Pandemia i „cyfrowy kontynent” – ks. ARTUR STOPKA o Kościele w sieci

Pojawiły się niedawno oczekiwania, że epidemia koronawirusa otworzy Kościołowi w naszym kraju oczy na możliwości działań i komunikacji, jakie niosą tzw. nowe media. Że Kościół intensywnie i na stałe wejdzie do Internetu, prowadząc sieciowe duszpasterstwo na wielką skalę. W ciągu zalewie kilku tygodni przekonaliśmy się, na ile te prognozy były trafne.

 

Pod koniec tegorocznego maja proboszcz franciszkańskiej parafii w Katowicach Panewnikach poinformował w mediach społecznościowych: „Z dniem 31 maja kończymy transmisje Mszy św. z bazyliki panewnickiej. Wyjątkiem będzie uroczystość świeceń diakonatu i kapłańskich…”. Nie tylko z tej świątyni przestano nadawać w Internecie transmisje Mszy. Czasami nawet o tym nie informowano. Po prostu zdemontowano urządzenia i tyle. Łatwo się zorientować, że ma to związek z wycofaniem przez szereg polskich biskupów dyspens od udziału w niedzielnej Eucharystii.

 

Internetowe transmisje były w wielu parafiach formą podtrzymywania wspólnoty. Tak traktowali je zarówno księża, jak i część wiernych. Gdy władze państwowe zniosły ograniczenia dotyczące liczby osób przebywających w czasie nabożeństwa w kościele, zaniechanie transmisji wydaje się krokiem logicznym i uzasadnionym. Chodzi przecież o to, aby ludzie wrócili do świątyń, o co apelował m. in. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Oglądanie transmisji nie jest równoznaczne z obecnością w kościele i uczestnictwem w liturgii. Pod bardzo wieloma względami.

 

W początkowej fazie pandemii w naszym kraju można było spotkać entuzjastyczne komentarze wieszczące masowe i trwałe wejście Kościoła katolickiego do świata cyfrowego. Czy rzeczywiście takie zjawisko nastąpiło? Z czym faktycznie mieliśmy i mamy do czynienia?

 

W minionych dwóch miesiącach zdecydowanie przeważały dwie formy sieciowej aktywności Kościoła.

 

Przede wszystkim nastąpił ogromny wysyp internetowych transmisji Mszy św. Powstało dużo parafialnych kanałów wideo, zwłaszcza na YouTube. W efekcie mnożyły się prośby o ich subskrybowanie, bo zasady funkcjonowania tej platformy skonstruowane są w ten sposób, że ograniczają dostępność transmisji na żywo dla urządzeń mobilnych. W pewnym momencie dla podmiotów religijnych te reguły zostały zawieszone, co stanowiło dodatkową motywację dla tych, którzy wcześniej nie palili się do ustawiania smartfonów przed ołtarzem. Poważny czynnik mobilizujący stanowiły również zachęty do takiej praktyki ze strony licznych biskupów, którzy mimo dyspens apelowali o „udział” w liturgii za pośrednictwem mediów, w tym Internetu.

 

Z przykrością trzeba odnotować, że wiele z tych parafialnych transmisji było marnej jakości, zarówno pod względem obrazu, jak i dźwięku. W umiarkowanym stopniu spełniały swoją rolę podtrzymywania łączności z Kościołem na poziomie parafii. Poza dobrymi chęciami w tego typu działaniach potrzebna jest także pewna doza profesjonalizmu. Można było w tym, co miało miejsce w wielu miejscach w Polsce, wyczuć nastawienie na doraźność i prowizorkę. Choć niektóre firmy handlujące sprzętem wideo reklamowały ostatnio specjalne zestawy do transmitowania Mszy, to jednak trudno dostrzec mające charakter powszechny inwestowanie w tej sferze ze strony parafii (trzeba też pamiętać, że pandemia uderzyła boleśnie w ich finanse).

 

Drugą formą wzmożonej internetowej aktywności Kościoła w czasie epidemii okazały się różnego rodzaju wygłaszane do kamery (przede wszystkim przez księży, ale nie tylko) konferencje, rekolekcje, rozważania itp. Przybyło ich sporo zwłaszcza w czasie Wielkiego Postu. Po Wielkanocy intensywność tego rodzaju sieciowych działań zauważalnie spadła. Tak, jakby po świętach działalność formacyjna w tym kształcie była mniej potrzebna.

 

Trzeba też odnotować podejmowane w tym czasie z większym lub mniejszym powodzeniem znacznie liczniejsze niż wcześniej próby organizowania online wspólnych modlitw poza Mszą św. Szczególnie popularne stało się na niektórych profilach społecznościowych zbiorowe odmawianie różańca o godz. 20.30.

 

Wzrosła również rola Internetu, jako nośnika wewnątrzkościelnej informacji. Częściej niż dotąd do przekazywania bieżących wiadomości dotyczących życia religijnego diecezji albo parafii wykorzystywane były strony internetowe i media społecznościowe.

 

O wiele mniejsze wzięcie w działaniach Kościoła w Polsce podczas pandemii miały interaktywne możliwości, jakie niesie z sobą Internet. Nie doszło, na przykład, do masowych spotkań w sieci rozmaitych istniejących w parafiach grup formacyjnych ruchów i stowarzyszeń. Nie nastąpiło ogólnokościelne sięgnięcie po aplikacje pozwalające komunikować się bezpośrednio w czasie rzeczywistym, takie jak Microsoft Teams, Zoom czy Skype. Większość systematycznych zebrań parafialnych gremiów w okresie związanych z pandemią obostrzeń po prostu została odwołana. Rzadko szukano dla nich jakieś nowej cyfrowej formuły.

 

Widać wyraźnie, że Kościół katolicki w Polsce sięgnął po nowe media w sposób wybiórczy. Wykorzystywane były przede wszystkim do jednostronnego przekazu, do „nadawania” bez nastawienia na „odbiór”. Szukano głównie jakiejś formy zastępczej kontaktu z wiernymi, pozwalającej „głosić”, ale bez nacisku na elementy wspólnoto twórcze. Transmisje Mszy i rozmaitych konferencji idealnie się do tego przydawały. Jednak bez trudu raz po raz można było dostrzec, że sięganie po środki cyfrowe ma w założeniu charakter tymczasowy. Z braku innych możliwości dotarcia z przekazem, sięgano do sieci jedynie jako narzędzia rozpowszechniania, nie jako środowiska spotkania i tworzenia wspólnoty wiary.

 

Podczas pandemii kolejny raz okazało się, że Kościół (nie tylko w Polsce), wciąż nie znalazł recepty na będące skutkiem zaistnienia i umasowienia Internetu zjawisko w sferze międzyludzkich kontaktów. Chodzi o zapośredniczenie komunikacji człowieka z człowiekiem. Od wieków praca ewangelizacyjna, duszpasterstwo, oparte są o bezpośrednią relację interpersonalną, dokonującą się twarzą w twarz. Internet ze swoimi wciąż rosnącymi możliwościami technicznymi wkracza bardzo radykalnie w tę sferę. Dla coraz liczniejszej grupy ludzi zapośredniczony przez sieć kontakt z drugą osobą okazuje się wystarczający do budowania nie tylko powierzchownych relacji. Część z nich nie widzi już różnicy między rozmową przez sieć, a rozmową bezpośrednią prowadzoną przy jednym stole. Coraz częściej spotkanie w Internecie uważają za równoważne spotkaniu w realu. Czas spędzony razem online jest dla nich tak samo wartościowy, jak wspólne przebywanie bez patrzenia w ekran komputera lub smartfona.

 

Dlatego nie ma się co dziwić takim komunikatom, jak ten z franciszkańskiej bazyliki zacytowany na początku. To wyraźny sygnał, że być może pandemia pozwoliła Kościołowi, jako wspólnocie wiary, odkryć nieco cyfrowe możliwości dla siebie, jednak nie okazała się wystarczającym impulsem do powszechnego wdrożenia ich w codzienne życie i praktykę. Wypracowanie metod duszpasterskiego i ewangelizacyjnego wykorzystania sieci na naprawdę powszechną skalę wciąż jeszcze jest przed nami. Na chwilę obecną, „cyfrowy kontynent”, do ewangelizacji którego papież Benedykt XVI zachęcał już kilkanaście lat temu, wciąż czeka na rzeczywiste odkrycie.

 

ks. Artur Stopka

Po co jest Rada Mediów Narodowych? – tłumaczy ŁUKASZ WARZECHA

Po sprawie Trójki (o której pisałem niedawno) pojawiły się komentarze dotyczące zasadności dalszego istnienia Rady Mediów Narodowych. A nawet plotki o tym, że miałaby zostać zlikwidowana.

 

Już po napisaniu przeze mnie poprzedniego tekstu, na nowego dyrektora Trójki został powołany Kuba Strzyczkowski – człowiek ze stacją związany od 30 lat – który przedstawił wizję radia bardzo mi bliską. Kibicuję mu zatem szczerze, choć z natury pozostaję sceptyczny. Nie co do szczerych intencji pana Strzyczkowskiego czy jego determinacji, aby plany zrealizować, ale co do tego, czy pozwoli mu się robić to, co zapowiedział. Oby.

 

Jaki tego związek z RMN? Ano taki, że dyrektorzy anten podlegają prezesowi Polskiego Radia, a ten z kolei jest wybierany przez RMN właśnie. Trzeba tu przypomnieć, że – w przeciwieństwie do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która miała wcześniej kompetencję wybierania prezesów TVP, PR i rozgłośni regionalnych na wniosek rad nadzorczych – RMN nie jest ciałem konstytucyjnym. Powołano ją do życia w połowie 2016 roku zwykłą ustawą i tak samo zwykłą ustawą można ją zlikwidować.

 

Powołanie RMN była opakowane w różne pokrętne uzasadnienia, podczas gdy jej konstrukcja i efekty jej działania najlepiej pokazują, jaki jest jej faktyczny cel: to po prostu wzmocnienie politycznego wpływu na media publiczne. RMN została urządzona dokładnie pod warunki panujące w konkretnym momencie politycznym. Pięć osób, z czego trzy wybierane przez Sejm, a więc w praktyce przez Prawo i Sprawiedliwość, oraz dwie, wyznaczane przez największe kluby opozycyjne, a mianowane przez prezydenta – toż to konstrukcja całkowicie politycznie przejrzysta. Nie trzeba być przesadnie przenikliwym, żeby pojąć, że RMN będzie zawsze pasem transmisyjnym od większości sejmowej do mediów publicznych. Nie ma tu znaczenia, że kadencja jej członków jest sześcioletnia, bo gdyby większość sejmowa się zmieniła, bez trudu można dotychczasowych członków RMN odwołać. Partia rządząca nie miała nawet specjalnej ochoty bawić się w jakieś pozory apartyjności – po prostu wybrała do RMN własnych posłów (w tej chwili jej przewodniczący Krzysztof Czabański jest już byłym posłem, a Elżbieta Kruk – europosłem).

 

Stworzenie RMN oznaczało przyjęcie otwartego kursu na upolitycznienie mediów publicznych. PiS nie próbował tworzyć jakiegokolwiek filtra pomiędzy światem polityków a mediami publicznych. Bardziej bezpośrednim sposobem mogłoby być chyba już tylko wyznaczanie prezesów wprost przez ministra sprawującego nadzór nad spółkami skarbu państwa lub po prostu przez premiera.

 

Ustanowienie RMN wprowadziło chaos kompetencyjny, odbierając uprawnienia związane z mianowaniem prezesów radia i telewizji Krajowej Radzie i dublując kompetencje, związane z nadzorem mediów publicznych. Ustawa o RMN formułuje jej zadania w dość pocieszny sposób. Art. 2. mówi:

  1. Rada jest organem właściwym w sprawach powoływania i odwoływania składów osobowych organów jednostek publicznej radiofonii i telewizji oraz Polskiej Agencji Prasowej, zwanych dalej „spółkami”, oraz w innych sprawach określonych w ustawie.
  2. Zadania, o których mowa w ust. 1, Rada wykonuje, kierując się potrzebą zapewnienia rzetelnego wypełniania przez spółki ich ustawowych zadań oraz ochrony ich samodzielności i niezależności redakcyjnej.

 

Czyli ustawodawca nie ukrywa, że jedynym celem istnienia RMN jest nominowanie szefów mediów publicznych, a zarazem ten organ, całkowicie uzależniony od większości Sejmowej, ma chronić „niezależność redakcyjną” podmiotów medialnych. Absurd.

 

Na dodatek fatalna jest praktyka działania RMN. Każdy, kto ma wgląd za kulisy funkcjonowania mediów publicznych, wie, że członkowie Rady mają faktyczny wpływ sięgający daleko poza kwestię nominacji – a nie taka powinna być ich rola.

 

Czy RMN jest potrzebna? Z czysto politycznego punktu widzenia – tak, jest potrzebna aktualnie rządzącym, bo choć w sprawie trybu działania i szczegółowych kompetencji KRRiT Konstytucja odsyła do ustawy, a tę łatwo zmienić, to jednak ustawa zasadnicza określa, że członków Krajowej Rady powołują trzy podmioty: Sejm, Senat i prezydent RP. A to oznacza, że większość sejmowa nie ma już nad nią tak bezpośredniej kontroli.  Faktycznie jednak RMN jest czymś w rodzaju nie całego nawet, ale połowy listka figowego, okrywającego dość bezwstydne w swojej istocie przejęcie politycznej kontroli nad mediami publicznymi.

 

Utrzymania tego ciała nie powinien przewidywać żaden plan sanacji TVP i PR. Ale też rozwiązaniem nie jest prosty powrót do dawnego mechanizmu. Dawno już temu opisywałem na portalu SDP system niemiecki (za co zresztą spotkała mnie nieuczciwa i agresywna krytyka), który oczywiście nie eliminuje wpływu polityków na media publiczne – bo to nie jest całkowicie możliwe – ale bardzo znacząco go ogranicza, filtrując ten wpływ przez kilka warstw. Postawienie znów na KRRiT nie jest zatem dobrym wyjściem, lecz pozostawianie przy życiu RMN jest jeszcze gorszym.

Jak COVID-19 wyskakiwał z lodówki – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o mediach w czasie pandemii

W Polsce nie kopano masowych grobów, a zwłoki nie były odwożone na lodowiska przez wózki widłowe. Tak więc temat koronawirusa trzeba była grzać, grzać, aby wrzał. Szumu informacyjnego, który kosztował wielu ludzi wiele zdrowia psychicznego, było za dużo.

 

My dziennikarze informujemy o tym, co ludzi interesuje. Mniej więcej tak samo, jak marketingowcy promują towary, które przecież wszyscy i tak chcemy kupować. Potrafimy sobie wyobrazić wprowadzenie na rynek nowego towaru bez działań marketingowych i jego sukces (towaru, nie rynku)? Wiemy, co dzieje się z mózgiem klienta podczas zmasowanych działań marketingowych? Panika, przesyt, wyparcie. Mamy swój udział w tym psychologicznym ciągu społecznych zdarzeń, tragicznym w swych skutkach w czasach kryzysów.

 

Nie, to jeszcze nie koniec tej pandemii, To jedynie koniec pierwszego aktu i nie wiadomo, czy show sprzeda się tak dobrze, aby trwać kilka sezonów. Natomiast w owym pierwszym akcie wszyscy utonęliśmy w powodzi słów. Od naukowców dosłownie zalanych publikacjami jak najściślej naukowymi (przynajmniej z nazwy) na temat wirusa SARS-CoV-2, po dziennikarzy. Którzy w tej sprawie przecież nie ssali ze swych pobrudzonych atramentem palców wskazujących i środkowych, tylko od owych fachowców na ogół, czyż nie?

 

Że już nie wspomnę o tych biednych ludziach, którzy mieli coś z tego zrozumieć, zalanych dodatkowo potokami AUTENTYCZNEJ dezinformacji (kremlowskiej i dowolnej), oraz efektów niestrudzonej pracy różnej szurii spod znaku strukturyzowanej wody, wieloskrętnych witamin, płaskiej ziemi i walki z 5G.

 

Naukowcy, źródło pierwsze, mieli mega kłopot. Jak opisywałam to w jednym ze swoich tekstów dla „Tygodnika TVP”, nie tylko WHO, EU, władza i ludność, ale nawet nauka zawaliła (https://tygodnik.tvp.pl/47487274/epidemia-bezsilnosci-w-jaki-sposob-koronawirus-tak-latwo-zdobyl-swiat). Bo przewidziała tę epidemię, ale … np. mysz transgeniczna, która mogłaby natychmiast służyć jako zwierzę modelowe do badań nad lekami przeciw COVID-19 czy szczepionką (bo ma ludzki gen ACE2, kodujący receptor wirusów SARS) ostatnie 15 lat przeleżała jako zamrożona w -80 st. C sperma, a nie żywe zwierzę, płodne i rozrodzone, biegające sobie po licznych klatkach i gotowe do wykorzystania. Takich przykładów „niefrasobliwości w świetle naukowych przewidywań”, np. zarzucenia pracy nad szczepionką przeciw SARS etc. było wiele. SARS się skończył kilkanaście lat temu i zwinęliśmy sklepik, a MERS nie rozprzestrzeniał się między ludźmi. Były zatem w nauce ważniejsze tematy.

 

Stanęliśmy nadzy w pokrzywach z kilkoma dosłownie laboratoriami na świecie REALNIE pracującymi nad koronawirusami tak zwierzęcymi, jak ludzkimi. Reszta tych 2 tys. powstałych na kolanie w pierwszych 4 miesiącach epidemii prac naukowych to była radosna twórczość częstokroć, tej reszty, która pobiegła za nowym tematem, gdzie jest szansa na granty, na zaistnienie… Klasyka. A skoro na tych łamach już pisałam, jaką biedą z nędzą są dzisiaj „działy naukowe” we wszelakich mediach, to tylko powiem: „the same here”. Nie sprawdziliśmy, które to laby, kto się naprawdę zna na tym, na czym mówi etc. A że specjaliści byli limitowani, a nie mogliśmy przecież limitować „pokrycia”, które zresztą, podobnie jak czasopisma naukowe, w kwestii COVID-19, dawaliśmy ludności na ogół „za darmo”, no to zaczął się wyścig, kto więcej newsów typu „ujawniamy!” wrzuci na te „darmowe strony”.

 

I szło wszystko. Mnie utkwiły chyba najbardziej ze trzy rzeczy, bo sama zajęłam się odszukaniem źródeł tych wywalanych na czołówki informacji. Pierwszy temat to kwestia ibuprofenu z połowy marca. Francuski Minister Zdrowia coś powiedział. WHO za nim powtórzyło, ale po jednym dniu się wycofało. NIKT nie przeczytał, czy w źródłowej pracy wymieniającej ten niesterydowy lek przeciwzapalny jako wpływający na działanie i występowanie białka ACE2, jest w ogóle do tej ibuprofenowej kwestii jakakolwiek referencja. Czyli odnośnik w literaturze przedmiotu, skąd wzięto tę informację. A że praca była w „Lancet”, a minister zdrowia we Francji to szyszka, poszło!

 

Czy dziennikarze, którzy nie zajrzeli do źródłowej publikacji, tylko ogłosili światu, że ibuprofen może być związany z ciężkim przebiegiem COVID-19 (bez żadnych klinicznych ani eksperymentalnych danych na ten temat, na podstawie niepopartego referencją przekonania autorów pracy) choć wiedzą, w jakich chronicznych schorzeniach bierze się spore dawki tego leku przeciwzapalnego codziennie i jaki horror zafundowano licznym chorym na te schorzenia? Ja wiem, że my to bierzemy, jak główka pobolewa z przepracowania i trosk lub przeziębienia. Dla wielu ludzi jednak to jest ważny dla ich zdrowia lek, a nie supl bez recepty z Żabki. Odpowiedzialność za słowo poszła się czesać. Owczy pęd i minister na początku łańcuszka zdarzeń.

 

Druga akcja to był prof. Montagnier i „fragment wirusa HIV w koronawirusie, który świadczy, że wirusa zrobiono w laboratorium”. Żeby wiedzieć, jak jest, wystarczyło: 1) sprawdzić źródłową publikacje, o którą opiera się w swych wypowiedziach ten przedziwny Noblista, 2) choćby z anglojęzycznej Wikipedii, jak już nie mamy czasu w tym pustym newsroomie na nic, sprawdzić, kto to w ogóle jest ten gość i spod jakiego lodu wylazł po 10 latach, by znowu zabłysnąć w świetle jupiterów. Nie będę rozwijać tematu, kto ciekawy, niech zajrzy do mojego tekstu w Tygodniku TVP  https://tygodnik.tvp.pl/47694520/w-naturze-czy-w-laboratorium-gdzie-sie-urodzil-covid19. Klasyka fachu, czyli sprawdzanie źródła, poszło się czesać w wielu redakcjach.

 

I wreszcie trzecia historia, kuriozalna już doprawdy. Czyli „palenie papierosów zabezpiecza przed COVID-19”. Ja już w zasadzie, po doświadczeniach ostatnich 4 miesięcy, przestałam wymagać od kogokolwiek, żeby pojmował ten prosty fakt, iż korelacja nie oznacza związku przyczynowo-skutkowego. Ja wiem, że to jest trudne, że w ogóle nauka jest trudna i bez sensu, skoro większość osób jej nie rozumie. Aczkolwiek, aby nie dać wiary pewnemu profesorowi interny ze szpitala La Pitie Salpetriere w Paryżu, wystarczyło pod koniec kwietnia zobaczyć, jakież to przezacne i cieszące siew wieloletnią nieposzlakowaną opinią czasopismo naukowe opublikowało owe rewelacje.

I znowu, opisałam te historię dokładnie (https://tygodnik.tvp.pl/47907802/palisz-nie-zlapiesz-koronawirusa-cala-prawda-o-tym-czy-papierosy-chronia-przed-zarazeniem), bo jak w soczewce skupia ona pewne mechanizmy bardzo groźne dla nauki, dziennikarstwa i po prostu ludzkiego zdrowia. Jakiś gość w centrum Paryża, nawet profesor, robi konferencję prasową i NIKT nie sprawdza, kto to jest, jakie ma publikacje dotąd, jacy recenzenci sprawdzili jego obecne wyniki tak zaskakujące, CO TAM W OGÓLE JEST NAPISANE w źródłowej publikacji naukowej i czy ona w ogóle istnieje.

 

Ośmielę się powiedzieć, że zalew informacyjny byłby znacznie mniejszy i bardziej strawny dla ludności oraz nas samych, którzy musieliśmy to robić, czyli zapełniać te strony „darmowe o pandemii”, gdybyśmy nie działali jak umysły osaczone, stadne, poddające się psychologii tłumu, którą same generują. I nie chodzi o to, by stać i gadać duby smalone, że „żadnej epidemii nie było, nie ma i nie potrzeba” niczym mężczyzn w „Seksmisji” Machulskiego, i tak zaznaczyć swą indywidualność i wyalienowanie z rozedrganego tłumu. Tylko po prostu pracowicie i pieczołowicie sprawdzać, jak jest i w tym wypadku przejść realnie przyspieszony, ale solidny kurs wirusologii, epidemiologii i medycyny zakażeń. Zanim zacznie się szybko zapełniać „darmowe strony o COVID-19” treścią.

 

Czy tych treści było za dużo? O wiele, zwłaszcza za dużo było szumu informacyjnego, który kosztował wielu ludzi wiele psychicznego zdrowia. Ponieważ mieliśmy w Polsce jak zwykle to szczęście i opiekę Matki Boskiej, że wirusa było mało, to temat trzeba było doprawdy grzać, grzać, grzać, bo sam by nie wrzał. Nie kopano u nas masowych grobów, zwłoki na lodowiska nie były odwożone przez wózki widłowe, lekarze i pielęgniarki nie biegali po oddziałach odziani w worki na śmieci. A że najlepiej sprzedawało się poradnictwo i skandal, to tak to leciało.

 

Czy jak to się już wszystko skończy, daj Boże szczęśliwie, to społeczeństwo będzie mediom ufać bardziej, czy mniej? Na ten między innymi temat odbył się na początku maja na Uniwersytecie Berkeley panel, (https://news.berkeley.edu/2020/05/06/covid-19-and-the-media-the-role-of-journalism-in-a-global-pandemic/), który zgromadził tak tuzów i nauczycieli dziennikarskiego fachu, jak i lekarzy, epidemiologów oraz wirusologów. Padło tam wiele słów o niemałym ciężarze gatunkowym. Dotyczyły tego, jak media (głownie amerykańskie, ale nie widzę żadnego powodu, by nie rozciągnąć tych uwag globalnie) poradziły sobie z tzw. „pokryciem tematu”. Ośmielę się zacytować kilka wypowiedzi, bo będą doskonałym podsumowaniem.

 

Ed Wasserman, dziekan UC Berkeley’s Graduate School of Journalism, powiedział, że zaufanie społeczeństwa do mediów jest zagrożone. „Pod wieloma względami jest to moment przełomowy dla mediów” – dodał. „Intensywność zainteresowania tą historią i konsekwencje jej prezentacji są naprawdę ogromne. ” Zaś emerytowany profesor zdrowia publicznego John Swartzberg udzielił dziesiątków wywiadów na temat COVID-19, bo przewodniczy grupie, która nadzoruje publikacje Berkeley na temat zdrowia publicznego. Powiedział on, że wirus istnieje tylko kilka miesięcy i obiektywnie niewiele wiadomo na jego temat. Wielu jednak naukowców, podobnie jak dziennikarzy, stara się jak najszybciej przedstawić swoje wyniki opinii publicznej.

 

Podsumował on też użycie tak zwanych pre-printów czy artykułów z „predatory journals” (to takie quasi naukowe czasopisma czy serwisy internetowe, które praktycznie nie recenzują i żyją z tego, że desperat pragnący opublikować wyniki swoich badań im zapłaci za druk), i porównał je ze standardowymi czasopismami recenzowanymi, w których niezależni naukowcy poświęcają czas na weryfikację cudzych wyników. Powiedział, że te nierzetelne, niepełne, niesprawdzone i niepoprawione raporty ze świata mogą utrudnić dziennikarzom wykonywanie ich pracy. „Raz po raz jesteśmy przerażeni i zaskoczeni rodzajem niespójności i braku wiarygodności otrzymywanych informacji” – dodał Wasserman. „Widzimy informacje, które powinny być dość neutralne politycznie, zamiast tego są przetwarzane w sposób, któremu nie możemy ufać”.

 

Generujemy korzystając z naturalnych mechanizmów psychologicznych odbiorcy horrendalny popyt, którego często nie umiemy dobrze i mądrze zaspokoić.  Więc pozostaje nam sprzedawanie jakoś trzymającego się kupy  opakowania z marnym produktem w środku. Czyli klasyka współczesnego marketingu, zwłaszcza marketingu chińskich maseczek chirurgicznych.

 

Czy w Polsce przyjąłby się endorsement? – pyta ŁUKASZ WARZECHA       

A gdyby tak wprowadzić do polskich mediów instytucję endorsement, czyli oficjalnego poparcia przez daną redakcję kandydata lub ugrupowania? Zastanawiałem się, czy byłoby to możliwe, od czasu, gdy w 2000 roku przeczytałem w brytyjskim tygodniku „The Economist” (który był wtedy dla mnie, początkującego dziennikarza, wielkim odkryciem), że zdecydował się w wyborach prezydenckich w USA poprzeć oficjalnie George’a W. Busha – jakkolwiek wpływ brytyjskiego pisma o międzynarodowej renomie na wybory w USA jest, rzecz jasna, ograniczony. W swojej najnowszej historii w 1980 r. „The Economist” poparł oficjalnie Ronalda Reagana, potem dwukrotnie żadnego z kandydatów, w 1992 r. – Billa Clintona, cztery lata później – Boba Dole’a, w 2004 r. – Johna Kerry’ego, w kolejnych dwóch wyborach – Baracka Obamę, w 2016 r. – Hillary Clinton.

 

Z „The Economist” sprawa jest o tyle szczególna, że artykuły tam się ukazujące nie są podpisywane imieniem i nazwiskiem autora. Nie mam pojęcia, w jaki sposób wewnątrz redakcji podejmuje się decyzje o poparciu tego czy innego kandydata. Wiem, że – przy wszystkich moich zastrzeżeniach do tygodnika – czytelnicy zawsze dostają obszerne uzasadnienie stanowiska.

 

„The Economist” nie jest oczywiście wyjątkiem. Endorsement jest popularny głównie w anglosaskich mediach. W USA jest wręcz instytucją wyborczą, a w trakcie kampanii pracowicie oblicza się, ile gazet poparło którego kandydata. Np. w wyborach sprzed czterech lat Hillary Clinton otrzymała poparcie aż 500 tytułów plus dodatkowo 30 przyjmujących stanowisko „byle nie Trump”, podczas gdy Donalda Trumpa wsparło jedynie 28 gazet. Jak widać, niewiele to jednak kandydatce Demokratów pomogło.

 

W Polsce tymczasem są jedynie pojedyncze przypadki oficjalnego opowiedzenia się tytułu za danym kandydatem – tak robiła na przykład „Gazeta Wyborcza” w wyborach prezydenckich. Prasa, mówiąc umownie, prawicowa, choć przecież jasno wspierała w 2015 r. Andrzeja Dudę, nie ogłaszała oficjalnego poparcia kandydata przez tytuł. Może zresztą wychodząc z założenia, że nie jest to potrzebne, bo wszystko jest jasne.

 

Sam mam do medialnego endorsementu stosunek ambiwalentny. Z jednej strony podoba mi się, że takie postawienie sprawy nie pozostawia wątpliwości. Wszystko jest jasne i czytelne – tytuł ma swojego kandydata i nie udaje, że jest inaczej. Z drugiej strony rozumiem, że w polskim plemiennym życiu medialnym i politycznym wiele takich gestów byłoby – inaczej niż w przypadku „The Economist” – całkowicie przewidywalnych, a jednocześnie mogłoby oznaczać jeszcze głębsze bezpośrednie zaangażowanie mediów w politykę. Tak jakby nie było tego dość. Trudno też spodziewać się, że motywacją takiej czy innej decyzji nie byłyby względy czysto merkantylne – dokładnie tak jak jest w przypadku tytułów „człowieka roku” w różnych odmianach, które są często po prostu sposobem na podlizanie się władzy. Za czym często idą reklamy od spółek skarbu państwa.

 

Problemem może być też stanowisko tych autorów danego tytułu, którzy z decyzją redakcji by się nie zgadzali. Czy mieliby prawo do swojego głosu odrębnego? Czy mogliby w swoich tekstach argumentować na rzecz innych kandydatów? A może właśnie paradoksalnie po oficjalnym ogłoszeniu poparcia redakcji byłoby im łatwiej niż dzisiaj? Wtedy bowiem byłoby jasne, że to głosy odrębne, które nie zmieniają wyboru tytułu jako całości.

 

Mam jednak poczucie, że nawet gdyby instytucja oficjalnego poparcia partii czy kandydata w Polsce się przyjęła, byłaby w dużej mierze pusta. Czy może raczej – wtórna. Podział jest bowiem tak głęboki, a poczucie plemiennej przynależności tak dojmujące, że endorsement niczego by tu nie zmieniał. Aczkolwiek byłyby wyjątki. Z chęcią dowiedziałbym się, jaką decyzję i dlaczego podejmują takie tytuły jak „Dziennika Gazeta Prawna” czy „Rzeczpospolita”. Bo najciekawsza jest nieoczywistość.

 

Łukasz Warzecha

Deklaracja niepodległości reportażu MARKA MILLERA

Reportaż musi przestać powtarzać literaturę, kroczyć za literaturą, doganiać literaturę. Jest gatunkiem dziennikarskim, nieaspirującym do żadnego innego gatunku, czy rodzaju literackiego. Jest gatunkiem niepodległym, niezależnym i autonomicznym.

 

Po co deklaracja? Po to, by świadomie zakończyć etap zależności, podległości i niepełnowartościowości reportażu. Po to, by spróbować zdefiniować obecną sytuację, by nie tracić czasu na pozory, a zająć się tym, co najważniejsze – nowymi możliwościami, nowymi wyzwaniami i tym co hamuje rozwój reportażu. Po to wreszcie, by świadomie wziąć odpowiedzialność za reportaż, za jego przeznaczenie, za jego misję w mediach.  Wobec narastającej tendencji rozmywania kryteriów, zacierania granic, deklaracja podejmuje próbę określenia w czym leży odrębność reportażu, w czym nie może być naśladowany przez inne dziedziny i jaki jest nieusuwalny rdzeń, bez którego reportaż przestałby być sobą. Deklaracja zakłada, że istnieje dominanta reportażu, jego główny motyw, zasadnicza cecha, element wybijający się. Co jest więc dominantą reportażu, jego prawdą, istotą i znaczeniem? Jaki fundament kładziemy pod niepodległość?

 

Prawda

 

Prawda reportażu to odczytywanie zdarzeń jako mowy Boga do ludzi, albo jakiś inny fundament światopoglądowy, jakaś inna koncepcja człowieka. Za każdym przekazem, stacją telewizyjną, radiową, internetem, za każdym reportażem i jego „Deklaracją Niepodległości” stoi określona koncepcja człowieka. Udawanie, że istnieje reportaż obiektywny, „naukowy” jest świadomym kłamstwem lub brakiem świadomości. Wyjściem jest więc jasne sygnalizowanie swojego światopoglądu jako podstawy interpretacji zdarzeń. Deklaracja Niepodległości Reportażu oparta jest o fundament chrześcijański – katolicki, bo taki od lat jest mój światopogląd.

 

Istota

 

Istotą reportażu jest bezpośrednie informowanie, relacjonowanie, rekonstruowanie i interpretowanie zdarzeń – „historii wspólnych” – aktualnie ważnych dla jakiejś wspólnoty.

 

Znaczenie

 

Media są nowożytnym areopagiem, na którym toczy się zmaganie o duszę współczesnego świata, o zawłaszczenie społecznej świadomości. Jednym z istotnych oręży w tym zmaganiu jest reportaż. To on często kształtuje opinię publiczną. Znaczenie reportażu polega na podtrzymywaniu więzi społecznej, uświadamianiu, że człowiek jest bytem relacyjnym. Stymulując rozwój i podtrzymywanie więzi, reportaż odgrywa ważną rolę w integrowaniu społeczeństwa w procesie adaptacji jednostki w społeczeństwie.

 

Wszystko jest tematem na reportaż, ale nie każdy temat należy do dominanty – prawda, istota, znaczenie. Reportaż to, jak powiedzieliśmy, opowiadanie wspólnych historii, które mają dla wspólnoty znaczenie. Mało jest w mediach wspólnych historii. Dominują historie własne i to najczęściej o sobie samych.

 

***

 

Przyznana Swietłanie Aleksijewicz w 2015 roku nagroda im. Alfreda Nobla, stała się przełomem w dziejach literatury. Sztuka dziennikarska, została nareszcie równouprawniona. Spełniło się marzenie Honoriusza Balzaka, Emila Zoli, Trumana Capote o literaturze niebeletrystycznej. O literaturze dokumentalnej. Co z tego przełomu może wynikać? Może wynikać, to , że reportaż musi „skorzystać z sytuacji” i wybić się na niepodległość. Musi przestać powtarzać literaturę, kroczyć za literaturą, doganiać literaturę. Od przyznania Swietłanie Nobla, reportaż staje się gatunkiem dziennikarskim, nieaspirującym do żadnego innego gatunku, czy rodzaju literackiego. Jest gatunkiem niepodległym, niezależnym i autonomicznym. Reportaż jest sam dla siebie wyzwaniem, ambicją i spełnieniem. Należy do świata mediów – środków społecznego przekazu, a nie do świata sztuki literackiej. Reportaż jest intencjonalny, nie spełnia się w sobie, jak często robi to literatura, a odnosi się bezpośrednio do problemów z rzeczywistością, ku ich rozpoznaniu i naprawie. Reportaż zmierza do czynu, pyta w jakim miejscu jest problem, co to miejsce oznacza i co należy w związku z tym zrobić.

 

Deklaracja, ostatecznie zamyka dyskusję o zależności reportażu od literatury i wyższości literatury –  nad reportażem. Tak zwana literackość, piękna forma, dominujący estetyzm, jest często obciążeniem reportażu, jego niedojrzałością, brakiem samoświadomości, niedorozwojem i przejawem niewłaściwych, źle ulokowanych ambicji. Język reportażu musi być przeźroczysty, nośny, niezauważalny – pisał Krzysztof Kąkolewski*. Jeśli zachwyca jako „znakomity”, znaczy jest zły, bo odciąga uwagę od tego co ma przekazywać. W początkach swojej stuletniej historii, rzeczywiście reportaż czerpał z dziennikarstwa autentyzm, a z literatury formę.

 

Ale po przyswojonych lekcjach powieści psychologicznej,  zatrzymywania czasu (Marcel Proust), strumienia świadomości (James Joyce), a zwłaszcza nowego dziennikarstwa amerykańskiego, stylu gonzo, proces ten uległ wyczerpaniu. Powstające dziś nowe możliwości reportażu, w tym językowe, nie mają już z literaturą wiele wspólnego. Dziś język reportażu trzyma się blisko dyktafonu.

 

Według Andrzeja Tarkowskiego, artyści dzielą się na tych, którzy tworzą własny świat i na tych, którzy odtwarzają rzeczywistość. Deklaracja, w oczywisty sposób, opowiada się za tymi drugimi. Zdecydowanie bardziej pociąga nas świat zewnętrzny, niż nasze własne wnętrze.

 

Z inspiracji Georgija Gurdżijewa  przyjmujemy również podział sztuki na obiektywną i subiektywną.  I zdecydowanie jesteśmy za sztuką obiektywną. Sztuka subiektywna, to reportaż monofoniczny, oparty przede wszystkim na jednostkowym widzeniu rzeczy, zjawisk, ludzi i zdarzeń. Często rządzi tutaj ludzki kaprys, oparty na przypadkowych skojarzeniach, dominuje chęć wyrażenia swojego indywidualnego, autorskiego stosunku do rzeczywistości. Aktowi tworzenia nie musi towarzyszyć w pełni świadomy proces twórczy. Sztuka obiektywna jest polifonicznym opowiadaniem o świecie, głosami świata, relacjami, świadectwami. To próba uchwycenia, oddania i wyrażenia świata z wielu punktów widzenia. Pod powierzchnią wydarzeń poszukuje się ukrytych mechanizmów, modeli, struktur, dążąc do prawdy, istoty i znaczenia badanego tematu, problemu. Sztuka obiektywna ma walor ponadjednostkowy. Odsłania prawa losów wspólnoty i przeznaczenia człowieka, jako człowieka właśnie. Polifonicznym wielogłosem opowiada Swietłana  Aleksijewicz. Jej opowieści pozbierane są, jak mówi, z głosów samego życia. Noblistka nie pisze o wydarzeniach, pisze o tematach. Zbiera to co nazywa wiedzą o duszy. Jak to było ? – Nie jest już ważne – Ważne co tam działo się z człowiekiem – mówi. Wydarzenia służą jej do wyrażenia prawdy psychologicznej (jednostkowej).   Deklaracja nie podziela tego poglądu. To wydarzenia, a nie drżenia duszy, są   bezwzględne i stanowią o losach wspólnoty ludzkiej. Nam chodzi o prawdę społeczną o prawdę wspólnoty. Swietłanę interesuje człowiek  sam w sobie. Nas interesuje człowiek w relacji z drugim człowiekiem. Człowiek sam w sobie jest skończony i zamknięty. Człowiek dopiero w relacji z drugim człowiekiem, staje się człowiekiem pełnym – wolnym. Człowiek ze swojej natury, nie należy tylko do siebie, należy do rodziny, społeczeństwa, narodu, Boga. Nie dusza więc jest  najważniejsza, a wierność normie, która czyni człowieka członkiem wspólnoty, tworząc więź społeczną.

 

Deklaracji niepodległości towarzyszy filozofia prawa „powszechnej analogi” sformowana przez  Emanuela Swedenborga. Wszystkie zjawiska świata odbijają się w sobie nawzajem, a to tylko my, zazwyczaj przeoczamy te związki. Związki te dotyczą nie tylko reportażu, ale i świata poza nim. Są marzeniem o tajemniczej logice świata, o owej „jedności wielości” której szukamy od stuleci. Bezskutecznie, ale cóż z tego – jak pisał Konstanty Puzyna*. Poszukiwanie „kamienia filozoficznego” bliskie jest również idei kunstkamery – „szafy osobliwości”, gdzie wzajemne stosunki i relacje zebranych artefaktów i okazów przyrody miały egzemplifikować ową ideę kamienia filozoficznego.

 

Czyż reportaż będąc formą kolażu, kompozycją z różnych materiałów i tworzyw naklejonych na „blejtram” gazety, książki, taśmy magnetofonowej, filmowej czy internetu,  nie jest rodzajem kunstkamery?

 

Praktykowana przez Swietłanę Aleksijewicz i Laboratorium Reportażu, metoda polifonicznej powieści dokumentalnej, pozwala osiągnąć efekt epickości pozostającej nadal historycznym dokumentem. Pozwala kondensować ludzkie doświadczenie – każda kolejna relacja nie powtarza poprzedniej, a jedyne ją dopełnia, pogłębia, bądź poszerza. Polifoniczna powieść dokumentalna umożliwia również uzupełnianie powstałego tekstu „wcinając” do niego nowe,   pozyskane relacje. W tym sensie polifoniczna powieść dokumentalna stanowi utwór otwarty. Nazywamy tę możliwość, powieścią kroczącą, lub konstrukcją w procesie – powieścią, którą można w zasadzie pisać w nieskończoność, ciągle ją uzupełniając, poszerzając i pogłębiając. I w tym sensie deklaracja niepodległości reportażu  jest również konstrukcją w procesie. Dzięki internetowi, cyfryzacji i twardym dyskom, staje się to stosunkowo proste.

 

Deklaracja wyraża pogląd, że przyszłość sztuki obiektywnej należy do pracy zespołowej. Praca zespołowa umożliwia powstawanie wielkich narracji, którym nie jest w stanie sprostać jeden człowiek – jeden autor. Niezbadane dotąd zasady i możliwości pracy zespołowej, stanowią wyzwane, które tu jedynie sygnalizujemy. Na przykład pytanie jaką wartością obdarzamy, w zespole, okres prac nad tematem? Twórcza praca zespołowa, naszym zdaniem, jest wartością samą w sobie. Sam proces tworzenia, wspólnota twórców, ma tu istotne znaczenie. Jak pisał Jerzy Grotowski**: „W dzisiejszym kontekście cywilizacyjnym trudno jest zrozumieć, że ważne może być doświadczenie procesu, a nie jego produktu, rezultatu, że ważne może być dzieło – proces, a nie dzieło -produkt . Nigdy dość słów aby to podkreślić”.

 

Deklaracji Niepodległości Reportażu towarzyszy przekonanie, że zastosowana przy polifonicznej powieści dokumentalnej metoda kondensacji ludzkiego doświadczenia, może być wysoce użyteczna w prezentowaniu zbiorów zawartych w archiwach „oral history” dla potrzeb popularyzacji  i edukacji, stanowiąc obrazową i ekspresyjną narrację historii. Dotyczy to problemu o kapitalnym znaczeniu, a mianowicie oddziaływania archiwów poprzez media   na społeczeństwo.

Kto bowiem jest w stanie (poza wąską grupą twórców, naukowców) zapoznać się z tysiącami relacji zdeponowanych w archiwach. Świat gromadzi coraz więcej świadectw dokumentalnych.

 

Ale jak z nich skorzystać? Jak mają na nas wpływ? Jak zbiorowe doświadczenie ludzkości, gromadzone w archiwach, ma współkształtować naszą przyszłość? Metoda polifonicznej powieści dokumentalnej poprzez kondensację, przyswajalność reportażu, pozwala osiągnąć efekt oddania esencji, istoty zdarzeń w formie tekstu, który może być wysoce użytecznym scenariuszem do wspomnianej już popularyzacji edukacji, ale również może być z powodzeniem wykorzystywany dla potrzeb nauki i sztuki, zwłaszcza w muzealnictwie, jak również  w literaturze faktu,  w filmie dokumentalnym i dramacie.

 

Dzięki internetowi reportaż staje się gatunkiem w pełni multimedialnym. Różnice pomiędzy reportażem pisanym, fotoreportażem, reportażem dźwiękowym a filmem dokumentalnym, zacierają się. Reportaż – online – pozwala stosować, wykorzystywać wszystkie media dla dobra tematu. Za internetem i nowymi technologiami  idzie wyzwanie kierowane do reportażu międzykulturowego. Kiedy czas i przestrzeń przestają być problemem, możemy nareszcie przeglądać się w sobie nawzajem. Dlaczego to na przykład, my Europejczycy mamy opisywać aborygenów? Ciekawe i ważne jak oni patrzą na nas i naszą cywilizację. Reportaż pokazujący dwie i więcej stron konfliktu, problemu, nie tylko pomaga we wzajemnym zrozumieniu i utrzymywaniu pokoju, ale  umożliwia wzajemne zaufanie, solidarność i braterstwo ludzkiej wspólnoty. Reportaż międzykulturowy  ze swej natury jest zbiorowy. Problemy i zasady współpracy międzynarodowych zespołów twórczych stanowią wyzwanie przyszłości zasygnalizowane tu jedynie przez deklarację. Reportaż międzykulturowy to jeszcze jeden argument za niepodległością i autonomią reportażu.

 

Współczesność czyni ze świata głównie przedmiot technicznych badań i usuwa poza swoje pole widzenia świat jako całość. Rozkwit nauk zapędził człowieka w tunele specjalistycznych dyscyplin. Im większą wiedzę człowiek zdobywa, tym bardziej traci z oczu całość świata i siebie samego, pogrążając się w „zapominanie o byciu” – jak pisał Milan Kundera*. Niepodległy reportaż nie może więc zrezygnować z prób spojrzenia na życie człowieka jako na całość. Reportaż jest wehikułem do penetrowania tajemnicy, którą jest całość. Jedyną racją bytu niepodległego reportażu jest więc odkrywanie tego, co tylko reportaż odkryć potrafi – ukryty sens pod powierzchnią aktualnych zdarzeń. Reporter nieustannie poszukuje ukrytego sensu rzeczy, z wielkim trudem stara się wyrazić rzeczywistość nie wysłowioną. Reportaż, który nie odkrywa nieznanego dotąd ułamka rzeczywistości jest niemoralny. Jedyną moralnością niepodległego reportażu jest więc poznanie samej rzeczywistości społecznej i jej tajemnicy.

 

Deklaracja Niepodległości Reportażu wyrasta z rodzących się pytań: o jakim reportażu warto i należy rozmawiać, jaki reportaż powinniśmy szczególnie chronić? Jakiego reportażu nauczać na uniwersytetach, które mają być przyszłością człowieka i narodu – jak o tym mówił Jan Paweł II. Niepodległy reportaż służy społeczeństwu, państwu, wspólnocie ludzkiej. Powinien odwoływać się do ludzkiego sumienia, które jest ponadreligijne, ponadpartyjne, ponadrasowe. Powinien podnosić rękę przeciw każdej władzy, pod którą żyje, bo każda władza degeneruje się z niezwykłą szybkością i jest z natury rakotwórcza. Jednocześnie reportaż winien wspierać władzę, kiedy ta buduje sprawiedliwą ludzką demokrację. Każdy reportaż niepodległy powinien posiadać „naddatek” – powinien dążyć do mitu, nadającego opowiadanej historii ostateczny sens, powinien nieść nadzieję, nawet jeśli jest ona niezmiernie trudna.

 

Marek Miller

 

* patrz: Krzysztof Kąkolewski [w ]Marek Miller „Reporterów sposób na życie” Czytelnik Warszawa 1982 str. 297

* Patrz: Konstanty Puzyna [w] Jerzy  Grotowski „Teksty z lat 1965-1969” Wiedza o kulturze, Wrocław 1990r. str.181

** Jerzy Grotowski „Działanie jest dosłowne” 1979 r,

* Patrz: Milan Kundera „Sztuka powieści”, Czytelnik, Warszawa 1958, str. 13

Pomiędzy koniecznością a propagandą – JAROMIR KWIATKOWSKI o mediach samorządowych

 

Jakimi kanałami powinna komunikować się z mieszkańcami władza samorządowa? Czy jest sens, aby rozwijała swoje „koncerny medialne”? Czy prawdziwe jest stwierdzenie, iż na rynku prasy lokalnej istnieje dychotomia: ubezwłasnowolnione gazety samorządowe kontra prywatne ostoje niezależności dziennikarskiej?

 

Przeciwnikiem wydawania prasy przez samorządy jest m.in. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, który w 2018 roku, w piśmie do ministra kultury i dziedzictwa narodowego, stwierdził, że taka działalność wydawnicza samorządów stanowi zagrożenie dla wolności słowa i że powinny one wydawać jedynie biuletyny informacyjne. Gazety samorządowe, zdaniem rzecznika, nie wypełniają podstawowej funkcji prasy, jaką jest kontrola władzy. Jednak w kwietniu ub.r. spadł z porządku obrad Sejmu projekt nowelizacji prawa prasowego autorstwa posłów Kukiz’15, mający na celu wprowadzenie zakazu wydawania tytułów prasowych przez samorządy. Pozytywnie o projekcie wypowiedziała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, ale Komisja Ustawodawcza stwierdziła, że jest on niezgodny z Konstytucją.

 

Informacja czy lans

 

Moi rozmówcy znają medialny rynek lokalny od podszewki. Dorota Mękarska z Sanoka w swojej bogatej karierze dziennikarskiej była m.in. redaktorem naczelnym zarówno tygodnika wydawanego przez samorząd, jak i lokalnej gazety prywatnej. Wojciech Naja jest redaktorem naczelnym i wydawcą tygodnika „Reporter Gazeta”, ukazującego się w powiecie ropczycko-sędziszowskim na Podkarpaciu.

 

Oboje nie mają problemu z tym, by samorządy wydawały biuletyny, w których informowałyby o podjętych decyzjach, zmianach w podatkach, cenach śmieci itp. Ale – jak zauważa sanocka dziennikarka – samorządy są także wydawcami „normalnych” gazet, to znaczy szeroko informujących o różnych aspektach życia lokalnej społeczności, a przy okazji przekazujących także informacje z urzędu gminy czy starostwa. Trudno mówić o niezależności dziennikarskiej zespołów redakcyjnych tych pism, choć – jak zauważa Dorota Mękarska – „wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia z rozsądnym włodarzem gminy”. – Jeżeli jest rozsądny, to można wypracować consensus, który będzie zadowalał i jego, i redaktora naczelnego – przekonuje dziennikarka.

 

Jednak, jak sama przyznaje, to rzadkie przypadki. – Z reguły burmistrzowie, wójtowie czy starostowie nie rozumieją, że zakładając kaganiec gazecie uderzają tak naprawdę w siebie, bo czytelnicy doskonale potrafią to wyczuć. W efekcie obraca się to przeciwko nim – uważa Dorota Mękarska.

 

Ale chodzi nie tylko o zakładanie kagańca, czy „ręczne sterowanie”, a więc naciski, jakie treści powinny znaleźć się w gazecie, a jakie nie. Bardzo denerwującą manierą większości pism samorządowych jest to, że wójt, burmistrz czy starosta nachalnie lansują się w „swojej” gazecie, często goszcząc niemal na każdej jej stronie. To właśnie ta chęć lansu powoduje, że „zwykłe” biuletyny informacyjne nie zaspokajają ambicji włodarzy. – Kiedyś w jednej takiej gazecie naliczyłam ponad 20 zdjęć starosty – wspomina Dorota Mękarska. Dodaje, że swoje „trzy grosze” wrzucają też  radni, którzy również nie chcą zaprzepaścić okazji do lansu w „swojej” gazecie.

 

Podobne obserwacje ma Wojciech Naja. – Wychodzę z założenia, że potrzebny jest pewien umiar  –  tłumaczy. – Nie da się tego wprowadzić żadną ustawą (to nawiązanie do nieudanej próby znowelizowania prawa prasowego w tej kwestii – przyp. JK). A prawda jest niestety taka, że samorządowe kanały informacyjne, które powinny służyć prostemu komunikowaniu się z mieszkańcami, służą nierzadko nachalnemu lansowaniu się różnych osób.

 

Redaktor naczelny i właściciel „Reportera” zaznacza, że nie chciałby przekreślać możliwości docierania samorządów do mieszkańców, zwłaszcza że żyjemy w czasach, kiedy kanały informacyjne są łatwo dostępne i trzeba z nich korzystać. – Ważne, żeby robić to z głową i rozumieć naturę instytucji, w której się pracuje – uważa Wojciech Naja. – Jeżeli jest to samorząd, to z definicji pełni on funkcję służebną wobec obywateli. Dlatego uważam, że nie jest to dobry kierunek, kiedy chce się on bawić w „koncern medialny” (oprócz gazety także np. telewizja kablowa – przyp. JK), który mozoli się nad dziennikarskimi laurkami dla burmistrza czy wójta.

 

Samorządowym mediom, zdaniem Nai, ciężko jest zachować niezbędny balans między tym co konieczne (np. informowanie o zmianach w zakresie podatków, cen śmieci itd.), a owym natrętnym lansem. – Źle jest, kiedy samorządowe media w co drugim materiale przedstawiają, co burmistrz wręczył, komu uścisnął rękę, kogo odwiedził itd. – uważa redaktor naczelny „Reportera”.

 

Dziennikarstwo czy propaganda

 

Wojciech Naja uważa, że członków redakcji pism (czy szerzej: mediów) samorządowych trudno nazwać dziennikarzami. Według niego są to raczej pracownicy propagandy, choć w swojej pracy stosują formy z pozoru dziennikarskie. Przywołuje przykład telewizji samorządowej:  – Kłopot polega na tym, że mamy tam ogromną dysproporcję pomiędzy jakością dziennikarską materiałów, która bywa bardzo słaba, a techniczną, która jest coraz lepsza, bo gminy nie szczędzą na to środków.

 

Również Dorota Mękarska uważa, że pracę samorządowych „biuletynów” udających gazety trudno nazwać dziennikarstwem, a ich niski poziom bierze się stąd, że nie pracują w nich profesjonaliści, lecz osoby, które jedynie przyuczyły się do zawodu. – One nie nauczyły się dziennikarstwa z niezależnych mediów, nie wiedzą, na czym ono polega i wydaje im się, że dawanie burmistrza na 20 zdjęciach w numerze to normalna praca dziennikarska. Nie mają świadomości, że nie ma to nic wspólnego z dziennikarstwem – przekonuje.

 

Dziennikarka twierdzi, że pisma samorządowe mogą być często „polem do popisu” dla byłych dziennikarzy, a obecnie „propagandystów na usługach”, którzy manipulują dość perfidnie: pod płaszczykiem kontrowersyjnych pytań rzucają „koła ratunkowe” włodarzowi miasta czy gminy, by łatwo mógł się wytłumaczyć z kontrowersyjnych posunięć. A kiedy jeszcze taki „dziennikarz” pozostaje w zażyłych stosunkach z włodarzem gminy, wtedy zawsze „włącza” mu się autocenzura i trudno oczekiwać, że będzie on niezależny.

 

– Ja nie spotykałam się z burmistrzem na stopie towarzyskiej – podkreśla Dorota Mękarska, nawiązując do czasów, kiedy była redaktorem naczelnym tygodnika samorządowego, z którego zrobiła niezłe pismo lokalne. – Później pocztą pantoflową dotarło do mnie, że w ratuszu zarzucali mi, iż trzymałam się od nich z daleka, nie chodziłam na żadne kawki i pogaduszki.

 

Dziennikarka ma świadomość, popartą doświadczeniem, że gdy redaktor naczelny próbuje zachować jak największy zakres niezależności, jego przygoda z pismem samorządowym może skończyć się bardzo szybko. Poza tym na poziomie gminy niby nie ma polityki, ale wraz ze zmianą władz traci on stanowisko jako jeden z pierwszych, Lecz, jak podkreśla moja rozmówczyni, w gazetach prywatnych wcale nie jest pod tym względem lepiej; często są one wykorzystywane do promowania biznesowych i politycznych interesów właściciela.

 

– To nie jest tak, że gazeta samorządowa to zawsze twór kompletnie ubezwłasnowolniony, tuba propagandowa włodarza gminy (choć często tak bywa), a prywatna to wzór niezależności. Taka dychotomia jest nieprawdziwa – oburza się Dorota Mękarska. I dodaje: – Musimy sobie, czy to w mediach samorządowych, czy prywatnych, zadać pytanie, na jaki kompromis jesteśmy w stanie pójść. Nic nie warte drobnostki zdarzają się w każdej pracy, ale jeśli dotyczy to spraw kardynalnych, to trzeba zapytać, czy jestem w stanie się temu poddać? Przy obecnej kiepskiej kondycji mediów lokalnych nie ma dobrze płatnej pracy dla dziennikarzy, dlatego też czasami godzą się oni na różne świństewka, a bywa wręcz, że pseudodziennikarze sami je inicjują (np. nagonki na ludzi).

 

Nie potrzebuję niezależnych mediów, mam swoje

 

W przywołanym piśmie do ministra, rzecznik praw obywatelskich podniósł kwestię, że „uzurpowanie przez biuletyny samorządowe roli gazet wiąże się niejednokrotnie z utrudnianiem dostępu do informacji dziennikarzom prasy prywatnej”.

 

Wojciech Naja potwierdza istnienie takiego zjawiska: – Największe zagrożenie, jakie niejednokrotnie jako gazeta odczuwaliśmy, jest takie, że kanał informacyjny, który buduje władza samorządowa, dąży do samowystarczalności. W umysłach władz gminy pojawia się myślenie: skoro mamy swój kanał informacyjny, to nie potrzebujemy niezależnych mediów i sami będziemy decydowali o tym, o czym rozmawiamy, a zwłaszcza – jakie tematy pomijamy. A to prowadzi do ignorowania zapytań od gazet niezależnych.

 

Zupełnie inną strategię stosuje prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc, który formalnie nie ma swoich kanałów informacyjnych, ale „uwiódł” wszystkie rzeszowskie media, które same w dużym stopniu abdykowały z funkcji kontrolnej wobec niego. – To nie jest mój teren, ale jeśli tak się stało, nie jest to winą prezydenta Rzeszowa, lecz tych mediów – uważa Wojciech Naja. – Problem polega więc tak naprawdę na tym, że to te media nie zadają właściwych pytań prezydentowi.

 

Inna sprawa to kwestia odpłatności za gazety samorządowe. Rzecznik praw obywatelskich w cytowanym już piśmie prezentuje pogląd, że jeżeli prasa samorządowa jest rozprowadzona bezpłatnie, to tym samym „jest pozbawiona ważnego – standardowego dla prasy prywatnej – źródła finansowania, które jest uzupełniane ze środków publicznych”. Niezależnie od powyższego, bardzo niepokojący jest, zdaniem Adama Bodnara, „udział prasy samorządowej w rynku reklamowym, który niejednokrotnie warunkuje funkcjonowanie prywatnej prasy lokalnej”. Z kolei odpłatne wydawanie gazet samorządowych może, jego zdaniem, „budzić wątpliwość z punktu widzenia art. 61 Konstytucji, który przewiduje prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej i osób pełniących funkcje publiczne”.

 

Wojciech Naja zauważa, że bez względu na to, czy gazety samorządowe są płatne, czy nie, z reguły nie są one samofinansujące się. A zatem koszty ich wydawania –  papier, druk, płace, sprzęt, lokal – pokrywamy także my jako podatnicy. – Pytanie, czy chcielibyśmy korzystać z tych mediów w takim kształcie, w jakim one są – pyta redaktor naczelny „Reportera”.

 

W jednym gazety samorządowe górują, zdaniem Doroty Mękarskiej, nad prywatnymi: zarobki są w nich wyższe (choć nie są to żadne kokosy), a stabilizacja zatrudnienia (wyjąwszy redaktora naczelnego) większa. Co wielu „dziennikarzy” zachęca do tego, by w tych gazetach trwać.

 

Jaromir Kwiatkowski

 

Artykuł ukazał się w „Forum Dziennikarzy”.

Cały numer 2/2020  można przeczytać

tutaj.

 

Kop do dziennikarskiego świata – MIŁOSZ KLUBA o nagrodzie im. Bartka Zdunka

W tym roku już po raz dziewiąty początkujący i nieco bardziej doświadczeni twórcy rywalizują w ramach Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka, współorganizowanej przez krakowski oddział SDP.

 

Grono organizatorów jest jednak szersze – rosło w miarę rozwoju konkursu. Pierwsze gale wręczenia NMD odbywały się w Klubie Dziennikarza „Pod Gruszką”, w pięknej, ale kameralnej „sali Fontany”. Konkurs się rozwijał i stopniowo forma gali stawała się coraz bardziej profesjonalna. Później nagrodzeni odbierali swoje wyróżnienia na deskach krakowskich teatrów – „Groteski” i „Bagateli”. Tegoroczna gala ma się odbyć na scenie Akademii Sztuk Teatralnych. Była planowana na 26 marca, ale podobnie jak wiele innych wydarzeń została przełożona ze względu na rozprzestrzeniającego się koronawirusa.

 

Od początku koordynacją konkursu zajmowali się studenci Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie (Stowarzyszenie Absolwentów Dziennikarstwa UPJPII jest formalnym współorganizatorem NMD). Tak jest do teraz. W czwartej edycji do kategorii „Debiut Publicystyczny” i „Inicjatywa Roku” dodano „Reportaż – po debiucie”, której patronem jest Paweł Migas, zmarły nagle w młodym wieku dziennikarz krakowskiego oddziału „Gościa Niedzielnego”. Tym samym redakcja krakowskiego „GN” włączyła się w prace przy konkursie. Później dodano jeszcze kategorię „Młodzi Twórcy Filmowi”, a jej patronem został ks. prof. Andrzej Baczyński.

 

Izabela Witek, która obecnie koordynuje NMD, przyznaje jednak, że dla niej wciąż najbardziej inspirująca jest postać pierwszego z patronów Nagrody Młodych Dziennikarzy. To od historii Bartka Zdunka, studenta dziennikarstwa, który zginął, zanim zdążył zadebiutować w mediach, zaczęła się historia całego konkursu. – Bardzo przemawia do mnie płynące z jego historii przesłanie o tym, żeby wykorzystać czas, który się dostaje. Nigdy nie wiadomo, co stanie się za chwilę – czy za tydzień, za miesiąc, za rok będziemy w stanie spełnić te marzenia, które mamy dziś. Nie mamy gwarancji, że robiąc jakiś krok, przybliżymy się do tego marzenia, ale na pewno szanse są większe niż wtedy, gdy nie robimy nic – mówi Izabela Witek.

 

Dodaje, że w całym przedsięwzięciu najważniejsi są uczestnicy konkursu i jego laureaci. – Staramy się utrzymywać z nimi kontakt już po zakończeniu każdej edycji, zapraszamy ich na wydarzenia związane z Nagrodą.

 

W ramach tegorocznej edycji na krakowskim Kazimierzu odbyło się spotkanie z dotychczasowymi laureatami Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka. – Wyciągaliśmy od nich porady dla młodych dziennikarzy i podpytywaliśmy, dlaczego warto się zgłosić – dodaje koordynatorka konkursu.

 

Trudno się rozstać

 

Lista prac nagrodzonych w krakowskim konkursie to przegląd rozmaitych dziennikarskich form i tematów. W drugiej edycji w kategorii „Debiut Publicystyczny” zwyciężyli Daniel Karaś, David Zeisky i Norbert Tkacz, autorzy reportażu  „Złota jedenastka”. Opowiadał on o piłkarskiej reprezentacji Węgier z lat 50., a został wyemitowany na antenie TOK FM oraz Radiofonii 100,5 FM. – Nagroda była dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem – wspomina Daniel Karaś. – Traktowaliśmy to jak docenienie swojej pracy i potwierdzenie, że to, co robimy ma sens i że zmierzamy we właściwym kierunku.  Była to  również super motywacja do dalszej dziennikarskiej działalności – mówi.

 

Dziś pracuje w branży public relations, ale w wolnym czasie kontynuuje działalność dziennikarską. – Działamy z Davidem i Norbertem jako blog358.pl. Przygotowaliśmy reportaż radiowy o Erneście Wilamowskim, który był nominowany w nagrody Grand Press, a także wyróżniony w konkursach SDP oraz im. Krystyny Bochenek. Zdobył również główną nagrodę dziennikarzy Małopolski w kategorii sportowej. Natomiast materiał, który otrzymał nagrodę im. Bartka Zdunka był podstawą książki reporterskiej „Mistrzowie bez tytułu. Legenda Złotej Jedenastki”, którą wspólnie z Davidem i Norbertem wydaliśmy dzięki wydawnictwu Arena. Książka ta została wybrana w głosowaniu czytelników najlepszą sportową książką roku 2018 – wylicza Karaś.

 

Jego zdaniem najważniejszą wartością Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka jest to, że „pomaga młodym twórcom uwierzyć, że to, co robią ma wartość i sens”. – Dla mnie był to jeden z bodźców, który pomógł utrzymać determinację w działaniu i w dążeniu do zrobienia kolejnych rzeczy w dziennikarstwie sportowym – przyznaje laureat drugiej edycji NMD.

 

Podobnie konkurs wspomina nagrodzony w tej samej edycji w kategorii „Inicjatywa Roku” Krzysztof Gudowski. Doceniony został założony przez niego portal kulturawkrakowie.pl. – Wtedy to był taki kop, którego bardzo potrzebowałem. To dawało do zrozumienia, że jestem częścią tego dziennikarskiego świata. Przynajmniej ja to tak odebrałem – mówi Krzysztof Gudowski.

 

Zaznacza, że Nagrodę Młodych Dziennikarzy traktuje jako jedno ze swoich ważniejszych osiągnięć i do tej pory „trzyma w swoim CV”.

 

Nagroda wpłynęła też na późniejsze działanie portalu. Długo funkcjonował on w oparciu o najmłodszych adeptów dziennikarstwa, studentów, debiutantów. – On stał się takim trochę inkubatorem dla młodych ludzi, którzy chcą pisać, a nie zawsze mają taką możliwość. Poczuwałem się do tego, że skoro dostałem taką nagrodę, to muszę też dać coś od siebie – wspomina Krzysztof Gudowski.

 

Dziś nie pracuje w dziennikarstwie, jest szefem działu sprzedaży w firmie, produkującej oprogramowanie. Kulturawkrakowie.pl nie działa, ale to może się niebawem zmienić. – Jestem z tym portalem związany emocjonalnie – przyznaje Gudowski. – Myślałem już, że to zostawię, że przecież zrobiłem pięć kroków do przodu, nie ma co wracać. Ale też przez to, że to zostało docenione, nie potrafię tego całkiem zostawić, odciąć się – mówi.

 

Do tematu portalu chce wrócić w tym roku, bogatszy o wiedzę i doświadczenie z ostatnich lat. – Gdybym na tamtym etapie miał tę wiedzę, którą zdobyłem zarządzając działem w obecnym miejscu pracy, to zupełnie inaczej bym niektóre rzeczy poprowadził. Podszedłbym do tego jak do biznesu. Wtedy potraktowałem to jak bloga, portal hobbystyczny, nie myślałem o monetyzacji. Jakieś pomysły miałem, ale one nie były dobrze wykonane – mówi laureat NMD.

 

Szkolny blog

 

Prawdopodobnie najmłodszym laureatem krakowskiego konkursu był Norbert Konieczny. W czwartej edycji konkursu otrzymał on nagrodę w kategorii „Inicjatywa Roku” za założony przez niego szkolny blog „Oczami ponieckich gimnazjalistów”. Była to jego odpowiedź na kiepsko funkcjonującą i rzadko aktualizowaną stronę internetową jego gimnazjum. Wspomina, że część nauczycieli była przeciwna – w końcu mieli szkolną witrynę. Dali się przekonać dopiero widząc gotowy projekt. – Do współpracy zaprosiłem szkolnych kolegów i koleżanki, którzy przeprowadzali wywiady z nauczycielami, tworzyli własne serie wpisów. Choć miał być to blog tylko o szkole zdecydowaliśmy się, że wyjdziemy poza jej obszar. Zaczęliśmy relacjonować ogólnopolskie imprezy i spotykać się z artystami – i nie tylko polskimi, bo mieliśmy przyjemność poznać gwiazdy filmów o Harrym Potterze czy samą Pamelę Anderson – wspomina Norbert Konieczny.

 

Podkreśla, że sama nominacja była dużym wyróżnieniem i motywacją do kolejnych działań. Oprócz blogów próbował też pracy w radiu, a w lokalnej telewizji tworzył autorski program ,,Przepytywanki Norberta”. – Wygrana otworzyła mi kolejne ścieżki, którymi zdecydowałem się kroczyć, a także pozwoliła utrzeć nosa wszystkim tym, którzy zamiast wspierać w działaniach młodego człowieka, rzucali mu kłody pod nogi i mówili, żebym lepiej zajął się nauką – mówi Konieczny. – Dziennikarstwo stało się jeszcze bardziej moją pasją, która pozwalała mi się rozwijać, poznawać ludzi i spełniać marzenia – dodaje.

 

Po skończeniu gimnazjum wybrał klasę humanistyczną w liceum, a następnie studia na kierunku „mediaworking” (jak wyjaśnia to połączenie marketingu internetowego, grafiki komputerowej, dziennikarstwa, nowych mediów i e-biznesu). – W dalszym ciągu chciałbym pracować w dziennikarstwie, założyć firmę odpowiedzialną za organizację różnych eventów bądź wypromować markę osobistą. Dziś działam w Internecie, zajmuję się komunikacją wizerunkową jednego z aktorów i pracuję w branży e-commerce – opowiada Norbert Konieczny. Uważa, że Nagroda Młodych Dziennikarzy jest potrzebna, by utwierdzać pasjonatów dziennikarstwa, że są na dobrej drodze. – Cały czas śledzę losy konkursu i z wyrazami szacunkami patrzę na kolejnych młodych ludzi, którzy twoją kreatywne projekty – zapewnia Konieczny.

 

Zgłoszenia z redakcji

 

Nagrodę Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka zdobywali zarówno twórcy niezależni (np. tworzący własne dziennikarskie projekty), jak i związani z rozpoznawalnymi redakcjami. W pierwszej edycji za „Inicjatywę roku” nagrodzony został Marcin Kwaśny, który wtedy na antenie Radia Kraków prowadził debaty prezydenckie przed wyborami samorządowymi w największych miastach Małopolski. W siódmej edycji nagrodę za reportaże otrzymali Szymon Piegza z Onetu (tekst „Pan Bóg będzie nad nami czuwał”) oraz Beata Kwiatkowska z Polskiego Radia (reportaż radiowy „Nieulotne”). Dwie edycje wcześniej nagrodę w tej samej kategorii kapituła konkursowa przyznała Monice Andruszewskiej, związanej z „Tygodnikiem Powszechnym”. To właśnie redakcja „TP” zgłosiła do konkursu jej tekst „Za dużo na jedno życie”. – Było to przyjemne zaskoczenie – wspomina Monika Andruszewska. – Uważam za niezmiernie ważną każdą nominację czy nagrodę przypominającą o tym, że za naszymi wschodnimi granicami trwa wojna – podkreśla. Jej reportaż opisywał wpływ wojny na ludzką psychikę, a więc cały proces powstawania depresji i traumy wojennej.

 

Jak wspomina laureatka nagrody, już wtedy wiedziała, że z dziennikarstwem chce związać całe swoje zawodowe życie. – W 2014 urwałam się z sesji zimowej i pojechałam na ukraińską Rewolucję Godności. Gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, Ukraińcy, których znałam z Majdanu pojechali na wojnę, więc wyruszyłam za nimi. Zaczęłam pisać o tym, co się dzieje w sieciach społecznościowych. Około jesieni Wojciech Pięciak, redaktor zagranicy z Tygodnika, dostrzegł mnie na Facebooku, zaproponował napisanie reportażu i w zasadzie od tego czasu jestem dziennikarzem. Nagroda była w 2017 roku, więc wtedy nie miałam już wątpliwości co do wybranego zawodu – opowiada Monika Andruszewska.

 

Obecnie jest freelancerem, pisze teksty z Ukrainy, głównie dotyczące toczącej się tam wojny. Publikuje w różnych mediach – m.in. w Polskiej Agencji Prasowej, „Tygodniku Powszechnym” oraz telewizji Bielsat. W marcu 2019 roku M. Andruszewska odebrała też przyznawaną przez SDP Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie (ufundowaną przez PAP). Konkurs wspomina jako „fantastyczną formę wsparcia młodych dziennikarzy, szczególnie debiutantów”. – Sądzę, że przy obecnym kryzysie dziennikarstwa w polskich mediach młodym dziennikarzom generalnie trudno jest się przebić, więc każda forma wsparcia ich jest ważna i potrzebna – podkreśla Monika Andruszewska.

 

Cel przyznawanej w tym roku już po raz dziewiąty Nagrody Młodych Dziennikarzy dobrze oddają dwie wypowiedzi z gali piątej edycji konkursu (jeszcze w Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką”). – Gdy widzę te prace, które ocenialiśmy w ramach kapituły konkursowej, czytam te wszystkie teksty, reportaże, dostarczone opisy inicjatyw, przywraca to we mnie nadzieję, że dziennikarstwo porządne, świeże, energiczne, z pasją jest jeszcze możliwe – mówił 16 marca 2016 roku dr Krzysztof Gurba, prezes krakowskiego oddziału SDP.

 

Z kolei Piotr Legutko – wtedy wiceprezes, a obecnie członek Zarządu Głównego SDP – podkreślał, że „nagrody zwykle są albo za całokształt, albo trochę na kredyt – za pierwsze sukcesy i to ma charakter promocyjny”. – Myślę, że te nagrody są tego rodzaju. Ten kredyt trzeba spłacić! Będziemy was obserwować bardzo uważnie. Mam nadzieję, że nie zawiedziecie – podkreślał Piotr Legutko.

 

 

Gaz pod patelnią – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Wyobraźmy sobie, że pan Zenek (tylko bez skojarzeń proszę) przygotowuje sobie w swoim ponad stuletnim, eleganckim domku obiad. Domek może nie jest najwygodniejszy i najobszerniejszy, nawet tu i tam coś cieknie, schody skrzypią, ale ma zacną historię, mieszkało w nim kilka pokoleń rodziny i pełno w nim cennych pamiątek.

 

Nagle panu Zenkowi zaczyna się palić tłuszcz na patelni. Pan Zenek w panice zalewa tłuszcz wodą, wobec czego ogień bucha jeszcze wyżej. Zajmują się firanki w kuchni, obrus, szafki i po niedługim czasie płonie już cały budynek. Pan Zenek zdążył wybiec. Stoi przed domem i obserwuje, jak ten – mimo wysiłków straży pożarnej – zamienia się w zgliszcza. A kiedy już to następuje i przybywają poruszeni sąsiedzi, krewni oraz przyjaciele, załamując ręce nad tragedią, pan Zenek okazuje się w ogóle nie martwić. A w każdym razie tak się zachowuje. Powiada, że dom i tak go już denerwował, ciągle trzeba tam było coś naprawiać, w ścianach (drewnianych) zalęgły się korniki, a poza tym był brzydki. I że on i tak miał ubezpieczenie, więc sobie na tym miejscu postawi coś nowego – już nawet wybrał projekt, ładny taki, betonowy dworek z dużym garażem – a na razie przekima się pod mostem. Ludzie zaczynają na pana Zenka patrzeć jak na wariata. Przecież wszyscy wiedzą, że dom spłonął, bo pan Zenek był nieostrożny, a w dodatku zachował się w kluczowym momencie jak idiota. Wiedzą też, że wraz z domem poszło z dymem mnóstwo cymeliów, których żadne ubezpieczenie nie odkupi.

 

Tak się przedstawia sytuacja z Programem Trzecim Polskiego Radia. Mamy dzisiaj do czynienia z próbą racjonalizacji czegoś, co racjonalności w sobie nie ma żadnej. Tak jak pan Zenek próbuje sobie racjonalizować korzyści z pożaru swojego domu – nawet, jeśli w wielu sprawach ma rację, czyli dom był faktycznie kłopotliwy, przeciekał i wymagał dużych nakładów. Jako że jednak był zabytkiem i miał w sobie kawał historii, myślący i rozsądny właściciel postarałby się go wyremontować, zachowując jego charakter.

 

Próba przekonywania, że tak naprawdę nic wielkiego się z Trójką nie stało, bo to była strupieszała stacja, w której pracowali emeryci (niektórzy szczególnie wzmożeni dodają: esbecy) puszczający emerycką muzykę, a teraz wreszcie swoje miejsce na antenie znajdą masy młodych zdolnych – jest kpiną w żywe oczy. Owszem, stało się. I proszę mi pokazać w mediach publicznych miejsce, gdzie młodzi stworzyli w ciągu ostatnich pięciu lat jakąkolwiek dobrą, nową jakość. Ja niestety dostrzegam tylko żenujące przykłady serwilizmu. Powiedziałbym nawet, że im młodsi pracownicy mediów, tym gorzej.

 

Wszystko to nie oznacza, żeby z Trójką nie było problemu. Był. To, co stanowiło o wartości tej stacji, było zarazem jej obciążeniem. Historia trzeciego programu jest, jaka jest. Nie ma sensu zaprzeczać, że sensem jego powołania w latach 60. było stworzenie wentyla bezpieczeństwa, a więc była to wolność w eterze ściśle koncesjonowana. Nie było to oczywiście jedyne takie miejsce i jeśli ktoś dzisiaj twierdzi, że skutki oddziaływania takich tworów można kwalifikować na zasadzie zero-jedynkowej, to wygaduje bzdury. Podobnie koncesjonowanym tworem był choćby telewizyjny kabaret Olgi Lipińskiej, a jednak skutecznie ośmieszał władzę. To zawsze było balansowanie między cenzurą, utrzymaniem koncesji, opozycyjnością (autentyczną lub udawaną) i swoim kręgiem towarzyskim z jego poglądami i lojalnościami. Trójka była koncesjonowana, ale też była łącznikiem ze światem zachodniej muzyki przede wszystkim. Stwierdzenie, że była po prostu pożytecznym dla komunistów zaworem do upuszczania pary, jest zdecydowanie zbyt dużym uproszczeniem.

 

Specyfika tej stacji sprawiła, że jakaś część jej zespołu zżyła się ze słuchaczami znacznie bardziej niż ma to zwykle miejsce w stacjach radiowych, lecz zarazem poszło za tym rosnące przekonanie, że oni sami są właścicielami trzeciego programu publicznego radia i nikt nie ma prawa w żaden sposób mieszać się do jego wewnętrznych spraw. A już zwłaszcza ktoś, kto przychodziłby spoza radiowo-towarzysko-politycznego kręgu. To nie było zdrowe.

 

Mimo to Krzysztofowi Skowrońskiemu, który kierował Trójką za czasów pierwszego PiS i potem częściowo PO (2006-2009), udało się znaleźć z tamtejszym zespołem jakieś porozumienie. Może chwiejne, może niechętne, ale jednak. Inna sprawa, że Skowroński nie wprowadzał w zespole głębszych zmian. Tyle że był to jeszcze inny czas. Emocje były na niższym poziomie – mówimy przecież o okresie przed katastrofą smoleńską.

 

Sytuacja po 2015 roku w mediach publicznych, także w Trójce, była już całkiem inna. I inne były oczekiwania w stosunku do kolejnych dyrektorów programu trzeciego, zresztą stopniowane. Rok 2016 czy nawet 2017 to co innego niż 2019 czy obecny. Zespół, podzielający w większości poglądy mało entuzjastyczne wobec nowego politycznego rozdania, czuł się coraz bardziej osaczony, a zarazem oczekiwania medialnych dysponentów ze strony władzy były coraz większe i domagano się, aby „zrobić porządek”.

 

Można się zgodzić, że Trójka potrzebowała reformy i unowocześnienia, choć zarazem nie sposób uznać, że w swojej trwającej od dawna postaci była po prostu do wyrzucenia. Tak może twierdzić tylko medialny ignorant, który nie rozumie, że odbiorców stracić bardzo łatwo, ale ich odzyskanie jest piekielnie trudne. Trójka była wartością dla mediów publicznych, przy całej swojej specyficznej historii i chimerycznym zespole – i tę wartość należało zachować. Choćby naśladując częściowo politykę z czasów Peerelu i czyniąc z niej swoisty wentyl bezpieczeństwa. Ale to wymagałoby myślenia znacznie bardziej makiawelicznego niż to, na jakie stać – jak się okazuje – obecnie władających mediami państwowymi.

 

Dobre zarządzanie pozwalałoby na spokojną, stopniową zmianę. Można było trójkowy zespół stopniowo odświeżać, niekoniecznie poprzez wrzucanie do niego tępych komisarzy politycznych. Wystarczyło znaleźć ludzi, którzy potrafiliby forsować własne pomysły muzyczne, całkowicie abstrahując od polityki. W końcu muzyka to jeden z najważniejszych wyznaczników specyfiki Trójki. Ale znów – do tego potrzeba by subtelności i sprytu, a nie machania maczetą.

 

Czas, gdy Trójką zarządzał Wiktor Świetlik, był ostatnim momentem na dokonanie takich zmian. Ale Wiktor dokonać ich już nie mógł, miał bowiem z jednej strony coraz bardziej wrogo nastawiony zespół, a z drugiej – kierujących radiem i mediami państwowymi ludzi, którym jakakolwiek subtelność myślenia czy choćby spryt w działaniu wydają się kompletnie obce. Świetlik mógł jedynie starać się konserwować chwiejne status quo i to robił, jak długo się dało. Gdy uznał, że już się nie da – odszedł. Przypuszczam, że dziś wielu tych, którzy w proteście Trójkę opuścili, przynajmniej po cichu wspomina go ciepło i docenia, jak starał się balansować między Scyllą a Charybdą.

 

Cała ta burzliwa historia nie powinna jednak i nie może zmieniać oceny tego, co spowodowało ostateczny eksodus starego zespołu Trójki (a nawet niektórych osób z całkiem świeżego składu, takich jak dr Tomasz Rożek czy krytyk filmowy Łukasz Adamski). Było to bowiem – by sięgnąć po słynne słowa Charlesa-Maurice’a de Talleyranda – coś gorszego niż głupota: to był błąd. Serwilistyczna nadgorliwość, która kazała wycofać z listy przebojów piosenkę Kazika wywołała wizerunkową katastrofę – na własne życzenie. „Mój ból jest większy niż twój” pozostałby marginalną ciekawostką z okresu kampanii, gdyby nie rewolucyjna nadgorliwość kilku osób. Wszystkie późniejsze próby obrony przez zawiadujących radiem – od dyrektora Kowalczewskiego począwszy, poprzez prezes Kamińską (na konferencji zachęcającą „rozrywkowych dziennikarzy”, żeby zgłaszali się do pracy w Trójce, a w Senacie odczytującą internetowe opinie o stacji), na szefie Rady Mediów Narodowych Krzysztofie Czabańskim skończywszy – tylko dopełniły obrazu nieudolności i żenady. Rozważania o tym, czy głosy zostały właściwie przeliczone albo zapowiedzi jakiegoś „audytu” LPT są zwyczajnie żałosne w kontekście skali blamażu. Wracając do opowieści o panu Zenku – to tak, jakby stojąc na zgliszczach spalonego domu zastanawiać się, czy w trakcie smażenia pan Zenek nie podkręcił za bardzo gazu pod patelnią. Mało tego – gdyby faktycznie uznać za poważne klecone naprędce tłumaczenia, że z LPT było coś bardzo, ale to bardzo nie tak, znaczyłoby to, że mieliśmy do czynienia z systemową patologią, dziejącą się pod nosem powołanych przez obecną władzę dyrekcji Trójki, której te nie dostrzegały, a która wyszła na jaw dopiero przypadkiem, w następstwie kryzysu, wywołanego przez ostatnią z tych dyrekcji (choć była ona najprawdopodobniej jedynie wykonawcą poleceń).

 

Mogę ten tekst zakończyć jedynie tradycyjnym wezwaniem, powtarzanym przeze mnie na portalu SDP od dawna (zaczynam się z tym czuć jak Katon Starszy ze swoim ceterum censeo Carthaginem esse delendam): dziennikarze, którzy zachowali odrobinę zdrowego rozsądku i którym leży na sercu dobro mediów publicznych (publicznych, nie państwowych czy rządowych) powinni już teraz zacząć się zastanawiać na konkretnymi rozwiązaniami, pozwalającymi odseparować je w miarę możliwości od przynajmniej bezpośredniego wpływu politycznego. To naprawdę ostatni moment, bo jeszcze jedna, dwie akcje takie jak z Trójką, a kononowiczowy w duchu postulat Rafała Trzaskowskiego, żeby nie naprawiać, ale likwidować, zacznie się jawić większości obywateli jako najrozsądniejsze rozwiązanie.

 

Łukasz Warzecha

Pilecki nie był konfidentem UB! – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o tym, jak media kłamią na temat bohatera

25 maja – w rocznicę zamordowania w 1948 r. – rtm Witold Pilecki jest dziś upamiętniany, ale są też tacy, którzy go atakują. W książkach, mediach wciąż pojawiają się kłamstwa o ochotniku do Auschwitz, jakby żywcem wyjęte z komunistycznej propagandy. Autorzy ataków – z lewa i prawa – czytają akta UB tak, jakby katownia bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 była sanatorium.

 

Zaczęło się od tego, że literaturoznawca prof. Andrzej Romanowski w tygodniku „Polityka” (nr 20/2013) opublikował tekst „Tajemnica Witolda Pileckiego”. Sugerował w nim, że Pilecki nie był postacią jednowymiarową, że akceptował władzę komunistyczną i sypał w śledztwie do tego stopnia, że stał się konfidentem UB. Twierdził też, że nie ma dowodów na to, że rotmistrz był torturowany. Romanowski postawił zatem tezę, że Pilecki nie był tak do końca bohaterem, jakim chcielibyśmy go widzieć.

 

Pilecki nie doniósł na Płużańskiego

 

Na zarzuty odpowiadał Jacek Pawłowicz, historyk, w wywiadzie dla „Super Expressu”: „Jego [Romanowskiego] tekst jest wyjątkowo plugawy i kłamliwy. Przez myśl by mi nie przeszło, że człowiek posługujący się tytułem profesorskim może zniżyć się do poziomu kloaki.”

 

Pawłowicz ujawniał motywy autora tekstu w „Polityce”: „W obrzydliwy sposób posłużył się Pileckim, by zaatakować Instytut Pamięci Narodowej”.

 

Wątek rozwinął, także w „Super Expressie”, dr Łukasz Kamiński, ówczesny prezes IPN: „Wolałbym, żeby Romanowski skupiał się nadal na atakach na Instytut, a nie bawił w historyka zajmującego postaciami z naszej historii. Z jego tekstu wynika bowiem, że nie ma o warsztacie historyka najmniejszego pojęcia. I ofiarą jego niewiedzy pada rotmistrz Pilecki.”

 

Romanowski swój wywód oparł na protokole przesłuchania rotmistrza Pileckiego przez funkcjonariusza UB wkrótce po aresztowaniu – 8 maja 1947 roku. Zeznania zapisane ręką UB-eka wyrywa z kontekstu i czyta linearnie na zasadzie: skoro Pilecki był pytany o to, czy zna Tadeusza Płużańskiego (mojego Ojca, członka grupy rotmistrza) i Pilecki potwierdził, to znaczy, że doniósł na Płużańskiego.

 

Nabijany na nogę od stołka

 

IPN wydał w tej sprawie publikowane w mediach oświadczenie: „Romanowski w żaden sposób nie odnosi się do faktu, że 8 maja 1947 roku rtm. Witolda Pileckiego przesłuchiwał Eugeniusz Chimczak, jeden z najokrutniejszych stalinowskich śledczych w Polsce. (…) Romanowski ignoruje powszechnie dostępną wiedzę o stalinowskich metodach śledczych, a w szczególności relacje świadków o torturach wobec rotmistrza Pileckiego. Według relacji sądzonych razem z nim współwięźniów – Tadeusza Płużańskiego i Marii Szelągowskiej, a także księdza Antoniego Czajkowskiego – w czasie przesłuchań rotmistrz był torturowany, wyrwano mu paznokcie z rąk i nóg, miał miażdżone jądra, był nabijany na nogę od stołka”.

 

Do tej kwestii odniósł się również dr Łukasz Kamiński: „W aktach Pileckiego pada stwierdzenie o śledztwie <<operatywnym>>. To był szczególny rodzaj intensywnego śledztwa. Prof. Romanowski swoim tekstem usiłuje nas skłonić do zapomnienia o wszystkim, co wiemy o przebiegu śledztw w latach 40. czy 50. A oprócz tortur fizycznych był też element szantażu z prześladowaniem rodziny.”

 

Z pobudek patriotycznych

 

Andrzej Arseniuk, rzecznik prasowy IPN, podniósł jeszcze jeden ważny argument (www.polskieradio.pl): „Według znanych przekazów nikt ze współoskarżonych nigdy nie formułował żadnych zastrzeżeń co do postawy rotmistrza Pileckiego w śledztwie”.

 

Potwierdzam – Tadeusz Płużański (mój Ojciec) nazywał swojego dowódcę „świętym polskiego patriotyzmu”, a więc jak święty może być kapusiem?

 

A za podsumowanie wątku niech posłuży dwugłos RomanowskiKamiński. Prof. Romanowski napisze, że Pileckiegoskazano za szpiegostwo. (…) a żadne państwo nie lubi szpiegostwa”. Na co dr Łukasz Kamiński odpowie: „Cała trójka skazanych na śmierć [Pilecki, Płużański, Szelągowska] nie przyznała się do szpiegostwa. Mówili wprost, że pracowali na rzecz polskich władz, kierując się pobudkami patriotycznymi”.

 

A gdzie wyjątkowość Holocaustu?

 

Śladem literaturoznawcy prof. Andrzeja Romanowskiego i jego „oryginalnego” podejścia do akt śledczo-procesowych grupy rotmistrza pójdą inni dziennikarze – prócz (post)komunistycznej „Polityki”, również np. tej samej proweniencji – „Przeglądu”.

 

Pójdzie też historyk dr Ewa Cuber-Strutyńska, która w periodyku „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” (wydawany przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN) napisze m.in.: „Pilecki nie był – jak się przyjęło powszechnie uważać – inicjatorem przedostania się do obozu. Dlatego też właściwsze jest traktowanie misji „Witolda” w kategoriach realizowania rozkazu przełożonych niż uznanie jej za dobrowolne poświęcenie”. Autorka stara się nas przekonać, że Pilecki żadnym ochotnikiem do Auschwitz nie był!

 

Albo stwierdzi tak: „>>Raportu W<< [opisującego przez Pileckiego sytuację w KL Auschwitz] nie można traktować jako raportu sensu stricto o Holocauście, ponieważ na kilkudziesięciu stronach informacje dotyczące traktowania Żydów i wskazujące na ich zagładę pojawiły się zaledwie kilka razy, bez wyróżnienia ich szczególnej sytuacji”. To kolejny nonsens, bo przecież nie jest istotne, ilu się słów użyje, najważniejszy jest cel: a Pilecki chciał powstrzymać ludobójstwo dokonywane przez Niemców w Auschwitz i na Polakach i na Żydach.

 

Od duchowości do zdrady

 

Śladem literaturoznawcy prof. Andrzeja Romanowskiego pójdzie też filozof dr Anna Mandrela, która od rozważań o duchowości Pileckiego przejdzie do wymagającego dużego doświadczenia tematu komunistycznych służb specjalnych. Do jej twórczości, prezentowanej w tzw. mediach narodowych, można by odnieść większość cytowanych w tekście opinii Jacka Pawłowicza czy dr Łukasza Kamińskiego, chociaż zapewne na pani filozof nie zrobiło by to większego wrażenia. Bo wieloletni (często – jak w przypadku prof. Wiesława Wysockiego sięgający okresu PRL) dorobek historyków badających życiorys Witolda Pileckiego zdaje się całkowicie bagatelizować. Szczególnie musi dziwić ignorowanie badań najlepszego znawcy rozpracowania grupy Rotmistrza dr Tomasza Łabuszewskiego. Ten historyk z IPN w ostatnim wywiadzie dla Polskiego Radia 24 (23 maja 2020 r.) na podstawie wszechstronnej analizy akt powtórzył ponad wszelką wątpliwość, że Witolda Pileckiego, Tadeusz Płużańskiego i pozostałych wywiadowców rozpracowało trzech agentów bezpieki (zresztą wszyscy członkowie przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego), w kolejności alfabetycznej: Wacław Alchimowicz, Kazimierz CzarnockiLeszek Kuchciński.

 

Tadeusz Płużański

Dziennikarz poza zawodem – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Jak radzą sobie byli dziennikarze na rynku pracy? Jakie branże poszukują kandydatów biegle władających piórem? Jaka strategia poruszania się na rynku pracy najlepiej pasują do przedstawicieli mediów?

 

Zwolnienia w dobie pandemii

 

Redukcje etatów w redakcjach, lub zniknięcie całych tytułów to w polskiej rzeczywistości medialnej rzecz nierzadka. Obecne są wyjątkowe przede wszystkim ze względu na okoliczności, czyli uzasadnianie ich kryzysem wywołanym pandemią. Warto przy tym pamiętać, że na gruzach zlikwidowanych zespołów często powstają nowe projekty. Są i tacy, którzy do branży wracają po latach realizowania się na innej płaszczyźnie. Prof. Tomasz Mielczarek zatytułował swoją książkę o rynkowej rzeczywistości doby po przemianach ustrojowych: „Monopol – pluralizm – koncentracja”[1], pokazując przy tym, że zawodowy horyzont w III RP mocno się do 2007 roku zawęził. Wydaje się, że dziś, po kilkunastu latach dynamicznego rozwoju mediów społecznościowych i redakcji działających tylko online możliwości powinny być większe niż w analizowanym przez Mielczarka okresie.

 

Nie tylko rzecznicy prasowi

 

Dziennikarz i rzecznik to dwa różne zawody. Panuje jednak przekonanie – i wśród samych dziennikarzy i szefów instytucji (zwłaszcza publicznych) – że redaktorzy idealnie odnajdą się w tej roli. W samych tylko Kielcach byli dziennikarze (głównie prasowi) są rzecznikami Wojewody Świętokrzyskiego, Prezydenta Miasta, Wodociągów Kieleckich, Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej i tak dalej. Wiele osób trafiło również do marketingu, czy świata Public Relations. Pokazuje to zapotrzebowanie innych branż na osoby, które zawodowo zajmowały się pozyskiwaniem i gromadzeniem informacji, ich analizą, budowały i podtrzymywały kontakty z ludźmi i to bardzo różnymi (od pana spod budki z piwem po polityków z pierwszych stron gazet) i do tego potrafią o tym w sposób zrozumiały opowiedzieć lub napisać.

 

Dziennikarz jako (prawie) idealny kandydat

 

Zgodnie z badaniami Bilansu Kapitału Ludzkiego polscy pracodawcy poszukują kandydata, który oprócz spełnienia wymogów formalnych, ma następujące kompetencje: samoorganizacja i talenty interpersonalne. Kilka lat temu negatywnie wobec świata zachodniego wyróżniało nas to, że w pierwszej piątce oczekiwań znajdowało się też dobre wychowanie. Odpowiadający za te badania prof. Jarosław Górniak z Uniwersytetu Jagiellońskiego mówił swoim studentom, że jeśli będą mieć pomysł na siebie w danej organizacji, zawsze znajdzie się ktoś, kto ich zatrudni. Uwaga profesora ma przy tym znaczenie kluczowe: pomysł na siebie. Przy czym ten powinien wynikać z dobrego poznania branży, w której chcemy się realizować.

 

Przyjrzyjmy się bliżej innej części profesjonalnej komunikacji międzyludzkiej, czyli marketingowi. Według opublikowanej w kwietniu przez Radę Sektorową ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej analizy: „Monitoring rynku pracy, edukacji i komunikacji marketingowej”[2] najbardziej pożądanym zestawem umiejętności będzie połączenie kompetencji cyfrowych z pozapoznawczymi. Dokument podkreśla też istotną rolę zmian technologicznych w realizacji działań marketingowych. Specjalista w tym zakresie powinien przynajmniej rozumieć te przeobrażenia i to jakie dają możliwości dla skutecznego dotarcia z komunikatem. W analizie czytamy: „Obie te grupy czynników (technologiczne i biznesowe; rynkowe – przyp. Autora) sprawiają, że kompetencje przyszłości marketerów będą związane z jednej strony z tymi, które wiążą się z nowymi narzędziami, rozwiązaniami czy technologiami. Dotyczy to analityki biznesowej, zdolności programowania albo lepszego rozumienia programowania (systemy pewnie w większości będą same programować wiele rozwiązań), czyli krótko mówiąc kompetencje z popularnego dzisiaj STEM (science, technology, engineering, math). Z drugiej strony wciąż istotne będą kompetencje miękkie – współpraca w zespole, przywództwo, kreatywność, negocjacje, krytyczne myślenie[3]. Te informacje mogą się okazać przydatne w kontekście planowania strategii poruszania się po rynku pracy.

 

„Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie”

 

Autorem powyższych słów jest Paul Arden. Jego książka o tym samym tytule skierowana jest do młodych ludzi, którzy zaczynają rozwijać swoją karierę i w związku z tym mnóstwa rzeczy się boją – np. zwolnienia. Były redaktor kreatywny globalnego giganta reklamy czyli agencji Saatchi & Saatchi napisał wprost: „Zwolnili cię? To najlepsze co mogło cię spotkać”. Dalej dodał: „Nie masz wyboru – musisz się z tym pogodzić, więc spróbuj dostrzec zalety tej sytuacji. (…) Dostałeś od losu wspaniałą szansę[4]. U Ardena wszystko otwiera nowe możliwości. Warto mieć te słowa na uwadze. Bo może zwolnienie to jest moment na zbudowania takiego życia, jakie chcemy żeby było (przynajmniej w jego sensie zawodowym). Być może jest to odpowiednia chwila na stworzenie takiego medium, w którym zawsze chcieliśmy pracować? Nikt nam nie zabroni utworzyć nowy tytuł. Warto o tym pomyśleć w kategoriach projektu do zrealizowania, a być może będzie to przedsięwzięcie życiowe.

 

Zawodowiec najlepiej ukryje się wśród amatorów

 

Myśl taką wyraził Heinrich Böll, noblista w dziedzinie literatury, w „Zwierzeniach Clowna”. Najnowsze badania przeprowadzone przez SW Research dla LoveBrand Relations pokazują wzrost zainteresowania treściami dostarczanymi przez influancerów, który nastąpił w czasie pandemii[5]. Ten kierunek w sposób oczywisty może być atrakcyjny dla dziennikarzy, ponieważ już na starcie mają na wysokim poziomie niezbędne kompetencje. Co więcej swój kanał mogą dopasować do ulubionej formy komunikacji – od video, poprzez podcast, aż po blog. Tylko w takim wypadku projekt od razu musi być też formatem biznesowym, czyli znalezieniem odpowiedzi na pytanie: jak mój kanał będzie zarabiał?

 

Strategie na rynku pracy

 

A jeśli nie własny projekt, tylko nowy etat? O strategie poszukiwania i zdobywania pracy pytamy psychologa biznesu Wacława Kisiel-Dorohinickiego z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Prof. Tischnera w Krakowie, autora poświęconej temu zagadnieniu pracy: „Fundamenty Kariery”[6].

 

Okazuje się, że jest ich dziewięć i posługujemy się nimi wszyscy w sposób świadomy lub nieświadomy:

  • Strategia płacy minimalnej – dobra do wykorzystania, gdy staramy się o posadę na stanowisku, na którym nie mamy doświadczenia. Deklarujemy, że jesteśmy skłonni podczas umowy na czas próbny pracować za stawkę minimalną i podnosić w tym czasie swoje zawodowe umiejętności, ale też wyraźnie dajemy do zrozumienia, że potem siadamy do negocjacji.
  • Strategia wysokiego C – to inaczej strategia „pozycjonowania się na produkt premium”. Przedstawienie oferty, w której się cenimy, co ma podkreślać, że nasze kompetencje znajdują się na bardzo wysokim poziomie.
  • Strategia pierwszego wrażenia – doskonalenie sztuki i technik autoprezentacji. Tu istotna uwaga – dziś pierwsze wrażenie zaczyna się w Internecie, więc należy zadbać o profesjonalny wizerunek w mediach społecznościowych.
  • Strategia każda praca – bynajmniej nie oznacza ona, że podejmiemy dowolny zawód i w dowolnym miejscu. Jej celem jest znalezienie się wewnątrz organizacji, gdy ta nie prowadzi rekrutacji na pożądane przez nas stanowisko i szukanie od pierwszego dnia możliwości przejścia w interesujące nas sektory.
  • Strategia poszerzania oferowanych usług – świat mediów zna ją dobrze. Dziś dziennikarz, który oprócz tekstu przygotuje też i zmontuje materiał video i doda zdjęcia na WWW nie należy do rzadkości. Co jeszcze? Profesjonalna obsługa drona, a może coś całkiem w dziennikarstwie niespotykanego, do czego przydatności da się potencjalnego pracodawcę przekonać?
  • Strategia wąskiej specjalizacji – krakowski reporter Radia Zet Marcin Kubat mówił na spotkaniu ze studentami dziennikarstwa, żeby nie ograniczali się tylko do nauki zawodu, ale też od początku mieli jakąś specjalizację: sport, ekonomię, politykę, wówczas będą atrakcyjniejsi na rynku. Strategia wąskiej specjalizacji jest dobra dla eksperta.
  • Strategia bycia krok przed – ta metoda wymaga dobrej znajomości rynku. Przygotowywania się do możliwości, które dopiero się otworzą. Ktoś planuje nowy dział, ktoś chce zainwestować w nowy kanał telewizyjny, radio zmienia format. Stosujący tę metodę powinni należeć do grona stałych odbiorców WirtualnychMediów, Press i SDP.PL.
  • Strategia budowania relacji – Woody Allen, gdy zapytano go o sekrety sukcesu, odparł: „kręć się w pobliżu”. Metodę tę polecił również Paul Arden: „Jeśli chcesz  pracować w firmie, która nie chce cię przyjąć, kręć się w pobliżu tej firmy (…) pokaż, że się nadajesz. Poznaj się z ludźmi. Może to trochę potrwać, na przykład rok, ale w końcu ci się uda[7]. Do poszukiwania pracy zawsze możemy wykorzystać naszą sieć kontaktów. Tylko warto pamiętać o jednej zasadzie – zawsze mówimy, czego konkretnie szukamy. Inaczej z łatwością o nas zapomną.

 

Na czym polega strategia wykorzystania znajomości swojego zawodu, której autorem jest sam Kisiel-Dorohinicki? Nazywam ją też strategią jajka sadzonego, ponieważ łatwo ją w ten sposób zobrazować. Żółtko to kluczowe kompetencje naszego zawodu, np. dziennikarza. Białko dzielimy na ćwiartki. Pierwsza to kompetencje typowe dla profesji, które mamy i my i nasi konkurenci (np. kontrkandydaci do tego samego stanowiska), druga to nasze unikatowe kompetencje, trzecie to te, które mają rywale, a my nie i czwarta –  nieznajdujące się jeszcze ani w naszych zasobach, ani ich (np. wynikające z globalnych trendów). Polega ona na możliwie szerokim poznaniu swojego zawodu wraz z cechami wynikającymi z ofert pracy (jedne elementy w nich z czasem znikają jako już nieistotne, a inne nabierają znaczenia). Konfrontacja formalnych propozycji zatrudnienia z pełnią wymagań zawodu, pozwala nam konkurować z innymi na polach, które nie znajdują się w samej ofercie.

 

Zapytany o strategie najbardziej pasujące do dziennikarzy, których zwolnienie uzasadniano ostatnio kryzysem związanym z pandemią, odparł: wąska specjalizacja, w przypadku tych osób, które mają wyrobiona markę ekspertów, krok przed dla osób śledzących nowości wewnątrz branży medialnej, w przypadku mniej doświadczonych każda praca i strategia płacy minimalnej, ale, pamiętajmy o tym, w tym ostatnim przypadku jak najszybciej siadamy do finansowych negocjacji.

 

Powrót do pierwotnego zawodu?

 

Ilu dziennikarzy ukończyło dziennikarstwo? Nieco ponad jedna trzecia[8]? To oznacza, że bardzo znaczne grono miało pierwotnie inny zawód. Oznacza to też, że ma w tej profesji kontakty, znajomych, którzy być może wspięli się już wysoko na drabiny kariery. Może potrzebują profesjonalnego wsparcia w świecie komunikacji ze strony kogoś, kto w sposób rzeczywisty rozumie potrzeby branży? Andrzej Sapkowski w „Narrenturm” podkreślał, że już w średniowieczu koledzy ze studiów stanowili realną sieć wsparcia.

 

Zawodowe wybory absolwentów dziennikarstwa

 

O inne zawody, niż dziennikarstwo, w których realizują się absolwenci tego kierunku, zapytaliśmy dr Tomasza Chrząstka z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, który w latach 2016-2019 był dyrektorem Instytutu Dziennikarstwa i Informacji UJK:

 

– Oczywiście znaczna grupa absolwentów nigdy do mediów nie trafia. Ci, którzy trafili ciągle krążą wokół nich. Najczęstsze przykłady migracji z mediów to przejście do PR-u, albo czasem do działów marketingowych. Stają się rzecznikami prasowymi. Są też przejścia do innego typy mediów np. z prasy do radia, tv albo odwrotnie. Nierzadkim przykładem jest budowanie własnego medium internetowego. Czasem trafiają do wydawnictw. Patrząc na zagadnienie szerzej obserwuję też u dziennikarzy trend by stać się trenerem, coachem – zwykle zostają „specjalistami” od wizerunku, komunikacji ale też rozwoju osobistego.

 

Bez względu na decyzje jakie dziennikarze będą podejmować na rynku pracy, warto zakończyć ten tekst aktualnym hashtagiem: #BędzieDobrze!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] T. Mielczarek, Monopol-Pluralizm-Koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwa Profesjonalne i Akademickie, Warszawa 2007.

[2] https://radasektorowa-komunikacja.pl/2020/04/17/monitoring-rynku-pracy-edukacji-i-komunikacji-marketingowej-edycja-i/ – dostęp 20.05.2020 r.

[3] Ibidem, s. 15-16.

[4] P. Arden, Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie, Insignis Media, Kraków 2013, s. 105.

[5] https://lbrelations.pl/pl/news/489,influencerzy-w-dobie-pandemii-czego-od-internetowych-liderow-opinii-oczekuja-polacy – dostęp 20.052020 r.

[6] W. Kisiel-Dorohinicki, Fundamenty Kariery. Strategiczne poszukiwanie i zdobywanie pracy, ONE Press, Gliwice 2014. https://onepress.pl/ksiazki/fundamenty-kariery-strategiczne-poszukiwanie-i-zdobywanie-pracy-waclaw-kisiel-dorohinicki,funkar.htm# – dostęp 20.50.2020 r.

[7] P. Arden , op. cit., s. 118.

[8] https://www.tvp.info/9334867/dziennikarzy-w-polsce-ubywa – dostęp 20.05.2020 r.