Ciekawe przypadki rankingowania – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W Światowym Indeksie Wolności Prasy Polska spadła na sześćdziesiąte drugie miejsce. Meldunek zatrważający czy tylko frapujący?

 

Rankingi są bardzo wdzięczne do oglądu sytuacji. Tylko czasem metodologia i techniki mierzenia mogą okazać się dyskusyjne.

 

Weźmy taki Indeks Wolności Gospodarczej. Dane są wyjątkowo twarde, a Indeks buduje się w oparciu o analizę kilkudziesięciu wskaźników gospodarczych, pogrupowanych w dziesięciu kategoriach. Wydatki rządowe czy obciążenia podatkowe da się policzyć (naszą Ojczyznę wyprzedza Rumunia, Kazachstan i Bostwana). Nawet w Światowym Raporcie o Szczęśliwości, brany jest m.in. pod uwagę PKB na jednego mieszkańca czy też pomoc społeczną państwa. Da się oszacować i wychodzi z tego, że mieszkańcy Kostaryki (miejsce 12) są bardziej szczęśliwi niż mieszkańcy Luksemburga (14), a Meksykanie (23) w wyższym stopniu niż Japończycy (58).

 

Wskaźnik wolności prasy jest nieco bardziej subiektywny. Robi się badania ankietowe które wypełnieją tzw. specjaliści. A jak już fachury ocenią, to ich opinie zestawia się z aktami przemocy i nadużyć wobec dziennikarzy. Oczywiście na świecie dzieje się wiele nikczemności i bycie dziennikarzem w Afganistanie, Hong Kongu czy Turcji nie należy do łatwych. Nie trzeba daleko szukać, przecież i południowy sąsiad, Słowacja, wyswatał się z mafią. A i u nas kilka przykładów by się znalazło.

 

Jednak patrząc na drastyczny spadek Polski, w tym akurat rankingu, można się zastanawiać. Czy naprawdę jest aż tak źle? Polska przecież w nieciekawych czasach wojny medialnej Lwa Rywina, była jakieś trzydzieści miejsc wyżej. Kiedy ABW zwiedzało sobie siedzibę Wprost lub gdy Paweł GraśGrzegorzem Hajdarowiczem robili kolegium redakcyjne, po pierwszej w nocy przy osiedlowym śmietniku. Wtedy nasza wolność oscylowała wokół drugiej dwudziestki.

 

Czy obecnie ta wolność prasy, „niezależność i pluralizm mediów” ma się tak niedobrze? Popatrzmy na sprzedaż, jeszcze z czasów kiedy można było wychodzić z domu. Do kiosku po gazetę. W prasie codziennej w czołówce tabloidy. Potem Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita, Dziennik Gazeta Prawna. Nawet Przegląd Sportowy wyprzedza Gazetę Polską. Dziennik, bardziej rządowy niż sam rząd. Ledwie 12 tysięcy sprzedaży. W takiej ilości nie da się być tubą rządową. Tulejką jak już.

 

A tygodniki? Króluje tygodnik Angora i Polityka. Tygodnik Sieci, tzw. „usta Zbigniewa Ziobry”, dopiero na kolejnym miejscu. Nawet do spółki z Do Rzeczy nie osiągają nakładu Newsweeka. Przecież Wojska Obrony Terytorialnej nie biegają po salonikach prasowych i nie rekwirują nakładów wydawnictwa „Agora”, a Oddziały Prewencji Policji nie robią ścieżek zdrowia dla czytających „Myśl Polską”.

 

Na szklanym ekranie „Fakty” wygrywają z „Wiadomościami”. A „Szkło kontaktowe” ogląda więcej rodaków niż „W tyle wizji”. Mamy wolność głosowania pilotami, tylko nie wiadomo czy to ranking wskazuje. W krainie radiowej, zwłaszcza „Jedynka” i „Trójka” potraciły bardzo. Ale można przekręcić gałkę i mieć RMF czy Zetkę. Tam dziennikarze, nie smyrają za uszkiem czy po brzuszku, ministerialnych przedstawicieli.

 

Zgoda. Dziennikarzom się dostaje, zwłaszcza przy protestach ludu, gdzie są myleni z politykami. I tak jak wybrańcy narodu z Wiejskiej, zaczęli narażać się na kuksańce. Medialnie, nie jest tu „jakby luksusowo”, mówiąc językiem jednej z bohaterek filmu „Kogel-mogel”. Zdarza się, że w niektórych redakcjach, wybija bardziej szambo niż pachnie perfumerią. Ale żeby nas Polaków wyprzedził Surinam i Burkina Faso? To najstarsi zecerzy nie pamiętają.

 

Krzysztof Prendecki

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak media niszczą prezydenta Kaczyńskiego

Minęła 10 rocznica katastrofy smoleńskiej i takaż sama uroczystości pogrzebowych pary prezydenckiej w Warszawie i Krakowie. Wróciło pytanie o dorobek śp. profesora Lecha Kaczyńskiego i tego, jak był niszczony. Niechlubną rolę odegrały media III RP. Hejtowanie trwa do dziś.

 

Nieprzypadkowo Marcin Wolski napisał po Smoleńsku wiersz dedykowany mediom:

 

Bo pamięta poeta, zapamięta też naród

wasze jady sączone, bez ustanku dzień w dzień.

Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru…

Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień!”

 

Wielką, niespotykaną wcześniej kampanię nienawiści wobec głowy państwa skomentował prof. Zdzisław Krasnodębski, w słynnym tekście dla „Rzeczpospolitej” (14.04.2010): „Pomiatano Prezydentem w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie. Nie dbano o godność najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej”. Socjolog gorzko puentował: „Teraz już nie będzie przeszkadzał. Nie ma człowieka, nie ma problemu.” A od siebie dodawał ocenę, kierowaną w dużej mierze pod adresem mediów: „Gardzę wami”.

 

 „Ofiary politycznego sporu”

 

W tym roku, w tej samej „Rzeczpospolitej” (28.02.2020) czytamy tekst pod znamiennym tytułem: „Żołnierze Wyklęci, ofiary politycznego sporu”. Tekst zawiera takie, pozornie obiektywne stwierdzenie: „Dokładnie dziesięć lat temu śp. Lech Kaczyński złożył w Sejmie projekt ustawy, która 1 marca ustanowiła Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Inicjatywa zmarłego kilka tygodni później prezydenta wynikała z faktu, że po upamiętnianiu Armii Krajowej, Powstania Warszawskiego, Solidarności coraz większe społeczne zainteresowanie, najczęściej całkiem oddolne, budzili Wyklęci.” Możemy te słowa odczytać jako pochwałę wrażliwości Lecha Kaczyńskiego, dobrego odczytywania nastrojów społecznych, ale też jako zachowanie politycznie koniunkturalne. Ale to nic.

 

Droga do dyktatury

 

Polscy niepodległościowcy zmagający się po 1944 roku z drugim sowieckim okupantem i dedykowane im przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego święto – Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – to jeden z najważniejszych punktów dorobku głowy państwa. Część składowa jakże ważnej dla Niego polityki historycznej do dziś powoduje prawdziwą medialną kanonadę.

 

Nie będę przywoływał haniebnych opinii polityków lewej, (post)komunistycznej strony, w tym brylującej w hejcie na Wyklętych Joanny Senyszyn. O tym barbarzyństwie myślowo-słownym pisałem wielokrotnie, również na tym portalu. Przywołam typowy dla wspomnianych środowisk tekst medialny z portalu koduj24.pl, z 2016 roku (choć mógł się on ukazać w dowolnym miejscu i momencie po 2010 roku): „Historia na usługach polityki i poglądów to nie historia, to czysta konfabulacja, która prowadzi donikąd. Jedno jest pewne – każdy system dyktatorski buduje swoją siłę na legendach. Tworzy je, wbija swoim obywatelom do głów, uzasadniając swoją rację, swoją prawdę, swoją niezłomność i wyższość. Hitler odwoływał się do mitów starogermańskich, wyższości rasy aryjskiej. Mussolini budował Wielkie Włochy, które miały być kontynuacją Imperium Rzymskiego. Co robi PiS? Wykorzystuje Lecha Kaczyńskiego, by oprzeć się na legendzie smoleńskiej i dorzuca do tego, ot tak, w pakiecie, Żołnierzy Wyklętych. To ma być podstawa nowej Polski. To mają być jej bohaterowie, których czczenie da przyzwolenie na wszystko, co wykombinuje poseł K. To ma być siła, wokół której zbiorą się prawdziwi, polscy patrioci i poprowadzą nas drogą do dyktatury.”

I choć w tym przypadku Lech Kaczyński nie jest podmiotem ataku, to został sprytnie wkomponowany w dyktatorską koncepcję państwa jego brata „posła K”.

 

„Newsweek” jak Senyszyn

 

Podobne teksty, z inaczej rozłożonymi akcentami, mniej czy bardziej złośliwe, agresywne, tendencyjne i nieprawdziwe można było przeczytać na przestrzeni ostatniej dekady w wielu tytułach, by wymienić tylko „Gazetę Wyborczą”, czy „Politykę”.

 

Przywołam jedynie niedawny materiał „Newsweeka” (1 marca br.) Znów wystarczy właściwie tytuł: „Zlikwidować święto <<żołnierzy wyklętych>> [pisownia oryginalna – małą literą]”: „Nieco ponad dziesięć lat temu, zimą 2010 roku, prezydent Lech Kaczyński powierzył młodemu podsekratarzowi stanu w swojej kancelarii, Andrzejowi Dudzie, specjalne zadanie. 1 marca, na rocznicę stracenia w 1951 roku w mokotowskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej przywódców IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, urzędnicy pałacu prezydenckiego złożyli w Sejmie projekt ustanawiający w Polsce nowe święto – „Narodowy dzień pamięci Żołnierzy Wyklętych”. Pomimo tragicznej śmierci prezydenta w katastrofie pod Smoleńskiem, zwolnienia Andrzeja Dudy z pracy w pałacu i zmiany władzy, projekt ustanawiający święto wyklętych nie doznał żadnego uszczerbku.” I może tekst nie byłby warty zauważenia, gdyby nie finał: „W tym roku po raz dziesiąty obchodzony jest <<narodowy dzień pamięci żołnierzy wyklętych>> [znów pisownia oryginalna]. Oby po raz ostatni”. To towarzyszka Senyszyn w wersji „Newsweekowej”.

 

O co w tym wszystkim chodzi? 1. Wyklinać dalej polskich żołnierzy niepodległości. 2. Niszczyć dorobek Lecha Kaczyńskiego.

 

Lech Kaczyński w Muzeum?

 

I na koniec przykład, jak śp. prezydenta RP można niszczyć „subtelniej”. Na portalu naszemiasto.pl, w marcu 2019 r. znalazłem taki oto kwiatek: „Lech Kaczyński w Muzeum Żołnierzy Wyklętych? Okazuje się, że dyrektor placówki złożył prośbę o przekazanie tabliczek m.in. z nazwiskiem zmarłego prezydenta do zbiorów muzeum”.

 

Po tym następuje cytat z dyrektora Muzeum Jacka Pawłowicza: „To już jest historia, te nazwy, te tablice – tutaj jest ich miejsce. Nie na śmietniku, nie w jakimś skupie złomu, tylko tutaj, w polskiej Golgocie”.

 

I dalej: „Podkreślał też (Jacek Pawłowicz), że do zbiorów miałyby trafić nie tylko tabliczki z nazwiskiem Lecha Kaczyńskiego, ale też innych „zdekomunizowanych” patronów ulic, którzy nie przeszli pomyślnie procesu sądowej weryfikacji”.

 

Oczywiście ulica Lecha Kaczyńskiego nie została w Warszawie zdekomunizowana – jak sugeruje tekścik – ale zrekomunizowana na prosowiecką Armię Ludową. Ale o to właśnie chodzi. Wyśmiać – na poważnie, czy nieco lżej – dorobek bodaj najlepszego prezydenta Rzeczpospolitej po 1989 roku. Wcale nie śmieszno, tylko straszno.

 

 Tadeusz Płużański

Polska na indeksie. Rzecz o wolności słowa – analiza ks. ARTURA STOPKI

Fakt, że coś wolno powiedzieć w przestrzeni publicznej wcale nie oznacza, że mamy do czynienia z wolnością słowa. Dotyczy to mediów w znacznie większym stopniu, niż się może wydawać.

 

W tegorocznej edycji Światowego Indeksu Wolności Prasy, ogłoszonego 21 kwietnia, Polska znalazła się na 62. miejscu, kontynuując trwającą od 2016 roku tendencję spadkową. Można się pocieszać, że siódma dziesiątka to nie jakaś tragicznie odległa pozycja, skoro ranking obejmuje 180 państw. Można się krzywić, że potraktowano nasz kraj niesprawiedliwie, umieszczając nas zbyt nisko albo zbyt wysoko. Można przytaczać rozmaite argumenty i przykłady dowodzące rozkwitu wolności słowa w Polsce w ostatnim roku lub wskazujące na coś dokładnie odwrotnego. Jednak najpierw warto się zastanowić, czym naprawdę jest wolność słowa. Co rozumiemy pod tym pojęciem?

 

Ale zawsze będę bronić waszej wolności, byście mogli mówić, co tylko chcecie” – powiedziała ambasador USA w Polsce na antenie jednej z telewizji. Czy tymi słowami wystąpiła w obronie wolności słowa w Polsce? Niekoniecznie. Choć być może taka była jej intencja i właśnie w ten sposób jej wypowiedź przez wielu zostanie odebrana. Jednak gdy się wsłuchać uważnie w cytowane zdanie, można dostrzec zawarte w nim odniesienie do czegoś, o czym 13 maja 1869 roku mówił na jednym z odczytów publicznych, urządzonych przez Komitet Stowarzyszenia Pomocy Naukowej w Paryżu, Cyprian Kamil Norwid. Genialny poeta ponad sto pięćdziesiąt lat temu wyraźnie rozróżniał dwie wolności: wolność słowa i wolność mówienia. Co więcej, zwracał uwagę, że zazwyczaj miesza się te dwa pojęcia i najczęściej „To, co nazywają wolnością słowa, jest dotąd wolnością mówienia, la liberté de dire…”. Norwid konstatował też rzecz oczywistą, że wolność mówienia, co się chce, jest atrybutem wolności osobistej.

 

Właśnie w tym kontekście, wolności jednostki, tworzone są zwykle rankingi oceniające w konkretnym miejscu na świecie poziom wolności słowa w mediach. W dodatku ta wolność jednostki też jest w określony sposób definiowana, w zależności od stojącej za nią koncepcji antropologicznych lub ideologii. Warto i trzeba o tym pamiętać. Świadomość stosowanego kryterium pozwala uniknąć wielu nieporozumień i rozczarowań. Pomaga też tonować emocjonalne reakcje na publikowane zestawienia.

 

Problem wolności słowa – także tej w mediach – sytuuje się na innym poziomie, niż kwestia wolności osobistych. Wyjaśniał to papież Jan Paweł II w Olsztynie 6 czerwca 1991 r. Zajął się tym tematem w kontekście ósmego przykazania Dekalogu. Wbrew dość rozpowszechnionemu przekonaniu, istotą tego przykazania nie jest zakaz kłamstwa. Jego istotą jest obrona prawdy. Papież Polak jednoznacznie wskazywał wtedy, że punktem odniesienia dla rzeczywistej wolności słowa jest prawda. To ona ją weryfikuje. Utworzenie takiego rankingu wolności słowa w mediach jest radykalnie trudniejsze niż tylko zbudowanie klasyfikacji na podstawie wolności mówienia.

 

To, co wtedy powiedział o wolności słowa Jan Paweł II nie wszystkim przypadało do gustu. Bo też przedstawił rzecz trudną. Stwierdził, że niewiele daje wolność mówienia, jeśli słowo wypowiadane nie jest wolne. „Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych – dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami” – wyjaśniał. Dodał, że niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swojego – być może błędnego, sprzecznego z prawdą, opartego na fałszu – stanowiska.

 

Zauważył też, że nawet słowa wyrażające prawdę, też mogą nie być wolne. Powiedział coś bardzo mocnego. Stwierdził, że słowa mogą czasem wyrażać prawdę w sposób dla niej samej poniżający. „Może się zdarzyć, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, żeby uzasadnić swoje kłamstwo” – tłumaczył. Gdy czyta się dzisiaj, po prawie trzydziestu latach, tę wypowiedź naszego rodaka na Stolicy Piotrowej, jej aktualność szokuje. „Człowiek jest wolny, człowiek jest wolny także, ażeby mówić nieprawdę” – powiedział Jan Paweł II trzy dekady temu na ojczystej ziemi. Dziś brzmi to jak proroctwo. Ale też pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na doroczny Indeks Wolności Prasy. Zachęca do postawienia pytania, gdzie byłoby nasze miejsce wśród 180 krajów świata, gdyby istotnie kryterium zestawienia była prawda.

 

Papież nie miał wątpliwości, że słowo człowieka musi być wolne, musi wyrażać jego wewnętrzną wolność. Przekonywał, że nie można stosować środków przemocy, aby człowiekowi narzucać jakieś tezy. „Te środki przemocy mogą być takie, jakie znamy z przeszłości, ale w dzisiejszym świecie także i środki przekazu mogą stać się środkami przemocy, jeżeli stoi za nimi jakaś inna przemoc, niekoniecznie ta przemoc fizyczna. Jakaś inna przemoc, jakaś inna potęga” – przestrzegał Jan Paweł II. Prawie trzydzieści lat temu!

 

O. Maciej Zięba OP, komentując w jednym z wywiadów wskazania Papieża Polaka dotyczące wolności słowa, powiedział, że sama wolność wypowiedzi, wolność słowa nie wystarcza. Trzeba też umieć wziąć odpowiedzialność za wypowiadane przez siebie słowa. Nie chodzi tu o poddawanie się jakiejkolwiek formie cenzury lub autocenzury, lecz o gotowość do weryfikacji swoich wypowiedzi względem prawdy. Przy takiej próbie szybko może się okazać, że wolność mówienia wszystkiego, co się chce, wcale nie jest gwarantem faktycznej wolności słowa. Ci, którym rzeczywista wolność słowa przeszkadza i doskwiera, świetnie o tym wiedzą. Pozwalają mówić, co się chce, dbają jednak o to, aby trudne, a czasami wręcz niemożliwe było ustalenie, które z wypowiadanych słów niosą prawdę, a które kłamstwo. To o wiele gorsze niż jakakolwiek cenzura. I o wiele skuteczniejsze w ukrywaniu prawdy, w niszczeniu wolności słowa.

 

Wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa” – powiedział Jan Paweł II. Przekonujemy się o tym na własnej skórze w bardzo bolesny sposób. Niestety nie ma rankingu, który by nam to liczbowo i graficznie uświadamiał, umieszczając bliżej lub dalej od początku albo końca zestawienia. A szkoda.

 

Ks. Artur Stopka

Panie! Ale czy to jest skandal? – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Zdradzę Państwu jak czasem działają niektóre media. Zastrzegam, że jestem już w takim wieku, że raczej się uśmiecham, niż potępiam, ale nie bardzo potępiam, jak ktoś sobie potępia. Do rzeczy: jest materiał i redakcja ma do zagadnienia określony stosunek. Obojętnie jaki materiał, chodzi o mechanizm. Załóżmy, że redakcja uważa, że określona jakaś tam sprawa to skandal. Wysyła się reportera, którego zadaniem jest znaleźć człowieka, który powie, że to skandal. I błąka się taki reporter po świecie i pyta różnych ludzi o zagadnienie. No i on włącza kamerę, a rozmówca odpowiadając na zagadnienie dokonuje analizy wnioskując niestety niejednoznacznie. Nasz reporter idzie do kilku innych rozmówców na świecie i uzyskuje podobne odpowiedzi. Wraca dumny do redakcji i pokazuje szefowi. Szef ogląda, łapie się za twarzoczaszkę głośno artykułując opr: „Czyś ty przypadkiem młody reporterze nie pił płynu do dezynfekcji rąk? Cóżeś śmiał mi przynieść? Skąd ci biedni ludzie mają wiedzieć, że to jest skandal? Wywalaj mi z tym!”. Młodziak stremowany, ale trochę bezczelny pyta: „Ale skąd mam wziąć kogoś kto powie, że skandal, jak to żaden tam skandal?” Bogaty w życie redaktor świdrując oczami młodziaka cedzi: „Do Romualda Augustyniaka pójdziesz na ulicę Okrzeszei 187, weź puder, bo Romuald miewa twarz zanadto czerwoną. Następnie zadasz mu pytanie: „Panie, czy to skandal?” i żebyś miał włączoną kamerę”.

 

Uważam, że zagadnienie, czy jest w Polsce wolność prasy, jest zagadnieniem ważnym. Rozmawiam z ludźmi prywatnie między innymi na ten temat i oni mi mówią niejednoznacznie, „no wiesz, są różne stacje i różne gazety i one mają różne punkty widzenia i w swoich przekazach dziennikarze często są nieobiektywni, albo nawet nieuczciwi w tę stronę, albo w drugą stronę i jak sobie człowiek chce wyrobić pogląd to musi i tych przeczytać i tamtych obejrzeć. A generalnie to po nazwisku już właściwie wiadomo, co kto powie”. A ja ich pytam: „Ale wolno im tak mówić, że co chcą?”. A społeczeństwo mi na to: „No wiesz, w jednych miejscach to im wolno mówić tylko jedno, a w innych miejscach to tylko coś innego, ale w sumie, każdy gada co chce”.

 

Reporterzy bez Granic to taka międzynarodowa organizacja. Co roku robi Ranking Wolności Prasy. Polska od czasów rządów PiS spada w tych rankingach i aktualnie, jak opublikowano, jest na 62, czyli niskiej, pozycji. Rankingi przeprowadza się rozsyłając ankiety do dziennikarzy, dodać trzeba wybranych dziennikarzy. Podobno od jakiegoś czasu duża ich część trafia do Romualda Augustyniaka z ulicy Okrzei 187. Nie uważam tego wcale za skandal. Uważam, że jest to element wolnego świata z zabawnie błyszczącym pluralizmem.

 

Sławomir Jastrzębowski 

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

 

Jaka „Gazeta”, taki ranking – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Rozbawił mnie raport organizacji „Reporterzy bez Granic” mówiący o pogorszeniu się stanu wolności mediów w Polsce. Szczególnie w punkcie, który wymienia „Gazetę Wyborczą” jako medium wyjątkowo represjonowane. Bo na przestrzeni lat pamiętam szereg procesów, jakie w związku z wolnością słowa wytaczała… „Gazeta Wyborcza”.

 

Moje rozbawienie wynika jednak przede wszystkim z autopsji. Z wielu przypadków, jakie miałem z rzeczoną gazetą, opiszę jeden – moim zdaniem najbardziej smaczny.

 

Rzecz miała miejsce w 2013 roku. Wówczas organ Adama Michnika przytoczył mój apel opublikowany w „Super Expressie” do prezydenta RP (a był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu żołnierzy niezłomnych, ekshumowanych i identyfikowanych przez IPN na „Łączce” Powązek Wojskowych. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na Placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz.

 

Już nie wspomnę, że „Wyborcza” przytoczyła mój apel na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną. A ona była ogólnopolska, tak jak ogólnopolscy byli nasi bohaterowie walczący z komuną. Problem był jednak poważniejszy.

 

Dziennikarz „GW” napisał: „Apel poparły prawicowe portale. Rozpoczęły zbiórkę podpisów. Prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz odpowiedział, że pogrzeb odbędzie się w przyszłym roku według scenariusza, który planuje Bronisław Komorowski: z ceremoniałem wojskowym”. Była to tylko część prawdy, bo prof. Nałęcz przede wszystkim poparł mój apel opublikowany w „Super Expressie”.

 

I teraz będzie najlepsze. Przeczytałem w „Wyborczej”, że „według rzecznika IPN Andrzeja Arseniuka mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważa za niepotrzebną”. Rozmawiałem potem z rzecznikiem Arseniukiem, który nie krył oburzenia: „Z dziennikarzem <<GW>> nie rozmawiałem o pana apelu, nie mogłem więc powiedzieć, że akcję uważam za niepotrzebną” – zapewniał mnie i dodawał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję. Przepraszam za to całe zamieszanie”. Rzecznik IPN dodawał, że „Wyborcza” obiecała opublikować jego wyjaśnienie. Tak się jednak nie stało.

 

Żeby kontestować pogrzeb na „Łączce” (czy dlatego, że w tamtejszych dołach śmierci znalazły się ofiary zbrodniczego sędziego Stefana Michnika?) „Wyborcza” wykorzystywała jeszcze inne słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły”. Musiały być znowu „zmodyfikowane”, bo przełożony Andrzeja Arseniuka, prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił zupełnie co innego: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu”.

 

I jeszcze w skrócie, moje wcześniejsze doświadczenie z „Gazetą Wyborczą”. Kiedy w 1999 roku pracowałem w „Życiu Warszawy” i omawiałem zasadność ekstradycji Heleny Wolińskiej-Brus z Wielkiej Brytanii do Polski, Marek Beylin z „GW” nazwał to wstrętną pomarcową propagandą. Odpisałem, że chyba cofnął się do 1956 r., bo wtedy krwawa prokurator dostała ciężkie zarzuty od ekipy Gomułki, tyle że za swoje zbrodnie (podobnie jak inni zbrodniczy towarzysze) nigdy nie odpowiedziała.

 

Tak, tak. To ten sam Marek Beylin, który teraz napisał, że „udział w łże-wyborach grozi śmiercią” i że przestrzeganie konstytucyjnego – majowego terminu prezydenckiej elekcji to „zamach stanu”.

 

I tacy dziennikarze i ich gazety są, jak można domniemywać, informatorami „Reporterów Bez Granic” walnie przyczyniając się do powstawania „wolnościowych” raportów. Przepraszam – sygnalistami – bo tak to się chyba dziś nazywa.

 

Tadeusz Płużański

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

 

Paranoje ankietowanych – WOJCIECH POKORA o rankingu „Reporterów bez Granic”

Polska spadła na 62. miejsce w rankingu wolności prasy Reporterów bez Granic „World Press Freedom Index 2020”. To najniższa pozycja w Polski w tym rankingu. A prowadzony on jest od 2002 roku. To bardzo ważne, bo zarzuty, które dziś ankietowani stawiają Polsce (ranking powstaje na podstawie kwestionariuszy, które wypełniają wybrani eksperci. Raczej nie ze wszystkich środowisk dziennikarskich) nie są zarzutami, które pojawiły się po raz pierwszy. Jednak pierwszy raz spowodowały taki spadek naszego kraju w rankingu. Triumfalizm niektórych środowisk przy tej okazji, bardzo dziwi, bowiem nie ma się z czego tak naprawdę cieszyć. Oczernianie własnego kraju ze względu na własne partykularne interesy zawsze boli. I stawiam ten zarzut w pełni świadomie.

 

Czytam omówienie rankingu w „Gazecie Wyborczej”, bo wydaje mi się, że może być najlepiej poinformowana, jakie zarzuty zaważyły na pozycji naszego kraju. Czytam pierwszy z nich:

 

Niektóre sądy stosują art. 212 Kodeksu karnego, który zezwala na zastosowanie wobec dziennikarzy kary za zniesławienie do jednego roku więzienia. (…) Nawet jeśli sądy zwykle zadowalają się grzywnami dla dziennikarzy, stosowanie art. 212 skłania niezależne media do autocenzury – piszą autorzy rankingu i podają przykład »Gazet Wyborczej«, jako medium, którego te procesy dotyczą najczęściej”.

 

I sobie przypominam, że faktycznie, zarzuty pozywania z art. 212 Kodeksu karnego dotyczą w dużej mierze „Gazety Wyborczej” i nie jest to wcale nowa sprawa. Cofnijmy się kilka lat. Przede wszystkim zacznę od listu Jana Krzysztofa Kelusa do Adama Michnika z 2012 roku. Kelus – współtwórca Komitetu Obrony Robotników, opozycjonista napisał do Michnika tak: „Pozywając swych krytyków, zastraszasz potencjalnych polemistów, działasz przeciwko wolności słowa i ograniczasz swobodę debaty publicznej”, i dalej: „W czasach, gdy graliśmy w jednej drużynie, naszym adwersarzem w rozgrywce o wolność słowa był urząd Cenzury na ul. Mysiej. Urząd zniknął, do czego w pewnej mierze obaj się przyczyniliśmy. Czy zależy Ci na tym, żeby Twoje pozwy sądowe go zastąpiły? I czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w pewnej mierze już to się stało, skoro Sędzia Agnieszka Matlak w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej orzekła, iż »negatywne treści na temat Adama Michnika redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” oraz wydawcy tej gazety Agory S.A. są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego« (wyrok z dnia 26 września 2005; sygn. III C 1225)”. Kelus zareagował na pozew Adama Michnika przeciwko Rafałowi Ziemkiewiczowi, ale to nie był pierwszy taki pozew ze strony Michnika: „W zasadzie powinienem to zrobić znacznie wcześniej, gdyż każda z pozywanych przez Ciebie osób zasługiwała na okazanie z nią solidarności. Nie musiała w mojej ocenie mieć racji, wystarczyło, iż była osobą, której próbowałeś swym pozwem kneblować usta. (…) Moja bierność zaczęła mnie jednak coraz bardziej uwierać, a po zapoznaniu się z treścią ostatniego z tych pozwów, pełnego inwektyw i pomówień, dalsza bierna postawa wobec Twej aktywności pozwo-twórczej wydała mi się czymś wręcz nieprzyzwoitym”.

A aktywność pozwo-twórcza była wówczas imponująca. Oto kilka przykładów znalezionych na szybko w internecie. Sądzę, że nie wyczerpują tematu:

 

1. V 2005, Roman Giertych, poseł na Sejm – W czasie publicznej debaty w krakowskim klubie Rzeczpospolitej nazwał Adama Michnika „byłym partyjnym aparatczykiem”.

 

2. VII 2007, Jarosław Gowin, senator RP – W wywiadzie dla „Dziennika” stwierdził: „Pamiętam, jak wiele lat temu za poparcie idei lustracji zostałem przez Michnika nazwany faszystą”.

 

3. X 2008, Instytut Pamięci Narodowej – W publikacji IPN zatytułowanej „Marzec 1968 w dokumentach MSW” o ojcu Adama Michnika, Ozjaszu Szechterze napisano, że w 1934 roku był „aresztowany i skazany za szpiegostwo na rzecz ZSRR”.

 

4. Słowa będące przedmiotem pozwu padły w 2005 r., proces zakończony ugodą miał miejsce w 2006 r., Anna Jarucka, była asystentka Włodzimierza Cimoszewicza – Zgodnie z informacjami przedstawianymi w prasie oraz przez Polską Agencję Prasową pozew dotyczył przypisania Michnikowi udziału w „grupie trzymającej władzę” oraz stwierdzenia, że „Gazeta Wyborcza” „była dyspozycyjna”. Słowa te znalazły się w zacytowanych niżej wypowiedziach Anny Jaruckiej: „z przykrością muszę stwierdzić, że po 16 latach przemian nadal nie żyjemy w demokratycznym państwie, tylko żyjemy w państwie totalitarnym, w którym teraz kolejna grupa trzymająca władzę – i moim zdaniem jest to Cimoszewicz, Barcikowski, Michnik – realizuje własny scenariusz obsadzenia stanowiska prezydenta Rzeczypospolitej”. „Pan marszałek i dyspozycyjna wobec niego gazeta [Gazeta Wyborcza], której redaktor naczelny [Adam Michnik] był zawsze na Szucha częstym gościem, zrobili wszystko, żebym ja tutaj dzisiaj stanęła jako osoba niewiarygodna, jako osoba niezrównoważona psychicznie”.

 

5. Październik 2007, Robert Krasowski, redaktor naczelny „Dziennika” – W artykule „O rycerzach lustracyjnej wojny”, opublikowanym w „Dzienniku”, padło stwierdzenie: „Michnik poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków, wikłając się w wojnę, w której z roku na rok tylko tracił”.

 

6. Wezwane przedsądowe – 2007/2008, Andrzej Nowak, redaktor naczelny dwumiesięcznika „Arcana” – W wywiadzie dla „Dziennika” stwierdził: „Z mojej perspektywy pominięta została w pańskiej diagnozie bardzo ważna część rzeczywistości: niezwykle silna presja mediów, które – na czele z Michnikową Wyborczą – wmawiały innym mediom i polskiej szkole (a za ich pośrednictwem setkom tysięcy młodych wkraczających w życie Polaków), że polskość to nie jest ofiara, tylko oprawca, polskość to jest coś, czego trzeba się wstydzić i od czego trzeba się odciąć”.

 

7. 12 października 2005, Jerzy Targalski (Józef Darski), Tomasz Sakiewicz, p.o. redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” oraz wydawca tego czasopisma Zarząd Niezależnego Wydawnictwa Polskiego Sp. z o.o. – W artykule „Gry i zabawy Ubekistanu” opublikowanym w „Gazecie Polskiej” stwierdził: „Oczywiście można powiedzieć, że redaktor Michnik w niespodziewanym napadzie uczciwości postanowił zlikwidować w Polsce korupcję, którą poprzednio usprawiedliwiał jeśli korzystali na niej komuniści”.

 

8. IX 2006, Wojciech Wierzejski, poseł na Sejm – We wrześniu 2006 r. Wierzejski powiedział w programie „Teraz My” w telewizji TVN, że: „Michnik – jako członek KOR – był częścią „koncesjonowanej opozycji’, bo wcześniej był w PZPR, a potem się z tą partią „dogadał”.

 

9. XII 2001, Rafał Ziemkiewicz, dziennikarz – Napisał w „Życiu” w artykule z 14.11.2001, że „Michnik wmawiał nam uparcie – gdy leżało to w interesie jego formacji – że nic w tym złego, jeśli były konfident SB jest ministrem, dyplomatą i posłem”.

 

10. 2006, Ziemkiewicz, dziennikarz, wydawca „Newsweeka” Axel Springer – W tekście „Nie nadążam” opublikowanym przez „Newsweek” 18.09.2005 Ziemkiewicz napisał: „Adam Michnik robił wszystko, abyśmy nawet nie poznali nazwisk komunistycznych zbrodniarzy”.

 

11. 26 III 2007 – wezwanie przedsądowe, 27 IV 2007 – pozew, Andrzej Zybertowicz, profesor UMK – W artykule opublikowanym w „Rzeczpospolitej” napisał: „Adam Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację”.

 

12. 17 III 2008 – pozew Andrzej Zybertowicz, doradca Prezydenta RP – W wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” stwierdził: „Swoją drogą to ciekawe, kto mnie dotychczas pozwał do sądu: dwóch agentów i jeden ich zaciekły obrońca”

 

13. 30.IV.2003, Ad Novum Sp. zo.o., wydawca dziennika „Trybuna” – Brak cytatu. Według informacji z „Rzeczpospolitej”: „Trybuna sugerowała, że Agora niezgodnie z prawem odsprzedała swoje udziały w Canal+ oraz, że była winna Lwu Rywinowi pieniądze”.

 

14. V 2002, Andrzej Lepper, poseł na Sejm – Chodzi m.in. o wypowiedź z sejmowej trybuny: „Weźmy pana Michnika i Agorę. Przecież to jest tak wszystko pomieszane, są spółki, spółeczki, a pan Michnik za 2000 r. – o czym też piszę w książce – dostał ulgę podatkową w wysokości tylko 1800 mln zł, gdy w tym roku Wysoka Izba głosami lewej strony i PSL zatwierdziła zabranie emerytom, rencistom, studentom dopłaty do biletów, obniżyła zasiłki porodowe, skróciła urlopy macierzyńskie, zabrała opiekuńcze, tłumacząc, że w ten sposób zaoszczędzi się 1 mld zł. Magnat prasowy Michnik dostaje ulgę w wysokości prawie 2 mld zł, a emerytom, rencistom i biednym zabiera się 1 mld zł, bo to ma być oszczędność”.

 

15. IX 2007, Jarosław Kaczyński, Prezes Rady Ministrów – „Państwo chyba nie czytają Gazety Wyborczej. To, co się tam wyprawia, to Trybuna Ludu z 1953 r. Atak na nas przekracza wszelką miarę. Barańskiego (Marek Barański, dziennikarz TVP w PRL, później w „NIE” i „Trybunie” – red.) potrafią zostawić w tyle. Agora nie może nie mieć związków z oligarchią, jeżeli jest wydawnictwem na dużą skalę, a w Polsce gospodarka w niemałej części jest w rękach postkomunistycznych oligarchów. I w związku z tym zamówienia na ogłoszenia, reklamy, promocje są w ich rękach”.

 

16. 2005, Teresa Kuczyńska, Jerzy Kłosiński – redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” oraz jego wydawca – spółka TYSOL – Teresa Kuczyńska w sierpniu 2005 r. w tekście „To była nagonka” opublikowanym w Tygodniku Solidarność napisała, że „GW woła o inwigilację ugrupowań prawicowych, o delegalizację ich partii”.

 

17. IV – XI 2005, Antoni Macierewicz, poseł na Sejm, członek komisji śledczej – Według „Gazety Wyborczej”: „Macierewicz na konferencji prasowej cytował fragmenty pisma Czyżewskiego: »W procesie budowy i finansowania nowej siedziby Agory były zaangażowane firmy należące do grupy J. Kułakowskiego i A. Grochulskiego zarejestrowane w Wiedniu. (…) Przez jedną z tych spółek formalnie budowlanych (jej nazwa brzmiała Wera GmbH) przepłynęły znaczne pieniądze na rzecz Agory. Zasłoną do tej operacji był proces uczestniczenia tej spółki w budowie siedziby imperium pana Michnika«. A od siebie Macierewicz dodał: »To jest przez świadka pokazane jako mechanizm związków korupcyjno-mafijnych«. Andrzej Grochulski kierował kilka lat temu szczecińską spółką BGM Petrotrade Poland, której wspólnikom prokuratura zarzuca pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe na 280 mln zł. Inni posłowie z komisji opowieści Czyżewskiego o powiązaniach mafii paliwowej z prokuratorami, służbami specjalnymi i mediami traktowali wstrzemięźliwie. Macierewicz ocenił, że »zeznania Czyżewskiego uzyskały zasadnicze potwierdzenie w innych źródłach dowodowych«”.

 

18. 21 IX 2010 – wezwanie przedsądowe, Jarosław Marek Rymkiewicz, profesor nauk filologicznych – W komentarzu dla „Gazety Polskiej” w artykule Pamięć i Krzyż z 11 sierpnia 2010 roku miał stwierdzić o redaktorach „Gazety Wyborczej”: „rodzice czy dziadkowie wielu z nich byli członkami tej organizacji, która była skażona duchem ‘luksemburgizmu’, a więc ufundowana na nienawiści do Polski i Polaków. Tych redaktorów wychowano tak, że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża. Uważam, że ludzie ci są godni współczucia – polscy katolicy powinni się za nich modlić”, nazwał ich: „duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski”, zauważył też, że „Polacy, stając przy nim [krzyżu na przed Pałacem Prezydenckim], mówią, że chcą pozostać Polakami. To właśnie budzi teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść – na przykład w redaktorach »Gazety Wyborczej«, którzy pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami”

 

Pierwsza rozprawa (17 III 2011) miała charakter pojednawczy stron, do ugody nie doszło. Następną rozprawę wyznaczono na dzień 7 lipca 2011 roku. Wyrok ogłoszono 21 lipca 2011
roku.

 

19. 2006 Zbigniew Wasserman, minister koordynator ds. służb specjalnych – Według „Gazety Wyborczej”: „Były minister koordynator ds. służb specjalnych w styczniu 2006 r. zarzucał Gazecie, że toczy „zawziętą wojnę w celu ochrony układu ludzi władzy, biznesu, mafii i służb specjalnych” oraz że „działania i praktyki »Gazety Wyborczej« wskazują na instrumentalną manipulację polityczną”.

 

20. Wrzesień 2011. – Agora S.A. kontra Antoni Klusik o naruszenie dóbr osobistych za nazwanie „Gazety Wyborczej” „organizacją przestępczą i wrogą naszej cywilizacji”.

 

Tu nawet nie ma dekady. Rozumiem, że wówczas Polska mogła szybować w rankingach wolności prasy, a autorzy rankingu woleli nie podawać przykładu „Gazety Wyborczej”, „jako medium, którego te procesy dotyczą najczęściej”. Jakoś im się nie dziwię. Ówczesna aktywność pozwo-twórcza naczelnego tej gazety była bowiem imponująca. Mogliby się z rozpędu załapać.

 

W tegorocznym raporcie znalazły się jeszcze takie zarzuty jak ten, że polskie media publiczne „zostały przekształcone w tubę propagandową rządu”, a „ich szefowie nie tolerują sprzeciwu oraz neutralności ze strony pracowników i zwalniają tych, którzy nie chcą się podporządkować” oraz, że  „rządowe przemówienia i wiadomości pełne nienawiści stały się powszechne w mediach publicznych”.

 

Czytam te zarzuty i zastanawiam się, czy to możliwe, żeby ankietowaną w tym rankingu była europosłanka Sylwia Spurek? Ten styl i ekstremizm podpowiada mi, że to możliwe, jednak intuicja mówi, że gdyby to była ona, to spadlibyśmy na samo dno rankingu. Za brak Gucwińskich na antenie TVP. A wiadomo, czyja to wina, że już ich nie ma.

 

Wojciech Pokora

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

Zdalna praca nie zastąpi gościa w studiu – rozważania ŁUKASZA WARZECHY

Niemal dokładnie miesiąc temu pisałem na portalu SDP  o tym, jak może się zmienić telewizyjna publicystyka za sprawą epidemii. Stawiałem tezę, że dla mediów elektronicznych zapraszanie gości za pośrednictwem programów takich jak Skype, Zoom (od tego czasu odsunięty na dalszy plan z powodu swych problemów z zachowaniem szczelności), V-mix czy inne będzie tańsze, a więc ta metoda spowszednieje i będzie w użyciu po epidemii. Po miesiącu restrykcji i kilkunastu wirtualnych wizytach w różnych programach publicystycznych jestem bogatszy o nowe doświadczenia i mogę swoje poglądy sprzed miesiąca zweryfikować.

 

Dziś postawiłbym tezę, że zdalna obecność w programach publicystycznych stanie się powszechniejsza, ale na pewno nie zastąpi obecności fizycznej. Co więcej, sądzę, że media elektroniczne będą się starały jak najprędzej powrócić do tradycyjnej formy.

 

Przeciwko temu na pewno będą przemawiać pieniądze. Licencja na któryś z płatnych programów, mogących służyć do profesjonalnego zestawienia wirtualnego spotkania w studiu, kosztuje zapewne nie więcej niż kilka dni transportowania gości taksówkami. W zamian można mieć w studiu ludzi, którzy fizycznie nie mogliby się w nim pojawić. Jak pisałem miesiąc temu – odpadają też makijażyści, w niektórych mediach można ograniczyć działalność recepcji czy nawet oszczędzić na kawie. Wydaje się, że chodzi o absurdalnie małe sumy, ale media z powodu krachu rynku reklamowego znalazły się w tak ciężkiej sytuacji (o czym również na portalu SDP pisałem), że oszczędzenie w ten sposób tysięcy złotych miesięcznie może mieć znaczenie.

 

Jednak przez te kilka tygodni ujawniło się wiele minusów takiego modus operandi, zwłaszcza w telewizjach. Tam problem jest zdecydowanie największy.

 

Po pierwsze – są problemy techniczne. Łącza mają różną jakość i stabilność. Przy większej liczbie gości (tak jak w „Czterech Stronach Prasy” albo „Loży Prasowej”) zdarza się, że każdy z gości ma inne opóźnienie. Od momentu, gdy prowadzący skończy swoje pytanie, do chwili, gdy gość je usłyszy, zacznie odpowiadać i ta odpowiedź dotrze do widzów, mija czasami ponad sekunda. W telewizji to wieki, szczególnie jeśli nie dzieje się to raz, ale powtarza przy każdej wymianie zdań. Do tego dodać trzeba zrywające się czasem połączenie.

 

Sam miałem w ostatniej „Loży Prasowej” kłopotliwą sytuację: po ledwie kilku minutach programu (łączyłem się przez V-mix, który posługuje się jedynie przeglądarką) zamroził się mój obraz podglądu na studio (pozostałych uczestników nie widziałem) i tak już trwał zamrożony do końca programu. Miałem więc jedynie odsłuch i obraz samego siebie. Bardzo niekomfortowe.

 

Po drugie – kwestie techniczne właściwie eliminują żywą rozmowę. Owszem, to faktycznie porządkuje dyskusję, tak jak przewidywałem. Ale zarazem nieznośnie ją usztywnia. Reakcja na słowa innego gościa staje się nierzadko bezprzedmiotowa, a każda próba odezwania się poza wyznaczoną przez gospodarza kolejnością kończy się nałożeniem się na siebie kilku głosów. Bywa i tak, że z powodu opóźnienia prowadzący kilka razy powtarza „proszę”, czego gość nie słyszy, bo w tym samym czasie zaczyna mówić. Słysząc prowadzącego, przerywa, prowadzący znów mówi „proszę”… i tak dookoła Wojtek.

 

Po trzecie – to, co widzi widz, jest średnio atrakcyjne wizualnie. Każdy z gości jest pokazywany przez własną kamerę internetową, często o słabej rozdzielczości. Nie każdy potrafi dostosować oświetlenie w pomieszczeniu, gdzie się znajduje. Nie każdy umie złapać dobry kadr. Na ratunek przychodzą wszystkie możliwe triki, związane z wirtualną scenografią, ale to wciąż nie to, gdy manipulować trzeba dwoma, trzema czy czterema niemal nieruchomymi popiersiami. Pomiędzy którymi w dodatku nie ma żadnej interakcji. A przecież wizualna atrakcyjność programu przekłada się na jego oglądalność, a to z kolei – na reklamy.

 

Po czwarte – o czym również już wspominałem przed miesiącem – brak fizycznego kontaktu to brak interakcji opartej na niewerbalnych sygnałach. Zaś siedzenie w domu (nawet jeżeli część publicystów i komentatorów jednak wychodzi i spotyka się z ludźmi) generalnie wpływa na psychikę bardzo źle. Mam znajomych pracujących w redakcjach mediów elektronicznych lub dzienników, którzy mają serdecznie dość izolacji. Nie tylko dlatego, że ona źle na nas, bądź co bądź istoty społeczne, wpływa, ale też dlatego, że ogromnie trudno dzielić się pomysłami i konsultować je z sobą w warunkach pracy zdalnej. Jedna z redaktorek dużego dziennika mówiła mi już jakiś czas temu: „To koszmar. Mam ucho przyrośnięte do telefonu”. Na drugiej szali leży natomiast między innymi koszt powierzchni biurowej. (Nawiasem mówiąc, jedną z najgłębiej odmienionych w wyniku epidemii branż może się okazać deweloperka, sprzedaż i wynajem powierzchni biurowych właśnie).

 

Po piąte – nie wiem, jakie odczucia mają inni zdalni goście programów publicystycznych, a już zwłaszcza ci, którzy – jak prezenterzy TVN24 – prowadzą całe bloki z domu, ale mnie domowe otoczenie nie pozwala się w pełni skupić. Choć od lat pracuję z domu i w domu piszę teksty, to przywykłem, że komentuję ze studia, gdzie nic mnie nie rozprasza. Muszę się przyznać, że siedząc przy swoim biurku i łącząc się zdalnie z tą czy inną telewizją, mam nieodpartą ochotę zapalić fajkę, jak zwykłem robić przy pracy…

 

Powyższe uwagi w jakimś stopniu odnoszą się również do radia, choć tam brak obrazu ujmuje połowę problemów. Wciąż pozostają kwestie fizycznego kontaktu między gośćmi i prowadzącym czy jakości technicznej. Zwykły telefon nie jest idealnym rozwiązaniem, choć zastępował wizytę w studiu już wcześniej. Są na to jednak sposoby: goszcząc zdalnie w Tok FM, korzystałem z ichniejszej aplikacji, możliwej do zainstalowania w każdym systemie (z komórkami włącznie), dającej jakość transmisji bliską studyjnej. Wciąż jednak inaczej siedzi się z gośćmi i prowadzącym w studiu, a inaczej nadaje z daleka.

 

Można oczywiście zadać sobie klasyczne w takiej sytuacji pytanie: czy ludzie się aby nie przyzwyczają – i goście, i dziennikarze, i widzowie? Wszak przywyknąć można do wszystkiego. Odpowiadam: nie. Sytuacja nie jest bowiem tak drastyczna, aby przyzwyczajenie się wymuszała. Nie zgadzam się z twierdzącymi, że mamy do czynienia z „wojną”. W ogóle odłożyłbym na przyszłość orzekanie, z czym tak naprawdę mamy do czynienia: z wielką medialną histerią, opartą na kilku spektakularnych, ale niereprezentatywnych przykładach krajów, gdzie sytuacja z wielu złożonych powodów stała się wyjątkowo zła – czy może naprawdę z pandemią, jakiej świat nie widział. Tak czy owak, to nie jest ani dżuma, ani ebola. Oczekiwanie powrotu do normalności, lekko może tylko zmodyfikowanej, jest ogromne i to się stanie – choć oczywiście konsekwencje ekonomiczne będą potężne. Dziś zatem przewidywałbym, że zdalna praca i zdalne komentarze będą w mediach, owszem, obecne częściej niż dotąd, ale jednak fizycznej obecności gości w studiu czy dziennikarzy w redakcji nie wyprą i nie zastąpią. Co jest jakoś w tej smutnej sytuacji jednak optymistyczne.

 

Łukasz Warzecha             

Niewiele zależy od niezależności – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W dobie walki ze światowym wirusem, pojawiły się też wątki krajowe, zastępcze. Dla niektórych wiodące, ważne niezmiernie i najistotniejsze.

 

W skrócie. Pracownicy „Wiadomości” TVP zajęli się grillowaniem konkurencji z TVN – owskich „Faktów”.

 

W ramach obrony, przypalani medialnym ogniem wydali oświadczenie: „Nie będziemy odpowiadać ani komentować kłamstw”. Chuchali na zimne.

 

Wyobrażacie  sobie, że zaczęliby brnąć w polemiki i wspólnie zasiadać przy tym ognisku. Edward Miszczak starałby się tłumaczyć: „co prawda byłem w PZPR, ale takim Wallenrodem w szeregach przewodniej siły narodu”. Elokwentna Justyna Pochanke: „moja mama pracowała w FOZZ, ale wszystkie zarobione pieniądze przekazała na cele charytatywne”. Monika Olejnik, przyznając się do wspólnej eskapady z Adamem MichnikiemJerzym Urbanem oddałaby się zwierzeniom: „przebywałam z nimi, ale się nie cieszyłam”.

 

Ale nie idźcie tą drogą, apelował przed laty prezydent Aleksander Kwaśniewski, znany szerszej publiczności jako bohater licznych memów.

 

W oświadczeniu dziennikarzy TVN, które zostało odebrane jako takie: „z klasą”, pojawiło się jednak sformułowanie, które wzbudziło wątpliwości. A mianowicie: „jesteśmy niezależni”. Słowo „niezależność” zupełnie przecież nie pasuje do świata mediów. Jak już, to co najwyżej do ogłoszeń w gazetach. Matrymonialnych. „Bez zobowiązań, niezależna pod każdym względem, bez nałogów, pozna pana…”. Albo do edukacji telewizyjnej młodzieży: „Zbadaj liniową niezależność podanych wektorów”.

 

Proszę zasiąść do lektury książki Tomasza Lisa „Nie tylko fakty”. Zależny/niezależny (niepotrzebne skreślić) dziennikarz pisze, że musiał błagać współtwórcę TVN-u, aby ten zgodził się na emisję filmu z „goleniem prawym” i wspomnianym już Prezydentem w roli głównej. Taśma z Charkowa trafiła prosto do sejfu. Mariusz Walter argumentował: „Chcecie mi stację wyp… w powietrze?” I rozpoczął się żmudny okres, w którym wydawca „Faktów” nagabywał, aby to wyemitować. Redaktor T. Lis powiedział, że nie puszczenie tego filmu byłoby obrazą dla ofiar na wschodzie. Po długich negocjacjach wydano zgodę na emisję. Nie trzeba chyba dodawać, że w TVP ten materiał poszedł, ale dopiero wówczas, jak się władzuchna zmieniła.

 

Przecież telewizja tzw. misyjna, publiczna, nigdy nie była nieskazitelnie i apolitycznie czysta. Aby nie być gołosłownym, proszę np. sięgnąć po „Gazetę Wyborczą” z dnia 14.10.2002 r. Tam przeczytamy: „Bardzo się można było zdziwić, gdy w pierwszej połowie roku rankingi polityków zniknęły z serwisów TVP. Powód był prosty – notowania SLD i rządu spadały”.

 

Ale obecni piewcy informacji w TVP pozwalają sobie na znacznie więcej i umieszczają nawet psotne komentarze: „Prywatne telewizje w Polsce potrafią zachowywać się tak jakby były po prostu częścią sceny politycznej”. Aczkolwiek całkiem spora część społeczeństwa nie da się nabrać, że gdzieś w naszej galaktyce uchowała się telewizja „szanująca niezależność dziennikarską”. Zapewne są jeszcze wśród nas tacy, którzy sławetne już paski z „Wiadomości” biorą całkiem na serio i przyjmują do wiadomości. Tyle, że spora populacja krajanów, zwija boki i skręca się ze śmiechu.

 

W sprawie tzw. „niezależności”. Są różne modele władczego zarządzania umysłami. Istnieją postacie co walą prosto w twarz, co sądzą o tym i owakim. Bez ogródek  i zbędnych ceregieli Ale są też tacy, którzy starają się fałszywie przypodobać, a za plecami kręcą swoje lody. To tak trochę jest w telewizorniach. Obecna „słuszna linia władzy” z Woronicza nie rozmienia się na drobne, nie patyczkuje i nie bierze jeńców „totalnej opozycji”. Atakowani udają niewiniątka. Choć odpowiednie sympatie do „kaczora z Brukseli” i antypatie do „kaczora z Żoliborza”, są bardziej niż oczywiste. Ci pierwsi walą toporem bez maski, ci drudzy zakładają białe rękawiczki i używają tłumika. Mamy medialny pluralizm i wybór broni rażenia. Każdemu wedle potrzeb. Niezawisłych i suwerennych rzecz jasna.

 

Krzysztof Prendecki

Co ma FOZZ do koronawirusa? – ADAM SOCHA o walce „Wiadomości” z „Faktami”

Mogę robić zakłady, co i jak pokażą „Wiadomości” TVP oraz TVN „Fakty” i zawsze wygram. Jest to tak przewidywalne, że aż nudne.

 

Toteż, gdy okazało się, że w 10. rocznicę katastrofy smoleńskiej prezes Jarosław Kaczyński złożył wieniec pod pomnikiem na Placu Piłsudskiego i towarzyszyli mu gromadnie czołowi politycy PiS, nie zachowując przepisowej odległości od siebie 2 metrów, a także że tego dnia zrobiono wyjątek dla prezesa i otwarto bramę Cmentarza Powązkowskiego, żeby mógł złożył kwiaty na grobie swojej matki, było dla mnie oczywiste, że materiał o tym znajdzie się w „Faktach” TVN, odpowiednio skomentowany. Okazja i komentarz narzucały się sam, rządzący w czasie tak trudnym łamią publicznie i ostentacyjnie nakazy i zakazy, które sami wprowadzili.

 

Jako wydawca jakiejkolwiek stacji telewizyjnej też bym podjął decyzję o emisji takiego materiału. Zapewne, zgodnie z elementarną zasadą rzetelności dziennikarskiej, dałbym możliwość wyjaśnienia takiego zachowania  rzecznikowi rządu oraz rzecznikowi PiS. Tego mi w materiale „Faktów” zabrakło.

 

Było też dla mnie oczywiste, jak to, że po nocy nastaje dzień, że odpowiedzą na ten materiał „Faktów” będzie materiał „Wiadomości” TVP i że „Wiadomości” wezmą w obronę prezesa Jarosława Kaczyńskiego i polityków PiS-u. I nie zawiodłem się.

 

13 kwietnia, w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy, miliony widzów w Polsce dowiedziały się, że stacja TVN niczego nie potrafi uszanować, nawet 10. rocznicy tragedii smoleńskiej i przeprowadziła „ofensywę nienawiści”. Wytknęli, że materiał był zmanipulowany, bo nie podano informacji, iż składając wieńce pod pomnikiem ofiar katastrofy prezes i politycy przebywali tam w trybie oficjalnej  reprezentacji na uroczystości państwowej.

 

Nie wyjaśnili jednak, czy koronawirus również taki charakter zgromadzenia uwzględnia i w tym momencie nie atakuje?

 

W materiale dotyczącym złożenia kwiatów przez prezesa na grobie matki z kolei wytknięto, że „Fakty” pominęły, iż prezes składał także wieniec na grobie ofiar katastrofy na cmentarzu wojskowym oraz na wielu innych grobach indywidualnych ofiar, że zapłacił za wieńce z własnej kieszeni (pokazano rachunek) oraz uzyskał zgodę od zarządcy na otwarcie bramy i na wjazd na teren cmentarza autem z uwagi na chorą nogę (jest po operacji).

 

To wszystko było do przyjęcia, chociaż zakup wieńców za własne pieniądze i zgoda zarządcy na wjazd autem nie wyjaśniała podstawowego zarzutu postawionego przez „Fakty”, ale także przez inne media, mianowicie że zwykli obywatele nie mogą wejść na grób swoich bliskich na Cmentarz Powązkowski. Ten fakt jest po prostu nie do obrony i redaktorzy „Wiadomości” doskonale zdawali sobie z tego sprawę, więc starali się odwrócić uwagę widzów od istoty problemu i przykryć go rachunkami za wieńce. Gdyby na tym materiał się skończył, można by było przejść nad tym do porządku dziennego.

 

Jednak „Wiadomości” przycisnęły gaz do dechy i sięgnęły do korzeni TVN. Toteż po raz tysięczny dowiedzieliśmy się, iż twórcy stacji WalterWejchert byli agentami SB, sekretarz programowy Subotić agentem wywiadu wojskowego, dyrektor programowy Edward Miszczak członkiem PZPR, a prezenterka Justyna Pochanke jest córką Renaty, bliskiej współpracownicy księgowej FOZZ-u, a FOZZ to…

 

Wydawcy „Wiadomości” powinni pójść jeszcze dalej i poszukać w genealogii obecnych, amerykańskich właścicieli stacji. A nuż ich korzenie sięgają np. Nalewek i Komunistycznej Partii Polski? Jak się szuka, zawsze coś się znajdzie…

 

Tylko co to ma do rzeczy? Czy to Walter lub Miszczak przez swoich agentów zwerbowanych w otoczeniu prezesa Jarosława Kaczyńskiego namówili go, by postawił się ponad innych obywateli i nadał sobie przywilej dla nich niedostępny? I jeszcze na dodatek tak to wyreżyserowali, że towarzyszyła temu kamera podporządkowanej stacji telewizyjnej? Nie. Po prostu prezesowi – jak słusznie zauważyła scenarzystka Ilona Łepkowska (skądinąd osoba życzliwa prezesowi) – zabrakło empatii.

 

Czy moja organizacja SDP zajmie stanowisko w sprawie tak obrzydliwej i ohydnej metody walki propagandowej w wykonaniu „Wiadomości”, nie wiem. Ale ja pragnę wyrazić swój protest. Niestety, ale takie metody walki kojarzą mi się źle, kojarzą mi się z najgorszym okresem propagandy komunistycznej.

 

Adam Socha

 

Katolickie tygodniki, epidemia i plan B – analiza ks. ARTURA STOPKI

Epidemia pokazała, że dotychczasowy model funkcjonowania katolickich tygodników kolportowanych przez parafie, nie jest odporny na kryzysy. Jednak nie ich przetrwanie jest dziś najważniejsze.

 

Przez dziesięciolecia zdążyliśmy się już do tego widoku przyzwyczaić. Część wiernych wychodzących w Polsce z niedzielnej Mszy św. trzyma w dłoniach katolicki tygodnik. Nie wszyscy, ale wciąż jest ich wystarczająco wielu, aby te czasopisma nie tylko egzystowały, lecz również były w istocie najważniejszą i podstawową formą docierania przez Kościół do polskich katolików przez media. To coś więcej niż zwyczaj. To wręcz sprawdzony i w dużej mierze – jak dotąd – niezawodny model biznesowy. Epidemia koronawirusa właśnie go weryfikuje.

 

Od kilku tygodni kościoły w Polsce są puste lub prawie puste. Nie ma w nich potencjalnych nabywców katolickich tygodników. Zgodnie z państwowymi zarządzeniami siedzą w domach, w większej lub mniejszej liczbie korzystają z medialnych transmisji Mszy, zalecanych przez biskupów. Co w tej sytuacji zrobili wydawcy katolickich papierowych czasopism?

 

Bez współdziałania

 

Nie wypracowali żadnej wspólnej linii działania. Nie zaproponowali jakiegoś jednego rozwiązania dla całego kraju. Mamy do czynienia z całym ich wachlarzem. Od najbardziej radykalnego, polegającego na całkowitej rezygnacji z druku i skupieniu się na przygotowywaniu oraz promowaniu e-wydania, przez czasową rezygnację z kolportażu parafialnego wydania papierowego, aż po eksperymenty z zawartością wersji drukowanej. Eksperymenty polegające nie tylko na np. publikowaniu łączonych numerów, ale także na zmianie układu treści, całkowitym lub częściowym wycofaniu edycji diecezjalnych itp.

 

Nie ma znaczenia, który z katolickich tygodników istniejących w Polsce jaką metodę radzenia sobie z kryzysem zastosował. Za wcześnie na ocenianie, który z modeli okazał się najkorzystniejszy w dramatycznych czasach epidemii. Istotne jest, że w chwili kryzysu próżno wyglądać jakichś prób wzajemnego wspierania przez poszczególne tytuły, myślenia całościowego, w kategoriach dobra Kościoła i jego mediów jako pewnego ewangelizacyjnego bogactwa, które nie powinno ulec zniszczeniu. Dominują partykularyzmy, ochrona tylko własnego stanu posiadania.

 

Przetrwanie to za mało

 

To nie najlepiej wróży na przyszłość, a właśnie przyszłość najsilniejszych katolickich mediów jest dzisiaj stawką toczącego się zmagania. Jeśli wydawcy katolickich tygodników będą nastawieni tylko na przetrwanie okresu pandemii, a nie wykorzystają tego czasu na przygotowanie poważnych przekształceń i zmian w swoim działaniu, może się okazać, że po krótkotrwałym entuzjazmie i boomie, związanym z możliwością powrotu do kościołów, nastąpi stopniowa dezintegracja funkcjonującego przez dziesięciolecia „systemu”. A nowego nie będzie lub – jeśli się pojawi – czytelnicy nie będą na niego przygotowani.

 

Nie bez znaczenia będą również zmiany, jakie w rezultacie epidemii nastąpią na całym rynku medialnym w Polsce. Specyfika tygodników katolickich może się okazać wartością dodaną, jeśli uda się w kolejnym pokoleniu stworzyć silną grupę wiernych, lojalnych odbiorców. Jednak może ona również stanowić obciążenie, np. gdy zabraknie elastyczności w posługiwaniu się nowymi sposobami docierania z treściami do odbiorców.

 

Rząd dusz

 

Truizmem jest twierdzenie, że potrzeba znacznej intensyfikacji działań wydawców katolickich czasopism w Internecie. Wirusowy kryzys pokazał, że nie jest to wcale takie proste i oczywiste. Nie wystarczy stworzyć aplikację czy wrzucić pdf-a do internetowego sklepiku. Trzeba jeszcze sprawić, by czytelnicy chcieli z tych form licznie korzystać. Tego nie da się zrobić w ciągu kilku tygodni. Tego nie da się zrobić także ze względu na treść dużej części kościelnych tygodników wydawanych w naszym kraju. Łatwo się zorientować, że ich zawartość mocno dopasowana jest do wieku znaczącej części wiernych zapełniających jeszcze niedawno kościoły.

 

Młodzi znajdują w katolickich tygodnikach (niezależnie od wersji papierowej czy cyfrowej) dla siebie niewiele. Jeśli szukają treści religijnych lub około religijnych, to raczej odwiedzają katolickie serwisy internetowe albo znajdują je w mediach społecznościowych. Jeśli katoliccy wydawcy czasopism chcą do nich dotrzeć, muszą zacząć współpracować z tymi, którzy już w tej chwili w sieci mają swoisty „rząd młodych dusz”.

 

Społeczności i towarzyszenie

 

Konieczna jest dywersyfikacja zarówno kanałów dystrybucji treści, jak i źródeł dochodów. Wciąż niewykorzystanym w wystarczającym stopniu narzędziem pozostają różnego rodzaju prenumeraty i subskrypcje. Zarówno w odniesieniu do wydań papierowych, jak i cyfrowych. Trzeba jednak czegoś więcej, niż tylko tworzenie list prenumeratorów lub subskrybentów. Potrzebne są społeczności, zgromadzone wokół katolickich tytułów. Społeczności ludzi emocjonalnie związanych z nimi. Tak przyzwyczajonych nie tylko do otrzymywania treści, ale również do stałej komunikacji z ich twórcami, że gdy zawiedzie jeden kanał dystrybucji, będą ich niejako „automatycznie” szukać w innym. Dlaczego? Ponieważ będą mieli doświadczenie towarzyszenia im w ich codzienności ze strony redakcji.

 

Epidemia pokazała, że dotychczasowy model funkcjonowania głównych katolickich mediów, papierowych tygodników kolportowanych przez parafie, nie jest odporny na kryzysy. Wyraźnie zabrakło wydawcom myślenia o kategoriach „planu B”. Życie dowodzi, że nie ma nic pewnego i sprawdzonego raz na zawsze. Także w sferze katolickich, kościelnych tygodników wydawanych w naszym kraju.

 

Artur Stopka