CEZARY KRYSZTOPA: Coraz bardziej gorące krzesło Donalda Tuska

Donald Tusk się spieszy. A przynajmniej tak sądzę. Nie spieszy się z powodu nagłego przebudzenia Polaków pod wpływem autorytarnej hucpy jego ppłk Rympałków, to może nastąpić, ale procesy dysonansów poznawczych są długie i bolesne, tylko z powodu zniecierpliwienia jego białych Panów.

Nie jestem i nigdy nie byłem jakimś szczególnym fanem sondaży i zawsze doradzam daleko idącą ostrożność w ich odbiorze. Tak i teraz niektóre, co bardziej fantastyczne sondaże wydają się być bardziej tworzone jako „argumenty” przeciwko wcześniejszym wyborom, albo narzędzie do straszenia koalicjantów, niż probierz rzeczywistych poziomów poparcia dla poszczególnych partii. Ale przynajmniej część sondaży potwierdza moją tezę, że chociaż mamy do czynienia z cenną konsolidacją wewnętrzną obozu prawicy, to żeby myśleć o poszerzeniu elektoratu szeroko pojętego obozu niepodległościowego, trzeba mieć szerszą, pozytywną ofertę, a nie tylko „to co PiS robił zawsze, co umie i co się sprawdzało”.

Zmartwienia Donalda Tuska

Dlatego wydaje mi się, że na chwilę obecną, Tusk trzymając pewnego rodzaju szantażem wspólnoty przestępczej koalicjantów za buźki, nie musi się martwić o odpływ elektoratu. Ten najbardziej twardy będzie zachwycony bezprawiem dopóki „głowy pisowców będą się toczyły ulicami”, a ten bardziej umiarkowany, czyli elektorat koalicjantów, może jest trochę przestraszony, zszokowany planami likwidacji inwestycji strategicznych, czy zmniejszeniem wydatków na armię, ale i tak nie ma dokąd pójść. Tak więc, przynajmniej póki co, nie wydaje mi się żeby Donald Tusk czuł presje ze strony swojego elektoratu, czy elektoratu koalicjantów.

Natomiast zmartwieniem Donalda Tuska, nie mam wiedzy w tym zakresie, to tylko moja spekulacja, intuicja, nazwijcie to jak chcecie, są jego biali Panowie. Tak, dokładnie ci sami, którzy go z zadaniem wywołania chaosu w Polsce i obniżenia jej konkurencyjności wobec Niemiec, nad Wisłę wysłali. Wydaje się, że to nie tak miało być. Donek miał „załatwić” sprawę brutalnymi metodami podpowiadanymi przez swojego niemieckiego sahiba Klausa Bahmanna, ale jednego wieczora! No dobrze, może kilku dni. Byłoby brzydko, mało demokratycznie, może ktoś by się skrzywił z niesmakiem, ale po Nowym Roku mało kto by już o tym pamiętał.

Zmartwienia białych Panów Donalda Tuska

A tymczasem Tusk ugrzązł ze swoim blitzkriegiem jak Putin pod Kijowem. Podpułkownik Rympałek tak dał ciała na całej linii, że nawet „zaprzyjaźnione” sądy musiały to przyznać. Bodnara trzeba było spalić jako „prawniczego aŁtoryteta” żeby bronić Rympałka. I tylko tym dwóm minister Hennig-Kloska zawdzięcza, że nie jest największym pośmiewiskiem rządu. Podła proweniencja przeróżnych ciemnych typów, wracających do władzy, również nie daje jakiejś wielkiej nadziei na uspokojenie sytuacji w najbliższym czasie.

A biali Panowie Tuska mają eurowybory za kilka miesięcy. Trudne eurowybory, w których środek politycznej ciężkości może się przesunąć w kierunku tych strasznych „populistów”. Wprawdzie zachodnie media ciągle trzymają linię zawodowego optymizmu, ale jak długo uda się utrzymać fikcję? Biali Panowie Tuska zdają sobie sprawę z tego, że pomimo ich medialnej supremacji w krajach zachodniej Europy, coraz więcej ludzi zawsze jakoś dowiaduje się prawdy. A jak wyglądają jako „demokraci” i „obrońcy praworządności” wspierając jednocześnie w Warszawie bandytę, którego ludzie łamią prawo przegryzając ciastko do porannej kawy i wynajmując tępych karków żeby napadali na media?

I w tym sensie wydaje mi się, że krzesło Donalda Tuska przed ogromnym nowym telewizorem w KPRM, może być coraz bardziej gorące.

Oprawcy nie darowali premierowi – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Aleksandrze Prystorze i jego małżonce

2 stycznia 1874 r. w Wilnie urodził się Aleksander Prystor, jeden z czołowych polityków obozu piłsudczykowskiego, premier w latach 1931–1933, poseł, senator, w latach 1935–1938 marszałek Senatu.

Zmarł 14 października 1941 r. w szpitalu sowieckiego więzienia na Butyrkach w Moskwie. „Zatrzymanie Prystora (…) NKWD uznało za swój duży sukces. Znany szeroko na Wileńszczyźnie ze swych antysowieckich poglądów Prystor był dla nich niemal synonimem kontrrewolucyjnego wroga. Nie licząc się z jego zaawansowanym wiekiem (przekroczył wówczas 66. rok życia) i ogólnie złym stanem zdrowia, poddano go w więzieniu na Łubiance surowemu śledztwu (…). Prystor pozostał nieugięty (…) i metodami śledztwa nie dał się złamać. Kosztowało go to jednak zupełną niemal utratę zdrowia” – napisał biograf Prystora Jacek Piotrowski.

Oprawcy nie darowali Prystorowi udziału w zwycięskiej bitwie 1920 r. Losu męża szczęśliwie nie podzieliła Janina, choć bolszewicy bez skrupułów mordowali nie tylko mężczyzn, ale także kobiety i dzieci. Janina Prystorowa, urodzona 26 lipca 1881 r. (siedem lat młodsza od Aleksandra), ukończyła gimnazjum w Kownie i Kursy Wyższe dla Kobiet w Krakowie. Z Polską Partią Socjalistyczną, gdzie przyjęła pseudonim „Bogdanowa”, związała się w 1906 r. Za działacza PPS Aleksandra Prystora wyszła za mąż 6 kwietnia tego roku. Brała udział – u boku męża – w słynnej akcji pod Bezdanami 26 września 1908 r., kiedy w ataku na rosyjski pociąg pocztowy grupa Organizacji Bojowej PPS dowodzona przez Józefa Piłsudskiego zdobyła ponad 200 tys. rubli. Po aresztowaniu przez carską Ochranę za działalność niepodległościową w 1912 r. więziona przez rok na Pawiaku i w Cytadeli. Później razem ze skazanym na siedem lat katorgi mężem zesłana w głąb Rosji do Orła nad Oką.

Po powrocie do wolnej już Ojczyzny pracowała w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Prowadziła także działalność charytatywną – m.in. w Towarzystwie Przyjaciół Inwalidów Wojennych i Towarzystwie Opieki nad Wsią Wileńską. Wybrana do sejmiku wileńskiego, potem w latach 1935–1938 posłanka na Sejm, współtwórczyni ustawy o ochronie praw zwierząt. Tak Janina Prystorowa uzasadniała zakaz żydowskiej szechity: „Ubój rytualny jest przeciwny mojej religii, godności narodu, etyce, kulturze i kieszeni”. W 1938 r. Sejm II RP całkowicie zakazał tej metody zabijania zwierząt, ale ustawa nie weszła w życie ze względu na wybuch wojny.

Przedwojenna pisarka Janina Dunin-Wąsowicz pisała, że wprawdzie Prystor „nie był pięknym mężczyzną”, ale pani Prystorowa była stale zazdrosna o męża. „Ledwie któraś z młodych i ładniejszych kobiet zbliżała się do Prystora, czy to w towarzystwie, czy w związku z jakąś akcją społeczną, spotykały ją ze strony Prystorowej duże niegrzeczności i małe zemsty”. Bohaterka niniejszego tekstu zmarła w stołecznym domu opieki Zakonu Sióstr Maryi 3 stycznia 1975 r. w Warszawie i została pochowana na Starych Powązkach w Warszawie.

 

O apelu Solorza pisze WALTER ALTERMANN: Całe pół prawdy

Założyciel i główny udziałowiec Grupy Polsat Plus Zygmunt Solorz zaapelował do wszystkich nadawców o „obniżenie poziomu emocji debaty publicznej”. Zwrócił się z tym zarówno do kierownictwa swojej stacji, jak i wszystkich pozostałych nadawców.

W naszym życiu publicznym i medialnym taki apel to rzadkość, i dlatego wszystkie nasze media z uwagą takie coś odnotowały. Poniżej zamieszczam tekst tego apelu, ale jego analizą zajmę się jeszcze niżej. Bo zawsze warto czytać między wierszami.

Apel

„W obecnym czasie, w którym tuż za naszą wschodnią granicą od dwóch lat trwa wojna wywołana agresją Rosji na Ukrainę, nadawcy telewizyjni ponoszą szczególną odpowiedzialność w związku ze służebną rolą informacyjną, jaką pełnią w stosunku do całego społeczeństwa i informowaniem go w sposób obiektywny i rzetelny.

Wyzwania wynikające z sytuacji międzynarodowej wymagają od nas – nadawców kanałów informacyjnych – prawdziwego przedstawiania rzeczywistości.

Wyzwania te – o czym mówi się coraz bardziej otwarcie – mogą nieść ze sobą zagrożenia dla Polski jako państwa i naszego społeczeństwa. Przeciwdziałanie tym zagrożeniom jest obecnie najważniejszą kwestią, która powinna być przedmiotem zgody narodowej. W związku z powyższym, dla Polski najważniejsze jest zachowanie spokoju społecznego, ograniczanie wewnętrznych podziałów oraz nietworzenie kolejnych.

Pluralizm mediów jest wielką wartością demokratycznego społeczeństwa, w którym ścierają się odmienne preferencje polityczne i poglądy. W pełni szanuję wolność słowa i dziennikarską niezależność. Wartości te jednak nie mogą stanowić pretekstu do posługiwania się mową nienawiści, podsycania wrogości względem siebie, szerzenia poglądów o charakterze ksenofobicznym, rasistowskim, naruszających godność innego człowieka i prowadzącymi do aktów agresji. Społeczeństwo nie powinno być konfrontowane z treściami tego typu i ma prawo wymagać dziennikarstwa, którego istotą są informacje rzetelne i obiektywne, prezentowane w sposób wyważony i niewywołujący negatywnych emocji.

W interesie wszystkich jest obniżenie poziomu emocji debaty publicznej. Dlatego apeluję zarówno do wszystkich nadawców, tak samo jak i do kierownictwa stacji informacyjnych Telewizji Polsat, aby dla dobra naszych odbiorców i całego społeczeństwa, w audycjach i kanałach informacyjnych dominowały rzetelność, obiektywizm, poszanowanie drugiego człowieka, merytoryczna debata i poszukiwania tego co może nas jako społeczeństwo łączyć, a nie wyłącznie dzielić. Różne poglądy są esencją demokracji i wolności, musimy jednak o nie dbać, tak aby nie były one wykorzystywane w celach antypaństwowych i wywołujących społeczne niepokoje.

Zygmunt Solorz – Założyciel i właściciel Telewizji Polsat

Do kogo?

Najpierw zwróćmy uwagę, że adresatami są: „…wszyscy nadawcy, tak samo jak i kierownictwa stacji informacyjnych Telewizji Polsat”. Czyli, zgodnie z naszym narodowym duchem pan Solorz pisze do wszystkich, czyli do nikogo. Nie wymienia ani jednej ze stacji, poza swoją. W sumie dyskrecja i elegancja. Bo pan Solorz wie, że biznesmen nie powinien z nikim zadzierać, albowiem nigdy nie wiadomo kto może mu się jeszcze przydać.

W czyje piersi bije się pan Solorz?

Jedyną stacją wymienioną z nazwy jest jego własna telewizja. Ale pan Solorz, gdyby ktoś mu coś zarzucał, sugeruje, że jakieś przykre przypadki na jego własnym gruncie mogły wystąpić dlatego, że on „W pełni szanuje wolność słowa i dziennikarską niezależność”. Czyli – on dał swoim ludziom wolność, a ciż tę wolność wykorzystali (ewentualnie) bardzo nieładnie, czyli niecnie.

Oczywiście, gdybym nie oglądał Polsatu, uwierzyłbym pany Solorzowi. Ale oglądam i widzę, że główne programy polityczne tej stacji obsadzane są równoważnie, na przemian, dziennikarzami kochającymi prawicę i kochającymi Platformę Obywatelską lub/i lewicę.

Nie wierzę też, znając ponad pół wieku media, w dziennikarską niezależność. Uwierzę, gdy zobaczę, że TVN potępia Donalda Tuska, a Polsat pana Solorza. Kto płaci, ten jednocześnie kupuje sobie przychylność własnych dziennikarzy. Nie ma w tym nic gorszącego, bo tak było zawsze. Zatem albo pan Solorz nic nie wie o mediach, albo bawi się naszym kosztem. Stawiam na dobrą zabawę miliardera.

Dlaczego dopiero teraz?

Zastanawia też, dlaczego pan Solorz publikuje swój apel dopiero teraz? Przecież najgorętsze, najokrutniejsze momenty walki politycznej w telewizjach były w czasie kampanii wyborczej. Może pan Solorz wolał czekać, jak ci zaciężni czescy rycerze pod Grunwaldem, mający walczyć po naszej stronie? Według Kroniki Czeskiej było tak: „A dzielny nasz rycerz Jan Żiżka czekał pobok pola walki i bacznie patrzył ku komu też przechyli się szala zwycięstwa”.

Apel pana Solorza jest tworem wybitnym, choć abstrakcyjnym na miarę Wasilija Kandinskiego, Pieta Mondriana, Kazimierza Malewicza czy Jacksona Pollocka. Apel bowiem wzbudza zachwyt formalny, bez konieczności rozumienia treści, bo ich tam – z artystycznego założenia – nie ma.

Wystąpienie pana Solorza odbieram jako element jego strategii biznesowej.

Na jakie wypowiedzi pana Solorza czekam?

Ale, skoro jest on już tak wylewny, to może opowiedziałby rodakom coś prawdziwego i bardzo interesującego. Na przykład – jak się dochodzi do bycia miliarderem? Myślę, że byłby to hit hitów, książka rozeszłaby się jak szynka za PRL-u, Polsat też zarobiłby sporo, szczególnie na odcinkowym serialu.

Bo każdy by chciał być bogaty, oczywiście nie tak jak pan Solorz, ale choć w małej części. A Ojczyzna wzrosłaby w siłę, gdybyśmy mieli co najmniej 100 miliarderów. Prosiłbym tylko, żeby opowieść o drodze do miliardów była szczera, bez takich oklepanych formułek jak: talent, upór, pracowitość, elokwencja i tradycja. W skrócie TUPET.

 

Port wojenny w Helu mógłyby wzmocnić NATO na Bałtyku – pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI do JENSA STOLTENBERGA (+wersja angielska)

Szanowny Panie Sekretarzu Generalny,

 
Jestem doświadczonym polskim dziennikarzem, reporterem i twórcą filmów. Pracowałem jako korespondent wojenny na Bałkanach, realizowałem filmy dokumentalne na całym świecie i piastowałem stanowiska kierownicze w Telewizji Polskiej.
 
Od zawsze interesuję się sprawami morskimi, marynarką wojennym i przemysłem stoczniowym. Śledzę zmiany, zachodzące w  polskiej polityce morskiej i potencjale obronnym Polski na morzu. Niestety, były one rozczarowujące i nie mogły się równać z wysiłkiem modernizacyjnym w polskich siłach lądowych i lotnictwie wojskowym.
 
Załączam swój tekst o polskiej bazie marynarki wojennej w Helu i jej marnowanym potencjale. W kontekście rychłego przystąpienia Szwecji do Sojuszu Północnoatlantyckiego, port wojenny w Helu – razem ze szwedzkimi bazami marynarki w Musko i Karlskronie – mógłby znacznie zwiększyć możliwości NATO do operowania na Bałtyku. Mam nadzieję, że mój tekst będzie dla Pana interesujący” – napisał redaktor Stefan Truszczyński do sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga.
Przypomonamy fragmenty reportażu Stefana Truszczyńskiego „Hel jest hen…” z 28 grudnia ub. r., który opublikowany został niedawno m.in na portalu sdp.pl:

(…) Hel, ale i cały półwysep to cudo natury – długi na 36 km, wąski pasek lądu miedzy morzem a Zatoką Gdańską. To skarb Polski tak jak Tatry, Mazury, Karkonosze.

O Hel biliśmy się od wieków – ze Szwedami, w 39 bohatersko broniono go przez 32 dni, pod koniec wojny wywożono stąd Kaszubów morzem do Niemiec, a po wojnie w stalinowskich więzieniach zgładzono najdzielniejszych obrońców. Trzeba o tym pamiętać.

Baza ludzi bezradnych

Są wspomnienia. W latach 1932-1935 Polacy zbudowali na Helu ważny port wojenny. Otoczony falochronami. Na zatoce ale z głębokim dojściem od morza. Stanowił ważną bazę marynarki wojennej. Stąd jest tylko mały skok na Bałtyk. Każdy kraj marzy o takim porcie obronnym. Tylko nie u nas.

U nas od prawie 80 lat świetnie zlokalizowany port wojenny na Helu to akwen pusty, szczyt marnotrawstwa – zniszczone falochrony, zniszczone pochylnie slipowe, drogi dojazdowe. Syf i śmietnisko. Choć jest większy od sąsiedniego portu rybackiego i żeglarskiego pozostaje niewykorzystany, zbędny.

Agencja Mienia Wojskowego – dysponent, wydzierżawiła ostatnio połowę portu, kilkadziesiąt metrów długości i szerokości – Uniwersytetowi Gdańskiemu. Przerwało to wprawdzie postępującą dewastację – wyrywanie kabli i złomu. Ale nic poza tym. Niestety może być jeszcze gorzej jeśli UG wykona tu jakieś inwestycje na wodzie. Na przykład zbuduje klatki hodowlane podobne do pobliskiego fokarium, które zatruwa zatokę odchodami zwierzęcymi i zarazkami. Larwy nicienia hodowane we wnętrzach fok to zaraza dla ryb i ludzi (a kąpią się tu latem). Rozbudowa pustego obecnie basenu przez pomysły naukowców z Politechniki Gdańskiej  może zniweczyć wykorzystywanie później portu jako akwenu wypadowego dla floty nawodnej i podwodnej.

Szczury uciekają z tonącego okrętu. Z portu wojennego na Helu nie bardzo mają gdzie uciekać, ponieważ zburzono tu w ciągu ostatniego roku dziesiątki budynków lądowych zaplecza wojskowego. Co tu w końcu będzie, jakie będą decyzje na najwyższych szczeblach wojskowej władzy i państwa – nie wiadomo. Sądząc po ogłoszeniach przetargowych w gazetach ilość sprzedawanych obiektów wojskowych w całym kraju jest bardzo duża. Na Helu pozostaje zdawałoby się drogocenna ale pusta przestrzeń. W prywatnych rękach zniknęło już wielkie wojskowe kasyno, bardzo ładne kino. Żołnierzy, marynarzy już tu na ulicach nie widać.

Port wojenny to ostatni bastion morskiej wojskowej obecności na Helu. Idę falochronem do główki potężnego betonowego obiektu wychodzącego w wody zatoki. Jeszcze są polery służące do cumowania wielkich nawet jednostek. Złomiarze ich nie ukradli, bo są mocno osadzone i ważą tony. Hula wiatr i chłoszcze bryza. Ale jest tu pięknie.

Raz do roku, w sierpniu, dla wczasowiczów i turystów odbywa się tu wojskowa zabawa imitująca lądowanie aliantów w Normandii. Zjeżdżają się wówczas z całej Europy zabytkowe samochodziki wojskowe a nawet czołgi i działa. W mundurach z tamtych lat paradują kombatanci i miłośnicy militariów, przebierańcy. Na pewno przyciąga to młodzież do wojskowej służby. Ale tylko przez kilka dni. Bo tyle trwa kolorowa impreza. Wtedy port wojenny również ożywa. Ale potem nadal gnije.

„…będziem strzec”

Ładnie o morzu mówimy w wierszykach i piosenkach. „… będziem strzec”, a nawet deklarujemy, że może i przyjdzie „na dnie lec”. Ale przecież my floty z prawdziwego zdarzenia nie mamy. A podwodnych okrętów – aż dwa. Tylko nędzne resztki, starocie. Mamy oczywiście wielu generałów i admirałów w służbie i na emeryturze.

Kilka lat temu rozmawiałem z cywilnym wodzem armijnym. Na pytanie o planu rozwoju floty wojennej, o okręty podwodne, usłyszałem: „A po co, przecież są rakiety – na Bałtyk wystarczą”. I tak zostaliśmy z 40-letnim, po pożarze, okrętem podwodnym i 50-letnim „kieszonkowym” podarowanym łaskawie. Przerabialiśmy też kuriozalny incydent, gdy Dowództwo Marynarki Wojennej przeniesiono z Gdyni do Warszawy. Na szczęście trwało to krótko, ktoś puknął się w głowę. Choć można było to dowództwo umieścić nad Morskim Okiem.

Dramaty stoczniowców, unicestwienie przemysłu okrętowego dopełniają obrazu. „Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Ciekawe czym. Józef Unrug, Włodzimierz Steyr – przewracają się w grobie. Niedawno dowiedzieliśmy się jak miała wyglądać obrona kraju na lądzie, na linii Wisły. Jak to by miało przebiegać na morzu. Tajemnica wojskowa.

***

Wersja angielska – english version:
Dear Mr Secretary General,
I am an experienced Polish journalist, reporter and film maker. Among other things, I worked as a war correspondent in the Balkans, made documentaries all over the world, and was the head of Polish Television Channel 2 (TVP2).
Always keenly interested in the navy, shipbuilding and the sea, I have been following changes to Poland’s maritime policies and maritime defence capabilitities in the last decades. Sadly, they have been mostly disaapointing and did not match the modernisation of the Polish army and airforce.

Please find attached my piece on the Polish naval base in Hel and the its wasted  potential. In the light of Sweden’s forthcoming NATO membership, the military port in Hel – together with Swedish navy bases in Musko and Karlskrona -could greatly boost NATO ability to project naval power in the Baltic Sea. I believe you will find my text interesting.

Yours faithfully,
Stefan Truszczyński

HEL IS NEAR, YET SO FAR AWAY

 

by Stefan Truszczyński

Photo: Stefan Truszczyński

Time flies. I last saw the former military grounds in Hel exactly one year ago.
After the armed forces left, these eighty hectares in prime location have lain abandoned.  Now I have returned to look and see what has been done since my last visit.
Hardly anything. The local authorities seem unable to do anything on their own.

The entire 36-kilometre long peninsula with the town of Hel at its wide tip is a true wonder
of nature. Wedged between the open sea and the Gulf of Gdansk, it is one of Poland’s most outstanding natural treasures whose natural beauty rivals that of the Tatra Mountains or the Masurian Lake District.

Poland fought over this piece of coast against various enemies throughout its history.
At the outbreak of World War 2, outnumbered Polish defenders held their ground for 32 days and Hel was among the last Polish outposts to surrender. The people of Kashubian ethnicity who had lived here for centuries were deported to Germany towards the end of the war.
The last surviving defenders perished in Stalinist prisons after the war. Thinking about Hel,
we must remember what price many Poles paid to keep the peninsula Polish.

Deserted base

Poland regained independence after World War 1 and quickly understood the importance
of having a strong navy. For that reason, we soon built a modern military port near the town of Hel. Surrounded by breakwaters, it faced the Gulf but had a deep water access to the open sea.
It was protected from the north and east by a wide strip of land but at the same time offered a quick route to the Baltic Sea. Many countries can only dream of such a prime location for their naval base. But despite these advantages, since the 1980s the military port has been falling into disrepair and finally became a shadow of its former self: empty docks, crumbling breakwaters, neglected slips and unused roads full of potholes. Total mess and heaps of rubbish. Much larger than the nearby fishing and yacht harbour, Poland’s first modern naval port remains deserted.

The Military Property Agency has recently leased half of the naval base to the University of Gdansk. That move put a halt to the ongoing devastation, destruction and theft, however, it may turn out even worse if the university installs seal breeding cages in the docks, like in the nearby seal sanctuary. Faeces and germs from these animals pose a serious risk to both fish and people. Furthermore, civil engineering projects altering the docks could make any future military use of the port facilities impossible.

Numerous base buildings and structures have been demolished over the past year.
Nobody knows what decisions might be taken at the highest levels of military command and civilian administration. Former military facilities are sold at auctions all over Poland.
In Hel, the military base area still awaits its fate. A large navy casino and a beautiful cinema building have already changed hands. Military personnel and navy sailors who used to be common view in the streets of the town are nowhere to be seen.

Photo: Stefan Truszczyński

The former military port is the last remnant of the Polish naval presence on the peninsula.
I walk along the breakwater protruding into the waters of the Gulf. Heavy bollards designed for mooring large vessels are still there: firmly fixed to the concrete, they have resisted scrap metal thieves who have robbed the entire area of anything of value.

Amazingly, hundreds of uniformed soldiers populate this area every August. Military vehicles fill the streets, trucks pull cannons, tanks roll along local dirt roads. But do not be mistaken.
It is only a re-enactment of the Allied Forces’ landing in Normandy – an annual performance for tourists. Historic military equipment arrives from all over Europe. Veterans and enthusiasts parade in WW2 uniforms. Then the participants and spectators leave and the eerily empty base continues to rot away.

How to guard “our sea”?

Polish youth pledge allegiance to the Baltic Sea by singing a popular song, whose lyrics include the vows to “guard our sea” and to “keep it or die and rest on its bottom”. In reality, Poland has little to defend its sea with. Polish navy has merely two old, battered submarines – miserable remnants of better times. By contrast, we have an awful lot of admirals, serving and retired.

A few years ago I talked to a civilian head of the Polish military and I asked about Poland’s plans for the navy, specifically regarding new submarines. “What do we need them for?
he replied, “Missiles are enough for the Baltic Sea”. And now we are left with one 40-year-old submarine salvaged from a fire on board and a 50-year-old 'pocket’ submarine donated to us by another country. Ironically, the Germans who used the navy port in Hel during World War 2 kept there more submarines than all Polish navy has today.

Experienced shipbuilders lost their jobs, shipyards disappeared, the shipbuilding industry has been annihilated. The Poles may sing “Oh, our sea, we will guard you faithfully”, but the most solemn vows cannot make up for tangible military hardware. Józef Unrug and Włodzimierz Steyr, great Polish admirals of the past, are turning over in their graves. The public was recently shocked by the leaked information that if attacked from the east, Poland would keep its defence line not along its border… but along the Vistula River. Nobody knows the plans for the sea. Military secret.

Derelict factories

The tip of the Hel Peninsula is a unique piece of Poland. There are forests, beaches and quays. Thousands of holiday makers come to the town of Hel in summer. And what do they see?
Sad relics of once-thriving fish industry which used to process over 50 thousand tonnes of fish per year. The factories fell into disrepair, they have been reduced to windowless, dilapidated shells, which look haunted. Some were sold. Fortunately the land on which they stand is still owned by the state. The fish caught every day are exported and Hel gets nothing. Local residents lost their jobs and most of them have left. Nobody knows what will happen to the ruins.
Most people have got used to this depressing sight. It is what it is. An eyesore and a sad reminder of many wasted opportunities.

Beach, bunkers and trenches

An efficient transport system between the town centre and the seashore is urgently needed.
The Baltic beach is exceptionally beautiful here, wide, sandy… and almost empty in summer. At the same time thousands of holidaymakers are crammed and squashed on a stretch of dirty sand between the fishing harbour and the military port on the Gulf side of the peninsula.
Three or four kilometres of narrow-gauge rail through the forest would solve this problem and turn the Hel area into a summer destination attracting tourists from all over Europe.

The sandy dunes hide other unknown attractions. A historic, post-war, coastal defence line consisting of bunkers, artillery aiming towers and kilometres of trenches. A disused, crumbling navigation signal tower on the Mount of Swedes – a kind of lighthouse erected almost one hundred years ago, which needs some repair to become a popular tourist attraction.
And a huge bunker in the forest not far from the town centre, which could easily be one of Hel’s highlights but is used as a toilet instead.

Who’s in charge?

A year ago, I pointed out that the town had zero filling stations. Prominent people promised to help but eventually did nothing. After the last general elections, the priorities have changed and all VIPs have forgotten about local drivers. A year ago, I wrote about trees standing dangerously close to the main road of the peninsula. Some trunks still bear marks of vehicles: sad reminders of fatal accidents. Hundreds of trees in the nearby forest are cut down but those which pose real danger are left intact. Should it not be the other way round? How many more people must die before something changes?

There are three towns of the peninsula: Władysławowo, where the peninsula connects with the mainland, Jastarnia in the middle and Hel on the far end. Of those three only Jastarnia has made some progress. The town renovated the fishing and yacht harbour and built a winter marina.
It paid off. Good town management attracted investors and money poured in. But only so much can be done locally. Without the central government’s plan for the coast, the town of Hel and the entire peninsula will never fulfil its true potential.

Hel may be located on the far the edge of Poland, but for the decision makers it seems to be somewhere beyond the horizon. Hel will never cope on its own. When will the politicians finally understand it?

WOŁODYMYR SYDORENKO: Wojna powoduje wzrost przestępczości i alkoholizmu

W Sewastopolu odnotowano wzrost przestępczości, a jego mieszkańcy i tak uważają, że oficjalne statystyki są zaniżane.

Według statystyk, w 2023 roku w Sewastopolu popełniono 32,2 poważnych i szczególnie poważnych przestępstw na 10 000 mieszkańców – podaje rosyjska agencja informacyjna „Rating”. Wskazuje to na znaczny wzrost przestępczości w mieście. Według danych za 2022 r. w Sewastopolu na 10 tys. mieszkańców przypadały 23 poważne i szczególnie poważne przestępstwa, czyli półtora raza mniej niż w 2023 r. Przestępczość jest jeszcze wyższa w regionach Rosji. Jeśli w 2022 r. Sewastopol zajął 29. miejsce pod względem liczby przestępstw, to w 2023 r. miasto wspięło się na 19 pozycję. Najwyższy wskaźnik przestępczości w regionach Rosji występuje w Republice Komi, Republice Karelii i Republice Ałtaju, gdzie w 2023 roku zarejestrowano odpowiednio 213, 210 i 209 przestępstw na 10 000 mieszkańców.

Mieszkańcy Sewastopola odczuwają wzrost przestępczości w mieście. Często pojawiają się doniesienia o morderstwach, rabunkach, gwałtach i oszustwach. Mieszkańcy nie wierzą wskaźnikom. Jedna z czytelniczek serwisu ForPost pisze, że podawane w statystykach dane są zaniżone. Zauważa, iż w ciągu ostatniego roku liczba mieszkańców Sewastopola znacznie się zwiększyła dzięki promocji przesiedleń. Wzrosła także przestępczość, ale ponieważ cała populacja jest większa, więc statystyki liczone na 10 tysięcy osób spadły. Inny czytelnik pisze, że przestępczość wzrosła przez ludność napływową. Jego zdaniem przestępcy przenieśli się z zimnych regionów Rosji na południe, w ciepłe regiony. Podał też taki przykład: jak wyrwano mu na ulicy z ręki drogi telefon, to gdy zgłosił to policji, został po prostu wyśmiany. Zauważył, że odmowa rejestrowania zeznań o przestępstwach również zaniża statystyki.

Statystyki pokazują również wzrost nadużywania alkoholu i zwiększającą się liczbę alkoholików. Po raz pierwszy od 20 lat w Rosji te wskaźniki poszły w górę – podaje portal ForPost. Według Federalnej Służby Medycznej w latach 2021–2022 liczba pacjentów z alkoholizmem wzrosła o 53 do 54 tysiąca osób.

Analitycy twierdzą, że poziom alkoholizmu i przestępczości wskazuje na problem w społeczeństwie. Ostatni raz taki wzrost zaobserwowano w latach 90. i na początku XXI wieku. Według statystyk medycznych od 2000 do 2005 roku liczba alkoholików wzrastała o 209 000 osób rocznie. Zdaniem Maryny Shorenko, głównej niezależnej psychiatry Ministerstwa Zdrowia Republiki Krymu, w 2022 r. liczba pacjentów z diagnozą „alkoholizm, psychoza alkoholowa” zwiększyła się.

Ponadto analitycy uważają, że podobnie jak w przypadku przestępczości, monitorowanie poziomu alkoholizmu nie jest prowadzone prawidłowo. Shorenko powiedziała, że ​​kilka lat temu, przed wojną, ze względu na powszechność epidemii Covid-19 statystyki dotyczące alkoholizmu prowadzono innymi metodami, dlatego obecny wzrost może nie zostać w pełni odzwierciedlony, a rzeczywiste liczby są jeszcze wyższe.

Zdaniem psychiatry w latach 2020 i 2021 hospitalizacja czystych psychoz w szpitalach dla narkomanów była ściśle ograniczona, dlatego też wskaźniki w tym czasie są niższe od rzeczywistych. Oznacza to, że nie każdy przypadek alkoholizmu lub majaczenia alkoholowego, dezorientacji i gorączki był brany pod uwagę jako niezależna diagnoza, pisze ForPost. Dla porównania, jak podaje Rosstat, w 2018 roku w Rosji nadzorem objętych zostało prawie 76 tys. obywateli, u których po raz pierwszy wykryto alkoholizm. W 2020 r. wskaźnik ten wyniósł 54 tys. osób, choć nie nastąpił realny spadek. Dlatego też nie można ufać aktualnym statystykom.

Jeśli więc odwołać się do statystyk Centrum Higieny i Epidemiologii Republiki Krymu i Sewastopola, widać, że w regionie wzrasta liczba zatruć alkoholem.

 

Są prymitywne – tak uważa WALTER ALTERMAN opisując język i obyczaje naszych polityków.

Naszych polityków należy podzielić na trzy kategorie: A. na tych, co ich lubimy; B. na tych, co są nam obojętni; C. na tych, których nie znosimy. Gdyby jeszcze wszyscy oni więcej milczeli, byłoby znośnie, ale oni bez przerwy mówią! Niezależnie od tego czy mają cokolwiek do powiedzenia.

Mój telewizor jest pełny ich wystąpień sejmowych, konferencji prasowych, wywiadów i dyskusji. Gdy grupa A cokolwiek oświadcza, to grupa B i C natychmiast się do tego „ustosunkowuje”. Wtedy ci z grupy A niezwłocznie odpowiadają. Następnie grupa B składa swoje wnioski, do których błyskawicznie odnosi się grupa A i C. I tak od rana do wieczora.

Dochodzi też do przykrych wypowiedzi, gdy ktoś (powiedzmy z grupy C) oświadcza coś kontrowersyjnego, w stosunku do programu własnej partii. Wtedy czujni dziennikarze rzucają się na takiego nietypowego, jak stado wilków, pytając go zajadle, z wyszczerzonymi kłami, czy takie jest teraz zdanie jego partii? Taki delikwent kluczy, tłumacząc się, że to jest akurat jego prywatne zdanie. Czym się kompromituje, bo nikt go przecież „jako prywatnego” do studia nie zapraszał. Wówczas szefowie jego partii, składają oświadczenie, że partia ma zdanie takie, a takie.

Dziennikarze są szczęśliwi, bo mają o czym mówić i pisać. A gdy nie mają, to sami (dziennikarze) wymyślają tematy, wygrzebują jakieś zaprzeszłe wypowiedzi, jakieś plotki i ploty – i dalej nimi dźgać polityków jak niedźwiedzia włócznią. I coś się dzieje! Oglądalność rośnie, zarobki pną się w górę! A co bardziej zajadli w dręczeniu niedźwiedzia awansują z sejmowych korytarzy do studiów.

Emocje i sensy

Problemem jest też i to, że każdy język ma dwie warstwy. Niesie bowiem z sobą przekaz i emocje.  O ile chodzi o emocje, to nasi politycy świetnie sobie z tym radzą i potrafią trafiać do swych zwolenników właśnie emocjami. Tu zaznaczę, że jest to najłatwiejszy, bo najbardziej prymitywny, sposób istnienia w polityce, apelowania do swych zwolenników i zwalczania przeciwników politycznych. Niestety, u nas coraz częściej scena polityczna zamienia się w gospodę, w której nieprzytomni biesiadnicy posuwają się do obelg i wyzwisk. Przemocy fizycznej jeszcze nie ma, ale to tylko kwestia czasu.

Jeśli chodzi sens wypowiedzi naszych polityków nie jest dobrze, bo jest też prymitywnie. Najczęściej powtarzają oni kilka formułek programowych, na przemian z obelgami miotanymi pod adresem swych przeciwników. Kultura językowa jest też niska. Odnotować trzeba niewielki zasób słów, fatalną składnię i słabą znajomość odmiany przez przypadki.

Kto wypada najlepiej w moim telewizorze

Według mojego rankingu z czołówki politycznej najlepiej mówią panowie Krzysztof Bosak i Włodzimierz Czarzasty. Obaj są co prawda na dwóch krańcach politycznej sceny, ale łączy ich to, że mówią precyzyjnie, nie męcząc nas wtrętami, skojarzeniami i dygresjami. Nadto są bardzo powściągliwi w „gospodarowaniu emocjami”. I chwała im za to.

Znacznie niżej w tym rankingu plasuje się pan Władysław Kosianiak-Kamysz, bo mówi zawsze w dużym zdenerwowaniu, jakby miał za chwilę obwieścić jakąś gigantyczną katastrofę. Mówi długimi zdaniami, w których podmiot jest trudny do odnalezienia. I zawsze mówi tak, jakby przemawiał z katedry uniwersyteckiej w czasie otwarcia roku akademickiego. Sztywność i fasadowość jego wystąpień jest dojmująco przykra.

Jego wspólnika z wyborów, pana Szymona Hołownię, również ogląda i słucha się z rozdrażnieniem, bo pan Hołownia przemawia jakby był wodzirejem na balu emerytów w powiatowym miasteczku. Bawi się słowami, uśmiecha się bez przyczyny i stara się być miłym. A miło, to jest w sklepie alkoholowym – jak mawiał klasyk. W sumie pan Hołownia jest nieludzko zajęty własnym wizerunkiem, staraniem, żeby go wszyscy lubili. Jest z lubością wsłuchany w samego siebie. Daleko mu co prawda do lidera „milasków politycznych” pana Roberta Biedronia, ale Hołownia się stara.

Donald Tusk mówi dobrze po polsku, choć mógłby wyzbyć się tak licznych wtrętów. Niestety w obecnej sytuacji politycznej pan Tusk zmuszany jest do opędzania się od politycznych ataków PiS. I to mu zajmuje znacznie więcej czasu, niż przekonywanie nas do słuszności swych działań. Ale, gdy sytuacja się uspokoi, być może wróci do dobrej formy znanej sprzed lat. Daję mu szansę.

Na końcu mego rankingu jest – niestety – pan Jarosław Kaczyński. A to dlatego, że nie potrafi (lub nie chce) powstrzymać się od zbytecznej agresji względem swych adwersarzy. W spokojnych  czasach natomiast zbytnio celebrował własną osobę, jako mówiącego. Ale ja to rozumiem, bo jak inaczej ma się zachowywać Ojciec Narodu? Ma się przymilać jak pan Hołowni?

Dzień bez polityki

Obecnie pora już najwyższa na ostre restrykcje wobec naszych polityków i dziennikarzy „od polityki”. Czas już wprowadzić – na początek – „Dzień Bez Polityki”. Najpierw trzeba będzie wybrać jeden dzień w roku i zakazać w tym dniu politykom jakiejkolwiek aktywności, pokazywania się w telewizji i radiu. A stacjom telewizyjnym jakiegokolwiek wspominania nawet o polityce. Potem należy wprowadzić „Dzień Bez Polityki” raz w miesiącu, a potem w każdym tygodniu. Na końcu zaś tego procesu wyprowadzania polityki z naszych domów, trzeba będzie wprowadzić zakaz polityki przed 22.00.  Zero informacji, zero programów politycznych.

A jeżeli mamy „Dzień bez papierosa”, to dlaczego nie może być bez polityki? Papierosy trują, polityka truje nas wszystkich. I jeżeli w telewizjach nie można emitować filmów porno, to dlaczego można puszczać te chore awantury polityczne?

Dno

Obecnie nasza polityka, pod względem etycznym sięgnęła dna. Choć pisał Różewicz, że dzisiaj dna już nie ma i można spadać bez końca. Chamstwo, agresja, bezwzględność i okrucieństwo wsparte są brutalnością, szyderstwem i poniżaniem przeciwnika. Tak jest w naszym parlamencie i w telewizjach.

We mnie budzi to wstręt. I nie chcę być biernym uczestnikiem mordobicia. Naprawdę można rozmawiać z przeciwnikiem. Przecież nie mamy wojny domowej. I nie musimy do siebie strzelać.

Elita?

Pewien dziennikarz powiedział ostatnio do siedzących w jego studio posłów: „Panowie są elitą narodu…” I żaden z gości nie zaprotestował. A ja bardzo przepraszam, ale tak nie jest! Posłowie i senatorowie są jedynie elitą polityczną.  I tylko polityczną. A poza nimi mamy w Polsce wybitnych naukowców, lekarzy, przedsiębiorców, dyrektorów wielkich firm. Mamy też wybitnych pisarzy, kompozytorów, muzyków, malarzy, aktorów i reżyserów. Tyle tylko, że nie wszyscy z tych wybitnych myślą o sobie, choć mogliby, jak o członku elity. A posłowie – bez powodu – tak.

 

WALTER ALTERMAN: Całkiem swobodnie bez sensu

Były wiceminister skarbu, również były minister aktywów państwowych, pan Artur Soboń, został wezwany przez sejmową komisję ds. wyborów kopertowych. Przesłuchanie miało kuriozalny przebieg. Najpierw, zgodnie z zasadami, dostał czas na swobodną wypowiedź. Mówił niedługo, a z tego co powiedział naprawdę nic nie wynikało. Potem członkowie komisji przystąpili do zadawania pytań. I na każde z nich Soboń odpowiadał taką formułką: „Wszystko co miałem do powiedzenia zawarłem w swobodnej formie wypowiedzi”. Niekiedy zmieniał formułkę (chyba z nudów) i odpowiadał na pytanie tak: „Wszystko co miałem do powiedzenia zawarłem w swobodnym czasie wypowiedzi”. I tak 161 razy.

A członkowie komisji powtarzali te formułki posła Sobonia. Potem powtarzały je media. I nikt nie zauważył, że w obu formułkach tkwi potężny logiczny błąd, że nie są one formułowane po polsku.

Nie ma bowiem czegoś takiego jak „swobodna forma wypowiedzi”. I dlatego pan Soboń powinien mówić o „formie swobodnej wypowiedzi”. Forma swobodnej wypowiedzi – tak jest poprawnie, od zawsze i żadne wybory tego nie zmienią. Bo komisja dała mu czas, aby w formie swobodnej wypowiedzi powiedział to, o czym wie. Język polski nie zna również formy „swobodny czas”.

Tragedia, że nikt tego nie zauważył. Ani ci z mediów, ani ci z komisji.  Dlatego wszyscy członkowie komisji powinni zostać ukarani (przez Marszałka Hołownię) trzydziestoma tysiącami złotych. Póki bowiem w Sejmie i Senacie wolno będzie pleść androny, w bliżej nieznanym nikomu języku, póty te ciała nie zapracują na ogólny szacunek.

Pan Soboń został co prawda ukarany trzema tysiącami za nieudzielanie odpowiedzi, ale to ma się nijak do potężnej kary, jaką powinien zapłacić, za niszczenie ojczystego języka.

Nie jestem panem waszych sumień

Nie jestem panem waszych sumień – powiedział Zygmunt Stary, w odpowiedzi na żądania polskich rzymsko-katolików, by „zrobić porządek” z tymi mieszkańcami Korony i Litwy, którzy byli   protestantami lub wyznawali religię w obrządku prawosławnym.

To zdanie jest od zawsze naszą dumą i ma świadczyć, że wojen religijnych u nas nie było, że z gruntu jesteśmy narodem tolerancyjnym. I oczywiście jest dla nas chlubą przed światem, który wiódł okrutne wojny religijne. Czy jednak historia czegoś uczy? Nie ma na to jednoznacznych dowodów. A jak dzisiaj realizowane są słowa naszego wielkiego króla?

Wydaje mi się, że w obecnej Polsce związki tronu i ołtarza są zbyt ścisłe. Skutkiem czego traci na tym kościół. Ludzie bowiem chodzą do kościoła po nauki moralne, po skupienie duchowe, po pociechę i modlitwę. Jeżeli jednak w kościołach (na szczęście nie we wszystkich) tematem kazań staje się polityka, to… część z tych ludzi po prostu przestaje chodzić do świątyń.

Teraz wraca sprawa aborcji, antykoncepcji i środków wczesnoporonnych. Kościół ma w tej sprawie swoje zdanie. I nie może ono być inne. W tych sprawach doktryna Kościoła jest surowa i tradycyjna. Zakładam, że ludzie wierzący podporządkowują się Kościołowi, że postępują kornie i zgodnie z nauczaniem Kościoła.

Jednakże prawo nie musi w zupełności podporządkowywać się Kościołowi, bo mamy w Polsce coraz więcej osób nie identyfikujących się z żadną religią. Poza tym kwestia aborcji jest kwestią sumienia każdego z nas i tak powinno zostać.

Do szalonego ogródka gościń i ministerek

Ponieważ dzisiejsze feministki językowe twierdzą, że „gościnia” była znana już w dawnych wiekach, zatem można i dziś nazywać tak gościa płci żeńskiej. Dlatego też, dla tych miłośniczek dawnych czasów i byłej tradycji, będę tu prowadził krótki słownik słów zapomnianych. Do wykorzystania przez panie będące parlamentarzystkami w Sejmie i Senacie.

Abjuracja – z łac. abjuratio – odprzysięganie, w prawie polskim oznacza formę prawną urzędowego ustąpienia rzeczy jakiej, z wyprzysiężeniem się jej własności. Abjuracja w rzeczach wiary znaczyła odprzysiężenie się czyli wyrzeczenie się błędów kacerskich.

Słowo ładne i brzmi z obca. Lepiej niż zaprzaniec, zdrajca czy łajza klubowy. Do wykorzystania w naszej praktyce parlamentarnej. Abjuracja i dzisiaj może być wielce przydatna, szczególnie dla tych, którzy zmieniają barwy partyjne.

Agażant – z franc. engageante, makietka długa białogłowska z forbotami. W książce z czasów saskich czytamy: Niewiasty dziwnemi agażantami zdobiły głowy swoje”.  Tu wyjaśnienie redakcji co do forbotu: Forbot, z hiszpańskiego forpado – frędzlowaty, nazwa staropolska koronek. Było w XVI wieku takie przysłowie, zanotowana przez Reja: „Z łyka forboty, szlachta bez cnoty”.

Ambaje – łac. ambages – mary, urojenia, przywidzenia, bałamuctwa, androny.

I to słowo może być wielce przydatne w naszych dysputach politycznych. Bo i po cóż krzyczeć, że ktoś tam kłamie. Jakże milej zwrócić komuś uwagę, że prawi ambaje.

Animusz – pod. wyrazów łac. animus, aniomose, w starej polszczyźnie oznaczał śmiałość ducha, odwagę i dzielność, jak również temperament szczodry i pański. Starzy Polacy mawiali: 1) Nie masz bardziej nie do pary jako wielki animusz, a mała intrata. 2) Zła tam rada, gdzie animusz pański, a błazeńska intrata.

Prawda, że słowo jak znalazła na dzisiejsze postawy – na wyrost, bez umiaru, nad miarę.

(Przykłady zaczerpnięte z „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunta Glogera.)

 

CEZARY KRYSZTOPA: Koalicja 13 grudnia przegra

Wydaje się, że do komentowania bieżących wydarzeń politycznych bardziej dziś nadają się prawnicy niż publicyści. Ale odkładając na bok skutki prawne, postaram się przyjrzeć skutkom wizerunkowym, tego co stało się wokół Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika.

Oczywiście najważniejsze, że wyszli. Wielodniowa głodówka mogła się skończyć różnie, zapewne nie bez powodu ostatniego dnia odsiadki Mariusza Kamińskiego do szpitala odwiozła karetka na sygnale. A jednak obydwaj są już z rodzinami, wydają się być w niezłej formie i w bojowych nastrojach.

Mogli to wygrać…

Warto się jednak przyjrzeć co ta sytuacja zmienia w ogólnym bilansie politycznych naprężeń. A wydaje mi się, że Koalicja 13 grudnia miała tu wszelkie narzędzia, by tę sprawę, szczególnie w oczach najtwardszego elektoratu, wizerunkowo wygrać. Z pomocą „nadzwyczajnej kasty”, która bezczelnie zakwestionowała sobie konstytucyjną prerogatywę Prezydenta dotyczącą prawa łaski, założyli Prezydentowi „podwójnego nelsona”. Z jednej strony presja emocjonalna – pozostający w więzieniu ludzie, którzy za walkę z korupcją powinni dostać medale, a nie pozostawać w więzieniu, z drugiej presja prawników (bo nie prawa) żeby przyznał, że w praktyce rezygnuje ze swojej konstytucyjnej prerogatywy. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że celem działań ludzi Tuska, oprócz chęci zemsty na zwalczających korupcję i wysłania sygnału, że „już można kraść”, był Prezydent, jego poniżenie i odebranie mu możliwości działania. Być może nawet przede wszystkim Prezydent.

I nie pomógłby tutaj nawet sprytny wybieg Prezydenta, który ponownego ułaskawienia dokonał w zupełnie innym trybie, nie konstytucyjnym, a kodeksu postępowania karnego, w którym, o ile dobrze rozumiem, nawet nie był inicjatorem procedury. Chyba mało kto zrozumiał istotę tego wybiegu, a też nikt nikomu tego specjalnie nie tłumaczył. Prawnie sprytne, wizerunkowo, zapewne byłoby nieskuteczne. Tym bardziej, że grube medialne ryby usiłowały sprawić wrażenie, że „Prezydent się złamał i ułaskawił drugi raz”. Sam nie od razu pojąłem na czym to polega. Wizerunkowo to było dla Koalicji 13 grudnia absolutnie do wygrania.

 

..ale przegrają

Ale nie będzie. Nie będzie ponieważ wywołano potężną histerię. Zawziętość i pospiech z jakim ścigano Kamińskiego i Wąsika, wyzywanie od „przestępców”, „kryminalistów”, „zbrodniarzy”, ludzi, którzy zostali skazani w dość wątpliwym procesie za błędy proceduralne w śledztwie ws. korupcji, po którym miały miejsce skazania (!), skumulowały potężny negatywny ładunek emocjonalny, zupełnie nieadekwatny do skali ich „winy”.

„Elyty” medialne dostały czegoś w rodzaju ataku szału. Arleta Zalewska z TVN usiłowała dopytywać na korytarzach sejmowych o to jak ukarać uwięzionych posłów za głodówkę, która prowadzą, Kamila Biedrzycka z Super Expressu zrobiła na Twitterze aferę o to, że żona Mariusza Kamińskiego puściła do swojego syna „oczko” z radości po informacji o uwolnieniu męża, Patryk Michalski z Wirtualnej Polski wypuszczał kolejne tweety (xity?) z szybkością pepeszy ideowego matrosa. A to tylko trzy z wielu przykładów.

I nie ma się czemu dziwić, że konsumentom ich przekazu odwaliło. Jak zauważył Piotr Semka, na profilach „wiodących mediów” pojawiły się komentarze, w których ośmiogwiazdkowcy wygarniali swoim ukochanym przekaziorom, które w ich mniemaniu po wyjściu z więzienia „za dużo już pokazywały Kamińskiego i Wąsika”. Nie mogli znieść widoku uśmiechniętych posłów PiS, nie mogli znieść widoku padających w objęcia rodzin, nie mogli znieść słów jakie padały z ich ust, słów godnych i pozbawionych skazy strachu czy pokory skruszonych przed potęgą „przestępców”. Oczywiście, że jeśli wywołało się histerię żądzy zemsty, nie mogą być sukcesem wizerunkowych obrazy ludzi duchowo silnych i szczęśliwych.

Dlatego uważam, że tę bitwę, na własne życzenie, Koalicja 13 grudnia przegra. To czy wygra ją PiS, jest już tematem na oddzielny tekst.

Raszyści niszczą nasze życie – TRZECI fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kiedy przechodziłem obok Urzędu Miejskiego, widziałem ludzi pchających wózki supermarketowe wypełnione po brzegi najróżniejszymi rzeczami. Uderzające było to, że oprócz jedzenia znajdowały się w nich butelki drogiego alkoholu i… zabawki dla dzieci – ogromne misie i króliki. Ludzie brali wszystko, co przyszło im do głowy…  –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ. Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

 

26 lutego 2022, sobota

Godz. 8.09. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dzień zaczął się od radosnej (lokalnej) wiadomości: Ninusia zadzwoniła i powiedziała, że ​​u nich wszystko w porządku. Zamierzają jednak przeprowadzić się z synem i mężem do jego kuzynki Lesi, która mieszka na ulicy Żowtniewej, niedaleko dworca kolejowego. Moja córka uważa, że ​​tam będzie bezpieczniej.

Tamara odczuła lekką ulgę, że dzieci żyją. Zastanawia się, czy mają coś do jedzenia. A wkrótce będziemy mieć problemy z jedzeniem. Na szczęście jest światło i gaz. Można ugotować coś na kuchence. Ale, szczerze mówiąc, apetyt nie dopisuje.

Choć mam niewielki zapas papierosów, palę jeden za drugim. W tym tempie wkrótce mi zabraknie. Muszę iść na zakupy. Sąsiedzi mówią, że ATB na Energetyków, „Silpo” w Avenir Plaza i Novus nadal działają.

Godz. 10.37. Bucza, ul. Energetyków nr 6, sklep ATB. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Po założeniu torby na ramię udałem się do ATB. Kiedy przechodziłem obok Urzędu Miejskiego, widziałem ludzi pchających wózki supermarketowe wypełnione po brzegi najróżniejszymi rzeczami. Uderzające było to, że oprócz jedzenia znajdowały się w nich butelki drogiego alkoholu i… zabawki dla dzieci – ogromne misie i króliki. Ludzie brali wszystko, co przyszło im do głowy. Zrobiło mi się przykro…

W pobliżu ATB ogromna kolejka. Niemal nad głową przelatują pociski i rakiety, a ludzie stoją. Nie mam wyjścia, dołączam do tego fatalnego tłumu. Czasem dochodzi do sprzeczek typu „nie stałeś tu”, ale bójek nie było.

Po dwóch godzinach triumfalnie trzymałem w rękach paczkę papierosów, a torbę na ramię wypełniłem płatkami śniadaniowymi i konserwami. Powiodło się!..

Godz. 12.50. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

– Mój ty zaopatrzeniowcu – śmieje się Tamara, kiedy wykładam na stole towar ze sklepu. – Teraz jesteśmy uratowani…

– Kupiłem trochę płatek. To najlepszy sposób na zaspokojenie głodu… Przydadzą się…

– A co z moją figurą? – żartuje żona.

– Figurą… – przytulam moje słońce – masz ją!

– Jak cię kocham! – pociesza Tomoczka.

Godz. 14.36. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Pomimo słabego połączenia zadzwoniła siostra Tamary Luda, która mieszka z mężem w Stojance. Przerażona – rakiety wroga nieustannie przelatują nad wioską. Rosjanie zniszczyli już kilka domów. Mówi, że ich najbliższa krewna, z  którą przez całe życie szczerze się przyjaźnili, 23 lutego razem z rodziną opuściła Ukrainę. Jej syn pracuje w „właściwych władzach”, więc wiedział o nieuniknionym zbliżaniu się wojny. Ludzie byli oburzeni, że ta osoba nawet nikomu nie wspomniała o realnej możliwości rosyjskiej agresji. Zebrali się tutaj, a Luda nie może się powstrzymać: „Pieprzcie się, suki!”

Godz.15.52. Bucza, ul. Poleva 19, Centralny Szpital Miejski Irpin. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Roman przeczytał na portalach społecznościowych, że apteki w Buczy są zamknięte, a szpital potrzebuje pomocy ze względu na dużą liczbę rannych. Podano listę, co jest potrzebne. Tamara dokładnie ją przestudiowała i w milczeniu skierowała się do naszych zapasów.

– Weź watę, bandaże, środki uspokajające, antybiotyki – zwróciła się do mnie żona. – Wszystko co jest…

W szpitalu dużo ludzi. Odpowiedzieli na wezwanie. Niosą, tak jak ja, wszystko, co było w domu. Transportowani są okaleczeni żołnierze i cywile.

– Czy mogę w czymś pomóc? – łapię za rękaw fartucha zaniepokojonego znajomego lekarza.

– Możesz… – odpowiada nerwowo. – Nie przeszkadzać…

Bez urazy… Sytuacja nie zachęca do obelg i honoru… Wojna…

Godz. 18.25. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Szok minął. Zaczynamy przyzwyczajać się do tej sytuacji. Przystosowywać się do życia w nowych, trudnych warunkach.

Najpierw zadzwonił mój przyjaciel z Korostenia Wiktor Wasylczuk. Martwi się: jak teraz wydawać gazetę „Korosten wieczerni”, skąd wziąć na to fundusze?… Martwi się też o swoich licznych „mniejszych braci”. Wiktor ma kilkanaście kotów, żółwia, rybki, papugę… Karma się kończy, a on nie wie, skąd ją teraz wziąć… Mówię: „Trzymaj się”. Zgadza się sarkastycznie: „Tylko czego?…”

Za chwilę nowy telefon. To Slavko Zholdak, mój najlepszy przyjaciel z czasów studenckich. Slava lub Slavusik, jak go nazywaliśmy, pochodzi z literackiej rodziny ojciec jest satyrykiem, humorystą i tłumaczem, Bohdan to sławny ukraiński pisarz, ulubieniec bohemy. Są też dalecy krewni – dramaturg Walery Zholdak i jego syn Andrij, znany w Europie reżyser teatralny. Jednak Slava nigdy nie był na świeczniku. Przede wszystkim lubi piwo, Dynamo Kijów, jeansy Lee i piosenkę July Morning „Uriah Heep”. Przez całe życie uczył języka i literatury ukraińskiej w gimnazjum. Niestety nie poszedł drogą ojca i brata, choć posiada spore zdolności. Trochę pisze do gazet.

A Slavko to zatwardziały kawaler. Jego jedyną prawdziwą miłością jest nieżyjąca już kotka Marysya. Kochał ją na zabój…

(…).

Godz. 21.14. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nocujemy w piwnicy. Widzę, że Tamara jest wściekła, ale stara się wytrzymać, żartując o naszym nowym mieszkaniu. Roman praktycznie nie wychodzi na zewnątrz. Boi się? Może. Jednak na zewnątrz jest spokojny. Czyta nam na głos wiadomości. Nie napawają one optymizmem – Rosjanie atakują ze wszystkich stron. Zełenski błaga Zachód, aby „zamknął niebo”. Nie słychać nas… A raszyści, w ewidentny sposób wykorzystując niezdecydowanie „wolnego świata”, bezlitośnie niszczą nasze życie…

 

„Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę” – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina historię Grobu Nieznanego Żołnierza

24 stycznia 1925 r. Rada Ministrów RP podjęła decyzję o budowie w Warszawie Grobu Nieznanego Żołnierza – w arkadach Pałacu Saskiego. Niemcy wysadzili Pałac już po Powstaniu Warszawskim: w ostatnich dniach grudnia 1944 r. Teraz – razem z jego odbudową (jeśli tak się stanie) – Grób odzyska historyczny kontekst.

Dnia 17 sierpnia 1920 r. w Zadwórzu – wsi położonej 33 km od Lwowa – 330 młodych Polaków stoczyło zwycięski bój z przeważającymi siłami bolszewików, nie dopuszczając do zdobycia przez nich miasta. Złożony głównie z lwowskiej młodzieży batalion Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego przez 11 godzin stawiał heroiczny opór napastnikom.

Obrońcy odparli sześć szarż konnych armii Budionnego. Batalion uległ dopiero po przybyciu nowych sił kawalerii bolszewickiej i po wyczerpaniu amunicji. W nierównej walce poległo 318 polskich żołnierzy. Walczyli do końca na kolby i bagnety. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Sowieci rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami. Zabitym odcinali głowy, ręce i nogi, zabierali ubrania. Pozostali przy życiu ranni oficerowie ostatnimi nabojami odbierali sobie życie. Opór ochotników pod Zadwórzem umożliwił innym oddziałom polskim wycofanie się i zajęcie pozycji obronnych pod Lwowem.

Ciała pięciu poległych oficerów, które udało się zidentyfikować, zostały pochowane na cmentarzu Orląt we Lwowie. Pozostali bohaterowie spoczęli na żołnierskim cmentarzu, w pobliżu usypanego na ich cześć kurhanu, gdzie umieszczono tablicę pamiątkową z napisem: „Orlętom poległym w dniu 17 sierpnia 1920 roku w walkach o całość ziem kresowych”. Do 1939 r. pomnik chwały był celem wypraw kombatantów, harcerzy i młodzieży, gdzie składano ślubowania i przyrzeczenia.

Pod Zadwórzem zginął m.in. 19-letni Konstanty Zarugiewicz, polski Ormianin, uczeń siódmej klasy, obrońca Lwowa z 1918 r., kawaler Krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. W 1925 r. jego matka Jadwiga Zarugiewiczowa została poproszona, aby spośród ciał znalezionych na pobojowisku wskazać jedno, które złożono następnie w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Wcześniejszego wyboru Lwowa jako miejsca pochodzenia szczątków bezimiennego żołnierza dokonał 4 kwietnia 1925 r. z 15 pobojowisk, na których w latach 1914-1920 rozegrały się najbardziej krwawe walki o niepodległość, Józef Buczkowski – ogniomistrz 14. Pułku Artylerii Polowej, kawaler Virtuti Militari.

Lekarz ocenił wiek zabitego na ok. 14 lat, stwierdził u niego postrzały w głowę i w nogę, co dowodziło śmierci w boju. Po pożegnalnym nabożeństwie we lwowskiej katedrze zwłoki przybyły pociągiem na stołeczny Dworzec Główny 2 listopada 1925 r., skąd kondukt przeszedł do katedry św. Jana na okolicznościową Mszę Świętą. Następnie trumnę na armatniej lawecie w uroczystym pochodzie przetransportowano na pl. Saski. Na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza w arkadach Pałacu Saskiego w Warszawie znalazł się napis: „Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę”.

Niemcy wysadzili Pałac już po Powstaniu Warszawskim: w ostatnich dniach grudnia 1944 r. Teraz – razem z jego odbudową (jeśli tak się stanie) – Grób odzyska historyczny kontekst.