Panie, dziękuję Ci, że żyję! – DRUGI fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Niedaleko wejścia, prawie niezauważalni w oparach tytoniu, nasi liczni sąsiedzi palili gorączkowo żywo dyskutując o rozczarowujących pogłoskach: że Rosjanie zastrzelili kilka rodzin podróżujących samochodami z białymi flagami; że ktoś ze znajomych został już zabity lub okaleczony; że domy niektórych mieszkańców Buczy spłonęły… –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ.

 

25 lutego, piątek

Godz. 6.00. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Obudziliśmy się o szóstej. Noc wydawała się niespokojna. Nawet grube betonowe ściany nie uchroniły nas przed odgłosami wybuchów, które rozlegały się w górze. Było jasne, że wróg nie przestanie próbować przejąć lotniska Gostomel.

Żona wyglądała na zmęczoną. Pojawiły się objawy astmy oskrzelowej, która nie opuściła jej przez wiele lat. Ale dzięki Bogu nie potrzebowała inhalatora. Serce Tamary też wymagało leczenia… Jednak mimo tego widać było, że starała się pocieszyć i uspokoić wnuka. Dało się zauważyć, że Roman nie spał całą noc…

Opuściliśmy nasze podziemne, zimne, duszne oraz wilgotne pomieszczenie i wyszliśmy na świeże powietrze. Niedaleko wejścia, zebrała się już spora grupa naszych „mieszkańców podziemia”, którzy z ożywieniem o czymś dyskutowali. Okazało się, że Służba Wywiadu Państwowego ostrzegała przed dziwnymi oznaczeniami na drogach i budynkach, które prawdopodobnie były punktami orientacyjnymi dla rosyjskich rakiet.

– Tutaj. Przeczytaj sam – Jura z szóstego piętra wsunął mi w ręce swój telefon komórkowy. – Na głos… Żeby wszyscy wiedzieli…

– Znaki wykonane farbą w różnych kolorach – oznajmiłem głośno intonacją spikera przypominając sobie doświadczenie pracy w Ukraińskim Radiu – mogą być wskazówkami dla oddziałów wroga. Jeśli zauważysz takie oznaczenia, prosimy o ich zniszczenie lub zgłoszenie nam tego typu „znalezisk”.

I wtedy kobieta, która właśnie do nas dołączyła, krzyknęła:

– Widziałam coś takiego…

Ludzie byli podekscytowani:

– Gdzie?..

– Gdzieś tutaj – młoda kobieta wykonała ruch dłonią.

– Trzeba szukać! – stwierdził nasz sąsiad z pierwszego piętra, Mykoła, którego z jakiegoś powodu wszyscy zaczęli nazywać wujkiem Kolą.

– A jeśli znajdziemy?… – zabrzmiało logiczne pytanie. – Jak zniszczyć ten znak?

– Cholera! – zawołał energicznie Piotr, który był nie tylko utalentowanym taksówkarzem, ale także, moim zdaniem, dość utalentowanym poetą specjalizującym się w satyrze politycznej.

– Człowieku, jak to powiedzieć? – inteligentna Swietłana była oburzona. – To nie jest żart… Jak tak naprawdę zniszczyć te diabelskie znaki?

– Cholera – powtarzał uparcie Piotr. – Dosłownie. Proszę, spójrz – entuzjasta samochodów wyjął swojego iPhone’a.

– Czy ty widzisz? Jakiś wujek już to zrobił… Można to zrobić łatwiej: przykryć ziemią lub pomalować… Ale moim zdaniem to akt wypróżnienia jest najskuteczniejszy. Zniszczysz znak i symbolicznie nasrasz na Rosję…

Ludzie zaczęli klaskać w dłonie z aprobatą i chętnie wyruszali na poszukiwanie znaków wroga. Dołączyłem do nich. Wyszedłem na bulwar Bohdana Chmielnickiego, który o tej porze był zwykle zatłoczony i olśnił mnie jakiś postapokaliptyczny krajobraz. Ani jednej osoby! Nawet koty, które stały się już częścią ekosystemu miasta, gdzieś odeszły. A gołębie żyjące pod oknami naszego wieżowca, odleciały w nieznanym kierunku. Na ulicy panowała złowieszcza cisza, którą czasami przerywały stłumione eksplozje w Gostomelu i Irpieniu…

Nie znaleźliśmy „znaku bestii”, więc udałem się do mieszkania, gdzie żona, w towarzystwie Romana, pospiesznie przygotowywała śniadanie.

– Zadzwoń do Niny – powiedziała Tamara – bo widzisz, próbuję coś ugotować. Wystarczy na śniadanie, obiad i kolację… Bo kto wie, jak to będzie…

– Ninuś, jak się masz? – zapytałem córkę, gdy odebrała telefon.

– A nic… Siedzimy w schronie przeciwbombowym…

– No, jak się masz? Bezpiecznie?..

– Jakby wszystko w porządku…

Po chwili dodała pospiesznie: – Kocham ciebie i mamę… Nie martw się… Oddzwonię, bo mama chrzestna dzwoni…

Tak! Matka chrzestna, to świętość… Więc rozumiem i nie obrażam się…

Godz. 7.15. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Zostawiając Tamarę samą z patelniami, włączyłem komputer i zagłębiłem się w internetowe wiadomości. Jak można się było spodziewać, nie napawały optymizmem. W nocy Rosja przeprowadziła atak rakietowy na Kijów i Charków. Ciężkie walki trwają w Chersoniu, Sumach, Konotopie, Ochtyrtce… Wróg zbliża się pod Czernihowem, a w Obołeniu w Kijowie nasze siły zniszczyły rosyjskich dywersantów, którzy przedostali się do stolicy…

Coś takiego, moim zdaniem, mogłoby mieć miejsce tylko w hollywoodzkich hitach kinowych. Na przykład w „Upadku Londynu”. Ale w Kijowie?! Niewiarygodne… Niezrozumiałe…

Kiedy czytałem te wiadomości, szczerze nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Wydawało mi się, że znalazłem się w równoległym świecie, w innym wymiarze, gdzie zostałem wciągnięty przez jakąś fantastyczną „czarną dziurę”. W podświadomości pojawiła się kojąca myśl: „To tylko sen”… Straszny, piekielny… Ale mimo wszystko to jednak są złe sztuczki Morfeusza… Nic więcej…

Kątem oka dostrzegłem na ścianie zegar, który wskazywało siódmą piętnaście i natychmiast wracając do rzeczywistości, straciłem iluzoryczną nadzieję na to iż są to tylko urojenia. Minął dokładnie dzień, odkąd świat – dla mnie i moich bliskich – zszedł z ustalonych torów i teraz pociąg życia, przecinając po drodze tory codzienności, zmierza nieprzerwanie ku nieuniknionej katastrofie… Gdzieś w bezkresną otchłań… Po prostu taki „pełny Kafka”…

Godz. 9.00. Bucza, ul. Energetyków. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nie miałem siły przebywać w czterech ścianach. Rzuciłem coś od progu do żony i znalazł się na podwórzu. Pospiesznie skierowałem się do Urzędu Miejskiego, który znajduje się zaledwie sto metrów od naszego wieżowca.

Na Energetyków, niedaleko sklepu Jaka Doma, gdzie, sprzedawano świeże pierogi, knedle i inne pyszności z mąki z różnymi nadzieniami, tłum był niewielki. W podziemiach zlokalizowana była kawiarnia. Wchodząc tam zauważyłem, że tabliczka z wizerunkiem „puszystej” kluski leżała na ziemi uderzona czymś, co wyglądało jak odłamek.

– Wow! – powiedziałem na tyle głośno, by zwrócić na siebie uwagę kilku znajomych, którzy w skupieniu pili kawę, „wzbogacając” aromatyczny napój dymem papierosowym. – Kiedy uderzyło tak mocno?

– Rano – wyjaśnił zwięźle jeden z chłopców, podobnie jak ja, po sześćdziesiątce.

Maskował swój wiek farbowanymi włosami, które starannie zaczesał do tyłu głowy, gdzie łysina już podstępnie dawała o sobie znać, oraz eleganckimi ubraniami znanych marek.

– Ty, Sierjoża, idź i zobacz, co się dzieje w „piekle”…

Skrzyżowanie ulic Energetyków i Bohaterów Majdanu (dawna ulica Komsomolska) oraz przylegający do niego Plac Kijowski upodobali sobie różnej maści „niebieski ptaki” ze wszystkimi (czasami niebezpiecznymi dla wczasowiczów) związanymi z tym konsekwencjami. Tutaj, gdzie stoi tajemnicza rzeźba – wielka granitowa kula – do niedawna, zarówno w dzień, jak i w nocy, tłoczyli się miłośnicy „czegoś mocniejszego”. Lokalni bardowie i idole ulicznego rocka, posługując się uniwersalnymi trzema akordami, potrafili zagrać wszystko – od Wysockiego czy Levko Durka po Led Zeppelin.

Przychodzili tutaj, żeby się pokazać i popatrzeć na innych. „Inni” to dziewczyny. Różny wiek i stopień urody… A nawet trzeźwości…

Dziś buczański „Broadway” wyglądał inaczej… Wszędzie jakieś śmieci, połamane cegły, potłuczone szyby… I dwa trupy przykryte starymi kocami… Uderzyło mnie, że ludzie, którzy stali w kolejce wydawali się, obojętni, jakby to była zwykła codzienność, postrzegana jako nowe – okropne – realia życia. I ja sam nagle zwróciłem się w myślach do Boga: „Panie, dziękuję Ci, że żyję!”

A przechodnie, spuszczając wzrok, omijali zmarłych jako niewłaściwą tutaj przeszkodę i spieszyli się za swoimi pilnymi sprawami… I wszyscy, jestem pewien, niepokoili się kwestią sakramentalną: „Czy przeżyję?…” W odpowiedzi słyszeli głośne eksplozje gdzieś w okolicach Melnyky i Gostomela…

„Nie” – pomyślałem – „tu nie ma czego szukać, musisz iść do domu, bliżej piwnicy”. I jak najszybciej ruszył w stronę Bulwaru Bohdana Chmielnickiego…

Godz. 12.32. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, dziedziniec. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Prawie wszyscy mieszkańcy naszego wieżowca są na podwórku. Palą nawet ci, których nigdy nie widziałem z papierosem w dłoni. Na marginesie zauważam, że zapasy tytoniu należy wykorzystywać bardziej oszczędnie. I jak dotąd wypaliłem trzy papierosy z rzędu…

Mówią o kanonadzie, która nie ustaje od kilku godzin. Mówią, że nasi ludzie byli mili dla Rosjan. Zostawili sprzęt. Oczywiście, teraz jesteśmy odcięci od Kijowa…

Nagle nad domem przeleciał helikopter, prawie dotykając dachu. Czyj jest – nasz czy wroga? To wydarzenie wyznaczyło nowy kierunek „dyskusji publicznych” – zamknięcie nieba. Ukraińscy urzędnicy wysokiej rangi mówią o tym już drugi dzień, zwracając się do swoich zachodnich partnerów. Ale oni, zgodnie z utrwalonym zwyczajem, wyrażają jedynie „głębokie zaniepokojenie”, a nawet (sic!) „bardzo, bardzo głębokie”.

Jednak kwestia przekazania na Ukrainę migów-29, które znajdują się na lotniskach krajów byłego Układu Warszawskiego, budzi wśród obecnych „powściągliwy optymizm”.

Sąsiedzi są pewni, że już niedługo bojownicy, przynajmniej z Polski, zestrzelą rosyjską obrzydliwość.

– Swoją drogą – krzyczy sąsiad, którego imienia nie znam, jak uczeń, podnosząc prawą rękę do góry – czy słyszałeś o „Duchu Kijowa”?

– O jakim duchu? – Jura uniósł brwi. – Jakiś mistyk?

– Więc nic nie wiesz – mężczyzna prawie podskoczył ze zniecierpliwienia. – Ale wszystkie portale społecznościowe płaczą nad nim! Teraz pokażę…

I grzebiąc w swoim iPhonie, triumfalnie go podniósł:

– Patrz, patrz! Tu jest napisane, że nasz as zestrzelił na niebie nad Kijowem sześć rosyjskich samolotów w ciągu pierwszych trzydziestu godzin wojny… Tutaj… czytam… Dwa Su-25, dwa Su-35, jeden Su -27 i kolejny MiG-29 !…

– To niemożliwe – stwierdza kolejna mieszkanka naszego apartamentowca. – Powiedziano nam, że na Ukrainie prawie nie ma lotnictwa wojskowego: wszystko zostało zniszczone lub splądrowane…

– Kluczowe słowo to Ukraina – zaśmiał się Andrij, kolega z klasy naszej Niny. – Mamy taką mentalność. Narzekać, że nic nie ma, a potem, gdy nadarzy się okazja, wyjąć to zza pazuchy. Podobnie jest z samolotami… Gdzieś je ukryto, a w razie potrzeby wyjęto z ukrycia… Wcale bym się nie zdziwił, gdyby bomba atomowa też gdzieś znalazła…

– Mogło być – zamruczał Jura. – Może więcej niż jeden… Nie zdziwię się…

Wszyscy ryknęli z aprobatą…

Godz. 15.44. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Siedzimy pod ziemią… Roman wspiął się na drugie piętro i bawi się telefonem. Tamara i ja usiedliśmy w całkiem wygodnych składanych krzesłach wędkarskich, zakupionych latem ubiegłego roku specjalnie z myślą o wypadach nad lokalne wody.

Żona uśmiecha się boleśnie.

– Jak się masz?

– Tak sobie – wzdycha Tamara. – Trudno oddychać… Jak się uspokoi, to wyjdziemy… OK?

– Oczywiście – zgadzam się patrząc na jej zmęczoną twarz. – Może powinniśmy coś poczytać? Odwróćmy naszą uwagę…

Moja żona spojrzała na mnie zmęczonymi oczami pełnymi smutku:

– Nie, nie chcę…

Milcząc, wzięła mnie za rękę:

– Poważnie, co się z nami stanie?… Bardzo się boję… I nie tyle o siebie, co o nasze dzieci, wnuki… O ciebie…

– Tomaczka – próbowałem mówić przekonująco – wszystko będzie dobrze. Wiesz, mam, jak to mawiano za studenckich lat, ucho. I prawie nigdy się nie myliłem w swoich przewidywaniach. Powtarzam, wszystko będzie dobrze…

– Jesteś moim Nostradamusem – uśmiechnęła się żona, nieco zrelaksowana.

– I Kasandrą… Można powiedzieć, w jednym…

Godz. 18.27. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, dziedziniec. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dudnienie nieco ucichło i wyszliśmy na powierzchnię. Robiło się ciemno. Było wilgotno i chłodno. Gdzieniegdzie na zamarzniętej ziemi leżały brudne kawałki śniegu. Niedaleko wejścia, prawie niezauważalni w oparach tytoniu, nasi liczni sąsiedzi palili gorączkowo, żywo dyskutując o rozczarowujących pogłoskach: że Rosjanie zastrzelili kilka rodzin podróżujących samochodami z białymi flagami; że ktoś ze znajomych został już zabity lub okaleczony, po prostu w swoim domu; że domy niektórych mieszkańców Buczy spłonęły. I też lamentowali, że nie ma chleba i że niedługo zabraknie im chleba…

Tamara i ja, omijając tłum, odsunęliśmy się.

– Tylko nie odchodzicie daleko  – usłyszałem za nami troskliwy głos Saszy. – Nie daj Boże coś – od razu do piwnicy.

„OK, OK” – zgodnie pokiwaliśmy głowami. – Nie martw się…

Nie zdążyliśmy pokonać dziesięciu metrów, gdy z bramy stanowiącej przejście z podwórza na bulwar wyszedł nieznajomy. Wysoki, wysportowany mężczyzna, ubrany w coś w rodzaju kombinezonu o bliżej nieokreślonym kolorze. Zwróciłem też uwagę na jego buty. Były w stylu wojskowym, całkowicie pokryte błotem. Nie przywiązywałem do tego żadnej wagi, ale w myślach zastanawiałem się: ziemia dookoła była zamarznięta, a buty miał w błocie.

– Proszę, czy mógłbyś mi powiedzieć, gdzie jest najbliższy prywatny sklep spożywczy? – zwróciła się do nas nieznana osoba. – Naprawdę chcę jeść…

Kiedy później omawialiśmy z Tamarą to spotkanie, okazało się, że oboje byliśmy zaskoczeni określeniem „sklep prywatny”. U nas nikt tak nie mówi, nawet rosyjskojęzyczni…

Ale wtedy nie zwróciliśmy na to uwagi.

– Za rogiem jest „LotoOK” – wskazałem ręką. Jeśli oczywiście jest otwarty…

– Dziękuję – powiedział mężczyzna, uśmiechając się do swoich myśli, i skierował się… w przeciwnym kierunku.

Wzruszyliśmy ramionami.

– Kto to był? – usłyszeliśmy za swoimi plecami zmartwiony głos zawsze powściągliwego wnuka. – Trzeba było sprawdzić jego dokumenty.

– Dlaczego?… – Nie zrozumiałem.

– A bo to mógł być Rosjanin, sabotażysta. Posłuchajcie, co właśnie przeczytałem na Facebooku. Nasz burmistrz Fiodoruk donosi, że… Już, teraz… Gdzie to jest… Tak… „W kwaterach mieszkalnych przy wjeździe do miasta od rana przebywały wojska rosyjskie”. I oto jest: „A ich żołnierze zaczynają chodzić po okolicy, przebierać się…”. Ech, dziadku, dziadku, a ty nadal piszesz książki o szpiegach…

Roman odsunął się od nas, machając pogardliwie ręką. I zdałem sobie sprawę, jak daleko jest teoria od praktyki…

Godz. 21.20. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Siedzimy w piwnicy. Próbowaliśmy dodzwonić się do Niny. Nie ma połączenia. Jesteśmy zaniepokojeni. Poczucie beznadziejności… i trochę upokorzenia…

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Red. Maciej Iłowiecki, ks. Wiesław Niewęgłowski, red. Halina Cenglowa… ku pamięci

„… tak szybko odchodzą” – powtarzamy często za księdzem poetą. Ci starsi, często chorujący przez ostatnie lata życia są już mało znani, choć kiedyś ich nazwiska brzmiały głośno bo byli aktywni i wpływowi.

Dziś walki pałacowe są coraz częstsze i niestety bolesne. Co rusz wybuchają nowe, coraz więcej też nowych i coraz więcej eksmitowanych. Wybory, walka o wpływy, a przede wszystkim oczywiście o pieniądze. Smutne to. Czy po roku 1989 było inaczej? Chyba jednak tak.  Otworzyła się wówczas długo wyczekiwana szansa na suwerenność, na pozbycie służalczo uzależnionych. Niestety nie do końca tak się stało. Tak więc teraz warto przypominać ludzi szlachetnych i wierzących przez całe lata w sens zmian gdy odchodzą.

Maciej Iłowiecki

Wiceszef Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Maciej Iłowiecki w trudnym nielegalnym ośmioletnim okresie zaboru władzy przez rodzimą juntę – był takim człowiekiem na pewno. Zmarł niedawno, właściwie w zapomnieniu, wspomniany tylko kilkoma nekrologami.

Iłowiecki był przez kilkadziesiąt lat bardzo poczytnym dziennikarzem popularyzującym, tłumaczącym sprawy nauki i nie tylko. Był pisarzem i społecznikiem. Lubianym powszechnie bo po prostu był dobrze wychowanym, wykształconym i empatycznym człowiekiem. Łagodził obyczaje.  Przystępnie tłumaczył zawiłości wiedzy prawdziwej i przybliżał rozumienie świata.

Poznałem go w 1961 roku, jako student i początkujący reporter. Choć był o kilka lat starszym, uznawanym dziennikarzem, nie odmówił rozmowy, dyskusji z młodym. Co tydzień w poczytnej wówczas „Polityce” drukował Iłowiecki felieton na ostatniej stronie, gdzie można było również czytać Waldorffa. Równocześnie  wtedy pisali  reportaże Kąkolewski, Kapuściński, były artykuły – felietony Aleksandra Małachowskiego, Karola Małcużyńskiego i Bohdana Tomaszewskiego i innych tuzów żurnalistyki. Iłowiecki też był w pierwszej lidze.

Gdy 13 grudnia czołgi wjechały na ulice Zarząd Główny SDP składał się z takich dziennikarzy jak Stefan Bratkowski, Maciej Iłowiecki, Maciej Wierzyński, Maciej Szumowski. Stowarzyszenie choć  zdelegalizowane – przetrwało. Odzyskało ukradziony majątek i trwa. Kierownictwo zagrożone wówczas aresztowaniem ukrywało się, ale artykuły  dziennikarzy działających w podziemiu ukazywały się, wydawano nawet kasety z radiowymi nagraniami. Były to komentarze, reportaże, eseje a nawet wiersze.

Trwało to dłużej niż do czasu gdy władza odwołała oficjalnie stan wojenny.  Ludzie Solidarności do kolaboracji nie przystąpili aż do roku 1989. Działały w całej Polsce podziemne oddziały dziennikarskie SDP, było nielegalnie ale etycznie i ciekawie. W Warszawie autorytetami byli piszący zawodowo i aktywni poprzez kontakty osobiste i tajne spotkania właśnie Bratkowski, Iłowiecki, Kalabiński i Maziarski.

Ks. Wiesław Niewęgłowski

Jednym z miejsc spotkań było Duszpasterstwo Środowisk Twórczych.  Jego oddziały aktywne były w całej Polsce. I tu na wielkie uznanie i pamięć zasługuje inicjator tych poczynań, człowiek niesłychanej energii ks. prałat dr Wiesław Niewęgłowski. Jakaż to była niezwykła energia, niezwykłą empatia i osobisty urok. Ks. prałat dr, animator budowy kościoła środowiskowego na Placu Teatralnym. Cieszył się zaufaniem artystów i szeroko pojmowanych twórców kultury.

Ks. Wiesław też odszedł niedawno. Żegnany był skromnie. A przecież to właśnie on najpierw, gdy wybuchł stan wojenny, organizował spotkania w wieży kościoła Św. Anny. Potem władza kościelna przeniosła go na Nowe Miasto do kościoła Najświętszej Marii Panny na skarpie warszawskiej. Wreszcie aktywny w okresie budowy świątyni środowiska twórczego na Placu vis a vis Teatru Wielkiego działał i przyciągał ludzi.

To on gromadził rzesze najbardziej popularnych aktorów i reżyserów teatralnych i filmowych, wybitnych muzyków – kompozytorów, śpiewaków i instrumentalistów, malarzy, rzeźbiarzy, grafików, scenografów, pisarzy, poetów i dziennikarzy. Na msze organizowane przez lata w kościołach duszpasterstwa przychodziły setki ludzi ze środowisk artystycznych. Odprawiał je ks. Niewęgłowski i współpracujący z nim kapłani. Na spotkaniach, panelach i zebraniach dyskusyjnych odbywających się regularnie w kościołach i przykościelnych kaplicach, salach spotkań były tłumy.

Tak było. O tym należy pamiętać. W kościele na Nowym Mieście i w innych również w podziemiach utworzono magazyny z przywożonymi z całej Europy wielkimi tirami paczkami z żywnością, lekarstwami, środkami czystości i ubraniami, obuwiem. W kościele ks. Wiesława Niewęgłowskiego w przekazanym mu częściowo właśnie dla potrzeb duszpasterstwa także były magazyny ogromne, pamiętające jeszcze czasy, gdy mieścił się tu szpital Powstania Warszawskiego. Przyjeżdżało tirami bardzo dużo. Trzeba to było wyładowywać segregować i przekazywać dalej. Tym wszystkim dyrygował również ks. Niewęgłowski. Oczywiście miał wielu pomocników. Byłem wraz z śp. Markiem Pawłowiczem odpowiedzialny za rozwożenie paczek na Mokotowie. Kierowały nami osoby pamiętające jeszcze Powstanie Warszawskie. To były w zasadzie nie polecenia a rozkazy, które wydawały starsze panie.

Ks. Wiesław cieszył się zaufaniem ludzi i władz kościelnych. Jest dziesiątki zdjęć ze spotkań z przedstawicielami Episkopatu a także z Ojcem Świętym. Są dokumenty, książki i pamiątkowe albumy. Można łatwo zobaczyć kto działał, kto znajdował ważną duchową pomoc.  Kościół był wtedy ważnym miejscem. Spotykając się  podtrzymywaliśmy wolę by trwać i wytrwać przez długie lata. Oczywiście na zachowanych zdjęciach łatwo jest rozpoznawać popularnych wtedy aktorów. Ale są tam i inni. Warto do tych wydawnictw zajrzeć, przypomnieć je – choćby wizyty w Watykanie i Ziemi Świętej.  Nasz Papież był wtedy dla ludzi skrzywdzonych na wyciągnięcie ręki. Właśnie dzięki pośrednictwu m. in. duszpasterstw środowisk twórczych. Warszawskie też służyło ważną konkretną bardzo pomocą. Ks. Niewęgłowski zgromadził wokół siebie wielu ludzi – w tym dziennikarzy.

Halina Cenglowa

Jedną z bardzo aktywnych w duszpasterstwie warszawskim, negatywnie zweryfikowaną przez komisję ds. selekcji ludzi, orzekającą kto może pracować jako dziennikarz a kto nie – była koleżanka nasza Halina Cenglowa, publicystka i redaktorka prasowa z wieloletnim stażem. Halina zmarła przed tygodniem. Codziennie z Mokotowa na Nowe Miasto jeździła przez kilka lat pomagając oczywiście społecznie jak wszyscy ks. Niewęgłowskiemu.

Pełniła rolę dyrektorki biura, sekretarki, opiekunki i pocieszycielki ludzi wymagających pomocy. Organizowała spotkania, ustawicznie telefonowała, informowała, zabiegała o pieniądze i organizowała grupowe wyjazdy na Jasną Górę i zagranicę. Była bardzo lubiana. Przychodziły do niej żony internowanych, koledzy i koleżanki szukający pomocy prawnej, doradztwa zdrowotnego i pocieszenia. Była wśród kilkunastu energicznych pań, kobiet cieszącym się wielkim autorytetem w środowisku. A pomagać trzeba było bardzo wielu rodzinom. Tylko na Mokotowie mieliśmy z Markiem Pawłowiczem listę kilkudziesięciu rodzin.  I to wszystko długo trwało. Bardzo długo. Mijały miesiące  a nawet lata. Od 13 grudnia 1981 roku aż po okres okrągłego stołu, po wiosnę 1989 i wreszcie radosny dzień 4 czerwca, gdy wydawało się, że Solidarność i ludzie prawi odnieśli definitywnie pierwsze wielkie zwycięstwo. Wydawało się. Jak było potem – wiemy.

Cześć pamięci tym wszystkim, którzy już odeszli i niestety często teraz odchodzą. A wtedy stanęli po stronie Polski. Wiedzieli, gdzie jest racja stanu i gdzie ich miejsce.  Wiedzieli. Nikt im nie musiał tłumaczyć, gdzie jest dobro a gdzie zło. Stawali po stronie dobra. Teraz też wielu ludzi się nad tym zastanawia. I wielu na szczęście dochodzi do takich samych wniosków.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Student przestaje być wesołym żakiem

W Poznaniu kilkudziesięciu studentów rozpoczęło 8 grudnia 2023 roku protest i okupację Domu Studenckiego „Jowita”. 17 grudnia, do Poznania przyjechał nowy minister nauki Dariusz Wieczorek, który odwiedził protestujących i obiecał znalezienie pieniędzy na remont obiektu. Tym samym władze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza zrezygnowały z planów jego sprzedaży.

Modernizacja „Jowity” powinna potrwać około 4 lat i ma kosztować około 100 mln zł. Według pierwotnych planów, Uniwersytet Adama Mickiewicza chciał sprzedać budynek, a za pozyskane pieniądze wybudować dom akademicki na 400 miejsc na Kampusie Morasko. W „Jowicie” po remoncie będzie mogło mieszkać około 200 studentów. Rzecz w tym, że „Jowita” znajduje się w centrum miasta, a więc jest to miejsce dobre, bo dogodne dla studentów.

17 grudnia ub. r. studenci zakończyli protest. Zebrani przypomnieli też o swoich postulatach, wśród których wymienili: prawne umożliwienie zrzeszania się studentów w związkach zawodowych, żądanie rozbudowy uczelnianej infrastruktury socjalnej – tanich stołówek czy pokoi socjalnych oraz zapewnienie miejsca w akademikach dla 10 proc. studentów

Student chce gdzieś mieszkać

Ten strajk studentów w Poznaniu zwrócił naszą uwagę na niby banalny, ale bardzo istotny problem – student musi coś jeść i powinien gdzieś mieszkać. Okazało się, że coraz więcej państwowych szkół wyższych (idąc drogą wytyczoną przez uczelnie prywatne) zupełnie nie interesuje się tym, gdzie ich studenci mieszkają i czy mają na jedzenie.

Uczelnie nie budują nowych akademików, nie remontują starych – zakładając, że nie jest to ich sprawą. Owszem, uczelnie budują nowe gmachy, rekonstruują zabytkowe budynki, w których prowadzona jest ich działalność dydaktyczna, co dobrze świadczy o władzach i pozwala kształcić coraz więcej osób.

Mówiąc inaczej – uczelnie wyższe są przedsiębiorstwami, których „produkcją” jest kształcenie. Czyli, studenci są materiałem do obróbki, a robotnikami przy tej obróbce jest personel dydaktyczny i wszystkie inne służby administracyjne. Oczywiście uczelnie państwowe są dotowane przez właściciela, czyli państwo.

Tym samym wydaje się naturalne, że uczelnie i rząd powinny być zainteresowane tym, czym ich „materiał” ma gdzie mieszkać i co jeść. A jednak tak nie jest. I to jest ogromny grzech państwa i jego uczelni.

Czy ludzie wykształceni są nam naprawdę potrzebni?

Powiedzieć, że władze i uczelnie chorują na znieczulicę, to nie powiedzieć nic. Ta ich obojętność losem studentów przeraża. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze – student stoi oczywiście najniżej w uczelnianej hierarchii, a jednak jest żywym człowiekiem i deklarowaną od stuleci „przyszłością narodu”. Ale ten rozziew między hasłami a rzeczywistością mnie nie dziwi. Jesteśmy wszak mistrzami świata w głoszeniu haseł, którymi się nie przejmujemy.

Po drugie – student „niedospany i niedojedzony” nie ma koniecznej do intelektualnego wysiłku siły. Tym samym jego wyniki będą gorsze od możliwych. Czyli kształcimy marnie. I nie dziw, że nasze uczelnie nie mieszczą się w kilku pierwszych setkach, w klasyfikacji uczelni.

Zwrócę też uwagę, że studenci z Poznania oczekują jedynie 10 procent miejsc w akademikach, w stosunku do ogólnej liczby studentów. I powiedzmy też wprost – takie traktowanie studentów prowadzi do tego, że na studiowanie stać będzie jedynie dzieci z rodzin zamożnych. Co oczywiście doprowadzi do dalszego, jeszcze drastyczniejszego podziału społecznego. A według Konstytucji wszyscy mamy mieć równe prawa…

Kiedyś…

W mojej Łodzi przed wojną nie było ani jednej wyższej uczelni. Dopiero po 1945 roku zaczęły tu powstawać szkoły wyższe: Politechnika, Uniwersytet, Akademia Medyczna, Wojskowa Akademia Medyczna, Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, Wyższa Szkoła Muzyczna i ta najbardziej znana –  Wyższa Szkoła Teatralna i Filmowa.

I mimo ogólnej biedy wybudowano też dwa wielkie osiedla domów akademickich. Wybudowano i zapełniono świetnymi księgozbiorami dwie wielki uczelniane biblioteki – dla Uniwersytetu i Politechniki. Pozostałe uczelnie również otrzymały swoje biblioteki. Powstały też stołówki dla studentów – tanie i zdrowe. Zorganizowano nawet kilkanaście klubów studenckich.

To działo się w zniszczonej wojną Polsce. A dzisiaj? Wojny nie było, gospodarka się rozwija, dochód narodowy rośnie… Więc co się z nami stało? Nie stać nas na nowe akademiki?

Po 1989 roku zachłysnęliśmy się neoliberalizmem i uważamy, że każdy  musi sobie radzić sam.

Dzisiejszy stosunek do studentów ma też inne podłoże. W roku 1939, wszystkie polskie uczelnie kształciły rocznie ok. 20.000 osób. W latach 60-tych w Łodzi kształciło się ok. 15-cie tysięcy osób. W roku 2000 r. w Łodzi kształciło się (uczelnie państwowe i prywatne) ok. 100.000 osób.

Zaraz po wojnie ludzi z wyższym wykształceniem było w Polsce nie więcej niż 3 procent. Obecnie osób z wyższym wykształceniem mamy już prawie 30 procent. Co prawda do wyższego wykształcenia zalicza się też licencjat, ale jednak.

Dlaczego nikt nie szanuje studentów?

Być może elity naszego państwa uznały, że już wystarczy, że to dosyć.  Ale to jest czystej wody głupota, podobnie jak do najazdu Rosji na Ukrainę wszyscy uważali, że wojen już nie będzie.

Przypomnę, że zaraz po 1989 roku liberałowie ortodoksyjni i wagi lżejszej głosili, że przyszłość kształcenia wyższego w Polsce to prywatne uczelnie. Powoływano się na przykład USA i Wielkiej Brytanii, zapominając, że USA i Wielka Brytania to jednak inne niż Polska światy, inna historia i inna zasobność obywateli. Niemniej odnotowaliśmy ogromny wysyp szkół niepaństwowych – prywatnych i społecznych. Jednakże do dzisiaj te uczelnie nie mają przyzwoitych bibliotek i akademików, nie mówiąc już o stołówkach. A ich poziom kształcenia… teoretycznie powinna ten poziom monitorować i nadzorować państwowa komisja. W praktyce jednak nadzór jest tylko teoretyczny.

Dlatego kształcenie ludzi na poziomie wyższym jest jednym z najważniejszych obowiązków państwa. I to w państwowych uczelniach, bez żadnego liberalnego kręcenia. I może dlatego wszystkiego, jak na razie, nie jesteśmy w czołówce państw Europy. A w takim Izraelu wyższym wykształceniem legitymuje się już ponad 85 procent obywateli. Uczmy się od najlepszych. I uważajmy na liberalne ględzenie o wyższości prywatnych szkół nad państwowymi.

 

Znowu sól na otwarte jeszcze rany sypie CEZARY KRYSZTOPA: Upadek III RP

Ktoś gdzieś ostatnio powiedział, niech mi wybaczy, bo nie pamiętam kto, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach, obserwujemy upadek demokracji liberalnej. A mnie się raczej wydaje, że opisywane zjawisko jest raczej demokracji liberalnej skutkiem.

Generalnie mam jakąś głęboką niechęć do przymiotników przy słowie „demokracja”, jeszcze pamiętam „demokrację ludową”, która nie miała zbyt wiele wspólnego ani z demokracją, ani z ludem. I teraz wydaje mi się, że jeśli coś jest demokracją, to żadnych przymiotników potrzebować nie powinno.

Demokracja liberalna

Oczywiście idee jakie przyświecają hasłu demokracji liberalnej są szczytne, równość szans, równość wobec prawa i takie tam. W istocie jednak, jeśli za dobrą monetę wziąć twierdzenie, że np. państwa zachodniej Europy są „demokracjami liberalnymi”, to demokracja liberalna daleko od tych szczytnych haseł odeszła. We współczesnej wersji demokracja liberalna to raczej zespół mechanizmów, który w istocie i rzekomo w imię realizacji górnolotnie nazywanych idei, ma ograniczyć wolę „demosu” wyrażaną w wyborach. W teorii ma to „lepiej realizować” jego interesy (durny „demos” nie wie przecież co tak naprawdę dla niego dobre), a w praktyce prowadzi do budowy oligarchii, w której „światłe elity” realizują własne interesy pod pozorem „obrony praw mniejszości” w oderwaniu od interesów i praw większości. Nic dziwnego, że prowadzi to do chaosu wraz z narastającym poczuciem niesprawiedliwości i braku wpływu na własne państwo. A po dłuższym czasie do napięć, których efekty możemy obserwować dziś w społeczeństwach zachodniej Europy.

III RP została pomyślana jako modelowy przykład takiej „demokracji liberalnej”, w której „światłe elity” wychowane najpierw przez Michnika, później przez TVN miały nas pasać jak bydło, które nie jest w stanie pojąć istoty własnych interesów, więc trzeba pilnować żeby nie weszło w szkodę. Miała nie istnieć żadna droga demokratycznego awansu do takich elit, procesy demokratyczne miały być w dużym stopniu fasadowe. Jedyną drogą współuczestnictwa w rzeczywistych rządach, mogła być kooptacja czasem środowiskowa, czasem rodzinna, czasem wykraczająca poza schemat, ale wtedy poprzedzona szeregiem odpowiednich hołdów gwarantujących lojalność.

Próba reformy

Ten mechanizm dwukrotnie próbował zreformować PiS. Za każdym razem spotykał się  z huraganową kontrą, zarówno wewnętrzną jako i zewnętrzną. Nikt z kontrujących nie był oczywiście zainteresowany powstaniem precedensu, który mógł zagrozić jego pozycji, w imię jakichś demokratycznych „fanaberii”. Zarzutem z jakim PiS spotykał się najczęściej, był zarzut, że „dzieli ludzi”. I ja się z tym zarzutem w jakimś sensie zgadzam, bo rzeczywiście, bydło stało sobie grzecznie w zagrodach, dawało elitom mleko i mięso, a tu ktoś przychodzi i mówi bydłu, że ma jakieś prawa, a być może nawet nie jest bydłem. To przecież musi się skończyć jakimiś, niepotrzebnymi z punktu widzenia elit, „złymi” emocjami.

Głównym winowajcą rozpadu systemu jest oczywiście Tusk, ale, co było już widać znacznie wcześniej i o czym również pisałem, po kilku tygodniach „rządów” Donalda Tuska nie ma już wątpliwości,  to reformowanie się PiSowi nie bardzo udało. To znaczy sukcesy gospodarcze, walka z mafiami vatowskimi, programy socjalne, to wszystko jest bardzo cenne, ale trudno nie zauważyć braku w zakresie dużych prawicowych mediów, szczególnie telewizji, braku nowych elit kulturalnych (skąd się miały wziąć, skoro PiS obficie dokarmiał głównie nienawidzące go jak psy dziada w ciemnym kącie, stare?) i instytucji, które miałyby szansę przetrwać „rządy” Tuska (uległość wobec Brukseli, której twarzą jest Mateusz Morawiecki, była tu jedną z głupszych motywacji). Za najsmutniejszą ilustrację należy chyba uznać zachowanie zbudowanej już przecież za rządów PiS Służby Ochrony Państwa, która według medialnych doniesień miała zdradzić głowę państwa i umożliwić policji swobodne hasanie po Pałacu Prezydenckim.

Upadek i odbudowa

No i dlatego obserwujemy upadek III RP pomyślanej jako „demokracja liberalna” na wzór zachodnich. Ale, wbrew zacytowanej na początku opinii, nie jest to koniec jakiegoś wspaniałego systemu, który upada pod naporem „populistów”, tylko upadek spróchniałej konstrukcji pod ciężarem jej własnych wad.

Dlatego, tak sobie myślę, że po okresie tuskiej smuty, czeka nas odbudowa państwa. Począwszy od fundamentów i etosu, konstytucji, prawa, instytucji, infrastruktury, służb itd. Musimy to zrobić jeśli chcemy by jego struktura odpowiadała wyzwaniom przed którym stoimy. Państwa, które będzie stabilne wewnętrznie, silne, odporne na zewnętrzne wpływy i skuteczne we wpływaniu na innych.

Być może niektórych zawiodę, ale wydaje mi się, że nie będzie to możliwe bez szerszego konsensusu społecznego i politycznego. Inaczej każdy kto po takich budowniczych przyjdzie, będzie chciał burzyć i budować po swojemu. Prawdopodobnie niemożliwy jest konsensus pełny, trudno wymagać od ludzi nienawidzących własnego państwa i współobywateli, żeby ich nagle pokochali, ale to nie znaczy, że nie jest możliwy żaden. Myślę, że na gruncie interesów jesteśmy się w stanie porozumieć.

Beneficjentem tego procesu ciągle może być PiS, o ile oprócz oferty dla już przekonanych, będzie potrafił złożyć szerszą, pozytywną ofertę strategicznej odbudowy.

Wojna, tato! Wojna!… – fragment książki  SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” 

Wciąż oszołomiony tą wiadomością, w końcu zrozumiałem: odtąd ja, moja rodzina, Ukraina, ostatecznie cały świat znaleźliśmy się w nowej i nieodwracalnej rzeczywistości. Odtąd nasze życie zmieni się radykalnie… Czy w ogóle uda się przetrwać?… O tym, że wojna będzie okrutna i krwawa, nie miałem najmniejszych wątpliwości… – publikujemy fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”  – tak się nazywa wydana w Kijowie książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (z udziałem kierownika Wydziału Archiwum Rady Miejskiej Buczy Ihora Bartkiva), poświęcona piekielnym wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy. Właściwie jest to pierwsza publikacja opowiadająca o zbrodniach armii rosyjskiej w tej małej miejscowości.

 Książka ta jest kroniką wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnikiem autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Znajdziemy w niej też  eseje o mieszkańcach miasteczka zabijanych i torturowanych przez Rosjan.

 „W społeczeństwach posttotalitarnych często panuje zwyczaj wyciszania tragedii i wypierania ich z pamięci” – pisze we wstępie do książki burmistrz Buczy Anatolij Fedoruk. „Milczą o nich lub mówią niechętnie (mówię to jako absolwent Wydziału Historycznego). Nadszedł czas, aby przełamać tę trudną dziedziczność i zmusić pamięć do przemówienia, aby wydobyć na światło dzienne najstraszniejsze epizody terroru. Ujawnienie ludziom – szczególnie na Zachodzie – prawdy, której kontemplacja może być bolesna i traumatyczna.

Temu celowi służy nowa książka znanego pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy „Bucha. Wiosenny strzał”. Książka ta stanowi imponujący dokumentalny dowód zbrodni wojennych i terroru Rosjan w Buczu. Ukazuje ludzki wymiar brutalnej wojny rosyjsko ukraińskiej. Tragedia Buczy jest osobistym bólem dla Serhieja Kulidy: on sam jest Buczą

Książka zawiera szczegółową – czasem godzinną – rekonstrukcję przebiegu tragedii Buczy. To nie tylko skrupulatna kronika strasznych wydarzeń, ale pełnokrwista, żywa historia – wypowiedziana głosami kilkudziesięciu naocznych świadków, których przywołuje Serhiej Kulida. Książka ma zatem głębokie, wielostronne brzmienie.

Dlaczego ta książka jest tak ważna?

Ponieważ nie pozwoli, aby tragedia Buczy zaginęła w zgiełku ery cyfrowej. Sstanie się punktem wyjścia do przyszłych badań, ponieważ zawiera bogaty materiał dokumentalny i umiejętnie ukazuje różnorodność doświadczeń. Książka przyczyni się do tego, że tragedia Buczy będzie obecna w przestrzeni kulturalnej: jako symbol niezłomności ukraińskiego humanizmu w obliczu rosyjskiego terroru.”

Z kolei klasyk literatury ukraińskiej, pisarz, Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Ukrainy oraz Przewodniczący Rady Forum Niezależnych Mediów Jurij Szczerbak zauważa, że ​​„wojna rosyjsko ukraińska, która nabiera cech globalnego konfliktu XXI wieku, stała się pierwszym krwawym wydarzeniem światowym ery informacji. Dokumentują to miliony zdjęć z telefonów komórkowych, niezliczone sieci społecznościowe, komentarze i artykuły analityczne, których liczba przewyższa ilość informacji z epoki przedinternetowej.

Wśród takich materiałów znalazła się książka 'Bucha. Wiosenny strzał’ znanego ukraińskiego pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy. Tekst ten, w którym autor przytacza liczne relacje naocznych świadków (na podstawie materiałów różnych publikacji), przyciąga głęboką dramatycznością, szczerością, wieloma prawdziwymi szczegółami oraz powszechnym patosem pogardy i nienawiści do brutalnych zabójców, którzy najechali Ukrainę niczym horda mongolska. Wnikliwym pisarskim okiem autor wyodrębnia dowody świadczące o stanie psychicznym ludzi, którzy przeżywają traumatyczny stres wywołany szokiem wojny: poczucie radykalnej zmiany świata, utratę dawnych, przedwojennych wartości, egzystencję jak w piekielnym śnie, w wirtualnej rzeczywistości hollywoodzkiego filmu katastroficznego.

Chciałbym, żeby tę gorzką i prawdziwą książkę przeczytało jak najwięcej Ukraińców i cudzoziemców, aby wiedzieli, jakie śmiertelne zagrożenie dla ludzi stanowi rosyjski wróg”.

 

Publikujemy fragment książki.

 

Godz. 6.10. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Telefon komórkowy nagle zaczął szaleć, a ja wciąż nie mogłem otworzyć oczu. W końcu żona Tamara odepchnęła mnie na bok i powiedziała sennym głosem: – Odbieraj telefon… Kto dzwoni tak wcześnie?… Nie dają mi spać…

I odwracając się na drugi bok, zasnęła słodko, pewnie oglądając jakiś serial wyreżyserowany przez studio filmowe Morfeusz.

Szczerze mówiąc, coraz bardziej przyzwyczajam się do wieczornych rozmów, powiedzmy, online. To wtedy niemal o północy jeden z autorów „Literackiej Ukrainy” zastanawia się, czy jego arcydzieło zostało wreszcie przeczytane. A tu, jak napisał klasyk, „trzeci kogut jeszcze nie zapiał”… Jest 10 minut po szóstej –zauważyłem, zerkając na wiszący na ścianie zegar.

Wstałem z łóżka i szczerze zazdroszcząc żonie, podszedłem do biurku, na którym nie zatrzymywał się mobilny sadysta podskakujący z niecierpliwości.

– Co mogę zrobić… – mruknąłem do słuchawki.

– Tato, śpisz?! – usłyszałem podekscytowany głos córki.

Wzruszyłam ze zdziwienia ramionami, choć Nina nie widziała moich, że tak powiem, gimnastycznych ruchów.

– Dlaczego milczysz?! Wojna!..

– Co powiedziałeś?! – świadomość nie chciała przetrawić tego, co usłyszałem.

Ale córka nie mogła już powstrzymać łez:

– Wojna, tato! Wojna!… Dziś wcześnie rano Rosjanie zbombardowali Kijów… Nie słyszałeś tego?…

Zaskoczony tą wiadomością wymamrotałem coś w stylu „nie może być” i nacisnąłem przycisk „odbiór”. W mojej głowie, jak wysłużona płyta gramofonowa, raz po raz rozbrzmiewały dawno zapomniane wersety, zapisane jeszcze w 1941 roku: „Dwudziestego drugiego czerwca dokładnie o czwartej rano Kijów został zbombardowany powiedziano nam, że wojna się zaczęła…”

Tuż za oknem, gdzie beztroskie słońce uśmiechało się życzliwie, wstał kolejny dzień – 24 lutego 2022 roku. Data, która stanie się tragicznym kamieniem milowym w życiu wszystkich Ukraińców… Dzień, który położy kres nadziejom i przyszłości…

Wciąż nie mogąc się otrząsnąć z szokującej wiadomości, zgodnie ze swoim dawnym zwyczajem „automatycznie” wykonałem ustaloną poranną procedurę: nalałem wody do czajnika, zaczerpnąłem z pojemnika hojną łyżkę kawy i wsypałem do mojego ulubionego czerwonego kubka z napisem Nescafe. Czekając, aż pachnący napój wystygnie wyjąłem papierosa z paczki i wyszedł na loggię, z której roztaczał się widok na miasto. Międzynarodowa autostrada była całkowicie wypełniona samochodami, które powoli, w dwóch rzędach, posuwały się w kierunku zachodnim, w stronę odległej granicy ukraińsko-polskiej.

I dopiero teraz, wciąż oszołomiony tą wiadomością, w końcu zrozumiałem: odtąd ja, moja rodzina, Ukraina, ostatecznie cały świat znaleźliśmy się w nowej i nieodwracalnej rzeczywistości. Odtąd nasze życie zmieni się radykalnie… Jeśli wcale nie zamieni się w nędzną egzystencję… Czy w ogóle uda się przetrwać?… O tym, że wojna będzie okrutna i krwawa, nie miałem najmniejszych wątpliwości…

Godz. 7.40. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Jakoś odzyskując spokój, włączyłem laptopa, aby sprawdzić wiadomości z wczorajszego wieczoru. Okazały się, delikatnie mówiąc, rozczarowujące. Około czwartej nad ranem czasu kijowskiego moskiewski dyktator w swoim cynicznym „Urbi et Orbi” oświadczył: „Okoliczności wymagają od nas zdecydowanych i natychmiastowych działań. Ludowe Republiki Donbasu zwróciły się o pomoc do Rosji. W związku z tym, zgodnie z art. 51 części 7 Karty Narodów Zjednoczonych, za zgodą Rady Federacji i wykonując ratyfikowane przez Zgromadzenie Federalne umowy o przyjaźni i wzajemnej pomocy z DPR i LPR, zdecydowałem się przeprowadzić specjalna operacja wojskowa. Jej celem jest ochrona osób, które przez osiem lat były ofiarami przemocy i ludobójstwa ze strony reżimu kijowskiego. I w tym celu będziemy dążyć do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy. A także stawianie przed sądem tych, którzy dopuścili się licznych krwawych zbrodni na ludności cywilnej, w tym na obywatelach Federacji Rosyjskiej”.

Następnie, nie przejmując się szczególnie casus belli, Rosjanie rzucili na Ukrainę wszystkie swoje siły zbrojne, które wcześniej manewrowały w pobliżu naszej granicy.

Jak podają źródła informacyjne i użytkownicy portali społecznościowych, potężne eksplozje słychać było w Charkowie, Mariupolu, Żytomierzu, Dnieprze, Odessie, Iwano-Frankowsku, Łucku, Sumach, Czernihowie, Berdiańsku, Mikołajowie, Kramatorsku, Kijowie i na linii demarkacyjnej. Rozpoczęła się operacja desantowa na Morzu Czarnym i Azowskim… W stolicy nieprzyjaciel ostrzelał obwody Nywki, Wynogradar, Holosijewski, Peczerski i Obołoński. Zaatakowano także obiekty wojskowe i cywilne na terenie obwodu kijowskiego – w Wasylkowie, Boryspolu, Irpieniu i Browarach…

Godz. 8.30 – 12.00. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Po uświadomieniu sobie skali inwazji i ponownym obejrzeniu materiałów informacyjnych odważyłem się w końcu obudzić żonę, wiedząc doskonale, że sprawię jej teraz nieopisany ból. Nie będę szczegółowo opisywał reakcji Tamary na tragiczną wiadomość, była ona do przewidzenia: szok i przerażenie. W końcu, oswoiwszy emocje i trochę się uspokoiwszy (jeśli w tych okolicznościach można użyć tego nieodpowiedniego czasownika), ustaliliśmy – konieczne jest pilne wykonanie przynajmniej minimalnego zapasu żywności. Zrobiwszy listę niezbędnych rzeczy udałem się na bazar.

Na ulicach panował niepokój. Przed sklepami spożywczymi, aptekami i bankami ustawiały się ogromne kolejki. Twarze ludzi wyrażały skrajne skupienie i zaabsorbowanie. Niektóre kobiety płakały. Nie zaobserwowałem jednak paniki i chaosu. A niektórzy, rozweselając znajomych, próbowali żartować i opowiadać dowcipy o najeźdźcach.

W pobliżu rady miejskiej Buczy stały grupy byłych „Afgańczyków” i bojowników samoobrony, którzy będąc (przynajmniej na zewnątrz) w podniosłym i podekscytowanym nastroju, dyskutowali o tym, co się wydarzyło. Chodziło także o miejsce i czas przywiezienia broni strzeleckiej dla ochotników, o ustawienie blokad drogowych w mieście…

Po dokonaniu niezbędnych zakupów – soli, zapałek, świec, kilograma płatków śniadaniowych, smalcu, mięsa, konserw i – oczywiście – paczki papierosów, wróciłem do domu, gdzie Tamara z oczami czerwonymi oczami od łez oglądała w telewizji przemówienia Putina do swoich współobywateli, w którym wyraźnie kpiąc i ciesząc się z własnej ważności, arogancko głosił kretyńskie cele i zadania „operacji specjalnej”. Teraz, gdy moskiewski władca zdarł maskę hipokryzji i oszustwa, światu ukazała się jego prawdziwa (chciałem napisać „twarz”) natura. A raczej straszne oblicze wilkołaka. W tym momencie wstręt do naszych północnych „braci i sióstr”, prawdziwa cena „przyjaznej Rosji” stała się zupełnie oczywista. Jednak świadomość nadal stawiała opór, nie chciała wierzyć w podłość i zdradę tych, którzy jeszcze wczoraj mówili o hipotetycznej wojnie między naszymi krajami jako o absurdzie, nazywając uporczywe pogłoski o konflikcie zbrojnym fałszem złoczyńców, odnosząc się do USA.

Po przetrawieniu i zrozumieniu tego co usłyszała, Tamara z bolesnym westchnieniem wstała z krzesła.

– Poważnie, wyjdźmy na świeże powietrze – powiedziała z wyobcowaniem moja żona. – Nie mam siły…

Promenada wzdłuż bulwaru Bohdana Chmielnickiego, przy którym mieszkamy, została przerwana przez intensywne eksplozje.

– Wygląda na to, że lotnisko w Gostomelu jest bombardowane – podsumowałem kanonadę, którą usłyszałem.

Oczywistość tego faktu potwierdził także rosyjski samolot szturmowy, który nagle przeleciał nad naszymi głowami ostrym jak brzytwa lotem.

Przestraszeni odgłosami wybuchów postanowiliśmy ukryć się w kościele św. Andrzeja Apostoła, który powstał nie tak dawno temu naprzeciw naszego domu i stał się prawdziwą perełką architektury Buczy.

Pomimo wszystkiego w świątyni panowały cisza i spokój. Powoli, moja żona i ja, pogrążaliśmy się w tej atmosferze. Co więcej, jak się nam wydawało, święci męczennicy patrzyli na nas oczami pełnymi nadziei i pokoju…

Tak zaczęła się dla naszej rodziny ta przeklęta wojna…

Godz. 13.15. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Już w połowie dnia stało się jasne, że przebywanie w mieszkaniu staje się śmiertelnie niebezpieczne. To był rodzaj gry w „rosyjską ruletkę”. Artyleria nie zatrzymała się ani na minutę, okna i drzwi trzęsły się od nalotów… To było przerażające. A u nas w bloku było mnóstwo dzieci, jak w całej Buczy. Nasz sąsiad Oleksandr, swego rodzaju „fachowiec od wszystkiego”, który zawsze bezinteresownie pomagał mieszkańcom naszego bloku w urządzaniu mieszkań („komu założyć zamek”, „komu naprawić prąd”, „a komu wbić gwóźdź”), zgromadziwszy mieszkańców przy wejściu, zaproponował zorganizowanie schronienia w piwnicy. Decyzja była jednomyślna.

Wkrótce na terenie zaimprowizowanego schronu przeciwbombowego zawrzało od pracy. Sąsiedzi, którzy jeszcze wczoraj ledwo się znali, nagle poczuli się jak członkowie tej samej zaprzyjaźnionej rodziny. Wspólnie napełniali pojemniki wodą, zapalali światła, przygotowywali miejsca do spania, przywozili zapasy żywności – ziemniaki, buraki, kaszę gryczaną, cukier, sól, ciasteczka itp. Jednym słowem, kto co miał…

Moja żona i ja mieliśmy własną komórkę w piwnicy – celę 2×2 metry kwadratowe. Tam przechowywałem swoje archiwum literackie, książki, segregatory czasopisma i gazety. Ze względu na okoliczności konieczne było jednak wyniesienie części zebranego materiału do pustej przestrzeni piwnicy.

Póki co jest gaz, prąd, woda i co najważniejsze nie odłączono internetu oraz telewizji. Mogę przewijać wiadomości, ponieważ informacje te są teraz życiodajne. Dosłownie! Jednak wiadomość była rozczarowująca…

Godz. 20. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nasz najstarszy wnuk Roman przyjechał swoim niedawno zakupionym volkswagenem. (…) W jego dość małej walizce, z którą zwykle latał do Izraela do swojej mamy (naszej najstarszej córki), znalazło się tylko kilka par dżinsów, koszule, kurtka i tenisówki. No i dokumenty. Mówi, że zabrał tylko najpotrzebniejsze…

Tomoczka, włączając tryb „reżyserski” (tak nazywam zachowanie żony, gdy intuicyjnie, na poziomie podświadomości, w najważniejszych momentach opiera się na swoim życiowym doświadczeniu jako menadżer), zaaranżowała naszą kabinę w „lochu”, próbując nadać mu mniej lub bardziej przytulny wygląd. Dywan od Coco Chanel, który zdobił nasz salon, bezlitośnie kazała przybić do betonowej ściany spiżarni, a zaimprowizowane łóżka przykryła puchowymi kołdrami, kocami i poduszkami – „jest o wiele cieplej”.

Próbowałem jakoś włączyć się w ten proces, ale Tamara kategorycznie nakazała: – Nie dajcie się zwariować… Lepiej idźcie do mieszkania i zabierzcie ze sobą świece, kuchenkę elektryczną, jakieś naczynia, parę patelni, łyżki i widelce. Nie zapomnij naładować telefonu komórkowego…

Kiedy po załatwieniu sprawy wróciłem do schronu, zobaczyłem, że było tam ciasno, ale funkcjonalnie.

– Dobrze? – Tamara uśmiechnęła się. – Możesz tu żyć?

– Doskonale! – odpowiedziałem, ledwo powstrzymując łzy. Przytuliłem ukochaną połówkę i dodałem: – Długo będziemy żyć…

Po czym odeszliśmy w stronę patosu: – Pokonamy tę gnidę!. Nie wątpię…

– I nie może być inaczej! Ale za jaką cenę…

Następnie udaliśmy się do mieszkania, gdzie pod drzwiami z niecierpliwością czekał na nas sześcioletni pies Jakow, buldog francuski. Nasz zwierzak został nazwany na cześć mojego pradziadka. Podczas I wojny światowej był ordynariuszem generała Brusyłowa i podczas krwawych walk w Karpatach otrzymał straszliwą ranę w nogę. Wracając do rodzinnej Felicyaliwki, zwanej dziś Zdwiżiwką, ożenił się z dziewczyną starszą od siebie, nieco przesadnie dojrzałą. Korzystając ze znacznego posagu żony, rozpoczął handel węglem drzewnym na Jewbazie w Kijowie.

Pewnego razu, gdy miałem dziesięć lat, dziadek Jakow pokazał mi swoją dużą sakiewkę i kręcąc wąsy, z których był bardzo dumny, uśmiechnął się i powiedział nostalgicznie, ale entuzjastycznie:

– Och, jakie pieniądze widział ten portfel!…

Z opowieści pradziadka wynikało, że biznes pozwolił mu nie tylko przetrwać kolektywizacja, dwie klęski głodu (w 1933 i 1947 r.), wojnę, ale także pozwolił odbudować dom po wojnie, kupić konia i i wysłać mojego ojca na studia w instytucie medycznym. Swoją drogą, ostatnią monetę z jego portfela – dziesiątkę Mikołaja – widziałem, gdy moi rodzice zamierzali wstawić złote zęby. To było wtedy niezwykle modne…

Jednak odpuszczę. Wziąwszy Jakowa, który niemal tańczył z niecierpliwości, dalej na smyczy, wyszłam na bulwar. Zwykle o tej porze było tu dużo ludzi – ktoś robił wieczorne ćwiczenia, niektórzy spieszyli się do domu z minibusa, a wielu sąsiadów, podobnie jak ja, szliśmy z naszymi „mniejszymi braćmi”. Nawiasem mówiąc, Jakow czekał na ten moment spotkania z „braćmi” z pewną niecierpliwością. Mając dość, powiedzmy, skomplikowany charakter, na widok innych czworonogów zwykle machał przyjacielsko i radośnie ogonem, uśpiwszy w ten sposób ich czujność nagle rzucał się do ataku, celując w nos przeciwnika. Ale ja, znając tę ​​jego zdradę, byłem czujny i zawsze udawało mi się zapobiec skandalowi i bójce…

Dziś ulica była słabo zaludniona. Zaniepokojeni mieszkańcy Buczy biegali, a nie spacerowli. Zawsze zatłoczony pasaż był praktycznie pusty… I nagle w Gostomelu (czyli jakieś trzy kilometry od nas) rozległy się głośne eksplozje. Jakow nadstawił uszu i przerażony pociągnął mnie siłą do naszych drzwi.

Tymczasem eksplozje nie ustały, wręcz przeciwnie, stały się znacznie głośniejsze…

Tamara natomiast zaimponowała swojemu wnukowi (zdecydowanie ostentacyjnym) spokojem. Jak gdyby nic szczególnego się nie wydarzyło, skuliła się w kuchni, przygotowując obiad. A ja, żeby się jakoś pocieszyć, zaczęłam pisać notatki…

Godz. 22.30. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

 Niewygodnie jest przebywać w mieszkaniu… Wybuchy… Straszne… Wygląda na to, że jakiś „głupiec” zaraz uderzy w dom… Być może przez analogię pojawiła się w głowie powieść Kurta Vonneguta „Rzeźnia nr 5”. O tym, jak Amerykanie zbombardowali Drezno pod koniec wojny… Biorąc pod uwagę sytuację, obraz jest rozczarowujący… Co zaskakujące, moje nie wpadają w panikę. Widzę, że włączył się mechanizm samozachowawczy i Tamara kategorycznie deklaruje:

– Nocujemy w piwnicy… Bóg chroni chronionych…

Zszedłem do lochu. Na „drugim piętrze”, gdzie moja żona pościeliła nam łóżko, stoją solidne regały z książkami. Wdychając zapach starych książek, uspokajam się. Czuję się jak w towarzystwie starych znajomych z dzieciństwa. Tak właśnie jest. Oto D’Artagnan i jego trójka przyjaciół-muszkieterów, obok Robinsona Crusoe i Friday, a także Sherlock Holmes i doktor John Watson… Dalej – jak mogłem o nich zapomnieć! – „gangsterzy, nie chłopcy”: Pavlusha Zavhorodniy i Java Ren, torreadorzy znani w całej Wasiukiwce…

Patrzę na grzbiety książek i boli mnie serce. Nigdy (co za okropne słowo!) nie będę przewracać moich ulubionych stron. Nie przeżyję rozdzierających serce przygód z bohaterami tych historii, nie przeżyję emocji, których nie da się porównać z niczym… To wszystko było, było, było… Życie minęło… A jednak wydaje się, jakby to było wczoraj – szkoła, uczelnia, pierwsze dziennikarskie kroki… Było i błysnęło…

I jakby na pamiątkę nieuniknionego, coś głośno zagrzmiało na ulicy. Na chwilę zgasło światło… Zaczęło się…

Wciąż próbuję coś zapisać, ale moje myśli są mętne… Nie mogę pisać…

– Wszystko będzie dobrze, Sierioża… Słyszysz, wszystko będzie dobrze…

– Moje słońce, muszę cię uspokoić – wstydzę się własnej słabości. – Oczywiście, że wszystko będzie dobrze!..

– Chodźmy spać. Jak powiedział dzielny żołnierz Szwejk: „Nigdy tak nie było, żeby jakoś się nie stało”. My, Ukraina, zwyciężymy… Bez względu na to, jak będzie nam ciężko…

 

Sądzenie dawnych kolegów było jego specjalnością – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o mordercy AK-owców Mieczysławie Widaju

11 stycznia 2008 r. w Warszawie zmarł Mieczysław Widaj, w latach 1946 –1956 członek władz Wojskowego Sądu Rejonowego, a następnie Naczelnego Sądu Wojskowego, odpowiedzialny za ponad 100 wyroków śmierci na żołnierzy i działaczy podziemia niepodległościowego.

Kiedy zmarł, rodzina chciała pochować go na cmentarzu parafialnym kościoła św. Katarzyny na warszawskim Służewie. I nie byłoby w tym nic dziwnego – w końcu pogrzeb należy się każdemu śmiertelnikowi – gdyby nie jeden „drobiazg”. Na tej samej nekropolii leżą ofiary denata. Zmarły – Mieczysław Widaj to krwawy stalinowski sędzia.

Pogrzeb został wstrzymany dzięki protestowi, jaki na ręce metropolity warszawskiego Kazimierza Nycza złożył wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski. Kuria interweniowała następnie u proboszcza św. Katarzyny, księdza Józefa Maja.

– Zbrodniarz, którzy ma tyle krwi na rękach, nie może być chowany na cmentarzu katolickim. Od tego są cmentarze komunalne – argumentował senator.
Nie miała być to zresztą zwyczajna, kameralna uroczystość. Oprawca miał mieć pogrzeb ze specjalną oprawą. Zadbali o to jego towarzysze, skupieni w organizacji komunistycznych weteranów. To była druga sprawa, którą oprotestował Zbigniew Romaszewski, a razem z nim rodziny ofiar Widaja.

Ostatecznie pogrzeb oprawcy odbył się w parafii św. Zofii Barat w Grabowie na Ursynowie. Ponieważ ludzie przychodzili na grób Widaja, aby wyrazić pamięć o jego zbrodniach, prawdopodobnie w 2009 r. szczątki zostały ekshumowane i przeniesione na cmentarz w okolicach Grodziska Mazowieckiego.

Przez lata, do końca życia stalinowski sędzia mieszkał w centrum Warszawy, przy ul. Koziej. Zaraz obok budynku prokuratury (byłej siedziby Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu) i dzisiejszej centrali Instytutu Pamięci Narodowej na Placu Krasińskich. Tak wygląda do dziś rozliczanie komunistycznych zbrodniarzy.

Czym przez lata zajmował się Mieczysław Widaj? Wielu żołnierzy niepodległościowego podziemia skazał na wielokrotną karę śmierci, m.in., w listopadzie 1950 r., członków „bandy” słynnego majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, dowódcy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, który wcześniej przez 2,5 roku był maltretowany w śledztwie w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Wielokrotnie „sądził” w tzw. procesach kiblowych w więzieniu (od kibla w rogu celi, na której oskarżony, z braku innego miejsca, musiał siedzieć podczas „rozprawy”). Czasami okazywał łaskawość – podpułkownika Jana Mazurkiewicza „Radosława” skazał 16 listopada 1953 r. „tylko” na karę dożywotniego więzienia.

W 1956 r. w ramach próby rozliczania stalinowskich „błędów i wypaczeń”, Widaj mówił: „taka w tym czasie obowiązywała ocena dowodów, jaka była zastosowana przeze mnie czy przez innych sędziów. Do skazania, jak wiemy, nie wystarczy przekonanie sędziowskie, potrzebna jest odpowiednia ocena dowodów. To nie były sprawy bez dowodów – to były sprawy z dowodami, które należało tylko właściwie ocenić”.

W 1934 r. Mieczysław Widaj ukończył wydział prawa na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie, a rok później Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. W styczniu 1938 r. mianowany podporucznikiem rezerwy w korpusie oficerów artylerii. Do 1939 r. praktykował w sądzie grodzkim w Mościskach i sądzie okręgowym w Przemyślu.

W kampanii wrześniowej dowódca plutonu w 60. Dywizjonie Artylerii Ciężkiej. Jak większość Polaków, wychowanych w II RP wstąpił do Armii Krajowej, gdzie przyjął pseudo „Pawłowski” i został oficerem łączności Obwodu Mościska, należącym do lwowskiego okręgu AK. Pod koniec wojny awansowany na stopień kapitana. W lutym 1950 r. skazał na 15 lat Jana Władysława Władykę, jednego z kierowników lwowskiego AK i swojego przełożonego. Sądzenie dawnych organizacyjnych kolegów stało się jego specjalnością. Był jednym z najkrwawszych funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia.

Z komunistyczną władzą nawiązał flirt 15 marca 1945 r., kiedy został zmobilizowany do LWP. Po latach zarzekał się, że nie chciał iść do sądownictwa wojskowego (wolał artylerię), ale…musiał. Już po miesiącu orzekał w sprawie ppłk Edwarda Pisuli, ps. „Tama” – szefa Kedywu Okręgu Tarnopol, który wskutek śledztwa zmarł w więzieniu UB przy ul. 11 Listopada na Pradze w Warszawie.
W maju 1945 r. został sędzią Wojskowego Sądu Garnizonowego w Warszawie, później mianowany sędzią Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi. Stamtąd trafił do Warszawy, gdzie wkrótce miał zostać szefem Wojskowego Sądu Rejonowego, jednego z najkrwawszych wojskowych sądów ówczesnej Polski. W 1956 r. wyjaśniał, że do stołecznego WSR (podobnie, jak do sądownictwa wojskowego w ogóle) „był przeniesiony wbrew swojej woli”: „w Łodzi dopiero w styczniu 1949 r. dostałem mieszkanie, męcząc się od 1946 r. po hotelach i cudzych kątach. I właśnie już w maju byłem w Warszawie, by znów zacząć od braku mieszkania, od kwaterowania na sali sądowej, tuż obok celi, do której wprowadzano więźniów aresztantów. A rozprawy odbywały się i po nocach. (…) Mnie i żonę będącą w ciąży budził gwar i tupot dochodzący z zadymionego korytarza, na który prowadziły mieszkalne drzwi. To były warunki pracy i warunki życia, jakie były mi postawione do dyspozycji. (…) mieszkałem w tak ciężkich warunkach w budynku, w którym szczury wyprawiały harce pod podłogą i po podłodze, gdy groziło, że po przyjściu na świat dziecka pieluszki będą musiały być suszone na sali rozpraw. (…) Gdy inni „po praktyce” w Wojskowym Sądzie Rejonowym odchodzili na szefów innych sądów, ja pozostawałem na czarnej robocie, nie byłem przesuwany do klasy menedżerów. (…) Mnie – a zresztą w ogóle nami – przesuwano jak pionkami po szachownicy, nie pytając nas o zdanie”.

W 1948 r. Widaj – jak twierdził – prosił o zwolnienie z wojska, ale jego wniosek odrzucono. Zamiast tego, w tym samym roku – został… zastępcą szefa WSR w Warszawie, a w 1952 r. szefem tegoż sądu. Na słuszność wydawanych przez siebie wyroków lubił przywoływać fakt, że były one zatwierdzane przez sąd II instancji, czyli Najwyższy Sąd Wojskowy. W 1956 r. mówił: „dla mnie zawsze druga instancja była gwarancją, że jeżeli ja się pomylę, to zostanie to naprawione, że ja nie jestem sędzią ostatecznym”.

W 1954 r. Widaj sam trafił do Najwyższego Sądu Wojskowego, awansując na zastępcę szefa. Od 1948 r. należał do partii. W 1955 r. został pułkownikiem.
Nad Stanisławem Skalskim, asem polskiego lotnictwa (w czasie II wojny światowej strącił 22 niemieckie samoloty) znęcało się wielu oprawców: Humer, Kobylec, Midro, Serkowski, Szymański. Zmarły w III RP Skalski wspominał: „I rzeczywiście przekonywali mnie… Pięścią, kopniakami, drutem po nogach, stójkami, karcerem. Na zmianę, przez kilka miesięcy, z przerwami na odzyskanie sił. Ciągle jedno i to samo: mówcie o swojej działalności szpiegowskiej, kto z oficerów dostarczał wam informacje, komu je przekazywaliście… Już nie miałem siły zaprzeczać”.

Po dwóch latach takich „badań” podpisał akt samooskarżenia. 7 kwietnia 1950 r. w więzieniu na Mokotowie odbył się proces kiblowy. „…Pamiętam, był akurat Wielki Piątek. Jak mnie wywoływali z celi, akurat oddziałowy wydawał obiad. Zdążyłem go wziąć, ale nie zdążyłem zjeść. »Prędzej, prędzej«, ponaglał strażnik. Nawet nie wiedziałem, że idę na swój proces. Wróciłem, to jeszcze zupa była ciepława. Dokończyłem jeść. Ile więc mógł trwać cały proces – pół godziny maksimum. Sądził mnie mjr Widaj. Do niczego w śledztwie, jak i na rozprawie się nie przyznałem. Jedyny świadek, jakiego wezwano – Władysław Śliwiński – też zaprzeczył, abym przekazywał mu jakieś wiadomości lub orientował się w jego szpiegowskiej działalności…”.

Mimo to Widaj zawyrokował: „Sąd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uznaje Stanisława Skalskiego, byłego majora WP, za winnego działalności szpiegowskiej na rzecz Anglii i St. Zjednoczonych i za to skazuje go na – karę śmierci…”. Skalski – w przeciwieństwie do wielu innych więźniów stalinowskich – miał szczęście: został „ułaskawiony” przez Bieruta, ale nikt nie raczył go o tym poinformować. Sześć lat czekał na wykonanie wyroku. Na wolność wyszedł w kwietniu 1956 r. i został całkowicie zrehabilitowany.

Ordynariusz kielecki Czesław Kaczmarek był poddawany konwejerowi (przesłuchania przeprowadzane dzień i noc przez zmieniających się śledczych). W przypadku księdza trwały one non stop przez 30-40 godzin. Biskup kielecki był notorycznie pozbawiany snu i jedzenia. Odmówiono mu prawa do widzeń, listów i paczek. Ubecy podawali mu środki odurzające. „Przekonywali go”, że jest zdrajcą i jako takiego wszyscy się go wyrzekli. Śledztwo, z przerwami, trwało przez dwa lata i osiem miesięcy. W rezultacie bp. Kaczmarek został doprowadzony do stanu przedagonalnego.

Proces bp. Kaczmarka i jego „współpracowników” odbywał się w dniach 14 – 21 września 1953 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (nawet w PRL-u sądzenie duchownego przed wojskowym trybunałem było ewenementem). Sądził Mieczysław Widaj. Akt oskarżenia – jak czytamy w stenogramie – dotyczył: „działalności w antypaństwowym ośrodku” w interesie „imperializmu amerykańskiego i Watykanu” w celu „obalenia władzy robotniczo-chłopskiej” drogą „działalności dywersyjnej i szpiegowskiej”.

Biskupa Kaczmarka Widaj skazał na 12 lat więzienia. Nawet po wyroku władze PRL-u nie dały spokoju księdzu – w celi śmierci spędził kolejne 8 lat. Wyszedł z więzienia w maju 1956 r. Ubeckie metody sprawiły, że zmarł w sierpniu 1963 r.
W 1956 r. Mieczysław Widaj został zwolniony z zawodowej służby wojskowej i przeniesiony do rezerwy. Komisja Mazura, badająca „przejawy łamania praworządności” przez stalinowskich funkcjonariuszy, nie pociągnęła go do odpowiedzialności. Stwierdziła jedynie ogólnikowo, że jego „działalność powinna być przedmiotem śledztwa”, którego – rzecz jasna – nie było.
Widaj został radcą prawnym Centralnego Laboratorium Chemicznego w Warszawie, potem Centralnego Zarządu Konsumów i w końcu (od 1964 r.) Komendy Garnizonu m. st. Warszawy.

W III RP Instytut Pamięci Narodowej chciał go nawet postawić przed sądem, ale okazało się, że Widaj jest chory. Jedynie Ministerstwo Obrony Narodowej zmniejszyło mu resortową emeryturę. Podstawą była ustawa o wojskowych emeryturach, która mówi, że osobom, które w latach 1944 – 1956 służyły w wojskowej informacji, sądownictwie i prokuraturze – a stosowały represje – nie zalicza się tego okresu do służby.

Widaj przepracował w MON 19 lat, z tego jako wojskowy sędzia – 11 lat. Po odebraniu mu wojskowej emerytury, czyli 4 tys. zł., nadal miał prawo do 5300 zł emerytury sędziowskiej.

 

Hubert Bekrycht: ZAMACH STANU LIVE – MEDIA, POSŁOWIE I PREZYDENT RP, ale… las Birnam blisko

Zastanawiałem się kiedyś, ilu jest w Polsce dziennikarzy, którzy w imieniu premiera Donalda Tuska odczytaliby komunikat o wprowadzeniu w Polsce drugiego stanu wojennego? Wskazałem nawet kilkadziesiąt nazwisk, ale kartka mi się skończyła… Teraz, piszę to z całą odpowiedzialnością, takich figur dziennikarskich znalazłoby się setki, może tysiące. Z tym, że nie wszystkim tym panom pasowałby mundur – no może uniform w stylu latynoamerykańskich czy afrykańskich kacyków – i nie wszystkie panie dobrze wyglądałyby w ciemnych okularach.

Próbuję ironii, aby trochę uspokoić sytuację, ale rzeczywistość wrzeszczy jak posłanki lewicy. Mamy oto w Polsce do czynienia – jak zapewne nazwą to eksperci – pełnoskalowym zamachem stanu!

Już nie z permanentnym łamaniem prawa, nie z chaosem wywołanym polityczną interpretacją przepisów przez prawników (sędziów i prokuratorów) będących akolitami ekipy Tuska, tylko właśnie z zamachem stanu. Ów zamach na Polaków i na Polskę pełzał. Najpierw doprowadzono do dezinformacji, która spowodowała, że nabrano sporą część społeczeństwa głosującego 15 października ub. r. na KO, TD i NL. Nie wiem, czy szkoda mi tych ludzi z różnych grup statystycznych, bo to nieprawda, że to tylko pokolenie Tik-Toka. Chyba sami sobie wymierzyli karę, ale na jakąkolwiek refleksję jest dla nich jednak za późno, toteż brną w pochwałach dla ekipy Tuska demontującej kraj. Albo milczą. Liczba tych drugich wzrasta.

Stan wojenny 2.0

13 grudnia, w 42. rocznicę wprowadzenia przez komunistów i juntę Jaruzelskiego, rząd Tuska rozpoczął pracę, a kilka dni później bezprawnie zaczęto przejmować media publiczne (TVP, PR, PAP) praktycznie paraliżując TVP poprzez wyłączenie sygnału kilku programów mających, oprócz informacyjnej, rolę strategicznych na wypadek wojny.

Na przełomie roku rozpoczęto też bezprecedensową nagonkę na dwóch posłów PiS: Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, których, wbrew prawu i prawomocnym ułaskawieniu prezydenckim, wtrącono do więzienia pod sfabrykowanymi zarzutami, bo ośmielili się, w naszym przecież, Polaków imieniu, walczyć z korupcją, jako szefowie CBA.

Polowanie

Teraz Tusk zdecydował, że pora na jednego z największych jego wrogów. Oto szef rządu, – bo nie wierzmy, że to ktokolwiek inny wydał rozkaz, żeby zatrzymać posłów PiS zdobyłby się na takie bezprawie – wysłał policję do Pałacu Prezydenckiego (!), Siedziby głowy państwa polskiego, prezydenta RP Andrzeja Dudy. Dowiedziawszy się o zagrożeniu i napadzie, prezydent i jego kolumna aut – wyjeżdżając z Belwederu – zostali zablokowani przez autobus miejski, …aby nie zdążyć do pałacu z interwencją. Kto tam rządzi w tej Warszawie komunikacją miejską? Nie prezydent Trzaskowski przypadkiem? Zastawić rezydencję prezydencką autobusem, aby kolumna aut głowy państwa nie mogła wyjechać, to już numer niesamowity! Afrykańscy dyktatorzy duzo się muszą uczyć od ich polskich kolegów.

Napad na Prezydenta RP długo nie będzie schodził z czołówek światowych mediów a ludziska na całym globie dziwować się będą, że to nie relacja z jakiejś bananowej republiki a z państwa należącego do UE i NATO.

Upadek

Bezprawie najwyższego stopnia, jeśli pogardę dla obowiązujących przepisów i Konstytucji można w ogóle stopniować, będzie miało bardzo poważne konsekwencje dla wszystkich obywateli Polski. I tych z lewa i z prawa, zwolenników konserwatywnej drogi i obecnej ekipy rządzącej, która coraz bardziej zaczyna przypominać cyrk. Także z zakazanymi pokazami tresury dzikich zwierząt. Bo tak rząd Tuska traktuje Polaków, w tym swoich bezwolnych zwolenników. Premier złamie każde prawo, aby poprzez strach, niepewności jutra i w konsekwencji chaos gospodarczy wprowadzić tyranię. Oczywiście nowoczesną, oświeconą potwierdzoną certyfikatami Brukseli i Berlina. A w Moskwie zabrakło ponoć szampana. I popcornu, bo to chyba nie koniec… Niestety.

Nocniki

Donald Tusk przypomina takiego szefa państwa, który – jak w starym dowcipie – kupił sobie trzy nocniki: złoty, srebrny i brązowy. A i tak… nie zdążył… Bo usłyszał wybuch tłumika samochodowego przed swoją reprezentacyjną siedzibą w stolicy europejskiego kraju.

 

Z ostatniej chwili (aktualizacja 10 stycznia 2024r. po godz. 11.49)

Z komunikatu Polskiej Agencji Prasowej:

„Wiceminister sprawiedliwości Maria Ejchart pytana o strajk głodowy zadeklarowany przez przebywającego w areszcie byłego ministra Mariusza Kamińskiego powiedziała, że każdy ma prawo nie jeść i nie pić, na tym polega prawo do wolności osobistej”.

Przypomnijmy, że pani wiceminister Ejchart nosiła jeszcze nia tak dawno temu inne nazwisko, a mianowicie urzędniczka owa nazywała się Maria Ejchart-Dubois. Tak, to była żona mecenasa Jacka Dubois – adwokata wielu polityków Platformy Obywatelskiej. Pani minister znana jest także jako aktywistka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka a Wikipedia wpomina jeszcze jedno zajęcie pani wicemienister: „Od 2003 r. koordynuje program 'Niewinność’ zajmujący się pomyłkami sądowymi i osobami niesłusznie skazanymi.”

I chciałem tutaj coś napisać, bom wzburzony, ale myślę sobie, że wypowiedzi niektórych urzędników, akolitów rządu Donalda Tuska, nie są warte komentarza!

 

 Las Birnam zbliża się do Al. Ujazdowskich i Krakowskiego Przedmieścia…

Prezydent Andrzej Duda 10 stycznia 2024 r. wrócił do sprawy odmmowy sądowej wpisania do KRS nowych, bezprawnie wybranych przez szefa MKiDN Bartłomieja Sienkiewicza 19 grudnia ub.r. władz Telewizji Polskiej – władz zaangażowanych politycznie po stronie rządu premiera Tuska. Tym samym jak powiedział w środowym wystąpieniu prezydent RPAndrzej Duda: „Bezprawność działania ministra Bartłomieja Sienkiewicza została dzisiaj potwierdzona”.

Las Birnam zbliża się do siedzib KRPM i MKiDN…

Imperium kontratakuje

„Postanowienie Referendarza Sądowego Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy w Warszawie z dnia 9 stycznia 2024 roku w sprawie oddalenia wniosku o wpis zmian w spółce w zakresie zmiany składu osobowego Rady Nadzorczej TVP S.A. (obecnie w likwidacji) nie jest prawomocne” – wskano w komunikacie MKiDN.

Wojska Imperium w gotowości… Lord Vader dusi ministra Sienkiewicza, ale tylko żartuje…

Czarna dziura, która wciąga b. wicepremiera Gowina

Były wicepremier w rządach PiS, lider kanapowego Porozumienia Jarosław Gowin – drobiazgowo relacjonujący spotkania ze „złymi”politykami PiS i „szantaże” wobec siebie przed komisją ws. wyborów kopertowych – traci pamięć. Próbuje to bagatelizować czołowy śledczy RP, szef komisji, Dariusz Joński, który oprócz wszystkiego zna się jeszcze na polityce i oczywiście historii.

Niestety posłowie PiS bezlitośnie pytają, dręczą Gowina, interesuje ich wszystko ws tzw. wyborów kopertowych. Podsumowali oni, że były wicepremier po awarii telefonu komórkowego, istotnego dla sprawy ewentualnych „nacisków” ze strony PiS, do tej pory nie wie, co się z tym aparatem stało. Gowin nie wie też na jakim komuterze – laptopie pisał równie wazną dla sprawy korespodndencję.

Wiadmo tylko, że po głośniej dymisji, Gowin wrócił do rządu, który – zdaniem b. wicepremiera – wywierał na polityka Porozumienia naciski nawet o znamionach szantażu – uff…

Joński, Dariusz Joński

Nieustannie jestem fanem śledczego posła Dariusza Jońskiego, szefa komisji kopertowej, o przepraszam – bo to może jeden z senatotów źle zrozumieć – komisji ds. tzw. wyborów kopertowych (domniemane 70 mln zł strat wobec kilku milardów zł strat, które może kosztować skarb państwa bezprawna próba przejęcia mediów publicznych i ich fikcyjna likwidacja).

Ów skromny poseł Joński, znawca historii najnowszej i wirtuoz mediów, prosił w środę 10 stycznia br. posłów ze swojej komisji, aby „ostrożnie cytowali media”, gdzie moga się pojawić niesprawdzone informacje ujawniające na przykład tożsamość osób, których nazwiska padają podczas, uwaga, uwaga, publicznych i transmitowanych na całą galaktykę posiedzień komisji Jońskiego, Dariusza Jońskiego.

Ostrożnie cytować media

Złośliwcy mówią, że kwalifikacje Jońskiego do wyjaśniania zawiłości tzw. wyborów kopertowych, to przede wszystkim znakomita znajomość dziejów ojczystych i sile argumentów swoich znajomych i współpracowników politycznych, którzy widywani byli jako doradcy posła Jońskiego w kampanii wyborczej.

Milicjant legendą polskiej policji

Chodzi, m.in. b. rzecznika łódzkiej policji a potem radnego wybieranego z list SDP a potem samorządowca SLD, śledczego w stopniu podinspektora Jarosława Bergera. Ta „legenda polskiej policji” – jak mówił o nim Donal Tusk podczas wiecu wyborczego, na którym Berger przepraszał za polską policję kobiety „bite” przez funkcjonariuszy podczas protestów spod znaku błyskawicy. I tylko złośliwi wypominają Jońskiemu, że jego kolega i (niedawny?)współpracowniuk Berger karierę policjanta zaczynał w Milicji Obywatelskiej. No, ale przecież uciśnieni milicjanci i pracownicy komunistycznej bezpieki mają być teraz pupilami rządu Tuska.

Aktualizacja z 11.01.2024 r.

W marszu Wolnych Polaków, ktory przeszedł ulicamy Waszawy po południu i wieczorem 11 stycznia br., w czwartek, wzięło udział – i tutaj proszę o uwagę – wg. optymistycznych szacunków – 500 tys. osób, wg. zbliżonych – jak mówią uczestnicy – do rzeczywistości od 250 tys. do 300 tys. Nawet wg. bardzo nieprzychylnych środowiskom konserwatywnym mediów, na marszu było 100 tys. osób. Wiosna w styczniu? Jeszcze nie, ale przesilenie jest blisko.

(Koniec akualizacji)

Kto to jest PAR? – pyta HUBERT BEKRYCHT: Permanentne ataki „reporterskie” na SDP

Zwykle w minutę przeglądam serwis Press, który ma ambicję być portalem informującym o polskich mediach. Nie jest, ale to nie jedyny powód, dla którego mnie Press nudzi. Po prostu nie mam ochoty czytać codziennie, że TVN jest super (po bezprawnym zajęciu mediów publicznych, „cool” zaczęły też być programy i publikacje TVP, PR i PAP) a konserwatywne media prawicowe cofają nasz kraj do epoki kamienia łupanego. A teraz znowu w Press „hitem” są kierunkowe ataki anonimowych „dziennikarzy” na władze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Mam apel do kierownictwa Press, uprzedzajcie proszę, kiedy znowu zaatakujecie SDP, bo wasze elukubracje są tak groteskowe i śmieszne, że znowu przy śniadaniu parsknąłem kawą.

Ktoś podpisujący się PAR pisze w Press, że prezes SDP Krzysztof Skowroński pokłócił się z wiceprezes Stowarzyszenia, szefową Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolantą Hajdasz. I anonimowy dziennikarz dodaje, że Jola – chcąc przejąć przywództwo nad SDP – niebawem zada cios w plecy Krzyśkowi… Przypomina to serię ataków sprzed ponad dwóch lat… Kto za tym stał? Ano wiadomo. I nie wiadomo…

To zaczyna przypominać jakieś zlecenie agenturalne. Stek bzdur przemieszany z półprawdami bez źródeł. A w tle… Oczywiście polityka. Tak prowadzi narrację tajemniczy PAR z Press. Nie muszę wspominać, że znowu ów rzetelny „dziennikarz” nie kontaktował się z bohaterami swojego artykułu. Czyli, najważniejsza reguła reporterska – poznać racje obu stron – nie została zachowana. Ale kto martwiłby się tym w Press? Ważne, aby napisać coś złego o mediach konserwatywnych i SDP, które bronią m.in. bezprawnie przejętych i likwidowanych mediów publicznych.

Ludzie z Press, napiszcie proszę kochani, kto wam to wszystko każe, kto wam zleca te paszkwile? Kto się tak „martwi” coraz skuteczniejszymi działaniami SDP? I objawcie światu ten diamencik o kryptonimie PAR, który chętnie pisze źle o SDP. Niech nie stoi na mrozie przed Domem Dziennikarza na Foksal i nie czeka aż wychodzący z naszej siedziby Skowroński przewróci się na skórce od banana, którą podłożyła tam Jola Hajdasz. Niech PAR wejdzie do sekretariatu, zrobimy kawę, damy ciastko i powiemy mu wszystko. No, prawie wszystko, bo jesteśmy dobrze wychowani.

 

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny SDP i red. nacz. portalu sdp.pl

O trudnej roli bycia prorokiem we własnym kraju pisze CEZARY KRYSZTOPA: Czekając na lidera

Przed Polską stoją ogromne wyzwania. Gigantyczne. Problem w tym, że chyba mało kogo to obchodzi, tym bardziej, że chyba nie ma komu tego ludziom wytłumaczyć.

Ostatnie analizy ekonomiczne pokazują, a może wobec przewidywanej entuzjastycznej destrukcji jakiej w imieniu niemieckich panów mają dokonać jaśnie nam rządzący – pokazywały, szybki rozwój ekonomiczny Polski i w efekcie osiągnięcie, a nawet prześcignięcie w rozwoju gospodarczym, europejskich potęg.

Kluczowy moment

Z drugiej strony zajęci sprawami wewnętrznymi w zbyt małym stopniu dostrzegamy, że w zasadzie, albo jesteśmy na najlepszej drodze do III Wojny Światowej albo, w zależności od tego gdzie cezury postawią w przyszłości historycy, jesteśmy już w jej trakcie. Tymczasem konfliktem na Ukrainie jesteśmy „znudzeni”, a ognia na Bliskim Wschodzie, który może podpalić sporą część świata, praktycznie w ogóle nie zauważamy. Tymczasem znajdujemy się w jednym z serc wydarzeń i ta wojna może zapukać do naszych drzwi.

Mam wrażenie, że nieco bardziej nas obchodzi zagrożenie ze strony Brukseli/ Berlina, które najwyraźniej autentycznie postanowiły dopilnować, żeby „polski przypadek” nigdy więcej się nie powtórzył. I nie tylko planują „podzielić się po równo” kryzysem społecznym i gospodarczym, które same z uporem godnym lepszej sprawy, sobie sprokurowały, ale też na trwałe odebrać sterowność państwom członkowskim.

Polska znajduje się w absolutnie kluczowym momencie. Musi obronić suwerenność, nie „w imię przodków”, tylko po to by zachować sterowność państwa, które musi realizować bardzo złożone interesy. Polska musi uzbroić się po zęby. Polska musi zbudować strategiczną infrastrukturę na miarę wzywań, które przed nią stoją. Taką, która nie będzie dławiła jej potencjału, ale go zwielokrotni.

Gdzie jest lider?

Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Bo mam wrażenie, że głównie kilku pasjonatów w sieci, którzy usiłują wejść w dyskusję ze skompromitowanym udziałem w tym co się działo wokół śledztwa smoleńskiego Maciejem Laskiem, który został… pełnomocnikiem rządu ds. CPK. Ten sam Lasek, który od dawna używa hasztaga #StopCPK. Kilku dziwaków, którzy zwracają w sieci uwagę na hipokryzję Niemców, którzy robią wszystko by Polska nie użeglowiła Odry i tym samym nie zwiększyła potencjału portów w Świnoujściu (plus terminal kontenerowy) i Szczecinie, a sami planują użeglowienie Odry akurat na odcinku, który im pasuje do własnej sieci śródlądowej. Jacek-Saryusz-Wolski jako jeden z nielicznych pilnuje sprawy planowanej kradzieży suwerenności państw narodowych przez Brukselę. Kilku pasjonatów, którzy zawzięcie w sieci dyskutują na temat polskiego programu jądrowego, z którym nie wiadomo co będzie i kilku „osintowców” czy lobbystów, bo trudno powiedzieć kto jest kim, którzy dopiero co z trudem ukrywali niechęć do poprzedniej władzy, a już przeżywają (co za zaskoczenie) szereg dysonansów poznawczych związanych z przewidywanym ograniczaniem rozbudowy armii przez władzę nową. Gdzie jest jakiś lider, który to ogarnia?

Takim liderem nie jest z pewnością Donald Tusk. I to nie tylko dlatego, że dla wielu jest po prostu hersztem bandy, która w obcym interesie dokonała wrogiego przejęcia państwa, korzystając z pewnego zbiegu okoliczności i zrządzenia wyborców, którzy poszukując naiwnie „trzeciej drogi”, wpadli dokładnie w ręce, w które wpaść nie chcieli. Również, a być może głównie dlatego, że sądząc ze skuteczności jego działań, nawet jeśli jest hersztem gangu, to najprawdopodobniej chodzi o Gang Olsena.

Ale i po stronie PiS takiego lidera nie widać, tak jak nie bardzo widać jakąś powyborczą refleksję czy plan na nadchodzące wybory. Obrona mediów publicznych przed bandyckimi zakusami ministra ppłk Sienkiewicza, jest słuszna (może za wyjątkiem robienia sobie przez polityków zdjęć w reżyserkach, co mądre nie jest), ale choć służy na pewno wewnętrznej konsolidacji Zjednoczonej Prawicy, to przecież obsługuje głównie już przekonanych i nie stanowi oferty, która mogłaby przyciągnąć nowy, lub wcześniej utracony elektorat, a o za tym idzie, dać nadzieję na odwrócenie karty. Być może jakąś nadzieję daje tu Prezydent Andrzej Duda, który ze wszystkimi słusznymi i mniej słusznymi uwagami, zachował realny wpływ na polityczną rzeczywistość, a orędzie jakie ostatnio wygłosił, nie bez powodu wywołało u wielu, mówiąc oględnie, pewnego rodzaju pogubienie. Tylko, że musi mieć z kim rozmawiać.

I tak mam wrażenie, że niczym bohaterowie sztuki Samuela Becketta „Czekając na Godota”, Estragon i Vladimir, siedzimy i co najmniej od 15 października czekamy (oczywiście trzeba oddać, że wielu bardzo aktywnie) na lidera, który coś ogarnie, a jedyne co mi na ten moment wpada do głowy jako puenta, to pozornie zaskakujący, biorąc pod uwagę ilość zdarzeń, cytat z Estragona: „Nic się nie dzieje, nikt nie przychodzi”.

TADEUSZ PŁUŻANSKI: Od Lenina do Putina

2 stycznia 1907 r. w Warszawie urodził się Tadeusz Żenczykowski, prawnik, polityk i publicysta. Kapitan Wojska Polskiego. Kawaler Orderu Orła Białego. Dla mnie przede wszystkim autor genialnej książki „Dwa komitety 1920, 1944. Polska w planach Lenina i Stalina”, która pokazuje niezmienność celów i metod Rosji wobec Polski.

Pierwszy to Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany Polrewkomem. Bolszewicy utworzyli go 23 lipca 1920 r. w Smoleńsku (faktycznie w Moskwie), jako zalążek przyszłej komunistycznej władzy. Towarzysze – m.in. Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon, Józef Unszlicht – przemieszczali się pociągiem pancernym za frontem wkraczającej Armii Czerwonej.

„Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi”, autorstwa Dzierżyńskiego, mówił wprost o likwidacji II Rzeczypospolitej i powstaniu Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad. „Doradzał” sowiecki komisarz Iwan Skworcow-Stiepanow.

Na zdobytych terenach Podlasia i części Mazowsza bolszewicy bez powodzenia tworzyli Polską Armię Czerwoną, wydawali w języku polskim „Gońca Czerwonego”, a przede wszystkim, w ramach terroru rewolucyjnego, represjonowali, grabili i mordowali Polaków – np. w Białymstoku rozstrzelali przedstawicieli miejscowej elity, w tym prezydenta miasta. Wobec klęski Armii Czerwonej Polrewkom musiał uciekać z Polski i ostatecznie został rozwiązany.

W 1944 r. wkraczającej Armii Czerwonej towarzyszył odpowiednik Polrewkomu – Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Bolszewicy utworzyli go 22 lipca 1944 r. w Chełmie (faktycznie w Moskwie – tu odbyły się pierwsze trzy posiedzenia), w składzie, m.in.: Edward Osóbka-Morawski, Wanda Wasilewska, Andrzej Witos, Michał Rola-Żymierski, Wincenty Rzymowski. Odpowiednikiem Feliksa Dzierżyńskiego był Stanisław Radkiewicz. „Doradzał” sowiecki gen. Nikołaj Bułganin, który według Nikity Chruszczowa „miał uprawnienia specjalne, włączając w to władzę nad [polskim] wojskiem”.

Bolszewicy pisali do Stalina, że wkroczenie Armii Czerwonej Polacy uznają za „początek rosyjskiej okupacji”. Wiedzieli, że nie mają poparcia, dlatego władzę przejmowali bezprawnie, kłamiąc, że rząd w Londynie działa również na podstawie „nielegalnej” konstytucji kwietniowej z 1935 r. Kłamiąc także, że walczą z polskimi „faszystami”.

Odpowiednikiem „Manifestu do polskiego ludu roboczego miast i wsi” był „Manifest PKWN”. Odpowiednikiem Polskiej Armii Czerwonej było ludowe Wojsko Polskie, a „Gońca Czerwonego” „Trybuna Ludu”. PKWN istniał pod różnymi nazwami, głównie PZPR, aż do 1989 r.

Czy powstał/powstanie „Trzeci Komitet”, czyli Polska w planach Putina? – odpowiedź pozostawiam Państwu.