Są sukcesy, ale, jak pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI, jest też: Dziadostwo kulturalne

Zacznę pozytywnie. Nawet bardzo: wystawiony właśnie w Teatrze Wielkim w Warszawie w Operze Narodowej balet „Pinokio” to wielki sukces. Wspaniała przygoda dla tych, którzy dostaną się na spektakl. Kaskada pomysłów choreograficznych (ponoć nowej młodej artystki), bajeczna scenografia, muzyka scalona z wizją jak serce z aortą, albo obłoki na niebie pchane wiatrem. Dwie i pół godziny kontaktu z prawdziwą sztuką.

Owszem, trzeba zapłacić, bo to sztuka kosztowna. I teatr przepiękny, i naprawdę wielki. I wspaniali artyści. Brawo panie  dyrektorze Waldemarze Dąbrowski i panie dyrektorze baletu Krzysztofie Pastorze. Dowiaduję się wprawdzie, że osobę odpowiedzialną za technikę właśnie zwolniono z pracy. Bo ponoć była zbyt wymagająca. Nie wiem jak było naprawdę ale my zwykli widzowie patrzymy przede wszystkim na efekty.

W Wielkim wszystko gra – począwszy od „frontmenów” witających w drzwiach gości poprzez szatniarki i obsługę widowni. Tylko windy macie kiepskie, zacinają się i wloką. Ale dość delikatnej krytyki. Teraz pójdę „na grubo”. Będzie szerzej i głębiej.

Gdyby żył pan Jerzy Waldorff zaryczałby ten trybun kultury tubalnym głosem w sprawie bardzo ważnej, drastycznej, kompromitującej całą naszą współczesną działalność w temacie kultura. Niestety nie żyje już od lat. A tu narodziło się wiele zła. Na pewno srogo napiętnowałby ludzi „od kultury”.

W 2008 roku postraszono tancerzy i tancerki że zostaną im zabrane emerytury. Powód? Bo pracują – czyli tańczą – zbyt krótko. Nieważne że tańczyć w balecie można tylko do pewnego wieku. Nieważne, że ich zawodowa droga życiowa to wieloletnie studia i niezwykle ciężka praca. Bolesne ćwiczenia, a potem wysiłek fizyczny, do którego trudno coś nawet porównywać. Przez lata wytrzymywali ból i mękę całego ciała by  doskonalić się w unikalnej profesji. ZUS zadecydował: to wszystko trwało zbyt krótko. Pieniądze się nie należą.

Podniósł się wprawdzie krzyk protestu, ale i tak w 2010 roku – 14 lat temu zabrano tancerzom i tancerkom baletu emerytury. Ludzie, którzy powinni ich bronić zaakceptowali to draństwo. Ponoć próbowano, protestowano, ale nic to nie dało. Bełkot urzędniczy i tchórzostwo odpowiedzialnych za kulturę przesądziły. Definitywnie zabrano tancerzom emerytury. To był szok i klęska prawdziwa ludzi sztuki. Dla nich zabrakło pieniędzy. Mimo wspaniałych światowych sukcesów polskiego baletu, mimo znamienitych teatrów baletu i pięciu szkół baletowych w kraju. Dotknęło to ponad dwa tysiące tancerzy.

Potem zaczęła się i trwa nadal kilkunastoletnia bezużyteczna paplanina – spotkania, artykuły, puste słowa. Trwa urzędnicza przepychanka. Nic z tego nie wynika. Idiotyczne, nieżyciowe propozycje. Tylko pensje decydentów niby kulturalnych rosną. Ostatnia była już wiceminister w resorcie przy Krakowskim Przedmieściu rzekła przed odejściem: „To był błąd legislacyjny”. I tyle usprawiedliwienia.

Na premiery, gale, całe to decydenckie towarzystwo wyfraczone, umedalowane chętnie przybywa. Pcha gęby do kamer, a usłużni to nagrywają. Jednej z byłych  tancerek w Teatrze Wielkim nawet się udało. Nie ma emerytury ale jest szatniarką. Inni mają się przekwalifikować. Trzeba mieć sporo tupetu i bezczelności by snuć takie pomysły.

Bito im entuzjastycznie brawo, byli idolami. Dzisiaj cierpią biedę. Zmienił się rząd. Ale nie zmieniło się traktowanie tancerzy. Ostatnio znowu usłyszeli: „Nie ma pieniędzy na wasze emerytury. Czekajcie”.

Obojętność. Odkładanie sprawy ad calendas graecas. Matki potencjalnych tancerek i tancerzy, dziś jeszcze dzieci – już nie chcą ryzykować. Liczba zgłoszeń do pięciu istniejących szkół baletowych drastycznie spadła. Po co uczyć się tego zawodu? Nie można przecież własnego dziecka skazywać, by w wieku 40 lat zostało bez pracy, bez pieniędzy, bez uprawnień emerytalnych z gołą …. – faktycznie i w przenośni.

Bezwstydni i zupełnie niekulturalni notable drepczą skwapliwie na premierę „Pinokia” (odbyła się 21.04.br.). Co ważniejsi dostaną nawet bilety za darmo. Nie wiem tylko czy wspaniały tancerz w roli tytułowej przypominający Stanisława Szymańskiego, który daje dziś z siebie wszystko co najlepsze w balecie – mistrzowskie piruety, wysokie skoki ze szpagatem – czy wie jaka czeka go przyszłość za kilka albo kilkanaście lat? Może wyrzucą go ze sceny jak zużytą baletkę? Przecież nie będzie już potrzebny. W realnym życiu nawet najlepszy nie utrzyma się bez pieniędzy.

Dziś artyści cieszą oczy melomanów. W balecie „Pinokio” jest wspaniałą choreografia, pomysły gigantyczne. sceny zbiorowe, przepiękne solówki. Wyfraczeni z pierwszych rzędów biją gorąco brawo. Dawno już nie widziałem tak błyskotliwej, wspaniałej scenerii tryskającej młodym życiem, barwnej, wyrazistej, oświetlonej przez prawdziwych profesjonalistów. Brawo, brawo bravissimo.

I tylko smutek i wielki żal, że za to wszystko może czekać dramat ludzi ciężkiej, wieloletniej harówy.

O, wy, władcy kultury. Dlaczego od 14 lat tancerze i tancerki – to w końcu około dwóch tysięcy ludzi – nie mają emerytur. Wstyd!

 

 

 

 

O kłamstwach w mediach pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Święte łganie albo karuzela z kretynami

Znajoma psycholog z wieloletnim stażem żachnęła się, kiedy powiedziałem o “pozytywnej manipulacji”. „Kiedyś uczono nas, że nie ma pozytywnej manipulacji. Technik manipulacyjnych uczyło się po to, by umieć je rozpoznawać, by się przed nimi bronić. Teraz zaczyna się je traktować jako część warsztatu” – stwierdziła. To zupełnie jak w dziennikarstwie. Tyle, że w dziennikarstwie tak jest z kłamstwem. Stąd zadziwiająca kariera zmyśleń Tomasza Piątka.

Nie jest tak przecież, że kiedyś dziennikarze nie kłamali. Łgali gęsto i często a było to w koordynacji z działaniami politycznymi. Ale w czasach faceta, który przez wyborami obiecywał benzynę po pięć złotych, a dziś mówi, że o cenie paliwa decyduje rynek, wszystko to jest bardziej na rympał. Kiedyś, choćby wtedy, kiedy przeprowadzano operację Tymiński na początku lat 90. zaangażowane w nią były rozmaite agentury, fałszywki. Załatwiano – niezbyt zresztą, przyznać trzeba, ciekawego kandydata – koronkowo, tak by ludzi przekonać. Trzeba było to wszystko uwiarygodnić. Podobnie było, gdy ludzie służb z otoczenia Tuska wykańczali potem kandydata na prezydenta, a obecnego ich sojusznika – Włodzimierza Cimoszewicza. Trzeba było jakąś babę zaangażować, ona musiała coś zasugerować, dobrze trzeba było ją zbriefować. Wszystko to trzeba było dostosować do jakiś faktów, profilu psychologicznego faceta, tak by go zniechęcić. Profeska.

A teraz? W tym tygodniu szef Radia Zet przeprosił za publikowanie wymysłów Piątka na temat Krzysztofa Stanowskiego i jego – a jakże – rzekomych moskiewskich powiązań. Bardzo roztropne było to, że pan Sawala przestraszył się jazdy, którą wśród grupy komercyjnej może mu urządzić wpływowy dziś Kanał Zero. Tyle, że na pewno nie mógł dopiero po tej publikacji stwierdzić, że coś jest nie tak. Przecież podług tego modelu, tworzenia jakiś fantasmagorycznych modeli powiązań, w które dawniej mógłby uwierzyć tylko kretyn absolutny lub paranoik, działalność Piątka rozwija się od lat. Stosując tę samą metodologię połączył z Kremlem pół PiS-u z Morawieckim, Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, a Radio Zet podobnie jak cztery piąte polskich mediów, cytowało to z aprobatą jako cenne odkrycia i efekty dziennikarskiego śledztwa, a ważni świadkowie, “zawsze anonimowi” potwierdzali te sensacje. Wszystkim tym wspierała się zresztą ekipa Donalda Tuska wraz z nim samym.

A pamiętacie sensacje niejakiego Marcina W. który twierdził, że nagrania z afery podsłuchowej sprzedano Rosjanom? Donald Tusk uznał go za “bardzo wiarygodnego świadka”, ba, domagał się komisji śledczej w tej sprawie, co na chwilę nasze media ochoczo i bezkrytycznie podchwyciły. Ale zaraz potem porzuciły, kiedy się okazało, że ten wiarygodny świadek twierdzi także, że syn Tuska, obecny główny specjalista w pomorskim urzędzie marszałkowskim nosił papie brudne pieniądze w reklamówce z Biedronki. Oczywiście wtedy, poprzedniej sprawy nie dementowano. Po prostu ją zniknięto – ewaporowała.

Można by mnożyć – więzienia pełne opozycjonistów, przygraniczne pola śmierci, regularne publikowanie tekstów zdefiniowanych mitomanów w rodzaju niejakiego Krzysztofa Boczka, który nie tylko, że zmyślił ciężarną rzucaną na druty kolczaste, co stało się kanwą filmu Agnieszki Holland, ale też choćby napisał tekst o PAP, w którym zrobił 52 błędy.

Kłamstwo, mitologizowanie, ściema – to zawsze funkcjonowało w mediach, ale było jednak czymś cichym, choć pozornie potępianym. Od któregoś momentu to się zmieniło i zwyciężyło podejście rodem z “Pana Jowialskiego” Fredry: “Jeżeli kłamię, niech mnie piorun trzaśnie! Tak zaczął kłamca. Wtem zagrzmiało właśnie, A on, czym prędzej dokańczając mowy: Żem zawsze kłamał i kłamać gotowy!”

Kłamstwo stało się powodem do dumy, a obiektem krytyki mogła być co najwyżej jego skuteczność. Po prostu na liberalnej lewicy zwyciężyło w pełni postmodernistyczne podejście, że prawda nie istnieje, a media to rodzaj artystycznej kreacji, sztuka z kolei musi służyć wzniosłym politycznym celom, które wyznacza grupa ta co zawsze. Oczywiście te cele to też ściema, bo tak naprawdę za nimi jest paru chciwych, zdemoralizowanych cwaniaków kręcących wielką karuzelą z kretynami. Może i zawsze tak było, ale dziś – jak na czasy przystało – jest bardziej tandetnie.

 

Niezwykły „Bieg z przeszkodami…” opisuje MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Autoportret opozycjonisty

Spore grono spotkało się na promocji książki Konrada Tatarowskiego „Bieg z przeszkodami. Autoportret w pękającym zwierciadle”. Jej autor jest doskonale znany w środowisku akademickim i ludzi mediów, bo przez wiele lat pracował jako dziennikarz, badacz i teoretyk literatury, a potem mediów i komunikacji. Ale dla wielu był i pewnie na zawsze pozostanie człowiekiem demokratycznej opozycji.

Urodzony w Łodzi, tu skończył polonistykę na UŁ i rozpoczął dobrze zapowiadającą się karierę naukową. Równolegle Tatarowski włączył się w działalność opozycyjną. Najpierw była to naturalna, poniekąd odruchowa niezgoda na opresyjny, antydemokratyczny system PRL-u, a jej początkiem, dla niego i jego pokolenia, akcja strajkowa studentów w pamiętnym i pamiętanym Marcu’68. Także dzięki tablicy pamiątkowej na starym gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej, który to budynek tamtej wiosny był centrum studenckiej opozycji dla całej Łodzi.

„Tak” i „nie”

Ukończenie studiów, wejście w dorosłość, początek pracy wcale nie oznaczały zgody i akceptacji kłamstwa partyjnej propagandy, wszechwładzy cenzury, arbitralności decyzji we wszystkich praktycznie przejawach życia artystycznego, kulturalnego, naukowego. I w ogóle życia społeczeństwa. Sprzeciw wydawał się logiczną konsekwencją. Prawda, nie był powszechny ani konsekwentny, tym większa cześć i chwała tym, którzy potrafili i chcieli mówić i działać zgodnie z własnym sumieniem i przekonaniami. Ci co, mówiąc słowami Norwida, „mają tak za taknie za nie”.

Bunt intelektualisty

 Konrad, Radek, bo tak nazywaliśmy go w czasie wspólnych studiów i takim też kryptonimem posłużyła się SB zakładając mu teczkę operacyjną, wcześnie dał się poznać jako ten, co się sprzeciwia. Zbierał podpisy i sam podpisywał petycje do władz, wśród nich tę wtedy najważniejszą: przeciw wpisaniu do polskiej konstytucji „nierozerwalnej przyjaźni polsko-radzieckiej”, którą przy jednym głosie wstrzymującym się Sejm przyjął w 1976. Niedługo potem przyszło zaangażowanie w działalność KOR-u, kolportaż wydawnictw drugiego obiegu, a wreszcie „Solidarność” i wspieranie studentów w trakcie akcji strajkowej zmierzającej do rejestracji NZS-u.

W stanie wojennym Tatarowski był internowany w więzieniach w Łowiczu, Łęczycy, Kwidzynie. Przesiedział pełne dziesięć miesięcy i wobec braku perspektyw, zdecydował się na emigrację do USA. Miał to być wyjazd w jedną stronę, o czym został nie tylko poinformowany, ale też taki paszport otrzymał. Więc trudne lata, bez jakiejkolwiek stabilizacji w Los Angeles, uwieńczone jednak perspektywą stałej pracy w Rozgłośni Polskiej RWE w Monachium. Powrót do Europy, szybka nauka nowego zawodu dziennikarza, komentatora i publicysty radiowego, kolejne dziesięć lat stabilizacji. A co najważniejsze – przekonanie o ważności tego, że pozostaje wierny swoim przekonaniom i że działa dla Polski. Wiem, słuchałem go czasami, częściej mój ojciec, który znał ze słyszenia wszystkich chyba dziennikarzy Wolnej Europy, więc kiedy mówiłem mu, że Konrad Tatarowski to mój kolega, rosłem w oczach swojego taty.

Dziennikarskie rozczarowania i uniwersyteckie spełnienie

Po zakończeniu misji – przez Radio i przez Konrada – powrót do kraju próby zakorzenienia się w dziennikarstwie. Próby przeniesienia doświadczeń i metod znanych z RWE do Radia Łódź, „Dziennika Łódzkiego” nie przyniosły powodzenia. Za to powrót na uniwersytet już tak. Wykłady, doktorat i habilitacja, publikacje naukowe, książki, współpraca z ważnym w Łodzi periodykiem „Tygiel Kultury”, profesura w końcu.

Teraz dostajemy to pełne zdarzeń, emocji, wzlotów, ale i rozczarowań życie inteligenta w postaci autobiografii. Zbudowanej z różnych materiałów, łączącej wątki, zdarzenia, wspomnienia, refleksje, obserwacje. Fragmenty ubeckich dokumentów i wyimki z osobistego pamiętnika – dziennika; listy z rodzinnego archiwum i więzienne grypsy, pisane do żony i korespondencja od żony i córki; wiersze powstające w różnych okresach, kiedyś dawno publikowane, teraz z autokomentarzem; cytaty z audycji i artykułów autorskich oraz tekstów innych autorów.

Życie poskładane

Książka, w której Konrad Tatarowski opisał, a po trosze i poskładał, pozlepiał swoje życie, jest dokumentem, którego wartość ocenią i docenią zapewne zawodowi historycy, badacze mediów oraz życia codziennego w Polsce drugiej połowy XX wieku i pierwszych dwóch dekadach wieku XXI.

Nie mam wątpliwości, że autor podejmując niemały trud przedstawienia siebie i swoich losów na przestrzeni ostatniego półwiecza czynił to w przekonaniu, że tworzy materiał źródłowy. Sam będąc źródłem, uczestnikiem, świadkiem, w jakimś stopniu kreatorem, starał się wszędzie tam, gdzie to było możliwe podeprzeć swoje relacje dokumentami. Osobistymi najczęściej, jak wspomniane listy czy grypsy albo niektóre cytowane lub reprodukowane dokumenty, ale też przez siebie samego sporządzanymi charakterystykami kilku osób, z którymi siedział w więzieniu. Wartość takich notatek i zapisków z pewnością rośnie wraz z upływem czasu.

Kamień i lawina

Poza bezspornym walorem dokumentalnym książki, który wzmacniają przypisy i indeksy – osobowy i miejscowy, jest to znakomita lektura. Można ją czytać jak pamiętnik okresu dojrzewania, jak literaturę inicjacyjną, jak pamiętnik spiskowca i relacje podróżnika. Właściwie wiele jest sposobów lektury i odczytania, ale najważniejsza dla mnie jest szczerość autora w pisaniu o sobie, swoich bliskich, swoich dalszych i swoich dalekich – jeśli bowiem ktoś znalazł się książce, z pewnością był albo jest w kręgu „swoich”. O nie-swoich czasami wspomina, ale nie zawsze wymienia ich imiona czy nazwiska. I on i my wiemy, że byli, ale pamiętnik nie musi być księgą donosów. Podobnie jak nie musi, nie powinien epatować ekshibicjonizmem w wielorakim znaczeniu.

Im więcej książka znajdzie czytelników, a autor naśladowców w sposobie narracji – powściągliwej, bez rozbuchanych emocji – tym lepiej. Dla czytelników, dla historyków, dla naśladowców opowiadających swoje małe lub nie tylko małe historie. Każdy, będąc jednym z kamieni, po których przetoczyła się lawina, wpłynął na jej kształt i może dać świadectwo.

 

Książka: Konrad W. Tatarowski, „Bieg z przeszkodami. Autoportret w pękającym zwierciadle” opublikowana w serii „Pokolenie Solidarności” staraniem Instytutu Literatury oraz Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego; wydała ją Księgarnia Akademicka w Krakowie w 2023 roku

 

Na ulicy zimno. Tak samo na sercu – SIÓDMY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

W gabinecie na biurku wciąż leżą jakieś notatki, zeszyty, notatniki… Wszystko to wydaje się obce i zbędne. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie jutro. Właściwie, nawet dzisiaj. Niczego nie planujemy… Istniejemy… – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

5 marca 2022, sobota  

Godz. 10.08, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Przyjaciółka powiedziała Ninusi, że z sąsiedniego Irpienia odbywa się ewakuacja pociągami. W Buczy — cisza. Żadnych nowin o „zielonym korytarzu”, którym można byłoby opuścić miasto. Ledwo dodzwoniłem się do jednej wpływowej osoby, która, jak się dowiedziałem, zajmuje się kwestiami ewakuacji ludzi. Do osoby, która zawsze zapewniała, że w trudnej chwili jest gotowa podać pomocną dłoń. Zapytałem, czy pomoże mojej rodzinie opuścić Buczę, bo auto się zepsuło, a ja nie wiem, co robić. Ten odparł: — Radź sobie sam…

— Ale jak?

— Jak chcesz — i rzucił słuchawkę.

Godz. 12.30, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Ze względu na brak gazu kłopotliwa staje się kwestia przygotowania jedzenia. Na „wspólnej naradzie mieszkańców” postanowiono zbudować na podwórku „kuchnię polową”. Już po kilku godzinach ruszyła pełną parą. Sprytni chłopcy, ci młodsi, przywlekli deski, z których zbudowali całkiem przyzwoity domek. Gdzieś znaleźli dwa piece. Sąsiedzi wyciągnęli kilka stołów. A ja poświęciłem jakieś swoje papiery i książki na rozpalenie ognia. Z goryczą stwierdzam, że część mojej kolekcji „staroci” poszła z dymem… Później do kuchni, gdzie kierownictwo przejęły dwie nasze sąsiadki Gaja i Lida, mieszkańcy zaczęli wnosić zapasy mięsa i ryb, różne wędliny i kiełbasy. Całe to dobro nie mogłoby być długo przechowywane z powodu braku prądu. Postanowiliśmy więc zrobić szaszłyki, pieczeń itp. A jakie to „grillowanie” bez wina? Bez skrupułów opróżniając własne zapasy, ludzi wnieśli na stół wyrafinowane napoje. W rezultacie obiad zamienił się w prawdziwą ucztę. Podczas zarazy… raszystowskiej…

Godz. 15.33, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Swatka znowu próbowała przedostać się do swojego domu przy ulicy Szewczenki, aby nakarmić koty i psa. Na próżno… Spotkała znajomą – opowiada – która poinformowała ją, że kacapy są prawie wszędzie. Strzelają do ludzi, rabują. Sytuacja jest szczególnie niebezpieczna w okolicy Szkłozawodskiej, gdzie już zabito wielu jej znajomych. Oksana płacze…

Przypomniałem sobie o swacie. Igor gdzieś w obronie terytorialnej w okolicach Wyszgorodu. Walczy…

Godz. 18.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

U nas okresowo coś trzaska i pęka. Raz prawie obok, raz — gdzieś w oddali. Już się jakoś przyzwyczailiśmy, ale przeważnie siedzimy w piwnicy. Tamara ma się coraz gorzej (to widzę), ale ona się pociesza, powtarzając jak zaklęcie: „wszystko będzie dobrze”. Nerwy u wszystkich napięte jak struny. Czasem pękają i wtedy są kłótnie. Powody do nieporozumień w istocie są nieważne. Przed wojną nikt by na coś takiego nie zwrócił uwagi. A dzisiaj jakieś drobiazgi nabierają „wszechświatowego” wymiaru. Boże, kim się stajemy? Podobne incydenty widzę u wszystkich rodzin, które schroniły się w piwnicy…

Godz. 20.13, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Mamy ogromną chęć wyjechać, ale nie mamy możliwości. Korytarzy humanitarnych najeźdźcy nie otwierają, a pojedyncze samochody ostrzeliwują. Na ulicy jest zimno. Tak samo na sercu. Dochodzą wieści, że „zachodni partnerzy” odmawiają „zamknięcia nieba”. Bzdury, że Putin ich nie zrozumie. Odstępują… A póki co, na ile wiemy, tylko Polska naprawdę przejmuje się wojną, wysyła nam broń.

Zadzwonił Sławko. Pyta: „Jak się masz?”. Odpowiadam: „Normlanie”. A co jeszcze można powiedzieć? Że — do d**y? I tak to jest oczywiste…

6 marca 2022, niedziela

Godzi. 8.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Ładujemy telefony z powerbanków. Dzięki temu mamy możliwość utrzymywania kontaktu ze światem. Rano zadzwonił jakiś prenumerator „Literackiej Ukrainy”. Groźnym głosem pyta: — Dlaczego gazeta nie przychodzi? Zapłaciłem pieniądze…

— Wojna — lakonicznie wyjaśniam sytuację.

— O co chodzi?… — oburza się rozmówca.  — Powinniście zapewnić wydanie gazety! Skandal!…

Odmawiam dalszej dyskusji, żeby nie powiedzieć niczego zbędnego. Zabrakło słów.

Godz. 11.10, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Nasze przytulne mieszkanie stało się teraz jak obce. Z półek spoglądają na mnie książki, jakby zapraszając: weź nas do rąk, przewróć strony, przeczytaj… Nie chcę i nie mogę. W gabinecie na biurku wciąż leżą jakieś notatki, zeszyty, notatniki… Wszystko to wydaje się obce i zbędne. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie jutro. Właściwie, nawet dzisiaj. Niepewność determinuje sposób istnienia. Żyjemy — dosłownie! — godzinami. Niczego nie planujemy… Istniejemy… Ale staram się nie pokazywać mojej desperacji. Żartuję. Czasem wygłaszam jakieś bzdury. Wszystko po to, aby tylko podtrzymać ledwo płonący płomień tak zwanego nastroju.

Godz. 13.25, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Jasza, gdy jesteśmy w mieszkaniu, ciągle prosi się „na ręce”. I gdy go weźmiesz, obejmiesz — to jakby chciał cię pocałować, wyrażając w ten sposób swoją miłość i oddanie. Kiedyś mieliśmy już psa o imieniu Jasza (w dokumentach: Jakob), delikatnego, ale niezależnego pieska, którego znał cały blok. Samodzielnie spacerował po podwórku, sam wracał do domu. Sąsiedzi nawet zwracali się do niego per „Pan”. I nie było to tylko żartobliwe szacunek. Jasza-Jakob był bardzo mądry, wrażliwy, nie boję się tego słowa, inteligentny. Ale, niestety, kiedy nadszedł jego czas, umarł. Nigdy nie zapomnę jego oczu pełnych łez, gdy zawiozłem przyjaciela do kliniki weterynaryjnej. Tam właśnie umarł, gdy tylko położyłem go na stole do badań. Razem z żoną, przepłakaliśmy trzy dni i postanowiliśmy zaadoptować dokładnie takiego samego psa, bo pustka w duszy była niewyobrażalna. Zgodziliśmy się, że to rozwiązanie nie powinno być traktowane jako zdrada naszego aniołka. Raczej — jak jego reinkarnacja. Takiego malucha znaleźliśmy w wiosce Fenewicze. Gdy Tamara i ja weszliśmy na podwórze, gdzie mieszkał mężczyzna, który hodował psy, „napadła” na nas grupa białych sympatycznych kłębków futra. Ale po obwąchaniu gości, gromada wróciła do swoich psich spraw. I dopiero jeden z nich (dokładna kopia zmarłego Jakoba) chciał uporczywie wejść Tamarze na ręce. Zresztą, ten „egzemplarz” był większy od innych swoich młodszych krewnych. I to tylko dodawało mu pewnego uroku. Tak jak czarny ogon.

— Sierioża, to on — westchnęła z radością Tamara. — To… nasz Jasza…

Całą drogę spędził w ramionach żony. Ale już niedługo pokazał swoją „prawdziwą twarz”. Pogryzł nowe sandały żony, moje ulubione trampki i buty córki. Za nic miał poranne i wieczorne spacery, więc raz za razem ktoś z domowników wchodził w kałużę lub coś znacznie poważniejszego. Jasza nauczył się domagać jedzenia, siedząc przy kuchennym stole, trącając łapkami z niecierpliwości. Chciał spać w naszym łóżku. I gdy próbowaliśmy go przegonić chociaż na kraniec, niezadowolony mruczał. Kiedyś, gdy zabraliśmy go do weterynarza, ugryzł w palec Tamarę, która go trzymała. Rana była bolesna — w szpitalu żonie założono szwy i drenaż, potem codziennie trzeba było oczyszczać ranę. Nad Jaszą zawisła poważna groźba deportacji. Żona była bardzo zdeterminowana: „Że to mnie własny pies tak pogryzł!…” Sprawa doszła do wolontariuszy, którzy zgodzili się zabrać młodego łobuza. Wieczorem przypięliśmy „przestępcę” do smyczy i ruszyliśmy… Ja kategorycznie odmówiłem uczestnictwa w ceremonii pożegnania, więc żona musiała zrobić to sama. Nerwowo zapaliłem papierosa. Ale nawet nie zdążyłem go do połowy skończyć, gdy przed moimi oczami pojawiła się szczęśliwie uśmiechnięta Tamara, a obok jej nóg radośnie merdał ogonem… Jasza.

— Jak mogłabym go oddać? — płakała i jednocześnie śmiała się Tamara. — On, gdy wzięłam go na ręce, żeby pożegnać, przytulił się do mnie, i wierzysz, zaczęły mu płynąć łzy. I ja też zapłakałam. I powiedziałam, że nikomu go nie oddam! Niech gryzie… I gryzł. Co prawda łagodnie i zupełnie bezboleśnie. Tak, żeby dyscyplinować swoich właścicieli. Ale przestał szarpać obuwie i załatwiał się tylko w czasie spacerów. Okropnie pokochał, gdy mu drapano brzuch i uwielbiał całować… I teraz jego „szczęśliwe barbarzyństwo” poszło na marne. Jasza nie rozumie: co się stało? Dlaczego nikt go nie głaszcze, nie daje smakołyków?.. Wiele rzeczy też nie rozumiemy… Niestety…

Godz. 17.00, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Siedzimy w zimnej wilgotnej piwnicy. „Dzieci podziemia”, jak pisał Korolenko. Nie ma światła, nie ma też życia w zwykłym znaczeniu tego słowa. Błądzimy korytarzami piwnicy, palimy papierosy i szukamy dobrych wieści w telefonach. Widzę, że Tamarze jest strasznie źle. Trzyma się ostatkiem sił. Jeśli odejdzie, nie wytrzymam długo. Jesteśmy jakby połączeni pępowiną. Bardzo ją kocham. Mnie też jest źle. Połykam tabletki, które mi przepisał „doktor nauk medycznych, profesor” (co tam jeszcze było na wizytówce?). Nie odczuwam ulgi. Na ulicy coś wybucha, gdzieś niemal obok słychać strzały z broni automatycznej. Może właśnie teraz, w tej samej chwili, czyjaś dusza odlatuje do nieba?… Niech będzie przeklęta, rosyjska plugawość!

Godz. 18.31, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

W mediach społecznościowych informują o zranieniu naszego burmistrza Anatolija Fedoruka. Myślałem, że został ewakuowany. A tu proszę…

7 marca 2022, poniedziałek

Godz. 9.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Rozchodzą się plotki, że przy ratuszu zbierają się ludzie do ewakuacji. Chciałem pójść zobaczyć — Toma mi nie pozwoliła. Boi się, że trafię w ręce bandytów, bo ludzie mówią o dziesiątkach zabitych mieszkańców Buczy. Pod oknami grasują rosyjskie transportery opancerzone. Trwają ostrzały. Kto, dlaczego i do kogo strzela — niejasne. Żona z córką próbują coś sobie znaleźć do roboty w mieszkaniu. Wnuki cały czas wbite w ekrany swoich telefonów. Zięć stara się być użyteczny na podwórku: rąbie drewno do kuchni, biega po wodę. Potajemnie, żeby nikt nie widział, wypija sto gramów „na rozgrzewkę”. I nie wydaje się, żeby był sam.

Godz. 18.37, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Na ulicy jest mroźno, w piwnicy zimno, w mieszkaniu pusto, a w sercu nieopisana tęsknota. Spojrzałem na siebie w lustrze i nie poznałem tego faceta w zwierciadle. Nieumyte włosy, nieogolona twarz, obskurne sportowe spodnie, znoszona zimowa kurtka. Czy to naprawdę ja?!

8 marca 2022, wtorek

Godz. 10.18, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

W nocy bardzo huczało. Słychać było to w piwnicy. Posłuchaliśmy trochę i położyliśmy się dalej spać.

Godz. 11.47, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś jest kobiece święto, a ja (po raz pierwszy!) nie zdołałem podarować moim dziewczynkom chociaż kwiatka. Pozdrowiłem werbalnie, przytuliłem, pocałowałem… Rano mieszkańcy naszej klatki i, odpowiednio, piwnicy zebrali się na podwórku — zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Ktoś z naszych w końcu znalazł bukiet i postawił go w trzylitrowym słoiku z wodą, który stał na ławce przy schodach do budynku. Natychmiast pojawiły się też cukierki i wino. Wszystkie „reprezentantki płci pięknej” zgromadziły się przy „świątecznym stole”, śmiały się, nawet żartowały. Ten, jedyny w swoim rodzaju, bukiet wywołał u nich burzę emocji i… łzy. Ale, pomimo wszystko, nasze „piękne połówki” trzymały się z godnością.

Godz. 14.39, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Mówią, że jutro będzie ewakuacja z Buczy. Zobaczymy… Plotki o „zielonych korytarzach” krążą już od kilku dni. Wahania: czy warto uciekać, czy nie? Niektórzy sąsiedzi skłaniają się ku pozostaniu w domu. Bo można się dogadać z wrogami i nie będą oni ruszać pokojowych mieszkańców. Ja bardzo wątpię, bo plotki o egzekucjach coraz bardziej rozprzestrzeniają się po mieście. Szczególnie niebezpieczna sytuacja jest na Szkłozawodskiej. Mówią, że nasza sąsiadka, która mieszkała obok kościoła i pracowała w ratuszu, została zastrzelona razem z dwójką dzieci. Przy okazji, samochód Romana nadal stoi bez nadziei na uruchomienie. Znowu poprosiłem Denisa, żeby sprawdził, co się stało z autem. Trzeba jakoś go uratować…

Godz. 17.03, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

— No, jak tam? Prowadzisz dziennik? — zapytał mnie Serhij, piłkarz z szóstego piętra. — Skończy się wojna, napiszesz książkę.

— Coś tam notuję — odpowiadam. — Jaka tam książka?.. Tak, coś dla siebie… Żeby jakoś się rozerwać, oderwać od tego…

— Pomyśl, będzie bestseller — nie daje za wygraną sąsiad, uśmiechając się. — I o mnie wspomnij.

— Jak przeżyję, napiszę, wspomnę — uspokajam jego fantazje.

— Koniecznie.

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Koń, krowa, kura, Protasiewicz, droga na Ostrołękę…

Cierpię na dziwaczne natręctwo. Nauczony doświadczeniem poprzednich lat rządów Tuska, kiedy pojawia się w przestrzeni publicznej większa czy mniejsza inba, zadaję sobie zaraz pytanie do czego jest Tuskowi potrzebna.

Historia romansu podstarzałego polityka i promującej się przy pomocy składania donosów na lepszych od siebie młodziutkiej aktywistki rozgrzała Internet. Czego tu nie ma… jest i zawsze doskonały jako materiał do plotek mezalians i malowniczy ekshibicjonizm kryzysu wieku średniego (no powiedzmy, że średniego), przezabawne kontrasty pomiędzy wizerunkiem „scenicznym”, a ujawnionym, katastrofa rzekomej „moralnej wyższości” i ogromna, przeogromna porcja żenady. Gdyby tej parze zrobił to ktoś obcy, byłbym gotów jej współczuć, ale jakiej miary by nie przykładać, wychodzi na to, że zrobili to sobie sami.

Inby

W każdym razie sprawa zajęła opinię publiczną na jakieś dwa dni i to niedługo po tym jak wygasła inna inba, wywołana przez zdesperowaną Lewicę, za akceptacją Tuska jak sądzę, ws. rzekomej liberalizacji prawa aborcyjnego, która i tak nie ma szansy legalnie zaistnieć, ponieważ nie podpisze jej Prezydent, albo uzna za niekonstytucyjne Trybunał Konstytucyjny. Trudno nie zauważyć tej korelacji i jednocześnie nie zadać sobie pytania – skoro mamy na tym skupić uwagę, to czego mamy nie zauważyć.

Odpowiedź oczywiście może być tylko złożona i zawierać margines błędu. Oczywistym wydaje się, że mamy odwrócić wzrok od faktu akceptacji przez Tuska paktu migracyjnego, a co za tym idzie przymusowej relokacji nielegalnych imigrantów, wzrostu cen prądu i żywności, przeznaczenia bajońskich sum na TVP „zamiast na onkologię dziecięcą”, chaosu w spółkach skarbu państwa, atrofii programów strategicznych i innych, poruszanych już w mediach kwestii. Wydaje mi się jednak, że jest sprawa, która umyka, a jest nią pogłębiająca się awaria programu wzmacniania polskiej armii.

Koniec żartów

Rosja chwali się, że produkuje ponad 100 czołgów miesięcznie. Załóżmy, że to propaganda i realnie produkuje powiedzmy 50 miesięcznie. W dodatku to niezupełnie nowe czołgi tylko stare skorupy wypełnione nową techniką. Ale w tym czasie Europa, a właściwie Niemcy, są w stanie produkować 50 czołgów, ale… rocznie. I nikt oprócz Niemiec takich zdolności w Unii Europejskiej nie ma. Polska we współpracy z Koreańczykami miała budować czołgi K2PL. Czy ktoś wie co z nimi? Co z kontraktami na „Apacze”?

Ktoś powie – Tusk dba o polski przemysł – no nie bardzo. Portal Defence24 donosi, że z 13 miliardów obiecanych polskiej zbrojeniówce, która ma wyprodukować dla polskiej armii i polskie „Kraby” i „Borsuki” i spolszczoną wersję koreańskich czołgów K2, ta dostała ok. 1.5 miliarda. Jak to jest, że za PiS na wszystko było, na modernizację armii, na projekty strategiczne, na programy socjalne i to przy bezprawnie wstrzymanych „europejskich funduszach”, a tylko doszedł Tusk do władzy a znów „piniendzy ni ma i nie będzie”?

A jeszcze ta „europejska tarcza antyrakietowa”. Czyli w istocie niemiecka, bo przecież Francja czy Włochy jej nie chcą. To sobie Niemcy w Polsce frajera znaleźli. Nasz projekt jest o niebo bardziej zaawansowany, jest realizowany w praktyce, a to niemieckie coś jest ledwo w odległych planach. Nie widzę powodu, żeby guzik do naszej tarczy był gdziekolwiek indziej niż w Warszawie.

W co Pan grasz Panie Tusk?

W kilku kotłach na świecie coraz bardziej wrze. Ukraina, Bliski Wschód, nie daj Boże w przyszłości Tajwan. Te kotły są naczyniami połączonymi. Odciąganie uwagi USA do kolejnych teatrów wojennych na świecie, powoduje, że każdemu z nich mogą poświęcić mniej. Tym samym nasza sytuacja się pogarsza. To co możemy robić, to zbroić się po zęby w możliwie jak najkrótszym czasie. Nie chcę straszyć wojną, ale Rosja po coś te wszystkie czołgi produkuje i trzeba brać pod uwagę każdy scenariusz.

A u nas – koń, krowa, kura, kaczka, drób, aborcja, Protasiewicz, droga na Ostrołękę… AaW co Pan gra Panie Tusk? Co Pan kombinujesz?

Remanenty WALTERA ALTERMANNA: Co mnie śmieszy, co smuci (1)

Bez przymusu składam tu szczere wyznanie: większość przypadków tego świata, które smucą całą populację, mnie śmieszą. I odwrotnie, to co większość ludzi bawi, mnie smuci.

Czy jestem odmieńcem? Chyba nie. I tego, że to ja jestem normalny, postaram się dowieść w kilku felietonowych odsłonach. Dziś pierwsza.

Wiara w wielkie procenty

Na przełomie systemów, a więc już po roku 1989, wybuchło w Polsce kilka wielkich finansowych afer. I nie mam na myśli wielkich przekrętów światowych banków, potężnych instytucji finansowych, holdingów i korporacji, bo te twory od zawsze żyją z przekrętów – co wcale nie jest śmieszne.

Natomiast silna wiara przeciętnego polskiego obywatela w możliwość zarobienia psim swędem gigantycznie wielkich pieniędzy śmieszy mnie do rozpuku. Gdybyż to moi rodacy równie mocno wierzyli w Boga i Dziesięcioro Przykazań, byłaby teraz Polska najbardziej moralnym krajem na świecie, i oczywiście w historii.

Łańcuszek świętego Antoniego

Większość przekrętów oparta jest na działaniu Łańcuszka Świętego Antoniego, którego idea odżywa raz po raz. Rzecz polega na tym, żeby wysłać 10 swoim znajomym po 10 złotych, co daje niedużą kwotę 100 złotych. Każdy z tych znajomych zobligowany jest także do znalezienia nowych 10 znajomych i przekazania im po te 10 złotych. Oczywiście nasze nazwisko ma być na liście, czyli teoretycznie natychmiast, już w pierwszej turze, odzyskujemy swoje 100 złotych. Ale nie w tym rzecz, bo niebawem spłynie na nas deszcz pieniędzy od kolejnych dziesiątek uczestników tej zbożnej akcji.

I ludzie biorą w tym udział! Piszą listy, kartki i wysyłają nieznajomym pieniądze. Co wtedy myślą? Nic nie myślą, bo wierzą, że zostaną bogaczami. Czy zastanawiają się jaki będzie kres tej zabawy? A, broń Boże! A dlaczego? Bo chciwość odbiera ludziom rozum od zawsze. I pożądają, pożądają… za nic mając 10. przykazanie, które głosi: „Ani żadnej rzeczy, która jego jest”.

I to jest tragiczne, bo odsłania marność ludzkiego rozumu i charakteru, ale jest też nieskończenie śmieszne. Mnie bawi.

Zarobić na cudownym mleku

Gdzieś tak, również na przełomie dziejów, gdy socjalizm odchodził i powracał kapitalizm, miała miejsce afera z cudownym mlekiem. Tym, co nie pamiętają przypomnę, młodszym opowiem. Zaczęło się od tego, że nagle w większych miastach gruchnęła wieść, że wystarczy mieć pusty, czysty litrowy słoik i parę groszy, żeby nieźle zarobić.

Tu wyjaśnię, że z pojęciem „zarobić” jest duży językowy kłopot. Bo słowo to pochodzi od „roboty”, czyli pracy. Jednak język polski nie zna innego określenia na dojście do dużych pieniędzy bez pracy, więc pozostaniemy przy „zarobić”.

Wracając do sprawy cudownego mleka. Poszła zatem wieść w miastach, że należy udać się tam a tam, wpłacić niedużą kwotę, na dzisiejsze pieniądze powiedzmy 50 złotych, a dostanie się cudowny proszek, który następnie trzeba rozpuścić w mleku, w lirowym słoiku. I już po trzech-czterech dnia, trzeba ten słoik z mlekiem zanieść do tego samego punktu, w którym kupiło się ów proszek. Wtedy można dostać całe 100 złotych.

Firma, płacąca za mleko jak za zboże, głosiła, że jej proszek czyni z mleka cudowny półprodukt, który ona zamienia w cenny lek. Brzmiało szlachetnie. Więc ludzie ruszyli jak w dym po ten proszek do mleka. I ku swemu zadowoleniu otrzymywali za swoje 50 złotych, całe 100 złotych. Na miejscu rozdawnictwa gotówki okazywało się, że można kupić proszek nawet za całe 1.000 zł, a w zamian dostać 2.000 złotych. A można też było nakupić proszku, ile kto zapragnie. Podobno rekordziści inwestowali w mleko z proszkiem nawet po 20.000 złotych, jednorazowo.

Jednak gdzieś tak po dwóch miesiącach działalności firma zniknęła, wraz z wpłatami klientów. Zrobił się wielki raban. Milicja stwierdziła, że proszek zawierał bakterie zamieniające mleko w mleko zsiadłe.

Naciągnięci wracali do domów z hektolitrami zsiadłego mleka, które wylewali do ubikacji. Mieli też stuprocentowe przekonanie, że jacyś podli ludzie oszukali ich. Ale nie przychodziło im do głów, że chcieli być oszukani, bo oczekiwali manny z nieba.

Banki, banczusie

Wielki Bertolt Brech napisał w „Operze za trzy grosze” taką myśl: „Bo czymże jest okradzenie banku, wobec jego założenia?”

Z tego wynika, że chcąc zrobić wielki, prawdziwy przekręt należy jednak założyć bank, lub coś co ludzie wezmą za bank. Banki bowiem mają u ludu opinię świątyń kapitalizmu, czyli, że są wiarygodne. Życie uczy, że to nieprawda, bo największe światowe afery były kreowane właśnie przez banki, ale lud wie swoje. No, ale lud nie słyszał o aferze panamskiej i o setkach innych bankowych afer.

Żeby nie być gołosłownym, co do banków… Przecież to one wypuszczają akcje bez pokrycia, ale z reklamowanym dużym zyskiem. To również banki sprzedawały w Polsce pożyczki we frankach szwajcarskich. Mało kto też wie, że żaden z banków nie odda nam w całości – w razie plajty – naszych pieniędzy. Najlepsze banki twierdzą, że gwarantują nasze wkłady do 30 procent.

Niestety ludzie o tym nie wiedzą i wierzą w banki jak w Pana Boga. Dlatego rząd powinien zmusić banki do wyraźnego informowania klientów o przykrych następstwach zarówno naszych lokat jak i pożyczek bankowych. „Ustawa antybankowa” powinna nakazywać informowanie przez banki o dwóch sprawach: 1. Powierzone bankowi pieniądze możesz odzyskać jedynie w 20, 30 procentach. 2. Każdą pożyczkę będziesz musiał oddać z procentem.

Bez takich informacji banki są naprawdę groźne.

Amber Gold i inni

Słynna była w Polsce, w latach 2009-2010, sprawa Amber Gold. Ta instytucja, założona w Gdańsku, nie miała prawa reklamować się jako bank, ale jej właściciele, małżeństwo P., znaleźli coś równie wiarygodnego. Swój Amber Gold Sp. z o.o. przedstawiali jako pierwszy dom składowy w Polsce, zajmujący się składowaniem metali szlachetnych. Amber reklamował się też tym, że firma mocno inwestuje w złoto i inne kruszce, a także oferował klientom kontrowersyjne lokaty w złoto, srebro i platynę, podpisując z nimi tzw. „umowy składu”.

Firma obracająca złotem…? To rozbiło duże wrażenie, więc Amber Gold szybko stał się znany w całej Polsce. Klientów łudzono niebywale wysokim zyskiem, bo gdy w większości banków można było zarobić rocznie na lokacie ok. 5 procent, Amber Gold oferował zysk 15 procentowy. Natychmiast zatem tysiące obywateli RP złożyli w tym Amber całe swoje oszczędności.

Pierwsi klienci mieli szczęście, bo sumiennie wypłacono im zysk. Ten fakt napędził nowych klientów – zupełnie jak w przypadku mleka z proszkiem. Ale Amber Gold też był klasyczną piramidą finansową, w której pierwsi klienci otrzymują pieniądze następnych. Ale dla następnych – jak to w piramidzie – pieniędzy nie ma, nie było i nie będzie.

Według prokuratury małżeństwo P. oszukało w sumie ponad 18 tys. klientów, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 852 mln zł. Małżeństwo P. poszło siedzieć, ale ludzie stracili pieniądze.

Czy im współczuję? Nie bardzo, a nawet wcale nie. Bo czego spodziewali się ci, którzy uwierzyli, że zaspokoją własne pożądanie wielkich pieniędzy, bez ciężkiej pracy, bez jakichkolwiek talentów i nawet minimalnego wysiłku? Na co liczyli?

Powie ktoś, że w końcu cierpią? Oczywiście. Ale jak jest grzech, to i kara być musi. Za złamanie 9-go przykazania ksiądz może zalecić kilkadziesiąt zdrowasiek, ale za nieprzestrzeganie 10-go przykazania nadchodzi kara bardziej dotkliwa – utrata własnych pieniędzy i wstyd. Choć… czy ci oszukiwani na własne życzenie cierpią? Chyba jedynie z powodu utraty pieniędzy. A może mają choć trochę moralnego kaca? Nie, bo po wszystkim zawsze głoszą, że ktoś ich oszukał, a oni sami nie wstydzą się i nie poczuwają się do winy. To też jest śmieszne.

Ponieważ ludzkość niczego się nie uczy, więc spokojnie czekam na kolejne afery, bo lubię się pośmiać.

 

O szczególnym miejscu po raz kolejny pisze STEFAN TUSZCZYŃSKI: Kompromitacja „Polski morskiej”

W ciągu ostatnich już kilkudziesięciu lat przybywają do Warszawy by rządzić dziesiątki polityków cywilnych i wojskowych z wybrzeża. A tam na końcu cudu natury, czyli półwyspu helskiego znajduje się największa kompromitacja portowa – wojenny akwen, ponad jednohektarowy.

Większy niż port rybacki i jachtowy w Helu. To wstyd, wielki wstyd i marnotrastwo stulecia. Tak wyobraża sobie to zapomniane i zaniedbane miejsce nasz rysownik, inżynier, designer (około 2 tysiące projektów przemysłowych) Bogdan Rutkowski.

 

Pytanie, które zadaję: „CO WY NATO” jest w pełni uzasadnione, ponieważ właśnie obecnie trwają prace nad przygotowaniem natowskiej bazy morskiej w Estonii. Dobrze będzie dla bezpieczeństwa europejskiego, jeśli takowa tam powstanie, ale my – Polska – powinniśmy zaproponować nasz port wojenny na Helu, który ma bardzo dogodne, bardzo głębokie podejście od strony zatoki.

Tak to mogłoby wyglądać przy naprawdę minimalnych kosztach, ponieważ nabrzeża marnującego sie portu wojennego są już gotowe od 80 lat. Zbudowano je w okresie międzywojennym tuż przed wybuchem II wojny światowej. Korzystali z nich Niemcy. Nasze „szczury lądowe” nie doceniają tej budowy. Chcą tu hodować morsy albo foczki. Rażąca niegospodarność powinna się skończyć. Proszę popatrzeć tak mógłby port wojenny na cyplu helskim wyglądać.

 

 

Od wielu lat piszę o tym i apeluję do różnych obojętnych i jak się okazuje tępych głów. Tak dalej być nie może. Jesteśmy zaślubieni z morzem. Mamy aż 500 km wybrzeża. Ostatnio wiele z gospodarki morskiej rozgrabiliśmy i zniszczyliśmy. Port wojenny na Helu jest jeszcze do uratowania. Ta kompromitacja obciąża nie tylko władze malutkiego miasteczka Hel a nawet i Marynarkę Wojenną – to skandal zaniedbania władz całej Polski, od lat. To powinna być najważniejsza Polska baz wypadowa na Bałtyk, baza marynarki wojennej. Od dziesiątek lat falochrony tej wojennej przystani są rozkradane. Dopiero rok temu ogrodzono i podzielono port.

Różne głupoty władza wciska ludziom: że nie dość przed falą chronione jest wejście, że nabrzeże główne nie jest prostopadłe, ale wypukłe i trudne do cumowania, że teraz ma poradzić sobie z obiektem… Uniwersytet Gdański (!), któremu ponoć połowę akwenu sprzedano, Na marginesie: rybacy, z którymi rozmawiałem, mówili mi, że opieka Morskiego Instytutu Rybackiego była przydatna w przeciwieństwie do tego, co robi teraz „nowy” opiekun, czyli UG.

Rok temu wokół portu wojennego były jeszcze obiekty budowlane w zupełnie dobrym stanie. M.in. pralnia koszarowa, sprzed której to właśnie zabrać miała Lecha Wałęsę do Stoczni Gdańskiej motorówka admirała Janczyszyna w sierpniu 1980. Bo to był skok przez zatokę, a nie przez płot. Ta pralnia – słyszę od przedstawicieli władz miasta – podobno stanowiła niebezpieczeństwo, bo kręcili się tam… menele i moglibysobie krzywdę zrobić. Pamiętam, że jeszcze rok temu trwały tam jakieś prace budowlane. A nawet teren ten stanowił bazę dla historycznych pojazdów wojskowych, bowiem od kilku lat na Helu organizowany jest przez urząd miasta D-Day, taka wojenna zabawa ku uciesze wczasowiczów. Ponoć nawet niewiele kosztuje, bo tylko 80 tysięcy złotych. Zjeżdżają się na nią miłośnicy militariów. Również z Niemiec.

Turyści rzeczywiście liczni przybywają na Hel tylko w okresie wakacji natomiast uruchomienie portu wojennego dałoby zatrudnienie wielu setkom ludzi. Hel ożyłby. To jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce musi być również miejscem do życia mieszkańców. Teraz jest tam wolnych ponad 80 hektarów po zabudowaniach wojskowych, które już rozebrano. Było na Helu Wojsko Polskie. Teraz jest pustka, zrujnowane ogromne zakłady przeróbki ryb, no i właśnie port wojenny do którego prowadzi głębokie na kilkadziesiąt podejście.

Nie gardźmy naszym morzem. To nie tylko wielka szansa gospodarcza ale i bezpieczeństwo dla całej Polski. Panowie i Panie – nowi posłowie i posłanki, pojedźcie na „koniec Polski”, na koniec helskiego cypla. Sami zobaczcie!

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Generał Fieldorf i propaganda PRL

16 kwietnia 1952 r. komunistyczny Sąd Wojewódzki w Warszawie utrzymał karę śmierci dla gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, organizatora i szefa Kedywu – Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej. Polskiego generała komuniści powiesili 24 lutego 1953 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Generała „Nila” rodzimi bolszewicy powiesili potajemnie, nie informując rodziny. Dopiero 7 marca 1989 r. prokurator generalny PRL uznał, że Fieldorf „nie popełnił zarzucanych mu czynów” (mordowanie radzieckich partyzantów i skoczków, „lewicowych podziemnych ugrupowań niepodległościowych” i współpraca z hitlerowcami podczas okupacji).

Czy można to nazwać rehabilitacją? Rodzina musiała długo czekać na jakiekolwiek upamiętnienie. Dopiero w latach 60. komunistyczne władze zgodziły się na postawienie na Powązkach grobu – symbolicznego. Na tablicy mogło się znaleźć tylko nazwisko i pseudonim konspiracyjny generała. Na początku lat 70. Janina Fieldorf wystąpiła do ówczesnego szefa MON Wojciecha Jaruzelskiego o ustalenie miejsca pochówku i zgodę na napis informujący, kim był jej mąż i w jaki sposób zginął.

– Jaruzelski powiedział, że nie udało się odnaleźć miejsca spoczynku ojca. A jeśli nie zgadzamy się na proponowany napis: „Zmarł śmiercią tragiczną”, symbolicznego grobu nie będzie – mówiła mi przed laty Maria Fieldorf-Czarska, córka „Nila”. Jaruzelski miejsce znał, ale nie pomógł. Córka szczątków ojca szukała do końca życia. Zmarła w 2010 r., zanim rozpoczęto prace na „Łączce”. Ale do dziś generała nie udało się odnaleźć.

Maria Fieldorf walczyła też o ukaranie żyjących oprawców taty. Tak samo bezskutecznie. Wspominała: – „Na jednym z posiedzeń Sąd Okręgowy w Warszawie utajnił rozprawę. Na salę pozwolono wejść tylko mnie, dziennikarzy wyproszono. Kazano mi nawet wyłączyć mikrofon. Powiedziałam, że nie życzę sobie, aby po raz kolejny sprawa mojego ojca była tajna, bo tak już było w PRL. W 1952 r. mordu sądowego na ojcu też dokonano za zamkniętymi drzwiami. Pani prokurator zagroziła, że oskarży mnie o obrazę majestatu sądu.

Tymczasem w 2014 r. na tych samych Powązkach pochowany został – z honorami państwowymi i wojskowymi – Wojciech Jaruzelski. Człowiek walczący z Polską i Kościołem miał mszę w katedrze polowej Wojska Polskiego, bo wola jego rodziny została uszanowana. Inaczej niż wola rodziny Fieldorfów.

A gdyby dziś zrobić sondaż, okazałoby się, że Polacy powszechnie znają Jaruzelskiego, a mniej więcej połowa go szanuje. A Fieldorfa nawet nie mogą szanować, bo na ogół nie wiedzą, kto to jest. Propaganda rodem z PRL nadal działa. I efekt jest taki, że sowieckiego generała i zbrodniarza Wojciecha Jaruzelskiego państwo polskie żegna z honorami, jak bohatera. A prawdziwego polskiego generała i prawdziwego bohatera Augusta Emila Fieldorfa – niewinnie powieszonego i zrzuconego do jakiegoś bezimiennego dołu, nie można po ponad 70 latach wydobyć z ziemi. „Nil” swojego grobu i pogrzebu jak nie miał, tak nie ma.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dziennikarze są celem rosyjskiej armii podczas wojny na Ukrainie

Według ukraińskiej prokuratury od początku rosyjskiej inwazji na pełną skalę na Ukrainę zginęło 49 dziennikarzy, a 43 zostało rannych. Ostatnio pracownicy mediów ucierpieli podczas ataków dronów w Charkowie i Zaporożu.

Zgodnie z międzynarodowym prawem dziennikarze relacjonujący działania wojenne nie są ich uczestnikami, dlatego walczące strony nie tylko nie mogą ich zatrzymywać, czy strzelać do nich, ale powinny też chronić przed przypadkowymi trafieniami. Jednak nie tak zachowuje się armia rosyjska podczas wojny na Ukrainie. Na konferencji przedstawicieli Rady Europy „Dziennikarze mają znaczenie” szef wydziału współpracy z międzynarodowymi organizacjami rządowymi i pozarządowymi Prokuratury Generalnej Ukrainy Oleksandr Ziuz stwierdził, że „dziennikarze są rozstrzelani, nielegalnie przetrzymywani, poddawani torturom i nieludzkiemu traktowaniu”.

Odpowiedzialny za śledztwo w sprawie zbrodni wojennych Ziuz mówił o przestępczej działalności rosyjskich okupantów wobec dziennikarzy na Ukrainie. Prokuratury okręgowe prowadzą 92, a Prokuratura Generalna siedem, postępowań karnych dotyczących zbrodni wojennych wobec dziennikarzy. Najwięcej takich zdarzeń odnotowano w obwodach donieckim, kijowskim, ługańskim, charkowskim, zaporoskim i chersońskim.

Według Oleksandra Ziuza od początku inwazji na pełną skalę zginęło 49 dziennikarzy, w tym 7 obcokrajowców, 43 dziennikarzy zostało rannych, w tym 19 obcokrajowców, a 19 pracowników mediów było bezprawnie przetrzymywanych lub pozbawionych wolności.

„Dziennikarze stali się ofiarami bezpośrednich strzelanin, ostrzału artyleryjskiego terytorium linii frontu, ataków rakietowych na Ukrainę. Byli poddawani nielegalnemu przetrzymywaniu, torturom i nieludzkiemu traktowaniu. Część z nich nadal przebywa na terytoriach czasowo okupowanych i terytoriach Federacji Rosyjskiej jako zakładnicy cywilni” – podkreślił Oleksandr Ziuz.

Od początku inwazji na pełną skalę do sądu trafiły już cztery akty oskarżenia w postępowaniach karnych przeciwko 10 osobom. Trzech z nich zostało już skazanych zaocznie.

Kijowska Prokuratura Okręgowa skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko żołnierzowi Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, który groził jednemu z dziennikarzy przemocą fizyczną. Został za to skazany na 9 lat więzienia. Chersońska prokuratura regionalna skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko dwóm osobom, które uwięziły dziennikarza w mieście Kachowka i spowodowały u niego obrażenia ciała. Wskazane osoby uznano za winne i skazano na kary pozbawienia wolności.

Oleksandr Ziuz przypomniał, że w ostatnim raporcie misji obserwacyjnej ONZ wskazano, że wielu dziennikarzy zaliczano m.in. do kategorii osób, które doświadczyły nielegalnego pozbawienia wolności, tortur i nieludzkiego traktowania.

„Pracujemy na arenie międzynarodowej, aby postawić przed sądem winnych zbrodni wojennych wobec dziennikarzy” – oznajmił prokurator. – „W każdym przypadku komunikujemy się z przedstawicielami innych krajów. Nasza grupa współpracuje już z właściwymi organami Irlandii i Francji w związku ze śmiercią dziennikarzy z tych krajów. Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy uczestniczy w tworzeniu Międzynarodowej Platformy Powrotu Więźniów Cywilnych przebywających na terytoriach czasowo okupowanych oraz na terytorium Federacji Rosyjskiej. Wśród nich są także dziennikarze”.

„Od początku wojny obserwujemy, jak rosyjskie wojsko poluje na dziennikarzy na Ukrainie” – powiedział szef Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy (NSJU) Serhij Tomilenko w komentarzu dla Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ).

„Rosjanie strzelają do dziennikarzy za pomocą dronów i karabinów snajperskich, nielegalnie ich zatrzymują, kierują rakiety i drony w miejsca, gdzie zwykle gromadzą się dziennikarze” – dodał Tomilenko. –  „Także taktyka ponownego ostrzeliwania miejsc, gdzie już doszło do trafień, w których działają ratownicy i pracownicy mediów, całkowicie wpisuje się w rosyjską wojnę z dziennikarzami”.

Podstępne podwójne ataki na Charków 4 kwietnia i na Zaporoże 5 kwietnia raniły czterech dziennikarzy, uszkodziły domy dwóch dziennikarzy i zniszczyły siedzibę jednej z redakcji.

„Rosyjski dron spadł 5 – 6 metrów ode mnie” – powiedziała charkowska dziennikarka Julia Bojko, która przygotowuje materiały dla telewizji Biełsat. W wyniku eksplozji doznała wstrząsu mózgu, mimo tego kontynuowała pracę. Według jej relacji, gdy około pierwszej w nocy rozpoczął się ostrzał Charkowa, najpierw jeden „shahed” poleciał w kierunku pobliskiej stoczni. Rodzina Julii zeszła na pierwsze piętro, po czym nowy dron uderzył w trzypiętrowy budynek obok. W wyniku tej eksplozji w domu Julii wypadły szyby z okien, uszkodzone zostały drzwi i dach. Dziennikarka opuścił budynek i udała się na miejsce wybuchu.

„Miałam czas na filmowanie przez 10 – 15 minut, a potem usłyszałem, jak ratownicy zaczęli krzyczeć: ‘Idźcie do schronu!’ Poszłam za medykami, ale usłyszałam, że ‘shaheed’ jest już zbyt blisko i odruchowo upadłam na ziemię – opowiadała Julia. – „Dron spadł niedaleko, od razu się zapalił, zrobiło się gorąco. Gdybym była trochę bliżej, prawdopodobnie bym już nie żyła”.

Tego samego dnia w wyniku eksplozji wyleciały także okna w mieszkaniu dziennikarza Wadyma Makaryuka. „Obudziłem się po eksplozji. Później zobaczyłem przez okno kolejny błysk. Szyba w oknie pękła i wyleciała w wyniku uderzenia. To częsta rzecz w Charkowie… Oczywiście, że to przerażające” – mówi Wadym.

Charkowski dziennikarz Wiktor Pichugin, który 4 kwietnia ucierpiał podczas rosyjskiego ataku na swoje miasto, nadal przechodzi leczenie i badania. Tej nocy Wiktor pojechał na miejsce eksplozji, gdzie dron uderzył w trzypiętrowy budynek mieszkalny.

„Zacząłem filmować pracę ratowników i medyków. W pewnym momencie usłyszałem „Leci na nas dron!” – wspomina Wiktor. – „Wbiegłem do samochodu ratowników medycznych. Ostatni z medyków zdążył wskoczyć do bagażnika. Fala uderzeniowa natychmiast zatrzasnęła drzwi – byliśmy piętnaście metrów od miejsca wybuchu. Część lekarzy, którzy byli ze mną w samochodzie, doznała urazu ciśnieniowego. Z głowy zerwało mi hełm, najprawdopodobniej w wyniku eksplozji. Po wybuchu filmowałem jeszcze pracę ratowników i medyków. Potem znowu ogłosili zagrożenie ze strony dronów i wszyscy udaliśmy się do schronu…”

Olga Zvonaryova, korespondentka ukraińskiej agencji informacyjnej „Ukrinform”, która 5 kwietnia w Zaporożu znalazła się pod ostrzałem wroga, przebywa w szpitalu. Dziennikarka ma uszkodzone udo, w które wbiło się wiele odłamków, oraz złamany nadgarstek.

„Stan pacjentki był dość poważny, na skutek rozległego urazu i utraty krwi. Wszystko jednak zrobiliśmy na czas – powiedział Ukrinform Petro Ryżenko, dyrektor miejskiego szpitala pogotowia ratunkowego.

Olga wspomina, że ​​po pierwszych trzech atakach rakietowych na Zaporoże ona i jej koledzy pracowali na miejscu wybuchów. Zjechali się tam ratownicy i policja. Wkrótce wszyscy usłyszeli czwartą rakietę i zaczęli uciekać.

„Ale ona leciała tak szybko, że zdążyła tylko upaść na bok w pobliżu samochodu, który stał obok mnie. Strona, na której leżałam, jest nieuszkodzona, ale górna została poraniona” – opowiada”. – „Szyba w samochodzie była rozbita, ze zbiornika wyciekała benzyna, dobrze, że się nie zapaliła… Jestem bardzo wdzięczny moim kolegom i lekarzom, którzy byli na miejscu i bardzo szybko mi pomogli Założyli opaski uciskowe, wezwali pogotowie dla mnie i innej dziennikarki, która również została tam ranna. Dzięki takim działaniom udało mi się wówczas uniknąć śmierci…” Mimo tego Olga pozostaje w optymistycznym nastroju. „Dużo pracy. Kiedy kości się zrosną, ponownie pójdę przygotować materiały” – mówi.

Dziennikarka ukraińskiej telewizji „1+1” Kira Oves odniosła ranę ciętą w głowę podczas tej samej eksplozji co Olga Zvonareva i przebywa w szpitalu. Od dwóch godzin pracowała w pobliżu miejsca wybuchu „Dokumentowaliśmy szkody, przeprowadziliśmy wywiady z ludźmi. Nagle nad głową usłyszałam gwizd i natychmiast eksplozję. Nie czułam rany, tylko krew spływającą po mojej twarzy. Pobiegliśmy szukać miejsca do ukrycia się, bo mógł nastąpić kolejny atak. Mogę powiedzieć, że i tak miałam szczęście – bardziej dotknęło to moją koleżankę Olgę Zvonarevę…” – dodaje Kira Oves.

W wyniku eksplozji w Zaporożu zniszczone zostało biuro wydawnictwa „RIA-Piwden”, które przeniosło się tam z Melitopola, czasowo okupowanego przez Rosjan.

„Obecnie oceniamy skutki ostrzału” – mówi dziennikarka Svitlana Zalizetska. – „Wynieśliśmy cały sprzęt ze zniszczonego biura i umieściliśmy go w dwóch różnych miejscach. Teraz szukamy nowej siedziby. Nie możemy dalej pracować w zniszczonym biurze”.

NSJU deklaruje solidarność z poszkodowanymi kolegami oraz z tymi, których domy i redakcje zostały zniszczone, zapewnia im niezbędną pomoc materialną i organizacyjną. „Podziwiamy odwagę dziennikarzy, którzy poświęcają się szybkiemu informowaniu odbiorców i pomimo zagrożenia nadal pracują w miejscach znajdujących się bezpośrednio przy linii frontu” – mówi Serhij Tomilenko, szef NSJU. Sieć Dziennikarskich Centrów Solidarności Narodowego Uniwersytetu Ukrainy niezwłocznie przetwarza i weryfikuje informacje o dziennikarzach i środkach masowego przekazu potrzebujących pomocy, nawiązuje z nimi kontakt i udziela doraźnej pomocy.

Amerykański Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ) wzywa Rosję do zaprzestania ostrzału infrastruktury cywilnej na Ukrainie i wyraża solidarność z dziennikarzami z Charkowa i Zaporoża, którzy ucierpieli w wyniku ostatniego rosyjskiego ostrzału.

„Fakt, że dziennikarze, relacjonując następstwa poprzednich ataków, znaleźli się pod nowym ostrzałem, pokazuje stopień ryzyka, jaki podejmują, oraz ich zaangażowanie w dokumentowanie wojny Rosji na Ukrainie” – powiedziała Gulnoza Said, koordynatorka programu CPJ na Europę i Azję Środkową. „Władze rosyjskie i ukraińskie powinny zbadać niedawne ataki na ukraińskich dziennikarzy w Charkowie i Zaporożu, a Rosja powinna zaprzestać ataków na infrastrukturę cywilną na Ukrainie” – dodała.

 

Gościnie, naukowczynie, czyli kobiety w akcji – WALTER ALTERMAN: Fakty autentyczne

Zacznijmy od drobnych złośliwości, pod adresem NOWOCZESNYCH, kórych podnieca mówienie o „gościniach”, „ministerkach”, czy używając terminu „ministra” i innych objawach rewolucji feministycznej. Jeżeli miało być irytująco, to wspóczesne sufrażystki mają sukces. Jeżeli miało być równo – to odnotować trzeba klęskę.

Rzecz bowiem w tym, że nikt w Polsce nie traktuje kobiet jak obywatelki drugiego gatunku. W życiu codziennym, rodzinnym kobiety dominują. Jeżeli spotykam mężczyznę, który
mówi, że to on kieruje rodziną, to mamy wiadomy znak, że jego żona jest tak inteligentna, tak
przebiegła, że nie dość, że kieruje stadłem, to jeszcze stwarza pozory, które jej mąż bierze za
prawdę. Pantoflarz jest szczęśliwy – widać, że małżonka kocha go i pragnie mocno podbudowywać
jego ego.

Zatem rzucam na stół naszych XXI-wiecznych sufrażystek kolejne wyzwanie: należy natychmiast
wprowadzić do obiegu pojęcie „dama stanu” jako przeciwieństwo feminatywne wobec
dominującego jeszcze „męża stanu”. Pora kończyć z przykrą dla „polityczek i gościń” dominacją
panów, w języku oczywiście. Chyba oszalałem, one są w stanie to zrobić…

Hiperpoprawność, czyli głęboka nieznajomość

Ostatnio pewien młody polityk w swych licznych wypowiedziach telewizyjnych zaczął wymawiać
słowa, tak jak się pisze. Taka maniera, poza tym, że ów polityk umie czytać, niczego nie dowodzi.
Oto bowiem prawidła naszego języka są takie, że w przypadku łączników „z”, „w”, jeżeli
występują przed spółgłoskami bezdźwięcznymi, takimi jak „p”, „t”, „f” następuje
ubezdźwięcznienie tych spółgłosek. Czyli jest tak, że piszemy: „z frontu”, „w futrynie”, „pod
strzechą”, ale wymawiamy tak: „s frontu”, „f futrynie”, „pot strzechą”. I dlatego mówimy „w
Warszawie”, „w Gdańsku”, ale też „f Poznaniu”, „f Krakowie”.

Zakładam, że młody polityk uznał poprawne wymawianie za niechlujstwo językowe i zaczął mówić
tak jak piszą. W konsekwencji otrzymujemy mowę agresywną, szczekliwą i nie do zniesienia.
Ale, że ani on mi brat, ani swat, potraktuję go życzliwie: „S panem Bogiem, młodzieńcze”.

W komunizmie czy komuniźmie?

Podobną hiperpoprawność słychać coraz częściej w naszych telewizorach, a dotyczy ona
wymawiania niektórych wyrazów tak jak są napisane. Owszem, piszemy „tak to było w komunizmie”, ale wymawiamy „tak to było w komuniźmie”. Dlaczego? Bo mamy tu przypadek zmiękczenia „z”, przez następujące po nim „mie”.

Identyczna pomyłka zachodzi w wymawianiu „faszyzmie, liberalizmie, mechanizmie”. Bo czytamy
inaczej niż jest napisane, czyli: „faszyźmie, liberaliźmie, mechaniźmie”. Swoją drogą, kto tak mówi? Jedynie ten, który zostawszy posłem czy dziennikarzem nie dowierza, na skutek swego awansu społecznego ani rodzicom, ani szkole i uczy się na nowo języka polskiego z internetu. Żeby być lepszym od plebsu. Ale los też lubi się pośmiać i z uciechy bije się po udach, że zastawił taką pułapkę na zadufka.

Z czym zagrał tenisista

W czasie transmisji meczu tenisa sprawozdawca mówi: „Hubi zagrał z olimpijskim spokojem”.
Niby ładnie, bo z nawiązaniem do antyku, ale z potwornym błędem. Olimpijski – bowiem – był w antycznej Helladzie pokój, bo na czas igrzysk wstrzymywano się od działań wojennych. Natomiast spokój jest naprawdę czymś innym, choć oba pojęcia mają ten sam źródłosłów.

Cena a koszt

Portal wnp.pl informuje, 11 IV 2024 roku, że spółka Polska Grupa Militarna zajmie się produkcją
amunicji strzeleckiej. To dobra wiadomość na te czasy, ale sformułowana niezwykle koślawo, bo
napisana jest tak: „Spółka ma środki własne niezbędne do zapłaty ceny za dwie pierwsze linie
produkcyjne”.

W czym rzecz? Ktoś sobie wydumał, że poważniej będzie napisać, że w grę wchodzi cena. Gdy
naprawdę chodzi o to, że pojęcie cena jest nierozerwalnie związane z konkretną wartością. A w tym przypadku spółka nie podaje ile ma zapłacić, ergo – powinno się napisać, że Polska Grupa
Militarna ma własne środki na zakup dwóch linii produkcyjnych.

Na czym oparty jest film

Ostatnimi czasy coraz częściej natykam się na błędy językowe, za które w moim pokoleniu już
podstawówce można było wziąć cięgi od polonistki, a teraz uchodzi. Portal wp.pl informuje, że do kin wwchodzi nowy polski film, który: „…oparty jest na autentycznych faktach”. Otóż – fakty są zawsze autentyczne, proszę ja pań i panów z wp.pl. Tak samo jak akwen jest zbiornikiem, obszarem wody. I nie ma też „godziny czasu”, bo godzina jest czasu jednostką. Przykre, że muszę pisać o takich „oczywistych oczywistościach”.

Usieciowane kobiety

„Naukowczyni”, czyli pani naukowiec, pani socjolog Anna Jurek w TVN 24 tak mówi o upolitycznieniu współczesnych kobiet: „Obecnie kobiety się sieciują”. Chodziło je o to, że kobiety organizują się w internetowym świecie. Niemniej naukowczyni powiedziała jak wyżej. I co z takim przypadkiem robić? Nie wiem, ale coraz bardziej boję się agresywnych politycznie i usieciowanych kobiet. Bo mówią jak niedouczeni mężczyźni, zachowują się jak mężczyźni po dużej wódce i są agresywne jak niedopici mężczyźni. Czyli, na lepsze wcale nie idzie!