tymczasem dziecko oczekuje od nich czasu, ciepła i bezpieczeństwa psychicznego. A tego większość dzisiejszych rodziców nie jest w stanie swoim dzieciom dać. Przecież matka z komórką w ręku, pchająca wózek, lub jadąca z kilkulatkiem w tramwaju jest dzisiaj normą. I to ciągłe uciszanie dziecka, żeby nie przeszkadzało mamusi w pisaniu głupot do znajomych… Straszne jest dzisiejsze chowanie naszych następców.  A skutki mogą być jeszcze straszniejsze.

Rośnie nam w Polsce pokolenie „komórkowców”, którzy wracając ze szkoły tramwajem gapią się w ekraniki komórek, nie rozmawiając ze stojącymi obok kolegami. Którzy również gapią się w komórki. Ta alienacja społeczna, to życie w wyimaginowanym, wirtualnym świecie kiedyś się na nas wszystkich zemści, bo gdy ci młodzi dorosną, gdy zajmą jakieś stanowiska pracy, nie będą w stanie „istotnie” komunikować się z innymi.

Co robić?

Chcąc nie zniknąć z mapy świata polskie rządy powinny płacić rodzicom za posiadanie dzieci. Ale płacić rozumnie. Za pierwsze dziecko „opłata” powinna być minimalna – powiedzmy te 800 zł, a i to jedynie dla rodzin w trudnej sytuacji materialnej. Te „opłaty za dzieci” powinny wyraźnie rosnąć. Za drugie dziecko powinno to być około 1600 zł, a za trzecie 2400 zł.

Być może wtedy część matek zgodziłaby się na dłuższy czas zrezygnować z pracy, bo żadne żłobki nie zastąpią matki! Mówię o matkach, bo to one są właśnie dla dziecka najważniejsze. Ojcowie są też ważni, ale więź z matką powstaje w okresie płodowym…, więc jest niezwykle silna.

Są też jednak i pułapki takiej polityki, a przekonali się o tym najboleśniej Francuzi. Jakieś 50 lat temu we Francji wprowadzono bardzo wysokie „dopłaty” za dzieci. Skutek jednak był taki, że dzietność co prawda wzrosła, ale jedynie w rodzinach imigranckich. I doszło do dużych wynaturzeń, bo już przy czworgu dzieci oboje rodzice w ogóle nie musieli pracować, a przynajmniej nie musieli harować.

Nie ma prostych recept, ale próbować coś robić, z tą malejącą dzietnością polskich rodzin, trzeba. Może jestem już zbyt stary, ale ciągle wierzę, że większość kobiet nie jest skłonna oddawać do żłobków swoich maleństw.

Lewicowe samozniszczenie

Psycholodzy mówią, że do trzeciego roku życia dziecko powinno pozostawać w domu. I ja im wierzę. Nie wierzę natomiast młodym paniom posłankom – głównie z Lewicy – które rzuciły się w wir „partyjnej roboty”. Nie wierzę, że nie czynią swym dzieciom krzywdy. Bo nawet czuła babcia, czy zawodowa domowa opiekunka, matki nie zastąpi. Taka jest biologia i żadna postępowa, progresywna filozofia społeczna jej nie pokona.

O dziwo w parlamencie najwięcej młodych kobiet, w wieku prokreacyjnym, ma Lewica. Wprost roi się tam od młodych, dorodnych dziewczyn, które mogłyby mieć jeszcze dzieci. Ale nie, one wybrały „samorealizację” w polityce. Jak tak dalej pójdzie, to polska lewica skaże się na samozagładę, bo dzieci będzie u nich mało. Może to cieszyć prawicę, ale lewa noga będzie za kilkanaście lat w Polsce króciutka, a jak mawiał współczesny klasyk – obie nogi są ważne. Chodzi o to, żebyśmy nie utykali, „nie chromali”.