TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zdegradować Rokossowskiego!

Ilu mamy marszałków Polski? Właściwie wiadomo. Józef Piłsudski i Edward Śmigły-Rydz. Dwóch przedwojennych marszałków. Ale jest jeszcze trzech powojennych: Michał Rola-Żymierski, Marian Spychalski i Konstanty (Konstantin) Rokossowski. Ten ostatni 1 maja 1950 r. wydał rozkaz dotyczący „czystki” i rusyfikacji dowództwa WP.

19 marca 1920 r., w dniu swoich imienin, Piłsudski przyjął reprezentantów Ogólnej Komisji Weryfikacyjnej, która na mocy uchwały Sejmu prosiła Naczelnego Wodza, by przyjął stopień Pierwszego Marszałka Polski. Jednak buławę marszałkowską wręczono mu uroczyście dopiero po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej 14 listopada 1920 r.

Teraz drugi polski marszałek Polski. Po śmierci Piłsudskiego, w 1935 r. Edward Śmigły-Rydz został mianowany przez prezydenta Ignacego Mościckiego generalnym inspektorem Sił Zbrojnych, a w następnym roku – 10 listopada 1936 r. – marszałkiem Polski. Buławę marszałkowską poświęcono w kaplicy Zamku Królewskiego w Warszawie. Uroczystość przekazania jej Śmigłemu-Rydzowi odbyła się na dziedzińcu Zamku, z udziałem przedstawicieli rządu, wojska, duchowieństwa. Jednak nie wszystkim przedstawicielom sanacji ta nominacja się podobała – wielu, szczególnie „starych” piłsudczyków, uważało, że godność ta należy się jedynie Piłsudskiemu, a Śmigły-Rydz nie zasługiwał na takie wyróżnienie.

Jest jeszcze trzeci marszałek Polski. 13 kwietnia 1923 r. prezydent RP Stanisław Wojciechowski, na wniosek Ministra Spraw Wojskowych gen. Kazimierza Sosnkowskiego i uchwały Rady Ministrów, nadał ten tytuł francuskiemu dowódcy Ferdinandowi Fochowi. 3 maja na placu Saskim w Warszawie Marszałek Foch wziął udział w uroczystym odsłonięciu pomnika księcia Józefa Poniatowskiego.

To teraz czerwoni marszałkowie. Konstanty (Konstantin) Rokossowski choć urodził się jako Polak, był potem bohaterem i marszałkiem Związku Sowieckiego, za zasługi (nie dla Polski przecież) został pochowany przy murze Kremla. I dwaj kolejni polscy zdrajcy – Michał Rola-Żymierski i Marian Spychalski, pachołki Rosji, dumnie spoczywający do dziś w Alei Zasłużonych Powązek Wojskowych w Warszawie.

Marszałkami Polski zostali nie z wyboru Polaków, ale z nadania Moskwy. Za życia na szczytach władzy (choć Rola-Żymierski – właściwie Łyżwiński – siedział przed wojną za korupcję, a Spychalski po wojnie za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). „Brudne imię Żymierskiego utrwali się w historii, jak utrwaliły się imiona targowiczan…” – pisała w maju 1945 r. Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj. Niestety, wszyscy po śmierci zostali nagrodzeni pochówkiem na Powązkach.

Do dziś ta nekropolia chwały polskiego oręża pozostaje zbezczeszczona przez komunistów. Bo prócz żołnierzy AK, wojny 1920 r. i 1939 r., powstańców listopadowych, styczniowych, bezczelnie położyli się tu po wojnie zdrajcy polskiej sprawy: komuniści. Kaci obok, a nawet nad ofiarami.

Wzięli sobie także Aleję Zasłużonych, gdzie prócz Roli-Żymierskiego i Spychalskiego straszą inni degeneraci, jak Gomułka, Świerczewski czy prezydent-morderca Bierut.

Przypomnę nazwiska innych bolszewickich niegodziwców, którzy nigdy nie powinni byli trafić na ten szczególny polski cmentarz.

Komunistyczni generałowie, w tym: Berling, Oliwa, Urbanowicz, Jaroszewicz (także premier PRL), Jóźwiak (wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant MO), Kieniewicz (dowódca KBW), Zawadzki (przewodniczący Rady Państwa), Jabłoński (kolejny przewodniczący Rady Państwa), Muś (kolejny dowódca KBW), Ochab (kolejny KPP-owiec), Szlachcic (szef MSW).

Do tego szefowie bezpieki: Radkiewicz, Romkowski, Mietkowski, Ptasiński, Świetlik.

Niżsi rangą ubecy: Fejgin, Łyszkowski, Stróżyński, Umer.

Krwawi sędziowie: Badecki, Frenkiel, Garnowski, Hochberg, Karczmarz, Kryże, Ochnio.

Krwawi prokuratorzy: Zarakowski, Holder, Ligięza.

Komunistyczne morderczynie: Brystiger i Graff.

W ostatnich latach Powązki zanieczyścili kolejni komuniści: Jaruzelski i Siwicki. A także Czapla i Sawczuk (szefowie Głównego Zarządu Politycznego WP), Molczyk, wiceszef wojsk Układu Warszawskiego, który chciał zlikwidować Solidarność siłą. Pietrzak – w grudniu 1970 r. współdecydował o strzelaniu do robotników. Obok „kat Trójmiasta” Kociołek. I poprzednik Urbana – Starewicz, szef komunistycznej propagandy w latach 1948-1954.

1 sierpnia 2016 r., w kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, mauzoleum mordercy Bieruta zostało potraktowane czerwonym napisem „kat”. Podobnie grób Roli-Żymierskiego. Upiekło się tylko Spychalskiemu. Aby do takiego „szargania autorytetów” nigdy więcej nie doszło, oczyśćmy Powązki z komunistów. A trzech niepolskich marszałków zdegradujmy.

WALTER ALTERMANN: Co mnie śmieszy, co mnie smuci (6)

Właściwie to tytuł tych felietonów jest fałszywy, bo w życiu coś jest albo śmieszne, albo smutne. Nie ma zjawisk, spraw obojętnych, a jeżeli ktoś twierdzi, że można być obojętnym, to znaczy, że już nie żyje. Choć jeszcze o tym nie wie.

Bardzo często dochodzi do tego, że ktoś przechodzi z jednego wyznania na inne. Najczęściej mamy wtedy do czynienia z przesłankami wywodzącymi się z dnia codziennego, z prostych interesów. Rzadziej natomiast u konwertytów spotykane są głębokie przemyślenia i głos serca.

Jedna religia nie zawsze wystarcza

Wiadomo, że marszałek Piłsudski przeszedł z wyznania rzymsko-katolickiego na luteranizm, ale zrobił to z miłości, co go poniekąd tłumaczy. 24 maja 1899 roku w Łomży 31-letni Piłsudski zmienił wyznanie na ewangelicko-luterańskie. Zrobił to, by 15 lipca 1899 roku poślubić Marię Kazimierę Koplewską-Juszkiewicz. Kochająca się para nie mogła pobrać się w obrządku katolickim, ponieważ Maria była rozwódką. Czyli interes był taki: Piłsudski chciał mieć żonę, a nie mógł liczyć, że Kościół pobłogosławi jego pomysł, więc przeszedł na luteranizm, który to kościół nie wchodził już tak drobiazgowo w sprawy matrymonialne. Zresztą Piłsudski po śmierci żony w 1921 r. wrócił do wiary rzymsko-katolickiej.

Nie ma się co oburzać na Piłsudskiego, skoro Henryk VIII powołał do istnienia zupełnie nową religię, bo papież miał już dość jego niestałości w uczuciach i nie chciał dać zgody na kolejny rozwód. Mógł król Anglii, mógł i Piłsudski, nie ma sprawy. W skutek takiego obrotu spraw Kościół anglikański uniezależnił się od papieży, a sam Henryk VIII został głową nowego kościoła i tym samy mógł się co i rusz rozwodzić.

Bawi mnie ogromnie anegdota, którą napisał (czy zapisał) Julian Stryjkowski. W małym żydowskim  miasteczku pewien Żyd dorobił się dużego majątku i postanowił przejść na katolicyzm. Wiadomość wstrząsnęła całym miasteczkiem i wszyscy Żydzi zgromadzili się pod domem przechrzty. Miotali obelgi i ciężkie przekleństwa. W końcu ekscentryk wyszedł na balkon i powiedział:

– Tak, wyrzekłem się wiary żydowskiej i przyjąłem chrzest. Teraz jestem Żydem wyznania rzymsko-katolickiego.

Tłum zawył z wściekłości i rozpaczy. Wtedy rabin powiedział:

– Moryc! Ty nie jesteś Żyd. Ty jesteś głupi Żyd.

Zmiany wiary politycznej

O ile zmiana wiary jest sprawą niejako osobistą, o tyle konwersje polityczne są publicznie ucieszne. W ciągu ostatnich 35 lat mamy do czynienia z nieustannym przemieszczaniem się naszych liderów między partiami. Spora grupa elity PiS trafiła do szeregów Platformy Obywatelskiej i byli to ludzi z wąskiego kręgu władz PiS. Dla równowagi inni z Platformy przerzucali się do PiS. Ale w końcu ruchy te odbywały się w rodzinie postsolidarnościowej i politycy partyjnie niezbyt usabilizowani mieli jakieś wytłumaczenie.

Natomiast nie ma wytłumaczenia fakt, że uciekinierzy z PiS-u stali się najbardziej zajadłymi gnębicielami tegoż PiS-u, gdy zasiedli już w ławach poselskich z poręki Platformy.

 

Wolty ideowe byłych członków PiS

Przypomnę, że Radosław Sikorski, obecny minister obrony narodowej, był trybunem PiS. Jako PiS-owiec w ostrych słowach beształ wtedy Platformę. Teraz, gdy jest członkiem PO i ministrem spraw zagranicznych z jej nadania, z tą sama pasję atakuje PiS. Mówił nawet o dobijaniu watahy, mając na myśli dobijanie PiS.

Jak on, tak bez wstydu, godzi taką życiową woltę ideologiczną? Nie wiem. Ale wiem, że większość przyzwoitych ludzi spaliłaby się ze wstydu, gdyby mieli zachowywać się jak on.

Tu przypomnę fragmenty bogatej drogi politycznej Sikorskiego. W latach 2005–2007 był ministrem obrony narodowej w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego a w latach 2007–2014 i od 2023  szefem dyplomacji w trzech rządach Donalda Tuska, był też marszałkiem Sejmu (2014–2015). W latach 2010–2016 był nawet wiceprzewodniczącym PO. Widać, że tanio się nie sprzedawał.

Od narodowców do liberałów

Również Roman Giertych, niegdysiejszy koalicjant PiS-u z Ligii Polskich Rodzin, wicepremier i minister edukacji we wspólnym rządzie, z chwilą rozpadu koalicji stał się skrajnym liberałem i libertynem, wspierającym moralnie ruchy LGBT+.

A przecież to za jego ministrowania szkoły miały obrać kurs narodowy, a lista pozycji, które minister usunął z lektur zadziwiała. Tak było na przykład z twórczością Witolda Gombrowicza. Nie mam dowodów, ale jestem głęboko przekonany, że obecnie mecenas Giertych czyta codziennie przed snem, do poduszki „Ferdydurke”, a po przebudzeniu  „Transatlantyk”.

Jak tak drastycznie można zmienić poglądy? Można, jeżeli poprzednie poglądy były natury koniunkturalnej i brały się z chęci robienia kariery.

Z ducha urodzeni lewicowcy, z wyrachowania liberałowie

Natomiast lista osób, które przeszły z SLD do Platformy budzi mój uśmiech, ale jest to uśmiech politowania. Lewicowcy zawsze podkreślają swoje powołanie, że są tacy z ducha, z niezgody na niesprawiedliwość społeczną, z niezgody na bogacenie się bogatych, kosztem biednienia biednych.

I coś w tym jest, a jest nawet bardzo wiele racji. Ale w takim razie, jak to możliwe, że nawet szefowie SLD, którzy najgłośniej wykrzykiwali zasady ideowe lewicy, nagle, bez rozgłosu zostawali członkami partii liberalnej czyli PO. A to jest tak, jakby ksiądz przechodził na stronę szatana.

Grzegorz Napieralski, czyli jak za każdą cenę być w parlamencie

Dzisiaj w ławach parlamentarnych, po stronie Platformy Obywatelskie, można zauważyć m.in. Grzegorza Napieralskiego – byłego szefa SLD. Siedzi cicho, ale go widać. A był nawet kandydatem w wyborach prezydenckich w 2010 roku, z SLD.

Zatem Napieralski na lewicy osiągnął wszystko. Niestety w kierowaniu partią szło mu marnie, gdzieś mu się rozpłynęła partyjna kasa, partia osiągała coraz gorsze wyniki w wyborach… Wskutek niezadowolenia członków SLD, 10 grudnia 2011 zastąpił go Leszek Miller, a 9 stycznia 2015 Napieralski został zawieszony w prawach członka SLD. Uznał jednak tę decyzję za nielegalną, pozywając przewodniczącego partii do sądu powszechnego. 30 marca tego samego roku został zawieszony przez sąd partyjny na 3 lata w wykonywaniu funkcji partyjnych. 22 czerwca został odwieszony przez sąd partyjny. Pięć dni później wystąpił jednak z SLD. 29 czerwca wraz z Andrzejem Rozenkiem ogłosił powstanie partii Biało-Czerwoni.

W wyborach w 2015 wystartował do Senatu z ramienia Platformy Obywatelskiej i uzyskał mandat senatora IX kadencji. Do końca lipca 2019 pozostawał senatorem niezrzeszonym. Na początku sierpnia, po ogłoszeniu jego startu do Sejmu w wyborach w tym samym roku z listy Kolaicji Obywatelskiej został członkiem klubu PO-KO. W ostatnich wyborach, startując z rekomendacji Inicjatywy Polskiej, uzyskał mandat posła IX kadencji.

Napieralski jest doskonałym przykładem polityka, który we własnym mniemaniu wyrósł ponad partię. I gdy partia nie chce go już widzieć na stołku szefa, to on tę partię rzuca i przechodzi do diabła, czyli liberałów.

Mamy jeszcze po stronie PO jeszcze kilku byłych szefów SLD. Są to pomniejsi szefowie, ale są. Na przykład Dariusz Joński – były szefa struktur wojewódzkich SLD w Łodzi. I mamy też członka kierownictwa SLD Marka Borowskiego.

Te zmiany barw, twarzy i kierunków ideowych z lewa na prawo i ku centrum byłyby bardzo śmieszne, ale niestety ludzie tacy, jak wyżej wspomniani, skutecznie kompromitują lewicę. A lewica jest potrzebna światu, choćby po to, żeby wszyscy inni nie dęli w jedną prawicową trąbkę. Bo ogłuchniemy w końcu.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Wojna na Ukrainie pomaga wybielać życiorysy

Publiczne popieranie wojny na Ukrainie to w Rosji coraz powszechniejszy sposób na odkupienie swoich win dla osób, które popadły w konflikt z prawem lub naraziły się Kremlowi.   

Nie jest tajemnicą, że, Moskwa aktywnie rekrutuje więźniów na wojnę na Ukrainie. Jest to m.in. sposób na odciążenie przepełnionych więzień. Tysiące więźniów korzysta z takiej możliwości, gdyż jest to szansa na ulgę od brutalności i tortur, dość powszechnych w rosyjskich zakładach karnych. Nie odstrasza ich fakt, że Rosja tworzy z uwolnionych więźniów tzw. bataliony szturmowe, które rzuca w celu przedarcia się przez najniebezpieczniejsze rejony frontu. „Żywotność” takiego oddziału często ogranicza się do jednego, dwóch lub trzech ataków.

Niemniej jednak części uwolnionych więźniów udaje się przeżyć. Wracali oni później do swoich rodzinnych miejscowości i kontynuowali przestępczą działalność – popełniali morderstwa, rabunki. Dlatego władze rosyjskie zmieniły już zasady werbunku i przy zawieraniu umowy rekrutacyjnej decydują się nie ułaskawiać, a jedynie zwalniać pod nadzorem.

Taka metoda formowania armii zdążyła już jednak zrodzić kilka niebezpiecznych trendów w rosyjskim społeczeństwie.

Co ciekawe, nawet kobiety osadzone w zakładach karnych zaczęły wykorzystywać ten sposób wydostania się na wolność. Na przykład była szefowa rosyjskiego ministerstwa kultury Krymu Arina Nowosilska, skazana w 2022 roku na 10 lat więzienia za otrzymanie szczególnie dużej łapówki w wysokości 17 mln rubli, miesiąc temu złożyła władzom więziennym oświadczenie, że zamiast przebywać w więzieniu, wolałaby udać się na wojnę z Ukrainą. Poinformowały o tym rosyjskie środki masowego przekazu, powołując się na moskiewską Komisję Nadzoru Społecznego. Najwyraźniej Arina Nowosilska, która była także jedną z inicjatorów aneksji Krymu w 2014 roku, również ma nadzieję, że uda jej się dostać pracę nie w roli „szturmowca Z”, ale przetrwać na bezpiecznej pozycji i odzyskać wolność.

Nie jest to zaskakujące, ponieważ szereg rosyjskich „patriotów”, którzy zszargali swój wizerunek przed władzami rosyjskimi i popadli w niełaskę, próbuje wybielić swój życiorys, uczestnicząc w wojnie lub po prostu usprawiedliwiając wojnę. Jak zauważają niektóre rosyjskie media, wojna na Ukrainie stała się skuteczną pralnią dla rosyjskich pseudopatriotów, ponieważ dziś w Rosji cała sfera wizerunkowa dzieli się tylko na dwie części: albo jesteś przeciwny wojnie na Ukrainie, a wtedy jesteś wyrzutkiem i wszystkie drogi masz zamknięte, albo popierasz wojnę, a wówczas jesteś patriotą, „przyjacielem rządu” i wszystkie drogi są przed tobą otwarte. Co więcej, jeśli sam bierzesz udział w wojnie lub po prostu w jakikolwiek sposób ją wspierasz, to jesteś już bohaterem wartym wszystkich nagród i wyróżnień!

Sewastopolski serwis informacyjny ForPost donosi o typowym przypadku. W 2022 roku Rada Izby Adwokackiej pozbawiła adwokata Elmana Paszajewa statusu prawnika. Powodem było m.in. „przestępstwo dyscyplinarne Paszajewa”. Następnie udał się on na wojnę na Ukrainie. Były prawnik powiedział dziennikarzom, że od dwóch lat służy w 95. Pułku Strzelców.

Roman Bilik, solista zespołu „Bestie”, jako pierwszy rozwiązał problemy z reputacją wyjazdem na Donbas. W lutym 2022 roku potępił rozpoczęcie wojny. Kiedy jednak zabroniono mu koncertu na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu i przerwano tournée po Rosji, muzyk zmienił stanowisko i poszedł śpiewać na „linii frontu”.

Bloger Dmitr Portniagin i jego żona zostali oskarżeni o niepłacenie podatków w wysokości ponad 124 milionów rubli oraz legalizację środków uzyskanych w sposób przestępczy. Portniagin także próbował rozwiązać swoje problemy poprzez wojnę. Zorganizował transport humanitarny na linię frontu. Z ziemianki opowiadał, że został ostrzelany i jak niebezpieczna jest teraz praca jako ochotnika w Donbasie. Ale to mu nie pomogło. 12 kwietnia bloger został zatrzymany w Rostowie nad Donem, gdy wrócił ze strefy działań wojennych.

Za przykładem Romana Bilika poszedł znany rosyjski artysta Filip Kirkorow, którego występy pod koniec ubiegłego roku zostały „odwołane” po wzięciu udziału w „nagiej” imprezie Anastazji Iwlejewej (pisałem o tym TUTAJ). Artysta został „wycięty” z noworocznych przedstawień i musicalu „Iwan Wasyliowycz zmienia wszystko”. Po tym wszystkim artysta udał się do Donbasu. W lutym Kirkorow przemawiał w szpitalu nr 2 w Gorłówce. Obdarował rannych żołnierzy prezentami, wykonał piosenkę, wygłosił płomienne przemówienie. Po tym występie Kirkorow wrócił do telewizji, a także do przewodniczenia jury programu „Maska”. Wznowiono jego działalność koncertową. Zaczął nawet żartować ze sceny, jak „wszedł do niewłaściwych drzwi”.

Inna uczestniczka „nagiej” imprezy – Dima Bilan – również na początku roku udała się do Donbasu z misją humanitarną. Według TARS dostarczyła sprzęt i datki na rzecz schroniska dla zwierząt  w Doniecku. Artystce wybaczono: 21 lutego podczas ceremonii otwarcia „Future Games” w Kazaniu wykonał rosyjski hymn państwowy. Wśród słuchaczy był prezydent Władimir Putin.

Organizatorka „nagiej” imprezy Anastazja Iwlejewa również planowała wyjazd humanitarny do Doniecka. Jednak mieszkańcy sprzeciwili się takiej próbie wybielania reputacji. Podróż Iwlejewej nie doszła do skutku. Mimo to blogerka nadal publicznie wspiera wojnę na Ukrainie.

Wielu „patriotów” w Rosji popiera takie zachowania gwiazd. Tak, bohater Rosji, szef prezydium organizacji „Oficerowie Rosji”, generał dywizji Sergiej Lipowy powiedział „ForPost”, że nie widzi nic złego w tym, że „skruszone” gwiazdy i blogerzy pomagają Donbasowi i żołnierzom. W szczególności stanął w obronie Kirkorowa: „Artysta również ryzykuje, że stamtąd nie wróci. A fakt, że Kirkorow poszedł rzekomo wybielić swoją winę, to jedna z opinii. Jest inne zdanie – wszyscy podejmują takie samo ryzyko: wolontariusze, artyści, piosenkarze i pisarze” – tłumaczył Lipowy.

 

Nasza podróż w nieznane – DZIEWIĄTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Na poboczu stały spalone i ostrzelane samochody — ciężarówki, autobusy, osobówki, a obok nich, albo w środku, leżały zmasakrowane kulami i ogniem martwe ciała… Omijaliśmy te straszliwe przeszkody, a ja wyobrażałem sobie, jak musi być przerażająco, gdy strzelają do ciebie, a obok są najbliżsi… I jesteś bezsilny, nic nie możesz zrobić, żeby ratować tych, których kochasz  ­ – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

13 marca 2022, niedziela

Godz. 7.12, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Nie spałem dobrze w nocy. Słyszałem, że Tamara całą noc przewracała się na swoim zaimprowizowanym łóżku. Poza tym dusił ją kaszel. Zaostrzenie choroby oskrzeli wyraźnie się nasila, a leki się skończyły. Długo nie wytrzyma w piwnicy.

Po „porannej aktywności” podszedłem do Tomaszki i, obejmując ją za ramiona, pewnym głosem powiedziałem:

— Pakuj walizkę, jutro wyjeżdżamy.

— Ale przecież samochód nie chce się uruchomić — powiedziała niepewnie.

— Uruchomi się! Chłopcy jakoś zdobyli akumulator.

Godz. 13.44, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Obok domu przejeżdżały autobusy ewakuacyjne i kolumna samochodów. Moje serce podpowiada, że „zielone korytarze” mogą niedługo zostać zamknięte. I wtedy — koniec. Z tych sideł się nie wydostaniemy.

Godz.14.20, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Wyszliśmy z piwnicy do mieszkania. Dziewczyny robią kanapki z krakersów, bo chleb dawno się skończył. Przyniosły z podwórka gorącą zupę i rozlewają do talerzy. Apetytu już od kilku dni nie mam, wcale nie chce się jeść. Połknąłem pigułkę przeciwbólową, ale widzę, że poprawy nie ma.

W salonie na półkach stoi moja kolekcja płyt winylowych — albumy zespołów rockowych: Beatles, Animals, Rolling Stones, Who, Led Zeppelin, Uriah Heep, Grateful Dead, Pink Floyd i innych klasyków rocka. A są także ulubione polskie zespoły — Czerwone Gitary, Breakout i Tadeusz Nalepa, Budka Suflera, SBB, Czesław Niemen… Nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek położę te płyty na tarczy gramofonu, delikatnie zdmuchując kurz…

A jeszcze marzyłem o napisaniu dwóch książek. O historii ukraińskiej muzyki rockowej oraz kronikę życia i twórczości The Beatles. Nawet częściowo zgromadziłem materiały. Jeszcze do późnego wieczora 23 lutego siedziałem przy biurku, realizując założenia, ale… Zresztą tego samego dnia z wydawnictwa „Arija” przysłali mi makietę mojej kolejnej książki o szpiegach. Widać, nie było mi dane trzymać jej w rękach. „Przytulając” kilka płyt, ostrożnie odłożyłem je na miejsce, contra spem spero na ponowne z nimi spotkanie.

Godz. 23.12, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

W piwnicy martwa cisza, od czasu do czasu przerywana szczekaniem dwóch psów, które przebywają razem ze swoimi właścicielkami w sąsiedniej komórce. Zwierzęta są zestresowane i przerażone.

Niektórzy sąsiedzi zniknęli cicho, „po angielsku”. Ale, jak powiedział sąsiad Mykoła, „mniej ludzi, więcej tlenu”. Nie komentuję. Bo ten sam Cyceron lubił powtarzać, że suum cuique — „każdemu swoje”. Napisałem to i przypomniałem sobie mojego nauczyciela Jurija Wadymowicza Szanina. Jakbym się nie opierał, to jednak wbijał mi do głowy łacinę, bo, jak słusznie zauważyli starożytni, nulla est doctrina sine lingua Latina („Nie ma nauki bez łaciny” — przyp. red.).

14 marca 2022 poniedziałek

Godz.10.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Ledwie Denis poinformował, że zamontował nowy akumulator, a samochód Romana udało się uruchomić. Zbiornik volkswagena jest prawie pełny. Będziemy mogli wyruszyć. Zaraz przekażę tę nowinę Tamarze.

Godz. 22.02, Winnica, droga na Chmielnickie. Z dziennika Serhija Kulidy

Dzień był trudny. I jednocześnie radosny. Ale o wszystkim po kolei. Po tym, jak zięć powiedział, że auto jest gotowe do drogi, postanowiłem pójść na rozpoznanie do miejskiego ratusza, gdzie ludzie mieli czekać na ewakuację. I rzeczywiście: tam, jak i w poprzednich dniach, zebrał się ogromny tłum. Autobusów jeszcze nie było, za to całą jezdnię przed budynkiem miejscowego „białego domu” zalały prywatne samochody mieszkańców Buczy.

Czas płynął, ale pożądany transport nie pojawiał się. W powietrzu wyraźnie czuć było jakieś nerwowe napięcie. Dzieci płakały, mężczyźni uciszali się przeklinając, psy warczały i rwały się ze smyczy… Wśród ludzi chodził kierownik spraw miejskich rady buczackiej Dmytro Gapczenko i przez megafon, jak potrafił, uspokajał zirytowanych i zmęczonych mieszkańców. Wtedy podjąłem ostateczną decyzję: jeśli dziś nie opuścimy Buczy, to już raczej nie będziemy mogli wyjechać.

— Tamo, szybko się zbieraj — z progu zwróciłem się do żony. — I dzieciom powiedz. Ja idę do piwnicy — zabiorę komputer.

Już za dziesięć minut staliśmy przy samochodzie Romana — my z Tamarą, Ninusia, dwójką wnucząt, zięć i teściowa. Razem — siedmioro plus pies. Ale do auta zmieścimy się tylko we czwórkę. No, jakoś sobie poradzimy…

I wtedy Oksana stanowczo oznajmiła: — Gdzie tam z moimi gabarytami… Jedźcie sami. Ja zostaję.

— A ja mamy nie zostawię — powiedział ostro Denis. — Jedźcie, my sobie poradzimy.

Teraz już wystąpili Ninusia i Włodek: — My bez ciebie też nie pojedziemy!

Denis delikatnie objął żonę i syna, i łagodnie powiedział: — Musicie uratować siebie. Jeśli tu zginiecie, ja tego sobie nigdy nie wybaczę. Bardzo was kocham. Siadajcie i jedźcie. Ja coś wymyślę i na pewno was znajdę.

Tak więc uformował się załogę: za kierownicą — Roman, obok — Tamara, na tylnej kanapie — Włodek, Ninusia i ja z Jaszą na rękach.

Wyjeżdżaliśmy w tym, co mieliśmy — w sportowych spodniach, wysmarowanych od trzytygodniowego siedzenia w piwnicy kurtkach, nieumyci i nieogoleni (to ja, oczywiście, o sobie). Do walizki Tamara włożyła tylko jakieś jeansy, adidasy, swetry, bieliznę. No i dokumenty. To wszystko. Jeszcze zdążyłem żartować z tego powodu: „Wszystko, co zdobyte ciężką pracą”. Tamara tylko wymownie spojrzała na mnie i, widocznie zasmucona, odwróciła się, żeby nie pokazać łez. Usiedliśmy i ruszyliśmy z podwórza. Skręcając z ulicy Energetyków na Bohdana Chmielnickiego, samochód zatrzymał się — przed nami stało kilkanaście aut. Okazało się, że kierowcy odbywają naradę: czekać na autobusy (które nie wiadomo kiedy przyjadą), czy jednak ryzykować, jadąc całą kolumną prywatnych samochodów, przyczepiając do nich napisy obowiązkowo po rosyjsku „Дети” i białe taśmy. Debaty zakończyły się tym, że niektórzy postanowili nie kusić losu i zostać.

Większość kierowców była gotowa na potencjalnie niebezpieczną podróż. Tak więc nasz volkswagen znalazł się piąty kolumnie tego niebezpiecznego „wyścigu”, który nazwałem w myślach „Life Trophy”. Skręcając z ulicy Bohdana Chmielnickiego w lewo na „Warszawkę”, ruszyliśmy w stronę Worzel. I tu w pełni ujawniły się przed nami straszne realia współczesnego życia. Na poboczu trasy stały spalone i ostrzelane samochody — ciężarówki, autobusy, osobówki, a obok nich, albo w środku, leżały zmasakrowane kulami i ogniem martwe ciała…

Omijaliśmy te straszliwe przeszkody, a ja wyobrażałem sobie, jak musi być przerażająco, gdy strzelają do ciebie, a obok są najbliżsi… I jesteś  bezsilny, nic nie możesz zrobić, żeby ratować tych, których kochasz. I na chwilę przed śmiercią, ze strachem rozumiesz, że to koniec. Koniec wszystkiego…

Tymczasem Roma powoli skręcił na drogę łączącą „Warszawkę” i Żytomierską trasę. Minęliśmy skręt na ulicę Jabłunowską, gdzie, według plotek, Rosjanie już zabili wielu mieszkańców Szklanej Wsi. Dalej — w prawo, skręt na Zabuczie. I tutaj, jak i na „Warszawce”, na poboczu stały zniszczone osobówki z zabitymi ludźmi. Przed Zabucziem trafiamy na kacapski punkt kontrolny. Zatrzymują nas. Podchodzi jakiś niedorozwinięty na krzywych nogach, z azjatyckimi rysami stwór. Uśmiecha się zepsutymi zębami: — Cześć! Dokąd wy się tam wybraliście? My was właśnie wyzwalamy od nazistów…

Milczymy.

— Czemu milczycie? Boicie się, co, straszno? Nie bójcie się — my, Rosjanie, jesteśmy dobrzy.

Milczymy.

— Dawajcie paszporty! — stwór nakłada złośliwy uśmiech na cienkie jak sznurek wargi.

Długo obraca w rękach dokumenty.

— А teraz — telefony.

Głupiec grzebie w naszych telefonach komórkowych, ale po chwili zwraca je z powrotem.

— Pokaż bagażnik! — zwraca się do Romana.

Ten go otwiera.

— Tam co jest?

— Ubrania — rzuca niewiele mówiący wnuczek.

— Co? Powiedź mi to po ludzku…

— Ja i tak mówię o ludzku — zaczyna kipieć mój zawsze zrównoważony wnuk.

Widzę, że zbliża się konflikt z dość przewidywalnymi konsekwencjami, więc wtrącam się, dodając do głosu nuty dowódcze: — Słuchaj, bojowniku, tam w walizce tylko ciuchy.

Spuchnięta morda odwraca się do mnie i coś chce powiedzieć, gdy woła go jakiś, widocznie, starszy rangą, który zbliża się do naszego samochodu: — Co ty się tam grzebiesz, idioto?… Odsuń się, ileż można! Jeśli wszystko w porządku — puść.

— Jedźcie na ch*j — wzdycha i powoli podnosi karabin. — Szybko, bo inaczej was tutaj położę…

Gdzieś w okolicy Dimerki znowu nas zatrzymują, a opisana wcześniej sytuacja się powtarza. Tylko tym razem w patrolu są brodaci mężczyźni z charakterystycznym kaukaskim akcentem. Mówią znajome słowa (widocznie tak ich nauczyli) o „wyzwoleniu”: „Chcemy was wyzwolić od tych waszych banderowców”. W końcu ci „Rosjanie”, obładowani bronią, wypuszczają nas.

W okolicy Kapitanówki widzimy — wreszcie!!! — niebiesko-żółtą flagę, unoszącą się nad zbudowanym z betonowych bloków posterunkiem kontrolnym. Nasi zaniepokojeni chłopcy nie przeprowadzają kontroli, tylko machają rękami: „Jedźcie dalej szybciej!”

I rzeczywiście, pojawia się nowy powód do niepokoju — gdzieś tuż obok zaczynają latać pociski. Roman skręca na drogę w kierunku Żytomierskiej, nietypowo pustą. I tylko tu i ówdzie stoją, jak wyznacznik czasu, rozbite samochody. Kierujemy się w stronę Stojanki, gdzie mieszka (czy mieszkała?) siostra Tamary, Luda, i patrzymy, jak po obu stronach drogi płoną liczne budynki — supermarkety, biurowce, magazyny, stacje benzynowe, prywatne domy. Wydaje się, że trafiliśmy w środek jakiegoś filmu katastroficznego z Hollywood. Z drogi obok Stojanki skręcamy na Horenicze. Tutaj widok jest równie ponury — ruiny, ogień, śmierć… Minęliśmy osiedle, skręcamy w prawo obok Hnatiwki, w kierunku Białogrodki i… zatrzymujemy się. Przed nami ulica jest zablokowana samochodami. Stoimy w korku kilka godzin. A obok coś regularnie i dość głośno wybucha. Wreszcie ruch trochę przyspiesza.

Zbliżamy się do mostu nad rzeką Irpin, z prędkością żółwia, i modlę się do Boga, żeby Rosjanie nie celowali w tę przeprawę. Oto Białogrodka! Tutaj nasze dokumenty zostały dokładnie sprawdzone (żołnierze martwią się o możliwych dywersantów), a uprzejmi, uważni wolontariusze poczęstowali nas kanapkami i herbatą. Wreszcie mogliśmy odetchnąć spokojnie — teraz jesteśmy bezpieczni.

Jasza, uwolniony na „spacer”, załatwił swoje fizjologiczne potrzeby, które przez kilka dni powstrzymywał. Po odpoczynku kontynuowaliśmy naszą smutną podróż.

Oto i Kijów. Słońce przywitało nas radośnie, na ulicach spacerują ludzie, sklepy działają, a także — co dla nas najważniejsze — stacje benzynowe. Przy jednej z nich zatrzymaliśmy się, aby zatankować jak najwięcej paliwa. Podczas gdy Roman stał w kolejce, nasza załoga ruszyła do budynku stacji benzynowej. Tutaj ja i Nina kupiliśmy papierosy i zamówiliśmy kawę. Smakując aromatyczny napój, zdumiewaliśmy się przynajmniej pozornym spokojem. Zdawało się, że znaleźliśmy się w jakimś równoległym świecie: w Buczy panuje śmierć, a w stolicy, przecież tak niedalekiej od naszego miasta, jakby „cichy anioł przelatywał”. Jednak ten spokój był oczywiście złudny. Kijów jest celem numer jeden dla moskiewskiej hordy. I uderzenia w miasto można się spodziewać każdej chwili.

I oto znowu jesteśmy w samochodzie — zmierzamy na zachód. Naszym ostatecznym celem jest Iwano-Frankiwsk, gdzie czeka na nas mój dobry przyjaciel i kolega Jarosław Tkaczewski. A tymczasem dzwonię do kolejnego przyjaciela z mojej młodości — winnickiego pisarza Wadima Witkowskiego. Umawiamy się na nocleg. Wadim cieszy się, że uciekliśmy z Buczy: „Serhieju, drogi, z Walją czekamy na was z niecierpliwością! Żyjcie u nas, ile chcecie! Będziemy bezgranicznie szczęśliwi!”.

Przybliżona odległość od Kijowa do Winnicy (przez Białą Cerkiew i Skwirę) wynosi 270 kilometrów. Roman włącza nawigację i ruszamy. Nawiasem mówiąc, wnuk nie wypuścił z ręki swojego telefonu z nawigacją przez cały czas podróży. W lewej ręce — telefon, w prawej — kierownica. I to mimo że nigdy wcześniej nie odbywał długich podróży, ponieważ niedawno otrzymał prawo jazdy.

Nie będę opisywał tych długich godzin podróży. Powiem tylko, że w samochodzie zazwyczaj panowała napięta cisza. Wszyscy martwili się, że volkswagen się zepsuje, zatrzyma się. Żeby choć nie musieć nocować gdzieś na poboczu…

I oto — wreszcie! — światła Winnicy. Trochę błądząc po nieznanych ulicach, parkujemy przy posiadłości Wadima i Walji Witkowskich na Chmielnickiej Szosie. Przyjaciele przywitali nas serdecznymi objęciami. Od razu zaprowadzili do stołu, obfitującego w różnorodne przysmaki, których nie widzieliśmy przez trzy tygodnie. Ale przed ucztą ja i Wadim zrobiliśmy sobie zdjęcie, aby udokumentować fakt naszego cudownego uratowania.

Podczas gdy dzieliliśmy się wspomnieniami, Roma postanowił udać się do sąsiedniej wioski, gdzie razem z rodziną przeniosła się jego dziewczyna z zajętej Babynci. Postanowił, że zabierze ją ze sobą.

Tymczasem, po ucztowaniu, wszyscy wzięliśmy prysznic, a dziewczyny z Włodkiem zaczęły się przygotowywać do snu. Wkrótce przyjechał Roma z narzeczoną. Szczęśliwy i radosny! Wreszcie wszyscy położyliśmy się spać. Tylko ja nie mogłem zasnąć. Wziąłem się za notowanie wydarzeń tego szczęśliwego, ale długiego dnia. Jutro będziemy kontynuować naszą podróż w nieznane. Jaki los nas czeka? Pomimo wszystkich kłopotów i obaw, szczerze wierzę, że nasz kraj, zjednoczony i zmotywowany, pokona moskiewskie plugastwo. I że „na odnowionej ziemi // Nie będzie wroga, przeciwnika, // Ale będzie syn, i będzie matka, // I będą ludzie na ziemi”…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Groza gdzieś „tam” i „tu”, obok

Świat, który rysuje, maluje Ewa Urniaż-Szymańska jest okrutny i brzydki. Napisałem! Ale czy rzeczywiście jest gorszy od tego, który nas otacza?

Potwory, wystraszeni, załamani ludzie, mordy rozkwaszone i łby, z których wyrastają drapieżne krzaki i drzewa. Anioł, diabeł, symboliczne szachy i pełzający łysy dziad z gołym tyłkiem. Ludzie z kikutami rąk i nóg. Kobiety lub ich fragmenty, biusty i wielkie oczy.

Zaplątani w to wszystko święci z aureolą. Jeszcze martwy ptak i twarz w krzyku jak z obrazu Muncha. Wreszcie przerażone dzieci i wyciągnięte po nich drapieżne ręce.

Symbole złego czasu. Ale po co symbole? Rzeczywistość to wszystko przerasta. Góry trupów na ukraińskim froncie, po których idą do ataku żołnierze. Jeszcze żyją. Ale bywają dni, że giną setki a nawet tysiące.

Zwłoki zwykłych napadniętych ludzi, rozrzucone na drogach, obok ich rowery i spalone samochody. Pozabijane zwierzęta. Internet jest pełen tych strasznych obrazów. Bloki mieszkalne, szkoły i szpitale rozbite bombami. Przeorane pociskami ściany i oczodoły okien. To krwawiąca Ukraina.

Jeszcze gorzej jest w Gazie. Na małym terytorium kilka milionów ludzi wyciąga ręce do świata o ratunek. Wyciągają ręce głodne dzieci. W nieopisanym bólu bezradne matki. Całe miasta zniszczone. Mężczyzna mówi, że z jego 19 osobowej rodziny został sam.

To wszystko jest realne i dziejące się tu i teraz. Nie jest straszniejsze niż najbardziej drastyczne obrazy. Przerażały obrazy hiszpańskiego malarza Goyi. Ale już nie przerażają. Tam jest po kilkunastu rozstrzeliwanych. A tu tysiące trupów, pożoga, zagłada, pustka wypalonych siedlisk ludzkich.

Jeszcze niedawno Ewa Urniaż-Szymańska może i szokowała, ale dziś tamta twórczość artystki to już prawie łagodne obrazki. Teraz jednak wzbudzą refleksję, dokąd zmierzamy? Czy potwory wyjdą z ram i zmieszają się z tłumem zwykłych ludzi na ulicy. Z ciągle beztroskim i wesołym tłumem. A może jednak ta plastyczna makabra zadziała. Coś zmieni nagle. Jak to było, ale krótko, 22 lutego przed dwoma laty.

Ktoś mnie zapyta po co piszesz o malowaniu okropności, gdy pełno ich w codziennym życiu? Po to, że na obrazach krew jest czerwona a fiolet drapieżny, że butelka dusi szyję, dławi. To za wspomnieniem stanu wojennego z 1981 roku namalowany jest „Świat mężczyzny” – z kwiatów wyłania się tors kobiety. Co na tych obrazach robi gołąb. A może to jednak – jak w tytule – orzeł albo paw.

Obrazy artystki są opisane tytułami, datowane. Są więc dokumentacją czasu, który utrwalają. To głównie czas wojny, a więc czas aktualny, gdzie meldunki z frontów, barbarzyńskie zdjęcia, przykłady antyczłowieczeństwa stają się wręcz banalne. Sztuka artystki to przewidziała i pokazuje. Jej twórczość jest ważna, bo wyrazista.

Ewa Urniaż-Szymańska – plastyczka i nauczycielka – jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego na Uniwersytecie im. Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. Realizuje się w litografii i grafice. Jej ulubioną formą jest rysunek ołówkiem. Studia skończyła w 1982 roku. Pracuje z dziećmi i młodzieżą. Wystawia w kraju za granicą. Najczęściej w Wiedniu. Jej prace znajdują się w wielu zbiorach prywatnych. Najchętniej tworzy w zaciszu domowym, mieszka pod Warszawą.

Pani Ewa jest także pisarką, poetką. I to bardzo konkretną i sugestywną. Pisze ostro i wyraziście. Wiersze, opowiadania i bajki dla dzieci. Twórczość artystyczna i literacka uzupełniają się. Ilustruje swoje książki. Pani Ewa twardo stąpa po ziemi. Warto tej artystce poświęcić uwagę.

 

 

 

O wolności dziennikarskiej podczas bezprawia w mediach pisze HUBERT BEKRYCHT: …bo będzie wstyd

Nadtytuł cyklu tego cyklu felietonów nie jest tylko figurą publicystyczną, jestem na zwolnieniu. Lekarskim. Uspokajam jednak wszystkich – to nie jakaś śmiertelna choroba, ot po prostu dał o sobie znać organizm zmęczony po 32 latach dziennikarskiej pracy, szczególnie zaś zmęczony po ostatnich miesiącach ciężkiej roboty… Choroba i zwolnienie lekarskie nie mogą oznaczać milczenia w sprawach zasadniczych dotyczących naszego zawodu i misji dziennikarstwa. Zatem od czasu do czasu, jeśli tylko zdrowie pozwoli, będę się z Wami społecznie dzielić swoimi obserwacjami. 

Znajomy dominikanin, rekolekcjonista Wojciech Jędrzejewski OP (przy okazji Wojtku, serdeczne życzenia imieninowe) przysyła mi od czasu do czasu swoje refleksje na temat sensu i religii, ale nie tylko. Ostatnio dostałem od zakonnika SMS o treści: “Każdy skrawek odzyskiwanej wolności może stać się naczyniem na miłość”. Myślę, że to bardzo pasuje do obecnej sytuacji dziennikarzy w Polsce. 

Co oznacza wolność dla dziennikarza? Musi oznaczać wszystko, jeśli ktoś chce naprawdę być dziennikarzem. Przedstawiciele naszego zawodu powinni być wolni, aby wykonywać swoje obowiązki. Brzmi jak banał? To jest banał! Ale i prawda. Jedyna, która musi towarzyszyć dziennikarzom przez całe ich zawodowe życie. 

Wolność mimo wszystko 

Krajobraz po przegranej przez prawdziwe dziennikarstwo bitwie o media z 19 grudnia 2023 roku jest poorany podziałami, dramatami zawodowymi i prywatnymi, naznaczony wieloma sporami, które teraz wydają się nie do rozwiązania. Co z tego wyniknie? Nie wiem, ale wiem, że szybko nie dojdziemy do porozumienia wielu sprawach. 

Czy, jeśli wydawca wyda dziennikarzowi polecenie zrobienia czegoś, co jest niezgodne z etyką, przekonaniami żurnalisty a często jest w kolizji z obowiązującym prawem trzeba odmówić. Jeśli chcemy nadal być dziennikarzami nie może tutaj być kompromisu. Bo nie można się godzić ze złymi praktykami zawodu ubranymi często w szaty “autorytetów”, “apolityczności”, czy dobra wspólnego.  

Bez kompromisu 

Trzeba liczyć się z wieloma kłopotami, z utratą pracy włącznie. Trudno. Lepiej być na bezrobociu, mało zarabiać czy zmienić pracę niż pod pozorem “wysokogatunkowego dziennikarstwa” wykonywać polecenia z dziennikarstwem nie mającymi nic wspólnego.  

Nagrody za lata upokorzeń może nie być. Warto jednak, bo zwolnienie z pracy nie oznacza zwolnienia z życia. 

 

 

 

O kontrowersjach wokół kandydatów w wyborach do PE pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Do you speak..?

Przesadzona, delikatnie mówiąc, okazała się informacja o tym, że Jacka Saryusza-Wolskiego nie będzie wśród kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego. Kto kolportuje takie wieści, które potem znajdują się przez pół dnia w czołowych mediach tzw. głównego nurtu, ale nie tylko? Sam Saryusz-Wolski zaprzeczył tym rewelacjom i napisał na swoim profilu na „X”, że to nieprawda, że nie rezygnuje. Bo przecież PiS to nie jest ugrupowanie samobójców, ale dyskusje o obsadzie parlamentarnych list w partii opozycyjnej nie ucichły. Nie tylko zresztą po stronie opozycji.

Nie będę pastwił się nad tymi, którzy mają reprezentować prawicę. Zostawię to satyrykom. Ale z drugiej strony to nie wyborcy układają listy kandydatów, wyborcy po to zaufali jakiejś partii i dali jej mandat zaufania, aby obserwować te listy a przy kolejnym pobycie w lokalach, gdzie oddajemy głosy na naszych parlamentarnych reprezentantów wyciągnąć wnioski.

Na razie we wszystkich partiach panuje chaos. „Ci odlatują, ci zostają” – jak śpiewali kiedyś Skaldowie z Łucją Prus. Tak to już w tym PE bywa. „Kaśka przyszła, Mańka wyszła”. Buzek rezygnuje, Tusk dał Budkę, pół rządu i 40 proc. składów tzw. komisji śledczych.

Trudno to nazwać inaczej niż Wielką Emigracją KO i to nie tylko – chociaż w głównej mierze – zarobkową. Może politycy czołowej koalicyjnej partii, czyli PO, boją się, co będzie, jak ich w końcu wyborcy rozliczą? A to może przecież stać się. Kto bogatemu w „wybitnych polityków” zabroni? Nikt przecież z „szarych wyborców” do układanie list nie jest dopuszczony.

Trwa też chaos w PiS spotęgowany powrotem (który to już?) do polityki Jacka Kurskiego. Nikt z obecnych europosłów i kandydatów nie chce być na jednej liście z były szefem TVP. Dlaczego? Bo Kurski jest dobrym PR-owcem a doświadczenia ma za dziesięciu kandydatów.

Trzecia Droga z kolei zależna jest od swojej planety – matki, czyli PO. PSL i partia Hołowni chcą tak poustawiać listy w okręgach, aby mieć chociaż cień szansy na kilka – bardziej dwa niż cztery – mandaty. Lewica może, choć nie musi, jak w wyborach lokalnych, przyssać się do żywiciela, czyli znowu do PO – KO. Konfederacja zwaistuje zamieszanie w europarlamentarnej stawce, ale w niewielu miejscach na politycznej mapie Polski.

Na pewno w wyborach do PE powinny się liczyć, jak w żadnym innym politycznym przypadku, kompetencje. Banał powiecie? Banał, ale to prawda. Bzdury plotą ci, którzy opowiadają, że PE to taka nagroda za działalność polityczną w wielu partiach. Owszem tak jest, ale tak nie powinno być.

Reprezentacja KO w PE to zbiór ludzi, może z nielicznymi wyjątkami, którzy głosują w Brukseli przeciwko polskiej racji stanu. W tej rozbijackiej działalności prym wiodą oczywiście członkowie frakcji PZPR w KO – Miller, Cimoszewicz, Belka. Deklaracje przeciwko Polsce składają też ludzie z PSL i lewicy.

Jest i druga strona – PiS, a tu ostatnio mieliśmy w Brukseli kilka osób, które dało się słuchać, dało się słyszeć i zrozumieć i wszyscy wiedzieli, że  Jacek Saryusz-Wolski jest liderem tej grupy. Kompetentny, wykształcony, mądry. Sekundowali mu Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Anna Zalewska i Beata Kempa.

Ich konkurenci z polskiej frakcji w Europejskiej Partii Ludowej warczeli na swój własny kraj i głosowali przeciwko interesom Ojczyzny, byleby zaszkodzić PiS. No i jak się okazało to im się udało wygrać wybory parlamentarne. Pyrrusowe zwycięstwo PiS niczego obecnej opozycji nie nauczyło. Czy PiS przed wyborami jest w ślepej uliczce? Czy odważne hasła pomogą?

Kto więc będzie nas patriotów i tradycjonalistów reprezentował w UE? Dlaczego nie wyciąga się wniosków z tego co widać, słychać i czuć? Wiadomo, że w Brukseli dużo płacą. I dobrze, jeśli jest za co. Czy teraz znowu pojadą ludzie z mierną angielszczyzną? Może by pokazać jacy naprawdę są np. zapraszając do telewizyjnych programów na żywo po angielsku – jakiejkolwiek stacji. Z lewicowo-liberalnymi niech porozmawia np. Rachoń albo Wierzejski lub ktokolwiek z „Republiki, oczywiście dobrze po angielsku a z kandydatami PiS mogłaby rozmawiać np. Wysocka-Schnepf albo Olejnik (jeśli mówi in English) lub też ktokolwiek z redakcji międzynarodowej TVN. To powinien być element rywalizacji przedwyborczej kandydata. Niemoty językowe niech walczą o Sejm lub Senat.

Teraz, gdy kaskadowo przebiegają zmiany, na małych ekranach widać, że wszystkie stacje gorączkowo szukają nowych, zdolnych i predysponowanych telewizyjnie. Starych wykopano.

Wracając do głównego wątku, dlaczego teraz za granicę jako reprezentantów Polski opozycja wysyła ludzi „za zasługi”. Trzeba wysyłać najlepszych, nie za „dokonania” lecz za to co mogą zrobić dla Polski. Oczywiście, że mogą się również nie sprawdzić. Zawsze jest takie ryzyko. Jednak po weteranach dokładnie wiemy czego możemy się spodziewać. Czy sprawa lidera delegacji PiS w PE Jacka Saryusz-Wolskiego, czyli plotka o jego rezygnacji jest niebezpiecznie napiętą struną wytrzymałości? Nie sprawdzajcie, opozycjo, czy i kiedy pęknie.

 

Kolejna odsłona wyznań o radościach i smutkach WALTERA ALTERMANA (5)

Aby zrozumieć współczesność, dobrze jest sięgnąć do historii, bo jak wiadomo wszystko już było.

Od października 1934 do października 1935 roku, w Chinach miało miejsce zdarzenie zwane Długim Marszem lub Wielkim Marszem. Było to przegrupowanie Chińskiej Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej z prowincji Jiangxi w południowo-wschodnich Chinach do Chin północno-zachodnich. W czasie wojny domowej (1927–1934) Czang Kai-szek rozpoczął w 1930 roku cykl pięciu kampanii okrążających, mających na celu zniszczenie baz Komunistycznej Partii Chin. W październiku 1934 roku główne wojska KPCh zdołały przebić się przez pierścień armii Czang Kaj-szeka i rozpoczęły marsz w kierunku północnych Chin, po drodze łącząc się z pozostałymi siłami komunistycznymi.

W Długim Marszu uczestniczyło ok. 100 tysięcy ludzi. Siły komunistyczne przeszły przez jedenaście prowincji, przebywając 10–12 tys. kilometrów i w październiku 1935 roku dotarły do prowincji Shanxi. W czasie stoczonych podczas Długiego Marszu walk ze ścigającymi je siłami Kuomintangu wojska komunistyczne straciły prawie 50 procent swojego stanu osobowego.

Tło polityczne było mi potrzebne do przedstawienia faktów, że w czasie Wielkiego marszu chińscy rewolucjoniści poddawani byli ogromnej presji materialnej i duchowej. Materialna była taka, że wykańczała ich pogoda, nadludzki wysiłek fizyczny i głód. Presja duchowa zasadzała się na terrorze psychicznym, który rozpętał Mao. Wszędzie w swoich szeregach wietrzył on angielskich szpiegów, groźniejszych niż Czang Kai-szek. Mao urządzał nieustanne wiece, na których rozpętywał antyszpiegowską histerię. I nic nie miało do rzeczy, że żołnierze Wielkiego Marszu nigdy na oczy żadnego Anglika nie widzieli. Chodziło o wywarcie presji i zbudowanie atmosfery terroru wobec potencjalnych zdrajców.

Świadkowie tamtych lat twierdzą, że na jednym z wieców do bycia angielskimi szpiegami przyznało się ponad 10 tysięcy rewolucjonistów. Wtedy Mao im wybaczył, ale nakazał być jeszcze bardziej rewolucyjnymi członkami partii.

Co ta historia ma wspólnego ze współczesnością? Bardzo wiele, bo z rozbawieniem, od lat, obserwuję jak na każdym zakręcie dziejów uniżeni służalcy przegrywającej władzy, natychmiast wyrażają hołd zwycięskiej. Potępiając też swoje uprzednie pozycje polityczne i skłonności partyjne. W czasach bierutowski nazywało się to „samokrytyką”. Taki gość, które przyznawał się do „błędów etapu”, nie od razu wracał do łask nowej władzy, ale chronił życie i pracę.

Czy z końcem komuny skończył się kontredans służalców? Oczywiście, że nie. Transfery, przejścia spod kurateli jednej władzy pod skrzydła drugiej są zjawiskiem stałym, właściwie banalnym i śmiesznym.

Zbiorowe objawienia w PRL

Pierwsze zbiorowe objawienia miały miejsce zaraz po 1945 roku. Wtedy to dawni endecy i inni przyznawali się do błędów młodości i przechodzili pod opiekę najpierw PPR, a w chwilę później PZPR. O dziwo zajadłych przedwojennych konserwatystów w PZPR nie było wcale mało. Niektórzy mogli żyć spokojnie i nieźle zarabiać, choć wyższe stanowiska nie były im dawane.

Drugie objawienia miały miejsce pod roku 1956. Wtedy to z kolei zajadli stalinowcy, różnej maści oprawcy i zwykłe kanalie potępiały samych siebie, tłumacząc się, że byli oszukiwani, że nic nie wiedzieli o zbrodniach stalinowców. I władza im wybaczała. Przesuwano ich na stanowiska, na których nie rzucali się w oczy i jakoś tam żyli. W sumie za stalinizmu niektórym „opłacało się” być kanalią, tyle, że trzeba było bić się w piersi.

Trzecie masowe i najliczniejszy objawienia miały miejsce w roku 1980. Te dotknęły, czy też były łaską, głównie dla dziennikarzy. Pamiętam dobrze jak piszący przez lata ostre, bezkompromisowe wypracowania (artykuły) w gazetach RSW, czyli w gazetach PZPR, nagle pod wpływem masowego protestu robotników przejrzeli na oczy, jak nagle spadły im z tych oczu socjalistyczne łuski i dojrzeli jasność i błogość wolnego słowa.

Było i tak, że goście z TVP i Polskiego Radia (młodzieży powiadam, że innych stacji wtedy nie było) składali publiczne przeprosiny, kajali się, informując przy okazji kajania, że oni nic nie wiedzieli o „propagandzie sukcesu”. Twierdzili, że chcieli dobrze, że pisali tylko o pogodzie, cenach na warzywniakach i urokach wycieczek do Bułgarii.

Nastrój w 1980 roku był tak euforyczny, że lud wybaczył prawie wszystkim propagandzistom. Tym bardziej lud był łaskawy, że cieszyło go, iż tak znane „postacie” przystały do ruchu „Solidarności”.

Z nawróconych najbardziej mnie wzruszyły dwie osoby. Pierwszą była dama, która twierdziła, że jedna z gazet niecnie wykorzystywała jej nazwisko, sygnując nim wredne artykuły z marca 1968 roku.

Drugą osobą był facet, który codziennie w I Programie Polskiego Radia informował o kolejnych sukcesach władzy i radości społeczeństwa z tych sukcesów. Gdy nastała „Solidarność” człowiek ów ogłosił publicznie otwarty list do Macieja Szczepańskiego, szefa Radiokomitetu, w którym to liście zarzucał Szczepańskiemu, że oszukał go, że wykorzystał jego młodzieńczy entuzjazm w niecnych propagandowych celach. Nadto – co oczywiste – ów młody dziennikarz wyjaśniał, że władza ukrywała przed nim straszny stan polskiej gospodarki, prześladowanie twórców i brak możliwości podróżowania na Zachód. W nagrodę za tak szczerą postawę dziennikarz został delegatem na historyczny I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”, jesienią 1981 r. w hali Olivii, gdzie „robił” za żywy przykład pastwienia się komuny nad prostym dziennikarzem.

Oboje wyżej opisani dziennikarze ślicznie urządzili się nowej Polsce, a nawet uchodzili za autorytety.  Śmieszne? Nie bardzo, raczej smutne.

Olśnienia dzisiejsze

Nie minęło jeszcze pół roku od objęcia rządów przez nowe władze, a ruch olśnionych trwa i potężnieje. I coraz więcej znanych dziennikarzy daje publicznie do zrozumienia, że choć byli na etatach w rządowych mediach, choć występowali na antenach, choć w dyskusjach opowiadali się za PiS, to jednak w głębi serca byli po stronie wolnych mediów. Coś im nie pozwalało wtedy wypowiedzieć tego, co im naprawdę „w duszy grało”, ale grała im prawda.

Czy chęć zachowania etatów w państwowych mediach może aż tak przemielić człowieka, że sam siebie się wyprze? Widać może, choć widok takich „przemielonych” jest okropny. I potwornie smutny. Ilu może być prawdziwie twardych ludzi na milion? Nietzsche powiadał, że najwyżej 5 procent, reszta to miazga.

 

 

 

WALTER ALTRMANN: Co mnie śmieszy, co mnie smuci (4)

Śmieszą mnie politycy. Indywidualnie i jako grupa, niezależnie od orientacji ideowej. Zresztą z ideami u polityków też mamy śmieszny kłopot, bo większość z nich jak ognia wystrzega się jednoznacznego przypisywania do jakichś jednoznacznie określonych idei.

W dawnych czasach było prościej. Najczęściej sygnowano się jako lewica, komuniści, ludowcy, prawica, demokraci, a dzisiaj większość europejskich partii ma nazwy wieloczłonowe – na przykład socjal-demokraci. I nie wiadomo, ile w nich jest socjalizmu, a ile demokracji? A Nowa Lewica? Czyż nie budzi od razu niepokoju, los starej lewicy?

Bywają też partie dwuczłonowe, jak Prawo i Sprawiedliwość, i z tej nazwy też nie wiadomo kim są. Czy bardziej za prawem, czy za sprawiedliwością? Bo przecież prawo to kanon zasad, a sprawiedliwość niekoniecznie musi się tym prawem kierować, bo mamy przecież sprawiedliwość ludową, znamy karzące ramię sprawiedliwości, gdy obiecywano (za komuny), że jak kogoś to ramię dopadnie, to marny z nim koniec.

Istnieje też u nas Koalicja Obywatelska, która to nazwa jest wielce zagadkowa, bo koalicja to porozumienie, pakt, związek, ale dlaczego obywatelska? Wszak status obywatela mamy w państwie wszyscy.

Mówiąc krótko – mistrzami w wymyślaniu nazw partyjnych to my nie jesteśmy. I ta nieudolność jest bardzo śmieszna.

Wybory za wyborami

Ledwo co opadły emocje po wyborach parlamentarnych i samorządowych, a już, lada dzień, mamy mieć wybory do Parlamentu Europejskiego. I ku memu zdziwieniu partie, które odsądzają Unię Europejską od czci i wiary, też wystawiają swoich kandydatów. Nie boją się, że ich eurodeputowani przesiąkną w Brukseli miazmatami degeneracji moralnej i ideami bezpaństwowości? Teoretycznie wszyscy kandydaci mają mocno ugruntowane idee, ale diabeł unijny przecież nie śpi.

Inna rzecz, że partie wystawiają w szranki ludzi, którzy mają mocne pozycje w swych organizacjach i szkoda chyba wstawiać taki silnych ideowców? Ale pojawiają się też na listach osobnicy, którzy trochę podpadli, z którymi jest kłopot i lepiej by było – dla ich macierzystych partii – jakby na kilka lat z widoku zniknęli.

Bardzo to zabawne. A na poparcie mej tezy przywołam zdanie wielkiego Stanisława Ignacego Witkiewicza, który w „Szewcach” napisał: „Dopóty nie będzie dobrze, dopóki nie zaprzestanie się wysyłania zdrajców na placówki dyplomatyczne”.

Politycy jak soki

Zdarzają się też zabawni politycy, którzy z niejednego pieca chleb już jedli, czyli że byli już w wielu partiach. Takich osobników do zmiany braw partyjnych zawsze zmusza ogromnie wysokie mniemanie o sobie samych. Okoliczności są różne, bo zdarza się, że któregoś polityka jego rodzima partia wyrzuci z hukiem, albo wypchnie po cichu z pierwszych miejsc na dalsze, ale rzadko się zdarza, żeby ktoś taki obraził się, rzucił politykę i wziął się do normalnej pracy.

Dlaczego? Bo nasi zawodowi politycy najczęściej nie mają żadnych osiągnięć zawodowych, poza wielokrotnym byciem posłem czy senatorem. Jest jeszcze gorzej, bo politycy młodzi, poza dyplomami studiów, nie mogą legitymować się żadnym dorobkiem zawodowy. Więc gdzie mają odejść z polityki? W nicość? Mają się auto anihilować?

Dlatego nasi politycy są jak soki, ale wieloowocowe. Co jest śmieszne, ale w skutkach dla nas wszystkich może być tragiczne.

Politycy ponadpartyjni

Polityka ma widać jakiś mroczny urok, że ściąga na swoje polityczne pole ludzi zadufanych w sobie, kochających namiętnie, ale jedynie siebie. Taki osobnik często, gdy rodzima partia nie chce już jego liderowania, odchodzi do innej partii. I natychmiast przystępuje do kopania swych jeszcze wczorajszych kolegów. Oczywiście wszystkie stacje telewizyjne łase są na zamieszczanie jego frustracji i agresji – bo jednak coś się dzieje.

Świetnym tego przykładem (czyli najgorszym przykładem) jest Leszek Miller, który dwukrotnie był szefem SLD i dwukrotnie z tej partii z hukiem odchodził. Bo nie mógł być drugim lub trzecim na wewnętrznej liście rankingowej SLD. Zupełnie jak Cezar, który wolał być pierwszym w Ostii, niż drugi w Rzymie.

Za pierwszym razem Leszek Miller wystartował nawet do Sejmu z listy Leppera – i poniósł sromotną klęskę. Okazało się bowiem, że ludzie poprzednio nie głosowali na Leszka Millera jako takiego, ale na partię, której przewodził.

Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą,

sama – nie ruszy pięciocalowej kłody,

choćby i wielką była figurą

– pisał Majakowski, ale który z dzisiejszych przywódców partyjnych czyta poezję?

Smuci mnie i zawstydza obecna rola Leszka Milera, jako wiecznego malkontenta i podręcznego krytyka lewicy dla naszych stacji telewizyjnych. I wcale mnie to nie śmieszy, bo kiedyś lubiłem go.

I tak to się przeplata śmiech ze smutkiem, zażenowanie cudzą małością z rozbawieniem głupotą.

 

      

WIKTOR ŚWIETLIK: Adwokacka „wolność słowa”

Nigdy zawodowo nie miałem nic wspólnego z „Gazetą Wyborczą” i nigdy jej nie lubiłem. Nie chodzi o to, że czuję się jakoś lepszy od osób, którym się to przydarzyło i prędzej czy później się sparzyły, jest to trochę premia wieku, ale przyznaję – jest mi z tym dobrze, a od kilku dni jeszcze lepiej.

Kilka dni temu miałem arcyciekawe sądowe spotkanie z jedną z najbardziej ponurych postaci polskiego dziennikarstwa – panią Agnieszką Kublik, zwana przez swojego dawnego redakcyjnego kolegę „cynglem Michnika”, a przez polityka lewicy Włodzimierza Czarzastego jego „Hieną”. Pani redaktor to – jak się przedstawia – z zawodu socjolog, a dziś biedna emerytka. Towarzyszył jej prawnik Piotr Rogowski, czasem mylnie nazywany adwokatem, człowiek, którego funkcjonowanie w koncernie Agora pokazuje, że Adam Michnik potrafi być niekiedy lojalny. Mimo ciągle przegrywanych spraw wciąż jest na stanowisku. Brak talentów nadrabiany śliskością widocznie w pewnych branżach się sprawdza.

Sprawę przyznaję – o naruszenie dóbr osobistych – wytoczyłem ja. Nie za bardzo miałem wyjście, bo Madame Kublik kilka lat temu w swoim stylu pozmyślała po części, a po części przepisała za mitomanem Wojciechem Cieślą, historię, jak to kręciłem lody na jakiejś niszczącej ludzi farmie trolli w wyniku czego wylano mnie z pracy, czyli z Trójki.

Dlaczego o tym piszę? Bo trzy godziny spędzone na sali sądowej w takim towarzystwie chciałbym jakoś spożytkować. Zaciekawiła jednak mnie w tym wszystkim argumentacja samego Rogowskiego, która jest creme de la creme podejścia całego tego środowiska do prawdy. Oczywiście pełnomocnik jest po to, by bronić swojego klienta, ale jednak linia tej obrony jest bardzo symptomatyczna. Po pierwsze więc, tak w ogóle, to pani Kublik nie odpowiada za cały swój tekst, bo jej w redakcji ktoś podopisywał, a kto to nie wiadomo, bo było dawno. Tak się w redakcjach robi, że się dopisuje. Po drugie pani Kublik jest emerytką, którą gnębię, bo chcę wywołać jej łzy. Poza tym jestem ponurym typem, Rogowski skorzystał z możliwości jaką (jak zapewne sądzi) daje mu „adwokacka wolność słowa” i zaczął w mowie końcowej obrażać pracowników kolejnych redakcji w jakich pracowałem, a także mnie pomawiać o rozmaite straszliwe rzeczy, włącznie z zabraniem dwóch miliardów chorym na raka dzieciom.

Ciekawsza jest jednak inna sprawa. Radca Rogowski w pewnym momencie zaczął, przynajmniej ja tak to interpretuję, szantażować sąd modnym tematem przygotowywanych przepisów „antySLAPP-owych”, które mają rzekomo służyć zabezpieczeniu redakcji i NGO przed blokowaniem ich pozwami.

Tu drobny rys historyczny. Radca Piotr Rogowski to ten prawnik, który jak mało innych osób odegrał wyjątkowo parszywą rolę w niszczeniu wolności słowa i terroryzowaniu publicystycznych przeciwników pozwami. Swojego czasu w imieniu Adama Michnika powytaczał procesy całemu szeregowi naukowców i publicystów, którzy śmieli skrytykować jego żywiciela. Część z tych ludzi poszła na ugody czy przeprosiła, żeby nie wozić się po sądach ze zbliżoną do aparatu władzy potężną spółką. Przy okazji Rogowski popisywał się, widać ma to we krwi, grafomańskim stylem, który sprawił, że Rafał Ziemkiewicz przez jakiś czas dokonywał publicznych odczytań jego pozwu (Michnik domagał się wówczas 50 tysięcy złotych). Nieustannie to bawiło.

Nieskładne wywody pani Kublik i jej obrońcy mnie nie dziwią. Tak się kończy jak się zmyśla, kiedy nie jest w stanie się wziąć odpowiedzialności za własne słowa i ich bronić. Historia antySLAPP-owa jest jednak bardziej poważna. Ten przykład pokazuje bardzo symptomatyczne zjawisko, które czeredka z „Wyborczej” świetnie opanowała. Wykorzystywanie rozmaitych pozornie prodemokratycznych i proobywatelskich regulacji, szczególnie na poziomie unijnym, do faktycznego bądź to cenzurowania (walka z mową nienawiści), bądź zapewniania sobie bezkarności w niszczeniu ludzi. „Niewiele jest odkryć bardziej irytujących niż to, które odsłania rodowód idei” – brzmiał cytat z Lorda Actona, który znany jest głównie z tego, że stanowi motto „Drogi do zniewolenia” Friedricha Augusta von Hayeka, nomen omen książki nigdy na Czerskiej za bardzo nie lubianej. Ale jedno odkrycie jest może nie bardziej irytujące, ale na pewno zabawniejsze. Tego, co próbują z ideami robić nieudolni, prawniczy cinkciarze.

Jest jednak jedno światełko w tunelu. Podczas naszego uroczego spotkania w sądzie pani Kublik wpatrywała się jak w obrazek w mecenasa Artura Wdowczyka, tego samego, który przez lata pomógł tak wielu osobom z SDP i podopiecznym CMWP. Artur, jako jego przyjaciel wiem o czym mówię, ma zbawienny wpływ na ludzi. Może będzie tak i w tym przypadku?