O dużej aktywności w SDP przed zjazdem statutowym pisze Hubert Bekrycht: Tylko polityka może nas „uratować”

W niektórych jednostkach naszego stowarzyszenia trwa, jak co trzy lata, karnawał. Wreszcie – jak mówią niektórzy nasi członkowie – stowarzyszenie „ożyło”. Oczywiście to nieprawda, bo od jesieni 2021 roku w SDP trwa mozolna praca. Tylko po prostu spory są ciekawszym tematem rozmów niż długie zebrania. Jedni liczą już głosy, inni widzą na stanowiskach w zarządzie siebie albo swoich znajomych. Ktoś się wypowiada byle tylko był szum, ktoś inny – wydaje się, że całkiem anonimowo – delikatnie sugeruje to i owo. Karuzela, karuzela. Tymczasem pamiętajmy, zanim będą wybory do władz, 16 i 17 marca br. w Kazimierzu Dolnym odbędzie się Nadzwyczajny Zjazd Statutowo-Programowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Ostatnie dwa lata to żmudna praca Komisji Statutowej SDP, delegaci oddziałów i przedstawiciele władz pod prawniczym i administracyjnym okiem dyskutowali o przyszłym statucie – konstytucji SDP. Zaproponowali projekt tego dokumentu. Niestety, oprócz kilkunastu pilnych uczestników posiedzeń, delikatnie ujmując, wszyscy inni członkowie SDP nie są zbyt zainteresowani zmianami w statucie. A muszą one być wprowadzone.

Dlaczego?

Bo ta obecna jest mocno przestarzała i to ostatni moment, kiedy można coś zmienić z korzyścią dla członków stowarzyszenia.

Jeśli to nie zrobimy teraz to zmieni nas prawodawca, tylko wówczas nie będziemy mieli na to żadnego wpływu. Chyba, że SDP wprowadzi kiedyś do Sejmu kilkudziesięciu posłów, ale szanse na to są – na razie – marne. Dla przejrzystości dyskusji w przedzjazdowej gorączce dodam, że poprzednie zdanie to żart…

Chyba

Bo kandydatów byłoby sporo i to nie tych, o których mówią ludzie widzący siebie w polityce.

Statut i program wymagają pilnych korekt, ponieważ często w naszym statucie nie ma rozwiązań przystających do realiów trzeciej dekady XXI wieku. I to jest problem. Nasze stowarzyszenie „fruwało” przez ostatnie dwadzieścia pięć lat od zawodowej korporacji, poprzez tradycyjną grupę wsparcia aż do związków zawodowych. Żadne z tych rozwiązań nie jest dobre. Potrzeba kompromisu, którego nie znaleźliśmy. Czy się uda? Teraz?

Teraz

Bo jeśli nie, wyborcze zapędy w drugiej połowie roku mogą wysadzić w kosmos SDP.

To znaczy prawdziwie popchnąć stowarzyszenie w stronę polityki. I to nie w jej prawą stronę, co zawsze podnoszą nasi przeciwnicy. Zresztą najwięcej przeciwników SDP jest w samym SDP…

Polityka może pomóc

Bo teraz właśnie wystarczy się jej przyjrzeć, aby wiedzieć, dlaczego politycy obecnie rządzący krajem tak chcą zniszczyć SDP i niezależne dziennikarstwo.

SDP nie było w smak żadnej władzy, poprzedniej też nie (niech się krytycy przyjrzą), ale teraz rządząca ekipa, chce elektronicznym ogniem i mieczem wypalić ślady naszego oporu wobec największej próby zniszczenia mediów po 1989 roku.

Albo będzie skansen

Bo nas do tego skansenu politycy wepchną, bo silny SDP nie podoba się nikomu.

Czy mamy być tylko stowarzyszeniem organizującym, całkiem nieźle zresztą, imprezy kulturalne i wieczorki literackie? To byłoby na rękę obecnie rządzącym. Dlatego zanim pokłócimy się na zjeździe wyborczym, trzeba dobrze zastanowić się nad programem na najbliższe lata i uchwalić w końcu statut.

Bo minister Sienkiewicz zbuduje nam skansen w Kazimierzu, gdzie inni dziennikarze i „dziennikarze” oraz pracownicy mediów będą nas tam oglądać. Co trzy lata.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak Putin mówi: nie będę atakował, to znaczy, że szykuje się do ataku

Prezydent Rosji Władimir Putin w wywiadzie dla byłego prezentera amerykańskiej telewizji Fox News Tuckera Carlsona powiedział, że Moskwa nie jest zainteresowana inwazją na Polskę czy Łotwę. Jednak światowa opinia publiczna odebrały te słowa jako chęć uśpienia czujności krajów NATO.

Jak zauważają obserwatorzy, słowa Putina stoją w sprzeczności z jego działaniami. Każdy, kto zna styl rosyjskiego prezydenta, odebrał jego wypowiedź jak groźbę – jeśli powiedział, że nie będzie atakował, oznacza to, że jest już przygotowany do ataku. Wcześniej Putin twierdził na przykład, że granice Rosji nigdzie się nie kończą i są one tam, gdzie jest język rosyjski. Rosyjskie czołgi z reguły podążały za językiem rosyjskim, a Moskwa deklarowała, że ​​wszędzie ma takie czy inne interesy. Dziś Putin mówi, że „nie interesuje nas Polska, Łotwa ani gdziekolwiek indziej. Czemu to robić? Po prostu nie jesteśmy zainteresowani… To jest całkowicie wykluczone.” Ważne jest jednak to, że „przed inwazją Rosji na Ukrainę na pełną skalę Putin i inni rosyjscy urzędnicy wielokrotnie stwierdzali, że Kreml nie przygotowuje wojny na dużą skalę” – zauważa RFE/RL.

Ważna jest też wypowiedź Putina o ewentualnym scenariuszu wysłania wojsk do Polski: „Tylko w jednym przypadku, jeśli Polska zaatakuje Rosję”. Przecież rosyjska propaganda wciąż wmawia na całym świecie, że to nie Rosja zaatakowała Ukrainę, a wręcz przeciwnie, „ukraińscy naziści zaatakowali Rosję”. Inny scenariusz rosyjskiej propagandy szerzy zaś fałszywy pogląd, że „zbiorowa akcja zmusiła Rosję, aby zaatakować Ukrainę”. Dlatego Putin tymi słowami daje do zrozumienia, że ​​jeśli się zdarzy atak na Polskę, to rosyjska propaganda będzie przedstawiać to jako atak Polski na Rosję. Takie scenariusze stosowali także Ribbentrop i Mołotow, którzy pod koniec lat 30. XX w. mówili, że to Polska zaatakowała Niemcy. Albo jeszcze prościej – czy Rosji trudno jest zorganizować nowy „incydent gliwicki”?

Jak zauważyli analitycy amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) „prezydent Rosji Władimir Putin wykorzystał wywiad z amerykańskim dziennikarzem Tuckerem Carlsonem jako kremlowską operację informacyjną skierowaną do zachodnich odbiorców, która usprawiedliwia rosyjską agresję na Ukrainę i twierdzi, że Rosja jest zainteresowana zakończeniem wojny na Ukrainie w drodze negocjacji”.

Analitycy instytutu twierdzą, że Putin udaje zainteresowanie negocjacjami, aby wykorzystać rozejm do przyszłej ofensywy: „ISW w dalszym ciągu uważa, że ​​stanowisko negocjacyjne Putina nie uległo zmianie: nadal dąży do zniszczenia Ukrainy i próbuje wykorzystać rozejm do stworzenia sprzyjających warunków dla rosyjskiego wojska do rozpoczęcia kolejnej, bardziej skutecznej wojny z Ukrainą”. ISW uważa, że ​​Putin zademonstrował ogólną wrogość wobec Zachodu i fałszywie oskarżył Zachód o zmuszenie Rosji do ataku na Ukrainę. Jednocześnie w wywiadzie prezydent Rosji próbował postawić tezę, że Rosja atakując Ukrainę chciała zakończyć wojnę. Fałszywie twierdził, że zamiast wypełniać porozumienia mińskie, Ukraina „rozpoczęła przygotowania do operacji wojskowych… Naszym celem jest zakończenie tej wojny. I nie rozpoczęliśmy tego w 2022 roku, to jest próba zatrzymania tego” – powiedział Putin w rozmowie z Carlsonem.

Analitycy instytutu zauważają, że rosyjski prezydent chciał w ten sposób „wykorzystać wywiad do absurdalnej reinterpretacji Rosji jako ofiary, a nie inicjatora niesprowokowanej rosyjskiej wojny agresywnej przeciwko Ukrainie” i w ten sposób zmylić publiczność co do tego, co faktycznie się wydarzyło.

Odnosząc się do oskarżeń Putina o wykorzystywanie przez NATO Ukrainy do budowy baz wojskowych, ISW zauważył, że ​​„na Ukrainie nie było i nie ma baz wojskowych NATO”. Analitycy twierdzą, że „te narracje mają na celu wsparcie wieloletnich wezwań Putina do ‘demilitaryzacji’ Ukrainy, która prawdopodobnie ma na celu pozbawienie Ukrainy środków na samoobronę i umożliwienie Rosji narzucenia siłą Ukrainy swojej woli, gdy Kreml tak pragnie.”

Ponadto ta operacja informacyjna miała na celu zaprzeczenie ukraińskiej państwowości, można to uznać za „pisanie wielowiekowej historii na nowo”, co nie usprawiedliwia rosyjskiej inwazji na Ukrainę – czytamy w raporcie. „Federacja Rosyjska dwukrotnie jednoznacznie uznała suwerenność Ukrainy w jej obecnych granicach – w 1991 i 1994 r. Akceptacja argumentacji Putina o prawie Rosji do przymusowego przerysowania granic Ukrainy według własnego uznania jest zaproszeniem dla wszystkich potężnych państw, które mają historyczne roszczenia do atakowania i zajmowania ziem swoich sąsiadów” – przypominają analitycy instytutu.

O ile wiadomo, podejrzana jest także postać samego dziennikarza, który rozmawiał z Putinem. Carlson, znany ze swojej podżegającej retoryki i teorii spiskowych, powiedział, że informowanie ludzi należy do jego „obowiązku”. Został on jednak zwolniony z Fox News w zeszłym roku w wyniku skandalu i procesów sądowych w związku z zarzutami o oszustwo wyborcze. Carlson później założył własny program w serwisie X, dawniej Twitterze. Europejscy politycy wezwali do rozważenia możliwości wprowadzenia zakazu wjazdu na terytorium UE dla Carlsona.

Jednocześnie można stwierdzić, że tym razem Putinowi nie udało się oszukać świata. Przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, holenderski admirał Rob Bauer, powiedział, że Sojusz potrzebuje „transformacji podejścia do prowadzenia działań wojennych”. Później dodał, że Zachód powinien przygotować się na „wojnę totalną” z Rosją.

Prezydent Rosji Władimir Putin nie ma zamiaru wyrzekać się agresji, bo od niej zależy jego „polityczne przetrwanie” – stwierdził w opublikowanym 8 lutego wywiadzie dla EuroEFE wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej Josep Borrell.

„Czy sądzi pan, że jeśli Rosja zainstaluje na Ukrainie marionetkowy reżim podobny do tego, jaki ma na Białorusi, a wojska rosyjskie znajdą się na granicy z Polską, to czy wyjdziemy z kłopotów, czy będziemy mieć duże kłopoty?” – zapytał dyplomata. Według niego Kreml nadal jest „sąsiadem, który nie wie, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna”, a porażka Ukrainy będzie oznaczać obecność armii rosyjskiej na granicy Europy.

„Oznacza to, że Putin może myśleć: skoro wygrał raz, dlaczego nie może wygrać drugi raz? Oznaczałoby to na przykład, że Rosja kontrolowałaby 35% wszystkich światowych rynków pszenicy. Istnieją perspektywy, które ludzie muszą poznać, jeśli chcemy być świadomi” – powiedział.

Jednocześnie dowódca armii rumuńskiej Giorgitsa Vlad podkreślił, że ludność Rumunii, podobnie jak całej Unii Europejskiej, „powinna się martwić”, ponieważ „Federacja Rosyjska nie zatrzyma się na Ukrainie…”

W styczniu estońska premier Kaja Kallas ostrzegła, że ​​Europa ma od trzech do pięciu lat na „przygotowanie się na możliwe zagrożenie militarne ze strony Rosji na wschodniej flance Sojuszu Północnoatlantyckiego”. W rozmowie z „The Times” odniosła się do szacunków estońskiego wywiadu, według których „Rosja w przypadku hipotetycznego zawieszenia broni na Ukrainie potrzebowałaby od trzech do pięciu lat, aby przywrócić zagrożenie militarne na granicy wschodnich członków NATO.”

 

WALTER ALTERMANN: Finansowe błędy językowe – kwestarz czy kwestor?

Bardzo często można usłyszeć, że jakiś człowiek zbierający datki na zbożny cel to kwestor. Ostatnio taki lapsus zaprezentowano na antenie Canal+, w programie „Pokochaj swój ogród”, 8 II 2024 roku. Chodziło o szlachetnego człowieka, który w Anglii odwiedzał nałogowo bary i puby. Jednak nie w celu upijania się, ale po to, żeby uzyskać wsparcie od bywalców tych lokali na leczenie chorych dzieci.

Niestety w programie pada informacja, że jest on kwestorem. Otóż to błąd. Ten, który zbiera datki to kwestarz, a kwestor, to pracownik wyższych uczelni, który zajmuje się ich finansami. Prawdopodobnie „kwestor” został ukuty od „kwestarza”, ale z pewnością ten szlachetny Anglik był kwestarzem.

Przy okazji – polecam „Pamiętniki kwestarza” niedużą opowiastkę Ignacego Chodźki, wydaną po raz pierwszy drukiem w roku 1844. Jest to opowieść narratora, zakonnego kwestarza, który dla swych braci zbierał datki na utrzymanie i działalność religijną. Forma pamiętnikarska pozwoliła Chodźce na ukazanie prywatnych scen z życia zaścianka, a także wielkich wydarzeń historycznych widzianych z tej perspektywy. Powieść zawiera malownicze opisy obyczajów szlachty litewskiej tuż przed zaborami i w okresie napoleońskim, a przede wszystkim barwne portrety postaci charakterystycznych: fikcyjnych i historycznych (Radziwiłłowie, Napoleon). Dzieło Chodźki pełne jest barwnych opisów życia codziennego litewskich zaścianków, ale też ustawianych wyborów, warcholstwa, zapiekłości w sporach i pospolitych bijatyk między bracia szlachecką. Polecam.

Dowcipy ludyczne czy ludowe?

W TVP Kultura widziałem ostatnio rozmowę z popularnym aktorem, który grał w serialu „Ranczo”. Nazwisko aktora pominę, bo to aktor dobry i facet sympatyczny, ale nie odpuszczę mu błędu językowego. W pewnym momencie powiedział bowiem: „Ja wiem, że niektóre dowcipy w serialu były takie… bardziej ludyczne.”

Więc informuje od razu, że nie ma dowcipów ludycznych. Bo ludyczny, to tyle co zabawowy, a nie ma dowcipów które służyłyby zasmucaniu widza, czytelnika, słuchacza. Każdy dowcip ma nieść z sobą zabawę! Ludyzm to cecha ludzka, bo człowiek bez zabawy zmarniałby i sczezł od zgryzot, i smutków.

Kogo bardziej interesuje temat ludyczności, tego odsyłam do wielkiego dzieła Johana Huizingi „Homo ludens”, wydanej w roku 1938. Tamże dowiemy się, że homo ludens (z łaciny w dosłownym tłumaczeniu „człowiek bawiący się”) to koncepcja człowieka, przedstawiona przez autora we wzmiankowanym dziele, zakładająca, że u podstaw ludzkiego działania znajduje się zabawa, gra i współzawodnictwo.

Tedy inkryminowany aktor (z serialu „Ranczo”) powinien powiedzieć, że w serialu pojawiały się też dowcipy przaśne, proste, ludowe a nawet siermiężne. Naprawdę język polski jest bogaty, tyle, że trzeba to bogactwo znać.

 Pasa nie zapinać

WP Wiadomości, 30 stycznia 2024 roku, pisząc o nagrodach w Kancelarii Prezydenta RP, w tytule notki informuje: „Pora na zapinanie pasa”.

Z tekstu notatki wynika, że nadeszła pora na oszczędności w najwyższych urzędach. Jednak „zapinanie pasa” nic, w tym przypadku, nie znaczy. Owszem jest w języku polskim zwrot „zaciskanie pasa”, który jest synonimem oszczędności, ale „zapinanie”?

W dawnych wiekach, gdy na kraj nadchodziły ciężkie czasy, mówiło się, że przyjdzie pora zacisnąć pasa, bo brzuchy szlachty mocno się zmniejszą. Z kolei o czasach tłustych, saskich mawiano: „Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa”.

Komu zatem przyszło do głowy zastąpić „popuszczanie” „zapinaniem”? Może w redakcji WP zatrudniono jeden z wczesnych modeli sztucznej inteligencji? A może zatrudniono – w ramach oszczędności – imigrantów, którzy tłumaczą przy pomocy słowników internetowych?

Procedura to nie dyskusja

W czasie pierwszego spotkania komisji śledczej, wizowej, 6 II 2024 roku, dało się usłyszeć, jak zawsze w takich razach, niemało uniesień i odwołań do „wielkiej misji”, jaką wzięli na siebie posłowie, będący tej komisji uczestnikami. Co zresztą uważam za przykrą normę.

Zadziwił mnie tylko jeden z posłów PiS, który powiedział: „Będziemy tu procedować nad sprawami…” Otóż, poseł się myli, bo procedowanie oznacza tyle, co postępowanie zgodne z procedurami. Zatem nie można „procedować nad sprawami”. Można natomiast „procedować sprawy, tematy”. A już najlepiej byłoby stwierdzić, że: „Będziemy rozważać sprawy…”.

Niestety to częsty błąd przedstawicieli elity politycznej kraju. Parlamentarzyści uważają bowiem, że procedowanie równa się dyskusji. A tak nie jest.

 

 

W ramionach przyjaciół – MYKOŁA SEMENA o książce Jurija Szczerbaka

W Kijowie odbyła się prezentacja książki „Ukraina w ramionach Polski. Rzeczywistość i proroctwa” autorstwa ukraińskiego dyplomaty, analityka, pisarza i dziennikarza Jurija Szerbaka. Wydana na koszt Ministerstwa Kultury Ukrainy publikacja jest rozprowadzana bezpłatnie na terenie całego kraju.

Jak zauważył w swoim przemówieniu Jurij Szczerbak, książka jest wyrazem wdzięczności narodu ukraińskiego wobec narodu polskiego za przyjęcie milionów uchodźców oraz udzielenie schronienia ukraińskim kobietom i dzieciom, którzy uciekali przed rosyjskimi czołgami, artylerią, bombami i rakietami. Ukraińcy w Polsce czuli, że są w bezpiecznych ramionach przyjaciół.

Jurij Szczerbak był ambasadorem Ukrainy w USA, Izraelu, Meksyku i Kanadzie, ale to Polskę uważa za swoją drugą ojczyznę. Ożenił się z Marią Milon, Polką pochodzącą z Katowic, która studiowała na Uniwersytecie Kijowskim. Przeżyli razem ponad 60 lat. Szczerbak często odwiedzał Polskę, pracował tutaj, znał postacie polskiej opozycji antykomunistycznej, w szczególności Lecha Wałęsę. Wraz z żoną brali udział w wydarzeniach „Solidarności”, przyczyniali się do rozwoju ukraińsko-polskiej przyjaźni i współpracy.

Jako motto swojej książki Jurij Szczerbak wziął słowa z orędzia Papieża Polaka Jana Pawła II z okazji 60. rocznicy tragedii wołyńskiej: „Nowe tysiąclecie żąda, aby Ukraińcy i Polacy nie pozostawali więźniami smutnych wspomnień z przeszłości, ale przemyśleli na nowo bieżące wydarzenia w nowym duchu, spojrzeli na siebie z powiewem jedności, zobowiązując się do budowania lepszej przyszłości dla wszystkich”.

Autor książki, zwracając się do czytelników, stwierdza, że „nasze wspólne jutro, nasza jedność, jako mur ochronny przed agresją Moskwy, jest podyktowana żywotną koniecznością samego istnienia naszych państw i narodów. Bo nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy. I odwrotnie”.

Książka zawiera wiele znanych dzieł publicystycznych Jurija Szczerbaka, pełnych przeczuć nadchodzącej wojny. Znajdziemy w niej też  publikacje Jurija Szczerbaka, które ukazywały się w polskich mediach, w szczególności w „Gazecie Polskiej”, „Nowym Państwie”, na portalu niezalezna.pl  poświęcone przyjaźni i wzajemnej pomocy Ukraińców i Polaków.

Jedno ze zdjęć w książce – Jurij Szczerbak w czasie spotkania w Warszawie z prezesem SDP Krzysztofem Skowrońskim i wiceprezesem Jolantą Hajdasz.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Szpiegostwo według Szymborskiej i Mrożka

8 lutego 1953 r. opublikowano rezolucję członków krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, która potępiała księży krakowskiej kurii oskarżonych przez władze komunistyczne o szpiegostwo. Pod kłamliwymi, zbrodniczymi tezami podpisało się 53 sygnatariuszy, wśród nich Jan Błoński, Sławomir Mrożek i Wisława Szymborska.

„Działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali – za amerykańskie pieniądze – szpiegostwo i dywersję” – brzmiała haniebna rezolucja. A haniebny, pokazowy proces księży kurii krakowskiej zakończył się 27 stycznia 1953 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie. Zapadły wyroki śmierci i długoletniego więzienia.

„Agentów Watykanu i USA” oskarżał naczelny prokurator wojskowy, kat Polaków Stanisław Zarako-Zarakowski. „Sądzili” kolejni mordercy: Mieczysław Widaj, Roman Waląg i Bazyli Mielnik. Oskarżonych – Edwarda Chachlicę, Michała Kowalika i księdza Józefa Lelitę, skazali na śmierć. Ks. Franciszka Szymonka na dożywocie, ks. Wita Brzyckiego na 15 lat, ks. Jana Pochopienia na 8 lat, Stefanię Rospond na 6 lat więzienia.

Rada Państwa złagodziła wyroki. Ten bezprawny spektakl poprzedziły brutalne przesłuchania. W III RP jednemu z funkcjonariuszy – Janowi Łukaszewskiemu IPN zarzucił tortury fizyczne i psychiczne: „znieważanie wulgarnymi słowami, wielogodzinne nocne przesłuchania w pozycji stojącej oraz grożenie pozbawieniem życia i długotrwałym pozbawieniem wolności”. Nieosądzony Łukaszewski do końca życia pobierał wysoką emeryturę.

Jedną z ofiar bolszewickich metod był ks. Józef Fudali. Ostatecznie staliniści nie włączyli go do procesu kurii krakowskiej i był sądzony osobno. Krakowski WSR 20 maja 1953 r. skazał go na 13 lat więzienia. Podczas rozprawy ksiądz odwoływał swoje zeznania ze śledztwa, podkreślając, że jest niewinny. Stefania Rospond, doprowadzona na rozprawę jako świadek, wspominała, iż „zeznawał, trzęsąc się, ledwie stojąc na nogach. Mówił niewyraźnie, bo wybili mu zęby. Nagle zaczął odwoływać swoje zeznania. Sędzia zwrócił mu uwagę, że przecież podczas śledztwa przyznał się do winy. Wtedy on zaczął tak strasznie krzyczeć, że go w śledztwie bili żelaznym drągiem, że miażdżyli mu przyrodzenie. Obronę oskarżonego uznał Sąd za wykrętną i kłamliwą”.

O co chodziło w śledztwie i procesie kurii krakowskiej? Po krwawej rozprawie z polskim podziemiem politycznym i zbrojnym komuniści przystąpili do „ostatecznego rozwiązania kwestii Kościoła katolickiego” – jedynej siły, która realnie przeciwstawiała się jeszcze sowietyzacji kraju. Na przełomie lat 1952/1953 aresztowano około tysiąca kapłanów, razem z prymasem Stefanem Wyszyńskim. Czystki dotknęły m.in. Katowice, skąd wygnani zostali biskupi: Stanisław Adamski, Herbert Bednorz i Juliusz Bieniek. We wrześniu 1953 r., po ciężkim śledztwie i pokazowym procesie, czerwoni faszyści skazali na 12 lat więzienia ordynariusza kieleckiego Czesława Kaczmarka. Główną twierdzę oporu – kurię krakowską – rozbiła centrala bezpieki, przy gorliwym (patrz na wstępie) wsparciu literatów.

 

WALTER ALTERMANN: Przegląd błędów politycznych. Językowych…

Joanna Scheuring-Wielgus, posłanka i sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy dała się poznać jako osoba mówiąca wiele, choć nie zawsze sensownie. Kolejny popis pani wiceminister dała w „Kawie na ławę”, 4 lutego 2024 roku, TVN. Stwierdziła bowiem, że: „Pan Prezydent się szamota”. I popełniła okropny błąd, tym bardziej przykry, że jest wiceministrem „w resorcie kultury”. A od osób pracujących „w kulturze i dziedzictwie” musimy wymagać więcej.

Błąd pani Scheuring-Wielgus polega na tym, że powinna powiedzieć: „Pan Prezydent się szamoce”.  bo taka jest prawidłowa odmiana „szamotać się”.  Przy okazji – istnieją też dwa wyrazy mające coś wspólnego z szamotaniem się, ale tylko fonetycznie.

  1. Polskie szamot pochodzi z niemieckiego die Schamotte. Szamot powstaje na bazie gliny lub łupków ogniotrwałych, które się wypala oraz mieli. Do produkcji cegły szamotowej wykorzystywany jest sproszkowany szamot oraz uzupełniacze takie jak gruboziarniste drobiny kwarcu, grafit lub koks.
  2. Dawniej „szamotem” określano też o też człowieka upartego, nieskorego do rozumienia nowości, czyli niezbyt lotnego.

Oczywiście szamot nie ma nic wspólnego z szamotaniem. Piszę o tej oczywistości, bo Bóg jeden wie, co jeszcze przyjdzie do głowy pani wiceminister.

Co z CPK zrobią nowe władze

W tej samej „Kawie na ławę” w TVN, wystąpił też pan Marcin Horała, który – podobnie jak pani Joanna Scheuring -Wielgus, nie ustrzegł się przykrej wpadki językowych. Otóż oświadczył on, że: „Nowe władze zaorają projekt CPK”.

Piękne staropolskie słowo – orać! Ileż w nim symboliki, ileż miłości do rodzimej ziemi, do trudu i misji dziejowej polskiego chłopa… I wszystko to szlag trafia, bo pan Horała nie wie jak się to słowo odmienia. Więc przypominam: ja – orzę, on – orze, my orzemy, oni orzą.

Dwie różne opcje polityczne, skrajnie odległe partie, a jednak mają z sobą coś wspólnego. A jest to wspólnota okropnego języka. Może „na tej bazie”, dałoby się dogadać jak Polak z Polakiem?

Na Sejmie

Zawsze mi się zdawało, że na polskim Sejmie wyłącznie dumnie łopocze narodowa flaga. Ale nie… Coraz częściej bowiem można usłyszeć z ust polityków, że: „Ta sprawa stanie na Sejmie”. Albo temat: „trafi na rząd”, czy też: „stanie na rządzie”.

Hadko słuchać. Niestety nasi wybrańcy nazbyt sobie upraszczają polską mowę i zamiast mówić: „Ta sprawa będzie tematem posiedzenia Sejmu”, „trafi pod obrady Sejmu”, ”trafi na posiedzenie rządu”, „Zajmie się nią rząd” – mówią slangiem politycznym. Ja rozumiem, że posłowie, ministrowie mówią tak między sobą, ale żeby tak mówić do ludzi? A za jakie to grzechy mam wysłuchiwać takiego bełkotu?

Ja wiem, że ludzie robiący kariery w polityce nie mają czasu na czytanie polskiej klasyki… rozumiem, ale nie wybaczam. Tym bardziej, że jest w parlamencie naszym kilka osób doskonale sobie z ojczystą mową radzących. Tu pochwalę posłów: Adriana Zandberga, Włodzimierza  Czarzastego, Marcina Bosaka oraz Michała Dworczyka. Czyli, można!

Na zaś

W ostatnich dniach wielką karierę w polityce zrobił zwrot „na zaś”. Chodzi oczywiście o wybranych ciut, ciut za wcześnie, przez poprzednio rządzących, troje członków Trybunału Konstytucyjnego. Nie wiem kto pierwszy powiedział, że tych troje zostało wybranych „na zaś”, ale się przyjęło.

Na zaś – jest zwrotem gwarowym z małopolski. Lud tamte rejony zamieszkujący od wieków zwrotem „na zaś” określał coś co będzie zadatkiem na przyszłość, coś co będzie przydatne w niedalekiej przyszłości. W naszym języku literackim rzeczone „na zaś” funkcjonowało jedynie jako dowcip językowy, określający oszczędną naturę Krakusów.

I nagle ten zwrot zrobił się popularny w całej Polsce, we wszystkich stacjach radiowych i telewizyjnych, ale dzisiaj nie ma już w tym żadnego dowcipu. Jest natomiast brak kultury językowej.

Oto trzy dobre przykłady prawidłowego użycia „na zaś”:

 

„Rzadko bywała na mszach, we wsi to się nie podobało, ale zawsze znalazł się ktoś ze starszych, kto powiedział: „Tyle lat księżom służyła, pewnie na zaś ma odpuszczone!” źródło: Narodowy Korpus Języka Polskiego: Grażyna Plebanek: Przystupa 2007

 

„Codziennie też Lilka, która się stała wielką ziół amatorką, szła w najgorsze krzaczyska, w które się normalny człowiek za nic nie zapuści, i za każdym razem znosiła do domu ze dwie garści świeżych pokrzyw, by z nich wywar cudowny zaparzyć lub pozostawić je do wyschnięcia na zaś. żródło: NKJP: Sławomir Shuty: Ruchy, 2008

 

Wszystko potrafiła matka Maślakowa zawekować, zasuszyć, zakopać na zaś. Być może zakopywanie i chomikowanie rzeczy zastępowało jej chęć własnego zniknięcia pod ziemią, gdy po raz kolejny dostawała po głowie od pijanego Maślaka, obwiniającego ją o śmierć synów. źródło: NKJP: Joanna Bator: Piaskowa Góra, 2009

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Tusk zrobi wszystko, żeby zaorać CPK

Jakże Polakami się czasem łatwo rozczarować. I jakże się czasem łatwo zachwycić. Polacy w ostatnich wyborach parlamentarnych wybrali głupio. Nie to żebym komuś odbierał prawo wyboru, absolutnie nie. Natomiast, biorąc pod uwagę to, że wbrew temu co się wydaje Tuskowi, Platforma nie wygrała wyborów.

O tym kto rządzi zdecydowali ci, którzy nie szukali Platformy, a wybrali nomen omen – Trzecią Drogę. Wybrali Trzecią Drogę, a i tak dostali Platformę i to w wersji ze snu pijanego idioty. Uważam to za głupie, ponieważ od zawsze wiadomo było, że tak będzie, a alternatywa jest pozorna. Dlatego doskonale rozumiem tych, którzy są swoimi współziomkami rozczarowani.

Potrzeba wizji

Natomiast nie afiszuję się z tym uczuciem i nie rozbudowuję go w sobie, ponieważ uważam je za kompletnie jałowe i bezproduktywne. Wolę skupić się na myśleniu o tym, co z tym fantem zrobić. Nie ogłaszać „końca Polski”, nie opuszczać rąk i nie mówić, że „nic nie ma już sensu”. Nie mogę sobie na to pozwolić, mam dzieci, muszę zostawić im lepszy świat. Wolę się skupić na analizie przyczyn tego stanu rzeczy i pomysłach na wyjście z trudnej sytuacji. Co najwyżej powyzłośliwiam się w ramach rysunku. A nie jestem partią polityczną, mnie wolno, partii politycznej nie. Partia polityczna obrażona na potencjalny elektorat, to raczej partia pozbawiona widoków na przyszłość.

Za to od iluś miesięcy, a może już i lat, mówię i piszę o potrzebie wielkiej wizji, która porwałaby Polaków zniechęconych wyjałowionym do cna mechanizmem starcia dwóch wielkich bloków politycznych. Nie to żebym był zwolennikiem poszukiwania mitycznego „centrum”, co to to nie, inaczej, uważam, że polityczną pulę zgarnie ktoś, kto roztoczy przed wygłodniałymi sukcesu Polakami, wielką wizję rozwoju Polski, która łączyłaby różne elektoraty. Wydawało mi się, że tematy i główne osie narzucają się, wobec potencjałów i stojących przed Polską zagrożeń, same.  Jednak, powiem szczerze, czułem się w jałowości tych nawoływań, coraz bardziej zgorzkniały.

#TakDlaCPK

Okazało się jednak, że w zamyśle Pana Boga, była to tylko rozgrzewka przed zachwytem, w jaki wpadłem nad Polakami w ostatnim czasie. Oto dzięki uporowi i waleczności grupy młodych ekspertów, takich jak Andrzej Banucha, Marian Baczal, Maciej Wilk, Szymon Janus i inni (niech mi wybaczą, że wszystkich nie wymieniłem), rozwinął się ruch #TakDlaCPK. Samo CPK jest tu raczej symbolem wszystkich prorozwojowych inwestycji strategicznych, zapoczątkowanych przez poprzedni rząd, a, jak wszystko na to wskazuje, przeznczonych przez nowy, zdający się bardziej pilnować interesów niemieckich niż polskich, do zamknięcia. Pomimo wytężonych wysiłków propagandy, która usiłuje wcisnąć koncepcje rozwoju Polski na najbliższe lata w „pisowskie buty”, co ma „ułatwić ich pacyfikację”, powyższe idee zaczęły łączyć ludzi absolutnie różnych środowisk. Począwszy od narodowców, poprzez pisowców, zwolenników Hołowni, a skończywszy na najbardziej zajadłych zwolennikach Platformy i Donalda Tuska (z ruchem „Ośmiu Gwiazd” włącznie).

Czy to rozwiązuje problemy między nami? No jasne, że nie. Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy w to, że stanę się zwolennikiem aborcji, czy ideologii LGBT, z inną zwolenniczką #TakDlaCPK, poseł Partii Razem Pauliną Matysiak, dzieli mnie prawie wszystko. Ale jeśli jesteśmy w stanie zgodzić się w kwestii istotnych gospodarczych i geopolitycznych interesów kraju, w którym mieszkamy, to w jakimś sensie zdajemy obywatelski egzamin. Być może nie jesteśmy tylko tłuszczą przeznaczoną do zmielenia i spożycia przez zbiorowo mądrzejszych od nas, ale dajemy sobie prawo do zbiorowego poczucia ambicji i prawo do przyszłości. Być może nie musimy prowadzić ani zimnej, ani gorącej wojny domowej, co dla naszych wrogów, nie jest najlepszą wiadomością.

Tusk zaorze CPK

Przy czym, choć bardzo chciałbym się mylić, to myślę, że niestety Donald Tusk zaorze CPK i inne wielkie projekty. Takie ma zadanie, a jego suwerenem, jak objaśnił przecież nowy szef rady nadzorczej Orlenu prof. Popiołek „nie są wyborcy”, a przynajmniej nie polscy. W nosie będzie miał ruchy społeczne. Co najwyżej powie, że „nie zaorze”, a potem będzie tak „budował” jak „budował” gazoport i tak „negocjował” jak „negocjował” amerykańską terczę antyrakietową. Winni będą wszyscy, PiS, Koreańczycy, Amerykanie. Tylko projektów nie będzie, „nie z jego winy przecież”.

To będzie bolało, bardzo. Ale tego poczucia wspólnoty wspólnych interesów, już nam nie odbierze. I wrócimy do tematu.

WALTER ALTERMANN: Lud dzisiejszy, czyli ostatni dzień wolności

Implant mózgowy Neuralink został po raz pierwszy wszczepiony do ludzkiego mózgu – poinformował Elon Musk w ubiegłym tygodniu. Firma neurotechnologiczna miliardera w zeszłym roku otrzymała zgodę amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA) na rozpoczęcie testów na ludziach. Pierwszy wszczepiony produkt nosi nazwę Telepathy i urządzenie to umożliwia sterowanie telefonem lub komputerem. Implant wszczepiony człowiekowi choremu na Alzheimera

Informację o tym podano 1 lutego 2024 roku. Warto tę datę zapamiętać, bo może to być pierwszy dzień pierwsze tragicznego kroku ludzkości do samozagłady. To może być początek końca naszej cywilizacji, której wolność była najwyższym celem, tak jednostek, jak i społeczeństw. A sam Elon Musk, celebryta goniący za pieniędzmi i sławą, światowy komik biznesu zrobi wszystko, by zaistnieć i zarobić.

Błogosławiony wiek XIX

Jakże lepiej zachowywali się kapitaliści XIX wieku. Chcieli tylko zarabiać, sławę i poklask zostawiając artystom i politykom. Owszem, zdarzało się im kupować (w USA) kolejnych prezydentów tego mocarstwa, ale po cichu, bez rozgłosu. Wychodzono wtedy z założenia, że pieniądz lubi ciszę, jak pieczarki ciemność. W XIX wieku kradziono na potęgę, bezwzględnie niszczono konkurentów, z robotników wysysano ostatnie krople krwi, ale w ciszy, dyskretnie.

Owszem afiszowano się pałacami, zbytkami, ale jedynie wśród swoich, bo przecież plebsu na salony się nie wpuszczało. Kapitaliści z przeszłości mieli rozum i pamiętali, że od czasu do czasu lud traci cierpliwość, a konstrukcja gilotyny nie jest znowu tak skomplikowana, żeby znowu takiej machiny nie udało się zmontować, nawet tkaczom, pospołu z metalowcami.

Przez cały wiek XIX działali też, coraz aktywniej i jawniej, przywódcy ruchów związkowych, lewicowych i anarchistycznych, którzy nie kryli się z abominacją wobec kapitalistów. Napisałem „abominacją”, żeby to jakoś ładnie wyglądało, ale w gruncie rzeczy XIX-wieczni „burzyciele ładu” czuli do kapitalistów obrzydzenie, wstręt i wieszczyli krwawą rewolucję.

W XIX wieku kapitał miał nazwiska, miał też kraj pochodzenia. Dlatego władze państwowe mogły zmusić, wymusić, wyszarpać od kapitalistów pieniądze na cele społeczne. Jak choćby kanclerz Otto von Bismarck od niemieckich kapitalistów na emerytury i lecznictwo. Dzisiaj kapitał jest bezimienny i bezpaństwowy.

W XIX wieku państwa miały swoich kapitalistów, dzisiaj to oni mają państwa. Oczywiście anonimowo. Jednak Elon Musk otworzył nową erę – stał się znanym celebrytą, bryluje w mediach i chwali się swym majątkiem. Widać uważa, że pora już przestać być fałszywie skromnym.

Lud dzisiejszy

Jakże łatwiej, w porównaniu z przeszłością, jest być kapitalistą dzisiaj. Dzisiejszy lud bowiem kocha swych ciemiężycieli. Pasjonuje się plotkami na temat możnych tego świata, przyklaskuje ich ekstrawagancjom i podziwia ich fortuny.

Lud dzisiejszy czuje jakiś metafizyczny związek z tymi, którzy żyją jego kosztem. A wszystko to dzięki temu („dzięki” z punktu widzenia możnych). że telewizja i internet uczyniły z nas wszystkich jedną globalną wioskę. Lud dzisiejszy czuje się częścią wielkiej medialnej rodziny, a kapitalistów traktuje jak bliskich kuzynów. Skoro bowiem możemy obcować z wielkimi tego świata na co dzień, we własnym domu, we własnym laptopie i komórce, znika bariera czasowo-przestrzenna. I król Karol, Elon Muski czy pan Solorz są dziś członkiem wielkiej światowej rodziny. Są bliscy, więc niegroźni.

Samowola wielkich

W takiej atmosferze przyzwolenia Elon Musk może robić wszystko. Nawet otwierać szanse na wszczepianie w nasze mózgi mikro odbiorników, przez które ludzkość może być sterowana zdalnie.

Jeżeli teraz ludzkość zgodzi się na implanty, mające ratować życie jednostek, to jutro zgodzi się na implanty, które „ułatwią nam wszystkim życie”. I popłyną rozkazy wprost do naszych mózgów: idź i kup samochód Tesla, produkcji Elona Muska. Albo: idź i walcz. Albo też: domagaj się obniżki emerytury, lub zrezygnuj z połowy pensji.

Czyli wejdziemy dyskretnie w erę powszechnego niewolnictwa. Takie zdalne niewolnictwo być może będzie wyzwoleniem dla jednostek słabszych, z których zdejmie się ciężar dokonywania codziennych i rzadszych wyborów, ale będzie ono katastrofą dla cywilizacji.

Wygląda na to, że Elon Musk już może mieć konkurencję. Chińskie Ministerstwo Przemysłu i Technologii Informacyjnych (MIT) opublikowało dokument, w którym ujawnia swoje ambitne plany. MIT oświadczył, że chce osiągnąć przełomy w „setkach technologii”, tworząc „kultowe produkty”, w tym interfejsy mózg-komputer, takie jak implant Neuralink Elona Muska.

Oczywiście jako pierwsze śladem Elona Muska pójdą Ludowe Chiny, a właściwie już idą. Potem po implanty sięgnie Rosja, potem kraje Azji i kraje muzułmańskie, Afryka, Ameryka Południowa, a w końcu zachodnia Europa i USA. I zapanuje powszechne szczęście w ogólnym ogłupieniu.

Co prawda już teraz jesteśmy sterowani przy pomocy telewizji i internetu, ale mamy jednak jakiś wybór, poprzez wyłączenie internetu i telewizora. Jednak z chwilą wszczepienia nam wszystkim sterowników, ta malutka szansa, ten minimalny przejaw wolności zniknie.

Veto

Leczenie chorób to tylko pretekst. I nikomu nie wolno „grzebać” w naszych mózgach, choćby to grzebanie miało przynieść ukojenie jednostkom. Proszę też pamiętać, że ja byłem przeciw – że strawestuję tu wielkiego Antoniego Słonimskiego.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hołownia – husarz, rokoszanin, który szybko poległ

Czytajcie profesora Andrzeja Nowaka. Czytajcie Nowaka! Ja czytam. „Dzieje Polski” – tom V str. 306: Rok 1607 rokosz Zebrzydowskiego przeciwko królowi Zygmuntowi III.

Cytuję profesora:

Talenty militarne na miarę znakomitych wodzów rzymskiego antyku były akurat przy królu. Zygmunt III miał u swego boku litewskiego hetmana Jana Karola Chodkiewicza i koronnego – Zółkiewskiego, których uzupełniał również doświadczony żołnierz, generał ziem podolskich Jan Potocki.

Rokoszanie zebrali ponad 10 tysięcy wojska. Dowodzili nim Mikołaj Zebrzydowski, Janusz Radziwiłł i Jan Szczęsny Herburt. Mierzyli się nie tylko z lepiej wyszkolonym i dowodzonym, ale również liczniejszym przeciwnikiem. „Regaliści” mieli ponad 12 tysięcy ludzi w swych chorągwiach. Co prawda, nie bardzo rwali się do walki z rodakami, ale próby pertraktacji zawiodły. Oba wojska starły się na początku lipca pod Guzowem, nieopodal Radomia. Radziwiłł natarł z wielką energią na dowodzone przez Chodkiewicza prawe skrzydło wojsk królewskich przebijając się aż do husarii, która bezpośrednio chroniła króla. – Gdzie ten Szwed? – wołał husarz Radziwiłła, właśnie Jerzy Hołownia, gdy już dojeżdżał samego Zygmunta. Ten wykazał się stoickim spokojem i nie cofnął się nawet na krok. Śmiałek Hołownia zginął a cały atak rokoszan został zniweczony przez skuteczne uderzenie lewego skrzydła wojsk królewskich pod wodzą Żółkiewskiego. Przywódcy rokoszu uciekli w największym popłochu a na polu między Guzowem i Orońskiem zostało 200 ofiar. Jak na walne starcie armii liczących łącznie 20 tysięcy zbrojnych była to liczba bardzo niska (wystarczy porównać ilość zabitych Szwedów pod Kircholmem czy Kozaków pod Kumejkami). Świadczy ona o niechęci uczestników, a zwłaszcza zwycięzców, do bratobójczej walki.

Do rzezi nie doszło – czytamy dalej u prof. Andrzeja Nowaka. (Gorycz pozostawała). Na gorąco wylewał ją w swych wierszach Daniel Naborowski, nadworny poeta księcia Janusza, w kilku utworach poświęconych guzowskiej bitwie i poległych w niej towarzyszom (w tym wspomnianym husarzowi Hołowni). (…) Brat na brata, zapomniawszy cnoty, / Składali na się nie ułomne groty / Ociec przeciwko własnemu synowi / Stał jako przeciw nieprzyjacielowi; / Tam od synowca stryj padł między trupy (…) Lecz wrychle zdarzy Bóg niezwyciężony, / Że między trupy będzie policzony / Pan wiarołomny, którego doznały / Ojczymem dzieci (…)”.

Ta poetycka hiperbola – czyli jednak pewna przesada – zawarta w „Awizyjach domowych żałośnych po bitwie”, ostatnim swoim, gwałtownie antykrólewskim akcentem zapowiadała, że część rokoszan z panowaniem Zygmunta nigdy się nie pogodzi. O kontynuacji bezsensownej walki zbrojnej już jednak mowy nie było.

Chodkiewicz chciał co prawda rozbić do końca resztki rokoszan, ale król i hetman Żółkiewski parli raczej do jak najszybszego uspokojenia i zgody. Larum grają – Chodkiewicz, Żółkiewski wstawajcie Panowie. Już pora. Rycerzu z Giewontu – dość wylegiwania się. Kaszubi, rybacy przecież na burtach łodzi macie tabliczki „Bóg z nami”. Siadajcie do kutrów. Górnicy, przestańcie się kłócić. Niech powstanie w końcu jeden związek tych ludzi ciężkiej, czarnej pracy. Hutnicy, niech wielkie piece przestaną być indyjskie a znowu niech będą polskie.

Ministrowie, chyba nie chcecie być dokarmiani nosem, torturowani? „Nasi” wielcy „przyjaciele” Niemcy i Rosjanie, jeszcze poczekajcie, jeszcze się nie spieszcie.

Charakteropatyczny zespół pourazowy pana Donalda się rozwija. Jeszcze nie odreagował poprzedniej klęski wyborczej. Gdy zamknięty zostanie ostatni Obajtek będzie można opuścić „ten kraj”. Przecież„tego kraju” się nie lubi, bo to siermiężne i bogoojczyźniane. To widzieliśmy z przemówienia pod gdańskim żurawiem przy Motławie.

Teoria wojowania przewiduje czas obrony, ale po przetrwaniu jest czas ataku. Nazywać to można nawet obroną konieczną, a jej klasyfikowanie prawne jest łagodniejsze.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Świat wciąż jest pełen rosyjskich szpiegów

Dla Rosji jednym ze „skutków ubocznych” inwazji na Ukrainę było osłabienie jej siatki szpiegowskiej w Europie. Nie oznacza to jednak, że uwolniliśmy się od moskiewskiej agentury.

Luty 2024 roku rozpoczął się od skandalu w niemieckim Bundestagu: okazało się, że asystent posła Eugena Schmidta („Alternatywa dla Niemiec”) może być powiązany z rosyjskimi służbami specjalnymi. Magazyn „Der Spiegel” i portal The Insider we wspólnym śledztwie twierdzą, że Vladimir Siergienko utrzymywał kontakt z funkcjonariuszem FSB. Latem ubiegłego roku Spiegel opublikował artykuł o powiązaniach Siergienki z kimś w Moskwie, z którym rzekomo omawiał spowolnienie dostaw niemieckich czołgów na Ukrainę. Dziennikarze The Insider przyjęli, że osobą kontaktową był pułkownik FSB Ilja Wiechtomow, pracownik Służby Informacji Operacyjnej i Stosunków Międzynarodowych rosyjskiej FSB. W ramach tej służby istnieje wydział pełniący funkcje zagranicznego wywiadu, o czym pisał wcześniej portal Meduza.

Siergienko od dawna znajduje się pod obserwacją zachodnich służb specjalnych. Regularnie odwiedzał Moskwę, brał udział w talk show w rosyjskiej telewizji. W kwietniu 2023 r. po powrocie z Rosji niemieccy celnicy znaleźli przy nim 9 tys. euro i rosyjski paszport. Według Spiegla Departament Spraw Wewnętrznych Senatu Berlina zabiega o odebranie Sergience obywatelstwa niemieckiego, które otrzymał w listopadzie 2022 roku. Obecnie administracja Bundestagu sprawdza pracę asystenta posła.

Ukraińska gazeta „Slovo i Dilo” twierdzi, że „Inwazja na Ukrainę na pełną skalę ma dla Rosji jeszcze jeden nieoczekiwany ‘skutek uboczny’ – najbardziej znaczące osłabienie siatki szpiegowskiej w Europie od zakończenia zimnej wojny. Jak niedawno napisał „The Washington Post”, w ubiegłym roku amerykańskie i europejskie służby bezpieczeństwa przeprowadziły zakrojoną na szeroką skalę kampanię mającą na celu identyfikację szpiegów, co zaskoczyło Federację Rosyjską.

W marcu 2022 roku ukraiński wywiad ujawnił tożsamość 620 rosyjskich szpiegów w krajach europejskich. Opublikował listę agentów będących pracownikami rosyjskiej FSB. W kwietniu 2022 r. z wydalono z Niemiec 40 rosyjskich dyplomatów i 35 z Francji. Francuskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło, że działalność tych pracowników placówek dyplomatycznych jest „sprzeczna z interesami bezpieczeństwa kraju”. Jednocześnie w marcu 2022 r. Polska podjęła decyzję o wydaleniu 45 rosyjskich dyplomatów – czyli około połowy personelu ambasady – za udział w szpiegostwie. Jak stwierdził wówczas szef MSW, osoby te „podszywały się pod dyplomatów”. Ukraińskie służby podały, że ​​od początku wojny w ich kraju zdemaskowano ponad 600 rosyjskich agentów i szpiegów.

Według Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy (stan na kwiecień 2022 r.), w ciągu kilku miesięcy wojny na pełną skalę, z krajów europejskich wydalono 423 rosyjskich dyplomatów, którzy prawdopodobnie byli funkcjonariuszami wywiadu, z Austrii – 4, Bułgarii – 10, Belgii – 21, Grecji – 12, Danii – 15, Estonii – 17, Irlandii – 4, Hiszpanii – 25, Włoch – 30, Łotwy – 16, Litwy – 5, Luksemburga – 1, Holandii – 17, Norwegii – 3, Macedonii Północnej – 5, Polski – 45, Portugali – 10, Rumunii – 10, Słowacji – 38, Słowenii – 33, Niemiec – 40, Francji – 35, Czech – 1, Czarnogóry – 4, Szwecji – 3, aparatu UE – 19.

Według oceny brytyjskiego MI-6 na koniec lipca 2022 roku, po inwazji na Ukrainę, z Europy wydalono około 400 rosyjskich szpiegów (około połowa wszystkich), którzy działali pod przykrywką dyplomatyczną.

We wrześniu 2022 r. „Der Spiegel” opublikował śledztwo w sprawie działalności rosyjskich szpiegów. Według dziennikarzy, Służba Wywiadu Zagranicznego Rosji kieruje pracą około trzech tysięcy szpiegów za granicą, a Główna Dyrekcja Wywiadu – kolejnym tysiącem. Większość agentów przebiera się za dyplomatów.

Zespołowi OSINT Telewizji Toronto w 2023 roku udało się zbadać działalność kilku pracowników FSB i ich wpływ na posłów niemieckiego Bundestagu z prorosyjskiej partii Alternatywa dla Niemiec. To pierwsza część serii śledztw dotyczących działalności wydziału wywiadu operacyjnego 5. służby FSB, który jest bezpośrednio odpowiedzialny za inwazję na Rosję na pełną skalę. Do głównych zadań 5. służby FSB należy oddziaływanie Rosji na byłe republiki radzieckie: Ukrainę, Białoruś, Mołdawię, Gruzję, Armenię, Kazachstan i inne. Wśród rosyjskich szpiegów zespół OSINT Telewizji Toronto wymienia Jurija Wakałowa, pracownika 5. służby. Jego nazwisko, zdjęcie i dane paszportowe pojawiają się na listach opublikowanych przez ukraińskie siły cybernetyczne na początku operacji na pełną skalę.

Niedawno ukraiński „Forbes” opublikował tłumaczenie artykułu z „Der Spiegel”, w którym napisano: „Niemcy, najpotężniejsza gospodarka w Europie, są jednym z głównych celów Moskwy. Niemiecki kontrwywiad przez wiele lat działał nieskutecznie, a przywódcy polityczni kraju dopiero teraz budzą się z dziesięcioletniego snu”.

„Od kampanii ingerencji w wybory po zabójstwa Rosja zamieniła Europę w swój plac zabaw” – powiedział Mark Polimeropoulos, który kierował operacjami CIA w Europie i Eurazji w latach 2017–2019. Jak pokazuje śledztwo „Der Spiegel”, Niemcy są obecnie opanowane przez rosyjskich szpiegów. „Nielegalni” – tak nazywa się rosyjskich szpiegów – to mężczyźni i kobiety, którzy od wielu lat żyją na Zachodzie pod fałszywą tożsamością, przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach. W pełni integrują się ze społeczeństwem, które szpiegują. Włamują się do sieci komputerowych, szpiegują polityków, dokonują sabotażu, a nawet zabijają tych, którzy nie zgadzają się z Kremlem.

W ramach transgranicznego dochodzenia zespół dziennikarzy starał się odkryć zakres szpiegostwa w ramach, jak to nazywali, rosyjskiej „wojny cieni” i jej tajnych operacji w krajach Europy Północnej. Reporterzy zidentyfikowali kilkudziesięciu obecnych i byłych funkcjonariuszy rosyjskiego wywiadu, którzy w czasie śledztwa lub wcześniej pracowali jako dyplomaci w ambasadach Danii, Norwegii i Szwecji.

W październiku 2023 r. na stronie internetowej Global Investigative Journalism Network (GIJN) opublikowano wyniki śledztwa, które ujawniło kilkudziesięciu rosyjskich szpiegów w całej Skandynawii. W sumie dziennikarze podają, że zidentyfikowali 38 obecnych i byłych dyplomatów, którzy pracują w ambasadach w krajach skandynawskich i jednocześnie są powiązani z Służbą Wywiadu Zagranicznego Rosji, Głównym Zarządem Wywiadu czy Federalną Służbą Bezpieczeństwa Rosji. Według dziennikarzy, zidentyfikowano także 50 rosyjskich statków działających na wodach północnych z wyłączonym systemem AIS i szpiegujących infrastrukturę krytyczną – m.in. morskie farmy wiatrowe, rurociągi i kable podmorskie. Dziennikarze twierdzili także, że informacje pochodzące z otwartych źródeł oraz przechwycone komunikaty radiowe pozwoliły im prześledzić ruchy trzech rosyjskich statków, które w czerwcu i wrześniu 2022 roku pływały w pobliżu miejsca jednej z eksplozji gazociągu Nord Stream, do której doszło pod koniec września 2022 r.

Z danych tych wynika, że ​​ludzie na całym świecie powinni zachować ostrożność i pamiętać, że są otoczeni przez rosyjskich szpiegów, którzy mogą być wszędzie – w ambasadach, w miastach, na morzu, w powietrzu, w szkołach, w Internecie, w telefonach i komputerach…