HUBERT BEKRYCHT: Problemy opozycji z dziennikarzami, czyli polityczne kotlety medialne

Jak świat światem politycy i dziennikarze żyjąc w jednym medialnym systemie nie zawsze się ze sobą zgadzają, delikatnie mówiąc. Może jestem staroświecki, ale wciąż uważam, że szacunek do pracy w redakcjach, podobnie jak szacunek dla pracy ekip politycznych, powinien być fundamentem współpracy mediów z osobami kreującymi życie publiczne. Niestety, coraz częściej politycy opozycji w Polsce – jak ujął to mój znajomy przypominając fachowy termin – niebezpiecznie przesuwają granice. Ba, to już nawet nie aneksja terenu dziennikarskiego, to agresja wobec dziennikarzy. Jeśli nawet nie wszystkich, to wkrótce może się tak stać a wtedy nie tylko polityczna opozycja zacznie wybierać sobie pytania na konferencji prasowej, czy dziennikarzy, którzy mają je zadać. A może niedługo politycy będą sami sobie zadawać pytania i sami na nie odpowiadać. Po co im będą media? Bo są. Na razie.

Podczas pisania tego tekstu nie ucierpiał żaden z polityków. Chyba… No, przynajmniej nie powinien.

Życie publiczne i w ogólne życie się brutalizuje. Jesteśmy bardziej nieuprzejmi wobec siebie, żeby nie napisać chamscy, ale i takie skrajne zachowania nie są dziś niczym dziwnym. Ludzie słuchając innych koncentrują się nie na przekazie, tylko na tym co ich najbardziej interesuje, czasem są niecierpliwi, nawet agresywni. W mediach powstają specjalne zespoły, które pracując praktycznie całą dobę – mają jedno zadanie – dostarczyć informację, najlepiej sensacyjną. W polityce całe grupy sztabowców pracują nad zagłuszaniem najgorszych – ich zdaniem – przekazów dotyczących własnych ugrupowań.

Pan chyba jest nienormalny, panie redaktorze

To zdanie adresowane do mnie usłyszałem, podczas konferencji prasowej nieistniejącej już partii w parlamentarnej kampanii wyborczej w 1997 roku. Polityk nie żyje, eksperymentalne ugrupowanie polityczne nawet komornikowi nic nie zostawiło, ale pamięć tego dnia jednak pozostała. Wówczas mnie to śmieszyło, teraz już nie. Zadałem zwyczajne pytanie o źródła finansowania kampanii. Polityk się wściekł. I był to wówczas niechlubny przykład, że tak nie wolno. Dziennikarz, co nie jest dziś dla wszystkich oczywiste, też człowiek. Niestety, takie obcesowe traktowanie reporterów to teraz norma.

Są całe zestawy technik manipulacyjnych dla polityków. Uczy ich się, nawet na drogich specjalnych kursach, jak wykiwać dziennikarzy, jak żurnalistów zdenerwować, straszyć pozwami sądowymi. I kto prowadzi te kursy? W większości dziennikarze, którzy przeszli „na drugą stronę mocy”, choć i czynnych pismaków tam nie brakuje.

Bowiem, dziennikarz wobec polityka też nie jest bez winy (patrz cykl Waltera Altermanna na sdp. pl). Otóż w wielu redakcjach – i tutaj się narażę – jak grzyby po deszczu powstawały i powstają tzw. działy śledcze. Ten twór pochodzi z anglojęzycznych krajów, a jego nazwa, niestety źle przetłumaczona, dotyczy zespołów zajmujących się tropieniem ważniejszych afer. Z tym, że zespoły owe nie miały wcale zastępować policyjnych i prokuratorskich śledczych.

Po latach nie tylko w Polsce okazało się, że nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty… I tzw. źródła, które nie są prawdziwymi dziennikarskimi informatorami a prowokatorami podstawionymi przez zagrożone publikacją podmioty.

Lata temu dwóch dobrych dziennikarzy nabrał policyjny kapuś, bo artykuł miał być o korupcji w policji. W kampaniach wyborczych zdarzają się jeszcze gorsze manipulacje. Podsuwa się żądnym politycznej krwi dziennikarzom „kwity” na polityków rozmaitych ugrupowań. Wartość tych dokumentów, poza kampanią jest dyskusyjna, ale przed wyborami gorączka władzy odbiera czasem rozum i dziennikarzom i politykom. Ale częściej politykom.

Redaktorze, trzymajmy się tematu

To najczęściej wypowiadane przez polityków zdanie w reakcji na niewygodne pytanie. Nasi politycy, teraz częściej opozycyjni niż rządowi, zupełnie odlecieli narzucają konferencjom prasowym tematy, nadając nazwy, kryptonimy i sens. Tak, tak, organizacja bardzo wielu konferencji prasowych nie ma sensu, bo partia i tak nie zamierza odpowiadać na aktualne pytania.

Ostatnio w Łodzi politycy KO krytykowali po raz 534. brak pieniędzy z KPO, sprawę ważną, ale na Boga, ileż to można powtarzać. Tym bardziej, że nie odpowiadają na pytania o to, czy przypadkiem politycy opozycji donosząc w PE na polski rząd nie utrudniają odblokowanie tej puli dotacji i pożyczek.

Kiedy pojawiło się wiele pytań o skandaliczne zachowanie lidera Agrounii Michała Kołodziejczaka przytulonego do konińskiej listy wyborczej KO, politycy opozycji oskarżyli media, szczególnie publiczne, o wszystko, co najgorsze. A Kołodziejczak – ich zdaniem – jest „zaszczuty”. To interesujące, bo widziałem kilkakrotnie podczas blokad Agrounii, jak jej szef, w przerwach między wylewaniem gnojówki przed kościołem w Srocku (woj. łódzkie) lżył policjantów wskazując tłumowi rolników funkcjonariuszy bez munduru…

Liderzy KO w Łodzi – poseł i były baron SLD w regionie Dariusz Joński oraz „jedynka” KO w Sieradzu – poseł i dawny rzecznik rządu PO-PLS Cezary Tomczyk beż zmrużenia oka obrażali dziennikarzy zapewniając, że przecież tego nie robią, pokrzykiwali, pouczali, pytali reporterów o ich poglądy, przerywali nawet ludziom ze stacji z niebiesko-żółtym logo, ale dominowało wmawianie wszystkim, że do „podzielenia” naszej Ojczyzny przyczyniły się TVP i inne media publiczne. Po kolejnej personalnej uwadze kierowanej przez polityków KO do reportera TVP, piszący te słowa na krótko „przerwał” konferencję a konkretnie wylewanie tych pomyj i jako sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w imieniu SDP właśnie, zaprotestował wobec skandalicznego linczu w wykonaniu polityków opozycji.

Polityk nie ogląda telewizji?

Oczywiście po mojej interwencji ton Jońskiego i Tomczyka się nie zmienił. Jak nakręceni jakimś szaleństwem nadal drwili i obrażali dziennikarzy. Stojący obok mnie kolega z redakcji, którą tolerują (jeszcze) przedstawiciele opozycji, właśnie wówczas zauważył, że następuje przesunięcie granicy, czyli ci którzy mają patrzeć na ręce politykom są lustrowani przez owych polityków. Złodziejska zasada „to nie moja ręka”, niestety, coraz częściej zaczyna pojawiać się w polityce. Przykład pojawił się pod koniec wspominanej konferencji prasowej łódzkich liderów list KO. Nie bacząc na uwagi dziennikarzy, politycy rozgrzani kampanią i ponad 30-stopniowym upałem, znowu zaczęli atakować media publiczne, bo nie brakowało niewygodnych dla opozycji pytań, także łodzian, gdyż konferencja odbywała się w południe na ul. Piotrkowskiej w Łodzi:

Tomczyk (KO): Nigdy w TVP nie zobaczymy rzeczy, które dotyczą rządu PiS (niekorzystnych dla PiS relacji – sdp.pl). Bardzo szkoda, bo pluralizm powinien być wszędzie (…) ale wszyscy, jak tu jesteśmy składamy się na TVP… Również na pana pracę (do reportera TVP), także na moją pracę i każdy powinien być obiektywny…

H.Bekrycht (dziennikarz, m.in. sdp.pl – do C. Tomczyka i D. Jońskiego): Czy płacicie panowie abonament radiowo-telewizyjny?

Tomczyk (KO): Ja nie mam telewizji.

D.Joński (KO): Nie oglądam telewizji.

I nagle konferencja prasowa posłów KO skończyła się przecięta dziwną ciszą i moim pytaniem: To skąd panowie orientujecie się, że telewizja publiczna i media publiczne robią te wszystkie rzeczy, o których panowie mówiliście, bo dosyć dobrze znacie program TVP?

Panowie Joński i Tomczyk nie odpowiedzieli, ale może dlatego, że dla nich wszystkiemu zawsze winni są dziennikarze. A może dlatego, że gdyby zapomnieli, że mają jakiś sprawny telewizor z działającą anteną i dostępem do kilkunastu kanałów TVP na przykład pod schodami, czy w ogrodowej altance, to byłoby wykroczenie skarbowe. Przecież nie uwierzę, że Joński i Tomczyk nie wiedzą, że opłata abonamentowa jest obowiązkowa albo że są już na emeryturze albo że wynajmują pokój u emeryta, bo seniorzy nie muszą płacić za posiadanie telewizora. Chyba też nie obchodzą prawa oglądając telewizję używając komputera i sieci, bo, wg. dyrektyw unijnych, ekran laptopa i smartfon to też telewizor, kiedy ogląda się na nim telewizję.

Wspomnicie moje słowa, także po wyborach za wszystko opozycja obwini dziennikarzy, nie tylko mediów publicznych…

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy – cz. II

Jest faktem, że ostatnio dziennikarze stają się coraz bardziej rozpuszczeni, dokazują na granicy nieprzyzwoitej frywolności, jak – nie przymierzając – Magda Gessler. Przy czym – pani Gessler walczy o dobre i nietrujące restauracje, a przy okazji też o promocję swoich licznych lokali. Tyle, że to nie dziennikarka a celebrytka.

A dziennikarze angażują się niepotrzebnie w walkę o swoje racje, o swoje polityczne idee. I to jest duża różnica. Od racji politycznych mamy polityków, a dziennikarzy od wprowadzanie nas w rozumienie świata polityki.

Unikaj wielkich słów i dużych liter

W interesie polityków leży podgrzewanie atmosfery politycznej w kraju. Z każdymi kolejnymi wyborami napięcie polityczne rośnie, a sprawy Rzeczypospolitej prezentowane są zgodnie ze staropolskim zawołaniem „Ojczyzna ginie”.

A przecież, obiektywnie biorąc sytuacja nie jest tragiczna. Owszem są poważne napięcia w polityce międzynarodowej, ale od napięć do prawdziwej wojny daleka droga. Na szczęście. Skąd więc mamy tak wielkie emocje, skąd i dlaczego wieszczy się nam koniec naszego świata?

Z bardzo prostej przyczyny. Otóż większość ludzi myśli jedynie emocjami. Czyli, nie myśli w ogóle, ale chętnie i łatwo poddaje się emocjom. Każda z partii ma przedwyborczą skłonność do grubej przesady. Po wyborach sytuacja znormalnieje. Owszem przegrani nadal będą mówić o „końcu Polski”, ale gdzieś tak po pół roku im przejdzie. Tak będzie, ktokolwiek wygra.

Tu zwrócę uwagę, że wielkie hasło Platformy Obywatelskiej „Jesteśmy antypisem” padło na bruk i roztrzaskało się na drobniutki kawałki już po niespełna roku. Skąd wzięło się to hasło? Z szoku w jaki popadli ludzie Platformy po przegranych poprzednich wyborach. A w szoku zachowujemy się irracjonalnie. Coś krzyczymy, machamy rękami, gdzieś biegniemy, żeby zaraz zawrócić. Moja wizja szybkiego uspokojenia się atmosfery politycznej po wyborach ma podstawy w wieloletniej obserwacji życia politycznego. Żadnej katastrofy nie będzie.

To co napisałem powyżej jest sygnałem dla dziennikarzy, żeby wzięli na uspokojenie. Przede wszystkim radzę nie dąć w wielkie trąby i nie bić w tarabany. Ot, mamy normalne wybory i tyle. Owszem, politycy muszą mieć na ustach co drugie słowo Ojczyzna, Polska, dziedzictwo, święta sprawa… Bo elektorat oczekuje emocji. Ale dziennikarze powinni być zimni i chłodni. I nie powinni poddawać się presji polityków. Powtórzę – politycy to jeden świat, a dziennikarstwo inny.

Dziennikarz ma być jak lekarz wobec chorego – musi zachować zimną krew i kierować się dobrem pacjenta. Politycy teraz chorują, ale wyzdrowieją zaraz po wyborach, A nazbyt upolitycznieni dziennikarze zostaną z ręką w naczyniu nocnym. Naprawdę nie warto traktować świata jako byt jedynie do wyborów. I warto mówić z małych liter.

Zachowuj się jak w Wersalu

To Andrzej Lepper oświadczył kiedyś z sejmowej trybuny, że więcej już tutaj Wersalu nie będzie. I wykrakał, a właściwie to on pierwszy zaczął. Dzisiaj w polityce panują obyczaje gminne – jak mówiono jeszcze w XIX wieku.

Dzisiaj już politycy mówią publicznie tak, jak z początkiem XX wieku nie wypadało mówić nawet w burdelach. Rynsztokowy język, chamskie epitety i wulgarne, brutalne porównania stały się obecnie czymś tak powszechnym, że właściwie normalnym. To przykre i niebezpieczne, bo jakże tu teraz zwrócić uwagę młodzianowi, że publiczne używanie słów na k…, na ch… i na p… nie uchodzi? Owszem, są różnice między językiem kiboli a polityków, ale naprawdę już niewielkie.

Wersal jest synonimem kultury i wyszukanych obyczajów. Ja o Wersalu obyczajowym naszych polityków nie myślę. Ale niechby to był chociaż język używany w izbach pamięci Ochotniczych Straży Pożarnych.

Nie szanujemy się, i prawdopodobnie przyjdzie nam kiedyś za to zapłacić. Dlatego apeluję do dziennikarzy – nie wchodźcie na ten brutalny teren. Mówcie grzeczniej niż politycy, bądźcie kulturalni. A kultura stosunków międzyludzkich jest naprawdę wartością, którą trzeba ocalić.

Pilnuj tematów

Dziwnym zwyczajem wszystkich telewizyjnych dyskusji politycznych jest to, że mimo wyraźnie sformułowanych przez prowadzących tematów i pytań, rozmówcy mówią głównie o sobie wzajem. Pomijam już fakt, że każda ze stacji telewizyjnych już w podejmowaniu tematów i w pytaniach jest wyjątkowo tendencyjna. Do tego przywykłem. Ale dziwi mnie nadal to, że głównym tematem wypowiedzi polityków są ich polityczni przeciwnicy. Personalnie i po nazwiskach.

Ulubionym chwytem erystycznym jest: „Pamiętam co pan mówił dziesięć lat temu”. Po czym następuje ostry atak na całe życie przeciwnika. Przypomina się takiemu w jakiej był niegdyś partii, a jeżeli odszedł zanim ta partia nabroiła, to i tak przypisuje się nieszczęśnikowi „zbrodnie” jego dawnych kolegów.

To się nazywa „argumentum ad personam” i jest uważany za najniższy chwyt retoryczny od czasów antycznego Rzymu. Dlaczego zatem tak? Bo rozmowa na jakiś konkretny temat jest nieatrakcyjna, natomiast „przypieprzenie” przeciwnikowi z pewnością cieszy gawiedź. Prosty lud nie rozumie do końca czym jest inflacja, skąd się wzięła i co należy z nią robić, ale że polityk X jest podejrzaną postacią – to lud zrozumie, a nawet przytaknie. A już, że X jest zaprzańcem, renegatem i zdrajcą – na to lud z pewnością przyklaśnie.

Szczytem merytorycznych dyskusji jest odwoływanie się do historii przodków przeciwników. Oczywiście z naciskiem nie na zasługi.

Prawdę mówiąc dziennikarze prowadzący takie dyskusje próbują przywoływać uczestników do porządku i przypominają tematy. Ale Bogać tam… nikogo to nie obchodzi. Dziwi mnie, że dziennikarze nie odbierają głosu szalonym politykom, że nie karzą ich opuszczeniem kolejki…, że wreszcie nie oświadczają, że to jest już ostatnie zaproszenie dla awanturnika.

Podejrzewam, że stacjom – do czego nigdy się nie przyznają – też chodzi o pełne emocji awantury, bo to coś się jednak dzieje. To się nazywa degrengolada alias zwyrodnienie.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy (część I)

Czas jest bardzo niespokojny, wiadomo – wybory. A w taki czas bardzo łatwo można, nawet na prostej drodze, potknąć się i w najlepszym wypadku złamać nogę.  Wielu dziennikarzom wydaje się, że wybory to okres wielkich żniw, i choć to prawda, to powiadam Wam, że to także czas, kiedy można łatwo ulec wypadkom zawodowym, nabawić się ciężkich kontuzji, które będą się za Wami ciągnęły przez całe życie. Dlatego kreślę tych kilka uwag – biorących się z mego osobistego doświadczenia i nie mniej przykrych obserwacji innych dziennikarzy.

Przed wyborami rośnie gwałtownie liczba ludzi, którzy pragną przed kamerą, czy mikrofonem wypowiedzieć choć kilka wielkich mądrości, z którymi – mając taką nadzieję – zasiądą w ławach parlamentu. Większość z nich przygotowywała się do tego momentu – zaistnienia „w przestrzeni publicznej” – wiele lat, dlatego w momencie swej inauguracji medialnej są niezwykle pobudzeni i niełatwo im zapanować nad przekładaniem myśli na zrozumiały język. Są też mocno zdenerwowani i skłonni do prawdziwej walki, nie mówiąc już o walce na słowa i argumenty, bo z tym jest zawsze duży kłopot.

Szanuj rozmówcę

Zapanować nad takim gościem nie jest łatwo i czasami aż korci człowieka – znaczy się dziennikarza – żeby powiedzieć gościowi, że jest zwyczajnie głupi. Jednak nic gorszego nie mogłoby dziennikarza spotkać, gdyby dał upust własnej opinii.

Nie tylko nowicjusze w kandydowaniu mogą wystawić nerwy i osobistą kulturę dziennikarza na ciężką próbę. Zaprawieni w bojach aktualni parlamentarzyści są jeszcze gorsi, bo wizja utraty fotela posła, senatora, dobrego towarzystwa i pokazywania się niemal co dnia publicznie – może być torturą. A na torturach wiadomo, człowiek wszystko powie.

Co radzę dziennikarzom prowadzącym tzw. debaty wyborcze? Bądź grzeczny i miły, ale nie musisz się cały czas głupawo uśmiechać. Po prostu bądź skupiony i dobrze wychowany. Staraj się wejść w tok rozumowania dyskutantów. I choć znalezienie jakiejkolwiek logiki w wypowiedziach Twoich gości może być niezwykle ciężkie, to skupiaj się na nich, bo nie ty jesteś w takich dyskusjach najważniejszy. I jeszcze jedno – nie Ty ich wychowałeś – naprawdę nie ponosisz za swych gości żadnej odpowiedzialności.

Bądź bezstronny

Nie jestem tak ograniczony, żeby oczekiwać od dziennikarzy braku mentalnego zaangażowania się w politykę. To znaczy – braku duchowego sprzyjania którejś z partii. Każdy ma prawo kochać po swojemu, czyli być po stronie nawet najdziwniejszych partii – to jest fundamentalna zasada demokracji. Jednak, gdy jesteś dziennikarzem i prowadzisz dyskusję polityków, to swoje prywatne sympatie schowaj głęboko w kieszeń. Ty masz być bezstronny, a każdy z uczestników Twojej debaty ma mieć te same prawa. Szczególnie uważaj na tych, których nie lubisz. Właśnie dla nich bądź najbardziej sprawiedliwy i miły.   

Niestety na licznych antenach dochodzi ostatnio do tego, że prowadzący krzyczą na swoich gości. To jest niedopuszczalne, bo dziennikarz nie jest równy politykom. Jako człowiek nie jest gorszy, może być nawet stokroć lepszy, ale nie ma mandatu wyborców, lub nawet się o niego nie ubiega.

Dziennikarz z założenia ma być obserwatorem. Może „przyduszać” swych rozmówców logiką, bezwzględnym dochodzeniem do prawdy i cytowaniem faktów, nigdy jednak nie może przechodzić do rękoczynów, a krzyk jest rękoczynom bliższy niż cokolwiek innego. Póki Sejm nie wprowadzi prawa, pozwalającego na lanie gości w studiach radiowych i telewizyjnych – póty unikajmy okazywania wzburzenia. Unikajmy też cynicznych uśmieszków i przewracania gałkami oczu, jako znaków naszego oburzenia i zadziwienia nierozumnością gości. A to też zdarza się coraz częściej.

Być może agresja i nieskrywana pogarda wobec zaproszonych gości podobają się całkiem sporej grupie elektoratu, ale nie warto, naprawdę nie warto. Są chwile, w których bardzo trzeba uważać po czyjej się jest stronie, żeby po latach nie wstydzić się. Naprawę lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.

Bądź poza sporem

Nie zastępuj dyskutantów i nie udowadniaj im, że kłamią lub tylko „głęboko się mylą”. Od tego masz w studio oponentów. Jeżeli gość z partii różowych palnie coś głupiego, to już go przeciwnicy z partii granatowych wezmą na kieł. A Ty nie możesz być po żadnej ze stron. Niech się biją – proszę bardzo. Kłócą się bez sensu – ależ proszę bardzo…

Dziennikarz ma być jak przewodnik widza, słuchacza i czytelnika, ma w ich imieniu badać świat, w ich imieniu ma starać się zrozumieć także politykę. Dziennikarz jest niejako plenipotentem widzów, słuchaczy i czytelników. Dlatego nie może sam stawać po żadnej ze stron sporu. Bo tym samym traci wiarygodność.

Nie warto wprost lub skrycie stawać się stroną sporu. Dyskutanci wejdą lub nie wejdą do parlamentu i takiego ryzyka się podjęli. Ale my zostaniemy z opinią człowieka narwanego, który wcina się jako ochotnik między walczące słonie. I wiadomo, że zostaniemy zdeptani.

Czy takie postępowanie dziennikarza, taki zawodowy punkt widzenia na politykę, nie jest hipokryzją? Nie jest, bo taki zawód wybraliśmy. Lekarze na wojnie leczą nawet rannych żołnierzy wroga, bo taki mają zwód. A jeżeli ktoś będzie cierpiał, że nie wolno mu na antenach objawić swego politycznego oblicza? Takiemu radzę zmienić zawód i to bardzo szybko – nie znoszę bowiem widoku ludzi cierpiących, nawet z ich własnej woli.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kosmici czyli drugi potop

Niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę, ale stała się rzecz niebywała – oto Komisja Nadzoru i Odpowiedzialności Izby Reprezentantów, czyli komisja Kongresu Stanów Zjednoczonych przesłuchała trzech byłych wojskowych, którzy odpowiadali na pytania o obiekty latające, czyli o UFO. Kongresmani pytali o to, czy wojskowi osobiście widzieli pojazdy lub ciała obcych oraz czy UFO może być zdolne do rozbrojenia technologii wykrywania w samolotach używanych przez wojsko.

Przed komisją stawił się David Grusch, były urzędnik amerykańskiego wywiadu, który uważa, że rząd USA nadzoruje nielegalny, trwający od dekad program pozyskiwania technologii z pojazdów UFO. Kongresmen, republikanin Eric Burlison, jeden z najbardziej sceptycznych wobec relacji świadków, zapytał Gruscha o to, czy widział pojazd lub ciało obecego. Grusch odparł, że nie może odpowiedzieć na pierwsze z pytań w „miejscu publicznym”, co było odpowiedzią, której wielokrotnie używano w czasie przesłuchania – podaje BBC. Były urzędnik przyznał jednak, że nie widział takiego ciała.

Przed kongresmenami wystąpił też były dowódca eskadry amerykańskiej marynarki wojennej David Fravor, który w 2004 roku, pilotując myśliwiec F/A-18F Super Hornet, zaobserwował u zachodnich wybrzeży USA obiekt latający, który miał poruszać się w sposób sprzeczny z prawami fizyki. Republikanin Matt Gaetz zapytał Fravora, czy UAP (unexplained aerial phenomenon, czyli niewyjaśnione zjawisko występujące w powietrzu, skrót stosowany wymiennie do UFO) może wyłączyć technologię wykrywania stosowaną w samolotach wojskowych, taką jak kamery czy radary. W odpowiedzi Fravor opisał sytuację, w której amerykański pilot miał śledzić przy pomocy radaru niezidentyfikowany obiekt latający. Gdy zbliżył się do niego, radar miał przestać działać.

Trzecim przesłuchiwanym był były pilot lotnictwa morskiego Ryan Graves, który stwierdził, że widział niezidentyfikowane obiekty latające. – Jeżeli UAP są w rzeczywistości obcymi dronami, jest to niecierpiący zwłoki problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jeżeli są czymś innym, jest to sprawa dla naukowców. W obu przypadkach obiekty niezidentyfikowane budzą obawy o bezpieczeństwo w przestworzach – mówił Graves.

Kongres zapowiada, że to początek badania prawdziwości przypadków UFO. Tym samym po raz pierwszy w historii ktoś jawnie i otwarcie podjął temat, z którego od lat dobrze żyją ufolodzy, pisarze i kinematografia amerykańska.

A  jeżeli naprawdę są?

Nie jestem wyznawcą wiary w Obcych, ale życie nauczyło mnie, że niczego nie należy z góry odrzucać. Zakładam zatem i to, że Kongres USA może potwierdzić, że ktoś spoza Matki Ziemi jest wśród nas. Nie można więc będzie wykluczyć, że my wszyscy – jako ziemianie – jesteśmy obserwowani przez obcą cywilizację. Pytaniami, jakie natychmiast będą musiały się pojawić to: w jakim celu, dlaczego i kim są?

Na każde z tych pytań jest kilka możliwych odpowiedzi. Mogą to być przedstawiciele obcej cywilizacji, ale też mogą nimi być wysłannicy sił metafizycznych. Jest przecież faktem, że we wszystkich starożytnych religiach pojawia się motyw kontaktów z bogami, a w większości z nich Obcy-Bogowie podróżują w powietrzu, kontaktują się z ludźmi a nawet z nimi spółkują, z czego rodzą się półbogowie, czyli lepsi ludzie. Grecy nazywali ich herosami.

Skrajni ufolodzy – tacy jak Erich von Däniken – twierdzą nawet, że wszyscy bogowie starożytności to przybysze z kosmosu, którzy nas stworzyli, opiekowali się nami i przekazywali nam swą wiedzę.

Jednak nie sądzę, żeby Kongres USA był tak odważny, żeby stwierdzić obecność UFO. Pewnie sprawa jakoś przyschnie i skończy się na grubych niedomówieniach. Czym bowiem byłoby stwierdzenie, że owszem, że jakaś pozaziemska cywilizacja od dawna nas obserwuje, że w ogóle coś takiego jak obce cywilizacje istnieją?

Wielki przewrót

Jeżeli dzieło Mikołaja Kopernika było wielkim przewrotem, ponieważ zanegował, że Ziemia jest w centrum wszystkiego, że jest jedyna i wyjątkowa wśród ciał niebieskich, to czym byłoby uznanie, że oprócz nas są jeszcze jacyś Obcy? To byłby zamach na wszystkie religie, obalenie naszej wyjątkowości we wszechświecie. Skutkiem tego ludzkość mogłaby już zupełnie nie mieć żadnych hamulców w wyrzynaniu się i całkowitym zniszczeniu Ziemi. Dla większości z nas upadek boskiego autorytetu, byłby podkopaniem wiary we wszystko, we wszystkie kanony moralności. Dlatego – póki się da – Kongres USA będzie ukrywał fakty – jeżeli mają one miejsce.

A jeżeli nie tylko obserwują?

A może Obcy nie tylko nas obserwują, ale także ingerują w nasze działania? Może mają wpływ na klimat, albo – jeszcze gorzej – może mają wpływ na nasze mózgi i wiodą nas do totalnej katastrofy? To byłby scenariusz ingerencji cywilizacji agresywnej. Ale może być i tak, że obcych interesujemy jedynie jako dziwna forma bytu.

Zakładam jednak i taką wersję, że oto – znani nam z antyku bogowie – szykują się do „wielkiej lustracji”, chcąc zobaczyć do czego doprowadziliśmy samych siebie i Ziemię. To byłby najgorszy dla nas z możliwych scenariuszy, bo w wyniku skrajnego niezadowolenia Obcych-Bogów groziłaby nam całkowita zagłada. A w najlepszym dla nas wypadku drugi potop.

Bóg, według Starego Testamentu spuścił na ludzkość zagładę, ratując zaledwie jedną rodzinę. Rodzinę Noego. Reszta znanych Bogu ziemian musiała zginąć. Biblia milczy – w tym fragmencie – o tej wielkiej reszcie, napomykając jednak, że poza Noe i jego rodziną całe pozostałe towarzystwo było mocno zdegenerowane i nie rokowało nadziei na poprawę.

Trzeba też wspomnieć przypadek Lota, jedynego uratowanego z zagłady Sodomy i Gomory. Tu mamy więcej informacji o niecnościach mieszkańców tych dwóch miast i nie są to informacje budujące.

Wielka lustracja

Nie można zatem wykluczać, że po „wielkiej lustracji” bogowie dojdą do wniosku, że udało się nam bardzo mocno zagrozić życiu na Ziemi, że zniszczyliśmy już planetę w stopniu niemal ostatecznym, że ulubioną rozrywką ziemian są wojny, zabójstwa, malwersacje, wyzysk i ucisk słabszych, podboje i kolonializm wraz neokolonializmem, i oczywiście neoliberalizmem. Inaczej mówiąc – ludzkość jako gatunek jest bardzo daleka od kierowania się jakąkolwiek etyką, nie mówiąc już o przestrzeganiu Dziesięciorga Przykazań.

Należałoby się tylko modlić, żeby spotkał nas jedynie Drugi Potop. Kto mógłby zostać ocalony? Wydaje mi się, że szanse mają jedynie jakieś kultury pierwotne, które jeszcze uchowały się gdzieniegdzie – a mam tu na myśli Aborygenów i kilka plemion z amazońskiej dżungli. Bowiem jedynie oni żyją w zgodzie z naturą, szanując Ziemię.

Co może się stać z „resztą towarzystwa”? Na miejscu bogów raczej bym się tej całej reszty znowu pozbył. Moim zdaniem świat ludzi cywilizowanych naprawdę nie rokuje najlepiej. Jest to bowiem cywilizacja jedynie postępu technicznego. A w miarę tego postępu maleje szacunek dla drugiego człowieka, a nawet samych siebie. Czyli – jest z nami gorzej niż marnie.

A jeżeli czekają na naszą ostatnią wojnę?

Nie można jednak zakładać, że Obcy będą sami czynnie ingerować w nasze życie. Może być i tak, że oni obserwują nas, zbierając informacje o naszych skłonnściach do prowadzenia wojen i zgromadzonym arsenale broni nuklearnej. I mogą dojść do wniosku, że niedługo sami się wymordujemy, bez żadnej obcej pomocy. Wtedy owszem, Ziemia na tysiąclecia zostanie skażona, ale potem będzie ją można zasiedlaćna nowo. Coś mi się bowiem zdaje, że Obcy są pasjonatami eksperymentów. No i Oni mają czas, im – w odróżnieniu od nas – nigdzie się nie spieszy. To w końcu wyższa cywilizacja.

 

 

WALTER ALTERMANN: Jak to hymn Rosji płynął Wisłą

Radio TokFM 1 sierpnia 2023 roku, nawiązując do obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, w tytule informacji ze zgrozą donosiło, że podczas uroczystej parady statków wycieczkowych na Wiśle, słychać było dobiegający z jednego z nich hymn ZSRR. Powiało skandalem. Jednakże w dalszej części informacji portalu internetowego TokFM mówi się już o „Międzynarodówce” i to kilkukrotnie.

Czyli, dekomunizacja odniosła skutek, skoro ktoś taki fakt zauważył. Z drugiej jednak strony – informacja radia jest dowodem zupełnej niewiedzy historycznej. A dobrze by było wiedzieć, że hymn Rosji ma tę samą melodię, korą miał hymn ZSRR. Zmieniono słowa, ale muzyka pozostała. Co już poddaje w wątpliwość prawdziwość tej informacji.

No i jeszcze ta okropna pomyłka, utożsamienie hymnu ZSRR z Międzynarodówką… To nie tylko są dwie różne pieśni, z inną muzyką i innymi tekstami. Międzynarodówka powstała we Francji daleko wcześniej od hymnu ZSRR, słowa napisano w 1871 roku, a muzykę w 1888 i była zawsze pieśnią lewicy – różnych odcieni. Hymn ZSRR powstał natomiast w roku 1944.

Wnioski są dwa. Pierwszy, że można nie lubić i zwalczać, ale trzeba dokładnie wiedzieć co się zwalcza. Drugi wniosek – coś mi się zdaje, że autor informacji chyba się poważnie przesłyszał, bo „słyszał z brzegu” i w końcu nie wiadomo co do niego dotarło.

Herkules cmentarny

Branża pogrzebowa w Polsce jest dość skomplikowana, bo to trzeba mieć do dyspozycji cmentarze, trumny i pracowników. Najczęściej w dużych miastach są dwie-trzy duże firmy oraz bardzo dużo punktów, które jedynie przyjmują zamówienia, ale pogrzebami zajmuje się zawsze któraś z tych dużych firm. Można zatem mówić o pośrednikach w branży.

Nic w tym zdrożnego, ale zauważyłem, że te małe firmy mają kłopot z wyborem nazwy dla siebie. Dominuje antyczna Grecja i Rzym. Są Styksy, Charonowie i Orfeusze. Ostatnio jednak zaskoczył mnie szyld: „Zakład pogrzebowy. Herkules”.

Nie dowierzając samemu sobie sprawdziłem, że w wersji greckiej Herakles, a w wersji rzymskiej Herkules nie mieli nic wspólnego z podziemnym, mrocznym światem. No, poza tym, że Herakles umarł w mękach przez koszulę podarowaną mu przez kochankę Dejanirę. Skąd zatem tak dziwaczna nazwa dla zakładu pogrzebowego? Z głębokiej nieznajomości antyku. Ale skoro nie wiem, nie jestem pewny, to słowa nie używam – nie jesteśmy w końcu w Sejmie.

Chyba, że właściciel zakładu oferuje obsługę osiłków, dorównujących silą Herkulesowi. Może ma takich, którzy w czwórkę mogą ponieść na ramionach dwie trumny naraz? W sumie strasznie i śmiesznie zarazem.

Ogólnie po całości

Ludzie w miejscach publicznych – na przystankach autobusowych, w tramwajach, sklepach – prowadzą rozmowy przez komórki głośno i bez zahamowań. Tym samym chcąc – nie chcąc, stajemy się biernymi uczestnikami ich życia. Bywa to często krępujące. Głównie jednak ludzie opowiadają innym „komórkowcom” głupoty i banały. Co w sumie jest dla nich kompromitujące, a dla przygodne słuchacza dość przykre.

Powie ktoś, że to nowy obyczaj… A ja powiem, że to po prostu brak kultury. Ostatnio w tramwaju musiałem wysłuchać komórkowego monologu nastolatki, który „szedł” tak:

– Idziesz na koncert tej Kowalskiej? Chodź, chodź ze mną, ja idę, to się spotkamy. Wiesz, że ja bardzo ją lubię, ogólnie. A ty też ją lubisz po całości? No to cześć, czekam ciebie o piątej przy zegarze.

Restołracja

Polska „restauracja” pochodzi od francuskiego „restaurant” co po francusku wymawia się jako „restoran” – w przbliżeniu. Niemniej od XVIII wieku Polacy spolszyczyli sobie restaurant i wymawiali ją tak jak piszą po polsku.

Rewolucja zaczęła sie niedawno i ogromna rzesza ludzi we wszystkich telewizjach mówi „restołracja”, Dlaczego? Nie wiem, ale widocznie ci lepsi z nas uznali, że trzeba dać znać, że oni znają francuski. I za nic im, że nie ma w polszczyźnie „restołracji zabytków”. Ano przykre, że znowu Polak małpuje zagranicę.

TAK oraz NIE

„Ona chroni swojej prywatności” – pisze dziennikarz na portalu WP Kobieta. Grubsza sprawa, bo trzeba było napisać: „Ona chroni swą prywatność”. Jeżeli zaś nie chroniłaby, to poprawnie będzie: „Ona nie chroni swojej prywatności”.

Smutne, że coraz więcej osób nie rozumie, że obowiązuje u nas zasada: kupiłem sól, nie kupiłem soli, znalazłem krzesło, nie znalazłem krzesła. Jest ojciec? Nie ma ojca. Czyli dopełniacz łączy się z przeczeniem, z twierdzeniem negatywnym. A mianownik z twierdzeniem pozytywnym. Tyle i aż tyle.

Bo takie są przypadki w języku polskim:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – np. wiatr, misie
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – np. wiatru, misiów
  • Celownik (C.) – komu? czemu? (się przyglądam) np. wiatrowi, misiom
  • Biernik (B.) – kogo? co? (widzę) np. wiatr, misie
  • Narzędnik (N.) – (z) kim? (z) czym? (idę) np. (z) wiatrem, misiami
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? (mówię) np. (o) wietrze, misiach
  • Wołacz (W.) – zwrot do kogoś lub czegoś np. góro! Misie!

To „było uczone” w szkole podstawowej, ale warto znowu wykuć tę zasadę deklinacji na blachę.

 

WALTER ALTERMANN: Walka antycypacji z przewidywaniem

Jeżeli językoznawcom, muzykologom i behawiorystom „antycypacja” może być przydatna, to już w codziennym, zwykłym języku powinniśmy mówić „przewidywanie”. Ciągle słyszę od sprawozdawców sportowych, że zawodnik „antycypuje” jeżeli dobrze ustawi się do odebrania piłki.  Tymczasem antycypacja – według słownika PWN to:

  1. zakładanie czegoś jeszcze nieistniejącego
  2. znaka, zapowiedź przyszłych wydarzeń
  3. pogląd przyjęty z góry, jeszcze nieudowodniony, ale znajdujący później swoje potwierdzenie
  4. niezgodna z porządkiem czasowym lub logicznym kolejność pojawiania się jakichś elementów w wypowiedzi
  5. muz. wprowadzenie do akordu jednego lub więcej dźwięków składowych akordu następnego
  6. przystosowanie się organizmu do bodźców.

Używanie rzeczonej „antycypacji” zamiast „przewidywania” nie jest zatem błędem, ale okropną manierą, która ma być świadectwem, że prosty sprawozdawca sportowy ma jednak jakieś wykształcenie i jest człowiekiem elity.

Prognoza versu przewidywanie

Od wielu lat mamy „prognozy pogody”. I uważamy to za oczywiste. Dlatego byłem ogromnie zdziwiony i uradowany, gdy w Polsacie jedna miła dziennikarka powiedziała, że przedstawi „przewidywaną na jutro pogodę”. Niby mała rzecz, a cieszy. Cieszy, że są jeszcze ludzie, którzy znają język polski i a nawet nim mówią.

Synergia serwisu

Lubię oglądać mecze, na przykład tenisowe. Lubię oglądać zmagania zawodników z przeciwnikami, z samymi sobą. Sport to ruch, a ruch to życie – a ja lubię życie. Niestety zmaganiom zawodnikom towarzyszą zmagania sprawozdawców z językiem polskim. Ostatnio jeden z nich stwierdził: „Mamy piękną synergię Igi i jej serwisu”. Jeden zwrot i dwa byki.

Po pierwsze – serwis jest wykonywany przez Igę, nie jest bytem osobnym, niezależnym od zawodniczki. Ergo – Iga nie współpracuje, nie współdziała z własnym serwisem.

Po drugie, synergia to, między innymi:

  1. W psychologii społecznej – wspólne działanie dające większe lub nowe efekty; działania uzupełniają się poprzez współpracę i synchronizację. Efekt zorganizowanej pracy zespołowej, który jest większy niż suma efektów działań indywidualnych. W wyniku synergii powstaje efekt organizacyjny będący przeciętną nadwyżką korzyści przypadającą na członka zespołu współdziałającego z pozostałymi osobami, w porównaniu z korzyścią możliwą do osiągnięcia w działaniu indywidualnym. Na przykład: Dwie osoby, działając razem, są w stanie przesunąć ciężką szafę o 10 metrów. Każda z nich osobno mogłaby przesunąć ją nie więcej niż np. 3 metry. Zatem maksymalna suma działań indywidualnych jest równa 2 × 3 m = 6 m, natomiast efekt działań wspólnych wynosi 10 m i jest większy niż suma działań indywidualnych.
  2. W teologii – synergizm jest również jednym z pojęć podstawowych dla teologii katolickiej oraz prawosławnej. Oznacza ona współpracę natury i łaski Bożej. Według tradycyjnej nauki katolickiej łaska jest czymś, co przychodzi do człowieka z nieba, z wolnej decyzji Boga. Następnie uzdalnia ona ludzką naturę do tego, aby człowiek za pomocą wolnej woli oraz uczynków mógł przekraczać swój grzeszny stan i wznosić się wyżej, w kierunku świętości. Między naturą a łaską istnieje zależność oraz równowaga. Przeakcentowanie roli łaski bez uwzględnienia współpracy ludzkich wysiłków prowadzi do kwietyzmu albo predestynacji, natomiast przeakcentowanie ludzkich wysiłków z pominięciem uprzedniości i konieczności łaski prowadzi do pelagianizmu.

Podejrzewam, że sprawozdawca sportowy nie ukończył wydziału psychologii, ale teologii bym nie wykluczał. I chyba pracę licencjacką pisał z „predystynacji” lub „kwietyzmu”.

Osoba w kryzysie

Upały są okropne. Dobrze więc, że we wszystkich stacjach telewizyjnych są ostrzeżenia i rady, jak upały przetrwać. Jednak zastanowiła mnie informacja w TVN, gdy powiedziano: „Jeżeli spotkamy leżącą na ławce osobę w kryzysie bezdomności, wezwijmy służby”.

Kim są „osoby w kryzysie bezdomności”? Są to osoby bezdomne – po prostu. Dlaczego jednak nie powiedziano tego wprost? Bo to – według dominującej obecnie filozofii społecznej – byłoby nieeleganckie, mogłoby takie osoby nieprzyjemnie dotknąć. Naprawdę jednak chodzi o to, żeby przedstawiać świat ładnie, elegancko i bezkonfliktowo. „Osoba w kryzysie bezdomności” to – według tej nowej filozofii – człowiek, który tylko czasowo, na czas kryzysu nie ma gdzie mieszkać.

Syte społeczeństwa Zachodu – a my nie wiadomo czemu za nimi – nie chcą wiedzieć, że są wśród nas biedni, nędzarze i bezdomni. Świat ma być ładniutki, bo pozwala bogatym spać spokojnie. Dlatego też mamy „wykluczonych ekonomicznie”, „wykluczonych edukacyjnie” i tak dalej.

To się po prostu nazywa zakłamanie.

Jak to jest z liczebnikami?

Program historyczny „Tajemnice słynnych budowli”, Discovery Historia, Lektor – „Gino Bartali pomógł ocalić ponad sześćset mężczyzn i kobiet”.

Bartali to wspaniała postać – wielokrotny zwycięzca Tour de France i Giro Italia, zapisał piękną kartę we włoskim ruchu oporu. Jak się szacuje przewiózł w ramie roweru dokumenty blisko tysiąca Żydów, którzy dzięki temu uniknęli komór gazowych Auschwitz. Szkoda więc, że pamięć takiego człowieka stacje telewizyjne traktują z takimi błędami językowymi.

A można było powiedzieć, że pomógł ocalić ponad sześćset osób – kobiet i mężczyzn. Dążenie redaktorów to jak najkrótszego wyrażania informacji jest doprawdy irytujące.

Indianie kontra Hindusi

Wiadomo, że Kolumb płynął do Indii, chcąc odkryć nową drogę morską. Dlatego to mieszkańców obu Ameryk nazywano Indianami, nawet wtedy, gdy pomyłka wyszła na jaw. Hindusi pozostali więc Hindusami, choć czasem nazywano ich także Indusami.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w programie o historii wielkich budowli, w Canal+ jakiś pan – lektor – spokojnie powiedział, że ta oto świątynia w okolicach Delhi, został zbudowana przez Indian, i że widać w niej wpływy arabskie w XIV wieku.

Całkowita rewelacja etniczna. No, ale Canal+ słynie z lekkiego podejścia do faktów jednocześnie biorąc za oglądanie ich programów ciężkie pieniądze. Nie ma na takie coś doczesnej kary?

 

Znane zjawisko społeczne opisuje WALTER ALTERMANN: Działacze sportowi

Jeszcze przed II wojną światową, jeżeli określano kogoś mianem działacza, to był to dla człowieka powód do dumy. Znaczyło to bowiem tyle, że jakiś pan – lub pani – poświęca wolny czas dla dobra społecznego. Byli działacze Polskiego Czerwonego Krzyża, Kropli Mleka a także klubów sportowych. Działacz – oznaczało także człowieka, który ze swego „społecznikostwa” nie czerpie żadnych materialnych korzyści.

Za czasów PRL sporo się zmieniło, bo działaczami określano tekże etatowych członków PZPR. Nie wypadało powiedzieć, że jakiś osobnik ma etat w strukturach miejskich, gminnych, wojewódzkich i krajowych partii. Władza bała się, że lud zacząłby podejrzewać interesowność „działaczy”. Doszło do tego, że etatowi pracownicy klubów, związków sportowych – na szczeblach wojewódzkim i krajowym – którzy pobierali niezłe wynagrodzenia byli „działaczami”.

Bądźmy jednak uczciwi – bywało i tak, że jakiś dyrektor dużego zakładu pracy, centrali czy zjednoczenia naprawdę działał w jakimś klubie społecznie, czyli bez żadnego wynagrodzenia. Ale „w zamian” uzyskiwał profity niematerialne, choć ważne. Po pierwsze – „w zamian” za bycie prezesem czy członkiem władz klubu, kierowany przez „działacza” zakład pracy przelewał na konto klubu spore kwoty. Drugie „w zamian” objawiało się tym, że działacz był znany i poklepywany po plecach przez najwyższe władze, a także często wyjeżdżał z klubem na Zachód. To wszystko się liczyło.

Ten skomplikowany układ „w zamian” bardzo trafnie przedstawiony jest w filmie „Piłkarski poker”. Film jest komedią, ale życie sportowe w naszym kraju to raczej dramat, żeby nie powiedzieć – tragedia. Jak jest dzisiaj z działaczami sportowymi? Inaczej, ale tak samo. Zmieniło się właściwie tylko to, że w grę wchodzą większe sumy – pod i na stole.

Biznesy działacza Mirosława Stasiaka

Były działacz piłkarski, skazany nie task dawno za udział w aferze korupcyjnej, podróżował z reprezentacją do Mołdawii i miał miejsce na trybunie VIP. Gdy wybuchła afera PZPN oświadczył, że Stasiaka zaprosił jeden ze sponsorów kadry.

– Wcześniej nie latałem z drużyną narodową – powiedział Stasiak. – Zaprosiła mnie firma Inszury i może nie powinienem był lecieć, ale miałem tam w Mołdawii biznesy do załatwienia na miejscu i to mnie ostatecznie przekonało do tej podróży. Bardzo żałuję, że wsiadłem do tego samolotu i poleciałem do Mołdawii na mecz. Przepraszam wszystkich kibiców naszej reprezentacji za tę sytuację oraz to, co działo się w ostatnich dniach.

Zirytowało to Rafała Brzoskę, właściciela firmy InPost, który napisał na Twitterze:

– Sugerowanie przez PZPN, że osoba powiązana z korupcją w piłce, czyli Pan Stasiak, rzekomo był zaproszony do Mołdawii przez jednego ze sponsorów (gdzie InPost jest jednym ze sponsorów) jest skandalicznym nadużyciem! Na meczu od nas byli jedynie pracownicy firmy. Oczekujemy natychmiastowego podania informacji, który ze sponsorów rzekomo zaprosił tę osobę. Po drugie — bardzo poważnie zastanawiamy się nad kontynuowaniem wsparcia polskiej piłki w formule, którą ostatnio obserwujemy. Nie pozwolimy na to, by nasz brand był wiązany z korupcją.             W dalszej części rozmowy ujawnił także kulisy swojej relacji z Cezarym Kuleszą, z którym miał się osobiście poznać stosunkowo niedawno, chociaż obaj panowie słyszeli o sobie już w czasie swojej działalności w polskich klubach.

Moralność? Nie wiem o co chodzi…

Afera jest grubym skandalem, który znowu podnosi problem moralnej jakości działaczy PZPN. Przecież prezes tego związku powinien chyba zainteresować się w czyim towarzystwie nasza dumna reprezentacja narodowa poleci na międzynarodowy mecz. Ważne jest też, że PZPN zareagował dopiero w momencie, gdy media sprawę ujawniły. Czyli do tego momentu pan Cezary Kulesza uważał, że zapraszanie na trybunę VIP aferzysty, który kupował i sprzedawał mecze, jest w porządku.

Sport podobno jest szkołą charakterów dla młodzieży. Zatem mam poważne obawy o przyszłość naszej grającej młodzieży, bo skoro można korumpować, kraść, być skazanym, a potem paradować w glorii i chwale, to znaczy, że wszystko jest dozwolone. Na miejscu pana Kuleszy spaliłbym się ze wstydu, albo najpierw ustąpił ze stanowiska, a potem spalił. Ale pan Kulesza jest zadowolony z siebie a winę zrzuca na sponsorów. Marnej jakości mamy działaczy, oj marniutkiej…

Jest jeszcze jeden maly, ale śmieszny wielce aspekt sprawy. Otóż w swym oświadczeniu skazany Stasiak mówi, że do Mołdawii poleciał, bo miał tam „biznesy”… Strach pomysleć jakie, bo czegóż jeszcze ten czlowiek może być specjalistą? Z pewnością nie ustawiania meczy, bo skoro dał się złapać… A samo pojęcie „biznesy” brzmi okropnie, po polsku mówimy „interesy”.

„Biznesy” mówią jedynie osoby zajmujące się interesami od niedawna, i którymi dla bezpieczeństwa powszechnego, powinien zajmować się prewencyjnie i stale prokurator.

Kluby jak dojne krowy

Dzisiaj większość działaczy sportowych nie przynosi klubom pieniędzy, a wręcz odwrotnie – oni dzięki klubom całkiem nieźle żyją. Jeden z mechanizmów jest prosty jak drut. Najpierw klub ustala regulamin reklam, z którego wynika, że osoba, która załatwi klubowi pieniądze za reklamowanie jakiejś firmy na koszulkach, na banerach stadionowych, etc. dostanie określony procent od „przyniesionych pieniędzy”.

W normalnym świecie „reklamodawców i reklamobiorców” – poza sportem – jest to od 10 do 20 procent wartości reklamy. Ale bywaly i są kluby, które pośrednikowi wypłacaja ponad 70 procent. Podobno tenże pośrednik dzieli się z reklamodawcą pod stołem…

Teoretycznie klub dostaje więc 100 procent, ale pod potrąceniu podatku, po odjęciu marży dla reklamodawcy, klubowi zostaje niekiedy ledwie 20 procent kwoty. Ale wszyscy są zadowoleni, poza klubami. Znałem klub, w którym za długi wyłączano już nawet światło, ale jakoś nikt z działaczy się tym nie przejmował. Byli uśmiechnięci i ciągle zmieniali samochody na lepsze.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Trudna do zniesienia poezja naszych kampanii

Jako dziecko lubiłem czytać oprawione stare roczniki „Przekroju”. Zapamiętałem z tego tygodnika, „ostry” rysunek satyryczny. Na tej „karykaturze politycznej” był okropnie brzydki i wściekły pies, szczerzący wrednie zęby. Pies miał obrożę nabijaną kolcami, do której przytwierdzony był łańcuch. Drugi koniec łańcucha trzymał okropny – jeszcze brzydszy niż pies – Wuj Sam, w cylindrze, z cygarem w ustach. Podpis głosił: „Tito – pies łańcuchowy imperializmu”.

Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kiedyś usłyszę, zobaczę równie wyrafinowaną krytykę polityczną. A jednak… Oto w lipcu roku 2023, w jednej z naszych stacji TV było napisane na pasku, jako głos widza w dyskusji: „Wszystkie te instytucje chodzą na smyczy Berlina i Moskwy”.

Z walką polityczną, która zasadza się na obrzydzaniu przeciwników nie należy przesadzać. W latach czterdziestych cały Górny Śląsk oplakatowano obrazkiem, na którym nad kulą ziemską unosił się okropny Truman, trzymający w rękach bombę z napisem „A”. Któryś ze Ślązaków nie wytrzymał, bo pewnego poranka, idący na szychtę górnicy zobaczyli na plakacie dopisek: „Spuść ta bania, bo już nie do wytrzymania”.

Naprawdę nie należy w niczym przesadzać, z propagandą również.

Język emocji

Polityka jest polem, na którym używa się języka emocji. Politycy dobrze wiedzą, że jedynie niewielki procent elektoratu rozumie logikę, a jeszcze mniej osób z logicznych i prawdziwych argumentów chce wyciągać jakiekolwiek wnioski. Dlatego wszystkie partie starają się pobudzić emocje swoich potencjalnych wyborców. Jest to bardzo logiczne, ale też bardzo niebezpieczne. Kampanie wyborcze kiedyś się kończą, a emocje nie wygasają wraz z ogłoszeniem wyników wyborów. W ludziach pozostają zatem złe emocje, a te mogą skutkować trwałą wzajemną nienawiścią zwolenników różnych partii.

Z mojego punktu widzenia kampanie wyborcze wywołują również bezpardonowe ataki na język polski. W emocjach bowiem – a wszyscy politycy są w stanie okropnego wrzenia emocji –  trudno jest mówić poprawnie i elegancko. A zauważmy, że czym bliżej wyborów, tym bardziej narasta agresja słowna.

Wynotowałem sobie kilka „kwiatków” kampanijnych, które pozwolę sobie przedstawić. Nie będą podawał kto, z jakiej partii co mówił, ponieważ nie chcę nikomu z polityków zaszkodzić, ani pomóc.

Szkalowanie na Polskę

„Szkalowanie na Polskę” – ten zwrot pojawia się obecnie nader często. I jest to błąd, albowiem nie można „donoszenia na Polskę” zastępować „szkalowaniem na Polskę”. Szkalowanie to rozgłaszanie nieprawdziwych informacji szkodzące dobrej opinii kogoś lub czegoś. Może jestem przeczulony językowo, ale chyba nie zagłosuję na ludzi, którzy mają na bakier z językiem ojczystym.

Słabe argumenty

Argumenty w dyskursie politycznym dzielą się na słabe i mocne. Jednym z najsłabszych w ostatnich dwóch tygodniach argumentem, jaki usłyszałem, jest: „Mnie niepokoi pana fałszywa narracja”. Ta kwestia jest słaba, bo nie niesie agresji, poza tym nie bardzo wiadomo o co mówiącemu chodziło.

Teraz już wszyscy politycy mówią „narracja”, a śledzę ten przypadek językowy od miesięcy. I żaden z tych polityków nie zna podstawowego znaczenia tej nieszczęsnej „narracji”. Narracja zaś jest pojęciem z dziedziny teorii literatury i odnosi się do narratora, czyli opowiadacza. Czasem narracja to także tok, przebieg zdarzeń. Współczesną karierę „narracja” zawdzięcza temu, że jest modna i nowa. Należałoby – po polsku – powiedzieć tak: „Pan przedstawia to zdarzenie, całą sprawę nieprawdziwie. Bo jest zupełnie inaczej…”

Słowa ostateczne jak wygnanie z raju

Ostatecznym, najgorszą możliwych obelg jest zarzucanie komuś zdrady. Rzecz ma się tak, że mówiący jest głęboko przekonany, że on, jedynie on i jego partia chcą dla kraju dobrze. Mógłby taki „zarzucający” powiedzieć przeciwnikom, że się mylą, że są w błędzie… Ale jaki miałoby to wydźwięk emocjonalny? Żaden. Dlatego niezwykłą karierę zrobiło pojęcie zdrady.

Przy czym „zdrada” jest stopniowana. Najsłabsza jest zdrada zwykła. Tę bije „zdrada polskich interesów”. Ale silniejsza od obu poprzednio wymienionych jest „zdrada polskiej racji stanu”. Jest jednak jeszcze najsilniejsza z wszystkich zdrad: „zdrada Polski lub ojczyzny”.             Interesujące jest, że żaden z mówiących tak ostro nie zastanawia się, że pojęcia „zdrada”, „racja stanu” są na bieżąco nie do zdefiniowania. Łatwiej będzie tak mówić za 200 lat historykom, ale i oni będą się różnić tym kto zdradził, kto zawiódł, kto okazał się głupszy. Dlaczego więc dzisiejsi dyskutanci są tak ostrzy? Bo łatwiej przychodzi im mówienie, niż myślenie. No i wiedzą, że przy wyborach nie chodzi o walkę racji. Wiedzą, że trzeba używać słów niosących emocjonalne granaty.

Szkoła

Szkoła to archetyp dyskusyjny. W dyskusjach pojawia się często motyw szkoły. „Pod dyktando Niemców robicie wszystko, żeby zaszkodzić Polsce” – powiedział jeden z polityków, do drugiego polityka. Czyli Niemcy jako nauczyciel, a my jako uczniowie – zdaje się, że o to chodziło mówiącemu te słowa. A szkoła wiadomo – jest przymusem, zniewoleniem i dyktowaniem. Gdybym był złośliwy, powiedział bym, że część naszych polityków przeżyła lata szkolne w ciężkiej traumie.

Jedzenie

Jedzenie, spożywanie darów Bożych jest również jednym z archetypów, do których chętnie odwołują się dyskutanci polityczni. Bo tak jak szkoła jedzenie jest bliskie każdemu. I dlatego jeden z posłów mówi w TV: „On jest kelnerem przy kolacji, i nawet nie jest w stanie zgarnąć okruchów ze stołu”.

Metafora jest nieudana dlatego, że wygłaszający chciał połączyć dwie metafory w jedną. Zdaje mi się, że rozszyfrowałem jego tok myślenia. Po pierwsze – „Okruchy z pańskiego stołu” – jest starą frazą języka polskiego. Znaczy ona tyle, że biednym dostają się jedynie resztki z biesiad bogatych. Po drugie – posła prawdopodobnie przeraziło to, że „pański stół” może oznaczać stół boski, a poseł jest akurat mocno wierzący. Wprowadził więc postać kelnera, mającego być „uosobieniem” przeciwnika politycznego.

Ale wyszło koślawo, bo nie opłaca zmieniać starych zwrotów, starych fraz językowych. Kelner bowiem niczego nigdy ze stołów nie zgarnia. Kelner jest od podawania jedzenia. Sprzątają inni ludzie. No i w umyśle posła mówiącego zagnieżdżone jest przekonanie, że kelner to zawód upokarzający. Tak bywa często u ludzi z ludu. W sferach średnich i wyższych bycie kelnerem nikomu nie uwłacza. Chodziło o poniżenie przeciwnika, a wyszło na to, że poniżający skompromitował się jako „poeta polityczny”.

Wisienka na torcie

Pewna pani poseł powiedziała w dyskusji w TV, że ostatnie dokonania jej przeciwników to: „Wisienka na torcie, ale bardzo smutna wisienka…” O co chodziło pani poseł? Nie wiadomo. Ale mamy kolejny przykład strasznej poezji przedwyborczej.

Wisienka na torcie – zawsze kandyzowana – jest tym samym, co „koniec wieńczy dzieło”. Bez wisienki tort nie jest bowiem udanym tortem, a wisienka zamyka doskonale całość dzieła cukiernika.

Ta wisienka może być kwaśna, może być zepsuta, ale naprawdę nie może być smutna! Smutny to jestem ja wysłuchując takich wypowiedzi. Chociaż… gdyby wisienka miała duszę, to mogłaby być smutna, że zjada ją jakiś poseł, bo wolałaby leżeć w ziemi i dać życie nowemu drzewku wiśni.

Rozwiązania drastyczne

Pewien młody poseł… Właściwie jest to poseł w średnim wieku, ale emocjonalny jak nastolatek, powiedział ostatnio: „Tacy ludzie jak… – tu padły nazwiska, których dla zasady nie wymienię – powinni tracić obywatelstwo za swoje głosowanie w Parlamencie Europejskim”. Jest to najostrzejszy postulat sformułowany w obecnej kampanii, która niby się nie zaczęła, ale przecież trwa w najlepsze.

Z początku myślałem, że ów młodo-stary poseł oszalał. Potem jednak uświadomiłem sobie, że on chce zaistnieć. Jemu chodzi tylko o zapamiętanie, za wszelka cenę. Wiadomo, że ta kara nie będzie wprowadzona, ale już samo wypowiedzenie takiego postulatu buduje mówcę jako Katona z Savonarolą w jednym. Czekam, aż któryś z kandydatów oświadczy, że ma kontakty z kosmitami, i jeżeli nie zostanie wybrany, to zobaczycie, co kosmici wam zrobią.

Co do utraty obywatelstwa… Stosowali tę „karę” hitlerowcy i stalinowcy. U nas jeszcze do 1956 roku też były przypadki pozbawiania obywatelstwa. Ale od 1956 roku nikt już pomysłu nie propaguje. Bo czymże jest obywatelstwo? Jest naturalnym skutkiem urodzenia się w jakimś kraju – na co żaden poseł nie ma wpływu. Chyba, że w przypadku własnych dzieci. Można też zostać „przysposobionym” do jakiegoś narodu. I to jest normalne. Na szczęście cywilizowany świat dość dawno pojął, że pozbawianie obywatelstwa jest czystym idiotyzmem, bo niczego nie załatwia.

 

WALTER ALTERMANN: O wyższości chórów nad solistami

Zanim przystąpię do rzeczy, przypomnę jak przed meczem z Mołdawią śpiewała nasza „nożna” piłkarska reprezentacja. Otóż nasi reprezentanci śpiewali porażająco – tak samo strasznie, jak chwilę później grali. Fałszowali, nie trzymali rytmu, każdy śpiewał w swoim tempie, choć z głośników „szedł” Mazurek Dąbrowskiego.

 Z kolei pewien siatkarz obraża publicznie znakomitego siatkarza, polskiego reprezentanta, ale urodzonego na Kubie. Ów obrażający twierdzi, że Kubańczyk nie ma prawa grać w reprezentacji, bo nie śpiewa polskiego hymnu. A może wspaniały siatkarz Wilfredo Leon – bo o tego Kubańczyka tu chodzi – nie śpiewa, bo nie chce brać udziału w takim potężnym fałszowaniu? To byłoby logiczne, tym bardziej, że jak wiadomo, muzykę Kubańczycy mają we krwi.

Samemu czy w grupie

Tragedią naszego nauczania jest brak wspólnych działań uczniów. W państwach anglosaskich uczniowie od dawna uczą się, przygotowują prezentacje tematów wspólnie. Nad takimi prezentacjami pracują najczęściej w grupach 4-6 osobowych. Muszą się dogadywać, uzgadniać – czyli muszą dochodzić do efektu wspólnie. A u nas nie. My wychowujemy kolejne pokolenia samorodków, indywidualistów, czyli nie potrafiących – po skończeniu szkoły – współpracować z innymi.

Zespół w zespół

Oczywiście są niszowe zawody, w których każdy może pracować sam – malarze, rzeźbiarze, hafciarze szydełkowi, kopiści starożytnych ksiąg na papirusie, na pergaminie – czyli na  cielęcej skórze. Są jeszcze tacy indywidualiści jak: szewcy, krawcy i krawcowe, złotnicy, jubilerzy i dziennikarze… W sumie mamy powyżej katalog zawodów „indywidualistycznych”, w którym wymieniłem  głównie rzemieślników, ludzi z tradycją jeszcze wczesnośredniowieczną. Nowoczesny człowiek musi umieć pracować w zespole. I póki tego nie zmienimy, będziemy mieć kłopoty z produkcją, administracją, służbami mundurowymi… a właściwie ze wszystkim. Świat współczesny pracuje w zespołach, a my liczymy ciągle na cudownych samorodków Janków Muzykantów.

Chóry i orkiestry

Na Zachodzie już dawno zauważono, że nauka muzyki w szkołach scala, cementuje małe społeczności uczniowskie. No i uczy też śpiewu, gry na podstawowych instrumentach i rozumienia muzyki. A przede wszystkim świadomego przeżywania jej. Na świecie szkoły podstawowe, średnie i uczelnie wyższe utrzymują też chóry. Ich uczestnicy – poza kształceniem muzycznym – uczą się dyscypliny, poszanowania kolegi, który śpiewa ze mną.

Dwadzieścia lat temu w malej Finlandii działało ponad 50.000 chórów – szkolnych, samorządowych, stowarzyszeniowych. A w Polsce? Co prawda w 2006 roku zaczęto realizować pomysł „Ogólnopolski Projekt Akademia Chóralna „Śpiewająca Polska”, ale znaczących efektów na razie nie ma. Nikt też nie wie ile mamy w Polsce chórów.

Podobnie jest z orkiestrami. Oczywiście są i u nas, ale na tle Europy nie mamy się czym pochwalić. Dlaczego? Bo ciągle nie doceniamy zespołowości działań. Może to jakieś dziejowe przekleństwo, ciągnące się za nami z czasów szlacheckich? Bo jak wiemy, szlachta ceniła sobie wolność, rozumianą jednak jako skrajny indywidualizm. Żywiła też pogardę dla prawa i podstawowych zasad współżycia.

Jak utłukliśmy nasze klasyczne pieśni ludowych

Jest też tego naszego lekceważenia społecznej funkcji chórów i taki skutek, że kilka ostatnich pokoleń nie zna polskich klasycznych pieśni ludowych.  A wspólnotę buduje się także na tym, że każdy powinien znać klasykę polskich pieśni. Tak jak naszym obowiązkiem jest znać dzieła Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Prusa, Sienkiewicza.  Żeromskiego i Wyspiańskiego. Bez tej znajomości klasyki będziemy w końcu stadem baranów mówiących słabo po polsku, których to baranów będzie łączyła jedynie trawa. Za czasów Gomułki nadawano w radio – aż do przesady – pieśni Mazowsza i Śląska. Ale był w tym rozum. Bo pamiętajmy, że w 1945 roku, na naszych obecnych ziemiach znaleźli się ludzie ze Wschodu, którzy słabo znali ogólnopolską tradycję i kulturę. Więc scalano społeczeństwo – między innymi – przy pomocy Mazowsza i Śląska.

Kres tej ludowej kulturze położyli ludzie Gierka, którzy uznali, że pieśni ludowe hamują postęp techniczno-kulturowy. A w tym samym czasie w Niemczech i na Wyspach Brytyjskich kwitła kultura ludowa, a ich telewizje pełne były konkursów na wykonanie ich klasycznej, ludowej muzyki i pieśni.

Głuchota nasza powszechna, czyli Zenek jako nieszczęsny skutek

Ciągle widzę młodych ludzi, którzy idą ulicami, jeżdżą  autobusami ze słuchawkami w uszach i słuchają muzyki. Ale nie wiem, czy naprawdę słuchają, czy też narkotyzują się tą muzyką. Wychodzą z realnego świata i zanurzają się w świat ostrych i głośnych dźwięków.

Nie dziwmy się więc, nie sarkajmy, że idolem muzycznym większości Polaków jest dzisiaj niejaki Zenek wykonujący  płaskim głosem właściwie jedną i tę samą piosenkę, tyle, że z innymi słowami. Tego Zenka, tośmy sobie sami wychowali, sami stworzyli mu grono słuchaczy głuchych i „bezgustownych”.

 

 

Przegląd wojska, czyli STEFAN TRUSZCZYŃSKI w natarciu: Na bezdechu

Wolałbym, aby banki urzędowały nie w marmurach, a w stodołach, a ich prezesi jeździli nie Mercedesami, a wozami drabiniastymi. Biedacy, którzy płacą haracze, wytrwają w kolejkach i obejdą się bez nachalnych reklam i ulotek. Będzie taniej. Wysokie procentowe zdzierstwo odsetkowe jest wprawdzie o połowę niższe w bankach rodzinnych niż zagranicznych, ale i tak za duże. Oczywiście elokwentny Glapiński w długich tyradach wszystko wytłumaczy. Ale prawdą jest też, że to nie on wpuścił nad Wisłę banksterów. A kto ich wpuścił, wiadomo.

Są na dokumentach podpisy. Upowszechnijmy je teraz właśnie przed wyborami. Powtarzamy, że to zrobił Balcerowicz. Potem nastąpiła zgoda i podpis premiera – czyli Jana Krzysztofa Bieleckiego. Reset! Reset!

Przestańmy tak bardzo przejmować się innymi. Myślmy o sobie. Przynajmniej na tyle, co Niemcy. Za zbrodnię wojny dostali prezent od Marshala. Kłapiemy dziobami z zachwytem podziwiając ich za pracowitość. Ale to nasi za chlebem wykonują u nich prace, których  Deutchlandowa rasa wykonywać nie chce. Miłośnicy Zachodu, jedźcie tam z waszym idolem Tuskiem – na zlewozmywaki, na szparagi i do podcierania tyłków weteranom Wermachtu i SS. Otwieramy w Polsce szeroko podwoje niemieckim stowarzyszeniom i miłośnikom faterlandu, a nasi nie mogą się od dziesiątek lat o to doprosić. Na komodach i etażerkach w Berlinie, Hamburgu i Bonn stoją polskie i żydowskie bibeloty. Oni wiedzą, że je ojciec, dziadek z wojny przydźwigał i do głowy im nawet nie przyjdzie by zwrócić. Zapłacić reparacje? Z tego śmieją się nawet „nasi” europosłowie – zaprzańcy. Jesteśmy nad Renem nieco wyżej od zupełnie czarnych, brązowych, skośnookich i wyznawców Mahometa. Ale niewiele wyżej.

Nasz król (i Litwinów) Władysław obronił się własnoręcznie lancą przed rycerzem zakonnym, który niespodziewanie przebił się i zaatakował Jagiełłę. Ochrona – jak to ochrona – zaspała. Ale nasz król był sprawnym rycerzem i strącił z siodła Dypolda von Kockritza, a leżącego już na ziemi dobił przyszły biskup Zbigniew Oleśnicki.

Tak trzeba. Ze słabymi dziś nikt się nie liczy. Odpuśćmy „dobre tradycje”, bo nie są dobre dla Polski. Przysyłają nam z UE kobiety, za którymi biegają potem posłowie z kwiatami, a one – nie czułe na męskie wdzięczenie się – i tak likwidują nam np. przemysł stoczniowy.

Przestańmy prosić! Niech się modlą ci, którzy tego potrzebują. Niech się pindrzą, obnażają (ale nie na Marszałkowskiej) ci, którym gust i smak zakwasił ekshibicjonizm. Wara od szkół. Są sprawy bezdyskusyjne. Tu rację oczywiście ma minister Czarnek. W sprawach drugorzędnych kłóćmy się zawzięcie, ale tylko na krajowym gruncie. W Brukseli winien obowiązywać wspólny front. Po ustaleniu – tu w Polsce – jedna strategia. Głęboko wierzę, że za podnoszenie łap przeciw Polsce Millerowie, Cimoszewicze, Lewandowscy, Sikorscy i cała ta kameryla – odpowiedzą. I to niedługo.

A teraz konkrety – co powinno się zrobić. Trzeba wrócić do zasadniczej służby wojskowej. Przynajmniej na rok. Po prostu zagospodarować tabuny wałkoniów i leni. To dla ich dobra. Niech sobie piszczą pikusie i darmozjady w koronkowych majtkach, ten chłam zostawmy tym za Odrą. Jeśli nie ma nawet na razie, możliwości skutecznego wdrażania wojskowych umiejętności – niech poborowi zaczną od poprawienia kondycji fizycznej i tym samym zdrowia. Żebyś był dobrym żołnierzem – zacznij od sportu.

Trzeba skończyć z bezczynnym trzymaniem w więzieniach ogromnych rzesz za nie płacenie alimentów, mandatów, za przestępstwa skarbowe. W Polsce w prawie stu zakładach odosobnienia jest ponad 80 tysięcy więźniów. Tak jakby całe duże miasto. Większość tych ludzi powinna pracować – opłacać w ten sposób koszty swojego pobytu i utrzymania. Ale to musi państwo mądrze i pilnie zorganizować. Mamy już odpowiednio przygotowaną kadrę więzienną. Dlaczego nie podejmujemy działania? Bezczynni ludzie, w końcu też nasi obywatele, na pryczach to marnotrawstwo i brak potencjalnej szansy reedukacji. Właśnie przez pracę.

Spraw do pilnego załatwienia jest wiele: korupcja, oszustwa finansowe, zaniedbanie i odwrócenie się od morza: stocznie, flota handlowa, szkolnictwo morskie a dalej hutnictwo i przemysł wydobywczy. No i wreszcie, odsuńmy też zdrajców zainfekowanych i po prostu głupich. Czy my sami nie możemy zrobić porządku w naszym własnym kraju? Suwerenność!

Mieliśmy i mamy w pamięci i sercu wielkiego rodaka, który został Papieżem. A tu paskudna łajdaczka bluźni publicznie i bezkarnie. Politycy lubią obrażać się wzajemnie. Nawet widzą w tym świadectwo odwagi i wolę walki z przeciwnikiem.

Premier wybranego rządu, jego ministrowie nie powinni pozwolić skakać sobie po brzuchu. A tak się dzieje. Czuchnowski, cyngiel z „Wyborczej” do wykonywania poleceń wszelkich wrzeszczy publicznie na Macierewicza, a ten – w końcu niedawno jeszcze minister wojny – mówi, że nie będzie reagował. A powinien. Profesor Binienda został zaangażowany do niezwykle ważnej pracy. Wykonał ją dobrze, a teraz zamiast mu podziękować dopuszcza się do niesłychanego hejtu, wylewania pomyj. To nie jest działalność spontaniczna. To zorganizowana akcja. Rozmawiałem niedawno telefonicznie z profesorem. Powiedział, że wszystko co robił było dla kraju, dla sprawy, dla Polski, a nie dla żadnej osoby. Na pewno prawda zwycięży gdy Amerykanie pokażą zarejestrowany film z lotu Tupolewa. Niezrozumiałe są powody dlaczego tego filmu nadal się nie ujawnia. Ten lot – prezydent państwa i dostojnicy – był na pewno rejestrowany. Już publicznie padło u nas oskarżenie: „nie ma woli” (reżyserka Ewa Stankiewicz i inni). Nie ma woli! Why, warum, dlaczego? A może tylko do wyborów cisza? Uważam taką decyzję za błąd. Tak jak właściwie bierność w i tak toczącej się już kampanii wyborczej. Na co PiS czeka? Przecież o pomysły nie trudno. Tak jak np. powieszenie na Pałacu Kultury na całej szerokości i długości ściany wielkiego zdjęcia Tuska z Putinem na sopockim molo.

Banki (szczególnie zagraniczne) łupią nas bez litości, cwaniacy frymarczą prawem, bezkarni pozostają handlarze ukraińskim zboże i nawet nowy minister rolnictwa zagroził ujawnieniem nazwisk, ale zaniechał. UE nie płaci nam co powinna, ale karze nas, Polaków, popierana przez polskich odszczepieńców.

Zakonnik z Elbląga – wizjoner i prorok – Czesław Klimuszko już kilkadziesiąt lat temu przepowiedział wielką rolę Polski. I w to wierzmy. Nawet jeśli zbrodniarz Putin rzuci broń atomową to zabije też rzesze swoich ludzi. Musimy ufać, że do tego nie dojdzie. Ale zbrojmy się – tak jak to czynimy. Pozostaje tylko postawić Klicha i Siemoniaka pod sąd!

Polska to książę Józef Poniatowski, marszałek Józef Piłsudski, Roman Dmowski, Ignacy Paderewski, a wcześniej wielka patriotka i uczona Maria Skłodowska-Curie; pisarze i poeci Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Sienkiewicz i Prus; to chłop i premier Wincenty Witos, który uratował Polskę i w konsekwencji Europę przed czerwoną zarazą w 1920 roku odrywając setki tysięcy chłopów od żniw, by zatrzymać nadciągającego wroga; to generał Stanisław Maczek i generał pilot Stanisław Skalski, to profesor prakseologii bohater Powstania Warszawskiego i więzień gułagu Witold Kieżun, to profesorzy Andrzej Nowak i Wojciech Roszkowski, a także zmarły niedawno niedoceniony przez prawicowe władze poeta, pisarz, historyk i filozof Bohdan Urbankowski; wreszcie wielcy Kościoła hierarchowie Adam Sapieha, August Hlond, Stefan Wyszyński i bohaterscy księża Ignacy Skorupka i Jerzy Popiełuszko.

Ci ludzie są i będą dla Polaków zawsze wzorem. Reszta przeminie.