Odruch serca czy zimna kalkulacja? – MIROSŁAW USIDUS o prezentach od firm Big Tech

Ci okropni monopoliści i złodzieje prywatnych danych z Krzemowej Doliny znów są dobrzy, potrzebni, pozytywni. Ciekawe jak długo?

 

Skalę problemów mediów jak zwykle najszybciej i najdokładniej poznajemy w USA, gdzie zawsze są na czas odpowiednie badania i analizy. I tak „The New York Times” oszacował, że w wyniku kryzysu epidemicznego i wynikających z niego skutków gospodarczych, firmy działające w branży informacyjnej na rynku amerykańskim zmniejszyły zatrudnienie o 28 tysięcy osób. A to zapewne dopiero początek.

 

Google poinformowało w połowie kwietnia, że uruchomi fundusz kryzysowy, który ma pomóc lokalnym środkom masowego przekazu w USA, które znalazły się tarapatach (a raczej – w jeszcze większych tarapatach niż już od dawna były) z powodu pandemii koronawirusa. Internetowy gigant nie podał konkretnej wartości funduszy, jakie zamierza przeznaczyć na wsparcie dla mediów, mówiąc ogólnie o dotacjach „w zakresie tysięcy dolarów” dla najmniejszych podmiotów do „dziesiątek tysięcy dla większych redakcji”.

 

Wiceprezes Google News Richard Gingras podał w oświadczeniu, że fundusze są przeznaczone dla placówek „produkujących wiadomości dla lokalnych społeczności w czasie kryzysu” a wnioski o pieniądze można składać od końca kwietnia. „Po zakończeniu procesu oceny ogłosimy, kto otrzymał dofinansowanie i na co wydawcy wydadzą pieniądze z dotacji” –   powiedział Gingras.

 

Być może akt dobroczynności Google’a został trochę wymuszony przez wcześniejsze decyzje Facebooka, który już 30 marca ogłosił, że przeznacza 100 milionów dolarów na wsparcie organizacji informacyjnych, które mają poważne kłopoty z powodu pandemii koronawirusa i to na całym świecie.

 

 „Potrzebujemy więcej Googli,”

 

…entuzjazmował się gubernator Kalifornii Gavin Newsom po tym, jak Sundar Pichai, dyrektor generalny Google Alphabet, ogłosił, że firma przekaże cztery tysiące komputerów ChromeBook uczniom i zaoferuje 100 tys. darmowych hotspotów Wi-Fi dla pozamiejskich gospodarstw domowych w tym stanie. Google udostępnia bezpłatną powierzchnię reklamową WHO i małym lokalnym firmom. Stworzyła również aplikację do badań przesiewowych w kierunku objawów koronawirusa. Zarówno Google, jak i Facebook przekazują szpitalom w USA duże partie maseczek.

 

W wielu krajach wielkie regulacyjne, antymonopolowe baty, jakie zostały podniesione nad amerykańskimi potentatami technologicznymi w 2019 roku, zawisły w powietrzu a wręcz zostały odłożone. Dziś nie mówi się zbyt wiele o oburzających praktykach monopoli technologicznych nadużywających swojej potęgi rynkowej i lekceważących prywatność użytkowników. W sondażach przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych i krajach europejskich znaczna większość respondentów zaczęła odpowiadać, że jest skłonna poświęcić prawo do prywatności na rzecz wysiłków rządu mających na celu monitorowanie rozprzestrzeniania się epidemii poprzez udostępnianie danych dotyczących lokalizacji za pomocą urządzeń przenośnych lub korzystanie z aplikacji śledzących.

 

Pisze się też o rozejmie między Big Tech a politykami w Brukseli, Paryżu i Berlinie. Netflix, Google, Facebook i inni zgodzili się na obniżenie jakości swoich filmów, aby uniknąć zatorów w Internecie w Europie. Zdaniem Thierry’ego Bretona, komisarza ds. rynku wewnętrznego, może to być punkt zwrotny w relacjach z wielkimi z sektora IT. „Po raz pierwszy firmy technologiczne działają w taki sposób. Zareagowały natychmiast i podjęły bardzo ważne, praktycznie spontaniczne decyzje” – powiedział w rozmowie z serwisem POLITICO.

 

W czasie gdy linie lotnicze i hotele proszą o pomoc rządową, zarówno Facebook, jak i Netflix ogłosiły, że przekażą 100 milionów dolarów na pomoc małym firmom i kreatywnym grupom. Google uruchomił narzędzia online dla nauczycieli. Facebook, niegdyś krytykowany w UE za zbieranie zbyt wielu danych osobowych teraz jest proszony o udostępnienie anonimowych metadanych Komisji Europejskiej, aby można było przewidzieć szczyt epidemii.

 

We Francji np. wczorajsi wrogowie stali się szybko przyjaciółmi i sojusznikami. Netflix i Disney, firmy, które do niedawna toczyły spór o poziom francuskojęzycznych produkcji, zyskują wizerunek odpowiedzialnych partnerów. Disney zgodził się nawet na utratę dochodów, odkładając uruchomienie swojej usługi streamingowej na prośbę rządu. Ze złowrogiego oligopolu Dolina Krzemowa i amerykańskie konglomeraty rozrywkowo-technologiczne przekształciły się szybko w pożyteczne, potrzebne i odpowiedzialne podmioty.

 

Czy te wszystkie dobroczynne i „wynikające z troski” działania to prawdziwe odruchy serca przedstawicieli Big Tech? Czy jednak powinniśmy zachować postawę streszczającą się w łacińskim cytacie z Wergiliusza – „Timeo Danaos et dona ferentes” – czyli „strzec się Greków, nawet gdy niosą dary”?

 

Jeszcze kilka miesięcy temu media dość zgodnie twierdziły, że potentaci Internetu niszczą je, wysysając pieniądze reklamodawców, stosując praktyki monopolistyczne i narzucając warunki, które uzależniają ich całkowicie od innych i powodują utratę kontroli nad treściami. Teraz pojawiają się informację stawiające Google’a i innych w aureoli nieomal zbawców i aniołów dających promyk nadziei w trudnym czasie. Czy jednak mimo wszystko nie powinniśmy zachować czujności?

 

Akt łaski, czyli obniżenie jakości

 

Sytuacja epidemiczna doprowadziła do tego, że miliony ludzi na całym świecie zaczęły pracować, komunikować się i załatwiać wszystko w Internecie. To z jednej strony ekstremalny test dla pojemności i możliwości sieci – a z drugiej okazja, abyśmy w końcu nauczyli się w pełni korzystać z możliwości jakie daje Internet.

 

„Jeśli znajdziemy się w sytuacji, w której 850 milionów dzieci na całym świecie zacznie otrzymywać lekcje online przez dłuższy czas, wtedy obciążenie sieci tym spowodowane przebije i to znacznie cały ruch jaki generują gracze wideo na świecie” – zauważył w „Daily Telegraph” Matthew Howett, główny analityk w firmie Assembly. Dostawcy usług szerokopasmowych na całym świecie deklarują, że ich systemy będą w stanie sprostać tak wysokiemu wzrostowi zapotrzebowania na transfer danych.

 

Naukowcy z Melbourne’s Monash Business School Economists oraz współzałożyciele KASPR DataHaus, firmy zajmującej się analizą danych z Melbourne, przeprowadzili badania nad dużą ilością danych o globalnej aktywności w Internecie w czasach koronawirusa, analizując wpływ ludzkich zachowań na opóźnienia w transmisji. Klaus Ackermann, Simon Angus i Paul Raschky, opracowali technikę, która codziennie gromadzi i przetwarza miliardy danych dotyczących aktywności w Internecie oraz pomiarów jakości dla dowolnego miejsca na świecie. Zespół stworzył mapę Global Internet Pressure wyświetlającą informacje globalne, jak również dla poszczególnych krajów. Mapa jest regularnie aktualizowana za pośrednictwem strony internetowej KASPR Datahaus.

 

Badacze sprawdzali, jak funkcjonuje Internet w każdym kraju dotkniętym epidemią COVID-19, biorąc pod uwagę szybką eskalację zapotrzebowania na domową rozrywkę, wideokonferencje i komunikację online. Główny nacisk położono na zmiany we wzorcach opóźnień w Internecie. Badacze wyjaśniają to tak: „Im więcej pakietów przesyłanych strumieniowo stara się odbyć podróż na raz, tym bardziej zatłoczona jest ścieżka i tym wolniejszy jest czas transferu”. „W większości krajów OECD, których dotyczy problem COVID-19, jakość internetu jest wciąż stosunkowo stabilna.

 

Według podawanych w Polsce danych Internet u nas zwolnił podobnie jak w innych krajach. SpeedTest.pl pokazywał od połowy marca spadek średniej prędkości łączy mobilnych w wybranych krajach w ciągu ostatnich dni. Wyraźnie widać, że izolacja Lombardii i północnych prowincji Włoch miała ogromny wpływ na obciążenie łączy 3G i LTE. W ciągu niecałych dwóch tygodni średnia prędkość włoskich łączy spadła o kilka Mb/s. W Polsce obserwowaliśmy to samo, ale z około tygodniowym opóźnieniem. Stan zagrożenia epidemicznego mocno odbił się na efektywnej prędkości łączy. Z dnia na dzień drastycznie zmieniły się nawyki abonentów. Play poinformował, że transmisja danych w jego sieci wzrosła w ostatnich dniach o 40 proc. Później podawano, że w Polsce ogólnie w ciągu kolejnych dni pojawiły się spadki prędkości Internetu mobilnego na poziomie 10-15 proc., zależnie od miejsca. Drobny spadek średniej prędkości przesyłania danych widoczny był także na łączach stacjonarnych. Łącza „przytkały się” niemal natychmiast po ogłoszeniu zamknięcia żłobków, przedszkoli, szkół i uczelni.

 

Obliczenia wykonano na platformie fireprobe.net na podstawie 877 tys. pomiarów prędkości łączy 3G i LTE oraz 3,3 mln wyników pomiarów polskich łączy stacjonarnych z aplikacji webowej SpeedTest.pl.

 

A zatem wielkiego dramatu z dostępnością Internetu w krajach rozwiniętych jak dotąd nie było. Jednak na wszelki wypadek poproszono dostawców usług transmisji strumieniowej wideo, takich jak Netflix, Amazon Prime Video i YouTube aby obniżyli jakość swoich filmów w celu odciążenia łączy. Ci szybko zapowiedzieli zmniejszenie jakości filmów przesyłanych strumieniowo w Europie do standardowej rozdzielczości, co według szacunków obniżyło obciążenie sieci o ok. 25 proc. I tak właśnie Big Tech zdobywa PR-owe punkty w czasach epidemii. Nie zaniedbując jednocześnie umiejętnego nagłośnienia swojego „poświęcenia i troski” o jakość połączeń, gdy Internet stał się tak ważny.

 

Warto zauważyć, że Big Tech wygrywa kryzys nie tylko wizerunkowo ale również finansowo. Kilka dni temu analitycy BofA Global Research podali, że Microsoft, Apple, Amazon, Alphabet (rodzina spółek Google) i Facebook, czyli to co zwykle określamy jako Big Tech, osiągnęły łączną wartość ponad 20 proc. kapitału rynkowego S&P 500. Inwestorzy swoimi pieniędzmi odpowiedzieli na pytanie, kto może wygrać pandemię. Akcje Netflixa wzrosły o 35 proc. w 2020 roku, Amazona o prawie 30 proc., a Microsoft o 11 proc.

 

Obecna koncentracja kapitału w spółkach technologicznych jest wyższa niż podczas bańki dot.comowej w 2000 r., czytamy w opisie raportu analitycznego. To co się dzieje w tym sektorze jest również dla inwestorów niepokojącym sygnałem. 26-procentowy wzrost S&P zaledwie w ciągu miesiąca – w stosunku do najniższego poziomu z marca doprowadził do ogromnej dysproporcji pomiędzy Big Tech a innymi sektorami gospodarki, wszystko to w czasie, gdy w Stanach Zjednoczonych następuje utrata miejsc pracy w rekordowym tempie, a większość firm ponosi ogromne straty.

 

Big Tech może więc wyjść z kryzysu koronawirusowego w odróżnieniu od większości sektorów gospodarki znacznie wzmocniony, co prognozował już na początku marca „The New York Times”. Dla większości firm z tego sektora czas epidemii to oczywiste zyski. Google i Facebook poprawiają sobie wizerunek aktami dobroczynności, zaś Amazon czy Netflix po prostu sprzedają więcej. Korzystają także mniej znani gracze IT, jak np. platforma do treningu sportowego w domu Peloton (sport tech). Jednak nie cała branża internetowa skacze do góry z radości. Serwisy podróżniczo-turystyczne w sieci, takie jak Expedia czy platformy mobilności, jak Lyft i Uber, są takimi samymi ofiarami COVID-19 jak restauracje czy hotele.

 

Nowa sytuacja – stare problemy

 

Jednak już od początku kwietnia pojawiają się też wyraźne sygnał, że zgoda na nadzór państwowy w czasie stanu wyjątkowego w kraju nie oznacza, że obywatele są skłonni dać Big Tech możliwość swobodnego korzystania prywatnych danych.

 

Na czasy koronawirusa przypada jedne z większych skandali w tej dziedzinie w historii. Chodzi o problemy z aplikacją do obsługi wideokonferencji Zoom, która zyskała na popularności, gdy ogromne rzesze ludzi zostały zmuszone do pracy w domu. W ostatnich tygodniach eksperci ds. bezpieczeństwa i działacze na rzecz praw autorskich do materiałów cyfrowych zaczęli krytykować firmę, alarmując o przeszłych i obecnych wadach usługi, takich jak brak kompleksowego szyfrowania połączeń wideo lub incydenty, w których włamano się do kamer. FBI ostrzegło szkoły służby po tym, jak niepowołane osoby uzyskały dostęp do spotkań klasowych, co zyskało nawet już swoją nazwę – „Zoombombombing”. W USA toczą się przeciw firmie dochodzenia, które nasiliły się po tym jak ujawniono, że komunikacja w ramach aplikacji przechodzi przez serwery umiejscowione w Chinach.

 

Zoom znalazł się ogniu krytyki wtedy, gdy już wszyscy siedzieli w domu. Facebook, Google i Twitter mieli kłopoty wcześniej, ponieważ już w styczniu zarzucano im brak reakcji na falę dezinformacji na temat epidemii, najpierw w Chinach potem w kolejnych krajach.

 

Z kolei zaliczany do oligopolu Big Tech Amazon ma problemy pracownicze. W całych Stanach Zjednoczonych pracownicy w zakładach w Amazona (oraz w należących do Amazonii supermarketach Whole Foods) zorganizowali protesty przeciwko swojemu pracodawcy. Twierdzą, że firma nie oczyściła swoich zakładów i nie powiadomiła współpracowników o przypadkach zachorowań na koronawirusa. Do końca marca pracownicy co najmniej 21 zakładów pakujących i spedycyjnych Amazona mieli pozytywny wynik testów na obecność koronawirusa. Co ciekawe, w USA rodzi się ruch solidarności sąsiedzkie, lokalnej, wspierania bliskich biznesów, sklepów w kryzysie. Dla globalistycznego Amazona nie jest to zjawisko korzystne. Jeśli takie tendencje pojawią się gdzie indziej i nasila się, to nie będzie dobra wiadomość dla tej firmy i wielu innych światowych molochów.

 

Firmy Big Tech w ramach nowego lepszego wizerunku nie zrezygnowały ze swoich cenzorskich zakusów, o czym świadczy np. niedawne ocenzurowanie przez należący do Google YouTube popularnego filmu Witolda Gadowskiego. Ale nową odsłonę cenzury sieciowej w czasach korona wirusowych warto omówić w odrębnym tekście.

 

Jakoś tym Grekom z Big Tech nie wierzę, nawet, gdy przynoszą prezenty i rozdają pieniądze. Może dlatego, że udają Greka i korzystając ze specyficznego czasu, robią to samo, co zwykle robiły, tylko teraz z pełna troski pozą.

 

Mirosław Usidus

 

 

Problem, z którym zmagamy się od lat: art. 212 kk

 Wzrosła liczba dziennikarzy w Polsce skazanych przez sąd z art. 212 Kodeksu karnego – alarmuje Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Z danych fundacji opublikowanych przez portal Press.pl wynika, że liczba dziennikarzy skazanych za zniesławienie zwiększyła się dwukrotnie!

 

„W 2012 było to 60 skazań, w dwóch kolejnych – 58, w 2015 roku – 70, a w 2016 roku liczba ta wzrosła do 101, w kolejnym roku było to już 137 wyroków, a w 2018 – 118” – informuje branżowy portal Press.pl. Mimo licznych apeli środowiska dziennikarskiego art. 212 kk, który grozi odpowiedzialnością karną za zniesławienie, obowiązuje i nic nie wskazuje, żeby coś się w tej kwestii zmieniło. Sprawa zniesienia koszmarnego przepisu pojawia się zwykle przy okazji oskarżenia z „dwieście dwunastki” dziennikarza ogólnopolskich mediów. Później temat milknie, ale cisza wokół niego nie sprawia, że przestaje obowiązywać. Przepis „działa” i jest wykorzystywany do skazywania dziennikarzy lokalnych mediów, którzy nie godzą się na miejscowe układy samorządowo-biznesowe.

 

– Art. 212 kk to problem, z którym zmagamy się od wielu lat – ubolewa dziennikarz śledczy, Telekurier TVP, Krzysztof M. Kaźmierczak.

 

Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dziennikarz śledczy Witold Gadowski nie ma wątpliwości, że art. 212 kk powinien zostać jak najszybciej zniesiony.

 

– Jest reliktem komuny, który służy do kneblowania dziennikarzy. Sąd na jego podstawie może orzec, że dziennikarz dopuścił się pomówienia i uznać, że popełnił przestępstwo kryminalne. Skazanie z art. 212 kk oznacza wpisanie do rejestru karnego – podkreśla Gadowski.

 

Wskazuje, że oskarżenie o zniesławienie może spotkać każdego. To czy dziennikarz w artykule napisał prawdę nie zawsze ma znaczenie. – Wiele lat temu miałem w sądzie sprawę po napisaniu artykułu o aferze Biofermu, w której tysiące osób straciło oszczędności. Sąd pierwszej instancji w sentencji wyroku stwierdził, że istotą postępowania nie było to, czy oskarżony napisał w artykule prawdę, bo napisał, ale czy miał intencję zniesławienia firmy. Sąd orzekł, że miałem taką intencję – wspomina Gadowski. Dziennikarz odwołał się od kuriozalnego wyroku sądu i wygrał sprawę w apelacji.

 

Dużą rolę w wykreśleniu art. 212 kk mogliby odegrać dziennikarze, którzy zostają parlamentarzystami. Byli dziennikarze reprezentowali i reprezentują  w Sejmie rządzące i opozycyjne kluby parlamentarne. – Jak stają się politykami, wolą trzymać dziennikarzy za twarz. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia – gorzko stwierdza Witold Gadowski. Wątpi, żeby zniesiono ten przepis.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak uważa, że niektórzy dziennikarze wykorzystują swój zawód jako trampolinę do kariery politycznej, a później nie robią nic, żeby znieść art. 212 kk. – Podejście do tej kwestii byłych dziennikarzy, którzy mogą zdecydować o zniesieniu przepisu jest symptomatyczne dla stanu polskiego dziennikarstwa. Wśród nas nie brakuje dziennikarzy, którzy patrzą na wykonywany zawód jako szansę, żeby docelowo znaleźć sobie spokojniejsze, lepiej płatne i lepiej postrzegane społecznie miejsce pracy. W ten sposób trafiają z redakcji do marketingu, agencji PR, na stanowiska rzeczników, do instytucji samorządowych i państwowych, nawet do parlamentu. Kiedy osiągają swój cel odcinają się od dziennikarstwa. W sumie trudno się temu dziwić. Jeśli działają w innym środowisku zawodowym to problemy dziennikarstwa nie są już dla nich priorytetem. To oczywiste – ocenia.

 

Zdaniem Kaźmierczaka warto próbować angażować byłych dziennikarzy do działań w sprawie art. 212 kk, a jego zniesienie powinno być priorytetem  organizacji dziennikarskich. – I to nie tylko od święta, okazjonalnie – kiedy problem dotyka jakiegoś znanego dziennikarza. Wtedy zwykle pojawiają się oświadczenia i interwencje, ale na tym sprawa wkrótce się kończy… Tak nie powinno być. Stale, uporczywie trzeba podnosić kwestię zniesienia art. 212 kk, ponieważ jego istnienie to bieżący problem, dotykający na co dzień wielu dziennikarzy. Podejście okazjonalne należy zmienić na stałe działanie, tylko wówczas uda się wymusić na politykach zmiany prawne – podsumowuje Krzysztof M. Kaźmierczak.

 

Wykreślenie art. 212 z Kodeksu karnego nie odbierze możliwości prowadzenia działań procesowych osobom, które czują się pomówione artykułem w mediach. Mogą dochodzić swoich praw na podstawie przepisów Kodeksu cywilnego.

 

Na fakt, że obecnie obowiązujące przepisy są szkodliwe dla dziennikarzy i wolności słowa w Polsce, wielokrotnie zwracało uwagę Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Tomasz Nowak

 

Rynek pracy, epidemia i media – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy media, wieszcząc katastrofę na rynku pracy, działają na korzyść odbiorców? Jakie były najczęstsze błędy w prognozach? Jak wygląda rynek pracy dziennikarzy na tle innych branż komunikacyjnych? Czy apel zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich był konieczny?

 

Czekając z utęsknieniem na katastrofę

 

Mirosław Usidus napisał ostatnio na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odnosząc się do natłoku komunikatów o pandemii i znajdujących się wśród nich kaczek dziennikarskich, że: „Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za doskonały wehikuł sprzedażowy[1]. Odpowiedzialność za słowo nadbiera w okresach tak szczególnych, jak obecny, wyjątkowego znaczenia. Poza wspomnianymi słupkami wyświetleń znajduje się odbiorca komunikatu, jego poczucie bezpieczeństwa, troska o zdrowie, czy pracę. W tym ostatnim kontekście Anthony Giddens w swojej fundamentalnej „Socjologii” napisał: „niepewność zatrudnienia bywa równie dotkliwa jak brak pracy[2]. W części poświęconej mediom dodał: „Takie środki przekazu, jak telewizja i prasa, wywierają szeroki wpływ na nasze doświadczenie i na kształtowanie opinii publicznej. (…) w określony sposób kształtują one nasze postawy[3]. Łącząc jedno z drugim można stwierdzić, że media mają wpływ na postrzeganie rzeczywistości i w tym zakresie. Być może tym większy, im więcej prognozują, a nie opisują. Bezpodstawne budowanie poczucia zagrożenia nie jest działaniem na korzyść odbiorcy, a przecież dobro czytelnika redakcje powinny mieć zawsze na pierwszym miejscu.

 

Podcinanie gałęzi, na której się siedzi

 

Na początku kwietnia BusinessInsider opublikował artykuł zatytułowany: „W kwietniu czeka nas fala zwolnień. Tysiące ludzi zostaną bez pracy”. W środku możemy wyczytać m. in., że „Z informacji, jakie wpłynęły do urzędu w Kielcach, pięć tamtejszych zakładów chce zwolnić w sumie 695 osób[4]. Sprawdziliśmy to, do żadnego z trzech urzędów pracy działających na terenie stolicy województwa świętokrzyskiego (powiatowy, miejski i wojewódzki) nie wpłynęły wspomniane powyżej wnioski. Jeden z pracowników Publicznych Służb Zatrudnienia w Kielcach (poprosił o anonimowość) stwierdził, że są to „komunikaty wyssane z wiadomej części ciała”. Pewnie warto przypomnieć, że zmyślone wiadomości wysysa się z palca.

 

To rodzi pytanie, o rzetelność pozostałych danych zawartych w tekście. W podobnym tonie wypowiedział się nie tylko BusinessInsider, ale i inne redakcje. W urzędach pracy odpowiadanie na pytania dziennikarzy o to, czy bezrobocie już drastycznie wzrosło, albo czy są nowe informacje o zwolnieniach grupowych zaczęło należeć do zwykłego elementu komunikacji zewnętrznej. W zasadzie Publiczne Służby Zatrudnienia powinny zamieszczać codzienne komunikaty, jak o stanie wód, albo liczbie zarażonych koronawirusem. Niektóre media z utęsknieniem czekają na katastrofę. Tworząc przy tym wrażenie, że ta jest nieuchronna.

 

W marcu bezrobocie spadło…

 

Ten sam BusinessInsider napisał 24 kwietnia „Zupełne zaskoczenie. Znamy stopę bezrobocia za marzec[5]. „Rzeczpospolita” zdążyła dodać, że skok dopiero nastąpi[6]. To tylko przykłady, ale przekonanie o marcowym skoku rejestrowanego bezrobocia pojawiało się dość często, a nie było ku temu żadnych przesłanek. Wręcz przeciwnie, szereg czynników wskazywało, że to niemożliwe. Jakie komunikaty za tym przemawiały? W styczniu 2020 roku pierwszy raz od trzydziestu lat w urzędach pracy zarejestrowanych było mniej niż milion osób[7]. Według danych Eurostatu bezrobocie w Polsce było jeszcze niższe od rejestrowanego, co plasowało Polskę na drugim-trzecim miejscu w Europie. Gospodarka była w niezłej kondycji i nic nie wskazywało na to, że zawali się w dwa tygodnie, jak francuska obrona w 1940 roku. Z dostępnych analiz GUS wynika, że firmy w 2019 roku zgłaszały brak wykwalifikowanych kadr jako istotną przeszkodę w rozwoju biznesu. Nikt poważnie myślący o swojej firmie, komu trudno było zebrać kadrę, nie pozbędzie się jej w sposób bezrefleksyjny.

 

Opinię tę potwierdza Michał Cielibała prezes zarządu Biura Rachunkowego Biurex z Kielc (spółka istnieje od 1991 roku):

Obsługujemy kilkaset podmiotów. Z naszych obserwacji wynika, że kłopoty mają te firmy, których branże „zamrożono” i nie miały pomysłu lub możliwości na inne wykorzystanie swojego potencjału. Zdecydowana większość bardzo dobrze sobie radzi w obecnej sytuacji, a kilkadziesiąt podmiotów odnotowało wzrost obrotów.

 

Cielibała zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt:

Na początku pandemii pewnym problemem było to, że część firm w nieznanej i nowej sytuacji na wszelki wypadek „zamknęła portfele”, ale to już minęło. Biznes oswoił nowe reguły funkcjonowania. Na przykład to, że nie musimy się spotkać, wystarczy kontakt telefoniczny lub online.

 

Warto też zwrócić uwagę na aktywne od początku kwietnia elementy Tarczy Antykryzysowej 1.0. Na przykład w przypadku pożyczki dla mikroprzedsiębiorstw warunkiem jej bezzwrotności było według obowiązującego wówczas stanu prawnego utrzymanie poziomu zatrudnienia. O wsparcie nie wnioskowały więc firmy, które planowały zwalniać pracowników.

 

Cudzoziemcy ratujący rynek

 

Początek 2020 roku przyniósł kolejny wzrost zainteresowania firm zatrudnianiem cudzoziemców. Jednak od momentu zamknięcia granic pracę mogą uzyskać tylko osoby, które już w Polsce są. Pracując u tego samego pracodawcy obcokrajowcy będą mogli zostać nawet do trzydziestu dni po zakończeniu stanu epidemii. Świeże kadry tą drogą nie nadpływają i nie wiadomo, kiedy taka możliwość się otworzy, a mamy na rynku pracy pogłębiający się dół demograficzny, który swoja kulminację osiągnie dopiero za dekadę[8]. W ubiegłym roku tylko samych oświadczeń o powierzeniu pracy cudzoziemcowi polskie urzędy pracy zarejestrowały 1 722 977. A to tylko jedna z dostępnych form zatrudniania obcokrajowców[9].

 

Co z rynkiem specjalistów?

 

W takiej sytuacji przekonanie, że rynek specjalistów radykalnie zmieni się po pandemii może być złudne. Fachowców przecież nie przybędzie. Utrata zespołu, który budowano nieraz całe lata może mieć katastroficzne skutki dla biznesu i utrzymania przewagi konkurencyjnej. Do, jak to określił w latach dziewięćdziesiątych Jan Rokita, „faktów medialnych” należy też przekonanie, że świat po pandemii, będzie diametralnie inny od tego, który znaliśmy przed 12 marca 2020 roku. Jakie są ku temu faktyczne przesłanki? Popularne w oficjalnych komunikatach określenie „nowa normalność” ma przecież charakter czasowy. Przekonanie, że np. jedna trzecia pracowników pozostanie na pracy zdalnej tez może okazać się złudne, bo działanie na odległość tworzy tyle samo problemów, ile rozwiązuje[10].

 

Według Komisji Europejskiej na tle reszty państw wspólnoty polska gospodarka zniesie stan zamrożenia stosunkowo nieźle[11]. Prognozy nie są więc katastrofalne. W tym kontekście warto zacytować słowa Andrzeja Kubisiaka, które opublikowała „Rzeczpospolita”: „Skalę bezrobocia i perturbacji na rynku pracy w pełni i rzetelnie będziemy mogli diagnozować najwcześniej po odczytach majowych. Do tego czasu warto zachować sporą powściągliwość i analizować zmienność warunków zewnętrznych, które bezpośrednio na zatrudnienie będą wpływać[12]. Przy czym należy zauważyć, że katastrofa na rynku pracy została już przesunięta przez media dwukrotnie, a nie nastąpiła ani w marcu, ani w kwietniu. A co, jeśli nie nastąpi wcale?

 

Kryzys uzasadnia wszystko

 

Przeżywaliśmy to nie tak znów dawno temu. Począwszy od 2008 roku słowo „kryzys” stanowiło uzasadnienie dla szeregu działań na rynku zatrudnienia. Pewnie też wszyscy mieliśmy przeświadczenie, że to zrozumiałe. A jeśli… A jeśli w części sami nakręciliśmy tę sprężynę? Jeśli zwolnienia w wydawnictwie Bauer, o których napisały WirtualneMedia[13] są nie tyle skutkiem epidemii i ekonomii, co zbudowanej atmosfery i przeświadczenia, że rynek pracy za chwilę się zawali i tzw. optymalizacji działań, jest uzasadniona przez powszechny krach, który dotąd nie nastapił?

 

Apele żywych

 

Zarząd Związku Firm Public Relations 29 kwietnia opublikował stanowisko, w którym czytamy m.in.: „W opinii Zarządu Związku, powyższa zasada (adekwatny zakres świadczeń do wynagrodzeń – przyp. Autora) ma zastosowanie w każdych okolicznościach. Również obecnie, kiedy branża PR i jej klienci mogą doświadczać trudności. Biznes PR oparty jest na pracy ludzi – konsultantów, dlatego w zakresie kosztów opiera się głównie na składnikach osobowych. Zasady relacji pomiędzy agencją i jej pracownikami są ściśle określone i kontrolowane przez prawo. Stąd nie jest możliwe utrzymanie takiego samego poziomu obsługi przy równoczesnym zmniejszeniu wynagrodzenia agencji. Jako odpowiedzialny pracodawca agencja nie może sobie pozwolić na zmniejszenie poziomu wynagrodzeń pracowników i jednoczesne egzekwowanie od nich takiego samego zakresu pracy”.

 

ZFPR podkreślił znaczenie kadr dla skuteczności działań PR. A czy media mogą funkcjonować bez profesjonalistów?

 

Badania LoveBrands Relations pokazały, że 60% Polaków w dobie pandemii zwiększyło częstotliwość korzystania z mediów[14]. Wszystkie programy newsowe zyskiwały w ostatnim okresie na popularności[15]. Według przywołanego badania aż 77% badanych chce otrzymywać treści inne, niż te związane z epidemią. Pokazuje to, że rynek wciąż ma potencjał, nie tylko jako misja, ale również jako biznes.

 

Początek pandemii przyniósł utrudnienia w sprzedaży prasy drukowanej[16], a w związku ze wspomnianym przez Michała Cielibałę początkowym „zamknięciem portfeli” również spadki w nakładach na reklamę w mediach[17], na czym traciły nie tylko redakcje, ale też branża komunikacji marketingowej. Początek maja przyniósł pierwszy etap „odmrażania” gospodarki. Nim ten zacznie przynosić pozytywne poruszenie na rynku, apel Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich o Tarczę Antykryzysową należy uznać za słuszny. Miałaby ona obejmować:

  1. Subsydiowanie papierowych wydań dzienników i tygodników,
  2. Specjalne wsparcie dla mediów regionalnych i lokalnych oraz dla dziennikarzy freelancerów,
  3. Ulgę podatkową na prenumeratę prasy (wersji papierowych lub e-wydań),
  4. Finansowe wsparcie niekomercyjnych portali i projektów medialnych w Internecie,
  5. Utworzenie przez Skarb Państwa Fundacji Dziennikarskiej, która zajmowałaby się koordynacją działań związanych ze wsparciem środowiska dziennikarskiego[18].

 

Oczywiście pamiętając, że w obecnej postaci Tarcza Antykryzysowa już pozwala na wsparcie freelancerów, np. dzięki otwarciu w wersji 2.0 możliwości ubiegania się o pożyczki dla mikroprzedsiębiorców przez osoby samozatrudnione i dofinansowanie części kosztów prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku spadku obrotów o minimum 30%, ale to nie rozwiązuje problemu.

 

Opublikowany w marcu apel Branży Komunikacji Marketingowej i MICE, oprócz uwag na temat rozwiązań w powstającej wówczas Tarczy Antykryzysowej, odnosił się również do wywiązywania się przez kontrahentów ze zobowiązań, niewycofywania się z już zawartych umów oraz urealnienia terminów płatności za działania już zrealizowane[19]. W znacznym stopniu te uwagi dotyczą też ekonomicznych podstaw funkcjonowanie redakcji. Tego odwołania się do reklamodawców w apelu SDP zabrakło, a trudno sobie wyobrazić, że firmy dotrą skutecznie do swoich odbiorców bez zasięgów, które zapewniają ich komunikatom media.

 

Media jako element kultury narodowej

 

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w przywołanym powyżej apelu zadeklarował ponadto „gotowość do włączenia się do prac Zespołu Antykryzysowego, działającego przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego, by wspólnie wypracować sposoby pomocy środowisku dziennikarskiemu i medialnemu w czasie kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa”. To ważne przypomnienie, że media stanowią istotny element naszej kultury i tożsamości. Ten fakt przeważnie ucieka w bieżącej debacie, a przecież troska o kulturę to też troska o media. Paweł Chmielewski redaktor naczelny Kieleckiego Magazynu Kulturalnego „Projektor” podkreślał, że działania artystyczne bez mediów, które je relacjonują, czy recenzują, dużo tracą, gdyż stają się ulotne. To dziennikarze utrwalają chwile, to często w oparciu o archiwalne materiały redakcyjne odtwarza się obraz epoki i jej życie codzienne.

 

Świat po pandemii

 

Profesor Henry Jenkins z MIT zainicjował akcję „2060: Reflections from the future”. Jej celem jest wywołanie światowej burzy mózgów. Przedmiotowe pytanie brzmi: „jest 2060 rok i świat jest taki, jaki chcesz żeby był. Co musi się zmienić przez najbliższych czterdzieści lat, żeby ten stan osiągnąć?”. Chyba nikt nie wyobraża sobie świata bez dobrego dziennikarstwa i profesjonalnych mediów[1].

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/fakehunter-czyli-jak-zostalem-lowca-fejkow-wyjatkowo-wazna-analiza-miroslawa-usidusa/ – dostęp 29.04.2020 r.

[2] A. Giddens, Socjologia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 440 i wcześniej.

[3] Ibidem, s. 475.

[4] https://businessinsider.com.pl/firmy/zwolnienia-z-powodu-koronawirusa-w-kwietniu-jakie-firmy-i-gdzie-beda-zwalniac/s18zq6h – dostęp 29.04.2020 r. Por. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,25868905,firmy-chca-zwalniac-grupowo-wnioski-kasyna-i-firmy-z-branzy.html – dostęp 29.04.2020 r.

[5] https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/praca/bezrobocie-w-polsce-w-marcu-2020-r-dane-gus-podczas-koronawirusa/4bbq0ht – dostęp 29.04.2020 r.

[6] https://www.rp.pl/Rynek-pracy/304249945-Koronawirus-Skok-bezrobocia-dopiero-przed-nami.html – dostęp 29.04.2020 r.

[7] https://www.pb.pl/pierwszy-raz-od-30-lat-mniej-niz-milion-bezrobotnych-981751 – dostęp 06.05.2020 r.

[8] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ludnosc/prognoza-ludnosci/prognoza-ludnosci-na-lata-2014-2050-opracowana-2014-r-,1,5.html – dostęp 07.05.2020 r.

[9] https://psz.praca.gov.pl/web/urzad-pracy/-/8180211-oswiadczenia-o-powierzeniu-wykonywania-pracy-cudzoziemcowi-wpisane-do-ewidencji-oswiadczen-obowiazujace-od-2018-r- – dostęp 06.05.2020 r.

[10] https://www.rp.pl/Praca/200329622-Co-trzeci-zdalny-pracownik-nie-wroci-juz-do-biura.html – dostęp 30.04.2020 r.

[11] https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-05-06/co-z-polska-gospodarka-dzis-pierwsze-prognozy-ke-od-wybuchu-pandemii/?ref=aside_najnowsze – dostęp 06.05.2020 r.

[12] https://www.rp.pl/Opinie/304309958-Bezrobocie-straszy-ale-jeszcze-nie-teraz.html – dostęp 06.05.2020 r.

[13] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/bauer-zamyka-tytuly-i-zwalnia-koronawirus-staje-sie-pretekstem-wymowka-dla-wydawcow – dostęp 29.04.2020 r.

[14] http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/156978,,badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja-polacy- – dostęp 04.05.2020 r.

[15] https://www.press.pl/tresc/61562,wszystkie-programy-informacyjne-w-kwietniu-ze-wzrostem-ogladalnosci – dostęp 06.05.2020 r.

[16] https://www.press.pl/tresc/61577,sprzedaz-dziennikow-ogolnopolskich-w-marcu-spadla-o-15-proc_ – dostęp 07.05.2020 r.

[17] https://www.press.pl/tresc/61579,w-kwietniu-o-1-4-mniej-reklam-w-telewizji-niz-rok-temu – dostęp 07.05.2020 r.

[18] https://sdp.pl/apel-zarzadu-glownego-stowarzyszenia-dziennikarzy-polskich-o-pomoc-dla-dziennikarzy-i-mediow/ – dostęp 05.05.2020 r.

[19] https://www.petycjeonline.com/apel_polskiej_branzy_komunikacji_marketingowej_i_mice – dostęp 07.05.2020 r.

profesjonalnych mediów[1].

[1] https://www.ciatlas.org/prompt – dostęp 01.05.2020 r.

Duch Stalina – TADEUSZ PŁUŻANSKI o manipulacjach wokół zakończenia II wojny światowej

Większość mediów w Polsce – od prawej strony do lewej – zgadza się, że w maju 1945 r. zakończyła się w Europie II wojna światowa. Schody – również medialne – zaczynają się przy ocenie tego, co było potem. Czy Polska była suwerenna, czy okupowana przez Sowietów. I może w takim razie ład pojałtański pożegnaliśmy dopiero w 1989 r., albo jeszcze później?

 

W tym miejscu krótkie przypomnienie – koniec wojny ogłoszono 8 maja 1945 r. o godz. 15.00. Dzień wcześniej, 7 maja, Niemcy podpisały kapitulację we francuskim Reims, w obecności przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji i ZSRS. Rosjanie zażądali jednak od Niemiec osobnego podpisania kapitulacji. Nastąpiło to w Berlinie ok. północy z 8 na 9 maja.

 

„Życie Warszawy” w wydaniu nadzwyczajnym krzyczało tytułem: „Niemcy skapitulowały!” Dalej, w nagłówku, można było przeczytać: „Po 2077 dniach najkrwawszej w dziejach świata wojny. Wczoraj o godzinie 23.01 padł rozkaz przerwania działań wojennych w Europie, na morzu, lądzie i w powietrzu”.

 

Polska pozostała wierna sowieckiej wersji aż do… 2015 r., bo dopiero wtedy parlament RP przegłosował przesunięcie tego dnia na 8 maja. Ale czy w ogóle świętowanie Dnia Zwycięstwa ma sens?

 

Dukaczewski dla „Wyborczej”

 

Przypominam sobie 8 maja 2000 r., moment znamienny, skutkujący do dziś. Wtedy bowiem, w rocznicę zakończenia wojny, po przemówieniu Aleksandra Kwaśniewskiego miał wystąpić prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz (walczący z Niemcami i Sowietami żołnierz AK i WiN). Nie wystąpił, bo Kancelarii Prezydenta (a oficjalnie innym organizacjom kombatanckim) nie spodobało się przemówienie reprezentanta AK-owców.

 

„Gazeta Wyborcza” odnotowała skandal średniej wielkości zdjęciem, przedstawiającym dwójkę uśmiechniętych kombatantów (kobietę i mężczyznę), obwieszonych orderami (głównie sowieckimi, kobieta miała ich ponad 20, mężczyzna chyba koło 40-tki). W niewielkiej informacji poniżej dziennikarz wyraził żal, że „obchody miały być manifestacją jedności ruchu kombatanckiego. Nie były”, a dalej, że „zbojkotował je Światowy Związek Żołnierzy AK”, co było tylko częścią prawdy, a właściwie konsekwencją politycznego (czytaj: komunistycznego) kłamstwa. Bo „Wyborcza” cytowała dalej Marka Dukaczewskiego (tak, tak, tego Dukaczewskiego z WSI, wówczas ministra u prezydenta Kwaśniewskiego), który nie widział problemu w odsunięciu od uroczystości przedstawicieli ŚZŻAK, bo „w uroczystości brali udział b. żołnierze AK z innych związków kombatanckich”. Dukaczewski „zapomniał” powiedzieć, że to związki post-zbowidowskie, czyli post-komunistyczne. Wśród nich: Związek Kombatantów RP, Związek Żołnierzy LWP, Związek Oficerów WP. Dukaczewski był znany z tego, że to ich działania gloryfikował, a szczególnie zbrojnego ramienia komunistów: Armii Ludowej. A dziennikarz „GW” nie ciągnął tematu, bo i po co.

 

Koniec wojny nie nastąpił

 

Co się nie spodobało w przemówieniu płk Karolkiewicza? Informował o tym „Dziennik Polski” z 9 maja 2000 r. Przypominanie sowiecko-niemieckiego paktu z 1939 r. Akcji „Burza” i Powstania Warszawskiego. W końcu – co najbardziej musiało boleć towarzyszy KwaśniewskiegoDukaczewskiego – słowa prawdy o fałszowaniu historii w PRL, stalinowskich represjach, procesie 16-tu, katowniach UB i NKWD, Archipelagu Gułag, tragicznej walce i ofierze żołnierzy II konspiracji niepodległościowej.

 

I teraz sprawa kluczowa dla naszych rozważań. Bo ten sam „Dziennik Polski” cytował opinię płk Stanisława Karolkiewicza o tym, że prawdziwy koniec wojny nie nastąpił ani 8, ani 9 maja 1945 r. Nie nastąpił nawet w 1989 r., razem z obaleniem komunizmu. Ani w 1993 r., kiedy z Polski wyjechały ostatnie okupujące nasze ziemie wojska rosyjskie. Prawdziwy koniec wojny – w opinii prawdziwego polskiego kombatanta – tożsamy z Dniem Zwycięstwa, nastąpi dopiero wtedy, gdy przywódcy Rosji ujawnią i potępią wszystkie zbrodnie komunizmu i napiętnują ich sprawców.

 

A Światowy Związek Żołnierzy AK „zbojkotował uroczystości” (jak tego chciała „Gazeta Wyborcza”) dopiero po odrzuceniu ich przemówienia przez organizatorów, aby swoją obecnością na Placu Piłsudskiego nie firmować fałszowania historii.

 

Co zrobi Stalin

 

Nietypowo jak na siebie w tamtych czasach zachowała się publiczna TVP zarządzana przez lewicę, a konkretnie Roberta Kwiatkowskiego. 9 maja 2000 r., po nowej produkcji Izabeli Cywińskiej – filmie „Cud Purymowy” (o Polaku-antysemicie, który dowiedział się, że jest Żydem), pokazała dokument o zakończeniu wojny. Kombatanci opowiadali w nim nie tylko o radości z pokonania Niemców, ale również o strachu przed Sowietami. Niektórzy pamiętali wejście Armii Czerwonej w 1939 r., inni w maju 1945 r. siedzieli w sowieckich łagrach, jeszcze inni rozbijali ubeckie więzienia. Co zastanawiające, film był podobny w treści do zablokowanego przemówienia prezesa ŚZŻAK. A może po prostu dały o sobie znać podziały na lewicy?

 

Podobnie zresztą komuniści byli podzieleni 8 maja 1945 r. Wtedy zebrała się stworzona przez nich Krajowa Rada Narodowa. „Marszałek” Michał Rola-Żymierski mówił, że to właśnie 8 maja powinien być uznany za dzień zakończenia wojny, a przesunięcie daty na 9, czy 10 maja będzie historycznym błędem. Inni członkowie KRN, z Bierutem na czele, stwierdzili jednak, że należy poczekać, co zrobi tow. Stalin. Generalissimus postanowił: 9 maja i ten dzień był przez cały PRL obchodzony (oczywiście tylko oficjalnie) jako Dzień Zwycięstwa. To kolejny dowód na to, jak rodzimi komuniści byli podporządkowani Moskwie.

 

„Życie Warszawy” przywoływało artykuł 1 dekretu KRN: „Celem upamiętnienia po wsze czasy zwycięstwa Narodu Polskiego i Jego Wielkich Sprzymierzeńców nad najeźdźcą germańskim, demokracji nad hitleryzmem i faszyzmem, wolności i sprawiedliwości nad niewolą i gwałtem – dzień 9 maja, jako dzień zakończenia działań wojennych, stanowić będzie Narodowe Święto Zwycięstwa i Wolności”.

 

Maj 1945 a walka Wyklętych

 

I to podporządkowanie Moskwie pozostało. Mimo symbolicznego przeniesienia Dnia Zwycięstwa z 9 na 8 maja, duch Stalina, Bieruta, a potem KwaśniewskiegoDukaczewskiego wciąż trwa, unosi się nad Polską. Dlatego do dziś w wielu mediach umniejsza się zbrodnie sowieckie (pisałem o tym w tekście dla portalu sdp.pl „Kto fałszuje prawdę o Katyniu, 8 kwietnia 2020). Dlatego też z wielkim zapałem opluwa się tych, którzy walczyli po 1945 r., bo jeśli wojna się skończyła, i nastał czas pokoju, to po lasach chowali się tylko przestępcy i bandyci.

 

Przykładów takiej twórczości mamy multum, by wymienić tylko te najbardziej charakterystyczne:

 

„Gazeta Wyborcza” w artykule „Dzień <<żołnierzy wyklętych>>, czyli radosne święto wojny domowej, autorstwa Radosława Wiśniewskiego z 29 lutego 2020;

 

„Polityka”, rozmowa Violetty Krasnowskiej z prof. Rafałem Wnukiemo micie wyklętych, czyli szantażu patriotycznym, który zniekształca naukę i dzieli społeczeństwo”, 14 marca 2017;

 

I na koniec w „Przeglądzie”, Paweł Dybicz, 24 lipca 2017, stosuje ciekawy manewr wyrażony w tytule artykułu: „Wyklęci to nie AK”.

 

W kontekście notorycznego zakłamywania naszej historii lokowanie końca wojny 8 czy 9 maja 1945 r. nie ma większego znaczenia (najlepiej byłoby w Polsce to święto w ogóle znieść). A znając fakty uznać należy, że walka Polaków o wolność i niepodległość – walka z Sowietami i komunistami – trwała jeszcze wiele lat, a nawet dekad, a nie pomyli się ten, kto stwierdzi, że walka o pamięć trwa do dziś.

 

Tadeusz Płużański

Pamięci „Trójki” Rapsod Żałobny – ADAM SOCHA o swojej ukochanej stacji

Kiedy stałem się słuchaczem „Trójki”? We wczesnych latach 70-tych XX wieku, gdy już nie musiałem wyłapywać w radio zagłuszanej audycji Basi Nawratowicz w RWE o 18.10, w której przez kwadrans nadawała muzykę rockową, bo odkryłem, że jest w PRL taka rozgłośnia, która puszcza Black Sabbath, Deep Purple czy Hendrixa.

 

Później odkryłem też inne audycje, „Rodzinę Poszepszyńskich” Macieja Zembatego, który odkrył też mi Leonharda Cohena. Oczywiście „Sześćdziesiąt minut na godzinę” Marcina Wolskiego z plejadą gwiazd: Jackiem Fedorowiczem wcielającym się w Kolegę Kierownika, Kuchmistrza, Spikera, Tłumacza itd., Andrzejem ZaorskimMarianem Kociniakiem w Para-męt pikczers czyli kulisy srebrnego ekranu, artystami kabaretu Elita, monologami Janka Kaczmarka; wierszami Andrzeja Waligórskiego,  monologami Krzysztofa Jaroszyńskiego, cudownym „pamiętnikiem młodej lekarki”  Ewy SzumańskiejJanem Kaczmarkiem, Rossmówkami…

 

A ile piosenek napisanych dla tego programu stało się przebojami! (Ragazza da Provincia Jacka Zwoźniaka, Czego się boisz głupia, Los Andes Cordillera Jana Kaczmarka i inne piosenki kabaretu Elita).

 

Jak w stanie wojennym zabrano nam tę audycję, to jeszcze została Lista Przebojów z Korą i jej „Kreonem” czy Grzegorzem Ciechowskim.

 

Radiowa Trójka była przez dziesięciolecia programem dla ludzi inteligentnych, tak jak w TVP „Kabaret Starszych Panów”, a w prasie „Przekrój”. Zapewne Wydział Propagandy KC PZPR liczył na to, że przy okazji słuchania audycji muzycznych i kulturalnych, podprogowo kupimy też propagandę, którą lokowano pomiędzy. Mówiło się też, że „Trójka” spełniała rolę „wentyla”. Jeśli o mnie chodzi, a myślę że i o zdecydowaną większość słuchaczy, „Trójka” dawała chwilę oddechu od szarej rzeczywistości, ale w żadnej mierze nie mogła mnie przychylnie nastawić do reżimu komunistycznego.

 

W wolnej Polsce PRiTV ani na moment nie wyszły spod kontroli polityków. Mimo szumnych zapowiedzi oddzielenia mediów publicznych od polityków, kolejne rządy traktowały je jako bardzo ważny łup i jak narkoman, nie wyobrażały sobie życia bez tego „narkotyku”.

 

Na szczęście „Trójkę” jakoś omijało kierowanie przez ludzi pokroju „Brunatnego Roberta”. Dlatego wolałem „Śniadanie w Trójce” od wywijającej mikrofonem niczym pałką polityczki i ideolożki Moniki Olejnik, udającej dziennikarkę, prowadzącą „Siódmy dzień tygodnia” w Radio Zet.

 

Owszem, Magda Jethon nie ukrywała swoich sympatii politycznych, a jej „czekoladowy orzeł”, to był straszny obciach i kompromitacja (nie z powodu czekolady, tylko lizodupstwa wobec prezydenta Bronisława Komorowskiego). Jednak ciągle dominowała na antenie lekkość i dowcip.

 

No i przyszła „dobra zmiana” i epoka „mediów narodowych”. Moi znajomi dość szybko uznali, że „Trójka” przestała być ich stacją. Jednak ja ciągle byłem Trójce wierny. Liczyłem, że ta stacja zostanie oszczędzona, iż tutaj zwycięży miłosierdzie i pluralizm, i nadal np. Jerzy Sosnowski będzie mógł  prowadzić Klub Trójki. Pomyliłem się, ale nadal miałem mądre audycje Dariusza Rosiaka nadal bawił mnie, podczas powrotu autem z pracy, Artur Andrus w „Powtórce z rozrywki”.

 

Artur Andrus zniknął, ale pojawiła się audycja Anny GacekWojciecha Manna, którzy zawsze mnie odprężali swoimi przekomarzankami. W niedzielę pojawiła się audycja Jana Młynarskiego wskrzeszająca świat muzyczny przedwojennej Warszawy, której stałem się fanem.

I nagle wszystko się skończyło. Okazało się, że Anna Gacek sepleni, a Manna już nikt nie chce słuchać. Ruszyła fala odejść w geście solidarności.  Nie przedłużono umowy z Dariuszem Rosiakiem (czym on podpał?).

 

Muszę przyznać, że udało się rozwalić „dobrej zmianie” „Trójkowy Znak Jakości”. Straciłem swoją ulubioną stację. Zastanawiam się tylko, komu to przeszkadzało i dlaczego? Rozumiem, że prezesowi chodzi o stworzenie nowych elit. Gdyby w miejsce moich ulubieńców kierownictwo znalazło równie wybitne osobowości radiowe, jeszcze bym zrozumiał. Ale gdzie one są, gdzie jest przysłowiowy, prawicowy Artur Andrus?

 

Media poinformowały, że byli dziennikarze Trójki chcą uruchomić radio internetowe „Nowy Świat”. Reprezentują spółkę m.in. Magda Jethon, Jan Chojnacki, Piotr JedlińskiWojciech Mann.

 

Ruszyła zbiórka pieniędzy, mają już prawie pół miliona złotych. Życzę im jak najlepiej i trzymam kciuki, ale dla mnie pewna epoka się skończyła, akurat gdy osiągnąłem wiek emerytalny. Dziękuję „Trójce”, że mi towarzyszyła tyle lat.

 

 Adam Socha

Dziennikarze i epidemia: jak żyć?… – analiza PIOTRA KOŚCIŃSKIEGO

Pandemia koronawirusa stworzyła duże zagrożenie dla dziennikarzy. I nie chodzi tu o niełatwe relacjonowanie wydarzeń ze szpitali, o pracę w niebezpiecznych warunkach, z możliwością zarażenia – to trochę jak bycie korespondentem wojennym, kiedy niebezpieczeństwa są oczywiste. Nie; problemem jest sama praca dziennikarska, a mówiąc ściśle – jej utrzymanie.

 

Teoretycznie rzecz biorąc, najlepiej mają etatowcy. Ale jak pokazały pierwsze tygodnie epidemii, koronawirus prowadzi do zwolnień także wśród dziennikarzy. Wzrasta więc liczba freelancerów, a ci stają przed pytaniem: gdzie publikować, żeby zarobić na życie?

 

Amerykanie zwalniają

 

Paradoksalnie, łatwiej znaleźć informacje o problemach mediów w świecie, niż w Polsce – być może dlatego, że narasta liczba informacji o rosnących kłopotach gospodarki w ogóle. Stają wielkie fabryki i małe firmy, a zamknięcie centrów handlowych, hoteli czy kin grozi drastycznym wzrostem bezrobocia. Wydaje się, że dziennikarze takich problemów nie mają. Ba! Przecież siedząc w domu więcej niż zwykle oglądamy telewizję czy przeglądamy strony internetowe gazet i czasopism. Ale to tylko pozór.

 

Chyba najlepiej widać jak kłopoty dotknęły media amerykańskie, przede wszystkim te mniejsze. Sara Rubin, szefowa niewielkiego tygodnika „Monterey County Weekly” poinformowała, że jej pismo, „niezależny tygodnik, z przykrością informuje o zwolnieniu jednej trzeciej personelu”. „Dokumentujemy życie naszej społeczności i jeśli nikt inny nie donosi o naszym życiu w izolacji, wydaje się, jakby zapadły ciemności…” – pisała.

 

Dziennikarze niewielkiego pisma „Vashon-Maury Island Beachcomber” w stanie Waszygnton dostali szokującą informację: redakcja gazety zostanie zredukowana do minimum. Podobnie stało się z innymi mediami należącymi do macierzystej spółki Sound Publishing, ważnego wydawcy w tym stanie. Zapowiedziano druk dwóch kolejnych numerów tygodnika, ale kolejne stanęły pod znakiem zapytania. Tymczasem Sound Publishing poinformowała, że funkcjonowanie wydawanych przez nią pism zależą od przychodów z reklam, które gwałtownie spadły w ostatnich tygodniach.

 

Jak powiedziała niedawno Mi-Ai Parrish, była szefowa pism „The Arizona Republic” and „The Kansas City Star”, wszyscy piszą o koronowirusie. Wszyscy się nim zajmują. Ale nikt nie dostaje za to pieniędzy. I na tym polega problem.

 

Sytuacja musi być naprawdę trudna także i na naszym kontynencie, skoro Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) wydała specjalne oświadczenie, w którym stwierdziła iż „jest głęboko zaniepokojona sposobami przeprowadzania redukcji kosztów (obniżki wynagrodzeń, jednostronne obniżenie warunków pracy itp.) narzuconymi dziennikarzom i pracownikom mediów przez niektóre firmy medialne. EFJ uważa, że ​​środki te są niesprawiedliwe i przynoszą efekt przeciwny do zamierzonego”.

 

Jak podała EFJ, firmy medialne w Europie zaczęły wprowadzać jednostronne skrócenie czasu pracy (a więc i pensji) lub w ogóle obniżki wynagrodzeń dla swych pracowników. A wielu freelancerów, zwłaszcza pracujących w sektorze sportowym lub kulturalnym, nie otrzymuje zamówień od mediów i straciło wszystkie źródła dochodów.

 

Polskie redakcje zawieszają druk

 

W naszym kraju jest podobnie. Chyba jako pierwszy rezygnację z wydania papierowego ogłosił tygodnik „Wprost”. „Press” cytował Marcina Dzierżanowskiego, redaktora naczelnego tego pisma: „nie będziemy wydawać papierowego numeru, stawiamy na e-wydanie”. Dzierżanowski zapowiedział wznowienie wydania papierowego, jeśli punkty dystrybucji będą działać. Inna rzecz, że w styczniu nakład sprzedany „Wprost” wyniósł tylko 13 tys. egz. (Ostatecznie, 30 marca ukazał się ostatni drukowany numer „Wprost” – przyp. red.).

 

Pojawiły się też informacje, że podobnie stanie się z tygodnikiem „Do Rzeczy”. – Jak powiedział Mark Twain widząc w jednej z gazet swój nekrolog: „pogłoski o mojej śmierci są przesadzone”. Ja to samo mogę powiedzieć o fałszywkach, które pojawiły się w pewnym momencie w mediach społecznościowych, jakoby tygodnik „Do Rzeczy” przestał wychodzić. To jest nie tylko przesadzona informacja, ale wprost – nieprawdziwa. Czyli krótko mówiąc kompletny fejk – mówił Łukasz Warzecha.

 

Kilka tytułów zmniejszyło swoje nakłady, zawieszone zostało też wydawanie miesięcznika „Podróże”, a „Tygodnik Podhalański” zmniejszył objętość i zawiesił współpracę z felietonistami. Prawdziwy dramat przeżywały natomiast pisma katolickie. Zdecydowana większość ich nakładów rozchodziła się w kościołach. Gdy ograniczono liczbę wiernych, mogących uczestniczyć w mszach, wydawało się jeszcze, że sprzedaż choćby ograniczonej liczby egzemplarzy, będzie jednak możliwa. Jednak po drastycznym zmniejszeniu udziału ludzi w mszach, dystrybucja poprzez parafie stała się po prostu niemożliwa. Tygodnik „Idziemy” zawiesił wydanie drukowane, pozostając wyłącznie przy wersji elektronicznej, którą można zaprenumerować. (Ostatnio wznowił już wydawanie wersji drukowanej – przyp. red.). Redakcja chce także rozwijając portal idziemy.pl. Podobnie uczynił „Przewodnik Katolicki”. „Gość Niedzielny” i „Niedziela” usiłują kontynuować wydania drukowane.

 

Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze, przejście na wydania online to drastyczny spadek przychodów. Strony internetowe polskich mediów, zwłaszcza tych mniejszych, zarabiają niewiele. Sprzedaż e-wydań też dotąd była dość słaba. Trudno dotrzeć do potencjalnych czytelników z apelem, by je kupowali. Tygodnik „Idziemy” ma 7 tys. lajków na FB, ale jest mało realne, by wszyscy zaprenumerowali wydanie online; „Gość Niedzielny” ma ich 132 tys., czy jednak przełoży się to na wzrost prenumeraty?

 

A brak pieniędzy oznacza brak możliwości wypłat pensji i nawet honorariów. Zmniejszane są zespoły redakcyjne (czyli, mówiąc wprost, zwalniani są dziennikarze), likwiduje się lub przynajmniej obcina wierszówkę. To oznacza, że etatowcy z dnia na dzień stają się freelancerami, a freelancerzy stracili wiele możliwych miejsc publikowania swoich tekstów.

 

Przyszłość bardzo niepewna

 

Dziennikarze niechętnie mówią o swojej sytuacji, a jeśli już się wypowiadają, to proszą o zachowanie anonimowości.

 

– Ja niestety nie widzę w tej sytuacji możliwości zarobkowania jako dziennikarka w obszarze moich dotychczasowych zainteresowań. Tygodnik, z którym byłam związana, zlikwidował rubryki, które na stałe prowadziłam, a za większe materiały nie ma z czego płacić – słyszę opowieść. – Reportaż, do którego materiały zebrałam przed epidemią próbuję, opublikować gdzie indziej, ale bezskutecznie. Mam wrażenie, że walcząc  o przetrwanie, gazety dają teraz pierwszeństwo publikacji stałym współpracownikom – co zrozumiałe. Mogę próbować sił w pisaniu książek, ale w tym przypadku nie ma mowy o stałych dochodach. Zmuszona jestem przekwalifikować się i zatrudnić w branży, której kryzys jeszcze nie dotknął. Brakuje mi pisania. Po raz kolejny przyłapuję się na tym, że zaciekawia mnie coś, w czym widzę materiał na artykuł, a potem refleksja: nie da się go zrealizować ‘zza biurka’, i nie ma gdzie opublikować – dodaje.

 

– Ja nie mam wyjścia, muszę dalej pisać, by z czegoś żyć, chyba, że zostanę robotnikiem. Na to jednak chyba jestem za stary – mówi inny dziennikarz. – Niestety, pismo, do którego dawałem teksty, nie płaci teraz wierszówek. Inne są oblegane, bo w podobnej jak ja sytuacji znalazło się wielu moich kolegów. Mogą więc bez problemu przebierać w propozycjach. I dopóki epidemia nie ustanie, sytuacja się nie zmieni, a raczej będzie się pogarszać – podkreśla. I wskazuje, że będzie mniej ogłoszeń. – Pierwsze, które je wycofywały, były firmy turystyczne. W miarę pogorszenia się sytuacji gospodarczej, liczba ogłoszeń spadnie jeszcze bardziej, bo jeśli przedsiębiorstwa dokonują cięć, to marketing na pewno znajduje się na pierwszym miejscu. A skoro tak, gazety i czasopisma będą mieć coraz mniejsze przychody.

 

W ciemnych kolorach widzi sytuację znany dziennikarz Piotr Zaremba. – Ciężko będzie dziennikarzom, to oczywiste, a może najciężej tym niepodwiązanym pod żaden układ polityczno- towarzyski, bo ich media słabną najszybciej – wskazuje w rozmowie z „Forum”. – Współpracuję z sześcioma tytułami i jak pytałem sam siebie, czy przetrwają trzy-pięć lat, to dziś nie mam odwagi pytać. Jeden podziękował mi w tydzień po ogłoszeniu blokady granic jako autorowi zewnętrznemu, czekam na podobne decyzje innych, nie podyktowane przecież oceną tekstów, a cięciem kosztów. Osłabnie kontrola obywatelska – i nad rządzącymi i nad opozycją – podkreśla.

 

Trzeba znaleźć receptę

 

Wirus „trafił” w dziennikarzy w czasie, gdy trwa rewolucja medialna. Spadek nakładów prasy drukowanej, poza Indiami czy Chinami, obserwujemy już od lat. Wstrząs spowodowany epidemią tylko ten proces przyśpieszył. Niestety, Internet wciąż nie przynosi takich pieniędzy, jak papier – ogłoszenia są tanie, a poza tym każdy ma już na swoim komputerze jakiś program blokujący reklamy. I na dodatek wszyscy przyzwyczaili się, że w Internecie wszystko czyta się za darmo.

 

Trudno oczekiwać na pomoc państwa, które musi nie tylko walczyć z epidemią, ale i wspierać padającą gospodarkę. Trzeba pilnie szukać sposobów na dobre rozwiązanie problemu – bo inaczej dziennikarze będą się musieli szybko przebranżowić. A, jak słusznie zauważył Piotr Zaremba, straci też społeczeństwo, bo politycy, administracja, urzędy, nie będą już kontrolowane przez „czwartą władzę”. Kto poszuka takich sposobów?

 

Piotr Kościński

 

Autor jest wykładowcą na AFiB Vistula i współpracownikiem tygodnika „Idziemy”, fot. AFiB Vistula

 

Artykuł ukazał się w „Forum Dziennikarzy”.
Cały numer 2/2020  można przeczytać
tutaj.

 

 

Relatywizm i kalizm – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak bardzo dziennikarze mogą wkraczać w sferę prywatną osób publicznych

Problem z polskimi mediami polega na tym, że wszystko, co pokazują i o czym piszą, jest oceniane w politycznym kontekście. Niestety, jest to często ocena słuszna, bo faktycznie – wiele medialnych akcji ma motywację tylko i wyłącznie polityczną. W ten sposób jednak dyskusja o tym, jak media powinny działać w ogóle, staje się niemożliwa. Zamiast o tym, zaczynamy bowiem rozmawiać wyłącznie na temat tego, kto i jaką korzyść polityczną wyciąga z danego materiału, audycji, tekstu.

 

Pokazuje to znakomicie sprawa rewelacji „Gazety Wyborczej” na temat pełniącego obowiązki I Prezesa Sądu Najwyższego prof. Kamila Zaradkiewicza. Tekst Wojciecha CzuchnowskiegoJustyny Dobrosz-Oracz w zasadzie otwarcie mówi o homoseksualizmie prof. Zaradkiewicza (choć nie przedstawia go jako wady czy zarzutu wobec bohatera), a także o dziwnym i niepokojącym wydarzeniu z jego udziałem w roku 2013 oraz o zarzutach o mobbing w czasie pracy prof. Zaradkiewicza w Trybunale Konstytucyjnym.

 

Jak ta publikacja wygląda, jeśli umieścić ją w kontekście politycznym – co nie będzie błędem, bo przecież taka była motywacja jej powstania?

 

Po pierwsze – można założyć, że gdyby sytuacja była odwrotna i gdyby jakieś inne medium, choćby mimochodem, zajęło się orientacją seksualną ważnego urzędnika wymiaru sprawiedliwości, lecz sprzyjającego narracji GW – redakcja z Czerskiej zapałałaby świętym oburzeniem. Gdyby Zaradkiewicz był dla GW bohaterem pozytywnym, zostałby natychmiast wzięty w obronę, zaś wzmianki o jego domniemanym homoseksualizmie zostałyby uznane za skandaliczny przypadek piętnowania przedstawiciela mniejszości seksualnej.

 

Po drugie – gdyby prof. Zaradkiewicz był dla GW bohaterem pozytywnym, nawet, gdyby powstał o nim tekst, zapewne nie zawierałby oskarżeń o niestosowne zachowania, choćby takie, jakie miały miejsce.

 

Po trzecie – gromiący dzisiaj GW za jej publikację skupiają się na tym, że w artykule GW pojawia się wątek orientacji seksualnej bohatera tekstu, potępiając „Wyborczą” za pisanie o niej i sugerując, że zrobiono z tego w tekście zarzut – choć literalnie nie jest to prawda – a zarazem pomijając całkowicie pozostałe wątki tekstu.

 

Po czwarte – gdyby prof. Zaradkiewicz był osobą z przeciwnej strony politycznej barykady niż ta, po której stoją media sprzyjające rządowi, bez wątpienia ci sami komentatorzy tłumaczyliby, że może i sprawy, o których się w jego kontekście mówi, są bolesne i prywatne, ale media mają obowiązek ich nagłaśniania, bo jednak Kamil Zaradkiewicz sprawuje zbyt ważną funkcję, a ludzie mają prawo wiedzieć.

 

Jednym słowem – pełen relatywizm i kalizm obu stron. Jak za coś kopią naszego – to źle; jak za to samo kopią kogoś z tamtych – to znakomicie.

 

Odrzucam całkowicie takie myślenie, nie mając zarazem złudzeń co do politycznej motywacji GW w tym przypadku. Stawiam sobie natomiast pytanie, czy tekst CzuchnowskiegoDobrosz-Oracz jest uzasadniony w oderwaniu od swoich politycznych uwarunkowań czy nie. I nie znajduję łatwej i prostej odpowiedzi.

 

Granica prywatności osób publicznych nie jest ustawiona na sztywno – wyroki sądów w tej sprawie także bywają różne. Różnie zresztą jest w różnych krajach, z USA jako przykładem skrajnie daleko posuniętego medialnego prześwietlania życia prywatnego polityków. Wydaje się, że uniwersalna zasada etyczna, jaką powinni się kierować dziennikarze w Polsce, w naszej obyczajowości i kulturze medialnej, jest taka, że o sprawach stricte prywatnych można informować wówczas, gdy dziennikarz ma uzasadnione przekonanie, że mogą one mieć wpływ na sposób funkcjonowania danej osoby publicznej – w tym na podejmowane przez nią decyzję. Autorzy tekstu w GW stawiają w pewnym momencie tezę, że przeszłość prof. Zaradkiewicza może go uczynić obiektem szantażu, lecz, paradoksalnie, przestaje to być przecież możliwe wskutek ujawnienia kłopotliwych faktów w tym właśnie tekście. Wiedza, która jest powszechna, nie może być już narzędziem szantażu. Sama teza zresztą wydaje się nieco naciągana – czyjkolwiek homoseksualizm (w takiej mierze, w jakiej to właśnie mieli na myśli dziennikarze GW, pisząc o szantażu i naciskach) nie jest dziś w Polsce czymś kłopotliwym, chyba żeby faktycznie w określonej konfiguracji politycznej czy towarzyskiej taki problem stanowił lub drastycznie kontrastował z oficjalnymi poglądami danej osoby. Ale to akurat nie ten przypadek.

 

Znacznie bardziej uzasadnione wydają się dwa pozostałe wątki. Epizod „piżamowy” stawia prawnika w raczej kłopotliwym świetle, a oskarżenia o mobbing brzmią poważnie i każą postawić pytanie o zdolność do kierowania zespołem. Owszem, w tej pierwszej sprawie można się spierać, czy nie należy ona do sfery prywatnej (jak twierdzą autorzy tekstu w GW, tak uzasadniano odmowę udostępnienia dziennikarzom notatki Straży Trybunału z tego zdarzenia), ale jej charakter wydaje się uzasadniać jej upublicznienie. Szczególnie w kontekście bardzo intensywnej narracji obecnie rządzących o konieczności egzekwowania krystalicznego charakteru sędziów.

 

Spróbujmy zatem – jeśli wciąż jeszcze potrafimy – spojrzeć na tekst w GW trochę tak, jakby jego ewidentny kontekst polityczny nie istniał: wybierzmy z niego te informacje, które z punktu widzenia powinności dziennikarskich miały prawo się tam znaleźć i na ich podstawie zadawajmy pytania o zasadność nominacji tymczasowego PPSN. Obawiam się bowiem, że to jedyne, co nam pozostało w większości przypadków. Znaczna część mediów tylko wówczas wykonuje swoją zasadną, rzetelną pracę, jeśli ma to uzasadnienie w postaci potrzeb politycznych obozu, któremu sprzyjają. Świadomy odbiorca natomiast musi się postarać wyciągnąć z tego jak największą korzyść dla siebie.

 

Łukasz Warzecha

Czy wolność słowa w Polsce jest zagrożona? – opinia ADAMA SOCHY

Żyję w coraz bardziej surrealistycznym kraju. Czytam, że „Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w 2020 r. zawartej w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF).  Po raz piąty z rzędu zostało obniżone miejsce Polski w tym rankingu, a według niego poziom wolności mediów w naszym kraju jest obecnie najniższy w historii. Jest to ocena nierzetelna i krzywdząca dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki jest w naszym kraju”.

 

Ten protest jest dla mnie czystym surrealizmem, bo wydawało mi się, że Centrum jest ostatnią instytucją w Polsce, która powinna ogłaszać protest w tej sprawie. Jak nazwa Centrum wskazuje, ma ono monitorować wolność słowa w polskich mediach i protestować, jeśli jest ona naruszana przez administrację państwową, sądy i biznes. Gdyby zaprotestował rząd RP przeciwko takiej ocenie, nie byłbym zaskoczony, ale dlaczego Centrum robi za rzecznika rządu, tego pojąć nie mogę?!

 

By wyrobić sobie własne zdanie na temat obiektywności RSF sprawdziłem, jakie wydarzenia odnotowała ta organizacja w roku 2014, a więc tuż przed przejęciem władzy przez PiS.

 

Przeczytałem, że „prokuratorzy i funkcjonariusze wywiadu napadli na siedzibę warszawskiego tygodnika Wprost 18 czerwca 2014 roku, próbując przejąć nagrania zawstydzające partię rządzącą (PO i PSL – przypis mój). Wprost 15 czerwca spowodował polityczne trzęsienie ziemi, kiedy opublikował szczegóły tego, co opisał jako pierwszą serię rozmów między politykami, które zostały potajemnie zarejestrowane w eleganckiej warszawskiej restauracji (…). Kiedy redaktor naczelny Sylwester Latkowski trzymał swojego laptopa, policja walczyła z nim, a nawet próbowała go uszkodzić, przedstawiając fałszywą podstawę ich roszczenia do „zabezpieczenia” nagrań. „W pełni popieramy pracowników Wprost przeciwko poważnemu atakowi na poufność źródeł dziennikarzy” – powiedziała zastępca szefa ds. Badań Virginie Dangles, Reporterów bez Granic.

 

Dostało się też ministrowi transportu Sławomirowi Nowakowi. Został potępiony przez RSF za „Całkowicie nieproporcjonalne i wygórowane odszkodowanie, którego żąda od magazynu Wprost w pozwie o zniesławienie z kwietnia 2013 r (30 milionów złotych). Pismo doniosło o jego przyjaźni z biznesmenami, którzy często wygrywają kontrakty rządowe i jego obecności na prywatnych imprezach opłacanych przez zamożnych dyrektorów korporacji”. „Pozywanie o tę kwotę  wyraźnie ma na celu zastraszenie – stwierdza w konkluzji RSF. – Minister używa prawa, aby narzucić cenzurę, grożąc istnieniu magazynu”.

 

I kolejny polityk z Polski na liście hańby RSF: „Klimat zastraszania został wzmocniony przez oświadczenia wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego skierowane do dziennikarza TVN 24, gdy zapytano go o możliwą zmianę gabinetu 17 maja. „Twoje zachowanie jest oburzające, idiotyczne i niedopuszczalne” – powiedział Piechociński dziennikarzowi na antenie. „Zamierzam poprosić w tym tygodniu o spotkanie z przedstawicielami twojego kierownictwa. ”

 

„Jesteśmy oszołomieni oświadczeniami wicepremiera” – stwierdzili Reporterzy bez Granic. – Jeśli samo pytanie o skład następnej kadencji zostanie uznane za oburzające, co stanie się, gdy dziennikarze zaczną komentować wybór nowych ministrów?”

 

Jedynie, czego mi zabrakło, to odnotowania braku transmisji z przesłuchanie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z 18 grudnia 2014 roku, mimo wysłania przez wszystkie ogólnopolskie stacje ekip z kamerami do Pałacu Prezydenckiego. Jedynie reporter  niszowej stacji „Republika” transmitował wówczas swoim widzom to wydarzenie poprzez komórkę.

 

Zobaczmy zatem, co RSF zarzucają rządzącym obecnie? Od lat przypominają, że sądy stosują nadal art. 212 kk, na mocy którego dziennikarze mogą zostać skazani na zniesławienie nawet na rok więzienia. CMWP w swoim oświadczeniu stwierdza: „Zupełnie pominięto przy tym fakt, iż wskazany przepis w Kodeksie karnym jest pozostałością sytemu komunistycznego”. A co stało na przeszkodzie, by rząd państwa o największej wolności słowa na świecie, jak twierdzi prezes Jarosław Kaczyński, skreślił tę komunistyczną skamielinę? Miał na to 5 lat.

 

Dalej CMWP cytuje z Rankingu RSF: „Gazeta Wyborcza” pozostaje głównym celem ataków rządowych i sądowych”, a „rządowe przemówienia i wiadomości pełne nienawiści stały się powszechne w mediach publicznych, teraz przekształconych w rzecznika propagandy rządowej”, a „ich nowi przywódcy (tzn. mediów publicznych- przyp. red.) nie tolerują ani sprzeciwu, ani neutralności i zwalniają pracowników, którzy się opierają”. Centrum komentuje: „Tymczasem nie podano żadnych przykładów uzasadniających te tezy, nie przedstawiono danych liczbowych ani opisu faktów”. To Centrum, które z nazwy powinno takie przykłady rejestrować, potrzebuje dowodów na prawdziwość tych zarzutów?! Czytając tekst oświadczenia CMWP miałem wrażenie, że czytam oświadczenie orwellowskiego Ministerstwa Prawdy.

 

CMWP ubolewa, iż wśród przedstawicieli mediów, na których ankietach oparto ranking, nie ma przedstawicieli SDP, organu SDP – CMWP i temu przypisuje brak raportowi obiektywizmu. Sławomir Jastrzębowski w swoim felietonie całą sprawę skwitował tym, że  62 miejsce w rankingu, to wynik wysyłania ankiet do wyselekcjonowanych dziennikarzy. Tadeusz Płużański domyśla się, że są to dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Wojciech Pokora przytacza, ile to razy Adam Michnik pozywał dziennikarzy z art. 212.

 

Sęk w tym, że każdy dziennikarz, który uważa, że jego prawo do wolności słowa zostało naruszone, może wysłać maila do tej organizacji. Skoro nie uwzględniono głosu CMWP, to znaczy, że Centrum nie zgłosiło żadnego naruszenia wolności słowa.

 

Przyznam ze wstydem, że do tej pory w mojej świadomości nie istniała taka organizacja jak RSF . Dowiedziałem się o niej dzięki oświadczeniu Centrum. Dobre i to. Dzięki temu wyślę swoją ankietę.

 

Napisze w niej, iż zostałem zaatakowany 15 kwietnia  na antenie publicznego Radia Olsztyn przez posłankę partii rządzącej Iwonę Arent. Dziennikarz prowadzący poranna rozmowę „na żywo” zacytował: „Poseł Iwona Arent wezwała Bogdana Bachmurę, autora tekstu „Wszyscy umoczeni” („Debata” nr 150, marzec 2020r) i red. naczelnego „Debaty” Jana Rosłana do opublikowania przeprosin i wpłaty 50 tys. złotych. Niezastosowanie się do wezwania spowoduje skierowanie pozwu o ochronę dóbr osobistych i zapłatę”. Dziennikarz zapytał: – O co chodzi pani poseł?

 

Poseł Iwona Arent: – Czekam aż „Debata” przeprosi mnie. (…) O to chodzi, że pisze kłamstwa na mój temat. Do tej pory nie zwracałam uwagi, bo uważałam, że jest to szmaciarska gazeta, która nie sprawdza faktów. Artykuły są pisane przez ludzi, a szczególnie przez jednego człowieka, który wymyśla sobie w głowie jakieś bzdury, potem to przelewa na papier, które nie mają w ogóle w faktach żadnego potwierdzenia.

 

Marek Lewiński: – Tak czy inaczej sprawa skończy się w sądzie?

 

Poseł Iwona Arent: – Oczywiście, jeżeli nie zostanę przeproszona. Jeśli nie zaprzestanie pan Socha, bo tu chodzi o pana red. Sochę, który pisze artykuły na mój temat, bzdury totalne, niezgodne z faktami, niezgodne z prawdą a ostatnio dołączył do tego także pan Bachmura, który jest wydawcą tej gazety, więc czas najwyższy skończyć z tymi kłamstwami, bzdurami, które sobie wymyślił chory człowiek, chory z nienawiści do mnie i mam nadzieję, że wreszcie sąd to rozstrzygnie, bo ja już straciłam cierpliwość”.

 

Poseł Arent pozywa nas do sądu za artykułu o „Helperze”, stowarzyszeniu kierowanym przez jej przyjaciół, małżeństwo Katarzynę i Tomasza K. (b. agenta CBA Tomka). Prokuratura oskarża ich o defraudację kilkudziesięciu milionów złotych publicznych dotacji na domy pomocy społecznej. Posłanka była zaangażowana w obronę kierownictwa Helpera, składając doniesienia do prokuratury na policjantów, prokuratorów i urzędników, którzy położyli kres wyprowadzaniu milionów z budżetu państwa do prywatnych kieszeni. „Debata” wezwała poseł Arent, by publicznie wytłumaczyła się ze swojego zaangażowania w obronę oskarżonych. Odpowiedzią było żądanie wpłacenia 50 tys. złotych i przeprosin, następnym krokiem będzie pozew.

 

Teraz wpłynęła kolejne pismo od spółki, z którą powiązany jest wiceminister nauki prof. Wojciech Maksymowicz. Spółka żąda ode mnie i wydawcy „Debaty” wpłaty 30 tys. złotych i przeprosin. Chodzi o mój tekst na temat oferowania przez prywatne kliniki powiązane z klinikami uniwersyteckimi tzw. terapii komórkowych na nieuleczalne choroby jak Stwardnienie Zanikowe Boczne, stwardnienie rozsiane czy autyzm i pobieranie od chorych od 50 do 300 tys. złotych, mimo że nie ma żadnych podstaw biologicznych i medycznych do ich stosowania (artykuł można przeczytać w kwietniowej „Debacie” zamieszczonej w pdf na stronie sdp.pl).

 

Na własnej skórze przekonam się więc, czy sądy w Polsce zostały podporządkowane rządowi i jak to jest z tą wolnością słowa w Polsce?

 

Adam Socha

 

 

Reportaż jest „kostiumem” prawdy – fragment książki MARKA MILLERA

Uważałem Jana Pawła II za reportera, który wypracował wizję dziennikarstwa i stworzył jego program. Materiał rozproszony istniał. Trzeba było tylko usiąść i to spisać.

 

 

Nakładem Oficyny Wydawniczej Volumen ukazała się książka Marka Millera „Katechizm reportera” Jest to próba poszukiwania fundamentu i sensu tej niezwykłej profesji jaką jest dziennikarstwo uchwycona w niezwykłą formę – „rozmowy” z reporterem – Janem Pawłem II.

 

 

PRZEDMOWA (fragmenty)

 

(…) Dla kogo jest Katechizm reportera? Do kogo jest kierowany? Zostaje oferowany każdemu człowiekowi, żądającemu od nas – reporterów – uzasadnienia nadziei, która jest w nas. Jest to więc uzasadnienie przydatne głównie dziennikarzom katolickim, ale przez uniwersalizm etyki chrześcijańskiej jest kierowane do wszystkich poszukujących prawdy, wszystkich, dla których Dekalog ciągle pozostaje istotnym punktem odniesienia.

 

(…) Uważałem Papieża za reportera, który wypracował wizję dziennikarstwa i stworzył jego program. Materiał rozproszony istniał. Trzeba było tylko usiąść i to spisać. Ja odsuwałem to jednak ciągle na później. Jak to się mówi – w życiu są rzeczy ważne i pilne. Te pilne prawie nigdy nie są ważne, a te ważne prawie nigdy nie są pilne. Ta była zdecydowanie ważna, więc odkładałem ją w nieskończoność. W końcu zredagowałem coś w rodzaju pierwszej wersji. Książka nosiła tytuł Dziennikarstwo według Jana Pawła II  i ukazała się w 2008 roku; była czytelniczą klęską. Przeszła kompletnie niezauważona mimo transformacji ustrojowej w Polsce, a więc potencjalnego zapotrzebowania na fundamentalne wartości. Zastanawiałem się, dlaczego. Na tekst składały się obszerne cytaty z przemówień Papieża wygłaszanych do dziennikarzy z okazji Światowych Dni Środków Społecznego Przekazu. W związku z tym język był nieco oficjalny, sztywny, często trudny, i jak na średni reporterski gust zbyt „metaforyczny”. Potencjał myślowy w nim zawarty rozcieńczał się i rozmywał w okazjonalnych celach przemówień.

 

W 2013 roku została opublikowana praca doktorska Doroty Narewskiej zatytułowana Karola Wojtyły wizja dziennikarstwa (1949-1978) – dla mnie niezwykle ważny materiał obejmujący okres nieobecny w mojej książce. To wtedy właśnie, w latach 1949-1978, rodzi się wizja dziennikarstwa przyszłego papieża. Książka Doroty Narewskiej miała dla mnie dwa istotne mankamenty: była pracą naukową i liczyła 656 stron. (…) Zadałem sobie pytanie: Czy mój temat (Dziennikarstwo według Jana Pawła II) i Doroty Narewskiej można maksymalnie skrócić i uprościć, znajdując odpowiednią formę? Czy znajdzie wtedy czytelnika? Pytanie to nie dawało mi spokoju. Rzecz ze względu na osobę głównego bohatera wydawała się grzeszyć pychą, ale wyzwanie pozostawało intrygujące. Katechizm reportera! Różne rzeczy pisałem i redagowałem w życiu, ale coś takiego…

 

Pragnąłem, żeby mój Katechizm miał formę rozmowy. Przychodziłem na te spotkania z myślami Karola Wojtyły z pytaniami, które od dawna zadawałem sam sobie. By mógł zaistnieć dialog, musiałem w wypowiedzi Papieża nieznacznie zaingerować. Są to jednak zmiany kosmetyczne, niezmieniające w żaden sposób istoty wywodu. (…).

 

POWOŁANIE – CZYLI KIM JEST REPORTER (fragment)

 

Jestem reporterem. Wierzę w reportaż. To moja wizja, pasja, obsesja. Reporterzy to dla mnie grupa odniesienia, mój cech, moja branża, mój styl życia. Czy mogę nazwać to powołaniem? Czy mam do niego wystarczające predyspozycje? Jak je rozpoznać? Jak zdefiniować?

 

W naturę człowieka wpisana jest potrzeba „bycia darem dla”. Powołanie związane jest z darem „dla” innych, powołany „idzie w tym kierunku, w którym woła go miłość”, bo tylko tym można wytłumaczyć zgodę na ponoszenie trudów nieopłacających się w życiu doczesnym. Zatem u początków posłannictwa informowania i kształcenia opinii publicznej znajduje się silny wewnętrzny nakaz. Jestem do głębi przejęty szlachetnością i powagą waszego zawodu.

 

Powołanie wymaga całkowitego oddania się, poświęcenia. Jakie wymagania stawiane są reporterowi, dziennikarskiemu powołaniu? Co stoi za tym, co mnie pociąga, pochłania i inspiruje? Poznanie? Pragnienie znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak było naprawdę, jaka jest prawda? Jak jej szukać, jak ją relacjonować? Co wynika tu z faktu, że jestem katolikiem?

 

Kiedy mówimy o powołaniu, staje przed nami przede wszystkim ktoś, kto woła; ktoś, kto wzywa. Tym, kto woła człowieka, kto go wzywa, jest Bóg. Tam, gdzie jest powołanie, tam jest – z jednej strony Ten, Kto woła, Ten, Kto wzywa, z drugiej strony jest ten, kto odpowiada, bo powołanie jest zaadresowane do osoby; od osoby do osoby. Służba słowu jest posłannictwem społecznym. Dziennikarz pozostaje pod wpływem „czaru prawdy”. Jest brzemienny prawdą Bożą. Ma odwagę szukać i relacjonować prawdę, nawet jeśli jest ona niewygodna lub nieuznawana za politycznie poprawną. Stąd wynikają wszystkie wymagania stawiane przez opinię publiczną reporterowi, który chce uchodzić za katolickiego. Można je sprowadzić do czterech elementów: wiary, wiedzy, życia w łasce i talentu.

 

Talent jako coś bezcennego, a jednocześnie tajemniczego, trudno definiowalnego, zawsze najbardziej nas ekscytuje i pociąga. Na pewno wiemy o nim jedno: talent jest głównie wynikiem wyjątkowych predyspozycji. Jakie więc predyspozycje powinien posiadać reporter?

 

Należy do nich trafna ocena wartości doczesnych w świetle wieczności, co umożliwia zjednoczenie z Chrystusem. Aby zatem wypełnić powołanie reportera, konieczne są cnoty osobiste, tj. cierpliwość, wytrwałość, umiar, bezinteresowność, gruntowność, skupienie, posłuszeństwo, uległość, roztropność, znajomość ludzi, męstwo, które może być niekiedy jedynym argumentem, jaki nam pozostał, a przede wszystkim miłość Boga i ludzi, dla których się pisze, nagrywa, filmuje.

 

Reporter, przyjmując powołanie, otrzymuje do wykonania – zadanie – misję. Jakie stawia ona wyzwania?

 

Misja dziennikarza może kształtować w sumieniach upodobanie dobra. Może wpajać w nie zmysł Boga, umacniać nadzieję, ożywiać wrażliwość na wartości transcendentne. Praca dziennikarza może oświecać kierować, wspierać to wszystko, co naprawdę służy autentycznemu i integralnemu rozwojowi ludzkiego współżycia. Może umysłom i sercom otwierać horyzonty, pobudzać jednostki i społeczeństwa do dążenia ku tym celom, które decydują o lepszej jakości życia. Powołanie dziennikarza czerpie z zasobów tego, co określiłbym mianem „psychologii pozytywnej”. Wasze powołanie jest – zgodnie ze swoim wewnętrznym zadaniem – powołaniem twórczym. Nadajecie formę i kształt rzeczywistości i materii świata. Nie poprzestajecie na prostym odtwarzaniu czy też powierzchownym opisie. Próbujecie „skupić” – w pierwotnym sensie tego  słowa – rzeczywistość człowieka i jego świata. Pragnijcie ująć w słowie, dźwięku, obrazie coś z prawdy i głębi świata i człowieka, z przepastnej głębi człowieka.

 

Gdyby sprowadzić misję dziennikarza i jej wyzwania do głównego, dominującego obowiązku, to jak byśmy go nazwali, jak byśmy go określili?

 

Ten obowiązek to sumienne szukanie prawdy obiektywnej, powaga i uczciwość intelektualna w subiektywnej interpretacji i komentarzu; to przyrodzone cechy dziennikarstwa – określają w zasadniczy sposób społeczny wymiar tego trudnego i fascynującego powołania. (…).

 

FUNDAMENTY (fragment)

 

(…)

Na fakty, na zdarzenia dziennikarz patrzy poprzez gatunki dziennikarskie. Reporter wie, że reportaż to model, a nie wierna kopia rzeczywistości. Jednak rzeczywistość jest punktem wyjścia, model zbudowany jest z jej realnych elementów. O jaki jednak realizm tu chodzi?

 

Reportaż jest „kostiumem”, w jakim przechowuje się ukrytą prawdę o osobach i wydarzeniach. To „zredukowana” rzeczywistość, kondensacja aktów myślenia. Redakcja jest redukcją. Dobra redukcja polega zatem na takiej selekcji informacji przez dziennikarza, gdzie redukowana jest informacja, ale nie rzeczywistość, której dotyczy. Dziennikarz nie pisze wszystkiego, co wie, ale wie, co pisze. Fakty wymagają komentarza, do ich interpretacji potrzeba nie tylko „światła rozumu”, ale i światła wiary. To „koncepcja realizmu” polegająca na zaprzestaniu życia według formuły – „tak jakby Bóg nie istniał”. Prawdziwą rzeczywistością jest Słowo Boże. Chcąc „być realistami, musicie polegać właśnie na tej rzeczywistości. Musimy zmienić nasze przekonanie, że materia, rzeczy trwałe, dotykalne są rzeczywistością trwalszą, pewniejszą. Ten, kto w Słowie Bożym rozpoznaje „fundament wszystkiego”, jest realistą. Reporter katolicki to realista, który sens „faktu” odkrywa „między sensem dosłownym a duchowym”. Cel jego pracy jest osiągnięty dopiero wówczas, gdy ujawni aktualne Słowo Boga skierowane do czytelnika poprzez konkretne wydarzenie, gdy odrzuci rozłam między tym, co ludzkie, a tym, co Boskie. Gdy na fakty spojrzy z wiarą.

 

Gatunki dziennikarskie dzielą się na informacyjne, które prezentują, poszerzają wiedzę o świecie, i publicystyczne, które tę wiedzę pogłębiają. Kardynalna zasada inicjacji w informacji odnosi się do gatunków informacyjnych; a co z publicystyką?

 

W gatunkach publicystycznych obowiązuje zasada pedagogii wiary. Pedagogia wiary polega na tym, żeby przede wszystkim podawać to, co jako pewna i podstawowa prawda stanowi pewne i nienaruszalne oparcie dla wiary i życia chrześcijańskiego. Jeżeli chodzi o podawanie tego, co nowe, należy uwydatnić ciągłość w wierze Kościoła. Jeśli w grę wchodzą hipotezy, to należy przedstawić je z podaniem stopnia rzeczywistego prawdopodobieństwa oraz uwzględnić, w jaki sposób – wedle przewidywań, zostaną one przyjęte i zrozumiane. Paedagogia fidei definiuje się jako wychowanie wiary w duchu i świetle Soboru, jako proces wzbogacenia wiary. „Sobór jest dziełem Ducha Świętego” (por. Ap 2, 7), a to oznacza, że należy wsłuchać się w to, co Duch mówi Kościołowi” poprzez Vaticanum II. Pedagogia wiary oparta na Soborze musi wyjść z samego dna, to musi wyjść z głębi wiary. To musi być podyktowane miłością.

(…)

 

Teatr jednej aktorki – ŁUKASZ WARZECHA o zdalnej rozmowie dziennikarza z ministrą

Miałem kiedyś, za dawnych lat pracy w nieistniejącym już „Życiu”, w jego dziale opinii, takie zdarzenie. Szef polecił mi, abym zadzwonił po komentarz w jakiejś sprawie do Władysława Bartoszewskiego (śp. pan minister miał duże poczucie humoru, więc mam nadzieję, że patrząc dziś z góry wybaczy mi tę krotochwilną anegdotkę oraz moje ówczesne niefrasobliwe zachowanie). Rozmówca był znany z tego, że gdy zaczynał mówić, mówił bardzo długo bez przerwy i naprawdę niełatwo było mu zadać choćby drugie pytanie. O trzecim nie mówiąc.

 

Zadzwoniłem, Władysław Bartoszewski odebrał, zacząłem nagrywać, zadałem pytanie, on zaczął odpowiadać. W tym momencie do naszego pokoju wszedł kolega. Spytał ściszonym głosem: „Zamawiam pizzę, chcesz jakąś?”. Odłożyłem słuchawkę na biurko, wziąłem od kolegi ulotkę z pizzerii, przejrzałem spokojnie, wybrałem pizzę, pogadałem jeszcze chwilę z kolegą. Trwało to kilka minut. Przez cały czas z odłożonej słuchawki dobiegał szmer mojego rozmówcy, więc wiedziałem, że mam czas. Gdy słuchawkę podniosłem ponownie, czekało mnie jeszcze około dziesięciu minut wypowiedzi pana ministra. Drugiego pytania już nie miałem, piętnaście minut nagrania w odpowiedzi na pierwsze wystarczyło w zupełności.

 

Ta historia z zamierzchłej przeszłości przypomniała mi się pod wpływem hitu ubiegłego tygodnia, którym był wywiad Marcina Zaborskiego z minister Marleną Maląg w RMF FM. Nie żebym porównywał panią Maląg do Władysława Bartoszewskiego. Co to, to nie.

 

Wywiad ten był, jak to się dziś w większości dzieje, zdalny, co jest dla sprawy być może nie bez znaczenia.

 

Choć właściwie trudno powiedzieć, czy z wywiadem mieliśmy do czynienia. Owszem, początkowo tak to wyglądało. Było pytanie, była odpowiedź i tak kilka razy (całość można zobaczyć tutaj). Mimo to od startu rozmowy zanosiło się na to, co stało się później. Zaborski zadał bowiem pytanie o to, dlaczego zasiłku opiekuńczego nie dostają rodzice dziewięcio- czy dziesięciolatków. Odpowiedź brzmiała mniej więcej: „Przyjęliśmy zasadę, że zasiłek przysługuje do 8. roku życia”. „To już wiem” – powiedział Zaborski i dopytywał, dlaczego nie przysługuje rodzicom starszych dzieci. Odpowiedź była identyczna jak poprzednio. Pani minister wygłaszała ją w dodatku tak, jakby się swoich kwestii wcześniej nauczyła. I mimo że Zaborski przytaczał argumenty wskazujące, że granica 8. roku życia jest nieracjonalna, pani minister Maląg powtarzała jedynie, że tak postanowiono i tak będzie, przyczyn nie objaśniając. Zwracam na to uwagę, bo to jedna z najbardziej prymitywnych metod zbywania dziennikarzy, zadających sensowne i dobrze przygotowane pytania: zamiast odnoszenia się do ich treści lub próby wyjaśnienia motywów takiej czy innej decyzji powtarza się to, co i tak wszyscy wiedzą: że mianowicie taka właśnie decyzja została podjęta.

 

Mniej więcej w szóstej minucie rozmowy Zaborski zadał pytanie następujące: „Od kiedy pani wie, że na Mazowszu działa 66 domów opieki bez odpowiednich pozwoleń? Taką liczbę podał wojewoda mazowiecki”. Tu pani minister zaczęła wypowiedź, która nie miała większego związku z pytaniem. I ciągnęła ją, mimo prób interwencji Zaborskiego, przez mniej więcej dwie minuty. Po tym czasie Zaborski zdołał w końcu pytanie powtórzyć, wyraźnie powołując się na wypowiedź wojewody mazowieckiego i pytając, czy szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej o nielegalnie działających placówkach wcześniej wiedziała. Maląg oznajmiła, że całodobowe placówki opieki w kraju są pod nadzorem wojewodów. Zaborski zauważył na to, że wojewodowie są przedstawicielami rządu w terenie.

 

Wtedy pani minister Maląg złapała, że się tak kolokwialnie wyrażę, fazę, trwającą coś koło pięciu minut. Zaborski nie miał szans przerwać potoku słów, z którego można było wyłowić między innymi, że jacyś tajemniczy „wy” (można się domyślić, że pani minister chodziło o media niedyspozycyjne wobec władzy) próbują forsować narrację, zgodnie z którą rząd nie opiekuje się osobami starszymi, a na taką narrację „nie można się godzić”. Zaborski próbował się wciąć („Pani minister!”), w końcu stwierdził, że tak nie da się rozmawiać. Potem pytał: „Czy pani mnie słyszy?”. Wówczas minister Maląg odparła: „Odpowiadamy na te pytania, które pan chce zadać…”. Na co Zaborski stwierdził przytomnie: „Ale pani nie wie, jakie pytania chcę zadać”. Minister Maląg postanowiła kontynuować swoją wypowiedź ex cathedra, całkowicie ignorując pytania coraz bardziej zdetonowanego Zaborskiego: „Ale o czym pani do nas mówi?”.

 

Nie będę państwu relacjonował przebiegu całej „rozmowy” (bo chyba jednak trzeba to pisać w cudzysłowie). Był podobny: pytania Zaborskiego, które czasami udawało się zadać, po czym sążniste deklaracje pani minister, na ogół luźno z tymi pytaniami związane. Fragmenty „wywiadu” zrobiły w sieci furorę – i trudno się dziwić. Ja sam miałem wrażenie, że oglądam nie wywiad, ale skecz. Chwila szczerej radości nie ma dzisiaj ceny.

 

 

Powstaje jednak pytanie, które wielu komentujących w sieci zadawało: co w takiej sytuacji powinien zrobić dziennikarz? Niektórzy sugerowali, że powinien wywiad przerwać, inni – że powinien wyłączyć głos rozmówczyni. Problem w tym, że ta rozmowa nie była wyjątkowa. Takich rozmów zdarza się wiele, choć może faktycznie nie wszystkie mają tak wyraźny kabaretowy posmak.

 

 

Marcin Zaborski to jeden z najbardziej kulturalnych, a zarazem dociekliwych dziennikarzy. Jego sposobowi prowadzenia wywiadów nie sposób wiele zarzucić. Można by uznać, że jak na tę sytuację Zaborski jest zbyt kulturalny. Ale czy naprawdę?

 

Pierwszym utrudnieniem było dla Zaborskiego to, że nie miał gościa przed sobą w studiu. O problemach związanych ze zdalnymi rozmowami pisałem niedawno na portalu SDP. W sytuacji takiej jak ta zdyscyplinowanie osoby, która łączy się z dziennikarzem zdalnie, jest znacznie trudniejsze.

 

Zadaniem dziennikarza jest wydobyć od polityka odpowiedź na zadawane pytania – w imieniu czytelników, słuchaczy, widzów. Jeśli rozmówca uparcie odmawia współpracy, tak jak pani minister Maląg, wystawia świadectwo sam sobie. Zaborski wybrnął z sytuacji w możliwie najlepszy sposób. Słuchanie wykładu szefowej MPRiPS bez próby przerwania oznaczałoby, że pozwala się politykowi potraktować rozmowę z dziennikarzem jako formę oświadczenia bez zadawania pytań – którą to formę władza (każda) niewątpliwie najbardziej lubi, bo jest najmniej kłopotliwa. Na taki układ najłatwiej liczyć w mediach przychylnych danej formacji politycznej (nie dotyczy to wcale jedynie władzy w mediach państwowych, ale też opozycji w tych, które jej sprzyjają), lecz dziennikarz, który na coś takiego pozwala, degraduje się sam do pozycji piarowca polityków.

 

Nie jest też dobrym wyjściem emocjonalne kończenie rozmowy – nie od tego jest dziennikarz, żeby w ten sposób dyscyplinować rozmówcę. To zresztą działałoby na jego niekorzyść – trudno byłoby mu zaprosić kolejnych gości z danej politycznej formacji.

 

Kto jednak nigdy nie prowadził rozmowy, szczególnie na żywo, ten nie wie, że sytuacja w jej trakcie zawsze jest dynamiczna. Polscy dziennikarze (Zaborski jest tu jednym z wyjątków) nie umieją dociskać rozmówców w taki sposób, żeby musieli odpowiedzieć na konkretne pytanie – lub przynajmniej tak, żeby dla odbiorców stało się jasne, że rozmówca nie chce lub nie umie odpowiedzieć. To jednak tworzy ryzyko – może się okazać, że z ograniczonego przecież czasu niewiele zostaje na inne sprawy. Decyzje co do taktyki wobec rozmówcy trzeba podejmować błyskawicznie.

 

Nie wiem, czy pani minister Maląg ktokolwiek doradza w sprawie kontaktu z mediami – sądzę, że raczej nie. Ja zatem udzielę rady całkowicie pro bono: sposób na zagadanie dziennikarza i wygłaszanie własnych sążnistych deklaracji zamiast odpowiadania na pytania może wydawać się skuteczny, ale tak nie jest. W „zaprzyjaźnionych” mediach to taktyka zbędna – tam i tak pytania nigdy nie będą kłopotliwe. Można zatem udawać, że prowadzi się rzeczywiście rozmowę i coś się wyjaśnia. W mediach, gdzie na służalczą przychylność prowadzącego rozmowę liczyć nie można, taka postawa sprawia natomiast, że w oczach odbiorców stajemy się kimś aroganckim, unikającym odpowiedzi, niekompetentnym. Obawiam się, że taki właśnie był skutek rozmowy pani minister z Marcinem Zaborskim.

 

Łukasz Warzecha