Katastrofę językową zapowiada WALETR ALTERMANN: Masakryczny generał

Relacjonujący sprawę masowego zabójstwa w USA, gdzie jeden uzbrojony szaleniec zabił około 20 osób, a 60 ranił, dziennikarz TVN mówi: „Rozgrywały się masakryczne sceny”. Osłupiałem, bo „masakryczny” jest żartobliwą kontaminacją dwóch słów: makabryczny i masakra. Tak się mówiło przed laty w środowiskach młodzieżowych o złej sztuce teatralnej, marnej książce czy nieudanym filmie. Ale żeby takim językiem mówić o prawdziwej ludzkiej śmierci i tragedii bliskich?

Dziennikarz jednak brnął dalej, bo w chwilę po tym, stojąc na tle palm w Los Angeles, mówi: „Mieszkańcy są objęci jakąkolwiek pomocą, jaką potrzebują”. I co takiemu gościowi zrobić? Kary boskiej na takiego nie ma?

Ja wiem, że TVN promuje wszystkie odmęskie feminizmy językowe, łącznie z hydrauliczynią i kierowczynią, ale żeby być aż tak postępowym, żeby wysyłać jegomościa słabo mówiącego po polsku aż do Kalifornii? Chyba, że pojechał tam w nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca – w wewnętrznym konkursie stacji – ze znajomości języka polskiego.

Generał pacyfista

Ze sporym zdumieniem przyjąłem wypowiedź generała Różańskiego, który powiedział: „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…” Tę rewelację obwieścił 26 października w TVN24.

Gdyby taką „pogłębioną refleksję” wydobył z siebie jakiś major, a niechby i pułkownik, powiedziałbym – trudno, zdarza się w najlepszej rodzinie, tym bardziej, że każda służba w mundurze jest nerwowa. Żołnierze – nawet w czasach pokoju – działają zawsze pod presją, więc zdarza się, że niektórym nerwy puszczają.

Jednakże generałowi broni Mirosławowi Różańskiemu, w niedalekiej przeszłości,  powierzano bardzo odpowiedzialne stanowiska. Był przecież w latach 2015-2017 dowódcą generalnym sił zbrojnych. A od człowieka na takim stanowisku można chyba oczekiwać, że potrafi zapanować nad własnymi emocjami, a jego przemyślenia będą dotyczyły doktryn wojennych, strategii i stanu naszych Sił Zbrojnych. Tymczasem generał Różański doszedł do wniosku, że wojny są bez sensu i należy je ignorować, odmawiając w nich udziału – bo do tego przecież sprowadza się w praktyce pacyfizm.

Mnie się zdaje, że Polacy nie oczekują od swoich generałów agresji i chorobliwej wojowniczości, ale generał-pacyfista to już przekroczenie granic. No i najważniejsze, jeżeli – jak mówi generał Różański – „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…”, to może zamiast kupować w świecie drogi sprzęt militarny, zamiast samemu podejmować się produkcji czołgów, rakiet i innych takich, należałoby zacząć zmiany w armii od poszukiwania takich generałów, którym wojna nie będzie straszna.

Komentariat

W dyskusji politycznej TVN 27 października 2023 r.. młody – to ważne, że młody – politolog stwierdza: „Obecnie cały polski komentariat zajmuje się wynikami wyborów”.

Zdumiało mnie to nowe dla mnie pojęcie „komentariat”. Sprawdziłem w słownikach z lat dziewięćdziesiątych – nie ma. Sprawdziłem w internetowym słowniku PWN – też nie ma. Ale już w Wikipedii jest, bo słownik Wikipedii po prostu – jak ludzie mówią –  nie bawi się w analizy: skąd się wzięło, czy jest sensowne i poprawne.

Skąd zatem wzięło się pojęcie „komentariatu”? Pewności nie mam, ale na 99 procent słówko to zostało przeniesione z zachodnich pracowni politologicznych. I przez naszych politologów, socjologów zostało kupione, przyswojone i szybko wdrożone.  I teraz głównie posługują się nim ludzie młodzi – jak ów przytoczony przeze mnie na początku politolog. Młodość chce być bowiem dynamiczna i aktywniejsza niż starość. No i najważniejsze – komentariat brzmi naukowo, a to już widza i słuchacza ma rzucać na klęczki.

Moim zdanie należałoby „komentariat” rozbudować, poprzez podział, co mogłoby wyglądać tak: zawodowy komentariat, amatorski komentariat, społeczny komentariat, internetowy komentariat – niby poprzednie trzy kategorie mogą działać również w internecie, ale przecież daleko nie wszystkie. I wreszcie najważniejsze z komantariatów – komentariat fałszywy, czyli działający na zlecenie poszczegółnych partii.

I tak to nam rośnie, rozszerza swój zakres działania paranoja językowa, jak perz w ogrodzie, którego zniszczyć nie sposób. Co robić? Nie używać, nie być na siłę nowoczesnym, bo komentariat, to nie akcjonariat. I mówmy po polsku. Zamiast „komentariat” mówmy: wszyscy wypowiadający się w sprawie…

Oczywiście, tak ceniona przez amatorów naszego języka Wikipedia podaje, że „masakryczny” jest slangowym określeniem czegoś wspaniałego, lub – jak kto woli – czegoś okropnego, odrażającego. I tu mam uwagę do wszystkich uczących się przy pomocy Wikipedii, czerpiących garściami wiedzę z Internetu – daleko na takiej wiedzy nie zajedziecie. Chyba, że deleguje was TVN do jakże przyjemnej Kalifornii.

Konsultacje

W kolejce do lekarza nigdy nie jest wesoło, ale w końcu spotykają się tam sami chorzy. Tym razem jednak rozbawiła mnie pani rejesteratorka, która dyrygowała kolejką. W pewnym momencie zapytała: „Kto z państwa jest kolejny na konsultacje?”

Nikt się ruszył, ani z krzeseł, ani spod ściany. Wtedy rejestratorka zmieniła zdanie i zapytała: „A kto na wizytę?” Teraz kolejka objawiła swoją kolejkową kolejność, bo na wizytę byli wszyscy.    Podjąłem sprawę i zapytałem, co znaczą te jej „konsultacje”.

– Jak to? Konsultacje to to samo co wizyta! – odparła mocno zirytowana rejestratorka.

Podziękowałem za wyjaśnienie, ale dyskusji nad znaczeniem słów nie podjąłem. Nie będę przecież dzielił się wiedzą z rejestratorką, która tego nie oczekuje. Poza tym – mogłaby mnie na przykład w ogóle skreślić z kolejki…

Niemniej zarejestrowałem, że dziwny język panoszy się obecnie nawet w przychodniach, bo każdy chce być brany za „uczonego”, nawet rejestratorki i lekarze. Sobie jednak wyjaśnijmy, że „konsultacje” to: 1. zasięganie opinii u specjalisty; 2. udzielanie rad i wyjaśnień przez specjalistę lub rzeczoznawcę; 3. narada specjalistów lub decydentów przed decyzją w jakiejś sprawie.

Oczywiście przez całe lata „konsultacja” znaczyła potocznie jakieś ustalenia między specjalistami. A ja, idąc do lekarza oczekuję informacji i pomocy, a konsultować to mogą się lekarze między sobą, w jakichś szczególnie trudnych przypadkach.

Niestety coraz więcej ludzi – już nie tylko dziennikarze i politycy – grzebie przy języku. Boże, wybacz im, albowiem nie wiedzą co czynią.

 

Co tam Panie u Helwetów? KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Szwajcaria skręca w prawo

Szwajcarzy wybrali dwuizbowy parlament – Radę Narodu i Radę Kantonów. Zgodnie z przewidywaniami, zwycięzcą po raz szósty z rzędu, okazała się konserwatywna prawica, czyli Szwajcarska Partia Ludowa. Wielkimi przegranymi są natomiast partie lewicowe i proekologiczne. Wybory pokazały, co kolejny europejski naród myśli o swojej suwerenności, o konieczności zwiększenia wydatków na walkę z globalnym ociepleniem, o Unii Europejskiej i otwieraniu granic.

Gdy myślimy o Szwajcarii, najczęściej nasza wyobraźnia podąża ku bajecznym, górskim krajobrazom, czekoladowym smakołykom i luksusowym zegarkom. Jej symbolami są także bernardyny z beczułką rumu i brązowe krowy z dzwonkami pasterskimi na szyi. Jednak tym, co naprawdę wyróżnia tę alpejską krainę, są niezwykły ustrój polityczny, historia i neutralność. Uwagę zwraca także skomplikowana procedura wyborów parlamentarnych i obligatoryjne referenda.

Szwajcaria jest krajem, którego mieszkańcy zdają się rozumieć, że prawdziwa demokracja nie polega tylko na uczestnictwie w wyborach raz na cztery lata, lecz na aktywnym i świadomym udziale obywateli w procesach decyzyjnych. Jest to więc państwo, gdzie „vox populi” jest faktycznie kluczowy, zarówno w parlamencie, jak i podczas referendów. Jest też przykładem pełnej demokracji, a nie jak w wielu tzw. „państwach demokratycznych”, fasadowej pseudodemokracji.

 Europejskość, ale z umiarem

Szwajcaria jest federacją 26 kantonów, będących do połowy XIX wieku samodzielnymi mini-państwami. Dopiero w roku 1848 Helweci z luźnego związku, postanowili przekształcić swoje państwa w federację. Obecnie Konfederacja Szwajcarska ma prawie dziewięć milionów mieszkańców, którzy nadal kultywują swoje odrębne tradycje i używają czterech języków urzędowych: niemieckiego, francuskiego, włoskiego i – w niewielkim stopniu – retoromańskiego.

Państwo to, pomimo położenia w samym sercu Europy, nie należy ani do Unii Europejskiej, ani do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Jego mieszkańcy bowiem, swoją suwerenność traktują z najwyższym szacunkiem. Niepodległość jest tu wartością nadrzędną, co doskonale ilustruje wynik referendum z 2001 roku, w którym Helweci zdecydowanie, bo aż w 77 %, odrzucili koncepcję rozpoczęcia rozmów na temat akcesji do UE. To, co dla wielu państw jest marzeniem, dla Szwajcarów było – i jest nadal – nie do przyjęcia.

Pomimo braku formalnego członkostwa w UE, Szwajcaria utrzymuje jednak specjalne stosunki z Brukselą. Dzięki temu uczestniczy w wybranych (przez siebie) międzynarodowych projektach – jednym z nich jest Układ z Schengen. Szwajcaria angażuje się również finansowo w różne unijne działania – polityczne i gospodarcze np. poprzez partycypowanie w europejskim budżecie. Jest więc najlepszym przykładem tego, że można być poza Unią Europejską i jednocześnie pozostawać integralną częścią europejskiego krajobrazu politycznego – że istnieją sposoby współpracy i osiągania sukcesów, bez konieczności rezygnacji z suwerenności.

Stolicą Szwajcarii jest Berno. To tutaj swoje siedziby ma większość instytucji federalnych i rządowych. Miasto to jest jednak jedynie stolicą funkcjonalną, a nie formalną, jak ma to miejsce w zdecydowanej większości państw świata. Podobnie wyjątkowa jest „stolica” francuskojęzycznej Szwajcarii, nazywana niekiedy „miastem pokoju”. W Genewie działa blisko 240 zagranicznych przedstawicielstw, dziesiątki organizacji międzynarodowych oraz setki organizacji pozarządowych. Swoje siedziby mają tu m.in. agendy ONZ – Rada Praw Człowieka, Światowa Organizacja Zdrowia i Międzynarodowa Organizacja Pracy. Tutaj także mieszczą się centrale Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, Światowej Organizacji Zdrowia, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych i UNICEF-u.

Atrakcyjność Szwajcarii podnosi jeszcze bardziej fakt, że Genewa, Zurych i Berno są centrami finansowymi Europy. To tu rezydują bankowi giganci: Union des Banques Suisses, Banque Cantonale de Genève, Raiffeisen i, upadły w tym roku, Credit Suisse… Helweci szczycą się również drugim, najwyższym w Europie wskaźnikiem siły nabywczej zarobków na mieszkańca – notabene zaraz po, będącym w unii celnej i monetarnej ze Szwajcarią, Księstwie Liechtenstein.

Nic więc chyba dziwnego, że ta niewielka alpejska republika jawi się światu jako przysłowiowy „raj na ziemi”. I że Szwajcarzy tak bardzo cenią sobie jej odrębność i wszelkie tradycje.

Fenomen demokracji oddolnej

Najważniejszą z tych tradycji jest chyba instytucja referendum – Szwajcarzy udają się do urn wyborczych aż cztery razy w ciągu roku. Podczas głosowania wypowiadają się w sprawach istotnych dla powiatu, kantonu lub całej federacji. Co więcej, wyniki tych ludowych plebiscytów są dla członków parlamentu absolutnie wiążące. Można więc śmiało powiedzieć, że demokracja bezpośrednia jest prawdziwą esencją równości obywateli, i że to właśnie dialog i kompromis pomiędzy ludem a władzą kreują sukcesy państwa.

Na szczycie piramidy szwajcarskiego systemu politycznego stoją parlament i władze kantonalne. Szwajcarski parlament, czyli Zgromadzenie Federalne, to instytucja o długiej tradycji. Składa się ona z dwóch izb: Rady Narodu i Rady Kantonów. Rada Narodu, w której zasiada 200 posłów, zwanymi również „deputowanymi Narodu”, stanowi serce szwajcarskiego ustawodawstwa. To tutaj podejmowane są najważniejsze decyzje dotyczące kraju.

Natomiast izba wyższa, czyli Rada Kantonów, złożona z 46 przedstawicieli, reprezentuje interesy konkretnych kantonów, które są podstawowymi jednostkami administracyjnymi państwa. Ciekawostką jest fakt, że z ogółu 26 kantonów, w sześciu z nich – nazywanych „półkantonami” – obywatele wybierają po jednym reprezentancie, a w pozostałych dwudziestu po dwóch. Ponadto konstytucja Szwajcarii określa czas trwania kadencji tylko posłów do Rady Narodu – wynosi on cztery lata. Co istotne, izba ta nie może zostać rozwiązana przed terminem, co jest gwarancją stabilności i ciągłości procesów ustawodawczych.

Kolejnym szwajcarskim „fenomenem demokracji” jest sam proces podejmowania decyzji politycznych – jest on całkowicie oddolny… W Szwajcarii bowiem, to wola społeczeństwa jest fundamentem, na którym opiera się cały system. Kluczową rolę odgrywa więc wspomniana już demokracja bezpośrednia. To właśnie referenda są przejawem świadomości obywateli i ich odpowiedzialności za dobro wspólne. To one są czynnikiem spajającym ten pozornie niespójny naród.

W szwajcarskim modelu decyzyjnym obowiązuje zasada dialogu, jako źródła kompromisu. Tradycja federalistyczna, stanowiąca integralną część szwajcarskiej tożsamości, nakazuje kantonom zajmować się własnymi problemami. Krytyka działań innych kantonów jest niedopuszczalna. To podejście sprzyja wzajemnemu zrozumieniu różnorodności i pluralizmu, co z kolei jest kluczowe dla tworzenia trwałych rozwiązań systemowych.

 Helweci wybierają tradycję

Wybory do organów legislacyjnych w Szwajcarii odbyły się w niedzielę, 22 października. Aż 90 proc. uprawnionych do głosowania „poszła do urn” już w sobotę – za pośrednictwem internetu. Wyniki ogłoszono w poniedziałek. W środę okazało się jednak, że głosy zostały błędnie policzone.

Z oficjalnego komunikatu Federalnego Urzędu Statystycznego w Neuchâtel wynika, że „święto demokracji” zostało zakłócone przez błąd w oprogramowaniu importującym dane z komisji. Jednocześnie Urząd zapewnił, że nowe wyliczenia nie będą miały wpływu na podział mandatów. I rzeczywiście, po korekcie obliczeń po raz szósty z rzędu wygrała narodowo-konserwatywna Szwajcarska Partia Ludowa.

Ostateczne wyniki wyborów wyglądają następująco: 27,9 proc. uprawnionych do głosowania Helwetów wybrało Szwajcarską Partię Ludową (SVP). Socjaldemokraci (SP) uzyskali 18,3 % głosów, Liberałowie (FDP) 14,3 %, Centrum (DM) 14,1 % głosów, Zieloni 9,8 %, Zieloni Liberałowie (GLP) 7,6 % zaś skrajna lewica w ogóle do parlamentu nie weszła. Frekwencja wyniosła zaledwie 44,6 proc. Czyli mniej niż przed czterema laty, gdy głosowało 45,1 proc. obywateli.

W dziewięciu kantonach konieczna będzie druga tura głosowania, która ma się odbyć 12 lub 19 listopada. Mieszkańcy m.in. Genewy, Fryburga, Valais, Ticino, Schaffhausen i Zurychu wyłonią w niej łącznie 13 członków rad. Jednak już teraz można powiedzieć, że zwycięzcami wyborów są partie prawicowe. Świętować może zwłaszcza SVP, której udało się zdobyć 9 dodatkowych mandatów w Radzie Narodu… To przesuniecie w prawo mogło być jeszcze wyraźniejsze, gdyby nie sojusz pomiędzy partiami lewicy. Ich wyborcze porozumienia ocaliły Partię Zielonych i Zielonych Liberałów przed jeszcze drastyczniejszą katastrofą. Pierwsi stracili tylko pięć mandatów zamiast siedmiu, drudzy – sześć zamiast siedmiu. Na powiązaniu list skorzystali również Socjaldemokraci, którzy dzięki nim zdobyli dodatkowe punkty. Co ważne, powiązania wyborcze są obecnie mocno krytykowane. Część ugrupowań opowiada się wręcz za ich likwidacją, ponieważ wyniki tak przeprowadzanych wyborów nie odzwierciedlają rzeczywistej woli elektoratu.

Zwycięstwo Szwajcarskiej Partii Ludowej dla większości politologów było oczywiste. Część badaczy spodziewała się nawet, że SVP osiągnie jeszcze lepszy wynik. Chociażby dlatego, że w czasach międzynarodowych kryzysów potrzeba stabilności wyborców zwykle wzrasta, a chęć na eksperymenty polityczne maleje.

Według badań przedwyborczych, szczególnie istotne dla Helwetów były trzy zagadnienia: wzrost kosztów ubezpieczeń zdrowotnych, relacje z Unią Europejską, zagrożenie ze strony imigrantów oraz zmiany klimatyczne. 22 października Szwajcarzy pokazali, że nie chcą już zwiększania wydatków na walkę z „globalnym ociepleniem”, ani tym bardziej zbliżenia z Unią. Chcą natomiast, aby politycy zajęli się rozwiązywaniem realnych problemów społecznych, a w szczególności nabrzmiewającej kwestii migrantów… Naprzeciwko tym właśnie postulatom wyszli politycy Szwajcarskiej Partii Ludowej.

 SVP jak AfD?

W Polsce szwajcarskie wybory przeszły w zasadzie bez echa. Sukces prawicy nie podobał się jednak wielu politykom europejskim. Zwłaszcza niemieckim. Lewicowo-liberalne media, komentowały to wydarzenie następująco: „Skrajna prawica na fali wzrostu. Szwajcarzy wybrali Szwajcarską Partię Ludową, która jest inspiracją dla Alternatywy dla Niemiec”.

DPA zastanawiała się także nad tym, „dlaczego ten zwrot na prawo nie wzbudza takiego poruszenia, jak wzrost popularności AfD w Niemczech?” I tłumaczyła ten stan mniej więcej tak: „Szwajcarzy doskonale znają swój nietypowy system polityczny. Dlatego zachowują spokój. Nie ma paniki, ‘zapór ogniowych’ ani histerii z powodu wzrostu siły skrajnej prawicy. To, co wywołałoby sensację w innych krajach, tutaj jest częścią systemu”.

Michael Hermann, politolog i dyrektor Instytutu Sotomo, który prowadził przedwyborcze sondaże, uważa że „Szwajcarska Partia Ludowa i Alternative für Deutschland są podobne, choć w niektórych kwestiach SVP jest jeszcze bardziej prawicowa niż AfD”. Zasadnicza różnica między nimi polega jednak na tym, że SVP jest partią rządzącą, a AfD dopiero aspiruje do władzy.

„Politycy SVP w trakcie kampanii wyborczej prezentują twarde stanowiska i atakują przeciwników, jednak jako przedstawiciele rządu zachowują się inaczej”, dodaje Hermann. „Ta podwójna gra jest ugruntowana historycznie i całkowicie przez Szwajcarów akceptowana”.

Ukazujący się w przygranicznej Konstancji „Südkurier” cytuje z kolei niemieckich politologów, którzy stoją na stanowisku, że „SVP i AfD łączą wspólne prawicowo-populistyczne poglądy, najczęściej sprowadzające się do podsycaniu niechęci wobec imigrantów, a zwłaszcza wyznawców islamu”. Oba ugrupowania, twierdzi gazeta, „sprzeciwiają się sankcjom nałożonym na Rosję przez Unię Europejską, a politycy SVP są szczególnie dumni z faktu, że w latach 90-tych skutecznie przeciwdziałali zbliżeniu Szwajcarii z UE”.

Czy rzeczywiście styl polityczny Szwajcarskiej Partii Ludowej i Alternatywy dla Niemiec ma ze sobą coś wspólnego? Takie pytanie stawia historyk z Uniwersytetu we Fryburgu, Damir Skenderovic. Jego analiza wydaje się wskazywać na pewne podobieństwa między oboma partiami. Ekspert charakteryzuje styl obu ugrupowań jako „promujący proste rozwiązania skomplikowanych problemów”. Podsuwa również klucz do zrozumienia ich retoryki – ma nim być „znajdowanie kozła ofiarnego”. Kiedy pojawiają się problemy społeczne, „SVP i AfD wskazują palcem na grupę, którą uważają za winną całej sytuacji. „To klasyczna taktyka, która pozwala im zyskać poparcie i przekonać wyborców, że wskazani winowajcy są źródłem kryzysu”.

„Ale to nie wszystko”, uważa Skenderovic. „Obie te partie, podobnie jak wiele innych prawicowych ugrupowań populistycznych, operują według podobnego schematu myślowego. Zdaniem historyka, jest to zasada „my kontra oni”. „SVP i AfD przedstawiają się jako głos ludu, reprezentujący interesy ‘dołów społecznych’, czyli ‘zwykłych obywateli’, którzy ‘czują się oszukani i zaniedbani przez skorumpowaną elitę’. Jednocześnie politycy obu partii wytykają palcem innych – obcych, przybyszów z zewnątrz, którzy stanowią zagrożenie dla narodu”.

Co powiedzieli nam Helweci?

Analiza Skenderovica nie jest wcale jednoznaczna i bynajmniej nie potwierdza tezy, jakoby SVP i AfD były partiami skrajnie prawicowymi, czy wręcz neofaszystowskimi. Przypomina natomiast antypisowską propagandę, suflowaną Polakom przez liberalną lewicę.

W rzeczywistości Szwajcarska Partia Ludowa ma korzenie ludowe, wręcz chłopskie. Jej historia sięga roku 1917, kiedy to w Zurychu narodziła się Partia Rolników. W krótkim czasie podobne ugrupowania powstały w innych kantonach. Następnie, te luźno powiązane ugrupowania, zawiązały sojusz, który okazał się na tyle silny, że w 1929 roku jeden z jego liderów, Rudolf Minger, zdobył miejsce w rządzie. Choć formalnie partia działa dopiero od roku 1936 jako Partia Rolników, Kupców i Niezależnych, to do tego czasu zdołała już zbudować solidne fundamenty. W 1971 roku SVP połączyła siły z Partiami Demokratycznymi z kantonów Glarus i Gryzonia, tworząc potężną siłę polityczną.

Ideologia SVP to mieszanka narodowego konserwatyzmu, eurosceptycyzmu i izolacjonizmu. Partia ta rzeczywiście sprzeciwia się członkostwu Szwajcarii w międzynarodowych organizacjach, takich jak Unia Europejska czy ONZ. Opowiada się też za surowszymi regulacjami dotyczącymi imigracji, prawa azylowego i kodeksu karnego. W kwestiach gospodarczych wyznaje zasady wolnorynkowe i jest zwolennikiem liberalizmu gospodarczego. Jej kierownictwo popiera m.in. prawo do posiadania broni, utrzymania neutralności państwa i silnej armii, jako narodowej gwardii. W obrębie SVP istnieje różnorodność poglądów – od frakcji centrystyczno-agrarnej po skrzydło narodowe.

Wszystkie społeczeństwa stają przed coraz trudniejszymi pytaniami. I coraz bardziej złożonymi wyzwaniami, bez względu na to, czy są to mieszkańcy bogatej Szwajcarii, czy średnio rozwiniętej Polski… Uczciwym politykom powinno zależeć na udzieleniu suwerenowi uczciwej i zrównoważonej odpowiedzi. Bo przecież decyzja o wyborze przyszłości należy do obywateli, a nie polityków.

Aby zrozumieć prawdziwe intencje sprawujących w naszym imieniu władzę, powinniśmy uważnie przyglądać się innym i temu, jak podejmują polityczne wybory. Na przykład Helwetom, którzy są pod tym względem chyba najbardziej świadomym narodem w Europie… I nie chodzi o to, żeby zamienić Polskę w drugą Szwajcarię. Lecz o to by znaleźć rozwiązania odpowiadające polskiej historii, tradycji, kulturze i tożsamości. Jednym z takich rozwiązań mogłoby być powszechne referenda. Ich wprowadzenie i upowszechnienie, znacząco wzbogaciłoby polską debatę publiczną. Mogłoby także uczynić bardziej transparentnym proces podejmowania decyzji politycznych – zarówno tych na szczeblu centralnym, jak i samorządowym.

Szwajcarska demokracja bezpośrednia, ze wszystkimi jej unikalnymi narzędziami politycznymi, mogłaby też być inspiracją dla tych polityków unijnych, którzy pragną rzeczywistych reform, a nie tylko ich symulowania.

 

Więcej aktualności na temat krajów niemieckojęzycznych na kanale autora: www.youtube.com/@DACHL

 

Głupota czy sabotaż – zastanawia się HUBERT BEKRYCHT: Nowe karpie w radiowej Trójce

Do większości mieszkańców bliższych i dalszych okolic Turowa, którzy głosowali na partie chcące zamknąć tamtejszą elektrownie i kopalnię odcinając rejon od miejsc pracy i redukując produkcję energii elektrycznej w kraju oraz do młodych, którzy wybrali ugrupowania postulujące odebranie młodzieży przywilejów fiskalnych, dołączył dziennikarz Wojciech Dorosz z radiowej Trójki. Jest on jedynym znanym mi na całym świecie szefem organizacji dziennikarskiej – medialnej i zwiazkowcem postulującym zwolnienia m.in. dziennikarzy w swojej firmie. I właśnie dlatego Dorosz przypomina karpia, który domaga się przyspieszenia świąt Bożego Narodzenia. Karpia – nich mi ryby wybaczą – politycznego.

Karp zresztą kojarzy się z radiową Trójką, z którą W. Dorosz jest związany od 17 lat. Jednak nie chodzi o związek owego redaktora z karpiem z dawnych piosenek III PR. Jest poważniej.

Oto Wirtualnych Mediach Wojciech Dorosz powiedział: „Powiem wprost: wkurzyliśmy się, gdy w mediach pojawiły się konkretne nazwiska. To ludzie znający się na rzeczy, więc nie chodzi o nich, ale o sposób, w jaki to się dzieje. Bez konkursu, bez konsultacji.

Znów czujemy się jak osiem lat temu, gdy przysłano do Polskiego Radia osoby, które miały wprowadzić porządki według politycznego zamówienia. Ten system jest chory i należy go natychmiast zmienić” – mówił Wirtualnym Mediom dziennikarz Programu Trzeciego Wojciech Dorosz, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Trójki oraz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy i Twórców Radia Publicznego.

Organizacje te wystosowały oświadczenie dotyczące mediów publicznych. „Media robią dziennikarze. Nie ma powrotu do starego. Media publiczne trzeba zbudować na nowo” – czytamy w oświadczeniu. „Uważamy, że nie powinni nimi kierować ani politycy ani dziennikarze z przeszłością polityczną. I proces zmian w tym duchu trzeba zacząć od zaraz, bez usprawiedliwiania się okresem przejściowym, niezależnie od działań, na jakie zdecyduje się nowy rząd demokratycznej opozycji” – napisano w dokumencie, którego tekst opublikowały także WM.

Wojciech Dorosz ma receptę na takie ewentualne działania KO, TD i Lewicy: „- Z Polskiego Radia powinno odejść kilkadziesiąt osób. Jest tu duża grupa publicystów i komentatorów politycznych o bardzo wyrazistych poglądach i służebnej postawie wobec wciąż rządzącej partii, którzy zdecydowanie nie powinni dłużej pracować w mediach publicznych. Wystarczy być może przeprowadzić z nimi rozmowy i jeśli stwierdzą, że nie będą w stanie pracować w nowych realiach, to pójdą gdzie indziej. Zapewne dojdzie do dużych zwolnień, choć akurat znaczna część tych osób nie jest u nas na etacie. Są zatrudnieni w ramach umów B2B albo cywilno-prawnych. Natomiast nie uważam, by z powodu tych kilkudziesięciu partyjnych funkcjonariuszy kara miała spaść na pozostałych ponad 1200 pracowników Polskiego Radia, często związanych z tą instytucją od wielu lat – uważa nasz rozmówca” – napisały 24 października Wirtualne Media.

Muszę przyznać, że w pierwszym momencie nie uwierzyłem i to nie dlatego, że WM często nie podają  informacji w taki sposób, w jaki ja rozumiem dziennikarstwo. Po prostu pomyślałem, że to głupota, kunktatorstwo lub sabotaż. Oczywiście Dorosz to doświadczony dziennikarz. Zatem, dlaczego mówi takie bzdury o konieczności zwalniania pracowników PR będąc liderem organizacji dziennikarskich i medialnych, także w PR? Nie wiem dlaczego to zrobił, ale może za kilka dni dowiemy się, że nie Dorosz nie autoryzował wypowiedzi albo, że źle go zrozumiano. Przecież nie uwierzę, ze redaktor od prawie 20 lat związany z mediami publicznymi nie pomyślał, że skoro jego niektórzy znajomi z Trójki i Polskiego Radia zaczną uważać go za zdrajcę (albo od dawna uważają), to politycy liberalni i lewicowi wyznaczający po raz kolejny, kto może i powinien pracować w mediach publicznych,mogą wkrótce zrezygnować z Dorosza…

„Nie, nie” – podpowiedziały mi głosy resztek mojego rozsądku. „Redaktor Dorosz taki głupi nie jest” – dodały głosy.

Wobec tego naprawdę nie wiem dlaczego redaktor Trójki i lider organizacji dziennikarskich i medialnych, związkowiec zachował się jak karp, który sam się zabił już w październiku, ale jeszcze wcześniej wypatroszył się i usmażył albo – co tam kto lubi – podał się w galarecie.

Jeszcze jedno, dlaczego Dorosz – jak wielu pracowników Trójki i innych anten PR – nie odszedł z rozgłośni publicznej jak wstrętny PiS likwidował dziennikarzom wolność słowa? Przecież nie uwierzę, że został, aby przygotować grunt politykom KO, TD i Lewicy oraz lepiej poczuć rolę medialnego inkwizytora…

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek ZG SDP

(artykuł jest wynikiem osobistych poglądówi  rozmyślań Autora, bo refleksje to miał ostatnio I. Kant.)

24.10.2023 r.

WALTER ALTERMANN: Carowie, tury i pyrrusowe zwycięstwo

„Carowie często bywali w Spale, gdzie polowali na tury i żubry” stwierdza lektor telewizyjnego programu „Historia w postaciach zapisana”, emisja w TVP, 17 października 2023 roku. Otóż mamy kolejny, gruby błąd w brytyjskim programie dokumentalnym. Ale też skąd im wiedzieć, że ostatni tur padł w Puszczy Jaktorowskiej, na Mazowszu, w roku pańskim 1627 i był to ostatni tur na świecie.

A przecież wystarczyło, żeby redaktor wszedł w Wikipedię, skoro nie ma pod ręką drukowanej 6-cio tomowej Encyklopedii PWN. I nie byłoby wstydu.

Pyrrusowe zwycięstwo

Powiedzenie, że ktoś „odniósł Pyrrusowe zwycięstwo” jest w języku polskim właściwie od zawsze, bo nasi przodkowie byli uczeni przecież na antycznych księgach greckich i rzymskich. Zresztą szlachta popisywała się znajomością starożytnych powiedzeń, żeby chamstwo nie czuło się im równe.

Ale gdy dziś słyszę od sprawozdawcy sportowego, że zwycięstwo piłkarzy jest pyrrusowe, bo wygrana jeden do zera to za mało i w dwumeczu nasi zdobyli za mało bramek, by awansować, to myślę sobie, że ten sprawozdawca jest jednak niedouczony.

Skąd bowiem wzięło się owo powiedzenie? Otóż Pyrrus, król Epiru, w III wieku przed naszą erą toczył wojnę z Rzymem. Po bitwie pod Ausculum w roku 279 p.n.e. miał powiedzieć: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni”. Dlaczego Pyrrus tak powiedział? Bo w tej bitwie stracił około 3,5 tysiąca żołnierzy i nie mógł właściwie prowadzić dalej wojny. Dlatego „pyrrusowe zwycięstwo” oznacza zwycięstwo osiągnięte zbyt dużymi stratami, zbyt dużym kosztem. Czyli oznacza – zwycięstwo, które jest klęską.

Tym samym powiedzenie sprawozdawcy o wygranym meczu, który nie daje sukcesu, jest daleko na wyrost. Bo przegrana w meczu nie jest żadna klęską. I w ogóle radziłbym nie nadużywać w sporcie porównań, terminologii wojskowej. Żeby potem nie dziwić się zdziczeniu kiboli, którzy mecz traktują jak prawdziwą walkę, także na ulicach.

Język polityki językiem wojska i wojny

Wszystko zaczęło się od tego, że z pojawieniem się sportu, pojawiły się również zapożyczenia z języka wojska i działań militarnych dla określania zawodów i spraw sportowych w ogóle. I dlatego mamy dzisiaj „walkę na boisku, pozycje obronne i w ataku, strategię i taktykę gier sportowych, zwycięstwo, porażkę oraz strzały na bramkę, egzekutorów karnych”, a także wiele innych pojęć sportowych, przeniesionych tam żywcem z wojny.

Ta inwazja wojska na sport, która zaczęła się z końcem XIX wieku, opanowała sport już w latach 20. wieku XX, teraz stała się normą. Gorzej, bo język sportu i wojska opanował również politykę. I mamy „walki partyjne, wyborcze, partyjne drużyny, nokauty – zawsze dotyczące przeciwników, strategie politycznego postępowania, ataki i obrony oraz dobijanie politycznych przeciwników”.

Czy taki język nie spłaszcza, nie trywializuje polityki? Czy w tym języku nie giną główne zadania polityczne, takie jak dobro i rozwój społeczeństw? A oczywiście, że język polityki w ogóle jej nie służy. On służy jedynie zabawie w politykę, walkom i grom – jak na wojnie i jak w sporcie.

Kto zwyciężył wybory

Ostatnio pewna znana pani poseł z PiS, na wieść o wynikach wyborów, oświadczyła „To my   zwyciężyliśmy wybory”. Najpierw stwierdźmy, że w emocjonalnym szaleństwie wyborczym, pani poseł palnęła okropną gafę językową.

Język polski ma taką składnię, że poprawne byłoby jedynie stwierdzenie „To my zwyciężyliśmy w wyborach”. Same wybory nie mają przecież ożywionych właściwości i nie można ich pokonać, zwyciężyć. Można zwyciężyć przeciwników, startujących z nami w wyborach, ale samej instytucji wyborczej na pewno nie. Bo to by oznaczało, że miały miejsce jakieś machlojki i oszustwa. Niemniej problem „kto zwyciężył w tych wyborach” jest niejasny, bo co najmniej trzy partie ogłaszają swe zwycięstwo.

Dysponowanie własnym wzrostem

„Alister Carter nie dysponuje dużym wzrostem i nie sięga białej bili bez przyrządu. A to jest zawsze kłopot” – mówi sprawozdawca meczu snookera. Mówiąc tak popełnia błąd, a nawet gorzej, bo popełnia niezgrabność językową.

Wyjaśnijmy zatem dlaczego tak nie powinno się mówić. Dysponować – znaczy tyle co wydać komuś polecenie. Czyli, dysponowanie to elegancka forma rozkazu. Mamy też jednak inne znaczenia „dyspozycji”: 1. czyjaś forma fizyczna lub psychiczna; dlatego mówimy, że ktoś jest niedysponowany lub jest dobrze do czegoś dysponowany; 2. wrodzony talent do czegoś; 3. układ, rozkład, plan czegoś. Mamy też „dyspozytora”, który kieruje ruchem autobusów, tramwajów, pociągów a nawet samolotów.

Jednak z całą pewnością nie ma w języku polskim takiego wyrażenia, które znaczyłoby, że ktoś czymś dysponuje – głosem, wzrostem, dużym zasięgiem ramion, długimi nogami. Takie fizyczne cechy po prostu „się ma”.

Jak zatem powinien powiedzieć sprawozdawca o bilardziście, mającym niewiele ponad 170 cm wzrostu? Elegancko i z szacunkiem byłoby powiedzieć: „Nie jest wysoki”. Bo każde słowo więcej może być odebrane jako szyderstwo.

Masło maślane albo rzetelna wiedza kontra dzika rozrywka

„Iga dobrze działa przy szybkich prędkościach” – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. Widać miał złą nauczycielkę języka polskiego, bo moja tępiła tzw. masło maślane.

Lubię bardzo dobrze zrobiony brytyjski program telewizyjny „Łowcy staroci – renowacje”. Niestety przekład tekstu na polski jest okropnie niechlujny. Dwa przykłady z połowy października 2023:

  1. Widzimy kowala, który najpierw rozgrzewa sztabę stali, a potem coś z niej wykuwa. Lektor mówi: „Teraz rozgrzewa ją do temperatury stu tysięcy stopni Celsjusza”. Napiszę to jeszcze raz: 100 tysięcy stopni… Zamarłem z podziwu dla kowala, który w wiejskiej kuźni, w palenisku z koksem osiąga tak niebywałą temperaturę. Tym bardziej, że stal topi się przy 1450 stopniach, a temperatura powierzchni Słońca to około 5500 stopni. Na litość wszystkich bogów – głównie Hefajstosa – przecież to jest straszny przykład lekceważenia swojej pracy przez tłumacza, lektora i jakiegoś odpowiedzialnego redaktora, który chyba widział i słyszał końcowy efekt?
  2. Mechanik odnawia brytyjski rower z 1934 roku, mocując do niego silniczek spalinowy z lat 50-tych. Lektor mówi: „Ten silnik firmy Sajgon pasuje, jakby był stworzony dla tego roweru.” A chwilę potem kamera pokazuje tabliczkę znamionową silnika, gdzie jak byk jest wytłoczony napis – „Cyclemaster”.

Renowacje, odnawianie domów, uprawy ogrodowe, poradniki kulinarne – nie są jedynie programami rozrywkowymi. One mają też istotną funkcję dydaktyczną i muszą podawać prawdziwe dane. Już sobie wyobrażam krzyk i harmider, gdyby w jakimś programie muzycznym pomylono Beatlesów z zespołem Rolling Stones. Albo jakiegoś wiceministra z innym wiceministrem. Oj, byłaby interwencja czynników rządowych, byłaby i to ostra.

Ano, taką mamy współczesną kulturę ludową. I coraz bardziej otwarcie realizujemy kulturę pop, o której tak pisał Wojciech Młynarski: „Ludzie to lubią, ludzie to kupią / Byle na chama, byle głośno, byle głupio”.

 

 

Znowu filozoficzne pytanie WALTERA ALTERMANNA: Czy nie jesteśmy trochę dziwni?

Nie mam zbyt dużych doświadczeń jak żyją inne narody. Trochę oczywiście bywałem w świecie, ale nie na tyle długo, żeby autorytatywnie osądzać innych, i żeby porównywać innych ze świata z nami. Jednak z racji długiego życia mam trochę obserwacji i wniosków co do nas samych.

Myślę, że mamy bardzo rozwinięty instynkt teatralny – to znaczy łatwo przychodzi nam udawanie. Udatnie i zgrabnie idzie nam wcielać się w takie role, jak: gorliwy patriota, współczujący innym, tolerancyjny, postępowy i bez uprzedzeń, otwarty na świat, świadomy uczestnik życia  politycznego… i rola najważniejsza – bardzo mądry. Oczywiście ról, które my Polacy gramy sami przed sobą, jest wiele, ale te wymienione wyżej są najważniejsze.

A jak jest z nami naprawdę? Moim zdaniem – jesteśmy zupełnie inni, niż sądzimy o sobie. Poniżej trzy przykłady. Pierwszy poniekąd już historyczny, dwa następne aktualne, dosłownie.

I tylko sobie nie myśl…

Z początkiem lat osiemdziesiątych poznałem w Londynie dziwną parę. Ona była Polką, on Libańczykiem. On nawet dość dobrze mówił po polsku, ale na polskich towarzyskich spotkaniach nie mówił nic, siedział cicho w kącie i tylko się łagodnie uśmiechał. Ona natomiast szalała, zawsze była pobudzona, dużo mówiła i śmiała się z własnych dowcipów.

Ktoś z „miejscowych” Polaków zdradził mi sekret tej pary. Ona przyjechała do Londynu na początku lat 70. jako turystka, ale oczywiście natychmiast zaczęła pracować. Okazało się jednak, że zarobione pieniądze nie starczają jej nawet na wynajęcie choćby łóżka w pięcioosobowym pokoju. Wtedy ktoś z osiadłych w Londynie Polaków poznał ją z owym Libańczykiem, który za darmo pozwolił jej zamieszkać, w osobnym pokoju rzecz jasna. Czas upływał i zbliżał się termin powrotu pani, bo wiza opiewała jedynie na trzy miesiące. Wtedy Libańczyk zaproponował jej fikcyjne małżeństwo. Po normalnym, urzędowym ślubie, a jakże, pani nadal mieszkała u Libańczyka. W końcu zaczęły pojawiać się ich wspólne dzieci. A pani, nie rzadziej niż raz na tydzień mówiła do swego męża:

– Ale żebyś sobie nie myślał, że my naprawdę jesteśmy małżeństwem…

I tak trwają z sobą do dzisiaj w zgodzie, bo Libańczyk ma niebywale łagodny charakter. Przy czym pani nadal co i rusz oświadcza, także przy obcych, że ów Libańczyk jest jej mężem jedynie na niby.

Myślę, że umiejętność życia w subiektywnym świecie, umiejętność wypierania z siebie prawdy o sobie samym jest naszą narodową „silną stroną”, jak mówią spece od marketingu. Tyle tylko, że nie wszyscy w świecie mają tak dobre charaktery jak ów Libańczyk z Londynu, i niestety sądzą nas obiektywnie.

Kurtka

Czasy są trudne. Inflacji niby nie ma, ale ceny są znacznie wyższe niż jeszcze dwa lata temu. Przy czym – nie za wszystkie te „nowe” ceny odpowiada rząd i prezes Glapiński. Niestety inflacja ma też swoich cichych, małych „twórców”.

Całkiem spora grupa, jeśli nie większość ludzi, którzy coś nam sprzedają, świadczą jakieś usługi nie chce pohamować swych dużych apetytów i podwyższa ceny bez umiaru.  Tym samym wpływając znacząco na poziom i tak dużej inflacji.

Tu podam przykład, bo bez przykładu żadna teoria nie jest wiarygodna. Kilka dni temu wziąłem swoją letnią kurtkę i zaniosłem do pralni. Kurtka jest lekka, bez podszewki, ot jakby koszula, tyle, że z grubszego płótna. Pani w pralni dokładnie obejrzała com przyniósł i odkryła na wszytej w kurtkę metce, że należy ją prać w wodzie, w temperaturze 40 stopni. Ucieszyłem się, że pranie będzie ekologiczne, bez żadnych dzikiej chemii.

Zapytałem o cenę, a pani powiedziała, że będzie to kosztować 45 zł. Zabrałem kurtkę do domu i sam ją wyprałem w pralce. Koszt, licząc płyn do prania, energię elektryczną oraz amortyzację pralki to góra 4 zł.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że przy takiej polityce cenowej firma owej pani niebawem uda się do rządu z żądaniem wspomożenia jej finansowo, bo przecież był Covid, jest inflacja i stan niepokoju w Europie. I jak znam życie, to jej dadzą, z  mojego oczywiście, bo przecież własnych pieniędzy ministrowie nie oddadzą.

Niestety cechuje nas światopogląd ograniczony jedynie do własnych interesów, przy deklarowanym mocnym patriotyzmie. Deklaratywnie gotowi jesteśmy dla kraju poświęcić wszystko, z wyjątkiem utrzymywania cen na normalnym, niespekulanckim poziomie. A dodatkowo mamy duży kłopot poznawczy. Oczywiście z wysnuwaniem wniosków z faktu, że ogólne ma wpływ na to co jednostkowe, czyli nasze prywatne idzie nam świetnie. Ale już zrozumienie faktu, że to co nasze,  jednostkowe, ma też wpływ na ogólne, a w konsekwencji również nasze – to idzie nam już opornie.

Ceny

W Wielkiej Brytanii do dzisiaj obowiązuje średniowieczne prawo, głoszące, że gdy sprzedający podaje cenę za towar, to potem nie może żądać więcej. Możliwe jest jedynie obniżanie ceny, ale jej podwyższanie jest zakazane. Skutkiem tego, gdy – powiedzmy na targu – jakiś sprzedawca oferuje towar za trzy funty, a kiedy okazujemy zainteresowanie, oświadcza, że się pomylił i żąda pięciu  funtów, to możemy wezwać policjanta, który nakaże mu sprzedać daną rzeczy za pierwotną cenę. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby nie naciągać klientów, nie wabić ich fałszywie niską ceną.

U nas natomiast praktyka jest wręcz bandycka. Idę do dużej sieci handlowej, wybieram kilka artykułów, patrząc przy tym na ceny. Potem z koślawym sklepowym wózkiem dochodzę do kasy. I tu okazuje się, mam na to paragon, że ceny w sklepie są cenami netto, bez VAT! Pytam o tę różnicę ekspedientkę, która brutalnym, chrapliwym głosem oświadcza:

– To pan nie wie, że jest VAT?

– Wiem – odpowiadam – ale na stoiskach powinna być podana cena z Vatem.

– Daj se pan spokój… – mówi kasjerka.

– To ja poproszę kierownika…

– Taaa, akurat kierownik będzie czas tracił – kasjerka nadal broni interesów firmy.

– To w taki razie, powiadomię o waszej praktyce odpowiedni urząd.

– Urząd? Panie, tu bez przerwy są różne kontrole i nic nam nie zrobią… – triumfuje kasjerka.

Oczywiście przegrałem to starcie i nigdzie nie będę interweniował, bo przecież wiem, że naprawdę żaden urząd „w gospodarce rynkowej” żadnej sieci handlowej nic zrobić nie może… Bo kapitalizm jest dla kapitalistów. A może wyjadę do Wielkiej Brytanii…

 

Od redakcji:

Po dłuższych przemyśleniach Autor został w Polsce.

 

HUBERT BEKRYCHT: Nie dajmy pogrążyć dziennikarstwa

Kończy się kampania wyborcza i kończy się wizja tradycyjnego dziennikarstwa w Polsce. Nie zamierzam udawać, że nie wiem, czyja to wina. Otóż, za degradację i degenerację naszego zawodu odpowiadają politycy opozycji, głównie KO. Są oczywiście i inni odpowiedzialni za ten stan rzeczy, także – nieliczni, ale są – przedstawiciele prawicy, lecz to jednak główne przekazy medialne opozycji są wyjątkowo chamskie i tępe. A to, delikatnie mówiąc, nie wpływa dobrze na rozwój naszej żurnalistyki.

Jest kilkanaście minut do północy, za chwilę zacznie kompletnie nikomu nie potrzebna cisza wyborcza, którą – moim zdaniem – należy jak najszybciej zlikwidować. Zatem, jak najkrócej potrafię postaram się dowieść, że długo będziemy odbudowywać dziennikarstwo skutecznie degenerowane przez opozycję podczas tej kampanii.

Niechby tylko chodziło o media opozycji, czyli tzw. mainstreamowe, ale ta ohydna maź mieszana przede wszystkim przez KO i Lewicę wylała się na media publiczne, społeczne i po prostu prawicowe. Nie możemy o tym zapominać podczas pracy. Nie wystarczy narzekać, trzeba dziennikarstwo naprawić, po latach politycznych kleszczy. Od czasów „oszczędzania” komunistów po Okrągłym Stole, poprzez przemilczanie rzeczywistych powodów odwołania rządu Jana Olszewskiego, co owocowało powrotem układu komunistycznego wspieranego liberalną głupotą politycznych naśladowców wszelkich negatywnych skutków wolnego rynku aż na przesuwaniu granic pomiędzy życiem publicznym a dziennikarstwem i straszeniem nas przez polityków, straszeniem głównie przez działaczy opozycji.

Teraz, panuje moda na owe „przesuwanie granic”. Kiedy polityk opozycji nie chce odpowiedzieć na pytanie, wtrąca, że pytający dziennikarz jest „z innych niż uczciwe media” albo odpowiada pytaniem na pytanie albo prowokuje dziennikarza albo – jak Tusk zapytany o skandaliczne fakty z działalności rządu PO-PSL prezentowane w programie „Reset” –mówi do reportera TVP, że jest pijany, bo czuje od dziennikarza alkohol. Nie wyjaśnia, dlaczego ma lepszy węch niż pies myśliwski, bo dziennikarz był od niego o 10 metrów, ale gdy reporter – po godzinie – przywozi potwierdzony przez odpowiednie służby dowód, że nie pił napojów wyskokowych, Tusk „rżnie głupa” i nie przeprasza udając, że chodzi o coś innego niż chodzi.

To już nie Sławomir Nitras, który odbierający dziennikarzom głos, to już nie senator Krzysztof Kwiatkowski atakujący reportera, bo nie potrafi bądź nie chce odpowiedzieć na pytanie o jego rozmowy z ministrem sprawiedliwości Rosji w Łodzi tuż po tragedii smoleńskiej, to już nie Dariusz Joński, który kpi i prowokuje dziennikarzy, bo nie lubi pytań o swoją przeszłość w postkomunistycznej partii, to nie Michał Kołodziejczak, który dopuszczał do tego, że dziennikarzom podczas konferencji prasowej pod nogami wybuchały petardy – to Tusk, lider opozycji rozpoczyna wojnę z dziennikarzami, którzy nie są w stanie uwierzyć w to, iż opozycja zmieni nasz kraj i nie chowają się za „brakiem poglądów”.

Z przyzwolenia Tuska wzrasta niechęć do dziennikarzy od TVP i Polskiego Radia poprzez PAP, prawicowe media aż na mediach kierowanych przez ojca Tadeusza Rydzyka kończąc. Dostaje się czasem i niektórym przedstawicielom mediów „dobrych dla opozycji”. Tutaj reprymenda jest „przyjacielska”, bo poprzedzona telefonem do szefów.

W mediach jedni nie schodzą z obranej drogi próbując bronić dziennikarzy, inni próbują negocjować z opozycji a jeszcze inni nie robią nic. Pojawia się też wątek niektórych prawicowych polityków, którzy nie rozumiejąc mediów psują je, nawet, jeśli te media nie atakują prawicy. Na to też nie można sobie pozwolić.

Na pewno nie można jednak pozwalać na zastraszanie dziennikarzy przez opozycję, która skutecznie przed 2015 rokiem niszczyła media publiczne pielęgnując serwilizm w koncernach wspierających liberalne i lewicowe a nawet lewackie trendy w dziennikarstwie. Nie dajmy się, nie każda prawdziwa wiadomość jest propagandą, ale dbajmy też, o jakość przekazu.

 

Hubert Bekrycht

13 października 2023 r. – godz. 23.53

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Niemcy muszą zmienić rząd w Polsce?

Wiadomo, każde wybory są o wszystko, każde są „najważniejsze od 30 lat”, w każdych „musimy się zmobilizować, żeby nie dopuścić”. Ale ta kampania wyborcza jest jakoś dziwnie nerwowa. Wojna na Ukrainie, chaos w Izraelu, jakieś drgawki UE, wiadomo, ale wydaje się, że bez „innych szatanów”, którzy są tu i teraz wyjątkowo „czynni”, całej tej nerwowości wytłumaczyć się nie da.

Zauważyliście jak Scholz zaatakował Polskę bezpośrednio na wiecu? Że niby kilkaset wątpliwych i badanych przez polską prokuraturę przypadków wiz miało spowodować migracyjna katastrofę w Niemczech.

Niemiecka desperacja

Nie sprowadzanie na hura setek tysięcy, czy wręcz milionów nielegalnych imigrantów w imię polityki „Herzlich Willkommen” czy pod pretekstem lewicowej utopii multi-kulti, tylko kilkaset wiz wydanych przez Polskę. Przecież to się kupy nie trzyma. W dodatku łamie wszelkie dotychczasowe zasady niemieckiej polityki zagranicznej. Do tej pory chytrzy Niemcy od brudnej roboty mieli na posyłki Holendrów,  Belgów, czy Czechów. A teraz sam KANCLERZ musiał sobie pobrudzić ręce. Czyż nie świadczy to o wysokim poziomie desperacji?

Albo sprawa z odwróceniem (miałem to określić inaczej, ale nie chcę żeby ktoś miał przeze mnie kłopoty) Zełenskiego. Do tej pory takie rzeczy Niemcy robili w białych rękawiczkach, a teraz uszyli to nićmi grubymi jak liny okrętowe. Podobno nawet Amerykanie byli zdegustowani. A sprawie przyklaskiwały i winą obarczały Polskę głównie media niemieckie i media tych krajów, które są pod największym niemieckim wpływem. To jak bezczelnie instytucje europejskie znoszące unijne embargo na import (nie tranzyt!) ukraińskiego zboża, zostały wykorzystane przez Niemców do skłócenia Polski z Ukrainą, też raczej widać z daleka. Jeśli dorzucić do tego coraz bardziej nerwowe codzienne wiosłowanie niemieckich mediów dla Polaków w Polsce, mamy dość szeroki obraz histerii w jaką na punkcie Warszawy wpadł Berlin.

Dlaczego?

Najświeższym elementem złożonej odpowiedzi jest chyba tekst brytyjskiego „Daily Telegraph” – „Polska próbuje przejąć od Niemiec koronę przemysłowego centrum Europy”. Dlaczego to w ogóle możliwe? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ze wszystkimi problemami, Polska dynamicznie się rozwija. A po drugie dlatego, że Niemcy same podcięły sobie korzenie wzrostu.

Nie, 24 lutego 2022 roku Niemcom świat się nie zawalił. O ich ówczesnym stanie ducha świadczą opowieści ukraińskich dyplomatów, którzy zwrócili się wtedy do swojego „strategicznego sojusznika” o pomoc i usłyszeli, że „nie warto Ukraińcom pomagać, ponieważ Ukrainie zostało kilka godzin”. Trudno wobec tego nie odnieść wrażenia, że Niemcy nie byli jakoś szczególnie zaszokowani inwazją, a raczej oczekiwali jej szybkich efektów. Niestety, ich strategiczny sojusznik – Władimir Putin, skrewił. Wziął na Ukrainie w d. tak, że śmiech rozległ się we wszystkich strefach czasowych. I dopiero, wraz z docieraniem tej świadomości, Niemcom świat się zaczął walić.

A tak było pięknie

A tak było pięknie. „Wspólna” niemiecko-rosyjska – imperialna przestrzeń od Lizbony do Władywostoku, była w zasadzie na ukończeniu. Polska, która się jej koncepcji przeciwstawiała, właściwie osamotniona, po wyborach w USA opuszczona przez zamorskiego sojusznika, który w zasadzie oddał Europę w zarząd duumwiratowi Berlin-Moskwa. Tani gaz płynął do Niemiec szerokim strumieniem Nord Stream, a miał płynąć jeszcze szerszym. Gospodarki krajów unijnych spętane eko-szantażem, nie miały wyjścia, musiały w końcu przejść na system, w którym jedynym dysponentem kurka z rosyjską energią w Europie były Niemcy, które i tak już trzymały UE za mordę, choćby przy pomocy euro. I już, już miały wystrzelić szampany, sypnąć się konfetti i zagrać Odę do Radości z rosyjskim zaśpiewem, gdy nagle okazało się, że strategiczny sojusznik Władimir pokpił sprawę, wszystko schrzanił, sen prysnął jak bańka mydlana, a Berlin został z gaciami spuszczonymi do połowy uda.

Od tamtej pory Niemcy musieli sporo znieść. Kryzys wynikający z braku gazu, połajanki sojuszników, najbardziej bolesne ze strony pogardzanej Polski, niełaska Waszyngtonu zirytowanego ambiwalentną postawą, katastrofa wizerunkowa „moralnego mocarstwa” i dobijające przemysł kosmiczne ceny energii. No, ale nikt nie da tyle ile Niemiec obieca, więc Olaf Scholz obiecał co trzeba, że Niemcy zerwą wreszcie z prorosyjskimi mrzonkami, przestaną importować rosyjskie surowce, Ukrainie tyle sprzętu wojskowego obiecają, że się propagandowe niemieckie instytutu skichają ze szczęścia, a Ukraińcy z przekonania, że „oto strategiczny sojusznik nareszcie się zlitował i ustrategicznił”. A w ogóle to dokonają takiego Zeitenwende, jakiego świat nie widział.

Imperium kontratakuje

No a gdzie dzisiaj w rzeczywistości są Niemcy? Mogli przywrócić do działania swoje elektrownie atomowe, ale tego nie zrobili i najwyraźniej nie mają zamiaru. Przeciwnie, w Niemczech mówi się o naprawie zniszczonego w wyniku tajemniczego wybuchu gazociągu Nord Stream, przecież nie po to żeby nie wracać do dealu z Rosją. Mało tego, mówi się o tym, że pod „nalepką” kazachskiej, nadal sprowadzają rosyjską ropę naftową. Mało tego, nagle dziwnie wzrosły obroty handlowe Niemiec z niektórymi krajami postsowieckimi. Ukraińcy muszą się zadowolić obietnicami, ponieważ Niemcy spełniają tylko niewielką część obietnic, a o Zeitenwende mało kto już chyba pamięta. Jeśli ktoś nie widzi tego, że Niemcy przygotowują się jak rękawiczka na przyjęcie rosyjskiej ręki, to jest ślepy jak martwy kret.

W tym samym czasie „mocarstwo moralne” odzyskuje, jak pisze Grzegorz Kuczyński na łamach Tysol.pl, pole w Europie Środkowej, w ostatnim czasie zdegustowanej jego „zaskakująco” dwuznaczną postawą wobec rosyjskiej inwazji. Wynik wyborów na Słowacji Niemców raczej nie martwi. Fico jest „prorosyjski”? Doskonale. Antyamerykański? Świetnie. Jest też prounijny i to również doskonała dla Niemców informacja. Węgry? Wcześniej, podobnie jak Polska, chłopiec do bicia. Ale teraz i niemiecki przemysł widzi na, nie stroniących od kontaktów z Kremlem Węgrzech, perspektywy i UE przebąkuje o wypłacie KPO (podczas gdy oskarżenia o korupcję przy wydawaniu unijnych pieniędzy, akurat na Węgrzech, w odróżnieniu od Polski, mają pewne podstawy). Bułgaria i Rumunia zmiękły pod niemiecką ręką wchodząc w kompromis ws. ukraińskiego zboża. I w Chorwacji i w Słowenii Berlin może być zadowolony z rozwoju sytuacji i w Mołdawii ciężko pracuje na zadowalające efekty. O Ukrainie nie wspomnę, bo nie możemy jej powstrzymać przed kolejną próba nadepnięcia na niemieckie grabie.

Głupia Polska

I tylko ta głupia Polska stoi na przeszkodzie nie tyko w realizacji koncepcji niemieckiej Mitteleuropy, jakieś Trójmorze buduje ze szlakami komunikacyjnymi, które nie tylko nie są Niemcom potrzebne, ale są wręcz konkurencyjne. Śmie przyciągać firmy z Niemiec kusząc je niskimi cenami energii, a nawet w ramach procesu skracania szlaków dostaw, firmy wychodzące z Chin. Śmie podejmować konkurencyjne inwestycje infrastrukturalne, jakieś porty, lotniska, przecież to nie do pomyślenia! Staje okoniem desperackiej próbie zglajszachtowania europejskich państw pod niemieckim butem (no wiem, Morawiecki, ale jakoś tam staje). No i, co najważniejsze, przecież wielka „wspólna przestrzeń” od Lizbony do Władywostoku, nie powstanie z wielką dziurą w miejsce Polski w samym środku.

No to co pozostaje Niemcom, oprócz rzucenia wszystkiego co mają na próbę zmiany rządu (ze wszystkimi jego wadami, których jestem świadom) w Warszawie?

Durnie

Na koniec mam jeszcze przesłanie dla tych, którzy nie mogą się doczekać żeby się w tej niemieckiej „Europie” rozpuścić. Durnie. Sądzicie, że dostaliście zaproszenia do pełnienia ról równorzędnych Niemcom? Nie, nie macie szans nawet na rolę wice-Niemców. Taka oferta w ogóle nie leży na stole. To znaczy leży, ale skierowana wyłącznie do wąskiej grupy Waszych kierowników, którzy mają pełnić rolę swego rodzaju gubernatorów lebensraum nad Wisłą. Wam ma przypaść wyłącznie rola rynku zbytu i taniej siły roboczej. Niemcy potrzebują Was w zastępstwie chińskich niewolników, ponieważ Chiny, po zassaniu niemieckich technologii, coraz mniej Niemiec potrzebują, a i Wielki Brat zza Atlantyku jest coraz bardziej zirytowany zbliżeniem niemiecko-chińskim.

Na tym powozie nie dostaniecie wygrzanego miejsca obok niemieckiego pana. Waszą rolą będzie ten powóz ciągnąć w zaprzęgu. Dokonajcie więc przynajmniej intelektualnego eksperymentu i pomyślcie, czy nie lepiej ciągnąć wspólnie powóz, może nieco ciasny, ale za to własny?

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Śmieszne drobiazgi wyborcze albo lekarze mimo woli

Nie ma nic śmieszniejszego niż wpadki i odjazdowe zachowania ludzi, którzy chcą być poważni, bo uważają – dla przykładu – że wybory są rzeczą najpoważniejszą z poważnych. Nie mówię, że wybory nie są ważne, ale zalew powagi, a właściwie grozy, dla których wybory są jedynie pretekstem, w ostatnich dniach jest powalający. Może jest i tak, że politycy wiedzą to, czego my prości ludzie o samych sobie nie wiemy – że lubimy się bać?

Żeby chociaż jeden na dziesięciu polityków, reklamujących siebie i swoje partie miał choć odrobinę poczucia humor, minimalny – niechby jak główka szpilki – dystans do siebie samego… Nic! Wszyscy politycy zachowują się jak japońscy samurajowie, którzy w przypadku przegranej musieli popełnić seppuku. Te wybory niosą z sobą przerażający nastrój grozy i apokaliptyczne wizje.

Gdybym już trochę na tym świecie nie żył, uwierzyłbym siewcom zagłady. Ale przecież wiem z doświadczenia, że nasz polski świat po wyborach wróci do normy. Na kolejne cztery lata. Dlatego zatem tak bardzo mnie cieszą – choć jest to humor najczarniejszy z czarnych – gdy widzę i słyszę w tej kampanii ucieszne wpadki? Proszę bardzo, oto przykłady.

Prosimy o entuzjazm

1 października 2023 roku, w katowickim Spodku odbywa się konwencja PiS. Telewizje relacjonują ją rzetelnie, choć niektóre wyraźnie sympatyzują z odbywającym się w tym samy czasie marszem opozycji po Warszawie.

Najpierw na ogromnej scenie tej hali sportowej w Katowicach pojawia para młodych ludzi, kobieta i mężczyzna, w którym rozpoznaję rzecznika PiS – Rafała Bochenka. I ta młoda para „rozgrzewa” zgromadzoną publiczność. Nie mam nic przeciwko, bo tak robią wszystkie partie w takich razach, czyli w okolicznościach. Jednak pan Bochenek w pewnym momencie rzuca wyzwanie zgromadzonym:

– Klaszczemy – krzyczy do mikrofonu – i proszę o więcej spontaniczności!

Być może chciał powiedzieć „więcej entuzjazmu”, ale powiedział „spontaniczności”.

Z drugiej strony – prowadzenie takich spotkań jest niezwykle stresujące i trzeba mieć stalowe nerwy, żeby się takiego zadania podjąć.

Prowadzący spotkania wyborcze

Dawno, dawno temu, w odległym województwie… konwencję pewnej partii prowadził przyjaciel młodego lidera tej partii – reporter prywatnej stacji telewizyjnej.

Jegomość powiedział, że jest apolityczny, a już na pewno nie będzie głosował na partię, która zaprosiła go do prowadzenia tej konwencji. Był to jakiś discjokey, kiedyś oprócz telewizji pracował w lokalnym radio – osobnik żywy i żywiołowy, a jakże, ale nie przewyższający inteligencją młodzieżowych muzyków, których lansował w programach.

Po takim wstępie zapanowała na widowni martwa cisza. Sytuację uratował jednak starszy pan, który wstał i zaczął mocno bić brawo – spontanicznie, ale z rozmysłem. Po chwili klaskali wszyscy, dając do zrozumienia, że cenią sobie „obiektywizm” prowadzącego.

Nuda powtórzeń

To co istotne mówią w kampanii zawsze liderzy partii. Dlatego też rola „szeregowych kandydatów” łatwa nie jest. Rekordziści bywają w telewizjach i radiostacjach po kilka razy w tygodniu. Rodzi się więc pytanie – czy są oni w stanie powiedzieć cokolwiek nowego? Czy objawią jakieś nieznane jeszcze publiczności elementy programu swych partii? Oczywiście, że nie. Takich cudów nad urną nie ma.

I leje się z ekranów i głośników potop powtórek, zalewa nas zwielokrotniona fala tego, co już znamy, bo przecież mówili to liderzy. Przy czym tu trzeba kandydatów pochwalić, że powtarzając po liderach, umieją stworzyć wrażenie, że sami to wszystko przed chwila wymyślili. Naprawdę, świat teatru i filmu stracił wielu uzdolnionych aktorsko osobniczek i osobników, którzy marnują się w polityce.

Jednakże kandydaci mają świadomość, że powtarzają już wielekroć powiedziane. I to rodzi w nich stres. A najlepszym ratunkiem przed stresem jest agresja i dlatego w studiach odbywają się dzikie awantury i prezentacja nieprzystojnych zachowań kandydatów.

Tu muszę jednak uderzyć się w piersi i powiedzieć, że trochę przesadziłem, bo programy partyjne są w dyskusjach na dalekich, bardzo dalekich planach. Na pierwszym zaś są próby zniszczenia przeciwników politycznych, próby odebrania im godności i prawa do rozumu. Na razie są to próby zniszczenia werbalnego, ale jednak są.

W sumie dyskusje są ucieszne, bo argumenty ad personam, odnośnie przeciwników, też są już dobrze znane. Tym samym wygrywa ten, kto głośniej krzyczy, częściej przerywa adwersarzom

Obowiązki dziennikarzy

Od dawna wśród wielu dziennikarzy panuje moda na luz. Szczególnie gdy chodzi o ubieranie się do pracy. Mówię o panach dziennikarzach, bo panie z natury swej płci bardzo dbają o wygląd, i słusznie. I oto, skutkiem luzu, mamy ciężkie zderzenie dwóch światów. Jest kampania przedwyborcza, kandydaci organizuję mnóstwo konferencji i zawsze są starannie ubrani. Dominuje – wśród panów kandydatów – garnitur i niebieska koszula, Krawaty są nieczęste, ale bywają.

Dziennikarze natomiast są niechlujni, ubrani niby to wygodnie, ale bez „sznytu”. Zgodnie z Wyspiańskim; „Ubrałem się w com ta miał”. Ostatnio widziałem dziennikarza – z mikrofonem swojego radia, bo mikrofony są teraz „obrendowane”, czyli posiadają logo firmy, która dziennikarza posyła na daną konferencję prasową. Jednak tu nazwę stacji pominę, bo być może ów dziennikarz pracuję tam w ramach resocjalizacji?

Zatem, radiowiec ów miał na sobie, od dołu patrząc: sandały, szorty i koszulę w ptaki, jakby akurat wrócił z Hawajów. W sumie ubrany był jak ostatnia łachudra.

Serce. Po której stronie?

Znaleźć dobre hasło wyborcze nie jest łatwo, a nawet jest to niezwykle trudne i ciężkie. I ja to rozumiem. Jednak obecne hasło lewicy powala z nóg. Bo jaki jest sens tej hasłowej myśli, że „serce mam po lewej stronie? Skoro lewica jest po lewej stronie układu politycznego i ponieważ serce każdy ma po stronie lewej, więc lewica jest serdeczna, i jest tak bliska człowiekowi, jak jego serce, i dlatego trzeba na lewicę głosować. Prawda, że paranoja?

Anatom, który wymyślił to hasło oraz politolodzy i działacze lewicowych partii, którzy to hasło wzięli jak swoje są – mym zdaniem – infantylni. Albo też mają mnie za równego sobie – gdy idzie o czytanie ze zrozumieniem – czyli za idiotę.

Żeby nie było tak smutno przypomnę fragment o położeniu serca z „Lekarza mimo woli” Moliera. Przypomnę, że tytułowy bohater jest wieśniakiem, który przez 6 lat „wysługiwał się lekarzowi”, a potem przez przypadek uznany został za lekarza – cudotwórcę.

 

SGANAREL

Czy to jest chora?

GERONT

Tak. To moja jedyna córka, byłbym w rozpaczy, gdyby umarła.

SGANAREL

Niechże ją Bóg broni! Nie wolno jej umrzeć bez przepisu lekarza.

GERONT

Oniemiała nagle, i to bez przyczyny; ten właśnie wypadek stał się powodem odwłoki małżeństwa.

SGANAREL do chorej

Daj mi panna rękę. do GERONTA Wyraźnie widać z pulsu, że jest niema.

GERONT

Tak, ale chciałbym, abyś mi pan mógł powiedzieć, skąd to pochodzi.

SGANAREL

Sądzę, że to zatamowanie czynności języka zależne jest od pewnych humorów, które my uczeni nazywamy humorami złośliwymi; tym bardziej, że wapory są uformowane przez wyziewy soków tworzących się w ogniskach choroby. Otóż, gdy te wapory, przechodzą od lewej strony, po której leży wątroba, ku prawej stronie, w której znajduje się serce, może się zdarzyć, że płuco spotyka na swej drodze pomienione wapory, wypełniające komory łopatki; że zaś właśnie te wapory…

GERONT

W istocie, nie można lepiej tego wywieść. Jedna tylko rzecz mnie uderzyła: to ustęp o sercu i wątrobie. Zdaje mi się, że pan je mieścisz inaczej, niż są; że serce jest po lewej stronie, a wątroba po prawej.

SGANAREL

W istocie; tak było dawniej: ale myśmy to zmienili i teraz uprawiamy medycynę zupełnie nowym systemem.

GERONT

Nie wiedziałem i przepraszam za swoje nieuctwo.

SGANAREL

Nic nie szkodzi; nie ma pan wszak obowiązku dotrzymywać nam kroku co do wykształcenia.

 

Molier jest mądry i zabawny, mam jednak przeczucie, że ta kampania do niczego mądrego, ani zabawnego nie doprowadzi.

 

 

WALTER ALTERMANN: Na kogo (nie) głosować, czyli poradnik obskuranta

Za chwilę wybory, a liczba wahających się jest, zdaniem stacji badawczych, ciągle bardzo duża. Istnieje możliwość, że część z dzisiejszych niezdecydowanych zagłosuje w końcu losowo, na chybił trafił. Nadto nawet jeżeli ktoś już teraz zdecydował się głosować na wybraną przez siebie partię, to i tak może popełnić ogromny błąd, zaznaczając na karcie do głosowania osobniczkę lub osobnika, na którego głosowanie jest wielce ryzykowne.

Powiedzmy wprost – kandydat kandydatowi nierówny. I na jednej liście, wśród dwudziestu kandydatów każdego z ugrupowań, z całą pewnością znajdzie się jeden, lub nawet kilku, na których oddanie głosu może dramatycznie zdestabilizować państwo. Oczywiście jeden szaleniec do tego nie doprowadzi, ale naprawdę może być ich więcej. Mamy bowiem, z wyborów na kolejne wybory, wzrastającą liczbę kandydatów nawiedzonych, niezbyt odpowiedzialnych i skupionych jedynie na sobie.

Niby to kandydaci przedstawiają na ulotkach, w mediach i na ulicach swoje poglądy, programy i obietnice, ale wprawne oko doświadczonego człowieka – za jakiego, bez krztyny zarozumiałości, się uważam – wychwyci z potoku słów i wiru gestów, prawdziwe charaktery kandydatów. Więc powtarzam – zbyt niestabilne osobowości kandydatów mogą być naprawdę groźne dla nas, obywateli.

Dlatego pozwalam sobie przedstawić pewne typy osobowości, na które trzeba uważać i nie głosować, żeby nie nabawić samych siebie i nas wszystkich ogromnych kłopotów.

Skąd się biorą posłowie i senatorowie

Przedtem jednak ustalmy skąd się biorą posłowie. Zgodnie z prawem posłem zostaje się po uzyskaniu odpowiednio dużej liczby głosów w głosowaniu powszechnym. Ale ważniejsze jest kto i jak zostaje kandydatem, kogo dane ugrupowanie na listę kandydatów zapisuje. Otóż praktyka wszystkich partii w Polsce jest taka, że na pierwszych miejscach list znajdują się przywódcy krajowi czy lokalni tych partii, potem idą znani działacze, znamienici naukowcy, artyści. Ci znajdują się niżej i ich szanse na zostanie posłem lub senatorem są znikome, ale „wzmacniają” listy, zbierając głosy, które potem wzmocnią kandydatów z pierwszych miejsc.

Najważniejsze jednak jest jednak pytanie – kto i dlaczego chce zostać posłem? Oczywiście mamy osobniczki i osobników, którzy o tym marzą, a to z dwu powodów.

Pierwszy powód – wydaje się im, że mają coś niezwykle istotnego do powiedzenia całej Polsce, coś fantastycznie jeszcze nieznanego światu, które oni jedynie objawią i załatwią. Na kilometr pachnie to paranoją, ale tak to z kandydatami jest naprawdę.

Drugim powodem, dla którego niektóre i niektórzy chcą zostać posłami lub senatorami jest nadzieja fajnej roboty. Na ulicy Wiejskiej jest ciepło, pod dachem, nie kurzy się i na kark nie pada – ekologia w czystej postaci. A do tego uznanie społeczne – bo to jednak przez najbliższe cztery lata jedynie do 460 osób będziemy się zwracać per Pani Poseł, Panie Pośle. I jedynie do stu będziemy mówić: Pani Senator, Pan Senator. Krótko mówiąc – u kandydatów miłość do samych siebie walczy o lepsze z szaleństwem, któremu na imię: Zbawienie Polski, Europy i Świata.

Czy posłowie i senatorzy są najlepszymi z nas? Nie, są jedynie tymi z nas, którzy bardzo chcieli być parlamentarzystami.

 Długowłosi i brodaci

Przede wszystkim nie należy głosować na zarośniętych. Zacznijmy od długich włosów u panów. Panie z ich fryzurami zostawiam w spokoju, bo nie jestem jeszcze tak mądry i tak stary, żeby zrozumieć kobiecą duszę.

Mamy zatem coraz więcej osobników zarośniętych niestandardowo. Są zaczeszkowcy, kucykarze, lokonosiciele, tapiranci i podcięci wysoko po bokach, jak dzisiejsi piłkarze lub dawniej nasi barokowi szlachcice. Wszystkich tych „ufryzowanych” łączy to, że bardzo dużą wagę przywiązują do owłosienia. I dlatego mam prawo podejrzewać, że osobnicy, tak zaangażowani fryzjersko, nie znajdą już czasu, sił i chęci na odpowiedzialne bycie parlamentarzystami. Miłość własna nie pozwoli im skupić się na niczym innym jak własne włosy.

To samo dotyczy nosiciele bród. Z tym, że broda wymaga jeszcze więcej czasu na pielęgnację, niż włosy na głowie. Najbardziej podejrzani są dla mnie panowie pod pięćdziesiątkę, którzy golą się maszynką z półcentymetrowym odstępem od skóry. Chcą wyglądać jeszcze młodo i bojowo, ale wieku się nie oszuka.

W naszej europejskiej kulturze broda znaczyła i znaczy siłę witalną i seksualną. Dlatego młodym przystoi mieć brodę. A niech tam sobie demonstrują swoją gotowość do prokreacji. Jednak starszym panom już nie wypada. A już jak najmniej wypada parlamentarzystom. Chyba, że – o czym jeszcze nie wiem – również i sale naszego parlamentu – są zdatnym do zalotów miejscem. Ale nie sadzę.

W ZEMŚCIE Dyndalski tak mówi do Cześnika, na wieść, że Cześnik chce się żenić:

Choć i starość bywa żwawa

Wżdy wiek młody ma swe prawa…

Biorąc to wszystko pod uwagę sam na włochaczy nie zagłosuję i innym też odradzam.

Krzykacze i szydercy

Jeżeli nasi parlamentarzyści są naszymi reprezentantami, to nie powinniśmy się za nich wstydzić. Od reprezentantów Polski w różnych dziedzinach sportowych wymagamy więcej, bo jak ciągle twierdzi prasa – „mają orzełki na piersi”. Tymczasem bardzo wielu naszych posłów i senatorów zachowuje się jak kibice na ważnym meczu piłki nożnej. Ligowej.

W studiach telewizyjnych, czym bliżej wyborów, tym częściej dochodzi do coraz bardziej gorszących zachowań. Nawet panie parlamentarzystki dają popis krzyków, machania rękami, dzikiego i szyderczego śmiechu. Tym z czytelników, których to nie dziwi, proponuję wyobrazić sobie takich gości na weselu czy imieninach. I to jeszcze przed wzniesieniem pierwszych kielichów.

Lubię ironię a nawet złośliwości w dyskusjach z udziałem parlamentarzystów, ale szyderstwo jest dzieckiem podłości, jest objawem „nieposzanowania godności człowieczej”, o konieczności zachowania której poucza nas kościół. A zdarza się przecież, że to właśnie przedstawiciele partii nawiązujących do wiary w Boga dają czasem niepohamowany upust szyderstwom, krzykom i brutalnej agresji.

Dlatego krzykacze i szydercy – którzy uczą nas wszystkich najgorszych zachowań – na pewno nie powinni znaleźć się w przyszłym parlamencie.

Bardzo pewni siebie wodzowie plemion

Następną grupą, na którą nie będę głosował są osobniczki i osobnicy, którzy zachowują się z nadmierną pewnością siebie, a często butą. Rozumiejąc, że każdy z nas ma prawo prezentować swój punkt widzenia, nie daję zgody na zachowania przypominające tańce wojenne pierwotnych kultur. Zresztą do dzisiaj tańce bojowe wykonywane są w celu zwiększenia agresji własnych wojowników lub jako demonstracje przed przeciwnikami własnych umiejętności, siły i determinacji. Te pierwotne z natury tańce i zachowania kultywowane są m.in. na Nowej Zelandii przez Maorysów, w Afryce przez Masajów i Zulusów oraz przez ludy tubylcze na Hawajach, Fidżi i Tonga.

W tych kulturach wodzowie krzyczą, pokazują języki, przewracają oczami, biją się po udach, wpadają w bitewny szał… co zresztą jest usprawiedliwione, bo o żadnej strategii lub taktyce nie ma tam mowy. Tamże atakuje się hurmem, grupą. Istnie tak, jak mawiał Pan Zagłoba: „Kupą mości panowie, kupy nikt nie ruszy”.

We współczesnej Europie każde działanie, każda istotna decyzja muszą być wypracowane mózgiem, nie pewnością siebie i pokrzykiwaniem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio doszło do poważnej ogólnopolskiej i ogólnoparlamentarnej debaty na jakiś ważny temat, przed podjęciem jakichś bardziej istotnych, strategicznych decyzji. Zamiast tego mamy trwający od dziesięcioleci festiwal wojennych tańców i śpiewów. Przy czym każda z partii tańczy osobno i sama siebie podnieca do ataku – na przykład na cyfryzację czy energię atomową.

A ponieważ zdaje mi się, że elektrowni atomowych od wojennych prezentacji sił, nam nie przybędzie, dlatego nie będę głosował na kandydatów, którzy nad argumenty przekładają popisy zwartości bojowej swych ugrupowań.

Artyści

Radziłbym też nie głosować na artystów. Oczywiście mam szacunek i uznanie dla ich talentów, które nas bawią i uczą, ale naprawdę parlament nie jest miejscem dla malarzy, aktorów i piosenkarzy. Uchylając rąbka tajemnicy osobowości artystów powiem, że są to jednak osobnicy skupieni na sobie, egotycy i ludzie zapatrzeni we własne wnętrza – i nie jest to zarzut. Takie cechy są przypisane od zawsze artystom, bez skupienia się na sobie nie byliby artystami. Jednak to, co daje im „osobniczą siłę ducha”, jest jednocześnie przeszkodą w sprawowaniu tak ważnych publicznych funkcji, jak bycie parlamentarzystami. Zwykle już po roku nudzą się i zamykają się w sobie. Przykro patrzeć, jak nam marnieją w oczach. I w telewizjach…

Profesorowie

Ostatnią grupą, na którą – moim zdaniem – z pewnością nie należy oddawać głosu są naukowcy, a szczególnie panie profesorki i panowie profesorowie. Ich niezdolność do bycia użytecznymi parlamentarzystami bierze się stąd, że rozpoczynając naukową karierę stają się częścią uczelnianego „społeczeństwa feudalnego”. Na szczycie drabiny stoi tam profesor nadzwyczajny, potem zwyczajny, potem doktorzy habilitowani, zwykli doktorzy, asystenci, doktoranci i na samym końcu… tępy, z założenia profesorów, student.

Wspinając się po szczeblach tej średniowiecznej drabiny każdy z przyszłych profesorów marzy, żeby w końcu samemu stanąć na jej szczycie. Jednocześnie nasiąka – mimochcąc – owym feudalnym sznytem, kulturą czapkowania i wymuszonej uniżoności wobec stojących wyżej. Oraz – co najgorsze – pobłażliwym traktowaniem wszystkich, którzy stoją niżej od wspinającego się w górę naukowca. I strach myśleć, co oni sobie myślą, o ludziach, którzy nawet nie zaczęli studiów…

W czasie dochodzenia na wierzchołek tej drabiny przyszły profesor opanowuje również wewnętrzny język nauki, Ów język ma taką cechę, że czym bardziej jest „naukowy”, tym bardziej jest niezrozumiały dla reszty „nieuczonego” społeczeństwa. Krótko mówiąc – nie można być bardziej społecznie wyalienowanym niż profesorowie naszych wyższych uczelni.

Oczywiście profesor jest łakomym kąskiem dla każdego z wodzów partyjnych, bo niejako daje partii stempel naukowości, powagi i odpowiedzialności. Oczywiście są i tacy odpowiedzialni profesorowie, tyle że w malutkiej mniejszości do ogółu profesorów.

Poza tym – jeżeli kogoś od młodości pociągała i wciągnęła nauka, to dlaczego nagle porzuca swoje kochane badania, swoje bibliotek, swoje laboratoria, środowisko i chce zostać posłem czy senatorem? Rozczarował się, zniechęcił, uznał, że dotychczasowa droga życia to pomyłka?

Naprawdę, profesorowie to bardzo niepewny materiał na parlamentarzystów. I dlatego – z całym szacunkiem dla nauki jako takiej – mówię profesorskim kandydatom – nie.

PIOTR TURLIŃSKI: W poszukiwaniu człowieczeństwa – JÓZEF HEN

Józef Hen ma obecnie 99 lat i nadal jest aktywnym twórcą. Urodził się 8 listopada 1923 roku w Warszawie Urodził się i wychował w kamienicy przy ulicy Nowolipie 53. Jego ojciec, Rubin Cukier z Radzynia, był hydraulikiem, matka Ewa (Chawa) Hampel pochodziła z Warszawy. Józef Hen miał troje starszego rodzeństwa, dwie siostry i brata.

W czasie niemieckiej okupacji Józef Hen stracił większą część swej rodziny – ojca w 1945 w Buchenwaldzie, brata Mojżesza, który zaginął w ZSRR i siostrę Mirkę. Wojnę przeżyły matka i siostra Stella.

Ukończył prywatne żydowskie Gimnazjum Męskie im. Magnusa Kryńskiego (mała matura), przy ul. Miodowej 5. Miał kontynuować naukę naukę w liceum w klasie o profilu matematyczno-przyrodniczym, ale wybuchła wojna.

W listopadzie 1939 opuścił Warszawę i przedostał się do Białegostoku. Wojnę przeżył w Związku Sowieckim. Pracował przy budowie szosy Lwów-Kijów, a potem trafił do Samarkandy. Mimo dobrej kondycji fizycznej, nie został przyjęty do Armii Andersa. W 1944 wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego i wtedy publikował pierwszy wiersz (Łódź wierna) w piśmie Głos Żołnierza.

W 1944 przyjął pseudonim literacki „Hen”, który z czasem zaczął mu służyć za nazwisko. Zaraz po wojnie, był redaktorem tygodnika Żołnierz Polski. W 1947 razem z redakcją tygodnika wrócił do Warszawy. Służbę wojskową zakończył jako kapitan w 1952.

Temat główny

Józef Hen to pisarz, reportażysta, scenarzysta i reżyser, a także dramaturg i publicysta. Pełny wykaz jego osiągnięć artystycznych zamieszczam na końcu tego felietonu.

Gdyby chciało się powiedzieć jednym zdaniem, co jest najbardziej typowe, co najbardziej określa jego twórczo – należały powiedzieć, że wszystko co napisał ten ciężko doświadczony człowiek, wszystko co stworzył poświęcił jednemu wielkiemu wyzwaniu – poszukiwaniu człowieczeństwa w najbardziej nawet okrutnych czasach.

Tym samy Józef Hen wpisał się na listę największych moralistów. Były niedawne lata, kiedy w świecie, a także u nas, moralistyka miała złą opinię, bo trąciła namolnością napomnień, zwracaniem uwagi i odwoływaniem się do odwiecznej miary rzeczy. A przecież najwięksi pisarze – tak w przeszłości, jak dzisiaj – zajmują się kondycją człowieka. Ci niedawno jeszcze szalejący „anty-moraliści” zapominali o okrucieństwach zgotowanych światu przez Hitlera i Stalina. I jakoś milczą  wobec dzisiejszego bestialstwa Rosjan wobec Ukraińców. Tym samym „anty-moraliści”, których tak bardzo podniecała literatura i sztuka drżąca tematy wszelkich możliwych aberracji i dewiacji ludzkiego rozumu ponieśli klęskę, ale przecież nigdy się do tego nie przyznają.

Józef Hen jest w pewnym stopniu podobny do Isaaca Singera – urodzonego w Polsce noblisty, piszącego w zapomnianym już języku jidisz. Obaj widzą świat jako odwieczną walkę dobra ze złem, pokusy z obowiązkiem, miłości i nienawiści, prawdy i zakłamania. I obaj piszą w sposób fascynujący, odkrywczy i nowy.

Wojna jako doświadczenie bardzo osobiste

Nie boję się bezsennych nocy to tytuł wydanego obszernego pamiętnika Józefa Hena, a właściwie dziennika refleksji. Przedstawiam kilka fragmentów jego zapisów – niech one świadczą o tym, czym interesuje się pisarz. I jak potrafi to opisać, bo przecież literatura to nie są „słuszne i głębokie” myśli, ale przede wszystkim to, jak zostają one podane czytelnikowi. Piszę o tej oczywistości, bo coś mi się zdaje, że obecnie wielu naszych polityków i dziennikarzy uważa się za literatów, a ich dziełami mają być ich zawsze męczące przemówienia lub sprawozdania z tych przemówień.

Wbrew powierzchownym sądom, nie jest zbyt trudno zachować tak zwaną „postawę”, kiedy się jest prześladowanym, czy kiedy ponosi się porażkę. Wiele trudniej zachować godność, moralność, kiedy się jest zwycięzcą, kiedy się dysponuje losem innych. Umieć przegrywać to sztuka, ale nie taka wielka. Umieć wygrywać – to sztuka o wiele trudniejsza.

O pułapkach czyhających na zwycięzcę mogłem się przekonać w roku 1945 w Niemczech, po sforsowaniu Nysy. Trzeba dużo odporności, a także umiejętności spojrzenia na siebie z boku, żeby wyjść z takiej próby bez wstydu. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, że nigdy nie zostałem tak bezwzględnie zmuszony do zmierzenia się z sobą, do sięgnięcia w głąb samego siebie, jak wtedy i tam.

Presja i pokusa, jakiej został poddany młody Niemiec, który znalazł się w naszym kraju w charakterze zwycięzcy, rozgrzeszony z góry przez Führera z każdego nadużycia, upatrzony przez niego na pana podbitych mas – nie wiem czyśmy się nad tym zastanawiali. Nie idzie mi tu o zawodowych morderców czy o przekonanych i porwanych kultem swojego wodza hitlerowców – aż takim humanistą nie jestem, idzie właśnie o przeciętnego młodego Niemca z tak zwanej przyzwoitej rodziny o pewnych liberalnych tradycjach. Nagle wszystko mu wolno, buta i przemoc są zalecane, przeciwko sobie ma polskich podludzi, wrogów, których trzeba ujarzmić. Po to, żeby taki „porządny Niemiec” zachował się naprawdę przyzwoicie, musiał być w dwójnasób porządnym.

Wprawdzie nikt nam nie wmawiał, że jesteśmy herrenvolkiem i nikt z niczego nie miał zamiaru nas rozgrzeszać, nie znaczy to wcale, że nasza sytuacja była łatwa. Bo i my przeciwko sobie mieliśmy wroga – tych samych nadludzi, którzy nas mordowali – na domiar pałaliśmy żądzą zemsty. Na kim? Ci wrogowie, na których natykaliśmy się w zajmowanych miejscowościach, to były najczęściej wylęknione i zrezygnowane kobiety. Jeśli trafił się jakiś młody człowiek, to najchętniej mówił „Hitler kaputt” i przyznawał nam we wszystkim rację. Modne jest dzisiaj wyrażenie „sprawdzić się”. Otóż myśmy się tam sprawdzali, powstrzymując się od robienia pewnych rzeczy – sprawdzaliśmy się w ten sposób bardziej, niż gdybyśmy uczestniczyli w jakimś pociągającym szaleństwie. – Józef Hen, Nie boję się bezsennych nocy.

Wojna była najbardziej traumatycznym i najważniejszym doświadczeniem Józefa Hena. I cały czas istnieje ona w jego pisaniu na pierwszym miejscu. Może dlatego, że wojna bezwzględnie obnaża człowieka, że jest czasem ostatecznej próby?

Literatura i film

W 1947 Józef Hen opublikował pierwszą książkę Kijów, Taszkent, Berlin. Dzieje włóczęgi, która została uznana za obiecujący debiut.

Na podstawie jego scenariuszy, będących adaptacjami jego własnych utworów, nakręcono w pierwszej połowie lat 60. znaczące artystycznie filmy: Krzyż Walecznych, 1958 r., w reżyserii Kazimierza Kutza; Nikt nie woła, 1960 r. – reż. Kazimierz Kutz; Kwiecień, 1961 r. – reż. Witold Lesiewicz, Prawo i pięść, 1961 r.; reż. – Witold Lesiewicz.

Później sfilmowano jego opowiadania z cyklu Przeciw diabłom i  infamisom / Przypadki starościca Wolskiego, serial Rycerze i rabusie, a także powieść Crimen, serial pod tym samym tytułem. Gdy o Crimen chodzi – interesujący jest fakt, że Józef Hen wycofał z napisów czołowych swoje nazwisko jako autora scenariusza i na jego żądanie formułę „na podstawie powieści” zastąpiono słowami „na motywach powieści”.

Hen jest także autorem wielu scenariuszy filmowych nie tylko ekranizacji własnej twórczości, ale także np. do serialu Życie Kamila Kuranta, według prozy Zbigniewa Uniłowskiego i niekiedy współscenarzystą z Jerzym Hoffmanem, jak w przypadku filmu Stara baśń. Kiedy Słońce było Bogiem, swobodnej adaptacji klasycznej powieści Józefa I. Kraszewskiego.

W latach 1967–1969 był atakowany przez środowisko tzw. partyzantów. Nawiązał wówczas współpracę z paryską Kulturą Jerzego Giedroycia, tam pod pseudonimem „Korab”, opublikował trzy opowiadania: Western, Oko Dajana, Bliźniak. W styczniu 1976 roku podpisał list protestacyjny do Komisji Nadzwyczajnej Sejmu PRL przeciwko zmianom w Konstytucji.

Ważną pozycją w jego dorobku są beletryzowane biografie, wśród nich: Ja, Michał z Montaigne (1978) – opis życia duchowego Europy XVI wieku, na tle życiorysu francuskiego pisarza, myśliciela i eseisty. Świetną pozycją jest także Błazen – wielki mąż (1998) – portret duchowy Tadeusza Boya-Żeleńskiego, inkrustowany refleksjami autora na temat epoki, która była także dzieciństwem Józefa Hena – książka miała trzy wydania.

Hen doczekał się kilkunastu tłumaczeń, w tym na czeski, francuski, niemiecki oraz rosyjski. Przez wiele lat był działaczem Związku Literatów Polskich. Jest odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (1998). W 2008 otrzymał Nagrodę Literacką im. Władysława Reymonta. W 2009 roku otrzymał Nagrodę Literacką m. st. Warszawy w kategorii „Warszawski twórca”. W 2002 roku otrzymał medal „Zasłużony dla Tolerancji”. Jest też laureatem Nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego.

Przykre obserwacje Hena

Dzienniki Hena dotyczą spraw osobistych pisarza, ale też znajdziemy w nich niebanalne obserwacje świata obyczajów, polityki i spraw społecznych. Oto sześć krótkich notacji z Nie boję się bezsennych nocy:

W czołowym dzienniku artykuł „Moje dziecko kłamie”. Psycholodzy, pedagodzy zastanawiają się nad niepokojącym zjawiskiem, że dziecko zaczyna kłamać, ale na myśl im nie przyjdzie (a może i przyjdzie, ale ukrywają), że dziecko słyszy kłamstwa dookoła: kłamią gazety, spikerzy, nauczyciele, ministrowie, prezydenci, sędziowie, kłamią niezmordowanie od rana do wieczora Nixony i ich partnerzy, Portugalczycy i Etiopczycy, Polacy i Francuzi. Kłamią prasa, radio i telewizja. Kłamią też rodzice: co innego mówią w pracy (dziecko o tym wie), a co innego w domu.

A kto to jest ten mężczyzna o zdartym glosie, który ostatnio wydzwaniał do mnie o różnych porach dnia i nocy (najczęściej nocy) wykrzykując: „Hen, ty stara k…”, zawsze dorzucając „ty  grafomanie”, co mnie wprawiało w popłoch, bo człowiek nigdy nie ma pewności, jak to jest z tą grafomanią, i tylko raz krzyknął: „ty Żydzie”, naprawdę tylko raz! Ale dlaczego natychmiast rzuca słuchawkę? Podobnie Sławomir Kr. – który w marcu 68 związał się z „patriotami” spod ciemnej gwiazdy – napisał o mnie, że byłem „pupilkiem Bieruta”. Szkoda, że nim nie byłem – co bym sobie pożył, to moje. A później jakoś bym się wyłgał, jak ci inni, prawdziwi pupilkowi, których nazywano „belwederczykami”.

Wałęsa wyobraża sobie władzę prezydenta mniej więcej tak, jak pierwszego sekretarza partii. Zadzwoni, gdzie trzeba – „słuchajcie towarzyszu” – i sprawę załatwi. Wychował się w tamtych czasach, demokracji musi się uczyć. Przyjmuje np. panią Branicką-Wolską i obiecuje jej zwrot majątków, łącznie z tym, co zawiera pałac wilanowski. Ona twierdzi, łaskawa, że chętnie je zostawi w pałacu, ale jako swoją własność, „depozyt”. Pan prezydent zwraca się do władz Mokotowa, żeby zrealizowały jego obietnicę. Nie spostrzegł nawet, że wtrąca się nie do swoich rzeczy. Tadeusz trafia w punkt, zauważając, że ta pani powinna zażądać jeszcze zwrotu carskich rubli, które Braniccy otrzymali od Katarzyny za zdradę narodową.

Trybunał konstytucyjny odrzucił skargę prof. Ewy Łętowskiej, że religia została wprowadzona do szkół wbrew obowiązującym ustawom. Przy okazji pewien prokurator wypowiedział myśl, na jaką go stać, że ateizm prowadzi do zbrodni, kłamstwa i prostytucji.

Warto przypomnieć, że patriotyzm nie jest uczuciem, które samo przez się, niezależnie od tego, jakim znakiem jest opatrzone, zasługuje na kult. Patriotami byli na pewno i hitlerowcy. Wszędzie, gdzie się zabija obcych, mamy do czynienia z patriotami. „Patriotami” nazywali siebie przeciwnicy Konstytucji 3 maja. Doktor Samuel Johnson (według jego biografa Boswella) grzmiał w osiemnastym wieku: „Patriotyzm jest ostatnia deską ratunku łajdaka”. Trudno było o tym nie wspomnieć, kiedy widziało się, jak to pojęcie prostytuują agenci Moczara. Na pewno patriotami są Rosjanie, którzy pragną odrodzenia imperium i tego, by w ich władanie wrócił kraj priwislinskij.

Boy-Żeleński przytacza w Obiedzie Literackim opowieść Teofila Gautiera (zanotowaną przez Goncourtów): „Pewnego dnia minister Walewski rzekł mi, żebym już zerwał z pobłażaniem i że mnie upoważnia, abym pisał o teatrze to, co myślę.

– Ależ – rzekłem – w tym tygodniu grają sztukę pana X.

– A – odparł minister – to może pan zacznie od przyszłego tygodnia.

Polecam do czytania

Polecam lekturę Nie boję się bezsennych nocy, jako świadectwa duchowego życia wybitnego pisarz i opisu nas, naszego społeczeństwa.

Bardzo lubię jego powieść i film Kwiecień. Wśród setek filmów opowiadających o wojnie, Kwiecień jest wyjątkowy. Większość powieści i filmów o wojnie nie dostrzega w bałaganie i harmidrze wojny człowieka, osoby, jednostki. W Kwietniu Hena owszem są w powieści i filmie sceny batalistyczne, ale nie one są najważniejsze. Hen dostrzega w wojnie ludzkie wybory, jednostkowe dramaty.

Cenię jego biografię Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W tym dziele, zatytułowanym Błazen-wielki mąż, widzimy wielkiego buntownika, jakim był przecież Boy. Hen subtelnie, ale wyraźnie ukazuje epokę, w której Boy, jako pisarz i publicysta mierzył się z zatęchłą atmosferą naszego społeczeństwa. A była ona wtedy zatęchła bardzo. To Boy, jako pierwszy podjął walkę o prawa kobiet i to on stworzył hasło Piekło kobiet, bo jest to tytuł cyklu jego polemik. I to on walczył z wszelkiego rodzaju wstecznictwem społecznym, bezlitośnie obnażając pustotę haseł tzw. konserwatystów, których idea główna sprowadzała się w międzywojniu do przekonania, że wszystko powinno zostać po staremu – co najmniej jak na początku XIX wieku, lub nie wcześniej. Boy patrzył przenikliwiej, widział, jak zmienia się świat, jak rodzą się nowe społeczeństwa i chciał, by również Polacy popatrzyli na siebie krytycznie, odrzucając wszelkie uprzedzenia i puste hasła. Hen napisał biografię Boya z ogromnym temperamentem, w bardzo dobrym rytmie i z wielką pasją. Czego chcieć więcej?

Wykaz głównych dzieł Józefa Hena:

  • Kijów, Taszkient, Berlin, 1947.
  • Druga linia, 1951.
  • Moja kompania, 1951.
  • Notes lejtnanta Nikaszyna, 1952.
  • W dziwnym mieście – powieść, 1954
  • Bitwa o Kozi Dwór – powieść dla dzieci, 1955.
  • Cud z chlebem – opowiadania, 1956.
  • Skromny chłopiec w haremie – reportaże z ZSRR, 1957.
  • Bicie po twarzy – opowiadania, 1959
  • Więzień i jasnowłosa – powieść, 1960.
  • Kwiecień (powieść), 1961.
  • Nieznany (opowiadania), 1962.
  • Krzyż walecznych (opowiadania), 1964.
  • Toast (powieść – od 1997 wznawiana pod tytułem Prawo i pięść), 1964.
  • Przed wielką pauzą (pierwsza część cyklu powieściowego Teatr Heroda), 1966.
  • Opór (druga część cyklu powieściowego Teatr Heroda), 1967.
  • Mgiełka (opowiadania), 1970.
  • Twarz pokerzysty (powieść), Czytelnik, 1972.
  • Przeciw diabłom i infamisom (cykl opowiadań historycznych dla młodzieży), 1973.
  • Yokohama (powieść), 1974.
  • Crimen: opowieść jarmarczna (powieść), 1975.
  • Ja, Michał z Montaigne (biografia literacka), 1978.
  • Zagadkowy Arr (powieść dla dzieci), 1979.
  • Milczące między nami (powieść), 1985.
  • Nie boję się bezsennych nocy, Czytelnik, 1987.
  • Powiernik serc (opowiadania), 1988.
  • Królewskie sny, Iskry, 1989.
  • Nikt nie woła, 1990.
  • Nowolipie, Iskry, 1991.
  • Nie boję się bezsennych nocy… z księgi drugiej, 1992.
  • Odejście Afrodyty, 1995.
  • Najpiękniejsze lata, 1996.
  • Błazen – wielki mąż, 1998, Nominacja do Nagrody Literackiej Nike 1999.
  • Nie boję się bezsennych nocy… z księgi trzeciej, Czytelnik, 2001.
  • Mój przyjaciel król, 2003. Nominacja do Nagrody Literackiej Nike 2004.
  • Bruliony profesora T., 2006.
  • Pingpongista, 2008.
  • Dziennik na nowy wiek, 2009.
  • Szóste, najmłodsze i inne opowiadania, 2012.
  • Dziennika ciąg dalszy, Wydawnictwo Literackie, 2014.
  • Powrót do bezsennych nocy, Dzienniki, Sonia Draga, Katowice 2016.
  • Ja, deprawator, Sonia Draga, Katowice 2018.
  • Bez strachu, MG, 2020.