Lulu i inne przypadki, czyli: nie rób ze mnie bazyliszka – Hubert grzecznie prosi Zbyszka

Kochany Zbyszku, szefie oddziału stołecznego,

to, że nie rozumiesz przesłania mojego tekstu z 20 marca 2024 r. „Duży zjazd, czyli szarpanie kworum i rzucanie mandatu” nie jest niczym wstydliwym. Wiele osób pojęło jednak, o co chodzi, toteż troszkę Ci się dziwię. No, ale rano w sobotę 16 marca musiałeś być zmęczony. Tyle zniosłeś przecież, aby zdążyć na obrady z Warszawy do Kazimierza.

Dziwi fakt, że moim skromnym nazwiskiem – za które całkiem niedawno zginęło w Łodzi kilka osób – opatrujesz tytuł tekstu (dzięki, że nie pomyliłeś nazwiska, bo trudne), który jest Twoim – a może nie Twoim, bo Ty piszesz dużo, dużo lepiej – zdaniem na temat mojego poczucia humoru. Trudno, co zrobić. Twojego żartu nie ocenię, bo to piekielne trudne. Semantycznie i logicznie.

Robisz ze mnie potwora i głupka – wolno Ci. Próbujesz mnie ośmieszyć – także Ci wolno, przypisujesz mi szkalowanie naszych członków – również możesz, ale że zarzynasz puentę dowcipu – tego nikt Ci nie wybaczy!

Zbigniewie,

mieszkam w Łodzi, mieście – jak wiesz  – położonym na bagnach i moczarach, toteż czasem może mnie zaduch męczyć. Nie jestem – jak Ty – wielkim autorem i wybitną osobą dziennikarską, z tego powodu mogę sobie pozwolić na rzemiosło, nie na artyzm, który Ty kierujesz na swoją karierę.  Powtarzam, moje słowa do Ciebie mają sens tylko wtedy, kiedy to Ty pisałeś o moim komentarzu, bo wydaje mi się, że tak złej polemiki Ty nie napisałbyś nawet w stanie, który Jan Himilsbach określał mianem „bajkowego”.

Zatem, zamiast dowodzić, że to wszystko, co napisałeś to bzdura, ja piszę: moim zdaniem to bzdura – jeśli, zastrzegam, to Ty pisałeś, bo przy Twojej wrażliwości wątpię, ze tak wrażliwy człowiek mógł coś podobnego wymyślić. No cóż, inaczej niż Tobie lub Twemu literackiemu sobowtórowi, wielu osobom się podobało, a przecież o gustach się nie dyskutuje.

Zbyszku,

nie jesteś w stanie mnie obrazić, dlatego, że nie masz takiej siły i właściwości! Tuwim zresztą nie mógł pisać o mnie, nie tylko dlatego, że mnie nie znał. Zaś ja – cytując Ryszarda Kapuścińskiego – mniemam, że pisarz często krytykował takich osobników, jak ta kreatura korzystająca z Twojego nazwiska pod szkalującym mnie, nieskutecznie zresztą, tekstem:

„To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łóżku cesarskim. W czasie różnych ceremonii uciekał cesarzowi z kolan i siusiał dygnitarzom na buty”

Ryszard Kapuściński „Cesarz”

Nowy statut to nie żadna rewolucja: Komentarz JOLANTY HAJDASZ po zjeździe SDP

Nie siłowe przejęcie mediów publicznych przez polityków, nie postawienie w stan likwidacji Polskiego Radia, Telewizji Polskiej, 17 rozgłośni regionalnych Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej, nie brutalne rozpoczęcie likwidacji Telewizji Biełsat i pozbawianie pracy setek dziennikarzy, lecz zmiany w statucie Stowarzyszenia stały się w relacjach Oddziału Warszawskiego SDP najbardziej istotnym elementem Nadzwyczajnego Zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Wyjątkowo emocjonalny ton tych relacji oraz to, iż jedną z nich (wyjątkowo złośliwie)  napisała osobiście honorowa prezes SDP red. Krystyna Mokrosińska sprawiły, iż czuję się w obowiązku ostudzić choć trochę rozgrzane głowy i przypomnieć fakty dotyczące i zjazdu, i konkretnych, nowych zapisów w Statucie naszego Stowarzyszenia. 

Wbrew temu co pisze była prezes oraz jej zaledwie kilku kolegów z Oddziału Warszawskiego, nowy statut nie jest żadną stowarzyszeniową rewolucją, a nawet po jego rejestracji w KRS-ie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich będzie prowadziło działalność statutową i gospodarczą tak jak do tej pory. Mam tylko nadzieję, że będziemy jeszcze bardziej profesjonalni i skuteczni. Ale po kolei.

 Skąd idea nowego statutu SDP?  

 Zacznijmy od genezy Zjazdu. Jest nią uchwała Zjazdu Poprzedniego, z 2021 r., w czasie którego delegaci zobowiązali nowo wybrany Zarząd Główny SDP do zorganizowania w tej konkretnej kadencji Zjazdu Statutowego. Powołali nawet w tym celu specjalne gremium – Komisję Statutową, która w imieniu wszystkich miała zająć się opracowaniem nowego statutu. Ten dotychczasowy z 2012 r. miał kilka zapisów niezgodnych z obowiązującym Prawem o Stowarzyszeniach (Ustawa z dnia 25 września 2015 r. o zmianie ustawy – Prawo o stowarzyszeniach oraz niektórych innych ustaw) oraz takich, które wydawały się wielu z nas przestarzałe. Jednym z takich przepisów była np. konieczność wybierania aż dziewięcioosobowego Naczelnego Sądu Dziennikarskiego oraz dziennikarskich sądów we wszystkich oddziałach SDP, choć w ostatnich latach nikt nie kierował do nich praktycznie żadnych spraw, a one same również nie wykazywały się inicjatywą. W załączniku nr 1 do niniejszego tekstu jest fragment protokołu Zjazdu SDP z 2021 r. mówiący o konieczności zorganizowania Zjazdu Statutowego i powołania Komisji Zjazdowej.

Jaki był skład Komisji Statutowej i dlaczego obradowała ponad półtora roku?

Zjazd z 2021 r. powołał Komisję Statutową w dość szerokim składzie – weszli do niej wszyscy członkowie Zarządu Głównego oraz po jednym przedstawicielu każdego oddziału SDP. W toku prac tej komisji do jej składu zaprosiliśmy jeszcze przedstawiciela Głównej Komisji Rewizyjnej oraz i Rzecznika Dyscyplinarnego SDP oraz Honorową Prezes SDP.  Komisja obradowała regularnie od 2 grudnia 2021 r. do 25 lipca 2023 r.  odbywając swoje posiedzenia zawsze w trybie zdalnym, co wszystkim odpowiadało. Spotkań było co najmniej kilkanaście, prace posuwały się wolno, bo dokument jest dość obszerny, posiedzenia były dość długie i żmudne, bo omawialiśmy systematycznie każdy rozdział Statutu. Nierzadko toczyły się przy tym długie i ostre dyskusje, ale wszyscy się zgodziliśmy, że efektem naszej pracy będzie jeden dokument – wypracowany przez nas projekt nowego Statutu SDP. Na swoim ostatnim posiedzeniu Komisja Statutowa przegłosowała więc w całości wypracowany w toku swoich prac projekt i uchwaliła, iż rekomenduje go Zjazdowi Delegatów do przegłosowania. Niestety nie uczestniczył w tym ostatnim posiedzeniu  (i kilku poprzednich) delegat z Poznania i jednocześnie dotychczasowy szef Sądu Dziennikarskiego, co stało się potem przyczyną wielu jego wystąpień przeciwko dokumentowi, „którego nie miał okazji zatwierdzić”. Inni członkowie Komisji tych wątpliwości nie mieli i nie zgłaszali.

Dlaczego Komisja Statutowa obradowała bez przedstawiciela Oddziału Warszawskiego i bez Prezes Honorowej SDP?

Odpowiedź jest prosta – sami z tej pracy zrezygnowali. Mimo wysyłanych zaproszeń, na które odpowiedzią było milczenie. Z nieznanych nikomu przyczyn w pracach Komisji Statutowej postanowił nie uczestniczyć Prezes Oddziału Warszawskiego SDP. Ale… Wypada wspomnieć, bo to w tej sprawie ważne, w wpracach komisji wzięła udział przedstawicielka Zarządu Głównego Sonia Kwaśny, co prawda mieszkającą i pracującą na Śląsku, ale z oddziału warszawskiego.  Dzięki niej wszyscy w OW mogli dowiedzieć się o pracy komisji. Czy wiedzieli? Jestem pewna, że  Sonia przekazywała te informacje członkom oddziału. A dlaczego prezes o tym nie wiedział, to już pozostanie jego tajemnicą. Również Prezes Honorowa SDP zlekceważyła taką wspólną pracę i nie pojawiła się na żadnym spotkaniu – ani zdalnie ani  osobiście. Potem mgliście tłumaczyła, że „ma taki styl pracy”, bo tego że w komisji była nie negowała. Może dlatego jest dla niej takim wielkim zaskoczeniem zgoda większości delegatów, którzy na Zjeździe zrobili wszystko, by praca ogromnej grupy zaangażowanych obecnie w rzeczywistą działalność w Stowarzyszeniu nie poszła na marne i by udało się uporządkować tę naszą stowarzyszeniową konstytucję oraz ją przegłosować. Ciągle nie mogę wyjść z osłupienia…… Kilkanaście zjazdów SDP przeżyłam, ale to co zdarzyło się 16 marca 2024 r. na zjeździe w Kazimierzu przekroczyło moją wyobraźnię – opisuje dzisiaj Prezes Krystyna Mokrosińska zdziwiona, że tak niewiele osób działających dziś w Stowarzyszeniu podziela jej oceny i uwagi do tego nowego Statutu wypracowanego wspólnie przez grupę dwudziestu kilku osób. To naprawdę nic dziwnego, że ci, których każdy z nas reprezentował w tej komisji, zagłosowali później za przyjęciem tego dokumentu i że nie dopuścili do tego, by się okazało, że przyjechaliśmy do Kazimierza daremnie. Mimo usilnych działań małej grupy osób z Warszawy, które koniecznie chciały – jak to nazwały – zerwać Zjazd. Swoje uwagi do Statutu Oddział Warszawski przesłał w ostatniej chwili przed Zjazdem, kilka miesięcy po zakończeniu prac Komisji Statutowej.

 Co się stało z projektem statutu Oddziału Warszawskiego?

 Faktycznie, tak jak pisze prezes Mokrosińska, został on „uwalony” tzn. nie doszło do jego osobnego procedowania. Prawda jest bolesna – ten tekst nie wzbudził specjalnego zainteresowania nikogo, poza jego autorami. Nie było jak go omawiać, bo po pierwsze wpłynął zbyt późno, by mogła się odnieść do niego Komisja zajmująca się opracowaniem nowego projektu Statutu. Został więc dołączony do materiałów Zjazdowych jako osobny, ale nikt z delegatów nie upomniał się o dyskutowanie na nowo, tego, co zostało wypracowane PRZED ZJAZDEM. Nic odkrywczego zresztą w tym projekcie nie było – poza utrzymaniem w dotychczasowym kształcie nieszczęsnego Sądu Dziennikarskiego, który ma już naprawdę znaczenie historyczne i coraz bardziej marginalne. I jeszcze poza nowatorską myślą, by z władz stowarzyszenia wykluczyć „właścicieli czy udziałowców prywatnych spółek medialnych” , co z działalności stowarzyszeniowej wyklucza każdego dziennikarza, który odnosi zawodowy sukces i np. rozkręca swoją firmę, albo tych, którzy prowadzą działalność gospodarczą, bo też są „właścicielami” ….  Mówiąc wprost – młodsi uczestnicy Zjazdu pukali się w czoło, o co tym ludziom z Warszawy chodzi. Sprawa była zresztą przedmiotem osobnej dyskusji na Komisji Statutowej w zimie czy wiosną ubiegłego roku. Nie było sensu powtarzać tamtej dyskusji. I jeszcze sprawa możliwości wynagradzania członków władz Stowarzyszenia za wykonywaną pracę, co tak zbulwersowało byłą Prezes, że potem w proteście oddała swój mandat delegata. Faktycznie, jest to wyjątkowo bulwersująca sprawa, że komuś mamy płacić za wykonywaną pracę, a jest ona niemała, bo przecież SDP to duża firma, której suma bilansowa to 8-9 milionów zł, a majątek w postaci dzierżawionych nieruchomości też jest niemały. I ten kto za to odpowiada, ma się tym wszystkim zajmować w miejsce swojej pracy zawodowej nie pobierając za to wynagrodzenia choć już od 2015 r. przepisy na to pozwalają? Dziwię się, że starszych kolegów z Oddziału Warszawskiego nie bulwersuje choćby to, że SDP zatrudnia dziś co najmniej kilkanaście osób na etatach, ale nie ma w tym gronie żadnych dziennikarzy, bo oni pracują społecznie i „statut im zabrania zarabiać” mimo iż nadzorują jak w każdej firmie pracę tych osób na etatach. Krystyna Mokrosińska odwołuje się do swojej tylko społecznej pracy w Stowarzyszeniu, nie zauważa jednak, że czasy się zmieniły, a gloryfikowana przez nią „praca społeczna” ma zresztą także swoje ciemne strony – pani Krystyna nie chce opowiadać o tym, do jakich nadużyć finansowych doszło w czasie, gdy była Prezesem i o tym, że zmuszona była składać doniesienia do prokuratury przeciwko swoim obrotnym współpracownikom. Naprawdę lepiej w sprawach finansowych działać transparentnie i szanować zasadę, że ludzie mają prawo oczekiwać wynagrodzenia za swoją pracę. Delegaci na Zjazd przegłosowali ten punkt bez problemu.

 Czy na Zjeździe było quorum i po co ono było potrzebne?

To zasadnicze pytanie dotyczące tego Zjazdu – każdy inny, np. wyborczy funkcjonuje w tzw. II terminie, w którym obraduje ta liczba delegatów, która stawiła się na Zjeździe  i oni są władni podejmować uchwały. Ale na Zjeździe Statutowym jest inaczej – by uchwalić Statut potrzebna jest obecność ½  wszystkich delegatów i co najmniej 2/3 z nich musi zagłosować za przyjęciem Statutu. Na dziś mamy w SDP 155 delegatów, połowa z nich to 78 osób. Przed zjazdem potwierdziły udział 93 osoby, ale rano 16 marca zarejestrowało się nas jedynie 73 … Dramat, reszta w pracy lub w innych obowiązkach. Ale gdy tylko usłyszeli (jak dobrze, że istnieją telefony komórkowe), co się dzieje, ruszyli do Kazimierza, by wziąć udział w Zjeździe. Przed kluczowym głosowaniem było nas już 80. Do przegłosowania Statutu potrzebne było 53 głosy, a za jego przyjęciem było osób 59. Statut przeszedł bez problemu, mimo iż część delegatów z Oddziału Warszawskiego ostentacyjnie nie głosowała. Nie wzięli jednak tego pod uwagę, że system nie wylogowuje nikogo w czasie głosowania, ich spóźniony bojkot nie miał już więc żadnego znaczenia. Trochę techniki i takie złośliwe ludzkie manipulacje stają się bezprzedmiotowe.

 Jakie wnioski?

Oczywiście nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, czy KRS zarejestruje nasz nowy statut i jak długo to potrwa.  Zaniepokojonych tym, że honorowa Prezes w proteście przeciwko jego uchwaleniu „złożyła mandat” pragnę uspokoić, iż nie będzie to miało żadnych konsekwencji, bo ten mandal wygasał sam z siebie i bez straty dla nikogo każdy mógł wykonać taki gest, bo nigdy więcej te mandaty nie będą potrzebne . Po prostu na kolejny Zjazd SDP musimy już wybrać nowych delegatów. Wśród nich może się znaleźć także Prezes Krystyna, jeśli tylko zejdzie na ziemię i zacznie znowu reprezentować pracujących w zawodzie dziennikarzy, to ją pewnie wybiorą.  I jeszcze jedno – wulgaryzmy, jakie cytował Zbigniew Rytel pod adresem sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta na swoim portalu nie zasługują na żaden komentarz. Koleżankom i kolegom z Oddziału Warszawskiego proponuję zamiast takich językowych złośliwości zwyczajną pracę w Stowarzyszeniu w interesie  i z pożytkiem dla nas wszystkich.  Na pewno warto, choć mimo zapisów w nowym statucie nie można obiecać, iż każdemu się to opłaci.

Jolanta Hajdasz

                                                 wiceprezes SDP                                               

                                                                                                                                               

                                                                                                                                            23 marca 2024 r.

O niszczącej sile sieci pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Upadek domu Schreiberów

Tytuł jest ironiczny, ale sytuacja wcale nie jest taka zabawna. Uważam, że zbyt lekko traktuje się rozwody w naszych coraz bardziej absurdalnych czasach. Oto ciążę uważa się za śmiertelną chorobę, a rozwód jest porównywany do sprzedaży samochodu albo wyrzucenia choinki po świętach.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, jak jest naprawdę, mam propozycję. Spytajcie jakiegokolwiek terapeutę czy psychologa, ale nie takiego, który jest zawłaszczony przez ideologię, lecz po prostu doświadczonego specjalistę, który bardziej skupia się na zdrowiu psychicznym swoich pacjentów. Czy bardziej na kobiecie odbija się urodzenie „nieplanowanego” dziecka, czy rozpad rodziny w dzieciństwie?

Nie znam za bardzo państwa Schreiberów. Kilka razy rozmawiałem z nim i wydawał mi się sympatycznym, bystrym i, jak na polityka, nienadętym gościem. Kilka razy miałem też jakieś wymiany z panią Marianną w Internecie — zawsze bardzo miłe. Nie wszystkie rzeczy, które robi, wydają się straszne, a jej udział w terytorialsach wręcz chwalebny. Oczywiście, MMA to inna kategoria, którą zostawmy na boku — to element patologii, o niej niżej. Zazwyczaj nie wnikam w życie prywatne innych ludzi. Jeśli się rozwodzą, jest milion powodów i tylko oni je znają. Jednak uderzyło mnie coś zupełnie innego. Z komunikatów, które wysyłają obie strony, a robią to na tyle głośno, że trudno ich nie usłyszeć, wynika, iż ich związek prawdopodobnie przetrwałby, gdyby nie dzisiejsze media społecznościowe, a właściwie ich charakter.

Zgodnie z obowiązującą modą pani Marianna wylała wszystkie swoje troski, rozterki emocjonalne, i raczej autentyczny ból, na X (Twitterze), częściowo dzieląc się nimi z innymi influenserkami związanymi ze środowiskiem Clout MMA. Z kolei on udzielił kilku wywiadów. Im więcej tych wypowiedzi, tym silniejsze emocje, a każda ze stron czuje się zobowiązana do odpowiedzi drugiej, przy czym pani Marianna od czasu do czasu narzeka na hejt i niezdrową ciekawość odbiorcy, nieustannie ją podsycając. Wątpię, by w tym wszystkim była jeszcze metoda, nawet jeśli przynosi to zasięgi, a z nich i czasem grosz. To kompletna zagubienie.

Przypadek pani (jeszcze) Schreiber i jej rodziny pokazuje to, co dotyczy całej rzeszy ludzi. Śmiem twierdzić, że w jakimś stopniu dotyczy to całego społeczeństwa. Nawet tych, którzy starają się przed tym zabezpieczyć, bo po pierwsze muszą się ciągle zabezpieczać, po drugie — i tak nie mają kontroli nad tym, co robią inni. Największym problemem w tym wszystkim jest ekshibicjonizm. I nie chodzi mi wcale o „nudesy”, onlyfansy czy pokazywanie tego, czy owego przez gwiazdki. Mam wrażenie, że to pół biedy, zresztą jako dziecko przełomu lat 80. i 90., kiedy zachodnia kultura, także ze swoimi mankamentami, wkraczała do Polski, nie będę znowu udawał, że jestem świętszy niż jestem. Problem jest dużo poważniejszy.

To obowiązkowy ekshibicjonizm emocjonalny. Udawanie emocji, przerysowywanie, obnoszenie się z nimi. Płaczące instagramerki, nadwrażliwi mężczyźni, przewrażliwione do bólu dzieci. To dzieło dzisiejszych mediów społecznościowych, które płynnie wchłonął świat mediów profesjonalnych czy polityki. Mogliśmy się śmiać z obecnego marszałka Hołowni, który płakał nad konstytucją. Tyle że to było właśnie cyniczne, cwane wykorzystywanie i wzmacnianie tych procesów. Nowy elektorat przeżywał jego płacz razem z nim. Mogliśmy się śmiać z kobiety, która sprzeciwiała się Łukaszence, drąc się na ulicy jakby jej ktoś na nogę najechał samochodem. Ale to właśnie to. Kompletna redukcja. „Podłączcie się pod nasze uczucia”. Ich treść nie jest ważna. Dlatego głosząc sprzeczne komunikaty, ale budując silne emocje w mediach, można wygrać wybory.

Dziennikarz pisze o ministrze z nieciekawą przeszłością. Jego żona ujawnia, że „pisząc palił papierosa za papierosem”. Inny opisuje jakiś ponury, esemesowy pojedynek wiceprezesa jednej ze spółek ze swoją byłą i matką wspólnego dziecka. Tłumaczy, że podczas pisania czuł się tym osobiście dotknięty, zbrukany, „nie mógł zmyć tego z siebie”. Ludzie! Co to za dziennikarstwo! Kiedyś śmialibyśmy się z takiego gościa. Wypchnęlibyśmy go z każdej poważnej redakcji. Byłby bohaterem anegdot, bo angażowanie się tak mocno oznaczałoby brak profesjonalizmu i to, że się po prostu nie nadaje. Teraz to jest w dobrym guście. Czekam tylko, aż redakcja „Gazety Wyborczej” zbiorowo zapłacze nad strasznym Krzysztofem Stanowskim. Po co z nim dyskutować? Zróbmy razem „chlip, chlip”, a potem „brrrrr”. Pokażemy, że jesteśmy zasmuceni, bo on jest zły.

Niestety, to jest przyszłość, w której nie ma miejsca na rozsądek, analizę, normalne uczucia ani na małżeństwo państwa Schreiberów. Chyba że pójdą pod prąd czasom, czego im — i nam wszystkim – życzę.

 

HUBERT BEKRYCHT: Kandydatka Lewicy z list KO w zarządzie Polska Press i czystka w PPG – połączycie kropki?

Według informacji naszego portalu rozpoczęła się następna fala czystek w PPG, czyli w Polska Press należącym do Orlenu koncernie wydającym kilkanaście gazet regionalnych i prowadzący portal i.pl, którego kierownictwo właśnie wyrzucono. Pracę stracili – wg. źródeł sdp.pl – m.in.  redaktor naczelnego i.pl Piotr Kotomski i dyrektor ds. transformacji cyfrowej Paweł Fąk. Spółka pl 24 ma być zlikwidowana  a i.pl przeniesione do PPG. Zlikwidowane mają też być: Nasza Historia, Biuro Spraw Korporacyjnych, Biuro Strategii i BTC. Czystka trwa, a jej autorką – jak przekazali informatorzy – kieruje najprawdopodobniej członek zarządu PPG Elżbieta Żuraw, która znana jest nie tylko z wieloletniej pracy w korporacji Polska Press. Żuraw jest także aktywistką postkomunistycznej lewicy w Łodzi, która ubiega się o miejsce w radzie miejskiej i zawziętą przeciwniczką Kościoła katolickiego – zasłynęła zdjęciami na tle zniszczonego pomnika Jana Pawła II.

Apolityczna – jak mówiła o sobie Żuraw po objęciu miejsca w zarządzie PPG – działaczka lewicy startuje z list Koalicji Obywatelskiej, która w kampanii wyborczej w Łodzi pożarła dawny SLD i jeszcze dającą oznaki życia politycznego Nową Lewicę.

Cała Polska pod jednym adresem

To hasło przytoczone w śródtytule ma identyfikować markę – Polskę Press Grupę. Od kilkunastu lat pracująca tam działaczka łódzkiej lewicy Elżbieta Żuraw pięła się w korporacji po wysokich stopniach kariery. Z jej poglądami nie było to chyba trudne, kiedy PPG była w rękach niemieckiego koncernu, ale czy skomplikowało się po objęciu Polska Press przez Orlen? Jeśli nawet, Żuraw przeczekała te kilka lat. Teraz jest w zarządzie.

Najciekawsze jest to, że pracujący obecnie dla koalicji rządzącej dawni krytycy Orlenu i Polska Press zarzucający „upolitycznienie” firmy, po obsadzeniu władz paliwowego giganta swoimi ludźmi, nie mają nic przeciwko politycznym nominacjom.

Bo przecież nie jest chyba „apolityczną” kandydatka najpierw na posła a potem na radną, reprezentująca lewicę a teraz KO Elżbieta Żuraw? Jeśli to działanie apolityczne, to chyba zmieniono również w teorii prawa definicję niektórych doktryn. Chyba postkomunistycznych.

Selfie na tle zdewastowanego pomnika papieża

Pani Elżbieta Żuraw jest związana z Polska Press od prawie dwudziestu lat. Swoją karierę w Spółce zaczynała w 2005 r. od stanowiska Analityka Sprzedaży. Posiada szeroką wiedzę z obszaru finansów popartą dużym doświadczeniem zdobytym m. in. w trakcie realizacji dużych projektów firmowych. Od 2009 r. pełni funkcje na stanowiskach menadżerskich jako Menadżer ds. Budżetu oraz Dyrektor Finansowy. Od 2015 r. jest Dyrektorem Zarządzającym Centrum Usług Wspólnych Polska Press Grupy – to fragment ze strony PPG po wyborze E. Żuraw do zarządu.

Zwalnia się obecnie całe kierownictwo Polska Press. Czy patrzy się przy tym na dobro firmy? Moim zdaniem nie. Rozpoczęte reformy będą zamykane w więzieniu niekompetencji takich ludzi jak pani Żuraw. Jako specjalistka od finansów mogła być nawet świetnym pracownikiem, ale zarząd grupy medialnej wymaga jednak wiedzy dziennikarskiej i ogólnej dotyczącej chociażby dobrego imienia firmy. Co Żuraw o tym wie? Na pewno niewiele o wystąpieniach publicznych.

Kiedy w 2023 roku przed wyborami parlamentarnymi przed łódzką archikatedrą zdewastowano pomnik św. Jana Pawła oblewając monument farbą pracownica Polska Press E. Żuraw i aktywistka lewicy zamieściła na profilu społecznościowym swoje zdjęcie – niektórzy mówili wówczas, że to selfie – na tle zbeszczeszczanej postaci polskiego papieża. Napisała też słabiutki tekst pouczając wszystkich co złego – jej zdaniem – zrobił Ojciec Święty…

„Zapuść Żurawia”

Ukończyła kierunek Ekonometria i Informatyka na Uniwersytecie Łódzkim na wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym. Na tej samej uczelni kontynuowała poszerzanie wiedzy w ramach studiów podyplomowych z Rachunkowości i Sprawozdawczości Finansowej – frag. z biogramu na stronie PPG

Zatem pani prezes Żuraw jest dobra, bo zna się na rachunkowości, chociaż przy sprzedaży – a o sprzedaży Polska Press właśnie plotkują pracownicy domów mediowych – wystarczy matematyka z podstawówki. Problemem w przypadku członka zarządu grupy, jest kompletny brak wiedzy na średnim poziomie językowo-semantycznym, co eliminuje panią Elżbietę z grona ludzi mogących oceniać dziennikarzy i pracowników mediów.

Przede wszystkim jej hasło wyborcze jest absolutną pomyłką i dowodem na niezrozumienie polskiej frazeologii. „Zapuść Żurawia do Rady Miejskiej!” – zachęca Żuraw we wpisie na FB z pięknym zdjęciem z posłem Tomaszem Trelą, pogromcą PiS.

Słowniki PWN i inne pomoce językowe wskazują jednak, że „zapuść żurawia” jako popularny, by nie rzec nieco kolokwialny, związek frazeologiczny oznaczający ściąganie ( co nie przystoi ani politykom ani członkom zarządu) potocznie oznacza: „zaglądać gdzieś ukradkiem, podglądać coś, najczęściej niezbyt dyskretnie i wyciągając przy tym szyję”. Określenie to łączy się w inny sposób z polskimi wyrazami na przykład „nie powinna zapuszczać żurawia w jego przeszłość”. Choć i to jest troszkę zbyt potoczne, by nie powiedzieć knajackie. Zatem nie można „zapuszczać żurawia – a nawet Żurawia – do Rady Miejskiej” a co najwyżej – jak podają słowniki – „zapuszczać żurawia do książki / zeszytu”. I to też wydaje mi się knajackie. Chyba, że pani Żuraw chce się „zapuszczać” do Rady Miejskiej, ale po pierwsze to zupełnie inny związek frazeologiczny i też kolokwialny.

Nic nie znaczę bez lewicowej drużyny, która mi ufa i mnie wspiera

Powyższe zdanie w śródtytule pochodzi z profilu FB pani Żuraw.

A teraz jeszcze ostatni rozdział biogramu pani prezes, precyzyjnie członka zarządu PPG, Elżbiety Żuraw:

Wielokrotnie udowodniła swoją lojalność wobec firmy, zaangażowanie, jak również partycypacyjny model zarządzania. Jednocześnie angażuje się w działalność społeczną uczestnicząc aktywnie w wolontariacie – czytamy w biogramie E. Żuraw na stronie PPG.

Na pewno nie jest wolontariuszką w zarządzie Polska Press. O czym przypominają jej kontrkandydaci w wyborach samorządowych 2024 roku. O działalności politycznej Elżbiety Żuraw napisał Tomasz Grabarczyk z Konfederacji załączając do tekstu zdjęcie pani Elżbiety z Markiem Belką.

„W swoim programie wyborczym zawarła postulat „fachowcy, a nie kolesie”. Minęło parę miesięcy i jak widać to hasło przestało mieć znaczenie. To przecież czysty przypadek, że Pani Żuraw trafiła do rady nadzorczej Polski Press. Wcale nie pomogła jej w tym pozycja polityczna i znajomość z liderami Lewicy. Witamy w uśmiechniętej Polsce” – napisał łódzki lider Konfederacji. I jeszcze jeden głos łodzkiego polityka. Tym razem radnego Nowoczesnej Damiana Raczkowskiego – kandydata KO do rady miejskiej. „Kandydatka do Rady Miejskiej w zarządzie Polska Press. Widze, że my coraz bardziej przestajemy różnic się od PiS” – napisał z przerażeniem Raczkowski.

„A co jak (E. Żuraw – red.) zostanie radną? Też będzie ok, że zasiada w zarządzie gazety wydawanej na lokalne rynki” – pytał radny KO, czyli kolega z partyjnych list, z których startuje do samorządu pani Żuraw.

 

Nie wiem, czy działalność polityczna przeszkadza w zarządzaniu dużą firmą medialną, ale na pewno może pomóc w kampanii – o ile pani Elżbieta byłaby nieuczciwa wywierając naciski na łódzkich dziennikarzy i.pl oraz Dziennika Łódzkiego lub Expressu Ilustrowanego. Ale to niemożliwe. Chyba…

Zapomniany bohater Polski walczącej – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kapitanie Ryszardzie Białousie

24 marca 1992 r. w Neuquen w Argentynie zmarł Ryszard Białous, ps. Jerzy, kapitan Armii Krajowej, harcmistrz, żołnierz kampanii 1939 r., powstaniec warszawski, dowódca Oddziału Specjalnego „Jerzy”, batalionu „Zośka” i brygady dywersji „Broda 53” zgrupowania „Radosław”.

5 sierpnia, w piątym dniu walk Ryszard Białous osobiście poprowadził szturm na KL Warschau, niemiecki obóz koncentracyjny na terenie stolicy. Obóz został zajęty, uwolniono 348 Żydów. Białous przeżył Powstanie Warszawskie, po wojnie był na emigracji.

Gdyby kpt. Ryszard Białous „Jerzy” został po 1945 roku w Polsce, zapewne walczyłby z drugim sowieckim okupantem, a teraz byłby hejtowany przez totalną opozycję. Prochy bohatera sprowadzili do Polski żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej, jednostki także znienawidzonej przez totalniaków. Kpt. Białous nie został wyklętym przez komunistów Żołnierzem Niezłomnym. Po Powstaniu Warszawskim trafił z niemieckiego obozu jenieckiego do Wlk. Brytanii (służył u gen. Sosabowskiego), a potem do Argentyny.

Przed wojną nie tylko ukończył architekturę na Politechnice Warszawskiej, ale także kurs Szkoły Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy, został ciężko ranny. W antyniemieckim podziemiu tworzył Grupy Szturmowe Szarych Szeregów – podległe Kierownictwu Dywersji Komendy Głównej AK. Podczas Akcji pod Arsenałem 26 marca 1943 r. Białous dowodził Oddziałem Specjalnym „Jerzy” (od jego pseudonimu). Po śmierci Tadeusza Zawadzkiego rozkazał zmianę nazwy na Baon Szarych Szeregów „Zośka”.

W Powstaniu Warszawskim kpt. Białous przeszedł szlak bojowy od Woli poprzez Starówkę na Czerniaków. „Cementem […] było bezsprzecznie najwyższe koleżeństwo, którego żywym dowodem byliście Wy wszyscy, polegli, dalecy a tak bliscy Przyjaciele” – napisał we wspomnieniach „Walka w pożodze”. Po latach spoczął u boku swoich Przyjaciół w kwaterze „Zośki” na stołecznych Powązkach Wojskowych.

Ryszard Białous został zapomniany i przemilczany podobnie jak obóz, który wyzwalał. Z prostej przyczyny: KL Warschau był niemieckim obozem zagłady. Ogromnym, liczącym 120 hektarów. Gdy Powstańcy go wyzwolili, było tam już stosunkowo niewiele osób. Jednak po zajęciu Polski i Warszawy przez sowieckich okupantów, obóz nie został zlikwidowany, ale przekształcony w obóz komunistyczny. Działający do 1956 roku, a więc do końca stalinizmu w Polsce. Dlatego historia kpt Ryszarda Białousa, „Jerzego” i KL Warschau jest wciąż niewygodna.

Powązki Wojskowe w Warszawie. Tu palą się znicze dla bohaterów z Armii Krajowej, czy Szarych Szeregów, w kwaterze Batalionu Zośka. Od 2019 r. także znicze dla Ich dowódcy – tułacza: kpt. Ryszarda Białous, ps. Jerzy. Jest tylko jedno „ale”: patriotyczny nastrój wciąż zakłóca sąsiedztwo grobów morderców. Dlatego powraca apel: zdekomunizujmy Powązki Wojskowe!

O niezwykłym zjawisku, nie tylko fizycznym, pisze CEZARY KRYSZTOPA: Rozpad Adama Bodnara

Jednym z moich domowych zadań jest sprzątanie tarasu. Jest to ten rodzaj pracy fizycznej, który pozwala poświęcić się rozmyślaniom i podczas której przychodzą mi do głowy rzeczy, które nie mają mi czasu i okazji przyjść do głowy w innych okolicznościach.

Na przykład do mycia tarasu używam szmaty, która była kiedyś kawałkiem śnieżnobiałego prześcieradła. Mając w pamięci jego chwalebną przeszłość, czuję się wręcz skrępowany jego obecnym upadkiem. A i on sprawia wrażenie, jakby szansa na swego rodzaju drugie życie jaką mu daliśmy, nie do końca licowała z jego wyobrażeniem na własny temat.

Nie mam pojęcia

Naprawdę nie mam zielonego pojęcia dlaczego przy tej czynności i w tym kontekście przychodzi mi zaraz do głowy przypadek Adama Bodnara i rozważania na temat jego utylitarnych właściwości jakby idealnie dopasowanych do potrzeb Donalda Tuska.

Był sobie oto człowiek który budował się w środowiskach liberalno-lewicowych jako autorytet. W sumie, trzeba mu oddać, że również poza tymi środowiskami dysponował pewnym kapitałem poważania, jako do cna przeżarty progresywnymi ideologiami, ale raczej szczery w swoich przekonaniach. Miał pełną twarz praworządności i konstytucji. Ba, był wymieniany jako poważny kandydat na prezydenta.

Co musiał mu zrobić Donald Tusk, że znalazł się tam gdzie jest teraz? Ministerialne pieniądze nie wydają się tu być wystarczającą odpowiedzią. Szantażował go jakimiś straszliwymi kompromatami? Obiecał mu jakieś złote góry? Zaczarował go jak kobra? Nie mam zielonego pojęcia. Dość, że kiedy widziałem go na nagraniu, przyłapanego przez zastępcę Prokuratora Generalnego Roberta Hernanda, na którym widać jak nieporadnie usiłuje podeprzeć się poleceniami Tuska, który w innym miejscu i czasie się od niego odcinał, sprawia wrażenie człowieka złamanego, który niczym zbity mops, najchętniej schowałby się pod najbliższy stołek.

Rozpad Bodnara

Wyliczanie bezprawnych działań Bodnara, które w absolutnie groteskowym świetle stawiają jego wizerunek „aŁtoryteta praworządności” jest zbyt łatwe, zresztą jego usiłowanie zarządzania komunikatami, oparte wyłącznie na histerii nadzwyczajnej kasty kwestionowanie statusu sędziów, kwestionowanie skuteczności powołania Prokuratora Krajowego, jakieś próby włamania do jego gabinetu, czy ostatecznie cyrk z rzekomym powołaniem nowego Prokuratora Krajowego, do którego powołania potrzebny jest, wyraźnie zapisany w prawie, udział Prezydenta, który udziału w tym nie wziął, lepiej opisują prawniczy eksperci. Mnie bardziej zastanawia, co za „wybitny prawnik” z Bodnara, skoro nie zauważył, że, jak zwraca uwagę mec. Bartosz Lewandowski , skoro według „projektu” ministerstwa sprawiedliwości mają być zakwestionowane wyroki Trybunału Konstytucyjnego, w podejmowaniu których uczestniczyli sędziowie Mariusz Muszyński, Justyn Piskorski czy Jarosław Wyrembak, to „Adam Bodnar przestaje być ministrem sprawiedliwości i ponownie wraca na urząd RPO, bowiem… wyrok w sprawie K 20/20, w którym TK stwierdził niemożliwość „przedłużania” kadencji RPO „w nieskończoność”, jest nieważny”. Ten człowiek rozpada się nie tylko w sensie wizerunkowym czy moralnym, ale również intelektualnym i logicznym.

Obserwacja tego zjawiska mogłaby być na swój przewrotny sposób, zabawna, gdyby nie fakt, że „praworządny aŁtorytet” Bodnar w jakimś sensie otwiera drzwi do piekła i jeśli nie zakłada, że będzie rządził wiecznie, to powinien się liczyć z tym, że któryś z następnych ministrów sprawiedliwości, po prostu wsadzi go do pier.la, by dać sobie czas na szukanie podstawy prawnej.

O rolnikach i ich protestach pisze WALTER ALTERMANN: Żywią y bronią

Żeby zrozumieć dzisiejsze protesty rolników w Polsce i całej Europie, trzeba przyjąć jako pewniki kilka podstawowych przesłanek. Po pierwsze – większość z nas (tak w Polsce, jak w całej Europie) ma chłopskie pochodzenie. Po drugie –  przez ostatnich 150 lat wieś europejska wyludniła się a chłopi powędrowali do miast. Po trzecie – potomkowie dawnych chłopów nie szczycą się pochodzeniem pradziadków, dziadków i rodziców, bo europejska wieś była biedna, niewykształcona, zapóźniona kulturowo, więc nie ma się czym chwalić.

W związku z powyższymi przesłankami należy postawić pytanie, czy potomkowie wieśniaków są w stanie zrozumieć tych, co pozostali na roli? Niestety nie, bo nie rozumieją współczesnej wsi i nie chcą jej zrozumieć – inaczej mówiąc: potomkowie chłopów nie chcą wsi rozumieć, nie chcą też się z wsią identyfikować. A przede wszystkim już wsi nie znają. „Miastowi” mają jakieś mgliste wyobrażenie wsi, wyniesione z XIX wiecznych lektur – może głównie z „Placówki” Prusa i uroczej baśni Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”.

Zysk ponad wszystko

To miejskie wyparcie się wsi ma swoje konsekwencje w traktowaniu dzisiejszych problemów rolnictwa europejskiego. Tym bardziej, że media powtarzają opinie wielkich banków, funduszy inwestycyjnych i światowych handlarzy płodami rolnymi.  A te opinie są takie, że produkcja rolna w Europie jest droższa niż na świecie, czyli, że się nie opłaca.

Gdzieś tak od 40 lat światowe rynki artykułów rolnych zostały opanowane przez kilka wielkich koncernów, dla których zysk jest jedyną wartością. Dla nich nie ważne jest czy zboża, którymi oni zalewają Europę pochodzą z Brazylii czy z Ukrainy. Ci handlarze stawiają na zysk, czyli nie są zainteresowani droższymi płodami rolnymi z Europy. A produkcja rolna w Europie jest, bo musi być droższa.

Czy polskie rolnictwo jest rozdrobnione

W ostatnich tygodniach we wszystkich mediach pojawiają się polscy przedstawiciele instytucji finansowych, eksperci ekonomiczni, którzy z uporem powtarzają, że polskie rolnictwo jest słabe, bo ponad 50 procent polskich rolników ma gospodarstwa 10 hektarowe. I dziwne, że wygłaszanie takich bzdur nie spotyka się z ripostą dziennikarzy. Ale też, ci dziennikarze mają o rolnictwie takie pojęcie, że mleko i jajka biorą się ze sklepów. A dodatkowo, że węgiel bierze się z piwnicy.

Dlaczego ci eksperci nie mówią, jaki procent żywności jest w Polsce wytwarzany przez te małe gospodarstwa, takie do 10 hektarów? Bo okazałoby się, że na owe mityczne 10 hektarowe gospodarstwa rolne przypada niespełna 20 procent produkcji rolnej, czyli że większość produkcji rolnej dają duże gospodarstwa.

Skąd zatem biorą się te dane? Ano stąd, że nie bierze się pod uwagę produkcji, ale hektary, zupełnie jak za cara.

Kto naprawdę jest w Polsce rolnikiem

Trzeba powiedzieć wprost, że większość małych gospodarstw rolnych istnieje dzięki ubezpieczeniom KRUS. Bo każdy ubezpieczony w systemie KRUS płaci o wiele niższe składki emerytalne i zdrowotne, niż ubezpieczeni w ZUS. Różnicę między składkami pokrywa budżet państwa. Kilkanaście lat temu okazało się, że wystarczy kupić choćby 1 hektar ziemi i ubezpieczyć się jako rolnik, wraz z rodziną. A tej ziemi wcale nie trzeba uprawiać! Można ją dzierżawić prawdziwym rolnikom.

„Urolnienie” mieszczan żyjących na wsi

Oczywiście już ciche wspominanie o reformie KRUS-u, napomknięcia o potrzebie oddzielenia prawdziwych rolników od „niby rolników” sprowadzają potężny gniew „wielkiego obrońcy wsi”, czyli PSL. A ponieważ partia ta ma nieograniczone zdolności koalicyjne, więc nikt jej nie zaczepia. A liczba zarejestrowanych, jako rolnicy, KRUS-owców rośnie. Oczywiście kosztem budżetu państwa.

Dzisiaj rolnik mający te mityczne 10 hektarów może co najwyżej hodować 3 krowy i kilkanaście świń. Co prawda Unia Europejska za pełnoprawne gospodarstwo rolne uznaje gospodarstwo o areale 60 hektarów, ale o tym się u nas nie mówi.

Czym zatem są te małe gospodarstwa rolne? Przez Unię Europejską uznawane są za gospodarstwa socjalne, mające być alternatywą dla wiejskiego bezrobocia. I w większości te małe gospodarstwa taką rolę spełniają. Ale nie od nich oczekuje się masowej, większościowej produkcji.

Jest jeszcze jeden problem do wyjaśnienia. Na manifestacjach i blokadach dróg przez rolników z całą pewnością nie ma tych małych rolników, bo ich nie jest stać na zakup i utrzymanie nowoczesnych traktorów. Tam demonstrują rolnicy mający po 100 i więcej hektarów. I tam są właśnie ci, którzy produkują większość artykułów rolnych.

Nawozy i inne środki produkcji

Problem z polskim i europejskim rolnictwem jest i taki, że od wybuchu wojny w Ukrainie ogromnie wzrosły ceny środków produkcji, takich jak nawozy, środki ochrony roślin, szczepionki dla zwierząt, części zamiennych do maszyn rolniczych, olej i benzyna. Najboleśniej odczuło rolnictwo duży, bo kilkukrotny, wzrost cen nawozów. Co jest skutkiem wzrostu cen gazu ziemnego, bo jest on wykorzystywany w dużych ilościach przy produkcji nawozów.

Czy polskie państwo mogłoby dotować polskie rolnictwo, poprzez dopłaty do nawozów? Mogłoby, ale jeśli dotacje trafią do producentów nawozów, to niekoniecznie polski rolnik na tym zyska, bo firmy nawozowe mogą swój produkt wyeksportować nawet daleko zagranicę. Wyjściem byłyby dotacje dla rolników, w zależności od posiadanych przez nie areałów. Tak, ale to wymagałoby sporo pracy, więc prościej jest dotować zakłady wytwarzające nawozy. Bo żaden urzędnik nie lubi mieć więcej pracy.

Przyczyny upadku europejskiego rolnictwa

Nie ma jednej przyczyny upadku rolnictwa. Jest niechęć urzędników do wsi, jest wypieranie rodzimej produkcji przez tańszy towar z Brazylii, Ukrainy i innych krajów. Jest też ogromny nacisk na Unię Europejską przez światowych handlarzy płodami rolnymi, którzy chcą zarabiać więcej. Jest również bezmyślność nas wszystkich, nas konsumentów, którzy woleliby kupować tańszą żywność. Niestety taka polityka może mieć tragiczne skutki.

Zagrożenia

Na sztandarach insurekcji Tadeusza Kościuszki był dumny i mądry napis „Żywią y bronią”. Warto o tym pamiętać, że żywność i armia są podstawami niezależnego bytu każdego narodu. Co da armii, nie ma w Polsce dyskusji, wszyscy chcą sprawnej i silnej armii. Ale już co do „żywicieli” istnieje poplątanie z pomieszaniem. Są tacy, którzy nie widzą różnicy pomiędzy żywnością importowaną a własną. Ci zbłąkani mózgowo nie rozumieją, że w razie wojny możemy pozostać bez jedzenia. I co, jak Brytyjczycy w czasie II wojny światowej mamy sadzić buraki i ziemniaki na miejskich trawnikach?

Kłopot polega na tym, że prosty głos rozsądku nie znajduje posłuchu w Unii Europejskiej i w Polsce. Natomiast głos międzynarodowych producentów i handlarzy żywnością znajduje przychylne ucho urzędników UE. Może ci lobbyści mają jakiś urok osobisty? A może też umieją znaleźć sprzymierzeńców swych interesów za pieniądze? Dowodów nie mam, ale nie wykluczam.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Obserwujemy i nic nie rozumiemy

Polsat News, 28 lutego 2024 roku: „Obserwujemy o tym co się dzieje w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego” – mówił wicepremier Władysław Kosiniak – Kamysz. Powiedział to na spotkaniu z wyższymi dowódcami Wojska Polskiego. Powiedział także i tak: „Tworzymy teraz komponent wojsk dronowych. Są na sali dowódcy różnych komponentów.”

Nie czepiam się wicepremiera, ale mieć w jednej wypowiedzi dwa strzały poza tarczą? No, to jest kłopot.

  1. Obserwujemy coś, kogoś – natomiast nie można obserwować o tym. Tak jest i żadna zmiana warty u sterów państwa tego nie zmieni. Trzeba się nauczyć i zapamiętać.
  2. Ten nieszczęsny komponent to kolejna kalka z angielskiego. Słownikowo biorąc, komponent, to składowa część czegoś. Komponent przyjął się w języku polskim dość dawno, gdy trzeba opisać co wchodzi w skład różnych mieszanin chemicznych, na przykład klejów. Jednak, gdy chodzi o wojsko, służbę poważną, należałoby staranniej dobierać słów. Poprawnie byłoby zastąpić nieszczęsne komponenty oddziałami, rodzaje wojsk, służbami wojska i wydzielonymi jednostki.

Tym bardziej jest to oczekiwane od wicepremiera i ministra obrony. Cała nadziej w tym, że są jeszcze w naszym wojsku ludzie poprawnie mówiący, z których najwyższe władze mogą brać przykład – oto internetowa Strona Wojska Polskiego tak informuje o wojskach lądowych: Wojska Lądowe stanowią trzon Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Zapewniają obronę przed atakiem lądowo-powietrznym w dowolnym rejonie kraju w obliczu każdej formy zagrożenia militarnego. W strukturze Wojsk Lądowych wyróżnia się związki taktyczne, oddziały i pododdziały. Bardzo dobre przygotowanie oraz wykorzystanie nowoczesnych technik prowadzenia walki pozwala Wojskom Lądowym na działanie w wymagających warunkach współczesnych konfliktów zbrojnych.

Zatem oficjalnie o komponentach Wojsko Polskie milczy. Czyli – wojsko jest językowo w porządku, minister od wojska nie bardzo.

Żeby nie było, że czepiam się obecnego rządu, to przypomnę, że również poprzedni minister od wojska Mariusz Błaszczak mówił o komponentach. Jakaś wojskowa choroba, czy co?

 

Koncentracja czy skupienie

„Jest teraz w najlepszym punkcie koncentracyjnym …” – mówi sprawozdawczyni meczu tenisowego o Idze Świątek. Sprawozdawczyni nie miała nic złego na myśli, ale jednak zabrzmiało strasznie, bo punkty koncentracyjne kojarzą się nam z okupacją niemiecką w latach 1939 – 45. Ówczesne niemieckie obozy koncentracyjne, to obozy skupiające osoby, uznane za wrogów III Rzeszy.

Czym jest koncentracja? Koncentracja to skupienie. Czyli Iga była skupiona, na zadaniu, które miała wykonać. I tak należało powiedzieć. Oczywiście wiem, że koncentracja jest także pojęciem z dziedziny psychologii, ale i tak oznacza tylko tyle, co skupienie się. Więc mówmy prościej i po polsku.

„Panowie” od swastyk

W Łodzi, przez dwa miesiące, na pomniku Tadeusza Kościuszki dwóch ludzi, niezależnie od siebie, namalowało swastyki. Podobno w stanie dużej nietrzeźwości.  Straż miejska odnalazła wandali, którzy odpowiedzą za swą głupotę.

Ciekawe jednak, że Dziennik Łódzki tak pisał o sprawie: „Teraz obaj panowie odpowiedzą przed sądem”. A to znaczy, że obaj osobnicy są według tej gazety „panami”. Protestuję! Panem jest Pan Prezydent, Pan Premier, pan doktor, pan profesor oraz pan kierowca autobusu. Żeby jednak zwykłych bydlaków, dla których swastyka jest jakimś tam zwykłym znakiem, nazywać panami, to trzeba już nic nie wiedzieć o historii Polski i Europy. Gdzie się uchowali tacy dziennikarze?

O takich zwyrodnialcach należy pisać: osobnicy. O sprawcach, nie dziennikarzach.

Korzenie

„Caroline Wozniacki ma polskie korzenie” – napisano w portalu WP. Napisać łatwo, ale problem jest.

Co to bowiem znaczy, że tenisistka, reprezentująca Danię i urodzona w Odense w Danii, mająca jednak matkę Polkę i ojca Polaka ma „polskie korzenie”? Najważniejsze dla sprawy jest za kogo Caroline się uważa. Może być i Polką i Dunką. Czy to możliwe? Oczywiście. Przykład dali Żydzi, którzy uważali się za Żydów i za Polaków. Podobnie Niemcy, którzy przybywali przez wieku do Polski – często uważali się zarówno za Niemców i za Polaków. I mieli do tego prawo, które trzeba uszanować. Ciężko to pojąć nacjonalistom, których i u nas nie brakuje, ale świat jest bardziej skomplikowany niż wyrażają to uczestnicy różnych ksenofobicznych manifestacji. Mnie osobiście taki świat nie przeszkadza. Więcej, uważam, że ludzie o podwójnych narodowościach wzbogacają nasz kraj.

Dlatego też pisanie o kimś, że ma polskie korzenie uważam za głęboko niestosowne. Bo co znaczą owe korzenie? Że na polskim korzeniu wyrosła obca nam roślina? A może, że powinniśmy rewindykować wszystkich znanych światowców, którzy mają polskich przodków? Wtedy oczywiście niektórzy z naszych narodowców poczuliby się lepiej. Ale niby dlaczego? Że mamy dobre geny, lepsze od innych nacji? Nie dajmy się ogłupiać. Aniśmy gorsi ani lepsi od innych. I tyle.

Priorytet

Pewien mój znajomy dziennikarz nagle mówi (w prywatnej rozmowie), że dla niego: „Priorytetem jest rodzina.”

Zaniemówiłem. Ale tylko na chwilę. Potem wdałem się z nim w dyskurs o wpływie świata zewnętrznego na świat wewnętrzny, czyli osobniczy. Otóż świat zewnętrzny językowo technicyzuje się, naukowieje i urzędniczeje. Niestety tak jest. A słowniki wyjaśniają, że priorytet to: 1.  pierwszeństwo przysługujące lub przyznane czemuś. 2. sprawa szczególnie ważna, która musi być załatwiona w pierwszej kolejności.

O rodzinie można powiedzieć jedynie to, że jest najważniejsza. Natomiast o priorytecie mogą mówić bankowcy, premierzy i listonosze. Bo ci ostatni mają dostarczać przesyłki priorytetowe, czyli najważniejsze, mające pierwsze miejsce przed innymi przesyłkami.

Jeżeli dalej tak pójdzie z naszym językiem, to obawiam się, że już niedługo oświadczyny zakochanych mogą wyglądać tak:

ON – Jesteś moim priorytetem i proszę cię o wyrażenie zgody na zawarcie związku małżeńskiego.

ONA – Bardzo cię uważam i darzę estymacją, jesteś dla mnie bardzo inspirujący mentalnie, ale moim priorytetem jest Zdzisiek, i jeżeli z nim nie uda mi się skorelować, to wtedy skoncentruję się na tobie.

 

 

 

 

Pośmiertny, niestety, obraz niezwykłego dziennikarza kreśli STEFAN TRUSZCZYŃSKI: A … Krzysztofa żal

Zmarł nagle nasz Kolega Krzysztof Sapała. Miał zaledwie 49 lat. Odważny, zdolny i bardzo pracowity dziennikarz – publicysta, reporter śledczy związany z wybrzeżem gdańskim a jeszcze bardziej z wybrzeżem i pomorzem środkowym i szczecińskim. O swoim terenie wiedział bardzo dużo bo od prawie 30 lat tam mieszkał, wojażował, odkrywał ludzi i tematy, żył nieustannie „w biegu”, zawsze bardzo angażując się w to co robił. Bronił pokrzywdzonych, piętnował zło, złodziejstwo, korupcję i nepotyzm. Był w tych tekstach bezkompromisowy.  Owszem, drukowano go w gazetach codziennych i periodykach, ale gdy uparcie kontynuował trudne i niebezpieczne dla reportera tematy, zwierzchnicy stawali się ostrożni…

Słyszał wprawdzie: „to świetny materiał, błyskotliwie napisany”, ale kończyło się tylko na współpracy „wolnego strzelca”  z redakcją bez świadczeń i podstawowych gwarancji stałego zatrudnienia. Etaty były nie dla Krzysztofa. Asekuranctwo redaktorów naczelnych bardzo często blokowało działania tego rasowego reportera.

Ostatnio opublikował na naszym portalu  „Sdp.pl” kilka tekstów o tematyce wybrzeżowej ilustrując je wykonanymi przez siebie zdjęciami, a także wywiad z nowym ordynariuszem diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej – chętnie współpracującym z dziennikarzami – biskupem Zbigniewem Zielińskim. Dziś, gdy publicystyka krajowa charakteryzuje się plemiennym podziałem na dwa wrogie obozy dążenie do obiektywizmu, do prawdy, a nie przynależność partyjna opisywanego osobnika  – Krzysztof był wyjątkiem.

Prawda

Sapała był szczery do bólu. Nie zważał kto słucha, nie owijał w bawełnę. Jasno przedstawiał swoje opinie. Wcale nie były skrajne, choć prawica na pewno była mu bliższa. Mówił o niej głośno, pisał jednoznacznie, nie unikając krytycznych ocen.

Szczecin, miasta, miasteczka, wioski zachodniopomorskiego województwa, Koszalin, Kołobrzeg, Ustka i Darłowo, wreszcie Słupsk, Lębork, Wejherowo – to była jego mała ojczyzna. Tam jeździł, rozmawiał, dyskutował, a potem opisywał tak jak rzeczy się mają. Dobrze wiedział „who is who”, obserwował kłamców i hipokrytów, co innego mówiących z wyborczych podestów, a co innego robiących, ludzi cynicznych, kpiących sobie ze wszelkich reguł, prawa i przyzwoitości. Dogadujących się po cichu z przeciwnikami politycznymi w imię zasady pecunia non olet. Sapała o tym pisał, więc przekręciarze bardzo go nie lubili i zwalczali zgodnie.

Wiatr w oczy

Może oburzą się tym co piszę zarówno prawo jak i lewoskrętni. Ale prawda jest taka, że dobremu, uczciwemu dziennikarzowi, który starał się być niezależnym nikt nie pomógł. Często był bez pracy, ostatnio nawet w znacznym stopniu na utrzymaniu matki. To już tak jest, że nawet najlepsi dziennikarze, gdy wylecą z pierwszej ligi już doń nie wracają. Zmiany polityczne najmniej boleśnie przechodzą koniunkturalne lizuski. Oni się szybko dostosowują. I dla nich jest łaska pańska.

W stolicy więcej jest możliwości a czym mniejszy ośrodek niezależnym dziennikarzom jest trudniej. Po prostu mały jest tam wybór miejsc pracy. Rządzą bonzowie. A taki partyjny przywódca jeśli nawet trafi w końcu do więzienia to i tak szybko spada na cztery łapy. Swojakowi się pomaga. Byli antagoniści szybko zapominają o sporach gdy jest czas podziału łupu i synekur. Klasa polityczna ma się dobrze od lat. Co prawda nie ma ona nic wspólnego ze słowem klasa. Owszem, ludzie ci potrafią kupować sobie dyplomy na szemranych uczelniach, których namnożyło się co nie miara. Potem swoich zatrudnia się po kumotersku na przykład w dobrze płatnych radach nadzorczych państwowych spółek. „Na krzyż” to znaczy ja dam pracę tobie, a ty mnie lub moim pociotkom. Trzeba jednak do tego mieć jakiś dyplom. Humanitarna uczelnia, nawet niedrogo – pomoże.

Pomoc

Krzysztof Sapała pomagał skrzywdzonym i oszukanym. Bo przejmował się ich losem. W Kołobrzegu zniszczono dorobek życia małżeństwu Rowińskich. Najpierw wskutek zmowy gangsterskiej stracili hotel, dom i wszystko co mieli. Na nic zdały się dramatyczne protesty. Pani Urszula tygodniami nocowała w namiocie. Jesienią i zimą przed bramą wjazdową Ministerstwa Sprawiedliwości. Ministrowie wjeżdżali i wyjeżdżali a ona spała przy minusowych temperaturach na miejskim bruku. Nikt nie pomógł. Krzysztof pisał o tym, starał się bronić oszukanych ludzi. Ale nie zdążył ich uratować. Najpierw zmarł małżonek, a potem pani Urszula. Sprawiedliwości nie stało się zadość.

Walka ze smokiem z odrastającymi głowami

Prasa to żadna władza. Ani trzecia ani nawet piąta. Oszuści się dobrze organizują, skrupułów nie mają. Kradzione tuczy. To smutny wniosek. Białe kołnierzyki biegają po korytarzach sejmowych. Teraz przyszli nowi. Jest jak w ulu. Tropią trutnia. Ale we własnym gronie uzurpujących sobie władzę kontrolerów też mają trutni: kto winien? W rozstrzyganiu powinni pomagać dziennikarze. Ale uczciwi i skrupulatni w dochodzeniu do prawdy. Jest w naszym kraju o czym pisać. Ale czasem im także trzeba pomóc. Oczywiście jeżeli są uczciwi, niezależni, bo tylko wtedy są wartościowi i zasługują na miano dziennikarza.

 

Krzysztof Sapała takim był na pewno.

 

Pamiętajmy o nim.

 

Cześć jego pamięci.

 

 

Hubert Bekrycht: DUŻY ZJAZD, CZYLI SZARPANIE KWORUM I RZUCANIE MANDATU

Przednówek to ciężka pora dla poszukiwaczy sensacji. W przeciwieństwie do przednówków w folwarkach dziennikarskich, teraz, gdzie nie gdzie kilka złotych na jedzenie jest i nie trzeba ciężko pracować a ponieważ wszyscy są apatyczni można coś zaatakować. Na przykład Zjazd Statutowo-Programowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ktory odbył się w Kazimierzu Dolnym 16 i 17 marca br. Wielkanocne króliki, które z trudem budzą się po zimie, opowiadają, że atak kilku osób ze stołecznego oddziału SDP nie tylko nie odzwierciedla stanowiska większości delegatów warszawskich, ale jest wyłącznie sprawą urażonej ambicji szefa oddziału.

Idea zjazdu była bardzo prosta: uchwalenie statutu w miejsce przestarzałej już konstytucji SDP oraz przyjęcie kilku ważnych uchwał w sprawie bezprecedensowego i bezprawnego ataku rządzących na wolne media. Scenariusz niewymagający. Wystarczyło kilkanaście godzin koncentracji, ale oczywiście zawsze znajdą się malkontenci.

Poszło o to, że nadal najliczniejszy, ale – jak mówili delegaci – nie najważniejszy w kraju oddział warszawski zgłaszał ustami swej sekretarz pretensje, bo – jej zdaniem – delegatów stołecznych było za mało (ok. 40 proc.). Nic to, że ZG SDP prosił nie raz, aby wybrano ich przed zjazdem, bowiem ci, którzy – w ocenie protestujących – nie dostali delegacji nie byli „ustępującymi władzami”, jak to jest przyjęte, tylko trzy lata temu nie wybrano ich ponownie do władz naczelnych (automatyczny mandat zjazdowy), co było m.in. dla późniejszego prezesa OW SDP niemałym szokiem.

W Kazimierzu wczesną wiosną, gdzie ambicje wszystkich rosną…

Zanim zatem na dobre zjazd się zaczął zaplanowana wcześniej awantura nieco przyćmiła jego poważną wymowę. Zaprotestował osobiście szef warszawskiego oddziału, który przyjechał specjalnie na zjazd z miną męczeńską. Podkreślał, że źle go potraktowano i nie słyszał pytań, dlaczego nie wybrano w lutym dziesięciorga delegatów. Czyżby bał się, że nie zostanie wybrany? Nie wierzę. Obnosił się prezes OW SDP z bólem w imieniu „odrzuconych”. Na moje pytanie w sobotę rano, czy jadł już śniadanie, odparł oburzony, że nie jest przecież delegatem. Mój Boże, jedna z najważniejsza w SDP osób narzeka w taki sposób. Nasz Dom Pracy Twórczej jest znany z gościnności. Bułka z serem czy wędliną albo jajecznica i kawa na pewno znalazłaby się. Poza tym goście zjazdu, a statut taki potwierdzono w przypadku prezesa, mają prawo do zakwaterowania i wyżywienia.  Zatem, poza jedzie na ambicji płozach… Może właśnie dlatego, że ów dygnitarz stołecznego SDP nie jadł śniadania był w słabej formie i nie mógł wytłumaczyć pretensji z jakimi przyjechał.

Nie szukajcie piasku w maku, lecz napiszcie dobry statut

Nie można było mu wytłumaczyć, tego, co pięćdziesiąt razy już wcześniej tłumaczono. W informatyce nazywamy to trwałą przerwą w półprzewodnikach. W życiu określa się to jako ośli upór i chęć rozwalania wszystkiego, co usiłuje się przez lata złożyć. Bo nikt nie zajmował się tym, co w statucie ma być zmienione, tylko trzeba było brnąć w dawno rozstrzygnięte sprawy formalne. Prezes OW, jak księżniczka w bajce, zniknął przed obiadem. Może był głodny. I jeszcze ktoś go próbował zdyskredytować opowiadając, że wrócił do Warszawy, „bo się spieszył na swoje przyjęcie imieninowe a nic nie postawił”. To nie ludzie, to wilki.

Na zjeździe jednak narastał nastrój szarpania kworum, bo główny dokument SDP mógł być uchwalony tylko przy określonej liczbie zarejestrowanych elektronicznie delegatów. Była sobota przed południem, zatem wielu z dziennikarzy miało jeszcze zajęcia. Dojeżdżali z najdalszych zakątków Polski, aby wziąć udział w uchwalaniu statutu. Nieliczna grupa rekonstrukcji starych porządków – kilkoro osób z OW SDP, nie wiadomo, czy z poparciem swojego szefa – przekonywała, że zjazd powinien być powtórzony. Czyli, logiczne – zdaniem rozłamowców – było, iż kolejne dziesiątki tysięcy złotych ze wspólnej kasy stowarzyszenia miały być wydane, bo ktoś nie policzył, że i tak statut będzie uchwalony, że i tak dojadą delegaci, że kworum będzie i można już procedować ewentualne poprawki, bo wspomnianego kworum wymaga tylko głosowanie nad najważniejszym w SDP dokumentem.

Najdziwniejsze było to, że rozłamowcy zwrócili się do Naczelnego Sądu Dziennikarskiego SDP, aby rozstrzygnął spór o liczbę ich delegatów i w ogóle, aby stwierdził, że statut jest do luftu. Z tym, że nikogo przedtem nie zawiadomiono, a niektórzy członkowie NSD mnie pytali o co chodzi? Zatem odpowiadałem, że sąd działa jawnie i nie jest tworem kapturowym, ale małą liczebnie, wesołą warszawską grupę rekonstrukcji starych porządków to nie obchodziło i mało sprytnie, krzycząc na całą salę zapowiadali rokosz.

W szczytowym momencie, kiedy było już kworum niezbędne do uchwalenia statutu, dlatego, że grupa zbierała podpisy (chyba 7) pod protestem i się zwyczajnie spóźniła, zarządzono głosowanie. Chcieli oddać tzw. klucze do elektronicznych paneli do głosowania, ale było już za późno. Statut przegłosowano dużą większością głosów a oni nawet nie byli przeciw, bo stali w kolejce do zwrotu aparatury… Smutne i komiczne zarazem. Oczywiście firma nadzorująca głosowania musiała im tłumaczyć, że ich głosu nie policzono, bo…nie głosowali, ale nie wylogowano ich z sytemu, bo trwało głosowanie. W mojej rodzinie są przedszkolaki, które rozumieją takie „subtelności”.

Nic to, wściekli i poczerwieniali na twarzy ludzie z warszawskiej grupy rekonstrukcji socjalizmu podczas głosowań nawet tak ochoczo nie wymachiwali szablami, czyli aparatami fotograficznymi, którymi cały czas rejestrowali zjazd. Oni po prostu byli zaskoczeni.

Przy okazji chylę czoła przed większością obecnych na zjeździe członków OW SDP, że mimo swoich wątpliwości i sprzeciwów nie dołączyli do grupy rozłamowców i nie przyłączyli się do szalonego tańca rozszarpującego kworum.

Także przy okazji wypada powiedzieć, że oprócz dwóch osób z władz warszawskiego oddziału nikt prominentny nie brał udziału w tym pożal się Boże puczu. Za to szalała trójka, a właściwie należałoby napisać „trojka”, zawsze wiernych ideałom rozpienienia każdej dyskusji miłych i kulturalnych mężczyzn, o których nie słyszano w żadnej polskiej redakcji.

Suma summarum statut przyjęto. Przegłosowano też kilka ważnych uchwał o bezprawnych wobec mediów działaniach rządu powstałego 13 grudnia ub. r. i o skandalicznym wyrzuceniu z TVP twórczyni telewizji Biełsat red. Agnieszki Romaszewskiej i zawieszeniu programu Studio Wschód red. Marii Przełomiec. Tekst uchwał PONIŻEJ:

Uchwały Nadzwyczajnego Statutowo-Programowego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Porzuć mandat delegata – oto losu pierwsza rata

Z mandatu delegata zrezygnowała prezes honorowa SDP Krystyna Mokrosińska, bo nie podobało jej się, że w statucie znalazła się, uwaga, uwaga MOŻLIWOŚĆ pobierania gratyfikacji finansowej przez członków zarządu. Chodziło tylko o to, aby władze nie musiały pożyczać na hotele i paliwo, bo oficjalne zwroty kosztów nie obejmują wielu grup wydatków.

Życzliwe pani prezes grono rozesłało dramatyczny apel do „prawdziwych działaczy” SDP, którzy momentalnie zrobili, przepraszam za wyrażenie, „spory syf” w sieci. Na profilach społecznościowych o gigantycznych zarobkach członków ZG SDP donosili z reguły ci, którzy przepadli w głosowaniach zjazdów wyborczych i zmuszeni są do „anonimowej” pracy w oddziałach. Jednemu z nich – jak mówimy na łódzkich Bałutach – dałbym po pysku, ale nie warto, nie ma zdolności honorowych.

Niewiele osób – podczas tej internetowej „zemsty” – miało zauważyć, że to nie zarobki zarządu, niewielu też wie, że taka MOŻLIWOŚĆ jest od następnej kadencji, czyli nie dotyczy naszego składu. A następny zarząd… No cóż, kandydaci na start. Prężcie się obiecujcie, zrezygnujcie ze wszystkich swoich aktywności zawodowych, dajcie się wybrać. I przypominam następna kadencja – to też jest w nowym statucie – potrwa nie trzy, jak teraz, ale aż cztery lata.

No i argument – „KRS tego statutu nie przyjmie”, od prezes honorowej SDP aż na szeregowych członkach oddziału regionalnego kończąc były ostrzeżenia w sprawie KRS. Skąd oni to wszyscy wiedzą, skoro sam KRS jeszcze nie ma nowego statutu? Chyba, że już ma… Przypomnę może, że poprzedniego statutu KRS nie przyjął – i stąd ten zjazd – ponieważ jeden z członków władz zjazdowych nie złożył podpisu…

I mieliśmy zjazd morałów – kanonada niewypałów

Zatem pani prezes honorowa, po raz kolejny, zamiast łączyć podzieliła nas na zwolenników „zarabiania” – jak twierdzi – na majątku SDP i tych o „czystych intencjach” tych, którzy nawet na emeryturach mogą, jak się ich grzecznie poprosi, być we władzach, bo teraz mogą a przez lata, kiedy byli we władzach mieli etaty, stanowiska i pieniądze z reguły w topowych mediach. Teraz nie są we władzach, to się wściekają, że ktoś dostanie parę złotych na przykład na części do prywatnego komputera lub oponę do samochodu. Też prywatnego. Praca społeczna, pracą społeczną, ale czasy się bardzo zmieniły, jeśli my nie będziemy profesjonalnie zarządzać stowarzyszeniem, to kto to zrobi? Specjalistyczne firmy – jak proponują rozłamowcy – czy, przy całym szacunku, emeryci, którzy mogą posiedzieć w naszym biurze.

Mandat oddać i w strumieniu pływać wciąż w stowarzyszeniu

Naprawdę szanuję prezes honorową SDP Krystynę Mokrosińską i wielokrotnie dawałem temu świadectwo. Nie przeszkadzała mi jej wyniosłość, bezkompromisowy styl prowadzenia niektórych spraw, pouczanie wszystkich. Spierałem się z nią odważnie narażając na „razy” jej bezmyślnych akolitów, nie mylić z przyjaciółmi pani Krystyny, którzy ją zawsze wspierają.

Dla mnie Mokrosińska pozostanie legendą. Legendą SDP. Tylko szkoda, że znowu zrobiła dziwny ruch polegający na „połowicznym działaniu”. Nie rozumiem jej. Złożyła mandat i co? To tylko zjazd a statut pozostanie. Jeśli się z czymś nie zgadzam, rezygnuję. Broń Boże nie namawiając pani Krystyny do rezygnacji z członkostwa, myślę, ze znowu ktoś wykorzysta zasługi prezes honorowej i skorzysta, że jest ona nadal w SDP i zaatakuje jesienią na zjeździe wyborczym…

Komentarz wiceprezes SDP Jolanty Hajdasz PONIŻEJ:

Nowy statut to nie żadna rewolucja: Komentarz JOLANTY HAJDASZ po zjeździe SDP

Rymowanka nie dla dzbanka

Aby nieco rozluźnić nieco atmosferę, napisałem małą rymowankę, która nie jest nawet w dziesiątej części tak dobra, jak owiany legendą hymn minionego zjazdu autorstwa naszego barda Marcina Wolskiego (gratulacje Marcinie), ale pozwolą Państwo, że pośmieję się z pani honorowej prezes SDP.

Z życzliwości i wdzięczności za to, co zrobiła, nie chcę jej pouczać i kierować przyciężkie uwagi.

 

Są w Madrycie i w Samarze,

Są w Toronto, koło Mińska,

Są w Nairobi dziennikarze

I Krystyna Mokrosińska.

 

Są na świecie kwiaty piękne,

Każdy, nawet narośl chińska,

Lecz dziennikarz o nich nie wie

I Krystyna Mokrosińska.

 

Są rozsądni na tym globie,

Są i głupi – nie ich wina,

Dziennikarze i królowie,

Mokrosińska też Krystyna.

 

Dziwne gry są na tym świecie,

Ktoś gra w klipę, ktoś bez atu,

Nawet w durnia gra dziennikarz,

Lecz nie zrzeka się mandatu…

 

(edytowane 26.03)

Aby zakończyć te zjazdowe i pozjazdowe wątki, z dziennikarskiego obowiązku, dodam, że za ten komentarz, rymowanki i całokształt zostałem ostro zaatakowany przez prezesa oddziału warszawskiego. No, cóż, jego zdaniem obrażam wszystkich przeciwników statutu i samą prezes Honorową tymi „wierszydłami” ( a pisałem, że rymowanką). Wolno mu. W końcu jest prezesem. Dodał prześmieszny wiersz Juliana Tuwima, który każdy mądrzejszy licealista dedykuje swoim adwersarzom. Ten o psie, mezaliansie i tym, co ten pies robi podmiotowi, którego lży koncertowo Poeta. Prezes OW SDP podparł się na koniec „roliczania mnie” słowami Tuwima a ja, ponieważ raczej piszę prozą, w odpowiedzi prezesowi oddziału stołecznego zacytowałem Ryszarda Kapuścińskiego. PONIŻEJ:

Lulu i inne przypadki, czyli: nie rób ze mnie bazyliszka – Hubert grzecznie prosi Zbyszka