Buźki – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Media, i nimi zarządzający, powinni mieć odwagę i wyobraźnię. Powinni szanować ludzi, społeczeństwo, a nie traktować ich jak biednych głuptasów.

 

Buźka buźce jest nierówna. Kiedyś na okładkach („Przekrój” i inne) dominowały zdjęcia pięknych pań. Dziś najczęściej ramki tygodników polityczno-społecznych rozsadzają buźki zbliżone do „wicie rozumicie”. No, czasem są także szczuplejsze, jak na przykład Grodzkiego, Biedronia. Nawet jak się za kimś nie przepada, to lepiej dać przystojniaka lub „nieco przystojniaka”, bo oglądający nie przepadają za opuchlikami lub łyskami. Nie mam nic przeciwko łysym lub łysiejącym, bo to męska sprawa. Śmieszy mnie jednak, gdy „wybrańcy” narodu, których najważniejszym zmartwieniem jest postępujący ubytek włosów, troszczą się przede wszystkim o zaczesywanie. Tym bardziej, że jak słyszę od pań, łysy to podobno na ogół dobry kochanek. A więc świadczyłoby to nawet dobrze o dziennikarzu, polityku. Taki to COŚ w końcu potrafi. Są jacy są. A kombinowanie „Gazety Polskiej Codziennie”, by robić im zdjęcia na całe okładki to przesada. Chyba że jest to jakiś tajemniczy, ukryty plan redaktora, na przykład Sakiewicza.

 

Tyle w kwestii makro. A teraz będzie o mikro. Lupę trzeba mieć w kieszeni, aby dowiedzieć się, z kim na przykład świetny zresztą redaktor Mazurek rozmawia. Tytuł wywiadu jest duży, zdjęcie też, tekst na ogół bardzo ciekawy, nazwisko autora już skromniutko jest wypisane, natomiast to z kim rozmawia drukowane jest tak małymi literkami, że z trudem można je przeczytać. Powiedzą – jesteś stary i ślepy – ale takich po pierwsze coraz więcej, a po drugie młodzi mają głowę w komputerze, a nie szeleszczą gazetą.

 

Redaktorzy, łamacze – litości. Sokoli wzrok u nas mają nieliczni. Większość nawet na gigantyczne afery jest ślepa. Tyle, że wdzięczność za bycie posłusznym nie następuje. Przykłady – potraktowanie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej przez jej Towarzyszy. A teraz koleżanki prezes Polskiego Radia Agnieszki Kamińskiej przez dowództwo medialne i „kulturalne”. Toniesz, to nie kołem ratunkowym, a łopatą dostaniesz po głowie. Kazik pokrzyczał, dość średnio artystycznie, zrobiła się afera w szklance wody, rzędem wyraziści wymeldowali się z Myśliwieckiej. Smutno mi Boże, ale cóż poradzę, skoro moja władza medialna ogranicza się do pisania felietonu.

 

Nie pchaj się na afisz jeśli nie potrafisz. Błyskawiczne awanse kończą się zawsze błyskawicznym dołowaniem. Wymagania przerastają możliwości, albo prościej – bo teraz przecież do władzy rwą się również „włościanie” – gówno chłopu nie zegarek.

 

Trzaskowski zaatakował z buta. Lewego. Chociaż sam kiedyś dziennikarzył. Lepiej niech uważa co mówi, bo mu się sznurowadło rozwiąże i potknie się młodzieniec na starcie. „Wiadomości” obecne z dziennikarstwem oczywiście teraz nie mają wiele wspólnego. Jedno, a nawet trzyosobowe zestawy prowadzących od wielu, wielu lat wypełniają jedynie polityczne zamówienie. Jednak 19:30 w Polsce jest wieczna. Szkoda tylko lektorów, bo to nie dziennikarze, a lektorzy prowadzą dzienniki informacyjne. Władza się zmienia i zawsze oni za to w opinii społecznej boleśnie płacą. Owszem, są potrzebni, ale są i granice, do których można dawać się wykorzystać.

 

W czasie komisji senackiej dotyczącej Trójki radiowej (w czwartek) jedna z koleżanek powiedziała do Kamińskiej i redaktora krętacza – no popatrzcie, zostaliście teraz sami, nikt nie przyszedł was bronić. Kilkadziesiąt lat temu rzeczywiście było tak, że krawiec kierował energetyką, a szewc bankami. Ale potem był rok 56, 68, 70, 81, 89 i naprawdę wiele się zmieniło, tylko propaganda jak zawsze taka sama. Ubezwłasnowolniona. Może popatrzmy, kto nią rządzi. Dobrych dziennikarzy mamy naprawdę wielu. I wielu na oczach rośnie (choćby taki Łukasz Jankowski z Radia Wnet, który grzecznie, ze znajomością rzeczy, pokazał jaki jest i co naprawdę nie potrafi wiceminister i też było to porankiem czwartkowym). Krzysztof Skowroński jest rzeczywiście świetnym pedagogiem. Tak dobiera ludzi i tak ich poprowadzi, że w bardzo krótkim czasie stają się dziennikarzami. Płakać natomiast się chce patrząc na to co robią medialne rady krajowe i desygnowani na stanowiska ich wybrańcy. A spraw naprawdę trudnych i niezałatwionych jest bardzo dużo. Tragedia frankowiczów trwa. Nieskuteczność komisji specjalnych to już normalka, pedofile śmieją się, dziennikarze odważni wyrzucani są z pracy.

 

Mówić, nie mówić. Asekuracja niezbędna jest w górach, gdy się wspinamy. Jeśli polityk chce mieć szacunek (czasem kosztem utraty stanowiska) to powinien śmiało zabierać głos. Chcą Niemcy i Francja wmusić biednym unitom europożyczki, obligacje. Oczywiście nie z miłości do Polaków czy Węgrów, ale po to by potem zarobili bankowcy (a większość rządzących to właśnie bankowcy), no i wiadomo jak to jest z pożyczaniem pieniędzy. To niby koło ratunkowe, ale naprawdę gwóźdź do trumny. Biedny, przez lata potem ciągnie z wywieszonym jęzorem i spłaca.

 

Na bieżąco programy informacyjne podają jedynie suchą wiadomość: unia proponuje obligacje. To oczywiste. Tak powinny media robić, ale poza informacją oddzielona od tejże powinien być komentarz i to komentarz fachowy. Najlepiej oczywiście, by komentarz pochodził nie od popierających aktualną władzę, ale od opozycji. Zresztą może być stanowisko „za” i drugie „przeciw”. Chcemy wiedzieć jak najwięcej. Chcemy być doinformowani. Tymczasem albo puszcza się komentarz wyłącznie popierającego władzę, albo gorzej, używa się uzależnionego (na własne życzenie) dziennikarza, który najczęściej mało przekonywująco, a bardzo stronniczo, wypowiada swoje mądrości. Na razie taki dziennikarz jest na topie – jeździ, ma dostęp do mediów. Dobrze by było, gdyby zastanowił się, co będzie gdy władza się zmieni, a owa zmienia się często.

 

To wszystko oczywiście odnosi się do nas wszystkich. Pamiętajmy i przypominajmy to sobie nieustannie. Nie myślmy o słupkach pokazujących poparcie dla władzy, bo te słupki łatwo obalić. Mamy społeczeństwo coraz bardziej wykształcone i coraz mniej strachliwe. Ministrowie muszą być powoływani ze względu na swoje kompetencje zawodowe, powinni się znać na przykład na górnictwie, które od lat jest osierocone. Warszawka wyciąga łapę na Śląsk i psuje. Amerykanie mówią, że minister obrony nie może być wojskowym. Osobiście się z tym nie zgadzam. Mamy przykłady, że cywilni nie są po prostu słuchani przez wojskowych. Ale jest przecież zwierzchnik sił zbrojnych – prezydent. I on jest gwarantem bezpieczeństwa, zabezpieczeniem przed puczem, gdy generałom odbije. To samo dotyczy ministrów. Powinni być kompetentni. Humanista nie potrafi zająć się właściwie przemysłem i techniką. Menadżerzy są niezbędni przy zarządzaniu. I zawsze takiego można sobie dobrać jako zastępcę. Natomiast rządząca głowa musi być dobrze przygotowana zawodowo do branży, którą chce rządzić. W mediach jest jeszcze jedno szczególne zadanie – media, i nimi zarządzający, powinni mieć odwagę i wyobraźnię. Powinni szanować ludzi, społeczeństwo, a nie traktować ich jak biednych głuptasów.

 

Pa! Buźki!

Do zobaczenia na okładkach „Gazety Polskiej” (jednej i drugiej), „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Polityki”, „Przeglądu  Tygodniowego” i oczywiście … „Gazety Wyborczej”.

 

Stefan Truszczyński

Telewizja Kurskiego czy twórcy SokuzBuraka? – felieton ADAMA SOCHY

„Prawdziwe media publiczne” pod patronatem Rafała Trzaskowskiego, można między bajki z mchu i paproci włożyć. 

 

Wiem kto, po zwycięstwie Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, będzie nowym prezesem TVP. Ale zanim o tym napiszę zacznę od wypowiedzi kandydata Koalicji Obywatelskiej, która pozwoliła nieco przykryć aferę z Kazikiem i Trójką.

 

„Moją pierwszą inicjatywą ustawodawczą będzie ustawa o zwiększeniu finansowania służby zdrowia do 6 proc. PKB – mówił na niedzielnej konferencji 17 maja na Facebooku prezydent Warszawy. – Skąd pieniądze? Pieniądze, które idą dzisiaj na propagandę, na partyjną telewizję, powinny zostać przeznaczone na zdrowie, na szpitale. W miejsce obecnej telewizji powstanie nowa telewizja publiczna, bez TVP Info, bez Wiadomości, bez publicystyki politycznej, bez tego, co zatruwa nam życie. Żeby nigdy nikogo nie kusiło żeby wykorzystać telewizję do celów politycznych. Telewizja, która miała być publiczna, która powinna nas edukować, wspierać w trudnych czasach, została przez PiS zdyskredytowana” – mówił polityk.

 

Odpowiadając na pytania kierowane SMS-ami przez różne redakcje, Trzaskowski komentował jedynie te pochodzące z TVP Info. – Spieszcie się państwo zadawać pytania z TVP Info, bo niewiele tygodni zostało – powiedział z uśmiechem, trawestując poetę ks. Jana Twardowskiego „Śpieszcie się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

 

Na to błyskawicznie zareagowała dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Jolanta Hajdasz. Wydała w poniedziałek, 18 maja oświadczenie, w którym protestuje przeciwko zastraszaniu dziennikarzy Telewizji Polskiej przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

 

„Zastraszanie dziennikarzy przez polityków ma zawsze na celu uruchomienie mechanizmu autocenzury w mediach, czyli samoograniczania się także innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach trudnych i kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich” – napisała w oświadczeniu dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz.

 

Jeszcze dalej poszedł red. Wojciech Reszczyński, który w wywiadzie dla wpolityce.pl wypowiedź Trzaskowskiego o TVP określił jako „bandycką”, a użyte przez niego sformułowania jako „faszystowskie”.

 

Ja tak bardzo nie zapłonąłem z oburzenia, jak pani dyrektor, ani nie posunę się do takich epitetów, jak red. Reszczyński, gdyż zawsze tak było, że jedni drugim robili „koło pióra”. W naszej polityce obowiązuje zasada „gwałt niech się gwałtem odciska”. Jesteśmy pod tym względem czymś unikatowym w skali świata. Wszędzie, na czas epidemii opozycja ogłosiła zawieszenie broni i współdziałała z rządem, tylko u nas w środku zarazy wybuchła taka awantura polityczna, że omal nie rozleciał się rząd, a państwo nie pogrążyło się w chaosie.

 

Teraz Rafał Trzaskowski, tak jak sędzia Irena Kamińska i cała „totalna opozycja” „pragnie zemsty na PiS”. Jeśli wygrają to z dziką rozkoszą dokonają „masakry piłą mechaniczną” na drużynie Jacka Kurskiego i nic i nikt ich przed tym nie powstrzyma. Wszak zemsta jest rozkoszą bogów.

 

Ileż to gremiów głowiło się przez ostatnie kilkanaście lat nad odpartyjnieniem mediów publicznych i stworzeniem z nich najważniejszej instytucji kultury i edukacji narodowej, ileż powstało projektów, ileż padło uroczystych przysiąg i zaklęć.

 

Była raz realna szansa na wyrwanie mediów ze szponów partii. Kongres Kultury 2009 w Krakowie powołał Obywatelski Komitet Mediów Publicznych. Komitet wypracował projekt ustawy o mediach publicznych. Miał obietnicę ówczesnego premiera, Donalda Tuska, że ustawa zostanie uchwalona przez Sejm. Miał również poparcie największego ugrupowania opozycyjnego, Prawa i Sprawiedliwości. Inicjatywa ta cieszyła się także uznaniem prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego (30 marca 2010 roku odbyło się w Pałacu Prezydenckim spotkanie na ten temat). Projekt miał zostać złożony wspólnie przez PO i PiS. W rzeczywistości osobno złożyło go PiS oraz osobno PO. Mimo to proces zdawał się iść w mniej więcej właściwym kierunku aż do momentu katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku…

 

Twórcy projektu postulowali zastąpienie KRRiT 50-osobowym Komitetem Mediów Publicznych, który miał być wybierany w drodze losowania spośród liczącego 250 osób tzw. zasobu kadrowego komitetu (utworzyć go miały m.in. organizacje pozarządowe, ogólnopolskie stowarzyszenia twórcze, dziennikarze, Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich). Komitet miał wybrać siedmioosobową Radę Mediów Publicznych. I to ona miała zarządzać mediami publicznymi. Nad jakością programów czuwać miała niezależny od władz telewizji i radia Instytut Mediów Publicznych. Abonament miała zastąpić powszechna opłata audiowizualna płacona wraz z PIT-em.

 

Jeszcze w 2013 roku minister Michał Boni obiecywał, że przygotuje nową ustawę medialną – nie przygotował i przyszło nowe rozdanie, nieoczekiwanie wybory wygrał PiS.

 

Początkowo jeszcze wielu, w tym ja, żywiło nadzieję, że PiS dotrzyma obietnic z kampanii wyborczych powołania „polskiego BBC”.

 

W tej atmosferze  21 czerwca 2016 roku odbyło się publiczne składanie podpisów pod Obywatelskim Paktem Mediów Publicznych. W sumie podpisało go aż 78 podmiotów (stowarzyszeń i fundacji), podpisali też politycy, którzy właśnie stracili władzę i media publiczne (Pakt spoczywa w Bibliotece Narodowej).

 

Platforma zgłosiła własny projekt, który był musztardą po obiedzie. Likwidował on abonament i wprowadzał finansowanie z budżetu państwa. Kasę miał dzielić Fundusz Mediów Publicznych, w którym  mieli zasiadać przedstawiciele środowisk twórczych, opiniotwórczych, ogólnopolskich organizacji samorządowych.

 

Projekt ten poszedł do kosza, tak jak i społeczny. Jak wiemy PiS powołał Radę Mediów Narodowych i mamy to, co widzimy i słyszymy codziennie.

 

Jeszcze co prawda do końca nie wymarli donkiszoci, bo w 2019 roku powstał obywatelski projekt, niezwiązany z żadną partią, ale była to sztuka dla sztuki.

 

Po tym jak zagroził dziennikarzom TVP, dwa dni później,  19 maja Rafał Trzaskowski zrobił konferencję pod siedzibą prezesa (przepraszam, doradcy prezesa) TVP Jacka Kurskiego i oświadczył, że  podejmuje walkę o prawdę, o prawdziwe media publiczne! W tym celu w przyszłym tygodniu organizuje debatę z ekspertami, „opracujemy model nowej telewizji publicznej nowoczesnego państwa”.

 

Natychmiast pod tym oświadczeniem na Twitterze kandydata na prezydenta RP pojawił się celny komentarz: „Wśród ekspertów administrator soku z buraka, Jerzy Urban i Tomasz Lis”.

 

„Prawdziwe media publiczne” pod patronatem Trzaskowskiego, można między bajki z mchu i paproci włożyć.  Realnie mamy tylko taki wybór: albo TVP Jacka Kurskiego, albo TVP Mariusza Kozaka-Zagozdy, twórcy profilu SokzBuraka, „najbardziej fekalnego portalu w internecie”, jak to wdzięcznie ujął Robert Mazurek w rozmowie w RMF z Rafałem Trzaskowskim, który zatrudnił go w stołecznym ratuszu. Zagozda został też zatrudniony w komitecie wyborczym kandydatki PO na prezydenta Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – jak informował tygodnik „Sieci”. Trzaskowski nie odpowiedział Mazurkowi, czy przejmie do swojego komitetu Kozaka-Zagozdę, ale ja obstawiam, że nie tylko przejmie, ale jeśli wygra wyścig do żyrandola, to nowym prezesem TVP zostanie nie Tomasz Lis a właśnie twórca „SokuzBuraka”.

 

Adam Socha

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TELEWIZJĘ POLSKĄ. Główny reżyser – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Jerzego Gruzę

Żyłem, oglądałem i pracowałem w Telewizji Polskiej, gdy robili ją – Gruza, Hanuszkiewicz, Przybora-Wasowski, Szlachtycz, Wojtyszko, Walter, W-wo Bielicki, Olga Lipińska, Dziedzicowa, Pach, Suzin, Miroszowa, Ambroziewicz, Mikołajczyk, Snopkiewicz, Maziarski, Kamiński-Kurek, Rostocka i Ryster, Adam Słodowy, autor świetnych reportaży i nauczyciel reporterów Józef Błachowicz, reżyser Lucyna Smolińska-Sroka i jej mąż scenarzysta Mieczysław Sroka, Tamara Sołoniewicz, Wanda Konarzewska, Krystyna Mokrosińska, Jacek Grelowski, Marian Bekajło, Janusz Wieczorek, Ryszard Bójko, Ireneusz Engler, Zbigniew Proszowski, Krystian Przysiecki, Marek Grot, Wojciech Pijanowski, Wojciech Mann (ostatnio wyrzucony z Radia), Jerzy Szotkowski, Grzegorz Wasowski (tak, synek), Dariusz Baliszewski; a także Janusz Rolicki, Nina Terentiew, Antoni Dzieduszycki (ostatni ordynat rodu, późniejszy współtwórca Telewizji Wisła); za gwiazdy robili i robiły – Bożena Walter i Bogumiła Wander i oczywiście Bohdan Tomaszewski, Jan Ciszewski, Tomasz Hopfer, Jacek Żemantowski, Tadeusz Sznuk (na szczęście jeszcze tam trwa); no i oczywiście Maciej Szczepański (o nim będzie za chwilę), Andrzej Drawicz, Marian Terlecki (ten mnie faworyzował), Janusz Zaorski (dał mi najwięcej pieniędzy na reportaże).

 

Niezła to była drużyna. Była!

 

Zmarli, odeszli, wyrzucono.

 

Pierwszy

 

Zanim będzie o pierwszym reżyserze TVP – anegdota: idzie „krwawy Maciej” (jaki on tam był krwawy, dzisiaj to dopiero wyrzucają bezpardonowo) korytarzem telewizyjnego molocha, który zbudował dzięki protekcji Gierka, a z przeciwka podąża osobnik o długich włosach. Prezes zatrzymuje się, wyciąga dychę i mówi – Masz i idź się ostrzyc. Facio (był to kamerzysta) sięga do kieszeni, wyjmuje dwie dychy i rzecze – Masz i się odp…l! Ochroniarz Szczepańskiego zareagował, awantura była, ale koleś z telewizji wcale nie wyleciał. Tak jak np. Wildstein, albo Sobala (też prezes, tyle że radia).

 

Przypomnijmy więc ludzi z tamtych lat. Warto. Na początek „G”. G-ie jak Gruza. Jerzy Gruza (ur. 4 kwietnia 1932 roku w Warszawie, zm. 16 lutego 2020 w Pruszkowie, pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, kwatera G-TUJE-48; msza pogrzebowa odbyła się 21 lutego w Kościele Środowisk Twórczych). Przede wszystkim reżyser, po PWST w Łodzi (1956), scenarzysta, a także okazjonalnie aktor.

 

Był wysoki, apodyktyczny, bezkompromisowy. Wymyślił, zarządził i tak dokładnie miało być. No, ale chyba właśnie takim powinien być reżyser. Musi wiedzieć co chce i powiedzieć jak to zrobić.

 

Szedł przez długie korytarze woroniczowskiej telewizji energicznym krokiem, wypełniał sobą w czasie prób wielkie studia, a potem dyrygował w reżyserce realizatorem, dźwiękowcem i oświetleniowcem. Chłopięta (przy nim), dziewczęta (nawet te po Sokorskim, były zawsze „młode”) stali i stały z otwartymi buźkami i słuchali poleceń. Rzadko kto odważył się podjąć dyskusję z Gruzą. Pewność siebie, surowość oblicza, nigdy chwalenie, często ironizowanie – sprawiało, że odbierano go z uwagą i napięciem. Może nawet z pewnym strachem. Nie było z nim łatwo i delikatnie.

 

Seriale

 

Pani Mira Michałowska-Zientarowa pisała dialogi do „Wojny domowej”. Wyszło 15 odcinków – jak to już wiemy – świetnych. Oto tytuły: „Ciężkie jest życie”, „Bilet za fryzjera” – nagroda specjalna „Minewra d’Orgento” Włoskiego Komitetu Filmu Młodzieżowego za najlepszy film rozrywkowy o tematyce specjalnie nadającej się do młodzieżowych klubów filmowych na XVIII M F F dla Dzieci i Młodzieży w Wenecji – Włochy lipiec 1966 r., „Wywiadówka”, „Pierwszy dzień”, „Dwójka z Azymutu”, „Trójka klasowa”, „Polski Joga”,  „Wizyta starszej Pani”, „Dzień Matki”, „Zagraniczny Gość”, „Co każdy chłopiec”, „Monolog zewnętrzny”, „Młode talenty”, „Nowy Nabytek”, „Siła wyobraźni”

 

Ale współpraca z Zientarową się skończyła, a zaczęła z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem. KTT był człowiekiem wpływowym. Bystry, ustosunkowany jak najwyżej. W tym duecie konkretna robota wyglądała tak, że Gruza leżał sobie na kanapie – paląc, popijając – a Toeplitz pochylony nad maszyną zapisywał pod dyktando. Trudno dziś dociec ile do scenariuszy sam wnosił. Podporządkował się, mimo że nie był to zwykły wyrobnik dziennikarskiego fachu.

 

Opowiadał mi Marian Bekajło – z którym u Gienia Pacha, robiliśmy wielkie telewizyjne transmisje  Banki Miast i który był rzeczywistym ojcem serialu „Dom – o egzaminie na dziennikarskie studia. Rzecz się działa pod koniec lat 50. na UW. Za stołem wśród egzaminatorów siedział tzw. społeczny czynnik. W czerwonym krawacie. Merdał krótkimi nogami (bo był malutki). Groźna bruzda na czole i dla dodania sobie powagi – fajka. To był właśnie Krzysztof Teodor, zresztą rówieśnik Mariana. To drugie imię – Teodor – nie brzmiało wówczas zbyt dobrze. Stąd pomysł – KTT. Potem przez lata pisał felietony w „Polityce” obok Małachowskiego, Passenta, Radgowskiego, Tomaszewskiego (owszem, Bohdana) i Waldorffa. Ale przy Gruzie był usłużny, taki – po prostu – współautor i sekretarz. Nie chcę nic ująć Toeplitzowi. To nie wstyd było uznać zwierzchnictwo pana Jerzego.

 

Plon współpracy J.G. i KTT był świetny: 21 odcinków „Czterdziestolatka” w trzech seriach:

 

Trasa Łazienkowska: Toast czyli bliżej niż dalej, Walka z nałogiem czyli labirynt, Wpadnij kiedy zechcesz czyli bodźce stępione, Portret czyli jak być kochanym, Kondycja fizyczna czyli walka z metryką, Włosy Flory czyli labirynt, Judym czyli czyn społeczny

 

Dworzec Centralny: Otwarcie trasy czyli czas wolny, Rodzina czyli obcy w domu, Pocztówka ze Spitsbergenu czyli oczarowanie, Cudze nieszczęście czyli świadek obrony, Nowy zastępca czyli meteor, Kozioł ofiarny czyli rotacja

 

Trasa Toruńska: Sprawa Małkiewicza czyli kamikadze, Kosztowny drobiazg czyli rewizyta, Gdzie byłaś czyli Szekspir, Cwana bestia czyli kryształ, Gra wojenna czyli na kwaterze, Z dala od ludzi czyli coś swojego, W obronie własnej czyli polowanie, Smuga cienia czyli pierwsze poważne ostrzeżenie

 

Kolejne tytuły odcinków mówią wiele. Dziś jest to zapis historii gospodarczej minionej epoki, zapis ludzkiej wiary, że będzie lepiej, naiwności, krytyki – ale delikatnie podanej.

 

Film, teatry i festiwale

 

W dorobku Gruzy oddzielna karta to przedstawienia wyreżyserowane w Teatrze Telewizji – „Grona gniewu” Steinbecka, „Szkoła wdów” Cocteau, „Trio wg „Wygnańców” Jamesa Joyce’a, „Król Edyp” Sofoklesa, „Rewizor” Gogola, monodram „Sammy” ze Zbigniewem Cybulskim, „Mieszczanin szlachcicem” w 1969 z ostatnią rolą w życiu Bogumiła Kobieli, „Eryk IV” z zapomnianym dziś Markiem Walczewskim.

 

Aktorów pan Jerzy wybierał zawsze najlepszych. Nikt nie odmawiał – Irena Kwiatkowska, Kazimierz Rudzki, Alina Janowska, Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Bogumił Kobiela, Wiesław Gołas (komedia „Dzięcioł”), Jan Nowicki, Andrzej Kopiczyński, Anna Seniuk, Ewa Wiśniewska, Bronisław Pawlik, Tadeusz Pluciński, Gustaw Lutkiewicz, Zdzisław Maklakiewicz, Leon Niemczyk – długo by wymieniać.

 

Bywało, że i sam obsadzał siebie, ale drugoplanowo.

 

Nie pamiętam go siedzącego. Zawsze gdzieś podążał, długim krokiem. Był wszędzie. W kinie, teatrze, telewizji. Próby na koncertach w jego reżyserii prowadzone były szybko i sprawnie. Gruza to była firma na miarę wielkich festiwali – z najważniejszym, międzynarodowym, sopockim. Dachu nad Leśną Operą jeszcze nie było. Za to byli wspaniali prowadzący – Irena Dziedzic, Lucjan Kydryński. Oni też go słuchali. To Gruza o wszystkim decydował. I wiedział, dokładnie, co chciał osiągnąć.

 

Był Sopot, a potem Gdynia i długa lista dokonań. Często o nim pisano. Dobrą decyzją było powierzenie mu dyrektorstwa w Gdyni. To były wspaniałe lata dla trójmiasta. W Teatrze Wybrzeże Iwo Gall, Danuta Baduszko, Hübner, świetni aktorzy. A potem Gruza w Teatrze Muzycznym i plejada najlepszych śpiewaków, wielkie musicale: „Skrzypek na dachu” (premiera 1984), „Jesus Christ Superstar” (1987), „Les Misérables” (1989), „Człowiek z La Manchy” (1991), „Żołnierz Królowej Madagaskaru” (1991). Wydarzenia artystyczne żyją zwykle krótko. Władza chętnie w blasku artystów się popularyzuje. Ale płaci niechętnie. Nawet najwyższy protektorat nie trwa wiecznie. Tylko perły pozostają we wdzięcznej pamięci widzów, słuchaczy i czytelników. Nakręcił też serial „Tygrysy Europy” (1999) z Januszem Rewińskim i Wojciechem Pokorą. Jeden z recenzentów twierdził, że to paszkwil na polski biznes i klasę, która ostatnio się wydźwignęła finansowo, co jest bzdurą. Gruza napisał też dwie książki: 40 lat minęło jak jeden dzień (1998), Człowiek z wieszakiem życie zawodowe i towarzyskie (2003).

 

Dzień autorski

 

Pracowałem „u Waltera”. I lepiej nie mogłem trafić. Powierzył mi przygotowywanie, raz na miesiąc, całodziennych programów na niedziele – „Dni autorskich”. Wypełniały świąteczny czas antenowy od świtu do północy. Zawierały dorobek telewizyjnych tuzów, o których napisałem na początku. Pierwszy wybrany z kilkunastu był właśnie Jerzy Gruza – wówczas główny reżyser Telewizji Polskiej (a innej nie było). Następne „dni” dotyczyły dorobku Jerzego Antczaka, Aleksandra Bardiniego, Andrzeja Chiczewskiego (dokumentalista, podróżnik), Edwarda Dziewońskiego, Adama Hanuszkiewicza, Zygmunta Hübner, Andrzeja Łapickiego, Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, Józefa Słotwińskiego (reżyser komedii teatralnych, bardzo popularnych),  Jerzego Surdela (reżysera filmów dokumentalnych, w tym „Tryptyku” nagradzonego na wielu festiwalach filmów górskich), Stefana Szlachtycza, Macieja Wojtyszki. Przygotowałem również dzień autorski Olgi Lipińskiej, ale w ostatniej chwili został… „zdjęty”, bo Pani Olga pośpieszyła się z żartem. W jej kabareciku pojawił się facet z napisem na froncie koszulki: „NIE LUBIĘ PIEROGÓW”, przemknął przed kamerą i wtedy okazało się, że na plecach ma napis… „RUSKICH”. Miałem również zrobić przegląd twórczości Bogusława Kaczyńskiego. Niestety zaistniał stan wojenny i wyleciałem wraz z programem z telewizji.

 

Teraz, po latach znalazłem w swoim prywatnym archiwum scenariusz tego dziesięciogodzinnego programu. Ale pamiętam jak w tempie karabinu maszynowego wyliczył mi wówczas co ma być przypomniane. Rozgadał się tylko przy nazwisku Jandy. Była wówczas na topie po filmie „Człowiek z marmuru” i brawurowo zaśpiewanej piosence „Guma”. Mistrz rzekł, a ja zabrałem się do roboty trwającej prawie miesiąc. Musiałem to wszystko odszukać, przepisać na taśmy elektroniczne z telerekordingowych (w ten sposób nagrywane były odbywające się na żywo spektakle), niektóre programy trzeba było skrócić i podmontować.

 

Oto scenariusz dnia autorskiego, którego emisja odbyła się 28 stycznia 1978 roku.

 

Bożena Walter wprowadza program na antenę, przedstawia reżysera i jego gości. Pierwszą pozycją jest „Woja Domowa”, odcinek „Co każdy chłopiec wiedzieć powinien”. Następnie – rozmowa z Panią Mirą Zientarową-Michałowską, współautorką scenariusza. Dalej – „Czterdziestolatek”, 30 minutowy montaż z trzech odcinków różnych serii. Potem w studio rozmowa z Krzysztofem Toeplitzem. „Poznajmy się” to filmiki spółki Jacek Federowicz – Jerzy Gruza, „Małżeństwo doskonałe” 30 minutowy montaż z kilku programów o tym tytule. Fragmenty Festiwalu Interwizji w Sopocie i rozmowa z Ireną Dziedzic. Kolejno następują: „Teatr Telewizji” – czterdziestominutowy spektakl „Trio” z 1961 roku z udziałem Aleksandry Śląskiej, Adama Hanuszkiewicza i Gustawa Holoubka, potem rozmowa z aktorami. Ciąg dalszy z cyklu Teatrów Telewizji w reżyserii Gruzy: „Nasze miasto” – prawie dwugodzinna projekcja i rozmowa z krytykiem teatralnym Romanem Szydłowskim, autorytetem. Program zamyka sztuka „Kariera Artura Ui” z Markiem Walczewskim w roli głównej. W studio rozmowa z aktorem.

 

W okresie przygotowania programu Jerzy Gruza raz czy dwa zatelefonował i wpadł na montaż. Wobec poprzednio ustalonych planów coś tam dodał, coś wyrzucił. Bardzo się starałem, ale któregoś dnia – w złym humorze – bohater dnia autorskiego pojawił się w redakcji i zaczął wybrzydzać. Poszedłem do Waltera, żeby wyznaczył kogoś innego na moje miejsce. Niespodziewanie reżyser stanął w drzwiach i usłyszał moje żale:

 

– Panie, co pan tu skomli. Pracuje Pan ze mną i będzie nadal pracował.

 

Po czym drzwi zamknął z hukiem.

 

– No widzisz, Funiek – powiedział rozbawiony Mariusz Walter – tak to z nimi jest!

 

Między przypominanymi w „Dniu autorskim” programami były wstawki nagrywane w studio. Musiały się oczywiście łączyć w całość przekazu. Były to na ogół rozmowy z bywszymi i aktualnymi współpracownikami reżysera.

 

Jednym z punktów podsumowania twórczości był montaż zabawnych filmików satyrycznych pod tytułem „Poznajmy się”, przy których śmiała się cała Polska. Występował w nich Jacek Federowicz. Starsi pamiętają: było między innymi o wyciąganiu banknotu stuzłotowego spod koła samochodu, o skrzynce pocztowej mówiącej „dziękuję”, gdy wrzucano doń list. Zapytałem, czy mam zaprosić do studia pana Jacka. – Nie – odburknął, ale potem zmienił zdanie. Zmontowałem te miniaturki w piętnastominutowy bloczek. Wyszło super. Na montażu się nie zjawił. Dał mi wolną rękę. Telefonuję więc po emisji (nocą) ciekaw oceny.

 

– Siedziałem tyłem do telewizora i grałem w brydża, z prokuratorem – powiedział.

 

„Z prokuratorem” – żebym sobie nie myślał, a i tak powszechnie wiadomo było, że „ważni” o sympatię Gruzy zabiegają.

 

Taki był. Nieskory by kogoś pochwalić. Nigdy potem już go o oceny nie pytałem.

 

Natomiast „kawałki” nagrane, w których sam występował na montażu rzeźbił pieczołowicie. Ale i tym się szybko nudził. Pewnego razu chłopcy – montażyści szarpali się dzielnie, bo szpule z nagraniami były ogromne i ciężkie. Trzeba je było podnosić prawie na półtora metra i umieszczać w maszynie.

 

I zaczęło się. „Włóżcie”, „zdejmijcie” – dyrygował i ciągle zmieniał zdanie. „Nie, nie! Dopiero od momentu gdy przekręcam głowę”. „Albo dajcie trochę wcześniej”. Po dwóch godzinach zmontowaliśmy zaledwie kilka minut. Wreszcie zaklął: – Róbcie sami. Wdział długi czarny płaszcz, zawinął 1,5 metrowy  szal wokół szyi ze zwisem na plecach i poszedł sobie. Poszło wtedy szybko. Nad ranem ukończyliśmy montaż całego bloku. Z drugiej strony można powiedzieć, że artysta miał do ludzi zaufanie. Był jaki był.

 

Thank you sir

 

Podziękowania się nie doczekałem. Ale nigdy o to nie dbałem. Zresztą nie on mnie, ale ja jemu jestem wdzięczny za to pracowite spotkanie.

 

Pamiętam, że jednak doczekałem się spojrzenia z uznaniem. Było to na ulicy Puławskiej w Warszawie. Na postoju taksówek. Stoję, a obok mam wielki wór marynarski z grubego, żaglowego płótna. Patrzę, podchodzi. Zerknął na mój bagaż.

 

– Dokąd to?

 

– Na „Gusloffa”. Robię film o wraku dla Studia 2.

 

Wyraźnie się zainteresował.

 

– Będziesz nurkował?

 

– Będę siedział dwa dni w batyskafie z płetwonurkami, oni będą wychodzić na wrak.

 

– uhm…

 

Podjechała taksówka. Zostawiłem pana reżysera trochę w zdumieniu.

 

Na widok Gruzy kobitki popiskiwały. Gruza ożenił się (trzeci raz) z aktorką ze swojego filmu. Była wysoka, usta miała jak Angelina Jolie, a figurę Bardotki. Grała Mariolkę w „Czterdziestolatku”. Szczerze mówiąc zdawało się, że to małżeństwo długo nie potrwa. A jednak było już na całe życie. W męsko-damskich sprawach nigdy nie można być pewnym. Został ojcem. Syn miał chyba dość artystów, bo jest finansistą – prawnikiem.

 

Do naczelnego – Mariusza Waltera – który po kilku latach zrobił mnie jednym ze swoich zastępców – wchodził Jerzy Gruza bez pukania. Mówił swoje i wychodził. Ja wam myśl rzucam, a wy ją łapcie.

 

W Gdyni mieszkał w willi na szczycie Kamiennej Góry, oddzielającej miasto od Zatoki Gdańskiej. Wiało, jak to w Gdyni, ale widok był przepiękny. Wspaniała, zaprojektowana przez świetnych urbanistów i architektów Gdynia i coraz bardziej duszna Warszawa. Tak krążył. Castingował, pisał scenariusze i reżyserował. Kochali go ludzie i walili tłumnie na spektakle. Pięćset razy wystawiono w teatrze muzycznym „Fiedler on the roof”.

 

Nawet nie wiem, czy w Gdyni Jerzy Gruza ma swoją ulicę, skwer, schody w parku? A jest tam tego sporo na wzgórzach. Na Kamiennej jest historyczna willa kapitana kapitanów – Borchardta. Gruza pomieszkiwał opodal. Był dobrym duchem miasta. Może by go upamiętnić?

 

Stefan Truszczyński, fot. YouTube

 

„Zadanie w pewnym sensie święte”. Jan Paweł II i dziennikarze – analiza ks. ARTURA STOPKI

Św. Jan Paweł II nie tylko rozumiał znaczenie mediów we współczesnym świecie, ale także bardzo dużo uwagi poświęcał ich twórcom. Dziennikarzy traktował z ogromną powagą i szacunkiem, uznając ich za ludzi obdarzonych powołaniem.

 

Można się spotkać z opinią, że to dopiero św. Jan Paweł II otworzył Kościół katolicki na media, że to on docenił ich znaczenie, tak, jakby wcześniej nic się na tym polu nie działo i papież z Polski zagospodarowywał całkowity ugór. Sporo się jednak działo przed rozpoczęciem jego pontyfikatu. Np. ojcowie Soboru Watykańskiego II opracowali specjalny dokument poświęcony zjawisku dziś potocznie określanemu jako mass media. W „Dekrecie o środkach społecznego przekazywania myśli”, zaczynającym się od słów „Inter mirifica”, już w pierwszych zdaniach znalazło się stwierdzenie, że spośród podziwu godnych wynalazków techniki Kościół przyjmuje i śledzi ze szczególną troską te, które odnoszą się przede wszystkim do ducha ludzkiego, a które odsłoniły nowe drogi do przekazywania z największą łatwością wszelkiego rodzaju wiadomości, myśli i wskazań. Wymieniona została prasa, kinematografia, radiofonia, telewizja „i inne tym podobne” (nie było wtedy Internetu).

 

Ku dobremu lub ku złemu

 

W tym samym dokumencie można przeczytać, że szczególny obowiązek moralny odnośnie do właściwego korzystania ze środków przekazu społecznego „ciąży na dziennikarzach, pisarzach, aktorach, reżyserach, producentach, nakładcach, dystrybutorach, wynajmujących lokale, agentach i sprzedawcach, na krytykach i w ogóle na wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób uczestniczą w przygotowywaniu i przekazywaniu programów”. Dlaczego? Autorzy dokumentu nie pozostawiają wątpliwości. Ponieważ dysponują narzędziami, dzięki którym mogą prowadzić rodzaj ludzki ku dobremu lub ku złemu.

 

Również doroczne orędzia papieskie na obchodzony z inicjatywy Vaticanym II Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu publikowane były na długo przed inauguracja pontyfikatu Jana Pawła II. Dwanaście pierwszych podpisał Paweł VI.

 

Improwizowana konferencja

 

Czy to znaczy, że Papież Polak nie zrobił w tej dziedzinie  nic szczególnego? Otóż zrobił. Ktoś ładnie jego zasługi ujął stwierdzając, że Jan Paweł IIzniwelował dystans między światem mediów a całym Kościołem katolickim”. Zrobił coś jeszcze. Starał się, wraz z całym Kościołem, nadążać za możliwościami, jakie w tej sferze się dość gwałtownie pojawiły.

 

Ks. prał. Paweł Ptasznik, kierownik Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, w książce „Świadectwa świętości” wspomina pewne wydarzenie, do którego doszło podczas pierwszej zagranicznej pielgrzymki Papieża z Polski. Miała ona miejsce na przełomie stycznia i lutego 1979. Jan Paweł II w samolocie najpierw zrobił to, co jego poprzednik. Przyszedł przywitać się z dziennikarzami, którzy lecieli tą samą maszyną i życzyć im owocnej pracy. Zdarzyło się jednak coś niespodziewanego. Ktoś odważył się zadać pytanie, dotyczące ewentualnej wizyty w USA. Papież udzielił na nie odpowiedzi po angielsku. Potem odpowiadał na kolejne pytania, w różnych językach. Konferencje prasowe na pokładzie papieskiego samolotu stały się błyskawicznie oczywistością (podobnie zdarzenie opisuje zmarły niedawno Marek Lehnert w książce „Korespondent”, podając, że pytanie wbrew zwyczajowi zadał Wilton Wynn z tygodnika „Time”). To bardzo wymowny przejaw „skracania dystansu”, między Kościołem a światem mediów.

 

Błyskawiczny rozwój

 

Ks. Ptasznik zwrócił uwagę na coś jeszcze. To właśnie podczas pontyfikatu Jana Pawła II nastąpił błyskawiczny rozwój technologii komunikacyjnych, dzięki którym świat stał się „globalna wioską”. Poprzednicy polskiego Papieża nie mieli takich możliwości medialnych, jak on. Jan Paweł II starał się je wszystkie wykorzystywać w wypełnianiu swojej misji i misji Kościoła. Być może komuś wyda się to żadną zasługą, ale warto mieć świadomość, że np. nie poparł pojawiających się w Kościele całkiem licznych głosów twierdzących, że globalna sieć, to wielkie zagrożenie i siedlisko zła. Wręcz przeciwnie, popierał i wspierał działania wykorzystujące Internet do głoszenia Ewangelii. Dziś wydaje się to oczywiste. Ale nie zawsze tak było.

 

 Jak kapłaństwo

 

Ludzie mediów, którzy mieli okazję zetknąć się z Janem Pawłem II, zwracają uwagę, że traktował on ich samych i ich pracę, z całą powagą. Jak ktoś, kto w pełni rozumie znaczenie i wpływ mediów na kształt świata, a także na ludzkie myślenie i decyzje. Można się domyślać, że z tej świadomości wynikały nie tylko wymagania, jakie stawiał dziennikarzom, ale również sposób, w jaki mówił o ich misji w świecie. Nie wahał się użyć bardzo wzniosłych i zobowiązujących porównań. „Dziennikarstwo jak kapłaństwo jest odpowiedzią na prawdziwe powołanie” – tak zatytułował przemówienie, które 2 grudnia 1983 r. wygłosił do dziennikarzy włoskich tygodników katolickich. A 4 czerwca 2000 r., podczas Jubileuszu Dziennikarzy stwierdził wprost, że dziennikarstwo powinno być „postrzegane jako zadanie w pewnym sensie «święte»”. Ma to być zadanie wykonywane ze świadomością, że potężne środki przekazu zostają dziennikarzom i dysponentom mediów powierzone dla dobra wszystkich, a zwłaszcza dla dobra najsłabszych grup społecznych — od dzieci po ubogich, od chorych po osoby zepchnięte na margines i dyskryminowane.

 

Charakter misyjny

 

Tak usytuowane dziennikarstwo jawi się zupełnie inaczej niż dziś jest traktowane nie tylko przez wielu uprawiających ten zawód, ale również, a może przede wszystkim przez tych, którzy mediami zarządzają. Co ciekawe, Jan Paweł II zdawał sobie sprawę z ich szczególnej roli. Krótko przed śmiercią, 24 stycznia 2005 r. ogłosił List apostolski adresowany „do odpowiedzialnych za środki społecznego przekazu”. Zwrócił w nim m. in. uwagę, że „w organicznym i poprawnym modelu rozwoju człowieka środki przekazu mogą i powinny szerzyć sprawiedliwość i solidarność, przedstawiając wydarzenia w sposób ścisły i prawdziwy, analizując wnikliwie sytuacje i problemy, prezentując różne opinie”.

 

Napisał wprost, że media kształtują dzisiaj sumienia i że muszą dokonywać wyborów „w trzech podstawowych dziedzinach: formacja, współuczestnictwo, dialog”. Przypomniał w ten sposób fakt, o którym dzisiaj zarówno twórcy, jak i odbiorcy mass mediów wydają się zapominać – mają one z natury charakter misyjny. Wszystkie, nie tylko te zaliczane do tzw. publicznych. Świadomość misyjności, „świętości” podjętego przez nich zadania, nie może przestać towarzyszyć dziennikarzom w ich pracy. Bez niej mogą się stać funkcjonariuszami w zideologizowanej maszynie propagandowej lub trybikami w nastawionej wyłącznie na zysk korporacji. Ani jedno ani drugie nie jest prawdziwym powołaniem dziennikarza. W stulecie urodzin św. Jana Pawła II, człowieka który wiele zrobił nie tylko dla zbliżenia między Kościołem i mediami, ale również pokazał, jak ważna dla współczesnego świata jest praca dziennikarzy, warto o tym przypomnieć. Nawet jeżeli to przypomnienie dla kogoś będzie niewygodne albo drażniące.

 

Artur Stopka

Co to za afera? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

No i się zrobiła burza w szklance wody. Nie byłem i nie jestem dziennikarzem radiowej „Trójki”. Nie znam się na tamtejszych personaliach: kto, z kim i dlaczego. Wypowiem się tylko w kwestii równego traktowania i historii.

 

Czytamy komunikat dyrektora i redaktora naczelnego „Trójki” Tomasza Kowalczewskiego: „Szanowni Słuchacze, podczas elektronicznego głosowania nad Listą Przebojów Trójki w dn. 15.05.2020 r. został złamany regulamin i do głosowania wprowadzono piosenkę spoza listy. Nadto dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki, co zafałszowało wynik końcowy. W związku z tym Redakcja podjęła decyzję o unieważnieniu tego głosowania

 

Przeczytaliśmy? Ale czy na pewno? Uważnie i ze zrozumieniem? Jeśli tak, to o co ta cała awantura?

 

Rozumiem, że każdy program ma swoje reguły. Nawet Lista Przebojów w tej „starej, dobrej >>Trójce<<. I jeżeli ktoś reguły łamie, a tu – jak czytamy – reguły zostały złamane dwukrotnie, ponosi konsekwencje. Proste? Tak powinno być, ale jak widać nie dla wszystkich. I nawet najlepsza piosenka Kazika, skądinąd jednego z moich ulubionych Twórców (choć tekst utworu „Twój ból jest lepszy niż mój” uważam za nieprawdziwy, krzywdzący, dziwnie tożsamy z totalniacką propagandą) powinna podlegać tym samym regułom, co inne piosenki innych wykonawców. Czyż nie tak?

 

Ale w tej całej awanturze, która w związku z piosenką Kazika się rozpętała, tej wymianie pism, wyjaśnień, odejściach dziennikarzy, jakimś przedziwnym bojkocie stacji przez kolejnych artystów (ok, to pewnie solidarność zawodowa), zaniepokoiło mnie co innego. Bo cóż znaczy „stara, dobra >>Trójka<<”. To, rozumiem ta „Trójka” z czasów komuny i postkomuny. Przyznaję, wtedy – za komuny – jej słuchałem, słuchałem bardziej niż teraz, bo teraz zwyczajnie nie mam czasu.

 

Wtedy, w czasach pogardy – a „Lista Przebojów” pojawiła się w stanie wojennym – była powiewem wolności. Jako młodego chłopaka nie obchodziło mnie, czy była to wolność kontrolowana (że tak było, chyba nikt nie ma wątpliwości – tak jak wentylem bezpieczeństwa był festiwal w Jarocinie). Dziś o tamtych czasach chcę wiedzieć i wiem więcej. Dlatego dla mnie nie jest to „stara i dobra >>Trójka<<”, tylko po prostu „Trójka”. Bo „stara, dobra” ma być przeciwieństwem obecnej – nowej i niedobrej. Według tej logiki wtedy, przez dziesięciolecia „Trójka” była „bezpartyjna” – tak jak „bezpartyjny” był morderca Bierut, a partyjna stała się dopiero w 2015 r., razem z objęciem władzy przez Zjednoczoną Prawicę.

 

Przypomnę jeszcze, że „stara, dobra >>Trójka<<” powstała 1 kwietnia 1962 roku, a 21 października 1963 roku rządzący komuniści zamordowali ostatniego Żołnierza Wyklętego Józefa Franczaka, ps. „Laluś”. Potem była jeszcze m.in. masakra na Wybrzeżu w 1970 roku i stan wojenny. „Trójka’ grała, gdy czerwoni mordowali ks. Jerzego Popiełuszkę, Grzegorza Przemyka i wielu innych Polaków. Nawiasem mówiąc, ktoś wtedy w „Trójce” protestował? Odchodził? Bojkotował?

 

Znając historię nie zgadzam się na określenia typu: teraz jest gorzej niż za komuny, PiS jest gorszy od PZPR, a Kaczyński od Jaruzelskiego. Bo to po prostu kłamstwa. Bo twierdzenia o zawłaszczaniu mediów publicznych, w tym „Trójki” byłyby prawdziwe, gdyby strażnikami wolności słowa byli komuniści i postkomuniści.

 

Koniec „Trójki”? Koniec Listy Przebojów? Z powodu złamania regulaminu? Wolne żarty. No chyba, że nie o regulamin tu chodzi.

 

Tadeusz Płużański

Korzyść Kazika – WOJCIECH POKORA o apolityczności Trójki

Jest taka stara anegdota z kręgów kościelnych, jak to wśród księży przeprowadzono ankietę czy należy znieść celibat. 20 proc. ankietowanych opowiedziało się, żeby nie znosić, 5 proc. było na tak, reszta dopisała na kartce – niech będzie jak jest. Przyglądając się medialnemu szumowi, który od kilku lat towarzyszy działalności Programu Trzeciego Polskiego Radia, zastanawiam się, czy nie chodzi o to, by było tam tak, jak było.

 

Odkąd 8 stycznia 2016 roku Magda Jethon została zwolniona ze stanowiska dyrektora Trójki, wciąż słychać głosy o upolitycznianiu tej stacji, a dziennikarze z wieloletnim w niej stażu odchodzą z pracy pod różnymi pretekstami. Najczęściej ich odejściu towarzyszy szum medialny i kolejne zarzuty pod adresem kierownictwa o cenzurę, politykierstwo i brak obiektywizmu. Nie wszystkie odejścia były jednak dobrowolne, część dziennikarzy faktycznie zostało zwolnionych, inni rozstali się ze stacją, gdy odsunięto ich od dotychczasowych zajęć. Obraz medialny jednak jest taki, że wszyscy, którzy pożegnali się z Trójką w okresie tych czterech lat, są ofiarami upolitycznienia rozgłośni. Trudno się z tym zgodzić, bo fakty niestety świadczą o tym, że trudno mówić o upolitycznieniu czegoś, co od polityki nigdy nie stroniło.

 

Warto przypomnieć akcję „Orzeł może” z 2013 roku, gdy 2 maja promowano karykaturę orła białego śpiewając przaśne przyśpiewki w stylu „Polaku, nie bądź ponury. Rozwiń skrzydła, dziób do góry”.  Była to próba wprowadzenia nowoczesnego i „radosnego” patriotyzmu pod patronatem ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Przypomnę, że zarzucono wówczas Trójce udział w akcji politycznej i znieważenie polskiego godła. Generalnie, w tamtym okresie w Programie Trzecim królowali politycy partii rządzącej. Nikt nie protestował, nie odchodził z pracy, nie krzyczał o upolitycznieniu mediów. Sama ówczesna dyrektor tej stacji, podczas wywiadu u Roberta Mazurka tłumaczyła, dlaczego tak dużo Komorowskiego na antenie a brak polityków opozycji w ten sposób – „Próbowano mnie namówić, bym zapraszała polityków ze wszystkich opcji, ale w jednej z nich nie było zbyt wielu ludzi z poczuciem humoru. Szłam więc innym kluczem i zapraszałam ludzi inteligentnych, błyskotliwych i dowcipnych.”

 

Warto zatem pamiętać, że Trójka jest apolityczna tylko wówczas, gdy u władzy są ci, z opcji „inteligentnych, błyskotliwych i dowcipnych”. Podsumował to wówczas Robert Mazurek słowami: – Wypisz wymaluj Bronisław Komorowski: inteligentny, błyskotliwy, dowcipny.

 

Przypominam, że fale rozstań z Radiową Trójką następują zgodnie z kalendarzem wyborczym i zmianą władzy. To, co obserwujemy od 2016 roku to przecież powtórka z 2007 roku, wówczas stację opuścił m.in. Marek Niedźwiecki. Warto pamiętać, że po odwołaniu Krzysztofa Skowrońskiego z funkcji dyrektora tej stacji, także mieliśmy do czynienia z falą odejść. Z Trójką pożegnali się wówczas m.in. Michał Karnowski, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Wasowski, Monika Małkowska oraz Andrzej Nejman. Tracącym pamięć przypominam także, że Wojciech Mann czy Piotr Kaczkowski w 2001 roku byli przesunięci do kąta przez ówczesnego dyrektora Witolda Laskowskiego, a do łask wrócili właśnie za czasów Skowrońskiego. Fakt, że nie było wówczas tak rozwiniętego Internetu, więc każdy ich fan przyswoił sobie, że tych panów w Trójce można słuchać tylko nocą. Dziś zapewne byłaby rozpętana akcja w ich obronie.

 

Oczywiście żadna niegodziwość z lat minionych nie powinna usprawiedliwiać niegodziwości dzisiejszych. Warto jednak rozpatrywać pewne wydarzenia w odpowiednim świetle i opisywać je we właściwych proporcjach. Skoro mamy świadomość, że części dziennikarzy zdarzało się w przeszłości wykonywać histeryczne gesty, gdy widzimy podobne dzisiaj, trzeba do nich podchodzić ostrożnie. Nie przesądzam w tej sytuacji, kto ma rację w sporze o Listę Przebojów Trójki, bo tak naprawdę brakuje nam danych, by o tym przesądzić. Można ubolewać nad tym, że ludzie którzy zarządzają mediami nie potrafią się z mediami komunikować. Jeśli faktycznie ktoś dokonał prowokacji manipulując listą, należało to sprawdzić i ogłosić a nie najpierw zrobić nerwowy ruch a później szukać dla niego uzasadnienia. Przecież jeśli (nie wiemy tego) doszło do manipulacji, to można przewidzieć, że zrobiono to w celu wywołania jakiejś reakcji i ta reakcja niestety nastąpiła. A jeśli do manipulacji nie doszło, to tym gorzej dla osoby, która dokonała cenzorskiego ruchu na liście, bo to oznacza, że nie dorasta do funkcji którą sprawuje. Ale dzisiaj trudno przesądzać, kto jest kowalem, który zawinił, a kto Cyganem, którego za to wieszają, bo sprawa Trójki pokazuje jak na dłoni, że media publiczne nigdy od polityki wolne nie będą. A na całej tej historii skorzystał jedynie Kazik, którego kiepska piosenka stanie się na fali wydarzeń, nomen omen kultowa.

 

Wojciech Pokora

Spalanie Kazika na żywo – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Rapuje Prezydent Najjaśniejszej RP, rapuje Pierwszy raper III RP, a media i społeczeństwo rozgrzewają się do czerwoności.

 

Zapewne w latach siedemdziesiątych, afroamerykańskim twórcom kultury hip-hopowej, nie przyszłoby do głowy, że w kraju który nie wiadomo gdzie leży, ich muza nabierze tylu rumieńców i okazji do komentarzy. Choćby taki miłośnik scyzoryków z miasta „pełnym cudów, brudów, śmieci żuli, dziwek, ćpunów”, zostaje Posłem na Sejm.

 

Zostawmy jednak zamierzchłego Liroya. Odłóżmy ostrza, cięcia, mgły, prowokację Jana HartmanaAndrzeja Dudę.  Przecież akcja Hot 16 Challenge 2, jest bardzo szczytna.

 

Na początek cytacik, jak najbardziej na czasie:

 

Orwellowska utopia na naszych oczach powolutku, ale systematycznie w ciało zdaje się przyoblekać. Nie dzieje się to w zuniformizowanej rzeczywistości ekstremalnego totalitaryzmu, rzecz jasna, ale w realiach demokratycznego, jakby nie było, ustroju. Mass media proweniencji publicznej tworzą po trochu rzeczywistość własną jak za czasów Gierka. Wielkiego nieomal, zamiast o rzeczywistości informować. To, że w starciu z nadawcami (czy wydawcami) prywatnymi mają one dużo większe fory, każe mniemać, iż sprawująca władzę klasa polityczna ma głęboko w nozdrzach niezależność i mnogość poglądów, za to cenna jest dla niej swego rodzaju trzymana w łapach obu tuba medialna, co zawsze nagłości, co trzeba, i uciszy czego nie trzeba”.

 

Powyższy fragment jest jak najbardziej bieżący, a nawet ponadczasowy. Tylko, jeśli już Państwo zaczęli wściekać się na obecną władzuchnę, to małe wyjaśnionko. Pisał te słowa Kazik Staszewski, w cyklu felietonów „Oddalenie”, mając na uwadze „mętne ściemniaki”. Chodziło o lata, gdzie telewizją rządził brunatny Robert Kwiatkowski, Włodzimierz Czarzasty kojarzony był z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, a dziennikarka od propagandy, Aleksandra Jakubowska, była jeszcze po niewłaściwej stronie mocy.

 

Kazik to przecież postać nie byle jaka i dziennikarz jak się patrzy. Felietony pisywał m.in. do: „Tylko Rocka”, „Machiny”, „Gazety Telewizyjnej” czy „Dziennika”. Bardzo takiego się powinno cenić, co to pisze i do „Newsweeka” i „Gazeta Polska” publikuje. Może tylko kibice Polonii Warszawa mogą czuć się zawiedzeni pisywaniem do „Naszej Legii”.

 

Nie jest łatwo być artystą. Zwłaszcza niezależnym, to brzmi jak frazes. Kazik zamiast bawić wnuki czy siedzieć sobie na tych swoich ulubionych Kanarach, to dalej się w politykę bawi. A jeszcze niedawno przecież, był odsądzany od czci i od wiary.

 

Znawca pop – kultury, Mirosław Pęczak w 2018 roku pisał w „Polityce”, Dlaczego Kazik woli Kaczyńskiego? I zasmucony odnotował: „Trudno przejść obojętnie nad prorządowymi wypowiedziami artysty”. Choć jeszcze w 2016 r. w utworze „Odejdę” Kultu, dostaje się zarówno Donaldowi TuskowiJarosławowi Kaczyńskiemu.

 

Gdy natenczas kawałek Kazika wyleciał z Listy Trójki, zaczęli się wypowiadać europarlamentarzysta Joachim Brudziński i wicepremier, minister kultury Piotr Gliński. Będzie śledztwo, a może i nawet Komisja Śledcza. Zlustruje się na nowo życiorys i twórczość. Powoła się biegłych historyków i polonistów którzy zaopiniują, czy w tekście „Nie lubię już Polski”, nie ma oznak zaniku patriotyzmu. A językoznawcy i poligloci będą oceniać nadużywania w tytułach słów dyskusyjnych typu: „Bar la Curva”.

 

Ktoś zaangażowany politycznie, zbyt mocno pociągnął wajchę i zepsuł „trójkową” maszynerię. Która i tak zacina się, skowyczy i ledwo co daje sobie radę. Więcej luzu twardogłowi decydenci. Zrobiliście Kazikowi świetną reklamę. Muza nie znosi próżni. YouTube działa i ma się dobrze. Miliony wyświetleń. „Jak powstają twoje teksty?” – gdy mnie ktoś tak spyta. Zakur..ię z laczka i poprawię z kopyta”.

 

Krzysztof Prendecki

Dyrektor „Trójki” unieważnił Kazika – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Najnowsza piosenka Kazika „Twój ból jest większy niż mój” zadebiutowała w piątek na pierwszym miejscu 1998. notowania Listy Przebojów Trójki. W sobotę informacja o tym zniknęła ze strony tej rozgłośni a następnie pojawił się komunikat dyrektora i redaktora naczelnego Trójki Tomasza Kowalczewskiego.

 

Szanowni Słuchacze, podczas elektronicznego głosowania nad Listą Przebojów Trójki w dn. 15.05.2020 r. został złamany regulamin i do głosowania wprowadzono piosenkę spoza listy. Nadto dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki, co zafałszowało wynik końcowy. W związku z tym Redakcja podjęła decyzję o unieważnieniu tego głosowania” – przekazał.

 

Wyrażamy ubolewanie i przepraszamy wszystkich słuchaczy za zaistniałą sytuację” – czytamy w oświadczeniu – Na kolejne głosowanie Listy Przebojów Trójki zapraszamy 22 maja o stałej porze”.

Kazik Staszewski w najnowszej piosence komentuje fakt, że pomimo zamknięcia Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński przyjechał 10 kwietnia na grób swojej matki i symboliczną mogiłę pary prezydenckiej.

Otwiera się brama, ja nie wierzę oczom / czy jednak się rzeczy inaczej potoczą / podbiegam, twoje karki krzyczą stój / bo twój ból jest lepszy niż mój / twój ból jest lepszy niż mój” – śpiewa Kazik.

 

Już wiele dniu temu napisałem tekst, w którym pożegnałem radiową „Trójkę’, Stacja ta przez dziesiątki lat mi towarzyszyła, by zostać ostatecznie zaorana przez „dobrą zmianę”. Tekst pt. „Pamięci „Trójki” Rapsod Żałobny ukazał się na stronie sdp.pl

 

To co się wydarzyło teraz jest tylko dodaniem wykrzyknika. Ze starej, dobrej „Trójki” została już tylko „Lista Przebojów”, ale i nawet na nią przyszedł koniec. To symboliczne.

Jeden z najważniejszych polityków PiS-u europoseł Joachim Brudziński skomentował sprawę zdjęcia ze strony „Trójki” informacji o nr. 1 piosenki Kazika, tak:

Zdejmowanie z @RadiowaTrojka informacji o wygranej #lpp3 piosenki Kazika (moimi zdaniem niesprawiedliwą w swej treści), jest albo przejawem głupoty albo czyjejś złej woli. W wolnym kraju artysta ma prawo do swojej artystycznej (czasami niemądrej) interpretacji zdarzeń” – napisał europoseł PiS Joachim Brudziński.

 

Szanowny Panie Joachimie, powinien uderzyć się Pan przede wszystkim we własne piersi. To Prezes i jego najwierniejsi poddani, w tym Pan, podjęliście decyzję, by z mediów publicznych uczynić narzędzie partyjnej propagandy. Natychmiast znaleźliście wykonawców, zawsze tacy się znajdują, tylko czyhają na taką okazję. Ich głównym zadaniem jest odgadywać życzenia swoich chlebodawców.

 

To zdarzenie z piosenką Kazika, to jest tylko skutek, przyczyną jesteście Wy, Komitet Polityczny PiS-u.

 

Zapomnieliście tylko, że w latach 80. XX wieku, owszem, można było zablokować piosenkę Kory na Liście Przebojów i słuchacze nie mieli żadnej szansy, by ją usłyszeć. Dzisiaj to jest niemożliwe.

Od razu, gdy tylko zawłaszczyliście media publiczne, napisałem że od tych mediów zginiecie, bo zapomnicie w pewnym momencie, że to tylko propaganda i manipulacja, i sami staniecie się jej ofiarami. Uwierzycie w zafałszowany obraz rzeczywistości.

Myliłem się o tyle, że istnieją na rynku nadal silne media „nie narodowe”, a przede wszystkim media społecznościowe. Jeszcze tylko im zawdzięczacie, że nie do końca utraciliście kontakt z rzeczywistością

 

Adam Socha

Pierwszy stopień wtajemniczenia – OLGA MICKIEWICZ–ADAMOWICZ o laureatach nagrody im. Jacka Stwory

Młodzi twórcy radiowi w Polsce zajmujący się reportażem w większości prędzej czy później zawalczą o stypendium im. Jacka Stwory. „Ta Stwora”, jak żartobliwie mówią radiowcy, to dla początkującego reportażysty najbardziej prestiżowa nagroda, ale też umożliwiająca najwięcej w późniejszym radiowym życiu.

 

Pamiętam doskonale pewien listopadowy wieczór 2015 roku, kiedy stojąc na scenie studia koncertowego im. Agnieszki Osieckiej usłyszałam, że zostałam kolejną laureatką stypendium im. Jacka Stwory. Pamiętam radość, dumę, ale też poczucie odpowiedzialności. Bo stypendium, chociaż łączy się z nagrodą finansową, oznacza przede wszystkim rok wytężonej pracy pod czujnym okiem mentorów. I pewność, że ta praca zostanie skrupulatnie oceniona przez najlepszych w Polsce reportażystów.

 

Dla mnie stypendium oznaczało, że przez kolejny rok obracałam się w środowisku nacjonalistów. Chociaż prywatnie zupełnie mi z nimi nie po drodze, 2016 rok był momentem, kiedy weszli do mainstreamu. Największe media relacjonowały ich marsze i pochody, a przedstawiciele poszczególnych organizacji nagle uzyskali głos. Ciekawiło mnie, kim są prywatnie i skąd się wzięły ich radykalne poglądy. Co prawda reportażu, który finalnie powstał, nie uważam za najważniejszą czy najlepszą ze swoich audycji, ale nigdy nie zapomnę czasu, który poświęciłam na jego przygotowanie. Mogłam zaryzykować i spróbować go zrobić po swojemu. Mogłam przeznaczyć mnóstwo czasu na zbliżenie się do bohaterów, którzy gdyby nie to, na pewno by mnie odrzucili.

 

Nie wiem, czy stypendium im. Jacka Stwory było moim zawodowym przełomem. Na pewno „jednym z”, pierwszym stopniem wtajemniczenia. Innymi były wyjazdy na zagraniczne konferencje, międzynarodowe stypendium im. Ake Blomstroma, które dostałam rok później, czy najróżniejsze zawodowe wyzwania, które po prostu pojawiały się w codziennej pracy. Ale na pewno stypendium dało mi poczucie pewności siebie, wiarę w to, że przynależę do grona reportażystów radiowych i że to, co robię i mówię, ma znaczenie. A to mogło być dla mojego dziennikarskiego rozwoju nawet istotniejsze, niż formalnie przyznana nagroda. Chociaż nie da się ukryć, że kolekcja dyplomów i statuetek ułatwia życie.

 

Znam wielu świetnych dziennikarzy, którzy nie mają na koncie żadnej nagrody. Znam też takich, którzy w konkursach nawet nie startują, bo nie mają takiej potrzeby. Albo startują raz i od razu odnoszą wielki sukces. Jednak dla większości reportażystów nagroda ma nie tylko wymiar praktyczny (którym są dodatkowe pieniądze – w zawodzie dla pasjonatów, przy obecnej wysokości honorariów, to ma znaczenie). Nagroda często zwyczajnie ułatwia życie. Jest informacją dla szefa, że odnosimy sukcesy i inni nas doceniają. Oraz dla bohaterów reportażu – zdarzało mi się wielokrotnie, że zanim przyszłam na umówione spotkanie, bohater sprawdzał w Internecie, kim jestem, słuchał moich reportaży (najczęściej tych nagradzanych) i na tej podstawie wyrabiał sobie na mój temat opinię. Psycholodzy mają na to nawet definicję: efekt aureoli. A mówiąc prościej: dobre pierwsze wrażenie da się zrobić tylko raz. Informacja o nagrodach reportażysty potrafi zrobić takie właśnie dobre pierwsze wrażenie.

 

Nagroda stanowi także mocny punkt w zawodowym CV, kiedy ubiegamy się o dodatkowe środki z różnych organizacji na realizację materiału, próbujemy wydać książkę albo chcemy zainteresować kogoś naszym projektem. Tak jak tytuł doktora czy profesora na uczelni, jak nazwa stanowiska w korporacji, jak dystynkcje na mundurze – są informacją o tym, co już udało nam się zrobić, czego dokonać.

 

W historii konkursu im. Jacka Stwory zdarzały się też jednak sytuacje, kiedy samo stypendium okazywało się przepustką do najwyższych radiowych zaszczytów.

 

Tak wydarzyło się choćby w przypadku Patrycji Gruszyńskiej-Ruman ze Studia Reportażu i Dokumentu, która wygrała stypendium im. Jacka Stwory w 2007 roku. Potem przez kolejne miesiące pracowała nad audycją o Stanisławie Rachwał. Na jej nazwisko natrafiła przypadkiem, kiedy zwiedzała były obóz Auschwitz-Birkenau. Zwróciła na nie uwagę, ponieważ brzmiało tak samo, jak nazwisko panieńskie matki Patrycji. Postanowiła sprawdzić, czy Stanisława Rachwał była z nią spokrewniona. Okazało się, że to postać porównywana z rotmistrzem Pileckim. Patrycja nie odnalazła co prawda rodziny, ale trafiła na niezwykłą historię.

 

Stanisława Rachwał cztery lata spędziła w Auschwitz-Birkenau, a po wojnie dziesięć w komunistycznym więzieniu. W obozie marzyła o zemście na tych, którzy byli przyczyną jej cierpienia. Po wojnie nadarzyła się ku temu okazja – trafiła do jednego więzienia z Marią Mandl, sadystyczną komendantką żeńskiego obozu. Czy Stanisława skorzystała z okazji do zemsty? Przekonać się można, słuchając reportażu: https://www.polskieradio24.pl/130/2617/Artykul/2184952,WINna-nieWINna-Patrycja-GruszynskaRuman

 

– Ten reportaż to wybuch talentu Patrycji – tak audycję komentowała Irena Piłatowska, która przez wiele lat była redaktor naczelną Studia Reportażu i Dokumentu. – Sceną, którą zapamięta każdy, kto słyszał ten reportaż, jest spotkanie pod prysznicem kata i ofiary. To właśnie wtedy Maria Mandl poprosiła Stanisławę o przebaczenie.

 

Reportaż Patrycji, zatytułowany „WINna, nieWINna”, uhonorowany został najważniejszą radiową nagrodą na świecie, tzw. radiowym Oscarem, czyli Prix Italia. Czy powstałby, gdyby nie stypendium im. Jacka Stwory?

 

To samo pytanie można by zadać w przypadku innego polskiego reportażu nagrodzonego Prix Italia, „Chcę więcej” Bartosza Panka z radiowej Dwójki, który zrealizowany został w 2013 roku. Opowiada o zmarłym już Dominiku Połońskim, muzyku, który gra na wiolonczeli, używając tylko jednej ręki. U Dominika 10 lat wcześniej zdiagnozowano nowotwór mózgu. Rak spowodował niedowład lewej części ciała. Ale reportaż opowiada przede wszystkim o pasji tworzenia, muzyce, znaczeniu dźwięku. Warto posłuchać tej audycji. Odnaleźć można ją tutaj: https://www.polskieradio.pl/80/4198/Artykul/1321716,Chce-wiecej

 

Kto wie, czy reportaż Bartosza brzmiałby tak samo, gdyby nie stypendium? Kto wie, czy w ogóle by powstał? Bartek początkowo chciał robić audycję o włoskim aktorze Feruccio Solerim, który od 1959 roku wciela się w tę samą postać w teatrze Piccolo w Mediolanie. Komisja artystyczna, która pracuje z  każdym laureatem stypendium im. Jacka Stwory, była temu przeciwna, bo w radiu trudno zachować prawdziwe emocje, kiedy na głos bohatera trzeba nałożyć tłumaczenie. Ale Bartosz uparł się i pojechał do Mediolanu. Po czym okazało się, że Soleri na każde jego pytanie odpowiada półsłówkami, bo tak traktuje dziennikarzy. Bartek wrócił więc do Polski i po konsultacji z mentorami zabrał się za kolejny temat ze swojej „listy marzeń” – czyli za historię Dominika Połońskiego.

 

Z kolei inna laureatka, Katarzyna Błaszczyk ze Studia Reportażu i Dokumentu, mówi tak: – W tym roku mija dziesięć lat odkąd otrzymałam Stypendium im. Jacka Stwory. Możliwość nagrania reportażu marzeń: zabezpieczenie środków finansowych oraz współpraca z doświadczoną reportażystką Anną Sekudewicz zaważyły na wszystkim, co później udało mi się stworzyć radiowo i nie tylko. Myślę, że wynikało to z kilku czynników. Po pierwsze, jako reportażystka byłam już wtedy gotowa na opowiedzenie wyjątkowej historii. Miałam już doświadczenie zawodowe, wcześniej wielokrotnie eksperymentowałam z dźwiękiem i byłam już po ukończeniu prestiżowej EBU Master School, gdzie zdobyłam zupełnie inne, nowe narzędzia do tworzenia historii radiowych. Po drugie, miałam absolutnie wyjątkowy temat, który łączył w sobie wątki historyczne, śledcze, podróżnicze, a jednocześnie dotyczył takich wartości jak miłość, ojczyzna, przynależność. Jedyne czego potrzebowałam to wyruszyć w podróż do Brazylii, na co potrzebne były duże, jak na moje możliwości, pieniądze. Po trzecie i być może najważniejsze, miałam zorganizowaną i profesjonalną opiekę artystyczną – w osobie wybitnej reportażystki Anny Sekudewicz.

 

Dzięki stypendium powstał reportaż „Listy Brazylia – Polska”. Wszystko zaczęło się w Archiwum Miasta Stołecznego Warszawy, gdzie autorka odnalazła XIX-wieczne listy polskich emigrantów z Brazylii, które nigdy nie dotarły do adresatów. Postanowiła ruszyć do Rio Grande do Sul i odnaleźć potomków nadawców, sprawdzić, jak dalej potoczyły się ich losy.

 

Katarzyna podkreśla, że reportaż „Listy Brazylia-Polska” okazał się dla niej przełomowy: – Dzięki wyjazdowi nauczyłam się wykonywać resarch w szybkim tempie, a nawet w języku, który bardzo słabo rozumiałam. Kluczowe okazało się słuchanie ludzi, i pozwolenie, by brali czynny udział w tworzeniu tego dokumentu. Zrozumiałam też, jak trudny jest bohater zbiorowy i co trzeba zrobić, by mimo wszystko reportaż poruszał emocje. Po powrocie, pod okiem Anny Sekudewicz, rozpoczęłam żmudną pracę nad konstrukcją dramaturgiczną. Wybranie fragmentów, które wyemitujemy i poskładanie ich w przejrzystą, trzymającą w napięciu całość, to było duże wyzwanie. Jednak właśnie ono spowodowało, że teraz nagrywam i montuję już zupełnie inaczej. „Listy Brazylia-Polska” pozostają moim najbardziej znanym i nagradzanym reportażem. Choć później zdarzało mi się tworzyć nagradzane audycje i wydać z Hanną Bogoryja-Zakrzewską książkę, to nadal uznaję otrzymanie stypendium im. Jacka Stwory za jedno z najważniejszych wydarzeń w moim radiowym życiu zawodowym.

 

Joanna Sikora z Radia Białystok także mówi o swojej nagrodzie z wielkim entuzjazmem: – W tym roku mija 6 lat od nagrody w konkursie stypendialnym imienia Jacka Stwory. Z perspektywy czasu wiem, że to był prezent od losu. Na tamtym etapie mojego życia zawodowego pracowałam w tzw. newsach. Była to codzienna pogoń za informacjami, w związku z tym na reportaż nie zostawało zazwyczaj za wiele czasu. Wygrana okazała się szansą, by skupić się tylko na tworzeniu. Podczas nagrań i montażu praktycznie zrezygnowałam z codziennej pracy.

 

Joanna pracowała nad reportażem o Biebrzy, zatytułowanym później „Rzeka odchodzi i trwa”. Miała wiele godzin nagrań, na których zarejestrowała tradycyjne śpiewy mieszkańców nadbiebrzańskich wiosek, ale nie wiedziała, jak połączyć je w spójną całość. Pomogła jej w tym Janina Jankowska, opiekunka artystyczna. Co więcej, szefowa Studia Reportażu Irena Piłatowska-Mądry od razu zaproponowała, żeby audycję udźwiękowić w systemie dookólnym, we współpracy z wybitnym realizatorem Polskiego Radia Andrzejem Brzoską.

 

Reportaż okazał się olbrzymim wyzwaniem, przede wszystkim ze względów technicznych. W historii polskiej radiofonii audycje w systemie dookólnym powstawały tylko w wersji studyjnej, głównie były to słuchowiska. Dźwięki były tam wypreparowane, prawdopodobnie nikt nie wychodził w teren ze sprzętem nagrywającym. Takiego sprzętu też w Polskim Radiu Białystok nie było. Za jego skonstruowanie zabrał się radiowy dział techniki. Powstał specjalny rodzaj rusztowania, na której umieszczono łącznie trzy mikrofony, pozwalające nagrywać dźwięki z każdej strony. To dzięki temu Joanna zrobiła pierwszy w Polsce reportaż zrealizowany w technice surround sound. Słuchacz ma dzięki niej wrażenie, że dźwięki wydobywają się nie tylko z lewej lub prawej strony (to efekt stereo), ale zewsząd. Audycji można posłuchać tutaj: https://www.radio.bialystok.pl/reportaz/index/id/131165

 

Tak pracę nad nią wspomina Joanna: – Kiedy wstępnie udało się zapanować nad materiałem, przyszedł czas na pracę z Andrzejem Brzoską. Po raz pierwszy miałam szansę spędzić tyle godzin nad realizacją reportażu. Były to cztery sesje po kilkaset minut w Studiu Teatralnym Polskiego Radia. Pan Andrzej potrafił wyczarować cuda z tego, co przygotowałam. Wszystko stało się przestrzenne, ciepły dźwięk otaczał nas z każdej strony. W prawym głośniku krzyczały żurawie, w lewym brzęczały owady. Z tyłu wyły psy sąsiada, a w tle szumiała Biebrza. Wszystko otulone śpiewem głównego bohatera. Całość brzmiała bajecznie. Satysfakcja była olbrzymia. Nikt do tej pory nie zrobił w ten sposób reportażu. Byłam pierwsza. Bez stypendium i wsparcia wielu osób nie byłoby takiej możliwości.

 

– Nie było łatwo, ale dziś wiem, że było warto. To była przygoda, ale zaważyła też na moim dalszym życiu zawodowym. Dziś w Polskim Radiu Białystok zajmuję się praktycznie tylko reportażem, a w głowie mam cały czas rady pani Janki Jankowskiej.

 

Oczywiście nie jest tak, że każdy laureat stypendium im. Jacka Stwory okaże się gwiazdą polskiej radiofonii. Dla nielicznych nagroda była tylko przygodą, epizodem. Po zakończeniu pracy nad wybraną audycją poszli dalszą drogą, niekoniecznie związaną z radiem: Julia Prus mieszka w Afryce, przygotowuje stamtąd korespondencje i pisze teksty. Ireneusz Białek, który jako nastolatek stracił wzrok, zajmuje się dziś osobami niepełnosprawnymi na Uniwersytecie Jagiellońskim. Andrzej Guzowski napisał doktorat i pracuje na Uniwersytecie Medycznym w Białystoku. Dla większości stypendystów nagroda jest jednak przypieczętowaniem ich związku z reportażem.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Automaty – ŁUKASZ WARZECHA o dystrybucji prasy w czasach zarazy

Wydawcy prasy mają poważne kłopoty, spowodowane nie tylko zamknięciem gospodarki, a tym samym ogromnej liczby punktów sprzedaży prasy, ale też dalszymi tego konsekwencjami. Wydawca „Super Expressu” ma problemy z Garmond Press, podobnie wydawca „Tygodnika Powszechnego”. Dla wielu tytułów kolejnym ciosem jest decyzja o zamknięciu na stałe części stacjonarnych salonów Empik. Centra handlowe częściowo wracają do życia, więc przynajmniej jest szansa, że wzrośnie sprzedaż w salonikach prasowych Kolportera.

 

Ciągnie się już wiele miesięcy przejęcie Ruchu przez Orlen, co do którego istoty zresztą można mieć wątpliwości. Jak już kilka miesięcy temu pisałem na portalu SDP, w sytuacji głębokiego upolitycznienia każdej dziedziny życia, także spółek skarbu państwa, można się zastanawiać, czy dystrybutor przejęty przez SSP będzie identycznie podchodził do każdego tytułu, niezależnie od jego nastawienia wobec aktualnej władzy. Wiadomo jednak, że finału przejęcia wydawcy wypatrują z niecierpliwością. Tymczasem postępowanie w UOKiK trwa i nie wiadomo, kiedy się skończy.

 

Oczywiście nawet gdyby sieć dystrybucji nie została w żaden sposób ograniczona, i tak można by się zastanawiać, czy ludzie w czasie kryzysu (jego prawdziwych rozmiarów jeszcze nie widzimy, bo nie doszły do finału wręczone w marcu czy kwietniu wypowiedzenia – fala zacznie być w pełni dostrzegalna w czerwcu czy lipcu) będą wciąż skłonni wydawać pieniądze na prasę. Ale problemy z dystrybucją to dokładanie kolejnego problemu.

 

Choć niektórzy wydawcy – przede wszystkim Agora – chwalą się cyfrową dystrybucją swoich tytułów, to w żadnym przypadku nie jest ona w stanie zastąpić całkowicie papieru, a w wielu jest tylko jego pobocznym uzupełnieniem. I zapewne tak jeszcze długo w Polsce pozostanie. Dlatego na miejscu wydawców zacząłbym się zastanawiać nad alternatywnymi sposobami sprzedaży papierowych wydań.

 

Przyznam, że jako entuzjasta nowych technologii (aczkolwiek pod warunkiem, że nie wkraczają na siłę w naszą prywatność) nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego przy ciągnących się już od dawna problemach z siecią dystrybucji wydawcy prasy nie skonsolidowali wysiłków na rzecz stworzenia sieci automatów sprzedażowych. Automaty z gazetami nie są oczywiście niczym nowym – ich najprostszą postać znamy wszyscy z filmów, pokazujących Zachód lat jeszcze 70.: ot, przeszklona skrzyneczka, do której wrzucało się monetę, otwierało się ją i wyciągało jedną gazetę. Ważna tu była uczciwość kupującego, który miał wyjąć jedną, a nie dziesięć gazet.

 

Tymczasem technologia posunęła się ogromnie naprzód. Stworzenie dzisiaj automatu, dystrubuującego papierową prasę na takiej samej zasadzie jak napoje czy przekąski, nie jest żadnym problemem. W niektórych miejscach w Polsce można zresztą kupić w automatach popularną literaturę. Dodajmy do tego szybkie płatności zbliżeniowe i dostajemy możliwość postawienia całkowicie autonomicznej sieci urządzeń niezależnych również od sytuacji takich jak epidemia. Bo przecież automaty działają cały czas.

 

Jeden automat sprzedażowy na wolnym rynku, a więc kupowany pojedynczo, w internetowej ofercie, to – w zależności od poziomu jego skomplikowania – cena od ok. 15 do 25 tys. złotych. Gdyby miała powstać nowa sieć sprzedaży, czyli w grę wchodziłby zakup przynajmniej kilkudziesięciu takich automatów na początek, jednostkowa cena z pewnością byłaby niższa. Jest jeszcze oczywiście kwestia dostarczania gazet do takiego punktu. W przypadku tygodników nie ma raczej problemu, choć nie wszystkie ukazują się tego samego dnia tygodnia. Gorzej jest z dziennikami, bo tu ktoś musiałby automaty zaopatrywać każdego dnia.

 

Natomiast przy odrobinę większym zaawansowaniu technologicznym można sobie też wyobrazić, że dodatkową funkcją takiej maszyny będzie prosty – prostszy niż związany z zainstalowaniem aplikacji i przejściem całego procesu w urządzeniu mobilnym – zakup pojedynczego elektronicznego wydania gazety w formacie PDF, epub czy mobi, przesyłanego w postaci wygodnego do otwarcia linku wprost na telefon. Dla kogoś, kto nie chce kupować cyfrowej prenumeraty, ale interesuje go konkretny tekst z konkretnego wydania gazety taka możliwość – o ile będzie sprowadzona do kilku kliknięć na ekranie i przytknięcia telefonu do czytnika dla dokonania płatności – może być atrakcyjna.

 

Czy taka inwestycja jest możliwa – nie wiem, nie jestem specjalistą od prasowego biznesu. Wydaje się jednak dziwne, że przy takich problemach z dystrybucją, jakich doświadcza w Polsce drukowana prasa, wydawcy nawet nie spróbowali pójść w stronę automatyzacji sprzedaży. Jakkolwiek istotnie wymagałoby to początkowej inwestycji, lecz może właśnie w tym momencie, gdy rząd stara się pomóc przedsiębiorcom, łatwiej byłoby o wynegocjowanie kredytowania takiego przedsięwzięcia.

 

Nawet gdyby to był zbyt ambitny plan, wciąż wydaje się nieuchronne sięgnięcie po sposoby dystrybucji papierowej prasy alternatywne wobec kiosków czy saloników prasowych. Dlaczego na przykład wydawcy nie spróbowali (a może ktoś próbował, choć ja o takich staraniach nie słyszałem) nawiązać współpracy z największymi sieciami kawiarń w Polsce? Teraz moment jest faktycznie słaby, bo nawet jeśli będą one w końcu ponownie działać stacjonarnie, to wciąż w ograniczonym zakresie. Ale wreszcie powrócą do normalnego funkcjonowania. I wówczas można by sobie wyobrazić, że jednym z elementów zamówienia, prócz kawy i kanapki, będzie ulubiony tygodnik albo dziennik.

 

Powyższe to, rzecz jasna, jedynie luźne sugestie laika, ale laika, któremu zależy i w którego interesie jest, aby wydawcy prasowi znaleźli sposób wyjścia ze swojej bardzo trudnej sytuacji. Ten sposób nie może być powielaniem tego, co już było. Jeśli papier ma się w Polsce utrzymać – a utrzymać się musi, bo to warunek istnienia pisanych mediów, niezbędnych po prostu w demokracji – wydawcy muszą zacząć myśleć obok dotychczasowych schematów. Te się po prostu nie sprawdzają.

 

Łukasz Warzecha