Pierwszy dowódca Powstania Wielkopolskiego 1918/1919 – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Stanisławie Taczaku

8 kwietnia 1874 r. w Mieszkowie koło Jarocina urodził się Stanisław Taczak, pierwszy dowódca Powstania Wielkopolskiego, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, generał WP. Podczas II wojny światowej więziony w niemieckich obozach jenieckich.

Stanisław Taczak w latach 1880-1884 uczył się w miejscowej szkole powszechnej. W 1893 r. zdał maturę w Gimnazjum Królewskim w Ostrowie Wielkopolskim. Następnie studia kontynuował w Akademii Górniczej we Freiburgu. W tym czasie należał do Polskiego Towarzystwa „Sarmacja”, Związku Młodzieży Polskiej, czy Polskiej Partii Socjalistycznej. Na studiach obronił tytuł inżyniera. Między 1 listopada 1898 r. a 26 marca 1899 r. odbywał służbę w 155 Pułku Piechoty w Ostrowie Wielkopolskim. 14 września 1904 r. został awansowany na podporucznika (leutnant), natomiast w 1913 r. – na porucznika (oberleutnant).

Będąc w rezerwie pracował w Instytucie Doświadczalnym Politechniki Berlińskiej w Dahlem. Był również redaktorem naczelnym pisma o tematyce górniczej „Der Ingenieur” („Inżynier”). W 1914 r. został powołany do 46 pułku piechoty armii niemieckiej. Był tam dowódcą kompanii i dowódcą batalionu. 14 kwietnia 1915 r. został mianowany majorem. Walczył na froncie wschodnim, za co został odznaczony Krzyżem Żelaznym I i II kl.

11 grudnia 1916 r. przeniesiony do 2 batalionu 6 Pułku Legionów Polskich. Przebywał w Nałęczowie oraz Dęblinie. Po kryzysie przysięgowym współtworzył „Polnische Wehrmacht” pracując w Inspektoracie Wyszkolenia. W listopadzie włączył się w tworzenie Wojska Polskiego. Później trafił do Berlina, a wracając zatrzymał się w Poznaniu. Tam Wojciech Korfanty zaproponował mu stanowisko tymczasowego dowódcy powstania.

O organizowaniu wojsk Taczak opowiadał w nagraniu, które znajduje się na stronie Urzędu Miejskiego w Poznaniu: „Wojsko było uzbrojone, z tego powodu, że ci żołnierze, którzy wracali z wojska niemieckiego przybywali do domu z bronią. Poza tym dużo powstańców kupowało bagnety i karabiny od żołnierzy niemieckich, którzy wracali także do domu. Tak, że mniej – więcej połowa powstańców była uzbrojona w karabiny i bagnety, a druga połowa posługiwała się staroświecką naszą bronią, tj. kosą i widłami”.

Taczak musiał skupić się nie tylko na organizacji wojska, ale także na administracji wojskowej. 16 stycznia wojska wielkopolskie liczyły już ok. 14 tys. żołnierzy! Tego też dnia na stanowisku zastąpił Taczaka gen. Józef Dowbór – Muśnicki, a Taczak został II kwatermistrzem Dowództwa Głównego. 25 stycznia 1918 r. mianowany majorem (ze starszeństwem z 10 listopada 1918 r.). 14 lutego 1919 r. znalazł się w komisji, która była odpowiedzialna za awanse oficerskie byłych oficerów armii zaborczych, a 5 maja 1919 r. w Sądzie i Radzie Honorowej oficerów sztabowych. 16 maja 1919 r. został zastępcą Szefa Sztabu Dowództwa Głównego, z kolei 3 czerwca 1919 r. mianowany podpułkownikiem.

20 kwietnia 1920 r. Stanisław Taczak został dowódcą 11 Pułku Strzelców Wielkopolskich (69 Pułku Piechoty Wielkopolskiej). Okres jego dowództwa przypadł na czasy ofensywy bolszewickiej i bitwy warszawskiej. Na stanowisku był do końca września.

W lipcu 1923 r. Stanisław Taczak otrzymał stopień generała brygady. W międzyczasie od 23 czerwca do 13 września był specjalistą hutnikiem na Górnym Śląsku, jako dyrektor Huty Srebra i Ołowiu w Strzelnicy. To on był inicjatorem wzniesienia pomnika króla Bolesława Chrobrego w Gnieźnie. 31 października 1928 r. został dowódcą Okręgu Korpusu nr II w Lublinie. 28 lutego 1930 r. przeszedł w stan spoczynku, ale tylko wojskowego. Przed wybuchem II wojny światowej był m.in. inspektorem technicznym Ubezpieczalni Krajowej w Gdyni, prezesem Okręgu Związku Straży Pożarnej w Poznaniu i wiceprezesem władz Związku Polskiej Straży Pożarnej w Warszawie, przewodniczącym Towarzystwa dla Badań nad Historią Powstania Wielkopolskiego, czy prezesem Związku Weteranów Powstań Narodowych Rzeczypospolitej Polskiej 1914-1919.

Gdy wybuchła II wojna światowa gen. bryg. Stanisław Taczak znajdował się w Poznaniu. Założył mundur i chciał oddać się do dyspozycji wojsk. Ok. 5 września 1939 r. wyruszył na wschód w poszukiwaniu Armii „Poznań”, lecz 9 września dostał się w ręce Niemców. Ci na początku chcieli go rozstrzelać dowiedziawszy się kim tak naprawdę jest, lecz przekazali go dowództwu niemieckiemu. Władze Wehrmachtu miały mu proponować przejście do armii niemieckiej, jednak ten stanowczo odmówił. Rozpoczęło się 5,5 roku niewoli… Najpierw był Offizierslager für kriegsgefangene Offiziere (Oflag) IIaw Prenzlau, później IVc w Colditz, potem twierdza Königstein, Hohenstein, Oflag VIIIe Johannisbrunn, a na końcu Oflag VII Murnau.

Generał źle znosił niewolę, miał kłopoty zdrowotne, lecz 29 kwietnia 1945 r. został uwolniony i 10 maja 1945 r. udał się do Paryża, potem przebywał w Nicei, a w maju 1947 r. znalazł się w Polsce. Zamieszkał w Janikowie (Kujawy). Cieszył się dobrym zdrowiem psychicznym i fizycznym. Nagrał nawet wspomnienia dla Polskiego Radia. Wiosną 1959 r. zamieszkał u córki w Malborku, gdzie zmarł 2 marca 1960 r. Ponoć chciał być pochowany w Poznaniu, lecz spoczął w Malborku, skąd 30 listopada 1988 r. jego prochy zostały przeniesiony na Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan w Poznaniu.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjska Cerkiew Prawosławna ogłosiła „krucjatę” przeciwko Ukrainie

Tuż przed Wielkanocą, którą obchodzili chrześcijanie obrządku zachodniego, w soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie odbyła się Światowa Rosyjska Rada Ludowa pod przewodnictwem patriarchy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Cyryla, która ogłosiła „krucjatę” przeciwko Ukrainie.

W apelu „Rady” zamieszczonym na stronie internetowej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej stwierdza się, że całe terytorium Ukrainy powinno znaleźć się w strefie wyłącznych wpływów Rosji. Ale oświadczenie „Rady”  nie dotyczyło tylko „świętej wojny” z Ukrainą i „satanizmu” Zachodu. To bardzo jasno napisany i faktyczny plan likwidacji państwowości ukraińskiej i odebrania narodowi ukraińskiemu prawa do tożsamości i odrębnej egzystencji.

Jak zauważa w amerykańskim wydaniu „The Hill” profesor Uniwersytetu Rutgersa Alexander Motyl wezwanie Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej jest jawnym ludobójstwem, gdyż niszczenie „duszy” narodów wyraźnie odpowiada definicji tego pojęcia, którego naukową koncepcję opracował Rafał Lemkin w połowie XX wieku . „Cyryl zamienił Rosyjską Cerkiew Prawosławną w antychrześcijańskiego sługę faszystowskiego państwa Putina. Zamiast oddzielać Kościół od państwa, Cyryl wolał podporządkowanie Kościoła państwu” – podsumowuje profesor Motyl.

Analitycy Amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) zauważają, że wezwanie ze strony Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej „jest równoznaczne z zniszczeniem narodu ukraińskiego na pełną skalę”.

Rosyjska Światowa Rada Ludowa powstała ponad 30 lat temu – w 1993 roku – i od samego początku swojego istnienia propagowała ideę „rosyjskiego świata” – koncepcję imperialną, uznającą istnienie Ukrainy i Białorusi niezależne od Rosji za swego rodzaju „historyczny błąd”. Promowała język i kulturę rosyjską na przestrzeni poradzieckiej. Ale w obecnej sytuacji, kiedy nawet władze Rosji nie odważą się bezpośrednio nazwać inwazji na Ukrainę „wojną”, ale mówią o „specjalnej operacji wojskowej”, Cerkiew faktycznie nazwała wojnę wojną i jeszcze ochrzciła ją „świętą”.

Patriarcha Cyryl już wcześniej powiedział Rosjanom, że śmierć w wojnie z Ukrainą jest równoznaczna z otrzymaniem przebaczenia wszystkich grzechów. „Święta wojna” wypowiedziana przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną przeciwko Ukrainie przypomina wyprawy krzyżowe czy Islamski Dżihad, „ale jest całkowicie zgodna z językiem Putina” – zauważa profesor Motyl.

„Wielu uważa, że ​​po tym dokumencie Rosyjska Cerkiew Prawosławna przestała być nie tylko cerkwią prawosławną, ale i chrześcijańską – stwierdza profesor. – „Rosyjska Cerkiew Prawosławna już dawno przestała być organizacją religijną. Faktycznie od początku lat 90. XX w. ulegała stopniowym przekształceniom, a od 2014 r. przekształciła się w Ministerstwo Informacji i Polityki Duchowej. A Cyryl zamienił Patriarchat Moskiewski w instytucję służącą państwu, która służy imperialnej ideologii Kremla” – podsumowuje.

To skłania wielu wiernych i księży na Ukrainie, pozostających w jedności z Patriarchatem Moskiewskim, do przejścia do Cerkwi Prawosławnej Ukrainy, która otrzymała autokefalię. Już teraz liczba parafii obu Cerkwi niemal się zrównała – w każdej jest ich ponad osiem tysięcy. Dokument o „świętej wojnie” stanie się kolejnym czynnikiem ułatwiającym przejście od kościoła rosyjskiego do ukraińskiego.

Około miesiąc temu komisja Rady Najwyższej Ukrainy ds. polityki humanitarnej i informacyjnej jednomyślnie zarekomendowała parlamentowi przyjęcie przedłożonego projektu ustawy o zakazie działalności organizacji religijnych powiązanych z Rosją na Ukrainie. Dokument ten może zahamować działalność Cerkwi Rosyjskiej na Ukrainie. Teraz decyzja „Rady” w Moskwie może stać się nowym katalizatorem procesu zakazowego. Jak zauważa profesor Motyl: „Podobnie jak Rosja Putina, Rosyjska Cerkiew Prawosławna i jej zwierzchnik, patriarcha Cyryl, całkowicie stracili kierownictwo duchowe i odrzucili wszystko, co rzekomo reprezentuje chrześcijaństwo – przede wszystkim przekonanie, że należy kochać bliźniego jak siebie”.

 

HUBERT BEKRYCHT: Za pięć dwunasta, czyli cisza, która nie inspiruje

Za kilka minut nie będzie już można niczego powiedzieć o wyborach, wyborcach a nawet o napoju, który jest wyborowy. Taka to głupota młodej przecież jeszcze pokomunistycznej demokracji, że nam tę ciszę wyborczą wciskają jak pasztetową w sklepie z PRL rodem. A my – jak mówi młodzież – „łykamy jak pelikany”. Myślimy, że to taki bezpiecznik demokracji, choć po grudniowych wydarzeniach ub. r. demokracja to czysta abstrakcja. A prawda jest taka, że urzędnicy z Brukseli nie mogą się nadziwić, bo co komu cisza przed wyborami? Ale w krajach, jak o nas mówią, niezbyt rozwiniętych demokratycznie – a tę opinię o Polsce przez lata umacniali politycy obecnej koalicji rządzącej – taka cisza być musi. Nikt nie wie w Polsce dlaczego, ale uśmiechnięte społeczeństwo tak uznaje i tak jest. Chyba.

Nie wiem, czy wszyscy rozumiemy w jakim stopniu cisza przed jakimikolwiek wyborami jest abstrakcją. W dobie wszech dostępu do sieci i zaszyfrowanych informacji, tudzież popularności – przepraszam wyborczych cenzorów – platform, z tym że społecznościowych, takie przepisy to tylko śmiech z prawa. I demokracji. W niczym cisza nie pomaga, bo plakaty wiszą, napisane przed godziną 23:59 w piątek artykuły, posty i zrobione filmiki mogą sobie dyndać w sieci jak pułkownikom prawo w zajmowanych nielegalnie mediach publicznych.

Geografia ciszy

Cisza przedwyborcza a właściwie wybitnie wyborcza nie obowiązuje w krajach o ugruntowanym systemie politycznym – celowo nie piszę demokratycznym – czyli nie jest potrzebna m.in. Brytyjczykom, Szwajcarom, Belgom, Austriakom, Duńczykom, Szwedom, Finom, Litwinom i Portugalczykom. W Europie, najbardziej chyba sprawiedliwy zakaz agitacji, czyli w dniu wyborów, obowiązuje w Niemczech i na Węgrzech. Polska wydarzeniami z grudnia ub. r. zasłużyła ostatnio na ciszę w polityce w ogóle, ale ma tylko prawie dwudniowy zakaz prowadzenia kampanii przed wyborami, tak samo jest w Chorwacji, Grecji, na Cyprze, Irlandii, Bułgarii i na Słowacji oraz we Francji.

Najdłużej trzeba milczeć we Włoszech, bo aż 15 dni przed wyborami a 5 dni cisza trwa w Hiszpanii. Kilkudniowy post od agitacji obowiązuje m.in. w państwach bałkańskich (Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Rumunia) oraz w Luksemburgu a także w Turcji.

Milczenie wyborcze i historia (krótki kurs)

Oczywiście, dla bardziej dociekliwych, wszystko może mieć w tym zestawieniu logiczne uzasadnienie, ale też i nie: Włochy najdłużej milczą przed wyborami, bo rządy po wojnie trudno tam zliczyć a parlament jest rozdrobniony jak karma dla bezzębnego jelenia. Poza tym Italia, poprzez nadmierną agitację panów w czarnych koszulach, już kiedyś płaciła sporą cenę społeczną za zbytnią „wolność” wyborczą. Z drugiej jednak strony w Niemczech cisza jest tylko w dniu wyborów, ale są tacy, którzy właśnie tam po wojnie wyborów w ogóle nie przeprowadzaliby. W Austrii, gdzie nawet malarze mogą drzeć się w dniu elekcji na kogo głosować, też – zdaniem wielu – lepiej przeprowadzać tylko wybory miss (sprawdzić, czy dzierlatki mają brody) lub wybory komitetu domowego.

Wyciszenia demokratyczne

Cisza wyborcza w Polsce tylko raz minęła się z pędzącym pociągiem prawa. Całkiem niedawno całe tabuny ludzi przed lokalami za nic miały ciszę, kiedy w nocy, bez komunikatu PKW, tworzyły się kolejki po formalnym zakończeniu wyborów a w kraju wiadomo było już jakie są wyniki. Nawet jeden poseł roznosił w nocy wśród wyborców swojego okręgu napoje i nie był w masce, czyli każdy mógł go rozpoznać i ów parlamentarzysta mógł agitować za pomocą dobrze zwanej, nie tylko nad Bosforem, twarzy… To taka była wyciszona demokracja. Wybory się uśmiechnęły ustami polityków i sędziów, którzy są demokratami i o ciszę wyborczą dbają, chociaż zastosowano tu wyciszenie ciszy wyborczej.

W czasie podróży przez Europę śladem występowania ciszy wyborczej pominąłem jednak jeden istotny szczegół. Przed ciszą, w jej trakcie i nawet przed powtórnymi czy powtórzonymi wyborami trzeba mieć na kogo głosować. Czego Państwu i sobie życzę.

 

 

WALTER ALTERMANN: Oj, wybory, wybory, po wyborach smutek…

Tytuł tego felietonu zaczerpnąłem, z małą przeróbką, z ludowej piosenki. W oryginale jest tak:

„Oj, wesele, wesele, po weselu smutek,

oj, wlazła baba na piec,

sparzyła półdupek…”

W rzeczywistości wybory to wielkie społeczne wesele, a skutek powyborczy, jest właściwie  identyczny, jak u tej baby – duże rozczarowanie i obolałe siedzenie. Żeby jednak nie być posądzonym o pójście na łatwiznę, proponuję poniższy wykład.

Wybory, dawniej 22 lipca

Daje się dziś słyszeć, że wybory to wielkie święto demokracji. Ilekroć słyszę takie zadęcie, tylekroć  budzi się we mnie uśpiony burzyciel pomników. Bo dzisiejsze wybory samorządowe bardziej przypominają dawne święto 22 lipca, niż prawdziwą demokrację. Według mnie demokracja, która ogranicza się do możliwości głosowania nie jest jeszcze prawdziwą demokracją. Prawdziwa demokracja, to możliwość weryfikowania działań władzy, poddawania tych działań rozumnej krytyce i wyciąganie bezwzględnych wniosków. Tak samo jak do pełni demokracji konieczna jest weryfikacja obietnic wyborczych i sprawdzanie dotychczasowych osiągnięć życiowych kandydatów do władzy.

Wydawałoby się, że w dobie wolnych mediów, Facebooka, Twittera nie ma nic łatwiejszego, niż rzetelne rozliczenie dotychczas rządzących radnych, burmistrzów, wójtów, prezydentów miast i marszałków województw, ale nic bardziej mylnego. Obecna kampania wyborcza to parada terenowych zarozumialców, gminnych zbawców i lokalnych świętych Mikołajów. Przykłady? Podzieliłem je na dwie kategorie. Pierwsza to auto-chwalba obecnych władz, druga to zapowiedzi kandydatów.

Czego to myśmy nie zrobili

W wielu miastach na nowych obiektach municypalnych, takich jak zajezdnie autobusowe, na  wyremontowanych pośpiesznie, po łebkach ulicach i na ledwo co ukończonych budynkach szkół, żłobków i szpitali pojawiły się transparenty, głoszące: „Zrobiliśmy to dla Was, Łodzianie, Poznaniacy czy Pszczynianie”. I wychodzi na to, że władza robi prezenty swoim wyborcom, z własnej (tej władzy) kasy. Pomijam już fakt, że łodzianie, poznaniacy, pszczynianie zawsze  piszemy małą literą. Nie jesteśmy w końcu Niemcami którzy każdy rzeczownik piszą wielką literą.

Zwracam też uwagę, że pisanie „dla was” jest rodzajem nieprzyjemnego fraternizowania się z  wyborcami, którym władza lokalna ma służyć. A nadto, to wyborcy są dla władzy władzą, nie odwrotnie.

I zupełnie jak w przeddzień 22 lipca obecne władze chwalą się osiągnięciami remontowo-budowlanymi. A czynią to tak, jakby rzeczywiście dochodziło do jakichś masowych cudów, a  władze były po prostu cudotwórcami.

Trzeba być naprawdę mocno w sobie zakochanym, żeby uznać, że remont linii tramwajowej jest objawieniem łaski Bożej, poprzez prezydenta miasta. I tak to, przed wyborami, to co oczywiste i normalne, staje się wydarzeniem metafizycznym, nadludzkim.

I ani słowa o tym, ile z poprzednich obietnic wyborczych naprawdę zrobiono, a ile poszło psu na budę. Nikt nie ma zamiaru z czegokolwiek się rozliczać. Przecież minęło już 5 lat, więc wyborcy nie pamiętają o obiecanych złotych górach…

A czego to my nie zrobimy

Obietnice wyborcze nowych ludzi są równie nadprzyrodzone, co działania ich poprzedników. Ani słowa o pieniądzach – w sensie, skąd je nowi lokalni władcy wezmą. A bez pieniędzy nawet Salomon nie naleje. Nic, czysta abstrakcja jak u Kandinskiego lub niepohamowany kubizm jak u Picassa.

W obietnicach nowych nic się nie trzyma kupy, albo nic niczego się nie trzyma. A to dlatego, że albo nie mają pojęcia o zarządzaniu miastami i gminami, albo też uważają, że nie ma się co skupiać na szczegółach, bo i tak zwycięża wizerunek kandydata. Dlatego pozostaje nowym odwoływanie się do uczuć wyższych, właśnie metafizycznych.

Przejrzałem kilkadziesiąt ulotek wyborczych z całej Polski. Kilka poniżej zacytuję.

„Dlaczego startuję? Bo władza w mieście ignoruje mieszkańców. Chcę im przywrócić szacunek” – niestety kandydat nie rozumie, że szacunek jest w tym tekście dziwnym słowem. Co prawda dobrze brzmi, ale nic nie znaczy. Bo co? Będzie non stop łaził ulicami i każdemu mieszkańcowi będzie się nisko kłaniał kapeluszem? Przy okazji nie będzie też nikogo ignorował.

„Jestem zmianą, na którą czekacie” – pisze kandydatka. Ale nie pisze jaką zmianą, z czego na co. Ot, ma być zmiana, to jestem. Jako kobieta jest nowa nawet ładna, ale iluż wyborców zechce zmienić na nią swe żony?

„Chcę, aby nasze miasto inspirowało” – pisze kandydat, z zawodu nauczyciel, obecnie emeryt. I aż przykro myśleć, czego to on nie uczył w przeszłości. Przede wszystkim nie uczył sensu słów, bo inspiracja to natchnienie. A czymże ma inspirować owo miasto, Duchem Świętym, skłonnościami  do uprawiania sztuk pięknych? Kolejne puste słowa.

„Obecny prezydent jest zmęczony. Dajmy mu odpocząć.” – jakże podle apeluje kandydatka na urząd prezydenta miasta. Sugeruje bowiem, że obecny prezydent nie ma już sił i zdrowia do sprawowania urzędu, a nawet – być może jest chory. Czyli, podłość, podejrzane sugestie i pomówienia. Strzeż Panie wyborców przed takim kandydatem na urzędzie. Bo taka kandydatka będzie gotowa na wszystko.

„Sejmik bez polityki!” – deklaruje kandydat do sejmiku województwa. I kolejna abstrakcja, bo czymże jest sejmik jak nie ciałem politycznym? A tu kandydat zapowiada, że jego polityka nie interesuje… W takim razie nie powinien się ubiegać o mandat. Mógłby zostać dobrym strażnikiem miejskim, szewcem (których tak brakuje), a jeżeli ma ukończone studia to nawet nauczycielem. Tu  dodam, że kandydat o niczym więcej w swoim programie nie informuje.

„Kocham to miasto. Chcę przywrócić mieszkańcom szacunek” – informuje kolejny łaskawca do rady miejskiej. Ale nie zdaje sobie sprawy, że szacunek jest czymś osobistym, własnym, niemal intymnym i nikt nikomu ani nie może go odebrać, ani przywrócić. Szacunek dla innych się ma, albo nie ma. Szacunek jest wartością moralną, wskazówką, jak traktować siebie i innych, by nie naruszać swojej ani cudzej godności. Szacunek służy ochronie tej najważniejszej, najbardziej delikatnej części naszego ja. Wybacz im Panie, bo piszą jak myślą, a myślą – jak widać – bardzo marnie.

Brudno i totalny bałagan

O jednym żaden z kandydatów ani z tych, co już władzę mają ani z tych, co jej tak bardzo pragną nie wspomina… o powszechnym i zniewalającym brudzie i bałaganie, który panuje na wsiach, w miastach i miasteczkach. Elektorat niemiłosiernie brudzi, a władze nie sprzątają.

Dziwne, że nikt, dosłownie nikt z kandydatów, nie podjął tego tematu. A temat widać i czuć na każdym kroku. Obecne władze robią niewiele w kwestii brudu, bo – jak twierdzą – nie mają pieniędzy. Więc zrozumiałe, że obecni udają, że jest czysto. Ale dlaczego ci nowi sprawy nie podejmują? Bo boją się wyborców, których tak niskie tematy mogłyby odstręczyć od głosowania na czyściochów. No i nikt nie lubi, żeby mu wytykać, że jest brudasem.

A prawdę mówiąc, my Polacy lubimy bardziej wzniosłe tematy: honor, dziedzictwo historyczne  odpowiedzialność dziejowa… A przypominanie, żeśmy z dziada pradziada brudasy, nie uchodzi.

Pójdę, ale bez zadowolenia

W sumie mamy programowy mętlik w głowach, kalectwo językowe w ulotkach i nieprzepartą chęć życia przez najbliższe 5 lat na koszt wyborców. Mało, piekielnie mało. I potwornie drogo! Niestety, przed każdymi wyborami wzrasta we mnie poziom anarchizmu. Albowiem nikt ze starych z niczego się nie rozlicza, a nikt z nowych nie sili się nawet na minimum logiki. Do urny oczywiście pójdę, ale bez zadowolenia.

 

 

Na medialny seans spirytystyczny zaprasza WIKTOR ŚWIETLIK: Upiory Wyborczej

Duchy mają to do siebie, że bywają tylko odbiciem tego, co było kiedyś. Kilka lat temu nie bez lekkiego rozbawienia czytywałem o sobie jako o troglodycie z prawicowej kloaki zarzynającym najbardziej inteligencką stację radiową w historii ludzkości. A także jako o mordercy ducha niezależności i wolności, który przy Myśliwieckiej niepodzielnie panował od czasów powstania Trzeciego Programu Polskiego Radia w latach 60. i przez buntowniczą pierwszą połowę lat 80., manifestowany szczególnie po grudniu 1981 roku.

Potem dowiedziałem się jeszcze, za sprawą nieocenionej w dziedzinie researchu redaktor Agnieszki Kublik, że robiłem niezłe przewały, hodowałem trolle, a z radia nie odszedłem sam, tylko osobiście spuścił mnie sam Krzysztof Czabański. Research pani Kublik polegał na tym, że powtórzyła to wszystko po znanym mitomanie Wojciechu Cieśli plus trochę zmyśliła.

Co z tego zostało? Kilka procesów, które wloką się latami. A także, na przykład, rozmowa, którą kilka tygodni temu odbyłem z redaktorem „Gazety Wyborczej” Piotrem Głuchowskim. Nie wiedziałem swoją drogą tego, że Głuchowski za chwilę zasłynie awanturą z Kanałem Zero i Krzysztofem Stanowskim. Za to słyszałem gdzieś tam wcześniej, że to facet, który nie jest takim modelowym Wielińskim. Czasem coś pisze po swojemu. Uprzedziłem go, że z madame Kublik się procesuję, parę rzeczy mu powiedziałem, fakt, że na szybko, podczas jazdy samochodem.

Szczerze mówiąc „Gazeta Wyborcza” nie jest za bardzo w stanie ani mi zaszkodzić, ani pomóc. Wiadomo, że mnie nie znoszą, jako elementu znienawidzonej polskiej czarnej sotni, która nie zaakceptowała Michnika jako pana dusz i karier po wieki. A ja z odwrotnych przyczyn nie przepadam za nimi, choć piszę tu o formacji, a nie o ludziach, którzy bywają przecież różni. Daleki jestem od stygmatyzowania wszystkich, choć mógłbym przecież jechać „funkcjonariuszami z Czerskiej”, „poddziennikarzami” i „małpoludami”, jak to czyni się od kilku lat.

Mam wrażenie, że ani ja, ani Głuchowski tego nie lubimy. Dlatego na koniec nie poprosiłem nawet o autoryzację. Po pierwsze, nie lubię tego zwyczaju, po drugie – też byłem ciekaw, co będzie.I co wyszło? Niewiele. Ani się oburzać, ani wzruszać. Mam wrażenie, że Piotr Głuchowski próbował napisać tekst pod tezę, ale mniej więcej oddając sens wypowiedzi, więc trochę mu poprawili redaktorzy, żeby zbyt uczciwie nie było. To takie stare numery, drobne manipulacje, które zna każdy doświadczony sekretarz redakcji. Wychodzi niby to samo, a co innego. Kilka przykładów:

Jest tam o rozmaitych odejściach w ramach awantur, które odbywały się w Trójce już nie za moich czasów. No i jest choćby o Janie Młynarskim. A kto – tego Janka Młynarskiego – przyjął, wymyślił jego audycję, nie przy oporze, dodam, części “starej” redakcji? Jest za to o całym stadzie “przyjętych” prawicowców, z których większość po prostu bywała jako goście audycji publicystycznych obok innych gości. No to teraz jest taka w odzyskanym przez demokrację tuskową radiu apolityczność, że w sąsiedzkim RDC wprowadzają zapis na Piotra Semkę jako gościa.  Jest we wspomnianym tekście też wyssana już zupełnie z palucha moja wypowiedź, że dziennikarzy „trzeba dyscyplinować”. Jest podobnych rzeczy masa, ale zatrzymam się jeszcze przy dwóch rzeczach. Jest śródtytuł „dwa procent Świetlika” sugerujący, że zostawiłem Trójkę z dwoma procentami słuchalności. Zostawiałem z pięcioma, wedle mocno niemiarodajnego badania, ale przyznaję, że słuchalność spadła, bo i nie mogła nie spaść w warunkach takiego ostrzału medialnego. Polecam sprawdzić za to w biurze reklamy Polskiego Radia, jakie dochody wtedy Trójka przynosiła i jaki odsetek w nich stanowiły podmioty niepubliczne.

Dalej: rzekomo, zalecam Agnieszce Szydłowskiej, obecnej dyrektor, by nie bała się brać na siebie decyzji polityków. Tak naprawdę, zasugerowałem by nie zasłaniała się zarządem. To co się dzieje w jej stacji to jej odpowiedzialność. Na przykład gdy zostaje wywalona Beata Michniewicz. A sorry, „Wyborcza” wyjaśniła. Przeszła na emeryturę.

No i w końcu – to już chyba ze względu na proces z panią Kublik – „Świetlik musiał odejść”. Nie, szanowna „Gazeto” i droga Trójko. Odszedłem, bo miałem dosyć, będąc w historii tej stacji bodajże jedynym dyrektorem, który sam sobie odszedł, nie licząc Michała Olszańskiego, którego do rezygnacji zmusili koledzy. Odszedłem, bo miałem dosyć cierpień na pluszowym krzyżu pana Wojciecha Manna, czasami kojonych podwyżkami. Miałem dosyć ciągłego zewnętrznego podkręcania konfliktu w redakcji przez „Wyborczą”, ludzi pokroju Jerzego Owsiaka i ciągłego słuchania wypłakiwania strachu części tej redakcji, że „jak oni kiedyś przyjdą to się zemszczą za to, że nie odeszliśmy „. Miałem dosyć spławiania jakiś wokołopisowskich nawiedzeńców, bredzących że mam wprowadzić „kulturę narodową” ograniczoną do kilku artystów popierających ich partię plus czasem czyjejś kochanki albo córki, która jest utalentowaną artystką, ale system ją blokuje. Miałem dosyć tego, że nic nie mogę zrobić bo mam wciąż obcinany budżet. I miałem, szczerze mówiąc, też dość przy tej harówie oglądania kolejnych siedem tysięcy coś tam na rękę na koniec miesiąca. Lubicie ujawniać zarobki? Proszę, ujawniam się sam. Może inni pójdą moim śladem? Panowie Czyż, Orłoś, członkowie zarządów PR i TVP zapraszam…

I powiem wam coś jeszcze. Jakbym tam siedział dłużej, to to co się zdarzyło w 2020 roku by się nie zdarzyło, bo miałem na tyle oleju w głowie i kontaktów by to powstrzymać. Tyle, że taka wegetacja dla mnie nie miała sensu. Nie rozwijałaby ani radia, ani mnie. Czułem się jak facet ze słynnej okładki „Super Expressu”, który „cały czas trzymał kredens”. Wyszedłem. Kredens za przeproszeniem p…ł. Widocznie tak miało być.

Mógłbym małe i większe manipulacje wymieniać. Tylko po co? Do Głuchowskiego zresztą wielkich pretensji nie mam bo mam wrażenie, że chciał dać panu Bogu świeczkę i Diabłu ogarek. Chciał, żebym ja się nie czuł nadmiernie oszukany, a tekst przeszedł przez redakcję. Pozostaje pytanie. Po co w ogóle z kimkolwiek rozmawiać, skoro linia redakcyjna wyklucza jakąkolwiek realną ciekawość tego, co ma on do powiedzenia? I nie jest to tylko pytanie o „Gazetę Wyborczą”.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Rewolucja 13 grudnia zjada swoje dzieci

Rewolucja zjada swoje dzieci” – to wyświechtane powiedzenie wydaje się wyprawne z treści wieloletnim nadużywaniem. Dlatego wybaczcie, że mimo wszystko wydaje mi się najlepiej opisującym zjawisko, które mam wrażenie szybko narasta od 13 grudnia zeszłego roku.Gdyby przypadek prokurator Wrzosek został opisany przez „prawicowy portal” wywołałby pewnie słuszne, ale ograniczone oburzenie w szeroko pojętej „prawicowej bańce” i tam by pozostał.

Dzięki mechanizmowi plemiennego immunizowania na fakty, prokurator Wrzosek zostałaby jeszcze bohaterką walki z „prawackim oszołomstwem”. Jej pech polega jednak na tym, że afera została ujawniona na portalu zaliczanym do grupy „uśmiechniętych” i przez to w bańce „uśmiechniętych” nie da się jej łatwo zbyć machnięciem ręki.

Wrzosek

Dzięki Patrykowi Słowikowi i Wirtualnej Polsce – nie mam żadnej wiedzy, żeby miało to być elementem jakiejś podskórnej rozgrywki, więc zakładam, że ujawnione zostało w najlepszej intencji – dowidzieliśmy się, że wnioski prokuratorskie dotyczące TVP  – w dość powszechnym mniemaniu cierpiącej na przerost ambicji i pragnienie atencji, jednocześnie wielce „zasłużonej” dla „walki o demokrację” – prokurator Ewy Wrzosek, miały powstać poza prokuraturą. Wskazuje się na międzynarodową kancelarię Clifford Chance, która obecnie… obsługuje media publiczne. Co ciekawe ta sama kancelaria znajduje się w centrum skandalu finansowego Cum-ex w Niemczech.

No i chyba zrobiło się zbyt „grubo” żeby zbyt wielu chciało prok. Wrzosek „ratować”. Wprawdzie najbardziej fanatyczni jak Tomasz Lis, wzywają, żeby „nie zostawiać swoich na polu bitwy”, ale już Donald Tusk „staje w obronie” tak jakoś enigmatycznie i jakby pozostawiając sobie możliwość ewakuacji. A już rzecznik dyscyplinarna adwokatury uznała, że „zachodzi prawdopodobieństwo popełnienia deliktu przez adwokatów”, Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, uznał, że „granice zostały przekroczone”, nawet neo-prokuratura Korneluka informuje, że „prowadzi śledztwo”. Usiłowanie tłumaczeń na zasadzie „wyższej racji” chyba nie przynosi rezultatów.

Bracia Morales

Smutne i głodne święta panowały chyba również w hacjendzie „Braci Moralesów” czyli rozjechanego w Wirtualnej Polsce (sprawę z Moralesem ujawniła wcześniej „poprzednia” TVP) doradcy Platformy Obywatelskiej i internetowego hejtera Bartosza Kopani, oraz jego brata, również internetowego hejtera znanego na platformie „X” jako CasperVanDeHag – Marcina Kopani (sprawa ujawniona na Salonie24 przez Marcina Dobskiego), przypadkiem szefa podlegającej Trzaskowskiemu warszawskiej spółki miejskiej. Podczas jednej z telewizyjnych debat Trzaskowski zapowiedział jego zwolnienie.

Trudno powiedzieć, czy ujawnienie przez Onet sprawy Marka Balawajdera, który miał się dopuścić licznych przypadków mobbingu w RMF ma podobny kontekst. Prawdopodobnie nie, choć im więcej tego typu spraw, tym bardziej drapię się po głowie. Na pewno ciekawie brzmią jakby zawoalowane „groźby” Tuska wobec dziennikarzy WP.

I tak „najdzielniejsze z dzielnych” i „najwierniejsze z wiernych” matrosy rewolucji 13 grudnia, dopiero co cieszyły się euforią entuzjastycznego, mówiąc po ziemkiewiczowsku „jechania PiS”, a już same są „jechane”. Dopiero co łaknący krwi lud niósł ich na ramionach, a już okazało się, że niesie ich w stronę szafotu. Dopiero co czuli się Panami świata, a tu jakaś gilotyna robi zygu zygu po gardzieli.

„Rewolucja zjada swoje dzieci” – przynajmniej na razie, bo do „robespierów” jeszcze nie doszła.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Zamach w Crocus City Hall w wersji ukraińskiego generała

Gazeta „Ukraina Mołoda” opublikowała prywatne śledztwo byłego śledczego ukraińskiego MSW, byłego szefa wydziału kontrwywiadu wojskowego SBU, byłego posła, generała Hryhorija Omelczenki w sprawie terrorystycznego ataku w Crocus City Hall pod Moskwą. Twierdzi on, że ​​jego wersja, opierająca się na analizie poufnych informacji otrzymanych m.in. z zagranicy, a także danych zebranych z jawnych źródeł, daje mu prawo do wyciągnięcia wniosków zasadniczo różniących się od rosyjskiej narracji.

Według Hryhorija Omelczenka 22 marca 2024 r. na przedmieściach Moskwy, w Crocus City Hall przeprowadzono specjalną operację terrorystyczną rosyjskich służb specjalnych. Ukraiński generał jako autora i dyrektora operacji wymienia Władimira Putina, a inicjatorami operacji mieli być Nikołaj Patruszew i Aleksandr Bortnikow, obecni szefowie rosyjskich służb specjalnych.

Według Omelczenki terrorystyczna operacja specjalna była przygotowywana przez kilka miesięcy. Główną rolę realizatorów krwawej akcji odegrała tajna grupa sił specjalnych FSB, która z zimną krwią pod przykrywką grupy Tadżyków, bez ich wiedzy, rozstrzelała widzów i podpaliła salę koncertową. Pracownicy służb specjalnych monitorowali przebieg ataku terrorystycznego i jego zakończenie. Czterech Tadżyków, którzy zostali później zatrzymani i torturowani w obiektywach kamer, odegrało odwracającą uwagę rolę w tym zdarzeniu.

Jeżeli Tadżykowie rzeczywiście byli członkami Vilayat Khorasan – tadżyckiego skrzydła grupy terrorystycznej Państwo Islamskie, to FSB wykorzystała ich, nie ujawniając ich prawdziwej roli, do zamaskowania swojej krwawej operacji. Tadżykowie zostali zatrzymani około czterech godzin po opuszczeniu Crocus kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Białorusią. Generał Omelczenko twierdzi, że Tadżykowie byli od samego początku wynajęci, utrzymywali z nimi ścisły kontakt funkcjonariusze rosyjskich służb specjalnych, którzy później wykorzystywali ich jedynie jako przykrywkę. Czterech Tadżyków z karabinami szturmowymi nie mogło zabić i zranić kilkuset osób oraz podpalić widownię w ciągu kilku minut od ataku.

Generał Omelczenko twierdzi także, że rozmowy terrorystów podsłuchane przez wywiad USA, po których zaczęto ostrzegać Moskwę o planowanym zamachu, były aranżowane przez rosyjskie służby specjalne. Zdaniem ukraińskiego generała, ​​CIA i Departament Stanu USA odegrały swoją „rolę” nieświadomie, nie wiedząc, że FSB je wykorzystuje do swoich celów. Informacja o tym, że IS przygotowuje atak w Moskwie, wyciekła do CIA przez rosyjskie służby specjalne za pośrednictwem ich podwójnych agentów w organizacji terrorystycznej. Rosjanie umożliwili przechwycenie kilku rozmów telefonicznych i SMS-ów o przygotowaniu do zamachu.

Kreml tak rozpisał scenariusz tego wydarzenia: Rosja otrzyma ostrzeżenie od USA, że bojownicy IS przygotowują atak terrorystyczny w Moskwie w „zaludnionych miejscach lub na koncercie”, potem zaś Władimir Putin będzie mógł przeprowadzić kontrolowany atak terrorystyczny z udziałem „członków IS” (Tadżyków) i spróbować powiązać te wydarzenia z Ukrainą. Kreml był pewien, że po ataku terrorystycznym Departament Stanu USA z całą pewnością oświadczy, że dokonali go bojownicy Państwa Islamskiego. W ten sposób Putin i FSB zyskali „żelazne alibi”, że nie biorą udziału w ataku terrorystycznym.

Po pojawieniu się oficjalnego ostrzeżenia Władimir Putin i kierownictwo FSB byli przekonani, że CIA i Departament Stanu USA wierzą w autentyczność informacji o przygotowywanym przez IS ataku terrorystycznym w Moskwie. FSB mogła wówczas przystąpić do realizację ostatniej fazy kontrolowanego aktu terrorystycznego w Crocus City Hall.

Jakie korzyści odniosła Rosja po tym zamachu?. Po pierwsze, uwaga światowych mediów została odwrócona od zmasowanych ataków rakietowych na Ukrainę, w tym na Kijów i elektrownię wodną Dnipro. Ukraina zniknęła z pola zainteresowania światowych polityków i środków masowego przekazu.

Po drugie, świat demokratyczny zamienia Rosję, państwo agresora i zbrodniarza wojennego Putina, w „ofiarę”, która ucierpiała w wyniku ataku organizacji terrorystycznej. Pojawiają się wypowiedzi o zaangażowaniu Rosji we wspólną walkę z międzynarodowym terroryzmem.

Donald Trump obiecał, że jeśli zostanie wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych, będzie walczył z Państwem Islamskim wspólnie z Rosją, aby „wysłać ISIS do piekła”.

Francja zaproponowała agresorowi Rosji wzmocnienie współpracy służb specjalnych w walce z terrorystami Państwa Islamskiego, którzy zagrażają obu krajom. Poinformował o tym prezydent Francji Emmanuel Macron.

Po trzecie, Zachód składa kondolencje rosyjskiemu rządowi, wylewa krokodyle łzy i składa kwiaty pod rosyjskimi ambasadami, zapominając, że w latach 2014 – 2018 rosyjskie służby specjalne przy pomocy bojowników IS zorganizowały w Europie serię ataków terrorystycznych.

Generał Hryhorij Omelczenko powiedział dziennikarzom, że rozesłał swoją publikację do ambasad państw członkowskich NATO oraz odbył rozmowy z poszczególnymi dyplomatami wojskowymi i przedstawicielami służb wywiadowczych tych krajów. Twierdzi, że krwawe ataki terrorystyczne w krajach UE i NATO (Turcja, Francja, Belgia, Niemcy i inne), które wywołały falę oburzenia w całym cywilizowanym świecie, zostały zorganizowane przy udziale i wsparciu Rosji. Zauważa, że ​​„Czołowi mówcy Kremla nie wahali się przyznać, że Rosja czerpie korzyści z międzynarodowego terroryzmu i grozili Europejczykom, że czeka ich nowa fala przemocy, jeśli UE nie będzie bardziej wyrozumiała w kwestii zniesienia sankcji wobec Rosji”.

 

Zamordowany, ocenzurowany – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina losy ppłk. Wacława Lipińskiego

4 kwietnia 1949 r. w więzieniu we Wronkach został zamordowany na polecenie władz komunistycznych ppłk dr Wacław Lipiński, historyk, żołnierz Legionów Polskich, działacz piłsudczykowski, polityk antyniemiecki i antykomunistyczny.

Urodził się w rodzinie rzemieślniczej, związanej z Polską Partią Socjalistyczną. Konspirował już w czasie rewolucji 1905 r. Jako uczeń Gimnazjum Polskiego Towarzystwa „Uczelnia” w Łodzi w 1912 r. działał w skautingu i kółkach samokształceniowych. Po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Legionów, ps. „Socha”, uczestnicząc w bitwach pod Łowczówkiem, Konarami i Kostiuchnówką. W 1917 r., urlopowany, zdał maturę i zapisał się na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W czasie kryzysu przysięgowego opowiedział się po stronie Piłsudskiego. Pracował jako publicysta i konspirator Ligi Niezawisłości Polski i Komendy Głównej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). W kwietniu 1919 r. odbijał Wilno bolszewikom. Służył w wywiadzie.

Po pokoju ryskim został odkomenderowany na Uniwersytet Jagielloński, gdzie zrobił doktorat z prawa, uzyskał absolutorium z filozofii, a także dyplom Szkoły Nauk Politycznych. W II RP rozwijał karierę wojskową i publicystyczną, był dyrektorem Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski. W 1936 r. habilitował się z najnowszej historii Polski na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W styczniu 1939 r. został przeniesiony w stan spoczynku i awansowany na podpułkownika.

We wrześniu 1939 r. pracował początkowo w Biurze Propagandy Naczelnego Dowództwa, potem był szefem propagandy w Dowództwie Obrony Warszawy, gdzie nadawał codzienne komunikaty radiowe. Po kapitulacji stolicy zabezpieczył bogate zbiory Instytutu Piłsudskiego w Muzeum Belwederskim, zostając jego kuratorem. Po aresztowaniu 27 października 1939 r. przez Gestapo prezydenta Stefana Starzyńskiego wyjechał do Zakopanego.

W marcu 1940 r. przeszedł na nartach na Słowację, stamtąd do Budapesztu. Rząd RP na uchodźstwie premiera Władysława Sikorskiego nie zgodził się na jego przyjazd do Francji. Wówczas Lipiński związał się z Julianem Piaseckim, który z upoważnienia marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza tworzył organizację piłsudczykowską. Nawiązał też kontakt z internowanym w Rumunii Śmigłym, który dostarczył mu informacji, a także materiałów o kampanii wrześniowej: na ich podstawie pod pseudonimem „Gwido” opublikował pod koniec lata 1940 r. broszurę „Wojna polsko-niemiecka 1939 roku”, będącą apologią Naczelnego Wodza.

Do 1942 r. Lipiński przebywał na Węgrzech, a po powrocie do Warszawy współtworzył piłsudczykowski Konwent Organizacji Niepodległościowych. Pisał, redagował. Od lutego do maja 1944 r. był więziony przez Gestapo. Od marca 1946 r. stał na czele Komitetu Porozumiewawczego Organizacji Polski Podziemnej jako przedstawiciel Stronnictwa Niezawisłości Narodowej.

Na początku 1947 r. został aresztowany i skazany w procesie pokazowym (27 grudnia 1947 r. przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie) na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie więzienie. W PRL utwory Wacława Lipińskiego były objęte cenzurą.

 

WALTER ALTERMANN: Schrony, których nie mamy

W całej Polsce mamy jedynie 903 schrony. Czym jest schron? Nie ma nawet urzędowej definicji schronu. Jedynie Państwowa Straż Pożarna posługuje się czymś podobnym do urzędowego opisu: Schron jest budowlą ochronną o budowie konstrukcyjnie zamkniętej, hermetycznej, zapewniającej ochronę osób, urządzeń, zapasów materiałowych lub innych dóbr materialnych przed założonymi czynnikami rażenia oddziałowującymi ze wszystkich stron.

Definicja Straży Pożarnej jest o tyle ważna, że to właśnie jej przypadło zarządzanie schronami. Co znaczy utrzymywanie ich w stanie użytku, sprawności i gotowości do spełniania swych funkcji. Dla straży jest to obowiązek nowy, bo istniejący dopiero od dwóch miesięcy. Jak to było ze schronami wcześniej? Lepiej nie drążyć tematu.

W każdym razie istniejące schrony są małe (może i dobrze) dające bezpieczeństwo około 100 osobom każdy. W większości są to schrony jeszcze z czasów komuny.

Schronów nie ma, niczego nie ma

Reporter Wirtualnej Polski Mateusz Dolak zapytał Polaków na bazarze o to, jak oceniają działania polskich władz oraz czy boją się, że wojna mogłaby dotrzeć do naszego kraju. – Putin się tak szybko nie zatrzyma, bo poczuł swoją siłę. Fanatycy, jak poczują siłę, to pójdą naprzód – uważa jedna z pytanych kobiet. Inny z rozmówców mówi – Rządzący powinni coś zrobić, żeby społeczeństwo było przygotowane. Każdy powinien umieć strzelać, posługiwać się bronią i umieć obronić się i zabezpieczyć. Schronów nie ma, niczego nie ma. Jesteśmy kompletnie bezbronni.

Po co komu schrony?

O wojnach uczą nas ciągle z punktu widzenia wojskowych, począwszy od hoplitów, poprzez arkebuzerów aż do czołgistów. Owszem to wojskowi toczą bitwy, ale wojna jest sprawą całych narodów i społeczeństw. A może przede wszystkim cywilów? Wiemy, że wojsko walczy za ojczyznę, w obronie języka, tradycji i własnej kultury. Żołnierze walczą o prawo do bycia osobnym narodem, o prawo do rozwoju w obrębie swojego narodu. Czyli żołnierze walczą za tych, którzy zostają w domach. Bo i cóż byłoby to za zwycięstwo, gdyby uratowały się jedynie armie, a zginęliby wszyscy cywile?

Gdy żołnierze ruszają do walki, zostawiają w domach matki, dziadków, żony i dzieci. I żołnierze walczą w imię ochrony ich życia i stanu ich posiadania. Dlaczego zatem tak mało uczą nas o wpływie wojen na cywilów? Może dlatego że los cywila w czasie wojen jest opłakany, że cywile giną po cichu, niebohatersko, niejako „przy okazji.” Śmierć na polu bitwy jest zawsze zaszczytem, a śmierć pod gruzami zbombardowanego domu ofiarom chwały nie przynosi. Oczywiście w tej
„pedagogice społecznej” chodzi o to, żeby walczyć.

Cywile, masa kłopotliwa

Niestety, gdy o wojny chodzi, cywile nie są traktowani na równi z żołnierzami. Szczególnie wyraźnie widać to obecnie u nas. Przykłady? Wszystkich nas zajmuje – i słusznie – uzbrojenie i wyposażenie naszej armii, ale jakoś media i politycy milczą o zabezpieczeniu życia cywilów, w razie konfliktu zbrojnego. Oczywiście takiego konfliktu może nie być, ale może też być. Jeżeli tak intensywnie myślimy o zdolnościach bojowych armii, to dlaczego milczymy o zabezpieczeniu ludności cywilnej? Powie ktoś, że władza nie chce wszczynać paniki. Jeżeli tak, to władza nie docenia naszego społeczeństwa.

Współczesna wojna, jak dowodzi tego wojna na Ukrainie, może przynieść ogromne zniszczenia w infrastrukturze, przemyśle, transporcie, a także w budynkach miejskich. Dziś żadne z państw nie ma gwarancji, że ich właśnie ominą rakiety spadające na miasta i zabijające ludność cywilną. I dlatego pora uzmysłowić społeczeństwu, że najwyższy już czas zacząć budować schrony w miastach, miasteczkach i wsiach. A powinno ich być tyle i tak powinny być rozmieszczone, żeby większość ludzi mogła znaleźć w nich ocalenie.

Niestety kolejny raz budzimy się z ręką w naczyniu nocnym, lub bardziej elegancko – kopiemy studnie, gdy płoną domy. Bo przecież możemy nie zdążyć.

Brak pieniędzy na schrony, czyli nieprawda

Oczywiście natychmiast odezwą się głosy, że nie mamy pieniędzy na masową budowę schronów. W znacznej części obowiązek ich budowy spadnie na miasta, czyli na władze gmin, a te mają w zwyczaju narzekać na szczupłość środków. Poza tym, schrony pozostaną pod ziemią, w ukryciu i włodarze miast nie będą mogli się nimi pochwalić, przed wyborami. A chwalenie się jest drugim najważniejszym zwyczajem samorządów.

Dlatego spieszę przypomnieć samorządowcom, że w ostatnich latach za ich pieniądze (czyli za pieniądze mieszkańców) kwitnie pod polskim niebem „dzika chałtura w rozległym terenie”. Każde miasto ma jakieś festiwal piosenek, muzyki klasycznej bądź współczesnej. Mnożą się też jarmarczne festiwale świateł, pokazy psów, kotów, ptaszków i gadów. Wszyscy budują na potęgę pomniki, fontanny i dziwaczne muzea. Brukują też co się da, nawet zabytkowe place, które przez wieki były ozdabiane trawnikami, kwietnikami. Teraz te miejskie place przypominają reklamy producentów betonu.

Jeżeli polskie miasta stać na głupawe rozrywki dla mieszkańców, to przy rezygnacji z tych fanaberii, przy równoczesnym uświadomieniu mieszkańcom miast, że ważniejsze są schrony – uda się zyskać poparcie ludzi, bo nie są oni takimi oszołomami jak władze ich siedlisk. Jeżeli nie zaczniemy tego robić od dziś, to może w ogóle nie być widzów festiwali.

Schrony dla cywilów, ważne jak karabiny dla armii

Większość ludności cywilnej Warszawy przeżyła powstanie warszawskie, dzięki piwnicom. Ale wtedy każda kamienica miał piwnicę. A były to konstrukcje solidne i wytrzymywały nawet potężne bombardowania.

Dzisiaj piwnice też są, ale głównie w starych blokach. I dodatkowo są marne, zapchane starymi meblami. Co prawda właściciele tych piwnic mają ustawowy obowiązek, gdyby zaszła taka konieczność, usunąć cały piwniczny dobytek. Ścianki działowe piwnicznych boksów powinny wtedy zostać zburzone. Jednak piwnica to nie schron. Bo w piwnicach nie ma ani wody, ani wentylacji. Nie ma też żadnych miejsc do spania, choćby noszy.

Sprawa schronów jest dla nas tak samo wstydliwa, jak pilna.

 

WALTER ALTERMANN: Czy ktoś jest dzisiaj właścicielem świata?

Mimo burz rewolucji – szczególnie w państwach trzeciego świata, mimo upadku komunizmu, w dalszym ciągu około 96 procent światowego majątku należy jedynie do 3 procent ludzi. Pytanie zatem brzmi – czy ci wybrańcy, właśnie te 3 procent – spośród 8. miliardów ludzi są właścicielami świata i czy oni właśnie decydują o losach całej naszej światowej populacji?

Dzisiejsze media ciągle głoszą, że świat idzie ku dobremu, bo Elon Musk wszczepił komuś do mózgu elektroniczny implant. Poza tym obecnie świat mediów żyje też cudownymi narzędziami do zabijania. I nie chodzi tu o nowe prototypy gilotyny. Chodzi o jeszcze szybsze samoloty wojenne, jeszcze większe rakiety i jeszcze bardziej niszczycielskie bomby. Media owszem, piszą o wojnie na Ukrainie, ale już coraz ciszej i słabiej, bo wojna trwa długo i trochę się już mediom przejadła.

Woda kontra zbrojenia

W świecie zaczyna brakować surowców, więc USA, Chiny i Rosja walczą o wpływy w afrykańskich państwach, żeby mieć dostęp do tamtejszych kopalin. Poprzez wpływy należy tu oczywiście rozumieć przekupywanie afrykańskich rządów. W porównaniu z XIX wiekiem jest o tyle lepiej, że w celu zdobycia surowców, nie wysyła się już do Afryki zbrojnych oddziałów. Ale kolonializm kwitnie – pod inną postacią.

W tym samym czasie miliardy ludzi mają ograniczony dostęp do wody – co w wielu częściach świata jest kluczem do przeżycia. Zastanawiałem się ostatnio, ile kosztowałoby zbudowanie studni głębinowych, rurociągów, stacji uzdatniania podziemnej i morskiej, żeby zaspokoić dostęp do wody wszystkim mieszkańcom planety. Myślę, że w porównaniu z kosztami zbrojeń, prowadzeniem wojen byłoby to śmiesznie mało. To, dlaczego bogaci wolą zbrojenia, zamiast budowania studni biednym, skoro biały świat jest chrześcijański? Ano dlatego, że ze studni nie byłoby żadnego zysku. A jak na razie największe zyski, najbogatszym państwom, zapewniają jednak zbrojenia. Zatem nie widzę szans na taki humanistyczny odruch jak woda dla ludzi. Bomby i rakiety owszem, ale woda?

Pandemia Covid-19 pokazała, że istnieje możliwość szczepienia ludzi niemal całego globu, w tym najbiedniejszych krajów. Owszem, ale nastąpiło to pod groźbą, że mogą zachorować i umrzeć także obywatele najbogatszych państw.

Kiedyś to były nazwiska

Czy da się dzisiaj po imieniu i nazwisku wskazać największych właścicieli świata? Nie bardzo. A jeszcze w XIX wieku kapitał miał nazwiska. I na całym globie znano z nazwiska taki potentatów jak:

Cornelius Vanderbilt (urodzony 27 maja 1794 – zmarły 4 stycznia 1877) – amerykański przedsiębiorca, który swoją potęgę i bogactwo zbudował na transporcie kolejowym i morskim. Był głową sławnej rodziny Vanderbiltów.

Ostatnio, w wieku 88 lat odszedł Nathaniel Charles Jacob Rothschild (urodzony 29 kwietnia 1936 – zmarły 26 lutego 2024), czwarty baron Rothschild, członek brytyjskiej Izby Lordów. Był nestorem potężnego bankowego rodu Rothschildów, bankierem inwestycyjnym, który pełnił ważne role w brytyjskim biznesie i w życiu publicznym.

John Davison Rockefeller (urodzony 8 lipca 1838 – zmarły 23 maja 1937 roku) – amerykański przedsiębiorca, filantrop i fundator Uniwersytetu Chicagowskiego. Obecnie uważany za najbogatszego człowieka w historii, który w ciągu całego swojego życia zgromadził majątek o wartości 660 mld dolarów (według przelicznika z 2007). Jego majątek odziedziczył jedyny syn John D. Rockefeller, a następnie wnuki: John D. Rockefeller 3rd., Nelson, Laurance, Winthrop, David i ich najstarsza siostra Abby.

W Polsce, w mojej rodzinnej Łodzi, mają do dzisiaj swoją historyczną pozycję rodziny fabrykantów, twórców ogromnych fabryk wyrobów bawełnianych: Geyerów, Scheiblerów, Poznańskich, Heinzlów i Kunitzerów.

Wszystkich ich, tych królów biznesu, w świecie i w Polsce łączyło jedno – swoje pozycje budowali z talentem, ale bezwzględnie, niekiedy okrutnie, depcząc konkurentów, wchodząc w podejrzane interesy z władzą, przepłacając ministrów i całe rządy oraz przede wszystkim wyzyskując do cna swoich pracowników. Jednak w porównaniu z dzisiejszymi władcami świata mieli nazwiska.

Anonimowi potentaci

A dzisiaj – poza nielicznymi – władcy świata pozostają anonimowi. Jest jeszcze gorzej, bo dawniej magnaci biznesu mieli też narodowość. Dzisiaj – w dobie globalizacji – nie znamy ani narodowości, ani nazwisk tych, którzy mają wpływ na losy nas wszystkich.

Teraz największe banki, domy maklerskie, fundusze powiernicze inwestują i zarabiają w całym świecie. A dzięki internetowi w ćwierć sekundy można zostać milionerem lub splajtować i zostać nędzarzem. W dalszym ciągu anonimowo. Może czepiam się sprawy tych nazwisk, ale w XIX wieku, gdy każdy wiedział kim jest Rockefeller, to tegoż Rockefellera ten fakt obligował do przyzwoitych zachowań. Albo też jego państwo mogło go do takich zachowań skłonić, przywołać a nawet zmusić.

Były też partie i związki zawodowe, które mogły manifestować przeciwko konkretnemu panu kapitaliście. A dzisiaj? Przeciw globalizmowi w obrocie kapitałem mają protestować? Na to trzeba by mieć ogromne poczucie humoru, a głodnych na takie żarty nie stać.

Jest spisek czy go nie ma

Nie jestem wyznawcą teorii światowego spisku, nie sądzę, że istnieje jakaś ciemna siła, która dybie na pomyślność nas wszystkich. Jednakże zwracam uwagę na fakt, że dzisiaj wielki kapitał urwał się ze smyczy krajowych rządów i jest poza jakąkolwiek kontrolą. A to jest groźne. Bo być może jest i tak, że te wszystkie nasze wybory, ogromny wysiłek kandydatów na radnych i posłów idzie psu na budę. Skoro ponad demokratycznymi państwami świata stoi wyżej ktoś, kto może tym państwom dać korzystne kredyty lub nie dać.

Czy świat kiedykolwiek dojrzeje do tego, żeby nazwiska osób operujących wielkimi kapitałami były znane? Albo inaczej – czy ci, którzy rządzą dziś bankami i giełdami zechcą się ujawnić? Skoro prezydent USA musi ujawniać każdy swój wydatek, skoro musi być czysty jako ta łza, to dlaczego właściciele banków oraz ich najwięksi udziałowcy kryją się w cieniu? Być może boją się odpowiedzialności? A to już jest groźniejsze od najgroźniejszych wojen i pandemii.