Za Zamek, za Katyń, za Sybir, za krew/Zapłaci „Zapory” piechota – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o mjr. Hieronimie Dekutowskim

7 marca 1949 r., został stracony, wraz z sześcioma podkomendnymi – żołnierzami WiN. Podstawą był wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, chyba najbardziej krwawego trybunału śmierci w stalinowskiej Polsce. Tak zginął Hieronim Dekutowski „Zapora”, jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki, najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. Dziś Poczta Polska zabija pamięć o „Zaporze” wycofując przygotowany przez siebie znaczek z podobizną Pana Majora.

W czasie niemieckiej okupacji, cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Aresztowany we wrześniu 1947 r., podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Zamordowany, po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Władysław Siła-Nowicki, powojenny polityczny przełożony Dekutowskiego, inspektor Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie, ps. Stefan pisał o tym tak: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, «trzęsło» połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”. Dlatego komuniści postanowili ich zlikwidować.

Egzekucję mjr. Hieronima Dekutowskiego, ps. „Zapora” 7 marca 1949 r. zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski. Powołując się na odrzucenie próśb o łaskę przez Bieruta, wniósł o natychmiastowe rozstrzelanie „Zapory” i skazanych z nim WiN-owców: kpt. Stanisława Łukasika, ps. „Ryś”, por. Jerzego Miatkowskiego, ps. „Zawada”, por. Romana Grońskiego, ps. „Żbik”, por. Edmunda Tudruja, ps. „Mundek”, por. Tadeusza Pelaka, ps. „Junak”, por. Arkadiusza Wasilewskiego, ps. „Biały”.

Garnowski, przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, w czasie wojny AK-owiec, ma na koncie wiele wyroków śmierci na polskich niepodległościowców. Wyrok, po rocznym brutalnym śledztwie w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, wydał 15 listopada 1948 roku. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy), Józef Badecki (przewodniczący). Władysław Siła-Nowicki, który był jednym z podsądnych, wspominał: „Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków. Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca, był cały czas bardzo grzeczny. Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…”.

Siła-Nowicki wspominał dalej, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”. Badecki też przed wojną ukończył prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, po wojnie orzekł co najmniej 29 kar śmierci wobec wrogów „ludu”.

„Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie, nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane”.

Tak swoją wizytę w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie wspominała Irena Siła-Nowicka, żona Władysława Siła-Nowickiego.

Z więziennego biura przepustek Irena Nowicka poszła do aresztu na Rakowieckiej: „Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Suchej. (…) Jak się okazało tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi…”.

„Pluton egzekucyjny” stanowił jeden morderca: st. sierż. Piotr Śmietański, który, wzorem sowieckim, uśmiercał skazańców strzałem w tył głowy. Ten sam oprawca zabił też innych bohaterów walki o wolną Polskę, w tym rotmistrza Witolda Pileckiego. Przy wyroku asystował naczelnik więzienia, lekarz i kapelan.

 

Pisane w świetle latarki – SZÓSTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Średniowiecze przyszło do piwnicy. Oleksandr przytwierdza świece do betonowych ścian. Sąsiedzi używają telefonów zamiast latarek. Od czasu do czasu wpadają na siebie w ciemności… – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ, trzeci TUTAJ, czwarty TUTAJ, piąty TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

3 marca 2022, czwartek

Godz. 8.00, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Rano coś już bardzo grzmi. Nauczyliśmy się już odróżniać „wyjazd” od „przyjazd”. Teraz mogę usłyszeć, co słychać z zachodu. To znaczy, oczywiście, są to Rosjanie, którzy zajęli już Borodiankę, Niemiszajewo oraz inne wsie i weszli do Worzela. Stamtąd strzelają.

Chłopcy z sąsiedztwa, którym udało się już przeprowadzić rekonesans, mówią, że w Buczy słychać strzały z broni automatycznej. Barbarzyńcy próbują więc zdobyć miasto…

Godz. 10.13, Bucza, ul. Energetyków 12, Urząd Miasta Bucha. Z pamiętnika Serhija Kulidy

W tajemnicy przed Tamarą postanowiłem dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja w Urzędzie Miasta. Udałem się tam ostrożnie, kryjąc się w cieniu okolicznych domów. Ani jednej żywej duszy na ulicy. Jakoś mroźno i wilgotno. Przelatuje mały, mokry płatek śniegu. I niespodziewana cisza… No, prawie…

Zerkam ostrożnie zza rogu Urzędu Miejskiego i widzę przy wejściu pięciu mężczyzn ubranych w ukraińskie mundury. Obserwuję, jak mówią do swojego smartfona, że ​​„nad miastem Bucza wisi ukraińska flaga” i podnoszą ją na maszt.

Z radości pobiegłem, kulejąc, do domu, aby przekazać dobrą nowinę – nasze miasto zostało wyzwolone. Ale nie zdążyłem się podzielić się „dobrymi wiadomościami”, ponieważ rakiety zaczęły gorączkowo latać nad domem.

Nieco później Roma przeczytała na portalach społecznościowych wiadomość, że hordy wkraczają do Buczy z różnych stron. Mam pytanie: co to było z tym podniesieniem flagi? Czyżby Bucza została „wyzwolona” tylko na dziesięć, piętnaście minut, a potem dostała się ręce kacapów? Co to jest? Głupi pijar? Próbowali podnieść morale? Jak mawiała Ninusia, gdy była nastolatką: „Jesteś dziwny!”

Godz. 19.32, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nastrój wszystkich jest, delikatnie mówiąc, zły. Sąsiedzi, podobnie jak my, weszli do swoich podziemnych „kabin” i niemal szeptem omawiają sytuację. Jasne, że można się spodziewać nieproszonych gości…

Doświadczona Tatiana, o której już wspomniałam, spaceruje wśród ludzi i radzi, aby w miarę możliwości chować zagraniczne paszporty i kosztowności w jakiejś kryjówce. Może ona ma rację.

Nagle to przerażające oczekiwanie zostało przerwane przez zięcia.

– Chodźcie, mama Toma i tata Seryoza, napijmy się! – Denis pocieszał się. – Zabrałem kolekcję z baru. Tak, na wszelki wypadek… Proszę… Kto ma ochotę na whisky, a może koniak, wino… Nie wstydzić się…

Co zaskakujące, propozycja zięcia zadziałała. Ludzie wyraźnie się ożywili. Tamara zaczęła szukać słodyczy, a ja „szczerze zazdrosny” (od dziesięciu lat nie piję alkoholu) zaczęłam parzyć kawę. Jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba…

I tak dzień minął aż do wieczora. Nie bez powodu średniowieczni Europejczycy nazywali wódkę aqua vitae – „wodą życia”. A Maksym Rylski, który lubił „używać”, napisał kiedyś wiersz o następującej treści:

Nasz Kijów jest sławny

Najdroższe nam:

Jest też aqua vita,

Znajduje się tu także świątynia nauki.

4 marca 2022, piątek

Godz. 9.20, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Wszystko więc wskazuje na to, że Bucza jest okupowana. Nie mogę uwierzyć, że to napisałem. Jakie skur…

Dawno, dawno temu moja babcia Hanna, jeśli pojawiały się jakieś kłopoty życiowe, powtarzała: „Aby tylko wojny nie było”. Ja, nastolatek, nie zwracałam zbytniej uwagi na jej wypowiedzi. I teraz zrozumiałem, co moja babcia miała na myśli. To upokarzający stan, kiedy zostaje się pozbawionym możliwości wpływania na otaczające nas wydarzenia, kiedy życie nasze i bliskich zależy od okoliczności, nastroju czy „dobrej woli” jakiegoś rosyjskiego kretyna, który potrafi zastrzelić człowieka dla zabawy lub tortury…

Z krążących po mieście informacji o barbarzyńskim charakterze Rosjan już wiadomo, że ich jednostki przypominają Sonderkommando, a Ukraińcy w ich rozumieniu (Putin wielokrotnie to podkreślał w zawoalowany sposób)  to podludzie. Gorsza rasa. A teraz Rosja przystąpiła do „ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej”. Podobnie jak naziści eksterminowali Żydów podczas II wojny światowej.

Mam przeczucie, że może nas czekać coś na wzór Holokaustu. Przypomnijcie sobie choćby Baturyn z listopada 1708 roku, gdzie Rosjanie na rozkaz Piotra I bezlitośnie wymordowali ponad 10 tysięcy Kozaków i mieszczan.

Pogrzebałem w swoich notatkach i znalazłem wymowny cytat Mykoły Markewicza o „Rzezi Baturyna”. Historyk napisał, że osobista straż kozacka hetmana, serdiukowie, zostali częściowo wycięci, częściowo związani linami w jeden tłum… Mieńszykow polecił katom rozstrzelać; wojsko, wszędzie i zawsze gotowe do grabieży, rozproszyło się po domach zwykłych ludzi i nie odróżniając niewinnych od winnych, eksterminowało spokojnych obywateli, nie oszczędzając ani kobiet, ani dzieci. Zwykła śmierć sama w sobie polegała na ćwiartowaniu żywych, obracaniu ich i przebijaniu, a następnie wymyślono nowe rodzaje męki, których wyobrażenie budzi przerażenie.

I czy tylko w Baturynie „wielcy Rosjanie” dopuścili się nieludzkich zbrodni?…

Jestem pewien, że nietrudno zdać sobie sprawę, że kacapy pokażą na Ukrainie swoją prawdziwą naturę i w pełni zamanifestują bestialską istotę „ruskiego miru”.

I wtedy przypomniały mi się słowa wiersza, w którym jego autor Jewhen Jewtuszenko pytał: „Czy Rosjanie chcą wojen?” Dziś odpowiedź brzmi: tak.

Godz.13.00, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

– Na podwórko – ani kroku – rozkazuje mi Tamara. – Ludzie mówią, że Rosjanie szaleją. Potrafią strzelać za nic…

Obiecuję, że będę posłuszny. Ale bądź mądry, mój zawód pozostawia ślad w charakterze. Zawsze muszę być „wtajemniczony”…

W domu zabrakło prądu, ogrzewania i gazu.

Średniowiecze przyszło do piwnicy. Oleksandr przytwierdza świece do betonowych ścian. Sąsiedzi używają telefonów zamiast latarek. Od czasu do czasu wpadają na siebie w ciemności.

Posiadamy również mały zapas świec. Ponadto Tamara zorganizowała kuchenkę na naftę. Siedzimy w półmroku pod stłumionymi eksplozjami, pogrążeni w myślach. Czasem pod wpływem chwili rozmawiamy o błahych rzeczach.

Żona ubolewa, że można było wyjechać. Milczę, bo czuję się winny…

Ledwo widzę, co przed chwilą napisałam w notesie. Jest za ciemno…

Godz.18.30, Bucza, bulwar Leonida Biriukowa nr 2, supermarket „Silpo”. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Poszła plotka, że ​​„Silpo” zostało otwarte. To tylko trzysta metrów od naszego domu, postanowiłem więc udać się do supermarketu. Tamara kategorycznie się temu sprzeciwiała, ja jednak uparłem się przy swoim zdaniu – rezerwy nie pozwolą nam długo wytrzymać. Choć w lodówce, która już nie działa, zostało jeszcze trochę mięsa, ryb i kiełbasy przechowywanych na „czarną godzinę”. Żona narzeka, ale zgadza się:

– Tylko bądź ostrożny. Błagam cię…

Wziąłem torbę i wprost wzbiłem się w powietrze. Ostrożnie przeszedłem przez łuk łączący nasze podwórko z bulwarem Chmielnickiego. Rozglądając się, przebiegłem przez ulicę i na skrzyżowaniu z autostradą skręciłem w lewo, w kierunku „Grand Bourget”, gdzie znajduje się „Silpo”. Po drodze dogoniłem grupę ludzi, którzy również wybierali się na zakupy.

W pobliżu „Grand Bourget” leżał niewybuch z „Gradu”, dalej – nasz pojazd bojowy. Jakiś starzec w pobliżu „Silpo” opowiadał, że rosyjscy żołnierze wyważyli drzwi do marketu i na jego oczach weszli do środka…

Wewnątrz „Silpo” był tłum ludzi, którzy w ciemnościach zamiatali z półek wszystko, co wpadło im w ręce. Czułem się jakoś nieswojo, że tak naprawdę muszę rabować… „Teraz nie chodzi o sentymenty” – uspokoiłem swoje nadszarpnięte sumienie. Musisz przetrwać…

Do torby wrzucam kawę, herbatę, kilka opakowań różnego rodzaju płatków… Ktoś krzyknął w ciemności: „Tutaj konserwy!” Ale kiedy poszedłem w stronę skąd dochodził głos, mądrzejszych buczan było już tam pełno. Podniosłem kilka puszek „byczków w pomidorach”, które leżały na podłodze i bardzo mnie to ucieszyło. W pobliżu działu z chlebem znalazłem dwa bochenki. Zostały oczywiście zdeptane, ale były w celofanie, więc zmieniły jedynie kształt, stając się czymś w rodzaju lawaszu. I nagle – cud! Wpadam na stojak z krakersami, ciasteczkami i goframi, który nie został jeszcze splądrowany. To szczęście!

Na zewnątrz jest zimno i pada deszcz. Robi się ciemno.

Starsza kobieta po osiemdziesiątce ledwo wyciąga rower z pobliskiego „Epicentrum”.

– Babciu, po co ci on? – pyta mężczyzna. – Zaraz upadniesz gdzieś razem z nim.

– Dla wnuka – świszczy głośno staruszka, jedną ręką trzymając się za serce, a drugą mocno ściskając kierownicę jednośladu. – Na urodziny będzie…

Ale co tam babcia.. Inni z „Epicentrum” na wózkach ciągną „plazmy”, lodówki, pralki, fotele, pościel, cały asortyment… A także – co mnie po raz kolejny dziwi – zabawki. Wózki są pełne dziecięcych zabawek. Na twarzach rabusiów widać radość, a jednocześnie skupienie: „Musimy jeszcze wykonać kilka ruchów… Taki gratisik, do cholery”…

Zapaliłem i wróciłem do domu. Po drodze coś koło mnie kliknęło. Przyszło mi nawet do głowy, że trochę jakby cykada. Naprawdę to były… rykoszety od kul. Strzelali gdzieś od strony Worzela, ze znacznej odległości, więc nie trafili.

A ja, wyobraziłem sobie ten obrazek, niczym bajkowy Mikołaj z torbą prezentów i papierosem w zębach, rzuciłem się do najbliższego rowu biegnącego wzdłuż toru. Odpocząwszy chwilę, wkradłem się do domu w złowieszczym mroku. Szczęśliwy, że nie było ofiar.

W piwnicy niecierpliwie czekała jego żona.

– Już się o ciebie bałam – Toma mnie przytuliła. – Jesteś naszym żywicielem rodziny!

Pisane w świetle latarki w piwnicy.

Godz. 20.10, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Wieczorem „bankietowaliśmy”. W oczach moich bliskich byłem bohaterem! Właściwie to czułem się upokorzona faktem, że muszę zdobywać pożywienie w tak niegodny sposób. Ale co tu można zrobić… A la guerre comme a la guerre, jak mówią Francuzi…

Jedność to jedność, ale jak pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Solidarność nie jedno ma imię

Przed 4 czerwca ’89 roku oprócz wielkiej, bo dziesięciomilionowej, Solidarności była i Solidarność Rolników Indywidualnych z centralą w Małopolsce i przewodniczącym Józefem Śliszem na czele. Pamiętam taki epizod, jak w holu gmachu przy ul. Fredry koło Teatru Wielkiego w Warszawie stoi i czeka wielki chłop trochę stylizowany na Witosa – w białej koszuli pod marynarką ale bez krawata, w bryczesach i oficerkach.

Obok ktoś jeszcze – może był to Balazs, Janowski, Szymanderski albo Rayzacher. Szefostwo. Tam i z powrotem przemierzają przez hol niewysocy ale bardzo szybcy i okrutnie zaabsorbowani czołowi działacze panny „S”. Ale nie witają przybyszów z południowej Polski. Nikt się nie zatrzymuje przed nimi. Oni stoją, czekają. Mija kilkadziesiąt minut. Przyjechali do stolicy z Dębicy – o matko – pomyślałem sobie. Byłem tam jako reporter Studia Solidarność, przecież oni za chwilę zrobią w tył zwrot i odjadą. Solidarność rolników indywidualnych pójdzie swoją drogą. Co za organizacyjny bajzel.

Patrzę a tu idzie prof. Geremek, jeden z liderów. Podbiegam: – profesorze przecież to szefowie bratniego związku – wypaliłem. Pan Bronisław aż się żachnął. No oczywiście poszedł, a właściwie pobiegł do gabinetu i przyprowadził wszystkich ważnych kolegów. Sojusz robotniczo-chłopski został uratowany.

Teraz mamy dość podobną sytuację.  Tysiące kosynierów już drugi raz wybiera się do stolicy Polski a Piotr Duda mówi: „Jeśli Solidarność zostanie zmuszona do wyjścia na ulicę to pokażemy…”.

Popierają, ale to za mało. Idzie o przyszłość Polski, o sprawy nas wszystkich. Solidarność powinna być już jedna, jednolita w obronie tego co najważniejsze – tożsamość kraju. Niestety nawet w rolniczym łonie jest podzielona. Nie ma jednego kierownictwa na czele buntu.

Ambicje, przedwczesne bonzowskie obyczaje już dają o sobie znać. Ale przybywa ruchów oddolnych, stają na drogach zapory spontaniczne. Jak to było? „Gdy wieje wiatr historii… trzęsą się portki pętakom”. Zbuntowany powiew już idzie. Władza już wstała z foteli i wychodzi z gabinetów. Ale to wszystko spóźnione obiecanki, cacanki. Są najważniejsze dwie sprawy. I dobrze znane – zielony ład do kosza i zabójczy dla gospodarki import płodów rolnych. Tylko tyle i aż tyle.

Solidarność z przewodniczącym Piotem Dudą to 600-700 tysięcy członków. Bo tyle aktualnie płaci składki. Wielka siła. To nie miliony jak w 1980 roku, ale wystarczy aby powstrzymać działania szaleńców, którzy niszczą to co osiągnęliśmy w ostatnich dziesięcioleciach. Wszyscy razem. Właśnie ludzie pracy z legitymacjami lub bez. Trzeba jednak zatrzymać bieg do niszczenia dorobku a rolnicy nie mogą być samotni.

Ci u góry są z nadania tych z dołu. Tak przynajmniej być powinno. Rządzenie winno być uczciwe. Relacje o tym rządzeniu transparentne do dziesiątego miejsca po przecinku. Afery muszą być nagłaśniane. Media wolne. Era ogłupiania się skończyła. Nowi sprytnie przejmują wszystkie patriotyczne hasła. Modlą się jeszcze gorliwiej i niczego tutaj nie zmienią. Tak będzie. No i oczywiście są sprytni. Płacz i lament, że oni tego robić nie mogą, bo to zdrajcy i sprzedawczycy nic nie pomoże. Życie się toczy. Przekręty muszą być wyjaśnione. Utrzymywanie ich w tajemnicy to kwestia dni a nawet godzin.

Ludzie wybiorą uczciwych polityków, uczciwych niezależnych dziennikarzy. Co prawda nie wiem kiedy to wreszcie nastąpi ale oszustwo nie będzie chronione choć oczywiście trudno to doprowadzić do końca. Minister rolnictwa zapowiadał że wyjaśni sprawę 500 podmiotów gospodarczych zamieszanych w ukraińską aferę zbożową. Nie wyjaśnił, ale i jego już nie ma.

Teraz dowiadujemy się o dyplomach uczelnianych za kilka tysięcy złotych kupowanych korupcyjnie. Było tanio – jak za zboże. Wprawdzie rektor aferzysta ponoć bardzo popularny w warszawskim środowisku siedzi już w pierdlu a jego nazwiska nie można podawać. Nadal jednak cała sieć przestępcza i beneficjenci na wolności, a nawet w sejmie. Obdarowywano się na krzyż stanowiskami i pieniędzmi – ty pójdziesz do rady nadzorczej mojego komunalnego przedsiębiorstwa a ja do twojego. Posiedzenia rad nadzorczych dla tych cwaniaczków to za każdym razem 5 lub 10 tysięcy złotych. Niech sobie wyrobnicy pracują. My jesteśmy lepsza kasta. Teraz prosimy o nazwiska, na cito, bo inaczej mafijnego kręgu się nie przebije, nastąpi blokada informacji i nie dowiemy się kto handlował i jaki był cennik.

 

 

WALTER ALTERMANN: O walce ignorancji z tupetem

Jeżeli ktoś chciałby odnaleźć żywe relikty komuny, to podpowiadam, że najłatwiej będzie w Sejmie. Właściwie już wszyscy nasi posłowie i senatorowie – w tym posełki i senatorki – mówią językiem niesławnej pamięci nieboszczki komuny. Mówią one i oni tak: „Sprawa stanęła na Sejmie”. I jest to kalka języka działaczy PZPR, którzy twierdzili, że jakaś sprawa była rozpatrywana „na biurze politycznym”.

Poprawnie trzeba mówić, że sprawą zajmie się Sejm, że była rozpatrywana w Sejmie – w komisjach lub na posiedzeniach plenarnych. Myślę, że to okropne „na Sejmie” jest także skutkiem sznytu, szpanowania posłów. Wicie, tarzysze, rozumicie, my som swoi, som ważni i my to po koleżeńsku złatwim na Sejmie.

Sejm, podobnie jak teatr, ma co najmniej dwa podstawowe znaczenia: 1. Budynek, w którym się pracuje; 2. Zbiór posłów, urzędników sejmowych, którzy pracują w ramach określonych przepisów i obowiązków. A teatr to budynek oraz zjawisko wystawienia jakiejś sztuki – dramatu, komedii, tragedii.

Pora już mówić: „w Sejmie”. I pozbyć się poczucia, że posłowie są najlepszymi z najlepszych, że wolno im mówić jak im się podoba.

Urągać komu, czemu

Rolnik, biorący udział w manifestacjach mówi w TV Republika, 24 II 2024 roku: „To wszystko urąga na… nie wiem już na co.” Rolnik nie dziennikarz może mówić, jak chce. Ale odnotowałem ten przypadek, bo bardzo wielu dziennikarzy mówi tak samo.

Poprawnie jest tak, że coś urąga komuś, czemuś. I nie kombinujmy inaczej panie i panowie.

W tym przypadku na pewno nie case

„Teraz mamy kejs z prokuratorem Bilewiczem” – powiedział w rozmowie w TVN 24 Tomasz Żółciak, dziennikarz Gazety Prawnej, 26 II 2024 roku. Lubię rozumieć co do mnie mówią polscy dziennikarze, ale nie zrozumiałem o co panu Żółciakowi chodzi.

Po dłuższym zastanowieniu i sięgnięciu do słowników okazało się, że chodziło mu o to, że mamy casus prokuratora Bilewicza. Dlaczego zatem dziennikarz nie powiedział, że mamy przypadek lub casus prawny? Bo nie zna łaciny, ale zna angielski. I warto – tak uznał – pochwalić się tą dalszą znajomością.

I tak to nasz język jest coraz żwawiej opanowywany przez slang dziennikarski, w którym licha angielszcyzna walczy o lepszy z lichym (u tych dziennikarzy) językiem polskim. Bo gdyby po polsku mówili jako tako, to by wiedzieli, że jeżeli w naszym języku jest słowo, które znaczy to samo co w angielskim, to poprawnie jest użyć słowa rodzimego. A gdyby dobrze znali angielski, to też by wiedział, że case pochodzi właśnie z łaciny.

O kejsie to pan Żółciak może mówić do kolegów na kolegium redakcyjnym. A gdyby nie zrozumieli, to żaden się nie przyzna, bo dziś nie jest wstydem nie znać polskiego, ale jest wstydem nie mówić slangiem.

Moderunek

„Moderujemy format Grupy Wyszechradzkiej” – powiedział 27 II 2024 roku, w TVN 24, pan Wojciech Przybylski.

 

O sobie pan Wojciech napisał w Internecie, że jest politologiem, analitykiem politycznym, kieruje też prognozowaniem polityki Visegrad Insight w sprawach europejskich. Jest także prezesem fundacji Res Publica.

W sumie ma bardzo poważne zajęcia i funkcje. Ale jak ktoś tak poważny może mówić, że „moderuje format”. Sprawdziłem co znaczy moderowanie oraz format. I ze słowników wyszło mi, że:

Moderowanie to: 1. łagodzenie napięć między ludźmi; 2. kierowanie jakąś dyskusją, czuwanie nad jej właściwym przebiegiem.

Format natomiast to, w ogólnym znaczeniu, reguły, określające strukturę fizyczną, sposób rozmieszczenia, zapisu informacji danego typu. Format – w ostatnich latach – oznacza także organizację, sposób organizowania się sił politycznych.

Czyli w dalszym ciągu nie wiemy, co miał na myśli pan Wojciech Przybylski. Tłumaczenia, że właśnie on kieruje Grupą Wyszechradzką nie przyjmuję do wiadomości, bo jak widzimy nikt obecnie nie jest w stanie kierować Grupą V4., która w ostatnim czasie traci sens bytu, skoro interesy Polski i Czech są nie do pogodzenia z interesami Węgier i Słowacji.

A może czegoś nie wiem? Może pan Przybylski właśnie pociąga za wszystkie cztery sznurki?

Wnioski

Zastanawiam się, czy we własny kraju, za którego wolność moi przodkowie walczyli i ginęli muszę czuć się tak bardzo obco? Całkiem sporo o naszym języku wiem, ale coraz częściej zupełnie nie wiem co do mnie mówią dziennikarze i politycy. Czasem nawet myślę, że wszyscy oni, ci seryjni mordercy języka polskiego są skrytymi emisariuszami jakichś tajnych sił, dybiących na przyszłość naszego narodu.

Ale to tylko czasami tak podejrzewam, bo zdrowy rozsądek podpowiada mi, że raczej mamy do czynienia z niewyobrażalnym tupetem niedouczonych. Bo naprawdę trzeba mieć wiele tupetu, żeby ważyć się na publiczne wystąpienia w języku, który zna się w stopniu tak mizernym. No, ale gdy ignorancja walczy o lepsze z tupetem, to właśnie tak jest.

 

STOWARZYSZENIE DZIENNIKARZY POLSKICH: Kto ryje pod domem na Foksal?

W związku z kolejną manipulacją, czy też raczej prowokacją Press w  „artykule” SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza w Warszawie. SDRP protestuje, publikujemy proponowany przez nas tekst, który wyjaśnia sprawę oraz , co ważniejsze, odpowiedź prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego.

Przed tym jednak kilka słów od redakcji:

Nie wiadomo czy w związku z postępem w nowej, pięknej i uśmiechniętej, także medialnie Polsce, nie przyjdzie nam czytać jednej gazety wraz z jednym portalem internetowym, oglądać jednej telewizji, słuchać jednego radia. Zanim jednak to nastąpi proponujemy Press kilka nowych tytułów szkalujących Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich:

Warszawski ratusz nałożył na Dom Dziennikarza SDP astronomiczną kwotę dzierżawy, Press protestuje a SDRP prosi ONZ o zbrojną interwencję

Rafał Trzaskowski chce przekształcić Dom Dziennikarza SDP na Foksal w centrum biurowe, Press popiera a SDPR oferuje pomoc w przenoszeniu mebli

 SDP chce przenieść Dom Dziennikarza do Kazimierza Dolnego, Redakcja Press przeprowadza się na Foksal, SDRP zajmuje trzecie piętro

SDRP nie umie skorzystać z elektronicznych zabezpieczeń zainstalowanych skrycie i z oszczędności przez SDP i donosi o tym Press, minister Sienkiewicz wygląda z okna i wszyscy sprzedają Dom Dziennikarza na Foksal redakcji Sputnika

Redakcjo Press,

skorzystajcie z tych tytułów zanim, bez kontaktu z atakowanym SDP, przyjdzie wam napisać kolejne bzdury. Słuchajcie bredni I Sekretarza SDRP (założonego w stanie wojennym), ale przestańcie manipulować. Ot po prostu napiszcie, teraz już możecie otwarcie, że działacie, aby uśmiechnięta władza rządu 13 grudnia, była uśmiechnięta jeszcze bardziej a niedobitki z PZPR i prasy PRL śmiały się jeszcze bardziej. Z was, redakcjo Press.

Z ostatniej chwili – tekst w Press oczerniający SDP został zepchnięty przez redakcję na koniec Internetu, coraz trudniej go znaleźć. Nie żałuję.

Hubert Bekrycht, sekretarz generalny SDP i red. nacz sdp.pl

Domofony i kamery w Domu Dziennikarza – odpowiedź na publikację Press

20 lutego b.r. na portalu Press.pl ukazał się artykuł p.t. SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza w Warszawie. SDRP protestuje, który odnosi się do zmiany sposoby ochrony w budynku przy ulicy Foksal 3/5.  W lutym b.r. ze względów finansowych oraz z powodu konieczności poprawy poziomu bezpieczeństwa w budynku uzasadniona stała się zmiana sposobu jego ochrony i  wprowadzenie nowocześniejszych i powszechnie dziś stosowanych w tym zakresie rozwiązań – domofonów i kamer  monitoringowych zamiast ochrony fizycznej.

Wymowa artykułu  i jego tytuł (SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza) oraz opublikowane opinie niektórych najemców sugerują, jakoby SDP wprowadzało jakieś radykalne i szkodzące użytkownikom budynku działania. Tymczasem SDP nie zmieniło ani zasad, ani sposobu użytkowania lokali, które uregulowane są w umowach najmu. Zmieniono jedynie formę zabezpieczenia budynku. Budynek jest całkowicie otwarty od godz. 6:00 do godz. 20:00, a w pozostałych godzinach mogą z niego korzystać wszyscy najemcy pod warunkiem, iż sami (zdalnie, po przeszkoleniu)  zabezpieczą budynek po jego opuszczeniu. W Domu Dziennikarza został zainstalowany domofon, a każdy z najemców otrzymał urządzenie do jego obsługi i do otwierania drzwi swoim gościom. W tej sytuacji twierdzenia dotyczące rzekomej „niedostępności” Domu Dziennikarza, są nieprawdziwe.  Przy pisaniu artykułu nikt z redakcji Press nie kontaktował się z SDP, a przy tej okazji można było chociażby dowiedzieć się, iż nie ma wymienionego w artykule najemcy „Syndykat Dziennikarzy Polskich”, poznać szczegółowo zasady funkcjonowania budynku po wprowadzeniu monitoringu oraz chociażby skonfrontować słowa z oświadczenia SdRP o cyt. całkowitym upadku i częściowej dewastacji tego przybytku z rzeczywistością.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zapewnia, że Dom Dziennikarza przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie jest dostępny dla wszystkich dziennikarzy, można w nim organizować spotkania, konferencje i oczywiście bez problemu kontaktować się z każdym podmiotem, który ma u nas swoją siedzibę.

W związku z artykułem Prezes SDP Krzysztof Skowroński wysłał do Marka Twaroga, redaktora naczelnego Press.pl odpowiedź na artykuł z prośbą o jej publikację:

Odpowiedź prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego w związku z publikacją w Press

W związku z artykułem p.t. „SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza w Warszawie. SDRP protestuje” z dnia 20 lutego 2024 r. przedstawiamy odpowiedź SDP, ustosunkowując się do poszczególnych zarzutów zawartych w przedmiotowym artykule, który nie oddaje rzeczywistego stanu rzeczy. Ze względu na konieczność poprawy poziomu bezpieczeństwa oraz ze względów finansowych uzasadniona stała się zmiana sposobu ochrony budynku i wprowadzenie nowocześniejszych i powszechnie dziś stosowanych w tym zakresie rozwiązań.

W treści artykułu zawarto stwierdzenie, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zmieniło zasady użytkowania Domu Dziennikarza przy ul. Foksal, które utrudniają życie innym użytkownikom budynku. Przytoczono także zastrzeżenia najemców, wskazując m. in., że

„Stowarzyszenie Dziennikarzy RP zaprotestowało przeciwko ograniczeniu dostępu do Domu Dziennikarza. Zarzqdzajqce budynkiem SDP zrezygnowało z ochrony i recepcji, a v›prowadziło domofony, monitoring i karty ograniczajqce dostęp do niektórych stref budynku”.

Ton artykułu oraz zestawienie opinii najemców sugeruje zatem, jakoby SDP wprowadzało jakieś radykalne i szkodzące im działania. Tymczasem SDP nie zmieniło zasad ani sposobu użytkowania lokali, które uregulowane są w umowach najmu. Zmieniono jedynie formę zabezpieczenia budynku. Budynek jest otwarty od godz. 6:00 do godz. 20:00, a w pozostałych godzinach mogą z niego korzystać wszyscy najemcy pod warunkiem, iż zabezpieczą budynek po jego opuszczeniu. W Domu Dziennikarza został zainstalowany domofon (będzie uruchomiony od 1 marca), a każdy z najemców otrzymał urządzenie do jego obsługi i do otwierania drzwi swoim gościom. W tej sytuacji twierdzenia dotyczące rzekomej „niedostępności” Domu Dziennikarza, są nieprawdziwe.

Obecnie szereg instytucji rezygnuje z całodobowej ochrony fizycznej na rzecz monitoringu i stref ograniczonego dostępu (wspomaganych możliwym przyjazdem grupy interwencyjnej w razie naruszenia strefy chronionej). Ograniczenie dostępu do niektórych stref jest wymuszone wymogiem zwiększenia bezpieczeństwa poprzez wykluczenie poruszania się nieupoważnionych osób poza daną strefą. Powyższe działania zwiększają bezpieczeństwo wszystkich najemców, a kwestionowanie ich wskazuje na zwyczajne niezrozumienie sytuacji.

Inną kwestią jest merytoryczny poziom użytej argumentacji. Na przykład utworzone w stanie wojennym Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej w piśmie z dnia 24 stycznia 2024 r. zarzuca Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, iż zrezygnowaliśmy z fizycznej ochrony budynku do jakiej członkowie tego stowarzyszenia byli przyzwyczajeni od lat 70. ubiegłego wieku, wszystkich witał portier, a przez ostatnie lata życzliwy ochroniarz. Jednak oczekiwanie, by w 2024 r. stosować metody zabezpieczenia budynku sprzed 50 lat, wskazuje na niezrozumienie nowoczesnych standardów w zarządzaniu nieruchomością. SDP podjęło działania, które ma nie tylko zwiększenie bezpieczeństwa, ale jest po prostu opłacalne. Koszty ochrony fizycznej budynku w 2023 i 2024, za które ponosiło tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, znacząco wzrosły. Natomiast wypowiedzi protestujących organizacji, jak i wymowa całego artykułu, tchną myśleniem rodem z PRL: wynajmujący ma ponosić koszty wszystkiego, nie ma prawa wprowadzać zmian, rządzić mają najemcy, którzy chcieliby pozbawić SDP prawa własności budynku przywołując rzekome prawa Urzędu m. st. Warszawy. Konsekwentnie pomijają milczeniem to, że tylko SDP płaciło za ochronę fizyczną, bowiem cena tych usług nie była doliczona ani wkalkulowana w czynsz. Najwyraźniej te zasadnicze kwestie umknęły też autorowi materiału prasowego, który nie zechciał przed publikacją poprosić SDP o komentarz do tej sprawy.

Podsumowaniem niech będzie fakt, że w artykule wskazano jako jednego z użytkowników budynku „Syndykat Dziennikarzy Polskich”. Tymczasem w Domu Dziennikarza nie ma w ogóle takiego najemcy.

W imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pragnę zapewnić, że Dom Dziennikarza przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie jest nadal dostępny dla wszystkich dziennikarzy, można w nim organizować spotkania, konferencje i oczywiście bez problemu kontaktować się z każdym podmiotem, który ma u nas swoją siedzibę. Jednocześnie wyrażam zdziwienie, że przy pisaniu artykułu nikt z redakcji press.pl nie skontaktował się z SDP, przy tej okazji można było chociażby dowiedzieć się, iż nie ma wymienionego w artykule najemcy „Syndykat Dziennikarzy Polskich”, poznać zasady funkcjonowania budynku po wprowadzeniu monitoringu, oraz skonfrontować słowa z oświadczenia SdRP o cyt. całkowitym upadku i częściowej dewastacji tego przybytku oraz uzyskać informacje o tym, że do sekretarza generalnego SDRP Andrzeja Maślankiewicza uśmiechał się nie tylko portier w Domu Dziennikarza, ale też funkcjonariusze z Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej odpowiedzialnej za komunistyczne zbrodnie.

 

Krzysztof Skowroński, prezes SDP

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Czy stać nas na czekanie aż zaorze nas polityka rolna UE?

Budzą się narody tożsamościowo. A u nas miłośnicy Unii chcą nam i sami sobie ograniczyć władzę. Niemcy, zapłaćcie za krwawe zbrodnie, zrujnowanie kraju, rabunek gospodarczy. Oddajcie dzieła sztuki i bibeloty skradzione Polakom i Żydom polskim, które po dziadkach z Wehrmachtu trzymacie nadal na  półkach etażerek.  Młode pokolenie ogłupione chwilowo ocknie się wkrótce. Na pewno nie będziemy czekać aż cztery lata by doprowadzić do ruiny rolnictwa, by zdecydować  gdzie mają powstać atomowe elektrownie – na miejscu nadmorskiego lasu, czy tam gdzie woda do chłodzenia – np. w Żarnowcu. Nasze lasy i skarby ziemi pod nimi to niezbywalne bogactwo.  Tak jak węgiel – czarny i brunatny. Wara!

Niemieckie wiatraki zabiją miliony ptaków i nakręcą niebotycznie ceny prądu. Na dnie Bałtyku mamy jeszcze ponad 300 wrakowisk z wojny, a za 25 lat zalegną na płytkiej Ławicy Słupskiej i Zatoce Szczecińskiej setki bezużytecznych wież „ekonomicznych” kruszących się tam potem przez dziesiątki lat.

Panie Boże, oświeć tych idiotów, którzy z nienawiści do konkurentów politycznych tak zgłupieli że nie wiedzą co czynią. Nie leczona choroba rozwija się. To rak wylazł ze skorupy i niszczy. Niech na ubitej ziemi spotka się Czarnek z Tuskiem, niech pojedynek pokaże „19.30” i „Republika”. Nie mam wątpliwości kto zwycięży.

27 lutego rolnicy trzymali w rękach biało-czerwone flagi. 6 marca mogą postawić kosy na sztorc. Na co wy, bezdecyzyjni krętacze czekacie? Jeszcze się nowy Bartosz Głowacki nie wykluł a już premier uciekł do Pragi. Polscy rolnicy to już teraz nie tylko chłopi, ale potężni majątkiem menadżerowie i wszechstronnie przygotowani zawodowcy, ludzie ciężkiej pracy. Popatrzcie na nich w telewizji. Oni, tak jak Ślimak, nie oddadzą piędzi ziemi na zatracenie. Orkę na ugorze już wykonali. Ich wielkich traktorów nie zastawicie nawet czołgami.

Panie ministrze Siekierski, czy pan tego nie rozumie? Podjął się pan rzeczywiście trudnej roli, jest pan, jak mówią, nawet sympatyczny, ale to za mało. PSL-owskie szychy nie podjęły się kierowania resortem rolnictwa, bo to dla nich za trudne. Chowają się przed odpowiedzialnością. Oni nie z roli ani z soli. Ich nie boli. Marzą o Brukseli. Jeden z tych „zapowiadających się” pojechał i się roztył. Drugi sprzedał swoich wyborców. Teraz się kręci się jak … w przerębli. Jeszcze pcha się na mównicę, mimo że go już opuścili ci, którzy mu zaufali.

Na ekranach nowe twarze, które zapełniają place i ulice protestu. Posłuchajcie nie tylko co mówią, ale i jak mówią – składnie, zrozumiale i pięknie po polsku. Niestety bywa, że nowa władza nie tylko czeka ale i gwałtownie decyduje. To  z nauki m. in. wspaniałego profesora historyka Andrzeja Nowaka w polskim (jeszcze) radio w I programie przez cztery lata mówił systematycznie kilkaset razy o najważniejszych dla nas sprawach: historycznych i współczesnych. I nagle posadzona na stołku dyrektora pani nazwiskiem Stolarek zdjęła z dnia na dzień, arogancko, bezczelnie i bez uzasadnienia program profesora. Zapamiętajcie ludzie – Paulina Stolarek. Kto jej kazał? Sienkiewicz, Tusk? Ale to pani, pani Stolarek wykonała brudną robotę tak jak te osobniki, które wpychały do nosa rurkę pożywieniową bezbronnemu, torturowanemu w ten sposób człowiekowi. Że takie są przepisy? Ale to nie paragraf, to konkretna ręka hańbi się i pozostaje winna.

Już rolniczy protest nabiera siły. Wiodą go ci, którzy naprawdę żywią i bronią. To naród. Jest jak lawa. Spali padlinę i ochłapy władzy. Już nie będzie „gott mit uns”,, ani żaden Godot się nie przywlecze. Szósty marca – m zbiórka. Warszawa. Stolica Polski. Stolica wszystkich tych, którzy doń przyjadą. Obojętnie, na traktorach, czy nawet na oklep. Rumaki zwykłe i rumaki stalowe. Ulica Marszałkowska jest wystarczająco szeroka a pałace władzy nie są własnością zdrajców i sprzedawczyków. Złotoustych już nie będziemy słuchać. Decydenci podpiszcie: precz z zielonym ładem i z zatruwaniem Polski obcą żywnością. Podpiszcie się pod tym, – obojętnie prawą czy lewą ręką.

 

 

PIOTR TURLIŃSKI: Edgar Lee Masters – Antologia Spoon River

FRANK DRUMMER

Prosto z komórki w tę majaczącą przestrzeń –

zaledwie dwudziestopięcioletni!

Nie umiałem wysłowić, co kłębiło się we mnie,

i miasteczko obwołało mnie głupcem.

A przecież na początku miałem jasny zamiar;

szczytny i usilny zamysł duszy,

który nakazywał nauczyć się na pamięć

całej Encyklopedii Brittanica!

 

Pozwalam sobie zachęcić Państwa do przeczytania wielkiego dzieła Edgara Lee Mastersa, którym są jego epitafijne życiorysy. Pierwsze polskie wydanie, nakładem PIW, nosiło tytuł Umarli ze Spoon River i pochodzi z roku 1968. Drugie wydanie to Antologia Spoon River jest dziełem Michała Sprusińskiego – poety, krytyka i teoretyka literatury, który wiersze wybrał i przetłumaczył, a książkę opatrzył interesującym wstępem.

 

Ostatnie wydanie antologii Mastersa to rok 2000 i nosi tytuł Epitafia ze Spoon River. Na potrzeby tego felietonu posłużyłem się tłumaczeniem Sprusińskiego, i jego przekładem są też wszystkie epitafia, które tu przytaczam.

 

Edgar Lee Masters (ur. 23 sierpnia 1868 roku w Garnett w stanie Kansas. zm. 5 marca 1950 roku w Melrose Park w stanie Pensylwania) – jest autorem 21 tomików poezji, biografem (6 pozycji), dramaturgiem (12 utworów scenicznych) i powieściopisarzem (6 tytułów). Dorobek to obfity, ale znany jest jako autor Spoon River Anthology (1915) i to ona przyniosła mu uznanie. Dzieło zawiera aż 322  mikro biografie. Dzieło Mastersa ma znaczące miejsce w dziejach poezji amerykańskiej i światowej.

 

Publikacja tego zbioru epitafiów, będących sprzeciwem wobec hipokryzji amerykańskiego społeczeństwa, zburzyła karierę prawniczą autora w Chicago, bo ówczesna Ameryka nie akceptowała ludzi, którzy podkopywali (w mniemaniu elit) fundamenty systemu.

 

DOKTOR SIEGRIED ISEMAN

Powiedziałem sobie, gdy mi wręczali dyplom,

powiedziałem sobie, że będę dobry

i mądry, i dzielny, i pomocny innym;

powiedziałem, że wniosę wiarę chrześcijańską

w praktykowanie medycyny!

I jakoś świat i inny lekarze poznają, co w tobie, skoro już uczyniłeś

to postanowienie tak szlachetne z ducha.

A skutek jest taki, że cię zamorzą głodem.

I nikt do człowieka nie przyjdzie, tylko nędzarze.

I za późno się człowiek spostrzega,

że być lekrzem to też jest sposób zarobkowania.

I gdyś sam już nędzarz i dźwigasz

na karku wiarę chrześcijańską

oraz żonę i dzieci, ciężar zbyt to wielki!

Dlatego wymyśliłem Eliksir Młodości,

za co mnie wpakowano do więzienia w Peorii

z piętnem złodzieja i oszusta,

co stwierdził prawy Sędzia Federalny.

 

Na czym polega genialność pomysłu Mastersa? Na tym, że opisuje ludzkie losy (co jest zresztą zajęciem wszystkim poetów) ale w formie nagrobnych epigramatów. Nie są to teksty, które tak naprawdę ktokolwiek umieściłby na rodzinnym grobie, są to maksymalnie skondensowane, tragiczne losy poszczególnych ludzi, którzy niejako zza grobu niosą nam – czytelnikom – przesłanie, morał, skargę i przestrogę. Siła tych tekstów jest niebywała, i każdy, kto lubi poezję przyzna to z pewnością.

 

AS SHAW

Nie widziałem nigdy żadnej różnicy

między grą w karty o pieniądze

a sprzedawaniem nieruchomości

zawodem prawnika, bankiera, jakimkolwiek innym.

Bo wszystko jest przypadkiem

Niemniej

czy widziałeś przykładnego w pracy?

To on powinien stać przed Królami!

 

Co kieruje ludzkim losem? Dla Amerykanów z przełomu XIX i XX wieku było to bardzo ważne pytanie, niejako fundamentalne. Na takie pytanie odpowiedź mogła być tylko jedna – sukces jest zasługą ciężkiej pracy, błogosławionej przez Stwórcę.

 

Jednak Masters miał wątpliwości, a nawet uważał, że jest inaczej, że światem rządzi przypadek i bezwzględne dążenie, po trupach, do celu. Tym samy podważał doktrynę amerykańskich klas wyższej i średniej. To, dlatego konserwatywna Ameryka odrzuciła jego wiersze. Był groźny na równi z komunistami. Burzył podstawy purytańskiej doktryny, że o losach ludzi decyduje boska predestynacja.

 

Do bogactwa i znaczenia, według Mastersda dochodzi się krętymi scieżkami, które z moralnością nie mają nic wspólnego. Oszustwa, bezwzględność, pogarda dla słabszych są pierwszymi stopniami, które trzeba pokonać biegiem, by stać się w końcu kimś ważnym, bogatym. Filozofia Mastersa była groźna dla amerykańskich elit.

 

WIELEBNY HENRY BENNET

Nigdy nie wpadło mi to do głowy,

dopiero gdy byłem gotowy do śmierci,

że Jenny kochała mnie do końca ze złością w sercu.

Miałem siedemdziesiąt, ona trzydzieści pięć lat.

I wyniszczyłem się, cień prawie, chcąc być mężem dla

Jenny, różowiutkiej Jenny, pełnej czaru życia.

Cała moja mądrość i urok umysłu

nie daly jej żadnego zadowolenia tak naprawdę.

Mówiła nieustannie o olbrzymiej sile

Willarda Shafera, o jego wspaniałym wyczynie,

gdy wydobył z rowu ciągnik

pewnego razu u George’a Kirby’ego.

I tak Jenny dostała mój majątek i poślubiła Willarda –

górę mięśni! Błazeńską duszę!

 

Gyd chodzi natomiast o sztukę poezji: „Masters brutalnie zniszczył cały georgiański gorset sztywnych rytmów i rymów. Ostentacyjnie zrezygnował z wszelkich piękności obrazów bluszczowato przesłaniających dramaty jednostki. Zwykli ludzie mówią do nas o zwykłych sprawach zwykłym słowem. Patos wynika ze zderzenia zwykłości i eschatologii, codzienności z kanonem moralnym. Współczesnych poecie czytelników zaskakiwał też sposób widzenia świata. Jego bohaterowie mówią prawdę. Prawdę jak jest im dana i jaką zdolni są wypowiedzieć.” – pisze we wstępie tłumacz Michał Sprusiński.

 

Sporo modszy od Mastersa krytyk Van Wyck Brooks (rocznik 1889), zwolennik tezy, iż tradycja purytańska miażdży kulturę amerykańską, zapominając o estetycznej stronie życia na rzecz wartości materialnych, tak wyjaśniał powody mroczności świata Mastersa: „Oczywiście poeta spotęgował myśli samobójcze i brutalne (aż po zabójstwa) nastroje nastroje mieszkańców i wynikało to z logiki życia w Spoon River. Tu przypomnijmy, że tytułowe miasteczko jest tworem fikcyjnym, ale będącym odbiciem realnie istniejących miasteczek. W dziele Mastersa widzimy ludzi samotnych, żyjących w duchowej izolacji, zdanych tylko na siebie. Poeci, malarze, filozofowie, ludzie nauki i religii nie znajdują tutaj zrozumienia. Kult rzeczy, kult posiadania, pieniądz i władza rządzą suwerennie Spoon River. Ich rzecznikami stali się adwokaci i dziennikarze, właściciele bankui, niekiedy, duchowni”.

 

I na koniec, trzy życiorysy – fatalnie splątane ze sobą: prostytutki Aner Clute, prowincjonalnego amanta Luciusa Athertona i nieszczęsnego w miłości Homera Clappa. Trzy różne „życia”, których bohaterowie upadli na skutek samozakłamania i lekceważenia innych.

 

ANER CLUTE

Nieustannie wypytywali mnie,

gdy kupowałek wino czy piwo,

najpierw w Peorii, potem w Chciago,

Denver Frisco, Nowym Jorku, gdzie mieszkałam,

jak przyszło mi zyć w ten sposób

i jak się zaczęło.

Więc, mówiłam im, jedwabna suknia

i obietnica małżęństwa od bogacza

(był nim Lucius Atherton).

Ale naprawdę to było inaczej.

Powiedzmy, że jakiś chłopiec kradnie jabłko

z tacki w sklepie spożywczym

i wszyscy nazywają go złodziejem,

redakto, pastot, sędzia, dosłownie wszyscy –

„złodziej”, „złodziej”, „złodziej”, gdzie się tylko pojawi.

Nie może dostać pracy ani chleba

nie kradnąc, więc chłopiec będzie kradł.

To sposób, w jaki ludzie traktują kradziez jabłka,

robi z chłopca to, czym jest.

 

LUCIUS ATHERTON

Kiedy miałem kręcony wąsik

i krucze włosy,

kiedy nosiłem obcisłe spodnie

i brylantową spinkę,

byłem wspaniałym waletenm kier, wiele wziąłem lew.

Ale kiedy pojawiły się siwe włosy…

Pomyślcie! Nowe pokolenie dziewcząt

śmiało się ze mnie bez żenady

i nie miałem już podniecających przygód –

w których omal mnie nie zastrzelono jako diabła bez serca –

ale tylko nudne romanse, odgrzewane romanse

dawnych dni i innych mężczyzn.

I czas upływał, aż zamieszkałem w restauracji Mavera,

żyjąc z małych zamówień, siwy, niechlujny,

bezzębny, zgrany, wiejski Don Juan…

Jest tutaj możny cień, który śpiewa

o pewnej Beatrycze;

i widzę teraz , że siła, co jego uczyniła wielkim,

mnie zagnała na dno życia.

 

HOMER CLAPP

Często przy furtce Aner Clute

odmawiała pożegnalnego pocałunku,

mówiąc, że najpierw muszę się z nia zaręczyć;

tylko chłodnym uściskiem dłoni

życzyła dobrej nocy, gdy odprowadzałem ją do domu

ze ślizgawki czy z przedstawienia.

Kiedy cichły moje oddalające się kroki,

Lucius Atherton (dowiedziałem się, gdy Aner pojechała do Peorii

wślizgiwał się pod jej okno lub

brał ją na przejażdżkę zaprzęgiem rączych gniadych

na wieś.

Ten wstrząs mnie ustatkował

i włożylem wszystkie pieniądze po ojcu

w fabrykę konserw, aby uzyskać posadę

głównego księgowego, i straciłem wszystko.

Wtedy pojąłem, że jestem jednym z życiowych głupców,

którego tylko śmierć potraktuje jak równego

innym ludziom, tak że poczuję się mężczyzną.

 

Czy zachęciłem Państwa do przeczytania Antologii… Mastersa? Nie jest to poezja pisana „ku pokrzepieniu serc” kosztem prawdy o ludziach. Jest szczera do bólu. I dlatego jest wielka. Jeszcze raz zapraszam do lektury.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Konstytucja płacze nad Szymonem Hołownią

Dzięki pomocy sztucznej inteligencji, wybaczcie nie jestem tu ekspertem albo już można albo niebawem będzie można wytworzyć obraz i dźwięk nie do odróżnienia od oryginalnego nagrania. Oczywiście niesie to ze sobą wiele zagrożeń, w tym związanych z fałszerstwami wyborczymi, ale dla niektórych mogłoby się okazać szansą.

Dr Rafał Brzeski opisał na łamach Tysol.pl, jak już dzisiaj wygenerowane przez sztuczną inteligencję dźwięki i obrazy, wpływają na preferencje wyborcze. Opisał między innymi przypadek jednego ze stanów USA, gdzie chętnych do wzięcia udziału w republikańskich prawyborach demobilizowały masowe połączenia telefoniczne z wygenerowanym przez AI głosem Joe Bidena. Czy inny przypadek z Indonezji, gdzie wygenerowany przez sztuczną inteligencję obraz miał w kampanii wyborczej ocieplić wizerunek ministra obrony.

Przypadek Hołowni

Jako laikowi, wydaje mi się jednak, że skoro na tych, wygenerowanych przez AI filmach, które widziałem, widać było jednak pewną sztuczność, to chyba jednak technologia „wymaga” tu pewnego dopracowania. Oczywiście nie wykluczam, że powstały również filmy, których nie widziałem i które dowodzą, że obraz wygenerowany sztucznie nie odbiega jakością od obrazu prawdziwego.

Jednak o tym, że przynajmniej my tu w Polsce na tym etapie nie jesteśmy, świadczy przypadek Szymona Hołowni. Oto bowiem, przed wyborami, na bazie tefauenowskiego wesołka (piszę „wesołka” przez grzeczność, ponieważ w gruncie rzeczy jego typ „humoru” wywołuje u mnie raczej zażenowanie graniczące z bólem zębów), zbudowano niemalże wizerunek męża stanu, takiego fajnpolackiego, ale jednak męża stanu. Wykształconego (o czym mają świadczyć okulary), praworządnego (ostatecznie nad konstytucją nawet płakał) i rozsądnego.

A mogło być tak pięknie

A tymczasem od czasu, kiedy został wybrany marszałkiem Sejmu nie bardzo wiadomo czy się z niego śmiać czy nad nim płakać. W ciągu kilku tygodni Szymon Hołownia stał się jednym z głównych „Rympałków” Donalda Tuska, który zabrnął tak daleko w bezprawne działania wobec Kamińskiego i Wąsika, w tym łamanie prezydenckiego, zapisanego w Konstytucji, prawa łaski, że teraz to konstytucja płacze nad Hołownią. Złe pisowskie barierki „oddzielające Sejm od społeczeństwa” zastąpił uśmiechniętymi barierkami łączącymi Sejm ze społeczeństwem. A jakby nie było mu dosyć śmieszności, zagroził publicznie wdeptaniem Putina w ziemię.

Nie wiem jak i czym Szymon Hołownia chce Putina wdeptywać (tym bardziej, że jego koalicyjni koledzy zdecydowali o zmniejszeniu nakładów na polską armię), ale wydaje mi się, że gdyby technologia sztucznej inteligencji była już wystarczająco zaawansowana, Marszałek Sejmu miałby szansę na utrzymanie swojego wizerunku, a my nie bylibyśmy narażeni na nieprzyjemne dysonanse poznawcze. W takim wypadku prawdziwy Hołownia w zasadzie nie byłby potrzebny. Ot, przed wyborami puszczałoby się odpowiednie, wygenerowane przez AI, przedwyborcze słodkie gaworzenie, a po wyborach kompatybilne z nim odrobinę poważniejsze pustosłowie.

A tak, cóż, mamy to co mamy.

Czy nie pogrzebie nas żywcem tutaj, w piwnicy? – PIĄTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Przed nami tylko śmierć, bieda, zagłada… Nie wiem dlaczego my, Ukraińcy, rozgniewaliśmy Boga… Dlaczego On wystawił nasz naród na taką próbę?… Co zrobiliśmy?… –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ, trzeci TUTAJ, czwarty TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

1 marca 2022, wtorek

Godz. 6.15, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Rano jak zwykle zaniosłem pojemnik z „odpadami” do włazu kanalizacyjnego. (Swoją drogą zapomniałem napisać, że pod dowództwem naszego komendanta Oleksandra urządzono podziemne toalety. Są to zaklejone folią zakamarki w nieużywanych pomieszczeniach i dwa wiadra od farby. Jedno podpisane „M”, drugie – „K”. My mamy osobistą toaletę obok naszego podziemnego „mieszkania”).

Na podwórzu spotkałem Petra, poetę i taksówkarza.

– Mam dla ciebie paczkę papierosów – powiedział. – Chodźmy do mnie.

Petro mieszka na dziewiątym piętrze, ale winda nie działa. Musieliśmy pędzić pod górę, zatrzymując się, żeby złapać oddech. Chłopcy są już starzy, a i konsekwencje palenia stają się coraz bardziej widoczne.

– Tu mieszkam – znajomy pokazał przestronne trzypokojowe mieszkanie. – Spójrz na widok z okna! Stąd w linii prostej jest dwanaście kilometrów do Kijowa. Spójrz, miasto i wieża telewizyjna, jak w dłoni.

Tymczasem Petro pakuje mi torbę – nie tylko papierosy, ale i „kilka ziemniaków” („kilka” to pięć kilogramów), „proszę, daj Tamarze trochę kapusty i pomidorów”, trochę płatków, „bo ja ich nie jem” oraz „a może być bez kawy i słodyczy?”

Kiedy znosiłem to wszystko do piwnicy domem wstrząsnęły dwie potężne eksplozje. Po chwili oczekiwania ostrożnie udałem się na górę. Podwórze zasłane było fragmentami okaleczonych okien, pogiętymi dachami ganków i inną ślusarką. Kiedy podniosłem głowę, prawie zemdlał – pocisk uderzył w loggię Petra. Kolejny poleciał na trzecie piętro od wejścia nr 2.

Na szczęście, jak się okazało, mojemu przyjacielowi nic się nie stało. Był tylko lekko potłuczony…

Godz. 11.30, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Postanowiłem udać się do Rady Miejskiej. Może kogoś zobaczę, usłyszę lokalne wiadomości, bo krążą plotki, że Rosjanie weszli już do Lisowej Buczy i Worzeli. Przeszukują mieszkania i domy w poszukiwaniu aktywistów, lokalnych polityków i dziennikarzy. Mówi się, że kacapskie hordy mają nawet listy z nazwiskami.

Drzwi do Urzędu Miejskiego były zamknięte, a przy bramie stali nieznani goście z karabinami szturmowymi. Wyjaśniłem kim jestem, że przez 14 lat byłem redaktorem naczelnym „Buczańskich Nowin”. Na próżno. Wojownicy, jak skała, byli nieruchomi. Odszedłem trochę zdenerwowany i zirytowany…

Po drugiej stronie ul. Energetyków znajduje się szpital. Od czasu do czasu podjeżdżają tam karetki i samochody, z których wynoszeni są ranni. Czuję się jak epizodyczna postać w jakimś filmie katastroficznym. Głównym bohaterem nie jestem ja, ale lekarze, którzy dzień i noc nie odchodzą od stołów operacyjnych.

Nawiasem, jak mówimy o lekarzach. Źle się czuję. W przededniu wojny dwóch profesorów, znanych „luminarzy” w świecie medycyny, doszło do wniosku, że mam guza, ale nie ma potrzeby go usuwać. Stwierdzili, że muszę brać pigułki i wszystko będzie dobrze. Mam pewne wątpliwości, czy tabletki działają. Nie ma żadnych zmian w samopoczuciu. Zapewniam sam siebie, że potrzeba trochę czasu, aby zaczęły działać.

Godz. 18.51, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Właśnie przeczytałem w Internecie, że kacapi uderzyli w wieżę telewizyjną w Kijowie. Jeszcze dziś rano podziwiałam jej sylwetkę – i patrz… Boże, cóż to za suki! Niszczą mój Kijów!… Chcą wymazać naszą przeszłość z powierzchni ziemi.

Kanonada, zatrzymana na krótką chwilę, trwa ponownie. O dziwo (choć z przerwami) nadal jest gaz, woda, prąd i Internet.

Moje dziewczynki, czekając na zimne noce w piwnicy, pakują dodatkowe ciepłe rzeczy. Na zewnątrz jest mróz, a w pomieszczeniu magazynowym nie ma ogrzewania. Tyle, że wniesiono tam grzejnik, a nad drzwiami zawieszono koc. Chłopcy biegają z mieszkania do piwnicy i odwrotnie – z magazynu do mieszkania. Wszystko zależy od intensywności ostrzału. Z mojego punktu widzenia moja żona i córka są fatalistkami. Prawie nie reagują na wybuchy za oknem.

Myślałam, że jakaś książka oderwie mnie od ponurych myśli, ale czy taka istnieje… To, co jest napisane, nie jest postrzegane. Nerwy, trywialnie, jak napięta struna. Nie mogę pojąć, że mój świat zmienił się radykalnie. To całkiem prawdopodobne, że nie spotkam już części rodziny i znajomych. Że w każdej chwili mogę stracić mieszkanie, bibliotekę, kolekcję płyt, z której jestem bardzo dumny. A co najważniejsze, błagam Pana, aby ocalił życie mojej rodziny i oczywiście Yashy, który teraz patrzy na mnie przerażonymi oczami. Pogłaskałem zdezorientowanego psa po głowie i powiedziałem uspokajająco: „Wszystko będzie dobrze, Yasho. Wszystko będzie dobrze…” Podekscytowany pies, liżąc mnie po dłoni, wybiegł na korytarz i zrobił tam wielką kałużę. To jego wyraz emocji…

Godz. 21.33, Bucha, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dziewczyny o czymś szepczą, a potem – niespodziewanie – wybuchają wesołym, beztroskim śmiechem.

– O czym mówicie? – Jestem zaskoczony.

– O kobiecych sprawach – odpowiada Tamara, spoglądając na mnie wesoło. – Na przykład o tym, jak się do mnie zalecałeś…

Rzeczywiście, w Tomoczce zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Kiedyś myślałem, że to jakiś rodzaj przenośni, ale właśnie tak mi się przydarzyło. To było ponad dwadzieścia lat temu. Mieszkałem wtedy w Stanach Zjednoczonych i pewnego razu w przeddzień Nowego Roku po raz kolejny poleciałem na Ukrainę. Zatrzymałem się w Kławdiewie, w domu rodziców, gdzie mieszkał i brat Saszko. Przez całą noc on i mój stary przyjaciel Wołodia świętowali powrót „syna marnotrawnego” do ojczyzny. Rano postanowiliśmy kontynuować „bankiet” w lokalnej kawiarni, która nosiła tradycyjną, często spotykaną, nazwę – „Brzoza”. Tutaj, na progu spotkałem niezwykle piękną, delikatną młodą kobietę.

– Chłopaki, coś knujecie – powiedziała z uśmiechem. – Otwieramy za dwie godziny. Więc…

– Tamaro – brat, który, jak się okazuje, znał właściciela kawiarni, wystąpił naprzód – to jest mój brat Serhij. Właśnie przyjechałem z Ameryki. Chcemy… Pozwól…

– Przepraszam – syknąłem nieudolnie – za najście. Jestem Serhii Kulida, poznajmy się.

– A ja jestem Tamara Kulida – zaśmiała się piękność.

– Czy ty naprawdę… Kulida? – zastanawiałem się, jąkając się.

– A ty?

– Ja, ja… Okazuje się, że też…

Następnie wziąłem w swoją dłoń jej zmarzniętą, delikatną dłoń i weszliśmy do środka… W tej chwili, ulegając jakimś niekontrolowanym uczuciom, spojrzałem ponownie na towarzyszy, którzy weszli za mną, i machnąłem ręką. „Proszę, chłopaki, zostawcie nas w spokoju”.

Wszystko zrozumieli i poszli pić gdzie indziej. Zostałem. Tego dnia prawie nie puściłem ręki Tamary, jakby bojąc się ją stracić. Rozmawialiśmy aż do nocy. Nie mogliśmy się sobą nacieszyć. I już wtedy zrozumiałam: nigdy nie opuszczę tej kobiety… I z czasem zostawiłem te obrzydliwe Stany, pobraliśmy się i zamieszkaliśmy w Buczy…

Godz. 22.56, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Położyliśmy się spać. Prawie zasnąłem, gdy weszła swatka ze swoim „basem”… Powiadam wam, to prawdziwy „Fender”! Nikt nie śpi… Oprócz oczywiście Oksany… Taki koncert rockowy…

2 marca 2022, środa

Godz. 6.05, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Świt się jeszcze nie obudził. Wszyscy moi śpią. Nawet swatka uspokoił się. Podszedłem do drzwi piwnicy, które na noc były zamknięte, i zapaliłem papierosa.

Na górze panowała cisza, czasami przerywana eksplozjami. Widziałem komendanta naszej „podziemnej twierdzy”.

– Nie możesz spać? – Oleksandr pytał o oczywistość.

Wzruszam tylko niedbale ramionami. Można to zobaczyć na własne oczy, że tak powiem. A potem z kolei zwracam się do sąsiada z nurtującym mnie od dawna pytaniem:

– Sasza, jak myślisz, kiedy – hipotetycznie, ugh, ugh, ugh – dom poważnie nas zakryje, nie daj Boże, zawali się… Czy nie pogrzebie nas żywcem tutaj, w piwnicy?

– Na pewno nie – odpowiada spokojnie nasz senior. – Mówię to jako były wojskowy. Przede wszystkim nasze ściany mają metr długości i są wykonane z cegły. Sam wiesz. Po drugie, piwnica ma betonowe ściany i podłogi, a po trzecie, na końcu korytarza piwnicy znajduje się wyjście do sąsiedniego pomieszczenie, przez które w razie czegoś będzie można wydostać się na powierzchnię. A tak przy okazji, są też okna, przez które można się wydostać. Dostępny jest także odpowiedni sprzęt – łopaty, łomy…

– Dziękuję, uspokoiłem się…

– Nie jesteś pierwszą osobą, która się tym interesuje. Wszystko będzie dobrze – uśmiecha się Oleksandr.

Godz. 9.00, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, dziedziniec. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Zadzwoniłem do Mychajła Sydorżewskiego, który również mieszka w strefie działań wojennych, w Wyszhorodzie. Szef naszego Związku mówi, że nad ich domem cały czas coś przelatuje – zarówno samoloty, jak i rakiety. Martwi się o los NSPU (Narodowy Związek Pisarzy Ukrainy – red). Mówi, że prawdopodobnie zabierze swojego małego wnuka do obwodu żytomierskiego. Po złożeniu sobie nawzajem życzeń „wszystkiego najlepszego” żegnamy się.

Po naszej rozmowie pomyślałem, że przyszłość „Literackiej Ukrainy” także jest niepewna. Jak to teraz robić, pisać, wydrukować? Skąd w końcu zdobyć środki? W czasie pokoju potencjalni dobroczyńcy tylko obiecywali pomoc, a w czasie wojny…

Ciekawa jest jeszcze jedna rzecz. Przed wojną mój telefon nie cichł – dzwonili nasi pisarze, przysięgali szczerą, wieczną przyjaźń,, ale gdy zaczęły się kłopoty, tylko nieliczni pytali, czy jeszcze żyję w tej Buczy. Nie jestem urażony. Rozumiem, że „każdy umiera w samotności”, ale… Ale rozumiem, że w naszym kraju w niektórych przypadkach człowiek jest szanowany nie ze względu na inteligencję czy wszelakie talenty, ale ze względu na zajmowane stanowisko. Jednak, jak mówią Francuzi, c’est la vie.

Godz. 11.16, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Zięć postanowił wybrać się na ulicę Szewczenki, gdzie ma dom on, Nina i wnuk. Chce nakarmić swojego Alabaina i dwa koty. Mimo, że odradzaliśmy: „Teraz jest bardzo niebezpiecznie, natkniesz się na kacapy”, nie słuchał. – „Pójdę” – powiedział. „Nie jedli od kilku dni”. Wyszedł i wrócił za godzinę. Mówi, że po mieście jeżdżą rosyjskie BMP i transportery opancerzone, które założyły bazę w „piątej” szkole (dawnym internacie).

Przygnębia mnie to, że nie mam wiarygodnych informacji o sytuacji w Buczy. Jedni mówią, że miasto jest okupowane, inni zapewniają, że sytuacja jest pod kontrolą naszych Sił Zbrojnych.

Godz. 13.21, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Ludzie czasami tracą panowanie nad sobą. Nerwy tego nie wytrzymują, a jakaś niewinna uwaga może wywołać burzę emocji. Zauważyłem, że w słowniku wielu osób pojawiły się niecenzuralne słowa. Nikt się nikogo nie wstydzi. Nawet „wyrafinowani intelektualiści” używają przekleństw. Mówią, że w ten sposób ludzie „odpuszczają”, że przeklinanie łagodzi ból. Jasne, tak właśnie jest. O tempora, o mores…

Od czasu do czasu rośnie także i tutaj napięcie pomiędzy „starymi i młodymi”. Tamara jednak mądrze rozładowuje „konflikty międzypokoleniowe”, nie doprowadzając sytuacji do kłótni.

Godz. 15.40, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Kiedy dzieci wyszły, Tamara i ja zostaliśmy sami. Widzę, że czuje się źle, ale „zachowuje swój styl”.

– Posłuchajmy „Czerwonych Gitary”. Tych po niemiecku.

Żona nawiązuje do płyty „Rotten Gitarren” wydanej przez Polaków w 1978 roku w NRD. To właśnie te wykonania ich największych hitów stały się ulubionymi Tamary. Przyznam jednak, że ta płyta zespołu „Czerwone Gitary” brzmi po niemiecku, jak mówi mój wnuk, fajnie.

Ostrożnie kładę krążek na odtwarzaczu, wycieram kurz i opuszczam igłę… Przytuleni do siebie, siedzimy w ciszy na kanapie, słuchając „wiecznych” melodii polskiego zespołu. Powiedzieć, że jesteśmy smutni, to nic nie powiedzieć…

– Tomoczko, zobaczysz: wszystko będzie dobrze – próbuję jeszcze raz uspokoić żonę, ale też nie wierzę w prawdziwość moich obietnic. – Wszyscy będziemy żyć.

Nigdy… Przed nami tylko śmierć, bieda, zagłada… Nie wiem dlaczego my, Ukraińcy, rozgniewaliśmy Boga… Dlaczego On wystawił nasz naród na taką próbę?… Co zrobiliśmy?. .. Dlaczego ta dzika, ignorancka, śliniąca się rosyjska horda chce zniszczyć nasz kraj? Kto by pomyślał, że Rosja zdecyduje się na coś takiego?

Te pytania są w większości retoryczne i nie muszę na nie odpowiadać. I tak wszystko jest jasne: Rosjanie zawsze zaciekle nienawidzili Ukrainy, ich plany zawsze obejmowały zniszczenie naszego narodu.

A nasi zachodni „partnerzy” jak zwykle „wyrażają zaniepokojenie”. Jednak teraz już „bardzo głębokie”. Lepiej byłoby „zamknąć niebo”, dać broń…

Godz. 22.55, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Wieczorem Tamara i ja zostaliśmy zaproszeni na „herbatę” przez Tanyę, sąsiadkę chyba z siódmego piętra. Do 2014 roku mieszkała z rodziną w obwodzie donieckim, ale kiedy przyszli tam Rosjanie, zamieszkała w naszym bloku w Buczu. Kobieta jest bardzo gościnna i przyjemna w komunikacji. Opowiadała o okropnościach współistnienia z konkwistadorami „rosyjskiego świata”.

Siedzieliśmy dwie godziny, po czym wróciliśmy do naszych podziemnych „mieszkań”. Okazało się, że swatka przeniosła się do pobliskich boksów, gdzie nocowali Ninusia, Wołodia i zięć.

Dobranoc!…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Kim są Żołnierze Wyklęci?

1 marca 1951 roku w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie komuniści zamordowali siedmiu wspaniałych Polaków. Razem z prezesem IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość ppłk Łukaszem Cieplińskim od strzału w tył głowy z rąk pijanego kata Mokotowa Aleksandra Dreja zginęli: mjr Adam Lazarowicz, mjr Mieczysław Kawalec, kpt. Franciszek Błażej, kpt. Józef Rzepka, por Karol Chmiel, por Józef Batory. To symboliczny, tragiczny koniec największej polskiej organizacji zbrojnej XX w., fenomenu ukrytego pod nazwami: Służba Zwycięstwu Polski, Związek Walki Zbrojnej, Armia Krajowa i Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość.

Kim są Żołnierze Wyklęci? To niejednolita formacja działająca w Polsce po 1944 roku na praktycznie wszystkich ziemiach polskich, także tych „odzyskanych”, jak również za tzw. kordonem, czyli na zrabowanych nam przez Związek Sowiecki Kresach Wschodnich II Rzeczpospolitej. Z rąk sowieckich służb specjalnych – NKWD ginęli kolejni komendanci kresowi. Najpierw 3 grudnia 1944 roku w okolicy wsi Jeremicze dowódca oddziałów na Nowogródczyźnie – podporucznik Armii Krajowej Czesław Zajączkowski, ps. Ragner. Kolejny cios przyszedł 21 stycznia 1945 roku, kiedy w sowieckiej zasadzce los „Ragnera” podzielił jego następca – kapitan AK Jan Borysewicz, ps. Krysia, Mściciel. To dwa wielkie ciosy zadane polskiej, kresowej partyzantce.

12 maja 1949 roku niedaleko Szczuczyna w obławie NKWD poległ ppor. Anatol Radziwonik „Olech” – ostatni polski komendant kresowy. Ta data to kres zorganizowanej walki i działalności antysowieckiej na Nowogródczyźnie. Przez kilka lat walczyli jeszcze i ukrywali się tam pojedynczy polscy żołnierze, ale byli niszczeni i mordowani przez aparat sowiecki. „Nic dla siebie, wszystko dla Ojczyzny” – było hasłem „Olecha”.

Ale Żołnierze Wyklęci to nie tylko partyzanci leśni, żołnierze walczący z bronią w ręku. To również np. oficerowie wywiadu. Bo Żołnierz Wyklęty to wybór drogi życiowej, postawa. Postawa oporu, nieugiętości, niezłomności wobec drugiego sowieckiego okupanta i narzuconej przezeń komunistycznej władzy. Stąd czasem wymiennie wobec Żołnierzy Wyklętych używa się terminu Żołnierze Niezłomni. Mnie najbardziej odpowiada określenie: Wyklęci przez komunistów Żołnierze Niezłomni. Bo pamiętajmy, że Polacy ich nie wyklęli, tylko komuniści, którzy byli zdrajcami Polski.

Klasycznym reprezentantem Żołnierza Wyklętego – wywiadowcy jest rtm. Witold Pilecki. Ułan II RP, jedyny na świecie ochotnik do niemieckiego Auschwitz, Powstaniec Warszawski, po 1945 roku założył podlegającą II Korpusowi Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa grupę wywiadowczą.

Za Żołnierza Wyklętego należy uznać także np. majora Bolesława Kontryma „Żmudzina”, oficera Policji Państwowej w II RP, cichociemnego, Powstańca Warszawskiego, kawalera Orderu Virtuti Militari, trzykrotnie odznaczonego Krzyżem Walecznych. Do kraju wrócił w czerwcu 1947 roku, zostając szefem działu administracyjno-gospodarczego w Centralnym Zarządzie Państwowego Przemysłu Fermentacyjnego. Po wieloletnim brutalnym śledztwie komuniści powiesili go 2 stycznia 1953 roku w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie wyklinając przez kolejne lata PRL.

Żołnierzem Wyklętym był inny powieszony (24 lutego 1953 roku) gen. August Emil Fieldorf „Nil” – żołnierz trzech wojen: I wojny światowej, wojny polsko-bolszewickiej, II wojny światowej, twórca i dowódca Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej. 7 marca 1945 roku aresztowany przez NKWD, zesłany pod fałszywym nazwiskiem Walentego Gdanickiego do sowieckich łagrów. Po ponad dwóch latach wrócił do Polski, ale nie kontynuował działalności konspiracyjnej, ujawniając się przed komunistycznymi władzami. 10 listopada 1950 roku aresztowany przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP).

Obaj – „Żmudzin” i „Nil” zginęli, bo nie zgodzili się na współpracę z komunistami.

Żołnierzy Wyklętych – polskich antykomunistów (tych walczących z bronią w ręku, wywiadowców, czy żołnierzy zachowujących patriotyczną postawę) – oceniamy nawet na 200 tys. osób. W tej licznie mieści się też młodzieżowa konspiracja antykomunistyczna.

O co walczyli? Najważniejszym, długofalowym celem było odzyskanie przez Polskę wolności, niepodległości. Wielu z nich wierzyło w wybuch III wojny światowej, kiedy będą mogli kontynuować walkę u boku Anglosasów przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Celem bieżącym, ale jakże istotnym była ochrona ludności polskich wsi i miast przed okupantem. W pierwszym okresie chronili Polaków przed Amią Czerwoną i NKWD, a kiedy te wycofały się z naszego kraju – chronili przez sowietyzacją, dokonywaną przez instalowaną w Polsce władzę komunistyczną i jej represyjne struktury, takie jak Urząd Bezpieczeństwa (UB), Milicja Obywatelska (MO), czy KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego). Polacy odwdzięczali się tym samym.

Dlatego, aż do 21 października 1963 roku (kiedy został zamordowany w obławie w Majdanie Kozic Górnych na Lubelszczyźnie) mógł się ukrywać sierżant Józef Franczak „Laluś” − ostatni Żołnierz Wyklęty, który zginął w walce z SB i ZOMO.

I jeszcze przyczynek do trudnej historii rodzin Wyklętych. Syn Marek Franczak, urodzony w 1958 roku, o tym, czyim jest synem, dowiedział się dopiero po 1989 roku. Wtedy formalnie powrócił do nazwiska ojca. Dopiero w 2015 roku odzyskał czaszkę taty, którą komuniści oddzielili od tułowia po zamordowaniu „Lalusia”. Czaszka przez lata służyła do eksperymentów studentom Akademii Medycznej w Lublinie, a potem była tam ukrywana. Większość rodzin Żołnierzy Wyklętych padła ofiarą komunistycznych represji.

Nie bez znaczenia było rzecz jasna poszukiwanie ratunku dla siebie – bo często ujawnienie się, próba powrotu do tzw. normalnego życia kończyły się aresztowaniem, torturami, a nawet śmiercią. Ujawnianiu się Żołnierzy Wyklętych miały służyć tzw. amnestie (2 sierpnia 1945 roku i 22 lutego 1947 roku), ale ich celem było nie tylko rozbrojenie i rozbicie podziemia, ale – docelowo – aresztowanie jak największej ilości antykomunistów. „Amnestia to jest dla złodziei, a my jesteśmy Wojsko Polskie” – mówił mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”.