ŁUKASZ WARZECHA: Dlaczego nie pojechałem do Leszna

Miałem zaproszenie na „debatę” w Lesznie, ale nie zdecydowałem się z niego skorzystać. (Słowa „debata” nie sposób pisać bez cudzysłowu, również w odniesieniu do przedsięwzięcia w Końskich, firmowanego przez TVP.) To nie była prosta ani oczywista decyzja, jednak dylemat, przed którym stanąłem, ilustruje nie tak wcale rzadki problem dziennikarzy.

 

Gdy w sztabie Rafała Trzaskowskiego pojawił się pomysł zorganizowania „prezydenckiej areny” w Lesznie, było jasne, że jest to głównie odpowiedź na to, co robi TVP, a nie nagła chęć kandydata KO, by odpowiedzieć dziennikarzom na trudne pytania. Jasne jest, że Andrzej Duda nie ma za grosz zaufania do TVN, a Rafał Trzaskowski – do TVP. I to jest nieufność w obu przypadkach uzasadniona. Jasne jest też, że przy tak małej różnicy w sondażach pomiędzy oboma kandydatami uczestnictwo w debacie niesie z sobą większe ryzyko niż potencjalny zysk. Podobnie jasne było, że obaj kandydaci będą się starali dowieść, że nie uciekają tchórzliwie przed pytaniami, lecz że tchórzy rywal.

 

Nikt nie ma wątpliwości, że TVP to środowisko przyjazne urzędującemu prezydentowi, a nieprzyjazne Trzaskowskiemu. Ten pierwszy zatem, pojawiając się w Końskich, nie dowodzi swojej szczególnej odwagi, ale może twierdzić, że Trzaskowski nie jest w stanie poradzić sobie w niesprzyjających warunkach. To jest oczywiście argument obosieczny (wszak Andrzej Duda odmówił udziału w debacie TVN i portali internetowych), ale nie ma to znaczenia, bo każda ze stron nadaje do swoich, starając się ich zmobilizować.

 

Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że formuła zaproponowana przez sztab Trzaskowskiego mogłaby być dla kandydata większym wyzwaniem. Dziennikarze różnych redakcji, zadający nieuzgodnione pytania – to mogłoby być ciekawe. Pod warunkiem wszakże, że wśród pytających znaleźliby się również przedstawiciele mediów krytycznych, także wręcz wrogich wobec kandydata PO.

 

Rozważając, czy wziąć w tym przedsięwzięciu udział, musiałem rozstrzygnąć dylemat. Z jednej strony moim obowiązkiem jako dziennikarza jest w miarę możliwości surowo egzaminować polityków – tu miałbym taką okazję. Bez trudu mógłbym przygotować przewidziane dwa pytania. Zapytałbym na przykład o to, jak Trzaskowski zamierza sfinansować swoje obietnice wyborcze oraz czy planuje obniżki podatków, a jeśli tak, to jak zamierza uzupełnić wynikające z nich ubytki w budżecie lub ewentualnie zmniejszyć odpowiednio wydatki.

 

Z drugiej jednak strony miałem pełną świadomość, że głównym celem przedsięwzięcia w Lesznie nie jest solidne przeegzaminowanie kandydata – to może się stać niejako przy okazji – ale stworzenie wrażenia, że Rafał Trzaskowski nie boi się trudnych pytań. To wrażenie byłoby tym mocniejsze, im więcej dziennikarzy z mediów konserwatywnych wzięłoby w spotkaniu udział. Diabelski paradoks: dziennikarze mediów o innej niż kandydat linii mieli autentyczną szansę zadać mu wiele niełatwych pytań, jednocześnie biorąc udział w przedwyborczej grze przepytywanego. Czy skórka jest warta wyprawki?

 

To jest bardziej generalne pytanie, przed którym stają na przykład dziennikarze, otrzymujący od polityków ciekawe i ważne informacje. Mają przecież świadomość, że mogą być elementem w jakiejś rozgrywce, a opublikowanie tych informacji jest w interesie dostarczającego je. Publikować zatem czy nie? Mówię tu oczywiście o prawdziwych dziennikarzach, którzy wciąż starają się kierować interesem publicznym, a nie partyjnym. Bo ci ostatni nie mają żadnych wątpliwości – są po prostu pasem transmisyjnym od polityków do opinii publicznej.

 

Wracając do Leszna – z mojego punktu widzenia kluczowe było, czy na spotkaniu pojawią się dziennikarze z tytułów i stacji wyraźnie wobec opozycji krytycznych: „Sieci”, wPolityce, TV Trwam, „Gość Niedzielny”, „Tygodnik Solidarność”, Radio Maryja. Spotkanie, które było zaplanowane głównie jako część wyborczej gry, mogłoby wówczas nieść z sobą jakąś autentyczną wartość. Kandydat nie miałby wprawdzie naprzeciw siebie oponenta, ale krytyczne media częściowo przejęłyby jego rolę. Byłaby to zatem namiastka prawdziwej debaty, może nawet wartościowsza niż to, co miało się odbyć w Końskich. Niestety, ostateczny skład dziennikarski okazał się daleki od takiego zrównoważenia.

 

Nie znaczy to, że w jakiś sposób postponuję moje koleżanki i kolegów z redakcji, które postanowiły wziąć udział w spotkaniu w Lesznie. Redakcje mają zresztą pełne prawo mieć swoje linie. Problem w tym, że w tej sytuacji impreza miała szansę bardziej przypominać zwykłą konferencję prasową. Mój zaś w niej udział w pewien sposób legitymizowałby przedsięwzięcie z niespecjalnie zrównoważonym składem.

 

Nie przesądzam tutaj, jakie były przyczyny owego niezrównoważenia. O ile wiem, sztab Trzaskowskiego – mimo pierwszego oświadczenia Cezarego Tomczyka, w którym lista zaproszonych redakcji była mocno wybiórcza – faktycznie zwracał się również do redakcji z drugiej strony, między innymi do wPolityce i TV Trwam. Czy występował też do innych, wcześniej przeze mnie wymienionych – nie wiem. Nie wiem też, dlaczego poszczególne z nich nie zdecydowały się wziąć udziału i nie chcę na ten temat spekulować.

 

Szkoda, że kwestia starcia kandydatów uległa czysto taktycznym kalkulacjom. W gruncie rzeczy obie strony wymyśliły potencjalnie ciekawe formy spotkania, które można by nawet spróbować połączyć. Głosy zwykłych ludzi plus pytania dziennikarzy od prawej do lewej – to naprawdę może być dobry pomysł na debatę przed drugą turą w którychś przyszłych wyborach. Na pewno jednak nie da się tego zorganizować przy tak głębokim politycznym zaangażowaniu dwóch spośród trzech największych stacji telewizyjnych.

 

Łukasz Warzecha

Ks. ARTUR STOPKA: Pandemia i zapomniana misja mediów

Od prawie sześciu miesięcy za sprawą pandemii COVID-19 mass media zajmują niezwykle istotne miejsce w funkcjonowaniu ludzkich społeczności na całym świecie. Nie wszędzie jednak wypełniają swe ważne zadania.

 

Pandemia stała się wyjątkowym wydarzeniem ingerującym w liczne sfery ludzkiego życia na ziemi. Postawiła nowe zadania lub spowodowała, że charakter i intensywność podejmowanych dotychczas uległy radykalnej zmianie. Wśród dziedzin, które w związku z pandemią stanęły wobec szczególnych wyzwań, znalazły się mass media. W sytuacji tak nietypowej, jaką okazała się epidemia COVID-19 i zastosowane wobec niej środki zaradcze, znaczenie mediów gwałtownie wzrosło. Upłynęło już prawie pół roku funkcjonowania świata w nowej rzeczywistości. Warto przyjrzeć się, w jakim stopniu media zdołały dotychczas sprostać oczekiwaniom i potrzebom. Czy czegoś istotnego nie pominęły?

 

Towar pożądany

 

Statystyki pokazują, że dla dużej części mediów czas pandemii łączył się z gwałtownym wzrostem zainteresowania i liczby odbiorców. W specyficznej sytuacji znalazły się media drukowane (głównie te, które nie są dziennikami), gdyż narzucone obostrzenia radykalnie utrudniły im normalne funkcjonowanie i docieranie do czytelników. Raz jeszcze okazało się, że dla wielu z nich przejście z papieru do sieci nie jest proste ani oczywiste. W Polsce boleśnie przekonały się o tym m. in. periodyki kościelne, dystrybuowane przez sieć parafialną. Ale nie tylko one. Właśnie w czasie pandemii swoją drukowaną wersję utracił jeden ze świeckich tygodników opinii. Skutki wirusa okazały się dla niego kroplą przelewającą czarę.

 

Warto zauważyć, że w efekcie epidemii ucierpiały na polskim rynku raczej (w sporej części papierowe) media komentujące i objaśniające rzeczywistość, natomiast boom odnotowały te, które skupiają się na szybkim dostarczaniu informacji. To ona okazała się towarem szczególnie pożądanym przez odbiorców w tym trudnym czasie. Pytanie jednak, czy w pogoni za zaspokajaniem zwiększającego się raptownie popytu nie poświęcono jej jakości.

 

Świat w parafii?

 

Jedną z cech charakterystycznych sposobu informowania w naszym kraju o pandemii było i jest niemal wyłączne skoncentrowanie się na sytuacji w Polsce. Widać to szczególnie wyraźnie w ostatnich tygodniach, gdy liczba zakażeń u nas jest w miarę stabilna, a w wielu innych miejscach ziemskiego globu (zwłaszcza za Oceanem) bite są kolejne dzienne rekordy zachorowań i zgonów spowodowanych wirusem. To zawężenie perspektywy w myśl zasady „koszula najbliższa ciału” być może zgodne jest z emocjonalnym podejściem sporej części odbiorców, jednak w tle niesie niekorzystne skutki społeczne. Między innymi przez odwracanie uwagi od globalnego charakteru zjawiska. Niejako „przy okazji” umacnia partykularny egoizm.

 

Takie podejście ogromnej części krajowych mediów do pandemii może być skutkiem błędnego, a raczej powierzchownego odczytania rzeczywistych potrzeb i zainteresowań odbiorców. Być może mamy do czynienia z kolejną realizacją mechanizmu, który opisał już Stanisław Wyspiański w „Weselu”. Nie wszyscy pamiętają, w jakim kontekście i przez kogo wygłaszane są słowa „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. Tak postrzega społeczeństwo dziennikarz. To on jest przekonany, że dla jego rozmówcy w granicach parafii świat jest „aż dosyć szeroki”.

 

Odbiorcy bez pomocy

 

Sposób i zakres mówienia przez media o pandemii ma ścisły związek z ich drugą, oprócz informacyjnej, funkcją. Można odnieść wrażenie, że zwłaszcza wobec tego globalnego zjawiska w Polsce o niej wielu twórców i dysponentów przekazu zapomniało. Nie ma podstaw, by zakładać, że świadomie konstruowano treści w sposób ograniczający spojrzenie na problem i przez to przynoszący dalekosiężnie niekorzystne skutki. Skupiono się na zaspokajaniu jednej grupy potrzeb, nie unikając przy tym, niestety, infodemii. Nie tylko media społecznościowe, ale również część tradycyjnych, nie ustrzegło się przed upowszechnianiem plotek, pogłosek i niesprawdzonych materiałów związanych z COVID-19. Takie działania mają negatywny wpływ na świadomość i wiedzę odbiorców, skutkują także niepożądanymi i szkodliwymi zachowaniami niejednokrotnie bardzo dużych części społeczeństwa.

 

Zapominanie o formacyjnej misji mediów nie jest niczym nowym. Jednak w czasie tak ogromnego kryzysu, jaki dla ludzkości jest pandemia, jej brak w środkach komunikacji okazuje się poważną dolegliwością. Pozbawiona pogłębienia, podawana w nadmiarze i chaotycznie, niejednokrotnie nierzetelna, a czasami nieprawdziwa informacja sprawia, że odbiorcy muszą się z nią zmierzyć w osamotnieniu i bez pomocy. Natłok powierzchownych danych skłania do płytkiego i ograniczonego jedynie do emocji odbioru. Kształtuje jednak równocześnie postawy. Nie tylko wobec zjawiska, ale również wobec ludzi, którzy się z nim kojarzą.

 

Od wdzięczności do hejtu

 

Jak bardzo brak formacyjnych działań ze strony mediów może nawet w krótkim czasie zaszkodzić pokazała sprawa podejścia części polskiego społeczeństwa do pracowników służby zdrowia. Po akcji naskórkowych gestów wdzięczności pojawiła się fala hejtu, a nawet fizycznej agresji wobec lekarzy, ratowników medycznych, pielęgniarek pracujących z zakażonymi lub tylko o to podejrzewanych. Ze strony mass mediów zabrakło skutecznego i trwałego uświadomienia odbiorcom rzeczywistej skali wysiłku i poświęcenia ze strony medyków w walce z chorobą. Działania, które przełożyłoby się na zachowania i podejścia do sprawy milionów przestraszonych ludzi.

 

Pod koniec tegorocznego czerwca w ciągu zaledwie tygodnia ze Strony Stolicy Apostolskiej pojawiły się dwie ważne wypowiedzi przypominające o formacyjnej, a nie tylko informacyjnej misji mass mediów. Obydwie nawiązywały również do pandemii. Jedna to oświadczenie Stolicy Apostolskiej przedstawione na forum OBWE w Wiedniu, druga, to przesłanie papieża Franciszka na tegoroczną  Konferencję Mediów Katolickich organizowaną przez włoskie Stowarzyszenie Prasy Katolickiej. „Doświadczenie ostatnich miesięcy pokazało, jak istotna jest misja mediów w zbliżaniu ludzi, skracaniu dystansu, dostarczaniu niezbędnych informacji oraz otwieraniu umysłów i serc na prawdę” – stwierdził między innymi Papież. Jak podał serwis Vatican News, Franciszek  podziękował wszystkim dziennikarzom, którzy pomimo zagrożenia koronawirusem, pracowali na rzecz swoich braci i sióstr w potrzebie. Co więcej, podkreślił, że poczucie wspólnoty pomiędzy ludźmi wyłoniło się paradoksalnie z doświadczenia społecznego dystansu narzuconego przez pandemię.

 

Formacyjna, w tym wspólnototwórcza, misja środków społecznego komunikowania jest potrzebna zawsze, jednak w takich sytuacjach, jak pandemia, okazuje się po prostu niezbędna. Nie może schodzić na drugi plan. Jej zaniedbywanie może przynieść fatalne skutki. Dlatego trzeba o niej pamiętać i przypominać tym ludziom mediów, którzy w ferworze codziennych działań o niej zapominają.

 

ks. Artur Stopka

Wysoko zawieszona poprzeczka – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o Głównej Nagrodzie Wolności Słowa SDP

Czy Główna Nagroda Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich to istotny element w rozwoju dziennikarskiej kariery? Jakie doświadczenie zawodowe mieli dotychczasowi laureaci? Co zmieniło się u ubiegłorocznego zwycięzcy – Wojciecha Biedronia?

 

Wolność słowa

 

W 1990 roku polski parlament przyjął ustawę o uchylaniu ustawy o kontroli publikacji i widowisk, zniesieniu organów tej kontroli oraz o zmianie ustawy prawo prasowe[1] Na jej mocy przestał istnieć Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk. Trzydzieści lat przyzwyczaiło odbiorców do niezależności mediów. Choć środowiska postkomunistyczne dość szybko zaczęły głosić, że cenzura w PRL wcale nie ograniczała prawa do wypowiedzi, a jedynie dbała o artystyczną jakość i nie pozwalała na funkcjonowanie szmiry w przestrzeni publicznej… Na szczęście takie prace jak: „Wielka księga cenzury PRL w dokumentach” Tomasza Strzyżewskiego (2015 r.), „Knebel. Cenzura w PRL-u” Błażeja Torańskiego (2016 r.), czy ze starszych pozycji „Cenzura wobec humanistyki” Stanisława Żaka (1996 r.) przypominają, jak było naprawdę. W społeczeństwach demokratycznych media mają możliwość, z której nie zawsze korzystają, pełnienia roli czwartej władzy. Ciąży też na nich wielka odpowiedzialność za to, co z ową wolnością robią. Pytania o autocenzurę, o wpływ linii redakcyjnych na podejmowanie określonych tematów, czy znaczenie słupków sprzedaży dla poruszanych wątków, to wyzwania nie tylko dla obecnego i kolejnych pokoleń dziennikarzy. Główna Nagroda Wolności Słowa przyznawana od 1999 roku przez Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, która „dotyczy publikacji w obronie demokracji i praworządności, demaskujących nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka[2] przypomina o odpowiedzialności ludzi mediów za każdy z tych aspektów. Pokazuje dobre wzorce. Wyróżnia odważne postawy i konsekwentne dążenie do „odkrywanie tego, co ukryte”, jeśli odwołać się do etymologii terminu aletheia oznaczającego prawdę w starożytnej grece. Czy jest też silnym elementem w rozwoju kariery dziennikarskiej? Bardziej ugruntowuje pozycję, czy stanowi trampolinę do zawodowego sukcesu?

 

Znaczenie nagród w wizerunku zawodowym

 

Zgodnie z obszernym Raportem „CV okiem rekruterów”, który w 2015 roku przygotował Pracuj.PL, osoby odpowiedzialne za zatrudnianie nowych pracowników zaczynają analizę dokumentów od doświadczenia zawodowego, a największe znaczenie mają w tym wypadku trzy ostatnie miejsca zatrudnienia. W dalszej kolejności patrzą na dane osobowe, wykształcenie, znajomość języków obcych, deklarowane umiejętności, ukończone kursy i szkolenia[3]. Analiza dotycząca coraz popularniejszej rekrutacji na portalach społecznościowych, którą w skali globalnej przygotowało Adecco wskazuje jednak, że informacje o zdobytych nagrodach zajmują w środowisku specjalistów od zatrudnienia drugie miejsce, tuż po doświadczeniu, a zwraca na nie uwagę 45% rekruterów[4]. Na popularnym portalu dla profesjonalistów – LinkedIn – nagrody znajdują się dopiero w piątej części profilu zawodowego, w sekcji: osiągnięcia, czyli w tym samym miejscu, w którym wpisujemy ukończone kursy. Z perspektywy tego medium społecznościowego pierwsze miejsca zajmują: doświadczenie, wykształcenie, licencje i certyfikaty oraz umiejętności potwierdzone przez innych użytkowników. Specjalistka w zakresie rekrutacji Agata Gołąb zauważyła jednak, że dla fachowców w dziedzinie pozyskiwania kadr istotna jest „zgodność elementów kluczowych dla danego stanowiska z danymi zawartymi w dokumentach aplikacyjnych[5]. Nagrody, zwłaszcza te przyznawane przez środowisko branżowe, czyli takie, które potrafi w sposób wiarygodny ocenić czyjąś pracę, należą do elementów wzmacniających pozytywny wizerunek zawodowy.

 

Ugruntowanie pozycji i misja

 

Nagroda Główna Wolności Słowa przyznawane jest od końca XX wieku. Analizując grono osób, którym przyznano te prestiżowe laury, łatwo zauważyć, że otrzymują je dziennikarze doświadczeni. Pierwsza z wyróżnionych – Irena Piłatowska za materiał Prawda odwrócona wykonany dla Polskiego Radia, była w zawodzie od 17 lat. Krzysztof Gottesman (jeden z nagrodzonych w 2000 r. za Raport o telewizji dla dziennika „Rzeczpospolita”) karierę zaczynał jeszcze w „Tygodniku Solidarność”. Również reprezentujący młodsze od poprzedników pokolenie Michał MajewskiPaweł Reszka nie należeli do grona redakcyjnych nowicjuszy (nagroda w 2001 r. za materiał: Skandal gazowy dla „Rzeczpospolitej”). Podobnym doświadczeniem legitymował się Bertold Kittel, pierwszy raz nagrodzony w 2004 roku, za materiały dla „Rzeczypospolitej”: Towarzystwo wzajemnych inwestycji oraz Tajne konta Jamrożego i Wieczerzaka. Bogate doświadczenie zawodowe w momencie otrzymania Nagrody Głównej Wolności Słowa miały też laureatki – Anita Gargas (2011 rok za materiał Katastrofa Smoleńska dla TVP) i Joanna Lichocka, dziś poseł na Sejm RP, nagrodzona po raz pierwszy w 2012 roku za publikację Pogarda w „Gazecie Polskiej”. O to, jaką rolę w karierze dziennikarza odgrywa dziś ten laur, pytamy ubiegłorocznego laureata Wojciecha Biedronia, który uzyskał ją za tekst Jak mafia rządziła Warszawą” opublikowany w tygodniku „Sieci”.

 

Rok po nagrodzie

 

Przede wszystkim nigdy nie myślałem o dziennikarstwie w kategoriach kariery. Dla mnie to wciąż najpiękniejsza przygoda życia. Cały czas uważam się przede wszystkim za reportera, a najbardziej zależy mi, żeby moje materiały wzbudzały dyskusję nie tylko w mediach, czy debatę polityczną, ale tę najważniejszą – społeczną – mówi Wojciech Biedroń.

 

W ubiegłym roku po otrzymaniu Nagrody Głównej Wolności Słowa mówił pan, że ten laur jest dla pana: „Wielką radością i wielkim wyróżnieniem przypadającym w dość symbolicznym dla mnie momencie dwudziestolecia pracy dziennikarskiej”[6]. Jak pan ocenia to wydarzenie z rocznej perspektywy?

 

Szczerze? Nigdy nie liczyłem na tę nagrodę. To dla mnie największa niespodzianka ubiegłego roku. Faktycznie 2018 rok obfitował w głośne materiały mojego autorstwa, ale gdyby nie znajomy, który namówił mnie do przesłania swoich tekstów, nigdy bym tego nie zrobił. Złożyłem je zresztą w ostatnim dniu. To jest wielki zaszczyt, wielki laur. Uważam, że to największe co osiągnąłem w tym zawodzie. Jestem bardzo krytycznie nastawiony do efektów swoich prac. Teraz patrzę na dotychczasowe dokonania spokojniejszym okiem.

 

Nie spodziewał się pan laurów?

 

Nie. Gdyby dwadzieścia lat temu, na początku mojej dziennikarskiej kariery, ktoś powiedział, że otrzymam tak prestiżowe wyróżnienie, a laudacje odczyta sam Jerzy Jachowicz, to bym go po prostu wyśmiał. Tę chwilę będę pamiętał do końca życia.

 

Jaką rolę odgrywa w pana ocenie Główna Nagroda Wolności Słowa w rozwoju zawodowym?

 

Ujmę to tak – zawodowo nigdy nie czułem się lepiej. To jest wielkie dowartościowanie. Bardzo mocno mobilizuje do pracy. Czuję, że wysoko zawiesiłem sobie poprzeczkę, ale też, że zapisałem się w dziejach polskiego dziennikarstwa. Nawet jakby miał o tym świadczyć jedynie protokół jury. Nie każdy ma zaszczyt usłyszeć od przedstawicieli swojego środowiska: widzimy, że „gryziesz ziemię”, że frustrujesz się tym zawodem, tę twoją pełnię zaangażowania.

 

Co zmieniło się przez ten rok?

 

Byłem częściej i mocniej atakowany niż dotychczas (śmiech).

 

Czy Nagroda Wolności Słowa to bardziej ugruntowanie pozycji zawodowej, czy może pozytywny kop w górę?

 

Potwierdzenie przez środowisko rezultatów swojej pracy. W mojej ocenie, żeby otrzymać taki zaszczyt trzeba być przynajmniej od dziesięciu lat w zawodzie. Wrócę na chwilę do mojego postrzegania kariery w dziennikarstwie. Nie wyobrażam sobie, żeby analizować własne dokonania w kategoriach: w tym roku osiągnąłem to, a w tamtym mniej, a w przyszłym zdobyto to i tak dalej. Ten zawód jest pomysłem na życie a nie pracą w korporacyjnym stylu.

 

Korzystanie z prawa do wolności

 

Wojciech Biedroń, który, przypomnijmy, Główną Nagrodę Wolności Słowa otrzymał na dwudziestolecie swojej kariery zawodowej, zwraca uwagę na tak istotne elementy tego wyróżnienia, jak: mobilizacja, świadomość wysoko zawieszonej poprzeczki, docenienie dokonań i ugruntowanie pozycji w środowisku. Z analizy grona wcześniejszych laureatów wynika, że trzeba mieć bogate doświadczenie, by na ten zaszczyt zasłużyć. I niech tak zostanie, bo każda dziedzina potrzebuje mieć swoje „wzorce miary”, a te przychodzą z konsekwentnym rozwojem.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Dziennik Ustaw z 1990 r. Nr 29 poz. 173.

[2] https://sdp.pl/rusza-27-edycja-konkursu-o-nagrody-sdp-2019/ – dostęp 19/.06.2020 r.

[3] Raport Pracuj.PL CV okiem rektutera 15 maja 2015 r.

[4] Raport Adecco Rekrutacja na portalach społecznościowych 2014 r.

[5] A. Gołąb, Rekrutacja w pigułce – na co rekruter zwraca uwagę, „Doradca Zawodowy”, 2014, Nr 3, s. 42.

[6] https://sdp.pl/motywuje-mnie-chec-dotarcia-do-prawdy-rozmowa-z-wojciechem-biedroniem-laureatem-glownej-nagrody-wolnosci-slowa-w-2019-r/ – dostęp 23.06.2020 r.

Kościół zdigitalizowany – Ks. MARIUSZ FRUKACZ o parafialnych inicjatywach w sieci

Kościół katolicki w Polsce powinien wciąż wykorzystywać nowe technologie w ewangelizacji. Pomogły one w czasie pandemii zachować kontakt wiernych z parafiami, duszpasterze nie powinni z nich rezygnować także teraz, gdy wierni wracają do świątyń.

 

W okresie pandemii, po ogłoszeniu ograniczeń w liczbie wiernych w kościołach wiele parafii wystartowało z różnymi inicjatywami online. Duszpasterze wykorzystali nowe środki społecznego przekazu do kontaktu ze swoimi wiernymi. I nie chodzi tutaj tylko o transmisję Mszy świętych. Kapłani podjęli wiele inicjatyw ewangelizacyjnych. Powstało sporo fanpage‘ów ewangelizacyjnych na Facebooku i kanałów na YouTube. I to jest warte odnotowania.

 

Równocześnie w okresie pandemii tradycyjna prasa katolicka borykała się ze spadkiem sprzedaży, choćby z racji braku wiernych w świątyniach. Dlatego Kościół wykorzystując nowe technologie, podjął ważny krok, szczególnie dla młodego pokolenia. I moim zdaniem, Kościół powinien podtrzymać te inicjatywy ewangelizacyjne. Warto też zwrócić uwagę na to, że prasa katolicka w okresie pandemii zwiększyła jeszcze bardziej swoją obecność w świecie online. Ruszyły kampanie typu: „Kup nas, nie wychodząc z domu” i inne.

 

Narzędzie w szerzeniu wiary

 

Nasze społeczeństwa są często dzisiaj określane jako „społeczeństwo epoki informacji”, „kultura środków społecznego przekazu” czy „pokolenie mass-mediów”. Kiedy obserwujemy dobrze świat współczesny, łatwo w nim zauważyć, że media odgrywają ogromną rolę, stają się w pewien sposób częścią naszego życia. Trudno dzisiaj wyobrazić sobie rodzinę bez telewizora, młodego człowieka bez komputera, tableta, czy też bez smartfonu. Trudno wyobrazić sobie parafię, choćby bez strony w internecie czy profilu na Facebooku. W świecie współczesnym nastąpił ogromny przewrót w dziedzinie środków społecznego przekazu.

 

Dlatego w rzeczywistości parafii obok metod tradycyjnych, jak świadectwo życia, nauka religii, kontakt osobisty, pobożność ludowa, liturgia i inne obrzędy, bardzo ważnym środkiem ewangelizacji, katechezy i skuteczności duszpasterstwa stały się obecnie środki społecznego przekazu. Do nich w rzeczywistości parafialnej, obok prasy katolickiej, biuletynu parafialnego, gablotki informacyjnej, należą również: strona internetowa parafii, kanał na YouTube, czy fanpage na Facebooku. Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Zwróćmy uwagę na internet, który jak podkreślał Jan Paweł II: „nie tylko dostarcza materiały służące większej informacji, ale przyzwyczaja osoby do komunikacji interaktywnej. Wielu chrześcijan korzysta już w sposób twórczy z tego nowego narzędzia, wykorzystując jego możliwości w ewangelizacji, wychowaniu, wewnętrznej komunikacji, zarządzaniu i rządzeniu”.

 

Kościół katolicki w Polsce powinien wciąż wykorzystywać nowe technologie w ewangelizacji. Pomogły one w czasie pandemii zachować kontakt wiernych z parafiami, duszpasterze nie powinni z nich rezygnować po tym, jak wierni wrócą do kościołów. Zwłaszcza, że wiele inicjatyw jest bardzo ciekawych. Jeden z kapłanów archidiecezji częstochowskiej prowadzi w mediach społecznościowych profil “Ewangelia #pokatolicku”. Również jeden z proboszczów każdego dnia kontaktował się ze swoimi wiernymi przez swojego fanpage’a na Facebooku, przekazując im krótką refleksję nad tekstem Ewangelii. I czyni to nadal, chociaż wierni zaczęli wracać do kościoła. W parafii św. Stanisława, biskupa i męczennika, w Częstochowie była każdego dnia transmitowana wspólna modlitwa, nie tylko Msza św., na Facebooku.

 

Nowe strony internetowe parafii

 

Można zaobserwować, że w okresie pandemii duszpasterze uzupełnili znacznie, albo nawet stworzyli zupełnie nowe strony swoich parafii w internecie. Np. strona parafii św. Brata Alberta w Częstochowie https://parafiabrataalberta.com.pl/  zawiera już nie tylko informacje z życia parafii, tak jak to było do pandemii,  ale aktualnie wierni mogą zapoznać się tam także z ofertą telewizji katolickich i przez linki śledzić materiały i informacje tych stacji telewizyjnych. Na tej samej stronie ksiądz proboszcz dał możliwość swoim wiernym korzystania z Biblii i Katechizmu Kościoła Katolickiego online. Na stronie pojawiła się oferta dla rodziców, dzieci i młodzieży. Wierni mogą znaleźć również odpowiedzi na trudne pytania o wiarę. Ponadto na stronie zamieszczane są regularnie inicjatywy Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, co jest zapewne ułatwieniem także dla tygodnika w dotarciu do wiernych. Warto zauważyć, że strona ta jeszcze w lutym br. miała 3 tys. wyświetleń, a po uzupełnieniach i wprowadzeniu nowych propozycji ewangelizacyjnych ma ponad 13 tys. odwiedzających.

 

Technologia nie zastąpi sakramentów

 

Widzimy jasno, że nowe media pomogły w czasie pandemii Kościołowi utrzymać kontakt z wiernymi, kiedy ci nie mogli przychodzić do świątyni na Mszę św. Ponadto działalność Kościoła online to narzędzie w szerzeniu wiary, a technologia służy ewangelizacji, to jednak nie zastąpi ona bezpośredniego udziału w sakramentach. Chociaż dzisiaj Kościół, i w pewien sposób każdy z wiernych, jest odpowiedzialny za dzieło ewangelizacji w sieci i za budowanie wspólnoty katolickiej w tej wirtualnej przestrzeni. I można dostrzec, że w okresie pandemii wielu księży pięknie podjęło i nadal realizuje to zadanie. Jednak, zwłaszcza kapłani muszą uważać na jedno niebezpieczeństwo, aby nie odczuwali potrzeby bycia celebrytą w sieci. To jest również problem, który dzisiaj trzeba sobie postawić, gdy chcemy, aby Kościół nie rezygnował z bycia w sieci, gdy już wierni powrócą do świątyń.

 

Bardzo ważne, moim zdaniem, jest  przemyślenie obecności orędzia chrześcijańskiego w sieci (tzw. cyberteologia). Pytania dotyczące „cyberteologii”, czyli obecności chrześcijaństwa i jego orędzia w świecie internetu, postawił już jakiś czas temu jezuita o. Antonio Spadaro.   Pozostają pytania m.in. o to, czy internet zmienia nasz sposób myślenia? Czy sieć jest „narzędziem” czy raczej już „przestrzenią”, w której żyjemy? Czy sieć, zmieniając nasz sposób życia i myślenia, nie zmieni również sposobu rozumienia i przeżywania wiary? Jaki więc wpływ ma sieć na sposób rozumienia Kościoła i kościelnej komunii? I jaki ma wpływ na wyobrażenie o Objawieniu, łasce, liturgii oraz sakramentach?

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

ŁUKASZ WARZECHA: Marzenie o wspólnej debacie

Piszę ten tekst jeszcze przed środową debatą kandydatów na prezydenta, którą organizuje TVP. Piszę z poczuciem dużego zawodu: rzetelna, prowadzona na neutralnym gruncie, satysfakcjonująca dla widzów i zawierająca element prawdziwej dyskusji debata prezydencka powinna być standardem, który jednak w Polsce najwyraźniej się zdegenerował.

 

Dobrą tradycją było organizowanie debaty prezydenckiej wspólnie przez trzy największe stacje telewizyjne – TVP, TVN i Polsat. Tak było jeszcze w 2010 r. (w czasie, gdy TVP rządziła wciąż koalicja PiS-SLD-PSL). Pięć lat później wspólną debatę zorganizowały już tylko TVP i Polsat. W tym roku o wspólnej debacie w ogóle już nie ma mowy. Wszystkie media, które miały organizować swoje przedwyborcze spotkania, rezygnują. Zostaje jedynie TVP, która ma obowiązek debatę zorganizować.

 

Właściwie trudno się dziwić – nie bardzo mogę sobie wyobrazić uzgodnienie wspólnych zasad przez trzy stacje telewizyjne przy takim poziomie podziałów, jaki dziś mamy, także w mediach. Nie sposób sobie przedstawić stojących obok siebie prowadzących z TVP i TVN, które na co dzień są swoimi antytezami i zajadle się wzajemnie atakują.

 

Tymczasem gdy organizatorami debat były trzy największe stacje telewizyjne, dawało to walor uspokojenia atmosfery. Wymuszało konsens, gdy idzie o przygotowanie pytań i sposób traktowania kandydatów. Pokazywało też – co ma niebagatelne znaczenie – że największe polskie telewizje są w stanie połączyć siły przy realizacji ważnego celu medialnej misji – bo takim jest rzetelne przepytanie kandydatów na prezydenta. Dziś wojna jest totalna. Miejsca na porozumienie nie ma.

 

Rezygnacja z takiego modus operandi sprawiła, że tym razem każdy chciał mieć swoją debatę – lecz nie w każdej chcieli uczestniczyć dwaj najważniejsi kandydaci. Zresztą nawet gdyby do debat „Newsweeka” czy TVN miało dojść, musiałoby się pojawić pytanie o ich sens w sytuacji, gdy do wyborów pozostało półtora tygodnia. Nadmiar debat rozmyłby ich znaczenie i – tu trzeba zrozumieć głównych kandydatów – wystawiałby przede wszystkim faworytów na dodatkowe i z ich punktu widzenia zbędne ryzyko wpadki. Tak bowiem jest z debatami przed wyborami prezydenckimi, ale też parlamentarnymi (gdy występują przedstawiciele komitetów wyborczych): najbardziej zależy na nich tym, którzy w sondażach są dalej, a najmniej tym, którzy prowadzą. Ci bowiem mają najwięcej do stracenia. Również z tego punktu widzenia jedna wspólna debata najważniejszych stacji telewizyjnych byłaby rozsądnym wyjściem. Nawet prowadzący w wyścigu nie mogliby się od tego jednego starcia wymigać, a słabsi mieliby również swoją szansę.

 

Wygląda tymczasem, że zostaliśmy z jedną debatą. W momencie, gdy piszę ten tekst, nie wiadomo jeszcze, czy weźmie w niej udział Rafał Trzaskowski. Nie jestem zaskoczony wahaniami jego sztabu, choć decyzja nie jest łatwa. Za uczestnictwem w debacie przemawia oczywiście to, że w przeciwnym wypadku kandydat KO zostanie oskarżony przez przeciwników o tchórzostwo. Przeciwko – fakt, że Trzaskowski był przez TVP traktowany po prostu jako wróg, a on sam także nie szczędził jej najostrzejszych uwag. Tym mógłby kandydat KO uzasadniać swoją odmowę. Wybór nie jest zatem łatwy i być może jego podstawą będą wewnętrzne badania sztabu kandydata Koalicji Obywatelskiej.

 

Patrząc na sprawę z punktu widzenia osoby zainteresowanej odpowiednim miejscem i kształtem mediów publicznych, nie sposób nie mieć obaw wobec tego, jak przebiegnie debata w telewizji teoretycznie publicznej. TVP w swojej części publicystyczno-informacyjnej została sformatowana po prostu jako instrument propagandy partii rządzącej i trudno z tym w ogóle dyskutować. Można natomiast odnieść wrażenie, że im bliżej wyborów, tym gorzej. Już wewnątrz samego obozu władzy pojawiają się wątpliwości, czy aby nie przesadzono z propagandowym natarciem. Debatę zaś miałby najprawdopodobniej poprowadzić Michał Adamczyk – ten sam, który dopiero co w „Gościu Wiadomości” całkowicie już wyszedł z roli prowadzącego rozmowę i przez kilkadziesiąt sekund wygłaszał tyradę o TVP w czasach Platformy Obywatelskiej, nie dając zaproszonemu do rozmowy Pawłowi Zalewskiemu dojść do głosu. Nie jest usprawiedliwieniem, że z kolei sam Zalewski zaczął od stwierdzenia, że TVP bierze udział w kampanii Andrzeja Dudy. Zwłaszcza że ten pogląd wydaje się dość mocno uzasadniony.

 

Doprawdy, trudno sobie wyobrazić, żeby ten sam dziennikarz zaledwie kilka dni później miał przepytywać kandydatów na prezydenta – tak się jednak zapewne stanie. Tymczasem, gdyby na poważnie mówić o publicznej, nie partyjnej telewizji, występ taki jak Michała Adamczyka powinien dla niego oznaczać natychmiastowe zniknięcie z anteny, przynajmniej na jakiś czas.

 

Gdyby kiedyś znów udało się uzgodnić wspólną organizację debaty prezydenckiej przez trzy telewizje, mam swoje prywatne typy dobrych, rzetelnych dziennikarzy z każdej stacji, którzy bez uszczerbku dla rzetelności i z korzyścią dla widzów mogliby takie starcie prowadzić. Wyobraźmy sobie na przykład, że kandydatów na prezydenta przepytują Piotr Witwicki z Polsatu, Krzysztof Ziemiec z TVP i Krzysztof Skórzyński z TVN. Marzenie ściętej głowy?

 

Łukasz Warzecha

Zawód najwyższego ryzyka – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o stresie i wypoczynku dziennikarzy

Czy zawody medialne wciąż należą do najbardziej stresujących na świecie? Jak wpływa na nasze zdrowie ma długotrwały stres? Czy potrafimy naprawdę wypocząć?

 

Dziennikarze w czołówce najbardziej stresujących zawodów

 

Latem ubiegłego roku na wirtualnych łamach portalu SDP.PL ukazał się artykuł zatytułowany „Presja newsa”[1] poświęcony stresowi wśród dziennikarzy. Ostatnio tematem tym zajął się również Press[2], w kontekście zdrowia pracowników mediów. Czy problem ten dotyka środowisko dziennikarskie w sposób wyjątkowy na tle innych zawodów? Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), która obserwuje i analizuje to zjawisko od lat, stres w pracy ma na nas zdecydowanie niekorzystny wpływ. Wywołuje m.in. szereg chorób sercowo-naczyniowych, z których każda może prowadzić do przedwczesnej śmierci[3], ale również choroby dermatologiczne. Tymczasem zawody medialne wciąż należą do pierwszej dziesiątki najbardziej stresujących na świecie.

 

Co nas stresuje?

 

Serwis Salary.com na podstawie badań i analiz ofert pracy zestawił własną pierwszą dziesiątkę najbardziej stresujących zawodów w Ameryce. Na ósmej pozycji znalazł się dziennikarz prasowy. W grupie stresorów (czynników wywołujących stres) wymieniono: presję czasu, nieprzewidywalne godziny pracy (łącznie z nocą), wprowadzanie poprawek na życzenie redaktorów już po oddaniu materiału oraz relatywnie niskie wynagrodzenia. Ponieważ omawiano grupę dziennikarzy mediów drukowanych, zwrócono też uwagę na niepewność związaną z przyszłością całej tej części branży, a co za tym idzie i samych zatrudnionych w niej żurnalistów. Dodano też istotną dla zjawiska uwagę, że dobry reporter jest zawsze w pracy[4].

 

CBS, powołując się na badania CareerCast, umieściła w pierwszej dziesiątce najbardziej stresujących prac dwa zawody medialne. Na pozycji siódmej znalazł się dziennikarz odpowiedzialny za newsy. Podkreślono, że niezbyt wysokie bezpieczeństwo zatrudnienia i przeciętne zarobki potęgują dodatkowo stres wynikający już z samego faktu, że „newsy nigdy nie przestają napływać”. Co warte podkreślenia według przywołanych badań stres wynikający z konieczności dotrzymywania terminów znalazł się w ocenie ekspertów tuż za będącym efektem narażania własnego życia. Jeszcze wyżej, bo na piątej pozycji ulokowany został dziennikarz występujący na żywo. Oprócz wspominanej już gonitwy z czasem dodano jeszcze konieczność dobrego wypadania na wizji lub w eterze bez względu na okoliczności[5].

 

Całodobowy maraton stresu

 

Psycholog biznesu Wacław Kisiel-Dorohinicki z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Tischnera w Krakowie dodaje do grona czynników wywołujących stres w środowisku medialnym następującą myśl: zmiana, jaka zaszła w obrębie zawodu dziennikarza, powszechność dojścia do niego, jaką niewątpliwie daje obecna technologia, widoczna jest gołym okiem. Zwraca w tym miejscu uwagę na nowe oczekiwania wobec reporterów, chociażby w kontekście zmian technologicznych, takich jak dostarczanie materiału online bezpośrednio z miejsca zdarzenia i jego wcześniejszą, przynajmniej wstępną obróbkę. Dziennikarz nie może się nie rozwijać i pod tym względem, jeśli chce zachować swoją pozycję w redakcji i dostarczać oczekiwanej jakości dzieło. Dochodzi do tego, wspomniana przez Kisiel-Dorohinickiego rywalizacja o etat czy zlecenia ze strony innych kandydatów.

 

Zgadza się z tym psycholog i doradca zawodowy Wojciech Kreft z warszawskiej NeoKariery. Wskazuje ponadto wymóg: dużo większej od przeciętnej odporności na bezpośrednią ekspozycję społeczną, ciągłe bycie on-line i podążanie za zmieniającymi się gustami różnych grup odbiorców. Dziennikarz to przecież też osoba działająca w przestrzeni publicznej, która nie zawsze jest przychylnie nastawiona do danej redakcji lub nawet do mediów w ogóle.

 

Wypoczynek w świecie komunikacji

 

W 2015 roku na blogu Związku Firm Public Relations w Polsce Joanna Delbar napisała, że specjaliści ds. komunikacji mają problem z odreagowywaniem i wypoczynkiem po pracy. Umiejętności te uznawane zaś są za jedne z najistotniejszych miękkich kompetencji przyszłości. Firmy chcą pracownika, który na stanowisku stawi się w pełni sił witalnych i z pozytywnym nastawieniem do czekających go wyzwań. Długotrwały stres i brak możliwości lub umiejętności odreagowania należą do istotnych czynników wypalenia zawodowego, które WHO uznała za kolejną chorobę zawodową XXI wieku. W tym miejscu należy zauważyć, że specjalista ds. Public Relations i organizator wydarzeń (Event Coordinator) to również zawody, które należą do pierwszej dziesiątki światowych zestawień najbardziej stresujących profesji. A czy dziennikarze potrafią wypoczywać? Czy też faktycznie są zawsze w pracy, bo, jak to ujął Jakub Porada w jednym ze swoich podróżniczych programów: „tematy leżą na ulicy”?

 

Stres wypoczynku

 

Na pytanie o to: kto jest zawsze w pracy? Zapewne odpowiemy – pracoholik. Do charakterystycznych postaw osoby „uzależnionej od pracy” należy m.in. brak umiejętności wykorzystywania wolnego czasu. Co gorsza, wyjazd na wakacje również należy do grona stresorów[6]. Bo stresor wcale nie musi być jednoznacznie negatywny. Duże znaczenie ma intensywność tego czynnika. Dziennikarz może uwielbiać redakcyjne tempo pracy, presję czasu, konieczność opanowania emocji w czasie wejść na żywo i związaną z tym samokontrolę – panowanie nie tylko nad głosem, ale też mową ciała od mimiki po gesty. Zgodnie z teorią stresu Hansa Seyle znaczenie w tym wypadku ma wspomniana intensywność doznania, długotrwały wymóg dostosowywania się do sytuacji, która dla ludzkiego organizmu nie jest komfortowa. Pamiętajmy, że według przywołanych analiz CareerCast presja czasu znajduje się pod tym względem tuż za narażaniem życia.

 

Co stresuje podczas wypoczynku? Różne elementy: konieczność znalezienia się w nowych sytuacjach, atawistyczny lęk przed nieznanym, ale również brak wpływu na to, co się dzieje w redakcji podczas naszego urlopu i wynikający zeń strach przed utratą pozycji. W przywołanych poradach dla specjalistów ds. PR pojawiają się kluczowe zasady: znajdź przestrzeń, miejsce, sposób spędzania wolnego czasu, w którym faktycznie wypoczywasz. Do tego dochodzi rzecz istotna – poinformuj klientów, że w określonych dniach cię po prostu nie ma; jesteś nieosiągalny jak horyzont. Czy to możliwe w świecie, w którym „tematy leżą na ulicy” i „zawsze jest się w pracy”? To ostatnie skojarzenie podkreślają też specjaliści z zakresu współpracy z mediami, np. Adam Łaszyn w poradniku „Media i Ty”. Czy to więc tylko wizerunek zawodu i branży? Czy też tak jest naprawdę, że czujemy imperatyw podjęcia tropu, gromadzenia informacji, kolekcjonowania tematów na zapas?

 

Czy radzenia sobie ze stresem powinni uczyć na studiach?

 

Skoro stres jest tak silnie i w udokumentowany sposób związany z zawodem dziennikarza to może powinien stanowić element profesjonalnych przygotowań do pracy? Czy na studiach dziennikarskich uczy się radzenia sobie ze stresem? U nas tak – informuje dr Tomasz Chrząstek, prodziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Mamy w programie zajęcia fakultatywne, na które uczęszcza liczna grupa studentów. Poznają na nich różne metody radzenia sobie ze stresem – od najprostszych technik oddechowych, po różne nowatorskie formy odreagowania. Prowadzą je pracownicy Wydziału Pedagogiki i Psychologii UJK. Wygląda więc na to, że problem został dostrzeżony, a środowisko akademickie zareagowało na niego, wykorzystując potencjał uczelni. Rzecz w tym, że nie wszyscy dziennikarze to absolwenci dziennikarstwa, a takie rozwiązania to rzeczy stosunkowo nowe.

 

Drogi do wypoczynku

 

Zgodnie z zaleceniami dla specjalistów z zakresu PR, żeby wypocząć, należy znaleźć pomysł na siebie. Każdy potrzebuje miejsca, wyzwania, wydarzenia czy aktywności, które sprawią, że faktycznie „naładujemy akumulatory”. W 2020 roku w związku z pandemią mamy ograniczone możliwości do podróży. Czy zestresowany człowiek w Polsce ma szansę na to, żeby w pełni wypocząć? – Zdecydowanie tak! – odpowiada Jacek Kowalczyk, ekspert w dziedzinie turystyki, dawny członek Rady Polskiej Organizacji Turystycznej obecnie szefujący Ostrowieckiemu Browarowi Kultury. – Tylko warto poszukać swojego miejsca poza głównym nurtem (wielkimi sieciami, wydarzeniami i kurortami) w turystyce alternatywnej. Na przykład współczesna agroturystyka to już nie tylko po prostu kwatera. To coraz częściej szansa na spotkanie z ciekawymi ludźmi, którzy porzucili miasto, wybierając inne życie. Jesteśmy jednostkami społecznymi, a takie miejsca pozwalają wypocząć, ale i zwyczajnie pogadać. To wszystko: przestrzeń, czas i ludzie zapewniają dobry reset. Od czego zacząć poszukiwania? – Na przykład od poczty pantoflowej, od doświadczeń naszych znajomych. Warto zwrócić uwagę na ośrodki, które nie do końca się reklamują – dodaje Kowalczyk. – W mojej opinii interesująca jest w tym kontekście mniej zurbanizowana Polska wschodnia. Szukajmy miejsca, które będzie odpowiadało preferowanej przez nas formie aktywności. Ja resetuję się w trakcie jazdy na rowerze, która zapewnia dwa istotne czynniki: wysiłek fizyczny i uspokaja. Może oczywiście dać też solidny „kop adrenaliny”, jeśli komuś tego akurat potrzeba. Z innych pomysłów obserwuję wzmożone zainteresowanie plenerami fotograficznymi Ponidzia, gdzie przyjeżdżają już nie tylko zawodowcy ale również amatorzy, by robić zdjęcia, doskonalić warsztat i spędzać czas z dala od zgiełku. Zapytany o to, czy poszukiwanie pomysłu na swój relaks można zacząć w mieście, stwierdza: – Tak, ale do miasta warto podejść tematycznie, czyli poznawać je pod jakimś interesującym nas kątem. Do tego na przykład w Kielcach znajdziemy hoteliki na obrzeżach, już w strefie lasu, blisko szlaków turystycznych, czy rowerowych, a w razie takiej ochoty w parę minut bez trudu przemieścimy się do centrum, żeby czerpać z jego atrakcji.

 

Jak rodzić sobie z codziennym stresem?

 

Radzenie sobie ze stresem jest na poziomie zasad proste. Powinniśmy skupić myśli na czymś innym niż stresor i oddychać. Na treningach z tego zakresu dostaniemy nieskomplikowane i praktyczne rady, typu: zamknij oczy i wyobraź sobie, że z każdym wydechem pozbywasz się negatywnej energii (nadaj jej w myślach kolor: np. czarny) a wdychasz czyste dobro i pozytywne moce. W redakcyjnym zgiełku może być o to trudno, ale przestrzeń na chwilę oddechu musimy sobie zapewnić. Drugą sprawą jest szybkie odreagowanie i zrzucenie z siebie napięć pod koniec dnia. Marek Kacprzak (obecnie Wirtualna Polska) podczas spotkania ze studentami dziennikarstwa mówił, że on po prostu biega. To jest ten czas, w którym nie czyta spływających non stop aktualnych komunikatów, nie odpowiada na wiadomości. Koncentruje się na drodze, tempie, oddechu. Jak nie stracić motywacji? Można wyznaczyć sobie cel. Na przykład Kacprzak jest uczestnikiem zawodów triathlonowych.

 

Każdy jednak musi znaleźć sam odpowiadającą mu formę aktywności, kiedy skoncentrowany jest na czymś innym. Istotne są zajęcia wymagające skupienia się na nich np. modelarstwo. To powinno być coś, co nas w pełni pochłonie. Przeniesie gdzie indziej. Skoncentruje myśli na innych wyzwaniach.

 

Co z misją?

 

Czy dziennikarz może „nie być stale w pracy”, skoro wykonuje zawód misyjny? To trudna kwestia, ale łatwo zauważyć, że wszystkie najbardziej stresujące zawody świata są misyjne: żołnierz, strażak, lekarz, policjant, czy nie zawsze obecny w rankingach nauczyciel. Tu miejsce na istotną uwagę – w mediach pojawiają się często komunikaty o tym, że pomocy udzielił np. strażak, który akurat nie był na służbie. Ten zwrot to chyba słowo klucz do znalezienia równowagi życiowej. Dziennikarz odpowiada za informowanie, relacjonowanie, opowiadanie zajmujących historii, które poruszą odbiorców, realizuje swoją misję, ale nie zawsze musi być „na służbie”. WHO zwraca ponadto uwagę, że na zmniejszenie poziomu stresu w miejscu pracy duży wpływ ma świadome przywództwo, ale to już zupełnie inny temat[7].

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/presja-newsa-zbigniew-brzezinski-o-stresie-wsrod-dziennikarzy/ – dostęp 03.06.2020 r.

[2] https://www.press.pl/magazyn-press/artykul/61438,az-sie-zepsujesz – dostęp 03.06.2020 r.

[3] https://www.who.int/publications/cra/chapters/volume2/1651-1802.pdf – dostęp 03.06.2020 r.

[4] https://www.salary.com/articles/the-top-10-most-stressful-jobs/ – dostęp 03.06.2020 r.

[5] https://www.cbsnews.com/news/10-most-and-least-stressful-jobs-in-america/ – dostęp 03.06.2020 r.

[6] http://www.psychologia.edu.pl/slownik/id.stresor/i.html – dostęp 03.06.2020 r.

[7] https://www.who.int/occupational_health/topics/stressatwp/en/ – dostęp 04.06.2020 r.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: 14 czerwca – dzień, którego nie ma

14 czerwca to Dzień Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady. Rocznica pierwszego transportu Polaków do Auschwitz w 1940 r. Niestety, media albo przemilczają, albo zakłamują historie niemieckich katów i polskich ofiar Auschwitz, Ravensbruck i innych miejsc zagłady.

 

14 czerwca 1940 r. z Tarnowa do Auschwitz Niemcy przewieźli 728 mężczyzn. Byli to głównie młodzi ludzie, żołnierze września 1939 r., członkowie tajnych organizacji. Powtórzmy – Niemcy przewieźli Polaków. Niemieccy oprawcy wrzucili polskich więźniów do bydlęcych wagonów, aby ich dalej eksterminować w tworzonym przez siebie obozie koncentracyjnym. Tymczasem współczesne niemieckie gazety mają czelność pisać o „polskich obozach koncentracyjnych”.

 

„Brednie Morawieckiego”

 

Właśnie, Niemcy – to szczególnie skandaliczne, kiedy Niemcy produkują i rozpowszechniają kłamstwa medialne o Auschwitz i innych niemieckich obozach sprzed lat. Ale podobne fałszerstwa pojawiają się też w Polsce. Niesłychane, bo to tak, jakby współcześni Polacy mieli w poważaniu cierpienia swoich ojców i dziadków.

 

Brednie Morawieckiego w Oświęcimiu nie do zniesienia. Chce przerzucić zbrodnie nazistów na naród niemiecki” – taki ubiegłoroczny Twitt Izabeli Leszczyny cytowały media od lewa do prawa. Posłanka PO wpisała się tym samym w hejt wobec premiera RP. Skąd ten hejt? Podczas uroczystości 74 rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz – w styczniu 2019 r. – Mateusz Morawiecki stwierdził, że Holocaustu nie dokonali żadni naziści, lecz Niemcy hitlerowskie. Słowom szefa rządu nie mogła się nadziwić „Gazeta Wyborcza”, czy spokrewniony portal oko.press.pl. Dlaczego? Bo Niemcy nie mieli, nie mają i nie mogą mieć z eksterminacją Polaków nic wspólnego.

 

Głos zabrał wówczas również dyrektor Muzeum Auschwitz Piotr Cywiński: „Dlaczego media używają języka wojny dla opisania pokoju? Już zaczęliśmy za to płacić”. Sugestia odnosiła się nie do historii, ale współczesności: że do śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza doprowadziły media (publiczne). Tych słów słuchał przedstawiciel prezydenta minister Wojciech Kolarski, premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Piotr Gliński. Podziwiam szczególnie spokój tego ostatniego: bo minister kultury nadzoruje muzeum Auschwitz, a dyr. Cywiński jest ministra podwładnym. Spokój spokojem, ale do dziś nie wyciągnięto konsekwencji wobec krnąbrnego urzędnika, którego działania oceniane są przez wielu – w tym ofiary i rodziny ofiar niemieckich obozów  – jako nie licujące z polską racją stanu.

 

Technika nazistów

 

Niestety to nie koniec zakłamywania historii Auschwitz. Były więzień Leon Weintraub, który do obozu trafił w sierpniu 1944 r., podczas oficjalnych uroczystości mówił, że „technikę masowego i przemysłowego mordowania” wprowadzili naziści [nie Niemcy]. A później wypalił ciężką amunicją, że naziści są do dziś w Europie, a szczególnie w Polsce.

 

Jakieś usprawiedliwienie dla słów byłego więźnia? Żadnego. Nie może być nim również to, że na co dzień p. Weintraub mieszka w Szwecji, gdzie poprawność polityczna nakazuje mówić o „polskich obozach koncentracyjnych” i w Polakach, nie Niemcach widzieć nazistów.

 

„Po terenie biegają faszyści”

 

 

Ale to nie tylko problem Szwecji. Prym w zrzucaniu odpowiedzialności za zło II wojny światowej z Niemców na Polaków wiodą… Niemcy. „Czy można zgodzić się na to, by goście z symbolami antysemickich ugrupowań upamiętniali swoich zmarłych w Ravensbrueck?” – zastanawiała się Insa Eschebach, dyrektor Muzeum KL Ravensbrueck w wywiadzie dla niemieckiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

 

Jakie to antysemickie symbole? Opaski Narodowych Sil Zbrojnych i transparenty „German Death Camps. Not Polish. Remember„. Na nic zdały się tłumaczenia polskiej ambasady, że kobiety z NSZ były więzione w Ravensbrueck. Pani dyrektor z rozrzewnieniem wspominała, że „w czasach NRD i w pierwszych latach po demokratycznym zwrocie (uroczystości) przebiegały bardziej harmonijnie”. A teraz były skargi, że „po terenie (obozu) biegają faszyści”. Faszyści, czyli Polki, Polacy.

 

Zachowanie Polaków podczas uroczystości dyrektor Muzeum KL Ravensbrueck oceniła jako… „uprawianie polityki historycznej„, co „bardzo przybiera na sile (…) na fali neonacjonalistycznych procesów”. Czyli kto jest nazistą? Polacy. Naziści, faszyści – wszystko jedno. Plan jest taki, aby odpowiedzialnymi za wszelkie zło tego świata, a przede wszystkim za zło niemieckiego nazizmu byli Polacy.

 

„Brednie Szydło”

 

Przed „bredniami Morawieckiego” były „brednie Szydło”. W czerwcu 2017 r. premier rządu RP powiedziała: „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby uchronić swoich obywateli”. Powiedziała oczywistą oczywistość, odnosząc się do historycznych faktów, że Polacy, w tym mieszkający w okolicy niemieckiego obozu, starali się ratować więźniów – przecież przez pierwsze lata przede wszystkim obywateli polskich.

 

Premier Beata Szydło tymi słowami wywołała polityczną burzę. No bo jak to, przecież poprawno-polityczna wersja brzmi: w Auschwitz ginęli Żydzi, a że wielu było obywatelami Rzeczpospolitej – kogo to obchodzi. A że Auschwitz Niemcy stworzyli dla eksterminacji Polaków, polskich elit – to tylko zaciemnia obraz Holocaustu Żydów.

 

Po słowach premier Szydło larum podniosła krajowa opozycja, a także – z Brukseli – Donald Tusk. Że to skandal i wykorzystywanie Auschwitz do bieżących celów (można spytać – wykorzystywanie w jaki sposób?). Taki przekaz dnia popłynął następnie w świat – dzięki polskim, a może bardziej polskojęzycznym mediom. I znów Polska została napiętnowana jako kraj zaściankowy, ksenofobiczny, który nie potrafi nawet uszanować pamięci ofiar.

 

I skandalem jest zarówno to, że 14 czerwca, w rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz o „polskich obozach koncentracyjnych” piszą niemieckie gazety. Ale nie mniej kompromitujący jest fakt, że przeciw temu kłamstwu oświęcimskiemu nie protestują polskie, a może bardziej polskojęzyczne media. A także polscy, a może bardziej polskojęzyczni politycy. Że te media i ci politycy z łatwością pomijają polskie ofiary Auschwitz i polskie transporty – w tym pierwszy z 14 czerwca 1940 r.

 

Tadeusz Płużański

O Radiu Wnet i jego twórcy – laurka STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Będzie o Krzysztofie Skowrońskim (lat 55 właśnie obchodzi). Ale napiszę tylko o Krzysztofie dziennikarzu: o zdolnościach (wrodzonych i nabytych), o codziennej pracy (… zasuwaniu) i miłości (Radio Wnet, właśnie od lat 11-stu, też jubileusz). 

 

Filozofował, studiował (i chyba nadal to robi). Szedł sobie ulicą Myśliwiecką i przeczytał ogłoszenie na płocie budynku Polskiego Radia, że jest pracowniczy konkurs. Wszedł i dość długo z nim gadali. No i właśnie jego wybrali. Ale tak naprawdę zafascynował się pracą na fonii dopiero po zetknięciu się z Andrzejem Woyciechowskim. Ów przy poznaniu wydawał się człowiekiem dość mrocznym, żeby nie powiedzieć ponurym. Poznałem go w domu Michael’a Castex’a, korespondenta Agence France Press, w stanie wojennym. Zaczęliśmy gadać, drinkując i przesiedzieliśmy całą noc. Był to niezwykły gość. Żony nasze poszły spać, a my rozmawialiśmy o wszystkim – o Żydach – polskich i obcych.

 

Krzysztof pracował z Andrzejem kilka lat w Radio Zet, które było i jest dobre do dziś. Drugie w Polsce pod względem słuchalności. Tylko RMF FM ma więcej.

 

To chyba wtedy w Zetce zamarzyło się Krzysztofowi, własne radio. Ba! Chcieć, a mieć to daleka droga. Ale zaczął step by step. Ruszyła maszyna… po drogach i szynach. Najpierw z Hotelu Europejskiego (oczywiście przed przebudową). Maleńkie 2 pokoiki, zapchane sprzętem, kilkuosobowa załoga (oszczędność personalna obowiązuje we „Wnecie” do dziś) i coraz liczniejsi goście, potem była Koszykowa, pokoik, ale już z balkonikiem, tak jak na Nowym Świecie w Zet-ce. I można było kopsnąć szluga, gdy leciała piosenka. Wreszcie przenosiny do PASTY na piąte piętro – piękny widok na Marszałkowską i Świętokrzyską. Świadomość, że nadaje się z historycznego gmachu, gdzie gościny radiu udzielili najczcigodniejsi kombatanci – AK-owcy.

 

Udało się. Trwa. I idzie ciągle jak burza.

 

Najważniejszy jest Poranek Radia Wnet – od 7:07 do 9-tej, 10-tej, w dni powszednie. W Warszawie na częstotliwości 87,8 MHz, w Krakowie 95,2 MHz. Zasięg po kilkadziesiąt kilometrów wokół miast. Ale w internecie oczywiście – z szybkością światła na cały świat. Miast polskich z lokalnymi redakcjami – WNET będzie więcej, już są przydzielone nowe koncesje. Ale jak to wszystko uruchomić? – duma redaktor, prezes, właściciel. Redaktorowanie, menedżerowanie to praca nie na parę rąk. Prawą – jest Lech Rustecki, facet który naprawdę potrafi wszystko od techniki, kalkulowania, po dziennikarzenie – ma świetne pomysły i doskonale sam prowadzi własne audycje. Krzysztof Skowroński jak już będzie miał potężne, ogólnopolskie konsorcjum, na pewno odpuści trochę menedżerowania. Ale na pewno nie zrezygnuje z wydawania i prowadzenia programów. Dziś ma już wielką pomoc Magdaleny Uchaniuk i Łukasza Jankowskiego. Idą już młodzi, ale głównie ta trójka tworzy „Poranki”.

 

7:07 wyrusza yellow submarine i przenosimy się w Polskę i świat. Chętnie piszę o tychże porankach Wnetu, bo słucham i lubię. Krzysztof ma świetne oko poławiacza talentów, a może przede wszystkim słuch radiowy. Celnie wybiera. Daje pole działania i szanse zawodowe. Oczywiście szkoli, ale tak, że się tego nie czuje. O wszystkich, zawsze wszystko wie i oni wiedzą. Pomaga, podpowiada, życzliwie słucha. Taki mały zespół da się opanować, ale wszyscy muszą chcieć i lubić to co robią. W molochach radiostacyjnych redaktorostwo nadrzędne wiecznie planuje, dyskutuje i kontroluje. W prawdziwej redakcji, prawdziwych redaktorów – nie ma na to czasu. Tu się pracuje na pełnych obrotach. Każdy robi wiele. Tu się szybko rozwijają. Orły rosną. I to jest prawdziwa wartość dodana. Bo przecież pójdą kiedyś w świat, wzbogacą swoimi umiejętnościami rynek.

 

Tymczasem władza łoży na molochy zapominając o dobrych praktycznych szkołach dziennikarskich w małych rozgłośniach i studiach. Wielkie fabryki żurnalistów mieszają PR-owców z dziennikarzami. Tam na jednego, jedną idą wielkie pieniądze (lokale, wykładowcy, etc.). We Wnecie uczą się pracując. Należałoby sypnąć grosza z państwowej kasy – obojętnie czy z edukacji czy kultury. Obserwowałem wielu dziś ważnych w polityce jak walczyli o popularność. Pomagało „Wnet”. Pora na rewanż. Lepiej dać więcej dobrym, niż trwonić na partaczy.

 

Krzysztof jest z rodziny dziennikarskiej (mama nadal w akcji). Ma czworo dzieci i ładną żonę. 50-cio 60-cio latek, to najlepszy wiek dla aktywnego faceta. Już wie i jeszcze może … dużo zrobić. Zrywa się więc o 5. rano, gna z Saskiej (Kępy) na Zielną. Piętra tu wysokie i gmach za stalowym szkieletem przedwojennej myśli inżynieryjnej, który nie poddał się nawet 300 pociskom. Na piątym witają go uśmiechnięte twarze. Już słychać Beatlesów, a oni jeszcze biegają między pokojami. Ostatnie ustalenia. Jest gorąco. Ale bez paniki. I wreszcie antena, oczywiście na żywo. Nagrywanki zabiją radio. Jeśli z jednej strony przy mikrofonie siedzi reporter a z drugiej słuchacz – więź jest. Czasem coś trzaśnie na liniach, prychnie, chwila ciszy – trudno. Radio robi się dla słuchaczy i oni muszą ufać, że to idzie „na żywo”.

 

Krzysztof ma świetną pamięć. Nie lubi kartek – gubi je i zostawia. Zna muzyków i zespoły. Jedynie sam śpiewać nie potrafi. Za to „nawija” znakomicie – lekko, wyraźnie, a przede wszystkim ciekawie. Nazywamy to radiowym słuchem. Można się w tym poprawiać, ale tak naprawdę, to trzeba się z tym urodzić. Lub nie!

 

Dziennikarstwo to pasja. To słychać, a nawet widać wyraźnie oczami wyobraźni. Jeśli się ją ma. Z tym w społeczeństwie jest coraz lepiej. Nudziarze idą do lamusa.

 

Przed wyborami politycy garną do radia. I ono im pomaga. Niestety, gdy się opierzą na ogół zapominają co komu zawdzięczają. Tak to już jest. A z próżnego nawet Salomon…

 

Redaktorzy „WNET” wymyślają różne akcje, zbiórki pieniężne. Ostatnia – daje szansę umieszczenia reklam za darmo. Akcja się rozwija. Dobrze by było, żeby jej beneficjenci pamiętali kto w dobie koronawirusa im pomagał.

 

„WNET” to ważny lufcik, bo oprócz słuchania daje obrazki na portalu (WNET.FM), a także wydaje niecodzienną, największą (gabarytowo) gazetę „Kurier”. Przez ostatnie dwa miesiące był tylko w wersji elektronicznej, ale już w lipcu będzie również nakład papierowy. Głównie sprzedawany w klubach książki i prasy. Kupujcie! Oprócz edycji głównej dołączane są jeszcze „Kuriery” – Śląski i Wielkopolski.

 

Dziennikarstwo – szczególnie reporterka – to taka choroba, którą trzeba lubić. Inaczej się nie da znosić trudy, ryzyko i kiepskie zarobki (a często pracę za friko). Wszystko można znieść, jeśli jest sukces. Ten zaś zależy od utrzymania niezależności. Redakcje nudzą, gdy dały się zawładnąć komuś lub czemuś. Następuje demobilizacja i zniechęcenie. Smutek i żal. To jednak można odkręcić byle znaleźć właściwego lidera.

 

Wodzu prowadź! To jest klucz do programu, popularności. Wódz musi być zdrowy, pracowity i odważny. Gdy program zaczyna się rano wszystko jeszcze może się zdarzyć. Życie wartko się toczy i tłoczy. Trzeba je łapać za rogi i prawdziwie przedstawiać, choć w skrócie.

 

Dżingle, piosenki sprawy nie załatwią. Podstawą jest wybór tego co się chce powiedzieć ludziom. Ogólne ramy nakreśla szef. Wypełniają je współpracownicy. Mądry szef potrafi słuchać, ale w robocie trzeba działać konsekwentnie.

 

Radio Wnet jest konserwatywne, prawicowe. Bóg, honor, ojczyzna – tak, ale i otwarta krytyka wobec wszystkich. Świętych krów nie ma. Słyszymy oto, że młody minister zżyma się na prowadzącą program – „zadaje pani pytania z tezą”. „Panie ministrze, powtórzę pytanie…” mówi prowadząca.

 

Dobry szef, w dodatku sam aktywny w fonii cieszy się, gdy depczą mu po piętach współpracownicy. I tak się dzieje.

 

11 lat to już ponad dekada. A „Wnet” wciąż przyśpiesza. Z respektem wobec słuchacza. Troszczą się tu by było na antenie to co najważniejsze u nas, na świecie – od Tajwanu, przez Liban, Włochy, Hiszpanię, Anglię, Irlandię, Niemcy, Czechy, Słowację, Ukrainę (świetny Bobołowicz), po USA.

 

Informacje, komentarze, wywiady. Szpiegiem rzeczywistości trzeba się urodzić. Jest to pazerna ciekawość świata. Talent – praca to się przeplata.

 

Ktoś powie, że piszę laurki. A czemu nie, skoro tak właśnie uważam. Poza tym rocznica – to rocznica. Na krytykę zawsze jest pora. A prawdziwa cnota jej się nie boi, ani krytyki ani … pochwał. Zresztą, teraz w naszym pięknym kraju krytyki (nawet chamskiej w Sejmie, sobie nie żałujemy). Nawet koronawirus u nas się przestraszył. Głupich zresztą nie brakuje. Na szczęście mądrych jest więcej. To oni słuchają WNET-u.

 

„Radio – robimy radio” – słychać na falach płynących z PASTY. Róbmy! Warto!

 

Stefan Truszczyński

Konflikt lojalności – ŁUKASZ WARZECHA o historii jednego wywiadu

Może mnie pani pytać o wszystko, zobaczymy, co z tej naszej rozmowy uda się pani opublikować” – powiedział na początku rozmowy z Agnieszką Bugałą, dziennikarką tygodnika katolickiego „Niedziela”, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Ks. Tadeusz ma doświadczenie w zmaganiach i z hierarchią kościelną – głównie w kwestii współpracy księży z SB, ale nie tylko – i z mediami, także katolickimi. W ogóle jest postacią nietuzinkową, ale i trudną. Zakładałbym jednak, że nawet on nie przypuszczał, że jego wywiad będzie powodem odejścia redaktor Bugały z pracy i tak wielkiego poruszenia w świecie mediów katolickich.

 

Media katolickie to środowisko trochę obok tych z głównego nurtu i specyficzne, bo działa tam momentami symptom podwójnej lojalności, aczkolwiek w gruncie rzeczy jest to często symptom pozorny. I to właśnie zadziałało w przypadku wywiadu z ks. Tadeuszem. To lojalność z jednej strony wobec odbiorców, z drugiej – wobec Kościoła, bo to on jest właścicielem większości mediów katolickich. Można powiedzieć, że taka podwójna lojalność występuje we wszystkich mediach, bo zawsze są odbiorcy, ale jest i właściciel, który ma przecież swoje sympatie, interesy, powiązania. Owszem – ale z mediami katolickimi jest jeszcze inaczej, bo Kościół – nawet ten instytucjonalny, a nie ten rozumiany jako mistyczne Ciało Chrystusa – nie jest zwykłą firmą. Dlatego lojalność wobec Kościoła jest jednak czymś innym niż lojalność wobec TVN czy „Rzeczpospolitej”. To lojalność na wyższym poziomie niż ta zwykła korporacyjna. I tu dochodzić może do konfliktu z lojalnością wobec odbiorców.

 

Redaktor Bugała postanowiła zapytać ks. Isakowicza-Zaleskiego o to, dlaczego zdecydował się wystąpić w drugim filmie braci Sekielskich – „Zabawa w chowanego”.

 

Tu muszę zrobić dygresję. Gdy premierę miało „Tylko nie mówi nikomu”, napisałem na portalu SDP tekst w części wobec tamtego filmu krytyczny, choć doceniłem też wagę pokazanego problemu. Do kolejnego filmu szczerze mówiąc podchodziłem jak pies do jeża i chyba byłem uprzedzony. Tym bardziej zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem i to, jak gotów byłem ten film ocenić po jego obejrzeniu.

 

Oto bowiem „Zabawa…” unika wielu błędów pierwszej części, które osłabiały jej wymowę. Skupia się na ofiarach, unika zbędnego efekciarstwa, solidnie zgłębia jeden wybrany wątek. Pokazuje problem, co do autentyczności którego nie sposób mieć wątpliwości. Nowością było również to, że Tomasz Sekielski zaprosił do skomentowania pokazanych problemów dwie osoby związane z Kościołem: właśnie ks. Isakowicza-Zaleskiego oraz Tomasza Terlikowskiego. Krótko mówiąc – Sekielscy zrobili dokument wyraźnie lepszy niż ich pierwsza produkcja.

 

Po „Tylko nie mów nikomu” Kościół instytucjonalny miał szansę na jak najszybsze uporanie się z takimi sprawami, jakie pokazał Sekielski w drugim filmie. Szansę – według ks. Tadeusza – zmarnowaną. A dodać trzeba, że dla wielu katolików, ze zrozumiałych powodów uprzedzonych do produkcji braci Sekielskich i a priori oceniających je jako stronnicze oraz wrogie Kościołowi, udział księdza i katolickiego publicysty w kontynuacji był niemiłym zaskoczeniem. Tym bardziej redaktor Bugała miała wszelkie prawo zapytać jednego z nich, dlaczego się na to zdecydował. Przynosi jej szczególny honor, że w regionalnym, wrocławskim oddziale „Niedzieli” zrobiła coś, czego nie zrobiło żadne katolickie medium na poziomie centralnym. Może właśnie z powodu źle pojmowanego konfliktu lojalności.

 

Lojalność wobec odbiorców nakazywałaby taką rozmowę zrobić. Ale źle pojmowana lojalność wobec Kościoła może kazać temat przemilczeć, podobnie jak milczeć w sprawie wniosków z filmu Sekielskich. Lojalność źle pojmowana, bo tutaj zgadzam się całkowicie z poglądem Terlikowskiego i ks. Isakowicza-Zaleskiego: szkodzi Kościołowi przede wszystkim ten, kto stara się ukryć jego problemy, zwłaszcza tak porażające. To nie rozwiązuje żadnego kłopotu, za to może polski Kościół – oby nie – postawić w końcu w takiej pozycji, w jakiej znalazł się w którymś momencie Kościół irlandzki.

 

A jednak ta źle pojmowana lojalność musiała tutaj zagrać, skoro centralna redakcja „Niedzieli” zdecydowała się wywiad z ks. Tadeuszem zdjąć. Z relacji samej autorki wywiadu, umieszczonej na jej facebookowym profilu, wiemy, że materiał przygotowała i umieściła na stronie lokalnego, wrocławskiego wydania gazety bez konsultacji z centralną redakcją. Może to był jej błąd, ale nawet jeśli, to na pewno nie uzasadniał tego, co nastąpiło, czyli błyskawicznego zdjęcia wywiadu ze strony. Czy stały za tym jakieś naciski na redakcję „Niedzieli”, jak twierdzi ks. Tadeusz, czy też była to autonomiczna decyzja naczelnego – tego nie wiemy. Można natomiast zakładać, że ten, kto ją podjął lub na nią naciskał, kierował się najgorzej pojmowaną troską o Kościół. I, jak to często bywa w podobnych sytuacjach, osiągnął skutek odwrotny od zamierzonego: zamiast zmieść sprawę pod dywan, doprowadził do jej nagłośnienia, do publicznej demonstracji wyrazów solidarności z autorką rozmowy, zwłaszcza po tym, jak ogłosiła swoje rozstanie z tygodnikiem, na koniec zaś, wskutek tej awantury, i tak rozmowę z ks. Isakowiczem-Zaleskim przywrócono.

 

Dużymi pismami katolickimi kierują księża albo zakonnicy: „Gościem Niedzielnym”, „Niedzielą”, „Idziemy”, „W Drodze” i innymi. Jednak znaczna część dziennikarzy tych pism – czy też katolickich rozgłośni – to ludzie świeccy, choć mocno z Kościołem związani. Oni chcą funkcjonować jak wypełniający misję dziennikarze. Naczelni zaś formalnie podlegają swoim biskupom (lub generałom zakonów). Gdy ich podwładni chcą opublikować materiał wobec Kościoła krytyczny lub ujawniający jakieś jego trudne sprawy – działając bezsprzecznie z najlepszymi intencjami – naczelni mogą znaleźć się w sytuacji swego rodzaju konfliktu interesów. Bo przecież, jak świetnie pokazały także ostatnie wypadki, stanowisko poszczególnych biskupów w tych kwestiach może być bardzo różne.

 

Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, jak rozwiązać ten problem, lecz nie mam wątpliwości, że nie jest on wymyślony, a sprawa wywiadu redaktor Bugały z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim najlepiej to ilustruje. Zresztą doradzanie tutaj nie jest moją rolą. To do dysponentów mediów katolickich – czyli hierarchów Kościoła – powinno dotrzeć, że im więcej trudnych spraw będzie się w obiegu publicznym pojawiać, tym częściej będzie dochodzić do niszczycielskiego w skutkach, nawet jeśli w dużej mierze pozornego wspomnianego konfliktu lojalności. I to oni, biskupi, muszą znaleźć rozwiązanie. Jeśli mógłbym tu coś nieśmiało sugerować, to jedynie tyle, że gdzie, jeżeli nie w mediach katolickich bezwzględnie przestrzegana powinna być maksyma amicus Plato, sed magis amica veritas (Platon przyjacielem, lecz większą przyjaciółką prawda).

 

Łukasz Warzecha

Dużo zdrowia i prywatności – MIROSŁAW USIDUS o inwigilacji

Nie wiem jak wyglądają testy na wirusa permanentnej inwigilacji, ale wiem, że przeprowadza się ich zdecydowanie za mało. Dlatego tak mało ludzi rozumie, jak bardzo zostało przez niego zainfekowanych.

 

Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka, powiedział kiedyś, że prywatność to stosunkowo nowy pomysł, który nie ma więcej niż kilkaset lat, najwyżej dwa tysiące. Wcześniej ludzie żyli w grupach skupionych wokół ogniska, w których wszyscy robili nieomal wszystko na oczach innych członków wspólnoty pierwotnej. Jego platforma wraz z Google od lat robi wiele, abyśmy do owej wspólnoty pierwotnej bez tajemnic i prywatności wrócili. Koronawirus może wielu złowróżbnym pomysłom i tendencjom bardzo pomóc.

 

Epidemia spowodowała, że wiele metod inwigilacji, które dotychczas były, zwłaszcza w krajach demokratycznych, nie do przyjęcia, zyskało wyższy poziom społecznej akceptacji. Obrońcy prywatności ostrzegają, że niestety, po tym, jak koronawirus odejdzie, wiele nowo wprowadzonych technik nadzoru może nie odejść wraz z nim.

 

Chiny już w styczniu zmobilizowały swoje masowe narzędzia monitoringu społeczeństwa, od dronów po kamery CCTV, do monitorowania osób poddanych kwarantannie i śledzenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Inne państwa, takie jak Izrael, Singapur i Korea Południowa, również sięgnęły pełną garścią po łączone dane o lokalizacji, nagrania z kamer wideo i informacje z kart kredytowych, aby śledzić rozprzestrzenianie się COVID-19. Eksperci ds. ochrony prywatności, pomimo szczególnych warunków wyrazili obawy dotyczące sposobów, w jaki rządy wykorzystują te dane, jak są one przechowywane oraz możliwości władz w zakresie utrzymania zwiększonego poziomu nadzoru, już po zakończeniu pandemii.

 

Chińskie standardy idą w ślad za pandemią

 

W Chinach w pewnym momencie dostanie się do swojego mieszkania lub miejsca pracy wymagało zeskanowania kodu QR, zapisania swojego nazwiska i numeru identyfikacyjnego, temperatury i historii ostatnich podróży. Operatorzy telekomunikacyjni śledzili przemieszczanie się ludzi, podczas gdy tamtejsze platformy mediów społecznościowych, takie jak WeChat i Weibo, uruchomiły gorące linie dla ludzi chcących zgłaszać osoby podejrzane o złapanie infekcji. Niektóre miasta zaoferowały ludziom nagrody za informowanie o chorych sąsiadach.

 

Drony napominały Chińczyków by nosili maski. Mieszkańcy Chin dostarczali dowody fotograficzne, bądź też opowiadali amerykańskiej telewizji CNBC w wywiadach, że przed ich domami instalowano kamery monitoringu w celu egzekwowania kwarantanny. Chińskie firmy wprowadzały technologię rozpoznawania twarzy, która może wykryć podwyższoną temperaturę w tłumie ludzi lub oznaczyć obywateli nie noszących maski. Szereg aplikacji wykorzystuje prywatne informacje o zdrowiu obywateli, aby ostrzegać innych o bliskości z zainfekowanymi pacjentami lub o tym, czy byli oni w bliskim kontakcie z innymi zakażonymi.

 

Zintensyfikowany nadzór jest już „nową normą” w Chinach. Pytanie czy w Chinach jest ogóle taki poziom inwigilacji, którego ludność nie zechce tolerować,” skomentował sytuację w mediach Stuart Hargreaves, profesor Chińskiego Uniwersytetu w Hongkongu.

 

Chiny w tej dziedzinie trudno wyprzedzić, ale wiele krajów wprowadziło rozwiązania idące śmiało w kierunku chińskich standardów inwigilacyjnych. Amerykańskie Centers for Disease Control and Prevention zaczęło w marcu śledzić miliony obywateli USA, używając danych z telefonów komórkowych, po otrzymaniu od gigantów IT o dostęp do lokalizacji telefonów komórkowych Amerykanów. W ten sposób rząd zdobył możliwość śledzenia lokalizacji każdego Amerykanina i sprawdzenia, np. czy przestrzega zasad „społecznego dystansu”.

 

Z podobną prośbą do operatorów telefonii komórkowej zwróciła się Komisja Europejska. Zarówno we Francji, jak i w Niemczech firmy te przekazywały takie dane już wcześniej. W Wielkiej Brytanii uznano, że praktyka ta będzie zgodna z prawem, dopóki dane nie zostaną zidentyfikowane. Wprawdzie UE ma niezwykle surowe i ścisłe przepisy o ochronie danych osobowych, ale jak się okazuje przetwarzanie ich jest uzasadnione w ramach aktu GDPR „w celach humanitarnych, w tym w celu monitorowania epidemii”.

 

Kraje takie jak Korea Południowa zdołały powstrzymać wybuch epidemii w sposób, którego Europa nie może skopiować, poprzez śledzenie kontaktów w celu mapowania zarażenia na poziomie poszczególnych osób. Aby mieć taką możliwość w Europie, rządy musiałyby naciskać na nowe nadzwyczajne przepisy  lub skłonić użytkowników do dobrowolnego dzielenia się z nimi na masową skalę informacjami o sobie. Forsowane jest oprogramowanie znane pod nazwą „Pan-European Privacy Preserving Proximity Tracing”, zaprojektowane w taki sposób, aby za pomocą Bluetooth w smartfonie można było skanować i rejestrować lokalizację osób znajdujących się w pobliżu, a dokładniej mówiąc – przenoszonych przez nie telefonów. Jego twórcy twierdzą, że mają nadzieję, iż państwa UE będą mogły używać go jako silnika w przyszłych aplikacjach do śledzenia kontaktów.

 

We Włoszech urzędnicy wykorzystali anonimowe dane od operatora Vodafone, a mapowanie danych w swoim czasie wykazało np., że miliony osób w newralgicznym regionie Lombardia nadal przemieszczają się poza swoimi domami. Potem to się zmieniło a wiedza o tym również pochodziła z inwigilacji komórek.

 

Moskwa nie wierzy łzom, wierzy kamerom

 

Premier Izraela Benjamin Netanyahu upoważnił Izraelską Agencję Bezpieczeństwa do wdrożenia do śledzenia chorych na koronawirusa technologii nadzoru zwykle zarezerwowanej dla walki z terrorystami. Co więcej, Izrael wykorzystuje swoją jednostkę wywiadowczą Shin Bet, zwykle zajmującą się terroryzmem, do śledzenia potencjalnych zarażonych koronawirusem za pomocą danych telekomunikacyjnych. Kiedy właściwa podkomisja parlamentarna odmówiła zatwierdzenia tego środka, Netanyahu przeforsował go „dekretem nadzwyczajnym”. Jego rząd wskazał koronawirusa jako kwestię „żywotnego bezpieczeństwa narodowego”, pozwalając izraelskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na korzystanie z nieujawnianej wcześniej bazy danych zawierającej bardzo szczegółowe informacje dotyczące telefonów komórkowych. Śledząc przemieszczanie się i komunikację całej ludności, władze dysponują większą liczbą narzędzi pozwalających na śledzenie działań wszystkich zarażonych osób w przeszłości i ostrzeżenie każdego, kto mógł być narażony na kontakt z potencjalnym nosicielem.

 

W Rosji miasto Moskwa uruchomiło sieć kamer monitorujących ze zdolnością rozpoznawania twarzy tuż przed dotarciem epidemii do Rosji, ignorując protesty i skargi prawne. Stolica Rosji miała już wcześniej gęstą sieć 170 tysięcy kamer bezpieczeństwa, ustawionych na ulicach i stacjach metra w całym mieście w ciągu ostatniej dekady. Obecnie sto tysięcy z nich zostało podłączonych do systemów sztucznej inteligencji, które potrafią identyfikować filmowanych ludzi. Moskiewska policja informowała o rozpoznaniu setek ludzi dziennie łamiących zasady kwarantanny.

 

Rosyjska technologia rozpoznawania twarzy została po raz pierwszy przetestowana podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2018 roku, a następnie w pełni uruchomiona w styczniu, tuż przed uderzeniem pandemii. „Prawdopodobieństwo popełnienia błędu przez nasz algorytm rozpoznawania twarzy wynosi 1 na 15 milionów,” chwalił się Aleksander Minin, dyrektor generalny NtechLab, firmy, która wygrała przetarg miasta na dostawę technologii. Urządzenia jej produkcji, które zostały wyeksportowane m. in. do Chin i Ameryki Łacińskiej, mogą zidentyfikować kogokolwiek z „80-procentową pewnością, ”mówił Minin AFP na początku roku.

 

Urzędnicy w Hongkongu zmuszali wszystkich przybywających do miasta do noszenia opaski lokalizacyjnej, natomiast władze Tajwanu umieszczały wokół domów ludzi poddanych kwarantannie elektroniczne płoty, służące do wykrywania wyłączeń telefonów. Mniej hi-techowe rozwiązania zastosowano w Indiach, gdzie stemplowano ręce ludzi przybywających na lotniska, mówiąc im, jak długo muszą być poddani kwarantannie. Dane dotyczące rezerwacji z linii lotniczych i pociągów były monitorowane w celu upewnienia się, że osoby te nie podróżują, informował Reuters. W południowo-indyjskim stanie Kerala, władze używały mieszaniny nagrań rozmów telefonicznych, nagrań z kamer monitoringu i danych o lokalizacji telefonu do śledzenia osób, które mogły mieć kontakt z pacjentami z koronawirusem.

 

Trace Together, czyli śledźmy się pospołu

 

Na całym świecie intensywnie wdrażane są aplikacje telefoniczne, pozwalające śledzić osoby zarażone COVID-19, czy też pozostające w kwarantannie, dla ustalenia zakresu ich kontaktów i potencjalnego rozprzestrzeniania się epidemii. Rosyjska aplikacja do monitorowania zarażonych obywateli ma dostęp do połączeń, lokalizacji, aparatu, pamięci, informacji o sieci i innych danych. Wiele rządów w Azji inwigiluje obywateli przez ich telefony komórkowe, nie troszcząc się o uzyskanie jakiejkolwiek zgody. Na przykład na Tajwanie znany jest przypadek wizyty policji u obywatela 45 minut po tym, jak przestał odpowiadać jego telefon, który jak się okazało, zepsuł się. W Korei Południowej skanuje się informacje ze smartfonów obywateli, aby w ciągu 10 minut znaleźć osoby, które mogły zarazić się wirusem. Władze posunęły się dalej – gromadzą nie tylko dane z telefonów komórkowych i GPS, ale także dotyczące transportu publicznego, kart kredytowych, kwestii imigracyjnych.

 

Opcją uznawaną za ekstremalne jest narzędzie programowe oferowane przez izraelską firmę szpiegowską NSO Group. Przewiduje, że rządy będą wymagać od operatorów telefonii komórkowej wszystkich danych dotyczących ruchu dowolnego abonenta. W Indiach władze wprowadziły obowiązkową aplikację pod nazwa Aarogya Setu do śledzenia kontaktów wszystkich pracowników sektora publicznego i prywatnego. Aplikacja ocenia ryzyko infekcji użytkowników na podstawie ich lokalizacji, historii medycznej i odbywanych podróży.

 

Największy rozgłos na świecie zyskała Trace Together, aplikacja rządu Singapuru, zainstalowana przez setki tysięcy osób. Korzystając z bezprzewodowej technologii Bluetooth pozwala ona zidentyfikować osoby, które znalazły się w odległości dwóch metrów od pacjenta z pozytywnym wynikiem COVID-19 przez co najmniej pół godziny. Twórcy aplikacji zapewniają, że nie zbiera ona żadnych danych geolokalizacyjnych ani innych danych osobowych, co czyni ją teoretycznie przyjazną dla zasady prywatności. Rząd Singapuru udostępnia kod dla tej aplikacji jako open-source, co oznacza, że może ona być modyfikowana i wykorzystywana przez deweloperów na całym świecie do śledzenia ludzi.

 

Massachusetts Institute of Technology opracował z kolei aplikację o nazwie „Private Kit: Safe Paths”, w której użytkownicy mogą aktualizować informacje o sobie, a następnie deklarować, czy mają koronawirusa, czy nie. Ich lokalizacja i ruch jest rejestrowany. Jest on jednak zapisywany w telefonie w formie zaszyfrowanej i nie jest udostępniany osobom trzecim bez zgody. Ludzie mogą otrzymywać powiadomienia o tym, czy byli w pobliżu kogoś z koronawirusem, ale nie dadzą użytkownikowi dokładnego imienia i nazwiska ani tożsamości osób, w przeciwieństwie do niektórych obecnych rozwiązań rządowych. Jednak aby aplikacja była skuteczna, wymaga masowego stosowania.

 

Odfiltrowany w bańce i podany na talerzu

 

Inwigilacyjne story nie zaczęło się wraz pandemią. Problem inwazji na prywatność czy wręcz brutalnego szpiegowania jest znany od lat. A opisy systemów wprowadzanych np. w Chinach od dawna mrożą krew w żyłach.

 

Na wiele miesięcy przed epidemią pojawiły się informacje, że w ramach wprowadzania systemu kredytu społecznego obywatele Chin będą musieli przejść skanowanie twarzy, zanim będą mogli uzyskać dostęp do Internetu w swoich domach lub na smartfonach. Nowe przepisy chińskiego Ministerstwa Przemysłu i Technologii Informacyjnych miały, jak podawały media, wejść w życie  od grudnia, czyli właśnie wtedy gdy wybuchła w kraju środka epidemia. Wstrzymała te zmiany, wprowadzając dużo ostrzejsze rozwiązania inwigilacyjne.

 

Patrzymy krytycznie na chiński system inwigilacji, firmy i produkty stamtąd pochodzące, ale czy w tzw. „wolnym świecie” prywatność internautów jest zasadniczo wyżej ceniona? Można wątpić, zwłaszcza gdy słyszy się o takich historiach, jak ta ujawniona w 2018 r. przez TechCrunch, o tym, że Facebook po cichu płacił nastolatkom za instalację VPN i możliwość całkowitego śledzenia ich aktywności. Informacje o tym wzbudziły sporą irytację w USA. Senator Josh Hawley skomentował to na Twitterze: „Chwila. Facebook PŁACIŁ nastolatkom za instalację aplikacji nadzorującej na ich smartfonach bez poinformowania ich, że Facebook będzie mógł ich szpiegować? Część z tych dzieciaków miała po 13 lat. Czy jesteście poważni?”. Zamiast wyciągnąć wnioski po przyłapaniu na szpiegowaniu użytkowników przy pomocy rzekomo zapewniającej prywatność aplikacji Onavo VPN, Facebook przerobił szpiegującą appkę w taki sposób, by obejść ochronę użytkowników iPhone’ów wprowadzoną przez Apple.

 

Niektórzy  tłumaczą uporczywe wracanie Facebooka do szpiegowskich praktyk, pomimo kolejnych skandali, samą naturą platform społecznościowych, które nie mogą inaczej funkcjonować jak tylko przez inwigilowanie użytkowników.

 

W Chinach to rząd wykorzystuje dane, nie tylko z sieci, do kontroli ludności kraju. Zbudował zaporę ogniową oddzielającą Chiny od reszty Internetu, zastępując zablokowane globalne usługi lokalnymi wersjami, które ściśle kontroluje. Tworzy całościowy cyfrowy profil działań, powiązań, wypowiedzi, przemieszczania się i wykroczeń każdego obywatela. Na tej podstawie Chińczycy otrzymują „punkty” w systemie parametryzacji obywateli i tzw. „kredytu społecznego”. Idą za tym konkretne nagrody bądź kary. System już teraz może zakazać obywatelowi np. podróżowania za granicę. Podobno już dwadzieścia lub więcej milionów osób dodano tam do „czarnej listy”.

 

Jednak rewelacje związane z działalnością Cambridge Analytica i Facebooka pokazują, zachodnie korporacje i potentaci ery cyfrowej mają nie mniejszy niż chińskie władze apetyt nasze dane. Doniesienia medialne i przesłuchania Marka Zuckerberga w amerykańskim Senacie, pokazały, jak wielki jest poziom manipulacji danymi ze strony gigantów internetowych i jak mało o tym wiemy my i nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele.

 

Dzieci dorastają w świecie, w którym wszystko jest połączone, widzialne, współdzielone. To pierwsze pokolenie, którego całe życie staje się cyfrowym zapisem, profilem, który można wyszukać i podejrzeć. Wszystko, co robią młodzi, jest rejestrowane. Nie tylko rzeczy, o których wiedzą, że są rejestrowane, ale mnóstwo i innych informacji, od nagrań z kamer bezpieczeństwa do wyników szkolnych, zdjęć z dyskoteki, nagrań ze sklepu, gdy nielegalnie kupują alkohol po oczywiście całą historię wyszukiwania w Internecie, syntezy badawcze ich upodobań i ich diagramy relacji społecznościowych. Chociaż nie wszystkie te informacje można jeszcze przeszukiwać i mogą jeszcze (na razie) być prywatne, to jednak istnieją w bazach i zapisach cyfrowych i będą zawsze istniały.

 

Trzeba zakładać, iż komputery przyszłości mogą mieć możliwość przeszukiwania całego naszego „życiorysu cyfrowego”, a hipotetyczne komputery kwantowe będą mogły złamać każde szyfrowanie. Nagle wszystkie drzwi mogą się otworzyć. Oczywiście, można się z tą wizją spierać i wierzyć, że tak się nie stanie, ponieważ większość tych danych jest prywatna, jest bezpieczna. Demokratyczne systemy zapewniają kontrolę i równowagę, chroniąc nas przed koszmarami w stylu Wielkiego Brata. Ale tak jest teraz. Co będzie za kilka dekad? Do inwigilacji i kontroli obywateli, jak widać po rozlicznych przykładach, dążą nie tylko Chiny. Sporo niepokojących rzeczy w tej mierze dzieje się w starych i stabilnych demokracjach Zachodu, zaś obywatele jak np. w Szwecji w imię wygody pozwalają się chipować, niewiele myśląc o prywatności.

 

Powiązane jest z tym zjawisko odfiltrowywania Internetu, z angielska zwane „filter buble”, czyli „odfiltrowana bańka” jest efektem rozwoju i doskonalenia platform typu Google, jak również serwisów społecznościowych, a polega na tym, iż Internet, z którego, na co dzień korzystamy, we wszystkich jego aspektach, jest coraz bardziej spersonalizowany, serwowany dla nas, zgodnie z danymi, które wprowadzamy do sieci, rzeczami, których szukamy i często odwiedzamy. Jesteśmy przez to coraz precyzyjniej „targetowani” (czytaj – śledzeni). Zaś Internet, który widzimy nie jest jakimś dowolnym, pierwszym, nomen omen, wolnym Internetem. Jest internetem, który według mechanizmów filtrujących, chcemy oglądać.

 

Odfiltrowany świat, owa „bańka”, w której poruszamy się w internecie ma swoje zgrabne określenie wśród internetowych marketingowców – targetowanie behawioralne. W rzeczywistości rzecz cała nie różni się od znanego od dawna szpiegostwa, namierzania i wystawiania ludzi. Materiał zebrany przez „szpiegów” w świecie cyfrowym jest realnym zapisem zachowań człowieka-użytkownika. I tym się różni od np. odpowiedzi na pytania w kwestionariuszu. Jeszcze dokładniejszy cyfrowy profil człowieka powstaje, gdy internetową historię łączy się z innymi danymi, np. trasami, którymi się porusza, sklepami, w których kupuje a także tym, co kupuje. Wielka część tych danych jest powszechnie dostępna: zbierają je firmy, Zarówno te wielkie jak i małe, władze państw, dostawcy Internetu, oszuści, spamerzy oraz wiele innych podmiotów i osób.

 

Oczywiste jest również, że w przyszłości będzie również więcej ataków cybernetycznych, więcej działań związanych z wojną informacyjną. Cały opisywany wyżej „życiorys cyfrowy” człowieka, jego historia, numer telefonu adres email może zostać zhakowany a dane sprzedane lub udostępnione służbom innych państw lub przestępcom. Nagle ktoś, jakiś rząd, gang, armia, mają na talerzu całą twoją przeszłość i teraźniejszość, wszystkie tajemnice, i są w stanie znaleźć w niej rzeczy, o których nawet ty zapomniałeś. Dalej idzie szantaż, wymuszenie współpracy lub nawet porwanie i uwięzienie.

 

Internet szpiegujących rzeczy

 

Od lat już wskazuje się, że targetowanie i szpiegowanie w Internecie, jaki znaliśmy, może okazać się niewinną wprawką przed tym co może przynieść wszechobecność Internetu Rzeczy (IoT). Nie chodzi tylko o groźbę śledzenia dosłownie na każdym kroku, co mieszkańcy miast z systemami monitoringu odczuwają na własnej skórze. Sieć połączonych inteligentnych gadżetów, czujników i innych urządzeń to także nowe niebezpieczeństwa i nowe pole działania dla hakerów, cyber-kryminalistów.

 

Internet rzeczy, często utożsamiany z urządzeniami, które mają dostęp do sieci, to przyszłość, ale może być także ogromnym zagrożeniem. Czas, rodzaj i miejsce wykonywanej przez człowieka czynności będą mogą być w nim identyfikowane ze stuprocentową dokładnością. Na podstawie danych z podłączonych do sieci urządzeń będzie można zidentyfikować nie tylko osobę, ale i jej upodobania, zachowania i czynności. Np. na podstawie napływających z urządzeń danych algorytm wykorzystywany przez jedną z firm sprzedaży wysyłkowej przewidział, że jedna z klientek jest w ciąży – zanim ona sama się o tym dowiedziała. Sieć bystrych rzeczy budzi, ma się rozumieć, zainteresowanie służb.  James Clapper, szef amerykańskiego wywiadu, zapowiedział już w lutym 2016 roku, że w przyszłości agencje wywiadowcze mogą sięgać po dane gromadzone przez urządzenia IoT.

 

Facebook przynajmniej zwracał się do nieletnich o zgodę. Internet rzeczy nie pyta. Na początku roku 2017 niemiecki urząd regulacyjny BNetzA wycofał z rynku interaktywną lalkę „My Friend Cayla”, wskazując, że zabawka ta, „bez wiedzy rodziców może nagrywać i transmitować rozmowy dziecka”. Przestrzegał, że przy nieodpowiednio zabezpieczonym łączu Bluetooth, głos dziecka mogą podsłuchiwać obce osoby. Dodatkowo wskazano, że lalka może też służyć do przekazywania reklam. Nie tylko zresztą zabawki stwarzają zagrożenia. Pojawiają się informacje o atakach przy wykorzystaniu różnych urządzeń zaliczanych do IoT, takich jak żarówki lub ekspresy do kawy. Ich efektem jest zaś blokada dostępu do usług w sieci czy też przejęcie kontroli nad zaatakowanymi urządzeniami i użycie wbudowanych w nie kamer i mikrofonów do szpiegowania.

 

Szacuje się, że w ciągu 5-10 lat do sieci zostanie dodanych od 20 do 60 mld nowych urządzeń. Według firmy Gartner, do końca 2020 roku ma być aż 26 mld obiektów podłączonych do Internetu. Jednocześnie sieć IoT, jak okazało się w ostatnich latach, może łatwo zostać zaatakowana, przejęta i wykorzystana do różnych złowrogich celów, w tym oczywiście do inwigilacji. W styczniu 2014 roku odnotowano pierwszy udowodniony masowy atak za pośrednictwem urządzeń IoT. Ujawniono botnet posiadający ponad 100 tys. urządzeń, które pomogły rozesłać ponad 750 tys. wiadomości e-mail z linkami do programów infekujących. Co ciekawe, aż 25 proc.  tych urządzeń nie było komputerem czy smartfonem, a urządzeniem, takim jak lodówka czy telewizory typu smart TV. W wykrytej w 2016 r. luce w zabezpieczeniach znanej jako PanelShock internet rzeczy ma być już nie tylko narzędziem lecz właściwym celem ataku. Chodziło o urządzenia monitorujące i kontrolne w zakładach przemysłowych, co już jest blisko monitoringu w naszych „inteligentnych miastach”.

 

Z biegiem czasu dzięki wyszukiwarce Shodan możliwe stało się wyszukiwanie niezabezpieczonych kamer podpiętych do Internetu, takich właśnie jakie wykorzystano w 2016 r. globalnym i szeroko opisywanego ataku DDoS o nazwie Mirai  na serwery Dyn, obsługujące internet rzeczy. W tym roku pojawiła się nowa wersja botnetu. Nowa odmiana Mirai atakuje nie tylko zwykłe przedmioty — „inteligentne” routery, kamery IP itp. — ale również korporacyjne urządzenia internetu rzeczy.

 

Świat Internetu rzeczy w najbliższej przyszłości rozwijać się będzie coraz szybciej dzięki wdrażaniu sieci piątej generacji. W założeniach 5G ma umożliwić szybsze pobieranie i przesyłanie danych, mniejsze opóźnienia i większą gęstość połączeń. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, w zasadzie specyfikacje 5G podniosły standardy ochrony komunikacji między urządzeniami a antenami, wprowadzając pewne ulepszenia, jednak protokoły komunikacyjne 5G będą musiały współistnieć ze starszymi, takimi jak 4G, 3G czy nawet 2G. Poziom bezpieczeństwa komunikacji będzie taki jak najsłabszego jej ogniwa.

 

5G bez foliowej czapeczki

 

Piąta generacja mobilnego Internetu nie służy, jak to piszą w Internecie propagatorzy spiskowych teorii, do dystrybucji koronawirusa. Ale wiąże się z nią inny poważny problem. Steve Bellovin, profesor informatyki na Uniwersytecie Columbia, powiedział niedawno w rozmowie z „Wall Street Journal”, że 5G przynosi fundamentalne obawy o prywatność danych dotyczących lokalizacji. W przypadku sieci 5G większość anten będzie miała znacznie mniejszy zasięg, co oznacza, że określenie położenia geograficznego konkretnych użytkowników w sieci komórkowej będzie znacznie bardziej precyzyjne, co zwiększy ryzyko dla prywatności i bezpieczeństwa użytkowników, zwłaszcza tych już narażonych. Każdy, kto zyska dostęp do danych z anteny dostawcy usług internetowych, będzie w stanie dostroić naszą lokalizację znacznie dokładniej niż może to zrobić dzisiaj w ramach naszych sieci 4G.

 

Jeśli sieć komórkowa sprzedaje dane klientów, w sieci 5G brokerzy danych i reklamodawcy dostaną szybciej i o wiele precyzyjniej dane o lokalizacji użytkowników, a następnie będą mogli na bieżąco atakować reklamami z lokalnym kontekstem. Dane te mogą również umożliwić im poznanie dokładnych tras, które pokonujemy każdego dnia, a nawet budynków, do których wchodzimy. Dla marketerów człowiek opisany przez jego typowe podróże i lokalizacje to prawdziwy skarb.

 

Jeśli nałożyć na to dane z rozsianej w 5G sieci rzeczy, czujników, rejestratorów, terminali, to geo-dane wypełniają się dodatkowymi treściami. Wiadomo już nie tylko gdzie chodzimy i przebywamy, ale również – co robimy. W dodatku ten ogromny problem bezpieczeństwa w przestrzeni wypełnionej milionami niezbyt dobrze zabezpieczonych urządzeń. Warto pamiętać, że za atakami opanowującymi sprzęt typu Mirai mogą iść agresorzy typu Wannacry, czyli ransomware. Koszmarny scenariusz to złośliwe oprogramowanie, które dzięki sieci IoT porywa nas w autonomicznym pojeździe, więzi w inteligentnym biurze, wstrzymuje dozowanie leku z wszczepionego chipa lub nie wpuszcza do własnego domu bez opłacenia okupu.

 

Rabat inwigilacyjny

 

Aplikacje na telefony komórkowe już teraz zbierają szczegółowe dane o lokalizacji użytkowników na każdym ich kroku, dosłownie. Śledzą ruch samochodowy na autostradach, pieszy po ulicach i jednośladowy –na ścieżkach rowerowych. Widzą każdy krok właściciela smartfona, który myśli najczęściej, że jest zupełnie anonimowy, nawet jeśli udostępnia swoją lokalizację. Aplikacje nie tylko zbierają informacje geolokalizacyjne, ale w dodatku sprzedają te dane bez naszej wiedzy.

 

Dziennik „The New York Times” przeprowadził  ok. dwa lata temu eksperyment polegający na śledzeniu ruchów pani Lisy Magrin, zwykłej nauczycielki z okolic Nowego Jorku. Dziennikarze udowodnili, że znając numer jej telefonu można prześledzić wszystkie wojaże po okolicy, które wykonuje dzień w dzień. I choć tożsamość pani Magrin nie była podawana w danych lokalizacyjnych, to, wykonując dodatkowe wyszukiwanie, stosunkowo łatwo można było skojarzyć ją z siatką przemieszczeń. Lokalizacja bohaterki reportażu była rejestrowana w sieci ponad 8600 razy – średnio raz na 21 minut. Aplikacja śledziła ją, gdy chodziła na spotkanie Weight Watchers (grupy dbających o linię) i do biura dermatologa w celu przeprowadzenia drobnego zabiegu. Widoczny jak na dłoni był przebieg jej spaceru z psem i wizyta w domu byłej sympatii. Oczywiście, jej codzienne podróże z domu do szkoły łatwo wskazywały, jaki zawód wykonuje. Z samych tylko danych lokalizacyjnych powstaje dość szczegółowy profil pani w średnim wieku, niezamężnej, z problemem nadwagi i pewnymi problemami zdrowotnymi. To chyba sporo, choćby dla planistów reklam, ale nie tylko.

 

Firmy zbierające te dane sprzedają, wykorzystują lub analizują dane, aby zaspokoić potrzeby reklamodawców, punktów sprzedaży detalicznej, a nawet instytucji finansowych chcących mieć wgląd w zachowania konsumentów. Rynek sprzedaży celowanej geograficznie reklamy osiąga już teraz wartość ponad 20 miliardów dolarów rocznie. Wiele firm lokalizacyjnych twierdzi, że gdy użytkownicy telefonów konfigurując urządzenie, pozwalają udostępnianie lokalizacji, gra jest uczciwa. Jednak wiadomo, że gdy użytkownicy proszeni są o zezwolenie, towarzyszy temu często niekompletna lub wprowadzająca w błąd informacja. Aplikacja może np. powiedzieć użytkownikowi, że udzielenie dostępu do ich lokalizacji pomoże mu uzyskać informacje o ruchu drogowym, ale nie wspomina, że jego własne dane będą udostępniane i sprzedawane. To ujawnienie jest często zakopane w niezbyt czytelnej polityce prywatności, którą mało kto dokładnie czyta.

 

Bank, inwestorzy giełdowi, lub inne instytucje finansowe mogą te techniki wykorzystać do swoistego szpiegostwa gospodarczego, np. podejmując na ich podstawie decyzje kredytowe albo inwestycyjne, zanim firma poda oficjalne raporty o zyskach. Wiele może powiedzieć tak banalna informacja jak rosnąca lub malejąca liczba przebywających w hali fabrycznej, lub odwiedzających sklepy. Bardzo atrakcyjne reklamowo są dane lokalizacyjne w placówkach służby zdrowia. Np. Tell All Digital, firma reklamowa z Long Island, która jest klientem usług geolokalizacyjnych, informuje, że prowadzi kampanie reklamowe dla prawników zajmujących się obrażeniami ciała, skierowane anonimowo do osób przebywających na oddziałach ratunkowych.

 

Google i Facebook, które dominują na rynku reklamy mobilnej, przodują również w reklamie opartej na lokalizacji. Zbierają dane z własnych aplikacji. Zapewniają, że nie sprzedają tych danych podmiotom zewnętrznym, zachowując je dla siebie. Google poinformował, że modyfikuje te dane, aby były mniej dokładne.

 

Od niedawna branża danych lokalizacyjnych ma znacznie bardziej precyzyjne i dyskretne narzędzie – sygnalizatory bluetooth. To niewielkie nadajniki, które porozmieszczane są w wielu miejscach w sklepie aplikacja na telefonie, która komunikuje się z nimi, podając nie tylko, że klient wchodzi do sklepu, ale także, ile czasu spędza w okolicy takich a nie innych produktów. Urządzenia bluetooth namierzają z dokładnością do centymetrów w zasięgu do 50 metrów. Zużywają mało energii i nie sprawiają kłopotów w pomieszczeniach. Stają się więc coraz bardziej popularne wśród firm, które chcą precyzyjnie śledzić położenie klientów wewnątrz sklepu.

 

Służą jako tzw. „beacony” emitujące sygnał w poszukiwaniu pobliskich urządzeń. Sygnały te mogą być wykrywane przez aplikacje w telefonie, wykorzystujące system operacyjny telefonu do skanowania w poszukiwaniu pobliskich nadajników. Jeśli sygnał zostanie wykryty, można powiadomić aplikację, nawet jeśli jest zamknięta. Gdy aplikacja rozpozna sygnał, wysyła informacje (np. o produktach, w pobliżu których klient przechodzi lub działach, w których przebywa) na serwer firmy. Tam łączone są z zapisanymi danymi klienta, np. o jego dochodach i lub nawykach. W połączeniu z innymi informacjami o nim, firmy mogą zbudować bogaty profil opisujący, kim jest, gdzie jest i co kupuje – wszystko to bez jego wiedzy, ma się rozumieć. Na tej podstawie aplikacja może przesyłać reklamy lub informacje o promocjach.

 

W USA sieci sygnalizatorów bluetooth używają wielkie sieci supermarketów, takie jak Target i Walmart u nas od niedawna Lidl. Oczywiście trzeba jeszcze przekonać klienta do zainstalowania aplikacji, ale, jak wiedzą klienci Lidla, rabaty dla użytkowników aplikacji mogą ich do tego skuteczne zmotywować

 

Namierzanie bluetoothowymi beaconami to może być dopiero początek inwigilacji w sklepach. Niedawno American Civil Liberties Union (ACLU) rozpoczęła kampanię ostrzegającą przed systemami rozpoznawania twarzy w placówkach handlowych, w których, jak wiadomo, kamery monitoringu są powszechne. Podobno techniki te testowano w Wielkiej Brytanii i zainteresował się nimi Walmart. Można założyć, że istnieją sklepy na świecie, w których ta technika jest co najmniej testowana.

 

Pandemia przeminie, apetyt na prywatne dane pozostanie

 

Jeśli ktoś kojarzy te inwigilacyjny świat z opisanymi wcześniej „koronawirusowymi” aplikacjami, które dla „naszego dobra i bezpieczeństwa zdrowotnego” śledzą nas na każdym kroku, to dobrze kojarzy. Jest wiele obaw, że gdy infekcje koronawirusem sięgną już poziomu bliskiemu zeru, głodne prywatnych danych podmioty prywatne i publiczne mogą chcieć utrzymać specjalne środki, argumentując, że trzeba utrzymać systemy nadzoru ze względu na groźbę drugiej fali koronawirusa, albo dlatego, że w Afryce Środkowej rozwija się nowy szczep Ebola, albo dlatego, że… uzasadnień może być więcej.

 

Edward Snowden zwrócił niedawno uwagę na szybkie postępy technik łączenia technik monitoringu i inwigilacji ze sztuczną inteligencją, snując perspektywę powstania „policji algorytmicznej” śledzącej i ścigającej ludzi na podstawie wyłącznie maszynowego przetwarzania danych. Tak, dobrze rozumiecie, to świat, w którym „władzą” są maszyny.

 

Nie brakuje jednak opinii, że w obecnej, szczególnej sytuacji, zmuszanie ludzi do wyboru pomiędzy prywatnością a zdrowiem jest w rzeczywistości nie rozwiązaniem lecz źródłem problemu. Dlatego, że to fałszywy wybór. Możemy i powinniśmy cieszyć się zarówno prywatnością, jak i zdrowiem.

 

Mirosław Usidus