CEZARY KRYSZTOPA: Ukraina straciła drugą szansę na pierwsze wrażenie

W sprawy Ukrainy emocjonalnie wciągnąłem się podczas Pomarańczowej Rewolucji. Pomagałem jak mogłem i umiałem. Chodziłem a demonstracje w Warszawie, robiłem grafiki, poznawałem zaangażowanych Ukraińców. Potem to samo podczas Majdanu

Za każdym razem byłem przekonany o tym, że przed nami świetlana przyszłość. Oni wyzwolą się spod rosyjskiej dominacji, a polska pomoc stanie się podwaliną pod nowe otwarcie stosunków między nami. Dużo ze znajomymi Ukraińcami rozmawialiśmy, czasem z konstruktywnym skutkiem, jak wtedy kiedy po burzliwej dyskusji musiałem uznać, że słynne zdjęcie dzieci przywiązanych drutem kolczastym do drzewa, które w naszej masowej wyobraźni było ilustracją Rzezi Wołyńskiej, było komunistyczną manipulacją i ilustracją przedwojennej okrutnej, ale niezwiązanej z Rzezią Wołyńską, kryminalnej zbrodni Marianny Wolińskiej. A czasem bez konstruktywnych wniosków, jak wtedy kiedy im tłumaczyłem, że ich zachwyt Niemcami źle się dla nich skończy, bo ci zawsze sprzedadzą ich Rosji za czapkę śliwek, czy też wtedy kiedy im tłumaczyłem, że krążący po Ukrainie emisariusze Gazety Wyborczej i Platformy Obywatelskiej, nie są ich przyjaciółmi.

Później, później…

Za każdym razem jednak, kiedy chciałem poruszyć kwestie dotyczące ludobójstwa na Wołyniu, słyszałem – Nie teraz, bo wiesz, Rewolucja, Majdan, aneksja Krymu, inwazja Donbasu. Jak im odmówić racji? Historia jest ważna, ale żywi ważniejsi. Podkreślałem wprawdzie, że powinni pamiętać że moją perspektywą nie jest perspektywa ukraińska, ale polska i nie da się tego odkładać w nieskończoność, ale w istocie odkładałem.

Pierwsza szansa

24 lutego 2022 roku zawalił się świat, który znaliśmy. Ten kto mówi, że nie zadawał sobie wtedy pytania gdzie zatrzymają się rosyjskie czołgi, z dużą dozą prawdopodobieństwa kłamie. Mimo to Polska i Polacy ruszyli do masowej pomocy. Nie tylko dla chwalebnego odruchu serca, ale również przez świadomość zwierzęcej moskiewskiej brutalności, którą Polacy dobrze znają i woleliby sobie na nowo nie przypominać. Polska stała się na jakiś czas jedynym oparciem Ukrainy. I Ukraina nie dała się zaorać w trzy dni jak chcieli tego rosyjscy generałowie żyjący najwyraźniej zamierzchłą potęgą.

Jednocześnie palącą wręcz kwestią, szczególnie wobec o wiele sprawniejszej od rosyjskiej armii rosyjskiej propagandy, stało się „posprzątanie” kwestii spornych. A było co, choćby w związku z rozwijającym się na Ukrainie „kultem Bandery” i jemu podobnych oraz zakazem ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej, „sprzątać”. 11 lipca 2022 wydawało się oczywistym, że po bezprecedensowej fali polskiej pomocy, w ramach której Polacy przyjęli miliony ukraińskich kobiet i dzieci tak, że ku zaskoczeniu całego świata nie trzeba było budować obozów dla uchodźców, z ust wdzięcznego prezydenta Zełenskiego padnie wreszcie słowo „przepraszam” a kwestie sporne zostaną z łatwością zdmuchnięte. Nic takiego się nie stało. Szkoda, to mogło być nowe otwarcie, pierwsze wrażenie w nowym rozdziale.

Druga szansa

Kolejne miesiące przyniosły morze przelanej krwi ukraińskich obrońców. Ukraińcy zadziwili świat zawziętością, z jaką nie tylko przepędzili „niezwyciężoną armię czerwoną” spod Kijowa, ale również odzyskali część utraconych terytoriów. Wszystko to nie byłoby możliwe bez polskiej pomocy. Finansowej, w zakresie uzbrojenia I politycznej. W ramach tej pomocy, przed czym sam ostrzegałem, Polska wręcz naruszała własne zasoby w sposób krytyczny, czym zmobilizowała większą część Zachodu, a nawet niezadowolone z kłopotów kumpla Władimira Niemcy, do podobnych gestów. Wydawało się, że 11 lipca 2023, 80. rocznica kulminacyjnej dla Rzezi Wołyńskiej Krwawej Niedzieli, musi już być momentem przełomu. Ofiary zasługują na pamięć ze swojej natury, ale i Polska jako państwo i Polacy, wydaje się, że „zasłużyli” na gest ze strony prezydenta Zełenskiego. I znowu nic takiego nie nastąpiło.

Nie chcę się już pastwić nad Prezydentem Andrzejem Dudą, który być może jest przekonany, że do takiego „przełomu” doprowadził, o czym świadczą jego zupełnie niepotrzebne słowa skierowane do zasłużonego księdza Isakowicza-Zaleskiego, ale wszystkie te słowa o „pojednaniu” i „przebaczeniu”, które padły podczas obchodów, zdają się być zawieszone w pustce bez konkretów z ukraińskiej strony. Nic dziwnego, ponieważ do „przebaczenia” i „pojednania” potrzebne są najpierw „wyznanie win” i „żal za grzechy”. A tego, w okrągłych słowach ukraińskich oficjeli różnych szczebli, unikających stwierdzeń kto kogo zabijał i kto jest czemu winien, zabrakło. A przede wszystkim zabrakło ich ze strony prezydenta Zełenskiego. Nie trzeba „ruskiej propagandy”, kiedy przy dziwnej zachowawczości polskich władz, Ukraińcy sami dbają o wbijanie klina pomiędzy nich a Polaków. W ten sposób zmarnowane zostały dwie dobre okazje na „pierwsze wrażenie”. I raczej już się nie powtórzą.

Ukraina potrzebuje bardziej

Pomiędzy Rosją a Niemcami Polska potrzebuje Ukrainy. Ale Ukraina potrzebuje Polski w o wiele większym stopniu. Zachłystując się znowu byciem w centrum uwagi, Ukraińcy popełniają po raz kolejny ten sam błąd – jaskółki ćwierkały, że tuż przed szczytem poczuli się na tyle pewnie z zachodnimi „gwarancjami”, że trochę zbagatelizowali rolę Polski jako ich największego rzecznika. Więc jeśli wyjeżdżają z Wilna z dużym niedosytem, to istotnie przez brak wdzięczności (…) To samo było po 2014, kiedy np. polska zbrojeniówka sporo oferowała, ale oni zachłysnęli się ofertami Zachodu, z których niewiele wyszło (…) – pisała na Twitterze po szczycie w Wilnie analityk i ekspert ds. międzynarodowych dr Beata Górka-Winter, która pisała również, że „w kuluarach było słychać, że próbują nas odsuwać”.

Jeśli Ukraińcom wydawało się, że „już nie potrzebują Polski”, ponieważ mają teraz większych kolegów, to po niezadowalających wynikach szczytu w Wilnie, na którym Niemcy wrócili w amerykańskie łaski, wydaje się, że dostali bolesną nauczkę. Czy ta z kolei ich czegoś nauczy? Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że piłka nie jest po polskiej stronie.

 

WALTER ALTERMANN: Co tam wieszcz sobie kombinował, czyli właściwe nauczanie literatury (3)

O tym, że język polski jest bardzo ważny – jako przedmiot nauczania – słyszymy ciągle i nieustannie. Jest dla nas ważny, bo ma uczyć o prawidłowościach języka, a przede wszystkim ma uczyć o tym co wspólne, czyli o naszym dziedzictwie narodowym – literaturze polskiej.  Ta teza pojawiła się wraz z upadkiem Rzeczypospolitej, niedługo po trzecim rozbiorze. Wcześniej szkolnictwo nasze było marne, a większość narodu – czyli chłopi – była niepiśmienna.

Romantycznym pisarzom, głównie Mickiewiczowi, Słowackiemu i Fredrze zawdzięczamy tę wspólną pamięć. Za nimi „poszli inni” polscy pisarze XIX wieku – Sienkiewicz, Prus i Żeromski. Można i trzeba, bez egzaltacji, powiedzieć, że „polskość” stworzyli nam pisarze nasi. I czcimy ich z szacunkiem, nazywając ich nazwiskami ulice, szkoły i teatry. Tyle pozytywnych wzruszeń, bo pora już przejść do kłopotów z nauczaniem i rozumieniem literatury.

Co wieszcz miał na myśli

Rzecz w tym, że współczesna szkoła marnie naucza nas literatury. Nasza edukacja nastawiona jest bowiem jedynie na prowadzenie uczniów – a wszyscyśmy byli uczniami – drogą o nazwie „Co poeta chciał nam powiedzieć?”

Poloniści męczą się, żeby podopieczni przyswoili podstawowe przesłanki intelektualne, którymi kierowali się autorzy. Poloniści „rzucają na tło epoki” myśli autorów, wyjaśniają, porównują, wbijają do głów dziatwy i podrostków podstawowe tendencje dzieł naszych wielkich pisarzy. Wszystko to odbywa się z namaszczeniem, w duchu podniosłym i mocno patriotycznym.

Gdyby to był jedynie wstęp do nauczania literatury, byłoby dobrze. Niestety na wbijaniu uczniom do głów tej „filozofii literatury” sprawa się kończy, a sprawa najważniejsza nie zostaje nawet tknięta. Uczniowie bowiem nie dowiadują się najważniejszej rzeczy – że literatura to nie zbiór moralnych i filozoficznych przesłanek, tendencji. Literatura to także, a może głównie, forma.

Treści zaklęte w formie

Powiedzieć – kocham ojczyznę – potrafi każdy. Ale żeby – wychodząc od tej myśli – napisać „Pana Tadeusza”… O, na to trzeba wiedzy o literaturze, sprawności literackiej i talentu. Tu przypomnę, że Mickiewicz, Słowacki i Krasiński byli dobrze wykształceni. Znali teorię i historię literatury, klasyczne, oraz współczesne im dzieła literackie Europy.

Panuje w naszym ludzie głębokie przekonanie, że pisarz to ktoś kto ma jakieś wizje, coś mu tam chodzi po głowie, ma nawet przymus pisania – i nie mogąc się opędzić od tego przymusu – pisze. Ale jak też lud ma zrozumieć, jak powstaje literatura, kiedy nikt mu nawet nie wspomniał, że istnieje coś takiego jako poetyka, czyli zebrany i spisany zbiór reguł pisarskich? Nie mówię, że byłoby rozsądne wtłaczać takie informacje do głów dzieciom w podstawówce, ale młodzież licealnej?

Dzisiejszy maturzysta ma bardzo mętne pojęcie i żadnych umiejętności w czytaniu wiersza. Bo nikt mu nie powiedział, nikt go nie nauczył czym jest kanon klasycznego wiersza, jak choćby ten użyty w „Beniowskim” Juliusza Słowackiego. Nikt mu nie powiedział z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że w programie szkolnym nie przewidziano czasu na takie fanaberie. Drugi powód jest takie, że sami nauczyciele nie potrafią właściwie czytać wiersza. Wiem co mówię, bo byłem świadkiem kursów dla nauczycieli, których celem była nauka „obcowania z wierszem”. Na dwudziestu nauczycieli ledwie trzech wiedziało i potrafiło co nieco. A jak ma głuchy nauczyć śpiewu?

Co to znaczy urok wiersza i prozy

Prawdziwa przyjemność w obcowaniu z literaturą przychodzi wtedy, gdy potrafimy czytać według tego samego kodu, którym pisał autor. W istocie bowiem w dobrej, świadomej samej siebie literaturze mamy do czynienia z kodem, czyli sposobem, kanonem i techniką pisarską.

Jeżeli nie wiemy, że w najbardziej znanym tekście, a mówię tu o pierwszej księdze, o samym początku „Pana Tadeusza” mamy zawarte ścisłe reguły, że mamy czytać – a najlepiej również mówić, czytać głośno – rozumiejąc je, to tracimy piękno tego tekstu. I pozostaje nam egzegeza, że Litwa jest ojczyzną autora, którą ceni jak własne zdrowie, bo ją utracił, jako to zdrowie…

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie

 

 A podstawowy kod tego wiersza jest taki:

 

  1. Utwór jest napisany trzynastozgłoskowcem.

 

  1. Cezura przypada po pierwszych siedmiu sylabach

 

  1. Wiersz ten czytamy, mówimy zestrojami akcentowymi, a nie wyrazami. Przykład zestrojów akcentowych jest taki:

 

Litwo! – Ojczyzno moja! – ty jesteś – jak zdrowie:

Ile cię – trzeba cenić, – ten tylko – się dowie,

Kto cię– stracił. – Dziś piękność – twą w całej – ozdobie

Widzę – i opisuję, – bo tęsknię – po tobie

 

  1. Akcent w wyrazach akcentowych (traktowanych jaki jeden wyraz) przypada zawsze na przedostatnią sylabę. Tym samym każdy kolejny wers tekstu zaczyna się od mocnego akcentu, bo autor zaczyna najczęściej wers od słowa dwusylabowego. Żeby to jakoś zapisać… wyrazy z mocnym akcentem pogrubię:

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie

 

  1. Kolejną zasadą jest to, że przed cezurą mamy słabą pozycję akcentową ostatniej sylaby, a po cezurze mocną. I ta zasada – łącznie z wcześniej wymienionymi sprawia, że utwór ten staje się właściwie piosenką. Tak jak każdy dobry wiersz. Cezura nie jest po to, żeby wziąć oddech – jak od stuleci tłumaczą nam nauczyciele. Cezura jest ustanowiona po to, żeby mocno dopowiedzieć, uzupełnić, a niekiedy wręcz zmienić znaczenie tego co zostało powiedziane przed cezurą.

 

Gdy czytamy, najlepiej na głos, wiersz Mickiewicza musimy czytać tekst z zachowaniem reguł, stworzonych przez Mickiewicza. Inaczej nigdy nawet nie dotkniemy tego co jest siłą poezji – każdej poezji – rytmów, melodii i jej piękna.

Proza to nie zwykłe gadanie

Mój kochany bohater Moliera – Pan Jourdain – odkrywa w wieku około 50-ciu lat, że mówi prozą. Ale to nie do końca jest prawdą, bo w literaturze pisanej prozą również obowiązują kanony czytania: mamy tam frazy, mamy silne i słabe sylaby, wreszcie melodię, urok i klimat. Dlatego proza to nie jest takie tam sobie gadanie, jak na zebraniach lub nawet w Sejmie.

Zostawmy już jednak dzisiaj prozę, bo to temat trudniejszy nawet niż poezja. Ale… ktoś, kto nauczy się rozumieć wiersz, doceni też dobrą prozę. Odwrotnie nigdy.

Akademie ku czci

W każdej szkole, kilka razy do roku odbywają się występy uczniów. Niestety podniosłe treści, jakie są na akademiach prezentowane nie skłaniają nauczycieli do przygotowania uczniów do pięknego, rozumnego mówienia poezji. Liczy się jeno duch i namiętne uczucie. A to właśnie jak najmniej sprzyja sztuce.

Owszem, mają w naszych szkołach miejsca spektakle teatralne, w których występują uczniowie. I to jest chwalebne. Niestety takich szkół, w których istnieją i pracują stale szkolne teatrzyki jest o wiele za mało. A to właśnie w pracach teatralnych można nauczyć młodzież – choćby tylko jakąś część uczniów – rozumnego obcowania ze sztuką. Bo literatura jest sztuką. Treści szukajmy raczej u filozofów, przywódców narodu i niezłomnych rycerzy swych racji.

Mam przekonanie, że wzorem naszych praojców, nie bardzo cenimy sztukę. Łatwiej było przecież sprowadzić jakiegoś Włocha do zbudowania pałacu czy namalowania obrazów niż kształcić chamskie, lub dzieci mieszczan na architektów. A sam szlachcic, który zajmował się architekturą czy malarstwem nie był szanowanym człowiekiem. Szlachta i możni woleli także włoskich i francuskich śpiewaków niż własnych, tym bardziej, że ich nie było.

A potem miejsce szlachty zajął już wykształcony lud, przejmując wszystkie szlacheckie złe i dobre obyczaje, nawyki i zachowania. Łącznie z dość lekkim traktowaniem sztuki.

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Dla kraju, czy dla siebie?

Stawiam sprawę wyraźnie – mamy poważny problem, wyrażający się tytułowym pytaniem. Oczywiście znajdzie się sporo osób, które powiedzą, że pytanie jest fałszywe, bo przecież można pracując dla siebie, pracować dla kraju. Lub odwrotnie – pracować dla kraju, pracując dla siebie. Znam to propaństwowe hasło z czasów Gomułki i Gierka – i myślę, że jest to czysta propaganda, mająca na celu stłumienie oczekiwań pracowników. I nic więcej.

Historia Polski jest taka, że ciągle nasz kraj oczekuje od obywatela, od Polaka wyrzeczeń i poświęceń na rzeczy ogółu. Ten „ogół” bywał różnie definiowany: niepodległość, niezależność, wolność, wydobywanie się z zacofania, Polska Mocarstwowa a nawet praca dla przyszłych pokoleń. Skutek jednak bywał zawsze ten sam – obywatel musi się poświęcić, musi mniej zarabiać a więcej pracować, bo tego wymaga „najwyższe dobro wspólne”.

Tym samym w całym XX wieku, wliczywszy w to wszystkie trzy konspiracje – przed wybuchem I wojny światowej, w czasie i po II wojnie światowej i tę czasu stanu wojennego – oraz  wojny: polską-bolszewicką, II wojnę światową, straszny czas okupacji i trudny okres po wojnie odbudowy Polski, po zniszczeniach tej wojny… przez cały wiek Polak zawsze miał obowiązki wobec kraju. 

Nadszedł jednak czas względnego dobrobytu, przynależności do Unii Europejskiej i NATO, jesteśmy silni sojuszami oraz wzrastającym potencjałem gospodarczym kraju. Co prawda wojna na Ukrainie budzi nasz niepokój, ale tym razem – w razie czego – nie będziemy sami. Czy zatem teraz nastał wreszcie czas prywatny dla Polaka? Chyba jeszcze nie, a pora najwyższa.

Nasz długi czas pracy

Szczycimy się – dla przykładu – że mamy najmniejsze w Europie bezrobocie. Bardzo pięknie, chciałoby się powiedzieć. Niestety prawda nie jest tak piękna, bo jednocześnie jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy. I jesteśmy z tym w niechlubnej czołówce w Europy.

Czas pracy w krajach Unii Europejskiej wg. danych Eurostatu w 2021 r. wyniósł średnio 36,4 godz. tygodniowo. Pośród państw członkowskich widać było jednak spora rozpiętość — od 32,2 godz. w Holandii do 40,1 godz. w Grecji. Eurostat wylicza, że najdłuższy czas pracy w Unii Europejskiej obowiązywał w Grecji (40,1 godz.), Rumunii (39,8 godz.), Polsce (39,7 godz.) i Bułgarii (39,5 godz.). Najkrótszy natomiast zaobserwowano w Holandii (32,2 godz.), Austrii (33,7 godz.) i Niemczech (34,6 godz.). 

A dodajmy, że ta tabela nie musi być prawdziwa, bo wielu Polaków pracuje na czarno, lub na szaro – czyli umowy ujawniają tylko część prawdy o naszym czasie pracy. Jeżeli ktoś powie, że i tak jest fantastyczne, to głęboko się myli. Człowiek nie jest stworzony jedynie do pracy – powinniśmy pracować, żeby żyć. A okazuje się, że ciągle żyjemy po to, żeby pracować. 

Nasi pracujący emeryci

Powiedzmy też i tę  prawdę, że w Polsce duża grupa emerytów musi nadal pracować. Czy robią to z umiłowania pracy jako takiej, albo dla kraju? Chyba nie bardzo. Robią to pod przymusem ekonomiczny. Liczba pracujących emerytów rośnie z roku na rok. Najwięcej z nich pracuje w edukacji i służbie zdrowia. Eksperci ostrzegają, że gdy tylko seniorzy zrezygnują, zaczną się gigantyczne problemy. Na przykład w ochronie zdrowia, za zabraknie na przykład pielęgniarek. 

Emeryci ratują nie tylko polską edukację i służbę zdrowia, podtrzymują też funkcjonowanie administrację. W tych trzech grupach pracuje dziś łącznie blisko 150 tys. osób, które pobierają jednocześnie emerytury. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że sumie pod koniec 2018 roku liczba pracujących emerytów zbliżyła się do 750 tys. Jeszcze cztery lata temu było to o 200 tys. mniej.

W czym jesteśmy atrakcyjni dla Europy

Czytam, że coraz więcej firm z Niemiec przenosi się, lub zapowiada przeniesienie swych interesów, do Polski. Powodem są podobno rosnące ceny energii na Zachodzie. To jak to tak? Przecież i u nas energia nie jest tania. Zatem co powoduje takie dyslokacje przemysłu? Ano, o wiele niższe zarobki polskich pracowników, w porównaniu do pracowników niemieckich. Wszystkie kolejne rządy z tego się cieszą, i słusznie, ale trzeba też wyraźnie powiedzieć, że Polacy nadal bardziej pracują dla kraju, niż dla siebie.

Czy jest ochrona warunków i czasu pracy?

Oczywiście jest, ale bardziej na papierze niż w rzeczywistości. Przypomnę, że to za czasów Leszka Millera tak zmieniono ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy, że uniemożliwiono pracę… jej inspektorom. Obecnie, żeby PIP mogła przeprowadzić inspekcję, trzeba z dużym wyprzedzeniem poinformować o tym pracodawcę, dając mu oczywiście czas na usunięcie nieprawidłowości. Mało tego, skargi do PIP muszą składać podpisani z nazwiska i imienia pracownicy… Widać pan Miller liczył na samobójców. 

Z kolei w czasach rządów PO i PSL rząd poszedł na rękę pracodawcom i zmienił zapisy o czasie pracy. Obecnie pracodawca może wymagać pracy w najdogodniejszych dla siebie tygodniach i miesiącach, a są to najczęściej dni wolne od pracy i miesiące wakacyjne. Zwrot godzin następuje dosłownie po miesiącach. Jednocześnie właściwie zlikwidowano nadgodziny. Jeżeli nie jest to kierunek na powszechne niewolnictwo, to co to jest?

Czy ludzie się zanudzą?

Kiedy „za komuny” nieśmiało podnoszono temat „przepracowania” ludzi, niekiedy – w głębokim zaufaniu – można było usłyszeć od włodarzy kraju: „Przecież oni się w takim wolnym czasie zanudzą”.

Niestety, wzorcem dla ustawodawców są oni sami – pracują świątek-piątek a w Sejmie po nocach. I zapewne uważają, że skoro oni – tak wysoko wyniesieni przez los i partie – mogą, to oczywiście prosty człowiek powinien.

Obecnie jesteśmy społeczeństwem zmotoryzowanym, mamy ogromne możliwości spędzania wolnego czasu z dziećmi i w rodzinach. Baza hotelowa i gastronomiczna jest duża, gminy starają się – i mają dobre efekty – powiększać ofertę turystyczną.

Naprawdę – Panie i Panowie Włodarze Polski – damy radę odpoczywać, nie zanudzimy się. 

 

WALTER ALTERMANN: O potrzebie kształcenia artystycznego (1)

Są wakacje, więc odpoczywamy. A głównie odpoczywają dzieci i młodzież. I bardzo to dobrze, bo nauka to ciężka praca. Ale wykorzystajmy ten czas na rozmowy o naszej polskiej edukacji. W kilku kolejnych felietonach podejmę temat istotnych braków i błędów naszych szkół. A właściwie są to głównie zaniechania naszego szkolnictwa. Na tyle istotne, że warto o nich porozmawiać.

Nie chodzi mi o to, czy polska szkoła powinna być bardziej czy mniej polityczna, bardziej czy mniej patriotyczna. Chodzi mi o podjęcie przez szkolnictwo trudu kształcenia artystycznego i właściwego nauczania poezji. A także o postępująca głuchotę muzyczną Polaków.

Z przerażeniem odkrywam, że coraz więcej ludzi około 50-tki, a i młodsi, nie mają najmniejszego pojęcia o sztuce. Są wśród tych ignorantów osoby wykształcone, rozumne nawet, ale ich podejście do sztuki boleśnie zaskakuje. Jak to możliwe, że w kraju, w którym wykształcenie średnie jest obowiązkowe, a wyższym szczyci się coraz więcej Polaków, rozumienie i właściwe odczuwanie sztuki jest nadal na poziomie lat 50-tych? To te 70 lat poszło na marne?

Sztuka zdegenerowana

W latach PRL propaganda świadomie schlebiała ćwierćinteligentom, nie mówiąc już o tzw. „ludzie” w ich odrzucaniu sztuki współczesnej. Gazety codzienne a nawet szanujące się tygodniki, pokpiwały sobie z malarstwa Picassa, który był sztandarowym przeciwnikiem realizmu socjalistycznego. Bo jakże to można tak malować, żeby portret kobiety miał oczy na czole, a nos był trójkątem usadowionym tam, gdzie ludzie mają uszy?

Niestety, w tamtych latach w Polsce akceptacji sztuki nowoczesnej nie było. Owszem nie było też jawnego potępienia, ale wytwarzany przez media klimat deprecjacji istniał. Niestety także, byliśmy wtedy niechlubnymi – choć być może nieświadomymi – kontynuatorami stosunku hitlerowców i stalinowców do sztuki nierealistycznej, nieprzedstawiającej. Bo zarówno Niemczech hitlerowskich, jak i w ZSRR potępiano „bohomazy”. Hitlerowcy osławili się wystawą „Sztuki zdegenerowanej, murzyńskiej i żydowskiej”. W ZSRR nie posunięto się tak daleko, ale wystaw sztuki nowoczesnej nie było.

Niemcy oczekiwali sztuki sławiącej germańską krzepę, szerzącej kult siły i mięśniaków. I taką stawiali za wzór. W ZSRR propagowano również prostotę i siłę, a tematem malarstwa były prace polne rolników, trud górników i hutników. Krótko mówiąc – od sztuki władcy obu mocarstw oczekiwali w treści nachalnej propagandy, wyrażanej prosto, żeby nie powiedzieć prostacko.

Malarstwo jak fotografia

Artyści przez całe wieki tworzyli obrazy i rzeźby coś przedstawiające. Od Średniowiecza najczęstszymi tematami malarstwa europejskiego były wizerunki i starotestamentowe historie Boga, oraz świętych z Nowego Testamentu. Potem szły obrazy ukazujące świętych średniowiecza, władców Kościoła i znaczących królów, książąt i pomniejszej arystokracji.

Od renesansu pojawia się malarstwo odwołujące się do antyku greckiego i rzymskiego. Powstają też w malarstwie włoskim i holenderskim przedstawienia z dnia codziennego mieszczan, martwe natury i pejzaże.

Zwróćmy uwagę na jeden ważny problem – dobrzy europejscy malarze zasłynęli nie tylko dlatego, że świetnie władali pędzlem, oddając realistycznie portretowanych i przedstawiając widoki wiejskie. Oni zdobywali uznanie dzięki doskonałej kompozycji swych obrazów. Tym zresztą od zawsze różni się sztuka przeciętna od doskonałej, że ta druga nie tylko odwzorowuje rzeczywistość, ona ją stwarza. Z biegiem wieków malarstwo staje się twórczością autonomiczną, coraz bardziej odrywa się od – popełnijmy tu świadomie anachronizm – „fotografizmu”.

Dopiero z wynalezieniem w XIX wieku fotografii malarstwo zostaje uwolnione od obowiązku realistycznego przedstawiania świata. Artyści zajmują się coraz bardziej malowaniem swojego świata wewnętrznego. W końcu zupełnie poświęcają się komponowaniu na płótnach obrazów zupełnie oderwanych od rzeczywistości, którą może dostrzec każdy w codziennym życiu. Malarstwo uzyskuje pełną autonomię, liczą się jedynie napięcia kierunkowe, wzajemny stosunek abstrakcyjnych linii, figur i nastrój obrazu.

O potrzebie edukacji artystycznej

W naszych liceach przybywa nowych zajęć – pojawiają się lekcje z zakresu elektroniki, mechatroniki i księgowości. I bardzo mnie to cieszy, bo świat pędzi, więc pędźmy za nim – nie wyprzedzając go jednak, bo to się zawsze źle kończy.

Niemniej uważam, że w liceum i ostatnich klasach szkół podstawowych jest właściwy czas na to, by młodych ludzi poznać ze sztuką. W innym wypadku wychowamy pokolenia robotów przeznaczonych jedynie do roboty.

Wiem, że poloniści nie są na takie wyzwania przygotowani, ale wiem też, że za nieduże pieniądze można „wynająć” na cykl kilkunastu lekcji znawców przedmiotu. Są nimi nie tylko wykładowcy szkół artystycznych, mogą to być studenci ostatnich lat tych akademii i historycy sztuki. Szczególnie mogliby być ci ostatni, bo kształcimy kulturoznawców coraz więcej, którym potem trudno o pracę.

Coś mi to przypomina

 latach 60-tych w jednym z klubów studenckich w Łodzi zainstalowano wystawę kilkunastu obrazów, młodej absolwentki łódzkiej PWSSP. Nazwisko malarki pominę, bo nie jestem pewien jak przyjmie tę anegdotę. Po otwarciu wystawy odbyła się dyskusja.

Z początku wszyscy milczeli, w końcu głos zabrał ważny działacz Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Piszę kto zacz, bo był to świeży absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i osobnik szykujący się do poważnej kariery. A powiedział tak:

– Ja powiem, jako zwykły studencki turysta… Te obrazy przypominają mi groty, bo jestem również grotołazem.

Autorka podziękowała mu serdecznie, bo uważała, że jeżeli komukolwiek jej malarstwo cokolwiek przypomina, to dobrze, bo znaczy to, że poruszyła ludzkie emocje. Prawdę mówiąc obrazy były abstrakcyjne, choć trochę w swych barwach i liniach mieszczańskie, to znaczy nadające się do dekorowania mieszczańskich wnętrz.

Ta anegdotka przypominała mi się, ilekroć słyszałem OKĘ, pieśń I Korpusu:

 

            Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen?

            Co ci przypomina, co ci przypomina

            Widok znajomy ten?

 

Tekst pieśni napisał, jak wiemy, Leon Pasternak. I jemu Oka mogła się kojarzyć z Wisłą. Natomiast nam malarstwo współczesne musi się kojarzyć jedynie z malarstwem. Żeby tak było, trzeba jednak ludzi uczyć rozumnego obcowania ze sztuką za młodu.

Pamiętam, że ze szkołą podstawowa w Łodzi, byliśmy wielokrotnie w muzeach. Można było wtedy? To można chyba i teraz. Co prawda pewien mój znajomy, wszędzie wietrzący spiski, z pewnością wykryłby w tym ciąganiu dziatwy do muzeów jakąś komunistyczna niecność, ale ja zapamiętałem fascynujące spotkania z malarstwem, i to głównie religijnym.

 

WALTER ALTERMAN: Nowy porządek świata? (5)

Lekceważone całymi latami przez Zachód Chiny, Indie i Brazylia stały się potęgami gospodarczymi. A właściwie nie tyle „stały się” ile Zachód stworzył ich potęgę. Dal swego zysku, nie przewidując, że Chiny – dla przykładu – nie będą przez wieki produkowały badziewia – po 5 zł wszystko.

Jakby nie było – na politycznej mapie świata zaistniały już nowe potęgi. XX wieczny podział na dwa bloki: USA i Zachód Europy oraz ZSRR z podbitymi państwami Europy Wschodniej rozsypuje się na naszych oczach. Zmiany, które zachodzą mogą przynieść światu nowe oblicza współpracy, ale mogą też doprowadzić do wojen i w nieznanej dotychczas skali kataklizmy.

Kto nas rozbroił?

Mało kto pamięta, więc przypomnę, że na początku lat 90-tych, wraz z upadkiem Demoludów, z wyprowadzaniem wojsk sowieckich z Europy Wschodniej potęgi świata zawarły pewien kontrakt. Jego istotą było głównie rozbrojenie dawnych satelitów ZSRR. Układ był cichy, ale działał.

To wtedy przyjęto, że polska armia ma liczyć 100 tysięcy żołnierzy, a właściwie jeszcze mniej, bo w tych 100 tysiącach mieścić się miała także cywilna obsługa wojska. Wtedy to określono ilość samolotów, czołgów, armat i haubic jakie może posiadać nasza armia.

Od początku podejrzewałem, że ten okrutny żart musiał wymyślić wyjątkowy znawca polskiej historii – albo z USA, albo z ZSRR. Bo przecież ta stutysięczna armia była znakiem próby odrodzenia państwa polskiego, tuż przed całkowitym upadkiem i rozbiorami. Przecież to Sejm Czteroletni podjął uchwałę o powiększeniu naszej armii do 100-tysięcy. Ale było już za późno, szkolenie ówczesnego żołnierza musiało trwać cztery lata, nie było chętnych do wstępowania do armii – skutkiem tego skończyło się na uchwale. Co zresztą jest naszą historyczną specjalnością – wiara, że uchwały nam wystarczą. Zawsze robimy wiele szumu przy podjęciu jakichś uchwał, ogłaszamy je za sukces, ale gdy z wykonaniem tychże jest marnie, milczymy.

Wreszcie się zbroimy 

Mam jednak serdeczną nadzieję, że w sprawach dzisiejszej armii nie skończy się na szlachetnych uchwałach. Choć… na tym łez padole nic nie jest pewne.

Przypomnę, że przez ostatnie piętnaście lat dwie główne partie polityczne, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska, toczyły i toczą spór o „zasługi i zaniechania” w dziele „wzmacniania lub upadku” polskich sił zbrojnych. A tak naprawdę, jeśli uwzględnić już zrealizowane kontrakty, na czoło nie wysuwa się ani PiS, ani PO lecz SLD, ale uwzględniając zamówienia zrealizowane przez lewicę, ograniczone możliwości finansowe państwa powodowały, że tzw. program modernizacji sił zbrojnych był nim tylko z nazwy. Tak naprawdę był to program utrzymywania minimalnych zdolności bojowych.

Kupiliśmy wówczas od USA 48 sztuk F-16 i zaczęliśmy produkować Rosomaki, na licencji fińskiej. Oba kontrakty miały jednak spore wady. Przy podpisywaniu umów USA zobowiązały się do offsetu, czy do inwestowania w Polski przemysł zbrojeniowy oraz w polski przemysł w ogóle. Niestety jakoś tak wyszło, że Stany Zjednoczone nie śpieszyły się z wypełnianiem swych zobowiązań. Gdy zaczęliśmy się tego domagać, USA przedstawiły nam podobno listę inwestycji USA w Polsce. Otwierały ją fabryki Coca-Coli i Pepsi-Coli, jeszcze z czasów Gierka.

Z Amerykanami trudno jest robić interesy zbrojeniowe. Po pierwsze: to oni mają najlepszy sprzęt i mogą stawiać trudne warunki, z czego korzystają. Po drugie: wszystkie fabryki zbrojeniowe USA są przedsiębiorstwami prywatnymi. I gdy my cieszymy się, że Kongres wyraził zgodę na sprzedanie nam tego czy owego, i gdy uważamy sprawę za już załatwioną, to schody zaczynają się przy negocjacjach cenowych, bo trzeba je prowadzić nie władzami USA, lecz z prywatnymi przedsiębiorstwami, a one chcą zarobić. I to jak najwięcej.

Republika Korei – nasz nowy sojusznik

Dlatego tak ważne są umowy na broń z Koreą Południową. Od razu powiedzmy, że nasze zakupy uzbrojenia w Korei nie wywołały zachwytu w USA. Wywołały natomiast zdziwienie, a nawet zaniepokojenie – szczególnie, że niejako w pakiecie zamówiliśmy u Koreańczyków budowę elektrowni atomowych. Głębokie zdziwienie – a w języku dyplomacji jest to oburzenie – wyraził w tej sprawie sam ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński, mówiąc, że skoro USA sprzedają nam samoloty, rakiety i inną broń, to wszystkie elektrownie powinniśmy zamawiać u nich.

Coś mi to przypomina starą anegdotę z czasów komuny: „Owszem dość drogo kupiliśmy w ZSRR czołgi, ale w ramach wzajemności możemy teraz znacznie taniej sprzedać im kilka naszych fabryk cukru”. Niestety, świat zbrojeń to także świat biznesu.

Kooperacja, współpraca, współprodukcja – w przypadku takich współdziałań – z Koreą jest bardziej możliwa niż z USA, bo w Korei, podobnie jak u nas, w przemyśle zbrojeniowym większość udziałów ma państwo. Nadto, Seulowi zależy na tym, aby mieć w Europie partnera do dalszych poważnych interesów przemysłowych, także cywilnych. A sam fakt wyboru dwu kierunków zamówień wzmacnia naszą pozycję negocjacyjną w stosunku do dominującego partnera, do USA.

Przy okazji – radziłbym rządowi okazywanie o wiele mniejszego entuzjazmu, nawet przed wyborami, z okazji kolejnych zakupów broni w świecie. Bo tym samym dajemy kontrahentom znak, jak bardzo nam zależy, czyli że mogą jeszcze podbić ceny

Nowy podział świata

Obecna wojna na Ukrainie jest skutkiem upadku imperium sowieckiego. Rosjanie w dalszym ciągu wierzą, że ich państwo będzie silne wtedy, gdy wchłoną na powrót Ukrainę. Tak myśleli od czasów niewoli tatarskiej i tak myślą dzisiaj. Naprawdę zadziwiająca jest ta stabilność celów i metod politycznych Rosji. Zadziwiając i przerażająca. Największy kraj świata nie jest w stanie zająć się samym sobą, swoimi obywatelami – ich poziomem życia, opieką medyczną i wykształceniem.

Sytuacja nie jest wesoła. Ale tak jest zawsze, gdy upadają imperia. Upadek Rzymu, a potem Bizancjum, trwał kilkaset lat. I były to lata okrutnych wojen na terenie Europy. To w czasie upadku Rzymu i Bizancjum zaczęły się też kształtować nowe europejskie państwa, to wtedy napłynęły do Europy nowe plemiona i narody. Między innymi i my – Polacy.

Ile będzie trwało kształtowanie się nowego politycznego świata? Jakim to będzie kosztem? Czy świat wpadnie w nową wojnę? Tego nikt nie wie. Nawet najbardziej szanowani politolodzy z USA. No, ale oni zawsze się mylą, bo żaden z nich nie przewidział nawet upadku ZSRR.

 

 

O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.

 

To nie początek „spisku populistów”, to koniec „spisku elit”

Niemieckie i nie tylko niemieckie elity są przerażone sukcesami AfD. Może i słusznie, ale to już chyba wiecie. A wiecie, że to „wina PiS”?

„AfD jako druga siła polityczna w Niemczech to także dziecię PiS i Kaczyńskiego. Nigdy i nigdzie wieloletnie szczucie i wycie na sąsiada nie zostaje bez skutku. I nieważne czy to płot, czy granica. PiS to jeden z reanimatorów niemieckiego szowinizmu” – napisał na Twitterze Waldemar Kuczyński, niegdyś minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, obecnie jeden z najbardziej zawziętych kapłanów antypisiszmu, znany na Twitterze jako „Dziadek Waldemar”. Tezą „weterana liberalizmu” zachwycił się natychmiast Peter Oliver Loew szef Deutsches Polen Insttitute, który lubi się pozachwycać publikacjami „wolnych mediów” w Polsce takimi jak wywiad z gen. Pytlem w Gazecie Wyborczej – Waldemar Kuczyński w duchu swojego przykazania „moralne jest to, co uderza w PiS”, postawił równie przewidywalną co durną jak moje stare sandały tezę, że „AfD to wina PiS”. I proszę, niemiecki pan zadowolony – skomentowałem, w związku z czym „Dziadek Waldemar” obraził się na mnie po raz sto osiemdziesiąty trzeci i zarzucił „kłamstwo”. Ja zaś pomyślałem sobie, że warto temat nieco rozwinąć.

Demokracja liberalna

W oficjalnej myśli politycznej na Zachodzie, a co za tym idzie w pozbawionych własnej myśli samozwańczych „elitach” w Polsce, istnieje legenda o „spisku populistów przeciwko dokonaniom demokracji liberalnej”. Przy czym populistą jest każdy, kto usiłuje zabrać głos choć nie należy do odpowiedniego środowiska, a ten kto ośmiela się zadawać pytania o skutki polityki „demokratów liberalnych” jest wręcz ekstremistą.

Warto rozumieć czym jest sama demokracja liberalna. Otóż gdyby była po prostu demokracją, nie potrzebowałaby przymiotnika. Jan Pietrzak mawiał za komuny – Czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Tym czym krzesło od krzesła elektrycznego – Tak i demokracja liberalna może z pozoru przypominać demokrację, czyli z łaciny „rządy ludu” – większości – a w istocie tak już została oblepiona przez nazywające się „elitami” oligarchie, różnego rodzaju hamulcami i pętami zarówno na poziomie instytucjonalnym jak i społecznym (gdzie się na przykład podział na Zachodzie pluralizm medialny będący emanacją wolności słowa, z której Zachód był tak dumny?), że od dawna demokracji w tradycyjnym znaczeniu tego słowa nie przypomina.

Bunt przeciwko „elitom”

Efektem jest sytuacja, osobliwa jak na „demokrację”, w ramach której ogromne części społeczeństw Zachodu, czasem wręcz większości, nie mają ani poczucia wpływu na własne państwo – nie istnieją instytucje, które realizowałyby ich wizję świata – ani nawet mediów, które by świat z ich punktu widzenia pokazywały. Cóż zatem dziwnego w tym, że będąc jednocześnie potomkami ludzi Zachodu, który potrafił wypracować cywilizacyjną dominację w świecie w poczuciu prawa do wolności zarówno osobistej, jak i zbiorowej, podnoszą w końcu rękę na swoich samozwańczych pasterzy, zalecając im niezwłoczne udanie się na bambus?

Tak, w licznych krajach Zachodu, mamy obecnie do czynienia z buntem przeciwko samozwańczym „elitom”. Nie jest to żaden „spisek populistów”, tylko naturalny odruch społeczeństw pętanych latami przemyślnie skonstruowanymi smyczami, pasanych w chytrze skonstruowanych zagrodach. Tak się dzieje począwszy od Polski, gdzie w 2015 roku nie tylko, a może i nie głównie „wygrał PiS”, co Polacy pogonili pasożytujące na nich „elity”, a skończywszy na Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2017 roku wygrał miliarder, ale uznawany przez establishment za wroga, Donald Trump, który już wprawdzie prezydentem nie jest, ale można odnieść wrażenie, że jego kontrrewolucja trwa.

AfD

No i jednym z takich odruchów było powstanie w Niemczech (afery związane z finansowaniem dziennikarzy przez niemiecki rząd, powszechna cenzura poprawności politycznej, upolitycznienie sądownictwa, czy jednorodność opinii niemieckich mediów, pokazują gdzie na spektrum demokracji Niemcy się znajdują) AfD, która początkowo wydawała się nawet odruchem całkiem rozsądnym. No, ale Niemcy, jak to Niemcy, za co się nie wezmą, to im mauser wychodzi. Tak i tutaj w końcu pojawiły się elementy rewizjonistyczne i biorąc pod uwagę niemiecką naturę i historię, niebezpieczne.

Tak więc, Panie Waldemarze, to nie PiS jest „winien” AfD, to tacy jak Pan i Panu podobni, którzy również dzisiaj, nawet kiedy im już Las Birnam stoi im pod balkonem, ciągle nie rozumieją co się dzieje. I wie Pan, mnie to zupełnie nie przeszkadza, że Wy nie chcecie tego zrozumieć, nie chcecie przyjąć do wiadomości. Trwajcie w tym błędzie i wymyślajcie sobie „spiski populistów”, może szybciej zostaniecie zmieceni z planszy. Oby na całym Zachodzie.

A Ty też się PiS-ie tak nie ciesz, bo od 2015 roku trochę się zmieniło i nieopatrznie podpisane cyrografy mogą spowodować przesunięcie w spektrum lud – „elity”.

O tym, jak zarabia się na wojnie pisze WALTER ALTERMANN: Porozumienia mińskie (3)

Najlepiej  politykę Francji i Niemiec wobec Moskwy widać na przykładzie tzw. „porozumień mińskich”. Ten dokument jest szczerym wyznaniem politycznej wiary Francji i Niemiec w Kreml i świadczy o celach względem Rosji. 

5 września 2014 członkowie trójstronnej grupy kontaktowej – Ukraina, Rosja i OBWE oraz przedstawiciele dwóch „republik ludowych” podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na obszarze Donbasu. Najważniejszy był punkt naczelny, nie objęty numeracją, a mówił on o natychmiastowym dwustronnym zawieszeniu broni. Następne ustalenia były takie:

  1. Przyznanie OBWE roli obserwatora przestrzegania zawieszenia broni.
  2. Wdrożenie decentralizacji władzy poprzez przyjęcie ustawy o szczególnym trybie funkcjonowania samorządu terytorialnego w części obwód donieckiego i ługańskiego.
  3. Utworzenie strefy bezpieczeństwa po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej, i monitorowanie przez OBWE sytuacji na granicy.
  4. Natychmiastowe uwolnienie wszystkich jeńców i zakładników przez obie strony.
  5. Przyjęcie ustawy zakazującej ścigania i karania osób związanych z rebelią w obwodzie donieckim i ługańskim.
  6. Przeprowadzenie dialogu ogólnonarodowego.
  7. Poprawienie sytuacji humanitarnej w Donbasie.
  8. Przeprowadzenie przedterminowych wyborów do władz lokalnych w wybranych częściach obwodu donieckiego i ługańskiego w związku z ich „specjalnym statusem” na podstawie prawa ukraińskiego.
  9. Wycofanie nielegalnych oddziałów zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy.
  10. Opracowanie programów gospodarczej odbudowy Donbasu.
  11. Udzielenie gwarancji osobistego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom rozmów.

Punkt 6, czyli strzał w tył głowy

Czy Zachód – głównie Francja i Niemcy – nie wiedział z kim ma do czynienia? Wiedział, ale chciał nadal handlować z Rosją i zarabiać. Czy od 2014 roku Francja i Niemcy zaczęły się zbroić? Niemcy „zbroili się” w oba Nordstreamy, a Francuzi bardzo cierpieli, gdy USA sprzeciwiły się sprzedaży okrętów wojennych klasy Mistral do Rosji.

Francja i Niemcy zakładają – dowodów nie mam, ale tak uważam – że wojna do nich nie dojdzie, że Rosja zaspokoi się Ukrainą, państwami bałtyckimi, a może nawet Polską.

Na wojnie potrzebne są nie tylko czołgi

Z wybuchem wojny na Ukrainie, a właściwie najazdu Rosji na Ukrainę większość państw Europy oraz USA ogłosiły embargo na sprzedaż Rosji uzbrojenia oraz elementów mogących służyć do produkcji broni – od pistoletów po rakiety, od śrubek po mikroprocesory. Czy rynek broni w jednej chwili padł, a jego gracze rwą sobie włosy, płacząc i rozdzierają szaty? Bynajmniej.

Uświadommy sobie do końca, że wojna potrzebuje wszystkiego, bo wojnę prowadzą ludzie. A ludzie potrzebują jedzenia, ubrań, śpiworów, mundurów, amunicji, karabinów i wszelakiej broni ciężkiej. W obecnej wojnie wykorzystuje się nie tylko pojazdy i machiny wojskowe, ale też ciężarówki, samochody terenowe a nawet motocykle. A te urządzenia – jak wszystkie inne – potrzebują części zamiennych, specjalistycznych olei, płynów chłodzących i setek innych rzeczy. A  jak tu odróżnić, czy silniki samochodowe, alternatory a nawet opony i zderzaki, trafiające do Rosjan zostaną wykorzystane w wojnie czy jedynie w celach cywilnych.

Mafia żywnościowo–zbrojeniowa

Już kilka miesięcy po wybuchu tej wojny okazało się, że rosyjski oddział francuskiej firmy Auchan dostarcza rosyjskiej armii jedzenie i środki higieny, wprost na front, do okopów. Wybuchł skandal, ale Auchan tłumaczył się, że ma przecież ważne kontrakty. Przyjęto to za wystarczające wyjaśnienie.

Ale co tam jedzenie. Okazało się, po zbadaniu zestrzelonych przez Ukraińców dronów, samolotów i helikopterów, że te rosyjskie „urządzenia awiacyjne” pełne są zachodnich elementów, bez których nie mogłyby latać. Gorzej, bo zbadano również czas ich produkcji, i okazało się, że te zachodnie części wyprodukowano całkiem niedawno, już w okresie obowiązującego embarga.

Jeszcze gorzej jest z rosyjskimi rakietami. Ostatnio pewna organizacja zajmująca się monitorowaniem tej wojny, wydała opinię, że około 8 procent części do rosyjskich rakiet wyprodukowano w USA. Nie podaję nazwy tej społecznej organizacji, bo też Amerykanie nie dementują tych rewelacji.

Niepełne embargo, czyli nic

Zachód nakłada na Rosję kolejne zakazy, zwane embargami. Lista towarów, których do Rosji eksportować nie wolno oraz tych, których z Rosji nie wolno sprowadzać rośnie, wydłuża się z każdym kolejnym embargiem. Te zakazy nigdy jednak nie były dla Rosji zbyt dotkliwe i nie osłabiły skutecznie ani rosyjskiej armii, ani gospodarki. Zachód tłumaczy się, że chodzi o to, aby Putin się opamiętał… Znaczy co? Czego naprawdę oczekują najbogatsze państwa Europy od Putina? Że przeprosi, wycofa się z zajętych terenów? A może jeszcze naprawi szkody.

Co i rusz jakiś polityk Francji lub Niemiec daje światu do zrozumienia – wprost lub nie wprost – że najlepiej by było, gdyby Ukraina zgodziła się na utratę swoich terytoriów, już zajętych przez Rosję, wtedy można by przystąpić do rozmów pokojowych. Jeżeli mamy takich sojuszników, to nasza przyszłość nie jest tak pewna jak się nam wydaje.

Kto jest najbardziej zadowolony z nakładanych przez Zachód zakazów handlu z Rosją? Oczywiście handlarze bronią. Bo ich „ceny zbytu” poszybowały w górę niebywale.

Tajni sojusznicy Rosji

Jak zachodnie części do rosyjskiej broni i uzbrojenia trafiają do dzisiejszego agresora, a przed tą wojną do głównego przeciwnika NATO?

Handlarze bronią i wszelkimi wojennymi akcesoriami tworzą właściwie rodzaj mafii. I jak to w mafii – konkurują ze sobą, ale też ściśle współpracują. Owszem, tajne służby mają wgląd w ich interesy, ale… po pierwsze niepełny, a po drugie nie wszystkie państwa – nawet te z NATO – są zainteresowane wstrzymaniem handlu z Rosją. Biznes to biznes, a wojna to tylko wojna – tak uważają niektórzy z dużych światowych graczy.

Okazało się, że handel bronią, choć teoretycznie kontrolowany przez duże państwa, jest rynkiem podziemnym. I nikt z producentów czy handlarzy nie chwali się na Facebooku czy Instagramie swoimi sukcesami.

Wystarczy, że ktoś – powiedzmy z Brazylii, Turcji czy Bangladeszu – kupi w USA, lub w Niemczech jakieś elektroniczne urządzenia. Powiedzmy czujniki i sterowniki, bądź elementy noktowizorów. Przeznaczeniem tych rzeczy mogą być pralki, zmywarki do naczyń, samochody, lornetki dla myśliwych, cywilne samoloty i helikoptery. Z pewnością zakup pierwotny musi być dokonany przez firmę zarejestrowaną w kraju, którego nie ma na liście zakazów, tworzonych przez ONZ lub USA.

Potem te niezbędne Rosji element rakiet i samolotów odbywają drogę po całym świecie, by w końcu trafić do Rosji właśnie. Czy ktoś jest w stanie śledzić tę drogę? Nie bardzo, tym bardziej, że wiele państw tzw. trzeciego świata ogłasza swą neutralność, co w praktyce oznacza, że nie interesują się z czego mają podatki lub łapówki.

Wszystko to byłoby wesołe, gdyby nie było bardzo smutne, że zacytuję mistrza Wyspiańskiego, który napisał w WESELU: „Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

Lepiej nie wiedzieć

Żeby nie było tak smutno, to teraz pozwalam sobie opowiedzieć mój ukochany, przedwojenny dowcip. Polscy pogranicznicy, tuż przy granicy z Niemcami łapią faceta z pełnym workiem na plecach.

– Co tam macie? – pyta dowódca patrolu.

– Żarcie dla psa – odpowiada przemytnik.

Strażnicy każą mu otworzyć worek, w środku znajdują papierosy i tytoń.

– To jest żarcie dla psa” – pyta dowódca patrolu.

– Ja mu niosę, nie chce, niech nie je – odpowiada przemytnik.

Czy światowi producenci uzbrojenia i części do urządzeń wojennych wiedzą, gdzie ostatecznie trafiają ich produkty? Myślę, że nie chcą wiedzieć.

 

WALTER ALTERMANN: Tępić błędy, ale zachować szacunek dla istoty ludzkiej

 Mam kolejny kwiatek w tłumaczeniu z angielskiego na nasze. W angielskim programie „Łowcy staroci”, emitowanym przez kanał Discovery Historia, handlarze antykami oglądają jakieś apteczne urządzenia, a lektor czyta, tłumacząc wypowiedź jednego z bohaterów: To jest sprzęt farmaceutyka.

Farmaceutyk od biedy może być jakimś lekarstwem wytworzonym przez farmaceutę, ale w programie chodziło o farmaceutę… Mój Boże Drogi, czegóż to ludzie nie wiedzą. Nieskończenie wiele, jak nieskończony jest wszechświat.

Jedzie czy kieruje

Kierujący rowerem spowodował kolizję – taką informację o zdarzeniu drogowym można było usłyszeć w Polsat News, 24.05.2023 r.

Nie wiem, dlaczego dziennikarze żywcem cytują komunikaty policji? Z lenistwa, ze zmęczenia?  A wystarczyło poświęcić minutę i zamienić kierował na jechał. I byłoby po polsku. Można oczywiście kierować samochodem, traktorem pociągiem czy czołgiem, bo są to urządzenia mechaniczne, które wymagają prowadzącego, operatora – jakby tej funkcji nie ująć.

Natomiast rower jedzie – pomijam rowery elektryczne – dzięki sile ludzkich mięśni. Oczywiście, że człowiek pedałuje i kieruje, ale w sumie jedzie! Lenistwo plus zadęcie na fachowość policyjną są okropne.

Taka to specyficzna specyfika

Nowe piłki mają inną specyfikację – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. I popełnia błąd. A to dlatego, że nie odróżnia specyfiki i specyfikacji. Przyjrzyjmy się zatem znaczeniu tych dwu bliźniaczych, ale innych.

Specyfikacja – 1. dokument wystawiony przez dostawcę towarów, dołączony do przesyłki, określający jej zawartość; 2. wykaz zakupionych towarów; 3. wyszczególnienie kosztów produkcji i kosztów handlowych związanych z obrotem przedsiębiorstwa, 4. daw. wyszczególnienie jakichś elementów całości.

Specyfika – szczególny i niepowtarzalny charakter czegoś.

Oba powyższe określenia mają wspólny źródłosłów, ale trzeba uważać. Tak jak nie należy mylić widoku z widocznością.

Co polskie, co miejskie i wojewódzkie

Zrobiło się ostatnimi laty tak, że z oszczędności czasy i miejsca – w przypadku prasy drukowanej – dziennikarze informują, że mamy już polski kościół, oraz ogromną ilość formacji policyjnych, straży ogniowych i straży granicznych…

Nagminnym zwrotem w mediach jest polski kościół. Tymczasem kościół rzymskokatolicki nie ma charakteru narodowego, a wręcz przeciwnie, jest on powszechny, czyli światowy. Na dowód przytaczam credo: Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół…

A jak powinni dziennikarze informować o kościele rzymskokatolickim? Najprościej, czyli mówiąc: Kościół rzymskokatolicki w Polsce zabrał głos w sprawie… Komisja episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wydał oświadczenie…

Równie denerwujące jest informowanie, że: Policja krakowska odniosła sukces… Policja jest państwowa! I jest jedną formacją na cały kraj i jedyną w całym kraju. Tym samym sukcesy odniosły – ewentualnie – komendy wojewódzkie w Łodzi, Warszawie czy Krakowie. Można też  powiedzieć: Policjanci z Krakowa odnieśli sukces.

Podobnie jest ze strażą ogniową, strażą graniczną i innymi służbami mundurowymi. Z wyjątkiem licznych straży miejskich. Te bowiem są tworami lokalnymi i działają na terenie przydzielonego im obszaru.

Ja wiem, że tak się potocznie, w uproszczeniu mówi: krakowska policja, polski Kościół… Ale nie upraszczajmy nazbyt tego świata. Bo w końcu stanie się prostacki.

Coś odkryto

Gazeta łódźpl. informuje, że w remontowanej łódzkiej kamienicy odkryto kamienny żleb dla koni. Nie ma żadnego żlebu dla koni, jest natomiast żłób, tak jak Jezusa po urodzeniu położono w żłobie.

Owszem istnieje żleb lub źleb, ale w geologii. Jest to wklęsła forma rynnowa ukształtowania terenu górskiego. Żleby mają niewyrównane dno o profilu zbliżonym do litery V. Słowo żleb pochodzi z gwary podhalańskiej, w której wymawiane jest jako źleb lub źlib.

Może też być, że w starej kamienicy odkryto kamienne koryto, poidło dla koni. Skąd ów piszący wziął ten żleb? Z niewiedzy zapewne.

Bynajmniej

Ze zdziwieniem usłyszałem jak ważna pani minister mówi: „Z tego co ja bynajmniej wiem…” Czyli przyznaje się, że nie wie, ale uważa, iż wie. A było to 24.05.2023 r. w TVP.

Słownikowo sprawę traktując, bynajmniej ma dwa znaczenia: 1. jest partykułą wzmacniającą przeczenie zawarte w wypowiedzi, np. Nie twierdzę bynajmniej, że jest to jedyne rozwiązanie. 2. wykrzyknik będący przeczącą odpowiedzią na pytanie, np. Czy to wszystko? – Bynajmniej.

A na zakończenie sprawy, pozwólcie Państwo, że przytoczę fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego, która ma tytuł właśnie BYNAJMNIEJ.

(…) On szeptał jej:

Za kim to, choć go wcześniej nie znałem,
Przez ciasny peron się przepychałem?
Za Panią, bynajmniej za Panią.
Przez kogo płonę i zbaczam z trasy,
Czyniąc dopłatę do pierwszej klasy?
Przez Panią, bynajmniej przez Panią!

Ta pani tego pana niszczyła
Przez cztery stacje co najmniej,
Zwłaszcza złośliwie zaś wyszydziła
Użycie słowa „bynajmniej”.
A on – cóż, w końcu nie był zbyt tępy,
Cokolwiek przygasł – to fakt,
Jednak ogromne zrobił postępy,
Mówiąc jej tak:

Człowiek czasami serce otworzy.
Kto go wysłucha? Kto mu pomoże?
Nie pani, bynajmniej nie pani
I kto, nie patrząc na tę zdania składnię,
Dojrzy, co człowiek ma w sercu na dnie?
Nie pani, bynajmniej nie pani
Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste:
Myśli są trzeźwe, słowa są ostre
I ranią, cholernie mnie ranią!
I wiem, że jeśli szczęście dogonię,
W cichej przystani kiedyś się schronię,
To nie z panią, bynajmniej nie z panią!

 

Dla mojego pokolenia ta piosenka niosła dwie nauki: 1. że bynajmniej jest przeczeniem; 2. żeby szanować ludzi i nie wyszydzać ich językowych błędów.

I tej zasady się trzymam, i choć tępię błędy dla dobra wspólnego, nie szydzę jednak z błądzących zwykłych, „niepublicznych” ludzi. Gdy jednak ktoś ma odwagę zabierać głos publicznie, gdy jest dziennikarzem, pełni istotne funkcje w aparacie władzy… Wtedy dla takich osób mam bardzo, bardzo ograniczoną pobłażliwość. Bo ci „ludzie publiczni” mają być wzorem i wzorcem dla wszystkich maluczkich.

 

Publicystyczna prowokacja, czy fakt? CEZARY KRYSZTOPA: Łatwo z Polakami

Miałem pisać o sprawie tzw. „Lex Tusk” (nazywam tę ustawę w ten sposób z innych powodów niż wszyscy, ale o tym niżej), ale okazało się to tylko jednym z objawów szerszego zjawiska, więc szerzej. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, mamy niedaleko za granicą wojnę. Taką prawdziwą. Z czołgami, samolotami i śmiercią. Agresorem w tej wojnie jest Rosja, która nauczyła nas w historii wielokrotnie, jak potrafi być wobec nas okrutna i bezwzględna.

Tym razem również regularnie straszy nas obrazami płonących polskich miast i krwi płynącej polskimi ulicami. I z całą pewnością używa, tak jak i wcześniej używała, swoich wpływów, żeby oddzyiaływać na sytuację w Polsce, na przykład podnosząc temperaturę sporów, żeby rozbić Polaków i ich determinację, która szczególnie ostatnio Kreml uwiera. I jak Polacy reagują?

Barachło, Lex Tusk

A na przykład, natychmiast kiedy tylko pod Bydgoszczą spada jakieś nieuzbrojone ruskie barachło, które według nieoficjalnych informacji, wiadomo było, że jest nieuzbrojone, jego lot był kontrolowany, a sprawy nie nagłaśniano, właśnie po to żeby uniknąć histerii, „wiodące media”, przypadkiem proniemieckie, albo zwyczajnie należące do niemieckich koncernów, natychmiast odpalają histerię i żądania dymisji. Mało? No to jeszcze minister Błaszczak wskazuje konkretnego podwładnego. Nic tylko na Polskę barachło zrzucać. W końcu zabraknie nam generałów.

Albo to tzw. „Lex Tusk”. Bo to jest „Lex Tusk”, ja nie wiem, dlaczego „wiodącym mediom”, kiedy się mówi o wpływach rosyjskich w Polsce, przychodzi zaraz na myśl Tusk, ale wiem, że to Tusk w październiku zeszłego roku wzywał Prawo i Sprawiedliwość do powołania komisji śledczej ws. rosyjskich wpływów, kiedy miał nadzieję, że choć każdy w miarę uczciwy intelektualnie, widzi, że to absurd, to uda mu się przykleić PiS-owi „prorosyjskość”. Więc ojcem tej komisji, tego prawa jest Donald Tusk, który swoim ze swoim dzisiejszym labiedzeniem, jest śmieszny. A histeria, którą rozpętał razem ze, znowu, proniemieckimi, lub wręcz należącymi do niemieckich koncernów mediami, uderza w pozycję polityczną Polski, w trudnym dla niej, również ze względu na rosyjskie wpływy na całym Zachodzie, momencie.

Osobną sprawą jest jakość samego projektu. Nie jestem prawnikiem, ale czytałem analizę Ordo Iuris i choć sam pomysł na badanie wpływów rosyjskich w Polsce uważam, za celowy, to naprawdę ktoś się powinien poważnie zastanowić. Podobno autorami ustawy są ludzie Premiera. Po doświadczeniach z Polskim Ładem czy kamieniami milowymi, bym się nie zdziwił.

Braun, spot

Mało? No to jeszcze Grzegorz Braun. Znany prowokator, „badacz Holocaustu”, za którego sprawą pół świata powtarza niepotwierdzony żadnymi badaniami fake news o tym, że „Polacy zabili 200 tysięcy Żydów”, Jan Grabowski, został użyty do prowokacji przeciwko Polakom w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie. Miał nas pouczać o „polskim narastającym problemie z historią Holocaustu”, tak jakby sam nie był tego problemu uosobieniem. I co w tym wszystkim robi Grzegorz Braun? Korzysta z metod lewackich jaczejek rozbijających wykłady i jak na zamówienie Grabowskiego i jego mocodawców, rozbija wykład Grabowskiego, przydając mu glorii ofiary, dając pożywkę antypolskim tubom propagandowym i potwierdzając ich tezy na temat Polaków.

Nadal mało? No to jeszcze PiS publikuje spot „w odpowiedzi” na durnego tweeta Lisa, w którym kojarzy marsz Tuska z Auschwitz i wywołuje oburzenie na całym świecie., jakby chciało powiedzieć – „Co? Nie da się bardziej przepalić tematu niż zrobił to Lis pisząc o komorach dla Dudy i Kaczyńskiego? Potrzymaj mi piwo!” i podgrzewając emocje zmobilizować jak największą liczbę uczestników marszu Tuska, tak aby stał się możliwie największym sukcesem frekwencyjnym.

Łączmy kropki

Jeszcze tylko brakuje, żeby na Pałacu im. Stalina w Warszawie wylądowali kosmici i zrobili na to wszystko kosmiczną kupę, bo praca polegająca na prowokowaniu Polaków, to jest jakaś bułka z masłem i tu chyba nie trzeba żadnych wielkich wpływów.

Wszystko to się dzieje w sytuacji, w której z jednej strony odchodzący niemiecki ambasador Thomas Bagger, ostrzega nas, że temat reparacji, to „otwieranie puszki Pandory” (tak, znamy groźby nt. „zwrotu ziem zachodnich”, które „powinny nam wystarczyć”) a mniej więcej w tym samym czasie przewodniczący rosyjskiej Dumy mówi, że „Polska powinna zwrócić ziemie zachodnie”. Taki zbieg okoliczności.

Mam więc taki postulat – może nieco mniej angażujmy się w nadmiarowe reakcje na prowokacje, a bardziej, skoro już aspirujemy do roli regionalnego mocarstwa, skupmy się na łączeniu kropek?