WALTER ALTERMANN: Obserwujemy i nic nie rozumiemy

Polsat News, 28 lutego 2024 roku: „Obserwujemy o tym co się dzieje w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego” – mówił wicepremier Władysław Kosiniak – Kamysz. Powiedział to na spotkaniu z wyższymi dowódcami Wojska Polskiego. Powiedział także i tak: „Tworzymy teraz komponent wojsk dronowych. Są na sali dowódcy różnych komponentów.”

Nie czepiam się wicepremiera, ale mieć w jednej wypowiedzi dwa strzały poza tarczą? No, to jest kłopot.

  1. Obserwujemy coś, kogoś – natomiast nie można obserwować o tym. Tak jest i żadna zmiana warty u sterów państwa tego nie zmieni. Trzeba się nauczyć i zapamiętać.
  2. Ten nieszczęsny komponent to kolejna kalka z angielskiego. Słownikowo biorąc, komponent, to składowa część czegoś. Komponent przyjął się w języku polskim dość dawno, gdy trzeba opisać co wchodzi w skład różnych mieszanin chemicznych, na przykład klejów. Jednak, gdy chodzi o wojsko, służbę poważną, należałoby staranniej dobierać słów. Poprawnie byłoby zastąpić nieszczęsne komponenty oddziałami, rodzaje wojsk, służbami wojska i wydzielonymi jednostki.

Tym bardziej jest to oczekiwane od wicepremiera i ministra obrony. Cała nadziej w tym, że są jeszcze w naszym wojsku ludzie poprawnie mówiący, z których najwyższe władze mogą brać przykład – oto internetowa Strona Wojska Polskiego tak informuje o wojskach lądowych: Wojska Lądowe stanowią trzon Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Zapewniają obronę przed atakiem lądowo-powietrznym w dowolnym rejonie kraju w obliczu każdej formy zagrożenia militarnego. W strukturze Wojsk Lądowych wyróżnia się związki taktyczne, oddziały i pododdziały. Bardzo dobre przygotowanie oraz wykorzystanie nowoczesnych technik prowadzenia walki pozwala Wojskom Lądowym na działanie w wymagających warunkach współczesnych konfliktów zbrojnych.

Zatem oficjalnie o komponentach Wojsko Polskie milczy. Czyli – wojsko jest językowo w porządku, minister od wojska nie bardzo.

Żeby nie było, że czepiam się obecnego rządu, to przypomnę, że również poprzedni minister od wojska Mariusz Błaszczak mówił o komponentach. Jakaś wojskowa choroba, czy co?

 

Koncentracja czy skupienie

„Jest teraz w najlepszym punkcie koncentracyjnym …” – mówi sprawozdawczyni meczu tenisowego o Idze Świątek. Sprawozdawczyni nie miała nic złego na myśli, ale jednak zabrzmiało strasznie, bo punkty koncentracyjne kojarzą się nam z okupacją niemiecką w latach 1939 – 45. Ówczesne niemieckie obozy koncentracyjne, to obozy skupiające osoby, uznane za wrogów III Rzeszy.

Czym jest koncentracja? Koncentracja to skupienie. Czyli Iga była skupiona, na zadaniu, które miała wykonać. I tak należało powiedzieć. Oczywiście wiem, że koncentracja jest także pojęciem z dziedziny psychologii, ale i tak oznacza tylko tyle, co skupienie się. Więc mówmy prościej i po polsku.

„Panowie” od swastyk

W Łodzi, przez dwa miesiące, na pomniku Tadeusza Kościuszki dwóch ludzi, niezależnie od siebie, namalowało swastyki. Podobno w stanie dużej nietrzeźwości.  Straż miejska odnalazła wandali, którzy odpowiedzą za swą głupotę.

Ciekawe jednak, że Dziennik Łódzki tak pisał o sprawie: „Teraz obaj panowie odpowiedzą przed sądem”. A to znaczy, że obaj osobnicy są według tej gazety „panami”. Protestuję! Panem jest Pan Prezydent, Pan Premier, pan doktor, pan profesor oraz pan kierowca autobusu. Żeby jednak zwykłych bydlaków, dla których swastyka jest jakimś tam zwykłym znakiem, nazywać panami, to trzeba już nic nie wiedzieć o historii Polski i Europy. Gdzie się uchowali tacy dziennikarze?

O takich zwyrodnialcach należy pisać: osobnicy. O sprawcach, nie dziennikarzach.

Korzenie

„Caroline Wozniacki ma polskie korzenie” – napisano w portalu WP. Napisać łatwo, ale problem jest.

Co to bowiem znaczy, że tenisistka, reprezentująca Danię i urodzona w Odense w Danii, mająca jednak matkę Polkę i ojca Polaka ma „polskie korzenie”? Najważniejsze dla sprawy jest za kogo Caroline się uważa. Może być i Polką i Dunką. Czy to możliwe? Oczywiście. Przykład dali Żydzi, którzy uważali się za Żydów i za Polaków. Podobnie Niemcy, którzy przybywali przez wieku do Polski – często uważali się zarówno za Niemców i za Polaków. I mieli do tego prawo, które trzeba uszanować. Ciężko to pojąć nacjonalistom, których i u nas nie brakuje, ale świat jest bardziej skomplikowany niż wyrażają to uczestnicy różnych ksenofobicznych manifestacji. Mnie osobiście taki świat nie przeszkadza. Więcej, uważam, że ludzie o podwójnych narodowościach wzbogacają nasz kraj.

Dlatego też pisanie o kimś, że ma polskie korzenie uważam za głęboko niestosowne. Bo co znaczą owe korzenie? Że na polskim korzeniu wyrosła obca nam roślina? A może, że powinniśmy rewindykować wszystkich znanych światowców, którzy mają polskich przodków? Wtedy oczywiście niektórzy z naszych narodowców poczuliby się lepiej. Ale niby dlaczego? Że mamy dobre geny, lepsze od innych nacji? Nie dajmy się ogłupiać. Aniśmy gorsi ani lepsi od innych. I tyle.

Priorytet

Pewien mój znajomy dziennikarz nagle mówi (w prywatnej rozmowie), że dla niego: „Priorytetem jest rodzina.”

Zaniemówiłem. Ale tylko na chwilę. Potem wdałem się z nim w dyskurs o wpływie świata zewnętrznego na świat wewnętrzny, czyli osobniczy. Otóż świat zewnętrzny językowo technicyzuje się, naukowieje i urzędniczeje. Niestety tak jest. A słowniki wyjaśniają, że priorytet to: 1.  pierwszeństwo przysługujące lub przyznane czemuś. 2. sprawa szczególnie ważna, która musi być załatwiona w pierwszej kolejności.

O rodzinie można powiedzieć jedynie to, że jest najważniejsza. Natomiast o priorytecie mogą mówić bankowcy, premierzy i listonosze. Bo ci ostatni mają dostarczać przesyłki priorytetowe, czyli najważniejsze, mające pierwsze miejsce przed innymi przesyłkami.

Jeżeli dalej tak pójdzie z naszym językiem, to obawiam się, że już niedługo oświadczyny zakochanych mogą wyglądać tak:

ON – Jesteś moim priorytetem i proszę cię o wyrażenie zgody na zawarcie związku małżeńskiego.

ONA – Bardzo cię uważam i darzę estymacją, jesteś dla mnie bardzo inspirujący mentalnie, ale moim priorytetem jest Zdzisiek, i jeżeli z nim nie uda mi się skorelować, to wtedy skoncentruję się na tobie.

 

 

 

 

Pośmiertny, niestety, obraz niezwykłego dziennikarza kreśli STEFAN TRUSZCZYŃSKI: A … Krzysztofa żal

Zmarł nagle nasz Kolega Krzysztof Sapała. Miał zaledwie 49 lat. Odważny, zdolny i bardzo pracowity dziennikarz – publicysta, reporter śledczy związany z wybrzeżem gdańskim a jeszcze bardziej z wybrzeżem i pomorzem środkowym i szczecińskim. O swoim terenie wiedział bardzo dużo bo od prawie 30 lat tam mieszkał, wojażował, odkrywał ludzi i tematy, żył nieustannie „w biegu”, zawsze bardzo angażując się w to co robił. Bronił pokrzywdzonych, piętnował zło, złodziejstwo, korupcję i nepotyzm. Był w tych tekstach bezkompromisowy.  Owszem, drukowano go w gazetach codziennych i periodykach, ale gdy uparcie kontynuował trudne i niebezpieczne dla reportera tematy, zwierzchnicy stawali się ostrożni…

Słyszał wprawdzie: „to świetny materiał, błyskotliwie napisany”, ale kończyło się tylko na współpracy „wolnego strzelca”  z redakcją bez świadczeń i podstawowych gwarancji stałego zatrudnienia. Etaty były nie dla Krzysztofa. Asekuranctwo redaktorów naczelnych bardzo często blokowało działania tego rasowego reportera.

Ostatnio opublikował na naszym portalu  „Sdp.pl” kilka tekstów o tematyce wybrzeżowej ilustrując je wykonanymi przez siebie zdjęciami, a także wywiad z nowym ordynariuszem diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej – chętnie współpracującym z dziennikarzami – biskupem Zbigniewem Zielińskim. Dziś, gdy publicystyka krajowa charakteryzuje się plemiennym podziałem na dwa wrogie obozy dążenie do obiektywizmu, do prawdy, a nie przynależność partyjna opisywanego osobnika  – Krzysztof był wyjątkiem.

Prawda

Sapała był szczery do bólu. Nie zważał kto słucha, nie owijał w bawełnę. Jasno przedstawiał swoje opinie. Wcale nie były skrajne, choć prawica na pewno była mu bliższa. Mówił o niej głośno, pisał jednoznacznie, nie unikając krytycznych ocen.

Szczecin, miasta, miasteczka, wioski zachodniopomorskiego województwa, Koszalin, Kołobrzeg, Ustka i Darłowo, wreszcie Słupsk, Lębork, Wejherowo – to była jego mała ojczyzna. Tam jeździł, rozmawiał, dyskutował, a potem opisywał tak jak rzeczy się mają. Dobrze wiedział „who is who”, obserwował kłamców i hipokrytów, co innego mówiących z wyborczych podestów, a co innego robiących, ludzi cynicznych, kpiących sobie ze wszelkich reguł, prawa i przyzwoitości. Dogadujących się po cichu z przeciwnikami politycznymi w imię zasady pecunia non olet. Sapała o tym pisał, więc przekręciarze bardzo go nie lubili i zwalczali zgodnie.

Wiatr w oczy

Może oburzą się tym co piszę zarówno prawo jak i lewoskrętni. Ale prawda jest taka, że dobremu, uczciwemu dziennikarzowi, który starał się być niezależnym nikt nie pomógł. Często był bez pracy, ostatnio nawet w znacznym stopniu na utrzymaniu matki. To już tak jest, że nawet najlepsi dziennikarze, gdy wylecą z pierwszej ligi już doń nie wracają. Zmiany polityczne najmniej boleśnie przechodzą koniunkturalne lizuski. Oni się szybko dostosowują. I dla nich jest łaska pańska.

W stolicy więcej jest możliwości a czym mniejszy ośrodek niezależnym dziennikarzom jest trudniej. Po prostu mały jest tam wybór miejsc pracy. Rządzą bonzowie. A taki partyjny przywódca jeśli nawet trafi w końcu do więzienia to i tak szybko spada na cztery łapy. Swojakowi się pomaga. Byli antagoniści szybko zapominają o sporach gdy jest czas podziału łupu i synekur. Klasa polityczna ma się dobrze od lat. Co prawda nie ma ona nic wspólnego ze słowem klasa. Owszem, ludzie ci potrafią kupować sobie dyplomy na szemranych uczelniach, których namnożyło się co nie miara. Potem swoich zatrudnia się po kumotersku na przykład w dobrze płatnych radach nadzorczych państwowych spółek. „Na krzyż” to znaczy ja dam pracę tobie, a ty mnie lub moim pociotkom. Trzeba jednak do tego mieć jakiś dyplom. Humanitarna uczelnia, nawet niedrogo – pomoże.

Pomoc

Krzysztof Sapała pomagał skrzywdzonym i oszukanym. Bo przejmował się ich losem. W Kołobrzegu zniszczono dorobek życia małżeństwu Rowińskich. Najpierw wskutek zmowy gangsterskiej stracili hotel, dom i wszystko co mieli. Na nic zdały się dramatyczne protesty. Pani Urszula tygodniami nocowała w namiocie. Jesienią i zimą przed bramą wjazdową Ministerstwa Sprawiedliwości. Ministrowie wjeżdżali i wyjeżdżali a ona spała przy minusowych temperaturach na miejskim bruku. Nikt nie pomógł. Krzysztof pisał o tym, starał się bronić oszukanych ludzi. Ale nie zdążył ich uratować. Najpierw zmarł małżonek, a potem pani Urszula. Sprawiedliwości nie stało się zadość.

Walka ze smokiem z odrastającymi głowami

Prasa to żadna władza. Ani trzecia ani nawet piąta. Oszuści się dobrze organizują, skrupułów nie mają. Kradzione tuczy. To smutny wniosek. Białe kołnierzyki biegają po korytarzach sejmowych. Teraz przyszli nowi. Jest jak w ulu. Tropią trutnia. Ale we własnym gronie uzurpujących sobie władzę kontrolerów też mają trutni: kto winien? W rozstrzyganiu powinni pomagać dziennikarze. Ale uczciwi i skrupulatni w dochodzeniu do prawdy. Jest w naszym kraju o czym pisać. Ale czasem im także trzeba pomóc. Oczywiście jeżeli są uczciwi, niezależni, bo tylko wtedy są wartościowi i zasługują na miano dziennikarza.

 

Krzysztof Sapała takim był na pewno.

 

Pamiętajmy o nim.

 

Cześć jego pamięci.

 

 

Hubert Bekrycht: DUŻY ZJAZD, CZYLI SZARPANIE KWORUM I RZUCANIE MANDATU

Przednówek to ciężka pora dla poszukiwaczy sensacji. W przeciwieństwie do przednówków w folwarkach dziennikarskich, teraz, gdzie nie gdzie kilka złotych na jedzenie jest i nie trzeba ciężko pracować a ponieważ wszyscy są apatyczni można coś zaatakować. Na przykład Zjazd Statutowo-Programowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ktory odbył się w Kazimierzu Dolnym 16 i 17 marca br. Wielkanocne króliki, które z trudem budzą się po zimie, opowiadają, że atak kilku osób ze stołecznego oddziału SDP nie tylko nie odzwierciedla stanowiska większości delegatów warszawskich, ale jest wyłącznie sprawą urażonej ambicji szefa oddziału.

Idea zjazdu była bardzo prosta: uchwalenie statutu w miejsce przestarzałej już konstytucji SDP oraz przyjęcie kilku ważnych uchwał w sprawie bezprecedensowego i bezprawnego ataku rządzących na wolne media. Scenariusz niewymagający. Wystarczyło kilkanaście godzin koncentracji, ale oczywiście zawsze znajdą się malkontenci.

Poszło o to, że nadal najliczniejszy, ale – jak mówili delegaci – nie najważniejszy w kraju oddział warszawski zgłaszał ustami swej sekretarz pretensje, bo – jej zdaniem – delegatów stołecznych było za mało (ok. 40 proc.). Nic to, że ZG SDP prosił nie raz, aby wybrano ich przed zjazdem, bowiem ci, którzy – w ocenie protestujących – nie dostali delegacji nie byli „ustępującymi władzami”, jak to jest przyjęte, tylko trzy lata temu nie wybrano ich ponownie do władz naczelnych (automatyczny mandat zjazdowy), co było m.in. dla późniejszego prezesa OW SDP niemałym szokiem.

W Kazimierzu wczesną wiosną, gdzie ambicje wszystkich rosną…

Zanim zatem na dobre zjazd się zaczął zaplanowana wcześniej awantura nieco przyćmiła jego poważną wymowę. Zaprotestował osobiście szef warszawskiego oddziału, który przyjechał specjalnie na zjazd z miną męczeńską. Podkreślał, że źle go potraktowano i nie słyszał pytań, dlaczego nie wybrano w lutym dziesięciorga delegatów. Czyżby bał się, że nie zostanie wybrany? Nie wierzę. Obnosił się prezes OW SDP z bólem w imieniu „odrzuconych”. Na moje pytanie w sobotę rano, czy jadł już śniadanie, odparł oburzony, że nie jest przecież delegatem. Mój Boże, jedna z najważniejsza w SDP osób narzeka w taki sposób. Nasz Dom Pracy Twórczej jest znany z gościnności. Bułka z serem czy wędliną albo jajecznica i kawa na pewno znalazłaby się. Poza tym goście zjazdu, a statut taki potwierdzono w przypadku prezesa, mają prawo do zakwaterowania i wyżywienia.  Zatem, poza jedzie na ambicji płozach… Może właśnie dlatego, że ów dygnitarz stołecznego SDP nie jadł śniadania był w słabej formie i nie mógł wytłumaczyć pretensji z jakimi przyjechał.

Nie szukajcie piasku w maku, lecz napiszcie dobry statut

Nie można było mu wytłumaczyć, tego, co pięćdziesiąt razy już wcześniej tłumaczono. W informatyce nazywamy to trwałą przerwą w półprzewodnikach. W życiu określa się to jako ośli upór i chęć rozwalania wszystkiego, co usiłuje się przez lata złożyć. Bo nikt nie zajmował się tym, co w statucie ma być zmienione, tylko trzeba było brnąć w dawno rozstrzygnięte sprawy formalne. Prezes OW, jak księżniczka w bajce, zniknął przed obiadem. Może był głodny. I jeszcze ktoś go próbował zdyskredytować opowiadając, że wrócił do Warszawy, „bo się spieszył na swoje przyjęcie imieninowe a nic nie postawił”. To nie ludzie, to wilki.

Na zjeździe jednak narastał nastrój szarpania kworum, bo główny dokument SDP mógł być uchwalony tylko przy określonej liczbie zarejestrowanych elektronicznie delegatów. Była sobota przed południem, zatem wielu z dziennikarzy miało jeszcze zajęcia. Dojeżdżali z najdalszych zakątków Polski, aby wziąć udział w uchwalaniu statutu. Nieliczna grupa rekonstrukcji starych porządków – kilkoro osób z OW SDP, nie wiadomo, czy z poparciem swojego szefa – przekonywała, że zjazd powinien być powtórzony. Czyli, logiczne – zdaniem rozłamowców – było, iż kolejne dziesiątki tysięcy złotych ze wspólnej kasy stowarzyszenia miały być wydane, bo ktoś nie policzył, że i tak statut będzie uchwalony, że i tak dojadą delegaci, że kworum będzie i można już procedować ewentualne poprawki, bo wspomnianego kworum wymaga tylko głosowanie nad najważniejszym w SDP dokumentem.

Najdziwniejsze było to, że rozłamowcy zwrócili się do Naczelnego Sądu Dziennikarskiego SDP, aby rozstrzygnął spór o liczbę ich delegatów i w ogóle, aby stwierdził, że statut jest do luftu. Z tym, że nikogo przedtem nie zawiadomiono, a niektórzy członkowie NSD mnie pytali o co chodzi? Zatem odpowiadałem, że sąd działa jawnie i nie jest tworem kapturowym, ale małą liczebnie, wesołą warszawską grupę rekonstrukcji starych porządków to nie obchodziło i mało sprytnie, krzycząc na całą salę zapowiadali rokosz.

W szczytowym momencie, kiedy było już kworum niezbędne do uchwalenia statutu, dlatego, że grupa zbierała podpisy (chyba 7) pod protestem i się zwyczajnie spóźniła, zarządzono głosowanie. Chcieli oddać tzw. klucze do elektronicznych paneli do głosowania, ale było już za późno. Statut przegłosowano dużą większością głosów a oni nawet nie byli przeciw, bo stali w kolejce do zwrotu aparatury… Smutne i komiczne zarazem. Oczywiście firma nadzorująca głosowania musiała im tłumaczyć, że ich głosu nie policzono, bo…nie głosowali, ale nie wylogowano ich z sytemu, bo trwało głosowanie. W mojej rodzinie są przedszkolaki, które rozumieją takie „subtelności”.

Nic to, wściekli i poczerwieniali na twarzy ludzie z warszawskiej grupy rekonstrukcji socjalizmu podczas głosowań nawet tak ochoczo nie wymachiwali szablami, czyli aparatami fotograficznymi, którymi cały czas rejestrowali zjazd. Oni po prostu byli zaskoczeni.

Przy okazji chylę czoła przed większością obecnych na zjeździe członków OW SDP, że mimo swoich wątpliwości i sprzeciwów nie dołączyli do grupy rozłamowców i nie przyłączyli się do szalonego tańca rozszarpującego kworum.

Także przy okazji wypada powiedzieć, że oprócz dwóch osób z władz warszawskiego oddziału nikt prominentny nie brał udziału w tym pożal się Boże puczu. Za to szalała trójka, a właściwie należałoby napisać „trojka”, zawsze wiernych ideałom rozpienienia każdej dyskusji miłych i kulturalnych mężczyzn, o których nie słyszano w żadnej polskiej redakcji.

Suma summarum statut przyjęto. Przegłosowano też kilka ważnych uchwał o bezprawnych wobec mediów działaniach rządu powstałego 13 grudnia ub. r. i o skandalicznym wyrzuceniu z TVP twórczyni telewizji Biełsat red. Agnieszki Romaszewskiej i zawieszeniu programu Studio Wschód red. Marii Przełomiec. Tekst uchwał PONIŻEJ:

Uchwały Nadzwyczajnego Statutowo-Programowego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Porzuć mandat delegata – oto losu pierwsza rata

Z mandatu delegata zrezygnowała prezes honorowa SDP Krystyna Mokrosińska, bo nie podobało jej się, że w statucie znalazła się, uwaga, uwaga MOŻLIWOŚĆ pobierania gratyfikacji finansowej przez członków zarządu. Chodziło tylko o to, aby władze nie musiały pożyczać na hotele i paliwo, bo oficjalne zwroty kosztów nie obejmują wielu grup wydatków.

Życzliwe pani prezes grono rozesłało dramatyczny apel do „prawdziwych działaczy” SDP, którzy momentalnie zrobili, przepraszam za wyrażenie, „spory syf” w sieci. Na profilach społecznościowych o gigantycznych zarobkach członków ZG SDP donosili z reguły ci, którzy przepadli w głosowaniach zjazdów wyborczych i zmuszeni są do „anonimowej” pracy w oddziałach. Jednemu z nich – jak mówimy na łódzkich Bałutach – dałbym po pysku, ale nie warto, nie ma zdolności honorowych.

Niewiele osób – podczas tej internetowej „zemsty” – miało zauważyć, że to nie zarobki zarządu, niewielu też wie, że taka MOŻLIWOŚĆ jest od następnej kadencji, czyli nie dotyczy naszego składu. A następny zarząd… No cóż, kandydaci na start. Prężcie się obiecujcie, zrezygnujcie ze wszystkich swoich aktywności zawodowych, dajcie się wybrać. I przypominam następna kadencja – to też jest w nowym statucie – potrwa nie trzy, jak teraz, ale aż cztery lata.

No i argument – „KRS tego statutu nie przyjmie”, od prezes honorowej SDP aż na szeregowych członkach oddziału regionalnego kończąc były ostrzeżenia w sprawie KRS. Skąd oni to wszyscy wiedzą, skoro sam KRS jeszcze nie ma nowego statutu? Chyba, że już ma… Przypomnę może, że poprzedniego statutu KRS nie przyjął – i stąd ten zjazd – ponieważ jeden z członków władz zjazdowych nie złożył podpisu…

I mieliśmy zjazd morałów – kanonada niewypałów

Zatem pani prezes honorowa, po raz kolejny, zamiast łączyć podzieliła nas na zwolenników „zarabiania” – jak twierdzi – na majątku SDP i tych o „czystych intencjach” tych, którzy nawet na emeryturach mogą, jak się ich grzecznie poprosi, być we władzach, bo teraz mogą a przez lata, kiedy byli we władzach mieli etaty, stanowiska i pieniądze z reguły w topowych mediach. Teraz nie są we władzach, to się wściekają, że ktoś dostanie parę złotych na przykład na części do prywatnego komputera lub oponę do samochodu. Też prywatnego. Praca społeczna, pracą społeczną, ale czasy się bardzo zmieniły, jeśli my nie będziemy profesjonalnie zarządzać stowarzyszeniem, to kto to zrobi? Specjalistyczne firmy – jak proponują rozłamowcy – czy, przy całym szacunku, emeryci, którzy mogą posiedzieć w naszym biurze.

Mandat oddać i w strumieniu pływać wciąż w stowarzyszeniu

Naprawdę szanuję prezes honorową SDP Krystynę Mokrosińską i wielokrotnie dawałem temu świadectwo. Nie przeszkadzała mi jej wyniosłość, bezkompromisowy styl prowadzenia niektórych spraw, pouczanie wszystkich. Spierałem się z nią odważnie narażając na „razy” jej bezmyślnych akolitów, nie mylić z przyjaciółmi pani Krystyny, którzy ją zawsze wspierają.

Dla mnie Mokrosińska pozostanie legendą. Legendą SDP. Tylko szkoda, że znowu zrobiła dziwny ruch polegający na „połowicznym działaniu”. Nie rozumiem jej. Złożyła mandat i co? To tylko zjazd a statut pozostanie. Jeśli się z czymś nie zgadzam, rezygnuję. Broń Boże nie namawiając pani Krystyny do rezygnacji z członkostwa, myślę, ze znowu ktoś wykorzysta zasługi prezes honorowej i skorzysta, że jest ona nadal w SDP i zaatakuje jesienią na zjeździe wyborczym…

Komentarz wiceprezes SDP Jolanty Hajdasz PONIŻEJ:

Nowy statut to nie żadna rewolucja: Komentarz JOLANTY HAJDASZ po zjeździe SDP

Rymowanka nie dla dzbanka

Aby nieco rozluźnić nieco atmosferę, napisałem małą rymowankę, która nie jest nawet w dziesiątej części tak dobra, jak owiany legendą hymn minionego zjazdu autorstwa naszego barda Marcina Wolskiego (gratulacje Marcinie), ale pozwolą Państwo, że pośmieję się z pani honorowej prezes SDP.

Z życzliwości i wdzięczności za to, co zrobiła, nie chcę jej pouczać i kierować przyciężkie uwagi.

 

Są w Madrycie i w Samarze,

Są w Toronto, koło Mińska,

Są w Nairobi dziennikarze

I Krystyna Mokrosińska.

 

Są na świecie kwiaty piękne,

Każdy, nawet narośl chińska,

Lecz dziennikarz o nich nie wie

I Krystyna Mokrosińska.

 

Są rozsądni na tym globie,

Są i głupi – nie ich wina,

Dziennikarze i królowie,

Mokrosińska też Krystyna.

 

Dziwne gry są na tym świecie,

Ktoś gra w klipę, ktoś bez atu,

Nawet w durnia gra dziennikarz,

Lecz nie zrzeka się mandatu…

 

(edytowane 26.03)

Aby zakończyć te zjazdowe i pozjazdowe wątki, z dziennikarskiego obowiązku, dodam, że za ten komentarz, rymowanki i całokształt zostałem ostro zaatakowany przez prezesa oddziału warszawskiego. No, cóż, jego zdaniem obrażam wszystkich przeciwników statutu i samą prezes Honorową tymi „wierszydłami” ( a pisałem, że rymowanką). Wolno mu. W końcu jest prezesem. Dodał prześmieszny wiersz Juliana Tuwima, który każdy mądrzejszy licealista dedykuje swoim adwersarzom. Ten o psie, mezaliansie i tym, co ten pies robi podmiotowi, którego lży koncertowo Poeta. Prezes OW SDP podparł się na koniec „roliczania mnie” słowami Tuwima a ja, ponieważ raczej piszę prozą, w odpowiedzi prezesowi oddziału stołecznego zacytowałem Ryszarda Kapuścińskiego. PONIŻEJ:

Lulu i inne przypadki, czyli: nie rób ze mnie bazyliszka – Hubert grzecznie prosi Zbyszka

 

Wieszcz kodu narodowego – Teresa Kaczorowska wspomina ERNESTA BRYLLA

Miałam wielokrotnie okazję poznania się z Ernestem Bryllem, ale najbardziej  zapamiętałam go z jednego ze spotkań w Opinogórze. Powiedział wtedy, że trwa zniewolenie narodowe, więc rola poety winna być podobna jak w epoce romantyzmu. – Poeci powinni wyczuwać pierwsi idące niebezpieczeństwo wynaradawiania, choć nie jest ono dziś tak widoczne jak za czasów rozbiorów kraju czy wojen, ale tym bardziej niebezpieczne. Niestety, wielu literatów odrzuciło w swojej twórczości podstawowe wartości, w tym narodowe, i bardziej kłania się obcym niż rodakom. Obecnie w Polsce kod narodowy jest niezbędny – przekonywał Bryll.

Spotkanie z Ernestem Bryllem w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze, prowadzone przez Teresę Kaczorowską, 24 września 2009 r. Fot. Kazimierz Kosmala

Było to 24 września 2009 r., kiedy Ernesta Brylla zaprosiliśmy jako gościa III Opinogórskiego Spotkania z Literaturą, które prowadziłam w Dworze Krasińskich Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Obecnie, kiedy 16 marca 2024 r., odszedł on od nas w wieku 89 lat, jego słowa są jeszcze bardziej aktualne.

Ernest Bryll wywodził się z Mazowsza – jak pisał: „takiego niemrawego, takiego zacnego”, gdzie zawsze jest nieszczęśliwie. Był jednak rodzinnej ziemi wierny i nazywał ją „ojczyzną-płaszczyzną” (w 1967 r. wydał nawet tomik Mazowsze). Urodził się 1 marca 1935 r. w Warszawie, a został chrzczony, jak zwierzył się w Opinogórze – Różanie, w powiecie makowskim. Dzieciństwo spędził w Komorowie Starym koło Ostrowi Mazowieckiej, a także w Gdyni, gdzie ukończył II Liceum Ogólnokształcące. Studiował już jednak w stolicy, w 1957 r. został absolwentem filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego; ukończył też Studium Filmowe WSF w Łodzi. Mieszkał w Warszawie (przez wiele lat także w Otwocku), wraz z żoną Małgorzatą Goraj, dwiema córkami oraz zwierzętami (psami i kotami).

Próbował swoich sił jako dziennikarz

W czasach akademickich Ernest Bryll próbował swoich sił jako dziennikarz w tygodniku „Po Prostu” (1955-1956). Z uwagi na przeszłość ojca w Armii Krajowej, nie mógł jednak pracować w dziennikarstwie, czego pragnął, stąd jego epizod zatrudnienia w porcie gdyńskim oraz w Stoczni im. Komuny Paryskiej. W latach 1957-1960 był jednym z redaktorów w piśmie literackim „Współczesność”. Jak wiadomo pismo to dało później nazwę całemu Pokoleniu Współczesności, czyli pisarzy urodzonych tuż przed II wojną światową, debiutujących po 1956 r., którzy zaczęli kształtować nową jakość polskiej literatury.

Już podczas studiów Ernest Bryll czytał swoje wiersze na studenckich wieczorach poetyckich i drukował na łamach pism młodzieżowych. Pierwszy tomik wierszy Ernesta Brylla, pt. Wigilie wariata, został opublikowany przez Iskry w rok po ukończeniu studiów – w 1958 r., drugi – Autoportret z bykiem – dwa lata później. Obydwa zbiory Bryll uznawał jednak za juwenilia, zaś za prawdziwy debiut, w którym udało mu się coś „własnym sposobem” powiedzieć, uważał tomy trzeci i czwarty: Twarz nie odsłonięta (1963) i  Sztuka stosowana (1966). Bryll rzucił wtedy czytelników na kolana i wypowiedział się własnym, mocnym głosem. Od tamtej pory często wydawał swoje poetyckie książki, zdarzało się, że po dwa tomy w jednym roku. Pisał do końca swoich dni, w sumie  jego dorobek poetycki liczy ponad 40 zbiorów.

Poezja Ernesta Brylla miała różne nurty – od antyromantycznej do neoromantycznej–wieszczej; od obywatelskiej po liryczną. Zawsze jednak, mimo iż miał w życiu okres lewicujący (w połowie lat 60. został członkiem PZPR, z partii tej wystąpił po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.), jego ulubionym tematem była Polska – a w niej chłopskość, mazowieckość – opisana przeważnie językiem mięsistym, dynamicznym, plastycznym i zmysłowym (stąd dla niektórych krytyków poezja Brylla jest plebejska). Zawsze była to też poezja – jak całe pisarstwo Brylla – niebanalna, emocjonalna, zaangażowana etycznie, politycznie i moralnie, obywatelska, edukacyjna, odważna, konkretna, poszukująca prawdy, stawiająca pytania o losy narodu i jego miejsca w świecie.

Twórczość Brylla bywała też kontrowersyjna – przez jednych był chwalony, obwoływany wieszczem, przez innych  – jak pisze Halina Binkowska w Kanonadzie – spychany w gnojowisko. Bo Bryll nie należał do rzeczników tolerancji, był często apodyktyczny, wręcz napastliwy, gorzko ironizujący, wątpiący, krytykujący. Drażnił, wręcz rozwścieczał, choć z upływem lat złagodniał, stał się bardziej romantyczny. Zdaniem Brylla literatura nie istnieje jednak bez dydaktyki społecznej i narodowej. Zwłaszcza, że nasza polska literatura była zawsze edukacyjną, intelektualną i patriotyczną – a zarazem nie bałwochwalczą – bo łączyła zaangażowanie z krytycyzmem, bezkompromisowość w dyskusji o narodzie i współodpowiedzialność ze współwiną. I u Brylla – szczególnie dramaty – mają wyraz obywatelski, bo domaga się tego dramatyczna historia narodowa, tradycja literacka i nasza zawikłana współczesność. Napięte polskie dzieje każą bowiem ciągle zadawać pytania o los narodu, zmuszają do ciągłego dialogu ze społeczeństwem, co staje się – szczególnie dzisiaj, znowu! – pierwszym obowiązkiem pisarza.

Wiersze Brylla były powszechnie czytane, krytykowane (choć przeważnie pochlebnie), naśladowane – stanowiąc ważny składnik rozwoju kultury polskiej w przeciągu 60 minionych lat. Ryszard Matuszewski nazywał poezję Brylla obywatelską, Piotr Kuncewicz uważał, że cała jego twórczość ma „charakter obsesyjno-wariacyjny”, zaś Tadeusz Nyczek – że to poezja teatralna. Na pewno poezja Brylla przeżyła niejedną przygodę. Przygodę z dniem dzisiejszym, ze światem. z historią, z Polską, z własnym sumieniem, i z Bogiem. Jest to ogromny „zwał pracy”,  wielka ryza zapisanego przez lata papieru przez pisarza, który zawsze miał odwagę i „Ładu świata szukał pod polskim niebem i w polskim czasie”[1].

Kod narodowy jest dziś niezbędny

Bryll jest znany głównie jako poeta, ale był on twórcą niezwykle wszechstronnym. Lubił próbować różnych odmian literatury, którą uważał za rzemiosło jak każde inne. Wyznał jednocześnie, że ma nadzieję, że choć trochę z jego „roboty stanie się rzemiosłem niezwykłym, czyli sztuką”. Poza poezją pisał powieści, nowele, dramaty, śpiewogry (oratoria, musicale), teksty piosenek, uprawiał publicystykę oraz krytykę (szczególnie filmową). Jednak kośćcem tego wszystkiego jest poezja, nawet dramat u Brylla – według Piotra Kuncewicza – jest „poezji przedłużeniem”. Sam Ernest Bryll też uważał poezję za najważniejszą w swoim pisarstwie i wierzył w siłę poetyckiego słowa. Twierdził, że poeta ma nawet prawo być zarozumiały, gdyż pisze najważniejsze słowo  na świecie.

Podczas spotkania w Opinogórze powiedział – a przybyły tłumy, głównie młodzieży, nie tylko z płn. Mazowsza – że obecnie, kiedy ponownie trwa zniewolenie narodowe, rola poety powinna być podobna jak niegdyś w epoce romantyzmu. Poeci powinni wyczuwać pierwsi idące niebezpieczeństwo wynaradawiania, choć oczywiście nie jest ono tak jawnie widoczne jak za czasów rozbiorów kraju czy wojen, ale tym bardziej niebezpieczne. Niestety, wielu literatów odrzuciło w swojej twórczości podstawowe wartości, w tym narodowe, i bardziej kłania się obcym niż rodakom.

– W Polsce kod narodowy jest dziś niezbędny. O dziwo, nie uczy tego już polska szkoła, nie dba o to rząd, nawet w teatrach nie można obejrzeć Dziadów, Beniowskiego, ani innych podstawowych dzieł naszych romantyków. Mimo iż  naród tego pragnie, nikt go jednak nie słucha. Ze społeczeństwem nie ma dyskusji, która była nawet w PRL-u – mówił Bryll, podkreślając, że Polacy zaczynają się wreszcie budzić, o czym świadczy rosnąca pamięć historyczna, czy choćby spontaniczne śpiewanie pieśni z czasów Powstania Warszawskiego. Nie wolno bowiem gubić ani przeszłości, ani teraźniejszości, gdyż obie silnie są z sobą splątane i wzajemnie się oświetlają. Historia jest częścią naszego „teraz” i naród musi o niej pamiętać, bo na równi ze współczesnością tworzy ona tożsamość narodową.

Nowele, powieści, dramaty, oratoria, musicale, sztuki telewizyjne

W drugiej połowie lat 60. zaczęły ukazywać się Brylla nowele i powieści: Studium (1963), Ciotka (1964), Gorzko, Gorzko (1965), Jałowiec (1965), Drugi niedzielny autobus (1969), Betlejem (1987); a także dramaty, oratoria, musicale i sztuki telewizyjne (w sumie ponad 30). Najbardziej znany dramat, a zarazem szczęśliwy debiut teatralny, który utorował mu drogę na sceny – to Rzecz Listopadowa (1968). Ten filozoficzno-moralny traktat o Polce i Polakach  do 1973 r. był grany w kilkunastu teatrach. Inne dramaty to: Kurdesz (1968) – ukazujący symboliczny polski kocioł dziejów; Kto ty jesteś (1970) – oratorium-dramat o polskiej historii i teraźniejszości.

Następne sztuki Brylla nie są już tak dyskursywno-obywatelskie – to raczej dramaty stylizacyjne, zbudowane na zasadzie kamuflażu, wieloznaczności i maskarady, farsy ludowe, np. Życie jawą (1972), Doświadczyński (1977), gdzie szyderczo maluje obraz bezmyślnej zbiorowej uległości; Słowik (1977) – bajka przedstawiająca zastraszone społeczeństwo, brak sprawiedliwości i tolerancji, zafałszowaną przez politykę rzeczywistość;  Ballada łomżyńska (1977) – sztuka apoteoza o najbardziej podstawowych prawdach i wartościach; Kolęda-Nocka (1980 – znany musical Brylla do muzyki Wojciecha Trzcińskiego ukazuje klimat lat 1970-80, protest przeciw fałszowi (zdobył złotą płytę). Kolęda-Nocka kończy Bryllowy dyskurs teatralny, prowokacyjny, nasycony pasją i lamentem o Polsce i Polakach. Inne, w których pisarz uciekł już raczej w krainę emigracji wewnętrznej i zabawy, to m.in. znane: Po górach po chmurach (1969); Na szkle malowane (1970, ponad 600 spektakli w 1973 r. i pół mln widzów); Wieczernik (1984), Wołał nas Pan (1999) i wiele innych. Również znaczna część wierszy to miniatury dramatyczne, np. utwór Cham.

I jako dramaturg Bryll miał rzadkie szczęście. Jego sztuki były kochane przez teatry i widownię, stawały się szlagierami, wręcz zaistniał w Polsce specyficzny autorski Teatr Brylla. Były szeroko recenzowane i komentowane, podobnie zresztą jak cała twórczość Brylla, bo liczne jego tomy poezji to też bestsellery.

Autor tekstów piosenek, tłumacz

Jak wspomniałam, Ernest Bryll jest też autorem tekstów piosenek. Pisał je od roku 1965, najważniejsze z nich to:  Góry, chmury, doliny; Hej, baby, baby; Hej, kurniawa, kolęda; Kolinajka; Kołysanka matki, Miłości mojej mówię do widzenia; Na sianie; Nie zmogła go kula, Po górach, po chmurach; Psalm stojących w kolejce; Wołaniem wołam cię; Peggy Brown; Wszystkie koty w nocy czarne; A te skrzydła połamane. Wiele z nich wykonywały znane zespoły jak: Dwa Plus Jeden, Partita, Myslovitz, Skaldowie oraz wokaliści: Stan Borys, Zofia i Zbigniew Framerowie, Halina Frąckowiak, Marek Grechuta, Jerzy Grunwald, Teresa Haremza, Edward Hulewicz, Halina Kunicka, Bernard Ładysz, Czesław Niemen, Daniel Olbrychski, Jerzy Połomski, Krystyna Prońko, Łucja Prus, Danuta Rinn, Maryla Rodowicz, Urszula Sipińska.

Wiele tekstów Ernest Bryll napisał do muzyki Katarzyny Gaertner (np. Na szkle malowane). W roku 1968 wraz z Markiem Sartem założyli zespół Drumlersi. Sart pisał dla niego muzykę, a Bryll teksty. Współpracował też z takimi kompozytorami, jak Antoni Kopff, Włodzimierz Korcz, Janusz Kruk, Czesław Niemen, Andrzej Zieliński.

Ponadto Ernest Bryll  był tłumaczem: z języka irlandzkiego, czeskiego, jidish.

W telewizji i w dyplomacji

Bryll znany był również z TVP. Przez wiele lat był krytykiem filmowym, pracował jako kierownik literacki teatru TVP (1963-1967), jako szef  lub kierownik literacki kilku zespołów filmowych (np. Kamera, Silesia, Oko), autor audycji telewizyjnych i radiowych nt. kultury. Był też kierownikiem literackim Teatru Polskiego w Warszawie  (1970-1974), w latach 1995-1998 doradcą literackim TVP 2, konsultantem Telewizji Puls–Niepokalanów (2003-2006). Próbował też sił jako wykładowca, m.in. na wydziale filmu Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (1978-1979) oraz na uniwersytetach amerykańskich (m.in. Sunny University, Albany USA).

Oprócz działalności na niwie literatury i mediów, Ernest Bryll był dyrektorem Polskiego Instytutu Kultury w Londynie (1974-1978) i pierwszym w stosunkach polsko-irlandzkich ambasadorem RP w Republice Irlandii (1991-1995). W czasie spotkania w Opinogórze nawiązywał niejednokrotnie do Irlandczyków, którzy „tak mocno cenią to co swoje i własne, że nawet ich angielski jest irlandzki, tylko dla nich zrozumiały”. Na pytanie: jak to się działo, że w Polsce Ludowej nie dał się zastraszyć, skrępować swojej wyobraźni, ani władzy kupić – umiejąc jednocześnie w niej funkcjonować, nie gardząc zaszczytami (praca w TVP, zespołach filmowych, Londynie czy Irlandii) – Bryll odpowiedział, że nie było łatwo. Władza ludowa ceniła jednak artystów, wręcz się im podlizywała, stąd do wielu kwestii udawało się ją przekonać oraz starcie pomiędzy polityką i sztuką, konformizmem i niezależnością, nie raz wygrać, w przeciwieństwie do obecnych czasów, kiedy liczy się głównie pieniądz.  Zapewne dlatego Bryll nie stał się zniewolonym, smutnym słowikiem, jak w swojej sztuce i śpiewał cała czas…

Być może pomogła mu, jak pisał Andrzej Nowak, „chłopska przebiegłość, ograniczone zaufanie, co wyraził w wierszu Przesłanie drugie o przyjaźni, w tomie pt. Autoportret z bykiem z 1960 r.): „Zaufaj tylko drzewu/ drzewo/ aż do pęknięcia słojów/ zachowa ci przyjaźń”. A może  w tej nauce „wytrzymania” w PRL-u jednymi z recept Brylla były słowa z innych jego wierszy: „Masz się nauczyć milczenia – to znaczy dobrej gadatliwości” (***, Sztuka stosowana, 1966), czy: „Mieć sztukę umykania. Żeby nie jak szarak/ gnać wywalając ślepia – jakby jeszcze oczy/ były od nas strachliwsze… /Tyle się postarać … /jak konie wiedzieć – galop to nie hańba/ jak konie umieć wyczekać w gromadzie i zrzucić szybko ziemie z kopyt” (***, Sztuka stosowana, 1966).

Żegnany owacjami

Za bogatą twórczość i działalność Ernest Bryll otrzymał wiele nagród i odznaczeń, m.in. Nagrodę im. W. Broniewskiego w dziedzinie poezji (1964), Nagrody Ministerstwa Kultury i Sztuki (1965, 1973), Nagrodę im. S. Piętaka (1968), Order Irlandzkiego Rodu Królewskiego O’Conor (Irlandia 1995), Medal Daniela Gabriela Richarda za krzewienie rozwoju ludowej kultury Słowacji, Początek formularzaNagrodę im. Norwida 2008 (2009), Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2010), Nagrodę Literacką m.st. Warszawy w kategorii „Warszawski Twórca” (2018), Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości (2023).

Należał m.in. do PEN Clubu (polskiego i irlandzkiego), SPP, ZAIKS-u, ZAKR-u. Od 2012 r. był pracownikiem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (w latach 2012–2018, kierownikiem Działu Literackiego PISF).

Pamiętam, że poetę o tak ogromnym dorobku, żegnano w romantycznej Opinogórze owacjami na stojąco. Spotkanie to trwało dwie godziny, bo długo jeszcze rozmawiał, żartował i podpisywał swoją najnowszą wówczas poetycką książkę Chrabąszcze (2009).

Ernest Bryll był – i mam nadzieję będzie – ceniony i popularny, gdyż przeszedł własną, niezależną i niepowtarzalną drogę twórcza. Był człowiekiem instytucją, Panem Ambasadorem (tytuł ten przysługuje do końca życia), a także ambasadorem polskiego kodu narodowego (ten tytuł pozostanie mu na zawsze).

[1]  Sława Bardijewska,  Ernest Bryll – prawdy dramatu poetyckiego w: Własna przestrzeń, PIW, Warszawa 1987, s. 79-110.

O manipulacjach i związanych z nimi pieniądzach pisze WIKTOR ŚWIETLIK Seksizm na procent

“Gazeta Wyborcza” ogłosiła, że Krzysztof Stanowski to seksista. Trochę się z tego pośmialiśmy. Pewien klasyk mawiał, że kłamstwo ma na celu stworzenie pozorów prawdy. Tu wydawałoby się, że wyszło średnio. Wydawałoby się.

Jeden z dowodów na seksizm Stanowskiego to fakt, że z oburzeniem zacytował faktycznie dość zbereźno-knajacką wypowiedź Janusza Wójcika. Zmarły 7 lat temu trener, a nawet były poseł Wójcik, jaki był, wszyscy wiedzą. Stanowski go wyszydził, a “Wyborcza” przypisała mu słowa Wójcika. Równie dobrze można wszystkim historykom drugiej wojny światowej przypisać zwierzęcy antysemityzm, bo opisują niemiecki i austriacki nazim.

Koronnym jednak dowodem i największą zbrodnią Stanowskiego jest to, że niezbyt ładnie określił dziennikarkę, która była jedną z czołowych specjalistek od j…a, wyp..a i innych czynności seksualnych przeniesionych do życia publicznego. Z kolei dziennik, który to ujawnił ma na koncie dość już cykliczne afery z jakimiś molestowaniami, a ostatnio jeden z dżentelmenów tam pracujących radził sobie z depresją i stanami lękowymi robiąc sobie dobrze przy koleżankach. Hipokryzja “Wyborczej” trochę narobiła jak zawsze hałasu, ale nie zdziwiła już specjalnie. Wiadomo, zwalczają każdego, kto ma inne poglądy, nawet Stanowskiego, który przecież – uczciwie mówiąc – zachowuje się jak na ideologicznym polu minowym i staje na głowie by bynajmniej nie wyjść na prawaka, czy – tym bardziej –  pisowca.

Sprawa ma jednak, jak to sprawy często mają, inny wymiar i jest on czysto materialny. Rozmawiałem – już jakiś czas temu, jak tylko “Wyborcza” zaczęła grzać „aferę” Stanowskiego – ze znajomym z branży PR-owskiej. Klient chciał zostawić trochę pieniędzy w Kanale Zero, ale się rozmyślił. “Wyborcza” ogłosiła, że Stanowski to seksista, a seksizm jest niezgodny, podobnie jak rasizm, antysemityzm i inne wstrętne rzeczy z kodeksem firmy. Telewizja “Republika” może mieć przynajmniej ten komfort, że w niej panowie Jan Pietrzak czy Marek Król mogli sobie poszaleć do woli za nieswoje, do czasu kiedy ogłoszono całą telewizję gniazdem nazizmu i obdzwoniono wszystkich możliwych reklamodawców, szantażując ich de facto, tym, że ich firmy będą gnojone w mediach prorządowych, jeśli nie wycofają reklam z jedynej większej telewizji sprzyjającej opozycji.

W przypadku Stanowskiego, to co powiedział o Madame Michalik, ani kto jest jego reklamodawcą, nie ma znaczenia. Gdyby nie te fakty, to najwyżej coś by się wymyśliło, jak to nieraz bywało w ciągu ostatnich lat w “Gazecie”. Ja na przykład od pani Kublik dowiedziałem się swojego czasu, że byłem jakimś internetowym gangsterem. Trochę przepisała za innym mitomanem – Wojciechem Cieślą, trochę zmyśliła. Chodzimy sobie w tej sprawie czasem do sądu.

Oczywiście cała sprawa Kanału Zero ma także podłoże ideologiczne. Problemem Stanowskiego jest to, że wyrósł za duży, w dodatku pakuje się z buciorami w “gazetowyborczą” bańkę medialną. Miesza w głowie nieszczęśnikom Mellerem i Raczkiem, a potem zaprasza Pereirę i pozwala mu cokolwiek powiedzieć, To niedopuszczalne. Tak nie powinno wyglądać dziennikarstwo. Człowiek sformatowany przez Czerską i Wiertniczą nie powinien doświadczać zakłóceń w odbiorze. Stąd starania pana uzurpatora z Woronicza i jego wszystkich Czyży by teraz było tam tak jak wszędzie indziej, a wszystkie media miłowały tę samą partię.

Ale naprawdę nie samą ideologią człowiek żyje. Pamiętam historię, którą opowiadali mi znajomi z warszawskiego ratusza, z czasów jeszcze kiedy rządziła Hanna Gronkiewicz-Waltz, a lokalne wydawnictwo varsavianistyczne zwróciło się do działu kultury o małą dotację. Dostali, ale zaraz potem “Wyborcza” zrobiła aferę, że nie skonsultowano tego z nimi, a oni mają “Gazetę Stołeczną” i tak dalej. Tak to polityczna poprawność dzielnie idzie w służbie pieniądza. Nie wiem, czy w ogóle w niej w gruncie rzeczy o to nie chodzi. Od samego początku.

Kto po nas pozostanie? Zastanawia się nad tym CEZARY KRYSZTOPA: Przedostatnie pokolenie

W naszych  czasach łatwo o konstatację, że żyjemy we śnie pijanego idioty. Stałe świata, który znaliśmy są kwestionowane, a układ nowych jest wręcz wewnętrznie sprzeczny i nielogiczny.

Jednym z nośników nowego „bezładu” wydaje się być młodzież. To młodych ludzi widzimy jako niszczących dzieła sztuki, przyklejających się do asfaltu, entuzjastycznie się kastrujących, to oni są najczęściej bezpośrednimi wykonawcami wyroków szalejącej na Zachodzie „rewolucji”. I to ich łatwo postrzegać jako jej istotę.

Automaty ze światopoglądami

Wydaje mi się jednak, że to wniosek zbyt łatwy. Ich postawy są w istocie konsekwencją tego co my jako „dorośli” zrobiliśmy. A właściwie tego, czego nie zrobiliśmy. A zapędzeni w świecie swoich ambicji, szybkiego rozwoju, sukcesu, zapomnieliśmy ich wychować. Cóż zatem dziwnego w tym, że pozbawieni naturalnych wzorców, zwrócili się ku tym, którzy pod naszą nieobecność ich „wychowali”? Grubych misiów tego świata, którzy porozstawiali kolorowe automaty z gotowymi „światopoglądami” opakowanymi w kolorowe papierki. Tych, którzy pod naszą nieobecność dali młodzieży to, czego przecież każda młodzież od początku ludzkości poszukuje. Buntu, lub w tym przypadku raczej pozoru buntu.

Kwestionowanie zastanych autorytetów jest naturalnym elementem procesu rozwoju. Metodą samookreślenia, w którą wpisane są poszukiwania i eksperymenty, ale również błędy i pogubienie. Przyjmuje różne formy, które w procesie doroślenia ulegają weryfikacji, ale pozostawiają umiejętność samodzielnego określenia punktów widzenia. Pod warunkiem wszakże, że jest procesem naturalnym.

Tymczasem wobec naszej wychowawczej abdykacji procesem naturalnym być przestało. Mający głęboko złe intencje inżynierowie społeczni zbudowali świat, w którym synowie milicjantów, swego czas odrzucani jako nieautentyczni przez publiczność Jarocina, zostają kapłanami rzekomego „buntu”, a najwyższą formą „kontestacji” wydaje się płynięcie w nurcie uregulowanym potężnymi pieniędzmi obrzydliwie bogatych i wyzutych z wszelkiego dobra koncernów. Komuś kto patrzy na to z boku nie mieści się w głowie jak „kontestacją” może być przymusowa unifikacja pod karą wykluczenia. A jednak takie, dość powszechne, wrażenie udało się uzyskać.

To nie wina młodzieży

Nie, to nie młodzież jest tu winna. Młodzież jest tutaj ofiarą eksperymentu, który się na niej przeprowadza przy użyciu niewyobrażalnych środków. Także naszej indolencji i naszej abdykacji z roli jej „wychowawców”. Tak więc poczucie wyższości wydaje mi się tutaj nie na miejscu, choć przyznaję, że i mnie się często udziela.

Prawdziwymi winnymi są tutaj inżynierowie społeczni robiący dzieciakom wodę z mózgu, choć i ta świadomość nie powinna nas zwalniać z obowiązku szukania winy w sobie. Jak również, a może przede wszystkim działania, tak aby pokolenie obecnej młodzieży, nie stało się rzeczywiście ostatnim pokoleniem świadomym swojej ludzkiej odrębności i suwerenności.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraina zadaje skuteczne ciosy rosyjskiej flocie

Ukraińskiej armii udało się już zniszczyć jedną trzecią z 80 okrętów wojennych rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, wiele jednostek zostało zaś uszkodzonych.

Sytuację na dzisiejszej Ukrainie można scharakteryzować słowami znanego reżysera Oleksandra Dowżenki – „Ukraina płonie”. Jak podaje Sztab Generalny Ukrainy, wschodnie i południowe obwody kraju są poddawane całodobowemu ostrzałowi artyleryjskiemu. Na linii frontu, gdzie wojska są blisko siebie, codziennie dochodzi do 30 – 60 starć bojowych, jednak siły obronne Ukrainy utrzymują swoje pozycje, a wrogowi rzadko udaje się przejść kilkadziesiąt metrów w jakiejkolwiek części frontu. Często Rosjanie nie są w stanie utrzymać zdobytych linii, a żołnierze ukraińscy je odzyskują. W ten sposób linia frontu „pulsuje”, wojska ukraińskie w dalszym ciągu wytrzymują ofensywę rosyjską i przygotowują się do ponownego przejęcia inicjatywy na wiosnę, po otrzymaniu posiłków.

Rosyjskie oddziały nie mają lepszego sprzętu wojskowego od ukraińskich, ale są znacznie „masywniejsze”, mają nieskończone zapasy pocisków, przewagę liczebną i stosują tzw. ataki „mięsne”, czyli rzucają słabo wyszkolonych żołnierzy do bitwy, którzy masowo giną, nie przynosząc korzyści frontowi. Armia ukraińska stosuje zaś „inteligentną ofensywę”, stawia na sprzęt i zwycięską taktykę, a nie na masę ataków. Dlatego dzisiejsze działania wojsk Ukrainy polegają na odstraszaniu wroga i oczekiwaniu na przybycie nowych typów europejskich i amerykańskich czołgów oraz samolotów F-16, które pomogą uzyskać przewagę nad wrogiem.

W wojnie lądowej na froncie rosyjsko-ukraińskim „wszystko pozostaje niezmienione”, ale inaczej jest na morzu. Ukraińskiemu dowództwu, dzięki odpowiedniej taktyce, udało się doprowadzić do porażki rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Rosja używała tych sił wojennych w niegodziwy sposób. Stacjonowały one na okupowanym Krymie, który stał się swego rodzaju centrum terrorystycznym, a następnie niczym z zasadzki, wypływali na morza i atakowali Ukrainę od Charkowa po Odessę. Teraz to już się skończyło.

Według Ministerstwa Obrony Ukrainy w lutym Siły Powietrzne Sił Zbrojnych Ukrainy zestrzeliły 13 rosyjskich samolotów, co jest najlepszym wynikiem ukraińskiej armii od października 2022 roku. Na początku marca Siły Zbrojne przekazały informację o zestrzeleniu kolejnego rosyjskiego samolotu Su-34. Według najnowszych danych Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych od rozpoczęcia masowej inwazji na Ukrainę Rosja straciła łącznie 347 samolotów. To znacznie osłabiło wsparcie rosyjskiej piechoty z powietrza. Obecnie Rosjanie dokonują 20 – 25 nalotów dziennie na froncie, czyli 2 – 2,5 razy mniej niż jeszcze miesiąc temu.

Skuteczna taktyka w walce z rosyjską Flotą Czarnomorską doprowadziła także do tego, że od 10 dni rosyjskie okręty nie przeprowadzały ataków rakietowych na terytorium Ukrainy. Może to wskazywać, że Rosja już zminimalizowała wykorzystanie swoich statków na otwartym morzu i ukryła je w portach i na Kaukazie.

„Zredukowali do minimum liczbę statków w portach Krymu. Są tam przede wszystkim te okręty, które nie mogły znaleźć miejsca w bazach w Noworosyjsku, Soczi, Tuapse” – powiedział Dmytro Pletenczuk, rzecznik służby prasowej Marynarki Wojennej Ukrainy.

Według jego danych ukraińskie wojsko zniszczyło jedną trzecią z 80 okrętów wojennych rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, a wiele uszkodziło. Według Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy od początku inwazji na pełną skalę Rosja straciła na Morzu Czarnym 26 statków i łodzi. Kolejnych 15 rosyjskich okrętów zostało uszkodzonych i obecnie przechodzą długoterminowe naprawy.

W nocy z 13 na 14 kwietnia 2022 roku okręt flagowy Floty Czarnomorskiej krążownik „Moskwa” został zaatakowany przez dwie rakiety przeciwokrętowe „Neptun” Sił Morskich Ukrainy. Doznał poważnych uszkodzeń i zatonął. Była to najdroższa strata militarna Rosji w wojnie z Ukrainą, wartość rezydualna statku wyniosła 750 milionów dolarów.

W nocy 13 września 2023 roku w wyniku ukraińskiego ataku rakietowego uszkodzony został okręt podwodny „Rostów nad Donem”, który przechodził remont w suchym doku Zakładów Morskich w Sewastopolu. Źródła w rosyjskim Ministerstwie Obrony podają, że okręt podwodny zostanie odrestaurowany do końca 2024 roku, ale większość ekspertów jest zgodna, że ​​powstałe uszkodzenia są krytyczne i odbudowa jest niemożliwa.

4 listopada 2023 roku statek „Askold” został trafiony ukraińskim rakietą w stoczni Zatoka w Kerczu. Jednostka była już ukończona i zwodowana. Sądząc po uszkodzeniach „Askolda” widocznych na opublikowanych zdjęciach, jego  przywrócenie do użytkowania będzie niemożliwe.

Mały krążownik rakietowy „Wielki Ustiug” należący do Flotylli Kaspijskiej został uszkodzony w wyniku ukraińskich ataków przeciwokrętowych. 7 marca 2022 roku został trafiony artylerią, a także doznał uszkodzeń w wyniku uderzenia drona.

W nocy 5 marca 2024 roku statek patrolowy „Sergiej Kotow” został uderzony przez ukraińskie bezzałogowe łodzie Magura 5 i zatonął na Morzu Czarnym przy wejściu do Cieśniny Kerczeńskiej. Wcześniej „Siergiej Kotow” został trzykrotnie uszkodzony w wyniku ukraińskich ataków: 25 lipca, 1 sierpnia i 14 września 2023 roku. Nie podano w wówczas zakresu uszkodzeń.

Okręt patrolowy „Paweł Derżawin” został dwukrotnie trafiony przez siły ukraińskie. 13 października Marynarka Wojenna Ukrainy ogłosiła, że ​​jednostka ta doznała drugiego uszkodzenia.

Na początku wojny Flota Czarnomorska miała siedem dużych statków desantowych. Na Morze Czarne wysłano także sześć okrętów tego typu z Floty Bałtyckiej i Północnej Rosji. Okręty te przybyły na Morze Czarne na kilka tygodni przed wojną, rzekomo w celu wzięcia udziału w ćwiczeniach.

Duży desantowo-szturmowy okręt „Saratow” został trafiony w porcie okupowanego Berdiańska 24 marca 2022 roku i zatonął w pobliżu molo. Statek dostarczył sprzęt i personel.

Statek „Nowoczerkask” został zniszczony przez ukraińskie rakiety w porcie Teodozja 26 grudnia 2023 r. W wyniku silnego wybuchu amunicji statek został rozerwany przez eksplozje i zatonął w pobliżu molo.

14 lutego 2024 roku w okolicy Ałupki statek „Cezar Kunikow” został trafiony przez pięć morskich dronów i zatonął. Według szefa ukraińskiego wywiadu Kyryło Budanowa statek przewoził broń i amunicję z Noworosyjska.

4 sierpnia 2023 roku podczas nalotu na Noworosyjsk statek „Olenogorsk Miner” rosyjskiej Floty Północnej został trafiony przez ukraiński dron morski i musiał być odholowany do portu. Ukraińskie wojsko stwierdziło, że jednostka utraciła zdolność bojową.

W nocy 13 września statek „Mińsk” Floty Bałtyckiej Rosji został trafiony rakietą podczas remontu w suchym doku w stoczni w Sewastopolu. Opublikowane zdjęcia pokazują rozległe zniszczenia, a brytyjski wywiad stwierdził, że „Mińsk” prawie na pewno został zniszczony.

Holownik „Wasyl Beh”, przystosowany do potrzeb wojskowych i wyposażony w rakiety przeciwlotnicze, został zatopiony w wyniku ataku rakiet przeciwokrętowych 17 czerwca 2022 r. Według informacji Marynarki Wojennej Sił Zbrojnych Ukrainy, statek przewoził amunicję, broń i personel Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej na Wyspę Węży. Był to najnowszy okręt w składzie Floty Czarnomorskiej, który wszedł do służby 7 lipca 2017 roku.

Łódź rakietowa „Iwanowiec” została zaatakowana 31 stycznia 2024 r. podczas nalotu na jezioro Donuzław przez kilka morskich bezzałogowych pojazdów rozpoznawczych Ukrainy. W wyniku otrzymanych uszkodzeń jednostka zatonęła.

Trałowiec „Iwan Gołubiec” został uszkodzony 29 października 2022 roku podczas ataku dronów powietrznych i morskich na bazę Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej w Sewastopolu.

24 maja 2023 roku drony morskie zaatakowały rosyjski okręt rozpoznawczy „Iwan Churs” – potwierdziło Ministerstwo Obrony Rosji. Mały krążownik rakietowy Samum, czyli poduszkowiec, został zaatakowany 14 września 2023 roku przez drona, w wyniku czego został odholowany do portu. Ponadto zatopiono kilka łodzi i innych statków wroga.

Sukcesy Ukrainy na Morzu Czarnym sprawiły, że dowództwo floty rosyjskiej uznano za niekompetentne. Władimir Putin najpierw zwolnił dowódcę Floty Czarnomorskiej, a kilka dni temu także dowódcę rosyjskiej marynarki wojennej Mykołę Jewmenowa, którego zastąpił inny admirał. Floty Czarnomorskiej jednak to nie uratuje, bo straciła już najbardziej zdolne do walki statki. Teraz główną troską admirałów jest ukrywanie się w portach i nie wypływanie na otwarte morze.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI:  Kotwica – znikający symbol Polski Walczącej

13 marca 1942 r. harcmistrz Maciej Aleksy Dawidowski „Alek” z Organizacji Małego Sabotażu „Wawer” wypisał na murach Muzeum Narodowego w Warszawie wielkimi literami: „Ludu W-wy jam tu. Kiliński Jan”. Pomnik Jana Kilińskiego został przez władze niemieckie zdemontowany i ukryty w muzeum w odwecie za usunięcie niemieckiej tablicy z pomnika Mikołaja Kopernika.

Tydzień później, 20 marca 1942 r. ten sam „Alek” po raz pierwszy na murach Warszawy namalował symbol Polskiego Państwa Podziemnego. „Kotwicę”. Na balustradzie werandy znanej warszawskiej kawiarni Lardellego przy ul. Polnej 30. Wkrótce powstały z połączenia liter „P” i „W” oznaczających Polskę Walczącą symbol wpisany w kotwicę stał się najpopularniejszym znakiem oporu przeciwko Niemcom.

Na początku 1942 r. Biuro Informacji i Propagandy zorganizowało konkurs na prosty i sugestywny, jak zakładano, symbol polskiego podziemia. Na konkurs spłynęło 27 prac. Wybrano projekt Anny Smoleńskiej, ps. „Hania”, 22-letniej studentki historii sztuki tajnego Uniwersytetu Warszawskiego i harcerki Szarych Szeregów – działała w konspiracyjnej organizacji Małego Sabotażu „Wawer”. Zdecydowała zapewne prostota, moc i symbolika znaku oraz to, że w warunkach okupacyjnego terroru był to symbol łatwy i szybki do malowania na murach.
Niestety losy młodej łączniczki Armii Krajowej potoczyły się tragicznie. W listopadzie 1942 r. została aresztowana przez Gestapo razem z rodzicami, bratem i siostrą. W trakcie brutalnego śledztwa nikogo nie wydała. Jeszcze w tym samym miesiącu trafiła do niemieckiego obozu KL Auschwitz, gdzie zmarła na tyfus w marcu następnego roku. Czy mogła przypuszczać, że wymyślony przez nią znak Polski Walczącej już na zawsze stanie się dla Polaków najważniejszym symbolem oporu?

Trzeba powiedzieć, że „Kotwica” błyskawicznie zyskiwała popularność. Najpierw w Warszawie, a później na innych polskich ziemiach. Niespełna miesiąc od pojawienia się jej na ulicach stolicy „Biuletyn Informacyjny” Armii Krajowej pisał z nieukrywanym entuzjazmem: „Już od miesiąca na murach Warszawy rysowany jest znak kotwicy. Rysunek kotwicy jest robiony tak, że jego górna część tworzy literę «P», zaś część dolna – literę «W». Pewna ilość napisów objaśnia, że znak kotwicy jest znakiem Polski Walczącej. Zapoczątkowany być może przez jakiś zespół – znak ten stał się już własnością powszechną. […] Nie umiemy wytłumaczyć popularności tego znaku. […] Być może działa tu chęć pokazania wrogowi, że mimo wszystko – nie złamał naszego ducha. Może na wyobraźnię «rysowników» działa symbolika kotwicy – znaku nadziei”.

To, jak ważną rolę odgrywać zaczął symbol Polski Walczącej w okupowanym kraju, świadczą rozkazy komendanta AK generała Stefana „Grota” Roweckiego, który w marcu 1943 r. rozkazał, żeby wszystkie akcje Armii Krajowej sygnowane były właśnie „Kotwicą”. Znamienna była również reakcja niemiecka. Gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer nakazał, aby wszelkie tego typu symbole były natychmiast usuwane przez właścicieli posesji, na których się pojawiły. Z kolei za wykonywanie takich napisów groziły potworne kary ze śmiercią włącznie. Chichotem historii jest to, że dziś symbol Polski Walczącej też znika z przestrzeni publicznej.

 

WALTER ALTERMANN: Ludzka uczelnia i nieludzkie pomyłki językowe

W ostatnich dniach media z oburzeniem piszą o tym, że Collegium Humanum, warszawska prywatna uczelnia, była niezwykle szczodra w rozdawaniu dyplomów MBA. Zwykle, żeby ukończyć studia MBA (Master of Business Administration) trzeba było uprzednio skończyć jakieś studia na poziomie magisterskim. Dyplom MBA miał też zaświadczać, że jego posiadacz jest człowiekiem zdolnym i predystynowanym do podejmowania największych wyzwań. A jakież może być w dzisiejszym świecie większe wyzwanie niż zarządzanie wielkimi państwowymi przedsiębiorstwami?

Władze tej uczelni obiecywały, że absolwenci ich uczelni szybko uzyskają tak pożądany obiekt westchnień większości naszych managerów. W praktyce nie trzeba było nawet brać udziału w zajęciach, można było niczego nie czytać, nie wykazywać się żadną wiedzą, wystarczyło zapłacić a już w dwa miesiące stawało się członkiem elity elit. Albo i szybciej.

Ten dyplom MBA pozwalał też na zasiadanie (i pobieraniu gotówki) w radach nadzorczych Skarbu Państwa. Bez żadnej wiedzy, bez żadnych kompetencji.

Skandal we Wrocławiu

Wrocław jako pierwszy ujawnił oficjalną listę urzędników z tamtejszego urzędu miejskiego, którzy z publicznych pieniędzy dostali dofinansowanie do studiów MBA w Collegium Humanum.  Kierowany przez Jacka Sutryka urząd na studia dla swoich pracowników wydał łącznie 117 676 zł, z tego 76 276 zł zapłacono za naukę w Collegium Humanum.

Okazało się, że dyplomy MBA w Collegium Humanum „uzyskali” przedstawiciele prawie wszystkich partii w naszym kraju.

Dyplomantami MBA w Warszawie są także wyżsi oficerowie Wojska Polskiego. W sprawie tych ostatnich zabrał głos Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i minister Obrony Narodowej, który oświadczył, że resort zbada sprawę. Dodał też, że z góry nikogo nie należy uznawać winnym. Piękna wypowiedź, też humanistyczna, a nawet humanitarna.

To nie jest polski wynalazek

Kilka osób, które nielegalnie uzyskały dyplomy w Collegium Humanum, zgłosiło się do Centralnego Biura Antykorupcyjnego – jak wynika z nieoficjalnych ustaleń RMF FM. Jak tłumaczy stacja, zareagowały one na zapewnienie służb, zgodnie z którym ci, którzy ujawnią szczegóły procederu, unikną kary.

Gwoli prawdy, proceder Collegium Humanum nie jest polskim wynalazkiem, co by jednak sytuowało tę uczelnię wysoko na liście szanghajskiej, która jest  rankingiem najlepszych uczelni  świata. Z tym dyplomami MBA to było tak, że już w latach 90-tych widywałem je na ścianach, za biurkami prezesów różnych dziwnych przedsiębiorstw. I nieodmiennie dyplomy te były po angielsku i zawsze z USA. Dyplom MBA nad biurkiem gościa, który nawet nie otarł się o maturę? A jednak!

Potem dowiedziałem się, że każdy może sobie taki dyplom kupić, bez udawania się do Stanów. Wystarczyło wysłać 250 dolarów, a w zamian dostawało się pięknie oprawiony dokument.

Ludzka uczelnia

Z drugiej strony, Collegium Humanum okazało się uczelnią prawdziwie humanistyczną, czyli ludzką. W tym bezdusznym, stechnicyzowanym świecie dawała ludziom radość i szczęście, dawała im wiarę we własne talenty i siły, a nawet szanse na przyzwoite zarobki. Czegóż chcieć więcej?!

Świat pełen jest ludzi z kompleksami cierpiących, że sąsiad zarabia więcej, że skończył studia. I tym ludziom wychodziła warszawska uczelnia naprzeciw, dawała im szansę, na pozbycie się poczucia niższości. Co prawda za pieniądze, ale dawała. A wizyta u psychoanalityka nie kosztuje?

I na ten głęboki humanizm bym stawiał przed prokuratorem i sędzią, gdybym był na miejscu władz uczelni. Bo w końcu co złego robili? Dawali ludziom radość i szczęście! A zarzut, że zasiadający w radach nadzorczych państwowych spółek „abslowenci” kursów MBA w Collegium Humanum odrzucam.  Bo jeżeli spółka jest dobra, to żaden partyjny nominat nie jest jej w stanie zepsuć!

Zwyciężając wybory

Poseł Bielan w Polsat News użył zwrotu: „Zwyciężając wybory…”. Słuchanie czegoś takiego, to jak słuchanie zgrzytu noża po szkle. Masochiści może to lubią, ja nie. Poseł powinien powiedzieć „Zwyciężając w wyborach”, wtedy zwrot miałby sens.

Wybory są jak mecze. Można je wygrać, można je przegrać. Można też w wyborach odnieść zwycięstwo, zupełnie tak samo jak w zawodach sportowych. Można zwyciężyć przeciwnika, ale lepiej powiedzieć – pokonać, wygrać z przeciwnikiem.  Ale nie można zwyciężyć wyborów! Bo za to grozi kryminał. I z daleka pachnie przekrętem. Bo to tak jakby unicestwić wybory, być ponad wyborami.

Myślę, że ekwilibrystyka językowa naszych parlamentarzystów bierze się stąd, że nie mieli czasu na dobre lektury. Podejrzewam, że większość z posłów i senatorów już od lat dziecięcych pasjonowała się tylko polityką, działała w młodzieżówkach partyjnych, intensywnie uczestniczyła w licznych zebraniach, w roznoszeniu ulotek, w manifestacjach, akcjach protestacyjnych, marszach za i przeciw. I nie było czasu na lektury. Szkoda, bo teraz ranią ludzkie uszy.

Perspektywa siedząca, leżąca i stojąca

„Wszyscy zawodnicy na ławce oglądają ten mecz z perspektywy stojącej” – stwierdził, pod koniec meczu ŁKS – Puszcza Niepołomice, sprawozdawca tych zawodów.

Ta wstrząsająca refleksja miała podkreślić, że nerwy na ławkach rezerwowych były duże. Tym samym sprawozdawca dokonał wielkiego odkrycia, że mamy w istocie trzy perspektywy: siedzącą, leżącą i stojącą. Bo na ławce można leżeć, siedzieć i stać. „Perspektywa” w ogóle robi ostatnio wielką karierę, zastępuje punkt widzenia, punkt obserwacji i poglądy jako takie.

Nie rozumiem tej mody i nie pochwalam. Tym bardziej, że w przypadku tego meczu wystarczyło powiedzieć, że wszyscy zawodnicy z ławek rezerwy oglądają końcówkę meczu stojąc. Ale to by było powiedziane zbyt prosto, prostacko i zwyczajnie. A już „perspektywa” oznacza, że mamy do czynienia ze sprawozdawcą wykształconym, być może nawet na pewnej poziomie warszawskiej uczelni, która z miłości do ludzi rozdawała dyplomy MBA hurtem i bez konieczności zdobywania jakiejkolwiek wiedzy – o czym piszę wyżej.

 

Bekrycht: PO WYRZUCENIU ROMASZEWSKIEJ Z TVP W MOSKWIE STRZELAJĄ SZAMPANY

Rzadko kto przeszkadzał tak rządowi 13 grudnia jak twórczyni i dyrektorka Biełsatu Agnieszka Romaszewska. Na dodatek u ludzi Donalda Tuska frustrację powodował fakt, że nie mogli jej od razu zwolnić z bezprawnie przejętej przez rząd Telewizji Polskiej. Obecnym operetkowym władzom TVP i MSZ przeszkadzało u Romaszewskiej prawie wszystko – przeszłość w opozycji antykomunistycznej, niezależność i rzetelność dziennikarska i broń najpoważniejsza – własne zdanie w kwestiach Wschodu. No i po prawie czterech miesiącach od początku medialnego, pełzającego zamachu stanu zwolniono Romaszewską, co jest początkiem końca Biełsatu, stacji, która została okrzyknięta wrogiem reżimów Putina i Łukaszenki.

Agnieszka Romaszewska jest legendą opozycji PRL, bardzo dobrą dziennikarką, świetnym organizatorem i społecznikiem, np. przez lata była wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Przede wszystkim jest jednak znana ze stworzenia Biełsatu i kierowania tą stacją. Współpracownicy Romaszewskiej nie ograniczali się tylko do Mińska. Biełsat w TVP był, jak trudno to napisać, informacyjno-publicystycznym centrum medialnym wschodu.

Chyba to wszystko spowodowało, że zazdrosny o wszystko nowy szef MSZ nie mógł już patrzeć na Romaszewską przychylnie. Nagle polskiej dyplomacji zabrakło pieniędzy na ważne w polityce wschodniej (gdyby ją MSZ miał) przedsięwzięcie, czyli Biełsat. Za straty po zwolnieniu Agnieszki Romaszewskiej i – w bliskiej perspektywie – likwidację Biełsatu w jego obecnej formie przyjdzie nam wszystkim zapłacić.

Nie dość, że dajemy pole Moskwie i Mińskowi w przejęciu roli Biełsatu za naszą wschodnią granicą, to zwolnienie z TVP dyrektora stacji jest – moim zdaniem – polityczną deklaracją polskiego rządu komunikującego, że na wschodzie Warszawa łagodnieje. Nie przesadzam pisząc, że zwolnienie Romaszewskiej to ustępstwo na rzecz wschodnich satrapów: Putina i Łukaszenki.

Są i będą akty solidarności z szefową Biełsatu.  Osób i instytucji np. SDP, które stanowczo protestuje przeciwko zwolnieniu Agnieszki Romaszewskiej z TVP i de facto niszczeniu Biełsatu, ale w dającej się przewidzieć przyszłości to wszystko będzie tłumione i manipulowane przez władze, zarówno kierownictwo MSZ jak i TVP oraz polityków koalicji 13 grudnia, którzy bagatelizują sprawę.

Protest Zarządu Głównego SDP przeciwko zwolnieniu z pracy w TVP dyr. Agnieszki Romaszewskiej-Guzy

Tej uśmiechniętej Polsce nie w smak są prawdziwe informacje z Rosji, Białorusi i innych państw zdominowanych przez Kreml, o czym, oprócz sprawy Romaszewskiej, świadczy m.in. fakt, że od grudnia w TVP milczy także Studio Wschód, program Marii Przełomiec. To również niewiarygodny skandal.

Uchwały Nadzwyczajnego Statutowo-Programowego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Nie dajmy się zwieść, jeśli ktoś powie, że próba likwidacji Biełsatu poprzez zwolnienie Romaszewskiej to błąd. Nie, to nie błąd a świadome działanie rządu D. Tuska. Po co? Tak się premier zaplątał w miłość do Brukseli i Berlina, który z kolei kocha Moskwę, że dobrych dla kraju rozwiązań w polskiej polityce wschodniej na horyzoncie politycznym i społecznym nie widać.

Są natomiast w warszawskich budynkach rządowych pomruki symptomów łagodniejszego kursu na sprawę rosyjskiej inwazji na Ukrainę, który to kurs pochodzi też z Brukseli i – o zgrozo – z Watykanu. W tym łagodnieniu, co papież Franciszek nazywa białą flagą, na pewno przeszkadzaliby Biełsat i Romaszewska, a tego rząd i uległe mu, jak nigdy wcześniej, kierownictwo TVP nie zniosłyby.

Co stanie się z Agnieszką Romaszewską? O to jestem spokojny, z jej umiejętnościami nie tylko dziennikarskimi, pracę szybko znajdzie. Stracimy jednak wszyscy, co powtarzam i będę powtarzał, bo w krajach demokratycznych politycy nie mogą wszystkiego w polityce zagranicznej, ale… mogą to media publiczne, media wspierane przez MSZ tych państw…

U nas Radosław Sikorski uciął sam sobie ten dyplomatyczny instrument. Przez to, jeszcze bardziej, jego pozycja na arenie międzynarodowej przypominać będzie niezbyt dobrze napompowaną piłkę plażową. No, chyba, że chodzi o to, iż taka sflaczała piłka mocno kopnięta wschodnim wiatrem daleko nie poleci… Ależ to przebiegłe.