WALTER ALTERMANN: Eksplozje języka, czyli specjalne komisje sejmowe

Komisje sejmowe to dla języka polskiego chwile wymagających prób. Wszyscy posłowie, członkowie tych komisji, działają i mówią w sytuacjach wymagających mocnych nerwów i mocno osadzonego w głowach języka. Wystarczy, że poseł z opozycji zaatakuje posła z grupy rządzącej i już skacze ciśnienie, już zaatakowanemu cisną się na usta frazy, jakimi nigdy wcześniej się nie posługiwał. A teraz mówi! Ale mówi nieskładnie, patetycznie, językiem chyba prawniczym… Skutkiem czego jest dziwnie i śmiesznie. Oto próbki.

Poseł Michał Szczerba, przewodniczący tzw. komisji wizowej, zwraca uwagę członkowi komisji z PiS,: „Proszę nie eksplorować tego tematu”. Mógłby powiedzieć normalnie, czyli tak: „Proszę mówić na temat, trzymać się głównego tematu, nie wychodzić poza zakres omawianej sprawy”. Ale poseł Szczerba chce przybrać na powadze, na urzędzie, na znaczeniu – i mówi jak wyżej.

Równie dziwacznie poseł Szczerba zwrócił się do innego posła z PiS: „Proszę zachowywać się merytorycznie.” Znamy zwroty – zachowywać się spokojnie, nerwowo, grzecznie, niegrzecznie, kulturalnie, niekulturalnie, taktownie, nietaktownie… O zachowaniu merytorycznym słyszę po raz pierwszy. To powaga sal sejmowych tak wpływa na całkiem zwyczajnych, prostych ludzi, że zaczynają mówić dziwnym językiem. Śmiesznie i strasznie.

Świadomość

Nie tylko jednak członkowie komisji szaleją językowo. Oto wezwany świadek, Mateusz Błaszczyk mówi: „Istnienia kanału przerzutowego byliśmy świadomi”. Dlaczego nie powiedział po prostu, że w konsulacie wiedzieli o kanale przerzutowym? Przecież „świadomość” jest pojęciem z dziedziny psychologii i wcale nie równa się wiedzy.  Można mieć wiedzę, można mieć informacje, ale żeby zaraz mieć świadomość?

Świadomość to podstawowy i fundamentalny stan psychiczny, w którym jednostka zdaje sobie sprawę ze zjawisk wewnętrznych, takich jak własne procesy myślowe oraz zjawisk zachodzących w środowisku zewnętrznym i jest w stanie reagować na nie (somatycznie lub autonomicznie). Przez pojęcie „świadomość” można rozumieć wiele stanów – od zdawania sobie sprawy z istnienia otoczenia, istnienia samego siebie, poprzez świadomość istnienia swojego życia psychicznego aż po świadomość samego siebie. W tym pierwszym przypadku świadomość mają niektóre zwierzęta a świadomość samego siebie posiadają ludzie i najprawdopodobniej szympansy.

Najbardziej klasycznym opisem świadomości jest oczywiście znane „Myślę, więc jestem” (Cogito ergo sum) Kartezjusza. Swoje słynne rozumowanie przedstawił on w „Rozprawie o metodzie” opublikowanej 8 czerwca 1637 r.

Ale co może mieć Kartezjusz do prac specjalnej komisji sejmowej A, tego jeszcze nie wiadomo. I nie wiadomo, kto za tą świadomością stoi. Proponuję zatem powołać kolejną komisję d/s świadomości rzeczoznawców, świadków i członków komisji. Mogą wyjść poważne sprawy, na przykład, że ktoś tam świadomości w ogóle nie ma.

Wymowa komisji

Inny kwiatek językowy znalazłem w czasie prac Komisji śledczej ds. wyborów korespondencyjnych. Tym razem nie składniowy, ale związany z wymową. Oto poseł Michał Wójcik, ostry i zdecydowany zawodnik sejmowy, w czasie swej wypowiedzi kilkanaście razy mówił, że coś tam trwało „dugo”. Jak na doktora nauk humanistycznych trochę słabo i przykro. Ja rozumiem, że ktoś za młodu mówił gwarą wielkopolską, krakowską, śląską lub podhalańską. Szanuję gwary i lubię, ale osoba z dyplomem doktora nauk humanistycznych powinna mówić „długo”. Dlaczego? Bo takie są normy językowe.

Dla wyjaśnienia – gdyby ktoś w pracy magisterskiej, doktorskiej czy hablitacyjnej napisał, że „badania trwały dugo” promotor takiej pracy zwróciłby ją autorowi, mówiąc, że takie błędy są niedopuszczalne. A nie wiem nawet czy podanie włościanina do urzędu w sprawie podatków rolnych byłoby w ogóle rozpatrywane, gdyby ów napisał, że urząd rozpatruje jego sprawę „zbyt dugo”.

Jak sprawozdawcy sportowi walczą z posłami o lepsze

Zdawałoby się, że tylko przebywanie w Sejmie, nie mówiąc już o pracy w nim, onieśmiela tak bardzo, że język kołkiem staje. U osób wrażliwych, nawet praca przy mikrofonie w roli sprawozdawcy sportowego może wywołać panikę.

Bo jak inaczej, jeśli nie wstrząsem emocjonalnym można wyjaśnić taką sytuację – piłkarz jest przewrócony przez rywala. I długo z boiska nie podnosi się. Jest już końcówka meczu, więc zawodnik nie ma już sił. Wyjaśniam, że nie został ciężko sfaulowany, ot taka wywrotka, na skutek popchnięcia przez przeciwnika.

I w tym momencie słyszymy sprawozdawcę: „To są kwestie zmęczeniowe”. Dlaczego komentator nie mówi jak jest, że leżący nie ma już zbyt wielu sił? Że nie zrywa się z murawy, bo chce chwilę odpocząć?

Inkryminowane „kwestie zmęczeniowe” nasuwają mi pomysł, żeby tę frazę rozszerzyć i mówić, że mamy do czynienia z kwestiami głupotowymi, kwestiami brakotalentowymi i wreszcie kwestiami lenistwowymi.

 

HUBERT BEKRYCHT: Komu przeszkadza SDP i czego nie zauważa Press?

Przestały mnie bawić manipulacje Press, bo są szkodliwe nie tylko dla dziennikarzy i pracowników mediów, do których – teoretycznie – adresowane są treści popularnego niegdyś miesięcznika. Likwidacja prestiżowych, także dawno temu, nagród i mnożące się w portalu jak króliki wiadomości o niczym, to przyczyna frustracji autorów i kierownictwa. Ale znaleźli sobie już wroga – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i portal sdp.pl Według dawnych spiskowych teorii najlepiej znaleźć winnego i atakować go jak 6 marca br. policja rolników – z tej metody eskalacji konfliktu korzysta Press wobec SDP. Ostatnio znowu napisano, że jesteśmy janczarami PiS i maszerujemy w takt eurosceptycznych bębnów. Nieprawda to określenie nie oddające stopnia manipulacji Press w tej sprawie, zatem po kolei:

Wiceprezes SDP i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Mediów dr Jolanta Hajdasz wzięła udział w spotkaniu z przedstawicielami Komisji Europejskiej, jakie odbywa w ramach corocznego przeglądu stanu praworządności we wszystkich państwach członkowskich UE. SDP uczestniczyło w konsultacjach po raz trzeci.

Spotkanie prowadzili dr Bartosz Marciniak i Maciej Styczeń z wydziału DG ds. Sprawiedliwości i Konsumentów (Jednostka C1 – Praworządność) Komisji Europejskiej. Stronę polską oprócz Jolanty Hajdasz z SDP reprezentował red. Krzysztof Bobiński z Towarzystwa Dziennikarskiego i Jacek Wojtaś z Izby Wydawców Prasy.

Spotkanie 

Hajdasz zapytana przez KE o opinię w sprawie wolności mediów powiedziała:

Reprezentuję Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, największą, najstarszą i najaktywniejszą organizację dziennikarzy w Polsce. Nasza ocena tego, co wprowadza w mediach publicznych obecny rząd Donalda Tuska jest wyjątkowo negatywna. Jest to bezwzględne naruszenie zasady wolności słowa i wolności prasy. Niszczenie mediów publicznych trwa już od dwóch miesięcy” – podkreśliła szefowa CMWP SDP.

Hajdasz pytano także o opinię wobec Krajowej Rady Radiofonii. „Obecnie to KRRiT stoi na straży prawa dotyczącego systemu radiowo-telewizyjnego, ponieważ władza brutalnie niszczy ten system i łamie prawo medialne” – mówiła.

W notatce CMWP znalazło się również zdanie: Krzysztof Bobiński i Jacek Wojtaś przedstawili odmienne od SDP stanowisko .

Szczegóły stanowiska SDP opisano na stronie CMWP SDP oraz na sdp.pl – tekst poniżej

CMWP SDP na spotkaniu z przedstawicielami Komisji Europejskiej o wolności mediów w Polsce

Nie pisząc o tym, co takiego powiedzieli o stanie mediów w Polsce Bobiński i Wojtaś podczas spotkania, Press wystrzelił z kapiszona i napisał piórem Mariusza Kowalczyka:

W Polsce nowy rząd niszczy media, bezwzględne i brutalnie naruszając zasady wolności słowa i prasy – poinformowała przedstawicieli Komisji Europejskiej Jolanta Hajdasz, wiceprezeska Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Kreśląc zafałszowany obraz sytuacji po zmianie władzy w Polsce, dodała, że prorządowe media zastraszają reklamodawców, którzy chcą się reklamować w ‘mediach opozycyjnych’. – To kuriozum. Odwracanie kota ogonem w partyjnym interesie – ocenia Mariusz Kowalczyk z „Presserwisu”. Tak orzeczono w Press.

Tak, bo tak

Nie przedstawiono żadnych argumentów na podważenie przytoczonych przez Hajdasz przykładów medialnego zamachu stanu, ale już zarzucono jej „zafałszowanie obrazu mediów”.

Chyba ani Press ani, co gorsza, Komisja Europejska i jej eksperci nie sprawdzili, że niszczenie i likwidacja mediów publicznych w Polsce zostały kilkakrotnie skrytykowane przez międzynarodowe organizacje dziennikarskie, m.in. European Federation of JournalistsInternational Federation of Journalists, do których należy SDP. O tym powinien zresztą wiedzieć uczestnik spotkania, apolityczny działacz liczącego niecałe 100 osób (dane EFJ – 2023) Towarzystwa Dziennikarskiego Krzysztof Bobiński. Jeździ on często na zjazdy EFJ, niekiedy z żoną, byłą eurodeputowaną PO i z kolegą noszącym nawet na lotnisku kurtkę z logo EPL (EPP), frakcji PE do której należy PO, co oczywiście – zdaniem członków TD – nie świadczy o upolitycznieniu ich Towarzystwa, najwyżej o ich wyższości nad dziennikarzami, którzy mają wątpliwości co do sprawiedliwego traktowania Polski w Brukseli.

Dalej w relacji Press o stanowisku SDP jest już tylko bardziej groteskowo.

„Gdyby Jolanta Hajdasz chciała uczciwie opowiedzieć przedstawicielom KE o sytuacji mediów w naszym kraju, powinna zacząć od tego, że reprezentuje skrajnie upartyjnioną organizację, która podszywa się pod cieszące się niegdyś jakim takim zaufaniem stowarzyszenie dziennikarzy” – oznajmiono w Press, w którym to mediów ze świecą można szukać złych opinii o mediach broniących jak socjalizmu partii, które składają się na obecną koalicję rządzącą, co za przypadek, od 13 grudnia.

Zarzuty, że coś jest nieuczciwe, że SDP jest upartyjnione są oczywiście rzucane bez chociażby próby poznania racji drugiej strony, co w medium piszącym często o warsztacie dziennikarskim jest dosyć dziwne, ale przewidywalne.

Miazga

Nie wiem pod kogo podszywa się redakcja Press, ale ten przykład dowodzi, że ów portal i periodyk udają medium specjalistyczne adresowane do dziennikarzy i pracowników mediów. Bo pomijanie racji drugiej strony wobec poważnych oskarżeń jest tylko medialną miazgą, nie dziennikarstwem – to tak jakby minister chyba kultury Bartłomiej Sienkiewicz – powołując się na swojego Wielkiego Przodka, Pisarza i Noblisty Henryka Sienkiewicza – został doradcą prezydenta Turcji w sprawach Królestwa Szwecji przed przyjęciem naszych północnych sąsiadów do NATO. Chociaż Turkom mógłby nasz minister chyba kultury doradzać, ale w innych sprawach. Chyba.

Press w kolejnej części „artykułu” kpi ze słów Jolanty Hajdasz, która opowiadała o szantażowaniu firm reklamujących się w mediach opozycyjnych. Dalej Press podaje jeden przykład z anteny TV Republika. „Prawie każdy, działając w interesie swojej firmy, wycofałaby reklamy, żeby jego marka nie kojarzyła się z takim plugastwem” – pisze Press na klawiaturze Mariusza Kowalczyka.

Ów cyngiel Press jest chyba zresztą zadowolony, że praktycznie powtarza to, co pisała jego redakcja przez ostatnie lata. Ale mógł nie wiedzieć, że to powtórzenia, w końcu za kadencji PiS był też w Newsweeku, który to tygodnik, co za przypadek, również pisał źle o rządzie, tylko wyrażał to innymi, mocniejszymi słowami. Zatem znowu Press i Kowalczyk po raz 238. sklonowali jakże „apolityczną” opinię o szefie KRRiT. „Z licznych działań Macieja Świrskiego wynika jasno, że głównym jego zadaniem jest nękanie i karanie mediów, które zakłócają partyjny przekaz PiS. Po zmianie władzy Krajowa Rada nadal jest młotem na tych, którzy nie podobają się Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego partii” – tak napisano w Press. Chyba ludzie z redakcji zapomnieli z czego jeszcze słynie przewodniczący Świrski. Podpowiem, nie lubi kłamstw na swój temat często wykorzystując wówczas instrumenty prawne.

W związku z tym, co powiedziała o KRRiT, na koniec steku bzdur zwanych „artykułem” wystrzelił w kierunku Jolanty Hajdasz pistolecik z Press podpisany jako Mariusz Kowalczyk. Właściwie wypalił cichutko, bo zamiast huku pojawił się smrodek i to nie dydaktyczny. „Tego wszystkiego jednak Jolanta Hajdasz nie powie. Bo SDP wiernie służy politykom” – zaznaczył w „artykule” Press Kowalczyk.

Presserwilizm

Skoro tak mocno biją szefową CMWP SDP pomagającą od lat wszystkim bez wyjątku dziennikarzom, to komu służą członkowie redakcji Press? Ja wiem. Służą głupocie. Głupocie, która opłaca się po 19 grudnia 2023 r. wszystkim mediom głównego nurtu, które, nie przejmując się zasadami etyki, opluskwiają nie tylko dziennikarzy konserwatywnych, ale i każdego ośmielającego się mieć inne zdanie o rządzie 13 grudnia.

Nikt z nas we władzach SDP nie ma legitymacji żadnej partii, ale są – ufam, że poza SDP – dziennikarze, który zapisali się do koalicji 13 grudnia. Nie są oni oczywiście na listach członków ugrupowań tworzących gabinet premiera Donalda Tuska, ale w stłuczonym lustrze swoich wyrzutów sumienia, będą jeszcze nie raz oglądali zniekształconą kłamstwami twarz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót na portal. WIKTOR ŚWIETLIK: Łezka w oku

Teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Jakżesz oni równo i sumiennie odliczyli się po drugiej stronie. Ci wszyscy moralizatorzy, wszyscy specjaliści od niezależności dziennikarskiej, praw człowieka, brutalności policji, braku praworządności, obrońcy swobód obywatelskich i westernizacji cywilizacyjnej.

Otóż, okazało się, że w środę wszystko to zostało anulowane. Władza może tłuc jak za Gierka w 76, tłukący zasługują na swój los, bo to wichrzyciele. Grunt, że premier został pochwalony za przywracanie standardów praworządności przez przewodniczącą naszej umiłowanej współczesnej Rasy Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, o czym jak zawsze na swych łamach donieśli z dumą redaktorzy od czasu do czasu briefowani w hotelu Sheraton przez sympatycznego pana Grasia. Znani obrońcy swobód demokratycznych i praworządności. Bliscy zarówno opcji silnej razem, jak i reprezentanci najgodniejszego symetryzmu.

Co prawda, na filmach z demonstracji rolniczej było widać co innego. Zresztą, jak to zawsze, każdy ma swoją prawdę. Nie byłem tam, gdzie była zadyma, czyli pod Sejmem. Widziałem pokojowo i sympatycznie zachowujących się leśników na Moście Poniatowskiego, rozmawiałem z rzeczowymi rolnikami i związkowcami, którzy przyjechali ich poprzeć na Powiślu. Jak się jednak, wpatrzy w filmy, to widać, że żadna ze stron święta nie była. W ruch szły race i barierki. Była porządna zadyma. Swoją drogą, jako rowerzysta krótko przed demonstracją zauważyłem, że nikt się nie kwapił, by pozbierać rozrzuconą luzem gdzienigdzie w okoicy kostkę brukową. Słusznie, bo się przydała. Jak widzieliśmy, można jej użyć w dobrym celu i złym. Może nią zły rolnik rzucić w policję, ale może nią też dobry policjant zabić rolnika – prowokatora.

Tyle, że zaraz potem policja pochwaliła się, ilu to wyłapała. Ilu to doprowadzi, aresztuje, ile kar więzienia do 10 lat za to grozi. To nie rolnicy to prowokatorzy, to wichrzyciele, chuligani. Tweety w tym stylu posypały się dosłownie w tej samej chwili. Plus żarcik, świetny, kupa zabawy, rzucony też przez wielu na raz, w tym przez nieocenionego w takich chwilach redaktora „symetrystę” z TVN. Mówiliście „murem za polskim mundurem”, gdy atakowano strażników granicznych? To czemu teraz nie mówicie, kiedy pała tuskowej sprawiedliwości spada na wichrzycieli podważających politykę umiłowanego rządu? Czemu się pisowskie baby z Podlasia nie wstawiacie za policją jak kopie po głowach waszych mężów? Czemu? Achacha, ekipie pana premiera i redaktorom łapiącym przekaz szybciej niż delfin wibracje w wodzie, brzuchy pękają ze śmiechu. Czego się nie śmiejecie, jak was pałują, a zaraz was wsadzą za to, że was spałowali? Starszemu pokoleniu polityczno-dziennikarskiemu musi się łezka w ręku kręcić. Tak się pisało i śmiało wtedy, gdy byli młodzi i piękni.

Powtórzę, na demonstracji żadna ze stron święta nie była, nawet jeśli wśród ludzi działali policyjni prowokatorzy. Wychodzące z tłumu i wchodzące za kordon policji młode byczki, młody łepek spanikowany, że mu kaptur zdjęli – też są na zdjęciach. Ale nie zmienia to faktu, że sprowokować się dać nie należało. Tylko że teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Tego z brodą, który ponoć miał być mężem rolniczki z telewizji, ale się rozstali i poszedł w pakowanie i agresję? Tych, którzy wciągnęli stojącego spokojnie demonstranta z flagą za swój kordon i urządzili mu tam swoją ścieżkę zdrowia, głowę wgniatając kolanem w bruk? Kiedy tak zrobiono cztery lata w USA cały kraj, a za nim świat zapłonął. Kiedy jednak robi to nasza odzyskana praworządność, z wolnymi mediami jako jej psem łańcuchowym, to mucha nie siada. Nie dość tego. Więcej, chcemy. Więcej. Będzie się można jeszcze więcej wykazać.

Mam tylko jedną propozycję by docenić tych, którzy tak bez wahania zakwalifikowali demonstrantów jako pisowskich lub putinowskich prowokatorów. Powinien im minister Siemoniak dać mundury, pagony i stopnie służbowe. Może w niektórych przypadkach będzie dziwnie się komponowało z szaliczkami czy fularami, ale przynajmniej łatwiej będzie odróżnić elity kraju od zwykłego pisowskiego bydła ze wsi.

 

 

Potworki językowe w mediach nieustająco opisuje WALTER ALTERMANN: Komisja relewantna

Komisja sejmowa do sprawy afery wizowej może być wielkim wydarzeniem. Także dlatego, że zarówno komisja, jak i wyzwani mówią z głowy. Czyli, mamy raj dal tropicieli wynaturzeń językowych. Na początek, w czasie posiedzenia Komisji, w dniu 28 II 2024 r., mogliśmy usłyszeć jak przewodniczący komisji, poseł Michał Szczerba anonsował pracownika polskiej ambasady w Indiach: „Został wezwany pan Damian Irzyk, konsul, na okoliczność jego pracy w ambasadzie w Mumbaju, w okresie relewantnym.”

Oczywiście znacząca większość Polaków, oglądających transmisję posiedzenia komisji nie wie co to jest „okres relewantny”. Znając rodaków, jestem przekonany, że większość z nas uznała ów „okres relewantny” za słowo groźne, świadczące jednoznacznie o przestępczej działalności konsula. Reszta Polaków z góry przyjęła, że Irzyk jest niewinny, a nawet jest męczennikiem.

Posłowi Szczerbie chodziło zapewne oto, że pan radca pracował w polskiej ambasadzie Mumbaju w tym czasie, w którym być może dochodziło do nieprawidłowości w wydawaniu polskich wiz.

Pojęciem „relewantny” określa się zdarzenie niosące skutki prawne, mające znaczenie prawne. Przykładowo, śmierć będzie zdarzeniem prawnie relewantnym, ponieważ wiąże się z pewnymi skutkami prawnymi takimi jak chociażby otwarcie spadku. Nie wiem, czy w sejmowej uchwale o Komisji jest zapisane pojęcie „relewantny”. Gdyby było, to znaczyłoby, że sejmowi prawnicy za nic mają prosty lud.

Jednakże poseł Szczerba niczym by nie ryzykował, gdyby powiedział po prostu, że pan Irzyk pracował w Mombaju w czasie, którym zajmuje się komisja. Ale poseł Sczerba nie spolszczył tego słowa, widocznie uznał, że przyniesie mu ono wiekuistą chwałę, a konsulowi wieczną hańbę.

Piłkarz spionizowany

„Piłkarz szybko się spionizował” – powiedział komentator meczu Legia – Pogoń. To piękne polskie zdanie padło podczas transmisji meczu. A chodziło o to, że piłkarz po faulu szybko wstał z boiska. Do tego już doszliśmy. Brawo dla redakcji sportowej Canal+Sport. Brawo za dobór komentatorów.

Głowa podpisała

W TVN 24 można było usłyszeć taka informację: „Węgierska głowa państwa podpisała zgodę na akcesje Szwecji do NATO”.

Jedno zdanie a dwa błędy. Pierwszy błąd jest malutki – akcesja to przystąpienie. Ale niech tam, bo się utarło w tej sprawie mówić o akcesji. Choć wolałbym, żeby mówiło się o przystąpieniu, a nawet o przyjęciu.

Drugi błąd jest duży i bardzo ucieszny. Powiedzieć, że jakaś głowa coś podpisała jest śmiesznym błędem, który wynika z napuszonego stylu, z połączenia liryki z polityką. Dlaczego nie powiedziano, że premier Wegier coś podpisał? A, bo miało być uroczyście, przełomowo i wzniośle. A wyszło tylko komicznie. Ja zresztą zawsze „w takich razach”.

 

O, wybory!

Jednego dnia w odstępie kilkudziesięciu minut, trzech partyjnych liderów popełniało ten sam przykry błąd. Panowie Kosiniak-Kamysz, Hołownia i Trzaskowski identycznie mówili, że: „Te wybory są o…”.

Na taki język nie ma zgody. Wybory bowiem to specyficzne słowo, coś jak słynna alternatywa. Przypomnę, że alternatywa może być jedna, a znaczy wybór pomiędzy dwiema możliwościami. Same natomiast wybory nigdy nie mogą być o czymś.

Wybór, wybory, wybieranie to decyzja, co kupujemy, którą z możliwych dróg pojedziemy i na kogo głosujemy. Zatem nadchodzące wybory dotyczą decyzji nas wyborców, na kogo oddamy swój głos, kogo wybierzemy na przezydenta, wójta, radnego. A w wyborach prezydenckich będziemy decydować, kogo widzielibyśmy na stanowisku najwyższego polskiego urzędnika.

 

Ergo. Liderzy partii powinni powiedzieć, że te wybory samorządowe ustanowią nowe władze w gminach i województwach. Czyli, że są to wybory pomiędzy programami różnych partii, pomiędzy – także – różnymi wizjami naszego polskiego ładu, porządku, demokracji.

Rejcykling

Ostatnio ze zdumieniem ogladałem w Polsacie audycję o ochronie środowiska. Nic nowego, ale lubię ten temat. Co jednak było zaskakujące? To, że prowadząca ów program młoda kobieta cały czas mówiła o „rejcyklingu”. I nie przeszkadzało jej, że poza nią wszyscy eksperci występujący w programie mówili „recykling”. Można powiedzieć, że z tym swoim „rejcyklingiem” była uparta, a nawet rozpierała ją duma. Chyba z tego, że zna angielski – chociaż uczeni mówią, że wymawiałoby się wtedy „risajkling”. Niestety praktyka używania i wymawiania słów obcego pochodzenia w języku polskim jest tej dziennikarce zupełnie nieznana. Zna angielski i już.

A podstawowe zasada jest taka, że przypadku słów powszechnie już używanych w polszczyźnie, trzeba wymawiać je po polsku. Tak jest też z komputerem, pendrajwem czy konsolą do gier. Udawanie Anglika w przypadku „recyklingu” jest śmieszne i prowincjonalne. Nazwiska Pani Redaktor nie zdążyłem zanotować, ale też nie chodzi o napiętnowanie konkretnej osoby, ale o zasadę.

Co zrobić z choinką po świętach?

Nie mam nic do młodych i pięknych kobiet. Jednak, gdy stacjach telewizyjnych pojawia się takich dziewczyn coraz więcej, muszę stwierdzić, że chyba nie są one angażowane przez telewizje ze względów na intelekt i zdolności do pogłębionej analizy. Niestety to wątpliwej jakości zjawisko staje się coraz bardziej powszechne.

Zapytał mnie kiedyś mój przyjaciel, wieloletni dziennikarz TVP, czy wiem o czym młode dziennikarki rozmawiają ze sobą w pracy. Nie wiedziałem. O urodzie, fryzjerach, kosmetyczkach i modzie – powiedział. Może zatem niesłusznie się czepiam, bo jednak te piękne młode kobiety jakąś wiedzę mają.

Lubię popatrzeć na piękne kobiety, bo są one oczywistą ozdobą świata. Ale niechże występują w programach o muzyce pop, poradach kosmetycznych, modzie itp… Tam straty widzów będą mniejsze. Znam jedną taką ładną panią dziennikarkę, którą na oko sprawia świetne wrażenie, ale nie powierzyłabym jej nawet – ze względu na jej intelekt – programu o tym, co zrobić z choinką po świętach.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Potęga miłości Donalda Tuska

Uwielbiam, kiedy Donald Tusk mówi o miłości i szacunku. Zawsze się wtedy strasznie wzruszam. Nie ma nic bardziej ujmującego niż słowa miłości w ustach silnego mężczyzny, męża stanu.

– Miłość jest silniejsza od nienawiści (…) Umiejętność przełożenia na życie publiczne miłości, którą przeżywamy w naszym życiu rodzinnym, to coś, o czym wiemy i o czym nie musimy debatować, że to łączy wszystkich przyzwoitych ludzi, że umieć kochać to znaczy także umieć robić dobrą politykę. Że jeśli ktoś nie potrafi kochać, to będzie gotował bardzo dużo nieszczęścia ludziom, szczególnie wtedy, kiedy ma tak dużo władzy (…) My też wierzymy – i to praktykujemy na co dzień w Koalicji Obywatelskiej – że szacunek jest silniejszy od pogardy

– mówił na przykład Donald Tusk na konwencji partii Barbary Nowackiej Inicjatywa Polska.

Miłość

– Kpią z mojej „polityki miłości”, a ja radzę wystrzegać się ludzi, których jedyną miłością jest władza. Niekochanych i niepotrafiących kochać.

– skarżył się w kampanii wyborczej publikując nagranie z dwiema całującymi go małymi dziewczynkami, prawdopodobnie wnuczkami.

– Ja tego nie rozumiem, bo przecież co jest dziwnego, przecież ta miłość to nie mówimy tylko o relacjach między ludźmi, przecież jakże często mówimy o miłości do ojczyzny. Ja kocham moją ojczyznę Polskę bez pamięci. Nie wyobrażam sobie polityki bez miłości.

– mówił jeszcze podczas swojego expose.

Potęga miłości

No, ale nie może tak być, że miłość pozbawiona jest siły. Wtedy mogłoby powstać wrażenie słabości. Zapewne dlatego wczoraj miłość Donalda Tuska dała odczuć swoją potęgę protestującym rolnikom i wspierającym ich członkom Solidarności.

Zaczęło się od okazania miłości i szacunku delegacji protestujących pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów rolników, która chciała złożyć pismo na ręce Pana Premiera. Pan Premier, choć niektórzy z protestujących twierdzili, że widzą go w oknie Kancelarii, w naturalny sposób nie znalazł czasu, a po odbiór pisma wysłał dwie urzędniczki niższego szczebla, które odebrały od rolników pismo w przedsionku budynku.

Nie zabrakło również uwiecznionych na nagraniach dostępnych w sieci, wyrazów miłości dostarczanych przez policjantów protestującym pod postacią kostki brukowej. Jakby tego było mało, w tej samej sieci można znaleźć również akty miłości Donalda Tuska wobec zatrzymanego młodego rolnika z tętniakiem, którego szuka przerażona rodzina, czy uwieczniony na słynnym już nagraniu szturm miłości wobec spokojnie zachowującego się mężczyzny z biało-czerwoną flagą. Jak również poruszające obrazy człowieka, który podczas interwencji policji dostaje ataku epilepsji. I wiele innych. Doprawdy trudno o lepsze dowody na potęgę miłości szefa Platformy Obywatelskiej.

Wzruszenie odbiera głos.

HUBERT BEKRYCHT: Mój bełkot kontra niestrawny twarożek polityczny

W sprawie krytycznego wobec Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich artykułu zabrał głos szef Press, miesięcznika chwalącego media sławiące obecny rząd i ganiącego wszystkie inne. Oczywiście, że sdp. pl i piszący te słowa nie spodobali się szefowi Press. Szydziłem nieco z miesięcznika i elektronicznego rejestru sukcesów „dobrych” mediów oraz porażek mediów „złych” – nie dziwię się frustracji kierownictwa periodyku, który mój wstęp do odpowiedzi prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego nazwał „bełkotem” – z tego określenia wkurzonego szefa Press jestem dumny.

Publikacja Press poświęcona była w całości zmanipulowanej przez SDPR (organizacja, która sprzyjając Jaruzelskiemu, w stanie wojennym ukradła Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich) informacji, że z powodu instalacji monitoringu w Domu Dziennikarza użytkownicy i goście budynku przy ul. Foksal 3/5 mają trudności z wejściem do środka.

Moja odpowiedź we wstępie listu prezesa SDP Krzysztofa Skowrdońskiego była adekwatna do ekscytacji Press.

STOWARZYSZENIE DZIENNIKARZY POLSKICH: Kto ryje pod domem na Foksal?

W odpowiedzi na publikację sdp.pl z 2 marca szefostwo Press wyjaśnia, że autorzy publikacji nie mogli się dowiedzieć wszystkiego, bo SDP nie odpowiada na prośby o komentarz. Nie pisze kierownictwo miesięcznika, kiedy ta próba miała miejsce. Przyznaje się tym samym redakcja miesięcznika poświęconemu m.in. dziennikarstwu, iż zasad dziennikarskich nie dopełniła i napisano bzdury. Chyba głównie na podstawie jednego źródła, czyli członka SDRP, który opisał, jak to dotyka go, że nie wita go już „uśmiechnięty portier” a nie bezduszne maszyny monitoringu.

Prezes Skowroński wysłał odpowiedź na nieprawdziwe informacje Press. I tutaj zaczął się dramat szefa periodyku. Opisuje to w takich słowach:

„Zanim zdążyłem wczytać się w odpowiedź Skowrońskiego (przyszła pocztą we wtorek), portal Sdp.pl już opublikował ten list u siebie. Towarzyszył mu z założenia chyba humorystyczny wstęp Huberta Bekrychta, naczelnego serwisu” – piszę wyraźnie poruszony szef Press jadąc po mnie jak 12 lat temu premier po nie oddanych jeszcze do użytku autostradach.

„Z nieskładnego tekstu zrozumiałem, że autor (…) udziela nam serii redaktorskich rad, po czym konkluduje: ‘Działacie, aby uśmiechnięta władza rządu 13 grudnia, była uśmiechnięta jeszcze bardziej’”.

Ano tak, tak napisałem, bo nie podobała mi się publikacja w poświęconemu dziennikarstwu miesięczniku. Publikacja łamiąca wszelkie standardy dziennikarstwa właśnie. Publikacja przemycająca pogłoski przeplatana wynurzeniami człowieka tęskniącego za PRL.

Dalej jest tylko dla mnie lepiej, bo biorąc pod uwagę trudną pisownię mojego nazwiska, redakcja nie popełnia tu błędu (dziękuję), jak to dawniej bywało. Najbardziej ucieszyła mnie bezsilność szefa Press, który pisze na koniec:

„Wciąż wolę więc myśleć, że SDP trzyma intelektualny poziom Skowrońskiego, który co prawda basuje PiS-owi, ale potrafi pisać, a nie Bekrychta, którego bełkotu nie pojąłby nawet Sasza Pastuszew – Marek Twaróg, Press.pl”.

Epitety jak epitety, ale dawno, dawno temu na moim podwórku przy trzepaku autora powitałby tylko śmiech, bo z takiego groteskowego powodu moja banda nie wytaczała armat.

Cóż zrobić, choć niechętnie, ale odpowiadam:

  1. Nie jestem po imieniu z bandytą Pastuszewem i nie wiem, czy to z sympatii, czy z innego powodu redakcja zdrabnia jego imię;
  2. Nie wzięto pod uwagę, że może celowo wstawiłem „bełkot”, aby nasi wrogowie nie zrozumieli;
  3. Dla was moje zdania o Press to „bełkot”, znam takich dziennikarzy, dla których moje określenia waszego stylu pracy to prawda;
  4. Wydaje mi się, że redakcję rozjuszyło moje odniesienie się bezpośrednio do Press: „Działacie, aby uśmiechnięta władza rządu 13 grudnia, była uśmiechnięta jeszcze bardziej”;
  5. Konwencja napisanego przeze mnie wstępu była istotnie, w założeniu, żartobliwa. Nie każdy jednak musi mieć poczucie humoru. Nawet kierownictwo Press;
  6. Po „niestety” w tytule waszego „artykułu” z 5 marca br. powinien być chyba przecinek;
  7. I to jest najważniejsze, prezes SDP odniósł jednak sukces – Press publikując odpowiedź Skowrońskiego wreszcie przyznało się do błędu. Oczywiście nieświadomie.

 

W pojedynku na krytyczne zdania o czymkolwiek i „intelektualne poziomy” i kto potrafi pisać niech zabrzmi pulitzerowska fraza szefa Press, wówczas szefa Dziennika Zachodniego:

„Rozprawiono się z Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Prof. Adamowi Bodnarowi skończyła się kadencja, a w kwestii nowego rzecznika władza nie zamierza dogadywać z opozycją. Pat.”

Marek Twaróg, Dziennik Zachodni 15 kwietnia 2021 r.

Czyli, szach i mat. Koniec publicystyki.

I jeszcze przypowieść. Wyjaśniam szefostwu Press – to żart.Pewna hrabina dowodząc swojej odwagi kupiła sobie trzy nocniki. Złoty, srebrny i brązowy. A jak weszli ruscy to i tak się… Nie zdążyła po prostu…

 

Hubert Bekrycht

red. nacz. portalu sdp.pl

 

Za Zamek, za Katyń, za Sybir, za krew/Zapłaci „Zapory” piechota – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o mjr. Hieronimie Dekutowskim

7 marca 1949 r., został stracony, wraz z sześcioma podkomendnymi – żołnierzami WiN. Podstawą był wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, chyba najbardziej krwawego trybunału śmierci w stalinowskiej Polsce. Tak zginął Hieronim Dekutowski „Zapora”, jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki, najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. Dziś Poczta Polska zabija pamięć o „Zaporze” wycofując przygotowany przez siebie znaczek z podobizną Pana Majora.

W czasie niemieckiej okupacji, cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Aresztowany we wrześniu 1947 r., podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Zamordowany, po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Władysław Siła-Nowicki, powojenny polityczny przełożony Dekutowskiego, inspektor Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie, ps. Stefan pisał o tym tak: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, «trzęsło» połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”. Dlatego komuniści postanowili ich zlikwidować.

Egzekucję mjr. Hieronima Dekutowskiego, ps. „Zapora” 7 marca 1949 r. zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski. Powołując się na odrzucenie próśb o łaskę przez Bieruta, wniósł o natychmiastowe rozstrzelanie „Zapory” i skazanych z nim WiN-owców: kpt. Stanisława Łukasika, ps. „Ryś”, por. Jerzego Miatkowskiego, ps. „Zawada”, por. Romana Grońskiego, ps. „Żbik”, por. Edmunda Tudruja, ps. „Mundek”, por. Tadeusza Pelaka, ps. „Junak”, por. Arkadiusza Wasilewskiego, ps. „Biały”.

Garnowski, przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, w czasie wojny AK-owiec, ma na koncie wiele wyroków śmierci na polskich niepodległościowców. Wyrok, po rocznym brutalnym śledztwie w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, wydał 15 listopada 1948 roku. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy), Józef Badecki (przewodniczący). Władysław Siła-Nowicki, który był jednym z podsądnych, wspominał: „Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków. Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca, był cały czas bardzo grzeczny. Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…”.

Siła-Nowicki wspominał dalej, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”. Badecki też przed wojną ukończył prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, po wojnie orzekł co najmniej 29 kar śmierci wobec wrogów „ludu”.

„Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie, nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane”.

Tak swoją wizytę w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie wspominała Irena Siła-Nowicka, żona Władysława Siła-Nowickiego.

Z więziennego biura przepustek Irena Nowicka poszła do aresztu na Rakowieckiej: „Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Suchej. (…) Jak się okazało tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi…”.

„Pluton egzekucyjny” stanowił jeden morderca: st. sierż. Piotr Śmietański, który, wzorem sowieckim, uśmiercał skazańców strzałem w tył głowy. Ten sam oprawca zabił też innych bohaterów walki o wolną Polskę, w tym rotmistrza Witolda Pileckiego. Przy wyroku asystował naczelnik więzienia, lekarz i kapelan.

 

Pisane w świetle latarki – SZÓSTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Średniowiecze przyszło do piwnicy. Oleksandr przytwierdza świece do betonowych ścian. Sąsiedzi używają telefonów zamiast latarek. Od czasu do czasu wpadają na siebie w ciemności… – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ, trzeci TUTAJ, czwarty TUTAJ, piąty TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

3 marca 2022, czwartek

Godz. 8.00, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Rano coś już bardzo grzmi. Nauczyliśmy się już odróżniać „wyjazd” od „przyjazd”. Teraz mogę usłyszeć, co słychać z zachodu. To znaczy, oczywiście, są to Rosjanie, którzy zajęli już Borodiankę, Niemiszajewo oraz inne wsie i weszli do Worzela. Stamtąd strzelają.

Chłopcy z sąsiedztwa, którym udało się już przeprowadzić rekonesans, mówią, że w Buczy słychać strzały z broni automatycznej. Barbarzyńcy próbują więc zdobyć miasto…

Godz. 10.13, Bucza, ul. Energetyków 12, Urząd Miasta Bucha. Z pamiętnika Serhija Kulidy

W tajemnicy przed Tamarą postanowiłem dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja w Urzędzie Miasta. Udałem się tam ostrożnie, kryjąc się w cieniu okolicznych domów. Ani jednej żywej duszy na ulicy. Jakoś mroźno i wilgotno. Przelatuje mały, mokry płatek śniegu. I niespodziewana cisza… No, prawie…

Zerkam ostrożnie zza rogu Urzędu Miejskiego i widzę przy wejściu pięciu mężczyzn ubranych w ukraińskie mundury. Obserwuję, jak mówią do swojego smartfona, że ​​„nad miastem Bucza wisi ukraińska flaga” i podnoszą ją na maszt.

Z radości pobiegłem, kulejąc, do domu, aby przekazać dobrą nowinę – nasze miasto zostało wyzwolone. Ale nie zdążyłem się podzielić się „dobrymi wiadomościami”, ponieważ rakiety zaczęły gorączkowo latać nad domem.

Nieco później Roma przeczytała na portalach społecznościowych wiadomość, że hordy wkraczają do Buczy z różnych stron. Mam pytanie: co to było z tym podniesieniem flagi? Czyżby Bucza została „wyzwolona” tylko na dziesięć, piętnaście minut, a potem dostała się ręce kacapów? Co to jest? Głupi pijar? Próbowali podnieść morale? Jak mawiała Ninusia, gdy była nastolatką: „Jesteś dziwny!”

Godz. 19.32, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Nastrój wszystkich jest, delikatnie mówiąc, zły. Sąsiedzi, podobnie jak my, weszli do swoich podziemnych „kabin” i niemal szeptem omawiają sytuację. Jasne, że można się spodziewać nieproszonych gości…

Doświadczona Tatiana, o której już wspomniałam, spaceruje wśród ludzi i radzi, aby w miarę możliwości chować zagraniczne paszporty i kosztowności w jakiejś kryjówce. Może ona ma rację.

Nagle to przerażające oczekiwanie zostało przerwane przez zięcia.

– Chodźcie, mama Toma i tata Seryoza, napijmy się! – Denis pocieszał się. – Zabrałem kolekcję z baru. Tak, na wszelki wypadek… Proszę… Kto ma ochotę na whisky, a może koniak, wino… Nie wstydzić się…

Co zaskakujące, propozycja zięcia zadziałała. Ludzie wyraźnie się ożywili. Tamara zaczęła szukać słodyczy, a ja „szczerze zazdrosny” (od dziesięciu lat nie piję alkoholu) zaczęłam parzyć kawę. Jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba…

I tak dzień minął aż do wieczora. Nie bez powodu średniowieczni Europejczycy nazywali wódkę aqua vitae – „wodą życia”. A Maksym Rylski, który lubił „używać”, napisał kiedyś wiersz o następującej treści:

Nasz Kijów jest sławny

Najdroższe nam:

Jest też aqua vita,

Znajduje się tu także świątynia nauki.

4 marca 2022, piątek

Godz. 9.20, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Wszystko więc wskazuje na to, że Bucza jest okupowana. Nie mogę uwierzyć, że to napisałem. Jakie skur…

Dawno, dawno temu moja babcia Hanna, jeśli pojawiały się jakieś kłopoty życiowe, powtarzała: „Aby tylko wojny nie było”. Ja, nastolatek, nie zwracałam zbytniej uwagi na jej wypowiedzi. I teraz zrozumiałem, co moja babcia miała na myśli. To upokarzający stan, kiedy zostaje się pozbawionym możliwości wpływania na otaczające nas wydarzenia, kiedy życie nasze i bliskich zależy od okoliczności, nastroju czy „dobrej woli” jakiegoś rosyjskiego kretyna, który potrafi zastrzelić człowieka dla zabawy lub tortury…

Z krążących po mieście informacji o barbarzyńskim charakterze Rosjan już wiadomo, że ich jednostki przypominają Sonderkommando, a Ukraińcy w ich rozumieniu (Putin wielokrotnie to podkreślał w zawoalowany sposób)  to podludzie. Gorsza rasa. A teraz Rosja przystąpiła do „ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej”. Podobnie jak naziści eksterminowali Żydów podczas II wojny światowej.

Mam przeczucie, że może nas czekać coś na wzór Holokaustu. Przypomnijcie sobie choćby Baturyn z listopada 1708 roku, gdzie Rosjanie na rozkaz Piotra I bezlitośnie wymordowali ponad 10 tysięcy Kozaków i mieszczan.

Pogrzebałem w swoich notatkach i znalazłem wymowny cytat Mykoły Markewicza o „Rzezi Baturyna”. Historyk napisał, że osobista straż kozacka hetmana, serdiukowie, zostali częściowo wycięci, częściowo związani linami w jeden tłum… Mieńszykow polecił katom rozstrzelać; wojsko, wszędzie i zawsze gotowe do grabieży, rozproszyło się po domach zwykłych ludzi i nie odróżniając niewinnych od winnych, eksterminowało spokojnych obywateli, nie oszczędzając ani kobiet, ani dzieci. Zwykła śmierć sama w sobie polegała na ćwiartowaniu żywych, obracaniu ich i przebijaniu, a następnie wymyślono nowe rodzaje męki, których wyobrażenie budzi przerażenie.

I czy tylko w Baturynie „wielcy Rosjanie” dopuścili się nieludzkich zbrodni?…

Jestem pewien, że nietrudno zdać sobie sprawę, że kacapy pokażą na Ukrainie swoją prawdziwą naturę i w pełni zamanifestują bestialską istotę „ruskiego miru”.

I wtedy przypomniały mi się słowa wiersza, w którym jego autor Jewhen Jewtuszenko pytał: „Czy Rosjanie chcą wojen?” Dziś odpowiedź brzmi: tak.

Godz.13.00, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

– Na podwórko – ani kroku – rozkazuje mi Tamara. – Ludzie mówią, że Rosjanie szaleją. Potrafią strzelać za nic…

Obiecuję, że będę posłuszny. Ale bądź mądry, mój zawód pozostawia ślad w charakterze. Zawsze muszę być „wtajemniczony”…

W domu zabrakło prądu, ogrzewania i gazu.

Średniowiecze przyszło do piwnicy. Oleksandr przytwierdza świece do betonowych ścian. Sąsiedzi używają telefonów zamiast latarek. Od czasu do czasu wpadają na siebie w ciemności.

Posiadamy również mały zapas świec. Ponadto Tamara zorganizowała kuchenkę na naftę. Siedzimy w półmroku pod stłumionymi eksplozjami, pogrążeni w myślach. Czasem pod wpływem chwili rozmawiamy o błahych rzeczach.

Żona ubolewa, że można było wyjechać. Milczę, bo czuję się winny…

Ledwo widzę, co przed chwilą napisałam w notesie. Jest za ciemno…

Godz.18.30, Bucza, bulwar Leonida Biriukowa nr 2, supermarket „Silpo”. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Poszła plotka, że ​​„Silpo” zostało otwarte. To tylko trzysta metrów od naszego domu, postanowiłem więc udać się do supermarketu. Tamara kategorycznie się temu sprzeciwiała, ja jednak uparłem się przy swoim zdaniu – rezerwy nie pozwolą nam długo wytrzymać. Choć w lodówce, która już nie działa, zostało jeszcze trochę mięsa, ryb i kiełbasy przechowywanych na „czarną godzinę”. Żona narzeka, ale zgadza się:

– Tylko bądź ostrożny. Błagam cię…

Wziąłem torbę i wprost wzbiłem się w powietrze. Ostrożnie przeszedłem przez łuk łączący nasze podwórko z bulwarem Chmielnickiego. Rozglądając się, przebiegłem przez ulicę i na skrzyżowaniu z autostradą skręciłem w lewo, w kierunku „Grand Bourget”, gdzie znajduje się „Silpo”. Po drodze dogoniłem grupę ludzi, którzy również wybierali się na zakupy.

W pobliżu „Grand Bourget” leżał niewybuch z „Gradu”, dalej – nasz pojazd bojowy. Jakiś starzec w pobliżu „Silpo” opowiadał, że rosyjscy żołnierze wyważyli drzwi do marketu i na jego oczach weszli do środka…

Wewnątrz „Silpo” był tłum ludzi, którzy w ciemnościach zamiatali z półek wszystko, co wpadło im w ręce. Czułem się jakoś nieswojo, że tak naprawdę muszę rabować… „Teraz nie chodzi o sentymenty” – uspokoiłem swoje nadszarpnięte sumienie. Musisz przetrwać…

Do torby wrzucam kawę, herbatę, kilka opakowań różnego rodzaju płatków… Ktoś krzyknął w ciemności: „Tutaj konserwy!” Ale kiedy poszedłem w stronę skąd dochodził głos, mądrzejszych buczan było już tam pełno. Podniosłem kilka puszek „byczków w pomidorach”, które leżały na podłodze i bardzo mnie to ucieszyło. W pobliżu działu z chlebem znalazłem dwa bochenki. Zostały oczywiście zdeptane, ale były w celofanie, więc zmieniły jedynie kształt, stając się czymś w rodzaju lawaszu. I nagle – cud! Wpadam na stojak z krakersami, ciasteczkami i goframi, który nie został jeszcze splądrowany. To szczęście!

Na zewnątrz jest zimno i pada deszcz. Robi się ciemno.

Starsza kobieta po osiemdziesiątce ledwo wyciąga rower z pobliskiego „Epicentrum”.

– Babciu, po co ci on? – pyta mężczyzna. – Zaraz upadniesz gdzieś razem z nim.

– Dla wnuka – świszczy głośno staruszka, jedną ręką trzymając się za serce, a drugą mocno ściskając kierownicę jednośladu. – Na urodziny będzie…

Ale co tam babcia.. Inni z „Epicentrum” na wózkach ciągną „plazmy”, lodówki, pralki, fotele, pościel, cały asortyment… A także – co mnie po raz kolejny dziwi – zabawki. Wózki są pełne dziecięcych zabawek. Na twarzach rabusiów widać radość, a jednocześnie skupienie: „Musimy jeszcze wykonać kilka ruchów… Taki gratisik, do cholery”…

Zapaliłem i wróciłem do domu. Po drodze coś koło mnie kliknęło. Przyszło mi nawet do głowy, że trochę jakby cykada. Naprawdę to były… rykoszety od kul. Strzelali gdzieś od strony Worzela, ze znacznej odległości, więc nie trafili.

A ja, wyobraziłem sobie ten obrazek, niczym bajkowy Mikołaj z torbą prezentów i papierosem w zębach, rzuciłem się do najbliższego rowu biegnącego wzdłuż toru. Odpocząwszy chwilę, wkradłem się do domu w złowieszczym mroku. Szczęśliwy, że nie było ofiar.

W piwnicy niecierpliwie czekała jego żona.

– Już się o ciebie bałam – Toma mnie przytuliła. – Jesteś naszym żywicielem rodziny!

Pisane w świetle latarki w piwnicy.

Godz. 20.10, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Wieczorem „bankietowaliśmy”. W oczach moich bliskich byłem bohaterem! Właściwie to czułem się upokorzona faktem, że muszę zdobywać pożywienie w tak niegodny sposób. Ale co tu można zrobić… A la guerre comme a la guerre, jak mówią Francuzi…

Jedność to jedność, ale jak pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Solidarność nie jedno ma imię

Przed 4 czerwca ’89 roku oprócz wielkiej, bo dziesięciomilionowej, Solidarności była i Solidarność Rolników Indywidualnych z centralą w Małopolsce i przewodniczącym Józefem Śliszem na czele. Pamiętam taki epizod, jak w holu gmachu przy ul. Fredry koło Teatru Wielkiego w Warszawie stoi i czeka wielki chłop trochę stylizowany na Witosa – w białej koszuli pod marynarką ale bez krawata, w bryczesach i oficerkach.

Obok ktoś jeszcze – może był to Balazs, Janowski, Szymanderski albo Rayzacher. Szefostwo. Tam i z powrotem przemierzają przez hol niewysocy ale bardzo szybcy i okrutnie zaabsorbowani czołowi działacze panny „S”. Ale nie witają przybyszów z południowej Polski. Nikt się nie zatrzymuje przed nimi. Oni stoją, czekają. Mija kilkadziesiąt minut. Przyjechali do stolicy z Dębicy – o matko – pomyślałem sobie. Byłem tam jako reporter Studia Solidarność, przecież oni za chwilę zrobią w tył zwrot i odjadą. Solidarność rolników indywidualnych pójdzie swoją drogą. Co za organizacyjny bajzel.

Patrzę a tu idzie prof. Geremek, jeden z liderów. Podbiegam: – profesorze przecież to szefowie bratniego związku – wypaliłem. Pan Bronisław aż się żachnął. No oczywiście poszedł, a właściwie pobiegł do gabinetu i przyprowadził wszystkich ważnych kolegów. Sojusz robotniczo-chłopski został uratowany.

Teraz mamy dość podobną sytuację.  Tysiące kosynierów już drugi raz wybiera się do stolicy Polski a Piotr Duda mówi: „Jeśli Solidarność zostanie zmuszona do wyjścia na ulicę to pokażemy…”.

Popierają, ale to za mało. Idzie o przyszłość Polski, o sprawy nas wszystkich. Solidarność powinna być już jedna, jednolita w obronie tego co najważniejsze – tożsamość kraju. Niestety nawet w rolniczym łonie jest podzielona. Nie ma jednego kierownictwa na czele buntu.

Ambicje, przedwczesne bonzowskie obyczaje już dają o sobie znać. Ale przybywa ruchów oddolnych, stają na drogach zapory spontaniczne. Jak to było? „Gdy wieje wiatr historii… trzęsą się portki pętakom”. Zbuntowany powiew już idzie. Władza już wstała z foteli i wychodzi z gabinetów. Ale to wszystko spóźnione obiecanki, cacanki. Są najważniejsze dwie sprawy. I dobrze znane – zielony ład do kosza i zabójczy dla gospodarki import płodów rolnych. Tylko tyle i aż tyle.

Solidarność z przewodniczącym Piotem Dudą to 600-700 tysięcy członków. Bo tyle aktualnie płaci składki. Wielka siła. To nie miliony jak w 1980 roku, ale wystarczy aby powstrzymać działania szaleńców, którzy niszczą to co osiągnęliśmy w ostatnich dziesięcioleciach. Wszyscy razem. Właśnie ludzie pracy z legitymacjami lub bez. Trzeba jednak zatrzymać bieg do niszczenia dorobku a rolnicy nie mogą być samotni.

Ci u góry są z nadania tych z dołu. Tak przynajmniej być powinno. Rządzenie winno być uczciwe. Relacje o tym rządzeniu transparentne do dziesiątego miejsca po przecinku. Afery muszą być nagłaśniane. Media wolne. Era ogłupiania się skończyła. Nowi sprytnie przejmują wszystkie patriotyczne hasła. Modlą się jeszcze gorliwiej i niczego tutaj nie zmienią. Tak będzie. No i oczywiście są sprytni. Płacz i lament, że oni tego robić nie mogą, bo to zdrajcy i sprzedawczycy nic nie pomoże. Życie się toczy. Przekręty muszą być wyjaśnione. Utrzymywanie ich w tajemnicy to kwestia dni a nawet godzin.

Ludzie wybiorą uczciwych polityków, uczciwych niezależnych dziennikarzy. Co prawda nie wiem kiedy to wreszcie nastąpi ale oszustwo nie będzie chronione choć oczywiście trudno to doprowadzić do końca. Minister rolnictwa zapowiadał że wyjaśni sprawę 500 podmiotów gospodarczych zamieszanych w ukraińską aferę zbożową. Nie wyjaśnił, ale i jego już nie ma.

Teraz dowiadujemy się o dyplomach uczelnianych za kilka tysięcy złotych kupowanych korupcyjnie. Było tanio – jak za zboże. Wprawdzie rektor aferzysta ponoć bardzo popularny w warszawskim środowisku siedzi już w pierdlu a jego nazwiska nie można podawać. Nadal jednak cała sieć przestępcza i beneficjenci na wolności, a nawet w sejmie. Obdarowywano się na krzyż stanowiskami i pieniędzmi – ty pójdziesz do rady nadzorczej mojego komunalnego przedsiębiorstwa a ja do twojego. Posiedzenia rad nadzorczych dla tych cwaniaczków to za każdym razem 5 lub 10 tysięcy złotych. Niech sobie wyrobnicy pracują. My jesteśmy lepsza kasta. Teraz prosimy o nazwiska, na cito, bo inaczej mafijnego kręgu się nie przebije, nastąpi blokada informacji i nie dowiemy się kto handlował i jaki był cennik.

 

 

WALTER ALTERMANN: O walce ignorancji z tupetem

Jeżeli ktoś chciałby odnaleźć żywe relikty komuny, to podpowiadam, że najłatwiej będzie w Sejmie. Właściwie już wszyscy nasi posłowie i senatorowie – w tym posełki i senatorki – mówią językiem niesławnej pamięci nieboszczki komuny. Mówią one i oni tak: „Sprawa stanęła na Sejmie”. I jest to kalka języka działaczy PZPR, którzy twierdzili, że jakaś sprawa była rozpatrywana „na biurze politycznym”.

Poprawnie trzeba mówić, że sprawą zajmie się Sejm, że była rozpatrywana w Sejmie – w komisjach lub na posiedzeniach plenarnych. Myślę, że to okropne „na Sejmie” jest także skutkiem sznytu, szpanowania posłów. Wicie, tarzysze, rozumicie, my som swoi, som ważni i my to po koleżeńsku złatwim na Sejmie.

Sejm, podobnie jak teatr, ma co najmniej dwa podstawowe znaczenia: 1. Budynek, w którym się pracuje; 2. Zbiór posłów, urzędników sejmowych, którzy pracują w ramach określonych przepisów i obowiązków. A teatr to budynek oraz zjawisko wystawienia jakiejś sztuki – dramatu, komedii, tragedii.

Pora już mówić: „w Sejmie”. I pozbyć się poczucia, że posłowie są najlepszymi z najlepszych, że wolno im mówić jak im się podoba.

Urągać komu, czemu

Rolnik, biorący udział w manifestacjach mówi w TV Republika, 24 II 2024 roku: „To wszystko urąga na… nie wiem już na co.” Rolnik nie dziennikarz może mówić, jak chce. Ale odnotowałem ten przypadek, bo bardzo wielu dziennikarzy mówi tak samo.

Poprawnie jest tak, że coś urąga komuś, czemuś. I nie kombinujmy inaczej panie i panowie.

W tym przypadku na pewno nie case

„Teraz mamy kejs z prokuratorem Bilewiczem” – powiedział w rozmowie w TVN 24 Tomasz Żółciak, dziennikarz Gazety Prawnej, 26 II 2024 roku. Lubię rozumieć co do mnie mówią polscy dziennikarze, ale nie zrozumiałem o co panu Żółciakowi chodzi.

Po dłuższym zastanowieniu i sięgnięciu do słowników okazało się, że chodziło mu o to, że mamy casus prokuratora Bilewicza. Dlaczego zatem dziennikarz nie powiedział, że mamy przypadek lub casus prawny? Bo nie zna łaciny, ale zna angielski. I warto – tak uznał – pochwalić się tą dalszą znajomością.

I tak to nasz język jest coraz żwawiej opanowywany przez slang dziennikarski, w którym licha angielszcyzna walczy o lepszy z lichym (u tych dziennikarzy) językiem polskim. Bo gdyby po polsku mówili jako tako, to by wiedzieli, że jeżeli w naszym języku jest słowo, które znaczy to samo co w angielskim, to poprawnie jest użyć słowa rodzimego. A gdyby dobrze znali angielski, to też by wiedział, że case pochodzi właśnie z łaciny.

O kejsie to pan Żółciak może mówić do kolegów na kolegium redakcyjnym. A gdyby nie zrozumieli, to żaden się nie przyzna, bo dziś nie jest wstydem nie znać polskiego, ale jest wstydem nie mówić slangiem.

Moderunek

„Moderujemy format Grupy Wyszechradzkiej” – powiedział 27 II 2024 roku, w TVN 24, pan Wojciech Przybylski.

 

O sobie pan Wojciech napisał w Internecie, że jest politologiem, analitykiem politycznym, kieruje też prognozowaniem polityki Visegrad Insight w sprawach europejskich. Jest także prezesem fundacji Res Publica.

W sumie ma bardzo poważne zajęcia i funkcje. Ale jak ktoś tak poważny może mówić, że „moderuje format”. Sprawdziłem co znaczy moderowanie oraz format. I ze słowników wyszło mi, że:

Moderowanie to: 1. łagodzenie napięć między ludźmi; 2. kierowanie jakąś dyskusją, czuwanie nad jej właściwym przebiegiem.

Format natomiast to, w ogólnym znaczeniu, reguły, określające strukturę fizyczną, sposób rozmieszczenia, zapisu informacji danego typu. Format – w ostatnich latach – oznacza także organizację, sposób organizowania się sił politycznych.

Czyli w dalszym ciągu nie wiemy, co miał na myśli pan Wojciech Przybylski. Tłumaczenia, że właśnie on kieruje Grupą Wyszechradzką nie przyjmuję do wiadomości, bo jak widzimy nikt obecnie nie jest w stanie kierować Grupą V4., która w ostatnim czasie traci sens bytu, skoro interesy Polski i Czech są nie do pogodzenia z interesami Węgier i Słowacji.

A może czegoś nie wiem? Może pan Przybylski właśnie pociąga za wszystkie cztery sznurki?

Wnioski

Zastanawiam się, czy we własny kraju, za którego wolność moi przodkowie walczyli i ginęli muszę czuć się tak bardzo obco? Całkiem sporo o naszym języku wiem, ale coraz częściej zupełnie nie wiem co do mnie mówią dziennikarze i politycy. Czasem nawet myślę, że wszyscy oni, ci seryjni mordercy języka polskiego są skrytymi emisariuszami jakichś tajnych sił, dybiących na przyszłość naszego narodu.

Ale to tylko czasami tak podejrzewam, bo zdrowy rozsądek podpowiada mi, że raczej mamy do czynienia z niewyobrażalnym tupetem niedouczonych. Bo naprawdę trzeba mieć wiele tupetu, żeby ważyć się na publiczne wystąpienia w języku, który zna się w stopniu tak mizernym. No, ale gdy ignorancja walczy o lepsze z tupetem, to właśnie tak jest.