CEZARY KRYSZTOPA: Konstytucja płacze nad Szymonem Hołownią

Dzięki pomocy sztucznej inteligencji, wybaczcie nie jestem tu ekspertem albo już można albo niebawem będzie można wytworzyć obraz i dźwięk nie do odróżnienia od oryginalnego nagrania. Oczywiście niesie to ze sobą wiele zagrożeń, w tym związanych z fałszerstwami wyborczymi, ale dla niektórych mogłoby się okazać szansą.

Dr Rafał Brzeski opisał na łamach Tysol.pl, jak już dzisiaj wygenerowane przez sztuczną inteligencję dźwięki i obrazy, wpływają na preferencje wyborcze. Opisał między innymi przypadek jednego ze stanów USA, gdzie chętnych do wzięcia udziału w republikańskich prawyborach demobilizowały masowe połączenia telefoniczne z wygenerowanym przez AI głosem Joe Bidena. Czy inny przypadek z Indonezji, gdzie wygenerowany przez sztuczną inteligencję obraz miał w kampanii wyborczej ocieplić wizerunek ministra obrony.

Przypadek Hołowni

Jako laikowi, wydaje mi się jednak, że skoro na tych, wygenerowanych przez AI filmach, które widziałem, widać było jednak pewną sztuczność, to chyba jednak technologia „wymaga” tu pewnego dopracowania. Oczywiście nie wykluczam, że powstały również filmy, których nie widziałem i które dowodzą, że obraz wygenerowany sztucznie nie odbiega jakością od obrazu prawdziwego.

Jednak o tym, że przynajmniej my tu w Polsce na tym etapie nie jesteśmy, świadczy przypadek Szymona Hołowni. Oto bowiem, przed wyborami, na bazie tefauenowskiego wesołka (piszę „wesołka” przez grzeczność, ponieważ w gruncie rzeczy jego typ „humoru” wywołuje u mnie raczej zażenowanie graniczące z bólem zębów), zbudowano niemalże wizerunek męża stanu, takiego fajnpolackiego, ale jednak męża stanu. Wykształconego (o czym mają świadczyć okulary), praworządnego (ostatecznie nad konstytucją nawet płakał) i rozsądnego.

A mogło być tak pięknie

A tymczasem od czasu, kiedy został wybrany marszałkiem Sejmu nie bardzo wiadomo czy się z niego śmiać czy nad nim płakać. W ciągu kilku tygodni Szymon Hołownia stał się jednym z głównych „Rympałków” Donalda Tuska, który zabrnął tak daleko w bezprawne działania wobec Kamińskiego i Wąsika, w tym łamanie prezydenckiego, zapisanego w Konstytucji, prawa łaski, że teraz to konstytucja płacze nad Hołownią. Złe pisowskie barierki „oddzielające Sejm od społeczeństwa” zastąpił uśmiechniętymi barierkami łączącymi Sejm ze społeczeństwem. A jakby nie było mu dosyć śmieszności, zagroził publicznie wdeptaniem Putina w ziemię.

Nie wiem jak i czym Szymon Hołownia chce Putina wdeptywać (tym bardziej, że jego koalicyjni koledzy zdecydowali o zmniejszeniu nakładów na polską armię), ale wydaje mi się, że gdyby technologia sztucznej inteligencji była już wystarczająco zaawansowana, Marszałek Sejmu miałby szansę na utrzymanie swojego wizerunku, a my nie bylibyśmy narażeni na nieprzyjemne dysonanse poznawcze. W takim wypadku prawdziwy Hołownia w zasadzie nie byłby potrzebny. Ot, przed wyborami puszczałoby się odpowiednie, wygenerowane przez AI, przedwyborcze słodkie gaworzenie, a po wyborach kompatybilne z nim odrobinę poważniejsze pustosłowie.

A tak, cóż, mamy to co mamy.

Czy nie pogrzebie nas żywcem tutaj, w piwnicy? – PIĄTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Przed nami tylko śmierć, bieda, zagłada… Nie wiem dlaczego my, Ukraińcy, rozgniewaliśmy Boga… Dlaczego On wystawił nasz naród na taką próbę?… Co zrobiliśmy?… –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ, trzeci TUTAJ, czwarty TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

1 marca 2022, wtorek

Godz. 6.15, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Rano jak zwykle zaniosłem pojemnik z „odpadami” do włazu kanalizacyjnego. (Swoją drogą zapomniałem napisać, że pod dowództwem naszego komendanta Oleksandra urządzono podziemne toalety. Są to zaklejone folią zakamarki w nieużywanych pomieszczeniach i dwa wiadra od farby. Jedno podpisane „M”, drugie – „K”. My mamy osobistą toaletę obok naszego podziemnego „mieszkania”).

Na podwórzu spotkałem Petra, poetę i taksówkarza.

– Mam dla ciebie paczkę papierosów – powiedział. – Chodźmy do mnie.

Petro mieszka na dziewiątym piętrze, ale winda nie działa. Musieliśmy pędzić pod górę, zatrzymując się, żeby złapać oddech. Chłopcy są już starzy, a i konsekwencje palenia stają się coraz bardziej widoczne.

– Tu mieszkam – znajomy pokazał przestronne trzypokojowe mieszkanie. – Spójrz na widok z okna! Stąd w linii prostej jest dwanaście kilometrów do Kijowa. Spójrz, miasto i wieża telewizyjna, jak w dłoni.

Tymczasem Petro pakuje mi torbę – nie tylko papierosy, ale i „kilka ziemniaków” („kilka” to pięć kilogramów), „proszę, daj Tamarze trochę kapusty i pomidorów”, trochę płatków, „bo ja ich nie jem” oraz „a może być bez kawy i słodyczy?”

Kiedy znosiłem to wszystko do piwnicy domem wstrząsnęły dwie potężne eksplozje. Po chwili oczekiwania ostrożnie udałem się na górę. Podwórze zasłane było fragmentami okaleczonych okien, pogiętymi dachami ganków i inną ślusarką. Kiedy podniosłem głowę, prawie zemdlał – pocisk uderzył w loggię Petra. Kolejny poleciał na trzecie piętro od wejścia nr 2.

Na szczęście, jak się okazało, mojemu przyjacielowi nic się nie stało. Był tylko lekko potłuczony…

Godz. 11.30, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Postanowiłem udać się do Rady Miejskiej. Może kogoś zobaczę, usłyszę lokalne wiadomości, bo krążą plotki, że Rosjanie weszli już do Lisowej Buczy i Worzeli. Przeszukują mieszkania i domy w poszukiwaniu aktywistów, lokalnych polityków i dziennikarzy. Mówi się, że kacapskie hordy mają nawet listy z nazwiskami.

Drzwi do Urzędu Miejskiego były zamknięte, a przy bramie stali nieznani goście z karabinami szturmowymi. Wyjaśniłem kim jestem, że przez 14 lat byłem redaktorem naczelnym „Buczańskich Nowin”. Na próżno. Wojownicy, jak skała, byli nieruchomi. Odszedłem trochę zdenerwowany i zirytowany…

Po drugiej stronie ul. Energetyków znajduje się szpital. Od czasu do czasu podjeżdżają tam karetki i samochody, z których wynoszeni są ranni. Czuję się jak epizodyczna postać w jakimś filmie katastroficznym. Głównym bohaterem nie jestem ja, ale lekarze, którzy dzień i noc nie odchodzą od stołów operacyjnych.

Nawiasem, jak mówimy o lekarzach. Źle się czuję. W przededniu wojny dwóch profesorów, znanych „luminarzy” w świecie medycyny, doszło do wniosku, że mam guza, ale nie ma potrzeby go usuwać. Stwierdzili, że muszę brać pigułki i wszystko będzie dobrze. Mam pewne wątpliwości, czy tabletki działają. Nie ma żadnych zmian w samopoczuciu. Zapewniam sam siebie, że potrzeba trochę czasu, aby zaczęły działać.

Godz. 18.51, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Właśnie przeczytałem w Internecie, że kacapi uderzyli w wieżę telewizyjną w Kijowie. Jeszcze dziś rano podziwiałam jej sylwetkę – i patrz… Boże, cóż to za suki! Niszczą mój Kijów!… Chcą wymazać naszą przeszłość z powierzchni ziemi.

Kanonada, zatrzymana na krótką chwilę, trwa ponownie. O dziwo (choć z przerwami) nadal jest gaz, woda, prąd i Internet.

Moje dziewczynki, czekając na zimne noce w piwnicy, pakują dodatkowe ciepłe rzeczy. Na zewnątrz jest mróz, a w pomieszczeniu magazynowym nie ma ogrzewania. Tyle, że wniesiono tam grzejnik, a nad drzwiami zawieszono koc. Chłopcy biegają z mieszkania do piwnicy i odwrotnie – z magazynu do mieszkania. Wszystko zależy od intensywności ostrzału. Z mojego punktu widzenia moja żona i córka są fatalistkami. Prawie nie reagują na wybuchy za oknem.

Myślałam, że jakaś książka oderwie mnie od ponurych myśli, ale czy taka istnieje… To, co jest napisane, nie jest postrzegane. Nerwy, trywialnie, jak napięta struna. Nie mogę pojąć, że mój świat zmienił się radykalnie. To całkiem prawdopodobne, że nie spotkam już części rodziny i znajomych. Że w każdej chwili mogę stracić mieszkanie, bibliotekę, kolekcję płyt, z której jestem bardzo dumny. A co najważniejsze, błagam Pana, aby ocalił życie mojej rodziny i oczywiście Yashy, który teraz patrzy na mnie przerażonymi oczami. Pogłaskałem zdezorientowanego psa po głowie i powiedziałem uspokajająco: „Wszystko będzie dobrze, Yasho. Wszystko będzie dobrze…” Podekscytowany pies, liżąc mnie po dłoni, wybiegł na korytarz i zrobił tam wielką kałużę. To jego wyraz emocji…

Godz. 21.33, Bucha, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dziewczyny o czymś szepczą, a potem – niespodziewanie – wybuchają wesołym, beztroskim śmiechem.

– O czym mówicie? – Jestem zaskoczony.

– O kobiecych sprawach – odpowiada Tamara, spoglądając na mnie wesoło. – Na przykład o tym, jak się do mnie zalecałeś…

Rzeczywiście, w Tomoczce zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Kiedyś myślałem, że to jakiś rodzaj przenośni, ale właśnie tak mi się przydarzyło. To było ponad dwadzieścia lat temu. Mieszkałem wtedy w Stanach Zjednoczonych i pewnego razu w przeddzień Nowego Roku po raz kolejny poleciałem na Ukrainę. Zatrzymałem się w Kławdiewie, w domu rodziców, gdzie mieszkał i brat Saszko. Przez całą noc on i mój stary przyjaciel Wołodia świętowali powrót „syna marnotrawnego” do ojczyzny. Rano postanowiliśmy kontynuować „bankiet” w lokalnej kawiarni, która nosiła tradycyjną, często spotykaną, nazwę – „Brzoza”. Tutaj, na progu spotkałem niezwykle piękną, delikatną młodą kobietę.

– Chłopaki, coś knujecie – powiedziała z uśmiechem. – Otwieramy za dwie godziny. Więc…

– Tamaro – brat, który, jak się okazuje, znał właściciela kawiarni, wystąpił naprzód – to jest mój brat Serhij. Właśnie przyjechałem z Ameryki. Chcemy… Pozwól…

– Przepraszam – syknąłem nieudolnie – za najście. Jestem Serhii Kulida, poznajmy się.

– A ja jestem Tamara Kulida – zaśmiała się piękność.

– Czy ty naprawdę… Kulida? – zastanawiałem się, jąkając się.

– A ty?

– Ja, ja… Okazuje się, że też…

Następnie wziąłem w swoją dłoń jej zmarzniętą, delikatną dłoń i weszliśmy do środka… W tej chwili, ulegając jakimś niekontrolowanym uczuciom, spojrzałem ponownie na towarzyszy, którzy weszli za mną, i machnąłem ręką. „Proszę, chłopaki, zostawcie nas w spokoju”.

Wszystko zrozumieli i poszli pić gdzie indziej. Zostałem. Tego dnia prawie nie puściłem ręki Tamary, jakby bojąc się ją stracić. Rozmawialiśmy aż do nocy. Nie mogliśmy się sobą nacieszyć. I już wtedy zrozumiałam: nigdy nie opuszczę tej kobiety… I z czasem zostawiłem te obrzydliwe Stany, pobraliśmy się i zamieszkaliśmy w Buczy…

Godz. 22.56, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Położyliśmy się spać. Prawie zasnąłem, gdy weszła swatka ze swoim „basem”… Powiadam wam, to prawdziwy „Fender”! Nikt nie śpi… Oprócz oczywiście Oksany… Taki koncert rockowy…

2 marca 2022, środa

Godz. 6.05, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Świt się jeszcze nie obudził. Wszyscy moi śpią. Nawet swatka uspokoił się. Podszedłem do drzwi piwnicy, które na noc były zamknięte, i zapaliłem papierosa.

Na górze panowała cisza, czasami przerywana eksplozjami. Widziałem komendanta naszej „podziemnej twierdzy”.

– Nie możesz spać? – Oleksandr pytał o oczywistość.

Wzruszam tylko niedbale ramionami. Można to zobaczyć na własne oczy, że tak powiem. A potem z kolei zwracam się do sąsiada z nurtującym mnie od dawna pytaniem:

– Sasza, jak myślisz, kiedy – hipotetycznie, ugh, ugh, ugh – dom poważnie nas zakryje, nie daj Boże, zawali się… Czy nie pogrzebie nas żywcem tutaj, w piwnicy?

– Na pewno nie – odpowiada spokojnie nasz senior. – Mówię to jako były wojskowy. Przede wszystkim nasze ściany mają metr długości i są wykonane z cegły. Sam wiesz. Po drugie, piwnica ma betonowe ściany i podłogi, a po trzecie, na końcu korytarza piwnicy znajduje się wyjście do sąsiedniego pomieszczenie, przez które w razie czegoś będzie można wydostać się na powierzchnię. A tak przy okazji, są też okna, przez które można się wydostać. Dostępny jest także odpowiedni sprzęt – łopaty, łomy…

– Dziękuję, uspokoiłem się…

– Nie jesteś pierwszą osobą, która się tym interesuje. Wszystko będzie dobrze – uśmiecha się Oleksandr.

Godz. 9.00, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, dziedziniec. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Zadzwoniłem do Mychajła Sydorżewskiego, który również mieszka w strefie działań wojennych, w Wyszhorodzie. Szef naszego Związku mówi, że nad ich domem cały czas coś przelatuje – zarówno samoloty, jak i rakiety. Martwi się o los NSPU (Narodowy Związek Pisarzy Ukrainy – red). Mówi, że prawdopodobnie zabierze swojego małego wnuka do obwodu żytomierskiego. Po złożeniu sobie nawzajem życzeń „wszystkiego najlepszego” żegnamy się.

Po naszej rozmowie pomyślałem, że przyszłość „Literackiej Ukrainy” także jest niepewna. Jak to teraz robić, pisać, wydrukować? Skąd w końcu zdobyć środki? W czasie pokoju potencjalni dobroczyńcy tylko obiecywali pomoc, a w czasie wojny…

Ciekawa jest jeszcze jedna rzecz. Przed wojną mój telefon nie cichł – dzwonili nasi pisarze, przysięgali szczerą, wieczną przyjaźń,, ale gdy zaczęły się kłopoty, tylko nieliczni pytali, czy jeszcze żyję w tej Buczy. Nie jestem urażony. Rozumiem, że „każdy umiera w samotności”, ale… Ale rozumiem, że w naszym kraju w niektórych przypadkach człowiek jest szanowany nie ze względu na inteligencję czy wszelakie talenty, ale ze względu na zajmowane stanowisko. Jednak, jak mówią Francuzi, c’est la vie.

Godz. 11.16, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Zięć postanowił wybrać się na ulicę Szewczenki, gdzie ma dom on, Nina i wnuk. Chce nakarmić swojego Alabaina i dwa koty. Mimo, że odradzaliśmy: „Teraz jest bardzo niebezpiecznie, natkniesz się na kacapy”, nie słuchał. – „Pójdę” – powiedział. „Nie jedli od kilku dni”. Wyszedł i wrócił za godzinę. Mówi, że po mieście jeżdżą rosyjskie BMP i transportery opancerzone, które założyły bazę w „piątej” szkole (dawnym internacie).

Przygnębia mnie to, że nie mam wiarygodnych informacji o sytuacji w Buczy. Jedni mówią, że miasto jest okupowane, inni zapewniają, że sytuacja jest pod kontrolą naszych Sił Zbrojnych.

Godz. 13.21, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Ludzie czasami tracą panowanie nad sobą. Nerwy tego nie wytrzymują, a jakaś niewinna uwaga może wywołać burzę emocji. Zauważyłem, że w słowniku wielu osób pojawiły się niecenzuralne słowa. Nikt się nikogo nie wstydzi. Nawet „wyrafinowani intelektualiści” używają przekleństw. Mówią, że w ten sposób ludzie „odpuszczają”, że przeklinanie łagodzi ból. Jasne, tak właśnie jest. O tempora, o mores…

Od czasu do czasu rośnie także i tutaj napięcie pomiędzy „starymi i młodymi”. Tamara jednak mądrze rozładowuje „konflikty międzypokoleniowe”, nie doprowadzając sytuacji do kłótni.

Godz. 15.40, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Kiedy dzieci wyszły, Tamara i ja zostaliśmy sami. Widzę, że czuje się źle, ale „zachowuje swój styl”.

– Posłuchajmy „Czerwonych Gitary”. Tych po niemiecku.

Żona nawiązuje do płyty „Rotten Gitarren” wydanej przez Polaków w 1978 roku w NRD. To właśnie te wykonania ich największych hitów stały się ulubionymi Tamary. Przyznam jednak, że ta płyta zespołu „Czerwone Gitary” brzmi po niemiecku, jak mówi mój wnuk, fajnie.

Ostrożnie kładę krążek na odtwarzaczu, wycieram kurz i opuszczam igłę… Przytuleni do siebie, siedzimy w ciszy na kanapie, słuchając „wiecznych” melodii polskiego zespołu. Powiedzieć, że jesteśmy smutni, to nic nie powiedzieć…

– Tomoczko, zobaczysz: wszystko będzie dobrze – próbuję jeszcze raz uspokoić żonę, ale też nie wierzę w prawdziwość moich obietnic. – Wszyscy będziemy żyć.

Nigdy… Przed nami tylko śmierć, bieda, zagłada… Nie wiem dlaczego my, Ukraińcy, rozgniewaliśmy Boga… Dlaczego On wystawił nasz naród na taką próbę?… Co zrobiliśmy?. .. Dlaczego ta dzika, ignorancka, śliniąca się rosyjska horda chce zniszczyć nasz kraj? Kto by pomyślał, że Rosja zdecyduje się na coś takiego?

Te pytania są w większości retoryczne i nie muszę na nie odpowiadać. I tak wszystko jest jasne: Rosjanie zawsze zaciekle nienawidzili Ukrainy, ich plany zawsze obejmowały zniszczenie naszego narodu.

A nasi zachodni „partnerzy” jak zwykle „wyrażają zaniepokojenie”. Jednak teraz już „bardzo głębokie”. Lepiej byłoby „zamknąć niebo”, dać broń…

Godz. 22.55, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Wieczorem Tamara i ja zostaliśmy zaproszeni na „herbatę” przez Tanyę, sąsiadkę chyba z siódmego piętra. Do 2014 roku mieszkała z rodziną w obwodzie donieckim, ale kiedy przyszli tam Rosjanie, zamieszkała w naszym bloku w Buczu. Kobieta jest bardzo gościnna i przyjemna w komunikacji. Opowiadała o okropnościach współistnienia z konkwistadorami „rosyjskiego świata”.

Siedzieliśmy dwie godziny, po czym wróciliśmy do naszych podziemnych „mieszkań”. Okazało się, że swatka przeniosła się do pobliskich boksów, gdzie nocowali Ninusia, Wołodia i zięć.

Dobranoc!…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Kim są Żołnierze Wyklęci?

1 marca 1951 roku w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie komuniści zamordowali siedmiu wspaniałych Polaków. Razem z prezesem IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość ppłk Łukaszem Cieplińskim od strzału w tył głowy z rąk pijanego kata Mokotowa Aleksandra Dreja zginęli: mjr Adam Lazarowicz, mjr Mieczysław Kawalec, kpt. Franciszek Błażej, kpt. Józef Rzepka, por Karol Chmiel, por Józef Batory. To symboliczny, tragiczny koniec największej polskiej organizacji zbrojnej XX w., fenomenu ukrytego pod nazwami: Służba Zwycięstwu Polski, Związek Walki Zbrojnej, Armia Krajowa i Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość.

Kim są Żołnierze Wyklęci? To niejednolita formacja działająca w Polsce po 1944 roku na praktycznie wszystkich ziemiach polskich, także tych „odzyskanych”, jak również za tzw. kordonem, czyli na zrabowanych nam przez Związek Sowiecki Kresach Wschodnich II Rzeczpospolitej. Z rąk sowieckich służb specjalnych – NKWD ginęli kolejni komendanci kresowi. Najpierw 3 grudnia 1944 roku w okolicy wsi Jeremicze dowódca oddziałów na Nowogródczyźnie – podporucznik Armii Krajowej Czesław Zajączkowski, ps. Ragner. Kolejny cios przyszedł 21 stycznia 1945 roku, kiedy w sowieckiej zasadzce los „Ragnera” podzielił jego następca – kapitan AK Jan Borysewicz, ps. Krysia, Mściciel. To dwa wielkie ciosy zadane polskiej, kresowej partyzantce.

12 maja 1949 roku niedaleko Szczuczyna w obławie NKWD poległ ppor. Anatol Radziwonik „Olech” – ostatni polski komendant kresowy. Ta data to kres zorganizowanej walki i działalności antysowieckiej na Nowogródczyźnie. Przez kilka lat walczyli jeszcze i ukrywali się tam pojedynczy polscy żołnierze, ale byli niszczeni i mordowani przez aparat sowiecki. „Nic dla siebie, wszystko dla Ojczyzny” – było hasłem „Olecha”.

Ale Żołnierze Wyklęci to nie tylko partyzanci leśni, żołnierze walczący z bronią w ręku. To również np. oficerowie wywiadu. Bo Żołnierz Wyklęty to wybór drogi życiowej, postawa. Postawa oporu, nieugiętości, niezłomności wobec drugiego sowieckiego okupanta i narzuconej przezeń komunistycznej władzy. Stąd czasem wymiennie wobec Żołnierzy Wyklętych używa się terminu Żołnierze Niezłomni. Mnie najbardziej odpowiada określenie: Wyklęci przez komunistów Żołnierze Niezłomni. Bo pamiętajmy, że Polacy ich nie wyklęli, tylko komuniści, którzy byli zdrajcami Polski.

Klasycznym reprezentantem Żołnierza Wyklętego – wywiadowcy jest rtm. Witold Pilecki. Ułan II RP, jedyny na świecie ochotnik do niemieckiego Auschwitz, Powstaniec Warszawski, po 1945 roku założył podlegającą II Korpusowi Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa grupę wywiadowczą.

Za Żołnierza Wyklętego należy uznać także np. majora Bolesława Kontryma „Żmudzina”, oficera Policji Państwowej w II RP, cichociemnego, Powstańca Warszawskiego, kawalera Orderu Virtuti Militari, trzykrotnie odznaczonego Krzyżem Walecznych. Do kraju wrócił w czerwcu 1947 roku, zostając szefem działu administracyjno-gospodarczego w Centralnym Zarządzie Państwowego Przemysłu Fermentacyjnego. Po wieloletnim brutalnym śledztwie komuniści powiesili go 2 stycznia 1953 roku w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie wyklinając przez kolejne lata PRL.

Żołnierzem Wyklętym był inny powieszony (24 lutego 1953 roku) gen. August Emil Fieldorf „Nil” – żołnierz trzech wojen: I wojny światowej, wojny polsko-bolszewickiej, II wojny światowej, twórca i dowódca Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej. 7 marca 1945 roku aresztowany przez NKWD, zesłany pod fałszywym nazwiskiem Walentego Gdanickiego do sowieckich łagrów. Po ponad dwóch latach wrócił do Polski, ale nie kontynuował działalności konspiracyjnej, ujawniając się przed komunistycznymi władzami. 10 listopada 1950 roku aresztowany przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP).

Obaj – „Żmudzin” i „Nil” zginęli, bo nie zgodzili się na współpracę z komunistami.

Żołnierzy Wyklętych – polskich antykomunistów (tych walczących z bronią w ręku, wywiadowców, czy żołnierzy zachowujących patriotyczną postawę) – oceniamy nawet na 200 tys. osób. W tej licznie mieści się też młodzieżowa konspiracja antykomunistyczna.

O co walczyli? Najważniejszym, długofalowym celem było odzyskanie przez Polskę wolności, niepodległości. Wielu z nich wierzyło w wybuch III wojny światowej, kiedy będą mogli kontynuować walkę u boku Anglosasów przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Celem bieżącym, ale jakże istotnym była ochrona ludności polskich wsi i miast przed okupantem. W pierwszym okresie chronili Polaków przed Amią Czerwoną i NKWD, a kiedy te wycofały się z naszego kraju – chronili przez sowietyzacją, dokonywaną przez instalowaną w Polsce władzę komunistyczną i jej represyjne struktury, takie jak Urząd Bezpieczeństwa (UB), Milicja Obywatelska (MO), czy KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego). Polacy odwdzięczali się tym samym.

Dlatego, aż do 21 października 1963 roku (kiedy został zamordowany w obławie w Majdanie Kozic Górnych na Lubelszczyźnie) mógł się ukrywać sierżant Józef Franczak „Laluś” − ostatni Żołnierz Wyklęty, który zginął w walce z SB i ZOMO.

I jeszcze przyczynek do trudnej historii rodzin Wyklętych. Syn Marek Franczak, urodzony w 1958 roku, o tym, czyim jest synem, dowiedział się dopiero po 1989 roku. Wtedy formalnie powrócił do nazwiska ojca. Dopiero w 2015 roku odzyskał czaszkę taty, którą komuniści oddzielili od tułowia po zamordowaniu „Lalusia”. Czaszka przez lata służyła do eksperymentów studentom Akademii Medycznej w Lublinie, a potem była tam ukrywana. Większość rodzin Żołnierzy Wyklętych padła ofiarą komunistycznych represji.

Nie bez znaczenia było rzecz jasna poszukiwanie ratunku dla siebie – bo często ujawnienie się, próba powrotu do tzw. normalnego życia kończyły się aresztowaniem, torturami, a nawet śmiercią. Ujawnianiu się Żołnierzy Wyklętych miały służyć tzw. amnestie (2 sierpnia 1945 roku i 22 lutego 1947 roku), ale ich celem było nie tylko rozbrojenie i rozbicie podziemia, ale – docelowo – aresztowanie jak największej ilości antykomunistów. „Amnestia to jest dla złodziei, a my jesteśmy Wojsko Polskie” – mówił mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”.

 

HUBERT BEKRYCHT: Imitatorzy medialnego DNA, czyli odtwarzająca Radiokomitet zła strona mocy (1)

Gdyby Mistrz Jedi, dostojny Yoda z niezapomnianej sagi „Gwiezdne wojny” przyszedł 26 lutego na transmitowane na FB m.in. przez Fundację Batorego spotkanie „Media obywatelskie – założenia ustawy o mediach służby publicznej” mógłby nie wytrzymać wpływu złej strony Mocy i krzyknąć: „Lorda Vadera hełmy przerabiać musicie na nocniki a nie o publicznych mediach mówić”. Yody nie było i przedstawicieli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich też. Zresztą, może lepiej, bo ktoś z SDP mógłby od Mistrza pożyczyć, jako wskaźnik do prezentacji oczywiście, miecz świetlny. Spotkanie było największym natężeniem m.in. profesorów Kowalskich, b. szefów KRRiT Dworaków, przewodniczących Zdrojewskich i Fedorowiczów w całym wszechświecie. No i coś tam mówiono o mediach publicznych.

Zdaniem medioznawcy prof. Tadeusza Kowalskiego, który jak tylko PO powraca do władzy jest gotów napisać projekt każdej ustawy medialnej, nowe propozycje uczynią nowe, wspaniałe media publiczne jeszcze wspanialszymi niż były pod rządami PO-PSL a wcześniej dziwnej koalicji dziwnej nie-prawicy z lewicą z wyraźnym akcentem ludowców a jeszcze wcześniej PSL i SLD.

Omawiany projekt profesor określił jako „system nowoczesny, pluralistyczny i mocno konkurencyjny”.

 

Śmiech i pluralizm medialny po 19 grudnia 2024 r.

Oczy moje zalały łzy. Ze śmiechu. Pluralistyczny? Chyba jak koalicja 13grudnia zlikwiduje TV Republikę, TV Trwam, Radio Maryja i Radio Wnet. Nowoczesny? Bójmy się raczej, kiedy znowu podczas trwającej za miedzą wojny nie będzie możliwości wyłączenia nadajników w strategicznych mediach, tak jak podczas zamachu 19 i 20 grudnia 2023 roku. Konkurencyjnych? Chyba, że TVP, PR i PAP dostaną odszkodowanie od TVN, Polsatu i Radia Zet  a także GW za straty finansowe poniesione podczas medialnego zamachu stanu.

I jeszcze jeden cytacik z Kowalskiego. Nie Rocha, Tadeusza. Otóż jego zdaniem PiS do tego stopnia „zawłaszczył” media publiczne, że stały się „narzędziem tworzenia podziałów społecznych”. A to czasem nie poglądy stoją u podstaw tych podziałów?

Wierzy medioznawca, że ludzie dla polityki telewizję oglądać będą. Biada w kraju tym” – dodał mój znajomy Yoda.

Projekt, czyli twórcy i tworzywo

Po Kowalskim wystąpił Dworak, Jan Dworak. Hans Klos polskich salonów medialnych. Specjalista, producent – przedsiębiorca, były prezes TVP i były a może i przyszły szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Otóż Dworak przygotował obfitą prezentację złożoną z kilkunastu plansz, które na spotkaniu zorganizowanym przez Fundację Batorego wyświetlano z taką dumą, jakby rządowi Tuska udało się wykraść koperty z nazwiskami laureatów tegorocznych Oscarów. Z pierwszej planszy dowiedzieliśmy się, że projekt ustawy, oprócz Dworaka i Kowalskiego, przygotowali jeszcze, jako społeczni eksperci oczywiście, m.in.: Jacek Weksler i prof. Stanisław Jędrzejewski a współpracowali, też nie wymienię wszystkich, ale Wojciech Majcherek, Przemysław Szubartowicz oraz, oklaski, wybitny prezenter telewizyjny znany z programu „Kawa czy relanium” Robert Luft, który ma także epizody w Sejmie, jako urzędnik, bo z dobrych miejsc z list PO jest niewybieralny i w KRRiT jako człowiek prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Kolejne plansze były już tylko odbiciem chęci odbicia mediów publicznych na podstawie ustawy napisanej przez akolitów KO. Bo chyba tym razem KO i przystawki chcą zdobyć media legalnie. Ależ to musi być wysiłek.

„Ludzi nie masz, mieć projektu nie będziesz” – westchnął Mistrz Yoda

Radiokomitet

Przy okazji, z pozostałych plansz prezentacji Dworaka wynika, że centrum wszechświata medialnego ma być nie rząd a KRRiT, bo „media należą bardziej do społeczeństwa obywatelskiego niż państwa” – mówił Dworak. Tu poczułem ścisk w żołądku. Znowu ze śmiechu. A dalej to myślałem, że z tego śmiechu zemdleję, bo były pan prezes TVP powiedział, że projektodawcy „przyznając KRRiT kluczową pozycję” w systemie medialnym „odebrali radzie możliwość swobodnego wyboru zarządów mediów publicznych”.

Chwila niezrozumienia na czołach uczestników spotkania, bo przecież obecna KRRiT, po zmianach ustawowych, nie wybiera od prawie 8 lat prezesów i dyrektorów mediów publicznych – robi to Rada Mediów Narodowych, którą koalicja 13 grudnia chce oczywiście zlikwidować. I… teraz wszyscy spodziewają się, że padnie odpowiedź, kto wybierze zarządy mediów publicznych jak RMN już nie będzie? Przecież o to KO toczyła wojnę z PiS. Ja spodziewam się, że – tym razem w ustawie napisanej przez KO będzie wyjaśnione, że o państwowych mediach decyduje KO. Pan Dworak jednak dokładnie nie wytłumaczył, bo zastosował strategię mistrza. Innego Mistrza Jedi – Obi Wana Ken Obi. Machnął ręką i przeniósł akcję tysiąc lat w przód oraz opowiedział bajkę.

Nie będę tego nazywał inaczej, bo bajka ma przecież morał. Ta też ma, ale nie nadający się do powtórzenie w eleganckim towarzystwie.

Owa bajka Dworaka to powrót do starego jak system komunistyczny pomysłu, aby regionalne ośrodki TVP i regionalne rozgłośnie polskiego radia, tak jak za PRL, były połączone. Co to da? Nic. Chaos, bo wówczas politycy, przede wszystkim wyposzczeni brakiem synekur działacze KO, TD i Nowej Lewicy będą chcieli tym bardziej pożreć smaczny kąsek – telewizję lokalną i radio lokalne pod jednym kierownictwem. A czyj będzie ten regionalny, wszechwładny propagandowo ośrodek medialny na wzór Radiokomitetu z komunistycznych czasów Macieja Szczepańskiego? No czyj, kiedy rządzi KO-TD-NL? Chyba nie Bezpartyjnych Samorządowców.

„Czasu dużo masz niewiele, spieszyć się musisz, bo Moc polityków elektoratu jesiennego słabnie” – skomentował Mistrz Yoda.

Prawdziwe kłamstwa

Galaktyczne zażenowanie wzbudziło także wystąpienie szefa sejmowej komisji kultury i środków masowego przekazu Bogdana Zdrojewskiego, ale nawet najpotężniejsze i pamiętające wszystko polityczne słonie nie przypominają sobie sensu wystąpienia byłego prezydent Wrocławia. Ja jak przez mgłę pamiętam, że Zdrojewski oświadczył, iż obecna ustawa medialna jest anachroniczna. Kopernik, po prostu Kopernik polskiego Sejmu. Dzielnie sekundował mu inny Galileusz. Tym razem z Krakowa, czyli aktor, reżyser i były dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Kraków a także poseł i senator PO Jerzy Fedorowicz, który teraz jest szefem komisji kultury w izbie wyższej parlamentu.

Fedorowicz postanowił, a jakże, przywalić PiS po raz 346 i nazwał „białoruską” instytucją Radę Mediów Narodowych. Panie senatorze, na Boga skoro jednak RMN była przez 8 lat w Mińsku, to co będzie z panem po powrocie do Krakowa, jeśli tamtejsza TVP3 będzie musiała się połączyć z państwowym radiem regionalnym? I mam wrażenie, że tylko białoruski azyl może pana uratować przed linczem krakowskich środowisk artystycznych.

„Apolitycznym być musisz aby apolitycznym nie być, bo nieznana jest moc polityki niepolitycznej” – skończył część pierwszą tej relacji Mistrz Yoda.

 

Drugą część dopiszę wkrótce, jak tylko, po obejrzeniu kolejnych kilkudziesięciu minut dyskusji o wykuwaniu się projektu polskiej ustawy o mediach publicznych, przywiozą mnie z Tworek.

 

Miały nie być polityczne,ale są… pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Taka gmina

Polityku, nie leń się. Zasuwaj ze swoim partyjnym bossem z miasta do miasta. Z gminy do gminy. Jeszcze możesz objechać sporo spotkań i wieców. Mów tym w terenie na kogo mają głosować. Przecież ty wiesz najlepiej kto tam na dole u nich powinien rządzić. Nie stój, nie czekaj – pomóż! Oni chcą tam sobie wybrać najlepszego u nich lekarza, biznesmena, dzielnego strażaka lub mądrego nauczyciela. A przecież wybrać trzeba najspolegliwszego, zasłużonego działacza swojej partii. Takiego z ustalonej drabinki hierarchicznej. On i tak już długo cierpliwie czeka. On się potem zrewanżuje, będzie wierny. I tak zbudujemy cały gmach na glinianych fundamentach.

 

Polityku, zabieraj ze sobą wiernych i oddanych dziennikarzy. Oni to wszystko właściwie opiszą i wytłumaczą ludowi, co i dlaczego trzeba zrobić. Jeszcze pora, jeszcze czas. Drogi w kraju mamy już wspaniałe i polityków też. To nic, że 15 października wyszło jak wyszło. Nie docenialiśmy oddechu przeciwnika. Wprawdzie przegrał, ale się potem zjednoczył i przebił wroga. Też tak trzeba było zrobić na prawicy. Gapy!

 

No, wprawdzie można było inaczej. Po prostu od dawna stawiać na mądrych i uczciwych, naprawdę prawych i sprawiedliwych, a którzy są nimi to widać gołym okiem. Dobrzy i mądrzy nie potrzebują opiekuńczego parasola partii. Brzydzą się działaniem sekciarskim. W latach 70-tych dostałem w Telewizji Polskiej programy, które polegały na rywalizacji między społecznościami miast – były to transmisje na żywo, gromadziły rekordową widownię, a na miejscu wywoływały impuls społeczny – inicjatywy. Dawały radość i dumę z własnego miasta i powiatu, a nawet województwa. Tam, gdzie wygrywałem jako animator tych imprez oczywiście działając zgodnie z tymi, którzy mi zaufali, dostawałem tytuł honorowego obywatela. Mam ich kilkanaście.

 

Gdy się nie powiodło podwijałem ogon. Tak czy owak, to co ludzie w ramach konkursów zrobili dla siebie przecież czynili społecznie. No i dzięki pomocy miejscowej władzy – to wszystko stało się dorobkiem na miejscu. Przygotowanie programu trwało miesiąc. Poznawałem wówczas wiele osób. Oczywiście różnych. Ale wszędzie ujawniali się społecznicy zdolni i przedsiębiorczy. Oczywiście rządziła wtedy „mateczka partia”, ale nie przeszkadzała w turniejach miast. Partyjna łapa nie pchała się między drzwi choćby dlatego, że nie chciała być winna, jeśli miasto przegrało rywalizację.

 

Nadal – choć stary – jeżdżę jako reporter po Polsce i spotykam ludzi wspaniałych. To oni odbudowali kraj, odnowili rolnictwo, uczą, żywią i na pewno Polskę obronią, gdy będzie potrzeba. Wierchuszka kłóci się zażarcie nawet na forum międzynarodowym. A kysz!  Odczepcie się przynajmniej od gminy, od Pcimia, Tuszyna, Stargardu, Łomży, Gorzowa, Kutna, Krakowa, Poznania, Katowic i Łodzi.

 

Teraz też, jak za komuny, władza ma lud pracujący miast i wsi naprawdę w niewielkim poważaniu. Największy obiecywacz, pan Tusk, zręczny piłkarz radzi sobie na estradzie. Gorzej w realu.

 

Gdy zaczynałem pracę dziennikarską w latach 60. poznałem reportera legendę Józefa Kuśmierka. Stale pisał, podkreślał i tłumaczył: ważna władza to ta na dole, to od nich sukces kraju zależy. Niby go czytano i słuchano, ale odsunięty zajął się hodowlą świń. Najkrócej przedstawiając żywot red. Kuśmierka można napisać: pochodził ze środowiska kupiecko-katolickiego, ale poszedł z lewicą w czasie wojny do lasu. Potem nawet do komunistycznej partii. Jednak stalinizm go ocucił, po kilku latach legitymację rzucił i stał się uciążliwym krytykiem władzy ludowej, a nawet członkiem KOR-u. Ponieważ był bohaterem wojennym, uczestniczył w zamachach na Niemców i był rzeczywiście odważnym człowiekiem. Szedł przez całe życie swoją drogą, a właściwie jeździł, wojażował, bo jako reporter z krwi i kości nie siedział na stołku, ale zawsze był w terenie. W 1987 roku pisał: „Prawa ekonomiczne nie są piękne ani brzydkie, ani sprawiedliwe, ani niesprawiedliwe. Prawa ekonomii rozróżniają tylko jedno – czy praca przynosi zysk czy straty. (…) Czy znamy ludzi, czy znamy kadry gotowe podjąć się działalności zgodnej z tymi prawami? Pierwszą cechą inteligencji jest szukanie wyjścia z każdych niesprzyjających okoliczności, a nie poddawanie się tym okolicznościom. Mamy rozmazgajoną inteligencję. Mamy rozdygotaną własnymi sprzecznościami – opozycję czepiającą się wspomnień, próbującą wskrzesić to, co wskrzesić się nie da, bo po prostu minęło. Mamy za to bardzo liczną i przez to groźną armię ludzi wykształconych w posłuszeństwie i potakiwaniu. (…) Po rozbiorach Wielkopolsce groziła absolutna germanizacja. To śmiertelne zagrożenie zmobilizowało tysiące i dziesiątki tysięcy bezimiennych dziś działaczy gospodarczych, którzy uratowali dla Polski tę najbardziej polską i najbogatszą z dzielnic. (…) Właściwi ludzie rodzą się we właściwej atmosferze. Od tego jaką atmosferę uda się stworzyć wokół tych ludzi, taką będziemy mieli kadrę i taką przyszłość”.

 

Może i Kuśmierek jest dziś anachroniczny, a co mamy dziś? Nie ma zaborców, ale sytuacja jest podobna ze strony Unii Europejskiej. Jeśli dobrowolna Wspólnota się nie rozleci to ubezwłasnowolni społeczeństwa, które ją wymyśliły. O niczym innym zresztą były „Kraj Rad” nie marzy. Przynajmniej roi to sobie jego morderczy władca.

 

Dziś reporterzy siedzą przed komputerami. Telewizje, radia, inne media mamy już podwójne, wrogie sobie. Wprawdzie słychać nawoływania by politycy odczepili się od mediów, ale kolejni ich nowo mianowani szefowie a także ci odsunięci nie potrafią stworzyć niezależnych medialnych bytów. Mało tego – wymyślają „trzecie drogi” pomnażając w ten sposób czynowniczy stan. Obajtek odkupił od Niemców koncert prasowy Polska-Press. I dobrze, że odkupił. Ale nie kupił zaplecza redakcji. 16 tytułów w całej Polsce nie osiągnęło wiele. A przecież niektóre gazety wychodzą na terenie wielomilionowych aglomeracji. Dlaczego mają tak niskie nakłady? Zaledwie kilkunastotysięczne. Dlaczego nie stworzono tam dobrych zespołów. Dlaczego przyjęto takich a nie innych naczelnych? Dlaczego zdarzają się redaktorzy, którzy rządzą na raz kilkoma tytułami? Przykładem koronnym jest „Dziennik Bałtycki”. Do tego typu terenowych gazet wpycha się odgórnymi decyzjami ogólnopartyjne przekazy propagandowe. Tak samo jest z regionalnymi ośrodkami telewizyjnymi i radiowymi. Centrale zmieniają tylko swoich przedstawicieli, którzy, owszem, dobrze się zapowiadają i na tym sprawa się kończy.

 

Mówi się tylko – ratunek w sprywatyzowaniu. Ale nie może to być uwłaszczenie kapitału wrogiego tubylcom. A tak się dzieje. To powinno być wzmocnienie, dofinansowanie choćby przez reklamy państwowych firm. Np. małych lokalnych telewizji, które bez takiego wsparcia sobie nie poradzą. To są ważne media. One powinny przedstawiać ludzi do wyborów władz miejscowych.

 

Obiecanki unijne dzielą się na blokowania przedwyborcze, aby doprowadzić do upadku narodową władzę i na obiecywania gruszek na wierzbie (płaczącej), które to – te gruszki – będą spadać obijając się bardzo a potem przyjdzie za nie bardzo drogo zapłacić, bo to żadna darowizna a tylko pożyczka. Czekaj tatka latka, jedz importowane, sprowadzone towary używaj, wiezione będą na obcych statkach, przeładowywane w obcych portach a wy prywiślańscy będziecie mieli szansę na zlewozmywakach. Chłopi przestańcie orać i doić, bo wasze krowy wydalają za dużo gazów. Lotnisko to będziecie mieli w Berlinie. A po zreperowaniu bałtyckiej rury (co jest bardzo proste) odbierać będziecie ruskie  paliwo okrężnie z Niemiec, gdzie struktura odbiorcza  Nordstreamu jest już całkowicie gotowa i kosztowała Niemców bardzo wiele. Oni tego nigdy odpuszczą. Te dwie dziurki w Nordstreamie zreperuje się za pomocą wymiany niewielkiego segmentu. I popłynie z powrotem, to co wynika z niemiecko-ruskiego układu. Handlowej floty nie kupimy, choć to na świecie jeden z najlepszych biznesów, a o zbudowaniu statków u siebie (Polskie Linie Oceaniczne miały ich 174 a teraz mają… 2, zapomnieć trzeba, bo zniszczono infrustrukturę a fachowcy wyjechali… Ostatnio zbudowaliśmy naprawdę świetne nabrzeża portowe, rozbudowaliśmy miejsca do cumowania statków, wykonaliśmy bardzo ważny przekop – tylko nie wiadomo po co, śmieje się obywatel Donald Tusk. Trampkarz futbolowy jednak się zasapie. Może przyjdzie nowy już w kamaszach skórzanych. Europejską armią, której jeszcze nie ma porządzi facet o historycznym nazwisku. Kim on naprawdę jest. Reklamowano go być może przesadnie z ministrem Ławrowem a teraz – i to dobrze – wygłosił słuszną i odważną mowę na międzynarodowym forum. Brawo panie Sikorski. Ale tylko za to.

 

Marszałek bez generalskiego szlifu bardzo sprawnie a nawet wesoło prowadzi obrady parlamentarne. Tyle że głównie na tematy zastępcze. Licytujemy się w prognozach czy urosną znów płoty i bariery. Czy więcej będzie na etacie silnych chłopców do eskortowania delikatnych ministrów?  Tak się dziać będzie aż do pierwszego strzału. Potem już wiwatów nie będzie. Sukcesy aborcyjno-antykoncepcyjne wyprowadzą tłumy szczęśliwych kobiet na radosne manifestacje. Już nie będzie ordynarnych wrzasków z dachów samochodów. Nikt nie będzie rzucać mięsem, bo nasze panie skrzętnie będą liczyć, czy wystarczy na obiadowe dania?

 

Prezydent Warszawy uruchomi wielkie hodowle egzotycznych robali, zieloni ochłodzą się wiatrakami a niektóre z tych gigantycznych słupów mają mieć ponad 100-metrowe skrzydła, ale tylko25-letnią gwarancję. Co potem stanie się z tym złomem? Może sprzedamy Chińczykom?

 

Ugory zamienią się w pustynie. To też dobrze – dlaczego mamy mieć tylko jedną – Błędowską? Zawsze nam Unia pomoże, a NATO obroni. Na co więc się zbroić i żołnierzy szkolić? Przecież pan Siemoniak cudem powrócił do władzy. To okazuje się dobry planista, strateg a może nawet prorok. Dlaczego zresztą mamy tylko 100-osobowe ministerialne grono? Przecież można zatrudnić więcej. Więcej też będzie luksusowych limuzyn na ulicach. Tak jak w Moskwie, gdzie tłuste biznesowe koty Putina, wskutek zatorów w ruchu ulicznym, muszą fruwać helikopterami w śmigłowcowym stadzie. Nic to, że zatruwają. My ograniczymy CO2.

 

Gdy wreszcie skończy się wojna, rusko-amerykańsko-holendersko-ukraińska pszenica popłynie do nas wartkim strumieniem. Samowystarczalne – kozie mleko jest zdrowe – chłopskie gospodarstwa będą wreszcie bezproblemowe. Uratują nas z kłopotów banki światowe bazując na polskim wkładzie z rajów podatkowych. Wreszcie będzie gut a nawet very good. Tylko komu będzie dobrze?

 

WALTER ALTERMANN: Stare kłopoty z lekturami i nowy Grunwald

Rozpętała się ostatnio dyskusja nad zmianami w zestawie lektur szkolnych. Nowa władza chce bowiem nowych lektur bo – zdaniem rządzących – stara władza narzucała szkole nazbyt wiele obowiązków patriotycznych, tak w wyborze lektur, jak w organizowaniu uroczystości ku czci i pamięci. Niestety nowa władza też przesadza. Ostatnio poseł lewicy, Maciej Konieczny, lat 43, z Gliwic, wykształcony kulturoznawca, był uprzejmy oznajmić w telewizji Polsat, że ciągłe przywoływanie pamięci zwycięstwa pod Grunwaldem to może przesada. I dodał, że może w lekturach i nauczaniu należałoby sięgać do rzeczy nowych.

Być może dla posła Koniecznego Grunwald jest jedynie dużą bitwą, makabryczną nawalanką, być może zmęczyło go (jako kulturoznawcę) zbyt częste oglądanie Bitwy pod Grunwaldem Matejki, bo w istocie bardzo dużo się na tym płótnie dzieje.

 Poseł, ale czyj?

I z tego zmęczenia nie pojął poseł Konieczny, że bitwa pod Grunwaldem była punktem zwrotnym w historii, który pozwolił na odrodzenie się Polski po okresie dzielnicowego rozbicia. Bez tego zwycięstwa Krzyżacy nie pozwoliliby na zaistnienie wielkiej Polski. Bo odbijanie z ich rąk Gdańska, Bydgoszczy i innych ziem trochę trwało.

Ale może za dużo wymagam od posła kulturoznawcy? Może jest on przedstawicielem ludzi zmęczonych polskością? Może tak myśleć, ma do tego prawo, ale też do obowiązków dziennikarza telewizyjnego jest wyjaśnić mu, mniej więcej to, co napisałem powyżej. Chyba, że dziennikarz też nie wie…

Polityczne grzebanie w lekturach

Nie wiadomo dlaczego, ale każda kolejna władza w wolnej Polsce, czyli po roku 1989, zaczyna grzebać w szkolnych lekturach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała ta sprawa jest z gruntu śmieszna. A śmieszna tym bardziej, że żadne władze tej własnej śmieszności nie chcą widzieć.

Śmieszny jest fakt, że co by władza nie nakazało dzieciom i młodzieży czytać, to szanse na wielodniowe zagłębianie się przyszłości narodu w starych księgach są marne, bo przez dziesięciolecia te wszystkie lektury już nakręcono i pokazano w kinie! To po co męczyć młode oczy czytaniem Pana Tadeusza, Potopu, Krzyżaków czy Lalki, gdy w ciągu 3 godzin można poznać treść wiekopomnych dzieł na domowym komputerze? Nie doceniamy młodych, a oni nie są głupi.

Oczywiście czym innym jest poczucie ducha literatury, wspaniałych fraz polskiego języka, piękna metafor Mickiewicza i Słowackiego, zachłyśnięcie się opisami przyrody Żeromskiego, a czym innym obejrzenie jedynie części dialogów, bo opisów przyrody i tak w żadnym filmie nijak nie ma. Są jedynie gotowe obrazki, które narzucają widzowi jak wygląda droga przez las, jak wyglądają rzeki i pola, a jak wyglądają góry i chaszcze. Czyli otrzymujemy „gotowiznę”, która nie pozwala na rozwój wyobraźni czytelnika.

Czy szkoła kształtuje?

Oczywiście wszystkie te różne politycznie władze się mylą, bo szkoła, wraz ze swymi lekturami kształtuje nas w jakichś 15 procentach, a rodzina w 85. Nikt tego oczywiście nie liczył, ale tak wynika z moich wieloletnich obserwacji. Bo zawsze syn tępaków będzie tępakiem, syn malwersantów, zawszeć będzie kombinował, a syn obiboków będzie obijał swe bok aż do krwi ostatniej. Ta wiara polityków w zbawienne kształtowanie przez szkołę ludzkiego ducha i społecznych postaw przy pomocy wzniosłych książek też jest śmieszna. Choć w efekcie przykra.

Czy da się wychować na lekturach nowego Polaka?

Grzebanie w lekturach ma oczywiście głęboki sens polityczny, bo u nas każda nowa władza święcie wierzy, że to ona, i tylko ona jest powołana do wychowania „nowego Polaka”. Prawicowe władze chcąc wychowywać nowego, czyli starego patriotę, wprowadziły do zbioru lektur szkolnych obowiązkowych i nadobowiązkowych kilka takich pozycji, które miały umocnić w narodzie miłość do ojczyzny, szacunek do przeszłości i jasne, ufne spojrzenie w przyszłość. Wierzyły bowiem głęboko, że każdy z nas musi głęboko przeżywać polskie historyczne sukcesy i klęski , z naciskiem oczywiście na sukcesy.

Natomiast władze liberalne i lewicowe żyją w przekonaniu, że „nowy Polak” musi być wolny od zaczadzenia historią, ma być otwarty na świat i wyzbyty dziedzicznych, czyli historycznych ułomności. Nie wiadomo dlaczego owi „światowcy” żyją w przekonaniu, że Europie i światu potrzebny jest akurat Polak, który będzie udawał Greka, podszywał się pod Francuza, czy rżnął Anglika? Polska ma do wniesienia do życia globu swój sposób bycia, swoją mentalność i swoje rozumienie wolności.

Jeżeli mamy być nadal narodem, to każdy z nas ma wiedzieć kim był i co napisali m.in. Jan Kochanowski, biskup Ignacy Krasicki, Juliusz Słowacki i Bolesław Prus. Ta wiedza i ewentualne przeżycie z lektur ich dzieł są naszym wspólnym kodem kulturowym. To nas łączy i spaja. Zmieniały się nasze granice, zmieniały się systemy polityczne, wiele set lat żyliśmy pod obcym panowaniem, ale zawsze spajał nas w jedno język i kultura. Więc nie są to błahe aspekty naszego polskiego, wspólnego życia. A może nawet są to sprawy główne?

Owszem i oczywiście należy czytać, także pisarzy współczesnych, ale ile oni są naprawdę warci okaże się dopiero po jakichś stu latach.

Jesteśmy potrzebni światu razem z naszym złotym pasem litym, z lirą Wernyhory, zapijaczonym Zagłobą i szalonym Kmicicem. Wnosimy do światowego zasobu nasze umiłowanie wolności, czasem wiodące do anarchii. W wielości kultur jest siła naszego globu i cywilizacji. Zatem niech nie przesadzają ani „nowocześni”, ani „wstecznicy”. Zalecałbym umiar i jeszcze raz umiar we wszystkim.

Obowiązki patrioty

Nawołuję do spokoju i rozwagi w sprawie rzeczonych lektur. Z tą skromną uwagą, że miłość do ojczyzny jest wyborem, a nie obowiązkiem Polaka. Nauczanie miłości do ojczyzny nie jest nikomu nie jest potrzebne. Natomiast obowiązkiem każdego z nas jest rzetelnie pracować, płacić podatki, nie śmiecić, nie kraść, a w razie czego służyć w wojsku. Z tym ostatnim nie jest wcale tak pięknie, bo według badań jedynie 40 procent Polaków deklaruje, że włoży mundur i – w razie czego – pójdzie na wojnę. I to zupełnie nie jest śmieszne.

 

 

 

 

 

Jesteśmy waszymi „wyzwolicielami” – CZWARTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Nagle hałas silników gwałtownie wzrósł, a od strony kościoła wyłoniła się… kolumna kacapskich wozów bojowych BMP. Za chwilę pierwszy z nich zatrzymał się gwałtownie tuż przed oknami naszego mieszkania, a jego wieża zaczęła powoli skręcać w moją stronę… –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ, trzeci TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

27 lutego 2022, niedziela

Godz. 8.05. Bucza, ul. Poleva, 21/10, Poliklinika Miejska. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Obudził mnie kaszel mojej żony, który nie dawał jej spokoju odkąd weszliśmy do tej cholernej piwnicy.

– Naprawdę… – Tamara odwraca się do mnie, ciężko oddychając, – Nie mogę… Bez względu na wszystko, nie spędzę tu więcej nocy. Ty i Roma zostaniecie tutaj, a ja będę spać w mieszkaniu.

– Moje słońce, jak ci pomóc? – Ściskam i całuję wyczerpaną żonę.

Tamara patrzy na mnie:

– Wybacz mi…

– Za co? – Jestem szczerze zaskoczony. – O czym mówisz?..

– Za to, że sprawiam ci tyle kłopotów… Coraz bardziej choruję… Ty też masz astmę… Nie na końca tym bólom…

– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze! – udaję, że poprawiam humor mojej ukochanej żonie. – Ty wiesz: jeśli powiem, że wszystko będzie dobrze, to tak będzie.

Tamara uśmiecha się na siłę:

– Wiem… Ale… Ale jest mi bardzo niedobrze…

– No to jedziemy do kliniki!… Natychmiast!…

Za chwilę opuszczamy schron. Idziemy przez podwórka, bo tak jest szybciej i co najważniejsze bezpieczniej. Przechodzimy obok ogrodzenia Urzędu Miejskiego. Wokół garaży tłoczy się kilka osób, wynoszą paczki z jedzeniem i wodą.

Centralne wejście do polikliniki jest zamknięte, pracownicy wchodzą i wychodzą bocznym wejściem. Idziemy tam. Spotykamy Oksanę Dżam, dyrektor przychodni podstawowej opieki zdrowotnej w Buczy.

– W czym mogę pomóc, Serhiju Wołodymyrowiczu? – pyta zaniepokojona pani Oksana.

– Tamara potrzebuje pomocy. Astma…

– A kto jest waszym lekarzem?

– Jakow Jakowycz…

– Jest tutaj – wpuszcza nas Oksana Iwanowna. – Zaraz zadzwonię do niego…

W pomieszczeniu na środku znajdują się góry lekarstw. Lekarze je sortują i pakują w celofanowe torby. Wszyscy są skupieni i milczący. Zarządza nimi doświadczony lekarz, i ogólnie, wspaniała osoba, Oleksandr Fursa.

Nasz lekarz rodzinny zaprasza Tamarę do jakiegoś pokoju na badanie. Proszę lekarzy o środek uspokajający, bo czuję, że moje nerwy, jak to mówią, pulsują.

Po pewnym czasie Tamara wraca:

– Zaraz Jakow Jakowycz da lekarstwo. Dzięki Bogu, mają coś jeszcze…

Nieco uspokojeni wracamy do domu. A gdzieś bardzo blisko grzmi i huczy. Przyzwyczailiśmy się nawet do tego…

Godz. 10.08. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Podczas gdy Tamara, zażywszy lekarstwa, przygotowuje jakieś jedzenie, ja zaparzyłem mocną kawę i wyszedłem na loggię zapalić. Otworzywszy okno, wyjrzałem na bulwar i jak zwykle nie zauważyłem ani jednego przechodnia. Na ulicy panowała złowieszcza cisza, którą od czasu do czasu przerywały eksplozje i odległy ryk potężnych silników. Nagle hałas silników gwałtownie wzrósł, a od strony kościoła wyłoniła się… kolumna kacapskich wozów bojowych BMP. Za chwilę pierwszy z nich zatrzymał się gwałtownie tuż przed oknami naszego mieszkania, a jego wieża zaczęła powoli skręcać w moją stronę. Zamarłem, gdy zobaczyłem, jak lufa powoli opada, celując we mnie. (Teraz, kiedy już trochę się uspokoiłem i piszę te słowa, zdaję sobie sprawę, że na szczęście wtedy mój żołądek był pusty. Bo nie wiadomo, jak by to było…) Tymczasem właz na wieżyczce wozu się otworzył, a z otworu wysunęło się murło, które radośnie pomachało do mnie prawą ręką i zawołało:

– Nie dziw się, bracie! Jesteśmy waszymi wyzwolicielami! Wdepczemy waszych nazistów w ziemię!

Po czym BMP odjechał ze swojego miejsca, a za nim reszta kolumny… A ja jak śpiący z papierosem w rękach stałem jakiś czas na loggii… Chyba wyglądałem jak Żona Lota, która zamieniła się w słup soli w biblijnej Sodomie…

Z odrętwienia wyrwał mnie głos Tamary:

– Seryozha, gdzie poszedłeś? Coś się stało? Chodź tu, jedzenie stygnie…

– Nie jestem głodny… – wydusiłem z siebie. – Później…

Godz.12.12. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Gdzieś bardzo blisko słychać odgłosy eksplozji i karabinów automatycznych. Siedzimy w piwnicy. Roma czyta na Facebooku, że spotkali się w Novusie. Trwa bitwa. Piszą, że dom obok – przy ulicy Kijowo-Myrockiej – prawdopodobnie się pali. Zakładam: może to być pięciopiętrowy budynek, w którym mieści się redakcja „Buczańskich Nowin”. I tu przypominam sobie, że w przyszłym tygodniu powinien ukazać się kolejny numer „Literackiej Ukrainy”… Cóż mogę powiedzieć?… Nie wiem już teraz, kiedy to nastąpi. Zwykłe życie z codziennymi zmartwieniami zostaje zrujnowane…

Kacapski drań od dawna marzył o wzięciu Ukrainy w swoje ręce. Teraz przypomniałem sobie, że pisał o tym „biały” generał Anton Denikin. Nie pamiętam dokładnie, ale coś w tym stylu: „Rosja, niezależnie od tego, jaka będzie – monarchiczna, demokratyczna czy komunistyczna, nigdy nie odpuści Ukrainy”.

Byliby głupi. To Ukraińcy stworzyli imperium Piotra I, który na kozackich kościach zbudował Petersburg. To klany ukraińskie rządziły ZSRR w jego schyłkowych latach. To nasi naukowcy i artyści stworzyli potęgę i chwałę „Imperium Zła”. Podano… Zapomnieli o przepowiedniach Kobzara dotyczących regionu moskiewskiego… Ale teraz, kiedy siedzę w tej piwnicy, jest to pewne jak nigdy dotąd! Jestem pewien, że „nasza myśl, nasza pieśń nie umrze, nie zginie”… Czy moje myśli są żałosne? NIE! Tak będzie!…

Godz.16.21. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

W końcu zadzwoniła Nina. Mówi, że oni – Wołodia, Denis i swatka Oksana – są teraz w domu szwagierki Łesi, która mieszka na ulicy Żowtniewej, niedaleko dworca kolejowego. Mówi, że w pobliżu „był jakiś strach, podobny do Armageddonu”. Dom po prostu się zatrząsł od wściekłych eksplozji. Leżeli na podłodze przez pół dnia, ukrywając się przed ostrzałem. Gruchotało tak bardzo, że sufit prawie się zawalił. Przyjdą do nas…

Godz.18.35. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy.

Roma, nasze „biuro informacyjne”, podało, że Rosjanie zniszczyli na lotnisku w Gostomelu nasz legendarny „Mriya”, największy samolot na świecie. Jak to mogło się stać? Czy to możliwe, że żaden z wysokich urzędników państwa ani kierownictwo „Antonowa” nie przewidziało prawdopodobnego przebiegu wydarzeń? Niechlujstwo? Zdrada? Mogło być jedno i drugie… Ach, ilu ludzi osiedliło się w Buczy w ostatnich latach!… Mówią, że uciekli z Doniecka lub Ługańska. Weź i się dowiedź, czy nie było wśród nich moskiewskich agentów.

Godz.19.46. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Z powodu intensywnych eksplozji co jakiś czas uciekamy z mieszkania do piwnicy. Yasha patrzy na nas przerażonymi oczami – nie rozumie, co się stało. A może rozumie i czuje grożące nam niebezpieczeństwo. Przynajmniej nie prosi, aby wyjść na spacer. Woli siedzieć w domu, gdzie bardzo wstydzi się wyjść za swoją potrzebą… Piszczy i patrzy z poczuciem winy w oczy. Dwa razy dziennie czyścimy jego kałuże i kupki… Cóż możesz zrobić – jest członkiem naszej rodziny…

Godz. 20.30. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

W workach jest trochę ciepłych ubrań, płatki śniadaniowe, sól, cukier, ciasteczka, kawa i – co za radość! – kilka paczek papierosów. Teraz „będziemy żyć, pić wino (w tym wypadku – palić papierosy), bić janczara”!..

Wreszcie w progu pojawił się Ninusia, wnuk Wołodii, zięć Denysa i swatka Oksana. Jednakże wszyscy powinniśmy przebywać w piwnicy, a tam nie ma miejsca. Musiałem pójść do sąsiada z drugiego piętra, który siedział w mieszkaniu podczas eksplozji. Jego matka ze względu na chorobę nie mogła zejść do schronu. Sąsiad dał nam klucze od swojej piwnicy. W ten sposób „kwestia mieszkaniowa” została rozwiązana.

​Zorganizowaliśmy coś w rodzaju święta. Staraliśmy się, na ile to było możliwe, rozmawiać o sprawach neutralnych, opowiadać „brodate” dowcipy, próbowaliśmy żartować. Ale to wszystko był śmiech przez łzy… Chwała Bogu, że żyjesz… Przynajmniej dzisiaj… I tam… Tam, jak będzie… W końcu poszliśmy spać…

Godz. 22.11. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Ale swatka chrapie!.. To coś niewiarygodnego!.. Trąbka jerychońska musiała brzmieć ciszej…

28 lutego 2022, poniedziałek

Godz. 8.07. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Tak sobie pomyślałem: komu do cholery potrzebny jest mój „styl życia”?… Chyba, że ​​jako pewna pociecha? Sposób na odwrócenie uwagi…

Godz. 9.02. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Okazuje się, że wczoraj nasi ludzie rozproszyli Rosjan na Dworcowej, na odcinku od stacji kolejowej Bucza do centrum handlowego Żyrafa w Irpiniu. Ninusia i jej rodzina znajdowali się w pobliżu epicentrum bitwy. Wczoraj, jak mówią, pojawił się tam nasz burmistrz Anatolij Fedoruk, który udzielił wywiadu dużej liczbie dziennikarzy.

Nieco wyczerpani sąsiedzi wyszli na zewnątrz. Palą bezlitośnie papierosy i dzielą się informacjami o wczorajszym zwycięstwie i niesamowitych zniszczeniach jakich doznała Dworcowa.

Znowu mówi się o „zamknięciu nieba”, o samolotach, które Polska i inne kraje europejskie mają nam przekazać. (Czy głupiec wzbogaca się myśląc?) Później wolontariusze przynieśli świeżo upieczony chleb. Nigdy nie myślałam, że bochenek chleba może sprawić tyle radości. Dla nas jest swego rodzaju symbolem nadziei na najlepsze…

Godz. 11.15. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Tamara wyraźnie się rozweseliła – dzieci były w pobliżu, a ona trochę się uspokoiła. Razem z córką gotują coś w kuchni. Chłopaki wpatrują się w swoje telefony – szukając dobrych lub przynajmniej zachęcających wiadomości. Ale jak dotąd wszystko jest bardzo trudne. Wróg wkroczył na północ obwodu kijowskiego i zbliża się do stolicy.

Bardzo trudno jest mi teraz opuścić Buczę. Rosyjscy okupanci krążą po mieście gdzieś z dzielnicy Niemiszajewo-Myrockiej. Borodzianka została zajęta przez orki. Podobnie jak Zdwiżówka. Swoją drogą, myśleliśmy, żeby wybrać się do tej wioski, żeby przebić się przez tłum. Rozumowaliśmy następująco: po pierwsze, w Zdwiżówce mamy krewnych, po drugie, wieś jest oddalona od strategicznych dróg, nie ma tam obiektów wojskowych, przecież jest położona w lesie, a nikt nie będzie bombardował lasu. Okazało się jednak, że Rosjanie nacierali na nas od takiej strony, że Zdwiżówka już pierwszego dnia najazdu stała się ważną bazą kacapów.

Próbowałem dodzwonić się do mojego stryjecznego dziadka, Toli Czernienko, który przez ćwierć wieku pełnił funkcję wójta Zdwiżowi, ale bezskutecznie…

Godz.14.19. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

– Musimy poważnie porozmawiać – Tomoczka podeszła do mnie, kiedy przeglądałem serwisy informacyjne w Internecie – włączyłem komputer.

Nie przeszkadzało mi to.

– Bardzo martwię się o dzieci – oczy mojej żony zaszkliły się. – Pomyśl, jak możemy ich uratować. Sąsiedzi uciekają. Nie wytrzymam długo w tej piwnicy. Jest mi przykro i wszystko rozumiem, ale bardzo trudno mi oddychać. Leki niewiele pomagają.

– Ale Volkswagen Romana nie odpala! Co mogę zrobić?

– Możesz! Zawsze znajdziesz wyjście z trudnych sytuacji. Od pięciu lat prowadzisz „Literacką Ukrainę”. Bez środków, bez wsparcia… I gazeta wychodzi… A ile razy mnie ratowałeś z opresji?! Mówiłeś: „Wszystko będzie dobrze!” Zawsze ci wierzyłem… Może dlatego wciąż żyję. Muszę jechać do szpitala. Jestem pewien, że teraz uratujesz nas wszystkich… Musisz to zrobić… Kocham cię…

– Ja cię też  – przytuliłem i pocałowałem Tamarę. – Wszystko będzie dobrze!

Znowu zajrzałem do komputera. „Co powinienem zrobić?”

I wtedy przyszła mi do głowy jedna myśl. Od 2006 roku miastem siostrzanym Buczy jest polski Tuszyn. Ich delegacje odwiedzały nasze miasto więcej niż raz, a ja zawsze rozmawiałem z burmistrzem. Nie tracąc czasu, znalazłem adres e-mail Urzędu Miejskiego Tuszyna i poprosiłem o schronienie dla mojej rodziny „na wszelki wypadek”.

I po kilku godzinach otrzymałem zwięzłą i zachęcającą odpowiedź. Burmistrz Tuszyna napisał: „Panie Serhiju, oczywiście, pamiętamy o Tobie i chętnie spotkamy się z Tobą i Twoimi bliskimi. Czekamy!”

Godz. 17.22 Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Tamara mówi, że Luda dzwonił z Izraela. Córka martwi się o syna Romę. Mówi, że była głupia, że nie zabrała go do domu. Teraz zaczyna organizować pomoc humanitarną dla Ukrainy. Zaprasza do siebie. Nie mamy zamiaru przenosić się do „Ziemi Obiecanej”. A nawet gdybyśmy chcieli… Jak się tam dostać?… Luda płacze, bo nie ma wyjścia…

Godz. 22.33. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dziś – cała masa telefonów. Koledzy dzwonią – Saszko Grigoriew, Lida Bojko i jej mąż Bohdan Hnatyuk, Luda Golubenko. Martwią się o mnie i moją rodzinę. Każdy zadaje sobie to samo pytanie: „Jak się masz? Trzymasz się?” Moja odpowiedź jest standardowa i zwięzła: „Poczekajmy”. Tak minął kolejny dzień wojny na rozmowach. Dopiero piąty…

Kolejne odcinki wkrótce na naszym portalu

Walka z wiatrakami, czyli poprawianie medialnych błędów. WALTER ALTERMANN: Ewaluowanie ewolucji

TVN24, Kawa na ławę, 11 II 20224 r. Prowadzący Bogdan Rymanowski, w ferworze dyskusji mówi: „Centralny Port Komunikacyjny z pewnością będzie ewaluował”. Z toku rozmowy wynika, że chodziło mu o to, że CPK będzie się zmieniał, że nie wszystko z pierwotnego projektu pozostanie. Zatem mamy wpadkę, bo ewaluacja to określenie wartości czegoś. Natomiast ewoluowanie to zmiana czegoś, że coś będzie podlegać ewolucji.

Ewaluacja i ewolucja brzmią podobnie, ale znaczą coś zupełnie innego. Warto to wiedzieć, gdy rzucamy się w wiry języka uniwersyteckich specjalistów. A najlepiej mówić prosto, czyli, że projekt będzie się zmieniał. I tyle. Ach, te nasze elity.

Trzy alternatywy

I mamy kolejne kłopoty z „alternatywą”, tym razem wpadkę zaliczył Piotr Kurzawa Dyrektor Łódzkiego Centrum Wydarzeń.

A stało się tak, że na skutek licznych protestów mieszkańców Łodzi, prezydent Hanna Zdanowska zakazała występów ogłuszającej muzyki, w czasie Festiwalu  Audioriver 2024 w parku na Zdrowiu. Afera zaczęła się od tego, że w tym najładniejszym łódzkim parku miały w lipcu odbyć się trzydniowe koncerty muzyki elektronicznej. Wcześniej festiwal ten gościł w Płocku, mieście leżącym nad całkiem dużą rzeką. Jednak Płock jest w porównaniu z Łodzią mały, toteż wpływy z biletów nie satysfakcjonowały organizatorów, którzy upatrzyli sobie Łódź. A miasto sposobne, bo duże i łatwowierne i różni naciągacze ciągną tam jak muzułmanie do Mekki.

Nic to, że park Zdrowie położony jest 100 metrów od ZOO, że zadeptana zostałaby zieleń, że zwierzęta padałby od hałasu… Liczył się sukces finansowy organizatorów i miasta., które upatrywało w tym „wydarzeniu” promocji.

Awanturom nie było końca, a tu niebawem wybory, więc Prezydent Łodzi nakazała panu Kurzawie szukać innej lokalizacji zaś szef ŁCW błysnął znajomością języka polskiego, oświadczając, że: „Mamy w rezerwie jeszcze trzy alternatywy”. Po czym wymienił trzy lokalizacje. Kilka dni wcześniej zapewniał też, że prowadzi rozmowy z dyrekcją łódzkiego ZOO. Na co liczył? Że dyrekcja ogrodu zoologicznego pogada ze zwierzętami i wyjaśni im konieczność trzydniowego życia w gigantycznym hałasie i stresie? Że zakupi dla słoni i panter zatyczki do uszu?

A sama alternatywa to wybór między dwiema możliwościami. Nie ma trzech alternatyw. Stąd zresztą dowcipny tytuł serialu Stanisława Bareji „Alternatywy 4”.

Nie masz końca nędzy mentalnej urzędników, oj nie masz. Nie dość, że mają pomysły głupie i groźne, to jeszcze marnie mówią po polsku. Zostanie po nich jeno tuman i kurzawa pyłu wznieconego przez słuchaczy muzycznych ryków.

Po, przed, czy w czasie?

TVN24, 10 lutego 2024 roku, dziennikarka komentując słowa premiera Donalda Tuska o tym, że nie oczekuje on, że w przyszłości trzeba będzie porywać Putina z Argentyny, wyjaśnia, iż porwanym z Argentyny był niemiecki zbrodniarz Eichmann. I mówi, że: „Później, po procesie w Izraelu, Eichmann został skazany na karę śmierci, którą wykonano”.

Wszystko to prawda, ale Eichmann został skazany w procesie, nie później, nie potem, ale właśnie w czasie procesu. Bo wyrok jest integralna częścią procesu, nie jest niczym osobnym. Wyrok jest skutkiem i finałem procesu. Taki polityk jak premier Tusk powinien znać się na tej terminologii, bo każdy urzędnik jest odpowiedzialny wobec prawa.

„Potrząść”

Polsat, audycja „Cztery strony prasy”, 11 lutego 2024 roku. Dziennikarz, biorący udział w audycji mówi: „Trzeba potrząść NATO, zachodem, żeby zrozumiał zagrożenie ze strony Rosji”.

Jedna krótka wypowiedź, a mamy dwa problemy. Pierwszy problem: język polski nie odnotował dotąd słowa „potrząść”. Owszem znane są: potrząsać, wstrząsnąć, ale „potrząść” jest błędem.

Drugi problem jest taki, że myśl jest odważna i szturmowa wręcz, choć dziennikarz nie wyjawił narzędzi owego potrząsania. Zakładał bowiem, że wystarczy mocno się awanturować, a wtedy Zachód i NATO opamiętają się. I wyrzekną się swego pierwszego przykazania, czyli: „Zarabiaj”. Co się tłumaczy: handluj z każdym, nawet z Rosją . I co, Zachód ma się tego przykazania wyrzec? O święta naiwności.

Prosty lud kontra elity

Canal+, 11 lutego 2024 r. W czasie transmisji meczu piłki nożnej Widzew – Jagiellonia sprawozdawca mówi: „Jagiellonia gra bardzo efektywnie”.

I od razu dostajemy sygnał, że mamy do czynienia z człowiekiem obytym, światowym, kulturalnym, wykształconym i w sposób oczywisty przynależącym do elit. Oczywiście sprawozdawca mógł powiedzieć, że Jagiellonia „gra skutecznie’, ale to takie proste, zwykłe i ludowe…

Kłopotliwy feldmarszałek

Viasat History Polsat, audycja: „Najważniejsze wydarzenia II wojny światowej, w kolorze” odc. 5.

Lektor przedstawiając historię oblężenia i klęski Niemców pod Stalingradem, często mówi o głównodowodzącym w tamtym rejonie walk armią niemiecką, czyli feldmarszałku Friedrichu Paulusie. I zadziwiające, że gdy nazwiska marszałka pojawia się w mianowniku, lektor wymawia poprawnie „Pałlus”. Gdy jednak nazwisko to występuje w bierniku lektor wymawia je jako „Pa-u-lusa”, czyli nie traktuje niemieckiego „au” jako „ał”, ale rozdziela nazwisko na „a” oraz „u”. Dziwactwo, biorące się z nieznajomości dwóch języków – polskiego i niemieckiego.

Innym problemem jest to, że gdzieniegdzie w mediach da się usłyszeć nazwisko wybitnego angielskiego pisarza, jakim był Charles Dickens, wymawiane z angielska. A przecież już w latach dwudziestych minionego wieku mówiło się: „Karol Dikens”. Jest bowiem taka zasada, że po kilkudziesięciu latach nazwiska wielkich ludzi traktuje się jak swoje, jakby byli Polakami. Niestety powszechne nauczanie angielskiego owocuje i tym, że wszyscy chcą Dickensa i innych wymawiać z oksfordzkim akcentem i londyńskim sznytem.

Problem w tym, że większość młodych (i w średnim wieku) dziennikarz, nigdy o Dickensie nie słyszała. Podobnie jak o Rousseau, Cervantesie i Schillerze. Przykra to prawda, ale tak jest.

 

Wojna, tato! Wojna!… – fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Wciąż oszołomiony tą wiadomością, w końcu zrozumiałem: odtąd ja, moja rodzina, Ukraina, ostatecznie cały świat znaleźliśmy się w nowej i nieodwracalnej rzeczywistości. Odtąd nasze życie zmieni się radykalnie… Czy w ogóle uda się przetrwać?… O tym, że wojna będzie okrutna i krwawa, nie miałem najmniejszych wątpliwości… – publikujemy fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”  – tak się nazywa wydana w Kijowie książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (z udziałem kierownika Wydziału Archiwum Rady Miejskiej Buczy Ihora Bartkiva), poświęcona piekielnym wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy. Właściwie jest to pierwsza publikacja opowiadająca o zbrodniach armii rosyjskiej w tej małej miejscowości.

 Książka ta jest kroniką wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnikiem autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Znajdziemy w niej też  eseje o mieszkańcach miasteczka zabijanych i torturowanych przez Rosjan.

 „W społeczeństwach posttotalitarnych często panuje zwyczaj wyciszania tragedii i wypierania ich z pamięci” – pisze we wstępie do książki burmistrz Buczy Anatolij Fedoruk. – „Milczą o nich lub mówią niechętnie (mówię to jako absolwent Wydziału Historycznego). Nadszedł czas, aby przełamać tę trudną dziedziczność i zmusić pamięć do przemówienia, aby wydobyć na światło dzienne najstraszniejsze epizody terroru. Ujawnienie ludziom – szczególnie na Zachodzie – prawdy, której kontemplacja może być bolesna i traumatyczna.

Temu celowi służy nowa książka znanego pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy „Bucha. Wiosenny strzał”. Książka ta stanowi imponujący dokumentalny dowód zbrodni wojennych i terroru Rosjan w Buczu. Ukazuje ludzki wymiar brutalnej wojny rosyjsko  ukraińskiej. Tragedia Buczy jest osobistym bólem dla Serhieja Kulidy: on sam jest Buczą

Książka zawiera szczegółową – czasem godzinną – rekonstrukcję przebiegu tragedii Buczy. To nie tylko skrupulatna kronika strasznych wydarzeń, ale pełnokrwista, żywa historia – wypowiedziana głosami kilkudziesięciu naocznych świadków, których przywołuje Serhiej Kulida. Książka ma zatem głębokie, wielostronne brzmienie.

Dlaczego ta książka jest tak ważna?

Ponieważ nie pozwoli, aby tragedia Buczy zaginęła w zgiełku ery cyfrowej. Sstanie się punktem wyjścia do przyszłych badań, ponieważ zawiera bogaty materiał dokumentalny i umiejętnie ukazuje różnorodność doświadczeń. Książka przyczyni się do tego, że tragedia Buczy będzie obecna w przestrzeni kulturalnej: jako symbol niezłomności ukraińskiego humanizmu w obliczu rosyjskiego terroru.”

Z kolei klasyk literatury ukraińskiej, pisarz, Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Ukrainy oraz Przewodniczący Rady Forum Niezależnych Mediów Jurij Szczerbak zauważa, że ​​„wojna rosyjsko  ukraińska, która nabiera cech globalnego konfliktu XXI wieku, stała się pierwszym krwawym wydarzeniem światowym ery informacji. Dokumentują to miliony zdjęć z telefonów komórkowych, niezliczone sieci społecznościowe, komentarze i artykuły analityczne, których liczba przewyższa ilość informacji z epoki przedinternetowej.

Wśród takich materiałów znalazła się książka 'Bucha. Wiosenny strzał’ znanego ukraińskiego pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy. Tekst ten, w którym autor przytacza liczne relacje naocznych świadków (na podstawie materiałów różnych publikacji), przyciąga głęboką dramatycznością, szczerością, wieloma prawdziwymi szczegółami oraz powszechnym patosem pogardy i nienawiści do brutalnych zabójców, którzy najechali Ukrainę niczym horda mongolska. Wnikliwym pisarskim okiem autor wyodrębnia dowody świadczące o stanie psychicznym ludzi, którzy przeżywają traumatyczny stres wywołany szokiem wojny: poczucie radykalnej zmiany świata, utratę dawnych, przedwojennych wartości, egzystencję jak w piekielnym śnie, w wirtualnej rzeczywistości hollywoodzkiego filmu katastroficznego.

Chciałbym, żeby tę gorzką i prawdziwą książkę przeczytało jak najwięcej Ukraińców i cudzoziemców, aby wiedzieli, jakie śmiertelne zagrożenie dla ludzi stanowi rosyjski wróg”.

 

Publikujemy fragment książki.

 

Godz. 6.10. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Telefon komórkowy nagle zaczął szaleć, a ja wciąż nie mogłem otworzyć oczu. W końcu żona Tamara odepchnęła mnie na bok i powiedziała sennym głosem: – Odbieraj telefon… Kto dzwoni tak wcześnie?… Nie dają mi spać…

I odwracając się na drugi bok, zasnęła słodko, pewnie oglądając jakiś serial wyreżyserowany przez studio filmowe Morfeusz.

Szczerze mówiąc, coraz bardziej przyzwyczajam się do wieczornych rozmów, powiedzmy, online. To wtedy niemal o północy jeden z autorów „Literackiej Ukrainy” zastanawia się, czy jego arcydzieło zostało wreszcie przeczytane. A tu, jak napisał klasyk, „trzeci kogut jeszcze nie zapiał”… Jest 10 minut po szóstej –zauważyłem, zerkając na wiszący na ścianie zegar.

Wstałem z łóżka i szczerze zazdroszcząc żonie, podszedłem do biurku, na którym nie zatrzymywał się mobilny sadysta podskakujący z niecierpliwości.

– Co mogę zrobić… – mruknąłem do słuchawki.

– Tato, śpisz?! – usłyszałem podekscytowany głos córki.

Wzruszyłam ze zdziwienia ramionami, choć Nina nie widziała moich, że tak powiem, gimnastycznych ruchów.

– Dlaczego milczysz?! Wojna!..

– Co powiedziałeś?! – świadomość nie chciała przetrawić tego, co usłyszałem.

Ale córka nie mogła już powstrzymać łez:

– Wojna, tato! Wojna!… Dziś wcześnie rano Rosjanie zbombardowali Kijów… Nie słyszałeś tego?…

Zaskoczony tą wiadomością wymamrotałem coś w stylu „nie może być” i nacisnąłem przycisk „odbiór”. W mojej głowie, jak wysłużona płyta gramofonowa, raz po raz rozbrzmiewały dawno zapomniane wersety, zapisane jeszcze w 1941 roku: „Dwudziestego drugiego czerwca dokładnie o czwartej rano Kijów został zbombardowany powiedziano nam, że wojna się zaczęła…”

Tuż za oknem, gdzie beztroskie słońce uśmiechało się życzliwie, wstał kolejny dzień – 24 lutego 2022 roku. Data, która stanie się tragicznym kamieniem milowym w życiu wszystkich Ukraińców… Dzień, który położy kres nadziejom i przyszłości…

Wciąż nie mogąc się otrząsnąć z szokującej wiadomości, zgodnie ze swoim dawnym zwyczajem „automatycznie” wykonałem ustaloną poranną procedurę: nalałem wody do czajnika, zaczerpnąłem z pojemnika hojną łyżkę kawy i wsypałem do mojego ulubionego czerwonego kubka z napisem Nescafe. Czekając, aż pachnący napój wystygnie wyjąłem papierosa z paczki i wyszedł na loggię, z której roztaczał się widok na miasto. Międzynarodowa autostrada była całkowicie wypełniona samochodami, które powoli, w dwóch rzędach, posuwały się w kierunku zachodnim, w stronę odległej granicy ukraińsko-polskiej.

I dopiero teraz, wciąż oszołomiony tą wiadomością, w końcu zrozumiałem: odtąd ja, moja rodzina, Ukraina, ostatecznie cały świat znaleźliśmy się w nowej i nieodwracalnej rzeczywistości. Odtąd nasze życie zmieni się radykalnie… Jeśli wcale nie zamieni się w nędzną egzystencję… Czy w ogóle uda się przetrwać?… O tym, że wojna będzie okrutna i krwawa, nie miałem najmniejszych wątpliwości…

Godz. 7.40. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Jakoś odzyskując spokój, włączyłem laptopa, aby sprawdzić wiadomości z wczorajszego wieczoru. Okazały się, delikatnie mówiąc, rozczarowujące. Około czwartej nad ranem czasu kijowskiego moskiewski dyktator w swoim cynicznym „Urbi et Orbi” oświadczył: „Okoliczności wymagają od nas zdecydowanych i natychmiastowych działań. Ludowe Republiki Donbasu zwróciły się o pomoc do Rosji. W związku z tym, zgodnie z art. 51 części 7 Karty Narodów Zjednoczonych, za zgodą Rady Federacji i wykonując ratyfikowane przez Zgromadzenie Federalne umowy o przyjaźni i wzajemnej pomocy z DPR i LPR, zdecydowałem się przeprowadzić specjalna operacja wojskowa. Jej celem jest ochrona osób, które przez osiem lat były ofiarami przemocy i ludobójstwa ze strony reżimu kijowskiego. I w tym celu będziemy dążyć do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy. A także stawianie przed sądem tych, którzy dopuścili się licznych krwawych zbrodni na ludności cywilnej, w tym na obywatelach Federacji Rosyjskiej”.

Następnie, nie przejmując się szczególnie casus belli, Rosjanie rzucili na Ukrainę wszystkie swoje siły zbrojne, które wcześniej manewrowały w pobliżu naszej granicy.

Jak podają źródła informacyjne i użytkownicy portali społecznościowych, potężne eksplozje słychać było w Charkowie, Mariupolu, Żytomierzu, Dnieprze, Odessie, Iwano-Frankowsku, Łucku, Sumach, Czernihowie, Berdiańsku, Mikołajowie, Kramatorsku, Kijowie i na linii demarkacyjnej. Rozpoczęła się operacja desantowa na Morzu Czarnym i Azowskim… W stolicy nieprzyjaciel ostrzelał obwody Nywki, Wynogradar, Holosijewski, Peczerski i Obołoński. Zaatakowano także obiekty wojskowe i cywilne na terenie obwodu kijowskiego – w Wasylkowie, Boryspolu, Irpieniu i Browarach…

Godz. 8.30 – 12.00. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Po uświadomieniu sobie skali inwazji i ponownym obejrzeniu materiałów informacyjnych odważyłem się w końcu obudzić żonę, wiedząc doskonale, że sprawię jej teraz nieopisany ból. Nie będę szczegółowo opisywał reakcji Tamary na tragiczną wiadomość, była ona do przewidzenia: szok i przerażenie. W końcu, oswoiwszy emocje i trochę się uspokoiwszy (jeśli w tych okolicznościach można użyć tego nieodpowiedniego czasownika), ustaliliśmy – konieczne jest pilne wykonanie przynajmniej minimalnego zapasu żywności. Zrobiwszy listę niezbędnych rzeczy udałem się na bazar.

Na ulicach panował niepokój. Przed sklepami spożywczymi, aptekami i bankami ustawiały się ogromne kolejki. Twarze ludzi wyrażały skrajne skupienie i zaabsorbowanie. Niektóre kobiety płakały. Nie zaobserwowałem jednak paniki i chaosu. A niektórzy, rozweselając znajomych, próbowali żartować i opowiadać dowcipy o najeźdźcach.

W pobliżu rady miejskiej Buczy stały grupy byłych „Afgańczyków” i bojowników samoobrony, którzy będąc (przynajmniej na zewnątrz) w podniosłym i podekscytowanym nastroju, dyskutowali o tym, co się wydarzyło. Chodziło także o miejsce i czas przywiezienia broni strzeleckiej dla ochotników, o ustawienie blokad drogowych w mieście…

Po dokonaniu niezbędnych zakupów – soli, zapałek, świec, kilograma płatków śniadaniowych, smalcu, mięsa, konserw i – oczywiście – paczki papierosów, wróciłem do domu, gdzie Tamara z oczami czerwonymi oczami od łez oglądała w telewizji przemówienia Putina do swoich współobywateli, w którym wyraźnie kpiąc i ciesząc się z własnej ważności, arogancko głosił kretyńskie cele i zadania „operacji specjalnej”. Teraz, gdy moskiewski władca zdarł maskę hipokryzji i oszustwa, światu ukazała się jego prawdziwa (chciałem napisać „twarz”) natura. A raczej straszne oblicze wilkołaka. W tym momencie wstręt do naszych północnych „braci i sióstr”, prawdziwa cena „przyjaznej Rosji” stała się zupełnie oczywista. Jednak świadomość nadal stawiała opór, nie chciała wierzyć w podłość i zdradę tych, którzy jeszcze wczoraj mówili o hipotetycznej wojnie między naszymi krajami jako o absurdzie, nazywając uporczywe pogłoski o konflikcie zbrojnym fałszem złoczyńców, odnosząc się do USA.

Po przetrawieniu i zrozumieniu tego co usłyszała, Tamara z bolesnym westchnieniem wstała z krzesła.

– Poważnie, wyjdźmy na świeże powietrze – powiedziała z wyobcowaniem moja żona. – Nie mam siły…

Promenada wzdłuż bulwaru Bohdana Chmielnickiego, przy którym mieszkamy, została przerwana przez intensywne eksplozje.

– Wygląda na to, że lotnisko w Gostomelu jest bombardowane – podsumowałem kanonadę, którą usłyszałem.

Oczywistość tego faktu potwierdził także rosyjski samolot szturmowy, który nagle przeleciał nad naszymi głowami ostrym jak brzytwa lotem.

Przestraszeni odgłosami wybuchów postanowiliśmy ukryć się w kościele św. Andrzeja Apostoła, który powstał nie tak dawno temu naprzeciw naszego domu i stał się prawdziwą perełką architektury Buczy.

Pomimo wszystkiego w świątyni panowały cisza i spokój. Powoli, moja żona i ja, pogrążaliśmy się w tej atmosferze. Co więcej, jak się nam wydawało, święci męczennicy patrzyli na nas oczami pełnymi nadziei i pokoju…

Tak zaczęła się dla naszej rodziny ta przeklęta wojna…

Godz. 13.15. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Już w połowie dnia stało się jasne, że przebywanie w mieszkaniu staje się śmiertelnie niebezpieczne. To był rodzaj gry w „rosyjską ruletkę”. Artyleria nie zatrzymała się ani na minutę, okna i drzwi trzęsły się od nalotów… To było przerażające. A u nas w bloku było mnóstwo dzieci, jak w całej Buczy. Nasz sąsiad Oleksandr, swego rodzaju „fachowiec od wszystkiego”, który zawsze bezinteresownie pomagał mieszkańcom naszego bloku w urządzaniu mieszkań („komu założyć zamek”, „komu naprawić prąd”, „a komu wbić gwóźdź”), zgromadziwszy mieszkańców przy wejściu, zaproponował zorganizowanie schronienia w piwnicy. Decyzja była jednomyślna.

Wkrótce na terenie zaimprowizowanego schronu przeciwbombowego zawrzało od pracy. Sąsiedzi, którzy jeszcze wczoraj ledwo się znali, nagle poczuli się jak członkowie tej samej zaprzyjaźnionej rodziny. Wspólnie napełniali pojemniki wodą, zapalali światła, przygotowywali miejsca do spania, przywozili zapasy żywności – ziemniaki, buraki, kaszę gryczaną, cukier, sól, ciasteczka itp. Jednym słowem, kto co miał…

Moja żona i ja mieliśmy własną komórkę w piwnicy – celę 2×2 metry kwadratowe. Tam przechowywałem swoje archiwum literackie, książki, segregatory czasopisma i gazety. Ze względu na okoliczności konieczne było jednak wyniesienie części zebranego materiału do pustej przestrzeni piwnicy.

Póki co jest gaz, prąd, woda i co najważniejsze nie odłączono internetu oraz telewizji. Mogę przewijać wiadomości, ponieważ informacje te są teraz życiodajne. Dosłownie! Jednak wiadomość była rozczarowująca…

Godz. 20. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nasz najstarszy wnuk Roman przyjechał swoim niedawno zakupionym volkswagenem. (…) W jego dość małej walizce, z którą zwykle latał do Izraela do swojej mamy (naszej najstarszej córki), znalazło się tylko kilka par dżinsów, koszule, kurtka i tenisówki. No i dokumenty. Mówi, że zabrał tylko najpotrzebniejsze…

Tomoczka, włączając tryb „reżyserski” (tak nazywam zachowanie żony, gdy intuicyjnie, na poziomie podświadomości, w najważniejszych momentach opiera się na swoim życiowym doświadczeniu jako menadżer), zaaranżowała naszą kabinę w „lochu”, próbując nadać mu mniej lub bardziej przytulny wygląd. Dywan od Coco Chanel, który zdobił nasz salon, bezlitośnie kazała przybić do betonowej ściany spiżarni, a zaimprowizowane łóżka przykryła puchowymi kołdrami, kocami i poduszkami – „jest o wiele cieplej”.

Próbowałem jakoś włączyć się w ten proces, ale Tamara kategorycznie nakazała: – Nie dajcie się zwariować… Lepiej idźcie do mieszkania i zabierzcie ze sobą świece, kuchenkę elektryczną, jakieś naczynia, parę patelni, łyżki i widelce. Nie zapomnij naładować telefonu komórkowego…

Kiedy po załatwieniu sprawy wróciłem do schronu, zobaczyłem, że było tam ciasno, ale funkcjonalnie.

– Dobrze? – Tamara uśmiechnęła się. – Możesz tu żyć?

– Doskonale! – odpowiedziałem, ledwo powstrzymując łzy. Przytuliłem ukochaną połówkę i dodałem: – Długo będziemy żyć…

Po czym odeszliśmy w stronę patosu: – Pokonamy tę gnidę!. Nie wątpię…

– I nie może być inaczej! Ale za jaką cenę…

Następnie udaliśmy się do mieszkania, gdzie pod drzwiami z niecierpliwością czekał na nas sześcioletni pies Jakow, buldog francuski. Nasz zwierzak został nazwany na cześć mojego pradziadka. Podczas I wojny światowej był ordynariuszem generała Brusyłowa i podczas krwawych walk w Karpatach otrzymał straszliwą ranę w nogę. Wracając do rodzinnej Felicyaliwki, zwanej dziś Zdwiżiwką, ożenił się z dziewczyną starszą od siebie, nieco przesadnie dojrzałą. Korzystając ze znacznego posagu żony, rozpoczął handel węglem drzewnym na Jewbazie w Kijowie.

Pewnego razu, gdy miałem dziesięć lat, dziadek Jakow pokazał mi swoją dużą sakiewkę i kręcąc wąsy, z których był bardzo dumny, uśmiechnął się i powiedział nostalgicznie, ale entuzjastycznie:

– Och, jakie pieniądze widział ten portfel!…

Z opowieści pradziadka wynikało, że biznes pozwolił mu nie tylko przetrwać kolektywizacja, dwie klęski głodu (w 1933 i 1947 r.), wojnę, ale także pozwolił odbudować dom po wojnie, kupić konia i i wysłać mojego ojca na studia w instytucie medycznym. Swoją drogą, ostatnią monetę z jego portfela – dziesiątkę Mikołaja – widziałem, gdy moi rodzice zamierzali wstawić złote zęby. To było wtedy niezwykle modne…

Jednak odpuszczę. Wziąwszy Jakowa, który niemal tańczył z niecierpliwości, dalej na smyczy, wyszłam na bulwar. Zwykle o tej porze było tu dużo ludzi – ktoś robił wieczorne ćwiczenia, niektórzy spieszyli się do domu z minibusa, a wielu sąsiadów, podobnie jak ja, szliśmy z naszymi „mniejszymi braćmi”. Nawiasem mówiąc, Jakow czekał na ten moment spotkania z „braćmi” z pewną niecierpliwością. Mając dość, powiedzmy, skomplikowany charakter, na widok innych czworonogów zwykle machał przyjacielsko i radośnie ogonem, uśpiwszy w ten sposób ich czujność nagle rzucał się do ataku, celując w nos przeciwnika. Ale ja, znając tę ​​jego zdradę, byłem czujny i zawsze udawało mi się zapobiec skandalowi i bójce…

Dziś ulica była słabo zaludniona. Zaniepokojeni mieszkańcy Buczy biegali, a nie spacerowli. Zawsze zatłoczony pasaż był praktycznie pusty… I nagle w Gostomelu (czyli jakieś trzy kilometry od nas) rozległy się głośne eksplozje. Jakow nadstawił uszu i przerażony pociągnął mnie siłą do naszych drzwi.

Tymczasem eksplozje nie ustały, wręcz przeciwnie, stały się znacznie głośniejsze…

Tamara natomiast zaimponowała swojemu wnukowi (zdecydowanie ostentacyjnym) spokojem. Jak gdyby nic szczególnego się nie wydarzyło, skuliła się w kuchni, przygotowując obiad. A ja, żeby się jakoś pocieszyć, zaczęłam pisać notatki…

Godz. 22.30. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

 Niewygodnie jest przebywać w mieszkaniu… Wybuchy… Straszne… Wygląda na to, że jakiś „głupiec” zaraz uderzy w dom… Być może przez analogię pojawiła się w głowie powieść Kurta Vonneguta „Rzeźnia nr 5”. O tym, jak Amerykanie zbombardowali Drezno pod koniec wojny… Biorąc pod uwagę sytuację, obraz jest rozczarowujący… Co zaskakujące, moje nie wpadają w panikę. Widzę, że włączył się mechanizm samozachowawczy i Tamara kategorycznie deklaruje:

– Nocujemy w piwnicy… Bóg chroni chronionych…

Zszedłem do lochu. Na „drugim piętrze”, gdzie moja żona pościeliła nam łóżko, stoją solidne regały z książkami. Wdychając zapach starych książek, uspokajam się. Czuję się jak w towarzystwie starych znajomych z dzieciństwa. Tak właśnie jest. Oto D’Artagnan i jego trójka przyjaciół-muszkieterów, obok Robinsona Crusoe i Friday, a także Sherlock Holmes i doktor John Watson… Dalej – jak mogłem o nich zapomnieć! – „gangsterzy, nie chłopcy”: Pavlusha Zavhorodniy i Java Ren, torreadorzy znani w całej Wasiukiwce…

Patrzę na grzbiety książek i boli mnie serce. Nigdy (co za okropne słowo!) nie będę przewracać moich ulubionych stron. Nie przeżyję rozdzierających serce przygód z bohaterami tych historii, nie przeżyję emocji, których nie da się porównać z niczym… To wszystko było, było, było… Życie minęło… A jednak wydaje się, jakby to było wczoraj – szkoła, uczelnia, pierwsze dziennikarskie kroki… Było i błysnęło…

I jakby na pamiątkę nieuniknionego, coś głośno zagrzmiało na ulicy. Na chwilę zgasło światło… Zaczęło się…

Wciąż próbuję coś zapisać, ale moje myśli są mętne… Nie mogę pisać…

– Wszystko będzie dobrze, Sierioża… Słyszysz, wszystko będzie dobrze…

– Moje słońce, muszę cię uspokoić – wstydzę się własnej słabości. – Oczywiście, że wszystko będzie dobrze!..

– Chodźmy spać. Jak powiedział dzielny żołnierz Szwejk: „Nigdy tak nie było, żeby jakoś się nie stało”. My, Ukraina, zwyciężymy… Bez względu na to, jak będzie nam ciężko…

HUBERT BEKRYCHT: Nie mamy Pańskiego statutu…, czyli Born in the Pi aR eL

Przykre to, ale trzeba to w końcu napisać – w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich każdy, no prawie każdy, chce mieć swój statut. Przed zjazdem, a szczególnie przed zjazdem statutowo-programowym, który odbędzie się w Kazimierzu 16 i 17 marca br. dyskusja z reguły kończy się awanturą. Bo wszyscy właśnie tuż przed głosowaniem mają genialne pomysły na zapisy naszej stowarzyszeniowej konstytucji, ale tylko kilkanaście osób brało udział w trwających półtora roku posiedzeniach Komisji Statutowej.

Ludzie, teraz chcecie wszystko jeszcze raz przerabiać, nie powiedzieli Wam szefowie oddziałów, że możecie zgłaszać poprawki? Kontaktowaliście się z Waszymi reprezentantami w komisji? Jeśli nie, to czy naprawdę uznajecie, że teraz komisja przyjmie setki poprawek?  Macie oczywiście do tego prawo. Ale jeśli dopiero teraz włączył wam się „redaktor krytyczny”, to odpowiem jak szatniarz z „Misia”: Nie mamy Pańskiego statutu…

Zmiany

Bo wszyscy nie mogą osobiście pisać statutu. A nowy jest konieczny, ponieważ prawnie obecny dokument jest z legislacyjnego średniowiecza, a na pewno sprzed czasów wolności obywatelskiej i gospodarczej.

Dyskusja to jedyny sposób, aby rozstrzygnąć jak nasza stowarzyszeniowa konstytucja ma wyglądać. Musi być to jednak debata nad jakimś projektem. Toteż Komisja Statutowa SDP przedstawiła taki projekt. Na pewno nie jest idealny, ale wynika z kilkudziesięciu godzin spędzonych przed komputerem lub w naszej siedzibie, kiedy to analizowaliśmy każdą propozycję, każdy punkt statutu, każdą analizę prawną. Tak, były to trudne obrady i czasem bardzo do siebie podobne, bo nie raz trzeba było zajmować się przecinkami lub frazeologią prawniczą. Obrady – wybaczcie sarkazm – podczas których nie kłóciliśmy się o to, kto ma być w następnych władzach stowarzyszenia a cierpliwie – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – myśleliśmy o przyszłości SDP w tych najtrudniejszych od 1989 roku czasach.

To jeszcze nie wybory

Oczywiście bardzo się cieszę, że będziemy dyskutować na temat statutu i wcale teraz nie martwią mnie odgłosy wyborcze, bo przecież jeszcze w tym roku wybierzemy nowe władze. Tylko na tym marcowym zjeździe nie postępujmy tak, żeby utopić statut w różnego rodzaju jałowych dyskusjach. Kampania wyborcza do władz SDP będzie latem i jesienią. Tam proszę wylewajcie swoje „żale” pod adresem Zarządu Głównego, promujcie się zachęcajcie do głosowaniu na Was. Dlatego nie o tym, no może nie przede wszystkim o tym, powinniśmy rozmawiać na marcowym zjeździe, bo na pierwszym planie jest projekt statutu.

Nie cofajmy zegarów

Wybaczcie, ale postawa roszczeniowa wobec statutu nic nie zmieni. Nie każdemu musi się wszystko podobać, tak jak Konstytucja Polski, kodeks spółek handlowych, regulaminy pływalni lub placu zabaw. Ważny jest kompromis i debata nad tym konkretnym projektem.

Byłem dawno temu jako reporter na pewnym zjeździe pewnej partii politycznej. Jeden z jej młodych członków proponował, aby ugrupowanie się zmieniło na bardziej – jak to nazwano – progresywne (pewnie wiecie już, co to za partia). Starszy członek oburzył się i odparł, że on też za tym jest, ale nie mogą członkowie owej partii zapominać, kiedy się urodzili. I na dowód swoich nowocześnie „konserwatywnych” poglądów zacytował, w mało chyba przemyślany sposób, piosenkę Bruce’a Sprinsteen’a „Born in the USA” chcąc podkreślić przywiązanie do… Polski. Pudło. Konsternacja i cisza na sali. Nagle słychać głos partyjnego nestora prowadzącego obrady:

– Chciałeś chyba powiedzieć: Born in the Pi aR eL.

Nie cofajmy czasu, nie miejmy pretensji o to, że biegnie. Pozostańmy na marcowym zjeździe głównie przy sprawach statutowych i programowych.