STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Quo vadis Prezesie, quo vadis PiS?

Najważniejszy, a na pewno najciekawszy, obecnie uczący nas historii profesor, czyli Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest organizacyjnie członkiem partii PiS, ale jak podkreśla z naciskiem zawsze i powtarza to nadal w ciągu ostatnich dni – popiera Prawo i Sprawiedliwość, głosuje i zapowiada, że będzie dalej głosował na PiS i także wyraża jednoznaczne wielkie uznanie za dokonania wobec prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego.

Wypowiedzi profesora są oczywiście przejrzyste, zbudowane czytelnie i jednoznaczne. Są to jednak teraz – dodajmy – słowa najbardziej krytyczne jakie przeczytaliśmy i usłyszeliśmy (Poranek Radia Wnet 21.02 br. w rozmowie z reporterem Łukaszem Jankowskim). Krytyczne wobec tego co dzieje się obecnie z Prawem i Sprawiedliwością kierowaną przez prezesa.

Profesor nie owija w bawełnę: morderstwo smoleńskie nie doczekało się przez lata właściwych działań – przede wszystkim powołania sejmowej komisji śledczej; idiotyczny pomysł na szczęście nieskuteczny – próba piątki dla zwierząt; zielony ład; zła ocena obecnej sytuacji stosunku społeczeństwa do PiS, optymistyczne nieuzasadnione oczekiwania i brak prognoz, że występujące oddzielnie partie nienawidzące PiS-u „zleją się” po wyborach i wspólnie przegłosowywać będą każda propozycję Kaczyńskiego. To błędy podstawowe i niszczące wszystko, co prawica zapowiadała. Wreszcie, szczególnie aktualna sprawa i bolesna, to niedocenienie i złe przygotowywanie się do wyborów samorządowych. Profesor konkretnie użył przykładu z Krakowa, a można zaufać, że na swoim mieście zna się i uważnie śledzi co tam się dzieje.

W czasie transmisji „Poranku WNET” prezes  Jarosław Kaczyński w ogóle nie odniósł się do tych zarzutów. Być może jedno wydarzenie po drugim było w zbyt krótkim czasie, ale wypowiedz prof. Nowaka na portalach i gwałtowne reakcje internautów pojawiły się już kilkadziesiąt godzin wcześniej.

Wypowiedź profesora, szczerego – tak uważam – admiratora Jarosława Kaczyńskiego, zwolennika Prawa i Sprawiedliwości to nigdy nie byłą prymitywna i nachalna propaganda. Mądre wypowiedzi pięknym polskim słowem wspierał on przez lata ważne i słuszne propozycje PiS. Teraz jednak mamy prawdziwy szok. Zaskoczenie. Czy słuszne są zarzuty?

Żeby nie chować się tchórzliwie powiem wprost: uważam, że całkowicie zgadzam się z profesorem. Jeśli nawet – jako  felietonista – chciałbym by głos z Krakowa został nagłośniony. Rządowe media jeszcze nie wiedzą co z tym z robić. W dzienniku telewizyjnym „19.30” we wtorek było tylko jedno informacyjne zdanie. Oczywiście to tak nie zostanie.

Dajmy sobie spokój z dyskusją czy to jest atak, dlaczego zarzuty padły. Niech złotouści, wszechobecni potakiwacze a także zwykli opozycjoniści i po prostu durnie dadzą sobie i nam spokój w wygłaszaniu komunałów. Porozmawiajmy o tym co PiS rzeczywiście zrobił źle i dlaczego jest jak jest. Płakanie nad rozlanym mlekiem to strata czasu. A już go bardzo brakuje. Kolejne wyboru tuż. Nie chcę też oglądać nachalnych i zakłamanych gęb, które zalewają do znudzenia media powtarzaniem wyświechtanych racji. PiS, prezes Kaczyński muszą powiedzieć jak się bronić. Krytyka i biadolenie nad niegodziwościami Tuska, które oczywiście są, nie wystarczy. Kamiński i Wąsik, podstępnie wyrwani prezydentowi to już anegdota roku 2023. Nie mówmy też „trzeba było”. Mówmy co trzeba zrobić ze słusznym gniewem rolników, obojętnie kto jest tu bardziej lub mniej winny.

Quo vadis prezesie Kaczyński, quo vadis partio? Dotychczas ciągle moja partio. Może rzeczywiście dajcie sobie siana od rolników, bo dotychczasowy współakcjonariusz rolnictwa zajął się armatami choć chyba nie bardzo się na tym zna. Owszem, zaczyna jako wicepremier i minister mówić głośniej, ale na drogach i torach pojawiają się już barykady. Zabawny Kołodziejczak to jest pomysł na pięć minut. Morderstwo smoleńskie? „Nie ma woli politycznej” – powiedziała i słusznie autorka ważnego, wnikliwie przygotowanego filmowego raportu Ewa Stankiewicz. Profesor Wiesław Binienda, który wykonał ogromną pracę, został w ojczyźnie obrażony. Był też dobry dokument  Michała Rachonia z prawdą o Smoleńsku. Ale to wszystko nadal jest wykpiwane. Zdrajcy, kłamcy wdrapali się na stołki decyzyjne i już podważają, niszczą najważniejsze decyzje gospodarcze. Czy prezesowi został tylko Mariusz Błaszczak? Inni bowiem milczą. Tak to się jawi.

Quo vadis panowie? Gdzieście się pochowali? Jeśli akumulatory się wyczerpały trzeba oddać miejsce tym, którzy chcą walczyć. Są i w końcu ujawnią się opinii publicznej obywatele patrioci i na tych ludzi na pewno musimy i skutecznie będziemy stawiać. Wypowiedział się wybitny profesor – tego nikt nie jest w stanie podważyć. Był i jest podział państwa. Był pół na pół. Teraz niestety robi się inaczej. Ale niech unijno-niemieccy platformersi zbyt szybko się nie cieszą. Stawiają na zbędne i zupełnie śmieszne komisje sejmowe. Tam się robi groźne miny, których nikt się nie boi. Wiemy wszyscy kto jest kto i co robił w ostatnich latach. Wybory, podsłuchy i cały ten bełkot to strata czasu. To żenada, tematy zastępcze.

Jak ustawić sprawy gospodarcze z groźną przecież dla nas rolniczo Ukrainą? Gdzie i kiedy będą elektrownie atomowe? Kiedy będziemy mieli najlepsze samoloty, systemy obronne, czołgi i armaty? Od kogo je kupimy? Już nie Sasin będzie się kłócił z Morawieckim ani Ziobro z Kaczyńskim. Reset. No i kim okażą się ci nowi, jak się okazuje bardziej przebojowi Czarnek, Tarczyński czy senator Andrzejewski. Jest stagnacja. Jest najwyższy czas by potrząsnąć, by się obudzić. I to już.

 

O bezsilności technologicznej pisze WALTER ALTERMANN: Cyfrowe wypędzenie

Spotkałem ostatnio na przystanku tramwajowym starszą kobietę, która gorzko płakała. Zapytałem, czy mogę jakoś pomóc. Opowiedziała mi taką historię. Otóż, pani ta poszła do domu kultury, żeby zapłacić za uczestnictwo w zajęciach dla seniorów. Chciała uczyć się rysować. Miesięcznie miała płacić 20 zł. Kwota niewielka, więc rzecz nie w pieniądzach. Panią zdenerwowało to, że kazano jej przelać pieniądze przez Internet, a ona nie ma komputera. I nie umie się czymś takim posługiwać. W końcu przyjęto od niej w gotówce te 20 zł. A płakała z bezsiły i wstydu.

Istnieje takie nowoczesne określenie, które bezwstydnie zakłamuje rzeczywistość. Mam na myśli „cyfrowe wykluczenie”. Ma ono za zadanie nie nazywać rzeczy po imieniu, ale bez emocji wskazywać, że jakaś część współczesnych społeczeństw skazana jest na straty. To jest tak jak z chorobą, której nikt nie zamierza leczyć, czekając aż dotknięci nią wymrą. Po cichu i bez skargi.

W istocie mamy do czynienie nie z „wykluczeniem cyfrowym” ale z „cyfrowym wypędzeniem”. Rzecz w tym, że w całym świecie, także w Polsce, żyją ludzie, którzy nie potrafią przyswoić sobie, działania technologii i techniki obsługiwania cyfrowych urządzeń.

Źródła wypędzenia

Są dwa źródła tego wypędzenia. Pierwsze to wiek i towarzyszący mu biologiczny lęk. Starzy ludzie boją się operować w świecie Internetu, bo są pełni obaw, że popełnią jakiś straszny błąd, że stracą emerytury, że ktoś wedrze się na ich konta do banku. Ten lęk ich paraliżuje.

Drugie źródło jest ekonomiczne i w najmniejszym stopniu niezawinione przez „wypędzonych”. Dzisiejszy świat coraz agresywniej handluje w Internecie, w Internecie reklamuje polityków i idee. I ci sprzedawcy dobrze wiedzą, że adresowanie ofert do „wypędzonych” mija się z celem. To dotyczy nie tylko ludzi starych, ale także ludzi z biednych krajów. Z takimi nie da się ubić dobrego interesu, więc po co zawracać sobie nimi głowę?

A jak czuje się człowiek, który nie rozumie o czym mówią jego dzieci i wnuki? Albo jak czuje się biedny mieszkaniec Ameryki Południowej, Afryki, który wie, że atrakcyjny świat istnieje, ale gdzieś bardzo daleko od niego. Fizycznie blisko, przez ścianę, ale psychicznie na antypodach.

W miarę postępu, a właściwie coraz silniejszej inwazji cyfryzacji rośnie ilość „wypędzonych cyfrowo”, bo odbiorcy tych nowinek, czyli obywatele muszą mieć coraz większe umiejętności w posługiwaniu się światem cyfrowych atrakcji.

Oczywiście są różne stopnie upośledzenia „wypędzonych”. Część z nich potrafi rozmawiać przez komórki, ale niekoniecznie napisać SMS. Potrafią nawet przeglądać wiadomości w swoich komórka, ale nie są w stanie pokonać lęku i zalogować się do banku, urzędu, lekarza. I na tych ludziach dzisiejszy świat postawił krzyżyk.

Terror cyfryzacji

Wytwórcy urządzeń cyfrowych są niezwykle obrotni i coraz bardziej agresywni we wciskaniu światu swych produktów. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że na aplikację, która uruchomiona została przed wyborami w październiku 2023 roku, wydano niemal dwa miliony złotych. Aplikacja miała podnosić transparentność wyborów. Wynalazek ten przysłużył się zaledwie ośmiu użytkownikom.

Weźmy też pod uwagę, że sporo kosztują również oprogramowania do e-recept, internetowego zapisywanie się do lekarza, do banku, do urzędów. Teraz już urzędnicy i inni ze sfery usług nie kontaktują się z podległą im ludnością oko w oko, ani przez telefon. Komu to służy? Teoretycznie nam wszystkim, ale w praktyce tylko urzędnikom. Urzędnik jest dzisiaj anonimowy i bezkarny. Czyli pełna abstrakcja urzędniczej wolności.

Mamy też kupowanie przez Internet biletów kolejowych, elektronicznych kart tramwajowych, autobusowych, biletów teatralnych, kinowych. To jest już norma. Ale niebawem stanie się psim obowiązkiem obywatela.

Starzy, wypędzeni ludzie

Weźmy pod uwagę, że telewizja pojawiła się w Polsce pod koniec lat 50., pierwsze komputery osobiste to lata 90., a telefony komórkowe pojawiły się na dobre pod koniec XX wieku. Tym samym mamy w kraju sporą rzeszę obywateli (mających te same prawa, co inni), którzy urodzili się jeszcze przed telewizją i przed komputerami. Dziś ci ludzie mają po siedemdziesiąt i osiemdziesiąt lat. Czyż rozwój technologii cyfrowych nie ogranicza ich praw? Oczywiście ogranicza, ale kto z młodych będzie się tym przejmował?

Ministrem cyfryzacji oraz wicepremierem został w nowym rządzie pan Krzysztof Gawkowski, pasjonat i entuzjasta „ucyfrowienia” Polski. Kilka lat temu opracował on program wyborczy SLD. Księga miała ponad 200 stron. Co już było bardzo dziwne, bo nikt tego nie był w stanie przeczytać. No, może poza rodziną pana Gawkowskiego.

Najdziwniejsze jednak było w tym programie to, że ponad 70 procent tekstu pan Krzysztof Gawkowski poświęcił konieczności „ucyfrowienia” Polski. Boję się zatem, że teraz, gdy cyfryzacja wpadła w ręce tego demona cyfryzacji, mogą nadjeść jeszcze gorsze czasy dla starszych ludzi. Historia poucza nas bowiem, że obsesjonaci jednej idei mogą być naprawdę groźni.

Prawo dla obywatela, czy urzędnika?

Oczywiście nie występuję tu przeciw technologicznemu postępowi, bo dostrzegam jego korzyści. Staję jednak w obronie tych, którzy nie są w stanie z tej nowoczesności korzystać. I mają święte obywatelskie prawo żyć po swojemu. Trochę to tak, jakby Sejm i Senat uchwaliły, że każdy Polak musi mieć smartfon, pod groźbą publicznych szyderstw, kijów, a nawet publicznych egzekucji. Każdy z nas powinien mieć wybór, jak skontaktować się z urzędem: osobiście, telefonicznie lub przez Internet. Wybór, nie przymus!

Może Rzecznik Praw Obywatelskich powinien zająć się równym dostępem do urzędów, bankowości, usług medycznych i innych społecznych aktywności osób starszych, o których piszę? Jeżeli nie mamy w tej mierze do czynienia z dyskryminacją, ze względu na wiek, to jak to zjawisko nazwać? „Wykluczeniem cyfrowym”? Wolne żarty.

Nie oczekuję też dla „wypędzonych” litości. Bo to złe uczucie, które jest dzieckiem buty. A właśnie   butą grzeszą oblatani w poruszaniu się po cyfrowym świecie. Wydaje się im, że są najlepsi w dziejach, z wszystkich pokoleń ludzkości. A czy któryś z tych komputerowców napisał na swojej klawiaturze coś na miarę Owidiusza, Szekspira lub Moliera?

Zatem więcej pokory moi drodzy nowocześni, bo ani na jotę nie jesteście mądrzejsi i bardziej zdolni od tych, których nowy cyfrowy świat napawa lękiem i którzy się w tej nowoczesności gubią.

 

Apel i analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Do sąsiadów Ukraińców

Jestem zwyczajnym Polakiem, jednym z wielu. Nie mam odwagi żeby przypisać sobie prawo do mówienia za innych, mogę mówić za siebie, ale wydaje mi się, że na tle innych historii, moja jest na tyle podobna, że można w jakimś stopniu założyć, że wielu z nas myśli podobnie. Tym bardziej, że mam wrażenie, że jakoś nikt nie jest zainteresowany tłumaczeniem Ukraińcom czy światu motywacji Polaków, więc może ja spróbuję.

Tuż po wybuchu inwazji Rosji na Ukrainę 24 lutego 2022 (w wojnie, która trwa przecież już od 2014) byłem w szoku. Pomimo licznych oznak nadchodzącego kataklizmu, nie dopuszczałem do siebie myśli, że za mojego życia Rosja się na to poważy. Ale się poważyła. Jak wielu innych Polaków zrobiłem co mogłem. Mieszkanie po Babci wynajęliśmy uciekającym przed wojną Ukrainkom (płakały mi na ramieniu kiedy mówiłem im po rosyjsku – inaczej nie umiałem – „wy doma, nie ispugajties, wy doma”). Razem z Synami jeździliśmy na Dworzec Zachodni i Wschodni w Warszawie wozić jedzenie uchodźcom, a w Redakcji Tygodnika Solidarność urządziliśmy punkt zbierania ubrań, żywności i niezbędnych sprzętów, które na bieżąco odbierali goszczący u nas goście.

Pomoc

Moje państwo podjęło jeszcze większy wysiłek, na Ukrainę pojechały setki czołgów, wozów opancerzonych, moździerze, myśliwce, karabiny, śmigłowce, rakiety, potężne generatory, Starlinki i pewnie wiele rzeczy, do których rząd się nawet przed Polakami nie przyznał. Polska podjęła ogromny wysiłek finansowy w zakresie utrzymania ukraińskich uchodźców, w czym „proimigracyjna” przecież Unia Europejska nie pomogła Polsce prawie wcale. Dla UE ważni byli imigranci zarobkowi z Afryki, a nie prawdziwi uchodźcy wojenni z Ukrainy. Ten ogromny wysiłek Polska poniosła samotnie. Dlatego uważam, że rację mają ci ukraińscy politycy, którzy mówili, że „bez Polski Ukraina by nie przetrwała”.

Oczywiście mieliśmy w tym również interes. Lepiej Putina zatrzymywać na Dnieprze niż na Bugu, a tym bardziej na Wiśle. Ale jednak, jak to się mówi „bliższa koszula ciału”, nie wydaje mi się żeby Niemcy zrobili dla Polaków to co Polacy zrobili dla Ukraińców. Za to wydaje mi się, że Ukraińcy mają ogromne szczęście, że ich sąsiadem jest Polska, a nie Niemcy. Pamiętacie Szanowni Ukraińcy jak Was Niemcy, ówcześni „strategiczni partnerzy” i obecni „wielcy przyjaciele Ukrainy” potraktowali? Pamiętacie jak mówili Waszym dyplomatom, że ‘nie ma sensu Wam pomagać”? Jak miesiącami wysyłali Wam „5 tysięcy hełmów”, które okazały się kaskami budowlanymi? Przecież to była ta sama administracja Olafa Scholza, która obecnie kłamie na temat pomocy Ukrainie kilkukrotnie zawyżając jej wartość i wielokrotnie nie dotrzymując słowa. Czy jakiekolwiek państwo w historii zrobiło coś takiego jak Polska zrobiła Ukrainie, kiedykolwiek w historii? Czy w takiej sytuacji można by oczekiwać pewnej wdzięczności?

A co Polska otrzymała w zamian (nie twierdzę, ze od Ukraińców, myślę, że ci są tak samo okłamywani przez ukraińskojęzyczne media na Ukrainie jak Polacy przez polskojęzyczne w Polsce, mam na myśli ukraińskie władze) po tym jak skończyły się Jej „prezenty’? Wasz prezydent, Wołodymyr Zełenski nawet nie kiwnął Palcem żeby zezwolić Polakom na ekshumacje ofiar Rzezi Wołyńskiej, choć nie kosztowałoby go to nic, tylko świstek papieru. Nie zrobił tego ani w rocznicę w 2022 roku, ani w 2023 i nie zrobi tego w 2024. Za to oskarżył Polskę o prorosyjskie motywacje na forum ONZ i w sporym stopniu, uderzając tym samym w narrację PiS o bezwzględnej pomocy Ukrainie, pomógł osadzić w Warszawie człowieka Berlina, Donalda Tuska, którego zadaniem, oczywiście moim skromnym, szarym zdaniem, jest możliwe ograniczenie samodzielności Polski i demontaż jej ewentualnych przewag konkurencyjnych wobec Niemiec (nie jest również żadnym „przyjacielem Ukrainy”, sprawdźcie kiedy po raz pierwszy po inwazji Ukrainę odwiedził). Zapewne się tego ze swoich ukraińskojęzycznych mediów nie dowiecie, ale tak jak Zełenski był w Polsce długo bohaterem, tak dziś sięga niewiele powyżej zera.

Desperacja rolników

Czytam na Waszych forach i w Waszych mediach jak wyklinacie polskich rolników od czci i wiary. Wielu z tych rolników również Wam pomagało. A zadajecie sobie pytanie co nimi kieruje? Dlaczego protestują? Zadaliście sobie pytanie dlaczego rolnicy protestują w całej Europie? Może warto żebyście spróbowali to zrozumieć? Otóż Unia Europejska, do której tak bardzo chcecie wstąpić (ja  tego nie neguję, rozumiem, że macie prawo i swoje powody), w jakimś sensie oszalała i dla realizacji obłąkanych klimatycznych pomysłów jest gotowa zniszczyć rolnictwo w całej Europie. W sensie klimatycznym niczego to nie zmieni, ponieważ Europejczycy nadal będą musieli jeść, tylko żywność dla nich nie ma być produkowana na terenie Europy, ale w Ameryce Południowej i na Ukrainie. W ogólnym bilansie emisji gazów, biorąc pod uwagę wyśrubowane europejskie normy i wydłużenie tras dostaw, sytuacja zapewne nawet się klimatycznie pogorszy. A piszę, że „oszalała w jakimś sensie”, ponieważ akurat (co za przypadek!) sprawa wygląda całkiem racjonalnie z punktu widzenia Niemiec, które same nie mają jakiegoś szczególnie potężnego rolnictwa, ale chętnie w zamian za żywność sprzedadzą do Ameryki Południowej swoje samochody i w zamian za zniszczenie np. polskiego rolnictwa (z punktu widzenia Niemiec świetny interes, jak za darmo), przekupią wpływowe koncerny rolne pasożytujące na Ukrainie, które z kolei, tu uważajcie, będą stanowiły silne proniemieckie lobby w nadchodzącej presji na „pokój” z Rosją.

Rozumiecie ten mechanizm? Wiem, że nie i to nie dlatego, że jesteście „głupi”, tylko dlatego, że ze swoich ukraińskojęzycznych mediów się tego nie dowiecie. Mówi się Wam, że „Polacy wysypują ukraińskie święte zboże”, nie powinni wysypywać, nie uważam żeby to była właściwa forma protestu, ale to nie jest „ukraińskie zboże”. To jest waluta gigantycznych koncernów, które eksploatują Ukrainę i zdaje się nawet nieszczególnie płaca podatki do jej budżetu. Zdecydowana większość nie jest ukraińska, a nawet ciężko określić jakiej są narodowości, to międzynarodowe potężne pasożyty, które wykorzystują słabość państwa ukraińskiego. A teraz są ugłaskiwane przez Niemcy obietnicą zniszczenia europejskiego rolnictwa i zwiększenia bajońskich zysków, bo przecież bardziej opłaca im się sprzedawać w Europie niż w Afryce.

Rolniczy problem

Tyle że jest pewien problem, bo europejscy, w tym polscy rolnicy, nie chcą się na to zgodzić. Wyobraźcie sobie, ze inwestując latami w swoje gospodarstwa, rozwijali je zaciągając milionowe kredyty żeby się dostosować do wyśrubowanych europejskich norm. Mają pozwolić to zniszczyć? Wy byście pozwolili? Zresztą nie chodzi przecież tylko o ich partykularny interes. Chodzi również o nasze bezpieczeństwo żywnościowe. Widzieliście jak podczas pandemii zerwane zostały światowe łańcuchy dostaw? Widzieliście jak wyglądała „solidarność europejska”, kiedy to państwa, w czym chyba, co za przypadek, przodowały Niemcy, kradły sobie nawzajem transporty środków medycznych? A jeśli Rosja, co nie daj Boże, napadnie na Polskę pozbawioną własnego rolnictwa, to czy Polska może liczyć na przychylność Niemców w zakresie transportu żywności przez ich terytorium (pamiętacie jeszcze jak transporty dla Ukrainy musiały omijać terytorium Niemiec?), czy może lepiej tego nie sprawdzać?

Przyjrzyjcie się też proszę swoim rządzącym. Czy naprawdę tak jak usiłują przedstawić, „starają się z Polską dogadać’, czy też może w ich interesie jest eskalacja konfliktu? Czy wobec porażek militarnych nie potrzebują zwrócenia uwagi na inny „front”, na którym używają swoich europejskich (a de facto niemieckich) przyjaciół do „dyscyplinowania” Polski. Czy ogłoszona w świetle kamer propozycja Zełenskiego, który oficjalnie wzywa do rozmowy Andrzeja Dudę i Donalda Tuska, ale nieoficjalnie też nieustanie łajająca Polskę Ursulę von der Leyen, na pewno jest szczera? Z kim tak naprawdę chce rozmawiać?

Spróbujcie zrozumieć

Prawdopodobnie okienko możliwości „wielkiej miłości polsko-ukraińskiej’ już się zamknęło i dalibóg, nie mam takiego przekonania, że z winy Polaków. Nie mam również przekonania, że z winy większości Ukraińców. Ot, daliśmy się rozegrać Niemcom jak dzieci, nie pierwszy raz w historii. Trochę szkoda, bo razem mogliśmy naprawdę zbudować coś samodzielnego. A tak, my walczymy o suwerenność, a Wy o przetrwanie. Postawiliście znów na Niemcy i  w moim najgłębszym przekonaniu, znów się na tym „przejedziecie”, ale cóż, ja Wam przyjaciół nie będę wybierał, gdybym miał dziś ponownie przyjąć czy nakarmić ukraińskich uchodźców ponownie bym to zrobił, podobnie jak wielu rolników jak sądzę. I choć mam wielką ochotę napisać „my”, to postaram się trzymać konwencji mówienia za siebie – Ja życzę Wam, bo uważam, że swoją dzielną walką udowodniliście, że macie do tego absolutne prawo, utrzymania niepodległej, wolnej Ukrainy, zwycięstwa nad kremlowskim imperium zła i tego żebyśmy pozostali sąsiadami. Wygrajcie tę wojnę, albo chociaż przetrwajcie.

A żebyśmy mogli być sąsiadami żyjącymi w zgodzie, czy choćby ze sobą rozmawiającymi, wyjdźcie proszę z bańki informacyjnej ukraińskojęzycznych mediów (my również staramy się wychodzić z baniek informacyjnych należących do obcych koncernów mediów polskojęzycznych) i spróbujcie zrozumieć. Polscy rolnicy, czy szerzej europejscy rolnicy mają powody żeby protestować, a wręcz mają powody do desperacji. Głupie banery – naprawdę dziwne jak na polskie warunki, moja rodzina to w większości rolnicy i naprawdę wiem co mówię, to karygodne, ale w istocie wobec strategicznej istoty problemu – to didaskalia. Polska oddała Wam co mogła, ale rolnictwa oddać nie może.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ich wielki wróg – „Ogień”

Zmarł tuż po północy 22 lutego 1947 r. w szpitalu w Nowym Targu. Józef Kuraś, ps. Ogień. W walce z jego zgrupowaniem w latach 1945–1947 zginęło ok. 60 funkcjonariuszy komunistycznego UB, 27 NKWD, 40 milicjantów. Do dziś (post)komuna tej porażki majorowi Kurasiowi nie może zapomnieć.

Bo Józef Kuraś, ps. „Ogień”, „Orzeł” to wybitny polski żołnierz i dowódca partyzancki, walczący o wolność i niepodległość Polski. W latach 1939-1945 walczył z okupantem niemieckim, w latach 1945-1947 z okupantem sowieckim i podległymi mu komunistami.

W czerwcu 1943 r. w odwecie za egzekucję agentów Gestapo Niemcy zamordowali jego żonę, dwuipółletniego syna i ojca. Ciała zamordowanych i rodzinny dom Kurasia spalono. To tylko utwardziło go w dalszej walce z wrogami Ojczyzny.

Po zajęciu Polski przez Związek Sowiecki Józef Kuraś cieszył się wielkim poparciem wśród miejscowej ludności, którą ochraniał przed narzucaną siłą przez sowietów komunistyczną władzą.

Eugeniusz Wojnar, propagandysta komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej w Nowym Targu, pisał po latach, że „»Ogień« wówczas panował w terenie, stanowił siłę, miał swoje oddziały w każdym niemal zakątku. Jego wpływy sięgały tak daleko, że nawet organa władz bezpieczeństwa i milicji nie były od nich wolne”. Inny PPR-owiec, Bronisław Pawlik, alarmował: „Chłopi znów po wsiach pomagają mu, przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja w terenie się wcale nie rozwija, a cały Komitet Powiatowy pracuje pod strachem”.

Wybitny polski działacz niepodległościowy Stefan Korboński, delegat rządu RP na kraj, określał „Ognia” mianem „króla Podhala” i „tatrzańskiego Janosika dwudziestego wieku”.

A tak (14 listopada 1946 r. w liście do Bieruta) Józef Kuraś wypunktował cele swojej walki: „Oddział Partyzancki »Błyskawica« walczy o wolną, niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Walczyć będziemy tak o granice wschodnie, jak i zachodnie. Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne polityki państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony”.

Z tych samych powodów – walki o wolną, niepodległą Polskę, ochrony ludności, wśród której cieszył się autorytetem i szacunkiem – był wrogiem komunistów, których Polacy uważali za okupantów. Przez dwa lata okupacji Polski (1945-1947) komuniści byli zbyt słabi, aby pokonać „Ognia”. Dlatego wymyślali i szerzyli kłamstwa na temat polskiego dowódcy. Komunistyczna propaganda przedstawiała go jako „psychopatę”, „odznaczającego się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej”, „znanego już przed wojną koniokrada”, którego „najgorliwszymi współpracownikami” byli „członkowie SS i gestapo”, pomocnika „wilkołaków i pokrewnych ruchów faszystowskich” chcącego zamienić Podhale w „krainę obłędnych »ogników« niosących pożogę i mord”.

Kłamliwe oskarżenia i szalejący terror komunistyczny osłabiały siły „Ogniowców”, i ostatecznie doprowadziły do śmierci dowódcy. Józef Kuraś zmarł po walce z funkcjonariuszami komunistycznego UB i KBW 22 lutego 1947 r. w Nowym Targu. Do dziś nie udało się odnaleźć jego szczątków, ukrytych przez oprawców.

O historii Józefa Kurasia wielokrotnie wypowiadali się naukowcy, prawnicy, historycy, pełniący często wysokie funkcje państwowe. W 2006 r. prezydent RP Lech Kaczyński razem z synem „Ognia” Zbigniewem Kurasiem odsłonił w Zakopanem pomnik upamiętniający Józefa Kurasia i jego kilkudziesięciu podkomendnych, poległych w walce z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem w latach 1943-1950.

Prezydent Lech Kaczyński powiedział wówczas: „W ramach przywracania pamięci, postanowiłem, żeby tutaj dzisiaj być. Postać „Ognia” jest postacią godną upamiętnienia, chociaż wiemy o tym, że do dzisiaj budzi ona różnego rodzaju spory”.

Sekretarz Rady Pamięci Walk i Męczeństwa historyk Andrzej Przewoźnik podczas uroczystości stwierdził, że Józef Kuraś „Ogień” należy do polskich bohaterów, których należy naśladować, a Polska spłaca wobec niego dług. Podkreślił, że jeśli ktoś nie zrozumie historii Kurasia, nie zrozumie historii powojennych czasów.
Andrzej Przewoźnik dodał, że komuniści dwukrotnie zabijali Kurasia: najpierw fizycznie, a potem niszczyli i zakłamywali pamięć o nim.

W 2005 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył żonę „Ognia” – Czesławę Bochyńską Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za „działalność na rzecz niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej”.

Narazili się mafii – ANDRZEJ KLIMCZAK o rocznicy śmierci słowackiego dziennikarza Jána Kuciaka

W szóstą rocznicę śmierci zamordowanego dziennikarza śledczego Jána Kuciaka i jego narzeczonej, Martiny Kušnírovej, dzisiaj (21 stycznia)  o godzinie 18.00, przed ratuszem miejskim w Preszowie na Słowacji odbędzie się manifestacja organizowana przez stowarzyszenie obywatelskie „Otwarta Brama” oraz dziennikarza z Preszowa, Jozefa Jurcisina.

Uroczystości uświetni występ Edo Klena, znanej na Słowacji folkrockowej grupy muzycznej. Organizatorzy zapowiadają, że nie zabraknie również utworu: „Ballad of Ján and Martin”. Przypomniana zostanie historia wydarzeń na Słowacji, które doprowadziły do zamordowania dziennikarza i jego narzeczonej, oraz historia procesu, który nie doczekał się skazania wszystkich winnych.

Całe wydarzenie będzie szeroko relacjonowane na portalach społecznościowych.

Organizatorzy podczas manifestacji chcą ogłosić konkurs na wykonanie tablicy pamiątkowej poświęconej zamordowanym. Tablica ta zostanie umieszczona w Alei Mladámanželov w miejscu, w którym fotografują się nowożeńcy. Potencjalnie w tym miejscu mogliby się sfotografować Ján i Martina, gdyby morderstwo nie przekreśliło ich życiowych planów.

Ján Kuciak, dziennikarz śledczy, oraz jego narzeczona Martina Kusznírova zginęli 21 lutego 2018 roku. Do zbrodni doszło w ich domu w Veľkiej Maczy, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Bratysławy.

21 marca 2018 przed śledztwem mającym jeszcze trwać pięć lat, Sasa Uhlowa, reportrerka z A2larm.cz pisała: „Jest czwartkowy wieczór, następnego dnia ma się odbyć kolejna demonstracja zorganizowana przez ruch ‘Opowiedzmy się za uczciwą Słowacją’ (Postavme sa za slušné Slovensko). Już od kilku tygodni Słowacja wrze. Protestujący na ulicach ludzie żądali i doprowadzili do dymisji premiera Roberta Ficy oraz ministra spraw wewnętrznych i wicepremiera Roberta Kaliňáka. Protesty zapoczątkowało zabójstwo młodego dziennikarza Jána Kuciaka i jego dziewczyny Martiny Kušnírovej, których znaleziono zastrzelonych w domu w wiosce Veľká Mača koło małego słowackiego miasta Galanta. Motyw zabójstwa nie został do tej pory wyjaśniony, ale śmierć Kuciaka i Kušnírovej wywołała lawinę antyrządowych protestów”.

Temat, nad którym Kuciak pracował przed swoją śmiercią, łączy główną doradczynię kancelarii rządu Márię Troškovą z włoską mafią. Do tego doszło jeszcze wystąpienie prokuratora Vasiľa Špirki, według którego w roku 2010 zdymisjonowany wicepremier Kaliňák został skorumpowany, a później miał zastraszać prokuratora Špirkę, żeby przeszkodzić mu w badaniu sprawy. Przeciwko Kaliňákowi marsze antykorupcyjne organizowano jeszcze przed zamordowaniem Kuciaka i jego narzeczonej.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści współpracowali z gestapo

17 lutego 1944 roku komuniści z Armii Ludowej przy współpracy z gestapo przejęli archiwum Armii Krajowej i Delegatury Rządu na Kraj przy ul. Poznańskiej 37 w Warszawie.

Z ramienia Niemców akcję nadzorował Wolfgang Birkner, odpowiedzialny za rozpracowywanie polskiego podziemia, stojący wcześniej za zbrodnią w Jedwabnem. Wspólną akcję sowiecko-niemiecką zaproponował podwójny agent Bogusław Hrynkiewicz, który przeniknął do Delegatury Rządu, gdzie zajmował się… wywiadem antykomunistycznym! Jego przełożonym w sowieckim wywiadzie był Artur Ritter-Jastrzębski, najważniejszy agent NKWD w okupowanej Polsce i pierwowzór postaci Hansa Klossa.

Zbrodniczą akcję zatwierdził Marian Spychalski, członek Sztabu AL, późniejszy – o zgrozo – marszałek Polski. W biurze Spychalskiego pracowała Helena Wolińska, która zdobyte informacje wykorzystywała również po wojnie, gdy jako komunistyczna prokurator nadzorowała śledztwa przeciw AK-owcom.

Na Poznańskiej uprowadzono siedmiu żołnierzy AK, którzy zaginęli bez wieści, najpewniej zamordowani przez Niemców i/lub komunistów.

To był dopiero początek aresztowania polskich niepodległościowców przez obu naszych okupantów. Komunistyczny pułkownik Józef Światło, wicedyrektor X Departamentu MBP, który uciekł z PRL w grudniu 1952 roku, przekazując światu informacje o kulisach działania bezpieki i partii, w wywiadzie udzielonym Zbigniewowi Błażyńskiemu mówił: „Zgodnie z instrukcjami Moskwy, zgodnie z dyrektywami Nowotki, Findera, a później Bieruta, Jóźwiak [Franciszek Jóźwiak, późniejszy twórca MO, wiceminister bezpieczeństwa, towarzysz życia Heleny Wolińskiej] rozbudował współpracę z gestapo”.

Zbrodnia przy ulicy Poznańskiej 37 była elementem szeroko zakrojonej akcji dezinformacyjnej, kiedy komuniści przedstawiali członków polskiego podziemia jako… komunistów. „W akcji przeciwko organizacjom polskim komuna posługuje się m.in. metodą współdziałania z gestapo, denuncjując całe grupy, względnie poszczególnych członków organizacji polskich” – brzmiał raport Delegatury Rządu z maja 1944 roku.

Była jeszcze „wsypa” drukarni przy ulicy Grzybowskiej w okupowanej przez Niemców Warszawie. Polska Partia Robotnicza wydała lokal do gestapo. Żeby było ciekawiej – drukarnia nie należała do AK, ale do PPR (AL). W ten sposób komuniści wsypali samych siebie.

CEZARY KRYSZTOPA: Kogo słucha Donald Tusk?

Mówi się, że Donald Tusk zatracił słuch społeczny. Oczywiście nie wiem jak jest w istocie, ale wydaje mi się, że nie tyle zatracił, co słucha innego społeczeństwa niż się z pozoru wydaje.

No bo i rzeczywiście. Gdzie ucha nie przyłożyć, tam rządowa rzeczywistość skrzeczy. Koalicja 13 grudnia pod wodzą Donalda Tuska prawie od chwili kiedy przejęła stery, brutalnie przeczy wszystkim rzekomym ideałom, z którymi szła do władzy. W jej ramach ideały demokracji reprezentują łyse pały, które na rozkaz ministra ppłk Rympałka napadły na media publiczne, a ideały demokracji włamanie do gabinetu Prokuratora Krajowego Dariusza Barskiego. W kolejce stoją zapowiedzi napaści na Trybunał Konstytucyjny i Narodowy Bank Polski. Trudno nie zauważyć, że co bardziej przytomni dotychczasowi stronnicy „demokratów”, znajdują się co najmniej w pewnej konfuzji.

Życie jest gdzie indziej

To samo w kwestii inwestycji strategicznych, których symbolem jest CPK. Liczne sondaże wskazują na to, że większość Polaków popiera ich realizację, nawet. w ostatnim sondażu dla sorosowskiej Rzeczpospolitej na pytanie „Czy rząd Donalda Tuska powinien kontynuować zapoczątkowaną przez PiS budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego?” – 36,1% respondentów odpowiedziało „zdecydowanie tak”, 22,1 „raczej tak”, 15,2% „zdecydowanie nie”, 8,0% „raczej nie”, a 18,6% „nie wiem”. Mało tego, w badaniu poparcia dla CPK w poszczególnych elektoratach, wcale nie przoduje elektorat PiS, który owszem wynik ma tu wysoki – 76%, ale najwyższym wynikiem może się tu „pochwalić” elektorat Trzeciej Drogi – 85%. W tym samym czasie Tusk z koleżkami, bawią się w prymitywne i oznaczone na „X” specjalnymi „notkami społeczności” kłamstwa i obrażanie i imputowanie „brania pieniędzy” przez najbardziej aktywnych, jakby celowo zamykali się w wizerunkowej, coraz bardziej ciasnej, pułapce.

A cała ta historia z „rozliczeniami”? Świeżo wyleczony immunitetem z omdlenia Giertych, szalejący w mediach społecznościowych i polskojęzycznych, grozi wszystkim dookoła. Trzydzieści osiem sejmowych komisji ds. „rozliczenia pisowców” przekrzykuje się nawzajem walcząc o uwagę, podczas gdy, odnoszę wrażenie, że coraz mniej kogokolwiek obchodzą. Owszem, obsługują najbardziej tępy, krwiożerczy elektorat spod znaku ośmiu gwiazdek, ale życie w co raz większym stopniu jest tak naprawdę zupełnie gdzie indziej, gdzie indziej są nawet niektórzy ośmiogwiazdkowcy.

Zasada Popiołka

Tak mi się wydaje, że najlepszym kluczem do zrozumienia dlaczego Tusk robi to co robi, może być bodaj najbardziej znana wypowiedź znanego z „ośmiogwiazdkowych fascynacji” prawnika z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, prof. Wojciecha Popiołka, którego Koalicja 13 grudnia zrobiła szefem Rady Nadzorczej Orlenu, który na jednym z konwentykli, raczył by stwierdzić, że to nie wyborcy są suwerenem. Ja tam może prawnikiem nie jestem, ale z Konstytucji zdaje się wynika co innego. Popiołek, typowy przedstawiciel prawniczej, przekonanej o swoich nadprzyrodzonych właściwościach, kasty, miał na myśli to, że „suwerenem są wartości znajdujące się w prawie”, których ucieleśnianiem są oczywiście Popiołek z kolegami prawnikami, ale ja tak sobie myślę, że dla Tuska wyborcy mogą być suwerenem, ale musi tu chodzić o wyborców zupełnie innego państwa niż Polska. Bo rzeczywiście, polscy wyborcy jakby interesowali go coraz mniej.

Dlaczego? Nie wiem, ale przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Jedna trochę bardziej optymistyczna, w ramach której Tusk już szykuje sobie jakieś ciepłe gniazdko w Brukseli i poparcie Polaków do niczego mu niepotrzebne. Ot, zostawi znowu swoich wyznawców jak ostatnich frajerów, na przykład z Hennig-Kloską i Hołownią, tak jak kiedyś zostawił ich z Kopacz i Komorowskim. Jest to wersja bardziej optymistyczna, ponieważ oznacza, że pomimo strat będzie co odbudowywać.

Druga jest mniej optymistyczna. Być może Tusk ukrywa coś jeszcze lepiej niż ukrywał, że zgodził się na przymusową relokację imigrantów i nowe europejskie podatki i zgodził się, lub ma zamiar się zgodzić na takie rozwiązania w nowym Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, w których opinia Polaków nie ma już znaczenia, ponieważ niewiele od niech zależy. W takim wypadku, może już nie być czego odbudowywać, a przynajmniej, biorąc pod uwagę, że historia nigdy się nie kończy, przez jakiś, być może dłuższy, czas.

Kto rozbije bank?

Pozostaje pytanie – Dlaczego, skoro nie dba o poparcie Polaków, to sondaże wskazują wzrost poparcia dla Tuska i jego kamaryli? Zakładając, że wyniki sondaży w ogóle są cokolwiek warte, myślę, ze dzieje się tak dlatego, że wyborcy nie mają żadnej alternatywy, bo dla ewentualnych sierot, np. z Trzeciej Drogi, myślę, że alternatywą nie jest „spotkajmy się na ulicy”, potrzeba pozytywnej spójnej i wiarygodnej oferty na zasadzie „tamci to chaos, a my to ład”. Problem w tym, że obie główne partie na scenie politycznej, sprawiają wrażenie zamkniętych w paradygmacie „polaryzacji”, co determinuje ich działania i w jakimś sensie upodabnia.

Nie wiem jak będzie jutro, ale na dziś wydaje mi się, że polityczny bank rozbije ten, kto pierwszy znajdzie klucz do wyjścia z tego zaklętego kręgu.

O dużej aktywności w SDP przed zjazdem statutowym pisze Hubert Bekrycht: Tylko polityka może nas „uratować”

W niektórych jednostkach naszego stowarzyszenia trwa, jak co trzy lata, karnawał. Wreszcie – jak mówią niektórzy nasi członkowie – stowarzyszenie „ożyło”. Oczywiście to nieprawda, bo od jesieni 2021 roku w SDP trwa mozolna praca. Tylko po prostu spory są ciekawszym tematem rozmów niż długie zebrania. Jedni liczą już głosy, inni widzą na stanowiskach w zarządzie siebie albo swoich znajomych. Ktoś się wypowiada byle tylko był szum, ktoś inny – wydaje się, że całkiem anonimowo – delikatnie sugeruje to i owo. Karuzela, karuzela. Tymczasem pamiętajmy, zanim będą wybory do władz, 16 i 17 marca br. w Kazimierzu Dolnym odbędzie się Nadzwyczajny Zjazd Statutowo-Programowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Ostatnie dwa lata to żmudna praca Komisji Statutowej SDP, delegaci oddziałów i przedstawiciele władz pod prawniczym i administracyjnym okiem dyskutowali o przyszłym statucie – konstytucji SDP. Zaproponowali projekt tego dokumentu. Niestety, oprócz kilkunastu pilnych uczestników posiedzeń, delikatnie ujmując, wszyscy inni członkowie SDP nie są zbyt zainteresowani zmianami w statucie. A muszą one być wprowadzone.

Dlaczego?

Bo ta obecna jest mocno przestarzała i to ostatni moment, kiedy można coś zmienić z korzyścią dla członków stowarzyszenia.

Jeśli to nie zrobimy teraz to zmieni nas prawodawca, tylko wówczas nie będziemy mieli na to żadnego wpływu. Chyba, że SDP wprowadzi kiedyś do Sejmu kilkudziesięciu posłów, ale szanse na to są – na razie – marne. Dla przejrzystości dyskusji w przedzjazdowej gorączce dodam, że poprzednie zdanie to żart…

Chyba

Bo kandydatów byłoby sporo i to nie tych, o których mówią ludzie widzący siebie w polityce.

Statut i program wymagają pilnych korekt, ponieważ często w naszym statucie nie ma rozwiązań przystających do realiów trzeciej dekady XXI wieku. I to jest problem. Nasze stowarzyszenie „fruwało” przez ostatnie dwadzieścia pięć lat od zawodowej korporacji, poprzez tradycyjną grupę wsparcia aż do związków zawodowych. Żadne z tych rozwiązań nie jest dobre. Potrzeba kompromisu, którego nie znaleźliśmy. Czy się uda? Teraz?

Teraz

Bo jeśli nie, wyborcze zapędy w drugiej połowie roku mogą wysadzić w kosmos SDP.

To znaczy prawdziwie popchnąć stowarzyszenie w stronę polityki. I to nie w jej prawą stronę, co zawsze podnoszą nasi przeciwnicy. Zresztą najwięcej przeciwników SDP jest w samym SDP…

Polityka może pomóc

Bo teraz właśnie wystarczy się jej przyjrzeć, aby wiedzieć, dlaczego politycy obecnie rządzący krajem tak chcą zniszczyć SDP i niezależne dziennikarstwo.

SDP nie było w smak żadnej władzy, poprzedniej też nie (niech się krytycy przyjrzą), ale teraz rządząca ekipa, chce elektronicznym ogniem i mieczem wypalić ślady naszego oporu wobec największej próby zniszczenia mediów po 1989 roku.

Albo będzie skansen

Bo nas do tego skansenu politycy wepchną, bo silny SDP nie podoba się nikomu.

Czy mamy być tylko stowarzyszeniem organizującym, całkiem nieźle zresztą, imprezy kulturalne i wieczorki literackie? To byłoby na rękę obecnie rządzącym. Dlatego zanim pokłócimy się na zjeździe wyborczym, trzeba dobrze zastanowić się nad programem na najbliższe lata i uchwalić w końcu statut.

Bo minister Sienkiewicz zbuduje nam skansen w Kazimierzu, gdzie inni dziennikarze i „dziennikarze” oraz pracownicy mediów będą nas tam oglądać. Co trzy lata.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak Putin mówi: nie będę atakował, to znaczy, że szykuje się do ataku

Prezydent Rosji Władimir Putin w wywiadzie dla byłego prezentera amerykańskiej telewizji Fox News Tuckera Carlsona powiedział, że Moskwa nie jest zainteresowana inwazją na Polskę czy Łotwę. Jednak światowa opinia publiczna odebrały te słowa jako chęć uśpienia czujności krajów NATO.

Jak zauważają obserwatorzy, słowa Putina stoją w sprzeczności z jego działaniami. Każdy, kto zna styl rosyjskiego prezydenta, odebrał jego wypowiedź jak groźbę – jeśli powiedział, że nie będzie atakował, oznacza to, że jest już przygotowany do ataku. Wcześniej Putin twierdził na przykład, że granice Rosji nigdzie się nie kończą i są one tam, gdzie jest język rosyjski. Rosyjskie czołgi z reguły podążały za językiem rosyjskim, a Moskwa deklarowała, że ​​wszędzie ma takie czy inne interesy. Dziś Putin mówi, że „nie interesuje nas Polska, Łotwa ani gdziekolwiek indziej. Czemu to robić? Po prostu nie jesteśmy zainteresowani… To jest całkowicie wykluczone.” Ważne jest jednak to, że „przed inwazją Rosji na Ukrainę na pełną skalę Putin i inni rosyjscy urzędnicy wielokrotnie stwierdzali, że Kreml nie przygotowuje wojny na dużą skalę” – zauważa RFE/RL.

Ważna jest też wypowiedź Putina o ewentualnym scenariuszu wysłania wojsk do Polski: „Tylko w jednym przypadku, jeśli Polska zaatakuje Rosję”. Przecież rosyjska propaganda wciąż wmawia na całym świecie, że to nie Rosja zaatakowała Ukrainę, a wręcz przeciwnie, „ukraińscy naziści zaatakowali Rosję”. Inny scenariusz rosyjskiej propagandy szerzy zaś fałszywy pogląd, że „zbiorowa akcja zmusiła Rosję, aby zaatakować Ukrainę”. Dlatego Putin tymi słowami daje do zrozumienia, że ​​jeśli się zdarzy atak na Polskę, to rosyjska propaganda będzie przedstawiać to jako atak Polski na Rosję. Takie scenariusze stosowali także Ribbentrop i Mołotow, którzy pod koniec lat 30. XX w. mówili, że to Polska zaatakowała Niemcy. Albo jeszcze prościej – czy Rosji trudno jest zorganizować nowy „incydent gliwicki”?

Jak zauważyli analitycy amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) „prezydent Rosji Władimir Putin wykorzystał wywiad z amerykańskim dziennikarzem Tuckerem Carlsonem jako kremlowską operację informacyjną skierowaną do zachodnich odbiorców, która usprawiedliwia rosyjską agresję na Ukrainę i twierdzi, że Rosja jest zainteresowana zakończeniem wojny na Ukrainie w drodze negocjacji”.

Analitycy instytutu twierdzą, że Putin udaje zainteresowanie negocjacjami, aby wykorzystać rozejm do przyszłej ofensywy: „ISW w dalszym ciągu uważa, że ​​stanowisko negocjacyjne Putina nie uległo zmianie: nadal dąży do zniszczenia Ukrainy i próbuje wykorzystać rozejm do stworzenia sprzyjających warunków dla rosyjskiego wojska do rozpoczęcia kolejnej, bardziej skutecznej wojny z Ukrainą”. ISW uważa, że ​​Putin zademonstrował ogólną wrogość wobec Zachodu i fałszywie oskarżył Zachód o zmuszenie Rosji do ataku na Ukrainę. Jednocześnie w wywiadzie prezydent Rosji próbował postawić tezę, że Rosja atakując Ukrainę chciała zakończyć wojnę. Fałszywie twierdził, że zamiast wypełniać porozumienia mińskie, Ukraina „rozpoczęła przygotowania do operacji wojskowych… Naszym celem jest zakończenie tej wojny. I nie rozpoczęliśmy tego w 2022 roku, to jest próba zatrzymania tego” – powiedział Putin w rozmowie z Carlsonem.

Analitycy instytutu zauważają, że rosyjski prezydent chciał w ten sposób „wykorzystać wywiad do absurdalnej reinterpretacji Rosji jako ofiary, a nie inicjatora niesprowokowanej rosyjskiej wojny agresywnej przeciwko Ukrainie” i w ten sposób zmylić publiczność co do tego, co faktycznie się wydarzyło.

Odnosząc się do oskarżeń Putina o wykorzystywanie przez NATO Ukrainy do budowy baz wojskowych, ISW zauważył, że ​​„na Ukrainie nie było i nie ma baz wojskowych NATO”. Analitycy twierdzą, że „te narracje mają na celu wsparcie wieloletnich wezwań Putina do ‘demilitaryzacji’ Ukrainy, która prawdopodobnie ma na celu pozbawienie Ukrainy środków na samoobronę i umożliwienie Rosji narzucenia siłą Ukrainy swojej woli, gdy Kreml tak pragnie.”

Ponadto ta operacja informacyjna miała na celu zaprzeczenie ukraińskiej państwowości, można to uznać za „pisanie wielowiekowej historii na nowo”, co nie usprawiedliwia rosyjskiej inwazji na Ukrainę – czytamy w raporcie. „Federacja Rosyjska dwukrotnie jednoznacznie uznała suwerenność Ukrainy w jej obecnych granicach – w 1991 i 1994 r. Akceptacja argumentacji Putina o prawie Rosji do przymusowego przerysowania granic Ukrainy według własnego uznania jest zaproszeniem dla wszystkich potężnych państw, które mają historyczne roszczenia do atakowania i zajmowania ziem swoich sąsiadów” – przypominają analitycy instytutu.

O ile wiadomo, podejrzana jest także postać samego dziennikarza, który rozmawiał z Putinem. Carlson, znany ze swojej podżegającej retoryki i teorii spiskowych, powiedział, że informowanie ludzi należy do jego „obowiązku”. Został on jednak zwolniony z Fox News w zeszłym roku w wyniku skandalu i procesów sądowych w związku z zarzutami o oszustwo wyborcze. Carlson później założył własny program w serwisie X, dawniej Twitterze. Europejscy politycy wezwali do rozważenia możliwości wprowadzenia zakazu wjazdu na terytorium UE dla Carlsona.

Jednocześnie można stwierdzić, że tym razem Putinowi nie udało się oszukać świata. Przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, holenderski admirał Rob Bauer, powiedział, że Sojusz potrzebuje „transformacji podejścia do prowadzenia działań wojennych”. Później dodał, że Zachód powinien przygotować się na „wojnę totalną” z Rosją.

Prezydent Rosji Władimir Putin nie ma zamiaru wyrzekać się agresji, bo od niej zależy jego „polityczne przetrwanie” – stwierdził w opublikowanym 8 lutego wywiadzie dla EuroEFE wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej Josep Borrell.

„Czy sądzi pan, że jeśli Rosja zainstaluje na Ukrainie marionetkowy reżim podobny do tego, jaki ma na Białorusi, a wojska rosyjskie znajdą się na granicy z Polską, to czy wyjdziemy z kłopotów, czy będziemy mieć duże kłopoty?” – zapytał dyplomata. Według niego Kreml nadal jest „sąsiadem, który nie wie, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna”, a porażka Ukrainy będzie oznaczać obecność armii rosyjskiej na granicy Europy.

„Oznacza to, że Putin może myśleć: skoro wygrał raz, dlaczego nie może wygrać drugi raz? Oznaczałoby to na przykład, że Rosja kontrolowałaby 35% wszystkich światowych rynków pszenicy. Istnieją perspektywy, które ludzie muszą poznać, jeśli chcemy być świadomi” – powiedział.

Jednocześnie dowódca armii rumuńskiej Giorgitsa Vlad podkreślił, że ludność Rumunii, podobnie jak całej Unii Europejskiej, „powinna się martwić”, ponieważ „Federacja Rosyjska nie zatrzyma się na Ukrainie…”

W styczniu estońska premier Kaja Kallas ostrzegła, że ​​Europa ma od trzech do pięciu lat na „przygotowanie się na możliwe zagrożenie militarne ze strony Rosji na wschodniej flance Sojuszu Północnoatlantyckiego”. W rozmowie z „The Times” odniosła się do szacunków estońskiego wywiadu, według których „Rosja w przypadku hipotetycznego zawieszenia broni na Ukrainie potrzebowałaby od trzech do pięciu lat, aby przywrócić zagrożenie militarne na granicy wschodnich członków NATO.”

 

WALTER ALTERMANN: Finansowe błędy językowe – kwestarz czy kwestor?

Bardzo często można usłyszeć, że jakiś człowiek zbierający datki na zbożny cel to kwestor. Ostatnio taki lapsus zaprezentowano na antenie Canal+, w programie „Pokochaj swój ogród”, 8 II 2024 roku. Chodziło o szlachetnego człowieka, który w Anglii odwiedzał nałogowo bary i puby. Jednak nie w celu upijania się, ale po to, żeby uzyskać wsparcie od bywalców tych lokali na leczenie chorych dzieci.

Niestety w programie pada informacja, że jest on kwestorem. Otóż to błąd. Ten, który zbiera datki to kwestarz, a kwestor, to pracownik wyższych uczelni, który zajmuje się ich finansami. Prawdopodobnie „kwestor” został ukuty od „kwestarza”, ale z pewnością ten szlachetny Anglik był kwestarzem.

Przy okazji – polecam „Pamiętniki kwestarza” niedużą opowiastkę Ignacego Chodźki, wydaną po raz pierwszy drukiem w roku 1844. Jest to opowieść narratora, zakonnego kwestarza, który dla swych braci zbierał datki na utrzymanie i działalność religijną. Forma pamiętnikarska pozwoliła Chodźce na ukazanie prywatnych scen z życia zaścianka, a także wielkich wydarzeń historycznych widzianych z tej perspektywy. Powieść zawiera malownicze opisy obyczajów szlachty litewskiej tuż przed zaborami i w okresie napoleońskim, a przede wszystkim barwne portrety postaci charakterystycznych: fikcyjnych i historycznych (Radziwiłłowie, Napoleon). Dzieło Chodźki pełne jest barwnych opisów życia codziennego litewskich zaścianków, ale też ustawianych wyborów, warcholstwa, zapiekłości w sporach i pospolitych bijatyk między bracia szlachecką. Polecam.

Dowcipy ludyczne czy ludowe?

W TVP Kultura widziałem ostatnio rozmowę z popularnym aktorem, który grał w serialu „Ranczo”. Nazwisko aktora pominę, bo to aktor dobry i facet sympatyczny, ale nie odpuszczę mu błędu językowego. W pewnym momencie powiedział bowiem: „Ja wiem, że niektóre dowcipy w serialu były takie… bardziej ludyczne.”

Więc informuje od razu, że nie ma dowcipów ludycznych. Bo ludyczny, to tyle co zabawowy, a nie ma dowcipów które służyłyby zasmucaniu widza, czytelnika, słuchacza. Każdy dowcip ma nieść z sobą zabawę! Ludyzm to cecha ludzka, bo człowiek bez zabawy zmarniałby i sczezł od zgryzot, i smutków.

Kogo bardziej interesuje temat ludyczności, tego odsyłam do wielkiego dzieła Johana Huizingi „Homo ludens”, wydanej w roku 1938. Tamże dowiemy się, że homo ludens (z łaciny w dosłownym tłumaczeniu „człowiek bawiący się”) to koncepcja człowieka, przedstawiona przez autora we wzmiankowanym dziele, zakładająca, że u podstaw ludzkiego działania znajduje się zabawa, gra i współzawodnictwo.

Tedy inkryminowany aktor (z serialu „Ranczo”) powinien powiedzieć, że w serialu pojawiały się też dowcipy przaśne, proste, ludowe a nawet siermiężne. Naprawdę język polski jest bogaty, tyle, że trzeba to bogactwo znać.

 Pasa nie zapinać

WP Wiadomości, 30 stycznia 2024 roku, pisząc o nagrodach w Kancelarii Prezydenta RP, w tytule notki informuje: „Pora na zapinanie pasa”.

Z tekstu notatki wynika, że nadeszła pora na oszczędności w najwyższych urzędach. Jednak „zapinanie pasa” nic, w tym przypadku, nie znaczy. Owszem jest w języku polskim zwrot „zaciskanie pasa”, który jest synonimem oszczędności, ale „zapinanie”?

W dawnych wiekach, gdy na kraj nadchodziły ciężkie czasy, mówiło się, że przyjdzie pora zacisnąć pasa, bo brzuchy szlachty mocno się zmniejszą. Z kolei o czasach tłustych, saskich mawiano: „Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa”.

Komu zatem przyszło do głowy zastąpić „popuszczanie” „zapinaniem”? Może w redakcji WP zatrudniono jeden z wczesnych modeli sztucznej inteligencji? A może zatrudniono – w ramach oszczędności – imigrantów, którzy tłumaczą przy pomocy słowników internetowych?

Procedura to nie dyskusja

W czasie pierwszego spotkania komisji śledczej, wizowej, 6 II 2024 roku, dało się usłyszeć, jak zawsze w takich razach, niemało uniesień i odwołań do „wielkiej misji”, jaką wzięli na siebie posłowie, będący tej komisji uczestnikami. Co zresztą uważam za przykrą normę.

Zadziwił mnie tylko jeden z posłów PiS, który powiedział: „Będziemy tu procedować nad sprawami…” Otóż, poseł się myli, bo procedowanie oznacza tyle, co postępowanie zgodne z procedurami. Zatem nie można „procedować nad sprawami”. Można natomiast „procedować sprawy, tematy”. A już najlepiej byłoby stwierdzić, że: „Będziemy rozważać sprawy…”.

Niestety to częsty błąd przedstawicieli elity politycznej kraju. Parlamentarzyści uważają bowiem, że procedowanie równa się dyskusji. A tak nie jest.