Co śmieszy, a co smuci WALTERA ALTERMANNA: Wielkie przeznaczenie (3)

Jedną z najbardziej śmieszących mnie a zarazem jedną z najbardziej  przerażających mnie doktryn, jakie opanowały umysły Polaków, jest mesjanizm. Myśl o przeznaczeniu naszego narodu do „wyższych, boskich celów” zrodziła się w polskich umysłach w pierwszych dziesięcioleciach XIX wieku.

Najgłośniej i najdobitniej sformułował ją Adam Mickiewicz, nasz największy poeta. Po raz pierwszy wypowiedział ją wieszcz Dziadach, w części III. Poeta ukazał tam Polskę jako ukrzyżowanego Chrystusa narodów. Co znaczyło tyle, że żadne cierpienie Polaków nie idzie na marne, bo służy odkupieniu całego świata. Z tak przyjętego dogmatu wynika również, że w planach Boga owo cierpienie ma swój święty cel, bo służy odkupieniu win wszystkich mieszkańców globu.

Tym samym Mickiewicz mówi do swych rodaków, że są wyjątkowi i własne cierpienia muszą przyjmować z pokorą. da się z tego wysnuć i taką przesłankę, że czym nasze cierpienia są większe, tym lepiej dla sprawy. Z myśli Mickiewicza wynika również i to, że jesteśmy narodem szczególnym, wybranym, innym i lepszym od innych nacji. A to już jest powód do dumy, dziwnej, ale dumy.

Polacy po klęsce powstania listopadowego

Trzeba powiedzieć, że najpierw rozbiory a potem klęska Napoleona i powstania listopadowego spowodowały wśród Polaków nastroje wręcz defetystyczne i abnegackie. Oczywiście większość ówczesnych elit wiedziała, że walną winę za rozbiory ponoszą sami Polacy, którzy dopuścili do osłabienia, a w konsekwencji do rozpadu swojego państwa. Czym innym jest jednak wiedzieć, a czym innym przyznać się do win przodków. Szlachecka duma nie pozwalała naszym elitom do publicznego bicia się w piersi i posypywania głów popiołem, bo utraciłaby moralne prawo do posiadania niewolnych chłopów i majątków. Spośród naszych pisarzy właściwie jedynie Juliusz Słowacki sumiennie rozliczał naszą historię.

Reszta natomiast pisarzy i myślicieli wolała szukać win u innych, byle nie u siebie. Tym innym przewodził oczywiście Adam Mickiewicz, który zamiast rozliczeń  snuł chwalebne opowieści w miłych okolicznościach przyrody oraz wśród przedstawicieli wesołego ludu. Jak w „Panu Tadeuszu”. Niemniej problem z odpowiedzialnością był. I tu na ratunek zasmuconym Polakom ruszyła filozofia mesjanistyczna, która w cierpieniach naszego narodu widziała święty, wielki cel.

Mesjanizm biblijny i polski

Koncepcja polskiego mesjanizmu rozwinęła się po klęsce powstania listopadowego i była próbą tłumaczenia poniesionych ofiar i cierpień jako niezbędnego warunku do wypełnienia przez naród polski swej szczególnej misji w dziele wyzwolenia i uszczęśliwienia wszystkich ludów Europy, czyli świata.

Mesjanizm pojawił się najpierw w religii Izraela i odnosił się do końca istnienia świata. Jej przesłaniem jest mająca nadejść epoka mesjańska, którą charakteryzować będzie wolność polityczna, doskonałość moralna i ziemskie szczęście dla ludu Izraela w jego własnej ziemi. Jest ta filozofia ściśle związana z oczekiwaniem pojawienia się Mesjasza, który zbawi świat. Idea mesjanizmu obecna jest w nauczaniu Biblii oraz Talmudzie. Następnie mesjanizm następnie stał się główną ideę chrześcijaństwa, którego już sama nazwa znaczy „mesjanizm”, bo z greckiego „Christos” to „Mesjasz”.

W chrześcijaństwie, powstałym w łonie judaizmu, od początku nadzieję mesjańską próbowano oczyścić z elementu politycznego i narodowościowego. Inspirowane religią idee mesjanistyczne pojawiały się również poza judaizmem i chrześcijaństwem, w dziełach filozoficznych i literackich. Filozofie mesjanistyczne rozkwitły w pierwszej połowie XIX w. w ramach ogólniejszego nurtu krytyki racjonalistycznej filozofii oświecenia.

Nie wszystkie mesjanizmy filozoficzne przewidywały też osobowego mesjasza (czy to Chrystusa, jak Cieszkowski, czy też w postaci wybitnej jednostki, jak Andrzej Towiański). Część z nich mesjański charakter przypisywała kolektywom, np. narodom (Adam Mickiewicz), klasom społecznym (Henri de Saint-Simon, Anatolij Łunaczarski), armiom, czy takim bytom jak duchy przodków czy filozofia (Józef Hoene-Wroński).

Andrzej Towiański – mistyk czy szpieg?

Cechą charakterystyczną mesjanizmu jest m.in. to, że był w dużej mierze formułowany w dziełach literackich, a nie ściśle filozoficznych. Dla wielu polskich mesjanistów zbawienie łączone było z wyzwoleniem narodu polskiego spod władzy zaborców. Za wybitnych filozofów mesjanistycznych uważa się Józefa Hoene-Wrońskiego, Augusta Cieszkowskiego, Adama Mickiewicza, Zygmunta Krasińskiego. Najważniejszą grupą mesjanistyczną było, skupione wokół Andrzeja Towiańskiego, „Koło Sprawy Bożej”.

Owo Koło było ruchem moralno-religijnym. Powstało w Paryżu z inicjatywy Andrzeja Towiańskiego w 1842 r. i działało do 1878 r. Towiańczycy wierzyli w nadejście nowej epoki, przybliżającej nadejście Królestwa Bożego na ziemi, doniosłą rolę narodu polskiego w procesie dziejowym, krytykowali również zinstytucjonalizowane formy religijne. Byli przekonani, że każdy człowiek posiada wewnątrz siebie ukrytą wiedzę absolutną ofiarowaną mu przez Boga. Do Koła należało wielu przedstawicieli polskiej emigracji, m.in. Adam Mickiewicz i Seweryn Goszczyński

Andrzej Tomasz Towiański (ur. 1 stycznia 1799 roku na Litwie, zm. 13 maja 1878 roku w Zurychu.  Współcześni poświadczają, że był człowiekiem o niezwykle silnej osobowości i charyzmie. Towiański był ziemianinem i pochodził z Wileńszczyzny. Studiował prawo na Cesarskim Uniwersytecie Wileńskim. 11 maja 1828 w tamtejszym kościele oo. Bernardynów doznał objawienia religijnego, co utwierdziło go w przekonaniu, że walką z bronią w ręku, wynikającą z nienawiści do drugiego człowieka, nie da się zmienić rzeczywistości na lepszą. W roku 1840 zostawił rodzinny majątek i rodzinę (w tym piątkę dzieci) i udał się do Paryża, gdzie po klęsce powstania listopadowego przebywała polska elita.

W 1842 roku został usunięty z Francji pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. Dwukrotnie udawał się do papieża, aby przekonać go do rewolucji chrześcijańskiej, tj. wprowadzenia zasad ewangelicznych w stosunki międzynarodowe. Niewpuszczony przed oblicze papieskie, pisał listy do Piusa IX, na które nie otrzymał odpowiedzi.

Idee Towiańskiego były połączeniem mistycyzmu z konkretnymi ideami politycznymi, odnoszącymi się bezpośrednio do sytuacji w Europie, do losu Polski i Polaków. Jednym z podstawowych założeń towianizmu było przekonanie, że w proces historyczny włączone są posłannictwa poszczególnych narodów, ze szczególnym uwzględnieniem Polaków, Francuzów i Żydów. Towiański odrzucał instytucję Kościoła w jej XIX-wiecznym kształcie. Domagał się kościoła wewnętrznego, duchowego. Dla patriotów polskich najbardziej kontrowersyjne były jego idee prymatu Sprawy Bożej nad sprawą niepodległości Narodu.

Towianizm głosił potrzebę autentycznego naśladowania Chrystusa, widzenia bliźniego nawet we wrogu politycznym. Dlatego Towiański był oskarżany o brak patriotyzmu, a nawet szpiegostwo. Nie wchodząc w dalsze szczegóły filozofii Towiańskiego, trzeba powiedzieć, że człowiek ten dość skutecznie zabełtał w głowach wielu największym z polskich emigrantów w Paryżu. Po dziesięcioleciach odnaleziono ponoć dokumenty stwierdzające, że jego podróż i pobyt we Francji opłaciły rosyjskie tajne służby. Celem tych służb była kontrola polskiej emigracji oraz działania rozbijające jej jedność.

Skutki

Niestety idee mesjanistyczne bardzo się spodobały wielu Polakom. Bo zdejmowały z nas najmniejszą choćby odpowiedzialność za słowa i czyny. Skoro bowiem jesteśmy jedynie pionkami na boskiej szachownicy, jeśli tak czy tak czeka nas ziemski raj, to nie trzeba nic robić. A nawet jeszcze wyraźniej – czym z nami gorzej, tym lepiej.

Dla wielu rodaków jesteśmy narodem wybranym, zaraz po Żydach. Albo nawet przed narodem Izraela. To szaleństwo neo-mesjazmu jest groźne, bo znosi z Polaków jakąkolwiek odpowiedzialność za stan państwa i narodu. Jest to oczywiście bardzo wygodne dla duchów leniwych. A jeśli dodamy do tego jeszcze ustawiczną „działalność złych duchów” działających na naszą szkodę, to właściwie mamy piekło na ziemi, czyli raj.

Bardzo to wszystko jest smutne, a przez to bardzo śmieszne. Albo odwrotnie.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Wielka ucieczka do Brukseli

W środowisku najbardziej zajadłych „obrońców demokracji” zapanowała konsternacja. Najważniejsze nazwiska rządu Tuska chcą uciec do Brukseli. Ale jak to? W trakcie „rewolucji”?

Gdyby to był jeden minister, nawet Bartłomiej Sienkiewicz, to byłaby pewnie sensacja, a co dopiero tylu? Minister braku kultury i pogardy dla dziedzictwa narodowego z pewnością zasłużył się w oczach tych dla których jedynym istotnym punktem programu Donalda Tuska jest osiem gwiazdek. Niczego nie zbudował, nie wprowadził żadnego nowego porządku, za to najwyraźniej skutecznie, siłowo i bezprawnie zrujnował media publiczne. Wsławił się cenzurą wystawy Ignacego Czwartosa i niszczeniem instytucji kultury.

Dyla do Brukseli

Nie wiadomo czym się wykazał minister braku aktywów państwowych Borys Budka, ale minister spraw wewnętrznych i brutalności Marcin Kierwiński w oczach najbardziej krwiożerczej „demokratycznej” tłuszczy zdążył się zasłużyć potraktowaniem rolników i ich zwolenników podczas protestu 6 marca 2024 roku. Zdawałoby się bohaterowie ulicy w trakcie wielkiego dzieła, ale nie, zwrot o 180 stopni i dyla do Brukseli.

A na tym nie koniec, Wielcy Platformerscy Śledczy, przez złośliwych nazywani na cześć bohaterów czeskiej animacji znanej w Polsce jako „Sąsiedzi” – Pat i Mat – Dariusz Joński i Michał Szczerba. Dopiero co zostawali przewodniczącymi „wielkich komisji śledczych, które miały zaorać PiS”. To już? PiS zaorany? A Kamila Gasiuk-Pihowicz, która dopiero co zapowiadała „początek końca neo-KRS”, w której skład złośliwym zrządzeniem Tuska weszła? Już z KRS skończyła? No chyba, że planuje to zrobić z trzeciego miejsca listy warszawskiej listy KO.

„Słabo to wygląda”

Czy można się więc dziwić pewnemu zaskoczeni w najbardziej krwiożerczych „demokratycznych” bańkach informacyjnych? Jedni jeszcze bez większego entuzjazmu usiłują przekonywać, że „PO potrzebuje silnych jedynek” (króciutka ta ławeczka „partii elit”), ale inni już piszą, że „słabo to wygląda niestety”, że „za rok tego rządu już nie będzie”, że „nie pójdą na wybory” i, że co najgorsze „PiS się cieszy”.

Skąd te wątpliwości, skąd ten defetyzm? Ten jakby brak wiary bejsbol Tuska? Ano może stąd, że jakby tego nie fryzować, to nijak nie przypomina to taktyki pewnych siebie konkwistadorów „demokracji”. Gdybym miał się tu pokusić o „skrajnie prawicową” przecież i nacechowaną, jak zwykle, pewną dozą typowo „populistycznej” paranoi i myślenia życzeniowego, spekulację, posunąłbym się do tezy, że ktoś tu narobił w zbroję, do kogoś dociera świadomość konsekwencji „przywracania” „demokracji” na rympał, z łamaniem prawa, przemocą i gwałtem na podstawowych standardach. Konsekwencji jak najbardziej karnych. Przy takiej świadomości ma prawo wzrosnąć pragnienie posiadania immunitetu, choćby to się miało i „silnym razem” nie spodobać.

Słyszę oczywiście te wszystkie tłumaczenia jakoby miał to być „odwrót na z góry upatrzone pozycje”, jednak w swojej ułomności nie potrafię nie widzieć tam raczej szczurów uciekających z tonącego (?) okrętu.

Wojny tu żadnej nie ma – korespondencja MARII GIEDZ z Libanu

Polskie massmedia straszą ludzi wojną w Libanie. Znajomi wypytują „czy żyję?” A tu spokój, piękna pogoda, mili ludzie, smaczne jedzenie, bujna przyroda i to głównie o tej porze roku. Turystów niestety mało, bo propaganda robi swoje.

Komuś musi bardzo zależeć na tym, aby Liban przedstawiać, jako kraj ogarnięty wojną, czyli w ogniu. Na stronie polskiego MSZ-tu widnieje ostrzeżenie dla wyjeżdżających z Polski do Libanu, które można utożsamiać z zakazem podróżowania do tego kraju:

W związku z trwającym konfliktem w regionie oraz niestabilną sytuacją na południu kraju i okresową wymianą ognia, a także coraz częściej odnotowywanymi przypadkami zatrzymań obcokrajowców, w tym obywateli polskich, Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszelkie podróże do Libanu.

Sytuacja bezpieczeństwa w Libanie jest wysoce nieprzewidywalna. Nie można wykluczyć, że dojdzie do nagłej eskalacji działań zbrojnych i ewentualnych ograniczeń w ruchu lotniczym, które mogłyby spowodować trudności w opuszczeniu kraju.

Po takim „apelu” nic dziwnego, że biura podróży odwołują wyjazdy. A miejscowi tracą pracę i nadzieję na przeżycie całych rodzin. Już zastanawiają się, czy nie opuścić rodzinnej ziemi i udać się na emigrację, bo Liban przecież nie ma przemysłu, żyje głównie z turystyki. Trochę przesadzam, gdyż jest kilka cementowni, jadąc na północ w stronę Tripolisu, a także fabryk paszy, czy kamieniołomy. Ma, co prawda bogate złoża gazu, ale ich nie eksploatuje, bo nie ma, kto tego zrobić.

Zastanawiam się, czy o Polsce też nie powinno się pisać jak o Libanie. Przecież wojna na Ukrainie może w każdej chwili przenieść się do Polski, więc nikt z państw Zachodu nie powinien nawiedzać naszego kraju, jesteśmy przecież krajem niebezpiecznym. A dla przykładu, na terytorium Polski spadły ze dwie rosyjskie rakiety i nawet zabiły dwie osoby. W Libanie takich przypadków nie odnotowano, ale to Liban jest zagrożony, a Polskę uznaje się za bezpieczną. Brawo dla naszych polityków, a zwłaszcza „specjalistów” od Bliskiego Wschodu?

Zamek na wodzie. Przez krótki okres był własnością templariuszy. Fot Maria Giedz
Wodospad Afqa. Fot. Maria Giedz

Liban to nie Syria, gdzie wojna toczy się od 13 lat i to dzięki „politycznym geniuszom” obcych państw wspierających owy konflikt zbrojny. W Libanie nie ma, kto kogo wspierać, bo nie ma rządu, nie ma prezydenta, a większość kraju, to rejony chrześcijańskie. Chrześcijanie nie będą się układać ani z Rosją, ani z Turcją, ani z Iranem, a Amerykanie nie są nimi zbytnio zainteresowani. Zresztą chrześcijan, zgodnie z nową modą nikt nie będzie wspierać, poza niektórymi organizacjami, jak Pomoc Kościołowi w Potrzebie, czy Templariusze, bo i po co. Oczywiście jest stosunkowo niewielki teren opanowany przez Hezbollah wspierany przez Iran, ale ten nie wychyla się z żadnymi agresywnymi działaniami, więc i nikt go nie zaczepia, chyba, że słownie. Poza tym terenów opanowanych przez Hezbollah można nie zwiedzać, choć szkoda, bo właśnie tam w Baalbek znajdują się najwspanialsze ruiny starożytnych kultur. Drugi obszar, na południu, czyli Tyr i okolice Sydonu, gdzie od 1949 r. znajdują się obozy dla palestyńskich uchodźców też na wszelki wypadek lepiej omijać, zwłaszcza, że tam króluje Hamas, ale pozostałe są fascynujące i jaka radość dotarcia do nich!

Ile tu jeziorek! ale tylko wiosną. Potem jest sucho. Fot. Maria Giedz

Nasza mała, 12-osobowa grupka, jest zachwycona tym, co oglądamy i w czym uczestniczymy. Ośnieżone góry sięgające trzech tysięcy metrów nad poziomem morza, piaszczysto-kamieniste plaże z ciepłym morzem, w którym można się kąpać, piękne groty, niektóre do dzisiaj użytkowane, pozamieniane na kaplice i kościoły, warownie z czasów krzyżowców, a nawet pałace i okazałe rezydencje, a i o tej porze roku pełne wód wodospady, jeziorka mieniące się w słońcu, kwieciste łąki… Ciekawostek i wszelkich atrakcji turystycznych znajduje się w Libanie bez liku, mimo że kraj jest mały, niewiele większy od województwa opolskiego.

Msza św. odprawiana w cedrowym lesie. Fot. Maria Giedz

Jak wspomniałam wcześniej Liban to kraj w większości chrześcijański, więc wiele tu kościołów i miejsc pamiętających czasy nie tylko apostołów, ale i samego Jezusa, który po tych terenach wędrował i na tych terenach nauczał. W miejscu, gdzie Jego Matka, czyli Maria, Matka Boża czekała na Jezusa nasz „prywatny kapelan” odprawił Mszę Świętą. Jaka uczta duchowa! Zresztą takich doznań duchowych mieliśmy znacznie więcej. Wszystkim najbardziej utkwiła liturgia odprawiana w środku cedrowego lasu, wśród kilkusetletnich, a nawet żyjących prawie dwa tysiące lat drzew i to z widokiem na ośnieżone góry.

Msza św. w Harissie z patriarchą maronickim. Fot. Maia Giedz

Mieliśmy też możliwość uczestnictwa we Mszy Św. celebrowanej przez maronickiego patriarchę, na którą przybyło kilka tysięcy osób, głównie kobiet z najróżniejszych „kółek różańcowych”, bo to właśnie dla nich tę Mszę odprawiano. Warto tu wspomnieć, że kraj ten zamieszkuje 4,5 mln Libańczyków oraz 2,5 mln uchodźców, głównie syryjskich. Bazylika w Harissie, to taka polska Częstochowa, pękała w szwach, a mieści się w niej trzy tysiące wiernych. Podobnie było na procesji (pielgrzymce) z pustelni do grobu św. Charbela, która odbywa się 22 dnia każdego miesiąca. Nie wiem ile osób w niej uczestniczyło, ale cała trasa to długość około dwóch kilometrów i kiedy pierwsi pątnicy dochodzili do klasztoru w Annayi, to ostatni opuszczali pustelnię. Niesamowite przeżycie! W tej wędrówce z Najświętszym Sakramentem, trochę przypominającej „Boże Ciało”, biorą udział nie tylko chrześcijanie, maronici, czyli katolicy, ale i muzułmanie, oraz wyznawcy innych religii. No cóż św. Charbel, to święty na dzisiejsze czasy. Czci się go już niemal na całym świecie i stał się bardzo popularny, chociaż za życia był człowiekiem wyjątkowo skromnym. Ktoś zapyta:, dlaczego? Odpowiedź brzmi:, Bo jest skuteczny!

Pielgrzymi wędrujący z pustelni Charbela do grobu świętego. Maria Giedz

Zresztą Liban „obfituje” w świętych i błogosławionych, w Polsce stosunkowo mało znanych, ale jakże ciekawych, jak chociażby święta Rita, święty Maron, czy błogosławiony Esteban. Może, dlatego kraj ten jest chroniony przed najróżniejszego rodzaju „kataklizmami”, jak wojna, tocząca się w krajach ościennych, ale nie w Libanie. Polskie samoloty tu docierają i nie tylko polskie. W czasie całego pobytu widziałam tylko raz na niebie helikopter – medyczny, a nie wojskowy oraz pasażerskie samoloty lądujące w okolicy Bejrutu. Poza tym szum morza, no i petardy wystrzelone z okazji zaręczyn młodych ludzi.

Wśród turystów spotkałam tylko jedną grupę pielgrzymkową i to z Polski, z Krakowa. Pozostali boją się przyjechać, gdyż propaganda robi swoje. Ciekawe, komu zależy na tym, aby Liban przedstawiać w ogniu – pytał mnie Kazimierz Gajowy, polski dziennikarz mieszkający od 40 lat w tym kraju?

Jak Matka Boska Kodeńska, a to wysoko w Górach Libanu. Fot. Maria Giedz

Remanenty WALTERA ALTERMANNA: Co mnie śmieszy, co mnie smuci (2)

Najbardziej z wszystkich zachowań śmieszy mnie (ale i przeraża) zakłamanie. Ludzie wolą być postrzegani bardziej jako ideowcy, niż osobnicy kierujący się przyziemnymi interesami. Nie wiedzieć czemu ci, którzy dla marnego grosza są gotowi zrobić każde świństwo, sprzedać ojca i matkę, wyrzec się wczoraj jeszcze żarliwie wyznawanej wiary… Ci wszyscy zawsze tłumaczą się, że kierowała nimi wyższa moralna bądź ideowa konieczność.

Pół biedy, gdy zakłamane są jednostki, gorzej, gdy zakłamanie dotyka całe narody i państwa. Nie znam w historii i współczesności żadnego państwa, którego władze i obywatele przyznawaliby się do tego, że podbijali sąsiadów, okradali inne narody jedynie w imię pomnażania własnych majątków.

Ucieszny i smutny kolonializm

Bardzo ucieszne są tłumaczenia wszystkich państw kolonialnych, które uzasadniały swoje podboje własną wyższością moralną, religijną i kulturotwórczą. Anglicy, Hiszpanie, Holendrzy, Francuzi, Niemcy, Portugalczycy, Rosjanie, Turcy a nawet naród tak nieliczny jak Belgowie – wszyscy oni tłumaczyli sobie i światu, że musieli podbijać Afrykę, obie Ameryki i Azję, bo przecież ludy zamieszkujące te kontynenty wręcz oczekiwały zaznajomienia ich z europejską kultury i katolicyzmem, jako najwyższymi formami duchowymi i materialnymi.

Jednakże, niektóre z podbijanych narodów walczyły ze swymi europejskimi dobroczyńcami, ale to tylko dlatego, że nie rozumiały swojego wiekuistego interesu. Gorzej, czyli jeszcze śmieszniej, bo kolonizatorzy oczekiwali i do dzisiaj oczekują wdzięczności tych niegdyś podbijanych narodów.

Kto mi nie wierzy, niech sięgnie do podręczników szkolnych Wielkiej Brytanii, w których jeszcze dzisiaj, całkiem serio, informuje się dzieci i młodzież o wiekopomnej cywilizacyjnej roli Brytyjczyków w dzisiejszych Indiach, Pakistanie, Chinach, Afganistanie i wielu innych państwach.

Muszę też wspomnieć o Niemcach, tłumaczących swój udział w rozbiorach Polski miłosierdziem wobec Polaków, którzy to bez Niemców nie byliby w stanie moralnie się rządzić samemu. Podobnie tłumaczyli się Austriacy i Rosjanie. Tyle tylko, że tym ostatnim mało kto wierzył, bo to jednak naród po trosze azjatycki, czyli gorszy. Ta segregacja naszych zaborców też jest śmieszna. Bo wszyscy trzej byli po jednych pieniądzach.

Tu zauważę też, że ani nam Polakom, ani narodom Bałkanów, Czechom, Słowakom i Ukraińcom do głowy nie przychodzi, żeby uznać podboje austriackie za dobrodziejstwo. Tym bardziej, że bogactwo i przepych Wiednia nie powstały z ciężkiej pracy rdzennych Austriaków, ale z okradania narodów podbitych.

I to akurat nie jest śmieszne, bo przysłowiowa nędza galicyjska i okrutna bieda Bałkanów nie wzięły się same z siebie, ale jako skutek łupieżczej polityki Wiednia.

Śmieszna herbatka w Bostonie

Od czasów powstania Stanów Zjednoczonych trwa śmieszna, do rozpuku. propaganda wszystkich ich rządów, które za cel główny stawiają sobie szerzenie w świecie demokracji i wolności.

W dniu 4 lipca 1776 r. ogłoszono Deklarację Niepodległości 13 Kolonii i proklamowano powstanie Unii pod nazwą Stany Zjednoczone Ameryki. Do dzisiaj USA przestawiają ten fakt jako rewolucję w imię wolności. A tak naprawdę Amerykanie zbuntowali się przeciw właścicielowi tych ziem, czyli Anglii.

Bo przecież jest prawda niezbitą, że to Anglicy podbili te ziemi i zagospodarowali. Anglicy przybyli do Jamestown w Wirginii w 1607 r. Ich relacje z rdzennymi mieszkańcami od początku były chłodne.

Wojna siedmioletnia z Francją podwoiła brytyjski dług publiczny. Aby ustrzec się przed ewentualnym atakiem ze strony Francji, Brytyjczycy potrzebowali pieniędzy na stałe stacjonowanie garnizonu w koloniach powstałych wzdłuż wschodniego wybrzeża USA.

Charles Townshend, minister skarbu, wprowadził nowe cła na kolonialny import szkła, ołowiu, farby, papieru i herbaty. Takie rozwiązanie miało pomóc w zebraniu środków na stacjonowanie wojsk brytyjskich wzdłuż zachodniej granicy. Seria ustaw doprowadziła do masakry bostońskiej w 1770 r.. Wówczas wojska brytyjskie zastrzeliły pięciu mieszkańców Bostonu. Wprowadzone przez Townshenda cła zostały zniesione tego samego dnia. Zachowano jedynie podatek od herbaty – jako symbol supremacji parlamentu.

Protesty sprzyjały budowaniu kolonialnej jedności. Przyjezdni Europejczycy zaczęli zdawać sobie sprawę, że mają ze sobą więcej wspólnego niż z Brytyjczykami. Po uchyleniu niekorzystnych ustaw niezadowolenie wśród kolonizatorów zaczęło jednak słabnąć.

Bostońska herbatka bez cukru i lukru

Czyli było tak, że koloniści nie chcieli płacić podatków właścicielowi tych ziem, czyli Anglii. Zastanówmy się, czy to rzeczywiście owo metafizyczne pragnienie wolności spowodowało bunt, czy też może przyziemna troska o własne i interesy? Biorąc pod uwagę kto stał na czele buntu, a byli to znamienici i jedni z najbogatszych mieszkańców ówczesnej Ameryki Północnej, trzeba powiedzieć, że zbuntowali się ci, którzy zaczęli tracić najwięcej.

Wolność reglamentowana

Interesujące jest to, że następne duże wydarzenie w dziejach USA miało niemal identyczny przebieg, bo z kolei w roku 1861 mieszkańcy Południa zbuntowali się przeciw prawu narzucanemu przez Północ. Tym razem chodziło o wolność dla czarnych niewolników, którzy – według Północy – bardziej przydaliby się w okolicach Nowego Jorku i Chicago, jako wolni już robotnicy, w powstających właśnie wielkich fabrykach.

I o dziwo, po niemal 90 latach od bostońskiej herbatki, Północ zapomniała o prawie do wolności każdego człowiek. I wystąpiła zbrojnie przeciw Południu. Ta dwoistość zasad wolności jest naprawdę zdumiewająca. Bo nie o jakąkolwiek i czyjąkolwiek wolność tu chodziło, ale o biznes.

No tak, ale czyż powiedzenie, że za rewolucją z 1776 roku i wojną secesyjną w latach 1861-65 stały pieniądze i spodziewany zysk, nie byłoby niskie, choć szczere? Oczywiście! I dlatego USA dumnie mówią o sobie jako ojczyźnie wolności i demokracji, bo tak jest bardziej elegancko.

Czy to nie śmieszne? Bardzo. Bo dla mnie „Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych” jest jednym z najlepszych opakowań marketingowych biznesu w historii.

Wolność, czyli podbój Meksyku

Z tą wolnością Amerykanów jest i tak dziwnie, że przyznając ją sobie, nie chcieli respektować jej u sąsiadów.  Gdy Meksyk zyskał niepodległość w 1821 r., Amerykanie przejęli od niego Florydę. Meksykański rząd odmówił jednak sprzedaży USA kluczowych obszarów (Kalifornii i Teksasu). W odpowiedzi kongres USA uchwalił przyjęcie Teksasu jako 28. stanu w 1845 r. Tak zaczęła się wojna amerykańsko-meksykańska. Meksyk tę wojnę przegrał i musiał sprzedać USA nie tylko terytorium Kalifornii i Teksasu, ale także Nowego Meksyku, Arizony, Utah, Wyoming i Kolorado. Dostał za to zaledwie 15 mln dolarów.

Nie mówię, że USA nie są wielkim, dynamicznym i innowacyjnym państwem, bo są. Mówię jedynie o tym, że ich propaganda i autopromocja są śmieszne. Choć strach się śmiać.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Faktycznie kierował bezpieką i przesłuchiwał Pileckiego. Gdzie jest jego grób?

23 kwietnia 1956 r., w ramach bolszewickich walk frakcyjnych, komuniści aresztowali wyjątkowego okrutnika, faktycznego szefa bezpieki (choć w randze wiceministra) Romana Romkowskiego. W marcu 1957 r. Romkowski został skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Na wolność wyszedł razem z innymi bestiami: Fejginem i Różańskim w 1964 r.

Roman Romkowski urodził się w 1907 r. jako Menasze Grinszpan-Kikiel. Już w młodości został komunistą, przeszkolony w Kominternie („Szkoła Lenina”). Równolegle pracował w Krakowie w fabryce skrzyń, potem terminował w zakładzie krawieckim. W 1930 r. był delegatem na V Zjazd Komunistycznej Partii Polski do Moskwy. Przez kilka lat więziony w Polsce za działalność wywrotową i antypaństwową.

We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy w batalionach robotniczych, po czym przedostał się do zajętego przez ZSRS Brześcia. W latach 1941-1944 dowódca, komisarz polityczny i szef wywiadu oddziału partyzantki sowieckiej „Brygada im. Stalina” na Białorusi.

Od 1 sierpnia 1944 r. delegowany do „polskiej” bezpieki: szef kontrwywiadu Resortu Bezpieczeństwa Publicznego, potem dyrektor kontrwywiadu w MBP (Departament I). W latach 1946-1949 pomocnik ministra BP, a od 1 stycznia 1949 r. do 27 listopada 1954 r. oficjalny wiceminister bezpieczeństwa. W latach 1949 – 1954 członek Komisji Bezpieczeństwa KC PZPR, która nadzorowała aparat represji.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 r. mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 r. nadzorował śledztwo w przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Według relacji osobiście przesłuchiwał rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.
W połowie grudnia 1948 r. jeden z krwawych funkcjonariuszy bezpieki – Józef Dusza otrzymał polecenie od Romkowskiego i Różańskiego, aby „w celach na Mokotowie stworzyć taki reżim, aby podejrzani sami prosili o doprowadzenie ich z celi na przesłuchanie”.

Roman Romkowski stworzył również specjalną listę sędziów dopuszczonych do wydawania wyroków na przeciwników politycznych – zarówno w nagłaśnianych procesach pokazowych jak i sekcjach tajnych, powołanych przy sądach powszechnych. W wydanej przez IPN książce Grzegorza Jakubowskiego „Sądownictwo powszechne w Polsce w latach 1944-1950” czytamy: „Sekcja tego typu, wzorowana na radzieckich »trojkach«, rozpoczęła działalność na początku 1950 r. w Departamencie Nadzoru Sądowego Ministerstwa Sprawiedliwości. Powstała z inspiracji wiceministra bezpieczeństwa publicznego Romana Romkowskiego, który poprzez Henryka Podlaskiego, dyrektora Departamentu Nadzoru Prokuratorskiego w MS zażądał od Henryka Chmielewskiego (minister sprawiedliwości; z tego fragmentu też wynika jasno, że faktycznie rządził Podlaski i to on kontaktował się z bezpieką i realizował jej interesy) zorganizowania szczególnego sposobu rozpoznawania karnych spraw politycznych »o wielkiej wadze dla interesów Partii i Państwa«. Sprawy te mieli rozpatrywać na niejawnych posiedzeniach sędziowie w pełni zasługujący na zaufanie partii. Zgodnie z żądaniami Romkowskiego odbywało się to często na terenie więzienia (stąd nazwa »sądy kiblowe«)”. Jedną z takich szczególnych spraw, rozpatrywanych w 1953 roku przez sekcję tajną przy Sądzie Wojewódzkim w Warszawie był mord sądowy na gen. Auguście Emilu Fieldorfie „Nilu”.

Po ucieczce do USA innego mordercy z bezpieki Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba) 10 października 1954 r. Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

Jeden z pracujących w tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę na przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

Roman Romkowski zmarł w 1968 r., pochowany został na Powązkach Wojskowych w Warszawie, choć we wskazanym miejscu (kwatera G-9-14) jego grobu nie ma!

Daj im, Panie, szczęście wyjechać i przeżyć… – ÓSMY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Ludzie pośpiesznie opuszczają miasto. Mieszkańcy Buczy jadą autobusami, własnymi samochodami, rowerami, idą pieszo. Aby jak najdalej od śmierci. Ale żaden z nich nie ma gwarancji, że dotrze do upragnionego celu. Świadectwem tego są spalone samochody na ulicach oraz okaleczone ciała obok – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

9 marca 2022 roku, środa

Godz. 8.13, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano Włodzimierz przeczytał, że rzekomo spodziewane jest przerwanie ognia i organizacja korytarzy humanitarnych dla ewakuacji mieszkańców Buczy z ratusza na Energetyków 12 przez Stojankę i Białogórę do Kijowa. Do autobusów będą mogły wsiadać tylko dzieci i kobiety. Daj im, Panie, szczęście wyjechać i przeżyć… Coś mi podpowiada, że jesteśmy, jak mówił Popandopulo z popularnej niegdyś komedii, „na progu wielkiej zapaści”. Muszę bardzo poważnie zastanowić się nad możliwością wyjazdu naszej rodziny z Buczy, bo już po raz drugi słyszę o listach tych, których szukają kacapy. Wśród „wrogów reżimu” są także dziennikarze. A ja jestem redaktorem naczelnym „ideologicznie szkodliwej” (według rosyjskich propagandystów) gazety. A Tamara to członkini NUJU (Narodowy Związek Dziennikarzy Ukraińskich — przyp. red.).

Godz. 11.23, Bucza, ulica Energetyków 12, ratusz miejski w Buczy. Z dziennika Serhija Kulidy

Spokój. Poszedłem zobaczyć, co się dzieje przy ratuszu. Ludzi — masa. Kolejka, bardziej przypominająca tłum, czeka na autobusy, ciągnie się od przychodni na Polowej do urzędu miasta. Chociaż ogłoszono o odjeździe tylko kobiet i dzieci, w tłumie jest pełno dorosłych mężczyzn w wieku poborowym. Być może tylko odprowadzają swoich bliskich. W kolejce widzę wielu emerytów i osób na wózkach. Dzieci trzymają na rękach klatki z kotami, chomikami i, niespodziewanie zauważyłem, białymi szczurami i żółwikami. Dorośli mają psy różnych ras i rozmiarów. „Arystokraci” z solidnym rodowodem i „bezdomne” szczeniaczki. Zauważyłem, że na czele kolejki (widocznie przybiegła jedna z pierwszych) stoi mieszkanka naszej klatki z piątego piętra o imieniu Walentyna, która udaje aktorkę. Albo udaje, albo naprawdę jest szalona. Chociaż jąka się, to bardzo dobrze wszystko rozumie i orientuje się w czasie i przestrzeni. Autobusów nie widać, ale wszędzie — zaparkowane samochody osobowe. Ich pasażerowie pławią się w nadziei, że przejadą na tereny kontrolowane przez Ukrainę w jednej wspólnej kolumnie, bo Rosjanie strzelają do pojedynczych aut. Czas płynie, ludzie wyczekują ewakuacyjnego transportu, ale bezskutecznie…

Godz. 14.40, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

Na ulicy mroźny wietrzyk. Stoimy w podwórku z chłopakami. Palimy i omawiamy sytuację: „sojusznicy” wciąż nam nie zamknęli nieba, nie dają samolotów, tylko „Bayraktary”, jak informują portale informacyjne, niszczą wrogą technikę. A jeszcze — Polska dostarcza nam czołgi i zaczęła przyjmować naszych uchodźców w niewiarygodnych ilościach. W końcu to my, przecież, chyba najbliżsi krewni. Pomimo historycznych, powiedzmy sobie, kłopotów i nieporozumień. To jak w każdej rodzinie: kłócą się, nawet biją, ale zawsze się godzą i dalej żyją w miłości i zgodzie. Tak i my z Polakami…

Godz. 17.32, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Zmierzcha się. Widzę, jak niektórzy nasi sąsiedzi wracają spod ratusza, zmarznięci i rozczarowani. Więc autobusy nie przyjechały. Włodzimierz czyta komunikat z ratusza o tym, że „Rosjanie złamali wcześniejsze porozumienia dotyczące Buczy — kolumna z 50 autobusami stoi na punkcie kontrolnym w Stojance. Rosyjscy żołnierze nie przepuszczają transportu do Buczy. Trwają negocjacje, aby odblokować ewakuację, ponieważ w centrum Buczy czeka trzy tysiące ludzi”. Kacapom nieważny jest los Ukraińców. Przyszli tu, by ich zabijać, gwałcić, okaleczać, grabić…

Godz. 22.05, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Wieczorem zebrałem chłopców — Romana i Denisa — w zaułku naszej podziemnej „fortecy”.

— Jak chcecie, ale samochód trzeba „postawić na koła”.

— A co my możemy zrobić… — zaczął właśnie Roman, ale przerwałem mu ostro:

— Nawet nie zaczynaj. Wam się głowy nie tylko do jedzenia nadają. Myślcie… Okażcie się prawdziwymi mężczyznami. Musicie uratować nasze kobiety…

Zamilkli.

— Coś wymyślimy — stwierdził stanowczo Denis.

— No i dobrze. A teraz — spać…

10 marca 2022, czwartek

Godz. 10.14, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś „rocznica” – dwa tygodnie od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny. I prawie cały ten czas spędziliśmy w piwnicy. Już się do tego przyzwyczailiśmy. Codzienne oczekiwanie na dobre wieści. Ale na razie ich nie ma. W całej Ukrainie, tak jak u nas w Buczy, śmierć zbiera swoje straszne żniwo. My, naiwni, mieliśmy nadzieję, że rosyjski naród sprzeciwi się tej awanturze Kremla, ale okazało się, że tępe kacapy tylko poparły niszczenie naszego kraju. Rozbrzmiewają wezwania: „Uciekaj, banderowcu, uciekaj faszysto!” Nacjonaliści, faszyści, okazuje się, że to my, a nie Rosjanie… Tu mówią, że im zawrócono w głowach. Kategorycznie się nie zgadzam. Zabijać, grabić – to jest zapisane, zaprogramowane w rosyjskim kodzie genetycznym. Nigdy nie byli inni. Nigdy…

Godz. 11.08, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, dziedziniec. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano Denis i Roman – przy samochodzie. Próbują odpalić. Nie wychodzi. Zięć rzuca klątwy, zapala kolejnego papierosa i znów pochyla się nad maską „cudu niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego”. Ale auto milczy jak zaklęte. Ani mru.., mru… No, to nie zabawa…

Godz. 11.20, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś słoneczny, wiosenny dzień. Postanowiliśmy otworzyć okna, żeby trochę przewietrzyć mieszkanie, które od ponad dwóch tygodni nie było porządnie sprzątane. Korzystając z ciszy, zaparzyłem kawę na podwórkowej kuchni i wyszedłem na balkon, żeby zapalić papierosa. Jak kiedyś… Uważnie upewniwszy się, że bulwar jest pusty, wyjrzałem na zewnątrz. Nie ma żywej duszy ani jednego samochodu. Ale obok naszego kościoła działo się coś dziwnego. Wydawało mi się, że za kościołem, którego budynek zasłaniał mi widok, żółta koparko-ładowarka zaczyna kopać ziemię. Potem do ogrodzenia kościelnego zbliżyła się ciężarówka i wjechała na teren kościoła. Najpierw nie zrozumiałem, co się tam dzieje, ale potem się domyśliłem: chowają poległych. I dopiero teraz przekonałem się, że pogłoski o dziesiątkach zabitych są prawdziwe. I że na moich oczach przy kościele kopią „braterską mogiłę”.

Godz. 12.25, Bucza, ulica Energetyków 12, ratusz miejski w Buczy. Z dziennika Serhija Kulidy

Przy ratuszu znów zebrał się tłum, podobny do wczorajszego. Długo czekali. I nagle w oddali pojawiły się żółte „szkolne” autobusy… Patrzyłem, jak ludzie opuszczają Buczę, jak żegnają się (może na zawsze) z rodzinami: dzieci – z tatami, żony – z mężami, i nie mogłem powstrzymać łez… Nigdy nawet nie myślałem, że przyjdzie mi przeżyć coś takiego… Ostatecznie postanowiłem: z Buczy trzeba wyjechać. Jak najszybciej…

Godz. 19.34, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, dziedziniec. Z dziennika Serhija Kulidy

Chłopcy opowiadają, że okazało się, iż Tatiana – ta z Doniecka, która agitowała sąsiadów, aby „przesiedzieć” – cicho wzięła nogi za pas z córką, wnukami i zięciem. Rano byli, a wieczorem ani śladu. Pytamy się: po co ludzi wprowadzała w błąd? Jaki w tym sens? Trochę nieprzyjemnie…

11 marca 2022, piątek

Godz. 10.10, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano nasz „komendant” Sasza zajął się inwentaryzacją dostępnych produktów „wspólnego kotła” — konserw, mąki, ziemniaków, oleju, cukru, soli, różnych kasz, słodyczy itp. Wydaje się zadowolony:

—Powinno to wystarczyć na miesiąc, a może i dłużej.

To dobrze. Mamy zapasy wody (pitnej i technicznej) – stoją w trzylitrowych słoikach i w plastikowych kanistrach na podłodze wzdłuż piwnicznych ścian. Telefony i latarki ładujemy powerbankami. Drzwi są solidnie wzmocnione mocnymi podporami. Obok nich kilka siekier, łomów i łopat – do samoobrony. Jest gdzie spać i czym się przykryć. Ale leków i świec mało. Więc (chciałem napisać „żyć”) – można przetrwać…

Godz. 12.25, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

Chłopaki kopią volkswagena. Wściekli. Lepiej o nic nie pytać…

Godz. 14.30, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Ewakuacja z Buczy trwa, a my siedzimy… Może ktoś (a tacy na pewno się znajdą) powie: „Widzisz, chciał uciec… Tchórz!”. Ale jakoś nie chce mi się, żeby moi bliscy, przyjaciele przeczytali nekrolog o tym, że „w Buczy z rąk raszystów zginął redaktor naczelny ‘Literackiej Ukrainy’”… To bez sensu… Komu to przyniesie korzyść?…

Godz. 17.47, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Postanowiłem prowadzić ten dziennik, dopóki Bucza nie zostanie uwolniona. Wierzę, że my – z pewnością!!! – zwyciężymy. Że ten nazistowski gnój, ten wylęg z ‘kompleksu Napoleona”, ten łobuz, który siedzi na Kremlu, zdechnie. A jeszcze lepiej, żeby Pujło znalazł się na ławie oskarżonych w nowej Norymberdze. Razem ze swoimi poplecznikami-mordercami. Tak będzie! Niech Bóg błogosławi Ukrainę!

12 marca 2022, sobota

Godz. 9.33 Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Dzień zaczyna się od informacji, którą naszej rodzinie przekazuje Roma. Wiadomości, niestety, niezbyt pocieszające… Ale ukraiński wojsko nadal zadaje ciosy w odpowiedzi. Ach, ten wasz rosyjski sen o zajęciu Ukrainy w trzy dni. Cholera wam, a nie Ukraina! Jeszcze Roma pokazała obrazki rosyjskich jeńców, które grasują w Internecie. Panie, jacy oni degeneraci! Niskorosłe, krzywonogie, żałosne i jakieś osłabione. Ich twarze wyraźnie nie są obciążone „pieczęcią mądrości”. Przejawia się w nich bezgraniczna głupota tych, którzy, według dzielnego żołnierza Szwejka, przywykli „jeść wszystko, co rymuje się ze słowem ‘jeść’”. Ci prowodyrzy „rosyjskiego świata” w prążkowanych strojach przypominających tylko wojskowe mundury. A to są „wielkorosyjanie”, to jest „druga armia świata”, którą Rosja straszyła świat, jak zwykle, blefując i kłamiąc.

Godz. 10.11, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

Przy wejściu do naszej piwnicy mieszkańcy karmią bezdomne zwierzęta. Nałożyli jakąś kaszę na talerze, nalali wody. W kolejce pierwsza grupa kotów. Kilka psów siedzi i cierpliwie czeka na swoją porcję. Zauważyłem, że już w pierwszych dniach wojny na ulicach przybyło więcej zwierząt domowych. Widać było, że one – zazwyczaj rozpieszczone i zadbane – teraz są trochę zdezorientowane i przytłoczone. Psy i koty wyraźnie nie rozumiały, co się stało, ich smutne oczy były pełne łez (nie przesadzam), smutku i strachu. Nie rozumiały, dlaczego nagle znalazły się na ulicy, dlaczego je, jeszcze wczoraj przytulane i karmione, nagle zostawiły „mamusie” i „tatusie”. Czym zawiniły przed nimi?… Patrzenie na porzucone zwierzęta jest nie do zniesienia. I nic nie można zrobić, aby pomóc. Można tylko dać kawałek kiełbasy albo chleba. To uświadomienie bezsilności jeszcze bardziej pogłębiało ból, pogłębiało poczucie bezbronności.

Ale później, opowiadali ludzie, w mieście pojawili się wolontariusze, którzy podjęli się ratowania porzuconych „naszych mniejszych braci”. A te cholerne kacapskie trupy, przeciwnie, dla zabawy strzelały do nich, katowały, skórowały, nawet zjadały. Szczególnie smakowały im alabaje. O tym opowiedział mi jakiś człowiek, który przeniósł się do centrum miasta z Lisowej Buczy. A jeszcze opowiadał, że rosyjscy zbrodniarze zastrzelili konie ze stadniny buczyńskiej. Nawet hitlerowcy podczas II wojny światowej nie dopuszczali się takiego barbarzyństwa. Jacyż to krwiożerczy ci „narodobogosławieńcy”! To nie ludzie, to zbiorowa apokaliptyczna Bestia…

Godz. 11.09, Bucza, ulica Energetyków 12, ratusz miejski w Buczy. Z dziennika Serhija Kulidy

Przy ratuszu odbywa się ewakuacja. Ludzie pośpiesznie opuszczają miasto i porzucają wszystkie dobra, nie mając nadziei na „łaskę zwycięzcy”. W Buczy osiadł przytłaczający strach i złowieszczy mrok… Mieszkańcy Buczy jadą autobusami, własnymi samochodami (jeśli komuś jeszcze został benzyna w bakach), rowerami, idą pieszo. Aby jak najdalej od śmierci. Ale żaden z nich nie ma gwarancji, czy dojedzie lub dotrze do upragnionego celu. Świadectwem tego są spalone samochody na ulicach i na drodze „warszawskiej” oraz okaleczone ciała obok.

Godz. 14.23, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Tamara milczy o wyjeździe, ale to milczenie mówi więcej niż jakikolwiek krzyk.

— Jak się masz? — zwracam się do żony, rozumiejąc kompletny idiotyzm takiego pytania.

— Dobrze… Bardzo dobrze — odpowiada z sarkazmem. — Lepiej niż wszyscy…

Obraca się i odchodzi…

Chłopcy, obecni przy tej rozmowie, spuszczają oczy przed moim parzącym spojrzeniem i idą do przeklętego samochodu…

Godz. 21.18, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Co tu pisać? Nie ma co… I tak wszystko jasne – z tej pułapki trzeba się wydostać. To nie gra w chowanego – Rosjanie znajdą cię czy nie. Nie gra w „kozaków – rozbójników” – stracą albo będą łaskawi. To prawdziwe reality show o przetrwanie…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja zmieniła prawo człowieka do informacji w przestępstwo

„Dyskredytacja armii rosyjskiej” lub „nadużycie prawa do wolności informacji” na takiej podstawie podporządkowane Rosji sądy na Krymie skazują dziennikarzy i obrońców praw człowieka, którzy chcą przekazywać społeczeństwu prawdziwe informacje.

Przewidując liczne protesty przeciwko wojnie na Ukrainie, rosyjska Duma Państwowa zmieniła przepisy prawne ten sposób, że każde krytyczne słowo na temat armii rosyjskiej może być uważane za „dyskredytujące”. Artykuł o „dyskredytowaniu armii rosyjskiej” pojawił się już po inwazji Rosji na Ukrainę na pełną skalę. Za jego naruszenie grozi wysoka kara pieniężna, a w przypadku recydywy postępowanie karne.

Jak poinformowało Biuro Prezydenta Ukrainy na okupowanym Krymie, według stanu na 15 kwietnia 2024 r. rosyjskie siły bezpieczeństwa sporządziły 780 protokołów w sprawie „dyskredytacji armii rosyjskiej”. Spośród nich wydano już 680 orzeczeń sądowych. „W tych sprawach sądy nałożyły już kary pieniężne w wysokości ponad 21 milionów rubli rosyjskich” – powiedział Denis Chistikov, pracownik biura prezydenta. Według jego danych, 41proc. orzeczeń kontrolowanych przez Rosję sądów na Krymie na mocy tego artykułu zostało wydanych przeciwko kobietom. Ogólnie rzecz biorąc, od marca 2022 r. do sądów Rosji wpłynęło ponad 9 000 protokołów w sprawie „dyskredytacji” armii. Świadczy to o masowym sprzeciwie wobec wojny.

Pewnego dnia na Krymie zatrzymano mieszkańca za „dyskusje na temat Ukrainy” na własnym podwórku. Według organów ścigania mężczyzna „organizował rozmowy z sąsiadami na temat Ukrainy”, podczas których „wypowiadał się przeciwko wojnie na Ukrainie, polityce prezydenta Rosji oraz ‘obraził armię’”. Policja przeprowadziła przeszukanie. W jego mieszkaniu „znaleziono ukraińskie symbole i rzekomo naboje. Rozważana jest kwestia wszczęcia postępowania karnego.”

Rosyjscy prokuratorzy wszczęli także dwie sprawy administracyjne przeciwko znanemu krymskiemu obrońcy praw człowieka Abdureszitowi Dżepparowowi z artykułów „dyskredytacji armii rosyjską” i „nadużycia wolności informacji”. Jak podano, istota oskarżenia jest taka, że ​​rzekomo administruje on stroną inicjatywy Qyrım Gayesi” („Idea krymska”), która publikuje artykuły na temat naruszeń międzynarodowego prawa humanitarnego na Krymie oraz raporty operacyjne na temat naruszeń praw człowieka na terytorium półwyspu. Dżepparow złożył apelację, ale kontrolowany przez Rosję Sąd Rejonowy w Biloghirskim uznał go za winnego „nadużycia wolności informacji”. Sędzia Nataliya Zinchenko nie uwzględniła apelacji i pozostawiła decyzję pierwszej instancji bez zmian. Posiedzenie sądu odbyło się przy drzwiach zamkniętych „w związku ze środkami zapobiegającymi terroryzmowi”.

Kilka tygodni temu kontrolowany przez Rosję Sąd Rejonowy w Symferopolu ukarał działaczkę na rzecz praw człowieka i dziennikarkę Lutfię Zudiewą grzywną w wysokości 2500 rubli z artykułu o „nadużywaniu wolności informacji masowej” za wpis w mediach społecznościowych. Według Zudiewy sąd podjął decyzję bez jej udziału i nie uwzględnił jej pisemnych zastrzeżeń. Działaczka na rzecz praw człowieka uważa, że ​​nie naruszyła prawa, podkreśliła iż śledczy zrównali jej osobistą stronę na Facebooku z zarejestrowanymi mediami.

Krymski prawnik Emil Kurbedinow stwierdził, że „funkcjonariusze policji nie mieli prawa wszczynać sprawy, ponieważ osobisty wpis na blogu nie jest środkiem masowej informacji”. Z tymi argumentami obrońcy nie zgodził się sąd w Symferopolu. Posiedzenie, na którym wydano wyrok skazujący, trwało 8 minut.

Krymscy prawnicy uważają także, że samo istnienie artykułu „nadużycie prawa do wolności informacji”, wprowadzonego do systemu prawnego Rosji przez Dumę Państwową, jest bzdurą. „Po pierwsze, w Rosji nie ma wolności informacji, więc jak można jej nadużywać? Po drugie, każdy człowiek ma prawo do wolności słowa, a ten artykuł bezprawnie ogranicza to prawo człowieka” – mówi prawnik Emil Kurbedinow.

Jednak on sam również stał się obiektem prześladowań. 15 lutego 2024 r. prawnik został zatrzymany w Symferopolu przez pracowników Rosyjskiego Centrum Zwalczania Ekstremizmu. Postawiono mu zarzut z artykułu o „nadużyciu wolności informacji masowej” za publikację na swoim kanale na Telegramie informacji o tym, w jaki sposób studenci mogą skorzystać z prawa do odroczenia poboru do armii rosyjskiej.

„Działalność tzw. Centrum Zwalczania Ekstremizmu ma charakter wyłącznie polityczny. Monitorują sieci społecznościowe, a także włamują się do e-maili i kont, aby znaleźć informacje, które mogą stać się formalnym powodem wszczęcia spraw administracyjnych. Bardzo często następnie kontaktują się z FSB, przekazują te wiadomości, aby można było już wszcząć sprawy karne. Jest to system, który zbudowano w ostatnich latach na okupowanym Krymie” – wyjaśnia szefowa krymskiej grupy praw człowieka Olga Skrypnyk. – „Strategia Rosji, także na zaanektowanym Krymie, polega na niszczeniu wszelkich przejawów niezależnego społeczeństwa obywatelskiego. Jej pierwszym celem są dziennikarze i obrońcy praw człowieka” – dodaje Skrypnyk. – „Rosja stara się uciszyć ich głos, dlatego wymyśliła takie artykuły w prawie, jakich nie ma w żadnym kraju na świecie…”

Emil Kurbedinow jest niezależnym prawnikiem, który broni krymskich więźniów politycznych oraz działaczy i dziennikarzy krymskotatarskich. Na swoim kanale na Telegramie wyjaśniał krymskim studentom, jak w ramach prawa powinni zareagować na otrzymanie wezwania do wojska. Śledczy zarzucili prawnikowi rozpowszechnianie „wstępnie niewiarygodnych informacji o znaczeniu społecznym”, choć były one w pełni wiarygodne. Emil Kurbedinow nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że rozpowszechniane przez niego informacje „wskazują na łamanie praw obywateli i obowiązującego ustawodawstwa przez komisarzy wojskowych”. Dodaje, że nadal będzie publikował w sieciach społecznościowych informacje o naruszeniach praw obywateli. „I z tego powodu nie mogę ponosić odpowiedzialności jako prawnik. Ta informacja jest wiarygodna. Inaczej bym tego nie umieścił” – mówi Emil Kurbedinow.

Według rosyjskiego prawnika Aleksandra Popkowa ściganie Lutfii Zudiyewej i Emila Kurbedinowa na podstawie artykułu dotyczącego „nadużycia wolności masowej informacji” jest sposobem wywarcia presji na nich jako obrońców praw człowieka. „W przypadku Emila Kurbedinowa, moim zdaniem, policja dąży do całkowitego milczenia prawnika i w dalszym ciągu wywiera na niego presję, aby zrezygnował z obrony tych, którzy się z tym nie zgadzają” – powiedział dziennikarzom RFE/RL Aleksandr Popkow. – „Artykuł ten został wymyślony w taki sposób, że może być środkiem prześladowania każdej osoby za publiczne wypowiedzi nielojalne wobec władz rosyjskich. Przepis tego artykułu jest na tyle niejasny i nieprecyzyjny, że można go zastosować do każdej osoby i każdego przypadku.”

 

Są sukcesy, ale, jak pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI, jest też: Dziadostwo kulturalne

Zacznę pozytywnie. Nawet bardzo: wystawiony właśnie w Teatrze Wielkim w Warszawie w Operze Narodowej balet „Pinokio” to wielki sukces. Wspaniała przygoda dla tych, którzy dostaną się na spektakl. Kaskada pomysłów choreograficznych (ponoć nowej młodej artystki), bajeczna scenografia, muzyka scalona z wizją jak serce z aortą, albo obłoki na niebie pchane wiatrem. Dwie i pół godziny kontaktu z prawdziwą sztuką.

Owszem, trzeba zapłacić, bo to sztuka kosztowna. I teatr przepiękny, i naprawdę wielki. I wspaniali artyści. Brawo panie  dyrektorze Waldemarze Dąbrowski i panie dyrektorze baletu Krzysztofie Pastorze. Dowiaduję się wprawdzie, że osobę odpowiedzialną za technikę właśnie zwolniono z pracy. Bo ponoć była zbyt wymagająca. Nie wiem jak było naprawdę ale my zwykli widzowie patrzymy przede wszystkim na efekty.

W Wielkim wszystko gra – począwszy od „frontmenów” witających w drzwiach gości poprzez szatniarki i obsługę widowni. Tylko windy macie kiepskie, zacinają się i wloką. Ale dość delikatnej krytyki. Teraz pójdę „na grubo”. Będzie szerzej i głębiej.

Gdyby żył pan Jerzy Waldorff zaryczałby ten trybun kultury tubalnym głosem w sprawie bardzo ważnej, drastycznej, kompromitującej całą naszą współczesną działalność w temacie kultura. Niestety nie żyje już od lat. A tu narodziło się wiele zła. Na pewno srogo napiętnowałby ludzi „od kultury”.

W 2008 roku postraszono tancerzy i tancerki że zostaną im zabrane emerytury. Powód? Bo pracują – czyli tańczą – zbyt krótko. Nieważne że tańczyć w balecie można tylko do pewnego wieku. Nieważne, że ich zawodowa droga życiowa to wieloletnie studia i niezwykle ciężka praca. Bolesne ćwiczenia, a potem wysiłek fizyczny, do którego trudno coś nawet porównywać. Przez lata wytrzymywali ból i mękę całego ciała by  doskonalić się w unikalnej profesji. ZUS zadecydował: to wszystko trwało zbyt krótko. Pieniądze się nie należą.

Podniósł się wprawdzie krzyk protestu, ale i tak w 2010 roku – 14 lat temu zabrano tancerzom i tancerkom baletu emerytury. Ludzie, którzy powinni ich bronić zaakceptowali to draństwo. Ponoć próbowano, protestowano, ale nic to nie dało. Bełkot urzędniczy i tchórzostwo odpowiedzialnych za kulturę przesądziły. Definitywnie zabrano tancerzom emerytury. To był szok i klęska prawdziwa ludzi sztuki. Dla nich zabrakło pieniędzy. Mimo wspaniałych światowych sukcesów polskiego baletu, mimo znamienitych teatrów baletu i pięciu szkół baletowych w kraju. Dotknęło to ponad dwa tysiące tancerzy.

Potem zaczęła się i trwa nadal kilkunastoletnia bezużyteczna paplanina – spotkania, artykuły, puste słowa. Trwa urzędnicza przepychanka. Nic z tego nie wynika. Idiotyczne, nieżyciowe propozycje. Tylko pensje decydentów niby kulturalnych rosną. Ostatnia była już wiceminister w resorcie przy Krakowskim Przedmieściu rzekła przed odejściem: „To był błąd legislacyjny”. I tyle usprawiedliwienia.

Na premiery, gale, całe to decydenckie towarzystwo wyfraczone, umedalowane chętnie przybywa. Pcha gęby do kamer, a usłużni to nagrywają. Jednej z byłych  tancerek w Teatrze Wielkim nawet się udało. Nie ma emerytury ale jest szatniarką. Inni mają się przekwalifikować. Trzeba mieć sporo tupetu i bezczelności by snuć takie pomysły.

Bito im entuzjastycznie brawo, byli idolami. Dzisiaj cierpią biedę. Zmienił się rząd. Ale nie zmieniło się traktowanie tancerzy. Ostatnio znowu usłyszeli: „Nie ma pieniędzy na wasze emerytury. Czekajcie”.

Obojętność. Odkładanie sprawy ad calendas graecas. Matki potencjalnych tancerek i tancerzy, dziś jeszcze dzieci – już nie chcą ryzykować. Liczba zgłoszeń do pięciu istniejących szkół baletowych drastycznie spadła. Po co uczyć się tego zawodu? Nie można przecież własnego dziecka skazywać, by w wieku 40 lat zostało bez pracy, bez pieniędzy, bez uprawnień emerytalnych z gołą …. – faktycznie i w przenośni.

Bezwstydni i zupełnie niekulturalni notable drepczą skwapliwie na premierę „Pinokia” (odbyła się 21.04.br.). Co ważniejsi dostaną nawet bilety za darmo. Nie wiem tylko czy wspaniały tancerz w roli tytułowej przypominający Stanisława Szymańskiego, który daje dziś z siebie wszystko co najlepsze w balecie – mistrzowskie piruety, wysokie skoki ze szpagatem – czy wie jaka czeka go przyszłość za kilka albo kilkanaście lat? Może wyrzucą go ze sceny jak zużytą baletkę? Przecież nie będzie już potrzebny. W realnym życiu nawet najlepszy nie utrzyma się bez pieniędzy.

Dziś artyści cieszą oczy melomanów. W balecie „Pinokio” jest wspaniałą choreografia, pomysły gigantyczne. sceny zbiorowe, przepiękne solówki. Wyfraczeni z pierwszych rzędów biją gorąco brawo. Dawno już nie widziałem tak błyskotliwej, wspaniałej scenerii tryskającej młodym życiem, barwnej, wyrazistej, oświetlonej przez prawdziwych profesjonalistów. Brawo, brawo bravissimo.

I tylko smutek i wielki żal, że za to wszystko może czekać dramat ludzi ciężkiej, wieloletniej harówy.

O, wy, władcy kultury. Dlaczego od 14 lat tancerze i tancerki – to w końcu około dwóch tysięcy ludzi – nie mają emerytur. Wstyd!

 

 

 

 

O kłamstwach w mediach pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Święte łganie albo karuzela z kretynami

Znajoma psycholog z wieloletnim stażem żachnęła się, kiedy powiedziałem o “pozytywnej manipulacji”. „Kiedyś uczono nas, że nie ma pozytywnej manipulacji. Technik manipulacyjnych uczyło się po to, by umieć je rozpoznawać, by się przed nimi bronić. Teraz zaczyna się je traktować jako część warsztatu” – stwierdziła. To zupełnie jak w dziennikarstwie. Tyle, że w dziennikarstwie tak jest z kłamstwem. Stąd zadziwiająca kariera zmyśleń Tomasza Piątka.

Nie jest tak przecież, że kiedyś dziennikarze nie kłamali. Łgali gęsto i często a było to w koordynacji z działaniami politycznymi. Ale w czasach faceta, który przez wyborami obiecywał benzynę po pięć złotych, a dziś mówi, że o cenie paliwa decyduje rynek, wszystko to jest bardziej na rympał. Kiedyś, choćby wtedy, kiedy przeprowadzano operację Tymiński na początku lat 90. zaangażowane w nią były rozmaite agentury, fałszywki. Załatwiano – niezbyt zresztą, przyznać trzeba, ciekawego kandydata – koronkowo, tak by ludzi przekonać. Trzeba było to wszystko uwiarygodnić. Podobnie było, gdy ludzie służb z otoczenia Tuska wykańczali potem kandydata na prezydenta, a obecnego ich sojusznika – Włodzimierza Cimoszewicza. Trzeba było jakąś babę zaangażować, ona musiała coś zasugerować, dobrze trzeba było ją zbriefować. Wszystko to trzeba było dostosować do jakiś faktów, profilu psychologicznego faceta, tak by go zniechęcić. Profeska.

A teraz? W tym tygodniu szef Radia Zet przeprosił za publikowanie wymysłów Piątka na temat Krzysztofa Stanowskiego i jego – a jakże – rzekomych moskiewskich powiązań. Bardzo roztropne było to, że pan Sawala przestraszył się jazdy, którą wśród grupy komercyjnej może mu urządzić wpływowy dziś Kanał Zero. Tyle, że na pewno nie mógł dopiero po tej publikacji stwierdzić, że coś jest nie tak. Przecież podług tego modelu, tworzenia jakiś fantasmagorycznych modeli powiązań, w które dawniej mógłby uwierzyć tylko kretyn absolutny lub paranoik, działalność Piątka rozwija się od lat. Stosując tę samą metodologię połączył z Kremlem pół PiS-u z Morawieckim, Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, a Radio Zet podobnie jak cztery piąte polskich mediów, cytowało to z aprobatą jako cenne odkrycia i efekty dziennikarskiego śledztwa, a ważni świadkowie, “zawsze anonimowi” potwierdzali te sensacje. Wszystkim tym wspierała się zresztą ekipa Donalda Tuska wraz z nim samym.

A pamiętacie sensacje niejakiego Marcina W. który twierdził, że nagrania z afery podsłuchowej sprzedano Rosjanom? Donald Tusk uznał go za “bardzo wiarygodnego świadka”, ba, domagał się komisji śledczej w tej sprawie, co na chwilę nasze media ochoczo i bezkrytycznie podchwyciły. Ale zaraz potem porzuciły, kiedy się okazało, że ten wiarygodny świadek twierdzi także, że syn Tuska, obecny główny specjalista w pomorskim urzędzie marszałkowskim nosił papie brudne pieniądze w reklamówce z Biedronki. Oczywiście wtedy, poprzedniej sprawy nie dementowano. Po prostu ją zniknięto – ewaporowała.

Można by mnożyć – więzienia pełne opozycjonistów, przygraniczne pola śmierci, regularne publikowanie tekstów zdefiniowanych mitomanów w rodzaju niejakiego Krzysztofa Boczka, który nie tylko, że zmyślił ciężarną rzucaną na druty kolczaste, co stało się kanwą filmu Agnieszki Holland, ale też choćby napisał tekst o PAP, w którym zrobił 52 błędy.

Kłamstwo, mitologizowanie, ściema – to zawsze funkcjonowało w mediach, ale było jednak czymś cichym, choć pozornie potępianym. Od któregoś momentu to się zmieniło i zwyciężyło podejście rodem z “Pana Jowialskiego” Fredry: “Jeżeli kłamię, niech mnie piorun trzaśnie! Tak zaczął kłamca. Wtem zagrzmiało właśnie, A on, czym prędzej dokańczając mowy: Żem zawsze kłamał i kłamać gotowy!”

Kłamstwo stało się powodem do dumy, a obiektem krytyki mogła być co najwyżej jego skuteczność. Po prostu na liberalnej lewicy zwyciężyło w pełni postmodernistyczne podejście, że prawda nie istnieje, a media to rodzaj artystycznej kreacji, sztuka z kolei musi służyć wzniosłym politycznym celom, które wyznacza grupa ta co zawsze. Oczywiście te cele to też ściema, bo tak naprawdę za nimi jest paru chciwych, zdemoralizowanych cwaniaków kręcących wielką karuzelą z kretynami. Może i zawsze tak było, ale dziś – jak na czasy przystało – jest bardziej tandetnie.

 

Niezwykły „Bieg z przeszkodami…” opisuje MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Autoportret opozycjonisty

Spore grono spotkało się na promocji książki Konrada Tatarowskiego „Bieg z przeszkodami. Autoportret w pękającym zwierciadle”. Jej autor jest doskonale znany w środowisku akademickim i ludzi mediów, bo przez wiele lat pracował jako dziennikarz, badacz i teoretyk literatury, a potem mediów i komunikacji. Ale dla wielu był i pewnie na zawsze pozostanie człowiekiem demokratycznej opozycji.

Urodzony w Łodzi, tu skończył polonistykę na UŁ i rozpoczął dobrze zapowiadającą się karierę naukową. Równolegle Tatarowski włączył się w działalność opozycyjną. Najpierw była to naturalna, poniekąd odruchowa niezgoda na opresyjny, antydemokratyczny system PRL-u, a jej początkiem, dla niego i jego pokolenia, akcja strajkowa studentów w pamiętnym i pamiętanym Marcu’68. Także dzięki tablicy pamiątkowej na starym gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej, który to budynek tamtej wiosny był centrum studenckiej opozycji dla całej Łodzi.

„Tak” i „nie”

Ukończenie studiów, wejście w dorosłość, początek pracy wcale nie oznaczały zgody i akceptacji kłamstwa partyjnej propagandy, wszechwładzy cenzury, arbitralności decyzji we wszystkich praktycznie przejawach życia artystycznego, kulturalnego, naukowego. I w ogóle życia społeczeństwa. Sprzeciw wydawał się logiczną konsekwencją. Prawda, nie był powszechny ani konsekwentny, tym większa cześć i chwała tym, którzy potrafili i chcieli mówić i działać zgodnie z własnym sumieniem i przekonaniami. Ci co, mówiąc słowami Norwida, „mają tak za taknie za nie”.

Bunt intelektualisty

 Konrad, Radek, bo tak nazywaliśmy go w czasie wspólnych studiów i takim też kryptonimem posłużyła się SB zakładając mu teczkę operacyjną, wcześnie dał się poznać jako ten, co się sprzeciwia. Zbierał podpisy i sam podpisywał petycje do władz, wśród nich tę wtedy najważniejszą: przeciw wpisaniu do polskiej konstytucji „nierozerwalnej przyjaźni polsko-radzieckiej”, którą przy jednym głosie wstrzymującym się Sejm przyjął w 1976. Niedługo potem przyszło zaangażowanie w działalność KOR-u, kolportaż wydawnictw drugiego obiegu, a wreszcie „Solidarność” i wspieranie studentów w trakcie akcji strajkowej zmierzającej do rejestracji NZS-u.

W stanie wojennym Tatarowski był internowany w więzieniach w Łowiczu, Łęczycy, Kwidzynie. Przesiedział pełne dziesięć miesięcy i wobec braku perspektyw, zdecydował się na emigrację do USA. Miał to być wyjazd w jedną stronę, o czym został nie tylko poinformowany, ale też taki paszport otrzymał. Więc trudne lata, bez jakiejkolwiek stabilizacji w Los Angeles, uwieńczone jednak perspektywą stałej pracy w Rozgłośni Polskiej RWE w Monachium. Powrót do Europy, szybka nauka nowego zawodu dziennikarza, komentatora i publicysty radiowego, kolejne dziesięć lat stabilizacji. A co najważniejsze – przekonanie o ważności tego, że pozostaje wierny swoim przekonaniom i że działa dla Polski. Wiem, słuchałem go czasami, częściej mój ojciec, który znał ze słyszenia wszystkich chyba dziennikarzy Wolnej Europy, więc kiedy mówiłem mu, że Konrad Tatarowski to mój kolega, rosłem w oczach swojego taty.

Dziennikarskie rozczarowania i uniwersyteckie spełnienie

Po zakończeniu misji – przez Radio i przez Konrada – powrót do kraju próby zakorzenienia się w dziennikarstwie. Próby przeniesienia doświadczeń i metod znanych z RWE do Radia Łódź, „Dziennika Łódzkiego” nie przyniosły powodzenia. Za to powrót na uniwersytet już tak. Wykłady, doktorat i habilitacja, publikacje naukowe, książki, współpraca z ważnym w Łodzi periodykiem „Tygiel Kultury”, profesura w końcu.

Teraz dostajemy to pełne zdarzeń, emocji, wzlotów, ale i rozczarowań życie inteligenta w postaci autobiografii. Zbudowanej z różnych materiałów, łączącej wątki, zdarzenia, wspomnienia, refleksje, obserwacje. Fragmenty ubeckich dokumentów i wyimki z osobistego pamiętnika – dziennika; listy z rodzinnego archiwum i więzienne grypsy, pisane do żony i korespondencja od żony i córki; wiersze powstające w różnych okresach, kiedyś dawno publikowane, teraz z autokomentarzem; cytaty z audycji i artykułów autorskich oraz tekstów innych autorów.

Życie poskładane

Książka, w której Konrad Tatarowski opisał, a po trosze i poskładał, pozlepiał swoje życie, jest dokumentem, którego wartość ocenią i docenią zapewne zawodowi historycy, badacze mediów oraz życia codziennego w Polsce drugiej połowy XX wieku i pierwszych dwóch dekadach wieku XXI.

Nie mam wątpliwości, że autor podejmując niemały trud przedstawienia siebie i swoich losów na przestrzeni ostatniego półwiecza czynił to w przekonaniu, że tworzy materiał źródłowy. Sam będąc źródłem, uczestnikiem, świadkiem, w jakimś stopniu kreatorem, starał się wszędzie tam, gdzie to było możliwe podeprzeć swoje relacje dokumentami. Osobistymi najczęściej, jak wspomniane listy czy grypsy albo niektóre cytowane lub reprodukowane dokumenty, ale też przez siebie samego sporządzanymi charakterystykami kilku osób, z którymi siedział w więzieniu. Wartość takich notatek i zapisków z pewnością rośnie wraz z upływem czasu.

Kamień i lawina

Poza bezspornym walorem dokumentalnym książki, który wzmacniają przypisy i indeksy – osobowy i miejscowy, jest to znakomita lektura. Można ją czytać jak pamiętnik okresu dojrzewania, jak literaturę inicjacyjną, jak pamiętnik spiskowca i relacje podróżnika. Właściwie wiele jest sposobów lektury i odczytania, ale najważniejsza dla mnie jest szczerość autora w pisaniu o sobie, swoich bliskich, swoich dalszych i swoich dalekich – jeśli bowiem ktoś znalazł się książce, z pewnością był albo jest w kręgu „swoich”. O nie-swoich czasami wspomina, ale nie zawsze wymienia ich imiona czy nazwiska. I on i my wiemy, że byli, ale pamiętnik nie musi być księgą donosów. Podobnie jak nie musi, nie powinien epatować ekshibicjonizmem w wielorakim znaczeniu.

Im więcej książka znajdzie czytelników, a autor naśladowców w sposobie narracji – powściągliwej, bez rozbuchanych emocji – tym lepiej. Dla czytelników, dla historyków, dla naśladowców opowiadających swoje małe lub nie tylko małe historie. Każdy, będąc jednym z kamieni, po których przetoczyła się lawina, wpłynął na jej kształt i może dać świadectwo.

 

Książka: Konrad W. Tatarowski, „Bieg z przeszkodami. Autoportret w pękającym zwierciadle” opublikowana w serii „Pokolenie Solidarności” staraniem Instytutu Literatury oraz Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego; wydała ją Księgarnia Akademicka w Krakowie w 2023 roku