Bardzo trudny temat podejmuje WALTER ALTERMANN: O nowych stolicach Polski

Nie ma oczywiście zorganizowanej odgórnie propagandy stołeczności Warszawy, ale powszechny w Polsce podziw dla bohaterskiego Powstania Warszawskiego, późniejsza duma z odbudowy miasta oraz codzienna dawka setek informacji – że to i to działo się w Warszawie – wszystko to powoduje, że Polakom wydaje się, że Warszawa będzie naszą stolicą na zawsze.

Część Polaków wie, że długo i chwalebnie naszą stolicą był Kraków – i to dłużej oraz w czasach potęgi Korony i Rzeczypospolitej Obojga narodów – ale większość nie dopuszcza możliwości, że Warszawa wcale nie musi być ostatnią stolicą państwa. Poniżej przedstawię argumenty za koniecznością zbudowania nowej stolicy naszego kraju.

Kilka słów oczywistych

Warszawa prawa miejskie otrzymała przed rokiem 1300. W 1526 została włączona do Korony Królestwa Polskiego. Do tegoż roku Warszawa, jak i całe Mazowsze, była osobnym, choć  podległym Koronie księstwem. W roku 1569 została ustanowiona miejscem obrad sejmów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po 1596 do Warszawy przeniesiono dwór królewski i urzędy centralne, a w 1611 w rozbudowanym Zamku Królewskim na stałe zamieszkał król Zygmunt III Waza.

Warszawa jest ważnym ośrodkiem naukowym, kulturalnym, politycznym oraz gospodarczym. Tutaj znajdują się siedziby min. Prezydenta RP, Sejmu i Senatu RP, Rady Ministrów oraz Narodowego Banku Polskiego. Stolica jest głównym miastem monocentrycznym aglomeracji warszawskiej. Warszawa jest również jedynym polskim miastem, którego ustrój jest określony odrębną ustawą.

Prawie co dziesiąty Polak mieszka w Warszawie

Warszawa jest naszą stolicą, jest też najludniejszym miastem kraju. Liczba jej mieszkańców, zależnie od sposobu zdefiniowania jej granic, wynosi od 2,6 do 3,5 mln. Jest to największe, po aglomeracji śląskiej, skupisko ludności w Polsce. Na obszarze aglomeracji warszawskiej znajduje się około 20 miast.

Dzisiaj prawie 10 procent Polaków mieszka w Warszawie, co może budzić podziw, ale też równy podziwowi niepokój. Przypomnijmy, że po wyzwoleniu Warszawy w roku 1945 miasto było zniszczone i właściwie niezamieszkałe – mówię o Warszawie lewobrzeżnej. Do roku 1970 – w stolicy nie można było ot tak sobie zamieszkać. Ci z warszawiaków, którzy powrócili do swego miasta, stanowili raptem 15 procent jego dawnych mieszkańców.

Nowi warszawiacy, żeby zamieszkać w stolicy, musieli mieć pozwolenie od władz. Oczywiście byli to inżynierowie, technicy, lekarze, naukowcy, nauczyciele i inni fachowcy niezbędni miastu. Ale przecież nie oni „czynili” większość mieszkańców. Skąd i jak zatem Warszawa z roku na rok notowała coraz więcej mieszkańców? Ano, stolicę zaludnili głównie mieszkańcy Mazowsza, i to z pobliskich wsi i miasteczek. Mechanizm był prosty – wystarczyło, że jednemu z nich udało się uzyskać pozwolenie na pracę w Warszawie, a niebawem sprowadzał żonę z dziećmi. A w ramach łączenia rodzin zjeżdżali też rodzice i rodzeństwo nowowarszawiaka. I tak to – przez pączkowanie niejako – Mazowsze podbiło stolicę. Dopiero za Gierka zniesiono wymów posiadania pozwolenia na zamieszkanie w Warszawie.

Dlaczego stolica ma siłę magnesu?

Dlaczego dzisiaj tylu młodych ludzi ciągnie do Warszawy? Ciągną jak muchy do miodu, do w stolicy znajdują pracę – i to bardziej atrakcyjną i o wiele lepiej płatną niż w reszcie miast Polski. Ale też inwestycje nowych technologii trafiają głównie do Warszawy i podwarszawskich okolic. I o dziwo historia zatacza koło – nowi warszawiacy jadą codziennie 20-40 kilometrów, do tych nowych miejsc atrakcyjnej pracy. I tym samym często pracują w miasteczkach, z których wyjechali do Warszawy ich dziadkowie.

Warszawa się sama napędza. Przy tej wielkości miasta nowe miejsca pracy powstają niejako automatycznie, same z siebie. I mechanizmu tego nie da się powstrzymać. Już teraz nasza stolica jest nie tylko centrum administracyjnym kraju, jest także nowym centrum technologii, przemysłu i kultury. Można by się cieszyć z takiego sukcesu stolicy, gdyby nie to, że poza Warszawą mieszka jednak 90 procent narodu.

Kolonializm warszawski

Sytuacja przypomina tę z jaką mamy do czynienia w bogatych państwach Zachodu. Ostatnio popisali się tak Niemcy, gdy jeszcze trzy lata temu zapraszali do siebie Ukraińców, ale jedynie wykształconych, z potrzebnymi Niemcom zawodami i znajomością języka niemieckiego. Tym samym mamy do czynienia z nową formą kolonializmu. Bogaci pozbawiając ubogie państwa Afryki, Azji i Ameryki Południowej, warstwy ludzi najlepiej wykształconych, skazując je na wieczny byt na peryferiach świata, na wieczną biedę i nędzę.

Tak jak Zachód ogałaca cały Trzeci Świat z wyższych, wykształconych warstw społeczeństw, tak Warszawa zasysa, jak wielki, bezwzględny odkurzacz ludzi najbardziej rzutkich, przedsiębiorczych, najlepiej wykształconych z całej Polski.

Skutkiem tego z dziesięciolecia na dziesięciolecie rośnie i będzie jeszcze szybciej rosła przepaść pomiędzy Warszawą a krajem, którego ona jest jednak stolicą. Będzie się pogłębiała przepaść pomiędzy Warszawą a Opocznem, Kluczborkiem czy Białą Podlaską. Nie mówię, że w wyżej wspomnianych małych miejscowościach, nie będzie bezwzględnego „przyrostu” cywilizacji, ale względne różnice poziomu życia będą coraz większe. Czyli powoli, ale systematycznie dążymy do odtworzenia międzywojennego podziału na Polskę A, B i C. Trochę głupio, ale do tego właśnie zmierzamy.

Jak wygląda Polska z punktu widzenia warszawiaka?

Trzeba bez ogródek stwierdzić, że mieszkańcy Warszawy są bardzo zarozumiali. I nie dostrzegają, że poza Warszawą są w Polsce jeszcze jakieś inne miasta i wsie, w których żyją i pracują ludzie nie mniej mądrzy i nie mniej utalentowani niż warszawiacy. To poczucie wyższości, naprawdę bezzasadnej, jest irytujące a dla ludzi z Polski deprymujące.

Nawet warszawskiemu cieciowi wydaje się, że jest o wiele lepszym cieciem niż kolega po fachu z Gdańska. A już warszawscy dziennikarze, warszawscy krytycy filmowi z założenia – zanim cokolwiek pierwszego w życiu napiszą – są o wiele lepsi niż koledzy po piórze i klawiaturze z Wrocławia.

Opowiadał mi pewien reżyser teatralny z prowincji, który jako debiutant zrobił przedstawienie, będące wtedy krajowym wydarzeniem. Z tym spektaklem trafił na gościnne występy do Warszawy. I wtedy zaproszony został do Polskiego Radia na wywiad. Rozmowa była banalna, a prowadząca nieznośnie ogólnie kulturalna, Ciekawie zaczęło się dopiero po wywiadzie, na korytarzu w gmachu przy Myśliwieckiej, bo Pani Redaktor zapytała go wprost:

– Ale jak to jest? Sam pan wpadł na pomysł adaptacji takiego tekstu i zrobienia takiego przedstawienia? Ja dotychczas o panu w ogóle nie słyszałam…

– Bo ja jeszcze jestem studentem szkoły teatralnej… – odpowiedział reżyser.

– Ale że to tak samemu i jeszcze z Olsztyna? – powiedziała, nie kryjąc zdziwienia, Pani Redaktor.

Niestety „warszawskość” niesłusznie nobilituje wszystkich mieszkańców stolicy. Od cieci począwszy a na pracownikach Ministerstw Wszelakich i Rożnych kończąc. I naprawdę bez  potrzeby, bo zaiste istnieje jeszcze życie rozumowe poza Warszawą.

Warszawskie media

Szczególnie dotkliwą sprawą dla całego kraju, była realna likwidacja – nazywana jak to u nas, reformą – regionalnych ośrodków TVP. Formalnie i praktycznie te terenowe ośrodki istnieją i działają, ale pozbawione są minimum niezależności. Od lat nie podejmują już własnej twórczości artystycznej, nie tworzą w dostatecznym stopniu niczego, nawet dobrych reportaży. Choć w ustawie   z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji, jest jak był zapisana zapisana kulturotwórcza rola tych mediów.

To ograniczenie roli kulturotwórczej ośrodków terenowych TVP odbyło się etapami, i było to dzieło wszystkich partii, które sprawowały władzę po roku 1995. Można powiedzieć, że tylko w tym dziele zniszczenia istniała ponadpartyjna zgoda.

Poza tym, sprawa nie dotyczy tylko TVP, bo wszystkie pozostałe stacje telewizyjne również działają w Warszawie i nadają z Warszawy. I głównie mówią o Warszawie. Wyjątkiem jest telewizja TRWAM – stacja religijna.

Te warszawskie media tworzą atmosferę „warszawocentryczną”. Czego skutkiem jest niedostrzeganie życia intelektualnego i artystycznego w reszcie Polski, co moim zdaniem wpływa hamująco na rozwój intelektualny i duchowy Polski.

Tu muszę przytoczyć opowieść mego przyjaciela satyryka, bo ta anegdotka oddaje najlepiej stosunek warszawskich Redaktorów i Redaktorek do tak zwanego terenu.

Przyjaciel mój w jednym z Regionalnych Ośrodków Polskiego Radia stworzył bardzo oryginalny, odcinkowy program satyryczny. Później jego rodzima rozgłośnia sprzedawała ten program do większości podobnych jej regionalnych stacji. W końcu mój przyjaciel zadzwonił do „Radia Dla Ciebie”, warszawskiego odpowiednika Radia Kraków, czy Radia Poznań. Porozmawiał z miłymi paniami, potem wysłał im próbki audycji, a w końcu panie oddzwoniły mówiąc:

– Oczywiście kupujemy, kupujemy, a uśmiałyśmy się… i wie pan, aż dziwne, że taka dobra audycja powstała poza Warszawą.

Cały naród utrzymuje swoja stolicę

Przechodząc do sprawy głównej przypomnę, że odbudowa Warszawy odbywała się na koszt całej Polski. Zadaniu nadano znaczenia ogólnopolskiego, co zresztą zrozumiałe. Odbudowa Warszawy  przebiegała pod hasłem „Cały Naród Buduje Swoją Stolicę”. Poza funduszami rządowymi, również władze innych miast przekazywały hojne datki na ten program. Mało tego, wprowadzono stałe, dobrowolne składki od wszystkich mieszkańców kraju. Te składki były potrącane w wysokości 0,3 procenta przy wypłatach pensji. I jak to za komuny nie były one dobrowolne, były po prostu wymuszane, czyli były przymusowe.

Nawet dzieci w szkołach podstawowych miały książeczki Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy (SFOS), do których wklejaliśmy znaczki, wartości – chyba – złotówki. Nie wypominam, ale to nie warszawiacy odbudowali swoje miasto, ale cały kraj je odbudował.

I stało się tak, że nie tylko cały kraj odbudował swoją stolicę, ale cały naród nadal ją utrzymuje. Bo nie byłaby tak bogata, nie miałaby metra, nie stać by ją było na nowe trasy tramwajowe, kolejowe, nowoczesne muzea i wiele innych działań, gdyby nie to, że jest naszą stolicą, że dzięki nam, prowincjuszom w Warszawie mieszczą się wszystkie urzędy centralne, banki i najlepsze uczelnie. Bez rządowych pieniędzy – czyli także pochodzących z naszego prowincjonalnego budżetu – Warszawy nie byłoby stać na takie cuda, o których nawet najstarsi poznaniacy nie słyszeli.

„Cały Naród Utrzymuje Swoją Stolicę” – to jest prawdziwe hasło na obecne czasy. A tymczasem prezydent Trzaskowski twierdzi, że pieniądze, które płaci warszawski magistrat na wyrównanie dysproporcji między regionami Polski, to okradanie stolicy. Łaskawco – chciałoby się powiedzieć – Warszawa bez reszty kraju byłaby na powrót miastem bez znaczenia. No, ale „warszawskość”, to nadęcie i zadęcie jest potworne. Już przed wojną na takie merytoryczne wygibasy warszawskich władz i warszawskich elit mówiono: „Warszawska hucpa”.

Nowa stolica

Może teraz, gdy Warszawa jest już wystarczająco, a nawet przesadnie rozbudowana pora przenieść stolicę w inne miejsce? To się na świecie już zdarzało. Sądzę, że już więcej inwestycji Warszawa nie zniesie. Warszawa jest już tak wielkim Baalem, że niebawem pojawią się problemy z przejedzeniem.

Dlatego postuluję budowę nowej stolicy, w innym miejscu niż Mazowsze. Budowa nowej stolicy pozwoliłaby Warszawie stać się sprawnym, dobrze funkcjonującym miastem bez „moralnego” nadzoru rządów. Gospodarczo w niczym by to Warszawie nie zaszkodziło a nawet uwolniona od centralnych obowiązków mogłaby się lepiej rozwijać. Są przecież państwa, w których stolica nie jest największym miastem w kraju, że wspomnę jedynie USA i Kanadę.

Zyski z budowy nowej stolicy wymienię w punktach:

  1. Nowa stolica, w nowym miejscu przyciągnęłaby w ten wybrany region nowe inwestycje, uaktywniłaby nowe siły drzemiące w Polsce prowincjonalnej.
  2. Nowa stolica zdjęłaby z Warszawy odium miasta państwowego, co warszawiakom pozwoliłoby mniej zajmować się polityką a bardziej pracą,
  3. Do nowego stołecznego miejsca nie zdołaliby się przenieść wszyscy obecni rządowi i około rządowi urzędnicy, co pomogłoby usprawnić administrację rządową i państwową. Bo w obecnym stanie rzeczy urzędników „przyrządowych” przybywa w postępie geometrycznym. I w większości zajmują się oni samymi sobą.

Moi kandydaci na nową stołeczność

Najpierw należałoby wyłonić kilka kandydatur. Przy czym Kraków i Łódź nie powinny być brane pod uwagę.

Kandydatury na nie:

Kraków – to miasto cudowne, a powrót stolicy do Krakowa z całą pewnością zniszczyłby moralny i emocjonalny klimat tego miasta. Urodzeni Krakusi chodzą wolno, elegancko i spokojnie. I gdyby teraz dosiedlić im zabieganych, spoconych urzędników z rządu, Sejmu i Senatu? Gdyby pojawiły się też dzikie hordy dziennikarzy? Zniszczyliby wszystko, cały klimat Krakowa szlag by trafił.

Łódź – leży za blisko Warszawy, co groziłoby tym, że przy kolejach dużych prędkości, które niebawem powstaną, większość urzędników nadal mieszkałaby w Warszawie. Jeżeli chodzi o Łódź, to wystarczyłoby jej zagwarantowanie inwestycji przemysłowych, bo od 1989 roku miasto to nie doczekało się żadnych.

Typy na tak:

Wrocław, Poznań, Gdańsk – to między tymi miastami powinien nastąpić wybór. Z tej trójki głosowałbym na Poznań. Ale nowa stolica powinna powstać w bezpiecznej odległości od Poznania, czyli w okolicach Wrześni, bo to raptem 47 kilometrów, ale jednak jakaś odległość jest.

Należałoby równocześnie podjąć decyzję, że nowa stolica będzie nią nie dłużej niż 80 lat. Po upływie tego czasu należałoby znowu wybrać kolejne miasto.

Poirytowanych moją propozycją, tych co odsądzają mnie od rozumu i polskości, mówię wprost: tak dalej być nie może, a nadto państwowość polską zawdzięczamy temu, że pierwsi Piastowie żyli w stałym objeździe swych włości. I tym samym stolica była tam, gdzie zatrzymywał się król czy książę. I trzeba wreszcie rozstrzygnąć stare pytanie – stolica dla kraju, czy kraj dla stolicy istnieje?

 

Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Ukraina na zimno

Jeśli chodzi o tempo utraty sympatii Polaków, Wołodymyr Zełenski został niekwestionowanym mistrzem świata. Sądzę, że ustanowiony przez niego rekord może być niezagrożony jeszcze bardzo długo.Biorąc pod uwagę historię Polski, ale również, a może przede wszystkim postawę Polski i Polaków po 24 lutego 2022 roku, insynuowanie przez Zełenskiego „prorosyjskości” miało prawo nas zaboleć.

Być może, w związku z tym, że w kółko spotykamy się z niesprawiedliwymi oskarżeniami i wyhodowaliśmy sobie grubą skórę, dałoby się to ugłaskać, wyjaśnić gorszym dniem, presją, czy chwilowym atakiem pomroczności jasnej. Chwilę potem jednak mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju Hołdem Pruskim Zełenskiego (w jego przypadku złożonym „Prusom” a nie „przez Prusy”) apelującego na forum ONZ o przyznanie Niemcom „gwarantowi pokoju na świecie”, stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. I to już przekroczyło masę krytyczną, po osiągnięciu której, proces destrukcji sympatii do prezydenta Ukrainy w Polsce, nastąpił lawinowo i prawdopodobnie w sposób nieodwracalny.

Awaria „legendy”

I nie chodzi nawet o to, że Polacy nie lubią Niemców, a mają za co ich nie lubić, czy że mają z Niemcami sprzeczne interesy, bo mają i Niemcy muszą Polskę złamać jeśli chcą zrealizować swój geopolityczny plan, tylko po pierwsze o to jak bardzo jest to obrzydliwe i żenujące (mówimy o tych samych Niemcach, które tyle już razy, ostatnio po wybuchu rosyjskiej agresji, wystawiły Ukraińców do wiatru). A po drugie o to, że gołym okiem widać, że było to działanie niezgodne nawet z interesem Ukrainy, co „legendę” Zełenskiego stawia w zupełnie nowym świetle.

Miejmy nadzieję, że ofiarą tego nagłego emocjonalnego zwrotu, staną się w krótkim czasie takie dziwactwa i potworki jak „w Ukrainie” (zwrot o nielogicznej genezie, w dodatku nawiązujący do rosyjskiego odpowiednika), czy „pierogi ukraińskie”, które kiedy są normalnie „ruskimi” nie mają niczego wspólnego z Rosją, ponieważ ich nazwa pochodzi od „województwa ruskiego” w I Rzeczpospolitej, ew. od Rusinów, czyli (w dużym uproszczeniu) dziś powiedzielibyśmy – Ukraińców.

Ale przecież to bodaj wszystko, co w tej kwestii nowe emocje mają do roboty. A przynajmniej tak mi się wydaje. Nic bowiem nie zmieni mojego szacunku do Ukraińców, którzy wbrew prawie całemu światu i wbrew jego oczekiwaniom, nie poddali kraju po trzech dniach, a nawet pogonili kota „niezwyciężonej Armii Czerwonej”. Nie zmieni nawet mojego szacunku do tamtego Zełenskiego, który zamiast skorzystać z amerykańskiej propozycji ucieczki z kraju, został i podjął walkę. Nie zacznę żałować, że do mieszkania po Teściowej przyjęliśmy uciekające przed wojną Ukrainki, które płakały kiedy mówiłem im po rosyjsku, bo ukraińskiego nie znam „nie ispugajties, wy doma”. Zrobiłbym to znowu choćby i sto razy.

Chłodna kalkulacja

Ale to jest poziom ludzki. Na poziomie państwowym, politycznym i geopolitycznym, istotniejsza jest gra interesów i chłodna kalkulacja (wbrew niektórym emocje też mają znaczenie, bo jednak politykę robią ludzie w imieniu ludzi, ale powinny mieć mniejsze). I wolta Zełenskiego brutalnie nam o tym przypomina. Jakoś zamilkli ci, którzy mieli do mnie pretensje, kiedy pisałem, że Ukrainie trzeba pomagać, ale nie uszczuplając krytycznego poziomu własnych zasobów. Nie jestem ekspertem, ale intuicyjnie wyczuwam, że tę czerwoną linię przekroczyliśmy. Cóż mi jednak po tym, że będę to swoim interlokutorom wypominał? Ważnie, że teraz mają szansę się opamiętać.

Jest jednak spora grupa, która krzyczy „nazywałeś nas ruskimi onucami, a to my mieliśmy rację nazywając Ukraińców ‘banderowskimi ku.wami’, a Ukrainę ‘Upadliną’ – teraz nas przeproś”. No nie, ja nikogo tak nie nazywałem, a wręcz przestrzegałem innych przed nadużywaniem tego określenia. To łatwo sprawdzić. Choć rzeczywiście, nie zmienia to faktu, że powyższej postawy nie uznaję za żaden „realizm”, tylko za emocjonalny szuryzm, podobny do „wukrainie”, tyle, że o przeciwnym znaku. Więc nie uważam żebyście „mieli rację”.

Warto pomagać

Przeciwnie, wydaje mi się, że łatwo wykazać, że pomoc Ukrainie w utrzymaniu się wobec rosyjskiej inwazji, była w naszym najgłębszym interesie. Oto bowiem, jak rzadko w historii, to nie my własną krwią osłabialiśmy czyjegoś wroga, tylko Ukraińcy swoją krwią osłabiają naszego, dając nam czas na dozbrojenie się i rozbudowę armii. Dzięki utrzymaniu się Ukrainy, granica, której potencjalnie musielibyśmy bronić, jest o wiele krótsza. Bałtyk, od strony którego latami mogliśmy się spodziewać ataku, dziś jest praktycznie wewnętrznym morzem NATO, a „lotniskowiec” Okręgu Kaliningradzkiego bardziej boi się nas niż my jego. Gazociągi Nord Stream cudownie zniknęły, oby przynajmniej na czas pozwalający przyzwyczaić się do Baltic Pipe i zbudować nowy tor podejściowy do portu w Świnoujściu. Cała Europa musiała się w dużym stopniu uniezależnić od rosyjskich surowców, a niemiecką koncepcję „wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku szlag trafił. Nasz demograficzny problem jest nieco mniejszy dzięki uchodźcom z Ukrainy (tak, wiem, ja też wolałbym żeby polskie kobiety po prostu rodziły więcej dzieci, ale pozostając pod wpływem GW i TVN, uważają, że to „niemodne” i nie rodzą, i tak, trzeba myśleć o repatriacji Polaków). Nasze firmy coraz lepiej radzą sobie na ukraińskim rynku, a potencjał sympatii zwykłych Ukraińców wobec Polaków nie jest wprawdzie tak sprawnym mechanizmem jak korumpujące ukraińskie elity niemieckie fundacje, ale jest narzędziem prowadzenia polityki (obyśmy potrafili je wykorzystać), którego wcześniej nie mieliśmy.

Jakiej Ukrainy chcemy?

Szybko natomiast musimy uczyć się zadawać sobie pytanie – jakiej Ukrainy chcemy? Wiemy już, że chcemy żeby przetrwała, taka czy inna jest nam potrzebna. Ale jak silna powinna być? Na pewno na tyle żeby stanowić bufor, ale, szczególnie biorąc artykułowane czasem ambicje rywalizacji z Polską w regionie (póki co to oczywiście mrzonki, nawet gdyby wojna skończyła się jutro, Ukraina sama będzie potrzebowała olbrzymiej pomocy, sama nie będąc w stanie wiele zaoferować), czy w naszym interesie jest Ukraina BARDZO silna? Czy powinniśmy euroatlantyckie aspiracje Ukrainy wspierać bezwarunkowo? Tym bardziej, że Ukraina najwyraźniej stanęła po stronie tych, którzy nas szantażują przy pomocy złośliwego mechanizmu „rozszerzenie UE o Ukrainę w zamian za oddanie suwerenności przez Polskę”.

A czy w imię dobrej współpracy powinniśmy „zapomnieć o Wołyniu”? A w żadnym wypadku. Nawet pomijając kwestie moralne i tożsamościowe i patrząc na sprawę absolutnie cynicznie, to tak jak kwestia reparacji jest wygodną dźwignią w kontaktach z Niemcami, tak kwestia Wołynia powinna stać się podobną dźwignią w kontaktach z Ukrainą. To nie my mamy dopraszać się pozwolenia na ekshumacje, ale Ukraina nas prosić żebyśmy zechcieli przyjrzeć się jej procesowi „przepracowywania” trudnej przeszłości. Nie dziś, to jutro.

Tak więc, ochłonąwszy nieco po zimnym prysznicu jaki nam sprawił ostatnio Zełenski, apelowałbym żebyśmy pilnowali aby nasze głowy pozostały chłodne. Zełenski chce raz jeszcze nadepnąć na niemieckie grabie? No cóż, ma prawo. A my pamiętajmy, żeby realizować nasze długookresowe interesy, nauczymy się nie dawać niczego bez odpowiedniego weksla i powtarzajmy sobie przysłowie, że „dłużej klasztora niż przeora”.

Komentarz Huberta Bekrychta: Pozew codzienny – Sakiewicz przed sądem, czyli milcz, bo wiem, gdzie mieszkasz

Komentarz Huberta Bekrychta: Pozew codzienny, czyli czyli milcz, bo wiem, gdzie mieszkasz (na końcu)

Andrzej Rozenek, który przez lata był zastępcą redaktora naczelnego „Nie”, rzecznika stanu wojennego i władz komunistycznych Jerzego Urbana, pozwał redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie” Tomasza Sakiewicza.

Portal Niezależna tak opisuje wydarzenie, które poprzedziło sądowy finał pewnej konferencji prasowej: „Donald Tusk zorganizował konferencję prasową przed siedzibą TVP. Przyszedł na nią dziennikarz TVP Michał Rachoń i zadawał liderowi PO pytania dotyczące polityki resetu z Rosją realizowaną w czasach rządów PO-PSL. W odpowiedzi… grożono mu więzieniem” – napisał portal Niezależna.

I dalej: „W pewnym momencie doszło do wymiany zdań z Andrzejem Rozenkiem, wieloletnim zastępcą Jerzego Urbana w tygodniku „NIE”, wytrwałym obrońcą esbeckich przywilejów emerytalnych, a obecnie – kandydatem Koalicji Obywatelskiej do Sejmu. Rozenek był wobec dziennikarza TVP wyjątkowo agresywny” – napisano.

Sakiewicz tak charakteryzował Rozenka i jego groźby pod adresem Rachonia. „Mówimy o człowieku, który ma codzienny kontakt z esbekami i który broni ich praw, który się obracał w towarzystwie esbeków, następcy Urbana. I on mówi #wiemy gdzie mieszkasz#. Za takie rzeczy idzie się do więzienia. On powinien zostać natychmiast zatrzymany. Jeżeli prokuratura działa, to mam nadzieję, że właśnie już wszczyna dochodzenie” – mówił Sakiewicz.

Rozenek domaga się wydania orzeczenia zakazującego Sakiewiczowi wypowiedzi porównujących Rozenka do #bandytów politycznych grożących dziennikarzom# Chce również, by Sakiewicz przeprosił go publicznie w TVP Info, a dodatkowo… listownie z własnoręcznym podpisem oraz żeby wpłacił 10 tys. zł na jedną z organizacji.

                                                                 ***

Nazwanie Andrzeja Rozenka dziennikarzem już jest sporym nadużyciem. Wieloletni wicenaczelny poskomunistycznego tygodnika – którego to działalność ogłupia i realizuje interes Kremla, nadto godzi w zdrowy rozsądek, nie ma po prostu dziennikarskich zdolności honorowych. A bycie zastępcą Jerzego Urbana to po prostu hańba.

Pomysł pozwania redaktora naczelnego „Gazety Polskiej ma przed wyborami, przynieść Rozenkowi rozgłos, bo startuje on z listy KO. Pozew w trybie wyborczym przeciwko dziennikarzowi konserwatywnych mediów to pomysł konsekwentny tuż zamknięciu ust ministrowi sprawiedliwości suwerennego kraju przez „niezależny” sąd. Czy Rozenek liczy na kolejny skandal w polskim wymiarze sprawiedliwości?

Może się przeliczy, może nie… Ważne jest, abyśmy pamiętali, że odradza się moskiewski układ w naszym kraju. Przed tym należy strzec Polaków.  

 

 

Hubert Bekrycht,

sekretarz generaly

Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

red. nacz. portalu sdp.pl

WALTER ALTERMANN: Produkcja zbrojeń, łording i stery meczu

10 września portal wnp.pl zamieścił wstrząsający tytuł: „Tak Amerykanie produkują w Polsce zbrojenia”. Musiałem przeczytać cały długi artykuł, żeby dowiedzieć się o co chodzi. Czyżby Amerykanie odpowiadali za wzrost zbrojeń na świecie, wciągając w to Polskę? Nie. Z dalszego tekstu wynika, że amerykańskie firmy współpracują z polskimi firmami, głównie przy produkcji helikopterów wojskowych w Mielcu.

Tytuł jest dowodem potwornego niechlujstwa językowego internetowych dziennikarzy. Tytułowe bowiem „zbrojenia’ są zjawiskiem dotyczącym zakupów uzbrojenia. Widocznie autor nie jest w stanie rozróżnić „zbrojenia” od „uzbrojenia”.  A tytuł powinien brzmieć tak: „Tak Amerykanie produkują w Polsce uzbrojenie”. Pozornie jest to mała różnica, ale w rzeczywistości fundamentalna.

Jeden mecz i cztery byki

17 września, pod wodzą nowego trenera, Widzew wygrał z Cracovią 2:0. I to mnie cieszy, ale zmartwiła mnie ogromna liczba błędów językowych, którymi raczyli mnie sprawozdawcy. Wiele razy już pisałem, że jestem bardzo pobłażliwy dla dziennikarzy sportowych, ale wszystko ma swoje granice… Zapisałem sobie – z tego meczu – jedynie cztery rażące błędy, ale było ich o wiele więcej.

  1. „Po roku czasu Kowalski wraca do formy…” – mówi sprawozdawca. Ileż to wylano atramentu, ile to razy pisano na klawiaturze, że rok jest jednostką czasu, zatem nie wolno mówić „rok czasu”. Podobnie jak miesiąc czasu, tydzień czasu… To nie jest trudna, ale trzeba tę zasadę sobie przyswoić.
  2. „Sędzia zasłania nam perspektywę tego, co dzieje się na boisku…” – sprawozdawca mylił przez cały mecz perspektywę z widokiem. To nagminne w dzisiejszym języku, ale nadal przykre.
  3. „Od 15-tu minut zmienia się nam optyka gry… – to również sprawozdawca nie wie co mówi. Optyka jest działem fizyki i zajmuje się badaniem natury światła, prawami opisującymi jego emisję, rozchodzenie się, oddziaływanie z materią oraz pochłanianie przez materię. Optyka wypracowała specyficzne metody pierwotnie przeznaczone do badania światła widzialnego, stosowane obecnie także do badania rozchodzenia się innych zakresów promieniowania elektromagnetycznego – podczerwieni i ultrafioletu – zwane światłem niewidzialnym.

Optyka to także dział techniki badający światło i jego zastosowania w technice. A w małych i dużych miasta można spotkać szyldy z napisem „Optyk” – tam można kupić okulary a nawet sprawdzić wzrok, bo optyka to także rzemiosło. Ale żeby komuś zmieniała się w ciągu 15–tu minut zmieniła się optyka? Jeszcze nie słyszałem. Do czasu tego meczu.

  1. „Z naszej optyki lepszy jest teraz Widzew…” – czyli wyjaśniło się. Dziennikarz uznaje optykę za obserwację. Czy nie za dużo sobie pozwalają nasi sprawozdawcy… w języku polski?

Czego nie straciła Iga

Jeszcze o sprawozdawcach. W czasie meczu Igi Świątek sprawozdawca informuje nas: „Na szczęście nie straciła głowę, broniąc piłek setowych…”.

Ciągle się mówi, że powinno się mówić: „zgubiłem długopis”, ale „nie zgubiłem długopisu”… Może za dużo tych napomnieć i w końcu ludziom się pokręciło. A po polsku, od zawsze powinno się mówić: „nie straciła głowy”.  To też jest do opanowania pamięciowego.

Łording

Kilka tygodni temu pani wiceminister funduszy i polityki regionalnej Jadwiga Emilewicz zapytana o spore rozbieżności informacyjne, dotyczące kilku wersji oświadczeń rządowych była uprzejma powiedzieć: „ Jutro dowiemy się jako będzie łording tego tekstu”.

Czyli mamy nowe słówko „łording”. Ale co znaczy? Domyślam się, że chodzi o nadanie tekstowi ostatecznej formy. A ponieważ mamy po angielsku „word” czyli „słowo”, więc minister dała znać, że będzie jeszcze oznajmieniem rządowym nadana forma słowna, językowa.

Z tego zdarzenia wynikają następujące informacje i nauki: 1. Pani minister zna angielski i to w stopniu znakomitym, skoro woli woli ozywać obcych zwrotów. 2. Pani minister nie przejmuje się tym, czy prosty lud – taki jak ja – zna angielski. Czyli minister jest wyznania liberalnego, bo to  liberałowie głoszą, że jak ktoś czegoś nie zna, nie umie, nie radzi sobie, to jest to jego prywatna sprawa. Zatem przepraszam panią minister Emilewicz, za to, że nie znam angielskiego.

Stery meczu

„Chcą wziąć ten mecz w swoje stery” – mówi o jednej z drużyn piłkarskich sprawozdawca meczu Raków Częstochowa – ŁKS, 16.09 2023. I mamy kolejny przykład błędu frazeologicznego.

Są w każdym języku stałe frazy, niezmienne zwroty. Jednym z nich jest w języku polskim: „Wziąć stery w swoje ręce”, co oznacza, że ktoś postanawia kierować wydarzeniami. I tego zwrotu nie należy zmieniać, upiększać, nadawać mu podobne znaczenia. Jest taki jaki jest i koniec.

Jednak sprawozdawca „bawi się” tą frazą, a mam podejrzenia, że nie bardzo ją rozumie. I skutkiem takiej niefrasobliwości rodzi się potworek językowy, bo nie można meczu wziąć w jakiekolwiek stery, albowiem mecze nie są jednostkami pływającymi i sterów nie mają.

 Flegmatyzm

I jeszcze o sporcie… w czasie meczu piłki nożnej usłyszałem od sprawozdawcy: „Kovacic już jako junior słynął ze swego flegmatyzmu.”

Czyli dziennikarz sięga aż do antyku, żeby określić charakter piłkarza. Co oznacza „flegmatyzm”? Flegmatyzm to jeden z czterech temperamentów zdefiniowanych w teorii Hipokratesa. Jest związany z równowagą procesów nerwowych, co sprawia, że człowiek flegmatyczny ze spokojem reaguje na każdą sytuację. Nie marnuje energii, nie przejawia wielkich emocji, nie bierze zachwytu nad każdym procesem życiowym. Hipokrates wyróżniał następujące typy osobowości: flegmatyk, choleryk, sangwinik i melancholik. Kim jest flegmatyk?

Ale mnie się zdaje, że dziennikarz mnie czytał Hipokratesa – ani w orygionale, ani w przekładach. On chciał po prostu powiedzieć, że Kovacic jest piłkarzem spokojnym, nie nazbyt nerwowym. Flegmatyk w ogóle nie nadaje się do sportu, no może do bridża sportowego?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dokąd pędzisz kozacze?

Wołodymyr Zełenski zaapelował na forum ONZ o przyznanie Niemcom stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Napisze to sobie jeszcze raz, bo niektórzy poczciwi pudzie w to nie uwierzą – Wołodymyr Zełenski zaapelował na forum ONZ o przyznanie Niemcom stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Tak, chodzi o tych samych Niemców, którzy, według relacji ukraińskich dyplomatów, po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, spuścili ją na bambus mówiąc, że „Ukraińcom nie warto pomagać, ponieważ zostało im kilka godzin”. A potem, kiedy okazało się, że jednak nieco więcej, obiecany transport pięciu tysięcy śmiercionośnych niemieckich hełmów, wysyłali, jeśli dobrze pamiętam kilka miesięcy. Chodzi również o tych samych Niemców, którzy nigdy nie rozliczyli się z nazizmu i wiszą nam grube reparacje, ale to może Ukraińców mniej obchodzić.

Kozacka szarża

Kiedy od jakiegoś czasu pisałem, między innymi na tych łamach, że Ukraina właśnie odwraca sojusze i idzie pokłonić się Niemcom, prawdopodobnie z błogosławieństwem USA, spotykałem się z pretensjami na Twitterze. A, że przedwczesne wnioski, a że „Ukraińcy nie są tacy głupi”. Jak się okazuje, jednak są. Czy już wobec serii impertynenckich wypowiedzi ukraińskich polityków, sankcji którymi grozi nam Ukraina, której tyle daliśmy i apelu Zełenskiego, wszyscy, a przynajmniej większość, zgadza się co do tego, że Ukraina postanowiła raz jeszcze energicznie nadepnąć na niemieckie grabie? Jeśli tak, to zostawmy oczywiste fakty i zastanówmy się co z tego wynika.

Kozacka szarża na Polskę ma miejsce niedługo po wizycie niemieckiej minister spraw zagranicznych Annaleny Baerbock w Kijowie. Nieoficjalnie mówi się od dłuższego czasu o ożywionych kontaktach dyplomatycznych Kijowa z Berlinem. Reakcja Zełenskiego na polskie embargo, bezczelne wyrzuty na forum ONZ, wyjście podczas przemówienia Andrzeja Dudy, wydaje się mocno przerysowana. Tak jakby kwestia embarga była tylko pretekstem do wypowiedzenia „przyjaźni” z Polską. Z kolei czasowa korelacja pomiędzy atakami ze strony Ukrainy i niemieckiej indukowanej histerii na punkcie przegrzanej „afery wizowej”, sprawia wrażenie koordynacji. Warto też odnotować jak nagle von der Leyen jest zachwycona postępami Ukrainy na drodze od Unii europejskiej. Być może korelacja daty premiery filmu Holland jest tu przypadkowa. A być może nie. Tak czy siak, trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś tu bardzo zapragnął „wygrać” dla „partii niemieckiej” wybory w Polsce.

Polnische Aktion

Z drugiej strony czynni szatani, którzy się za to zabrali, zdają się być dotknięci tą samą wadą genetyczną, co opozycja w Polsce (a może to jakiś wirus przenoszący się w wyniku zbyt bliskich kontaktów). Dość, ze trzeba być ślepym żeby nie widzieć, że wszystkie te nerwowe ruchy… służą znienawidzonemu PiS. Polacy w swojej masie przestali rzucać się na widok Niemca do zbierania szparagów i niemieckie połajanki odnoszą skutki odwrotne do zamierzonego. Z kolei beneficjentem zawału polityki wschodniej, z jakichś powodów, nie potrafi zostać Konfederacja, która nie może wyjść z naiwnej tiktokowej maniery. Paradoksalnie, prezentując twardą postawę wobec niewdzięcznych ukraińskich władz, rządzący w Polsce najlepiej trafiają w emocje społeczne i najwyraźniej kryzys nie tyle im nie szkodzi, co wręcz służy.

A na poziomie państwowym? Tutaj niemieccy „stratedzy” nie przewidzieli do końca, jak się wydaje, wszystkich skutków Polnische Aktion. Jak bowiem wygląda, niezwykle z punktu widzenia Niemiec istotny, mechanizm szantażu, który ma wymusić powstanie Związku Socjalistycznych Republik Europejskich? Ano „rozszerzenie (o Ukrainę) w zamian za oddanie suwerenności przez m.in. Polskę”. No więc, jakby to delikatnie ująć, ta drezyna już nie pojedzie. A przynajmniej nie na tej zasadzie.

Oczywiście, że ta kolejna Polnische Aktion nam zaszkodzi. Odwrócenie znaków – Niemcy pomagają/ Polska morduje „uchodźców”, będzie do jakiegoś stopnia skuteczne, co utrudni prowadzenie polityki zagranicznej. Trzeba się też będzie rozstać z pewnymi złudzeniami i przygotować do tego, że Niemcy będziemy teraz mieli z dwóch stron. Ale przeżyjemy, nie takie terminy przeżywaliśmy.

Ukraiński powróz

Za to Ukraina, uważam, nakłada sobie na szyję powróz i będzie miała wiele szczęścia jeśli ten powróz będzie służył pasaniu jej przez niemieckiego bauera. O wiele bardziej prawdopodobne bowiem jest to, że bauer ją na tym powrozie powiesi, kiedy tylko zaświeci przychylne światło od strony Kremla. Robił to już tyle razy, był czas przywyknąć. Niemcy zawsze, zawsze, niezależnie od tego jaką akurat noszą maskę, ostatecznie wybiorą Rosję. Taka jest ich geopolityczna logika. Ukraina ma szansę wyłącznie na rolę branki. Niekoniecznie żywej.

Dlaczego więc Ukraińcy to sobie robią? Nie wiem. Być może kiedyś ktoś nakręci na Ukrainie odpowiednik serialu „Reset” i wtedy się dowiemy.

Problem językowy, czy problem lenistwa? WALTER ALTERMANN: Zaopiekowany problem

„Czy ten problem będzie zaopiekowany?” – zapytała rzecznika rządu Piotra Müllera dziennikarka TVN24. To odkrycie językowe miało miejsce 14.09.2023 r., w biały dzień. Jest to istotne novum przynajmniej dla mnie, a to dlatego, że dowodzi w jaki sposób zmienia się nasz język. 

Geneza tego zwrotu ma swe źródło w języku medyków, z czasów COVID 19, gdy mówili oni swoim fachowym językiem do nas prostaczków. Oczywiście „zaopiekowany” pochodzi od opieki i opiekowania. Medycy w czasie pandemii mówili, że „pacjent jest już zaopiekowany”, co było dziwne, ale zrozumiałe. Wolałbym, żeby mówili, że „pacjent jest już pod naszą opieką”, ale taki jest język fachowy medyków i mówi się trudno, i leczy się dalej.

Jednak dziennikarka TVN24 poszła o krok dalej i stwierdziła, że można się również „zaopiekować” problemem. A na takie dictum zgody już nie ma. Problem jest pojęciem abstrakcyjnym i jak najzupełniej nieożywionym, zatem nie przysługuje mu żadna opieka i żadne „zaopiekowanie”. Można opiekować się ludźmi, kotem i psem, ale problemem? Jest to dziwoląg równy temu, gdyby któryś medyków powiedział: „Pacjent zmarł, ale jest już zaopiekowany”.

TVN zasłynął ostatnimi laty poważnym wagowo słowotwórstwem, a chodzi mu głównie o „ukobiecenie” różnych zawodów i stanowisk, które mają w języku polskim jedynie formę męską. Nie jest to zjawisko groźne. Jest nawet zabawne i mnie rozwesela.

Za co odpowiada minister

 Z kolei wspomniany wyżej rzecznik rządu Piotr Müller, odpowiadając wspomnianej wyżej dziennikarce również popisał się silnym odruchem słowotwórstwa. Powiedział bowiem tak: „Minister odpowiada za ten obszar”.

Jednak w dalszej części swej wypowiedzi rzecznik nie odnosił się ani do naszego pięknego Mazowsza, nie do lasów, nie do ziemi ornej pokrytej łanami zbóż czy buraków cukrowych, a nawet nie do dumnych naszych Tatr. Jak się okazało rzecznikowi, gdy mówił o „obszarze”, chodziło o sferę spraw, z które odpowiada minister.

Skąd zatem bierze się używanie zwrotu „odpowiedzialny za obszar”? Ano z tego, że tak ujęta odpowiedzialność brzmi poważnie, niemal wojskowo. A gdyby rzecznik powiedział, że minister jest odpowiedzialny za te sprawy, za te problemy… to by już nie brzmiało poważnie i rządowo. Nadto, minister zostałby sprowadzony do roli jakiegoś niziutkiej rangi urzędnika… A „obszar odpowiedzialności” brzmi godnie, poważnie i wręcz rządowo.

Radziłbym naszym „oficjalnym osobom” mówić prosto i bez nadmiaru urzędniczej poezji.

W Poznańskiem czy w poznańskim?

Pan od meteo mówi w Polsat News, że w poznańskim lunie. I pokazuje na mapie tereny Wielkopolski. Otóż, mamy dwa różne adresy językowe pod tymi samymi bliskimi adresami. Mamy województwo poznańskie i mamy historyczne ziemie poznańskie, zwane też Wielkopolską.

I tak jakoś wyszło w języku naszym, że prawidłowe jest mówić: „W województwie poznańskim”, ale gdy chodzi o Wielkopolskę musimy pisać i mówić: „W Poznańskiem”. Tak samo jest z łódzkim (gdy mowa o województwie), ale Łódzkiem (gdy mamy na myśli tereny historyczne, geograficzne), a nawet w warszawskim (województwo) i Warszawskiem (gdy mamy na uwadze krain geograficzną, historyczną). Warto tę zasadę przyswoić, bo język to również tradycja historyczna.

Szansa nie jest karą

Dziennikarz sportowy TVP mówi: „Istnieje szansa, że Legia zapłaci karę za zachowanie swoich kibiców”. Otóż szansa nie jest karą. Chyba, że dziennikarz jest zaciekłym anty-legionistą. Ale znam człowieka z jego nieskrywanej miłości do Legii, więc ten wariant nie wchodzi w rachubę. Jemu zapewne chodziło o to, że za zachowanie swych kiboli Legia może zostać ukarana pieniężnie przez UEFA. I wyszło tak, jakby adwokat mówił do swego podopiecznego: „Jest szansa na karę śmierci dla pana”.

Szansa to nadzieja, łut szczęścia, szansa to możliwość małej kary, a nawet wywinięcia się „na sucho” z rąk Temidy. Choć Temida ręce ma zajęte, bo w lewej ma wagę szalkową, a w prawej ręce trzyma nagi miecz. A na oczach ma opaskę, co ma znaczyć, że nie patrzy „na różne takie” okoliczności, że jest sprawiedliwa i kieruje się jedynie prawym. Dura lex sed lex. Mają jednak dziennikarze szczęście, że ich frywolnościami językowymi nie zajmuje się owa Temida…

Łacina z automatycznego tłumacza

Bardzo „interesujące” tłumaczenie łacińskiej maksymy, przywołanej wyżej przeze mnie, „Dura lex sed lex” można znaleźć w tłumaczu Google. Przekład jest taki: „Prawo jest trudne, ale prawo”. Być może tłumaczył to jakiś student prawa, któremu nauka nie szła, ale naprawdę łacińska maksyma znaczy „Twarde prawo, lecz prawo”.  Co oznacza, że trzeba się godzić nawet z niesprzyjającymi nam wyrokami, bo prawo jest prawem.

To jednak jest doskonały przykład na to, że żadna AI nie zastąpi czterech lat łaciny w porządnym

liceum.

 

 

Informacja od redaktora tekstu W. Altermana: 

Nawet automatyczny edytor tekstu podkreśla słowo „zaopiekowany”. Podkreśla „wężykiem”.

 

 

WALTER ALTERMANN: Nasze niechlujstwo, bylejakość nasza i straże miejskie nasze

Poznałem kiedyś młodego człowieka, który chciał startować w wyborach samorządowych z nietypowym hasłem, które było takie: „Kochani Mieszkańcy … – tu miało być wymienione miasto – niczego Wam poza szczerą prawdą o Was samych nie obiecuję. Jesteście brudasami, niechlujami, wandalami i nie nadajecie się do mieszkania w żadnym mieście. Myślę, że na nikogo lepszego niż ja nie zasługujecie”.

Kandydat obszedł z tym hasłem wszystkie miejscowe komitety wyborcze, ale żaden z nich nie reflektował na jego osobę. Co prawda jedna z partii wahała się i sugerowała zmianę hasła, na takie, które winą za smród, bród i całą nędze w mieście obarczałoby aktualną władzę.

I nadal nie ma w Polsce żadnej partii, która odważyłaby się rodakom powiedzieć choć ćwierć prawdy o nich samych. Wszystkie nasze partie łączy to, że winą za stan rzeczy obarczają przeciwników, lub straszą, że gdyby ONI przegrali, to TAMCI będą znacznie gorsi.

I nikt nie mówi rodakom, jak bardzo są okropni. Powiedział kiedyś Piłsudski, że politycy schlebiają swoim narodom, i tylko mężowie stanu chcą ich zmieniać. Ponieważ obecnie nie widzę nikogo tak odważnego, kto podjąłby się mówić nam wszystkim gorzką prawdę o nas, przeto pozwolę sobie – nie startując nigdzie – podjąć trud wytykania nam gorzkiej, niechcianej prawdy. Bo nie jesteśmy przecież wspaniali.

Co prawda w ogóle nie ma wspaniałych narodów i doskonałych społeczeństw, a my Polacy aniśmy gorsi, ani lepsi od innych, ale pisząc po polsku, będąc Polakiem zajmę się pobratymcami.  Amerykanów, Anglików i Francuzów pozostawiając na pastwę ichnich publicystów.

Niechlujstwo

  Patrzę z okna i widzę, że przy ścianie sąsiedniego bloku robotnicy szparko ustawiają rusztowanie. Cieszę się, bo to znak, że będzie remont elewacji, a lubię nowe, czyste elewacje. Potem jednak robotnicy skuwają stary tynk. I wtedy przestaję się cieszyć, bo widzę, że cały gruz budowlańcy sypią na całkiem ładnie – dotychczas – utrzymany trawnik.

Nie podłożyli wcześniej żadnej folii, żadnej starej plandeki. Nic nie podłożyli, skutkiem czego skute resztki tynku nieodwracalnie mieszają się z trawnikiem. Owszem większe kawałki robotnicy wywiozą, ale pył i drobniejsze kawałki zostawią. I wiem, bo już to widziałem, że na betonie kwiaty nie wyrosną – jak śpiewał Czesław Niemen.

I tak się zastanawiam… czy ci robotnicy nie byli w stanie przemyśleć skutków swego działania? A jak nie oni, to ich kierownik, właściciel firmy? Oni też nie myślą? A może myślą, tylko, że mają wszystko w głębokim poważaniu?

O, i to jest jedna z przyczyn naszego niechlujstwa – głęboka pogarda jednych rodaków wobec innych rodaków. Polak za Polakiem nie przepada, jeden do drugiego coś ma. Coś nieuświadomionego, ale niechętnego.

Zauważyli Państwo, że w obecnych tygodniach nawet zwolennicy tej samej partii rozmawiają z sobą językiem wojny? Kłócą się z sobą zwolennicy tego samego komitetu wyborczego, na wiecach partii, na którą chcą głosować. Zaczyna się tak, że jeden jegomość mówi coś przeciwko politycznym konkurentom, a drugi jegomość, nim tamten skończy, przerywa i mówi swoje… To znaczy mówi to samo, ale ON mówi, ON objawia swoje najgłębsze przemyślenia geopolityczne, krajowe i wojewódzkie. Tu wyjaśniam, że są to w 90 % teksty wygłaszane w stacjach telewizyjnych, które akurat wspierają daną partię.

Summa summarum – być może nasze niechlujstwo jest skutkiem szlacheckiej, staropolskiej antypatii do brata szlachcica? I chęci stawiania na swoim, choć to „swoje” nie jest własne, tylko telewizyjne? Może takie właśnie ma skutki dorastanie plebsu i chłopstwa do szlachetczyzny?

A może nie mam racji, co do przyczyn, ale wiem, że niechlujstwo nasze jest niezwykle trudne do zniesienia.

Bylejakość

Pisał już o tym Norwid, gdy pytał: „Jak to jest, że szlachcic, co nawet widział Venus z Milo, jak stawia stodołę to krzywo?”

Za komuny uważałem, że nasza bylejakość jest skutkiem ubocznym komuny właśnie. Zresztą w tamtych latach za wszystko obwinialiśmy komunistyczne władze, nawet za ulewne lata i mroźne zimy. Ale komuna minęła, a bylejakość pozostała w nas w najlepsze. Może jest wieczna?

Żeby pozostać przy zieleni w miastach. Zauważyłem, że przy dużych remontach ulic spora  część pozostałości gruzu, resztki cementu a nawet worki po cemencie zakopywane są na trawnikach. A właściwie pod trawnikami. Cały ten chłam zostaje potem przysypany cieniutką warstwą ziemi, na której sieje się trawę. Czasami rozsypuje się korę drzewną i sadzi się krzewy, a nawet drzewa. Potem następuje uroczyste otwarcie ulicy po remoncie, a władze się cieszą i szczycą.

Ale dlaczego wcześniej nikt nie pilnuje wykonawców remontów? Bo wszyscy urzędnicy prasują koszule, spódnice i garnitury na otwarcie. Dlaczego tak jest? Wyjaśnienia, że tak jest taniej nie przyjmuję. Raczej stawiałbym na wrodzoną niektórym bylejakość.

A ileż to inwestycji drogowych trzeba poprawiać, bo przystanek autobusowy jest za wysoko? A ileż to ulic zaraz po remoncie zapada się? Przywykliśmy do tego, do tej naszej bylejakości. I już w ogóle nas ona nie uwiera.

Czego strzegą straże miejskie

W pewnym mieście wojewódzkim „panował” do niedawna prezydent, który chciał mieć własną, miejską orkiestrę, żeby mu grała przed i po jego publicznych wystąpieniach. Ten pomysł w stylu Ludwika XIV upadł jednak, bo prezydent zakładał sobie, że w orkiestrze będą grali za darmo studenci wyższej szkoły muzycznej – w ramach obowiązkowych ćwiczeń. Studenci pomysł wyśmiali, a na opłacenie muzyków pieniędzy nie było.

Tenże prezydent był bardzo wrażliwy na formę. Na przykład beształ Strażników Miejskich, gdy nie oddawali mu honorów na korytarzach Urzędu Miasta. Prezydent był przekonany, że gdy wychodzi z gabinetu i idzie do łazienki, to co najmniej dwóch strażników powinno stawać w postawie zasadniczej i bić mu w dach.

Piszę o tym, bo od lat zastanawiam się jakie tak naprawdę mają obowiązki liczne w Polsce straże miejskie. Gdy powstawały mówiło się, że będą one pilnowały porządku i czystości w miastach. A skończyło się na tym, że głównie widać tę mundurową formację, gdy jej członkowie noszą wieńce przed prezydentami miast, w czasie państwowych uroczystości. I oczywiście jak sypią mandaty za parkowanie samochodem w złych miejscach.

I tak to z nami jest – wolimy pompy, uroczystości w stylu podniosłym, a do walki z niechlujstwem i bylejakością serca nie mamy. Pańscy z ducha jesteśmy i przyziemne zajęcia nas brzydzą.

 

O tym, co jest między zabawą a emocjami pisze WATER ALTERMANN: Sport zamiast

Jestem telewizyjnym kibicem, oglądam – trochę w nadmiarze – transmisje piłki nożnej, siatkówki, tenisa i snookera. Oglądam bo lubię patrzeć na zmagania sportowców z przeciwnikami i samymi sobą. Jednak nie jestem chyba typowym kibicem, bo sport traktuję jako dobrą rozrywkę – nie krzyczę, gdy nasi strzelają bramki, nie rozpaczam i nie popadam w melancholię, gdy przegrywają.

Dwa lata temu nasza najlepsza tenisistka Iga Światek weszła do wąskiego grona  najlepszych zawodniczek świata. Media i opinia publiczna – wyrażana w internecie – były zachwycone. Komplementom nie było końca. Pojawiły się też opinie i uwagi fachowców, z których większość jest fachowcami samozwańczymi. Gdzieś tak półtora roku temu Iga Świątek objęła tron i na 71 tygodni zagościła na pierwszym miejscu rankingu. Społeczność nasza była dumna, wzruszona i uniesiona polskością zawodniczki.

Nasza mała podłość

Oczywiście natychmiast pojawiły się również głosy sceptyków, szukających nieziemskich  wytłumaczeń takiego stanu rzeczy, to znaczy interwencji sił nadprzyrodzonych. Większości z Polaków nie mieściło się bowiem w głowie, że 21 letnia panna z Warszawy weszła na takie tenisowe wyżyny. Inni wiedzieli w tym sukcesie panny Świątek znak, że jesteśmy jednak narodem wybranym. Świątek zachowywała się w tym szaleństwie normalnie i mówiła, że stara się grać jak najlepiej, że nie wszystko jeszcze umie i cieszy się.

Tu zaznaczę, że bardzo niewielu piszących o „Zjawisku Świątek” mówiło, że to jest tylko sport, że w tej dziedzinie nie ma nic na zawsze i na stałe. Narodowa duma rosła, rosła, balon megalomanii z sukcesem zaczął się nadymać i nadymać… Aż pękł, bo Iga Świątek straciła pierwsze miejsce. Naprawdę nic się nie stało, bo obecnie jest druga. Tu powiedzmy od razu – panna Świątek osiągnęła największy sukces, od czasu gdy Polacy zaczęli grać w tenisa.

Ale z utratą korony zaczęło się nowe szaleństwo. Natychmiast pojawili się fachowcy – tacy,  co sami nigdy nie doszli nawet do pierwszej pięćsetki w rankingu – i zaczęli objawiać istna wściekłość. Podjęli zajadłą krytykę swej niedawnej idolki, wytykając jej wszystkie możliwe słabości, nieumiejętności i chwiejność charakteru nawet.

Wszystko to dowodzi jednego – jesteśmy narodem płochym i podławym. Kierujemy się bardziej emocjami niż rozumem, mamy wygórowane ambicje i oczekiwania – co zresztą wielokrotnie w tym miejscu podnosiłem.

Co zrobiłbym ja, gdyby spłynęła na mnie taka fala hejtu, podłości i nędznych opinii? Być może zacząłbym grać pod inną flagą? Mówiąc przy tym bardzo wyraźnie, że nie będę dostarczał satysfakcji rodakom, którzy są tak wredni.

Polski tenis

Z rzeczy śmiesznych należy zauważyć, że w momencie „królowania” Igi Świątek pojawiły się  głosy o polskim tenisie, polskiej szkole tenisa i różne inne polskie uniesienia. A przecież polski tenis i polska szkoła tenisa nie istnieją!

W ostatnich 50 latach ledwie troje zawodników z Polski zwędrowało wysoko – Wojciech Fibak, Agnieszka Radwańska i Iga Świątek. I z pewnością ich sukcesy nie były wynikiem jakiejkolwiek „polityki tenisowej”. Każda z tych trzech osób osiągnęła sukces dzięki samym sobie i rodzinom, bo uprawianie tenisa jest po prostu bardzo drogie.

Nasze miejsce w tenisowym świecie

W pierwszej dwudziestce rankingu WTA pań mamy reprezentowane takie kraje: Czechy 4 zawodniczki, USA 3, Rosja 3, Łotwa 2,  Białoruś 1, Brazylia 1, Francja 1, Grecja 1, Kazachstan 1, Polska 1,  Szwajcaria 1, Tunezja 1.

Natomiast w pierwszej dwudziestce panów mamy natomiast reprezentowane takie kraje: USA – 4 zawodników, Rosja 3, Włochy 2,  Australia 1, Bułgaria 1, Dania 1, Grecja 1, Hiszpania 1, Kanada 1, Niemcy 1, Norwegia 1,  Polska 1, Serbia 1,  Wielka Brytania 1.

Jednak pierwsze dwudziestki nie oddają polskiego problemu z tenisem, bo poza nami po jednym przedstawicielu ma więcej krajów. Właściwe miejsce Polski w tenisie oddaje klasyfikacja pierwszych setek zawodniczek i zawodników. A tu jesteśmy w bardzo słabi.

Wśród panów w pierwszej setce mamy jedynie Hurkacza, który jest 17. Następny z Polaków to Kamil Majchrzak, który jest na miejscu 240. W TOP 300 rankingu jest również Daniel Michalski – 269, Kacper Żuk jest 302, Maks Kaśnikowski 31,1 a Filip Peliwo 358. Krótko mówiąc – w pierwszej setce mężczyzn mam jednego Polaka a w pierwszej 400-setce ledwie 7. Polaków.

Trochę lepiej prezentują się Polki: Iga Świątek jest na 2. miejscu, Magda Linette jest 24. Magdalena Fręch jest 64. Potem mamy długachną przerwę i Katarzynę Kawę na miejscu 251. Weronikę Falkowską na miejscu 303; Maję Chwalińską na 413; Urszulę Radwańską jako 423; Martynę Kubkę na 481.

To nie są miejsca, którymi można się chwalić. Tym bardziej, że spośród wszystkich państw dawnych „demoludów” jesteśmy najgorsi. Piszę o demoludach, bo po 1989 roku wszystkie te państwa miały jednakowe szanse w tenisie. Myśmy swojej nie wykorzystali. Będąc na miejscu władz polskiego związku tenisa, widząc ten ranking – pochlastałbym się.

Ale nie, nasze władze tenisowe chwalą się Świątek i Hurkaczem… Jakby to były ich dwa wielkie sukcesy. Trochę to jest jest tak, jakby władze carskiej Rosji były dumne, że późniejsza noblistka Maria Skłodowska była dowodem na wysoki poziom edukacji w Priwislinskim Kraju.

Tenis jest oznaką poziomu cywilizacji

Tenis jest w świecie bardzo ważny, jest też świetną promocją państw. Bo dzisiaj tylko państwa wysoko rozwinięte należą do tenisowej elity. Świat docenia Igę Świątek, bo świat zna się na tenisie. Ale uznaje nas za tenisowego kopciuszka – zgodnie zresztą z prawdą

Zapytajmy więc, jak my Polacy opiekujemy się, jak wspomagamy nasz tenisowy świat? Ile mamy kortów tenisowych w Polsce? Ile klubów? Czy kluby tenisowe otrzymują  dotacje samorządowe i państwowe? Ile dostają, jeśli w ogóle?

Jeżeli chcemy być dumni z naszych tenisistek i tenisistów, to wspierajmy utrzymanie klubów, w których uprawia się tenis. Bo jak na razie, to tenis jest sprawą garstki zapaleńców, którzy i tak osiągają dużo. Jako społeczeństwo powinniśmy być dumni z rozwoju i poziomu tenisa w Polsce, z tego, że tak wielu Polaków gra w tę dyscyplinę, ale jak na razie nie ma z czego.

Kto ma prawo do dumy

Sport jest prywatną sprawą uprawiających go. Możemy być zadowoleni – jako Polacy – że mamy tak zdolnych i upartych w treningach rodaków. Ale duma? To chyba trochę za dużo. Matki i ojcowie Igi Świątek oraz Huberta Hurkacza mogą być z dzieci dumni, oni tak, ale my wszyscy pozostali?  Chyba, że ktoś wspiera finansowo kluby tenisowe, ten ma prawo do dumy. Ale reszta?

Jest też problem ontologiczny – kogo reprezentuje, na przykład – Iga Świątek? Z pewnością siebie samą. Gdy gra w zawodach międzynarodowych, to wtedy reprezentuje nasz kraj. Ale w normalnych zawodach touru WTA jest Polką grającą w tenisa. Ale… czy gdy odnosi sukcesy, zapuszczony fizycznie mieszczuch z Łomży czy Łodzi ma powód do dumy? Nie dopisujmy się do cudzych sukcesów. I nie miejmy pretensji jak zawodnikom nie idzie.

Kto nas reprezentuje

Polacy kochają piłkę, ale tylko wtedy, gdy naszym idzie. A nasi piłkarze nożni przegrywają ostatnio z kim się da. I natychmiast pojawia się fala pretensji do kopaczy, że mało ambitni, że lekceważą obowiązki reprezentanta. Każda kolejna ich przegrana jest automatyczni narodową klęską.

Nie jestem z tych, co tak tragicznie, gdy klęska – i euforycznie, gdy sukces – odbierają grę naszych piłkarzy. Bo to jest tylko sport. I myślę też, że nie jest dobrze, gdy sport tak mocno nas podnieca, bo są w kraju poważne problemy, które naprawdę powinny nas zajmować. I są sukcesy – poza sportem – które powinny nas cieszyć. Ale cóż – sport coraz bardziej staje się lekarstwem „zamiast”. To tak jakby na zapalenie oskrzeli lekarz zapisywał nam krople do oczu.

Tu pojawia się oczywiste pytanie, kto nas reprezentuje… Ano, mamy Prezydenta Państwa, premiera, ministrów, burmistrzów, radnych wszystkich szczebli – reprezentujących nas, bośmy ich wybrali. Nawet gdy nie głosowaliśmy na danego „przedstawiciela władzy”, to on i tak nas reprezentuje, zgodnie z zasadami demokracji. I od nich wymagajmy, cieszmy się z ich sukcesów, i krytykujmy, gdy zasłużą.

A sportem bawmy się. Pamiętając, że w zabawie także przegrana jest zapisana w jej  regulaminach. I znajdźmy sobie poważne problemy do zmartwień. Najpierw w nas samych, potem w naszych rodzinach i całym społeczeństwie. Wystarczy zgasić telewizor i otworzyć oczy na świat.

 

O tym jak się szarga dobre imię Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: Do moich podlaskich przyjaciół

Nie oglądałem filmu Agnieszki Holland. I nie mam zamiaru go oglądać. Nie istnieje bowiem artystyczna jakość, która warta byłaby obniżaniu bezpieczeństwa Polaków w sytuacji wojny za płotem. A tak postrzegam to co zrobiła Agnieszka Holland.

Sądząc ze zwiastuna, omówień i wywiadów samej reżyser, a także zachwytu ze strony rosyjskiej i białoruskiej propagandy, jej „dzieło” doskonale wpisuje się osłabianie na arenie międzynarodowej pozycji Polski, która tak bardzo przeszkadza z jednej strony imperialnym planom Rosji, a z drugiej imperialnym planom Niemiec.

Holland

Równie dobrze „dzieło” mogłoby być zadedykowane „tragicznie zmarłemu” zdrajcy i dezerterowi Emilowi Czeczce, który przecież opowiadał białoruskiej telewizji mniej więcej to samo.

Agnieszka Holland jest wyjątkowym w polskiej kinematografii przykładem reżysera, który coś potrafi. Jej „Zabić księdza” czy „Europa, Europa” z całą pewnością przejdą do historii polskiego kina. Wielka szkoda, ze wiedziona jakimś dziwacznym emocjonalnym korkociągiem, zakończonym bezmyślną nienawiścią i żałosnym hasłem „żeby było tak jak było”, zeszła na pozycje taniego propagandysty realizującego zamówienia polityczne najbardziej radykalnych środowisk.

Nielegalna imigracja

Czy nielegalna imigracja wiąże się z ludzkim nieszczęściem? No pewnie. Wiedzeni reklamą przemytników ludzi i rosyjskich oraz białoruskich służb ludzie, wykorzystywani są jako swego rodzaju broń przeciwko krajom, które przeszkadzają Kremlowi w radosnej konsumpcji Ukrainy. Płacą spore pieniądze za wycieczkę do Mińska, bo ktoś im nakłamał. Czasem trafiają na podlaskie bagna, gdzie ratuje ich polska Straż Graniczna. I nie, nie są w większości ani rodzinami z dziećmi, ani kotami z Afganistanu, lekarzami, inżynierami, ani nawet Ibrahimem płynącym kilka dni rzeką według relacji rozhisteryzowanych aktywistów. Za to z całą pewnością rosyjskie i białoruskie służby rozmieściły pośród nich terrorystów i sabotażystów.

To co z tym trzeba robić? Poszerzać szlaki przemytu? Wspierać przemytników i rosyjskie i białoruskie służby w ich procederze, jak chcieliby aktywiści i pani Holland? Czy też raczej zamykać szlaki przemytu, odbierać sens operacji hybrydowej. Robić rzeczy oczywiste, bronić swojego domu, bo mamy do tego prawo. Mamy prawo bronić swojego bezpieczeństwa.

„Podlaski szmalcownik”

Nie w tym rzecz jednak żeby się tu wszyscy z Krysztopą zgadzali, nie ma takiego obowiązku, ale chciałbym się tu zwrócić do moich podlaskich przyjaciół. Szczególnie tych „kulturowo aspirujących”. Najczęściej dobrych ludzi, ale im bardziej wykształconych, tym bardziej naiwnych, dla których tacy ludzie jak Agnieszka Holland są „autorytetami”.

Wiem, że ten film obejrzyjcie. Oglądajcie, na zdrowie. Ale kiedy będziecie oglądać, zwróćcie proszę uwagę na to jak Holland portretuje mieszkańców Podlasia. Jako tych, którzy „nie wiadomo co zrobią” kiedy zwróci się do nich imigrant z prośbą o pomoc (tak jakby informacja przekazana Straży Granicznej ratującej durniów na bagnach, była prawie jak donos na gestapo, a aktywiści byli rozstrzeliwani przez Straż Graniczną za „pomoc imigrantom”). Sądząc z żenujących holokaustiańskich „metafor” używanych przez Holland w wywiadach, i tutaj trudno się nie doszukiwać metafory „podlaskiego szmalcownika”. Tak „Wielka Pani Reżyser” widzi Waszych dziadków, rodziców, sąsiadów. Tak widzi Was. Jako amoralnych dzikusów. Choć pewnie żadnego nie zapytała o opinię i żadnego nie poznała.

Ten film zepsuje Polsce opinię. Agnieszka Holland nie zrobi podobnego o tym jak miliony Polaków pomogły milionom Ukraińców. Zostanie tylko ten propagandowy produkcyjniak, który „rozgrzeszy” tych na Zachodzie, którzy pomoc Ukrainie mieli w nosie i da im pretekst żeby Polsce i Polakom nie pomagać jeśli, co nie daj Boże, będą potrzebowali pomocy.

Więc niech przynajmniej przyniesie choć tyle dobrego, żeby wywołać w kimś dysonans poznawczy i weryfikację listy „autorytetów”.

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy – cz. III

Osobnym problemem dla dziennikarzy politycznych, chociaż lepiej powiedzieć – zajmujących się polityką, jest kontaktowanie się z młodymi politykami. Ci – przed wyborami – zachowują się jak stado wściekłych hien, wietrzących padlinę. A tą padliną są ich polityczni przeciwnicy.

Atak młodych jest w przed wyborami szczególnie widoczny. Po pierwsze – mają więcej witalności niż starsi, po drugie – nie mają żadnych zahamowań. Przy czym to drugie jest bardziej istotne. Partie potrzebują bowiem multum kandydatów na listy sejmowe. Zmusza je do obsadzania pełnej listy w każdym okręgu prawo, które pozwala zbierać fundusze na każdą z osób. I choć wiadomo, że z mniejszych partii ma szanse najwyżej jedynka, to opłaca się mieć na listach pozostałych 19-tu. I te dalsze miejsca zapełniają najczęściej młodzi, dla których jest to wspaniała okazja, żeby w ciągu kilku ustawowych minut zaistnieć, mając nadzieję na przyszłe wybory. Liczy się też, ile głosów zbiorą kandydaci z dalszych miejsc, wtedy najlepsi z nich mają silniejszą pozycję w partii.

Uważaj na młodych

Do młodych zaliczam tu młodych, będących już posłami i młodych nowicjuszy na listach. Łączy ich to, że młodzi nie mają hamulców. Powiedzą wszystko, będą krzyczeć, będą agresywni do bólu. Przy czym – nieistotne jest z jakim hasłem, przesłaniem startują. Liczy się tylko to, żeby w jak najwścieklejszy sposób powtarzać ogólne, zatwierdzone hasła swojej partii, i bez pardonu kopać po kostkach.

To przykry widok, a słuchać nie sposób. Młodzi nigdy nie nawiązują do tzw. wartości wspólnych, nigdy nie wspierają się kulturowymi cytatami, jakby niczego nie czytali, a „Krzyżaków” znają jedynie z filmu. Za to budują zdania piętrowe, w których mylą wołacz z dopełniaczem. Nie mają szacunku nawet dla dawnych opozycjonistów, dla nikogo. Ważni są tylko oni i jedynie oni sami. Są naprawdę jak hieny, które od tygodni nic nie jadły.

Co z takimi młodymi ma robić dziennikarz, jeśli przyjdą do jego audycji? Poskromić ich nie poskromi, bo nie można opanować takiego żywiołu. W takich przypadkach radziłbym przynajmniej się nie uśmiechać, bo uśmiech młodzi biorą za pochwałę pod swoim adresem. Radziłbym wypełnić swe zadanie do końca, ale bez okazywania nawet „minimalnej szczęśliwości”.

Nie spiesz się z newsami

Bywa i tak, że właściciele stacji, a zatem ich szefowie i kierownicy różnych stopni ważności, walczą o newsy, czyli najnowsze wiadomości. Szczytem marzeń jest zdobycie informacji jako jedyni i jako pierwsi podać ją odbiorcom.

W tym przypadku łatwo można wdepnąć na minę. Taka mina głównie razi dziennikarza, któremu przypadło nieszczęście odczytywać, prezentować te nowości na antenie. Bo często zdarza się, że są to wiadomości celowo podrzucone przez konkurencję, także polityczną. Chociaż… przyzwyczailiśmy się już, że stacje nie przepraszają za nic. Chyba po sądowym wyroku, a i to z ociąganiem.

Zdarza się też, że z pogoni za sensacjami stacje ujawniają informacje, które powinny pozostać tajne. Bywa, że ktoś z władz lub nie tylko władz się wygada na jakiś temat związany z obronnością, na przykład związany z inwazją Rosji na Ukrainę. A stacja natychmiast rzuca to na antenę. Bywało, że narażało to poważne interesy państwa i naszych sojuszników.

Ale też ludzie niewiele pamiętają, bo również są nastawieni jedynie na nowości. Ja, niestety, mam tę przypadłość, że pamiętam kto i kiedy palnął głupotę. Ale może dlatego że jestem już bardzo wiekowy.

Jaki z tego morał dla dziennikarzy? Nie wierz w to, że media to czwarta władza, a Ty też masz cząstkę władzy. Zachowuj się skromnie. Czwarta władza – to tylko chwyt propagandowy, taki sam jak stalinowska teza, że media są pasem transmisyjnym i dostarczają informację od władzy do obywatela a od obywatela przekazują władzy jego wątpliwości i niezadowolenie. Taka to była teoria, ale wszyscy byli niezadowoleni – władze łącznie z dziennikarzem-pasem transmisyjnym – spotykali się w Gułagach.

Uważaj na kobiety

Zasada głosi, że dobrze jest mieć w stacji dużo kobiet, bo one z racji natury „ocieplają wizerunek anteny”. No, nie wiem. Moim zdaniem kobiety dziennikarki są bardziej agresywne niż mężczyźni. Gorzej, bo domagają się szacunku jako kobiety – gdy następują spięcia i tarcia w audycjach.

I tu następuje grube nieporozumienie, bo wybierając męskie zawody kobiety nie chcą jednocześnie przyjąć wszystkich niedogodności zawodu. Chcą być nietykalne, gdy same bywają gorsze od dziennikarzy mężczyzn. Czyli, chcą być kobietami, gdy im to wygodne.

Kilkadziesiąt lat temu pewien naukowiec z USA zauważył, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat kobiety bardzo obniżyły swój głos i teraz nie sposób znaleźć pani, mówiącej sopranem. Według naukowca zadziałało tu prawo dostosowywania się do wymogów rynku pracy.

Kobiety będące politykami są także bardziej agresywne niż mężczyźni. Łatwo się zaperzają a nawet histeryzują. Bardzo często też czują się obrażone – wtedy właśnie żądają „ogólnego” szacunku dla kobiety.

Nie radziłbym panom zadzierać w pracy dziennikarskiej z koleżankami – one nigdy nie wybaczają. Nie radziłbym również mieć racji na antenach – wtedy mogą nawet zabić. Krótko mówiąc – z kobietami trzeba uważać, bo one są bardziej niż panowie biologiczne. A wiadomo, że biologia jest okrutna i bezwzględna.

 Nie myśl, że jesteś politykiem

  1. Nigdy nie startuj w żadnych wyborach. Masz piękny zawód, więc go szanuj.

Bardzo wielu dziennikarzy zajmujących się polityką uważa się za polityków. A to może być bardzo kosztowny błąd. Owszem politycy „używają” dziennikarzy, ale nie powinno to dziennikarzy zwodzić. To są dwie różne rzeczywistości. Polityk to zupełnie inny zawód.

Nigdy nie pouczaj polityków, bo to osoby pełne niepewności wewnętrznej, a Twoje najlżejsze uwagi zawsze odbiorą jako znak Twojej wyższości, przewagi nad nimi.

Tu przypomniała mi się anegdota z czasów gierkowskiego PRL. W jednym z nowych miast wojewódzkich dziennikarz napisał przemówienie dla I sekretarza i cały spięty siedział na sali, słuchając, jak jego tekst wygłasza władza. Po referacie I sekretarz wojewódzki szedł wolno wśród burzy oklasków przejściem dla zebranych na sali, zatrzymał się przy dziennikarzu i cicho zapytał: – Jak było?

– Świetnie – odpowiedział dziennikarz – ale pomylił towarzysz pociąg z tramwajem, bo ja napisałem dosłownie jak powiedział Piłsudski, że on wysiadł z tramwaju socjalizm, na przystanku niepodległość.

Sekretarz poklepał po ramieniu dziennikarza i odchodząc, łaskawie powiedział:

– Uczcie się towarzyszu, uczcie.

2. Na antenie wysłuchaj pilnie tych, których nie lubisz politycznie. Nie bądź nonszalancki.

3. Pamiętaj, że wszystkie funkcje w stacjach, redakcjach są tymczasowe.

Tu, na zakończenie jeszcze jedna anegdotka. Było to dawno temu, ale było naprawdę. Po wyborach samorządowych jeden ze startujących, przegrawszy z kretesem, skarżył się w swojej politycznej centrali, że media nie dały mu żadnego wsparcia. Skutkiem takiego donosu odbyła się krótka rozmowa Kogoś Ważnego z szefem regionalnego radia.

– Słyszeliśmy, że nie wsparliście mocno naszego kandydata… – powiedział Ktoś Ważny – i dlatego przepadł w najważniejszej debacie.

– Przecież ja mu dałem tydzień wcześniej wszystkie pytania, tylko jemu… – odpowiedział szef radia.

– Ale nie daliście mu odpowiedzi…

Skutkiem czego szef przestał być szefem.