Według informacji naszego portalu rozpoczęła się następna fala czystek w PPG, czyli w Polska Press należącym do Orlenu koncernie wydającym kilkanaście gazet regionalnych i prowadzący portal i.pl, którego kierownictwo właśnie wyrzucono. Pracę stracili – wg. źródeł sdp.pl – m.in. redaktor naczelnego i.pl Piotr Kotomski i dyrektor ds. transformacji cyfrowej Paweł Fąk. Spółka pl 24 ma być zlikwidowana a i.pl przeniesione do PPG. Zlikwidowane mają też być: Nasza Historia, Biuro Spraw Korporacyjnych, Biuro Strategii i BTC. Czystka trwa, a jej autorką – jak przekazali informatorzy – kieruje najprawdopodobniej członek zarządu PPG Elżbieta Żuraw, która znana jest nie tylko z wieloletniej pracy w korporacji Polska Press. Żuraw jest także aktywistką postkomunistycznej lewicy w Łodzi, która ubiega się o miejsce w radzie miejskiej i zawziętą przeciwniczką Kościoła katolickiego – zasłynęła zdjęciami na tle zniszczonego pomnika Jana Pawła II.
Apolityczna – jak mówiła o sobie Żuraw po objęciu miejsca w zarządzie PPG – działaczka lewicy startuje z list Koalicji Obywatelskiej, która w kampanii wyborczej w Łodzi pożarła dawny SLD i jeszcze dającą oznaki życia politycznego Nową Lewicę.
Cała Polska pod jednym adresem
To hasło przytoczone w śródtytule ma identyfikować markę – Polskę Press Grupę. Od kilkunastu lat pracująca tam działaczka łódzkiej lewicy Elżbieta Żuraw pięła się w korporacji po wysokich stopniach kariery. Z jej poglądami nie było to chyba trudne, kiedy PPG była w rękach niemieckiego koncernu, ale czy skomplikowało się po objęciu Polska Press przez Orlen? Jeśli nawet, Żuraw przeczekała te kilka lat. Teraz jest w zarządzie.
Najciekawsze jest to, że pracujący obecnie dla koalicji rządzącej dawni krytycy Orlenu i Polska Press zarzucający „upolitycznienie” firmy, po obsadzeniu władz paliwowego giganta swoimi ludźmi, nie mają nic przeciwko politycznym nominacjom.
Bo przecież nie jest chyba „apolityczną” kandydatka najpierw na posła a potem na radną, reprezentująca lewicę a teraz KO Elżbieta Żuraw? Jeśli to działanie apolityczne, to chyba zmieniono również w teorii prawa definicję niektórych doktryn. Chyba postkomunistycznych.
Selfie na tle zdewastowanego pomnika papieża
Pani Elżbieta Żuraw jest związana z Polska Press od prawie dwudziestu lat. Swoją karierę w Spółce zaczynała w 2005 r. od stanowiska Analityka Sprzedaży. Posiada szeroką wiedzę z obszaru finansów popartą dużym doświadczeniem zdobytym m. in. w trakcie realizacji dużych projektów firmowych. Od 2009 r. pełni funkcje na stanowiskach menadżerskich jako Menadżer ds. Budżetu oraz Dyrektor Finansowy. Od 2015 r. jest Dyrektorem Zarządzającym Centrum Usług Wspólnych Polska Press Grupy – to fragment ze strony PPG po wyborze E. Żuraw do zarządu.
Zwalnia się obecnie całe kierownictwo Polska Press. Czy patrzy się przy tym na dobro firmy? Moim zdaniem nie. Rozpoczęte reformy będą zamykane w więzieniu niekompetencji takich ludzi jak pani Żuraw. Jako specjalistka od finansów mogła być nawet świetnym pracownikiem, ale zarząd grupy medialnej wymaga jednak wiedzy dziennikarskiej i ogólnej dotyczącej chociażby dobrego imienia firmy. Co Żuraw o tym wie? Na pewno niewiele o wystąpieniach publicznych.
Kiedy w 2023 roku przed wyborami parlamentarnymi przed łódzką archikatedrą zdewastowano pomnik św. Jana Pawła oblewając monument farbą pracownica Polska Press E. Żuraw i aktywistka lewicy zamieściła na profilu społecznościowym swoje zdjęcie – niektórzy mówili wówczas, że to selfie – na tle zbeszczeszczanej postaci polskiego papieża. Napisała też słabiutki tekst pouczając wszystkich co złego – jej zdaniem – zrobił Ojciec Święty…
„Zapuść Żurawia”
Ukończyła kierunek Ekonometria i Informatyka na Uniwersytecie Łódzkim na wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym. Na tej samej uczelni kontynuowała poszerzanie wiedzy w ramach studiów podyplomowych z Rachunkowości i Sprawozdawczości Finansowej – frag. z biogramu na stronie PPG
Zatem pani prezes Żuraw jest dobra, bo zna się na rachunkowości, chociaż przy sprzedaży – a o sprzedaży Polska Press właśnie plotkują pracownicy domów mediowych – wystarczy matematyka z podstawówki. Problemem w przypadku członka zarządu grupy, jest kompletny brak wiedzy na średnim poziomie językowo-semantycznym, co eliminuje panią Elżbietę z grona ludzi mogących oceniać dziennikarzy i pracowników mediów.
Przede wszystkim jej hasło wyborcze jest absolutną pomyłką i dowodem na niezrozumienie polskiej frazeologii. „Zapuść Żurawia do Rady Miejskiej!” – zachęca Żuraw we wpisie na FB z pięknym zdjęciem z posłem Tomaszem Trelą, pogromcą PiS.
Słowniki PWN i inne pomoce językowe wskazują jednak, że „zapuść żurawia” jako popularny, by nie rzec nieco kolokwialny, związek frazeologiczny oznaczający ściąganie ( co nie przystoi ani politykom ani członkom zarządu) potocznie oznacza: „zaglądać gdzieś ukradkiem, podglądać coś, najczęściej niezbyt dyskretnie i wyciągając przy tym szyję”. Określenie to łączy się w inny sposób z polskimi wyrazami na przykład „nie powinna zapuszczać żurawia w jego przeszłość”. Choć i to jest troszkę zbyt potoczne, by nie powiedzieć knajackie. Zatem nie można „zapuszczać żurawia – a nawet Żurawia – do Rady Miejskiej” a co najwyżej – jak podają słowniki – „zapuszczać żurawia do książki / zeszytu”. I to też wydaje mi się knajackie. Chyba, że pani Żuraw chce się „zapuszczać” do Rady Miejskiej, ale po pierwsze to zupełnie inny związek frazeologiczny i też kolokwialny.
Nic nie znaczę bez lewicowej drużyny, która mi ufa i mnie wspiera
Powyższe zdanie w śródtytule pochodzi z profilu FB pani Żuraw.
A teraz jeszcze ostatni rozdział biogramu pani prezes, precyzyjnie członka zarządu PPG, Elżbiety Żuraw:
Wielokrotnie udowodniła swoją lojalność wobec firmy, zaangażowanie, jak również partycypacyjny model zarządzania. Jednocześnie angażuje się w działalność społeczną uczestnicząc aktywnie w wolontariacie – czytamy w biogramie E. Żuraw na stronie PPG.
Na pewno nie jest wolontariuszką w zarządzie Polska Press. O czym przypominają jej kontrkandydaci w wyborach samorządowych 2024 roku. O działalności politycznej Elżbiety Żuraw napisał Tomasz Grabarczyk z Konfederacji załączając do tekstu zdjęcie pani Elżbiety z Markiem Belką.
„W swoim programie wyborczym zawarła postulat „fachowcy, a nie kolesie”. Minęło parę miesięcy i jak widać to hasło przestało mieć znaczenie. To przecież czysty przypadek, że Pani Żuraw trafiła do rady nadzorczej Polski Press. Wcale nie pomogła jej w tym pozycja polityczna i znajomość z liderami Lewicy. Witamy w uśmiechniętej Polsce” – napisał łódzki lider Konfederacji. I jeszcze jeden głos łodzkiego polityka. Tym razem radnego Nowoczesnej Damiana Raczkowskiego – kandydata KO do rady miejskiej. „Kandydatka do Rady Miejskiej w zarządzie Polska Press. Widze, że my coraz bardziej przestajemy różnic się od PiS” – napisał z przerażeniem Raczkowski.
„A co jak (E. Żuraw – red.) zostanie radną? Też będzie ok, że zasiada w zarządzie gazety wydawanej na lokalne rynki” – pytał radny KO, czyli kolega z partyjnych list, z których startuje do samorządu pani Żuraw.
Nie wiem, czy działalność polityczna przeszkadza w zarządzaniu dużą firmą medialną, ale na pewno może pomóc w kampanii – o ile pani Elżbieta byłaby nieuczciwa wywierając naciski na łódzkich dziennikarzy i.pl oraz Dziennika Łódzkiego lub Expressu Ilustrowanego. Ale to niemożliwe. Chyba…
24 marca 1992 r. w Neuquen w Argentynie zmarł Ryszard Białous, ps. Jerzy, kapitan Armii Krajowej, harcmistrz, żołnierz kampanii 1939 r., powstaniec warszawski, dowódca Oddziału Specjalnego „Jerzy”, batalionu „Zośka” i brygady dywersji „Broda 53” zgrupowania „Radosław”.
5 sierpnia, w piątym dniu walk Ryszard Białous osobiście poprowadził szturm na KL Warschau, niemiecki obóz koncentracyjny na terenie stolicy. Obóz został zajęty, uwolniono 348 Żydów. Białous przeżył Powstanie Warszawskie, po wojnie był na emigracji.
Gdyby kpt. Ryszard Białous „Jerzy” został po 1945 roku w Polsce, zapewne walczyłby z drugim sowieckim okupantem, a teraz byłby hejtowany przez totalną opozycję. Prochy bohatera sprowadzili do Polski żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej, jednostki także znienawidzonej przez totalniaków. Kpt. Białous nie został wyklętym przez komunistów Żołnierzem Niezłomnym. Po Powstaniu Warszawskim trafił z niemieckiego obozu jenieckiego do Wlk. Brytanii (służył u gen. Sosabowskiego), a potem do Argentyny.
Przed wojną nie tylko ukończył architekturę na Politechnice Warszawskiej, ale także kurs Szkoły Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy, został ciężko ranny. W antyniemieckim podziemiu tworzył Grupy Szturmowe Szarych Szeregów – podległe Kierownictwu Dywersji Komendy Głównej AK. Podczas Akcji pod Arsenałem 26 marca 1943 r. Białous dowodził Oddziałem Specjalnym „Jerzy” (od jego pseudonimu). Po śmierci Tadeusza Zawadzkiego rozkazał zmianę nazwy na Baon Szarych Szeregów „Zośka”.
W Powstaniu Warszawskim kpt. Białous przeszedł szlak bojowy od Woli poprzez Starówkę na Czerniaków. „Cementem […] było bezsprzecznie najwyższe koleżeństwo, którego żywym dowodem byliście Wy wszyscy, polegli, dalecy a tak bliscy Przyjaciele” – napisał we wspomnieniach „Walka w pożodze”. Po latach spoczął u boku swoich Przyjaciół w kwaterze „Zośki” na stołecznych Powązkach Wojskowych.
Ryszard Białous został zapomniany i przemilczany podobnie jak obóz, który wyzwalał. Z prostej przyczyny: KL Warschau był niemieckim obozem zagłady. Ogromnym, liczącym 120 hektarów. Gdy Powstańcy go wyzwolili, było tam już stosunkowo niewiele osób. Jednak po zajęciu Polski i Warszawy przez sowieckich okupantów, obóz nie został zlikwidowany, ale przekształcony w obóz komunistyczny. Działający do 1956 roku, a więc do końca stalinizmu w Polsce. Dlatego historia kpt Ryszarda Białousa, „Jerzego” i KL Warschau jest wciąż niewygodna.
Powązki Wojskowe w Warszawie. Tu palą się znicze dla bohaterów z Armii Krajowej, czy Szarych Szeregów, w kwaterze Batalionu Zośka. Od 2019 r. także znicze dla Ich dowódcy – tułacza: kpt. Ryszarda Białous, ps. Jerzy. Jest tylko jedno „ale”: patriotyczny nastrój wciąż zakłóca sąsiedztwo grobów morderców. Dlatego powraca apel: zdekomunizujmy Powązki Wojskowe!
Jednym z moich domowych zadań jest sprzątanie tarasu. Jest to ten rodzaj pracy fizycznej, który pozwala poświęcić się rozmyślaniom i podczas której przychodzą mi do głowy rzeczy, które nie mają mi czasu i okazji przyjść do głowy w innych okolicznościach.
Na przykład do mycia tarasu używam szmaty, która była kiedyś kawałkiem śnieżnobiałego prześcieradła. Mając w pamięci jego chwalebną przeszłość, czuję się wręcz skrępowany jego obecnym upadkiem. A i on sprawia wrażenie, jakby szansa na swego rodzaju drugie życie jaką mu daliśmy, nie do końca licowała z jego wyobrażeniem na własny temat.
Nie mam pojęcia
Naprawdę nie mam zielonego pojęcia dlaczego przy tej czynności i w tym kontekście przychodzi mi zaraz do głowy przypadek Adama Bodnara i rozważania na temat jego utylitarnych właściwości jakby idealnie dopasowanych do potrzeb Donalda Tuska.
Był sobie oto człowiek który budował się w środowiskach liberalno-lewicowych jako autorytet. W sumie, trzeba mu oddać, że również poza tymi środowiskami dysponował pewnym kapitałem poważania, jako do cna przeżarty progresywnymi ideologiami, ale raczej szczery w swoich przekonaniach. Miał pełną twarz praworządności i konstytucji. Ba, był wymieniany jako poważny kandydat na prezydenta.
Co musiał mu zrobić Donald Tusk, że znalazł się tam gdzie jest teraz? Ministerialne pieniądze nie wydają się tu być wystarczającą odpowiedzią. Szantażował go jakimiś straszliwymi kompromatami? Obiecał mu jakieś złote góry? Zaczarował go jak kobra? Nie mam zielonego pojęcia. Dość, że kiedy widziałem go na nagraniu, przyłapanego przez zastępcę Prokuratora Generalnego Roberta Hernanda, na którym widać jak nieporadnie usiłuje podeprzeć się poleceniami Tuska, który w innym miejscu i czasie się od niego odcinał, sprawia wrażenie człowieka złamanego, który niczym zbity mops, najchętniej schowałby się pod najbliższy stołek.
Rozpad Bodnara
Wyliczanie bezprawnych działań Bodnara, które w absolutnie groteskowym świetle stawiają jego wizerunek „aŁtoryteta praworządności” jest zbyt łatwe, zresztą jego usiłowanie zarządzania komunikatami, oparte wyłącznie na histerii nadzwyczajnej kasty kwestionowanie statusu sędziów, kwestionowanie skuteczności powołania Prokuratora Krajowego, jakieś próby włamania do jego gabinetu, czy ostatecznie cyrk z rzekomym powołaniem nowego Prokuratora Krajowego, do którego powołania potrzebny jest, wyraźnie zapisany w prawie, udział Prezydenta, który udziału w tym nie wziął, lepiej opisują prawniczy eksperci. Mnie bardziej zastanawia, co za „wybitny prawnik” z Bodnara, skoro nie zauważył, że, jak zwraca uwagę mec. Bartosz Lewandowski , skoro według „projektu” ministerstwa sprawiedliwości mają być zakwestionowane wyroki Trybunału Konstytucyjnego, w podejmowaniu których uczestniczyli sędziowie Mariusz Muszyński, Justyn Piskorski czy Jarosław Wyrembak, to „Adam Bodnar przestaje być ministrem sprawiedliwości i ponownie wraca na urząd RPO, bowiem… wyrok w sprawie K 20/20, w którym TK stwierdził niemożliwość „przedłużania” kadencji RPO „w nieskończoność”, jest nieważny”. Ten człowiek rozpada się nie tylko w sensie wizerunkowym czy moralnym, ale również intelektualnym i logicznym.
Obserwacja tego zjawiska mogłaby być na swój przewrotny sposób, zabawna, gdyby nie fakt, że „praworządny aŁtorytet” Bodnar w jakimś sensie otwiera drzwi do piekła i jeśli nie zakłada, że będzie rządził wiecznie, to powinien się liczyć z tym, że któryś z następnych ministrów sprawiedliwości, po prostu wsadzi go do pier.la, by dać sobie czas na szukanie podstawy prawnej.
Żeby zrozumieć dzisiejsze protesty rolników w Polsce i całej Europie, trzeba przyjąć jako pewniki kilka podstawowych przesłanek. Po pierwsze – większość z nas (tak w Polsce, jak w całej Europie) ma chłopskie pochodzenie. Po drugie – przez ostatnich 150 lat wieś europejska wyludniła się a chłopi powędrowali do miast. Po trzecie – potomkowie dawnych chłopów nie szczycą się pochodzeniem pradziadków, dziadków i rodziców, bo europejska wieś była biedna, niewykształcona, zapóźniona kulturowo, więc nie ma się czym chwalić.
W związku z powyższymi przesłankami należy postawić pytanie, czy potomkowie wieśniaków są w stanie zrozumieć tych, co pozostali na roli? Niestety nie, bo nie rozumieją współczesnej wsi i nie chcą jej zrozumieć – inaczej mówiąc: potomkowie chłopów nie chcą wsi rozumieć, nie chcą też się z wsią identyfikować. A przede wszystkim już wsi nie znają. „Miastowi” mają jakieś mgliste wyobrażenie wsi, wyniesione z XIX wiecznych lektur – może głównie z „Placówki” Prusa i uroczej baśni Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”.
Zysk ponad wszystko
To miejskie wyparcie się wsi ma swoje konsekwencje w traktowaniu dzisiejszych problemów rolnictwa europejskiego. Tym bardziej, że media powtarzają opinie wielkich banków, funduszy inwestycyjnych i światowych handlarzy płodami rolnymi. A te opinie są takie, że produkcja rolna w Europie jest droższa niż na świecie, czyli, że się nie opłaca.
Gdzieś tak od 40 lat światowe rynki artykułów rolnych zostały opanowane przez kilka wielkich koncernów, dla których zysk jest jedyną wartością. Dla nich nie ważne jest czy zboża, którymi oni zalewają Europę pochodzą z Brazylii czy z Ukrainy. Ci handlarze stawiają na zysk, czyli nie są zainteresowani droższymi płodami rolnymi z Europy. A produkcja rolna w Europie jest, bo musi być droższa.
Czy polskie rolnictwo jest rozdrobnione
W ostatnich tygodniach we wszystkich mediach pojawiają się polscy przedstawiciele instytucji finansowych, eksperci ekonomiczni, którzy z uporem powtarzają, że polskie rolnictwo jest słabe, bo ponad 50 procent polskich rolników ma gospodarstwa 10 hektarowe. I dziwne, że wygłaszanie takich bzdur nie spotyka się z ripostą dziennikarzy. Ale też, ci dziennikarze mają o rolnictwie takie pojęcie, że mleko i jajka biorą się ze sklepów. A dodatkowo, że węgiel bierze się z piwnicy.
Dlaczego ci eksperci nie mówią, jaki procent żywności jest w Polsce wytwarzany przez te małe gospodarstwa, takie do 10 hektarów? Bo okazałoby się, że na owe mityczne 10 hektarowe gospodarstwa rolne przypada niespełna 20 procent produkcji rolnej, czyli że większość produkcji rolnej dają duże gospodarstwa.
Skąd zatem biorą się te dane? Ano stąd, że nie bierze się pod uwagę produkcji, ale hektary, zupełnie jak za cara.
Kto naprawdę jest w Polsce rolnikiem
Trzeba powiedzieć wprost, że większość małych gospodarstw rolnych istnieje dzięki ubezpieczeniom KRUS. Bo każdy ubezpieczony w systemie KRUS płaci o wiele niższe składki emerytalne i zdrowotne, niż ubezpieczeni w ZUS. Różnicę między składkami pokrywa budżet państwa. Kilkanaście lat temu okazało się, że wystarczy kupić choćby 1 hektar ziemi i ubezpieczyć się jako rolnik, wraz z rodziną. A tej ziemi wcale nie trzeba uprawiać! Można ją dzierżawić prawdziwym rolnikom.
„Urolnienie” mieszczan żyjących na wsi
Oczywiście już ciche wspominanie o reformie KRUS-u, napomknięcia o potrzebie oddzielenia prawdziwych rolników od „niby rolników” sprowadzają potężny gniew „wielkiego obrońcy wsi”, czyli PSL. A ponieważ partia ta ma nieograniczone zdolności koalicyjne, więc nikt jej nie zaczepia. A liczba zarejestrowanych, jako rolnicy, KRUS-owców rośnie. Oczywiście kosztem budżetu państwa.
Dzisiaj rolnik mający te mityczne 10 hektarów może co najwyżej hodować 3 krowy i kilkanaście świń. Co prawda Unia Europejska za pełnoprawne gospodarstwo rolne uznaje gospodarstwo o areale 60 hektarów, ale o tym się u nas nie mówi.
Czym zatem są te małe gospodarstwa rolne? Przez Unię Europejską uznawane są za gospodarstwa socjalne, mające być alternatywą dla wiejskiego bezrobocia. I w większości te małe gospodarstwa taką rolę spełniają. Ale nie od nich oczekuje się masowej, większościowej produkcji.
Jest jeszcze jeden problem do wyjaśnienia. Na manifestacjach i blokadach dróg przez rolników z całą pewnością nie ma tych małych rolników, bo ich nie jest stać na zakup i utrzymanie nowoczesnych traktorów. Tam demonstrują rolnicy mający po 100 i więcej hektarów. I tam są właśnie ci, którzy produkują większość artykułów rolnych.
Nawozy i inne środki produkcji
Problem z polskim i europejskim rolnictwem jest i taki, że od wybuchu wojny w Ukrainie ogromnie wzrosły ceny środków produkcji, takich jak nawozy, środki ochrony roślin, szczepionki dla zwierząt, części zamiennych do maszyn rolniczych, olej i benzyna. Najboleśniej odczuło rolnictwo duży, bo kilkukrotny, wzrost cen nawozów. Co jest skutkiem wzrostu cen gazu ziemnego, bo jest on wykorzystywany w dużych ilościach przy produkcji nawozów.
Czy polskie państwo mogłoby dotować polskie rolnictwo, poprzez dopłaty do nawozów? Mogłoby, ale jeśli dotacje trafią do producentów nawozów, to niekoniecznie polski rolnik na tym zyska, bo firmy nawozowe mogą swój produkt wyeksportować nawet daleko zagranicę. Wyjściem byłyby dotacje dla rolników, w zależności od posiadanych przez nie areałów. Tak, ale to wymagałoby sporo pracy, więc prościej jest dotować zakłady wytwarzające nawozy. Bo żaden urzędnik nie lubi mieć więcej pracy.
Przyczyny upadku europejskiego rolnictwa
Nie ma jednej przyczyny upadku rolnictwa. Jest niechęć urzędników do wsi, jest wypieranie rodzimej produkcji przez tańszy towar z Brazylii, Ukrainy i innych krajów. Jest też ogromny nacisk na Unię Europejską przez światowych handlarzy płodami rolnymi, którzy chcą zarabiać więcej. Jest również bezmyślność nas wszystkich, nas konsumentów, którzy woleliby kupować tańszą żywność. Niestety taka polityka może mieć tragiczne skutki.
Zagrożenia
Na sztandarach insurekcji Tadeusza Kościuszki był dumny i mądry napis „Żywią y bronią”. Warto o tym pamiętać, że żywność i armia są podstawami niezależnego bytu każdego narodu. Co da armii, nie ma w Polsce dyskusji, wszyscy chcą sprawnej i silnej armii. Ale już co do „żywicieli” istnieje poplątanie z pomieszaniem. Są tacy, którzy nie widzą różnicy pomiędzy żywnością importowaną a własną. Ci zbłąkani mózgowo nie rozumieją, że w razie wojny możemy pozostać bez jedzenia. I co, jak Brytyjczycy w czasie II wojny światowej mamy sadzić buraki i ziemniaki na miejskich trawnikach?
Kłopot polega na tym, że prosty głos rozsądku nie znajduje posłuchu w Unii Europejskiej i w Polsce. Natomiast głos międzynarodowych producentów i handlarzy żywnością znajduje przychylne ucho urzędników UE. Może ci lobbyści mają jakiś urok osobisty? A może też umieją znaleźć sprzymierzeńców swych interesów za pieniądze? Dowodów nie mam, ale nie wykluczam.
Polsat News, 28 lutego 2024 roku: „Obserwujemy o tym co się dzieje w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego” – mówił wicepremier Władysław Kosiniak – Kamysz. Powiedział to na spotkaniu z wyższymi dowódcami Wojska Polskiego. Powiedział także i tak: „Tworzymy teraz komponent wojsk dronowych. Są na sali dowódcy różnych komponentów.”
Nie czepiam się wicepremiera, ale mieć w jednej wypowiedzi dwa strzały poza tarczą? No, to jest kłopot.
Obserwujemy coś, kogoś – natomiast nie można obserwować o tym. Tak jest i żadna zmiana warty u sterów państwa tego nie zmieni. Trzeba się nauczyć i zapamiętać.
Ten nieszczęsny komponent to kolejna kalka z angielskiego. Słownikowo biorąc, komponent, to składowa część czegoś. Komponent przyjął się w języku polskim dość dawno, gdy trzeba opisać co wchodzi w skład różnych mieszanin chemicznych, na przykład klejów. Jednak, gdy chodzi o wojsko, służbę poważną, należałoby staranniej dobierać słów. Poprawnie byłoby zastąpić nieszczęsne komponenty oddziałami, rodzaje wojsk, służbami wojska i wydzielonymi jednostki.
Tym bardziej jest to oczekiwane od wicepremiera i ministra obrony. Cała nadziej w tym, że są jeszcze w naszym wojsku ludzie poprawnie mówiący, z których najwyższe władze mogą brać przykład – oto internetowa Strona Wojska Polskiego tak informuje o wojskach lądowych: Wojska Lądowe stanowią trzon Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Zapewniają obronę przed atakiem lądowo-powietrznym w dowolnym rejonie kraju w obliczu każdej formy zagrożenia militarnego. W strukturze Wojsk Lądowych wyróżnia się związki taktyczne, oddziały i pododdziały. Bardzo dobre przygotowanie oraz wykorzystanie nowoczesnych technik prowadzenia walki pozwala Wojskom Lądowym na działanie w wymagających warunkach współczesnych konfliktów zbrojnych.
Zatem oficjalnie o komponentach Wojsko Polskie milczy. Czyli – wojsko jest językowo w porządku, minister od wojska nie bardzo.
Żeby nie było, że czepiam się obecnego rządu, to przypomnę, że również poprzedni minister od wojska Mariusz Błaszczak mówił o komponentach. Jakaś wojskowa choroba, czy co?
Koncentracja czy skupienie
„Jest teraz w najlepszym punkcie koncentracyjnym …” – mówi sprawozdawczyni meczu tenisowego o Idze Świątek. Sprawozdawczyni nie miała nic złego na myśli, ale jednak zabrzmiało strasznie, bo punkty koncentracyjne kojarzą się nam z okupacją niemiecką w latach 1939 – 45. Ówczesne niemieckie obozy koncentracyjne, to obozy skupiające osoby, uznane za wrogów III Rzeszy.
Czym jest koncentracja? Koncentracja to skupienie. Czyli Iga była skupiona, na zadaniu, które miała wykonać. I tak należało powiedzieć. Oczywiście wiem, że koncentracja jest także pojęciem z dziedziny psychologii, ale i tak oznacza tylko tyle, co skupienie się. Więc mówmy prościej i po polsku.
„Panowie” od swastyk
W Łodzi, przez dwa miesiące, na pomniku Tadeusza Kościuszki dwóch ludzi, niezależnie od siebie, namalowało swastyki. Podobno w stanie dużej nietrzeźwości. Straż miejska odnalazła wandali, którzy odpowiedzą za swą głupotę.
Ciekawe jednak, że Dziennik Łódzki tak pisał o sprawie: „Teraz obaj panowie odpowiedzą przed sądem”. A to znaczy, że obaj osobnicy są według tej gazety „panami”. Protestuję! Panem jest Pan Prezydent, Pan Premier, pan doktor, pan profesor oraz pan kierowca autobusu. Żeby jednak zwykłych bydlaków, dla których swastyka jest jakimś tam zwykłym znakiem, nazywać panami, to trzeba już nic nie wiedzieć o historii Polski i Europy. Gdzie się uchowali tacy dziennikarze?
O takich zwyrodnialcach należy pisać: osobnicy. O sprawcach, nie dziennikarzach.
Korzenie
„Caroline Wozniacki ma polskie korzenie” – napisano w portalu WP. Napisać łatwo, ale problem jest.
Co to bowiem znaczy, że tenisistka, reprezentująca Danię i urodzona w Odense w Danii, mająca jednak matkę Polkę i ojca Polaka ma „polskie korzenie”? Najważniejsze dla sprawy jest za kogo Caroline się uważa. Może być i Polką i Dunką. Czy to możliwe? Oczywiście. Przykład dali Żydzi, którzy uważali się za Żydów i za Polaków. Podobnie Niemcy, którzy przybywali przez wieku do Polski – często uważali się zarówno za Niemców i za Polaków. I mieli do tego prawo, które trzeba uszanować. Ciężko to pojąć nacjonalistom, których i u nas nie brakuje, ale świat jest bardziej skomplikowany niż wyrażają to uczestnicy różnych ksenofobicznych manifestacji. Mnie osobiście taki świat nie przeszkadza. Więcej, uważam, że ludzie o podwójnych narodowościach wzbogacają nasz kraj.
Dlatego też pisanie o kimś, że ma polskie korzenie uważam za głęboko niestosowne. Bo co znaczą owe korzenie? Że na polskim korzeniu wyrosła obca nam roślina? A może, że powinniśmy rewindykować wszystkich znanych światowców, którzy mają polskich przodków? Wtedy oczywiście niektórzy z naszych narodowców poczuliby się lepiej. Ale niby dlaczego? Że mamy dobre geny, lepsze od innych nacji? Nie dajmy się ogłupiać. Aniśmy gorsi ani lepsi od innych. I tyle.
Priorytet
Pewien mój znajomy dziennikarz nagle mówi (w prywatnej rozmowie), że dla niego: „Priorytetem jest rodzina.”
Zaniemówiłem. Ale tylko na chwilę. Potem wdałem się z nim w dyskurs o wpływie świata zewnętrznego na świat wewnętrzny, czyli osobniczy. Otóż świat zewnętrzny językowo technicyzuje się, naukowieje i urzędniczeje. Niestety tak jest. A słowniki wyjaśniają, że priorytet to: 1. pierwszeństwo przysługujące lub przyznane czemuś. 2. sprawa szczególnie ważna, która musi być załatwiona w pierwszej kolejności.
O rodzinie można powiedzieć jedynie to, że jest najważniejsza. Natomiast o priorytecie mogą mówić bankowcy, premierzy i listonosze. Bo ci ostatni mają dostarczać przesyłki priorytetowe, czyli najważniejsze, mające pierwsze miejsce przed innymi przesyłkami.
Jeżeli dalej tak pójdzie z naszym językiem, to obawiam się, że już niedługo oświadczyny zakochanych mogą wyglądać tak:
ON – Jesteś moim priorytetem i proszę cię o wyrażenie zgody na zawarcie związku małżeńskiego.
ONA – Bardzo cię uważam i darzę estymacją, jesteś dla mnie bardzo inspirujący mentalnie, ale moim priorytetem jest Zdzisiek, i jeżeli z nim nie uda mi się skorelować, to wtedy skoncentruję się na tobie.
Zmarł nagle nasz Kolega Krzysztof Sapała. Miał zaledwie 49 lat. Odważny, zdolny i bardzo pracowity dziennikarz – publicysta, reporter śledczy związany z wybrzeżem gdańskim a jeszcze bardziej z wybrzeżem i pomorzem środkowym i szczecińskim. O swoim terenie wiedział bardzo dużo bo od prawie 30 lat tam mieszkał, wojażował, odkrywał ludzi i tematy, żył nieustannie „w biegu”, zawsze bardzo angażując się w to co robił. Bronił pokrzywdzonych, piętnował zło, złodziejstwo, korupcję i nepotyzm. Był w tych tekstach bezkompromisowy. Owszem, drukowano go w gazetach codziennych i periodykach, ale gdy uparcie kontynuował trudne i niebezpieczne dla reportera tematy, zwierzchnicy stawali się ostrożni…
Słyszał wprawdzie: „to świetny materiał, błyskotliwie napisany”, ale kończyło się tylko na współpracy „wolnego strzelca” z redakcją bez świadczeń i podstawowych gwarancji stałego zatrudnienia. Etaty były nie dla Krzysztofa. Asekuranctwo redaktorów naczelnych bardzo często blokowało działania tego rasowego reportera.
Ostatnio opublikował na naszym portalu „Sdp.pl” kilka tekstów o tematyce wybrzeżowej ilustrując je wykonanymi przez siebie zdjęciami, a także wywiad z nowym ordynariuszem diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej – chętnie współpracującym z dziennikarzami – biskupem Zbigniewem Zielińskim. Dziś, gdy publicystyka krajowa charakteryzuje się plemiennym podziałem na dwa wrogie obozy dążenie do obiektywizmu, do prawdy, a nie przynależność partyjna opisywanego osobnika – Krzysztof był wyjątkiem.
Prawda
Sapała był szczery do bólu. Nie zważał kto słucha, nie owijał w bawełnę. Jasno przedstawiał swoje opinie. Wcale nie były skrajne, choć prawica na pewno była mu bliższa. Mówił o niej głośno, pisał jednoznacznie, nie unikając krytycznych ocen.
Szczecin, miasta, miasteczka, wioski zachodniopomorskiego województwa, Koszalin, Kołobrzeg, Ustka i Darłowo, wreszcie Słupsk, Lębork, Wejherowo – to była jego mała ojczyzna. Tam jeździł, rozmawiał, dyskutował, a potem opisywał tak jak rzeczy się mają. Dobrze wiedział „who is who”, obserwował kłamców i hipokrytów, co innego mówiących z wyborczych podestów, a co innego robiących, ludzi cynicznych, kpiących sobie ze wszelkich reguł, prawa i przyzwoitości. Dogadujących się po cichu z przeciwnikami politycznymi w imię zasady pecunia non olet. Sapała o tym pisał, więc przekręciarze bardzo go nie lubili i zwalczali zgodnie.
Wiatr w oczy
Może oburzą się tym co piszę zarówno prawo jak i lewoskrętni. Ale prawda jest taka, że dobremu, uczciwemu dziennikarzowi, który starał się być niezależnym nikt nie pomógł. Często był bez pracy, ostatnio nawet w znacznym stopniu na utrzymaniu matki. To już tak jest, że nawet najlepsi dziennikarze, gdy wylecą z pierwszej ligi już doń nie wracają. Zmiany polityczne najmniej boleśnie przechodzą koniunkturalne lizuski. Oni się szybko dostosowują. I dla nich jest łaska pańska.
W stolicy więcej jest możliwości a czym mniejszy ośrodek niezależnym dziennikarzom jest trudniej. Po prostu mały jest tam wybór miejsc pracy. Rządzą bonzowie. A taki partyjny przywódca jeśli nawet trafi w końcu do więzienia to i tak szybko spada na cztery łapy. Swojakowi się pomaga. Byli antagoniści szybko zapominają o sporach gdy jest czas podziału łupu i synekur. Klasa polityczna ma się dobrze od lat. Co prawda nie ma ona nic wspólnego ze słowem klasa. Owszem, ludzie ci potrafią kupować sobie dyplomy na szemranych uczelniach, których namnożyło się co nie miara. Potem swoich zatrudnia się po kumotersku na przykład w dobrze płatnych radach nadzorczych państwowych spółek. „Na krzyż” to znaczy ja dam pracę tobie, a ty mnie lub moim pociotkom. Trzeba jednak do tego mieć jakiś dyplom. Humanitarna uczelnia, nawet niedrogo – pomoże.
Pomoc
Krzysztof Sapała pomagał skrzywdzonym i oszukanym. Bo przejmował się ich losem. W Kołobrzegu zniszczono dorobek życia małżeństwu Rowińskich. Najpierw wskutek zmowy gangsterskiej stracili hotel, dom i wszystko co mieli. Na nic zdały się dramatyczne protesty. Pani Urszula tygodniami nocowała w namiocie. Jesienią i zimą przed bramą wjazdową Ministerstwa Sprawiedliwości. Ministrowie wjeżdżali i wyjeżdżali a ona spała przy minusowych temperaturach na miejskim bruku. Nikt nie pomógł. Krzysztof pisał o tym, starał się bronić oszukanych ludzi. Ale nie zdążył ich uratować. Najpierw zmarł małżonek, a potem pani Urszula. Sprawiedliwości nie stało się zadość.
Walka ze smokiem z odrastającymi głowami
Prasa to żadna władza. Ani trzecia ani nawet piąta. Oszuści się dobrze organizują, skrupułów nie mają. Kradzione tuczy. To smutny wniosek. Białe kołnierzyki biegają po korytarzach sejmowych. Teraz przyszli nowi. Jest jak w ulu. Tropią trutnia. Ale we własnym gronie uzurpujących sobie władzę kontrolerów też mają trutni: kto winien? W rozstrzyganiu powinni pomagać dziennikarze. Ale uczciwi i skrupulatni w dochodzeniu do prawdy. Jest w naszym kraju o czym pisać. Ale czasem im także trzeba pomóc. Oczywiście jeżeli są uczciwi, niezależni, bo tylko wtedy są wartościowi i zasługują na miano dziennikarza.
Przednówek to ciężka pora dla poszukiwaczy sensacji. W przeciwieństwie do przednówków w folwarkach dziennikarskich, teraz, gdzie nie gdzie kilka złotych na jedzenie jest i nie trzeba ciężko pracować a ponieważ wszyscy są apatyczni można coś zaatakować. Na przykład Zjazd Statutowo-Programowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ktory odbył się w Kazimierzu Dolnym 16 i 17 marca br. Wielkanocne króliki, które z trudem budzą się po zimie, opowiadają, że atak kilku osób ze stołecznego oddziału SDP nie tylko nie odzwierciedla stanowiska większości delegatów warszawskich, ale jest wyłącznie sprawą urażonej ambicji szefa oddziału.
Idea zjazdu była bardzo prosta: uchwalenie statutu w miejsce przestarzałej już konstytucji SDP oraz przyjęcie kilku ważnych uchwał w sprawie bezprecedensowego i bezprawnego ataku rządzących na wolne media. Scenariusz niewymagający. Wystarczyło kilkanaście godzin koncentracji, ale oczywiście zawsze znajdą się malkontenci.
Poszło o to, że nadal najliczniejszy, ale – jak mówili delegaci – nie najważniejszy w kraju oddział warszawski zgłaszał ustami swej sekretarz pretensje, bo – jej zdaniem – delegatów stołecznych było za mało (ok. 40 proc.). Nic to, że ZG SDP prosił nie raz, aby wybrano ich przed zjazdem, bowiem ci, którzy – w ocenie protestujących – nie dostali delegacji nie byli „ustępującymi władzami”, jak to jest przyjęte, tylko trzy lata temu nie wybrano ich ponownie do władz naczelnych (automatyczny mandat zjazdowy), co było m.in. dla późniejszego prezesa OW SDP niemałym szokiem.
W Kazimierzu wczesną wiosną, gdzie ambicje wszystkich rosną…
Zanim zatem na dobre zjazd się zaczął zaplanowana wcześniej awantura nieco przyćmiła jego poważną wymowę. Zaprotestował osobiście szef warszawskiego oddziału, który przyjechał specjalnie na zjazd z miną męczeńską. Podkreślał, że źle go potraktowano i nie słyszał pytań, dlaczego nie wybrano w lutym dziesięciorga delegatów. Czyżby bał się, że nie zostanie wybrany? Nie wierzę. Obnosił się prezes OW SDP z bólem w imieniu „odrzuconych”. Na moje pytanie w sobotę rano, czy jadł już śniadanie, odparł oburzony, że nie jest przecież delegatem. Mój Boże, jedna z najważniejsza w SDP osób narzeka w taki sposób. Nasz Dom Pracy Twórczej jest znany z gościnności. Bułka z serem czy wędliną albo jajecznica i kawa na pewno znalazłaby się. Poza tym goście zjazdu, a statut taki potwierdzono w przypadku prezesa, mają prawo do zakwaterowania i wyżywienia. Zatem, poza jedzie na ambicji płozach… Może właśnie dlatego, że ów dygnitarz stołecznego SDP nie jadł śniadania był w słabej formie i nie mógł wytłumaczyć pretensji z jakimi przyjechał.
Nie szukajcie piasku w maku, lecz napiszcie dobry statut
Nie można było mu wytłumaczyć, tego, co pięćdziesiąt razy już wcześniej tłumaczono. W informatyce nazywamy to trwałą przerwą w półprzewodnikach. W życiu określa się to jako ośli upór i chęć rozwalania wszystkiego, co usiłuje się przez lata złożyć. Bo nikt nie zajmował się tym, co w statucie ma być zmienione, tylko trzeba było brnąć w dawno rozstrzygnięte sprawy formalne. Prezes OW, jak księżniczka w bajce, zniknął przed obiadem. Może był głodny. I jeszcze ktoś go próbował zdyskredytować opowiadając, że wrócił do Warszawy, „bo się spieszył na swoje przyjęcie imieninowe a nic nie postawił”. To nie ludzie, to wilki.
Na zjeździe jednak narastał nastrój szarpania kworum, bo główny dokument SDP mógł być uchwalony tylko przy określonej liczbie zarejestrowanych elektronicznie delegatów. Była sobota przed południem, zatem wielu z dziennikarzy miało jeszcze zajęcia. Dojeżdżali z najdalszych zakątków Polski, aby wziąć udział w uchwalaniu statutu. Nieliczna grupa rekonstrukcji starych porządków – kilkoro osób z OW SDP, nie wiadomo, czy z poparciem swojego szefa – przekonywała, że zjazd powinien być powtórzony. Czyli, logiczne – zdaniem rozłamowców – było, iż kolejne dziesiątki tysięcy złotych ze wspólnej kasy stowarzyszenia miały być wydane, bo ktoś nie policzył, że i tak statut będzie uchwalony, że i tak dojadą delegaci, że kworum będzie i można już procedować ewentualne poprawki, bo wspomnianego kworum wymaga tylko głosowanie nad najważniejszym w SDP dokumentem.
Najdziwniejsze było to, że rozłamowcy zwrócili się do Naczelnego Sądu Dziennikarskiego SDP, aby rozstrzygnął spór o liczbę ich delegatów i w ogóle, aby stwierdził, że statut jest do luftu. Z tym, że nikogo przedtem nie zawiadomiono, a niektórzy członkowie NSD mnie pytali o co chodzi? Zatem odpowiadałem, że sąd działa jawnie i nie jest tworem kapturowym, ale małą liczebnie, wesołą warszawską grupę rekonstrukcji starych porządków to nie obchodziło i mało sprytnie, krzycząc na całą salę zapowiadali rokosz.
W szczytowym momencie, kiedy było już kworum niezbędne do uchwalenia statutu, dlatego, że grupa zbierała podpisy (chyba 7) pod protestem i się zwyczajnie spóźniła, zarządzono głosowanie. Chcieli oddać tzw. klucze do elektronicznych paneli do głosowania, ale było już za późno. Statut przegłosowano dużą większością głosów a oni nawet nie byli przeciw, bo stali w kolejce do zwrotu aparatury… Smutne i komiczne zarazem. Oczywiście firma nadzorująca głosowania musiała im tłumaczyć, że ich głosu nie policzono, bo…nie głosowali, ale nie wylogowano ich z sytemu, bo trwało głosowanie. W mojej rodzinie są przedszkolaki, które rozumieją takie „subtelności”.
Nic to, wściekli i poczerwieniali na twarzy ludzie z warszawskiej grupy rekonstrukcji socjalizmu podczas głosowań nawet tak ochoczo nie wymachiwali szablami, czyli aparatami fotograficznymi, którymi cały czas rejestrowali zjazd. Oni po prostu byli zaskoczeni.
Przy okazji chylę czoła przed większością obecnych na zjeździe członków OW SDP, że mimo swoich wątpliwości i sprzeciwów nie dołączyli do grupy rozłamowców i nie przyłączyli się do szalonego tańca rozszarpującego kworum.
Także przy okazji wypada powiedzieć, że oprócz dwóch osób z władz warszawskiego oddziału nikt prominentny nie brał udziału w tym pożal się Boże puczu. Za to szalała trójka, a właściwie należałoby napisać „trojka”, zawsze wiernych ideałom rozpienienia każdej dyskusji miłych i kulturalnych mężczyzn, o których nie słyszano w żadnej polskiej redakcji.
Suma summarum statut przyjęto. Przegłosowano też kilka ważnych uchwał o bezprawnych wobec mediów działaniach rządu powstałego 13 grudnia ub. r. i o skandalicznym wyrzuceniu z TVP twórczyni telewizji Biełsat red. Agnieszki Romaszewskiej i zawieszeniu programu Studio Wschód red. Marii Przełomiec. Tekst uchwał PONIŻEJ:
Z mandatu delegata zrezygnowała prezes honorowa SDP Krystyna Mokrosińska, bo nie podobało jej się, że w statucie znalazła się, uwaga, uwaga MOŻLIWOŚĆ pobierania gratyfikacji finansowej przez członków zarządu. Chodziło tylko o to, aby władze nie musiały pożyczać na hotele i paliwo, bo oficjalne zwroty kosztów nie obejmują wielu grup wydatków.
Życzliwe pani prezes grono rozesłało dramatyczny apel do „prawdziwych działaczy” SDP, którzy momentalnie zrobili, przepraszam za wyrażenie, „spory syf” w sieci. Na profilach społecznościowych o gigantycznych zarobkach członków ZG SDP donosili z reguły ci, którzy przepadli w głosowaniach zjazdów wyborczych i zmuszeni są do „anonimowej” pracy w oddziałach. Jednemu z nich – jak mówimy na łódzkich Bałutach – dałbym po pysku, ale nie warto, nie ma zdolności honorowych.
Niewiele osób – podczas tej internetowej „zemsty” – miało zauważyć, że to nie zarobki zarządu, niewielu też wie, że taka MOŻLIWOŚĆ jest od następnej kadencji, czyli nie dotyczy naszego składu. A następny zarząd… No cóż, kandydaci na start. Prężcie się obiecujcie, zrezygnujcie ze wszystkich swoich aktywności zawodowych, dajcie się wybrać. I przypominam następna kadencja – to też jest w nowym statucie – potrwa nie trzy, jak teraz, ale aż cztery lata.
No i argument – „KRS tego statutu nie przyjmie”, od prezes honorowej SDP aż na szeregowych członkach oddziału regionalnego kończąc były ostrzeżenia w sprawie KRS. Skąd oni to wszyscy wiedzą, skoro sam KRS jeszcze nie ma nowego statutu? Chyba, że już ma… Przypomnę może, że poprzedniego statutu KRS nie przyjął – i stąd ten zjazd – ponieważ jeden z członków władz zjazdowych nie złożył podpisu…
I mieliśmy zjazd morałów – kanonada niewypałów
Zatem pani prezes honorowa, po raz kolejny, zamiast łączyć podzieliła nas na zwolenników „zarabiania” – jak twierdzi – na majątku SDP i tych o „czystych intencjach” tych, którzy nawet na emeryturach mogą, jak się ich grzecznie poprosi, być we władzach, bo teraz mogą a przez lata, kiedy byli we władzach mieli etaty, stanowiska i pieniądze z reguły w topowych mediach. Teraz nie są we władzach, to się wściekają, że ktoś dostanie parę złotych na przykład na części do prywatnego komputera lub oponę do samochodu. Też prywatnego. Praca społeczna, pracą społeczną, ale czasy się bardzo zmieniły, jeśli my nie będziemy profesjonalnie zarządzać stowarzyszeniem, to kto to zrobi? Specjalistyczne firmy – jak proponują rozłamowcy – czy, przy całym szacunku, emeryci, którzy mogą posiedzieć w naszym biurze.
Mandat oddać i w strumieniu pływać wciąż w stowarzyszeniu
Naprawdę szanuję prezes honorową SDP Krystynę Mokrosińską i wielokrotnie dawałem temu świadectwo. Nie przeszkadzała mi jej wyniosłość, bezkompromisowy styl prowadzenia niektórych spraw, pouczanie wszystkich. Spierałem się z nią odważnie narażając na „razy” jej bezmyślnych akolitów, nie mylić z przyjaciółmi pani Krystyny, którzy ją zawsze wspierają.
Dla mnie Mokrosińska pozostanie legendą. Legendą SDP. Tylko szkoda, że znowu zrobiła dziwny ruch polegający na „połowicznym działaniu”. Nie rozumiem jej. Złożyła mandat i co? To tylko zjazd a statut pozostanie. Jeśli się z czymś nie zgadzam, rezygnuję. Broń Boże nie namawiając pani Krystyny do rezygnacji z członkostwa, myślę, ze znowu ktoś wykorzysta zasługi prezes honorowej i skorzysta, że jest ona nadal w SDP i zaatakuje jesienią na zjeździe wyborczym…
Aby nieco rozluźnić nieco atmosferę, napisałem małą rymowankę, która nie jest nawet w dziesiątej części tak dobra, jak owiany legendą hymn minionego zjazdu autorstwa naszego barda Marcina Wolskiego (gratulacje Marcinie), ale pozwolą Państwo, że pośmieję się z pani honorowej prezes SDP.
Z życzliwości i wdzięczności za to, co zrobiła, nie chcę jej pouczać i kierować przyciężkie uwagi.
Są w Madrycie i w Samarze,
Są w Toronto, koło Mińska,
Są w Nairobi dziennikarze
I Krystyna Mokrosińska.
Są na świecie kwiaty piękne,
Każdy, nawet narośl chińska,
Lecz dziennikarz o nich nie wie
I Krystyna Mokrosińska.
Są rozsądni na tym globie,
Są i głupi – nie ich wina,
Dziennikarze i królowie,
Mokrosińska też Krystyna.
Dziwne gry są na tym świecie,
Ktoś gra w klipę, ktoś bez atu,
Nawet w durnia gra dziennikarz,
Lecz nie zrzeka się mandatu…
(edytowane 26.03)
Aby zakończyć te zjazdowe i pozjazdowe wątki, z dziennikarskiego obowiązku, dodam, że za ten komentarz, rymowanki i całokształt zostałem ostro zaatakowany przez prezesa oddziału warszawskiego. No, cóż, jego zdaniem obrażam wszystkich przeciwników statutu i samą prezes Honorową tymi „wierszydłami” ( a pisałem, że rymowanką). Wolno mu. W końcu jest prezesem. Dodał prześmieszny wiersz Juliana Tuwima, który każdy mądrzejszy licealista dedykuje swoim adwersarzom. Ten o psie, mezaliansie i tym, co ten pies robi podmiotowi, którego lży koncertowo Poeta. Prezes OW SDP podparł się na koniec „roliczania mnie” słowami Tuwima a ja, ponieważ raczej piszę prozą, w odpowiedzi prezesowi oddziału stołecznego zacytowałem Ryszarda Kapuścińskiego. PONIŻEJ:
Miałam wielokrotnie okazję poznania się z Ernestem Bryllem, ale najbardziej zapamiętałam go z jednego ze spotkań w Opinogórze. Powiedział wtedy, że trwa zniewolenie narodowe, więc rola poety winna być podobna jak w epoce romantyzmu. – Poeci powinni wyczuwać pierwsi idące niebezpieczeństwo wynaradawiania, choć nie jest ono dziś tak widoczne jak za czasów rozbiorów kraju czy wojen, ale tym bardziej niebezpieczne. Niestety, wielu literatów odrzuciło w swojej twórczości podstawowe wartości, w tym narodowe, i bardziej kłania się obcym niż rodakom. Obecnie w Polsce kod narodowy jest niezbędny – przekonywał Bryll.
Spotkanie z Ernestem Bryllem w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze, prowadzone przez Teresę Kaczorowską, 24 września 2009 r. Fot. Kazimierz Kosmala
Było to 24 września 2009 r., kiedy Ernesta Brylla zaprosiliśmy jako gościa III Opinogórskiego Spotkania z Literaturą, które prowadziłam w Dworze Krasińskich Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Obecnie, kiedy 16 marca 2024 r., odszedł on od nas w wieku 89 lat, jego słowa są jeszcze bardziej aktualne.
Ernest Bryll wywodził się z Mazowsza – jak pisał: „takiego niemrawego, takiego zacnego”, gdzie zawsze jest nieszczęśliwie. Był jednak rodzinnej ziemi wierny i nazywał ją „ojczyzną-płaszczyzną” (w 1967 r. wydał nawet tomik Mazowsze). Urodził się 1 marca 1935 r. w Warszawie, a został chrzczony, jak zwierzył się w Opinogórze – Różanie, w powiecie makowskim. Dzieciństwo spędził w Komorowie Starym koło Ostrowi Mazowieckiej, a także w Gdyni, gdzie ukończył II Liceum Ogólnokształcące. Studiował już jednak w stolicy, w 1957 r. został absolwentem filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego; ukończył też Studium Filmowe WSF w Łodzi. Mieszkał w Warszawie (przez wiele lat także w Otwocku), wraz z żoną Małgorzatą Goraj, dwiema córkami oraz zwierzętami (psami i kotami).
Próbował swoich sił jako dziennikarz
W czasach akademickich Ernest Bryll próbował swoich sił jako dziennikarz w tygodniku „Po Prostu” (1955-1956). Z uwagi na przeszłość ojca w Armii Krajowej, nie mógł jednak pracować w dziennikarstwie, czego pragnął, stąd jego epizod zatrudnienia w porcie gdyńskim oraz w Stoczni im. Komuny Paryskiej. W latach 1957-1960 był jednym z redaktorów w piśmie literackim „Współczesność”. Jak wiadomo pismo to dało później nazwę całemu Pokoleniu Współczesności, czyli pisarzy urodzonych tuż przed II wojną światową, debiutujących po 1956 r., którzy zaczęli kształtować nową jakość polskiej literatury.
Już podczas studiów Ernest Bryll czytał swoje wiersze na studenckich wieczorach poetyckich i drukował na łamach pism młodzieżowych. Pierwszy tomik wierszy Ernesta Brylla, pt. Wigilie wariata, został opublikowany przez Iskry w rok po ukończeniu studiów – w 1958 r., drugi – Autoportret z bykiem – dwa lata później. Obydwa zbiory Bryll uznawał jednak za juwenilia, zaś za prawdziwy debiut, w którym udało mu się coś „własnym sposobem” powiedzieć, uważał tomy trzeci i czwarty: Twarz nie odsłonięta (1963) i Sztuka stosowana (1966). Bryll rzucił wtedy czytelników na kolana i wypowiedział się własnym, mocnym głosem. Od tamtej pory często wydawał swoje poetyckie książki, zdarzało się, że po dwa tomy w jednym roku. Pisał do końca swoich dni, w sumie jego dorobek poetycki liczy ponad 40 zbiorów.
Poezja Ernesta Brylla miała różne nurty – od antyromantycznej do neoromantycznej–wieszczej; od obywatelskiej po liryczną. Zawsze jednak, mimo iż miał w życiu okres lewicujący (w połowie lat 60. został członkiem PZPR, z partii tej wystąpił po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.), jego ulubionym tematem była Polska – a w niej chłopskość, mazowieckość – opisana przeważnie językiem mięsistym, dynamicznym, plastycznym i zmysłowym (stąd dla niektórych krytyków poezja Brylla jest plebejska). Zawsze była to też poezja – jak całe pisarstwo Brylla – niebanalna, emocjonalna, zaangażowana etycznie, politycznie i moralnie, obywatelska, edukacyjna, odważna, konkretna, poszukująca prawdy, stawiająca pytania o losy narodu i jego miejsca w świecie.
Twórczość Brylla bywała też kontrowersyjna – przez jednych był chwalony, obwoływany wieszczem, przez innych – jak pisze Halina Binkowska w Kanonadzie – spychany w gnojowisko. Bo Bryll nie należał do rzeczników tolerancji, był często apodyktyczny, wręcz napastliwy, gorzko ironizujący, wątpiący, krytykujący. Drażnił, wręcz rozwścieczał, choć z upływem lat złagodniał, stał się bardziej romantyczny. Zdaniem Brylla literatura nie istnieje jednak bez dydaktyki społecznej i narodowej. Zwłaszcza, że nasza polska literatura była zawsze edukacyjną, intelektualną i patriotyczną – a zarazem nie bałwochwalczą – bo łączyła zaangażowanie z krytycyzmem, bezkompromisowość w dyskusji o narodzie i współodpowiedzialność ze współwiną. I u Brylla – szczególnie dramaty – mają wyraz obywatelski, bo domaga się tego dramatyczna historia narodowa, tradycja literacka i nasza zawikłana współczesność. Napięte polskie dzieje każą bowiem ciągle zadawać pytania o los narodu, zmuszają do ciągłego dialogu ze społeczeństwem, co staje się – szczególnie dzisiaj, znowu! – pierwszym obowiązkiem pisarza.
Wiersze Brylla były powszechnie czytane, krytykowane (choć przeważnie pochlebnie), naśladowane – stanowiąc ważny składnik rozwoju kultury polskiej w przeciągu 60 minionych lat. Ryszard Matuszewski nazywał poezję Brylla obywatelską, Piotr Kuncewicz uważał, że cała jego twórczość ma „charakter obsesyjno-wariacyjny”, zaś Tadeusz Nyczek – że to poezja teatralna. Na pewno poezja Brylla przeżyła niejedną przygodę. Przygodę z dniem dzisiejszym, ze światem. z historią, z Polską, z własnym sumieniem, i z Bogiem. Jest to ogromny „zwał pracy”, wielka ryza zapisanego przez lata papieru przez pisarza, który zawsze miał odwagę i „Ładu świata szukał pod polskim niebem i w polskim czasie”[1].
Kod narodowy jest dziś niezbędny
Bryll jest znany głównie jako poeta, ale był on twórcą niezwykle wszechstronnym. Lubił próbować różnych odmian literatury, którą uważał za rzemiosło jak każde inne. Wyznał jednocześnie, że ma nadzieję, że choć trochę z jego „roboty stanie się rzemiosłem niezwykłym, czyli sztuką”. Poza poezją pisał powieści, nowele, dramaty, śpiewogry (oratoria, musicale), teksty piosenek, uprawiał publicystykę oraz krytykę (szczególnie filmową). Jednak kośćcem tego wszystkiego jest poezja, nawet dramat u Brylla – według Piotra Kuncewicza – jest „poezji przedłużeniem”. Sam Ernest Bryll też uważał poezję za najważniejszą w swoim pisarstwie i wierzył w siłę poetyckiego słowa. Twierdził, że poeta ma nawet prawo być zarozumiały, gdyż pisze najważniejsze słowo na świecie.
Podczas spotkania w Opinogórze powiedział – a przybyły tłumy, głównie młodzieży, nie tylko z płn. Mazowsza – że obecnie, kiedy ponownie trwa zniewolenie narodowe, rola poety powinna być podobna jak niegdyś w epoce romantyzmu. Poeci powinni wyczuwać pierwsi idące niebezpieczeństwo wynaradawiania, choć oczywiście nie jest ono tak jawnie widoczne jak za czasów rozbiorów kraju czy wojen, ale tym bardziej niebezpieczne. Niestety, wielu literatów odrzuciło w swojej twórczości podstawowe wartości, w tym narodowe, i bardziej kłania się obcym niż rodakom.
– W Polsce kod narodowy jest dziś niezbędny. O dziwo, nie uczy tego już polska szkoła, nie dba o to rząd, nawet w teatrach nie można obejrzeć Dziadów, Beniowskiego, ani innych podstawowych dzieł naszych romantyków. Mimo iż naród tego pragnie, nikt go jednak nie słucha. Ze społeczeństwem nie ma dyskusji, która była nawet w PRL-u – mówił Bryll, podkreślając, że Polacy zaczynają się wreszcie budzić, o czym świadczy rosnąca pamięć historyczna, czy choćby spontaniczne śpiewanie pieśni z czasów Powstania Warszawskiego. Nie wolno bowiem gubić ani przeszłości, ani teraźniejszości, gdyż obie silnie są z sobą splątane i wzajemnie się oświetlają. Historia jest częścią naszego „teraz” i naród musi o niej pamiętać, bo na równi ze współczesnością tworzy ona tożsamość narodową.
Nowele, powieści, dramaty, oratoria, musicale, sztuki telewizyjne
W drugiej połowie lat 60. zaczęły ukazywać się Brylla nowele i powieści: Studium (1963), Ciotka (1964), Gorzko, Gorzko (1965), Jałowiec (1965), Drugi niedzielny autobus (1969), Betlejem (1987); a także dramaty, oratoria, musicale i sztuki telewizyjne (w sumie ponad 30). Najbardziej znany dramat, a zarazem szczęśliwy debiut teatralny, który utorował mu drogę na sceny – to Rzecz Listopadowa (1968). Ten filozoficzno-moralny traktat o Polce i Polakach do 1973 r. był grany w kilkunastu teatrach. Inne dramaty to: Kurdesz (1968) – ukazujący symboliczny polski kocioł dziejów; Kto ty jesteś (1970) – oratorium-dramat o polskiej historii i teraźniejszości.
Następne sztuki Brylla nie są już tak dyskursywno-obywatelskie – to raczej dramaty stylizacyjne, zbudowane na zasadzie kamuflażu, wieloznaczności i maskarady, farsy ludowe, np. Życie jawą (1972), Doświadczyński (1977), gdzie szyderczo maluje obraz bezmyślnej zbiorowej uległości; Słowik (1977) – bajka przedstawiająca zastraszone społeczeństwo, brak sprawiedliwości i tolerancji, zafałszowaną przez politykę rzeczywistość; Ballada łomżyńska (1977) – sztuka apoteoza o najbardziej podstawowych prawdach i wartościach; Kolęda-Nocka (1980 – znany musical Brylla do muzyki Wojciecha Trzcińskiego ukazuje klimat lat 1970-80, protest przeciw fałszowi (zdobył złotą płytę). Kolęda-Nocka kończy Bryllowy dyskurs teatralny, prowokacyjny, nasycony pasją i lamentem o Polsce i Polakach. Inne, w których pisarz uciekł już raczej w krainę emigracji wewnętrznej i zabawy, to m.in. znane: Po górach po chmurach (1969); Na szkle malowane (1970, ponad 600 spektakli w 1973 r. i pół mln widzów); Wieczernik (1984), Wołał nas Pan (1999) i wiele innych. Również znaczna część wierszy to miniatury dramatyczne, np. utwór Cham.
I jako dramaturg Bryll miał rzadkie szczęście. Jego sztuki były kochane przez teatry i widownię, stawały się szlagierami, wręcz zaistniał w Polsce specyficzny autorski Teatr Brylla. Były szeroko recenzowane i komentowane, podobnie zresztą jak cała twórczość Brylla, bo liczne jego tomy poezji to też bestsellery.
Autor tekstów piosenek, tłumacz
Jak wspomniałam, Ernest Bryll jest też autorem tekstów piosenek. Pisał je od roku 1965, najważniejsze z nich to: Góry, chmury, doliny;Hej, baby, baby; Hej, kurniawa, kolęda;Kolinajka; Kołysanka matki, Miłości mojej mówię do widzenia; Na sianie; Nie zmogła go kula, Po górach, po chmurach; Psalm stojących w kolejce; Wołaniem wołam cię; Peggy Brown; Wszystkie koty w nocy czarne; A te skrzydła połamane. Wiele z nich wykonywały znane zespoły jak: Dwa Plus Jeden, Partita, Myslovitz, Skaldowie oraz wokaliści: Stan Borys, Zofia i Zbigniew Framerowie, Halina Frąckowiak, Marek Grechuta, Jerzy Grunwald, Teresa Haremza, Edward Hulewicz, Halina Kunicka, Bernard Ładysz, Czesław Niemen, Daniel Olbrychski, Jerzy Połomski, Krystyna Prońko, Łucja Prus, Danuta Rinn, Maryla Rodowicz, Urszula Sipińska.
Wiele tekstów Ernest Bryll napisał do muzyki Katarzyny Gaertner (np. Na szkle malowane). W roku 1968 wraz z Markiem Sartem założyli zespół Drumlersi. Sart pisał dla niego muzykę, a Bryll teksty. Współpracował też z takimi kompozytorami, jak Antoni Kopff, Włodzimierz Korcz, Janusz Kruk, Czesław Niemen, Andrzej Zieliński.
Ponadto Ernest Bryll był tłumaczem: z języka irlandzkiego, czeskiego, jidish.
W telewizji i w dyplomacji
Bryll znany był również z TVP. Przez wiele lat był krytykiem filmowym, pracował jako kierownik literacki teatru TVP (1963-1967), jako szef lub kierownik literacki kilku zespołów filmowych (np. Kamera, Silesia, Oko), autor audycji telewizyjnych i radiowych nt. kultury. Był też kierownikiem literackim Teatru Polskiego w Warszawie (1970-1974), w latach 1995-1998 doradcą literackim TVP 2, konsultantem Telewizji Puls–Niepokalanów (2003-2006). Próbował też sił jako wykładowca, m.in. na wydziale filmu Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (1978-1979) oraz na uniwersytetach amerykańskich (m.in. Sunny University, Albany USA).
Oprócz działalności na niwie literatury i mediów, Ernest Bryll był dyrektorem Polskiego Instytutu Kultury w Londynie (1974-1978) i pierwszym w stosunkach polsko-irlandzkich ambasadorem RP w Republice Irlandii (1991-1995). W czasie spotkania w Opinogórze nawiązywał niejednokrotnie do Irlandczyków, którzy „tak mocno cenią to co swoje i własne, że nawet ich angielski jest irlandzki, tylko dla nich zrozumiały”. Na pytanie: jak to się działo, że w Polsce Ludowej nie dał się zastraszyć, skrępować swojej wyobraźni, ani władzy kupić – umiejąc jednocześnie w niej funkcjonować, nie gardząc zaszczytami (praca w TVP, zespołach filmowych, Londynie czy Irlandii) – Bryll odpowiedział, że nie było łatwo. Władza ludowa ceniła jednak artystów, wręcz się im podlizywała, stąd do wielu kwestii udawało się ją przekonać oraz starcie pomiędzy polityką i sztuką, konformizmem i niezależnością, nie raz wygrać, w przeciwieństwie do obecnych czasów, kiedy liczy się głównie pieniądz. Zapewne dlatego Bryll nie stał się zniewolonym, smutnym słowikiem, jak w swojej sztuce i śpiewał cała czas…
Być może pomogła mu, jak pisał Andrzej Nowak, „chłopska przebiegłość, ograniczone zaufanie, co wyraził w wierszu Przesłanie drugie o przyjaźni, w tomie pt. Autoportret z bykiem z 1960 r.): „Zaufaj tylko drzewu/ drzewo/ aż do pęknięcia słojów/ zachowa ci przyjaźń”. A może w tej nauce „wytrzymania” w PRL-u jednymi z recept Brylla były słowa z innych jego wierszy: „Masz się nauczyć milczenia – to znaczy dobrej gadatliwości” (***, Sztuka stosowana, 1966), czy: „Mieć sztukę umykania. Żeby nie jak szarak/ gnać wywalając ślepia – jakby jeszcze oczy/ były od nas strachliwsze… /Tyle się postarać … /jak konie wiedzieć – galop to nie hańba/ jak konie umieć wyczekać w gromadzie i zrzucić szybko ziemie z kopyt” (***, Sztuka stosowana, 1966).
Żegnany owacjami
Za bogatą twórczość i działalność Ernest Bryll otrzymał wiele nagród i odznaczeń, m.in. Nagrodę im. W. Broniewskiego w dziedzinie poezji (1964), Nagrody Ministerstwa Kultury i Sztuki (1965, 1973), Nagrodę im. S. Piętaka (1968), Order Irlandzkiego Rodu Królewskiego O’Conor (Irlandia 1995), Medal Daniela Gabriela Richarda za krzewienie rozwoju ludowej kultury Słowacji, Początek formularzaNagrodę im. Norwida 2008 (2009), Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2010), Nagrodę Literacką m.st. Warszawy w kategorii „Warszawski Twórca” (2018), Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości (2023).
Należał m.in. do PEN Clubu (polskiego i irlandzkiego), SPP, ZAIKS-u, ZAKR-u. Od 2012 r. był pracownikiem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (w latach 2012–2018, kierownikiem Działu Literackiego PISF).
Pamiętam, że poetę o tak ogromnym dorobku, żegnano w romantycznej Opinogórze owacjami na stojąco. Spotkanie to trwało dwie godziny, bo długo jeszcze rozmawiał, żartował i podpisywał swoją najnowszą wówczas poetycką książkę Chrabąszcze (2009).
Ernest Bryll był – i mam nadzieję będzie – ceniony i popularny, gdyż przeszedł własną, niezależną i niepowtarzalną drogę twórcza. Był człowiekiem instytucją, Panem Ambasadorem (tytuł ten przysługuje do końca życia), a także ambasadorem polskiego kodu narodowego (ten tytuł pozostanie mu na zawsze).
[1] Sława Bardijewska, Ernest Bryll – prawdy dramatu poetyckiego w: Własna przestrzeń, PIW, Warszawa 1987, s. 79-110.
“Gazeta Wyborcza” ogłosiła, że Krzysztof Stanowski to seksista. Trochę się z tego pośmialiśmy. Pewien klasyk mawiał, że kłamstwo ma na celu stworzenie pozorów prawdy. Tu wydawałoby się, że wyszło średnio. Wydawałoby się.
Jeden z dowodów na seksizm Stanowskiego to fakt, że z oburzeniem zacytował faktycznie dość zbereźno-knajacką wypowiedź Janusza Wójcika. Zmarły 7 lat temu trener, a nawet były poseł Wójcik, jaki był, wszyscy wiedzą. Stanowski go wyszydził, a “Wyborcza” przypisała mu słowa Wójcika. Równie dobrze można wszystkim historykom drugiej wojny światowej przypisać zwierzęcy antysemityzm, bo opisują niemiecki i austriacki nazim.
Koronnym jednak dowodem i największą zbrodnią Stanowskiego jest to, że niezbyt ładnie określił dziennikarkę, która była jedną z czołowych specjalistek od j…a, wyp..a i innych czynności seksualnych przeniesionych do życia publicznego. Z kolei dziennik, który to ujawnił ma na koncie dość już cykliczne afery z jakimiś molestowaniami, a ostatnio jeden z dżentelmenów tam pracujących radził sobie z depresją i stanami lękowymi robiąc sobie dobrze przy koleżankach. Hipokryzja “Wyborczej” trochę narobiła jak zawsze hałasu, ale nie zdziwiła już specjalnie. Wiadomo, zwalczają każdego, kto ma inne poglądy, nawet Stanowskiego, który przecież – uczciwie mówiąc – zachowuje się jak na ideologicznym polu minowym i staje na głowie by bynajmniej nie wyjść na prawaka, czy – tym bardziej – pisowca.
Sprawa ma jednak, jak to sprawy często mają, inny wymiar i jest on czysto materialny. Rozmawiałem – już jakiś czas temu, jak tylko “Wyborcza” zaczęła grzać „aferę” Stanowskiego – ze znajomym z branży PR-owskiej. Klient chciał zostawić trochę pieniędzy w Kanale Zero, ale się rozmyślił. “Wyborcza” ogłosiła, że Stanowski to seksista, a seksizm jest niezgodny, podobnie jak rasizm, antysemityzm i inne wstrętne rzeczy z kodeksem firmy. Telewizja “Republika” może mieć przynajmniej ten komfort, że w niej panowie Jan Pietrzak czy Marek Król mogli sobie poszaleć do woli za nieswoje, do czasu kiedy ogłoszono całą telewizję gniazdem nazizmu i obdzwoniono wszystkich możliwych reklamodawców, szantażując ich de facto, tym, że ich firmy będą gnojone w mediach prorządowych, jeśli nie wycofają reklam z jedynej większej telewizji sprzyjającej opozycji.
W przypadku Stanowskiego, to co powiedział o Madame Michalik, ani kto jest jego reklamodawcą, nie ma znaczenia. Gdyby nie te fakty, to najwyżej coś by się wymyśliło, jak to nieraz bywało w ciągu ostatnich lat w “Gazecie”. Ja na przykład od pani Kublik dowiedziałem się swojego czasu, że byłem jakimś internetowym gangsterem. Trochę przepisała za innym mitomanem – Wojciechem Cieślą, trochę zmyśliła. Chodzimy sobie w tej sprawie czasem do sądu.
Oczywiście cała sprawa Kanału Zero ma także podłoże ideologiczne. Problemem Stanowskiego jest to, że wyrósł za duży, w dodatku pakuje się z buciorami w “gazetowyborczą” bańkę medialną. Miesza w głowie nieszczęśnikom Mellerem i Raczkiem, a potem zaprasza Pereirę i pozwala mu cokolwiek powiedzieć, To niedopuszczalne. Tak nie powinno wyglądać dziennikarstwo. Człowiek sformatowany przez Czerską i Wiertniczą nie powinien doświadczać zakłóceń w odbiorze. Stąd starania pana uzurpatora z Woronicza i jego wszystkich Czyży by teraz było tam tak jak wszędzie indziej, a wszystkie media miłowały tę samą partię.
Ale naprawdę nie samą ideologią człowiek żyje. Pamiętam historię, którą opowiadali mi znajomi z warszawskiego ratusza, z czasów jeszcze kiedy rządziła Hanna Gronkiewicz-Waltz, a lokalne wydawnictwo varsavianistyczne zwróciło się do działu kultury o małą dotację. Dostali, ale zaraz potem “Wyborcza” zrobiła aferę, że nie skonsultowano tego z nimi, a oni mają “Gazetę Stołeczną” i tak dalej. Tak to polityczna poprawność dzielnie idzie w służbie pieniądza. Nie wiem, czy w ogóle w niej w gruncie rzeczy o to nie chodzi. Od samego początku.
W naszych czasach łatwo o konstatację, że żyjemy we śnie pijanego idioty. Stałe świata, który znaliśmy są kwestionowane, a układ nowych jest wręcz wewnętrznie sprzeczny i nielogiczny.
Jednym z nośników nowego „bezładu” wydaje się być młodzież. To młodych ludzi widzimy jako niszczących dzieła sztuki, przyklejających się do asfaltu, entuzjastycznie się kastrujących, to oni są najczęściej bezpośrednimi wykonawcami wyroków szalejącej na Zachodzie „rewolucji”. I to ich łatwo postrzegać jako jej istotę.
Automaty ze światopoglądami
Wydaje mi się jednak, że to wniosek zbyt łatwy. Ich postawy są w istocie konsekwencją tego co my jako „dorośli” zrobiliśmy. A właściwie tego, czego nie zrobiliśmy. A zapędzeni w świecie swoich ambicji, szybkiego rozwoju, sukcesu, zapomnieliśmy ich wychować. Cóż zatem dziwnego w tym, że pozbawieni naturalnych wzorców, zwrócili się ku tym, którzy pod naszą nieobecność ich „wychowali”? Grubych misiów tego świata, którzy porozstawiali kolorowe automaty z gotowymi „światopoglądami” opakowanymi w kolorowe papierki. Tych, którzy pod naszą nieobecność dali młodzieży to, czego przecież każda młodzież od początku ludzkości poszukuje. Buntu, lub w tym przypadku raczej pozoru buntu.
Kwestionowanie zastanych autorytetów jest naturalnym elementem procesu rozwoju. Metodą samookreślenia, w którą wpisane są poszukiwania i eksperymenty, ale również błędy i pogubienie. Przyjmuje różne formy, które w procesie doroślenia ulegają weryfikacji, ale pozostawiają umiejętność samodzielnego określenia punktów widzenia. Pod warunkiem wszakże, że jest procesem naturalnym.
Tymczasem wobec naszej wychowawczej abdykacji procesem naturalnym być przestało. Mający głęboko złe intencje inżynierowie społeczni zbudowali świat, w którym synowie milicjantów, swego czas odrzucani jako nieautentyczni przez publiczność Jarocina, zostają kapłanami rzekomego „buntu”, a najwyższą formą „kontestacji” wydaje się płynięcie w nurcie uregulowanym potężnymi pieniędzmi obrzydliwie bogatych i wyzutych z wszelkiego dobra koncernów. Komuś kto patrzy na to z boku nie mieści się w głowie jak „kontestacją” może być przymusowa unifikacja pod karą wykluczenia. A jednak takie, dość powszechne, wrażenie udało się uzyskać.
To nie wina młodzieży
Nie, to nie młodzież jest tu winna. Młodzież jest tutaj ofiarą eksperymentu, który się na niej przeprowadza przy użyciu niewyobrażalnych środków. Także naszej indolencji i naszej abdykacji z roli jej „wychowawców”. Tak więc poczucie wyższości wydaje mi się tutaj nie na miejscu, choć przyznaję, że i mnie się często udziela.
Prawdziwymi winnymi są tutaj inżynierowie społeczni robiący dzieciakom wodę z mózgu, choć i ta świadomość nie powinna nas zwalniać z obowiązku szukania winy w sobie. Jak również, a może przede wszystkim działania, tak aby pokolenie obecnej młodzieży, nie stało się rzeczywiście ostatnim pokoleniem świadomym swojej ludzkiej odrębności i suwerenności.