TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ich wielki wróg – „Ogień”

Zmarł tuż po północy 22 lutego 1947 r. w szpitalu w Nowym Targu. Józef Kuraś, ps. Ogień. W walce z jego zgrupowaniem w latach 1945–1947 zginęło ok. 60 funkcjonariuszy komunistycznego UB, 27 NKWD, 40 milicjantów. Do dziś (post)komuna tej porażki majorowi Kurasiowi nie może zapomnieć.

Bo Józef Kuraś, ps. „Ogień”, „Orzeł” to wybitny polski żołnierz i dowódca partyzancki, walczący o wolność i niepodległość Polski. W latach 1939-1945 walczył z okupantem niemieckim, w latach 1945-1947 z okupantem sowieckim i podległymi mu komunistami.

W czerwcu 1943 r. w odwecie za egzekucję agentów Gestapo Niemcy zamordowali jego żonę, dwuipółletniego syna i ojca. Ciała zamordowanych i rodzinny dom Kurasia spalono. To tylko utwardziło go w dalszej walce z wrogami Ojczyzny.

Po zajęciu Polski przez Związek Sowiecki Józef Kuraś cieszył się wielkim poparciem wśród miejscowej ludności, którą ochraniał przed narzucaną siłą przez sowietów komunistyczną władzą.

Eugeniusz Wojnar, propagandysta komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej w Nowym Targu, pisał po latach, że „»Ogień« wówczas panował w terenie, stanowił siłę, miał swoje oddziały w każdym niemal zakątku. Jego wpływy sięgały tak daleko, że nawet organa władz bezpieczeństwa i milicji nie były od nich wolne”. Inny PPR-owiec, Bronisław Pawlik, alarmował: „Chłopi znów po wsiach pomagają mu, przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja w terenie się wcale nie rozwija, a cały Komitet Powiatowy pracuje pod strachem”.

Wybitny polski działacz niepodległościowy Stefan Korboński, delegat rządu RP na kraj, określał „Ognia” mianem „króla Podhala” i „tatrzańskiego Janosika dwudziestego wieku”.

A tak (14 listopada 1946 r. w liście do Bieruta) Józef Kuraś wypunktował cele swojej walki: „Oddział Partyzancki »Błyskawica« walczy o wolną, niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Walczyć będziemy tak o granice wschodnie, jak i zachodnie. Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne polityki państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony”.

Z tych samych powodów – walki o wolną, niepodległą Polskę, ochrony ludności, wśród której cieszył się autorytetem i szacunkiem – był wrogiem komunistów, których Polacy uważali za okupantów. Przez dwa lata okupacji Polski (1945-1947) komuniści byli zbyt słabi, aby pokonać „Ognia”. Dlatego wymyślali i szerzyli kłamstwa na temat polskiego dowódcy. Komunistyczna propaganda przedstawiała go jako „psychopatę”, „odznaczającego się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej”, „znanego już przed wojną koniokrada”, którego „najgorliwszymi współpracownikami” byli „członkowie SS i gestapo”, pomocnika „wilkołaków i pokrewnych ruchów faszystowskich” chcącego zamienić Podhale w „krainę obłędnych »ogników« niosących pożogę i mord”.

Kłamliwe oskarżenia i szalejący terror komunistyczny osłabiały siły „Ogniowców”, i ostatecznie doprowadziły do śmierci dowódcy. Józef Kuraś zmarł po walce z funkcjonariuszami komunistycznego UB i KBW 22 lutego 1947 r. w Nowym Targu. Do dziś nie udało się odnaleźć jego szczątków, ukrytych przez oprawców.

O historii Józefa Kurasia wielokrotnie wypowiadali się naukowcy, prawnicy, historycy, pełniący często wysokie funkcje państwowe. W 2006 r. prezydent RP Lech Kaczyński razem z synem „Ognia” Zbigniewem Kurasiem odsłonił w Zakopanem pomnik upamiętniający Józefa Kurasia i jego kilkudziesięciu podkomendnych, poległych w walce z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem w latach 1943-1950.

Prezydent Lech Kaczyński powiedział wówczas: „W ramach przywracania pamięci, postanowiłem, żeby tutaj dzisiaj być. Postać „Ognia” jest postacią godną upamiętnienia, chociaż wiemy o tym, że do dzisiaj budzi ona różnego rodzaju spory”.

Sekretarz Rady Pamięci Walk i Męczeństwa historyk Andrzej Przewoźnik podczas uroczystości stwierdził, że Józef Kuraś „Ogień” należy do polskich bohaterów, których należy naśladować, a Polska spłaca wobec niego dług. Podkreślił, że jeśli ktoś nie zrozumie historii Kurasia, nie zrozumie historii powojennych czasów.
Andrzej Przewoźnik dodał, że komuniści dwukrotnie zabijali Kurasia: najpierw fizycznie, a potem niszczyli i zakłamywali pamięć o nim.

W 2005 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył żonę „Ognia” – Czesławę Bochyńską Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za „działalność na rzecz niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej”.

Narazili się mafii – ANDRZEJ KLIMCZAK o rocznicy śmierci słowackiego dziennikarza Jána Kuciaka

W szóstą rocznicę śmierci zamordowanego dziennikarza śledczego Jána Kuciaka i jego narzeczonej, Martiny Kušnírovej, dzisiaj (21 stycznia)  o godzinie 18.00, przed ratuszem miejskim w Preszowie na Słowacji odbędzie się manifestacja organizowana przez stowarzyszenie obywatelskie „Otwarta Brama” oraz dziennikarza z Preszowa, Jozefa Jurcisina.

Uroczystości uświetni występ Edo Klena, znanej na Słowacji folkrockowej grupy muzycznej. Organizatorzy zapowiadają, że nie zabraknie również utworu: „Ballad of Ján and Martin”. Przypomniana zostanie historia wydarzeń na Słowacji, które doprowadziły do zamordowania dziennikarza i jego narzeczonej, oraz historia procesu, który nie doczekał się skazania wszystkich winnych.

Całe wydarzenie będzie szeroko relacjonowane na portalach społecznościowych.

Organizatorzy podczas manifestacji chcą ogłosić konkurs na wykonanie tablicy pamiątkowej poświęconej zamordowanym. Tablica ta zostanie umieszczona w Alei Mladámanželov w miejscu, w którym fotografują się nowożeńcy. Potencjalnie w tym miejscu mogliby się sfotografować Ján i Martina, gdyby morderstwo nie przekreśliło ich życiowych planów.

Ján Kuciak, dziennikarz śledczy, oraz jego narzeczona Martina Kusznírova zginęli 21 lutego 2018 roku. Do zbrodni doszło w ich domu w Veľkiej Maczy, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Bratysławy.

21 marca 2018 przed śledztwem mającym jeszcze trwać pięć lat, Sasa Uhlowa, reportrerka z A2larm.cz pisała: „Jest czwartkowy wieczór, następnego dnia ma się odbyć kolejna demonstracja zorganizowana przez ruch ‘Opowiedzmy się za uczciwą Słowacją’ (Postavme sa za slušné Slovensko). Już od kilku tygodni Słowacja wrze. Protestujący na ulicach ludzie żądali i doprowadzili do dymisji premiera Roberta Ficy oraz ministra spraw wewnętrznych i wicepremiera Roberta Kaliňáka. Protesty zapoczątkowało zabójstwo młodego dziennikarza Jána Kuciaka i jego dziewczyny Martiny Kušnírovej, których znaleziono zastrzelonych w domu w wiosce Veľká Mača koło małego słowackiego miasta Galanta. Motyw zabójstwa nie został do tej pory wyjaśniony, ale śmierć Kuciaka i Kušnírovej wywołała lawinę antyrządowych protestów”.

Temat, nad którym Kuciak pracował przed swoją śmiercią, łączy główną doradczynię kancelarii rządu Márię Troškovą z włoską mafią. Do tego doszło jeszcze wystąpienie prokuratora Vasiľa Špirki, według którego w roku 2010 zdymisjonowany wicepremier Kaliňák został skorumpowany, a później miał zastraszać prokuratora Špirkę, żeby przeszkodzić mu w badaniu sprawy. Przeciwko Kaliňákowi marsze antykorupcyjne organizowano jeszcze przed zamordowaniem Kuciaka i jego narzeczonej.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści współpracowali z gestapo

17 lutego 1944 roku komuniści z Armii Ludowej przy współpracy z gestapo przejęli archiwum Armii Krajowej i Delegatury Rządu na Kraj przy ul. Poznańskiej 37 w Warszawie.

Z ramienia Niemców akcję nadzorował Wolfgang Birkner, odpowiedzialny za rozpracowywanie polskiego podziemia, stojący wcześniej za zbrodnią w Jedwabnem. Wspólną akcję sowiecko-niemiecką zaproponował podwójny agent Bogusław Hrynkiewicz, który przeniknął do Delegatury Rządu, gdzie zajmował się… wywiadem antykomunistycznym! Jego przełożonym w sowieckim wywiadzie był Artur Ritter-Jastrzębski, najważniejszy agent NKWD w okupowanej Polsce i pierwowzór postaci Hansa Klossa.

Zbrodniczą akcję zatwierdził Marian Spychalski, członek Sztabu AL, późniejszy – o zgrozo – marszałek Polski. W biurze Spychalskiego pracowała Helena Wolińska, która zdobyte informacje wykorzystywała również po wojnie, gdy jako komunistyczna prokurator nadzorowała śledztwa przeciw AK-owcom.

Na Poznańskiej uprowadzono siedmiu żołnierzy AK, którzy zaginęli bez wieści, najpewniej zamordowani przez Niemców i/lub komunistów.

To był dopiero początek aresztowania polskich niepodległościowców przez obu naszych okupantów. Komunistyczny pułkownik Józef Światło, wicedyrektor X Departamentu MBP, który uciekł z PRL w grudniu 1952 roku, przekazując światu informacje o kulisach działania bezpieki i partii, w wywiadzie udzielonym Zbigniewowi Błażyńskiemu mówił: „Zgodnie z instrukcjami Moskwy, zgodnie z dyrektywami Nowotki, Findera, a później Bieruta, Jóźwiak [Franciszek Jóźwiak, późniejszy twórca MO, wiceminister bezpieczeństwa, towarzysz życia Heleny Wolińskiej] rozbudował współpracę z gestapo”.

Zbrodnia przy ulicy Poznańskiej 37 była elementem szeroko zakrojonej akcji dezinformacyjnej, kiedy komuniści przedstawiali członków polskiego podziemia jako… komunistów. „W akcji przeciwko organizacjom polskim komuna posługuje się m.in. metodą współdziałania z gestapo, denuncjując całe grupy, względnie poszczególnych członków organizacji polskich” – brzmiał raport Delegatury Rządu z maja 1944 roku.

Była jeszcze „wsypa” drukarni przy ulicy Grzybowskiej w okupowanej przez Niemców Warszawie. Polska Partia Robotnicza wydała lokal do gestapo. Żeby było ciekawiej – drukarnia nie należała do AK, ale do PPR (AL). W ten sposób komuniści wsypali samych siebie.

CEZARY KRYSZTOPA: Kogo słucha Donald Tusk?

Mówi się, że Donald Tusk zatracił słuch społeczny. Oczywiście nie wiem jak jest w istocie, ale wydaje mi się, że nie tyle zatracił, co słucha innego społeczeństwa niż się z pozoru wydaje.

No bo i rzeczywiście. Gdzie ucha nie przyłożyć, tam rządowa rzeczywistość skrzeczy. Koalicja 13 grudnia pod wodzą Donalda Tuska prawie od chwili kiedy przejęła stery, brutalnie przeczy wszystkim rzekomym ideałom, z którymi szła do władzy. W jej ramach ideały demokracji reprezentują łyse pały, które na rozkaz ministra ppłk Rympałka napadły na media publiczne, a ideały demokracji włamanie do gabinetu Prokuratora Krajowego Dariusza Barskiego. W kolejce stoją zapowiedzi napaści na Trybunał Konstytucyjny i Narodowy Bank Polski. Trudno nie zauważyć, że co bardziej przytomni dotychczasowi stronnicy „demokratów”, znajdują się co najmniej w pewnej konfuzji.

Życie jest gdzie indziej

To samo w kwestii inwestycji strategicznych, których symbolem jest CPK. Liczne sondaże wskazują na to, że większość Polaków popiera ich realizację, nawet. w ostatnim sondażu dla sorosowskiej Rzeczpospolitej na pytanie „Czy rząd Donalda Tuska powinien kontynuować zapoczątkowaną przez PiS budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego?” – 36,1% respondentów odpowiedziało „zdecydowanie tak”, 22,1 „raczej tak”, 15,2% „zdecydowanie nie”, 8,0% „raczej nie”, a 18,6% „nie wiem”. Mało tego, w badaniu poparcia dla CPK w poszczególnych elektoratach, wcale nie przoduje elektorat PiS, który owszem wynik ma tu wysoki – 76%, ale najwyższym wynikiem może się tu „pochwalić” elektorat Trzeciej Drogi – 85%. W tym samym czasie Tusk z koleżkami, bawią się w prymitywne i oznaczone na „X” specjalnymi „notkami społeczności” kłamstwa i obrażanie i imputowanie „brania pieniędzy” przez najbardziej aktywnych, jakby celowo zamykali się w wizerunkowej, coraz bardziej ciasnej, pułapce.

A cała ta historia z „rozliczeniami”? Świeżo wyleczony immunitetem z omdlenia Giertych, szalejący w mediach społecznościowych i polskojęzycznych, grozi wszystkim dookoła. Trzydzieści osiem sejmowych komisji ds. „rozliczenia pisowców” przekrzykuje się nawzajem walcząc o uwagę, podczas gdy, odnoszę wrażenie, że coraz mniej kogokolwiek obchodzą. Owszem, obsługują najbardziej tępy, krwiożerczy elektorat spod znaku ośmiu gwiazdek, ale życie w co raz większym stopniu jest tak naprawdę zupełnie gdzie indziej, gdzie indziej są nawet niektórzy ośmiogwiazdkowcy.

Zasada Popiołka

Tak mi się wydaje, że najlepszym kluczem do zrozumienia dlaczego Tusk robi to co robi, może być bodaj najbardziej znana wypowiedź znanego z „ośmiogwiazdkowych fascynacji” prawnika z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, prof. Wojciecha Popiołka, którego Koalicja 13 grudnia zrobiła szefem Rady Nadzorczej Orlenu, który na jednym z konwentykli, raczył by stwierdzić, że to nie wyborcy są suwerenem. Ja tam może prawnikiem nie jestem, ale z Konstytucji zdaje się wynika co innego. Popiołek, typowy przedstawiciel prawniczej, przekonanej o swoich nadprzyrodzonych właściwościach, kasty, miał na myśli to, że „suwerenem są wartości znajdujące się w prawie”, których ucieleśnianiem są oczywiście Popiołek z kolegami prawnikami, ale ja tak sobie myślę, że dla Tuska wyborcy mogą być suwerenem, ale musi tu chodzić o wyborców zupełnie innego państwa niż Polska. Bo rzeczywiście, polscy wyborcy jakby interesowali go coraz mniej.

Dlaczego? Nie wiem, ale przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Jedna trochę bardziej optymistyczna, w ramach której Tusk już szykuje sobie jakieś ciepłe gniazdko w Brukseli i poparcie Polaków do niczego mu niepotrzebne. Ot, zostawi znowu swoich wyznawców jak ostatnich frajerów, na przykład z Hennig-Kloską i Hołownią, tak jak kiedyś zostawił ich z Kopacz i Komorowskim. Jest to wersja bardziej optymistyczna, ponieważ oznacza, że pomimo strat będzie co odbudowywać.

Druga jest mniej optymistyczna. Być może Tusk ukrywa coś jeszcze lepiej niż ukrywał, że zgodził się na przymusową relokację imigrantów i nowe europejskie podatki i zgodził się, lub ma zamiar się zgodzić na takie rozwiązania w nowym Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, w których opinia Polaków nie ma już znaczenia, ponieważ niewiele od niech zależy. W takim wypadku, może już nie być czego odbudowywać, a przynajmniej, biorąc pod uwagę, że historia nigdy się nie kończy, przez jakiś, być może dłuższy, czas.

Kto rozbije bank?

Pozostaje pytanie – Dlaczego, skoro nie dba o poparcie Polaków, to sondaże wskazują wzrost poparcia dla Tuska i jego kamaryli? Zakładając, że wyniki sondaży w ogóle są cokolwiek warte, myślę, ze dzieje się tak dlatego, że wyborcy nie mają żadnej alternatywy, bo dla ewentualnych sierot, np. z Trzeciej Drogi, myślę, że alternatywą nie jest „spotkajmy się na ulicy”, potrzeba pozytywnej spójnej i wiarygodnej oferty na zasadzie „tamci to chaos, a my to ład”. Problem w tym, że obie główne partie na scenie politycznej, sprawiają wrażenie zamkniętych w paradygmacie „polaryzacji”, co determinuje ich działania i w jakimś sensie upodabnia.

Nie wiem jak będzie jutro, ale na dziś wydaje mi się, że polityczny bank rozbije ten, kto pierwszy znajdzie klucz do wyjścia z tego zaklętego kręgu.

O dużej aktywności w SDP przed zjazdem statutowym pisze Hubert Bekrycht: Tylko polityka może nas „uratować”

W niektórych jednostkach naszego stowarzyszenia trwa, jak co trzy lata, karnawał. Wreszcie – jak mówią niektórzy nasi członkowie – stowarzyszenie „ożyło”. Oczywiście to nieprawda, bo od jesieni 2021 roku w SDP trwa mozolna praca. Tylko po prostu spory są ciekawszym tematem rozmów niż długie zebrania. Jedni liczą już głosy, inni widzą na stanowiskach w zarządzie siebie albo swoich znajomych. Ktoś się wypowiada byle tylko był szum, ktoś inny – wydaje się, że całkiem anonimowo – delikatnie sugeruje to i owo. Karuzela, karuzela. Tymczasem pamiętajmy, zanim będą wybory do władz, 16 i 17 marca br. w Kazimierzu Dolnym odbędzie się Nadzwyczajny Zjazd Statutowo-Programowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Ostatnie dwa lata to żmudna praca Komisji Statutowej SDP, delegaci oddziałów i przedstawiciele władz pod prawniczym i administracyjnym okiem dyskutowali o przyszłym statucie – konstytucji SDP. Zaproponowali projekt tego dokumentu. Niestety, oprócz kilkunastu pilnych uczestników posiedzeń, delikatnie ujmując, wszyscy inni członkowie SDP nie są zbyt zainteresowani zmianami w statucie. A muszą one być wprowadzone.

Dlaczego?

Bo ta obecna jest mocno przestarzała i to ostatni moment, kiedy można coś zmienić z korzyścią dla członków stowarzyszenia.

Jeśli to nie zrobimy teraz to zmieni nas prawodawca, tylko wówczas nie będziemy mieli na to żadnego wpływu. Chyba, że SDP wprowadzi kiedyś do Sejmu kilkudziesięciu posłów, ale szanse na to są – na razie – marne. Dla przejrzystości dyskusji w przedzjazdowej gorączce dodam, że poprzednie zdanie to żart…

Chyba

Bo kandydatów byłoby sporo i to nie tych, o których mówią ludzie widzący siebie w polityce.

Statut i program wymagają pilnych korekt, ponieważ często w naszym statucie nie ma rozwiązań przystających do realiów trzeciej dekady XXI wieku. I to jest problem. Nasze stowarzyszenie „fruwało” przez ostatnie dwadzieścia pięć lat od zawodowej korporacji, poprzez tradycyjną grupę wsparcia aż do związków zawodowych. Żadne z tych rozwiązań nie jest dobre. Potrzeba kompromisu, którego nie znaleźliśmy. Czy się uda? Teraz?

Teraz

Bo jeśli nie, wyborcze zapędy w drugiej połowie roku mogą wysadzić w kosmos SDP.

To znaczy prawdziwie popchnąć stowarzyszenie w stronę polityki. I to nie w jej prawą stronę, co zawsze podnoszą nasi przeciwnicy. Zresztą najwięcej przeciwników SDP jest w samym SDP…

Polityka może pomóc

Bo teraz właśnie wystarczy się jej przyjrzeć, aby wiedzieć, dlaczego politycy obecnie rządzący krajem tak chcą zniszczyć SDP i niezależne dziennikarstwo.

SDP nie było w smak żadnej władzy, poprzedniej też nie (niech się krytycy przyjrzą), ale teraz rządząca ekipa, chce elektronicznym ogniem i mieczem wypalić ślady naszego oporu wobec największej próby zniszczenia mediów po 1989 roku.

Albo będzie skansen

Bo nas do tego skansenu politycy wepchną, bo silny SDP nie podoba się nikomu.

Czy mamy być tylko stowarzyszeniem organizującym, całkiem nieźle zresztą, imprezy kulturalne i wieczorki literackie? To byłoby na rękę obecnie rządzącym. Dlatego zanim pokłócimy się na zjeździe wyborczym, trzeba dobrze zastanowić się nad programem na najbliższe lata i uchwalić w końcu statut.

Bo minister Sienkiewicz zbuduje nam skansen w Kazimierzu, gdzie inni dziennikarze i „dziennikarze” oraz pracownicy mediów będą nas tam oglądać. Co trzy lata.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak Putin mówi: nie będę atakował, to znaczy, że szykuje się do ataku

Prezydent Rosji Władimir Putin w wywiadzie dla byłego prezentera amerykańskiej telewizji Fox News Tuckera Carlsona powiedział, że Moskwa nie jest zainteresowana inwazją na Polskę czy Łotwę. Jednak światowa opinia publiczna odebrały te słowa jako chęć uśpienia czujności krajów NATO.

Jak zauważają obserwatorzy, słowa Putina stoją w sprzeczności z jego działaniami. Każdy, kto zna styl rosyjskiego prezydenta, odebrał jego wypowiedź jak groźbę – jeśli powiedział, że nie będzie atakował, oznacza to, że jest już przygotowany do ataku. Wcześniej Putin twierdził na przykład, że granice Rosji nigdzie się nie kończą i są one tam, gdzie jest język rosyjski. Rosyjskie czołgi z reguły podążały za językiem rosyjskim, a Moskwa deklarowała, że ​​wszędzie ma takie czy inne interesy. Dziś Putin mówi, że „nie interesuje nas Polska, Łotwa ani gdziekolwiek indziej. Czemu to robić? Po prostu nie jesteśmy zainteresowani… To jest całkowicie wykluczone.” Ważne jest jednak to, że „przed inwazją Rosji na Ukrainę na pełną skalę Putin i inni rosyjscy urzędnicy wielokrotnie stwierdzali, że Kreml nie przygotowuje wojny na dużą skalę” – zauważa RFE/RL.

Ważna jest też wypowiedź Putina o ewentualnym scenariuszu wysłania wojsk do Polski: „Tylko w jednym przypadku, jeśli Polska zaatakuje Rosję”. Przecież rosyjska propaganda wciąż wmawia na całym świecie, że to nie Rosja zaatakowała Ukrainę, a wręcz przeciwnie, „ukraińscy naziści zaatakowali Rosję”. Inny scenariusz rosyjskiej propagandy szerzy zaś fałszywy pogląd, że „zbiorowa akcja zmusiła Rosję, aby zaatakować Ukrainę”. Dlatego Putin tymi słowami daje do zrozumienia, że ​​jeśli się zdarzy atak na Polskę, to rosyjska propaganda będzie przedstawiać to jako atak Polski na Rosję. Takie scenariusze stosowali także Ribbentrop i Mołotow, którzy pod koniec lat 30. XX w. mówili, że to Polska zaatakowała Niemcy. Albo jeszcze prościej – czy Rosji trudno jest zorganizować nowy „incydent gliwicki”?

Jak zauważyli analitycy amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) „prezydent Rosji Władimir Putin wykorzystał wywiad z amerykańskim dziennikarzem Tuckerem Carlsonem jako kremlowską operację informacyjną skierowaną do zachodnich odbiorców, która usprawiedliwia rosyjską agresję na Ukrainę i twierdzi, że Rosja jest zainteresowana zakończeniem wojny na Ukrainie w drodze negocjacji”.

Analitycy instytutu twierdzą, że Putin udaje zainteresowanie negocjacjami, aby wykorzystać rozejm do przyszłej ofensywy: „ISW w dalszym ciągu uważa, że ​​stanowisko negocjacyjne Putina nie uległo zmianie: nadal dąży do zniszczenia Ukrainy i próbuje wykorzystać rozejm do stworzenia sprzyjających warunków dla rosyjskiego wojska do rozpoczęcia kolejnej, bardziej skutecznej wojny z Ukrainą”. ISW uważa, że ​​Putin zademonstrował ogólną wrogość wobec Zachodu i fałszywie oskarżył Zachód o zmuszenie Rosji do ataku na Ukrainę. Jednocześnie w wywiadzie prezydent Rosji próbował postawić tezę, że Rosja atakując Ukrainę chciała zakończyć wojnę. Fałszywie twierdził, że zamiast wypełniać porozumienia mińskie, Ukraina „rozpoczęła przygotowania do operacji wojskowych… Naszym celem jest zakończenie tej wojny. I nie rozpoczęliśmy tego w 2022 roku, to jest próba zatrzymania tego” – powiedział Putin w rozmowie z Carlsonem.

Analitycy instytutu zauważają, że rosyjski prezydent chciał w ten sposób „wykorzystać wywiad do absurdalnej reinterpretacji Rosji jako ofiary, a nie inicjatora niesprowokowanej rosyjskiej wojny agresywnej przeciwko Ukrainie” i w ten sposób zmylić publiczność co do tego, co faktycznie się wydarzyło.

Odnosząc się do oskarżeń Putina o wykorzystywanie przez NATO Ukrainy do budowy baz wojskowych, ISW zauważył, że ​​„na Ukrainie nie było i nie ma baz wojskowych NATO”. Analitycy twierdzą, że „te narracje mają na celu wsparcie wieloletnich wezwań Putina do ‘demilitaryzacji’ Ukrainy, która prawdopodobnie ma na celu pozbawienie Ukrainy środków na samoobronę i umożliwienie Rosji narzucenia siłą Ukrainy swojej woli, gdy Kreml tak pragnie.”

Ponadto ta operacja informacyjna miała na celu zaprzeczenie ukraińskiej państwowości, można to uznać za „pisanie wielowiekowej historii na nowo”, co nie usprawiedliwia rosyjskiej inwazji na Ukrainę – czytamy w raporcie. „Federacja Rosyjska dwukrotnie jednoznacznie uznała suwerenność Ukrainy w jej obecnych granicach – w 1991 i 1994 r. Akceptacja argumentacji Putina o prawie Rosji do przymusowego przerysowania granic Ukrainy według własnego uznania jest zaproszeniem dla wszystkich potężnych państw, które mają historyczne roszczenia do atakowania i zajmowania ziem swoich sąsiadów” – przypominają analitycy instytutu.

O ile wiadomo, podejrzana jest także postać samego dziennikarza, który rozmawiał z Putinem. Carlson, znany ze swojej podżegającej retoryki i teorii spiskowych, powiedział, że informowanie ludzi należy do jego „obowiązku”. Został on jednak zwolniony z Fox News w zeszłym roku w wyniku skandalu i procesów sądowych w związku z zarzutami o oszustwo wyborcze. Carlson później założył własny program w serwisie X, dawniej Twitterze. Europejscy politycy wezwali do rozważenia możliwości wprowadzenia zakazu wjazdu na terytorium UE dla Carlsona.

Jednocześnie można stwierdzić, że tym razem Putinowi nie udało się oszukać świata. Przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, holenderski admirał Rob Bauer, powiedział, że Sojusz potrzebuje „transformacji podejścia do prowadzenia działań wojennych”. Później dodał, że Zachód powinien przygotować się na „wojnę totalną” z Rosją.

Prezydent Rosji Władimir Putin nie ma zamiaru wyrzekać się agresji, bo od niej zależy jego „polityczne przetrwanie” – stwierdził w opublikowanym 8 lutego wywiadzie dla EuroEFE wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej Josep Borrell.

„Czy sądzi pan, że jeśli Rosja zainstaluje na Ukrainie marionetkowy reżim podobny do tego, jaki ma na Białorusi, a wojska rosyjskie znajdą się na granicy z Polską, to czy wyjdziemy z kłopotów, czy będziemy mieć duże kłopoty?” – zapytał dyplomata. Według niego Kreml nadal jest „sąsiadem, który nie wie, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna”, a porażka Ukrainy będzie oznaczać obecność armii rosyjskiej na granicy Europy.

„Oznacza to, że Putin może myśleć: skoro wygrał raz, dlaczego nie może wygrać drugi raz? Oznaczałoby to na przykład, że Rosja kontrolowałaby 35% wszystkich światowych rynków pszenicy. Istnieją perspektywy, które ludzie muszą poznać, jeśli chcemy być świadomi” – powiedział.

Jednocześnie dowódca armii rumuńskiej Giorgitsa Vlad podkreślił, że ludność Rumunii, podobnie jak całej Unii Europejskiej, „powinna się martwić”, ponieważ „Federacja Rosyjska nie zatrzyma się na Ukrainie…”

W styczniu estońska premier Kaja Kallas ostrzegła, że ​​Europa ma od trzech do pięciu lat na „przygotowanie się na możliwe zagrożenie militarne ze strony Rosji na wschodniej flance Sojuszu Północnoatlantyckiego”. W rozmowie z „The Times” odniosła się do szacunków estońskiego wywiadu, według których „Rosja w przypadku hipotetycznego zawieszenia broni na Ukrainie potrzebowałaby od trzech do pięciu lat, aby przywrócić zagrożenie militarne na granicy wschodnich członków NATO.”

 

WALTER ALTERMANN: Finansowe błędy językowe – kwestarz czy kwestor?

Bardzo często można usłyszeć, że jakiś człowiek zbierający datki na zbożny cel to kwestor. Ostatnio taki lapsus zaprezentowano na antenie Canal+, w programie „Pokochaj swój ogród”, 8 II 2024 roku. Chodziło o szlachetnego człowieka, który w Anglii odwiedzał nałogowo bary i puby. Jednak nie w celu upijania się, ale po to, żeby uzyskać wsparcie od bywalców tych lokali na leczenie chorych dzieci.

Niestety w programie pada informacja, że jest on kwestorem. Otóż to błąd. Ten, który zbiera datki to kwestarz, a kwestor, to pracownik wyższych uczelni, który zajmuje się ich finansami. Prawdopodobnie „kwestor” został ukuty od „kwestarza”, ale z pewnością ten szlachetny Anglik był kwestarzem.

Przy okazji – polecam „Pamiętniki kwestarza” niedużą opowiastkę Ignacego Chodźki, wydaną po raz pierwszy drukiem w roku 1844. Jest to opowieść narratora, zakonnego kwestarza, który dla swych braci zbierał datki na utrzymanie i działalność religijną. Forma pamiętnikarska pozwoliła Chodźce na ukazanie prywatnych scen z życia zaścianka, a także wielkich wydarzeń historycznych widzianych z tej perspektywy. Powieść zawiera malownicze opisy obyczajów szlachty litewskiej tuż przed zaborami i w okresie napoleońskim, a przede wszystkim barwne portrety postaci charakterystycznych: fikcyjnych i historycznych (Radziwiłłowie, Napoleon). Dzieło Chodźki pełne jest barwnych opisów życia codziennego litewskich zaścianków, ale też ustawianych wyborów, warcholstwa, zapiekłości w sporach i pospolitych bijatyk między bracia szlachecką. Polecam.

Dowcipy ludyczne czy ludowe?

W TVP Kultura widziałem ostatnio rozmowę z popularnym aktorem, który grał w serialu „Ranczo”. Nazwisko aktora pominę, bo to aktor dobry i facet sympatyczny, ale nie odpuszczę mu błędu językowego. W pewnym momencie powiedział bowiem: „Ja wiem, że niektóre dowcipy w serialu były takie… bardziej ludyczne.”

Więc informuje od razu, że nie ma dowcipów ludycznych. Bo ludyczny, to tyle co zabawowy, a nie ma dowcipów które służyłyby zasmucaniu widza, czytelnika, słuchacza. Każdy dowcip ma nieść z sobą zabawę! Ludyzm to cecha ludzka, bo człowiek bez zabawy zmarniałby i sczezł od zgryzot, i smutków.

Kogo bardziej interesuje temat ludyczności, tego odsyłam do wielkiego dzieła Johana Huizingi „Homo ludens”, wydanej w roku 1938. Tamże dowiemy się, że homo ludens (z łaciny w dosłownym tłumaczeniu „człowiek bawiący się”) to koncepcja człowieka, przedstawiona przez autora we wzmiankowanym dziele, zakładająca, że u podstaw ludzkiego działania znajduje się zabawa, gra i współzawodnictwo.

Tedy inkryminowany aktor (z serialu „Ranczo”) powinien powiedzieć, że w serialu pojawiały się też dowcipy przaśne, proste, ludowe a nawet siermiężne. Naprawdę język polski jest bogaty, tyle, że trzeba to bogactwo znać.

 Pasa nie zapinać

WP Wiadomości, 30 stycznia 2024 roku, pisząc o nagrodach w Kancelarii Prezydenta RP, w tytule notki informuje: „Pora na zapinanie pasa”.

Z tekstu notatki wynika, że nadeszła pora na oszczędności w najwyższych urzędach. Jednak „zapinanie pasa” nic, w tym przypadku, nie znaczy. Owszem jest w języku polskim zwrot „zaciskanie pasa”, który jest synonimem oszczędności, ale „zapinanie”?

W dawnych wiekach, gdy na kraj nadchodziły ciężkie czasy, mówiło się, że przyjdzie pora zacisnąć pasa, bo brzuchy szlachty mocno się zmniejszą. Z kolei o czasach tłustych, saskich mawiano: „Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa”.

Komu zatem przyszło do głowy zastąpić „popuszczanie” „zapinaniem”? Może w redakcji WP zatrudniono jeden z wczesnych modeli sztucznej inteligencji? A może zatrudniono – w ramach oszczędności – imigrantów, którzy tłumaczą przy pomocy słowników internetowych?

Procedura to nie dyskusja

W czasie pierwszego spotkania komisji śledczej, wizowej, 6 II 2024 roku, dało się usłyszeć, jak zawsze w takich razach, niemało uniesień i odwołań do „wielkiej misji”, jaką wzięli na siebie posłowie, będący tej komisji uczestnikami. Co zresztą uważam za przykrą normę.

Zadziwił mnie tylko jeden z posłów PiS, który powiedział: „Będziemy tu procedować nad sprawami…” Otóż, poseł się myli, bo procedowanie oznacza tyle, co postępowanie zgodne z procedurami. Zatem nie można „procedować nad sprawami”. Można natomiast „procedować sprawy, tematy”. A już najlepiej byłoby stwierdzić, że: „Będziemy rozważać sprawy…”.

Niestety to częsty błąd przedstawicieli elity politycznej kraju. Parlamentarzyści uważają bowiem, że procedowanie równa się dyskusji. A tak nie jest.

 

 

W ramionach przyjaciół – MYKOŁA SEMENA o książce Jurija Szczerbaka

W Kijowie odbyła się prezentacja książki „Ukraina w ramionach Polski. Rzeczywistość i proroctwa” autorstwa ukraińskiego dyplomaty, analityka, pisarza i dziennikarza Jurija Szerbaka. Wydana na koszt Ministerstwa Kultury Ukrainy publikacja jest rozprowadzana bezpłatnie na terenie całego kraju.

Jak zauważył w swoim przemówieniu Jurij Szczerbak, książka jest wyrazem wdzięczności narodu ukraińskiego wobec narodu polskiego za przyjęcie milionów uchodźców oraz udzielenie schronienia ukraińskim kobietom i dzieciom, którzy uciekali przed rosyjskimi czołgami, artylerią, bombami i rakietami. Ukraińcy w Polsce czuli, że są w bezpiecznych ramionach przyjaciół.

Jurij Szczerbak był ambasadorem Ukrainy w USA, Izraelu, Meksyku i Kanadzie, ale to Polskę uważa za swoją drugą ojczyznę. Ożenił się z Marią Milon, Polką pochodzącą z Katowic, która studiowała na Uniwersytecie Kijowskim. Przeżyli razem ponad 60 lat. Szczerbak często odwiedzał Polskę, pracował tutaj, znał postacie polskiej opozycji antykomunistycznej, w szczególności Lecha Wałęsę. Wraz z żoną brali udział w wydarzeniach „Solidarności”, przyczyniali się do rozwoju ukraińsko-polskiej przyjaźni i współpracy.

Jako motto swojej książki Jurij Szczerbak wziął słowa z orędzia Papieża Polaka Jana Pawła II z okazji 60. rocznicy tragedii wołyńskiej: „Nowe tysiąclecie żąda, aby Ukraińcy i Polacy nie pozostawali więźniami smutnych wspomnień z przeszłości, ale przemyśleli na nowo bieżące wydarzenia w nowym duchu, spojrzeli na siebie z powiewem jedności, zobowiązując się do budowania lepszej przyszłości dla wszystkich”.

Autor książki, zwracając się do czytelników, stwierdza, że „nasze wspólne jutro, nasza jedność, jako mur ochronny przed agresją Moskwy, jest podyktowana żywotną koniecznością samego istnienia naszych państw i narodów. Bo nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy. I odwrotnie”.

Książka zawiera wiele znanych dzieł publicystycznych Jurija Szczerbaka, pełnych przeczuć nadchodzącej wojny. Znajdziemy w niej też  publikacje Jurija Szczerbaka, które ukazywały się w polskich mediach, w szczególności w „Gazecie Polskiej”, „Nowym Państwie”, na portalu niezalezna.pl  poświęcone przyjaźni i wzajemnej pomocy Ukraińców i Polaków.

Jedno ze zdjęć w książce – Jurij Szczerbak w czasie spotkania w Warszawie z prezesem SDP Krzysztofem Skowrońskim i wiceprezesem Jolantą Hajdasz.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Szpiegostwo według Szymborskiej i Mrożka

8 lutego 1953 r. opublikowano rezolucję członków krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, która potępiała księży krakowskiej kurii oskarżonych przez władze komunistyczne o szpiegostwo. Pod kłamliwymi, zbrodniczymi tezami podpisało się 53 sygnatariuszy, wśród nich Jan Błoński, Sławomir Mrożek i Wisława Szymborska.

„Działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali – za amerykańskie pieniądze – szpiegostwo i dywersję” – brzmiała haniebna rezolucja. A haniebny, pokazowy proces księży kurii krakowskiej zakończył się 27 stycznia 1953 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie. Zapadły wyroki śmierci i długoletniego więzienia.

„Agentów Watykanu i USA” oskarżał naczelny prokurator wojskowy, kat Polaków Stanisław Zarako-Zarakowski. „Sądzili” kolejni mordercy: Mieczysław Widaj, Roman Waląg i Bazyli Mielnik. Oskarżonych – Edwarda Chachlicę, Michała Kowalika i księdza Józefa Lelitę, skazali na śmierć. Ks. Franciszka Szymonka na dożywocie, ks. Wita Brzyckiego na 15 lat, ks. Jana Pochopienia na 8 lat, Stefanię Rospond na 6 lat więzienia.

Rada Państwa złagodziła wyroki. Ten bezprawny spektakl poprzedziły brutalne przesłuchania. W III RP jednemu z funkcjonariuszy – Janowi Łukaszewskiemu IPN zarzucił tortury fizyczne i psychiczne: „znieważanie wulgarnymi słowami, wielogodzinne nocne przesłuchania w pozycji stojącej oraz grożenie pozbawieniem życia i długotrwałym pozbawieniem wolności”. Nieosądzony Łukaszewski do końca życia pobierał wysoką emeryturę.

Jedną z ofiar bolszewickich metod był ks. Józef Fudali. Ostatecznie staliniści nie włączyli go do procesu kurii krakowskiej i był sądzony osobno. Krakowski WSR 20 maja 1953 r. skazał go na 13 lat więzienia. Podczas rozprawy ksiądz odwoływał swoje zeznania ze śledztwa, podkreślając, że jest niewinny. Stefania Rospond, doprowadzona na rozprawę jako świadek, wspominała, iż „zeznawał, trzęsąc się, ledwie stojąc na nogach. Mówił niewyraźnie, bo wybili mu zęby. Nagle zaczął odwoływać swoje zeznania. Sędzia zwrócił mu uwagę, że przecież podczas śledztwa przyznał się do winy. Wtedy on zaczął tak strasznie krzyczeć, że go w śledztwie bili żelaznym drągiem, że miażdżyli mu przyrodzenie. Obronę oskarżonego uznał Sąd za wykrętną i kłamliwą”.

O co chodziło w śledztwie i procesie kurii krakowskiej? Po krwawej rozprawie z polskim podziemiem politycznym i zbrojnym komuniści przystąpili do „ostatecznego rozwiązania kwestii Kościoła katolickiego” – jedynej siły, która realnie przeciwstawiała się jeszcze sowietyzacji kraju. Na przełomie lat 1952/1953 aresztowano około tysiąca kapłanów, razem z prymasem Stefanem Wyszyńskim. Czystki dotknęły m.in. Katowice, skąd wygnani zostali biskupi: Stanisław Adamski, Herbert Bednorz i Juliusz Bieniek. We wrześniu 1953 r., po ciężkim śledztwie i pokazowym procesie, czerwoni faszyści skazali na 12 lat więzienia ordynariusza kieleckiego Czesława Kaczmarka. Główną twierdzę oporu – kurię krakowską – rozbiła centrala bezpieki, przy gorliwym (patrz na wstępie) wsparciu literatów.

 

WALTER ALTERMANN: Przegląd błędów politycznych. Językowych…

Joanna Scheuring-Wielgus, posłanka i sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy dała się poznać jako osoba mówiąca wiele, choć nie zawsze sensownie. Kolejny popis pani wiceminister dała w „Kawie na ławę”, 4 lutego 2024 roku, TVN. Stwierdziła bowiem, że: „Pan Prezydent się szamota”. I popełniła okropny błąd, tym bardziej przykry, że jest wiceministrem „w resorcie kultury”. A od osób pracujących „w kulturze i dziedzictwie” musimy wymagać więcej.

Błąd pani Scheuring-Wielgus polega na tym, że powinna powiedzieć: „Pan Prezydent się szamoce”.  bo taka jest prawidłowa odmiana „szamotać się”.  Przy okazji – istnieją też dwa wyrazy mające coś wspólnego z szamotaniem się, ale tylko fonetycznie.

  1. Polskie szamot pochodzi z niemieckiego die Schamotte. Szamot powstaje na bazie gliny lub łupków ogniotrwałych, które się wypala oraz mieli. Do produkcji cegły szamotowej wykorzystywany jest sproszkowany szamot oraz uzupełniacze takie jak gruboziarniste drobiny kwarcu, grafit lub koks.
  2. Dawniej „szamotem” określano też o też człowieka upartego, nieskorego do rozumienia nowości, czyli niezbyt lotnego.

Oczywiście szamot nie ma nic wspólnego z szamotaniem. Piszę o tej oczywistości, bo Bóg jeden wie, co jeszcze przyjdzie do głowy pani wiceminister.

Co z CPK zrobią nowe władze

W tej samej „Kawie na ławę” w TVN, wystąpił też pan Marcin Horała, który – podobnie jak pani Joanna Scheuring -Wielgus, nie ustrzegł się przykrej wpadki językowych. Otóż oświadczył on, że: „Nowe władze zaorają projekt CPK”.

Piękne staropolskie słowo – orać! Ileż w nim symboliki, ileż miłości do rodzimej ziemi, do trudu i misji dziejowej polskiego chłopa… I wszystko to szlag trafia, bo pan Horała nie wie jak się to słowo odmienia. Więc przypominam: ja – orzę, on – orze, my orzemy, oni orzą.

Dwie różne opcje polityczne, skrajnie odległe partie, a jednak mają z sobą coś wspólnego. A jest to wspólnota okropnego języka. Może „na tej bazie”, dałoby się dogadać jak Polak z Polakiem?

Na Sejmie

Zawsze mi się zdawało, że na polskim Sejmie wyłącznie dumnie łopocze narodowa flaga. Ale nie… Coraz częściej bowiem można usłyszeć z ust polityków, że: „Ta sprawa stanie na Sejmie”. Albo temat: „trafi na rząd”, czy też: „stanie na rządzie”.

Hadko słuchać. Niestety nasi wybrańcy nazbyt sobie upraszczają polską mowę i zamiast mówić: „Ta sprawa będzie tematem posiedzenia Sejmu”, „trafi pod obrady Sejmu”, ”trafi na posiedzenie rządu”, „Zajmie się nią rząd” – mówią slangiem politycznym. Ja rozumiem, że posłowie, ministrowie mówią tak między sobą, ale żeby tak mówić do ludzi? A za jakie to grzechy mam wysłuchiwać takiego bełkotu?

Ja wiem, że ludzie robiący kariery w polityce nie mają czasu na czytanie polskiej klasyki… rozumiem, ale nie wybaczam. Tym bardziej, że jest w parlamencie naszym kilka osób doskonale sobie z ojczystą mową radzących. Tu pochwalę posłów: Adriana Zandberga, Włodzimierza  Czarzastego, Marcina Bosaka oraz Michała Dworczyka. Czyli, można!

Na zaś

W ostatnich dniach wielką karierę w polityce zrobił zwrot „na zaś”. Chodzi oczywiście o wybranych ciut, ciut za wcześnie, przez poprzednio rządzących, troje członków Trybunału Konstytucyjnego. Nie wiem kto pierwszy powiedział, że tych troje zostało wybranych „na zaś”, ale się przyjęło.

Na zaś – jest zwrotem gwarowym z małopolski. Lud tamte rejony zamieszkujący od wieków zwrotem „na zaś” określał coś co będzie zadatkiem na przyszłość, coś co będzie przydatne w niedalekiej przyszłości. W naszym języku literackim rzeczone „na zaś” funkcjonowało jedynie jako dowcip językowy, określający oszczędną naturę Krakusów.

I nagle ten zwrot zrobił się popularny w całej Polsce, we wszystkich stacjach radiowych i telewizyjnych, ale dzisiaj nie ma już w tym żadnego dowcipu. Jest natomiast brak kultury językowej.

Oto trzy dobre przykłady prawidłowego użycia „na zaś”:

 

„Rzadko bywała na mszach, we wsi to się nie podobało, ale zawsze znalazł się ktoś ze starszych, kto powiedział: „Tyle lat księżom służyła, pewnie na zaś ma odpuszczone!” źródło: Narodowy Korpus Języka Polskiego: Grażyna Plebanek: Przystupa 2007

 

„Codziennie też Lilka, która się stała wielką ziół amatorką, szła w najgorsze krzaczyska, w które się normalny człowiek za nic nie zapuści, i za każdym razem znosiła do domu ze dwie garści świeżych pokrzyw, by z nich wywar cudowny zaparzyć lub pozostawić je do wyschnięcia na zaś. żródło: NKJP: Sławomir Shuty: Ruchy, 2008

 

Wszystko potrafiła matka Maślakowa zawekować, zasuszyć, zakopać na zaś. Być może zakopywanie i chomikowanie rzeczy zastępowało jej chęć własnego zniknięcia pod ziemią, gdy po raz kolejny dostawała po głowie od pijanego Maślaka, obwiniającego ją o śmierć synów. źródło: NKJP: Joanna Bator: Piaskowa Góra, 2009