Czasem lubię się pośmiać, zatem wynajduję w sieci periodyki, o których nawet nie wiem, czy jeszcze ukazują się na papierze. Często to niszowe nikomu nieznane portale, czasem jednak – jak w przypadku Krytyki politycznej – tytuły upadłe ideowo, ale hojnie wspierane finansowo przez rozmaite lewicowe i lewackie instytucje.
Krytyka polityczna upadła ideologicznie, bo w zamyśle miała ciążyć ku współczesnemu marksizmowi a skończyła na liberalizmie, który na jej stronach udaje pierwowzór, ale otacza go pleśń współczesnej polityki i huba uwielbienia dla rządzącej obecnie ekipy Tuska.
Trzewia systemu
Nie ma co, rozmach mają i płacić też muszą sporo, bo wielu autorów piszących dla Krytyki politycznej raczej w tanich trampkach nie chodzi. Zresztą, wielu młodych ludzi deklarujących się jako „prekomunistyczni lewacy” – tak o sobie mówią siedząc w modnym i niezbyt tanim barze kawowym – ubiera się nie tyle dobrze, co drogo. Uważają, że metka znanej marki to nie tyle prestiż i szpan, co wyróżnik pozwalający, poprzez wtopienie się w trzewia systemu – wyjść z niego z nieskalanym lewicowym podejściem do życia. Trudne? Będzie jeszcze trudniej, bo opiszę kilka ostatnich artykułów z Krytyki politycznej. Śmiałem się długo, ale potem uświadomiłem sobie, że na to nabiera się teraz nawet lepiej wyedukowana młodzież.
Wywiad z Tuskiem i wyobraźnia
Na przedświątecznych stronach portalu bije po oczach artykuł o wywiadzie (!) z Donaldem Tuskiem autorstwa redaktor naczelnej Krytyki politycznej Agnieszki Wiśniewskiej. Bije dosłownie, bo tytuł owego wstrząsającego dzieła brzmi: „Wywiad z Tuskiem pokazuje paradoks granic naszej wyobraźni.” Moją wyobraźnie już publicystka przekroczyła, ale dalej jest jeszcze lepiej: „Donald Tusk przepowiada wojnę. Straszy, mówi prawdę czy uprawia polityczną grę?” Wreszcie ktoś, może przypadkiem, ale zawsze, napisał prawdę o Tusku. Dziękuję pani Agnieszko.
Dodać trzeba, że na początku nowatorskiego „artykułu o wywiadzie” – może to być nowa dyscyplina dziennikarska, trochę taki medialny rzut młotem – zaznaczono, że sam wywiad ukazał się w Gazecie Wyborczej, jako że premier Tusk udzielił wywiadu tylko „sześciu europejskim gazetom”. Szach, makao i bingo w jednym.
Mózgobójstwo
Jeszcze ciekawiej zapowiada się wywiad z kandydatką na prezydenta Warszawy poseł Magdaleną Biejat. Tym razem to klasyczna na szczęście rozmowa, którą przeprowadziła – jaki to przypadek – na tydzień przed wyborami Paulina Januszewska. Sam wywiad jak wywiad. Biejat nie powie niczego interesującego, czyli skandalicznego, bo nikt jej kontrowersyjnego pytania nie zada, ważna jest promocja rozmowy zawarta w tytule i nadtytule.
Otóż Biejat zwierza się redaktorce lewicowego periodyku a dziennikarka robi z tego tytuł: „Ważne, żeby dzieci nie wchłaniały szkodliwych patriarchalnych wzorców”. No jasne, do diabła z podwyżkami, chaosem politycznym i prawnym w Polsce oraz wojną za naszą wschodnią granicą, najważniejsze są „szkodliwe patriarchalne wzorce”. Uważajcie Państwo, co Wasze dzieci „wchłaniają” razem z papką w żłobku lub z kanapką z żółtym serem w przedszkolu. Nadtytuł śmieszny już nie jest. „Kobietobójstwo” – krzyczy redakcja, abyście przeczytali. Nie warto. Albo nie, przeczytajcie i znajdźcie sens – oprócz kampanii wyborczej i tego, że to w tym akurat periodyku opublikowano – dlaczego to zrobiono pani poseł Biejat? Walki frakcyjne w Nowej Lewicy – d. SLD, d. Lewica, d. Socjaldemokracja RP, d. PZPR? Nie sądzę, ale szukajcie dalej.
Pradziadek za prawnuczka…
Dobra, powiem prawdę, zaciekawił mnie jeden z artykułów i dlatego właśnie napisałem tę zbyt obszerną krytykę Krytyki politycznej. Uwaga, uwaga: „Rozprawa Bartłomieja Sienkiewicza z widmami swojego pradziadka” pióra Dominika Pawlikowskiego – jak przedstawia go redakcja – absolwenta filozofii i filologii germańskiej. I co? Wstyd się przyznać, ale moim zdaniem, większość wnuków a nawet prawnuków nie ma problemów w „widmami” przodków. Dlaczego akurat minister Sienkiewicz miałby mieć problem z czymkolwiek? A z „widmami” pradziada Noblisty to już w ogóle. Chyba, że Quo vadis potraktować jako pytanie do rządu, gdzie zasiada czcigodny prawnuk autora Trylogii. I to nie byle jaki prawnuk, bo taki który w parę dni usiekł media publiczne w Polsce, poćwiartował ich przychody przy okazji wbijając na pal bezpieczeństwo państwa wyłączając sygnał nadawczy medium informacyjnego podczas toczącej się na Ukrainie wojny z Moskalem.
Krytykę przygaście, czyli leworządność
Pierwsze zdanie pana Pawlikowskiego to majstersztyk i właściwie niczego lepszego do wyborów samorządowych nie przeczytacie: „Kiedy pod koniec XIX wieku Henryk Sienkiewicz pisał ‘Trylogię’ i ‘Krzyżaków’, nie mógł się spodziewać, że ogień megalomańskiej mitologii narodowej, który wówczas rozniecił, ponad sto lat później zostanie w spektakularny sposób przygaszony przez jego własnego prawnuka w randze ministra kultury” – pisze na portalu Krytyki politycznej Pawlikowski.
Prawnuk Sienkiewicza obrócił w perzynę media narodowe i „przygasił”, co pradziad „rozniecił”. I jeszcze to zaczepne a nawet obraźliwe i nawiązujące do carskich dystynkcji „w randze ministra kultury”. O Sienkiewiczu tak, o pułkowniku Sienkiewiczu. Oj będzie mniejsza dotacja na pismo.
Jeśli nie mają państwo nic do roboty, to przejrzyjcie, ale myślę, że moja boleść po tych dziennikarskich wykwitach leworządności jest wystarczającą karą. W imieniu czytelników sdp.pl zniosłem to dzielnie. Chyba, bo powieka nadal drga mi nerwowo…
Ludzie, którzy pasą się, cieszą, cudzym nieszczęściem, szkodzą przede wszystkim sobie, a nie innym. Nie wiem, czy jest to w stanie dotrzeć, do któregokolwiek z influencerów medialnych napawających się nowotworem, który dotknął nielubianego przez nich polityka. W Wielki Piątek ludzie nienawidzący innych ludzi powinni przynajmniej pomyśleć o swoich czynach.
Każdego dziecka na religii, a jeszcze trochę takich dzieci jest, uczy się, że Ukrzyżowanie nie było końcem a początkiem. Także początkiem innych krzyżowań za wiarę. Wbrew utartej opinii największym prześladowcą chrześcijan w Rzymie nie był wcale Neron, a późniejszy o ponad dwieście lat Dioklecjan, który wraz z kolegami będącymi przy władzy rozpoczął regularną czystkę. W samym cesarstwie wiele osób z elity politycznej, także tych niechętnych wyznawcom Chrystusa, zwracało uwagę, że jest to średni pomysł. Napasiemy tłum nienawiścią do przeciwników, wyżyjemy się, jakiś czas władza pojedzie na tym antagonizowaniu społeczeństwa, ale potem oni będą mieli męczenników i podbudowę moralną, a my zdegenerowanych morderców, którzy jedyne czego chcą to uniknąć zemsty.
Mieli rację, bo krótko potem cesarz Konstantyn, czy to z przyczyn taktycznych, czy duchowych, zaczął mocno promować chrześcijaństwo, które wówczas już rozpoczęło niepowstrzymany marsz do panowania w całym imperium, a potem Europie. Ludu i elit Rzymu jednak wiele ta historia nie nauczyła, bo kolejnych kilkadziesiąt lat później nakręcili się tym razem nie na chrześcijan, a germańską ludność zamieszkującą półwysep apeniński, w większości rodziny rzymskich legionistów pochodzenia germańskiego. Efektem oczywiście była rzeź tych rodzin, przez chwilę pewnie było nawet fajnie, ale dalszym efektem było to, że duża część legionistów dołączyła się do króla Wizygotów, który wkrótce zajął Rzym i urządził zabawę na drugą nóżkę.
Lubię historię Rzymu, bo tam wszystko jest, ale oczywiście takich historyjek można by wysypać sporo z rękawa czytając o dowolnym okresie na dowolnym kontynencie. Mimo tego ludzie się nie zmieniają. Po prostu od czasu, do czasu chcą by innym było źle. Znajdują jakąś grupę, budują podbudowę moralną i heja. Dziś w naszym kraju, odbywa się to szczęśliwie nie za pomocą noży, stosów czy krzyży, a mediów, czasem z pomocą prokuratury lub służb specjalnych.
W tym wszystkim przypadek Zbigniewa Ziobro i rozmaitych Wielińskich, czy Michalik dworujących sobie z jego bardzo poważnej choroby, moim zdaniem, mocno wykracza poza standard. Ludzie z reguły nie dokuczają chorym na raka i sobie z tego nie dworują, także dlatego, że się go sami boją. Nasze media jednak osiągnęły kolejny etap, kolejny level gry w bezrozumne szczucie. Jeśli ktoś choć trochę śledził co pisałem to mógł zauważyć, że miałem sporo zastrzeżeń do aktywności byłego ministra sprawiedliwości w ostatnich latach. Ale jeszcze więcej zastrzeżeń, mówiąc eufemistycznie, miałem do Tomasza Lisa. Kiedy jednak dopadły go kłopoty zdrowotne ja, ale też choćby chamsko przez niego obrażana Magda Ogórek, życzyliśmy mu zdrowia. Żeby było jasne, nie czuję z tego powodu kombatanctwa. Ale chciałbym to nadmienić, by nikt inny nie mówił, “a wy też”. Nie. To akurat oni. Nie my.
We wszystkim tym, temu kibicowaniu chorobom (ale też powtarzaniu hasełka o “winnych, którzy nie mają się czego obawiać”, w sytuacji, kiedy motywacje aparatu siłowego są w oczywisty sposób polityczne) zastanawia mnie jedno. Ludzie, którzy kibicują chorobie, a nie choremu, choćby go nie lubili, już mu nie zaszkodzą. Jeśli komuś szkodzą to sobie, niech to w Wielki Piątek i przy Wielkiej Nocy rozwijają księża i etycy, bo to ich, a nie moja, branża. Ale nie zmienia to faktu, że może w ciągu najbliższych dni, słabego, zagubionego człowieka, w którym gdzieś tli się dana mu nadzieja i szansa, należy dostrzec nawet w tych obecnych “hejterach”, braciach Kopaniach i innych. Nie wiem jak tam dla Państwa, ale dla mnie jest to stosunkowo trudne. Tak czy siak spróbuję.
W wielkich mediach nie brakuje informacji o brutalnym wejściu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego do pustego domu, będącego w tym czasie w szpitalu, b. ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. I jakoś tak się składa, że – w głównym nurcie medialnym – prawie wszyscy wypowiadający się na ten temat prawnicy przyjęli prorządową postawę, że „zło” trzeba wypalać ogniem i mieczem. Paradne, głupie czy przypadkowe? Te pytania powrócą już po świętach. Na przykład o legalność przeszukania domu parlamentarzysty opozycji z ważnym immunitetem, kiedy nikogo nie ma w domu. To nie Rwanda, zatem nie musimy myśleć, czy PO to Hutu a PiS Tutsi i kto kogo zabije pierwszy. Jeszcze nie musimy, ale to temu rządowi, Radzie Ministrów Donalda Tuska, pozostanie wstyd z powodu rekwizycji dziecięcych tabletów z bajkami.
Koalicja KO, TD i NL postępuje według zasady „rób kontrowersyjne rzeczy przed świętami”.
Oto niektóre z nich:
Zamykaj media publiczne i wyłączaj podczas trwającej wojny sygnał telewizji publicznej przez Świętami Bożego Narodzenia.
W karnawale wejdź nielegalnie do Kancelarii Prezydenta i wywlecz stamtąd posłów, którzy zostali przez Prezydenta RP uniewinnieni.
Przed Wielkanocą włam się do domu ex ministra sprawiedliwości oraz mającego immunitet posła i przeszukuj go pod nieobecność domowników, bo gospodarz leży w szpitalu chory na raka. Także jeszcze przed rezurekcją wejdź do innych posłów opozycji i zniszcz im mieszkania i domy, ogrodzenia, drzwi i okna, bo może coś zrobili…
Co będzie dalej?
Przed 15 sierpnia, tuż przed przemówieniem zatrzymajcie Prezydenta RP, bo palił kiedyś w miejscu dla niepalących a 11 listopada wyciągnijcie z domu prezesa PiS, bo nie posprzątał w ogródku. Może też wywiozą byłego premiera do lasu, bo przecież już to robiły służby bronione przez prominentnych przedstawicielu ekipy rządzącej.
Niemożliwe? A to, co się dotychczas stało było możliwe? Zamknąć część mediów, to jak zamknąć w więzieniu część społeczeństwa, akurat tę część nieprzychylna rządowi, który zaczął pracę 13 grudnia 2023 r.
Strach przed świętami
W rękach władz są prawie wszystkie media. Poza społecznymi i konserwatywnymi oraz na tyle niszowymi, aby koalicjantom nie opłacało się ich niszczyć. Najpierw w głównych portalach, telewizjach, rozgłośniach i gazetach zaczyna się realizacja mechanizmów, które teraz tam pracujących zarzucali poprzednim władzom politycznym. Niby takie samo od lat przestawienie torów, ale zupełnie inne metody. Tyle, że większość odbiorców nie ma, gdzie zweryfikować nieprawdziwych albo tylko propagandowych informacji rządowych, bo jeszcze nie dawno można było przełączyć się na inny kanał, a teraz – z jednym wyjątkiem TV Republika – już nie. To jeszcze nie wszystko – manipulacje są wszechmocne. Główny nurt ma po prostu przestraszyć ludzi sprzeciwiających się takim metodom rządzenia.
A cóż lepiej podkreśli ów strach, jak rzucona przez prorządowych purystów prawnych maksyma, że jak się odbiera tablety rodzicom to należy odbierać też dzieciom, bo przecież…
No, co do cholery może być w smartfonie kilkulatka czy nawet nastolatka? Filmy animowane, zdjęcia z imprez, numery telefonów do nauczycieli, gra fantasy?
Wstyd i cyrk
Panowie profesorowie od siedmiu boleści, to są rodziny parlamentarzystów z immunitetami. Nie można dokonywać przeszukań bez obecności właścicieli, bo jaką wówczas wartość mają dowody? Podrzucić kompromitujące materiały potrafią wszystkie służby świata, ale znajdować je pod nieobecność lokatorów tylko te kochające władze. Każdą. A takie służby są do kitu i nie służą państwu tylko powinny służyć w cyrku.
Powinni się również wstydzić pracownicy mediów, którzy od 19 grudnia pokazują bezkrytycznie poczynania tego rządu, pokazują bezprawie nazywając je państwem prawa, kiedy to w rzeczywistości balansowanie na krawędzi bezpieczeństwa, bo na wschodzie czekają rządni naszej krwi i ziemi rosyjscy zbrodniarze. Działania rządu i tzw. niezależnych mediów są już pod lupą wielu międzynarodowych służb naprawdę strzegących praworządności. Co z tego wyniknie nie wiem, ale wiem jedno – złe uczynki wracają.
Z kimś tam w końcu się poszarpiemy. Wybory – jedne, drugie już niedługo. Prezydenckie niby odległe, za rok, ale to jednak też rychło nastąpi. Dostaję warszawskie ulotki, a w nich obietnice liczne owszem są. Natomiast o kandydatach niewiele albo nic zgoła. To źle. Przecież my tych ludzi zupełnie nie znamy, a portrecik to za mało.
Potencjalnie „prezydenckich” państwowych, partyjnie nadsyłanych niby, znamy do znudzenia, ale ja nie o nich. To będzie lista naprawdę nowych propozycji. Może i zaskakująca, ale – uważam – warta rozważenia.
Trochę o sobie, bo w końcu będzie o propozycjach autorskich z wiodącym założeniem: nie głosujmy na tych, którzy są, którzy są już zbyt długo i znowu pchać się na pewno będą na urząd główny. To jest taka „trzecia droga” naprawdę, nie idźmy nią. Idźmy według zasług, nadziei, w oparciu o kryteria respektowania zasad, typując odważnych, którzy już to udowodnili.
Mała dygresja osobista. Zdarzyło mi się parę razy, że w okolicznościach chamstwa reagowałem gwałtownie. Tak mam, choć wiem, że to nieskuteczne. Dziś jestem dość stary i rzeczywiście z takimi reakcjami dość śmieszny, gdy rzucam się do fizycznej obrony nawet w słusznej sprawie. Już nie te siły i w końcu wszystko i tak kończy się na pyskówce. Robi się śmiesznie i głupio.
To tak jak z dość powszechnym pokrzykiwaniem przedwyborczym. Było wprawdzie dużo czasu, by przedstawić gości chętnych do rządzenia większym lub mniejszym poletkiem – ale nie zrobiono tego, nawet sami zainteresowani czynili to nieśmiało. Choć owszem są wyjątki.
Wykonałem w ostatnich dniach prywatne sondaże telefoniczne wśród znajomych, nadal dość ważnych i popularnych osób. Takich, których cenię i mam dostęp. I cóż wyszło.
Numery 1. i 2. to profesorowie – Andrzej Nowak i Wojciech Roszkowski.
Konstanty Radziwiłł (mój kandydat szczególnie).
Wrocławianin Władysław Frasyniuk, człowiek naprawdę twardy i inny niż dotychczasowe wyobrażenie o „robotniku, chociaż należy mu zawsze przypominać jak skandalicznie zachował się wobec funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej podczas kryzysu imigracyjnego.
Sprytnie przypomniał się w rozmowie telewizyjnej. Było o szczegółach solidarnościowego „skoku na bank”, czyli wydobycia z komunistycznego skarbca pieniędzy ze składek związkowców tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Dowiedzieliśmy się, jak dolnośląska Solidarność „ukradła” (własne!) – jak mówił wówczas Urban – pieniądze. Nie 80 a 90 milionów złotych. Frasyniuk siedział potem m.in. za to aż 4 lata (!) w więzieniu i jeszcze 10 miesięcy za uderzenie „bykiem” naczelnika zakładu karnego. Działacz sprawiedliwie przypomniał wykonawcę operacji zatrudnionego wówczas w banku – Józefa Piniora, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwiska dyrektora tegoż banku, który przez aż kilka godzin zwlekał z zawiadomieniem policji – ubecji (?). To prawdziwy bohater! – mówił Frasyniuk i przepraszał, że nazwiska zapomniał.
5. mojego prezydenckiego rankingu zdecydowanie Witold Gadowski, świetny dziennikarz, góral-krakowianin, autor świetnych polemicznych książek o komunizmie, służbach specjalnych i Bałkanach.
6. Adam Słomka. Niby przedstawiać tego piłsudczyka nie trzeba, ale warto przypomnieć, że jeszcze za poprzedniej, ostatniej władzy spędzał Boże Narodzenie w więziennym areszcie. Niezłomny w domaganiu się ukarania sędziów – przestępców.
A na 7. miejscu… z ust kobiecych usłyszałem stanowczą propozycję by wpisać również panią byłą premier Beatę Szydło. Więc wpisuję. Dodam – od siebie propozycję również żeńską – Wandy, córki Kraka, która nie chciała Niemca i skoczyła do Wisły. Pozostali kandydaci to profesorzy bardzo ważni i zasłużeni: prof. Krzysztof Szwagrzyk, walczący uparcie o pamięć, odnalezienie i godne pogrzebanie ofiar Wołynia – czego ciągle nam odmawiają – opóźniają Ukraińcy. Kończy moją listę, choć również mógłby być na pierwszym miejscu prof. Wiesław Binienda. Nie tylko za to co zrobił w sprawie udowodnienia smoleńskiego morderstwa, ale i jako przeprosiny za wręcz wrogie i skandaliczne potraktowanie nie tylko przez lewicę i platformersów, ale niestety również przez prawicę. Niestety. Profesor wyjechał z Polski z poczuciem krzywdy. Rozmawiałem z nim. Powiedział: „wszystko co robiłem to nie dla kogoś, to dla Polski”.
Niech kandydatury będą różne – byle byli to ludzie naprawdę mądrzy i z konkretnym dorobkiem, zasłużeni.
Teraz moi rozmówcy mówią – jeszcze czas, zobaczymy po wyborach – samorządowych, europejskich. Jednak czas szybko leci. „Nie stój, nie czekaj – pomóż”. Tak mówiliśmy przed 4 czerwca 1989. I wtedy naprawdę wygraliśmy, wbrew wszystkiemu co potem mówiono. Tyle, że tamto zwycięstwo zostało zmarnowane – ale to już następstwa naiwności i wręcz głupoty. Nie potrafiliśmy obronić się, wyeliminować złych ludzi, którzy egoistycznie działali przeciw Polsce.
Prezydent kraju – to wielka stawka. Nie wystarczy zacny – powinien koniecznie być mądry, silny i stanowczy.
Przekop ciągle nie gotowy, lotnisko „odlatuje”, kopalnie systematycznie zasypywane, huty wygaszone, stocznie zamienione w fabryki słupów wiatrowych (za 25 lat pójdą na złom), statki handlowe zbrodniczo sprzedane. Złodzieje okopali się w podatkowych rajach. Kupę pracy będzie miał uczciwy przyszły prezydent.
Zbliżają się najważniejsze dla katolików Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Chciałbym Wam życzyć żeby były przynajmniej spokojne, ale obawiam się, że nie będą.
W tajemnicy Świąt Zmartwychwstania Pańskiego kryje się istota chrześcijaństwa. Symbol upadku, który staje się narzędziem i znakiem zwycięstwa. Porażki śmierci i triumfu życia. Nieustannej odnowy. O ile oczywiście ktoś stara się te znaczenia uchwycić. Tradycyjnie ci, dla których to okazja do lenistwa, intensywnej eksploatacji seriali i obżarstwa, pozostaną po wszystkim z wewnętrzną pustką i dodatkowymi kilogramami.
Podwyżki, przykrywki
Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do tego, że przynajmniej czas świąteczny możemy spędzić spokojnie. Dziś, choć minęło tylko nieco ponad 100 dni rządu koalicji 13 grudnia, o spokój coraz trudniej. W czasie kiedy będziemy świętowali decyzją rządu Donalda Tuska wzrośnie VAT na żywność, niedługo później gargantuicznie wzrosną ceny energii elektrycznej. Wszystko to zapewne spowoduje wzrost inflacji. Agencja S&P już obniżyła prognozę wzrostu PKB dla Polski. Chyba mało kto spodziewa się poprawy swojej sytuacji.
Jakby tego było mało, nie od dzisiaj wiadomo, że modus operandi polityki prowadzonej przez Donalda Tuska, to tzw. „przemysł przykrywkowy”. To dlatego atak na media publiczne i PAP Tusk realizował mniej więcej w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Chciał się rach ciach uwinąć, tak żeby zanim Polacy skończą świętować było po wszystkim. Nie wyszło, ale próbował. I spróbuje znowu.
„Prezenty” Tuska
Czy już podczas Świąt Wielkiej Nocy? Sadzę, że wysoko prawdopodobny jest najazd mających za nic prawo i konstytucję hunwejbinów Tuska na Trybunał Konstytucyjny, o którym mówi się już od dłuższego czasu. Mniej prawdopodobny (ze względu na możliwe międzynarodowe reperkusje), ale nie niemożliwy, jest najazd na Narodowy Bank Polski, gdzie leży potrzebne Niemcom polskie złoto. A może kolejne włamania do domów polityków, na przykładzie których brukselski szatniarz zechce pokazać, że „jemu wolno wszystko”?
Cokolwiek by się nie stalo, dla coraz bardziej „opiłowywanych” katolików Chrystus znów zmartwychwstanie i to jest najważniejsze. Chciałby, z tej okazji życzyć Wam spokojnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, ale że mogłoby to zabrzmieć jak ponury żart, życzę nam wszystkim abyśmy w tym czasie odnaleźli nadzieję i siłę na marsz przez „ciekawe czasy”.
A jakie „prezenty” przyniesie nam „wielkanocny Tusk”? Nie mamy na to wpływu.
Edward Pytko, 23-letni pilot instruktor Oficerskiej Szkoły Lotniczej nr 5 w Radomiu, został zamordowany w 1952 roku. Sędzia Bogdan Dzięcioł, który brał udział w skazaniu go na karę śmierci, właśnie usłyszał wyrok pięciu lat więzienia za mord sądowy. To sukces, gdyż przez wiele miesięcy proces nie mógł się rozpocząć. Najpierw była pandemia, potem zachorował sędzia, w końcu żona oskarżonego.
Dlaczego Edward Pytko został zamordowany? 7 sierpnia 1952 roku, podczas rutynowego lotu treningowego samolotem Jak-9, postanowił uciec na Zachód. Desperacki krok wynikał z faktu, że nie chciał donosić na kolegów Informacji Wojskowej. Do wolności zabrakło mu dwóch minut…
Mijając Czechosłowację, zniżył lot nad Wiedniem, ale prawidłową nawigację uniemożliwiły gęste chmury. Kiedy zorientował się, że na lotnisku Wiener Neustadt są sowieckie jednostki, próbował poderwać maszynę. Jednak Sowieci w swojej strefie okupacyjnej zobaczyli polską szachownicę, przechwycili Jaka i zmusili pilota do lądowania. Bez wahania przekazali Pytkę „zaprzyjaźnionym”, marionetkowym władzom w Polsce.
Już 18 sierpnia 1952 roku komunistyczny Sąd Wojsk Lotniczych skazał uciekiniera na karę śmierci.
„Było to prześladowanie wymienionego oficera i było aktem represji z powodu prezentowanych przezeń – odmiennych od propagowanych przez ówczesne władze partyjne i państwowe – poglądów politycznych” – uzasadniał oskarżający Dzięcioła prokurator Robert Janicki z pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej.
„Próbowałem, pech, nie udało się – trzeba płacić” – miał powiedzieć Edward Pytko współwięźniowi z celi katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie. Wyrok wydali: mjr Ludwik Fels (przewodniczący), por. Władysław Marszałek, asesor ppor. Bogdan Dzięcioł (nawet w świetle komunistycznego „prawa” skład był niewłaściwy – dziś była to podstawa do ścigania Dzięcioła). Trzy dni później – 21 sierpnia 1952 roku – Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał w mocy wyrok na Pytkę. A 28 sierpnia 1952 roku prezydent-morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski.
„Tak szybkie procedowanie, obejmujące – od zatrzymania pokrzywdzonego do wykonania kary śmierci – okres zaledwie trzech tygodni, budzi poważne wątpliwości co do rzetelnego i sprawiedliwego procesu” – ocenił prokurator IPN.
29 sierpnia 1952 roku o godzinie 19.00 Pytce w tył głowy strzelił kat Mokotowa Aleksander Drej. 21 dni – tyle komunistyczne bestie potrzebowały na wyeliminowanie „groźnego przestępcy”. O egzekucji zbrodniarze nie poinformowali rodziny. Nigdy też nie oddali jego ciała, które zrzucili do bezimiennego dołu.
31 sierpnia 1993 roku, po 41 latach i rozpatrzeniu wniosku matki uciekiniera, Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego w Warszawie postanowił o rehabilitacji: „Czyn ppor. Edwarda Pytko był indywidualnym protestem przeciwko totalitarnym stosunkom społeczno-politycznym narzuconym wojsku przez władze komunistyczne i jednocześnie indywidualnym, desperackim działaniem na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”. Kolejne lata III RP przyniosły ekshumację, identyfikację i pochówek szczątków Edwarda Pytki w panteoniku na Powązkach Wojskowych w Warszawie.
Bogdan Dzięcioł, rocznik 1928, jest zaledwie rok starszy od Edwarda Pytki. Członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – od początku. Absolwent Wojskowej Akademii Prawniczej w Moskwie. W uznaniu zasług 20 lat spędził w Sądzie Najwyższym jako prezes Izby Wojskowej, później Izby Karnej. Po przejściu w 1991 roku na emeryturę został adwokatem. A także literatem, bo napisał kilka książek. Teraz został osądzony.
„Sędzia Bogdan Jan D. swoim zachowaniem realizował politykę państwa totalitarnego, posługującego się na wielką skalę terrorem dla realizacji celów politycznych i społecznych. Wziął tym samym udział w prześladowaniu pokrzywdzonego ze względów politycznych, wykonując strategię kierownictwa państwa, by przy wykorzystaniu prokuratury i sądów niszczyć przeciwnika politycznego, rzeczywistego lub domniemanego” – podsumował prokurator Robert Janicki.
Mekka artystów, malarzy, literatów, miejsce licznych imprez, usytuowana nad Wisłą, przyciąga rzesze turystów, zachwyca renesansowymi kamienicami rozlokowanymi wokół rynku z drewnianą studnią, pięknymi spichlerzami ustawionymi wzdłuż rzeki, kościołami, zamkiem, urokliwymi wąwozami…. Czegoż tu nie ma? A i ileż tu znakomitości można spotkać! Oczywiście chodzi o miasteczko Kazimierz założone, jak nam się wydaje, przez znakomitego polskiego króla Kazimierza Wielkiego, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”.
Nie do końca jest to prawda, gdyż za czasów rządu Kazimierza Wielkiego miejscowość już istniała, a król wzniósł jedynie niewielki murowany zamek. Ponadto piękne kazimierskie murowane kamienice powstały nieco później, za rządów innego władcy, ale prawdą jest to, że Kazimierz Wielki nadał Kazimierzowi prawa miejskie. Natomiast co do nazwy, to wiąże się z innym władcą, Kazimierzem Sprawiedliwym, który w 1181 r. osadę Wietrzna Góra podarował klasztorowi Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów, potocznie zwanych norbertankami. Na cześć darczyńcy zakonnice zaczęły ową osadę zwać Kazimierzem i pod taką nazwą zapisano ją w Roczniku Kapituły Poznańskiej w 1249 r.
Wczesną wiosną, a raczej na przedwiośniu, zazwyczaj jest to okres Wielkiego Postu, w Kazimierzu jest pusto. Turystów brak. Nieliczni snują się po miasteczku, szukają miejsc, w których można pokontemplować, wyciszyć się, zadumać i niekoniecznie muszą to być wnętrza kościołów. Co ciekawe Kazimierz znakomicie się do tego nadaje. Cisza, czyli brak wielkomiejskiego gwaru, rozpraszających świateł, śpieszących się ludzi, za to są ładne obiekty zabytkowe, jest piękna przyroda i niezwykłe, historyczne miejsca, które w tę atmosferę świetnie się wpisują. Niestety są mało znane i często niezauważane. Proponuję więc spacer po miejscach zadumy, który można podzielić na kilka odcinków.
Zapomniany powstaniec
Niemal w centrum miasta, w bok od głównej drogi odchodzi brukowana ulica Juliusza Małachowskiego, którą poprowadzono wąwozem zwanym Małachowskiego. Może nie jest to najpiękniejszy wąwóz w Kazimierzu i jego okolicach, ale wiedzie w górę obok Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Kuncewiczówki (rodzinny dom pisarki Marii Kuncewiczowej i jej męża Jerzego, m.in. polityka ruchu ludowego) do mogiły powstańca listopadowego. To właśnie tam 18 kwietnia 1831 r. zginął Juliusz Małachowski, o czym wspomina napis wyryty na kamiennej płycie: „Juliusz Hr. Małachowski ur. 1802 r. poległ 18 kwietnia 1831 r. pod Kazimierzem w tem miejscu. Wieczny odpoczynek racz mu dać PANIE”. Co prawda ten polski poeta, a jednocześnie podpułkownik, dowódca piechoty, a dokładnie kosynierów został pochowany w rodzinnym grobowcu w Końskich (woj. świętokrzyskie), ale w miejscu jego śmierci ułożono płytę nagrobną, niestety dość zaniedbaną.
Symboliczny grób Juliusza Małachowskiego, , który w tym miejscu, w górnej partii wąwozu zginął w 1831 r. broniąc Polski. Fot. Maria Giedz
O samym powstańcu niewiele wiadomo poza faktem, że był hrabią herbu Nałęcz, synem generała Stanisława Aleksandra Małachowskiego i Anny z domu Stadnickich. W czasie powstania listopadowego dowodził batalionem strzelców sandomierskich, których utrzymywał na własny koszt. Podczas powstania, w walce z „Moskalami”, dokonał kilku brawurowych akcji, za co został odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. W Kazimierzu doszło do starć wojsk rosyjskich z przeprawiającymi się przez Wisłę wojskami polskimi. Batalion Małachowskiego osłaniał Polaków. Dzień wcześniej udało się Małachowskiemu uratować wojska polskie od klęski. Dobę później takiego szczęścia nie miał. Zginął od kul nieprzyjaciela.
Kazimierska „ściana płaczu”
Z Wąwozu Małachowskiego, jakieś 200 m za symboliczną mogiłą powstańca, można skręcić w lewo i zejść innym, stromym, dość zarośniętym wąwozem, do ulicy Czerniawy. To kolejny, głęboki wąwóz. Na jego przeciwnym zboczu znajduje się przedziwny pomnik – ściana w połowie pęknięta, z obu stron obłożona połamanymi macewami.
Na owym zboczu w 1851 r. powstał cmentarz żydowski (kirkut). Żydzi w Kazimierzu osiedlili się dość wcześnie, bo już w połowie XV w. Ich pierwszy cmentarz, prawdopodobnie założony w XVI w., znajdował się u podnóża góry Sitarz, przy ulicy Lubelskiej, gdzie dzisiaj znajduje się boisko szkolne.
Tuż po rozpoczęciu wojny w 1939 r., a dokładnie 19 września do „opróżnionego” z zakonników klasztoru Ojców Reformatów wprowadzili się Niemcy i ich tajna policja, czyli Gestapo. To oni w klasztornych piwnicach zorganizowali więzienie, a raczej katownię dla Polaków i Żydów. Od momentu wprowadzenia się do Kazimierza Niemców rozpoczęły się zbiorowe egzekucje. Przeprowadzano je głównie na żydowskim kirkucie na Czerniawach. Niemcy rozstrzeliwali tam nie tylko Żydów, ale i Polaków. To również tam powstało żydowskie getto. Od kwietnia 1942 r. do marca 1943 r. straciło życie około 3 tyś. Żydów z Kazimierza i okolicznych miejscowości. Zaledwie kilku udało się uratować. Niestety nie wiemy ilu Polaków tam rozstrzelano, podaje się tylko, że sporo. W 1939 r., czyli przed wkroczeniem do Kazimierza Niemców mieszkało tam 4641 osób, w tym 2,5 tys. Żydów. Po wojnie liczba mieszkańców zmniejszyła się prawie o połowę.
Kazimierska ściana płaczu – symboliczny pomnik poświęcony Żydom z Kazimierza zabitym przez Niemców. Fot. Maria Giedz
Niemcy w Kazimierzu niszczyli wszystko, nie tylko ludzi, ale najbardziej nie podobał się im cmentarz żydowski, który niemal zrównali z ziemią a kamienne macewy wykorzystali do wybrukowania drogi dojazdowej i dziedzińca siedziby Gestapo w klasztorze franciszkanów. Dopiero w 1984 r. pozbierano z różnych miejsc rozbite macewy i wzniesiono z nich „ścianę płaczu”. W ten sposób w 1986 r. powstał symboliczny pomnik autorstwa Tadeusza Augustynka. Jest on „przecięty” pionowym pęknięciem, które ma upamiętniać tragiczną historię narodu żydowskiego. Autor po lewej stronie umieścił macewy z grobów kobiet, a po prawej mężczyzn. Na większości płyt znajdują się płaskorzeźbione lub ryte przedstawienia o bogatej symbolice. Są to świece, najczęściej złamane, informujące, że zmarły odszedł z tego świata, są też księgi, korona, dzban i misa, drzewa, kwiaty, a także zwierzęta jak lwy, jelenie, gryfy, ptaki… Niektóre odpowiadają imionom zmarłego, inne ukazują cechy zmarłego. Jeśli widzimy szafę z księgami, to oznacza, że zmarły oddawał się studiowaniu Tory – świętej księgi Judaizmu. Często pojawiają się świeczniki, przypisywane nagrobkom kobiecym, gdyż to kobieta dbała o świece szabasowe.
Kazimierz. fragment macewy z nagrobka kobiety odznaczającej się pobożnością, mądrością i troskliwą. Fot. Maria Giedz
O miejscu tym można by jeszcze długo opowiadać, bo jest niesamowite. Zresztą wszystkie cmentarze wprowadzają w nastrój nostalgii, ale czasem i radości, czego przykładem jest cmentarz w miejscowości Săpânța na terenie Rumunii. Ktoś mógłby zapytać po co chodzić po cmentarzach, jeśli nie leżą na nich bliscy? Otóż każdy cmentarz, niezależnie od kultury, religii, to kopalnia wiedzy. Ja zawsze odwiedzam cmentarze w każdym zakątku świata, do którego docieram. Cmentarz „mówi” więcej o społeczeństwach zamieszkujących dany region niż niejedna kamienica czy pałac.
Krzyżowa Góra
Po powrocie do centrum miasta, o ile nie jest się jeszcze zmęczonym i ma się ochotę trochę powspinać można wybrać się na Górę Trzech Krzyży. Nie jest to co prawda miejsce odosobnione, gdyż wzbudza zainteresowanie wśród wielu turystów. Bowiem właśnie z tej góry można zaobserwować najpiękniejszą panoramę Kazimierza, miasta i okolicznych wzgórz oraz dolinę Wisły.
Widok z Góry Krzyżowej na miasto, kościół Ducha Świętego i Świętej Anny, okoliczne wzgórza i na dolinę Wisły. Fot. Maria Giedz
Góra wznosi się nad kościołem p.w. Ducha Świętego i św. Anny (ponoć wysoka jest na 190 m n.p.m., a tylko 90 nad poziomem Rynku), jednak, aby wejść na nią trzeba dotrzeć do kościoła farnego p.w. św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja. Z ulicy Zamkowej poprowadzonej obok kościoła odchodzą schody wiodące niemal wprost na szczyt góry z „łysym” wierzchołkiem, na którym stoją trzy drewniane krzyże. Mają odzwierciedlać jerozolimską Golgotę i chronić miasto przed najróżniejszymi klęskami. Nie wiadomo od kiedy stoją na tej górze krzyże (są wymieniane co 30-40 lat), gdyż pierwsza o nich wzmianka pojawiła się w księgach miejskich z 1577 r. Chociaż ten środkowy wyraźnie nawiązuje do panującej w Kazimierzu i okolicy epidemii cholery zwanej morową zarazą, która występowała na początku XVIII w., a dokładnie w latach 1705-1708, co uwzględnia wyryta na krzyżu data oraz napis: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie”.
Na prawym krzyżu umieszczono zupełnie inny napis, dotyczący naszej ojczyzny: „Boże pobłogosław ojczyźnie naszej”. Być może ma to związek z którąś z wojen. Natomiast na lewym krzyżu napisano: „Boże zbaw lud nasz polski”.
Interesujące jest również to, że właśnie na szczycie tej góry w 1852 r. odkryto kurhan grzebalny i ludzkie kości. Przypuszcza się więc, że mogło to być wczesnochrześcijańskie miejsce kultu. No cóż, góra jest miejscem dość tajemniczym.
Zakątek patriotyczny
Schodząc z Góry Krzyżowej i przechodząc przez Rynek warto udać się jeszcze w okolice kościoła p.w. Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny i klasztoru Ojców Franciszkanów Reformatów, tego samego, gdzie w czasie II wojny światowej stacjonowało Gestapo. Właśnie tam, przy klasztornym murze znajdują się dwa obeliski. Jeden z nich jest pomnikiem upamiętniającym dzień 18 listopada 1942 r., a była to środa, w którym w ramach akcji pacyfikacyjnej Niemieccy żołnierze rozstrzelali ponad 140 osób. Dzień ten nazwano „krwawą środą”. Akcja pacyfikacji trwała tydzień, a jej kulminacja przypadła właśnie na środę. Niemcom chodziło o wymuszenie posłuszeństwa wśród mieszkańców Kazimierza i uległości wobec niemieckiej władzy. W ciągu tych siedmiu dni najpierw bez powodu uwięziono ponad 300 osób, a potem ich zabijano.
Obelisk poświęcony marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu w 78 rocznicę cudu nad Wisłą. Fot. Maria Giedz
Obok obelisku, na klasztornym murze znajdują się kamienne tablice poświęcone pamięci osób poległych i pomordowanych podczas wojny oraz w pierwszych latach powojennych. Są tam nazwiska ofiar, niestety nie wszystkich, bo do dzisiaj nie udało się ustalić kto zginął w tym miejscu, kto na ulicach miasta, na zesłaniu, czy w niemieckich obozach i więzieniach.
Na tym granitowym obelisku – pomniku widnieje wyryty napis: „Ku czci pomordowanych w latach 1939-1944 przez okupanta hitlerowskiego i ofiar krwawej środy 18 XI 1942 społeczeństwo Kazimierza”. W górnej partii kamienia umieszczono metalowy wizerunek orła w koronie – godło Polski. Co ciekawe, w przewodnikach podaje się, że do wydarzeń „krwawej środy” doszło w roku 1943, a na pomniku wyryto datę 1942.
Drugi obelisk stojący niemal obok pierwszego jest dość nietypowy, gdyż poświęcono go marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu. Postawiono go, jak podaje napis: „w 78 rocznicę „cudu nad Wisłą” zwycięskiej bitwy wojska polskiego z nawałą bolszewicką uznanej za 18-tą bitwę w dziejach świata w 1920 r.” Bitwa ta została stoczona w dniach 13-25 sierpnia 1920 r., ale pod Warszawą, a nie w Kazimierzu, więc… Oprócz napisu, na obelisku umieszczono metalowy krzyż, pod nim wizerunek marszałka Józefa Piłsudskiego oraz orła wieńczącego obelisk.
Groby potrafią mówić
Pierwszy kazimierski cmentarz parafialny znajdował się na zboczu wzgórza zamkowego. W XVIII w. zmieniono jego lokalizację przenosząc na stok pod Plebanią Górą. Poświęcono go w 1869 r., nazywając go Cmentarzem Parafialnym św. Jana i tak już zostało. Dojście do cmentarza jest proste. Można iść ulicą cmentarną, która jest przedłużeniem ulicy klasztornej, albo wprost z „zakątka patriotycznego” przez klasztorny dziedziniec.
Nagrobek proboszcza kazimierskiej parafii z 1897 r. Fot. Maria Giedz
Turyści rzadko do tego miejsca docierają, a szkoda, bo jest to jedna z niewielu nekropolii tak ładnie położonych. Składa się z dwóch części: starszej i nowej poświęconej w 1924 r. Spoczywają tam różne ważne i znane osobistości nie tylko w Kazimierzu, ale i w Polsce. Między innymi Maria i Jerzy Kuncewiczowie, małżeństwo pisarki i prawnika. Najbardziej znanym dziełem autorki jest powieść „Cudzoziemka”, uznawana za jedną z najwybitniejszych powieści psychologicznych dwudziestolecia międzywojennego. Dzisiaj o Marii Kuncewiczowej niewiele się mówi. Jest zapomnianą pisarką, a o tym, że była też śpiewaczką to już chyba nikt nie wie.
Wracając do cmentarza, warto poszukać tam starych grobów m.in. powstańców z 1863-4 r., często zniszczonych, ale jakże pięknych, wyraźnie odcinających się od tych lastrykowych. Przypominających, że kiedyś w tym malowniczym mieście żyli i zwykli i niezwykli ludzie.
to, że nie rozumiesz przesłania mojego tekstu z 20 marca 2024 r. „Duży zjazd, czyli szarpanie kworum i rzucanie mandatu” nie jest niczym wstydliwym. Wiele osób pojęło jednak, o co chodzi, toteż troszkę Ci się dziwię. No, ale rano w sobotę 16 marca musiałeś być zmęczony. Tyle zniosłeś przecież, aby zdążyć na obrady z Warszawy do Kazimierza.
Dziwi fakt, że moim skromnym nazwiskiem – za które całkiem niedawno zginęło w Łodzi kilka osób – opatrujesz tytuł tekstu (dzięki, że nie pomyliłeś nazwiska, bo trudne), który jest Twoim – a może nie Twoim, bo Ty piszesz dużo, dużo lepiej – zdaniem na temat mojego poczucia humoru. Trudno, co zrobić. Twojego żartu nie ocenię, bo to piekielne trudne. Semantycznie i logicznie.
Robisz ze mnie potwora i głupka – wolno Ci. Próbujesz mnie ośmieszyć – także Ci wolno, przypisujesz mi szkalowanie naszych członków – również możesz, ale że zarzynasz puentę dowcipu – tego nikt Ci nie wybaczy!
Zbigniewie,
mieszkam w Łodzi, mieście – jak wiesz – położonym na bagnach i moczarach, toteż czasem może mnie zaduch męczyć. Nie jestem – jak Ty – wielkim autorem i wybitną osobą dziennikarską, z tego powodu mogę sobie pozwolić na rzemiosło, nie na artyzm, który Ty kierujesz na swoją karierę. Powtarzam, moje słowa do Ciebie mają sens tylko wtedy, kiedy to Ty pisałeś o moim komentarzu, bo wydaje mi się, że tak złej polemiki Ty nie napisałbyś nawet w stanie, który Jan Himilsbach określał mianem „bajkowego”.
Zatem, zamiast dowodzić, że to wszystko, co napisałeś to bzdura, ja piszę: moim zdaniem to bzdura – jeśli, zastrzegam, to Ty pisałeś, bo przy Twojej wrażliwości wątpię, ze tak wrażliwy człowiek mógł coś podobnego wymyślić. No cóż, inaczej niż Tobie lub Twemu literackiemu sobowtórowi, wielu osobom się podobało, a przecież o gustach się nie dyskutuje.
Zbyszku,
nie jesteś w stanie mnie obrazić, dlatego, że nie masz takiej siły i właściwości! Tuwim zresztą nie mógł pisać o mnie, nie tylko dlatego, że mnie nie znał. Zaś ja – cytując Ryszarda Kapuścińskiego – mniemam, że pisarz często krytykował takich osobników, jak ta kreatura korzystająca z Twojego nazwiska pod szkalującym mnie, nieskutecznie zresztą, tekstem:
„To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łóżku cesarskim. W czasie różnych ceremonii uciekał cesarzowi z kolan i siusiał dygnitarzom na buty”
Nie siłowe przejęcie mediów publicznych przez polityków, nie postawienie w stan likwidacji Polskiego Radia, Telewizji Polskiej, 17 rozgłośni regionalnych Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej, nie brutalne rozpoczęcie likwidacji Telewizji Biełsat i pozbawianie pracy setek dziennikarzy, lecz zmiany w statucie Stowarzyszenia stały się w relacjach Oddziału Warszawskiego SDP najbardziej istotnym elementem Nadzwyczajnego Zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wyjątkowo emocjonalny ton tych relacji oraz to, iż jedną z nich (wyjątkowo złośliwie) napisała osobiście honorowa prezes SDP red. Krystyna Mokrosińska sprawiły, iż czuję się w obowiązku ostudzić choć trochę rozgrzane głowy i przypomnieć fakty dotyczące i zjazdu, i konkretnych, nowych zapisów w Statucie naszego Stowarzyszenia.
Wbrew temu co pisze była prezes oraz jej zaledwie kilku kolegów z Oddziału Warszawskiego, nowy statut nie jest żadną stowarzyszeniową rewolucją, a nawet po jego rejestracji w KRS-ie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich będzie prowadziło działalność statutową i gospodarczą tak jak do tej pory. Mam tylko nadzieję, że będziemy jeszcze bardziej profesjonalni i skuteczni. Ale po kolei.
Skąd idea nowego statutu SDP?
Zacznijmy od genezy Zjazdu. Jest nią uchwała Zjazdu Poprzedniego, z 2021 r., w czasie którego delegaci zobowiązali nowo wybrany Zarząd Główny SDP do zorganizowania w tej konkretnej kadencji Zjazdu Statutowego. Powołali nawet w tym celu specjalne gremium – Komisję Statutową, która w imieniu wszystkich miała zająć się opracowaniem nowego statutu. Ten dotychczasowy z 2012 r. miał kilka zapisów niezgodnych z obowiązującym Prawem o Stowarzyszeniach (Ustawa z dnia 25 września 2015 r. o zmianie ustawy – Prawo o stowarzyszeniach oraz niektórych innych ustaw) oraz takich, które wydawały się wielu z nas przestarzałe. Jednym z takich przepisów była np. konieczność wybierania aż dziewięcioosobowego Naczelnego Sądu Dziennikarskiego oraz dziennikarskich sądów we wszystkich oddziałach SDP, choć w ostatnich latach nikt nie kierował do nich praktycznie żadnych spraw, a one same również nie wykazywały się inicjatywą. W załączniku nr 1 do niniejszego tekstu jest fragment protokołu Zjazdu SDP z 2021 r. mówiący o konieczności zorganizowania Zjazdu Statutowego i powołania Komisji Zjazdowej.
Jaki był skład Komisji Statutowej i dlaczego obradowała ponad półtora roku?
Zjazd z 2021 r. powołał Komisję Statutową w dość szerokim składzie – weszli do niej wszyscy członkowie Zarządu Głównego oraz po jednym przedstawicielu każdego oddziału SDP. W toku prac tej komisji do jej składu zaprosiliśmy jeszcze przedstawiciela Głównej Komisji Rewizyjnej oraz i Rzecznika Dyscyplinarnego SDP oraz Honorową Prezes SDP. Komisja obradowała regularnie od 2 grudnia 2021 r. do 25 lipca 2023 r. odbywając swoje posiedzenia zawsze w trybie zdalnym, co wszystkim odpowiadało. Spotkań było co najmniej kilkanaście, prace posuwały się wolno, bo dokument jest dość obszerny, posiedzenia były dość długie i żmudne, bo omawialiśmy systematycznie każdy rozdział Statutu. Nierzadko toczyły się przy tym długie i ostre dyskusje, ale wszyscy się zgodziliśmy, że efektem naszej pracy będzie jeden dokument – wypracowany przez nas projekt nowego Statutu SDP. Na swoim ostatnim posiedzeniu Komisja Statutowa przegłosowała więc w całości wypracowany w toku swoich prac projekt i uchwaliła, iż rekomenduje go Zjazdowi Delegatów do przegłosowania. Niestety nie uczestniczył w tym ostatnim posiedzeniu (i kilku poprzednich) delegat z Poznania i jednocześnie dotychczasowy szef Sądu Dziennikarskiego, co stało się potem przyczyną wielu jego wystąpień przeciwko dokumentowi, „którego nie miał okazji zatwierdzić”. Inni członkowie Komisji tych wątpliwości nie mieli i nie zgłaszali.
Dlaczego Komisja Statutowa obradowała bez przedstawiciela Oddziału Warszawskiego i bezPrezes Honorowej SDP?
Odpowiedź jest prosta – sami z tej pracy zrezygnowali. Mimo wysyłanych zaproszeń, na które odpowiedzią było milczenie. Z nieznanych nikomu przyczyn w pracach Komisji Statutowej postanowił nie uczestniczyć Prezes Oddziału Warszawskiego SDP. Ale… Wypada wspomnieć, bo to w tej sprawie ważne, w wpracach komisji wzięła udział przedstawicielka Zarządu Głównego Sonia Kwaśny,co prawda mieszkającą i pracującą na Śląsku, ale z oddziału warszawskiego. Dzięki niej wszyscy w OW mogli dowiedzieć się o pracy komisji. Czy wiedzieli? Jestem pewna, że Sonia przekazywała te informacje członkom oddziału. A dlaczego prezes o tym nie wiedział, to już pozostanie jego tajemnicą. Również Prezes Honorowa SDP zlekceważyła taką wspólną pracę i nie pojawiła się na żadnym spotkaniu – ani zdalnie ani osobiście. Potem mgliście tłumaczyła, że „ma taki styl pracy”, bo tego że w komisji była nie negowała. Może dlatego jest dla niej takim wielkim zaskoczeniem zgoda większości delegatów, którzy na Zjeździe zrobili wszystko, by praca ogromnej grupy zaangażowanych obecnie w rzeczywistą działalność w Stowarzyszeniu nie poszła na marne i by udało się uporządkować tę naszą stowarzyszeniową konstytucję oraz ją przegłosować. Ciągle nie mogę wyjść z osłupienia…… Kilkanaście zjazdów SDP przeżyłam, ale to co zdarzyło się 16 marca 2024 r. na zjeździe w Kazimierzu przekroczyło moją wyobraźnię – opisuje dzisiaj Prezes Krystyna Mokrosińska zdziwiona, że tak niewiele osób działających dziś w Stowarzyszeniu podziela jej oceny i uwagi do tego nowego Statutu wypracowanego wspólnie przez grupę dwudziestu kilku osób. To naprawdę nic dziwnego, że ci, których każdy z nas reprezentował w tej komisji, zagłosowali później za przyjęciem tego dokumentu i że nie dopuścili do tego, by się okazało, że przyjechaliśmy do Kazimierza daremnie. Mimo usilnych działań małej grupy osób z Warszawy, które koniecznie chciały – jak to nazwały – zerwać Zjazd. Swoje uwagi do Statutu Oddział Warszawski przesłał w ostatniej chwili przed Zjazdem, kilka miesięcy po zakończeniu prac Komisji Statutowej.
Co się stało z projektem statutu Oddziału Warszawskiego?
Faktycznie, tak jak pisze prezes Mokrosińska, został on „uwalony” tzn. nie doszło do jego osobnego procedowania. Prawda jest bolesna – ten tekst nie wzbudził specjalnego zainteresowania nikogo, poza jego autorami. Nie było jak go omawiać, bo po pierwsze wpłynął zbyt późno, by mogła się odnieść do niego Komisja zajmująca się opracowaniem nowego projektu Statutu. Został więc dołączony do materiałów Zjazdowych jako osobny, ale nikt z delegatów nie upomniał się o dyskutowanie na nowo, tego, co zostało wypracowane PRZED ZJAZDEM. Nic odkrywczego zresztą w tym projekcie nie było – poza utrzymaniem w dotychczasowym kształcie nieszczęsnego Sądu Dziennikarskiego, który ma już naprawdę znaczenie historyczne i coraz bardziej marginalne. I jeszcze poza nowatorską myślą, by z władz stowarzyszenia wykluczyć „właścicieli czy udziałowców prywatnych spółek medialnych” , co z działalności stowarzyszeniowej wyklucza każdego dziennikarza, który odnosi zawodowy sukces i np. rozkręca swoją firmę, albo tych, którzy prowadzą działalność gospodarczą, bo też są „właścicielami” …. Mówiąc wprost – młodsi uczestnicy Zjazdu pukali się w czoło, o co tym ludziom z Warszawy chodzi. Sprawa była zresztą przedmiotem osobnej dyskusji na Komisji Statutowej w zimie czy wiosną ubiegłego roku. Nie było sensu powtarzać tamtej dyskusji. I jeszcze sprawa możliwości wynagradzania członków władz Stowarzyszenia za wykonywaną pracę, co tak zbulwersowało byłą Prezes, że potem w proteście oddała swój mandat delegata. Faktycznie, jest to wyjątkowo bulwersująca sprawa, że komuś mamy płacić za wykonywaną pracę, a jest ona niemała, bo przecież SDP to duża firma, której suma bilansowa to 8-9 milionów zł, a majątek w postaci dzierżawionych nieruchomości też jest niemały. I ten kto za to odpowiada, ma się tym wszystkim zajmować w miejsce swojej pracy zawodowej nie pobierając za to wynagrodzenia choć już od 2015 r. przepisy na to pozwalają? Dziwię się, że starszych kolegów z Oddziału Warszawskiego nie bulwersuje choćby to, że SDP zatrudnia dziś co najmniej kilkanaście osób na etatach, ale nie ma w tym gronie żadnych dziennikarzy, bo oni pracują społecznie i „statut im zabrania zarabiać” mimo iż nadzorują jak w każdej firmie pracę tych osób na etatach. Krystyna Mokrosińska odwołuje się do swojej tylko społecznej pracy w Stowarzyszeniu, nie zauważa jednak, że czasy się zmieniły, a gloryfikowana przez nią „praca społeczna” ma zresztą także swoje ciemne strony – pani Krystyna nie chce opowiadać o tym, do jakich nadużyć finansowych doszło w czasie, gdy była Prezesem i o tym, że zmuszona była składać doniesienia do prokuratury przeciwko swoim obrotnym współpracownikom. Naprawdę lepiej w sprawach finansowych działać transparentnie i szanować zasadę, że ludzie mają prawo oczekiwać wynagrodzenia za swoją pracę. Delegaci na Zjazd przegłosowali ten punkt bez problemu.
Czy na Zjeździe było quorum i po co ono było potrzebne?
To zasadnicze pytanie dotyczące tego Zjazdu – każdy inny, np. wyborczy funkcjonuje w tzw. II terminie, w którym obraduje ta liczba delegatów, która stawiła się na Zjeździe i oni są władni podejmować uchwały. Ale na Zjeździe Statutowym jest inaczej – by uchwalić Statut potrzebna jest obecność ½ wszystkich delegatów i co najmniej 2/3 z nich musi zagłosować za przyjęciem Statutu. Na dziś mamy w SDP 155 delegatów, połowa z nich to 78 osób. Przed zjazdem potwierdziły udział 93 osoby, ale rano 16 marca zarejestrowało się nas jedynie 73 … Dramat, reszta w pracy lub w innych obowiązkach. Ale gdy tylko usłyszeli (jak dobrze, że istnieją telefony komórkowe), co się dzieje, ruszyli do Kazimierza, by wziąć udział w Zjeździe. Przed kluczowym głosowaniem było nas już 80. Do przegłosowania Statutu potrzebne było 53 głosy, a za jego przyjęciem było osób 59. Statut przeszedł bez problemu, mimo iż część delegatów z Oddziału Warszawskiego ostentacyjnie nie głosowała. Nie wzięli jednak tego pod uwagę, że system nie wylogowuje nikogo w czasie głosowania, ich spóźniony bojkot nie miał już więc żadnego znaczenia. Trochę techniki i takie złośliwe ludzkie manipulacje stają się bezprzedmiotowe.
Jakie wnioski?
Oczywiście nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, czy KRS zarejestruje nasz nowy statut i jak długo to potrwa. Zaniepokojonych tym, że honorowa Prezes w proteście przeciwko jego uchwaleniu „złożyła mandat” pragnę uspokoić, iż nie będzie to miało żadnych konsekwencji, bo ten mandal wygasał sam z siebie i bez straty dla nikogo każdy mógł wykonać taki gest, bo nigdy więcej te mandaty nie będą potrzebne . Po prostu na kolejny Zjazd SDP musimy już wybrać nowych delegatów. Wśród nich może się znaleźć także Prezes Krystyna, jeśli tylko zejdzie na ziemię i zacznie znowu reprezentować pracujących w zawodzie dziennikarzy, to ją pewnie wybiorą. I jeszcze jedno – wulgaryzmy, jakie cytował Zbigniew Rytel pod adresem sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta na swoim portalu nie zasługują na żaden komentarz. Koleżankom i kolegom z Oddziału Warszawskiego proponuję zamiast takich językowych złośliwości zwyczajną pracę w Stowarzyszeniu w interesie i z pożytkiem dla nas wszystkich. Na pewno warto, choć mimo zapisów w nowym statucie nie można obiecać, iż każdemu się to opłaci.
Tytuł jest ironiczny, ale sytuacja wcale nie jest taka zabawna. Uważam, że zbyt lekko traktuje się rozwody w naszych coraz bardziej absurdalnych czasach. Oto ciążę uważa się za śmiertelną chorobę, a rozwód jest porównywany do sprzedaży samochodu albo wyrzucenia choinki po świętach.
Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, jak jest naprawdę, mam propozycję. Spytajcie jakiegokolwiek terapeutę czy psychologa, ale nie takiego, który jest zawłaszczony przez ideologię, lecz po prostu doświadczonego specjalistę, który bardziej skupia się na zdrowiu psychicznym swoich pacjentów. Czy bardziej na kobiecie odbija się urodzenie „nieplanowanego” dziecka, czy rozpad rodziny w dzieciństwie?
Nie znam za bardzo państwa Schreiberów. Kilka razy rozmawiałem z nim i wydawał mi się sympatycznym, bystrym i, jak na polityka, nienadętym gościem. Kilka razy miałem też jakieś wymiany z panią Marianną w Internecie — zawsze bardzo miłe. Nie wszystkie rzeczy, które robi, wydają się straszne, a jej udział w terytorialsach wręcz chwalebny. Oczywiście, MMA to inna kategoria, którą zostawmy na boku — to element patologii, o niej niżej. Zazwyczaj nie wnikam w życie prywatne innych ludzi. Jeśli się rozwodzą, jest milion powodów i tylko oni je znają. Jednak uderzyło mnie coś zupełnie innego. Z komunikatów, które wysyłają obie strony, a robią to na tyle głośno, że trudno ich nie usłyszeć, wynika, iż ich związek prawdopodobnie przetrwałby, gdyby nie dzisiejsze media społecznościowe, a właściwie ich charakter.
Zgodnie z obowiązującą modą pani Marianna wylała wszystkie swoje troski, rozterki emocjonalne, i raczej autentyczny ból, na X (Twitterze), częściowo dzieląc się nimi z innymi influenserkami związanymi ze środowiskiem Clout MMA. Z kolei on udzielił kilku wywiadów. Im więcej tych wypowiedzi, tym silniejsze emocje, a każda ze stron czuje się zobowiązana do odpowiedzi drugiej, przy czym pani Marianna od czasu do czasu narzeka na hejt i niezdrową ciekawość odbiorcy, nieustannie ją podsycając. Wątpię, by w tym wszystkim była jeszcze metoda, nawet jeśli przynosi to zasięgi, a z nich i czasem grosz. To kompletna zagubienie.
Przypadek pani (jeszcze) Schreiber i jej rodziny pokazuje to, co dotyczy całej rzeszy ludzi. Śmiem twierdzić, że w jakimś stopniu dotyczy to całego społeczeństwa. Nawet tych, którzy starają się przed tym zabezpieczyć, bo po pierwsze muszą się ciągle zabezpieczać, po drugie — i tak nie mają kontroli nad tym, co robią inni. Największym problemem w tym wszystkim jest ekshibicjonizm. I nie chodzi mi wcale o „nudesy”, onlyfansy czy pokazywanie tego, czy owego przez gwiazdki. Mam wrażenie, że to pół biedy, zresztą jako dziecko przełomu lat 80. i 90., kiedy zachodnia kultura, także ze swoimi mankamentami, wkraczała do Polski, nie będę znowu udawał, że jestem świętszy niż jestem. Problem jest dużo poważniejszy.
To obowiązkowy ekshibicjonizm emocjonalny. Udawanie emocji, przerysowywanie, obnoszenie się z nimi. Płaczące instagramerki, nadwrażliwi mężczyźni, przewrażliwione do bólu dzieci. To dzieło dzisiejszych mediów społecznościowych, które płynnie wchłonął świat mediów profesjonalnych czy polityki. Mogliśmy się śmiać z obecnego marszałka Hołowni, który płakał nad konstytucją. Tyle że to było właśnie cyniczne, cwane wykorzystywanie i wzmacnianie tych procesów. Nowy elektorat przeżywał jego płacz razem z nim. Mogliśmy się śmiać z kobiety, która sprzeciwiała się Łukaszence, drąc się na ulicy jakby jej ktoś na nogę najechał samochodem. Ale to właśnie to. Kompletna redukcja. „Podłączcie się pod nasze uczucia”. Ich treść nie jest ważna. Dlatego głosząc sprzeczne komunikaty, ale budując silne emocje w mediach, można wygrać wybory.
Dziennikarz pisze o ministrze z nieciekawą przeszłością. Jego żona ujawnia, że „pisząc palił papierosa za papierosem”. Inny opisuje jakiś ponury, esemesowy pojedynek wiceprezesa jednej ze spółek ze swoją byłą i matką wspólnego dziecka. Tłumaczy, że podczas pisania czuł się tym osobiście dotknięty, zbrukany, „nie mógł zmyć tego z siebie”. Ludzie! Co to za dziennikarstwo! Kiedyś śmialibyśmy się z takiego gościa. Wypchnęlibyśmy go z każdej poważnej redakcji. Byłby bohaterem anegdot, bo angażowanie się tak mocno oznaczałoby brak profesjonalizmu i to, że się po prostu nie nadaje. Teraz to jest w dobrym guście. Czekam tylko, aż redakcja „Gazety Wyborczej” zbiorowo zapłacze nad strasznym Krzysztofem Stanowskim. Po co z nim dyskutować? Zróbmy razem „chlip, chlip”, a potem „brrrrr”. Pokażemy, że jesteśmy zasmuceni, bo on jest zły.
Niestety, to jest przyszłość, w której nie ma miejsca na rozsądek, analizę, normalne uczucia ani na małżeństwo państwa Schreiberów. Chyba że pójdą pod prąd czasom, czego im — i nam wszystkim – życzę.