WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraina zadaje skuteczne ciosy rosyjskiej flocie

Ukraińskiej armii udało się już zniszczyć jedną trzecią z 80 okrętów wojennych rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, wiele jednostek zostało zaś uszkodzonych.

Sytuację na dzisiejszej Ukrainie można scharakteryzować słowami znanego reżysera Oleksandra Dowżenki – „Ukraina płonie”. Jak podaje Sztab Generalny Ukrainy, wschodnie i południowe obwody kraju są poddawane całodobowemu ostrzałowi artyleryjskiemu. Na linii frontu, gdzie wojska są blisko siebie, codziennie dochodzi do 30 – 60 starć bojowych, jednak siły obronne Ukrainy utrzymują swoje pozycje, a wrogowi rzadko udaje się przejść kilkadziesiąt metrów w jakiejkolwiek części frontu. Często Rosjanie nie są w stanie utrzymać zdobytych linii, a żołnierze ukraińscy je odzyskują. W ten sposób linia frontu „pulsuje”, wojska ukraińskie w dalszym ciągu wytrzymują ofensywę rosyjską i przygotowują się do ponownego przejęcia inicjatywy na wiosnę, po otrzymaniu posiłków.

Rosyjskie oddziały nie mają lepszego sprzętu wojskowego od ukraińskich, ale są znacznie „masywniejsze”, mają nieskończone zapasy pocisków, przewagę liczebną i stosują tzw. ataki „mięsne”, czyli rzucają słabo wyszkolonych żołnierzy do bitwy, którzy masowo giną, nie przynosząc korzyści frontowi. Armia ukraińska stosuje zaś „inteligentną ofensywę”, stawia na sprzęt i zwycięską taktykę, a nie na masę ataków. Dlatego dzisiejsze działania wojsk Ukrainy polegają na odstraszaniu wroga i oczekiwaniu na przybycie nowych typów europejskich i amerykańskich czołgów oraz samolotów F-16, które pomogą uzyskać przewagę nad wrogiem.

W wojnie lądowej na froncie rosyjsko-ukraińskim „wszystko pozostaje niezmienione”, ale inaczej jest na morzu. Ukraińskiemu dowództwu, dzięki odpowiedniej taktyce, udało się doprowadzić do porażki rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Rosja używała tych sił wojennych w niegodziwy sposób. Stacjonowały one na okupowanym Krymie, który stał się swego rodzaju centrum terrorystycznym, a następnie niczym z zasadzki, wypływali na morza i atakowali Ukrainę od Charkowa po Odessę. Teraz to już się skończyło.

Według Ministerstwa Obrony Ukrainy w lutym Siły Powietrzne Sił Zbrojnych Ukrainy zestrzeliły 13 rosyjskich samolotów, co jest najlepszym wynikiem ukraińskiej armii od października 2022 roku. Na początku marca Siły Zbrojne przekazały informację o zestrzeleniu kolejnego rosyjskiego samolotu Su-34. Według najnowszych danych Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych od rozpoczęcia masowej inwazji na Ukrainę Rosja straciła łącznie 347 samolotów. To znacznie osłabiło wsparcie rosyjskiej piechoty z powietrza. Obecnie Rosjanie dokonują 20 – 25 nalotów dziennie na froncie, czyli 2 – 2,5 razy mniej niż jeszcze miesiąc temu.

Skuteczna taktyka w walce z rosyjską Flotą Czarnomorską doprowadziła także do tego, że od 10 dni rosyjskie okręty nie przeprowadzały ataków rakietowych na terytorium Ukrainy. Może to wskazywać, że Rosja już zminimalizowała wykorzystanie swoich statków na otwartym morzu i ukryła je w portach i na Kaukazie.

„Zredukowali do minimum liczbę statków w portach Krymu. Są tam przede wszystkim te okręty, które nie mogły znaleźć miejsca w bazach w Noworosyjsku, Soczi, Tuapse” – powiedział Dmytro Pletenczuk, rzecznik służby prasowej Marynarki Wojennej Ukrainy.

Według jego danych ukraińskie wojsko zniszczyło jedną trzecią z 80 okrętów wojennych rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, a wiele uszkodziło. Według Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy od początku inwazji na pełną skalę Rosja straciła na Morzu Czarnym 26 statków i łodzi. Kolejnych 15 rosyjskich okrętów zostało uszkodzonych i obecnie przechodzą długoterminowe naprawy.

W nocy z 13 na 14 kwietnia 2022 roku okręt flagowy Floty Czarnomorskiej krążownik „Moskwa” został zaatakowany przez dwie rakiety przeciwokrętowe „Neptun” Sił Morskich Ukrainy. Doznał poważnych uszkodzeń i zatonął. Była to najdroższa strata militarna Rosji w wojnie z Ukrainą, wartość rezydualna statku wyniosła 750 milionów dolarów.

W nocy 13 września 2023 roku w wyniku ukraińskiego ataku rakietowego uszkodzony został okręt podwodny „Rostów nad Donem”, który przechodził remont w suchym doku Zakładów Morskich w Sewastopolu. Źródła w rosyjskim Ministerstwie Obrony podają, że okręt podwodny zostanie odrestaurowany do końca 2024 roku, ale większość ekspertów jest zgodna, że ​​powstałe uszkodzenia są krytyczne i odbudowa jest niemożliwa.

4 listopada 2023 roku statek „Askold” został trafiony ukraińskim rakietą w stoczni Zatoka w Kerczu. Jednostka była już ukończona i zwodowana. Sądząc po uszkodzeniach „Askolda” widocznych na opublikowanych zdjęciach, jego  przywrócenie do użytkowania będzie niemożliwe.

Mały krążownik rakietowy „Wielki Ustiug” należący do Flotylli Kaspijskiej został uszkodzony w wyniku ukraińskich ataków przeciwokrętowych. 7 marca 2022 roku został trafiony artylerią, a także doznał uszkodzeń w wyniku uderzenia drona.

W nocy 5 marca 2024 roku statek patrolowy „Sergiej Kotow” został uderzony przez ukraińskie bezzałogowe łodzie Magura 5 i zatonął na Morzu Czarnym przy wejściu do Cieśniny Kerczeńskiej. Wcześniej „Siergiej Kotow” został trzykrotnie uszkodzony w wyniku ukraińskich ataków: 25 lipca, 1 sierpnia i 14 września 2023 roku. Nie podano w wówczas zakresu uszkodzeń.

Okręt patrolowy „Paweł Derżawin” został dwukrotnie trafiony przez siły ukraińskie. 13 października Marynarka Wojenna Ukrainy ogłosiła, że ​​jednostka ta doznała drugiego uszkodzenia.

Na początku wojny Flota Czarnomorska miała siedem dużych statków desantowych. Na Morze Czarne wysłano także sześć okrętów tego typu z Floty Bałtyckiej i Północnej Rosji. Okręty te przybyły na Morze Czarne na kilka tygodni przed wojną, rzekomo w celu wzięcia udziału w ćwiczeniach.

Duży desantowo-szturmowy okręt „Saratow” został trafiony w porcie okupowanego Berdiańska 24 marca 2022 roku i zatonął w pobliżu molo. Statek dostarczył sprzęt i personel.

Statek „Nowoczerkask” został zniszczony przez ukraińskie rakiety w porcie Teodozja 26 grudnia 2023 r. W wyniku silnego wybuchu amunicji statek został rozerwany przez eksplozje i zatonął w pobliżu molo.

14 lutego 2024 roku w okolicy Ałupki statek „Cezar Kunikow” został trafiony przez pięć morskich dronów i zatonął. Według szefa ukraińskiego wywiadu Kyryło Budanowa statek przewoził broń i amunicję z Noworosyjska.

4 sierpnia 2023 roku podczas nalotu na Noworosyjsk statek „Olenogorsk Miner” rosyjskiej Floty Północnej został trafiony przez ukraiński dron morski i musiał być odholowany do portu. Ukraińskie wojsko stwierdziło, że jednostka utraciła zdolność bojową.

W nocy 13 września statek „Mińsk” Floty Bałtyckiej Rosji został trafiony rakietą podczas remontu w suchym doku w stoczni w Sewastopolu. Opublikowane zdjęcia pokazują rozległe zniszczenia, a brytyjski wywiad stwierdził, że „Mińsk” prawie na pewno został zniszczony.

Holownik „Wasyl Beh”, przystosowany do potrzeb wojskowych i wyposażony w rakiety przeciwlotnicze, został zatopiony w wyniku ataku rakiet przeciwokrętowych 17 czerwca 2022 r. Według informacji Marynarki Wojennej Sił Zbrojnych Ukrainy, statek przewoził amunicję, broń i personel Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej na Wyspę Węży. Był to najnowszy okręt w składzie Floty Czarnomorskiej, który wszedł do służby 7 lipca 2017 roku.

Łódź rakietowa „Iwanowiec” została zaatakowana 31 stycznia 2024 r. podczas nalotu na jezioro Donuzław przez kilka morskich bezzałogowych pojazdów rozpoznawczych Ukrainy. W wyniku otrzymanych uszkodzeń jednostka zatonęła.

Trałowiec „Iwan Gołubiec” został uszkodzony 29 października 2022 roku podczas ataku dronów powietrznych i morskich na bazę Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej w Sewastopolu.

24 maja 2023 roku drony morskie zaatakowały rosyjski okręt rozpoznawczy „Iwan Churs” – potwierdziło Ministerstwo Obrony Rosji. Mały krążownik rakietowy Samum, czyli poduszkowiec, został zaatakowany 14 września 2023 roku przez drona, w wyniku czego został odholowany do portu. Ponadto zatopiono kilka łodzi i innych statków wroga.

Sukcesy Ukrainy na Morzu Czarnym sprawiły, że dowództwo floty rosyjskiej uznano za niekompetentne. Władimir Putin najpierw zwolnił dowódcę Floty Czarnomorskiej, a kilka dni temu także dowódcę rosyjskiej marynarki wojennej Mykołę Jewmenowa, którego zastąpił inny admirał. Floty Czarnomorskiej jednak to nie uratuje, bo straciła już najbardziej zdolne do walki statki. Teraz główną troską admirałów jest ukrywanie się w portach i nie wypływanie na otwarte morze.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI:  Kotwica – znikający symbol Polski Walczącej

13 marca 1942 r. harcmistrz Maciej Aleksy Dawidowski „Alek” z Organizacji Małego Sabotażu „Wawer” wypisał na murach Muzeum Narodowego w Warszawie wielkimi literami: „Ludu W-wy jam tu. Kiliński Jan”. Pomnik Jana Kilińskiego został przez władze niemieckie zdemontowany i ukryty w muzeum w odwecie za usunięcie niemieckiej tablicy z pomnika Mikołaja Kopernika.

Tydzień później, 20 marca 1942 r. ten sam „Alek” po raz pierwszy na murach Warszawy namalował symbol Polskiego Państwa Podziemnego. „Kotwicę”. Na balustradzie werandy znanej warszawskiej kawiarni Lardellego przy ul. Polnej 30. Wkrótce powstały z połączenia liter „P” i „W” oznaczających Polskę Walczącą symbol wpisany w kotwicę stał się najpopularniejszym znakiem oporu przeciwko Niemcom.

Na początku 1942 r. Biuro Informacji i Propagandy zorganizowało konkurs na prosty i sugestywny, jak zakładano, symbol polskiego podziemia. Na konkurs spłynęło 27 prac. Wybrano projekt Anny Smoleńskiej, ps. „Hania”, 22-letniej studentki historii sztuki tajnego Uniwersytetu Warszawskiego i harcerki Szarych Szeregów – działała w konspiracyjnej organizacji Małego Sabotażu „Wawer”. Zdecydowała zapewne prostota, moc i symbolika znaku oraz to, że w warunkach okupacyjnego terroru był to symbol łatwy i szybki do malowania na murach.
Niestety losy młodej łączniczki Armii Krajowej potoczyły się tragicznie. W listopadzie 1942 r. została aresztowana przez Gestapo razem z rodzicami, bratem i siostrą. W trakcie brutalnego śledztwa nikogo nie wydała. Jeszcze w tym samym miesiącu trafiła do niemieckiego obozu KL Auschwitz, gdzie zmarła na tyfus w marcu następnego roku. Czy mogła przypuszczać, że wymyślony przez nią znak Polski Walczącej już na zawsze stanie się dla Polaków najważniejszym symbolem oporu?

Trzeba powiedzieć, że „Kotwica” błyskawicznie zyskiwała popularność. Najpierw w Warszawie, a później na innych polskich ziemiach. Niespełna miesiąc od pojawienia się jej na ulicach stolicy „Biuletyn Informacyjny” Armii Krajowej pisał z nieukrywanym entuzjazmem: „Już od miesiąca na murach Warszawy rysowany jest znak kotwicy. Rysunek kotwicy jest robiony tak, że jego górna część tworzy literę «P», zaś część dolna – literę «W». Pewna ilość napisów objaśnia, że znak kotwicy jest znakiem Polski Walczącej. Zapoczątkowany być może przez jakiś zespół – znak ten stał się już własnością powszechną. […] Nie umiemy wytłumaczyć popularności tego znaku. […] Być może działa tu chęć pokazania wrogowi, że mimo wszystko – nie złamał naszego ducha. Może na wyobraźnię «rysowników» działa symbolika kotwicy – znaku nadziei”.

To, jak ważną rolę odgrywać zaczął symbol Polski Walczącej w okupowanym kraju, świadczą rozkazy komendanta AK generała Stefana „Grota” Roweckiego, który w marcu 1943 r. rozkazał, żeby wszystkie akcje Armii Krajowej sygnowane były właśnie „Kotwicą”. Znamienna była również reakcja niemiecka. Gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer nakazał, aby wszelkie tego typu symbole były natychmiast usuwane przez właścicieli posesji, na których się pojawiły. Z kolei za wykonywanie takich napisów groziły potworne kary ze śmiercią włącznie. Chichotem historii jest to, że dziś symbol Polski Walczącej też znika z przestrzeni publicznej.

 

WALTER ALTERMANN: Ludzka uczelnia i nieludzkie pomyłki językowe

W ostatnich dniach media z oburzeniem piszą o tym, że Collegium Humanum, warszawska prywatna uczelnia, była niezwykle szczodra w rozdawaniu dyplomów MBA. Zwykle, żeby ukończyć studia MBA (Master of Business Administration) trzeba było uprzednio skończyć jakieś studia na poziomie magisterskim. Dyplom MBA miał też zaświadczać, że jego posiadacz jest człowiekiem zdolnym i predystynowanym do podejmowania największych wyzwań. A jakież może być w dzisiejszym świecie większe wyzwanie niż zarządzanie wielkimi państwowymi przedsiębiorstwami?

Władze tej uczelni obiecywały, że absolwenci ich uczelni szybko uzyskają tak pożądany obiekt westchnień większości naszych managerów. W praktyce nie trzeba było nawet brać udziału w zajęciach, można było niczego nie czytać, nie wykazywać się żadną wiedzą, wystarczyło zapłacić a już w dwa miesiące stawało się członkiem elity elit. Albo i szybciej.

Ten dyplom MBA pozwalał też na zasiadanie (i pobieraniu gotówki) w radach nadzorczych Skarbu Państwa. Bez żadnej wiedzy, bez żadnych kompetencji.

Skandal we Wrocławiu

Wrocław jako pierwszy ujawnił oficjalną listę urzędników z tamtejszego urzędu miejskiego, którzy z publicznych pieniędzy dostali dofinansowanie do studiów MBA w Collegium Humanum.  Kierowany przez Jacka Sutryka urząd na studia dla swoich pracowników wydał łącznie 117 676 zł, z tego 76 276 zł zapłacono za naukę w Collegium Humanum.

Okazało się, że dyplomy MBA w Collegium Humanum „uzyskali” przedstawiciele prawie wszystkich partii w naszym kraju.

Dyplomantami MBA w Warszawie są także wyżsi oficerowie Wojska Polskiego. W sprawie tych ostatnich zabrał głos Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i minister Obrony Narodowej, który oświadczył, że resort zbada sprawę. Dodał też, że z góry nikogo nie należy uznawać winnym. Piękna wypowiedź, też humanistyczna, a nawet humanitarna.

To nie jest polski wynalazek

Kilka osób, które nielegalnie uzyskały dyplomy w Collegium Humanum, zgłosiło się do Centralnego Biura Antykorupcyjnego – jak wynika z nieoficjalnych ustaleń RMF FM. Jak tłumaczy stacja, zareagowały one na zapewnienie służb, zgodnie z którym ci, którzy ujawnią szczegóły procederu, unikną kary.

Gwoli prawdy, proceder Collegium Humanum nie jest polskim wynalazkiem, co by jednak sytuowało tę uczelnię wysoko na liście szanghajskiej, która jest  rankingiem najlepszych uczelni  świata. Z tym dyplomami MBA to było tak, że już w latach 90-tych widywałem je na ścianach, za biurkami prezesów różnych dziwnych przedsiębiorstw. I nieodmiennie dyplomy te były po angielsku i zawsze z USA. Dyplom MBA nad biurkiem gościa, który nawet nie otarł się o maturę? A jednak!

Potem dowiedziałem się, że każdy może sobie taki dyplom kupić, bez udawania się do Stanów. Wystarczyło wysłać 250 dolarów, a w zamian dostawało się pięknie oprawiony dokument.

Ludzka uczelnia

Z drugiej strony, Collegium Humanum okazało się uczelnią prawdziwie humanistyczną, czyli ludzką. W tym bezdusznym, stechnicyzowanym świecie dawała ludziom radość i szczęście, dawała im wiarę we własne talenty i siły, a nawet szanse na przyzwoite zarobki. Czegóż chcieć więcej?!

Świat pełen jest ludzi z kompleksami cierpiących, że sąsiad zarabia więcej, że skończył studia. I tym ludziom wychodziła warszawska uczelnia naprzeciw, dawała im szansę, na pozbycie się poczucia niższości. Co prawda za pieniądze, ale dawała. A wizyta u psychoanalityka nie kosztuje?

I na ten głęboki humanizm bym stawiał przed prokuratorem i sędzią, gdybym był na miejscu władz uczelni. Bo w końcu co złego robili? Dawali ludziom radość i szczęście! A zarzut, że zasiadający w radach nadzorczych państwowych spółek „abslowenci” kursów MBA w Collegium Humanum odrzucam.  Bo jeżeli spółka jest dobra, to żaden partyjny nominat nie jest jej w stanie zepsuć!

Zwyciężając wybory

Poseł Bielan w Polsat News użył zwrotu: „Zwyciężając wybory…”. Słuchanie czegoś takiego, to jak słuchanie zgrzytu noża po szkle. Masochiści może to lubią, ja nie. Poseł powinien powiedzieć „Zwyciężając w wyborach”, wtedy zwrot miałby sens.

Wybory są jak mecze. Można je wygrać, można je przegrać. Można też w wyborach odnieść zwycięstwo, zupełnie tak samo jak w zawodach sportowych. Można zwyciężyć przeciwnika, ale lepiej powiedzieć – pokonać, wygrać z przeciwnikiem.  Ale nie można zwyciężyć wyborów! Bo za to grozi kryminał. I z daleka pachnie przekrętem. Bo to tak jakby unicestwić wybory, być ponad wyborami.

Myślę, że ekwilibrystyka językowa naszych parlamentarzystów bierze się stąd, że nie mieli czasu na dobre lektury. Podejrzewam, że większość z posłów i senatorów już od lat dziecięcych pasjonowała się tylko polityką, działała w młodzieżówkach partyjnych, intensywnie uczestniczyła w licznych zebraniach, w roznoszeniu ulotek, w manifestacjach, akcjach protestacyjnych, marszach za i przeciw. I nie było czasu na lektury. Szkoda, bo teraz ranią ludzkie uszy.

Perspektywa siedząca, leżąca i stojąca

„Wszyscy zawodnicy na ławce oglądają ten mecz z perspektywy stojącej” – stwierdził, pod koniec meczu ŁKS – Puszcza Niepołomice, sprawozdawca tych zawodów.

Ta wstrząsająca refleksja miała podkreślić, że nerwy na ławkach rezerwowych były duże. Tym samym sprawozdawca dokonał wielkiego odkrycia, że mamy w istocie trzy perspektywy: siedzącą, leżącą i stojącą. Bo na ławce można leżeć, siedzieć i stać. „Perspektywa” w ogóle robi ostatnio wielką karierę, zastępuje punkt widzenia, punkt obserwacji i poglądy jako takie.

Nie rozumiem tej mody i nie pochwalam. Tym bardziej, że w przypadku tego meczu wystarczyło powiedzieć, że wszyscy zawodnicy z ławek rezerwy oglądają końcówkę meczu stojąc. Ale to by było powiedziane zbyt prosto, prostacko i zwyczajnie. A już „perspektywa” oznacza, że mamy do czynienia ze sprawozdawcą wykształconym, być może nawet na pewnej poziomie warszawskiej uczelni, która z miłości do ludzi rozdawała dyplomy MBA hurtem i bez konieczności zdobywania jakiejkolwiek wiedzy – o czym piszę wyżej.

 

Bekrycht: PO WYRZUCENIU ROMASZEWSKIEJ Z TVP W MOSKWIE STRZELAJĄ SZAMPANY

Rzadko kto przeszkadzał tak rządowi 13 grudnia jak twórczyni i dyrektorka Biełsatu Agnieszka Romaszewska. Na dodatek u ludzi Donalda Tuska frustrację powodował fakt, że nie mogli jej od razu zwolnić z bezprawnie przejętej przez rząd Telewizji Polskiej. Obecnym operetkowym władzom TVP i MSZ przeszkadzało u Romaszewskiej prawie wszystko – przeszłość w opozycji antykomunistycznej, niezależność i rzetelność dziennikarska i broń najpoważniejsza – własne zdanie w kwestiach Wschodu. No i po prawie czterech miesiącach od początku medialnego, pełzającego zamachu stanu zwolniono Romaszewską, co jest początkiem końca Biełsatu, stacji, która została okrzyknięta wrogiem reżimów Putina i Łukaszenki.

Agnieszka Romaszewska jest legendą opozycji PRL, bardzo dobrą dziennikarką, świetnym organizatorem i społecznikiem, np. przez lata była wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Przede wszystkim jest jednak znana ze stworzenia Biełsatu i kierowania tą stacją. Współpracownicy Romaszewskiej nie ograniczali się tylko do Mińska. Biełsat w TVP był, jak trudno to napisać, informacyjno-publicystycznym centrum medialnym wschodu.

Chyba to wszystko spowodowało, że zazdrosny o wszystko nowy szef MSZ nie mógł już patrzeć na Romaszewską przychylnie. Nagle polskiej dyplomacji zabrakło pieniędzy na ważne w polityce wschodniej (gdyby ją MSZ miał) przedsięwzięcie, czyli Biełsat. Za straty po zwolnieniu Agnieszki Romaszewskiej i – w bliskiej perspektywie – likwidację Biełsatu w jego obecnej formie przyjdzie nam wszystkim zapłacić.

Nie dość, że dajemy pole Moskwie i Mińskowi w przejęciu roli Biełsatu za naszą wschodnią granicą, to zwolnienie z TVP dyrektora stacji jest – moim zdaniem – polityczną deklaracją polskiego rządu komunikującego, że na wschodzie Warszawa łagodnieje. Nie przesadzam pisząc, że zwolnienie Romaszewskiej to ustępstwo na rzecz wschodnich satrapów: Putina i Łukaszenki.

Są i będą akty solidarności z szefową Biełsatu.  Osób i instytucji np. SDP, które stanowczo protestuje przeciwko zwolnieniu Agnieszki Romaszewskiej z TVP i de facto niszczeniu Biełsatu, ale w dającej się przewidzieć przyszłości to wszystko będzie tłumione i manipulowane przez władze, zarówno kierownictwo MSZ jak i TVP oraz polityków koalicji 13 grudnia, którzy bagatelizują sprawę.

Protest Zarządu Głównego SDP przeciwko zwolnieniu z pracy w TVP dyr. Agnieszki Romaszewskiej-Guzy

Tej uśmiechniętej Polsce nie w smak są prawdziwe informacje z Rosji, Białorusi i innych państw zdominowanych przez Kreml, o czym, oprócz sprawy Romaszewskiej, świadczy m.in. fakt, że od grudnia w TVP milczy także Studio Wschód, program Marii Przełomiec. To również niewiarygodny skandal.

Uchwały Nadzwyczajnego Statutowo-Programowego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Nie dajmy się zwieść, jeśli ktoś powie, że próba likwidacji Biełsatu poprzez zwolnienie Romaszewskiej to błąd. Nie, to nie błąd a świadome działanie rządu D. Tuska. Po co? Tak się premier zaplątał w miłość do Brukseli i Berlina, który z kolei kocha Moskwę, że dobrych dla kraju rozwiązań w polskiej polityce wschodniej na horyzoncie politycznym i społecznym nie widać.

Są natomiast w warszawskich budynkach rządowych pomruki symptomów łagodniejszego kursu na sprawę rosyjskiej inwazji na Ukrainę, który to kurs pochodzi też z Brukseli i – o zgrozo – z Watykanu. W tym łagodnieniu, co papież Franciszek nazywa białą flagą, na pewno przeszkadzaliby Biełsat i Romaszewska, a tego rząd i uległe mu, jak nigdy wcześniej, kierownictwo TVP nie zniosłyby.

Co stanie się z Agnieszką Romaszewską? O to jestem spokojny, z jej umiejętnościami nie tylko dziennikarskimi, pracę szybko znajdzie. Stracimy jednak wszyscy, co powtarzam i będę powtarzał, bo w krajach demokratycznych politycy nie mogą wszystkiego w polityce zagranicznej, ale… mogą to media publiczne, media wspierane przez MSZ tych państw…

U nas Radosław Sikorski uciął sam sobie ten dyplomatyczny instrument. Przez to, jeszcze bardziej, jego pozycja na arenie międzynarodowej przypominać będzie niezbyt dobrze napompowaną piłkę plażową. No, chyba, że chodzi o to, iż taka sflaczała piłka mocno kopnięta wschodnim wiatrem daleko nie poleci… Ależ to przebiegłe.

 

WALTER ALTERMANN: Eksplozje języka, czyli specjalne komisje sejmowe

Komisje sejmowe to dla języka polskiego chwile wymagających prób. Wszyscy posłowie, członkowie tych komisji, działają i mówią w sytuacjach wymagających mocnych nerwów i mocno osadzonego w głowach języka. Wystarczy, że poseł z opozycji zaatakuje posła z grupy rządzącej i już skacze ciśnienie, już zaatakowanemu cisną się na usta frazy, jakimi nigdy wcześniej się nie posługiwał. A teraz mówi! Ale mówi nieskładnie, patetycznie, językiem chyba prawniczym… Skutkiem czego jest dziwnie i śmiesznie. Oto próbki.

Poseł Michał Szczerba, przewodniczący tzw. komisji wizowej, zwraca uwagę członkowi komisji z PiS,: „Proszę nie eksplorować tego tematu”. Mógłby powiedzieć normalnie, czyli tak: „Proszę mówić na temat, trzymać się głównego tematu, nie wychodzić poza zakres omawianej sprawy”. Ale poseł Szczerba chce przybrać na powadze, na urzędzie, na znaczeniu – i mówi jak wyżej.

Równie dziwacznie poseł Szczerba zwrócił się do innego posła z PiS: „Proszę zachowywać się merytorycznie.” Znamy zwroty – zachowywać się spokojnie, nerwowo, grzecznie, niegrzecznie, kulturalnie, niekulturalnie, taktownie, nietaktownie… O zachowaniu merytorycznym słyszę po raz pierwszy. To powaga sal sejmowych tak wpływa na całkiem zwyczajnych, prostych ludzi, że zaczynają mówić dziwnym językiem. Śmiesznie i strasznie.

Świadomość

Nie tylko jednak członkowie komisji szaleją językowo. Oto wezwany świadek, Mateusz Błaszczyk mówi: „Istnienia kanału przerzutowego byliśmy świadomi”. Dlaczego nie powiedział po prostu, że w konsulacie wiedzieli o kanale przerzutowym? Przecież „świadomość” jest pojęciem z dziedziny psychologii i wcale nie równa się wiedzy.  Można mieć wiedzę, można mieć informacje, ale żeby zaraz mieć świadomość?

Świadomość to podstawowy i fundamentalny stan psychiczny, w którym jednostka zdaje sobie sprawę ze zjawisk wewnętrznych, takich jak własne procesy myślowe oraz zjawisk zachodzących w środowisku zewnętrznym i jest w stanie reagować na nie (somatycznie lub autonomicznie). Przez pojęcie „świadomość” można rozumieć wiele stanów – od zdawania sobie sprawy z istnienia otoczenia, istnienia samego siebie, poprzez świadomość istnienia swojego życia psychicznego aż po świadomość samego siebie. W tym pierwszym przypadku świadomość mają niektóre zwierzęta a świadomość samego siebie posiadają ludzie i najprawdopodobniej szympansy.

Najbardziej klasycznym opisem świadomości jest oczywiście znane „Myślę, więc jestem” (Cogito ergo sum) Kartezjusza. Swoje słynne rozumowanie przedstawił on w „Rozprawie o metodzie” opublikowanej 8 czerwca 1637 r.

Ale co może mieć Kartezjusz do prac specjalnej komisji sejmowej A, tego jeszcze nie wiadomo. I nie wiadomo, kto za tą świadomością stoi. Proponuję zatem powołać kolejną komisję d/s świadomości rzeczoznawców, świadków i członków komisji. Mogą wyjść poważne sprawy, na przykład, że ktoś tam świadomości w ogóle nie ma.

Wymowa komisji

Inny kwiatek językowy znalazłem w czasie prac Komisji śledczej ds. wyborów korespondencyjnych. Tym razem nie składniowy, ale związany z wymową. Oto poseł Michał Wójcik, ostry i zdecydowany zawodnik sejmowy, w czasie swej wypowiedzi kilkanaście razy mówił, że coś tam trwało „dugo”. Jak na doktora nauk humanistycznych trochę słabo i przykro. Ja rozumiem, że ktoś za młodu mówił gwarą wielkopolską, krakowską, śląską lub podhalańską. Szanuję gwary i lubię, ale osoba z dyplomem doktora nauk humanistycznych powinna mówić „długo”. Dlaczego? Bo takie są normy językowe.

Dla wyjaśnienia – gdyby ktoś w pracy magisterskiej, doktorskiej czy hablitacyjnej napisał, że „badania trwały dugo” promotor takiej pracy zwróciłby ją autorowi, mówiąc, że takie błędy są niedopuszczalne. A nie wiem nawet czy podanie włościanina do urzędu w sprawie podatków rolnych byłoby w ogóle rozpatrywane, gdyby ów napisał, że urząd rozpatruje jego sprawę „zbyt dugo”.

Jak sprawozdawcy sportowi walczą z posłami o lepsze

Zdawałoby się, że tylko przebywanie w Sejmie, nie mówiąc już o pracy w nim, onieśmiela tak bardzo, że język kołkiem staje. U osób wrażliwych, nawet praca przy mikrofonie w roli sprawozdawcy sportowego może wywołać panikę.

Bo jak inaczej, jeśli nie wstrząsem emocjonalnym można wyjaśnić taką sytuację – piłkarz jest przewrócony przez rywala. I długo z boiska nie podnosi się. Jest już końcówka meczu, więc zawodnik nie ma już sił. Wyjaśniam, że nie został ciężko sfaulowany, ot taka wywrotka, na skutek popchnięcia przez przeciwnika.

I w tym momencie słyszymy sprawozdawcę: „To są kwestie zmęczeniowe”. Dlaczego komentator nie mówi jak jest, że leżący nie ma już zbyt wielu sił? Że nie zrywa się z murawy, bo chce chwilę odpocząć?

Inkryminowane „kwestie zmęczeniowe” nasuwają mi pomysł, żeby tę frazę rozszerzyć i mówić, że mamy do czynienia z kwestiami głupotowymi, kwestiami brakotalentowymi i wreszcie kwestiami lenistwowymi.

 

HUBERT BEKRYCHT: Komu przeszkadza SDP i czego nie zauważa Press?

Przestały mnie bawić manipulacje Press, bo są szkodliwe nie tylko dla dziennikarzy i pracowników mediów, do których – teoretycznie – adresowane są treści popularnego niegdyś miesięcznika. Likwidacja prestiżowych, także dawno temu, nagród i mnożące się w portalu jak króliki wiadomości o niczym, to przyczyna frustracji autorów i kierownictwa. Ale znaleźli sobie już wroga – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i portal sdp.pl Według dawnych spiskowych teorii najlepiej znaleźć winnego i atakować go jak 6 marca br. policja rolników – z tej metody eskalacji konfliktu korzysta Press wobec SDP. Ostatnio znowu napisano, że jesteśmy janczarami PiS i maszerujemy w takt eurosceptycznych bębnów. Nieprawda to określenie nie oddające stopnia manipulacji Press w tej sprawie, zatem po kolei:

Wiceprezes SDP i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Mediów dr Jolanta Hajdasz wzięła udział w spotkaniu z przedstawicielami Komisji Europejskiej, jakie odbywa w ramach corocznego przeglądu stanu praworządności we wszystkich państwach członkowskich UE. SDP uczestniczyło w konsultacjach po raz trzeci.

Spotkanie prowadzili dr Bartosz Marciniak i Maciej Styczeń z wydziału DG ds. Sprawiedliwości i Konsumentów (Jednostka C1 – Praworządność) Komisji Europejskiej. Stronę polską oprócz Jolanty Hajdasz z SDP reprezentował red. Krzysztof Bobiński z Towarzystwa Dziennikarskiego i Jacek Wojtaś z Izby Wydawców Prasy.

Spotkanie 

Hajdasz zapytana przez KE o opinię w sprawie wolności mediów powiedziała:

Reprezentuję Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, największą, najstarszą i najaktywniejszą organizację dziennikarzy w Polsce. Nasza ocena tego, co wprowadza w mediach publicznych obecny rząd Donalda Tuska jest wyjątkowo negatywna. Jest to bezwzględne naruszenie zasady wolności słowa i wolności prasy. Niszczenie mediów publicznych trwa już od dwóch miesięcy” – podkreśliła szefowa CMWP SDP.

Hajdasz pytano także o opinię wobec Krajowej Rady Radiofonii. „Obecnie to KRRiT stoi na straży prawa dotyczącego systemu radiowo-telewizyjnego, ponieważ władza brutalnie niszczy ten system i łamie prawo medialne” – mówiła.

W notatce CMWP znalazło się również zdanie: Krzysztof Bobiński i Jacek Wojtaś przedstawili odmienne od SDP stanowisko .

Szczegóły stanowiska SDP opisano na stronie CMWP SDP oraz na sdp.pl – tekst poniżej

CMWP SDP na spotkaniu z przedstawicielami Komisji Europejskiej o wolności mediów w Polsce

Nie pisząc o tym, co takiego powiedzieli o stanie mediów w Polsce Bobiński i Wojtaś podczas spotkania, Press wystrzelił z kapiszona i napisał piórem Mariusza Kowalczyka:

W Polsce nowy rząd niszczy media, bezwzględne i brutalnie naruszając zasady wolności słowa i prasy – poinformowała przedstawicieli Komisji Europejskiej Jolanta Hajdasz, wiceprezeska Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Kreśląc zafałszowany obraz sytuacji po zmianie władzy w Polsce, dodała, że prorządowe media zastraszają reklamodawców, którzy chcą się reklamować w ‘mediach opozycyjnych’. – To kuriozum. Odwracanie kota ogonem w partyjnym interesie – ocenia Mariusz Kowalczyk z „Presserwisu”. Tak orzeczono w Press.

Tak, bo tak

Nie przedstawiono żadnych argumentów na podważenie przytoczonych przez Hajdasz przykładów medialnego zamachu stanu, ale już zarzucono jej „zafałszowanie obrazu mediów”.

Chyba ani Press ani, co gorsza, Komisja Europejska i jej eksperci nie sprawdzili, że niszczenie i likwidacja mediów publicznych w Polsce zostały kilkakrotnie skrytykowane przez międzynarodowe organizacje dziennikarskie, m.in. European Federation of JournalistsInternational Federation of Journalists, do których należy SDP. O tym powinien zresztą wiedzieć uczestnik spotkania, apolityczny działacz liczącego niecałe 100 osób (dane EFJ – 2023) Towarzystwa Dziennikarskiego Krzysztof Bobiński. Jeździ on często na zjazdy EFJ, niekiedy z żoną, byłą eurodeputowaną PO i z kolegą noszącym nawet na lotnisku kurtkę z logo EPL (EPP), frakcji PE do której należy PO, co oczywiście – zdaniem członków TD – nie świadczy o upolitycznieniu ich Towarzystwa, najwyżej o ich wyższości nad dziennikarzami, którzy mają wątpliwości co do sprawiedliwego traktowania Polski w Brukseli.

Dalej w relacji Press o stanowisku SDP jest już tylko bardziej groteskowo.

„Gdyby Jolanta Hajdasz chciała uczciwie opowiedzieć przedstawicielom KE o sytuacji mediów w naszym kraju, powinna zacząć od tego, że reprezentuje skrajnie upartyjnioną organizację, która podszywa się pod cieszące się niegdyś jakim takim zaufaniem stowarzyszenie dziennikarzy” – oznajmiono w Press, w którym to mediów ze świecą można szukać złych opinii o mediach broniących jak socjalizmu partii, które składają się na obecną koalicję rządzącą, co za przypadek, od 13 grudnia.

Zarzuty, że coś jest nieuczciwe, że SDP jest upartyjnione są oczywiście rzucane bez chociażby próby poznania racji drugiej strony, co w medium piszącym często o warsztacie dziennikarskim jest dosyć dziwne, ale przewidywalne.

Miazga

Nie wiem pod kogo podszywa się redakcja Press, ale ten przykład dowodzi, że ów portal i periodyk udają medium specjalistyczne adresowane do dziennikarzy i pracowników mediów. Bo pomijanie racji drugiej strony wobec poważnych oskarżeń jest tylko medialną miazgą, nie dziennikarstwem – to tak jakby minister chyba kultury Bartłomiej Sienkiewicz – powołując się na swojego Wielkiego Przodka, Pisarza i Noblisty Henryka Sienkiewicza – został doradcą prezydenta Turcji w sprawach Królestwa Szwecji przed przyjęciem naszych północnych sąsiadów do NATO. Chociaż Turkom mógłby nasz minister chyba kultury doradzać, ale w innych sprawach. Chyba.

Press w kolejnej części „artykułu” kpi ze słów Jolanty Hajdasz, która opowiadała o szantażowaniu firm reklamujących się w mediach opozycyjnych. Dalej Press podaje jeden przykład z anteny TV Republika. „Prawie każdy, działając w interesie swojej firmy, wycofałaby reklamy, żeby jego marka nie kojarzyła się z takim plugastwem” – pisze Press na klawiaturze Mariusza Kowalczyka.

Ów cyngiel Press jest chyba zresztą zadowolony, że praktycznie powtarza to, co pisała jego redakcja przez ostatnie lata. Ale mógł nie wiedzieć, że to powtórzenia, w końcu za kadencji PiS był też w Newsweeku, który to tygodnik, co za przypadek, również pisał źle o rządzie, tylko wyrażał to innymi, mocniejszymi słowami. Zatem znowu Press i Kowalczyk po raz 238. sklonowali jakże „apolityczną” opinię o szefie KRRiT. „Z licznych działań Macieja Świrskiego wynika jasno, że głównym jego zadaniem jest nękanie i karanie mediów, które zakłócają partyjny przekaz PiS. Po zmianie władzy Krajowa Rada nadal jest młotem na tych, którzy nie podobają się Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego partii” – tak napisano w Press. Chyba ludzie z redakcji zapomnieli z czego jeszcze słynie przewodniczący Świrski. Podpowiem, nie lubi kłamstw na swój temat często wykorzystując wówczas instrumenty prawne.

W związku z tym, co powiedziała o KRRiT, na koniec steku bzdur zwanych „artykułem” wystrzelił w kierunku Jolanty Hajdasz pistolecik z Press podpisany jako Mariusz Kowalczyk. Właściwie wypalił cichutko, bo zamiast huku pojawił się smrodek i to nie dydaktyczny. „Tego wszystkiego jednak Jolanta Hajdasz nie powie. Bo SDP wiernie służy politykom” – zaznaczył w „artykule” Press Kowalczyk.

Presserwilizm

Skoro tak mocno biją szefową CMWP SDP pomagającą od lat wszystkim bez wyjątku dziennikarzom, to komu służą członkowie redakcji Press? Ja wiem. Służą głupocie. Głupocie, która opłaca się po 19 grudnia 2023 r. wszystkim mediom głównego nurtu, które, nie przejmując się zasadami etyki, opluskwiają nie tylko dziennikarzy konserwatywnych, ale i każdego ośmielającego się mieć inne zdanie o rządzie 13 grudnia.

Nikt z nas we władzach SDP nie ma legitymacji żadnej partii, ale są – ufam, że poza SDP – dziennikarze, który zapisali się do koalicji 13 grudnia. Nie są oni oczywiście na listach członków ugrupowań tworzących gabinet premiera Donalda Tuska, ale w stłuczonym lustrze swoich wyrzutów sumienia, będą jeszcze nie raz oglądali zniekształconą kłamstwami twarz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót na portal. WIKTOR ŚWIETLIK: Łezka w oku

Teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Jakżesz oni równo i sumiennie odliczyli się po drugiej stronie. Ci wszyscy moralizatorzy, wszyscy specjaliści od niezależności dziennikarskiej, praw człowieka, brutalności policji, braku praworządności, obrońcy swobód obywatelskich i westernizacji cywilizacyjnej.

Otóż, okazało się, że w środę wszystko to zostało anulowane. Władza może tłuc jak za Gierka w 76, tłukący zasługują na swój los, bo to wichrzyciele. Grunt, że premier został pochwalony za przywracanie standardów praworządności przez przewodniczącą naszej umiłowanej współczesnej Rasy Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, o czym jak zawsze na swych łamach donieśli z dumą redaktorzy od czasu do czasu briefowani w hotelu Sheraton przez sympatycznego pana Grasia. Znani obrońcy swobód demokratycznych i praworządności. Bliscy zarówno opcji silnej razem, jak i reprezentanci najgodniejszego symetryzmu.

Co prawda, na filmach z demonstracji rolniczej było widać co innego. Zresztą, jak to zawsze, każdy ma swoją prawdę. Nie byłem tam, gdzie była zadyma, czyli pod Sejmem. Widziałem pokojowo i sympatycznie zachowujących się leśników na Moście Poniatowskiego, rozmawiałem z rzeczowymi rolnikami i związkowcami, którzy przyjechali ich poprzeć na Powiślu. Jak się jednak, wpatrzy w filmy, to widać, że żadna ze stron święta nie była. W ruch szły race i barierki. Była porządna zadyma. Swoją drogą, jako rowerzysta krótko przed demonstracją zauważyłem, że nikt się nie kwapił, by pozbierać rozrzuconą luzem gdzienigdzie w okoicy kostkę brukową. Słusznie, bo się przydała. Jak widzieliśmy, można jej użyć w dobrym celu i złym. Może nią zły rolnik rzucić w policję, ale może nią też dobry policjant zabić rolnika – prowokatora.

Tyle, że zaraz potem policja pochwaliła się, ilu to wyłapała. Ilu to doprowadzi, aresztuje, ile kar więzienia do 10 lat za to grozi. To nie rolnicy to prowokatorzy, to wichrzyciele, chuligani. Tweety w tym stylu posypały się dosłownie w tej samej chwili. Plus żarcik, świetny, kupa zabawy, rzucony też przez wielu na raz, w tym przez nieocenionego w takich chwilach redaktora „symetrystę” z TVN. Mówiliście „murem za polskim mundurem”, gdy atakowano strażników granicznych? To czemu teraz nie mówicie, kiedy pała tuskowej sprawiedliwości spada na wichrzycieli podważających politykę umiłowanego rządu? Czemu się pisowskie baby z Podlasia nie wstawiacie za policją jak kopie po głowach waszych mężów? Czemu? Achacha, ekipie pana premiera i redaktorom łapiącym przekaz szybciej niż delfin wibracje w wodzie, brzuchy pękają ze śmiechu. Czego się nie śmiejecie, jak was pałują, a zaraz was wsadzą za to, że was spałowali? Starszemu pokoleniu polityczno-dziennikarskiemu musi się łezka w ręku kręcić. Tak się pisało i śmiało wtedy, gdy byli młodzi i piękni.

Powtórzę, na demonstracji żadna ze stron święta nie była, nawet jeśli wśród ludzi działali policyjni prowokatorzy. Wychodzące z tłumu i wchodzące za kordon policji młode byczki, młody łepek spanikowany, że mu kaptur zdjęli – też są na zdjęciach. Ale nie zmienia to faktu, że sprowokować się dać nie należało. Tylko że teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Tego z brodą, który ponoć miał być mężem rolniczki z telewizji, ale się rozstali i poszedł w pakowanie i agresję? Tych, którzy wciągnęli stojącego spokojnie demonstranta z flagą za swój kordon i urządzili mu tam swoją ścieżkę zdrowia, głowę wgniatając kolanem w bruk? Kiedy tak zrobiono cztery lata w USA cały kraj, a za nim świat zapłonął. Kiedy jednak robi to nasza odzyskana praworządność, z wolnymi mediami jako jej psem łańcuchowym, to mucha nie siada. Nie dość tego. Więcej, chcemy. Więcej. Będzie się można jeszcze więcej wykazać.

Mam tylko jedną propozycję by docenić tych, którzy tak bez wahania zakwalifikowali demonstrantów jako pisowskich lub putinowskich prowokatorów. Powinien im minister Siemoniak dać mundury, pagony i stopnie służbowe. Może w niektórych przypadkach będzie dziwnie się komponowało z szaliczkami czy fularami, ale przynajmniej łatwiej będzie odróżnić elity kraju od zwykłego pisowskiego bydła ze wsi.

 

 

Potworki językowe w mediach nieustająco opisuje WALTER ALTERMANN: Komisja relewantna

Komisja sejmowa do sprawy afery wizowej może być wielkim wydarzeniem. Także dlatego, że zarówno komisja, jak i wyzwani mówią z głowy. Czyli, mamy raj dal tropicieli wynaturzeń językowych. Na początek, w czasie posiedzenia Komisji, w dniu 28 II 2024 r., mogliśmy usłyszeć jak przewodniczący komisji, poseł Michał Szczerba anonsował pracownika polskiej ambasady w Indiach: „Został wezwany pan Damian Irzyk, konsul, na okoliczność jego pracy w ambasadzie w Mumbaju, w okresie relewantnym.”

Oczywiście znacząca większość Polaków, oglądających transmisję posiedzenia komisji nie wie co to jest „okres relewantny”. Znając rodaków, jestem przekonany, że większość z nas uznała ów „okres relewantny” za słowo groźne, świadczące jednoznacznie o przestępczej działalności konsula. Reszta Polaków z góry przyjęła, że Irzyk jest niewinny, a nawet jest męczennikiem.

Posłowi Szczerbie chodziło zapewne oto, że pan radca pracował w polskiej ambasadzie Mumbaju w tym czasie, w którym być może dochodziło do nieprawidłowości w wydawaniu polskich wiz.

Pojęciem „relewantny” określa się zdarzenie niosące skutki prawne, mające znaczenie prawne. Przykładowo, śmierć będzie zdarzeniem prawnie relewantnym, ponieważ wiąże się z pewnymi skutkami prawnymi takimi jak chociażby otwarcie spadku. Nie wiem, czy w sejmowej uchwale o Komisji jest zapisane pojęcie „relewantny”. Gdyby było, to znaczyłoby, że sejmowi prawnicy za nic mają prosty lud.

Jednakże poseł Szczerba niczym by nie ryzykował, gdyby powiedział po prostu, że pan Irzyk pracował w Mombaju w czasie, którym zajmuje się komisja. Ale poseł Sczerba nie spolszczył tego słowa, widocznie uznał, że przyniesie mu ono wiekuistą chwałę, a konsulowi wieczną hańbę.

Piłkarz spionizowany

„Piłkarz szybko się spionizował” – powiedział komentator meczu Legia – Pogoń. To piękne polskie zdanie padło podczas transmisji meczu. A chodziło o to, że piłkarz po faulu szybko wstał z boiska. Do tego już doszliśmy. Brawo dla redakcji sportowej Canal+Sport. Brawo za dobór komentatorów.

Głowa podpisała

W TVN 24 można było usłyszeć taka informację: „Węgierska głowa państwa podpisała zgodę na akcesje Szwecji do NATO”.

Jedno zdanie a dwa błędy. Pierwszy błąd jest malutki – akcesja to przystąpienie. Ale niech tam, bo się utarło w tej sprawie mówić o akcesji. Choć wolałbym, żeby mówiło się o przystąpieniu, a nawet o przyjęciu.

Drugi błąd jest duży i bardzo ucieszny. Powiedzieć, że jakaś głowa coś podpisała jest śmiesznym błędem, który wynika z napuszonego stylu, z połączenia liryki z polityką. Dlaczego nie powiedziano, że premier Wegier coś podpisał? A, bo miało być uroczyście, przełomowo i wzniośle. A wyszło tylko komicznie. Ja zresztą zawsze „w takich razach”.

 

O, wybory!

Jednego dnia w odstępie kilkudziesięciu minut, trzech partyjnych liderów popełniało ten sam przykry błąd. Panowie Kosiniak-Kamysz, Hołownia i Trzaskowski identycznie mówili, że: „Te wybory są o…”.

Na taki język nie ma zgody. Wybory bowiem to specyficzne słowo, coś jak słynna alternatywa. Przypomnę, że alternatywa może być jedna, a znaczy wybór pomiędzy dwiema możliwościami. Same natomiast wybory nigdy nie mogą być o czymś.

Wybór, wybory, wybieranie to decyzja, co kupujemy, którą z możliwych dróg pojedziemy i na kogo głosujemy. Zatem nadchodzące wybory dotyczą decyzji nas wyborców, na kogo oddamy swój głos, kogo wybierzemy na przezydenta, wójta, radnego. A w wyborach prezydenckich będziemy decydować, kogo widzielibyśmy na stanowisku najwyższego polskiego urzędnika.

 

Ergo. Liderzy partii powinni powiedzieć, że te wybory samorządowe ustanowią nowe władze w gminach i województwach. Czyli, że są to wybory pomiędzy programami różnych partii, pomiędzy – także – różnymi wizjami naszego polskiego ładu, porządku, demokracji.

Rejcykling

Ostatnio ze zdumieniem ogladałem w Polsacie audycję o ochronie środowiska. Nic nowego, ale lubię ten temat. Co jednak było zaskakujące? To, że prowadząca ów program młoda kobieta cały czas mówiła o „rejcyklingu”. I nie przeszkadzało jej, że poza nią wszyscy eksperci występujący w programie mówili „recykling”. Można powiedzieć, że z tym swoim „rejcyklingiem” była uparta, a nawet rozpierała ją duma. Chyba z tego, że zna angielski – chociaż uczeni mówią, że wymawiałoby się wtedy „risajkling”. Niestety praktyka używania i wymawiania słów obcego pochodzenia w języku polskim jest tej dziennikarce zupełnie nieznana. Zna angielski i już.

A podstawowe zasada jest taka, że przypadku słów powszechnie już używanych w polszczyźnie, trzeba wymawiać je po polsku. Tak jest też z komputerem, pendrajwem czy konsolą do gier. Udawanie Anglika w przypadku „recyklingu” jest śmieszne i prowincjonalne. Nazwiska Pani Redaktor nie zdążyłem zanotować, ale też nie chodzi o napiętnowanie konkretnej osoby, ale o zasadę.

Co zrobić z choinką po świętach?

Nie mam nic do młodych i pięknych kobiet. Jednak, gdy stacjach telewizyjnych pojawia się takich dziewczyn coraz więcej, muszę stwierdzić, że chyba nie są one angażowane przez telewizje ze względów na intelekt i zdolności do pogłębionej analizy. Niestety to wątpliwej jakości zjawisko staje się coraz bardziej powszechne.

Zapytał mnie kiedyś mój przyjaciel, wieloletni dziennikarz TVP, czy wiem o czym młode dziennikarki rozmawiają ze sobą w pracy. Nie wiedziałem. O urodzie, fryzjerach, kosmetyczkach i modzie – powiedział. Może zatem niesłusznie się czepiam, bo jednak te piękne młode kobiety jakąś wiedzę mają.

Lubię popatrzeć na piękne kobiety, bo są one oczywistą ozdobą świata. Ale niechże występują w programach o muzyce pop, poradach kosmetycznych, modzie itp… Tam straty widzów będą mniejsze. Znam jedną taką ładną panią dziennikarkę, którą na oko sprawia świetne wrażenie, ale nie powierzyłabym jej nawet – ze względu na jej intelekt – programu o tym, co zrobić z choinką po świętach.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Potęga miłości Donalda Tuska

Uwielbiam, kiedy Donald Tusk mówi o miłości i szacunku. Zawsze się wtedy strasznie wzruszam. Nie ma nic bardziej ujmującego niż słowa miłości w ustach silnego mężczyzny, męża stanu.

– Miłość jest silniejsza od nienawiści (…) Umiejętność przełożenia na życie publiczne miłości, którą przeżywamy w naszym życiu rodzinnym, to coś, o czym wiemy i o czym nie musimy debatować, że to łączy wszystkich przyzwoitych ludzi, że umieć kochać to znaczy także umieć robić dobrą politykę. Że jeśli ktoś nie potrafi kochać, to będzie gotował bardzo dużo nieszczęścia ludziom, szczególnie wtedy, kiedy ma tak dużo władzy (…) My też wierzymy – i to praktykujemy na co dzień w Koalicji Obywatelskiej – że szacunek jest silniejszy od pogardy

– mówił na przykład Donald Tusk na konwencji partii Barbary Nowackiej Inicjatywa Polska.

Miłość

– Kpią z mojej „polityki miłości”, a ja radzę wystrzegać się ludzi, których jedyną miłością jest władza. Niekochanych i niepotrafiących kochać.

– skarżył się w kampanii wyborczej publikując nagranie z dwiema całującymi go małymi dziewczynkami, prawdopodobnie wnuczkami.

– Ja tego nie rozumiem, bo przecież co jest dziwnego, przecież ta miłość to nie mówimy tylko o relacjach między ludźmi, przecież jakże często mówimy o miłości do ojczyzny. Ja kocham moją ojczyznę Polskę bez pamięci. Nie wyobrażam sobie polityki bez miłości.

– mówił jeszcze podczas swojego expose.

Potęga miłości

No, ale nie może tak być, że miłość pozbawiona jest siły. Wtedy mogłoby powstać wrażenie słabości. Zapewne dlatego wczoraj miłość Donalda Tuska dała odczuć swoją potęgę protestującym rolnikom i wspierającym ich członkom Solidarności.

Zaczęło się od okazania miłości i szacunku delegacji protestujących pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów rolników, która chciała złożyć pismo na ręce Pana Premiera. Pan Premier, choć niektórzy z protestujących twierdzili, że widzą go w oknie Kancelarii, w naturalny sposób nie znalazł czasu, a po odbiór pisma wysłał dwie urzędniczki niższego szczebla, które odebrały od rolników pismo w przedsionku budynku.

Nie zabrakło również uwiecznionych na nagraniach dostępnych w sieci, wyrazów miłości dostarczanych przez policjantów protestującym pod postacią kostki brukowej. Jakby tego było mało, w tej samej sieci można znaleźć również akty miłości Donalda Tuska wobec zatrzymanego młodego rolnika z tętniakiem, którego szuka przerażona rodzina, czy uwieczniony na słynnym już nagraniu szturm miłości wobec spokojnie zachowującego się mężczyzny z biało-czerwoną flagą. Jak również poruszające obrazy człowieka, który podczas interwencji policji dostaje ataku epilepsji. I wiele innych. Doprawdy trudno o lepsze dowody na potęgę miłości szefa Platformy Obywatelskiej.

Wzruszenie odbiera głos.

HUBERT BEKRYCHT: Mój bełkot kontra niestrawny twarożek polityczny

W sprawie krytycznego wobec Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich artykułu zabrał głos szef Press, miesięcznika chwalącego media sławiące obecny rząd i ganiącego wszystkie inne. Oczywiście, że sdp. pl i piszący te słowa nie spodobali się szefowi Press. Szydziłem nieco z miesięcznika i elektronicznego rejestru sukcesów „dobrych” mediów oraz porażek mediów „złych” – nie dziwię się frustracji kierownictwa periodyku, który mój wstęp do odpowiedzi prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego nazwał „bełkotem” – z tego określenia wkurzonego szefa Press jestem dumny.

Publikacja Press poświęcona była w całości zmanipulowanej przez SDPR (organizacja, która sprzyjając Jaruzelskiemu, w stanie wojennym ukradła Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich) informacji, że z powodu instalacji monitoringu w Domu Dziennikarza użytkownicy i goście budynku przy ul. Foksal 3/5 mają trudności z wejściem do środka.

Moja odpowiedź we wstępie listu prezesa SDP Krzysztofa Skowrdońskiego była adekwatna do ekscytacji Press.

STOWARZYSZENIE DZIENNIKARZY POLSKICH: Kto ryje pod domem na Foksal?

W odpowiedzi na publikację sdp.pl z 2 marca szefostwo Press wyjaśnia, że autorzy publikacji nie mogli się dowiedzieć wszystkiego, bo SDP nie odpowiada na prośby o komentarz. Nie pisze kierownictwo miesięcznika, kiedy ta próba miała miejsce. Przyznaje się tym samym redakcja miesięcznika poświęconemu m.in. dziennikarstwu, iż zasad dziennikarskich nie dopełniła i napisano bzdury. Chyba głównie na podstawie jednego źródła, czyli członka SDRP, który opisał, jak to dotyka go, że nie wita go już „uśmiechnięty portier” a nie bezduszne maszyny monitoringu.

Prezes Skowroński wysłał odpowiedź na nieprawdziwe informacje Press. I tutaj zaczął się dramat szefa periodyku. Opisuje to w takich słowach:

„Zanim zdążyłem wczytać się w odpowiedź Skowrońskiego (przyszła pocztą we wtorek), portal Sdp.pl już opublikował ten list u siebie. Towarzyszył mu z założenia chyba humorystyczny wstęp Huberta Bekrychta, naczelnego serwisu” – piszę wyraźnie poruszony szef Press jadąc po mnie jak 12 lat temu premier po nie oddanych jeszcze do użytku autostradach.

„Z nieskładnego tekstu zrozumiałem, że autor (…) udziela nam serii redaktorskich rad, po czym konkluduje: ‘Działacie, aby uśmiechnięta władza rządu 13 grudnia, była uśmiechnięta jeszcze bardziej’”.

Ano tak, tak napisałem, bo nie podobała mi się publikacja w poświęconemu dziennikarstwu miesięczniku. Publikacja łamiąca wszelkie standardy dziennikarstwa właśnie. Publikacja przemycająca pogłoski przeplatana wynurzeniami człowieka tęskniącego za PRL.

Dalej jest tylko dla mnie lepiej, bo biorąc pod uwagę trudną pisownię mojego nazwiska, redakcja nie popełnia tu błędu (dziękuję), jak to dawniej bywało. Najbardziej ucieszyła mnie bezsilność szefa Press, który pisze na koniec:

„Wciąż wolę więc myśleć, że SDP trzyma intelektualny poziom Skowrońskiego, który co prawda basuje PiS-owi, ale potrafi pisać, a nie Bekrychta, którego bełkotu nie pojąłby nawet Sasza Pastuszew – Marek Twaróg, Press.pl”.

Epitety jak epitety, ale dawno, dawno temu na moim podwórku przy trzepaku autora powitałby tylko śmiech, bo z takiego groteskowego powodu moja banda nie wytaczała armat.

Cóż zrobić, choć niechętnie, ale odpowiadam:

  1. Nie jestem po imieniu z bandytą Pastuszewem i nie wiem, czy to z sympatii, czy z innego powodu redakcja zdrabnia jego imię;
  2. Nie wzięto pod uwagę, że może celowo wstawiłem „bełkot”, aby nasi wrogowie nie zrozumieli;
  3. Dla was moje zdania o Press to „bełkot”, znam takich dziennikarzy, dla których moje określenia waszego stylu pracy to prawda;
  4. Wydaje mi się, że redakcję rozjuszyło moje odniesienie się bezpośrednio do Press: „Działacie, aby uśmiechnięta władza rządu 13 grudnia, była uśmiechnięta jeszcze bardziej”;
  5. Konwencja napisanego przeze mnie wstępu była istotnie, w założeniu, żartobliwa. Nie każdy jednak musi mieć poczucie humoru. Nawet kierownictwo Press;
  6. Po „niestety” w tytule waszego „artykułu” z 5 marca br. powinien być chyba przecinek;
  7. I to jest najważniejsze, prezes SDP odniósł jednak sukces – Press publikując odpowiedź Skowrońskiego wreszcie przyznało się do błędu. Oczywiście nieświadomie.

 

W pojedynku na krytyczne zdania o czymkolwiek i „intelektualne poziomy” i kto potrafi pisać niech zabrzmi pulitzerowska fraza szefa Press, wówczas szefa Dziennika Zachodniego:

„Rozprawiono się z Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Prof. Adamowi Bodnarowi skończyła się kadencja, a w kwestii nowego rzecznika władza nie zamierza dogadywać z opozycją. Pat.”

Marek Twaróg, Dziennik Zachodni 15 kwietnia 2021 r.

Czyli, szach i mat. Koniec publicystyki.

I jeszcze przypowieść. Wyjaśniam szefostwu Press – to żart.Pewna hrabina dowodząc swojej odwagi kupiła sobie trzy nocniki. Złoty, srebrny i brązowy. A jak weszli ruscy to i tak się… Nie zdążyła po prostu…

 

Hubert Bekrycht

red. nacz. portalu sdp.pl