Media przed, w trakcie i po pandemii – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Jakie zmiany na rynku mediów wywołała pandemia? Czy były one do przewidzenia? Jak przenosić aktywność do Internetu? Czy druk będzie miał jeszcze szansę po pokonaniu zarazy?

 

Spadki i skoki

 

Okres pandemii i związane z nim problemy z dystrybucją wersji drukowanych wywołały szereg zmian na polskim rynku prasy. Wydawanie w tradycyjnej formie zakończyły lub zapowiedziały zaprzestanie tej formy publikacji „Wprost”, „Podróże”, „Żagle”, „Przewodnik Katolicki”… Tymczasem w tym samym okresie zainteresowanie Polaków treściami dostarczanymi przez media znacznie wzrosło. Przyjrzyjmy się bliżej temu zjawisku.

 

Schyłkowy biznes

 

W porównaniu z mediami audiowizualnymi i nowymi mediami tygodniki opinii są schyłkowym biznesem” napisał dwa lata temu prof. Tomasz Mielczarek w obszernej analizie: „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości”[1]. W dalszej części pracy dodał: „ich ekonomiczna kondycja wyprzedzająco informuje o koniunkturze rynku medialnego”, a ich „los (…) uzależniony jest od umiejętności szybkiego i wprawnego odczytywania sygnałów płynących z systemu medialnego i systemu społeczno-politycznego”. Mielczarek podtrzymał przy tym zdanie, wyrażone już w „Raporcie o śmierci polskich gazet drukowanych” z 2012 roku (sic!)[2], że media drukowane ciągle źle sobie radzą w sieci. Według danych zgromadzonych przez profesora w pierwszym półroczu 2017 roku zaledwie 5% nakładu wszystkich tygodników opinii sprzedawało się w formie dosłownych elektronicznych kopii, co, jak stwierdził, nie miało istotnego wpływu na dystrybucję.

 

Zwiększone zainteresowanie mediami ale nie drukowanymi

 

W kwietniu ukazał się raport przygotowany na zlecenie LoveBrands Relations „Jakich informacji w dobie koronawirusa szukają Polacy?”. Prawie 60% badanych przyznało, że zwiększyło częstotliwość korzystania z mediów. Zainteresowanie wzrosło przy tym w bardzo atrakcyjnych marketingowo grupach, a zatem wśród kobiet i osób w wieku 35-49 lat. Większość tego tortu skonsumował Internet, stanowiący źródło informacji dla 86% badanych, na drugim miejscu znalazła się telewizja z rezultatem 76%[3]. Widać, że odbiorcy potrzebują informacji dostarczanych szybko, omalże w czasie rzeczywistym. Oprócz tych o samej pandemii, szukają też treści ekonomicznych, w związku z wprowadzanymi rozwiązaniami Tarczy Antykryzysowej i prognozami dla biznesu i rynku pracy. Ludzie „uziemieni” w domach oczekują też dostarczenia im przez media rozrywki. Czy wobec takich potrzeb prasa drukowana ma w ogóle szanse? O jej obecność w badaniach pytamy prezes LoveBrands Relations Dorotę Bieniek-Kaska.

 

„To nie jest czas dla drukowanych mediów”

 

– Pandemia koronawirusa silnie podziałała na nas wszystkich. Z jednej strony zwiększyła się nasza konsumpcja mediów, z drugiej strony jesteśmy namawiani do pozostawania w domach oraz czujemy obawę (uzasadnioną lub nie) przed dotykaniem przedmiotów, które ktoś wcześniej miał w swoich rękach – a tak jest w przypadku prasy drukowanej. Z tego powodu staramy się konsumować media w sposób dla nas bezpieczny. Według badania LoveBrands Relations Internet jest podstawowym źródłem informacji w czasie pandemii koronawirusa. Kolejne źródła informacji: media społecznościowe (39%) oraz radio (34%) nie zyskały aż tak dużo popularności. W tym pytaniu nie widać znaczących różnić wynikających z płci odbiorców. Warto zauważyć, że w miastach do 200 tys. ponad 90% respondentów deklaruje, że informacje zdobywa za pośrednictwem Internetu – przybliża rezultaty badania Bieniek-Kaska.

 

Inną sprawą jest aktualność informacji. W związku z koronawirusem większość (73%) Polaków szuka informacji bieżących, związanych ze statystykami zachorowalności i zgonów (K: 69%, M:55%), wiadomości ze świata (K: 60%, M: 56%) oraz prognoz dotyczących czasu trwania pandemii (K: 60%, M: 51%). Tu znowu wygrywają Internet i telewizja. Według badań Nielsena w marcu średni dobowy udział TVP Info wyniósł 6,50%, po wzroście względem analogicznego miesiąca w 2019 o 109,47%. Średni miesięczny wynik TVN24 w marcu wyniósł 5,85%, po wzroście o 40,34%. Stacja ta zanotowała najwyższy miesięczny udział w historii. Polsat News w ubiegłym miesiącu miał 2,47% udziału (również historyczny rekord), po największym wzroście kanałów informacyjnych względem marca 2019 roku – o 169,73% – dodaje prezes LoveBrands Relations.

 

Dobrze i niedobrze zarazem

 

W języku chińskim istnieje zwrot, który oznacza, że coś jest dobre i niedobre jednocześnie. Rezultaty przywołanego badania pokazują rosnące zapotrzebowanie na informacje przygotowane przez dziennikarzy, które są traktowane jako wiarygodne, bo gwarantowane przez redakcje. Radio traci wobec Internetu i telewizji ponieważ od dawna jest medium towarzyszącym, którego odbiorcy słuchają audycji w samochodach. Przy ograniczeniu przemieszczania się związanych z obowiązkiem pozostawania w domu, zyskują media, które angażują też wzrok. Wydaje się przy tym, że mniejsze zaufanie do treści pojawiających się w mediach społecznościwych może wyjść nie tylko rynkowi szeroko rozumianej prasy, ale też i wszystkim konsumentom na dobre. Oczekiwania odbiorców zmieniały się przy tym od dawna, a nie w ostatnich tygodniach. W cytowanych badaniach poświęconych tygodnikom, prof. Tomasz Mielczarek zwrócił uwagę, że nie zaglądało do nich w ogóle 65% studentów, a 60% wcale nie korzystało z treści dostarczanych przez prasę. Jak obecną sytuację oceniają naukowcy?

 

„Po pandemii nic już nie będzie takie samo”

 

Po pandemii nic już nie będzie takie samo. Obecna sytuacji przyspieszyła trwający od dawna proces odpływu czytelników od prasy w jej tradycyjnej, drukowanej formie. – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Wadliwie zinterpretowane rozporządzenie zaowocowało masowym zamykaniem punktów kolportażu prasy w centrach handlowych, co niemal natychmiast odczuli wydawcy. Decyzja o wydaniu „Wprost” i „Do Rzeczy” wyłącznie w wersji cyfrowej to w mojej opinii akt desperacji by minimalizować straty. O ile w przypadku „Do Rzeczy” słyszymy że jeszcze nie jest gotowe by przejść wyłącznie na e-wydania, to „Wprost” swój ostatni numer drukiem wydało 30.03.2020 i już do printu nie wróci. Nie umiem znaleźć przykładu potwierdzającego udane przejście czasopisma do sieci bez kontynuacji wersji drukowanej, to było raczej przedłużenie agonii. Z moich obserwacji wynika, że w znakomitej części przypadków migracja prasy do cyberprzestrzeni była podyktowana przede wszystkim… umocnieniem wydania drukowanego jako głównego kanału dystrybucji treści. Niestety, ale nie widzę świetlanej przyszłości przed „Wprost”. Mówię to z żalem, bo z każdym znikającym tytułem odchodzi kawałek naszego świata. Nie idealnego może, ale naszego.

 

„Nie słuchamy naukowców”

 

To zdanie słyszymy ostatnio często, głównie w kontekście walki z epidemią i ekonomii, a skierowane jest oczywiście do polityków. Co prawda warto przy tym pamiętać, że znany historyk prof. Norman Davies w swojej autobiografii napisał, że przeświadczenie, iż w środowisku akademickim znajduje się tylko mądrość, a każda wypowiedź warta jest zastanowienia, to absurd[4]. Świat uczony też ma swoje przywary, sympatie i antypatie polityczne i raczej nie utrzymuje postawy bezstronnego arbitra w wypowiedziach medialnych. Wróćmy jednak do opublikowanej dwa lata temu pracy prof. Tomasza Mielczarka: „los (tygodników opinii) uzależniony jest od umiejętności szybkiego i wprawnego odczytywania sygnałów”. Oczywiście pandemia i związane z nią perturbacje były nie do przewidzenia, ale konieczność zmiany formy aktywności już tak.

 

Do sieci przechodzi się z czytelnikami albo wcale

 

Branżowy kwartalnik „Doradca Kariery” 11 grudnia 2019 roku powiadomił swoich czytelników: „Tylko do 10 stycznia 2020 r. będzie można zamówić ostatni rok papierowej prenumeraty kwartalnika. Powód? Ogólnoświatowy trend w przechodzeniu do wersji elektronicznych. Okazuje się że >>wolimy<< wersje na tablety i komórki niż papier w ręce. Jest to tańsze, wygodniejsze i ekologiczne. Będzie więcej, konkretniej i bardziej szczegółowo. Internet też dodatkowo nie ogranicza nas powierzchnią kartek. Zrobimy dla Was przestrzeń ze wszystkimi potrzebnymi informacjami”. Dlaczego pismo założyło, że potrzebuje roku na wdrożenie nowych rozwiązań?

 

Decyzję podjąć łatwo – mówi redaktor naczelna Agnieszka CiereszkoDaliśmy sobie jednak ten rok po to, by wspólnie z czytelnikami i reklamodawcami wypracować najbardziej dla nich i dla nas atrakcyjny format udostępniania treści. To wymaga czasu. Konieczne jest przebudowanie witryny, zwłaszcza tej części, która stanowi e-sklep. Zbudowania systemu mikrosubskrypcji. Chcieliśmy przy tym uprzedzić naszych odbiorców, że to jest plan, a nie chaotyczne działanie, po którym albo się wynurzmy, albo nie. Ważne jest też pozostawanie z nimi w dialogu, żeby wprowadzone rozwiązania potraktowali na końcu jako „swoje”, a nie narzucone i trudno przez to akceptowalne.

 

Czy pandemia cokolwiek zmieniła w tych planach?

 

Nic – dodaje Ciereszko. – Nasza dystrybucja oparta jest o prenumeratę trafiającą do skrzynek. Dopóki działa poczta i firmy kurierskie, nie dzieje się nic, co by zmuszało nas do przyspieszenia realizacji planu.

 

W obronie druku

 

W dobie pandemii druk wydaje się być bardziej archaiczny niż kiedykolwiek. Nawet w przypadku dzienników informacje na papierze dostarczane są z opóźnieniem, a odbiorcy, co potwierdza badanie LoveBrands Relations, chcą dostać wszystko w czasie omalże rzeczywistym. W „Raporcie o śmierci polskich gazet” prof. Mielczarek przywołał badania, z których wynika, że z wydrukowanym medium obcujemy kilkakrotnie dłużej niż z portalem ogólnoinformacyjnym, najczęściej po prostu przewijanym. Stan epidemiczny to zmienia, bo nie dość, że mamy więcej czasu na media, to jeszcze chcemy mieć pełnię wiedzy, bo ta może zapewnić nam bezpieczeństwo (zdrowotne i ekonomiczne).

 

Całkowita rezygnacja z druku po okresie pandemii wymaga dziś pogłębionej analizy potrzeb konsumenckich. Stan obecny nie jest czasem zwyczajnym. Radio bez wątpienia ruszy stromo w górę, gdy wsiądziemy z powrotem masowo do samochodów. Nikt też nie myśli poważnie o całkowitej rezygnacji z rozgrywek sportowych, konferencji, czy koncertów, bo teraz ich zrealizowanie jest niemożliwe. Warunek powrotu do wersji papierowych jest dziś jeden – utrzymanie kadry, o której Mielczarek napisał tak: „zatrudnieni w tygodnikach dziennikarze stanowią elitę swego zawodu. (…) Stanowią wzór, do którego dążą lub z którym porównują się adepci tego zawodu”. Tylko tym razem druk będzie zapewne stanowił dodatek do rozwiązań odpowiadających na inne potrzeby konsumenckie, bynajmniej niezwiązane z padmemią.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Universitas, Kraków 2018, s. 219.

[2] Idem, Raport o śmierci polskich gazet drukowanych, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2012.

[3] Dane dostępne na stronie PAP: http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/156978,,badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja-polacy- – dostęp 07.04.2020 r.

[4] Norman Davies, Sam o sobie, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2019.

Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł – WOJCIECH POKORA polemizuje z ŁUKASZEM WARZECHĄ

Jest taki dowcip z brodą, o dżentelmenie, który podróżował pociągiem i w chwili, gdy zbliżał się do docelowej stacji postanowił nabić sobie fajkę. Wiadomo, łatwiej to zrobić siedząc i mając wolne ręce, niż w biegu, niosąc bagaż. W chwili, gdy wyjął akcesoria, podróżująca z nim dama podniosła lament, że w pociągu nie wolno palić, a ów dżentelmen to cham i prostak skoro tego nie wie. Narobiła przy tym takiego hałasu, że zwróciła uwagę wszystkich pasażerów i konduktora. Dżentelmen z fajką starał się grzecznie wytłumaczyć, że przecież nie pali, na co rozemocjonowana dama wykrzyczała, że może nie pali, ale się przecież do tego przygotowuje.

 

Przypomniałem sobie tę anegdotę podczas lektury zamieszczonego na portalu SDP tekstu Łukasza Warzechy, w którym autor przekonuje nas, że uruchomienie przez Polską Agencję Prasową projektu #FakeHunter jest zaczynem do przywrócenie urzędu cenzury z ul. Mysiej w Warszawie. Przyznam, że to mocne oskarżenie. A gdy dodać do tego przedstawioną przez redaktora Warzechę argumentację – zmyślony tekst, którym się posiłkuje, zaznaczając, że – co prawda nie jest to „fragment jakiegoś konkretnego tekstu czy wypowiedzi”, ale „odtworzona przeze mnie linia argumentacji, pojawiająca się w wielu momentach w społecznościowych, ale również w państwowych mediach, a także przebijająca z wypowiedzi niektórych polityków” – oraz przytoczona przez niego wypowiedź polityka partii rządzącej, który zapowiedział, że „stworzy projekt ustawy karzącej za fałszywki informacyjne” to mamy przykład doskonałej manipulacji i dezinformacji, którą przedstawiciele #FakeHunter mogliby się zainteresować.

 

Kilka dni temu rzecznik ministra koordynatora Służb Specjalnych Stanisław Żaryn poinformował, że okres epidemii jest czasem wzmożonych działań propagandowych ze strony Rosji. W podobnym tonie raportuje Komisja Europejska – „Rosyjskie media zorganizowały znaczną kampanię dezinformacyjną przeciwko Zachodowi, aby pogorszyć wpływ koronawirusa na społeczeństwa, wywołać panikę i nieufność”. To stała kremlowska metoda działania – w sytuacjach kryzysu podważać zaufanie do instytucji międzynarodowych i do rządów poszczególnych państw, by w zamieszaniu dystrybuować swoją propagandę, na którą łoży niemałe środki.

 

Jednym z przykładów takiego działania była niedawna informacja o tym, że Polska rzekomo chce zaanektować Obwód Kaliningradzki. Skąd taki wniosek? Rosyjscy propagandyści wykorzystując treść anonimowego komentarza pod artykułem w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” pt. „Koronawirus odcina Obwód Kaliningradzki” uznali, że Polska chce zaanektować terytorium Rosji. Wyglądało to w ten sposób, że pod artykułem pojawiły się komentarze w stylu – „Zawsze można zrobić referendum, może mieszkańcy będą chcieli przyłączenia do Polszy” czy „Lepiej by im było, gdyby Królewiec przyłączyć do Polski” (swoją drogą jak bardzo podobne w stylu są te komentarze do codziennego nawoływania do odzyskania Lwowa czy Wilna). Na anonimowe komentarze zareagowały rosyjskie media (trudno uwierzyć, że dyskusje na forach są tak uważnie śledzone, co może sugerować, że akcja była jednak przygotowana), które rozpisały się o tym, że Polska planuje przyłączenie Obwodu Kaliningradzkiego do Polski.  Na portalu Pravda.ru pojawił się komentarz eksperta Władimira Ołenczenki, który uznał, że wobec takich zamiarów Polski, należy przeprowadzić referendum w Suwałkach, gdzie ludność jest już zmęczona polskim totalitaryzmem i pomóc jej zorganizować coś na wzór Donieckiej Republiki Ludowej w Suwałkach.

 

Jak zauważa Rzecznik Ministra Koordynatora Służb Specjalnych, rosyjska gra propagandowa jest coraz bardziej złożona. Nagłaśniając prowokację z anonimowym wpisem na forum, poprzez medialną histerię w rosyjskiej przestrzeni medialnej, doprowadzono w konsekwencji do pojawienia się w przestrzeni publicznej gróźb wobec Polski, że na jej peryferiach też – jak na Ukrainie – w każdej chwili może pojawić się jakaś samozwańcza republika ludowa. Czy to realna groźba? A czy przywrócenie urzędu cenzury przy ul. Mysiej jest realną groźbą? Myślę, że nie. Ale redaktor Łukasz Warzecha próbuje nas przekonać, że jak najbardziej i kilka osób mu zapewne uwierzy. Tak jak wielu Rosjan uwierzyło, że Polska zaanektuje Kaliningrad. Obie manipulacje – i rosyjska i redaktora Warzechy, bazują bowiem na tych samych instynktach – trafiają do już przekonanych, karmiąc istniejące już w nich lęki. Trudno z tym polemizować, ale należy to nagłaśniać. I właśnie po to powstają projekty takie jak PAP-owski #FakeHunter, by nagłaśniać przejawy manipulacji i dezinformacji i dawać im odpór rzetelną informacją.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Dlaczego ma to robić Polska Agencja Prasowa? Nie może ktoś inny? Oczywiście, że możemy oddać całą walkę z dezinformacją i kłamstwami medialnymi w ręce międzynarodowych koncernów medialnych takich jak: Facebook, YouTube, Google. One same się do tego chętnie zgłaszają. Tylko czy rzeczywiście chcemy to zrobić? Przypominam, że to właśnie z tymi podmiotami dziennikarze toczą walkę o wolność publikacji. Niejasne zasady ograniczania wyświetlania treści w mediach społecznościowych, wyłączanie kanałów telewizyjnych przez YouTube to sytuacje bardzo częste, jeśli nie nagminne. Jeśli nie instytucje takie jak Polska Agencja Prasowa, jeśli nie finansowanie programów walki z dezinformacją przez agendy państwowe, to zostaje nam oddolna samoorganizacja z dość niejasnym finansowaniem. Albo nawet jasnym, ale powiązanym z rządami innych państw, i daj Boże, aby z sojusznikami. Bo warto wiedzieć, że grantodawcy narzucają też swoje priorytety, więc w zależności od tego, kto sfinansuje dane działanie, jego priorytety będą głównie realizowane. Nasze – przy okazji. Czy w dobie bezwzględnej wojny informacyjnej, gdy Rosja przeznacza na wsparcie rozsadników swojej propagandy ponad miliard euro rocznie, Polska powinna swoje bezpieczeństwo informacyjne powierzyć obcym mocarstwom lub instytucjom i firmom, których sposób działania budzi kontrowersję?

 

Wojciech Pokora

30 lat później uciekamy z kina „Wolność” – z punktu widzenia ŁUKASZA WARZECHY

Film „Ucieczka z kina »Wolność«” Wojciecha Marczewskiego ma niemal tyle samo lat, od ilu nie istnieje już w Polsce Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk: 30. Kilka dni temu – 11 kwietnia 1990 roku – przypadała rocznica likwidacji urzędu z ul. Mysiej.

 

Szkoda, że film Marczewskiego jest trochę zapomniany, bo historia cenzora nieumiejącego sobie poradzić z aktorami, którzy z ekranu kinowego nagle zaczynają mówić własnym tekstem, powinna i dzisiaj dawać do myślenia. Dlaczego? O tym za moment.

 

Najpierw zapomnijmy na moment, że była w Polsce komuna i cenzura. Przeczytajmy:

 

Mamy nadzwyczajne czasy. Polskie państwo zmaga się z być może największym wyzwaniem od 1989 roku. Rząd ofiarnie pracuje, aby powstrzymać rozwój epidemii. W tym czasie ogromną szkodę wyrządzają różne nieodpowiedzialne opinie i informacje, pojawiające się w sferze publicznej. Ostatnia rzecz, jakiej nam teraz potrzeba, to kwestionowanie rządowej strategii, wydawanych rozporządzeń, dzielenie włosa na czworo, podważanie kompetencji policjantów, pełniących ofiarnie służbę czy zawracanie głowy urzędnikom Ministerstwa Zdrowia absurdalnymi pytaniami.

 

To nie jest fragment jakiegoś konkretnego tekstu czy wypowiedzi. To odtworzona przeze mnie linia argumentacji, pojawiająca się w wielu momentach w społecznościowych, ale również w państwowych mediach, a także przebijająca z wypowiedzi niektórych polityków. Czy to państwu czegoś nie przypomina? Czy przywrócenie urzędu z Mysiej nie byłoby spełnieniem marzeń tych, którzy wygłaszają takie poglądy?

 

Ale też – czy to się częściowo nie dzieje? Z zaskoczeniem przeczytałem taką oto informację: „PAP i GovTech Polska uruchamiają narzędzie #FakeHunter. Państwowa aplikacja ma pomóc w walce z dezinformacją w sieci. Na razie na temat koronawirusa. W demaskowanie fake newsów może się włączyć każdy internauta. Wystarczy zgłosić budzącą nasze wątpliwości treść do zweryfikowania. W tym celu stworzona została dedykowana aplikacja. Informację sprawdzą – w oparciu o wiarygodne źródła – eksperci, a zgłaszający otrzyma link zwrotny z werdyktem”. Sprawdzanie faktów to dobry kierunek, ale niepokojące jest, gdy włącza się w to państwowa instytucja medialna. Zwłaszcza, gdy przypomnimy sobie szczęśliwie na razie bezpłodne groźby posła (dziś europosła) PiS Dominika Tarczyńskiego, że stworzy projekt ustawy karzącej za fałszywki informacyjne. Przy czym – jak już wiele razy pisałem – tym mianem (czyli z angielska fakenewsami) politycy chętnie nazywają po prostu niepasujące im opinie. Połączenie tych faktów powinno zapalić dziesięć lampek alarmowych naraz. To naprawdę jakaś zaskakująca tęsknota za nowoczesną formą cenzury.

 

Inny wątek to próba przedstawiania pracujących normalnie – czyli zadających pytania – dziennikarzy jako (przepraszam za zwrot, ale tak to jest nazywane) „zawracających d…” ofiarnie pracującym politykom. Jak pisałem niedawno na portalu SDP – to jest moment, gdy dziennikarze powinni szczególnie pilnować władzy, bo właśnie teraz najłatwiej usprawiedliwić wszelkie nadużycia wyjątkowymi okolicznościami. Dotyczy to także przepytywania urzędników państwowych, w tym Ministerstwa Zdrowia. A nawet szczególnie jego, ponieważ to ono odpowiada w największym stopniu za to, jak dzisiaj funkcjonuje Polska. Wnioskowanie o udostępnienie informacji publicznej – do samego urzędu przez NGO-sy lub obywateli, do rzeczników prasowych przez dziennikarzy – nie jest żadnym „zawracaniem d…”. Rzecznik prasowy nie robi nikomu łaski, udzielając odpowiedzi na pytania, zadawane przez dziennikarza. Za to mu płacą, taka jest jego rola i ma obowiązek się z tego zadania wywiązywać. Jeśli nie daje rady, minister powinien zmienić rzecznika lub powiększyć zespół prasowy.

 

Nikt nie zawiesił obowiązywania Ustawy o dostępie do informacji publicznej, na mocy której o odpowiedź mogą się zwracać nie tylko dziennikarze. Tymczasem MZ uznało najwyraźniej, że ta regulacja już go nie obowiązuje. Kompletne zignorowanie moich skromnych pytań, dotyczących obowiązkowych rękawiczek w sklepach, wysłanych do MZ w momencie ogłoszenia tej regulacji, to może nic takiego. Ale można odnieść wrażenie, że resort Łukasza Szumowskiego uznał, że już nic w tych sprawach nie musi poza dwuzdaniowymi odpowiedziami na zdalnie wysyłane pytania na konferencjach prasowych.

 

Oto jeszcze 23 marca wrocławskie Stowarzyszenie Polska Pro skierowało do MZ pytania m.in. o posiadane przez Polskę zasoby środków ochronnych oraz prognozy rozwoju epidemii. 27 marca z ministerstwa nadeszła odpowiedź w klasyczny sposób ogólnikowa i nie odpowiadająca nawet na najprostsze z zadanych pytań. Jedno z nich brzmiało: „Czy MZ dysponuje prognozą rozwoju epidemii w Polsce na najbliższe tygodnie?”. Jak słusznie zauważa stowarzyszenie, na to pytanie można udzielić krótkiej odpowiedzi: tak lub nie. Zamiast tego MZ stwierdziło między innymi, że „wszelkie procesy natury biurokratycznej zostały ograniczone do niezbędnego minimum, w tym również sprawozdawczość na potrzeby informacji publicznej”. (Korespondencję skierowaną do MZ można znaleźć m.in. w tym tłicie stowarzyszenia).

 

Rzadko używam takich słów, ale tym razem tak uczynię: takie postawienie sprawy to skandal. Żadne rozporządzenie ani ustawa nie zwalniają w tej chwili MZ z udzielania informacji publicznej w ustawowym terminie 14 dni i odpowiadania NGO-som czy dziennikarzom na zadawane pytania. Zwłaszcza, gdy są to pytania, dotyczące spraw naprawdę istotnych – między innymi tego, na jakiej podstawie MZ podejmuje swoje daleko idące decyzje, dezorganizujące normalną działalność państwa. Stowarzyszenie Polska Pro skierowało swoje pytania ponownie, przy okazji indagując ministerstwo, na jakiej postawie uznało ono, że ustawa o dostępie do informacji publicznej przestała je obowiązywać.

 

Ja również wysłałem do rzecznika ministerstwa swoje pytania. Chciałbym się między innymi dowiedzieć, na podstawie jakich modeli minister zdrowia kształtuje swoje prognozy przebiegu wypadków, jakie grupy ekspertów oceniają dla niego gospodarcze skutki podejmowanych decyzji oraz co w praktyce oznacza wprowadzony rozporządzeniem RM z 10 kwietnia obowiązek zakrywania ust i nosa „poza miejscem zameldowania lub stałego pobytu” (obowiązujący od najbliższego czwartku). Czekam na odpowiedź.

 

Często powtarzana jest fraza, że obecny czas to test – dla naszej jedności, zdyscyplinowania, odpowiedzialności. Może. Ja jednak widzę go przede wszystkim jako czas testu poważnego traktowania państwa i obywateli, naszych swobód i wolności, a także dla odpowiedzialności dziennikarzy za przypilnowanie tych właśnie spraw. Niestety, mam wrażenie, że ten test koncertowo oblewamy.

 

Łukasz Warzecha

Z braku laku… – KRZYSZTOF PRENDECKI o ciężkich czasach dla redakcji sportowych

Kolejna zmiana na naszym globie przewartościowuje priorytety sprawiając, że sport zszedł na dalszy plan.

 

Pytanie brzmi co mają począć w redakcjach sportowych? Oczywiście reagować pozytywnie. Przecież wybrało się sielankowy i beztroski zawód dziennikarza sportowego, a nie korespondenta wojennego w Syrii czy pracownika ochrony zdrowia, na pierwszej linii frontu. Z drugiej strony, trzeba zapełnić czymś łamy i być kreatywnym niczym młodzież, której akurat zgredy zabrały komórki.

 

Pozwoliłem sobie poprzeglądać strony związane ze sportem. Okazuje się, że światowa pandemia ma ścisły związek z futbolem. Chodzi o mecz Atalanta – Valencia, gdzie czterdzieści tysięcy kibiców z Bergamo przemieściło się na stadion San Siro w Mediolanie. A przecież nie tak dawno, również Liverpool gościł Atletico. Z pełnymi trybunami i fanami gości. My już wówczas pozamykani w domach, ze zdziwieniem patrzyliśmy na Anfield Road.

 

Redaktorzy, „robiący” na co dzień w dziale „aktywności fizycznej, dopingu i rywalizacji” zastanawiają się teraz nad powstaniem szczepionki. Wszystko za sprawą znienawidzonego przez kibiców właściciela klubu TSG 1899 Hoffenheim. Miliarder Dietmar Hopp zapewnia o pracach nad biopreparatem, w swojej medycznej firmie. Agencje nie podają czy po wynalezieniu, odpowiednie dawki medykamentu, będą dostarczane również autorom głośnych, obraźliwych transparentów.

 

Opisano także przypadek prezesa Slavii Praga. Klub niezwykle zasłużony dla piłki nad Wełtawą, ale nie aż tak, aby rozpisywać się o tym nad Wisłą. Ale Jaroslav Tvrdik poprzez swoje prywatne kontakty załatwił transporty ze sprzętem ochronnym i testami z Chin. Jak się okazuje, poza piłką kopaną, dobrze jest też stać na czele Czesko – Chińskiej Izby Handlowej.

 

Pojawił się też fake news z wypowiedzią „hiszpańskiej biolog”: „Dajecie piłkarzom milion euro miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku?” Nie wiadomo czy wymyślony cytat podziałał, ale znani piłkarze zaczęli przeznaczać kasę na walkę z chorobą. Przy okazji dowiadujemy się, o ile będą też mniej zarabiać kopacze od nowego sezonu. Czy wpłynie to na skuteczność wykonywania rzutów wolnych, liczbę przestrzelonych karnych i dokładność podań? Tego jeszcze nie wiemy.

 

Na sportowych łamach ukazują się wywiady z ekspertami – znawcami Azji, a także piłkarzami którzy grają na tym kontynencie. Całkiem spora dawka wiedzy na temat różnic kulturowych i organizacyjnych, gdzie antropologię i zarządzanie, okrasza się kulturą fizyczną, podejściem do dyscypliny i higieny osobistej. A następnie przedstawia się czytelnikowi w całkiem zwięzły i przystępny sposób.

 

No i jeszcze informacja na którą wielu czeka. Zagwozdka taka. Kiedy liga ruszy? Włosi na południu już chcą grać i przebierają nogami. Na takiej Białorusi wcale nie przerwali rozgrywek, bo dopiero co zainaugurowali sezon. Ale nie trzeba być wielkim boiskowym znawcą, aby się domyślić, że Canal plus meczu pomiędzy FK Gorodeya a Shakhtyor Soligorsk, nie pokaże. Choć fachowcy od piłki, u buka obstawiać mogą jak najbardziej.

 

Można także odnotować, że kibice pomagają. Albo jeszcze ciekawiej, że się biją. W Gorzowie miłośnicy Stilonu i Stali postanowili zignorować narodową kwarantannę i się ponaparzać. Jak pokazuje filmik na YouTube, nie zachowali od siebie obowiązującego dystansu.

 

Nie powinno to dziwić. Wystarczy przypomnieć sytuację, ze stadionu Garbarni w czasie wojny. Fragmencik dziennikarskiej relacji z okupacyjnych mistrzostw Krakowa, z października 1943 roku: „Pod koniec gry, przy stanie 0 : 0 sędzia podyktował karnego przeciwko Wiśle. Gorąco zaprotestowali piłkarze Białej Gwiazdy, a w ślad za nimi wiślaccy kibice, którzy niczym lawina zalali boisko. Zwolennicy „Pasów” nie chcieli być gorsi i rozpoczęła się totalna bijatyka, która przeniosła się na okoliczne ulice, docierając nawet do centrum Podgórza”.

 

Redakcje z braku laku, robią też wszelkie podsumowania i zgadywanki; „Najlepsze kluby w historii”, „Najpiękniejsze siatkarki”, „Zgody i kosy kibiców”, itp. Tu akurat ogranicza szanownych redaktorów tylko wyobraźnia. Kilka podpowiedzi:

 

– Numery butów piłkarzy, czy znasz dobrze stopy swoich idoli?

 

– Poznajmy wszystkie dziewczyny, które odrzuciły zaloty Davida Beckhama,

 

– Najgorsze murawy w IV lidze podlaskiej,

 

– Quiz. Która z poniższych postaci jest fanem Arsenalu: a) Książe Harry, b) Królowa Elżbieta II, c) Osama Bin Laden, d) Aleksander Kwaśniewski, e) wszyscy powyżej.

 

– Sonda: Który rudowłosy piłkarz zrobił więcej dla Ojczyzny: Tusk czy Boniek ? Na wszelki wypadek, wielka prośba o wyłączenie komentarzy.

 

W tym trudnych czasach, przydaje się być erudytą. Szerokie horyzonty, a nie tylko zaszufladkowanie do statystyk, opisywania transferów i biografii zawodników. Oczywiście nie każdy dziennikarz sportowy ma dar posługiwania się wysublimowanym językiem i piękną polszczyzną. Opowiadając przy tym z lekkością wice i sypiąc anegdotami jak z rękawa.

 

Dlatego dobrze jest czerpać od najlepszych z najlepszych. W ramach inspiracji, niech posłużą drogowskazy znakomitego felietonisty, dziennikarza redakcji sportowej „Rzeczpospolitej”, Stefana Szczepłka: „Lubię się grzebać w starych gazetach i dokumentach, bo dzięki temu przenoszę się w świat, którego już dawno nie ma. Kiedy przerzucam kartki przedwojennego „Przeglądu Sportowego”, „Raz, Dwa, Trzy” lub tygodnika „Stadjon”, czuję w nich zapach czasów marszałka, polskich jeźdźców i Janusza Kusocińskiego”.

 

Kiedy świat sportu zawisł w próżni, a zawodnicy ćwiczą w domowych kątach, można pójść w pisarstwo…ogólnorozwojowe. Rodem z Galicji Ryszard Niemiec, były koszykarz i reportażysta, potrafił pisać nawet do „Szpilek”. Tak z dekadę temu wydano drukiem felietony „Na barykadach wojen futbolowych”. I co? Wcale nie trzeba tylko o piłce kopanej. Tytuły tekstów: „Kto robi dobrze gospodarce?”, „Ekonomia i zazdrość”, „Laguna kryje Rywina”, „Stawiam na Suchocką”, „Po rozum do Putina?”. Tomik reklamowany jako: „zmagania ludzkich żywiołów, do których mimowolnie usiłuje się włączyć władza państwowa”.

 

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o Pawle Zarzecznym. Piłkarski fachura, tęga głowa i pisarsko nieodżałowany to był zawodnik. Publicysta, który swym oczytaniem, mógłby zawstydzić większość studentek filologii polskiej, pobierających stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W 2011 ukazał się zbiór felietonów nie-sportowych, publikowanych na łamach dziennika „Polska The Times” pt. „Zawsze byłem najlepszy”. Dzieło reklamowano całkiem zasłużenie: „nikt tak nie pisał od czasów Hłaski”. A wśród perełek znajdziemy rozważania: „O udręce, czyli byciu inteligentnym”.

 

Trudno życzyć żurnalistom podobnych tortur z zakresu zbyt wysokiego IQ. Wszystkim parającym się sportem (którego nie ma), można sugerować, aby znaleźli intelektualną odskocznię. Aby czerpali natchnienie od tych, co mają w wielu sprawach coś do powiedzenia. Najlepiej mądrze i interesująco. Ze swadą i znawstwem.

 

 

Wychowani na potrójnym K – WOJCIECH GÓRECKI o reportażu literackim

Polski reportaż literacki trzyma poziom, opierając się na swoich tradycyjnych filarach: faktach i ładnym opowiadaniu. W sytuacji, gdy za pomocą kilku kliknięć możemy zweryfikować niemal wszystko, tylko samobójca próbowałby w reportażu zmyślać.

 

Ćwierć wieku temu, w wywiadzie dla miesięcznika „Res Publica Nowa”, Ryszard Kapuściński powiedział mi: „Jestem za takim pisaniem, które przybliża, a nie rozdziela, które służy rozumieniu, a nie antagonizowaniu. Bardzo świadomie staram się, żeby moje książki były rodzajem tłumaczenia, przekładaniem jednej kultury na inną kulturę, jednej racji na inną rację, jednego sposobu myślenia na inny sposób myślenia. W dzisiejszym świecie można wysunąć pod adresem każdego długą listę często słusznych żalów, oskarżeń i krzywd. […] Wejście na drogę wypominania sobie przeszłości: a oni nam to, a my im to oznacza jednak zapędzenie się w ślepy zaułek. Jest to droga kolejnych krzywd, kolejnych cierpień i kolejnych strat ludzkich”.

 

Kapuściński (1932-2007) to najbardziej znany polski reporter. Jego książki doczekały się tłumaczeń na – jak dotąd – trzydzieści osiem języków świata (jak dotąd, bo wciąż ukazują się nowe). Do sukcesu „Cesarza”, „Szachinszacha”, „Wojny futbolowej”, „Imperium” czy „Hebanu” przyczyniły się oczywiście walory literackie tych dzieł, ale duże znaczenie miała też z pewnością przyjęta przez autora postawa „tłumacza kultur”.

 

Pod słowami Kapuścińskiego mogłaby podpisać się znakomita większość polskich reporterów. Można powiedzieć, że rosnąca popularność polskiego reportażu literackiego w kraju i za granicą wynika między innymi z faktu, że potrafi on przybliżyć i objaśnić czytelnikowi coraz bardziej skomplikowany i coraz mniej zrozumiały współczesny świat.

 

Metoda kropli wody

 

Reportaż literacki – ta zadomowiona w polszczyźnie zbitka w tłumaczeniu na obce języki traci często swój właściwy sens i brzmi jak oksymoron. A oddaje ona istotę tego gatunku, dwa filary, na których się opiera: „reportaż” odwołuje się do dziennikarstwa, a „literacki” – do literatury. Innymi słowy, reportaż literacki to ładnie opowiedziana historia oparta na faktach. Mówi o czymś, co naprawdę miało miejsce – nie zostało wymyślone – za pomocą artystycznych środków wyrazu. Na marginesie, autorem powyższej, najprostszej, ale bardzo trafnej definicji gatunku był inny wielki reporter, Krzysztof Kąkolewski (1930-2015).

 

Za ojca polskiego reportażu literackiego uchodzi Melchior Wańkowicz (1892-1974), który publikował reportaże krajowe i zagraniczne począwszy od lat 20., jednak największą sławę przyniosły mu utwory opowiadające o drugiej wojnie światowej, w tym monumentalny, trzytomowy reportaż „Bitwa o Monte Cassino”. Warto wspomnieć o Ksawerym Pruszyńskim (1907-1950), który w latach 30. zdobył popularność reportażami z Palestyny i wojny domowej w Hiszpanii. Ale prawdziwy rozkwit gatunku przypadł na lata 60. i 70., gdy zaczęły ukazywać się reporterskie książki Kapuścińskiego, Kąkolewskiego, Hanny Krall (ur. 1935), Małgorzaty Szejnert (ur. 1936) i wielu innych wspaniałych autorów.

 

Skąd wzięła się ówczesna popularność reportażu? Stąd, że pozwalał on – właśnie dzięki literackiej formie – „przemycić” między wierszami treści, które podane wprost nie mogłyby ukazać się w druku, bo zatrzymałaby je komunistyczna cenzura. Służyła temu tzw. „metoda kropli wody”, którą do perfekcji doprowadziła Hanna Krall: jak w kropli wody odbija się cały ocean, tak w opisywanych przez nią historiach odbijała się cała ówczesna polska rzeczywistość. Nie wolno było wspominać o pladze alkoholizmu, przedstawiało się zatem los pojedynczego alkoholika. Nie wolno było pisać, że komunizm jest zły, ale można było znaleźć gdzieś na dalekiej na prowincji jednego małego złego komunistę. Nie wolno było pisać źle o Związku Radzieckim, więc… ale o tym za chwilę.

 

Był to zatem reportaż aluzyjny, pełen niedomówień, wysublimowany, często wręcz poetycki. Oczywiście, cenzura i tak zachowywała czujność. W 1986 roku zapadła decyzja, aby zniszczyć cały, wydrukowany już dziesięciotysięczny nakład książki Hanny Krall „Katar sienny”, choć składała się ona z tekstów już opublikowanych w prasie i uzyskała akceptację Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (cenzura książek była w Polsce dwustopniowa: najpierw trzeba było uzyskać zgodę na druk książki, a następnie – zgodę na jej rozpowszechnianie). Ktoś widocznie jeszcze raz przeczytał całość i doszedł do wniosku, że tak duże nagromadzenie kropel wody grozi władzy prawdziwym potopem.

 

Na wschód od Arbatu

 

Debiutancką książką Hanna Krall był tom „Na wschód od Arbatu”. Ukazał się w 1972 roku i zawierał reportaże ze Związku Radzieckiego. Polacy tego kraju nie kochali, ale nakład rozszedł się błyskawicznie. Bo reporterka opisała ZSRR tak, jak opisywała Polskę.

 

We wstępie do wydania „Arbatu”, z 2014 roku, reporter Mariusz Szczygieł (ur. 1966) napisał: „Zagadka dla młodych czytelników. Oto zdanie o możliwościach dojazdu do miejscowości Wierszyna na Syberii: Autobus jeździ codziennie z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz, kiedy są zaspy, kiedy jest wiosenne i jesienne błoto i kiedy są na drodze wyboje – po deszczu, błocie i zaspach. Zdanie to krytycy wskazywali jako przykład mistrzowskiego stylu Krall oraz jako genialnie skonstruowaną informację. Co w nim jest niezwykłego? Otóż Krall pisze, że autobus do Wierszyny jeździ codziennie, ale jednocześnie pisze w zawoalowany sposób, że autobus do syberyjskiej wioski nie jeździ prawie nigdy. Nie mówi tego wprost, bo Związek Radziecki ma być wzorcem szczęśliwości, w którym wszystko skazane jest na sukces”.

 

Wcześniej, w 1968 roku, książkę o Kraju Rad zatytułowaną „Kirgiz schodzi z konia” wydał Ryszard Kapuściński. Pojechał tam na zlecenie Polskiej Agencji Prasowej. Miał przygotować publikację na pięćdziesięciolecie rewolucji październikowej. Tymczasem w „Kirgizie” nawet nazwa Związek Radziecki pojawiała się sporadycznie.

 

Kapuściński, który zawsze interesował się trzecim światem, pojechał nie do Moskwy, ale na Kaukaz i do Azji Centralnej, do republik najmniej rozwiniętych i najmniej zrusyfikowanych. Zamiast monolitycznego supermocarstwa opisał ziemie Gruzinów, Ormian, Azerbejdżan, Turkmenów, Tadżyków, Kirgizów i Uzbeków. Prastare kultury, które w ciągu historii przetrwały wiele najazdów i zaborów.

 

Warto zatrzymać się przy reportażu poświęconym Azerbejdżanowi. Tamtejsza elita partyjno-rządowa, podobnie zresztą jak elity z innych republik, snobowała się wówczas na godności doktorów, docentów, profesorów. Oto w jaki sposób reporter puszczał do czytelnika oko: „Okazuje się, że tutaj większość członków kierownictwa na tytuły naukowe. Prezydent [przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej – przyp. WG] Azerbejdżanu, Mamed Iskanderow, jest docentem geologii. I sekretarz KC, Weli Achundow, jest docentem medycyny. Premier, Enwer Alichanow, jest docentem geologii. Wicepremier, Askier Orudżew, jest docentem nauk rolniczych. Wicepremier, Taira Tairowa, jest doktorem. Wicepremier, Sulejman Wezirow, jest doktorem. Wicepremier, Rza Sadychow, jest doktorem. Sekretarz KC, Szichali Kurbanow, był docentem filozofii, dramaturgiem i poetą. Sekretarz KC, Gambar Kiazimow, jest doktorem.” Kawałek dalej Kapuściński napisał: „Uczony pięknie mieszka, zarabia krocie i jeździ wołgą”. Przekaz był jasny: sowieccy dygnitarze opływają w luksusy. A jak żyje prowincja? „Poza granicami miasta [Baku – przyp. WG] zaczyna się świat patriarchalny, od wieków znieruchomiały, pusty, niedostępny.”

 

Tak nie pisało się ani na Wschodzie, ani na Zachodzie. Taki reportaż to w dużym stopniu polski „wynalazek” i na pewno – polska specjalność.

 

Kryzys czasów przełomu

 

Paradoksalnie, upadek komunizmu i odzyskana na przełomie lat 80. i 90. wolność przyniosły kryzys gatunku. Można było pisać o wszystkim, więc ezopowy styl stracił rację bytu. Zabiegi stylistyczne i zabawy językiem nie pasowały do nowych czasów – te domagały się cyferek, konkretów i telegraficznego skrótu. Redakcje zaczęły liczyć pieniądze i często dochodziły do wniosku, że nie opłaca się im trzymać reportera na etacie. Bo dużo kosztuje (wielodniowe delegacje, hotele, przejazdy), a mało pisze, zwykle nie więcej niż jeden tekst w miesiącu. Puste miejsca po reportażu zaczęły wypełniać nowe gatunki: raporty, analizy i cover stories, a także wszechobecne reklamy. Jednym z nielicznych tytułów, gdzie reportaż cały czas się ukazywał, była „Gazeta Wyborcza”. Pierwszą szefową działu reportażu była tam – krótko – Hanna Krall. Potem przez wiele lat kierowała działem Małgorzata Szejnert.

 

Ówczesne dylematy dobrze oddaje wypowiedź Piotra Gabryela (ur. 1961), który porzucił świetnie zapowiadającą się karierę reportera na rzecz pracy redaktorskiej (dziś jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”). W miesięczniku „Bestseller”(nr 11/1991) przytoczono takie jego słowa: „Nie robię już tego, co najbardziej lubiłem, ale w ten sposób już na świecie się nie pisze. To czym się teraz zajmuję, nie sprawia mi już tyle przyjemności, ale czuję, że jest to bardziej europejskie” (pamiętajmy, że słowo „europejski” miało wtedy wyłącznie pozytywne konotacje). Gabryel – i nie tylko on – był przekonany, że reportaż literacki wyczerpał się jako formuła opisywania świata. Wielu reporterów odeszło wtedy w ogóle z zawodu: do dyplomacji, polityki, biznesu.

 

Ale spora grupa pozostała, z pokolenia Gabryela chociażby Jacek Hugo-Bader (ur. 1957), Wojciech Jagielski (ur. 1960), Włodzimierz Nowak (ur. 1958), Lidia Ostałowska (1954 – 2018), czy Paweł Smoleński (ur. 1959) – nazwisk należałoby wymienić tu  o wiele więcej. I ciągle dochodzili nowi, wychowani na słynnym „potrójnym K” (Krall, Kapuściński, Kąkolewski).

 

Starzy mistrzowie dodawali im otuchy. W „Lapidarium II”, które ukazało się w 1995 roku, Ryszard Kapuściński napisał: „Szansą literatury (w tym reportażu) jest schodzenie w głąb. Powierzchnia została zawłaszczona przez obiektyw, przez kamerę, przez obraz. Drążenie, kopanie, odkrywanie warstwa po warstwie – oto czemu trzeba się oddać, w czym zagłębić”. Zaś w cytowanym już wywiadzie Kapuściński przekonywał: „Uważam, że powinny istnieć równocześnie dwa rodzaje reportażu. Pierwszy opiera się na aktualnej, bieżącej informacji: stało się dzisiaj to i to. Taki reportaż, opisujący powierzchnię historii, która toczy się na naszych oczach, pozostanie główną strawą środków masowego przekazu. Dla przeciętnego odbiorcy otaczająca nas rzeczywistość i dziejąca się historia przejawia się bowiem w poszczególnych wydarzeniach. On je dostrzega, ale nie umie ze sobą powiązać. Drugi rodzaj reportażu powinien z potoku dziejących się wydarzeń umieć wysnuć refleksję, próbować nadać pewną logikę temu, co wydaje się alogiczne, i ustalić pewne prawidła tego, co wydaje się być pełną anarchią i chaosem”.

 

Wielki powrót

 

Jak to się stało, że skazany – wydawałoby się – na niskonakładowe miesięczniki i książki oraz garstkę wielbicieli reportaż literacki wrócił jednak do łask? Że reportaże zaczęły zajmować pierwsze miejsca na listach bestsellerów, a czołowi reporterzy uzyskali status celebrytów? Wreszcie, że polski reportaż zaczął podbijać świat, stając się jednym ze znaków firmowych polskiej literatury i polskiej kultury?

 

Powodów jest kilka. Po pierwsze, tradycja. Książki mistrzów przetrwały kryzys, ciesząc się niezmiennym powodzeniem u czytelników. One utorowały drogę książkom ich następców, którzy mieli się do czego odwoływać.

 

Po drugie, specjalizacja. Nie sposób pisać dziś kompetentnie o całym świecie, więc reporterzy zaczęli skupiać się na konkretnych problemach czy regionach, stając się nieraz wybitnymi ekspertami: Wojciech Jagielski od Afryki, Paweł Smoleński od Izraela i Palestyny, Mariusz Szczygieł od Czech. Obok innych walorów siłą ich książek stała się unikalna, gromadzona latami wiedza.

 

Po trzecie, rozwód reportażu z mediami. Reportaże wciąż drukowane są w gazetach, ale w coraz mniejszym stopniu jest to gatunek dziennikarski, a w coraz większym – odrębny byt na pograniczu dziennikarstwa i literatury pięknej. Reporterzy – coraz częściej nie są nimi etatowi dziennikarze – mogą w związku z tym bardziej koncentrować się na własnych projektach i książkach, nie czując presji redakcyjnych zamówień i deadline`ów. Sprzyja temu rozwijający się system grantów i stypendiów.

 

Po czwarte, zmęczenie fikcją. Podczas drugiej wojny światowej udziałem milionów ludzi stały się przeżycia, wobec których bladły wszelkie fantazje i zmyślenia, dlatego po wojnie tak bardzo rozwinęła się – w skali globu – literatura faktu: wspomnienia, biografie, książki historyczne. Dziś wyraźne jest znużenie wszelką nieautentycznością: światem reklam, oper mydlanych, fake news`ów. Nieprzypadkowo redakcja słowników oksfordzkich wybrała na słowo roku 2016 post-prawdę. Ludzie, a przynajmniej duża ich część, chcą się dowiedzieć, JAK BYŁO NAPRAWDĘ. I ciągle lubią czytać o innych ludziach.

 

Po piąte, dobra literatura. Polski reportaż literacki trzyma poziom, opierając się na swoich tradycyjnych filarach: faktach i ładnym opowiadaniu. Oczywiście, co jakiś czas pojawiają się zarzuty, że w tej czy innej książce nie wszystko się zgadza (w Polsce od kilku miesięcy toczy się ożywiona dyskusja, co wolno reporterowi, a czego nie), ale przy skali reporterskiej produkcji są to wyjątki. W sytuacji, gdy za pomocą kilku kliknięć możemy zweryfikować niemal wszystko, tylko samobójca próbowałby w reportażu zmyślać.

 

Pierwsze skoncentrowane na reportażu oficyny, na czele z wydawnictwem Czarne, powstały jeszcze w latach 90., ale rozwinęły się już w nowym stuleciu. W kolejnej dekadzie reportaż został uznany za pełnoprawną literaturę, na równi z tomem wierszy czy powieścią. W 2015 roku literacką Nagrodę Nobla otrzymała białoruska reporterka Swietłana Aleksijewicz, uważająca się za uczennicę Kapuścińskiego (krytycy uznali, że to nobilitacja gatunku). Dwa lata później polską Nagrodą Literacką „Nike” uhonorowano reporterską książkę „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezarego Łazarewicza (ur. 1966). Od 2010 roku przyznawana jest Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki.

 

Dlaczego nie Słowacy!?

 

W 2015 roku powstało wydawnictwo Absynt. Założyli je Polak – Filip Ostrowski i Słowak – Juraj Koudela. Pomysł był prosty: wydawać polski reportaż na Słowacji. Filip i Juraj doszli do wniosku, że to nie musi być tylko polski fenomen: jeśli te książki masowo czytają Polacy, to czemu nie Słowacy? W oficynę włożyli własne pieniądze.

 

Sukces przeszedł ich oczekiwania. Dziś mają na koncie około pięćdziesięciu tytułów (stan na listopad 2017 – przyp. red.), weszli też na rynek czeski. Na ich spotkaniach autorskich trudno znaleźć wolne miejsce. A jeszcze dwa lata temu słowaccy czytelnicy nie mieli większego pojęcia nie tylko o polskich autorach (z wyjątkiem Ryszarda Kapuścińskiego), ale w ogóle o gatunku.

 

Aktywność i sukcesy Absyntu wpisują się w szerszą tendencję. W dobie globalizacji fenomen polskiej szkoły reportażu musiał przekroczyć granice i „zainfekować” inne kraje. Nawet pozaeuropejskie. Moja książka „Toast za przodków” o Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie wyszła w swoim czasie na Tajwanie w chińskich znakach tradycyjnych. Tamtejszy wydawca, Chih-feng Liao z Asian Culture Publishing tłumaczył, że książka zainteresuje czytelników, bo Tajwan, tak jak Kaukaz, leży przecież na pograniczu Wschodu i Zachodu.

 

Wojciech Górecki

 

Materiał powstał w ramach projektu „Dziennikarze mówią o Polsce – dialog dziennikarzy polskich z dziennikarzami zagranicznymi”. Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu Dyplomacja Publiczna 2017 – komponent „Współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2017”

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

 

POLECAMY: #FakeHunter, czyli – jak zostałem łowcą fejków – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

O projekcie #FakeHunter (adres internetowy: fakehunter.pap.pl), w który jestem zaangażowany, nie będę się rozpisywał. Wszystko jest na stronie. Można na niej zapoznać się z działaniem systemu, zasadami fact checkingu, zespołem, a w końcu pobrać wtyczkę do zgłaszania potencjalnych fake newsów a nawet zgłosić się do społeczności „fake hunterów”.

 

A może jednak trochę się rozpiszę, bo jednak trudno mi się powstrzymać.

 

#FakeHunter to serwis a właściwie cały system fact checkingowy o charakterze tematycznym. To znaczy, że skupia się na jednym obszarze tematycznym, nazwijmy go „około-koronawirusowym”. O powodzi, potopie wręcz, dezinformacji, siejących panikę celowo lub bezrefleksyjnie ludziach i środkach przekazu, pisałem na portalu SDP już w styczniu, gdy koronawirus był jeszcze, choć ciekawą i dramatyczną, ale dość jeszcze odległą informacją z Chin.

 

I, można powiedzieć, – przeszedłem od słów do czynów, angażując się jako koordynator w projekt Polskiej Agencji Prasowej i GovTech Polska – #FakeHunter, którego celem jest zwalczanie epidemii fejków i dezinformacji. W środę ósmego kwietnia 2020 roku miała miejsce oficjalna premiera serwisu, publiczne udostępnienie wtyczki do przeglądarek, za pomocą której można zgłaszać wątpliwe treści z Internetu, społecznościowo-eksperckiego systemu weryfikacji zgłoszeń i portalu prezentującego wyniki naszego fact checkingu.

 

Stron i serwisów weryfikujących informacje jest sporo. Nasz projekt ma przynajmniej kilka cech wyjątkowych. Przede wszystkim oferujemy użytkownikom rozszerzenie/wtyczkę do przeglądarki Chrome i FireFox, za pomocą której łatwo mogą zgłaszać treści ze stron internetowych do systemu, w którym zajmujemy się fact checkingiem. I tu pojawia się kolejne nowatorskie rozwiązanie – społeczność „fake hunterów” (tak ich nazywamy, a właściwie wszyscy się tak nazywamy). Rekrutowaliśmy ich i szkoliliśmy przez ostatnie parę tygodni. Stanowią „pierwszą linię” weryfikacji informacji. W „drugiej linii” zgłoszenia wprowadzone do systemu, są czytane i weryfikowane przez zespół ekspertów Polskiej Agencji Prasowej. Werdykty ukazują się na portalu, którego adres podałem na wstępie.

 

Już wiemy, że weryfikacja faktów nie zawsze jest prosta, że pojawić się może nieskończoność problemów interpretacyjnych, niejasności i wątpliwości. Mamy nadzieję, że metodologia, którą wypracowaliśmy a właściwie ciągle wypracowujemy, obroni się i z czasem okrzepnie jako trwały standard weryfikacji faktów.

 

To zresztą dopiero pierwszy krok. Chcemy doskonalić i rozwijać system. Zapewne niektórzy, słysząc o tych wszystkich planach, mogliby dojść do wniosku, że co jak co, ale pomysłów mamy zdecydowanie zbyt wiele.

 

Ruch walki z infodemią

 

Weryfikacja faktów i prostowanie dezinformacji, z których prawdziwą eksplozją mamy do czynienia od kiedy po świecie zaczął grasować koronawirus, to już międzynarodowy ruch z prawdziwego zdarzenia. Już w styczniu pisałem, że infodemicznego byka za rogi wzięły organizacje i platformy zajmujące się sprawdzaniem faktów z trzydziestu krajów współpracujące za pośrednictwem International Fact-Checking Network pod patronatem Instytutu Poyntera na rzecz identyfikacji i weryfikacji fake newsów. W serwisie FactCheck.org publikowana jest lista dezinformacji, fake newsów i manipulacji na temat epidemii koronawirusa, przygotowana przez weryfikatorów pracujących dla globalnej sieci.

 

Oto przykłady przypadków z FactCheck.org, bardzo podobne do tego co trafia do FakeHuntera:

 

Np. wiele postów w mediach społecznościowych fałszywie głosiło, że wirus został opatentowany, a szczepionka jest już dostępna. To nieprawda. Patenty, do których odnosiły się badane wpisy, odnoszą się do innych wirusów.

 

Jeden z autorów społecznościowych na Facebooku niezgodnie z prawdą stwierdził, że odpowiedzialny za rozprzestrzenianie się nowego koronawirusa jest komik Sam Hyde, co brzmi może anegdotycznie. Na poważnie, to naukowcy wciąż pracują nad ustaleniem źródła koronawirusa, a dowody sugerują, że został on po raz pierwszy przekazany człowiekowi przez zwierzę. Nie jest jednak dowiedzioną prawdą, jak to kategorycznie głosiła na Twitterze poseł Sylwia Spurek, że mikrob ten wywodzi się z tzw. mokrego chińskiego targu. Wielu badaczy, nawet WHO, sugerowało takie pochodzenie, ale przesądzającego o pochodzeniu wirusa dowodu jeszcze nie ma. Nie można więc kategorycznie twierdzić, że pochodzi stąd i stąd. Dlatego w FakeHunterze uznaliśmy wypowiedź poseł Spurek za fake news.

 

Inny typowy przykład jest taki, że na stronach internetowych i w serwisach społecznościowych krążyły błędne twierdzenia, że „patogeny do zakładu w Wuhan” wysłał „chiński zespół szpiegowski” pracujący w kanadyjskim laboratorium rządowym. Kanadyjskie media zdementowały te informacje. A nam do FakeHuntera jeszcze nikt takiej informacji nie zgłosił, ale spodziewamy się i przygotowujemy na taką okoliczność.

 

Znanym i często weryfikowanym fejkiem są publikacje propagujące teorie spiskowe mówiące o prognozach Fundacji Billa Gatesa mówiących o przewidywanych „65 mln zgonów” z powodu koronawirusa. W rzeczywistości omawiane przez fundację zdarzenie dotyczyło hipotetycznego scenariusza z udziałem fikcyjnego wirusa.

 

Fałszywe wiadomości są szybsze niż prawdziwe

 

Walcząc z dezinformacją walczymy zarazem z sianiem paniki i lęków. Strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż koronawirus. Dystrybutorzy dezinformacji, niezależnie od proweniencji i motywacji, chętnie żerują na lękach swoich odbiorców, nierzadko dla politycznych celów.

 

Panika musi się skończyć. A media, naprawdę muszą być w jakiś sposób pociągnięte do odpowiedzialności, ponieważ krzywdzą ludzi,” mówił w wywiadzie udzielonym 10 marca serwisowi RealClearPolitics Dr Drew Pinsky, znany w USA lekarz, współautor audycji i programów TV na tematy medyczne i zdrowotne.

 

Ludzie są bardzo zaniepokojeni koronawirusem, mając po temu bardzo dobry powód, gdyż prawdopodobnie zamieni się on w pandemię” opiniował w Politico profesor Uniwersytetu Waszyngtońskiego Carl Bergstrom. „Jednak jest to jeden z pierwszych przypadków, kiedy opinia publiczna otrzymuje informacje o rozprzestrzenianiu się epidemii w czasie zbliżonym do rzeczywistego” – dodaje. I sam ten fakt sprzyja nakręcaniu atmosfery grozy.

 

Większość z nas mogłaby znaleźć lepszą, dokładniejszą wiarygodniejszą informację, gdybyśmy dali sobie chociaż dwanaście godzin na weryfikację. Niestety platformy mediów społecznościowych są napędzane przez presję na kliki i lajki w trybie natychmiastowym, co sprzyja rozprzestrzenianiu czegokolwiek, byle czego lub celowej roboty dezinformacyjnej, w tempie, którego najwredniejszy wirus biologiczny mógłby tylko pozazdrościć.

 

Naukowo zresztą przebadanym i zweryfikowanym faktem jest, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniają się szybciej niż prawdziwe. W renomowanym „Science” z marca 2018 r. można znaleźć publikację Sorousha Vosoughiego, Deba RoyaSinana Arala, która aby wyjaśnić, jak rozprzestrzeniają się fałszywe informacje wykorzystali zestaw danych o kaskadach plotek na Twitterze w latach 2006-2017. Około 126 tysięcy z nich zostało rozpowszechnionych przez około 3 miliony osób. Fałszywe wiadomości docierały do większej liczby osób niż prawda; czołowy 1 proc. kaskad fałszywych wiadomości rozprzestrzeniał się między tysiąc a 100 tys. osób, podczas gdy prawda rzadko docierała do więcej niż tysiąca osób. Z badań wynikało również, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniały się szybciej niż prawda.

 

Zanim ogłosiła pandemię COVID-19, co stało się w ostatnich dniach, Światowa Organizacja Zdrowia już drugiego lutego określiła sytuację z koronawirusem jako „infodemię”, wyjaśniając, że ma na myśli „nadmiar informacji” w swojej masie zawierających zarówno doniesienia i dane prawdziwe jak też nieprawdziwe. Jak pisało WHO, już sama ich masa utrudnia ludziom znalezienie wiarygodnych źródeł i wiarygodnych wskazówek, gdy ich potrzebują. Różnica pomiędzy koronawirusem a poprzednimi wybuchami epidemicznymi jest z tego punktu widzenia głównie ilościowa. Choć SARS, MERS i Zika budziły lęki i gdzieniegdzie objawy paniki, to jednak zasięg tych zjawisk był mimo wszystko ograniczony w porównaniu z obecną sytuacją epidemiczną wzmocnioną przez media społecznościowe w pełni rozkwitu.

 

O tym, że platformy social media przodują w sianiu dezinformacji i paniki dobrze wiemy. Jednak, trzeba przyznać, że zarówno Twitter jak i Facebook a także Google, do których zwróciła się WHO, podjęły działania w walce z fałszywkami na temat koronawirusa. Np. na Twitterze po kliknięciu hasztagu #koronawirus czy #coronavirus mamy informacje o wiarygodnym oficjalnym źródle informacji (w naszym przypadku Ministerstwie Zdrowia RP. Facebook kieruje do WHO. Także Google w światowej wersji kieruje do WHO a w polskiej dodaje stronę informacyjną MZ).

 

Media lubią klimat „zabójczości”

 

Obecna epidemia jest znacznie bardziej widoczna w mediach niż poprzednie, choćby Ebola. Z niedawnego badania „Time Magazine” wynika, że w anglojęzycznych gazetach drukowanych ukazało się 23 razy więcej artykułów na temat epidemii koronawirusa w pierwszym miesiącu w porównaniu z tym samym okresem w przypadku epidemii Ebola w 2018 roku.

 

Od 12 stycznia, kiedy ruszyły pierwsze doniesienia o nowej, wówczas stosunkowo tajemniczej, chorobie, do 13 lutego 2020 r. Karin Wahl-Jorgensen z „The Conversation” śledziła doniesienia w największych anglojęzycznych gazetach na całym świecie, korzystając z bazy danych LexisNexis UK. Zakres jej badań to prawie 100 wysokonakładowych gazet z całego świata, które łącznie opublikowały 9 387 materiałów związanych tematycznie z epidemią. Skrupulatnie wyliczyła, że 1066 artykułów zawiera słowo „strach” lub terminy powiązane, pokrewne i pochodne. Badaczka wskazuje też na przykłady innego rodzaju. Na przykład w 50 artykułach używano sformułowania „zabójczy wirus”.

 

Wahl-Jorgensen jako typowy dla stylu pisania, generującego lęki, podaje przykład reportażu z Wuhan w brytyjskim „The Telegraph”, szeroko udostępnianego po publikacji na portalach społecznościowych. Czytelnik był w tym materiale epatowany obrazami pacjentów omdlewających na ulicy, setek przerażonych obywateli, tłumy w wąskich korytarzach szpitalnych, lekarzy krzyczących w udręce i desperacji.

 

A „The Telegraph” to wciąż, bądź co bądź, gazeta z półki nieco wyższej. W brytyjskich tabloidach, takich jak „The Sun” i „The Daily Mail” nakręcanie spirali strachu to chleb powszedni. Na przykład, „Sun” na swoim blogu poświęconym koronawirusowi rutynowo określa COVID-19 jako „śmiertelną chorobę”.

 

Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za dokonały wehikuł sprzedażowy. Badania przeprowadzone przez historyka Patricka Wallisa i lingwistkę Brigitte Nerlich wykazały, że dominującą metaforą na opisanie SARS było odmienianie jego charakteru „zabójca” przez wszystkie przypadki. Pod tym samym kątem badacze mediów Peter Vasterman i Nel Ruigrok zbadali relacje z epidemii H1N1 w Holandii i orzekli, że jest były one naznaczone alarmistycznym tonem.

 

Czy ktoś potrafi wskazać publikacje określające jako „zabójczą”, grypę, która, według danych WHO zabija na świecie co roku 300 do 600 tysięcy ludzi? Chyba będzie trudno. Media, które  zaczęłyby publikować panikarskie filmiki pokazujące ludzi słabnących na ulicy z powodu grypy, uznano by za histeryczne. Gdyby jakiś komentator zaczął rozwodzić się nad wpływem grypy na wynik wyborów, uznano by go za szalonego.

 

I co z tego, że fejk

 

Fake newsy mają często większą siłę przyciągania, tylko dlatego, że są informacjami nowymi. Nie powielają wiedzy już nam znanej. Takie wnioski wynikają m. in. ze wspomnianych badań Vosoughiego. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane.

 

Czasami dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szrszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rodhe Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby ten post udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników

 

Nie wiadomo, ile z udostępniających tę fałszywkę osób robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują tego rodzaju treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znajdziecie w sieci to „beka”.

 

Czy to jest złe i groźne? Pisałem, że nie tak bardzo, ale wtedy gdy to pisałem, nie było koronawirusa. Oczywiście nikt tak naprawdę nie wierzy ani w statki niewolnicze z Irlandczykami, ani w płaską Ziemię, ani w zapomniane mocarstwo Lechitów. Pisałem o deep fake’ach, czyli oszukanych filmach wideo, że ich upowszechnienie może mieć dobre skutki, bo lepiej uczuli, „zaszczepi” nas na fałsz. Dlaczego młodzież, jak wyraźnie wykazują badania, jest bardziej odporna na fake news niż starsi? Bo jest zaszczepiona. Bo widziała w Internecie tyle fałszywek, wygłupów i ściemy, że ma pancerz zdrowego sceptycyzmu, od którego przekaz manipulatorów i fałszerzy skutecznie się odbija.

 

Jednak fake newsów koronawirusowych nie sposób przypisać do tej kategorii. Tu nikomu nie jest do żartu czy do śmiechu. Zwłaszcza ludziom zdezorientowanym i poważnie mającym obawy nie tyle co do choroby, ale co do swoich dalszych losów.

 

U nas na platformie #FakeHunter mamy szczepionkę na infodemię w sensie ścisłym. Bo zdemaskowane fake newsy (są też tu oczywiście i informacje zweryfikowane jako prawdziwe) są tym czym są mikroby podawane w szczepieniach ochronnych. Są niegroźne, osłabione. Pobierane w takiej postaci wzmacniają organizm i uodporniają go na koronafejki

 

Mirosław Usidus

Kto fałszuje prawdę o Katyniu – na to pytanie odpowiada TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Nie tylko w Rosji, ale i w Polsce działa propaganda medialna żywcem wyjęta z czasów Stalina. Propaganda, która bagatelizuje wielkość sowieckich zbrodni na Polakach, a nawet zaprzecza sprawstwu ludobójstwa ZSRS w Katyniu, wyśmiewając się przy tym z ofiar.

 

W Rosji Putina cały czas zakłamywana jest prawda o zbrodni katyńskiej. Przykłady? W marcu br. w RIA Nowosti ukazał się np. artykuł Władisława Szwieda, byłego II sekretarza KC Komunistycznej Partii Litwy, który zasugerował, że masakry polskich jeńców dokonali Niemcy.

 

Myślę, że autorzy zaprzeczający sowieckiej winie nie są oficjalnymi rzecznikami państwa, ale jednak działają za jego cichym przyzwoleniem” – skomentował dla Telewizji Biełsat Aleksandr Gurjanow, szef polskiej sekcji Stowarzyszenia Memoriał, organizacji badającej i upamiętniającej sowieckie zbrodnie.

 

 

„Katyń to byli Niemcy”

 

 

Ale fałsze dotyczące ludobójstwa katyńskiego – bo tak powinniśmy definiować tą masową, planową zbrodnię na Polakach – pojawiają się też w naszym kraju.

 

Przypomnę rok 2016, bo wtedy doszło do intensyfikacji rosyjskich działań hybrydowych. Media w Polsce szeroko informowały o działalności Komunistycznej Młodzieży Polski (Komsomołu) i prokremlowskiej partii Zmiana. W dużej mierze za sprawą przewodniczącej KMP i skarbniczki Zmiany Ludmiły Dobrzynieckiej. Towarzyszka ta dała się poznać opinii publicznej najpierw za sprawą akcji na stołecznych Powązkach Wojskowych, kiedy z mauzoleum jednego z największych zbrodniarzy we współczesnych dziejach naszego kraju – Bolesława Bieruta – zmywała namalowany czerwoną farbą napis: KAT. Towarzyszka „Luda” Dobrzyniecka negowała przy tym zbrodnie Stalina: „Stalin był dobrym przywódcą, na pewno nie totalitarnym. Uratował Polskę po wojnie, choć wcale nie musiał. Przypisuje mu się różne błędy, ale nie można do nich zaliczyć >>jakichś czystek<<, bo o tym nie wiedział. Był w końcu prostym człowiekiem, a ile miał na głowie (panowanie nad tyloma krajami)”. Broniła idei sowieckich łagrów: „Praca kształci człowieka”. A o ludobójstwie dokonanym na polskich jeńcach w 1940 roku wypowiadała się tak: „Katyń to byli Niemcy, a dziś głoszenie, że to zbrodnia Stalina, jest antyrosyjską propagandą”. Antyrosyjska propaganda. Jakże często słyszymy w Polsce podobne stwierdzenia.

 

„W tył głowy, w rowie katyńskim”

 

Na tym nie koniec prorosyjskiej, a co za tym idzie antypolskiej propagandy. Jak podawał „Super Express” inny aktywista Zmiany – Bartosz Tomassi, na swoim facebookowym koncie zaproponował nową dyscyplinę olimpijską: „strzelanie w tył głowy na czas, w rowie katyńskim”.

 

Nie zabrakło wtedy w mediach głosów, że działaczy partii Zmiana powinno się aresztować (tak jak wcześniej przewodniczącego tego ugrupowania Mateusza Piskorskiego). Za propagowanie totalitaryzmu grozi przecież w Polsce do dwóch lat więzienia. Naturalną konsekwencją powinna być także delegalizacja takich organizacji.

 

Żonglowanie ofiarami

 

Ale prawdę o sowieckich zbrodniach podważa się też inaczej. I tak na popularnym portalu ciekawostkihistoryczne.pl, w 2017 roku można było przeczytać tekst Romana Sidorskiego – historyka. Znamienny był już tytuł: „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków”. Znamienny, bo o milionach żaden z poważnych polskich badaczy nie mówił. Autor twierdzi, że te przesadzone cyfry zostały zweryfikowane po otwarciu rosyjskich archiwów w latach 90-tych: „Okazało się, że cztery opisane deportacje [w latach 1939-1941] objęły ok. 320 000 obywateli II RP”. I dalej: „Nie ma powodu, by przypuszczać, że NKWD oszukiwało samo siebie i swoich zwierzchników z Ławrientijem Berią i Józefem Stalinem na czele”.

 

I niby wszystko jest ok., ale… historycy Instytutu Pamięci Narodowej np. uważają ujawnione dane za wyrywkowe, a rosyjskie archiwa za otwarte tylko częściowo. Warto przytoczyć tu również słynnego brytyjskiego historyka Rogera Moorhousea, który podważył dokumenty NKWD, choćby z jednego, prostego powodu: nie uwzględniają one skazanych w trybie doraźnym i niezarejestrowanych. Moorhouse ocenił liczbę deportowanych Polaków na 1,5 miliona. Jest to zbieżne z danymi IPN z 2009 roku, kiedy ustalono liczbę polskich ofiar reżimu stalinowskiego na 1,8 mln. Większość 1,6 mln to osoby represjonowane w latach 1939–1941, kiedy dokonała się zbrodnia katyńska i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb Rosji, pozostałe 200 tys. przypadają na lata 1944-1952.

 

Tadeusz Płużański

Przemilczanie  – ŁUKASZ WARZECHA o tym co w mediach nieobecne 

Film Stevena Spielberga „Czwarta władza” (The Post, 2017) opowiada historię Katherine Graham, właścicielki i wydawcy dziennika The Washington Post. W 1971 r. gazeta wchodzi w posiadanie tajnych rządowych dokumentów, dotyczących przebiegu wojny w Wietnamie. Bohaterka staje przed wyborem: narazić gazetę i – jak twierdzą waszyngtońscy urzędnicy administracji Richarda Nixona – bezpieczeństwo państwa czy opublikować informacje, bo taka jest misja wolnych mediów w wolnym kraju. Sprawa kończy się przed Sądem Najwyższym, który ostatecznie opowiada się po stronie wolnej prasy, a materiały, zdobyte przez The Washington Post oraz The New York Times publikują inne amerykańskie gazety w geście solidarności.

 

Niedługo później – czego już film Spielberga nie opowiada, ale co pokazuje z kolei znakomity film „Wszyscy ludzie prezydenta” (All the President’s Men, 1976) Alana J. Pakuli – ten sam dziennik ujawnia aferę Watergate, w konsekwencji doprowadzając do rezygnacji Nixona z urzędu w roku 1974. W ten sposób prezydent uniknął prawdopodobnie nieuchronnego złożenia z urzędu w wyniku procedury impeachmentu.

 

W obu tych historiach przewija się to samo pytanie: czy w kluczowych i trudnych dla państwa (wojna w Wietnamie, zagrożenie ze strony komunizmu) momentach media powinny wskazywać wątpliwe działania władzy, analizować je krytycznie, ujawniać uderzające w nią dokumenty – czy może, w imię swoiście pojmowanej odpowiedzialności za państwo, powinny zamilknąć i poddać się autocenzurze? To nie jest dylemat wydumany ani prosty do rozstrzygnięcia. W obu przypadkach dziennikarze jednoznacznie opowiedzieli się za pierwszą drogą postępowania i dzisiaj, przypominając sobie tamte wydarzenia, oglądając Meryl Streep jako Katherine Graham czy Roberta Redforda oraz Dustina Hoffmana jako Boba WoodwardaCarla Bernsteina, nie powinniśmy mieć wątpliwości, że była to jedyna słuszna i godna pochwały decyzja.

 

Wiele osób powinno sobie dzisiaj, w czasie szczególnym, oba te filmy przypomnieć lub obejrzeć po raz pierwszy. Bywają bowiem momenty, w których równie ważne jest to, o czym dziennikarze nie mówią, jak to, o czym mówią. Miewaliśmy w przeszłości sytuacje, w których media głównego nurtu uparcie omijały niektóre niewygodne sytuacje i zagadnienia – by wspomnieć choćby słynne przesłuchanie prezydenta Bronisława Komorowskiego w sprawie Wojciecha Sumlińskiego w 2014 roku.

 

Dziś, gdy naczelnym tematem jest pandemia w powiązaniu z polskim kryzysem politycznym, wydawałoby się, że rodzime media będą się intensywnie zajmować wszystkimi aspektami sytuacji. A jednak tak nie jest.

 

Jednym z najważniejszych wątków sytuacji jest ograniczanie praw obywateli. Konieczne, niekoniecznie, zgodne z prawem czy prawo naruszające – to jest właśnie tematem do dyskusji. W ostatnim czasie, po kolejnych zaostrzeniach restrykcji, trzeba by jeszcze dodać kwestię egzekucji obostrzeń, policja bowiem zaczęła masowo ścigać obywateli, naruszających rządowe rozporządzenia. Tymczasem temat krytycznej analizy tego aspektu sytuacji jest w mediach w zasadzie nieobecny.

 

Ja sam poświęcam mu szczególnie dużo uwagi. Po pierwsze – ze względu na moje poglądy i przekonania, w których wolność osobista zajmuje bardzo ważną pozycję. Po drugie – ponieważ uważam za groźną obecną sytuację. To model postępowania, który powtarzał się w historii już kilka razy, ostatnio po 11 września 2001 roku: pod pretekstem dbania o bezpieczeństwo obywateli w obliczu nowego, potężnego zagrożenia, wprowadza się naruszające nasze prawa i prywatność regulacje, które według deklaracji władzy mają być tymczasowe, a zostają już na zawsze. Mający taki charakter i przegłosowany w atmosferze wielkich kontrowersji i nacisku ze strony administracji George’a W. Busha amerykański Patriot Act obowiązuje do dzisiaj. Po trzecie – co powinno nas jako dziennikarzy interesować szczególnie – ponieważ krytyczną analizę działań rządzących, szczególnie pod kątem ograniczania praw obywateli, uważam za jeden z najpoważniejszych obowiązków publicysty czy, bardziej ogólnie, mediów.

 

I w tym ostatnim punkcie, jak mi się wydaje, nie mamy zgody. Być może się mylę, ale wygląda to tak, jakby media ogarnął rodzaj paraliżu, dotyczącego tego konkretnego aspektu sytuacji. Mimo bardzo licznych analiz prawnych, wskazujących na mnóstwo wątpliwości, dotyczących zarówno samych przepisów, jak i sposobu ich egzekwowania oraz mimo wielu historii, ilustrujących te wątpliwości, obecność tego wątku w mediach jest śladowa. Dlaczego?

 

Widzę dwie odpowiedzi. Pierwsza to swego rodzaju medialna inercja i efekt gromadzenia się pod flagą. W ten sposób określa się sytuację, w której w nadzwyczajnych okolicznościach nawet osoby (lub uczestnicy życia publicznego) zwykle niechętne rządzącym bezwarunkowo wspierają wszelkie ich działania. Dla mediów, szczególnie elektronicznych, siłą napędową są dzisiaj kolejne statystyki zachorowań i zgonów, konferencje prasowe polityków, epatowanie emocjami. Znacznie mniej miejsca jest na krytyczną analizę, z oczywistych powodów w zasadzie nieobecną w mediach państwowych. Być może jest ona uznawana za coś nieodpowiedniego.

 

Tu pojawia się druga możliwa przyczyna: spór o to, co znaczy odpowiedzialność. I nie jest to spór błahy. Dla części środowiska dziennikarskiego – nie udawajmy, że nie ma tu znaczenia istniejący w nim podział polityczny – odpowiedzialność polega na tym, żeby w trudnym czasie nie budzić wątpliwości. Oznaczałoby to zatem powstrzymanie się od jakichkolwiek krytycznych analiz działania aparatu państwowego – czy to wprowadzanych ograniczeń, czy postępowania służb, czy generalnego kierunku polityki.

 

Rozumiem to stanowisko, ale kompletnie go nie podzielam. Więcej: uważam je za niebezpieczne. Sytuuje nas ono blisko autocenzury i pokazuje już właściwie efekt mrożący. Postrzegam swoją – jako dziennikarza i publicysty – odpowiedzialność zupełnie inaczej. Właśnie w okresie, gdy grozi nam, że strach całkowicie przysłoni zdrowy rozsądek i pozbawi nas skłonności do krytycznej analizy sytuacji, rolą publicysty, a także dziennikarza informacyjnego powinno być wskazywanie słabych punktów, wątpliwości czy działań i decyzji wprost bezprawnych. To w tym czasie odpowiedzialność większa niż kiedykolwiek, ponieważ w takich właśnie okolicznościach najłatwiej nie dostrzegać tego co, złe. Można też założyć, że często nie widzą tego ci, którzy podejmują decyzje i potrzebny jest ktoś, kto na takie słabe miejsca wskaże.

 

Postawę biernej akceptacji wszystkich działań władzy przez dziennikarzy uważam za swego rodzaju zdradę własnej misji.

 

Łukasz Warzecha

10 reportaży radiowych, które warto znać – subiektywny wybór OLGI MICKIEWICZ-ADAMOWICZ

Żeby dobrze pisać, trzeba dużo czytać. To zasada znana chyba wszystkim, którzy chcą podszkolić swój warsztat pisarski lub dziennikarski. A co z radiowcami? Popularne sformułowanie wystarczy sparafrazować – żeby robić dobre reportaże radiowe, trzeba dużo słuchać.

 

Poniżej moja subiektywna lista dziesięciu audycji, od których warto zacząć.

 

  1. Witold Zadrowski „Dahoman” – bo cały jest zbudowany ze scen, a to jest wzorzec, do którego należy dążyć.

 

Zaczynamy od absolutnej klasyki. Witold Zadrowski był radiowcem i reżyserem filmów dokumentalnych. Pierwszym Polakiem, który zdobył tzw. „radiowego Oscara”, czyli nagrodę Prix Italia (za reportaż „Śmierć słonia” w 1966 roku). Ja polecam posłuchać innej jego audycji, powstałej w 1970 roku.

 

„Dahoman” to nie tylko tytuł reportażu, to także imię jego głównego bohatera. A jest nim… koń. Ogier urodzony w Janowie Podlaskim, który ścigał się na torze na warszawskim Służewcu, występował w cyrku, a po latach powrócił do stadniny jako reproduktor.

Zadrowski pokazuje całe jego życie za pomocą scen. Jest z mikrofonem przy narodzinach swojego bohatera, jest wtedy, kiedy Dahoman odnosi sukcesy na torze, jest wtedy, kiedy pokazuje wyuczone triki na arenie cyrkowej. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji, ile czasu powstawał ten reportaż, ale musiało być to przynajmniej kilka, a może nawet kilkanaście lat.

 

Czy historia konia mogłaby poruszać, gdyby została opowiedziana przez weterynarza, tresera, hodowcę? Być może. Ale tylko nagrana tak, jak zrobił to Zadrowski, sprawia, że pięćdziesiąt lat później ciągle czujemy się tak, jakbyśmy stali w tej stajni, wdychali zapach siana i końskiego nawozu, i obserwowali pojawienie się na świecie nowego życia.

 

To właśnie pokazuje, że sceny nagrywane wtedy, kiedy towarzyszymy naszym bohaterom w ważnych dla nich sytuacjach, mają o wiele większą siłę, niż nawet najpiękniej skonstruowana opowieść post factum.

 

„Dahoman” to niezwykła egzemplifikacja banalnego stwierdzenia, że dobry reportaż potrzebuje czasu. W epoce szybkiego życia i szybkiego dziennikarstwa tej audycji powinni wysłuchać wszyscy, którzy myślą o tym, żeby zająć się reportażem radiowym.

 

  1. Jerzy Janicki i Witold Zadrowski „Oczekiwanie – reportaż o tych, których JESZCZE nie ma” – bo pokazuje, że warto wykorzystywać nowe technologie, niezależnie od tego, co akurat znaczy słowo „nowe”.

 

Zostajemy jeszcze na chwilę przy Zadrowskim, tym razem jednak sięgamy po audycję, którą zrobił w duecie z Jerzym Janickim.

 

Są lata sześćdziesiąte. Chociaż dziś młodym rodzicom trudno to sobie wyobrazić, wówczas ze względów przede wszystkim higienicznych, matki i jej nowo narodzonego dziecka nie można było w szpitalu odwiedzać.  Nie było też możliwości, żeby do siebie dzwonić – rzecz nie do pomyślenia dziś, kiedy noworodek w sekundę po narodzinach zbiera już pierwsze „polubienia” na Facebooku.

 

Reporterzy postanowili jednak wykorzystać zdobycze ówczesnej techniki (czyli krótkofalówki) i pomogli w ten sposób świeżo upieczonym ojcom zdobyć pierwsze informacje o ich dzieciach. Rozmowy pomiędzy rodzicami oczywiście nagrali. Powstała w ten sposób niezwykła, momentami zabawna, momentami wzruszająca, ale zawsze bardzo prawdziwa audycja o tych pierwszych emocjach towarzyszących ludziom w tak niezwykłym momencie, jakim jest pojawienie się na świecie małego człowieka.

 

Dziś możliwości techniczne mamy nieporównanie większe niż wtedy, ale może to właśnie zabija kreatywność? Niewielu dziś możemy posłuchać audycji, które opierałyby się na wykorzystaniu nowych technologii w zdobyciu nagrań, do których inaczej nie mielibyśmy dostępu. Do głowy przychodzi mi jeszcze jeden pomysł, brytyjski. Dziennikarze dzwonili wówczas do budek telefonicznych w całym kraju. Jeśli ktoś podniósł słuchawkę – rozmawiali z tą osobą i nagrywali rozmowy. Po latach przygotowali jeszcze raz podobną audycję, łącząc się z przypadkowymi ludźmi na Skypie. Udało im się wtedy nawiązać kontakt między innymi z Syryjką. Rozmawiali podczas bombardowania jej miasta.

 

Być może pandemia koronawirusa i konieczność ograniczenia bezpośrednich kontaktów spowoduje, że podobnych pomysłów będzie więcej?

 

  1. Krystyna Melion i Maria Rosa Krzyżanowska – „Dwie godziny, 40 minut i 15 sekund byłem z narzeczoną” – bo pokazuje, że reportaż to pomysł, poza tym to rzadka okazja do wysłuchania reportażu wcieleniowego.

 

I znowu coś sprzed ponad pięćdziesięciu lat, co urzeka świeżością i lekkością. Dwie kobiety (Krystyna Melion to wybitna reportażystka, uczestniczka Powstania Warszawskiego. Maria Rosa Krzyżanowska to pierwsza powojenna spikerka TVP) umawiają się na randki z mężczyznami poznanymi za pomocą ogłoszeń matrymonialnych. Okazuje się, że część z nich to zwykli oszuści.

 

Reportaż zabawny, dowcipny, w którym jedną z głównych ról odgrywa ukryty mikrofon. I to nie tylko dlatego, że pozwala zarejestrować rozmowy z nieuczciwymi absztyfikantami. Mikrofon w tym reportażu został spersonifikowany i obdarzony własnym głosem. Był maleńki (mieścił się w bukieciku fiołków) i podobno został wypożyczony od znajomych wojskowych. To dzięki niemu nagranie tego reportażu było w ogóle możliwe.

 

Powtórzę: chociaż dziś możliwości techniczne mamy nieporównanie większe – sięga po nie niewielu radiowych reportażystów. Reportaż wcieleniowy w prasie jest oczywiście o wiele łatwiejszy do zrealizowania niż w radiu czy telewizji, gdzie konieczne jest ukrycie sprzętu nagrywającego. Warto posłuchać, jak dwie dziennikarki radiowe zrobiły to pół wieku temu. A może nawet się zainspirować?

 

  1. Janina Jankowska „Polski sierpień” albo „Powódź wszystkich Polaków” – bo stanowią przykład zasady, że tam gdzie kończy się praca reportera newsowego, zaczyna się praca reportażysty.

 

Janina Jankowska to człowiek-legenda. Reportażystka zdobywająca najwyższe polskie i światowe laury. Twórczyni Studia Reportażu i Dokumentu. W czasach PRL – opozycjonistka.

 

Warto posłuchać przynajmniej jednego z dwóch chyba najsłynniejszych jej reportaży. „Polski sierpień” to dokument o strajkach w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. Autorka pojechała tam wbrew woli kierownictwa radia, które przekazywało wtedy ocenzurowane informacje o wydarzeniach na Wybrzeżu. Audycja otrzymała najważniejsze na świecie radiowe wydarzenie, czyli Prix Italia.

 

Z kolei „Powódź wszystkich Polaków” to opowieść o tym, co stało się latem 1997 roku. Podczas ogromnej powodzi tysiące ludzi straciło dobytek całego życia. Audycja powstała wyłącznie z wypowiedzi emitowanych lub publikowanych wcześniej w prasie, radiu i telewizji. Autorka zdobyła za nią nagrodę Premios Ondas w Barcelonie.

 

Dlaczego warto posłuchać tych dokumentów? Pomijając ich ogromną wartość historyczną, warto zwrócić uwagę, z jakiego tworzywa zostały skonstruowane. Nie ma w nich jednego, konkretnego bohatera. W przypadku „Powodzi…” autorka dysponowała wyłącznie cudzymi nagraniami. A jednak udało jej się stworzyć opowieść o określonej strukturze i napięciu. Nie rozbudowanego newsa, ale właśnie dokument.

 

To cenna lekcja dla tych, którym wydaje się, że reportaż może powstać tylko tam, gdzie jest miejsce na intymną rozmowę. Wcale tak być nie musi! A za chwilę kolejny świadczący o tym przykład.

 

  1. Agnieszka Czarkowska i Alicja Pietruczuk – „Cały wasz – czyli jak przez małą wieś przetoczyła się wielka historia” – bo pokazuje, na czym polega metoda propagowana przez mistrza reportażu, Ryszarda Kapuścińskiego: od szczegółu do ogółu.

 

W 1997 roku Aleksander Kwaśniewski, który był wówczas prezydentem Polski, w ramach wspierania swojej partii w wyborach parlamentarnych jednego dnia objechał kilka wsi na Podlasiu. Na piętnaście minut zajrzał też do maleńkiej wioski Mochnate koło Hajnówki. I to właśnie zderzenie najwyższej władzy ze zwykłym człowiekiem jest tematem tej świetnej audycji (nagrodzonej zresztą Premios Ondas w Barcelonie).

 

Autorki reportażu przez trzy dni dokumentowały życie wsi, którą zamierzał odwiedzić prezydent. Nagrywały ludzi porządkujących obejścia, koszących trawę, przygotowujących się do tego ważnego dla nich wydarzenia. Nagrały też wizytę samego Aleksandra Kwaśniewskiego – banalne pytania „jak wam się żyje”, jowialne uwagi kierowane do mieszkańców, nieco zbyt ciężkie żarty. Znamienne wydaje się skojarzenie jednego z gospodarzy, któremu prezydencka wizyta skojarzyła się z innym ważnym wydarzeniem w historii miejscowości – dniem, w którym przez wieś przejeżdżał car.

 

To pozornie błahe wydarzenie pokazuje jak w soczewce, jak daleko znajduje się władza od zwykłego człowieka. Niewielki szczegół, wizyta prezydenta trwająca zaledwie piętnaście minut, okazała się świetnym pretekstem do stworzenia opowieści o czymś znacznie poważniejszym – relacji rządzących i rządzonych.

 

  1. Irena Piłatowska „Kosowo z daleka” – bo pokazuje, że wielkimi tematami, którymi żyje cały świat, można się zajmować nawet wówczas, kiedy redakcja nie wysyła nas za granicę.

 

W 1999 roku NATO zdecydowało się na przeprowadzenie operacji na terenie Kosowa. Z Włoch wystartowały samoloty, które zbombardowały byłą Jugosławię, aby zakończyć w ten sposób czystki etniczne. Poskutkowało to jednak zaostrzeniem kryzysu humanitarnego.

 

Czy reportażysta, którego redakcja z wielu różnych przyczyn nie może wysłać za granicę, musi zrezygnować z opracowania takiego tematu? Wcale nie. W reportażu Ireny Piłatowskiej pojawiają się co prawda nagrania z Włoch, ale tylko dlatego, że autorka była tam akurat na wakacjach. Nie one są jednak w tym reportażu najważniejsze. Osią dramaturgiczną są telefony, które Irena Piłatowska wykonuje z redakcji w Warszawie. W Belgradzie mieszka bowiem jej znajomy, z którym od jakiegoś czasu nie ma kontaktu. Czy coś mu się stało? Może nie przeżył bombardowania albo jest ranny? Ponieważ telefonów komórkowych jeszcze wtedy nie używano powszechnie, autorka reportażu postanowiła zadzwonić do sąsiadki znajomego. Łączy się z nią kilkukrotnie. Nie tylko dowiaduje się w ten sposób, co stało się ze znajomym, ale też rejestruje strach kobiety przed bombardowaniami. Reportaż zdobył nagrodę Premios Ondas w Barcelonie w 2000 roku.

 

Audycja powstała, kiedy redakcje dysponowały o wiele większymi budżetami, niż teraz. Dziś za granicę wyjeżdżają nieliczni. Niewiele mediów stać na utrzymywanie korespondentów, a honoraria za materiały są tak niskie, że nawet nie pokryłyby kosztów podróży. Warto posłuchać tego reportażu, jeśli szukamy sposobu na opowiadanie o tym, co na świecie ważne, a nie mamy nawet co marzyć o zdobyciu środków na zagraniczny wyjazd.

 

  1. Hanna Bogoryja – Zakrzewska i Ernest Zozuń „Emilia – niewolnica tajemnicy” – bo pokazuje, że reportaż to sztuka i że nawet do pozornie nudnego tematu można podejść kreatywnie.

 

Kolejna propozycja to reportaż, a właściwie serial dokumentalny (bo składa się z trzech odcinków) o absurdach biurokracji i nieuczciwości urzędników. W jednej z warszawskich szkół odbył się konkurs na dyrektora. Wyniki zdziwiły i rozzłościły nauczycieli, uczniów i rodziców. Zorganizowali więc protest. Przewodnicząca konkursowej komisji odmówiła jednak rozmów z nimi i podania uzasadnienia wyniku, zasłaniając się obowiązującą ją rzekomo tajemnicą.

 

Reportażyści radiowi przygotowujący audycje o urzędniczych absurdach muszą mierzyć się z jedną podstawową trudnością. Tłumacząc zawiłości zasad i przepisów, dzwoniąc do kolejnych oficjeli – łatwo mogą słuchacza przytłoczyć i znudzić dużą liczbą szczegółów. Ale Hanna Bogoryja-ZakrzewskaErnest Zozuń to mistrzowie w swoim fachu. Zdecydowali się opowiedzieć tę historię tak, że okazała się ogromnym sukcesem i przyniosła im wiele nagród, w tym Grand Press w 2002 roku.

 

Historię urzędniczki, powtarzającej jak mantrę słowa „obowiązuje mnie tajemnica”, zatytułowali „Emilia – niewolnica tajemnicy” i wystylizowali na operę mydlaną. Narratorem był Maciej Gudowski. Zastosowano też dość kiczowatą muzykę. Wszystko to ośmieszyło zachowania urzędniczki.

 

Ta audycja to dowód na to, że w naprawdę dobrym reportażu forma jest równie ważna, jak treść. I że ogranicza nas tylko własna wyobraźnia.

 

  1. Małgorzata Żerwe „Georgia. Fragmenty pamięci” – bo pokazuje, jak porażkę reportera przekuć w sukces.

 

Georgia Peet urodziła się w Bułgarii w 1923 roku, mieszka w Berlinie, ale dzieciństwo spędziła w Warszawie i nadal znakomicie mówi po polsku.  Była więźniarką Ravensbruck. Po wyzwoleniu została w Niemczech i należała do enerdowskiej elity kulturalnej. Wydaje się być świetną bohaterką reportażu, prawda? Jest tylko jedno „ale”. Kiedy autorka przychodzi do Georgii na umówione spotkanie, okazuje się, że staruszka już prawie nic nie pamięta. Nie kończy opowieści, tonie w dygresjach, gubi słowa, jąka się.

 

Małgorzata Żerwe próbuje składać z tych strzępów pamięci opowieść o Georgii. Nie da się jednak ukryć, że bohaterka reportażu mówi już bardzo źle. Niejedna osoba na pewno zrezygnowałaby w tej sytuacji z przygotowania audycji. Ale Małgorzata przekształca trudność w szansę nadania tej historii drugiego dna. Nie usuwa tego, co najczęściej uważa się za radiowe „brudy” – powtórzeń, zająknięć, prób przypomnienia sobie odpowiednich słów. To już nie tylko opowieść o barwnej artystce, to także skonstruowany z dużą delikatnością wzruszający portret starzejącej się kobiety, która powoli traci najcenniejsze wspomnienia o sobie samej. Reportaż został nagrodzony w konkursie Melchiory w 2006 roku.

 

  1. Katarzyna Michalak „Złoty chłopak” – bo pokazuje, że reportaż radiowy powinien być filmem dokumentalnym (tylko że bez dźwięku), oraz prezentuje całe bogactwo środków radiowych.

 

Historia miłośnika filmu i przedsiębiorcy Abrahama Tuszyńskiego, polskiego Żyda, który urodził się w Brzezinach koło Łodzi i stworzył w Amsterdamie jedno z najpiękniejszych kin świata, „Theater Tuschinski”. A także opowieść autorki reportażu o własnym, spędzonym w Łodzi dzieciństwie.

 

To reportaż, który najpierw mnie rozdrażnił, a zaraz potem zachwycił. Jest w nim wszystko. Muzyka, sceny, nagrania archiwalne, narracja autorki, dialogi aktorów. Bogactwo głosów i dźwięków ocierające się o kicz. Ale taki właśnie był świat Tuszyńskiego – pełen filmowych historii, pretensjonalnych min aktorów niemego kina. Pełen przepychu, pieniędzy i blichtru.

 

A jednocześnie Tuszyński, światowiec i kinowy potentat, był chłopakiem z biednego, małego polskiego miasteczka. Imigrantem, który do Amsterdamu trafił, szukając sposobu na poprawienie swojego bytu. I tak samo autorka audycji, która ma na koncie najważniejsze polskie i światowe nagrody za swoje reportaże, jest dziewczyną z Łodzi, której z dzieciństwem kojarzy się turkot maszyny do szycia dziadka – co nie jest bez znaczenia dla opowiadanej historii.

 

Przepięknie, precyzyjnie skonstruowana opowieść została uhonorowana wieloma nagrodami, w tym jedną międzynarodową, Prix Marulić. Warto słuchać „Złotego chłopaka” siedząc wygodnie, najlepiej w półmroku, tak żeby pozwolić zadziałać wyobraźni. Zupełnie jak w kinie.

 

  1. Magdalena Świerczyńska-Dolot „Kiedyś ci o tym opowiem” – bo pokazuje, że tematy można znaleźć wszędzie (nawet w sobie) oraz stanowi rzadki przykład opowieści osobistej w polskiej radiofonii.

 

Na koniec reportaż, który powstał w 2019 roku. Jest jednocześnie pracą stypendialną przygotowaną w ramach stypendium im. Jacka Stwory.

Kiedy autorka zdobyła możliwość pracy przez rok nad jednym, wybranym tematem, była już w ciąży. Radosny okres przyćmiło oczekiwanie na wyniki badań. Standardowo wykonywane testy sugerowały, że dziecko urodzi się z zespołem Downa. Jak w tej sytuacji cieszyć się powiększeniem rodziny? Co dzieje się między najbliższymi sobie ludźmi, kiedy muszą, każdy po swojemu, zmierzyć się ze strachem, stresem, ale też pytaniem: co dalej?

 

Ta właśnie osobista historia stała się tematem reportażu stypendialnego. Magda nagrywała siebie i swoją rodzinę, rozmawiała z lekarzami, rejestrowała domowe sceny. Skonstruowała z nich niezwykle poruszającą, uniwersalną opowieść. To rzadki na polskim podwórku przykład personal story – na zachodzie bardzo popularnej, opierającej się na osobistych doświadczeniach autora. Wymaga dużo odwagi, ale też umiejętności, żeby nie przekroczyć granic dobrego smaku. Nie opowiadać wyłącznie o sobie, a zamiast tego stworzyć historię z drugim dnem.

 

Oto lista dziesięciu audycji, od których moim zdaniem warto zacząć. Ale nie należy na nich poprzestać. Więcej inspiracji można znaleźć tutaj.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Poradnictwo w czasie zarazy – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o tym co media piszą o koronawirusie

Przyjrzałam się trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle!

 

Sytuacja epidemiologiczna COVID-19 jaka jest – wiadomo. Są dane oficjalne. Można je kontestować, pytać, dlaczego wieczorem przybyło osiem, a rano ubyło pięć, jak na Wiśle w Zawichoście, ale są. I co więcej: różnice w ilości chorych czy zmarłych są zrozumiałe w kontekście skomplikowanej diagnostyki molekularnej tej choroby zakaźnej oraz związanej z nią śmiertelności. Czyli jaki koń jest mniej więcej widać po prostu ze strony GIS i chyba coraz mniej wszyscy powinniśmy się tym epatować, bo to zaczyna szkodzić nam psychicznie. A na potwierdzenie tezy o szkodliwości „bodźcowania się” danymi epidemiologicznymi przez laików są badania naukowe.

 

Czyli: za pierwszym przypadkiem latał dron TVN w trzy różne miejsca, aż trafił, a nad Szpitalem Bródnowskim, gdzie zakaziło się 70 osób na raz, pół na pół pracownicy medyczni i pacjenci, już nic nie latało, co najwyżej „Warszawa w pigułce” poinformowała.

 

W dodatku,  interaktywną mapę z tychże danych strzela dziś nie tylko WHO, Reuters i John Hopkins Medical School, skąd da się ją „zgrabić”, ale i średnio ogarnięty redakcyjny infografik ogólnopolskiego medium. Zresztą jeśli chodzi o Polskę do dziś (30 marca 2020 roku) ów grafik nie robi na wielkich liczbach, więc mu kółeczka z mapy na ćwierć kolumny nie wylatują aż w kosmos. I chwała Bogu albo umiejętnej kreatywnej „księgowości” przypadków (właściwy wybór przyczyn zależy od Redakcji).

 

A jak jest z przygotowywaniem ludzi przez media – praktycznie – do radzenia sobie w sytuacji tak nowej dla nas, jak pandemia NIEZNANEGO wirusa roznoszącego się kropelkowo? Jak jest z informowaniem ich o metodach zapobiegania zakażeniu? Jak jest z tłumaczeniem co i dlaczego działa „na korona wirusa”? Jak w ogóle sam ten wirus działa przede wszystkim? Jakie niesie zagrożenia dla zdrowia w perspektywie dłuższej, niż kwarantanna? A jak zorganizować sobie kwarantannę? Jak działają które testy i dlaczego tak różnie? I jak to się wszystko potoczy, jakie są prognozy rozwoju sytuacji?  Niemało pytań, niemało możliwych odpowiedzi. I zaroiło się od poradników. Sama prowadzę jeden, choć dość specyficzny, bo to wideoblog.

 

W samym zatem podjęciu tematu nie ma nic zdrożnego, wręcz przeciwnie. Jest to wypełnianie podstawowej, informacyjnej roli mediów w swej najgłębszej istocie. Jest potrzebne, a wręcz niezbędne, jest poszukiwane dziś przez odbiorców. Wypełniają tu media lukę między odbiorcą a komunikatami i instrukcjami GIS, nieraz naprawdę pozbawionymi szczegółów czy spóźnionymi (jak ta dotycząca kwarantanny, pojawiła się na stronach internetowych Inspektoratu dopiero 21 marca). Potencjalnie wystraszonym, nieuzbrojonym w podstawową wiedzę w zakresie chorób zakaźnych, wirusów etc. I w dodatku nie mającym z epidemiami – zwłaszcza pandemiami – żadnej już życiowej styczności. Pozbawionym zatem bezcennego nauczyciela życia – doświadczenia.

 

Oczywiście, każdy wskakuje nagle w poradnictwo medyczne, czy opowieści o dezynfektantach i testach PCR vs. testach immunologicznych nie dlatego, że szczególnie zna się na tym, czy lubi takie tematy. Już w publikowanym na łamach portalu SPD moim tekście o popularyzacji nauki (tutaj) – jakże profetycznym okazało się po krótkim czasie – pokazywałam, że nie tylko nie są to tematy ulubione, ale i prawdę rzekłszy, nie ma ich kto po redakcjach fachowo „ciągnąć”. No chyba że walnie meteor, pojawi się epidemia albo zbuntuje się jakaś globalna sztuczna inteligencja (dowiemy się o tym z Facebooka), wtedy zaistnieje konieczność, aby się spiąć. No to media się spinają jedne po drugich, bo konkurencja już się spięła. Oraz, mam nadzieję, z poczucia odpowiedzialności za nasz zbiorowy byt.

 

Jako jedna z pierwszych napisałam dla jednego z tygodników opinii, że to nie są przelewki, i jako pierwsza napisałam że porównania nowej choroby koronawirusowej (wtedy ledwo miała nazwę, albo i jeszcze nie) z grypą mnie irytują, bo widać, że to nie to samo. No i ten doktorat z medycyny zakażeń… wprawdzie szpitalnych i bakteryjnych, ale jakiś, więc trochę mam szansę na to spojrzeć nie tylko okiem człowieka mediów, ale i fachowca od tego, co się teraz obiektywnie dzieje. Natychmiast też, gdy widać było, że media jeszcze nie ruszają z poradnictwem, uruchomiłam po prostu swój prywatny codzienny wideoblog, później stronę na FB, wreszcie kanał na YT. (Przy użyciu chińskiego smartfonu ze środkowej półki cenowej w stanie „mocno używany”, czarnego markera i kartek A4 – przy czym zaznaczam, że fajnie mieć studio, telebimy, montaże, animowane infografiki i inne bajery trafiające ludziom z automatu do wyobraźni, fajnie codziennie zaprosić innego eksperta, ale warto się umieć obyć i bez tego. Warunki bowiem pracy mogą przyjść „polowe”). Zaczęłam od tego, jak można trochę wzmóc odporność i jak sobie samemu zrobić odkażalnik, a potem już poszło.

 

Bo ludzie na samym początku epidemii COVID-19 w Polsce byli bardzo bezradni, zagubieni i naprawdę u podstaw nie rozumieli, co się dzieje wokół. Groziła nam i ignorancja, i panika – gigantyczni sprzymierzeńcy każdego kryzysu , a epidemii w szczególności. Można powiedzieć, że uniknęliśmy na razie dominanty tych dwóch skrajności, a to już niemały sukces i warto tu zapytać o rolę „prasy, radia i telewizji” oraz portali internetowych. Przyjrzałam się zatem trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle! I z czasem było coraz lepiej.

 

Po pierwsze, jak to śpiewa Krystyna Prońko: trzeba trafić w czas. Mieliśmy szczęście. Koronawirus wpadł do nas z Niemiec z dwutygodniowym poślizgiem na rozruch we Włoszech. Było widać – wprawne oczy na szczęście dostrzegły – że bułki z masłem nie będzie. Media miały wystarczająco czasu, by zadbać o numery telefonów do specjalistów, ponawiązywać kontakty etc. Oczywiście – Polska nie jest krajem tysiąca epidemiologów, a nawet gdyby była, to na ogół nie są to ludzie z parciem na szkło. I stąd nam pewnie doktor Paweł Grzesiowski wyskakiwał po dwóch tygodniach epidemii już nawet z otwieranej lodówki. Ale.. (a wiem to na pewno, bo wiele lat miałam okazję i przyjemność z nim pracować zawodowo, a nawet odkryć go dla mediów lata temu, jeszcze w „Życiu” z kropką) to dobrze, że był on. Bo się zna. I jako ekspert był nie tylko niezmordowany, ale także kompetentny. Więc i ja poprosiłam go o kilka „setek” do swojego drugiego koronawirusowego tekstu w Tygodniku TVP.

 

Po drugie, jeśli dobrze rozumiem, media papierowe udostępniają najczęściej poradniki tego typu w ramach nawet najtańszej internetowej prenumeraty lub jako wkładkę do zakupionego numeru papierowego. Nie ma rozdawnictwa… trochę szkoda, bo była okazja, żeby realnie zrobić coś dobrego, ewentualnie znajdując na to sponsora. Choć rozumiem, że nikomu się w mediach tradycyjnych nie przelewa. A czasy idą ciężkie, więc z reklamodawcami kłopot. To nawet prowokowało niedawno właścicieli tych i owych mediów prywatnych do wzywania rządu do zakończenia walki z epidemią i zniesienia narodowej kwarantanny. Ponieważ jako epidemiolog nigdy nie uczyłam fachowców, jak wydawać gazety, a właścicieli sporych zasobów, jak wydawać pieniądze, to myślę, że i epidemiolodzy niewiele powinni sobie robić z takich luźnych uwag właścicieli gazet i pieniędzy. I dobrze. Każdy jest ekspertem w swoim fachu.

 

Dlatego, nie czynię z tego jakiegoś kolosalnego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Owszem, wiele mediów podjęło decyzję, by swoje teksty „związane z koronawirusem” wydostać dla czytelników zza paywalla, ale niekoniecznie są to teksty poradnikowe. A te by się przydały społeczeństwu najbardziej. No, ale w końcu nie wszystkie media są publiczne – to owe mają „ogarniać” tematy palące społecznie i dostarczać informacji „za darmo”. Znaczy za abonamenty i „dotacje”. I tak jest. Śmiem twierdzić, że misja jest wypełniana. Także wielkie portale internetowe, które zawsze dostarczają materiałów za to, iż godzimy się wchłonąć pewna dawkę reklam, naprawdę dały rady.

 

Wprawdzie czasem na antenie, ekranie czy monitorze pani lekarz weterynarii przekonuje nas, że posiadanie psa może nas zabezpieczyć przed koronawirusem, bo „właściciele zwierząt mają wyższą odporność” (no mają, ale to dość skomplikowany proces i ja bym dzisiaj raczej nie kupowała psa, żeby uniknąć zakażenia SARS-CoV-2, a jakby tyle z tego mógł zrozumieć widz). Jednak jeśli ktoś jest zaproszony jako ekspert, to przyjmujemy, że nim jest. Co niejako zwalnia dziennikarza z zadawania własnych pytań czy posługiwania się własnym zdrowym rozsądkiem i komentarza.  Dziennikarz jest tu właściwie wyłącznie od przekazywania pytań z poczty elektronicznej od widzów, a szkoda. Tyle umiałaby – i często wdzięczniej – zrobić hostessa.

 

Jeszcze trudniej nam takie sytuacje zaakceptować, gdy zamiast weterynarza jest ekspert-seksuolog. I próbuje jakoś dać nam wszystkim nadzieję na miłość w czasach zarazy, a nawet opowiada, że ryzyko istnieje i jest wysokie, ale przecież są zabezpieczenia, takie jak np. stosowane w przypadku profilaktyki HIV. A dziennikarz nie pyta przytomnie, jak mianowicie uprawiać seks (ale nie że „wirtualnie” przez telefon czy jakiś komunikator internetowy) w odległości co najmniej metra od partnera. Może się krępuje na antenie? To nie trzeba było robić odcinka na ten temat.  Aczkolwiek, jak jest z tą miłością, można doczytać, informacji nie brak.

 

Porady dotyczące zakupów, jedzenia „na wynos”, prania, dezynfekcji, radzenia sobie z izolacją, a nawet korzystania z maseczek (choć tu, jak bywa wśród ekspertów, jeden mówi tak, a inny owak, powstają nowe analizy naukowe, sprawa jest, jak to się mówi w prokuraturze – rozwojowa) są naprawdę klarowne, wystarczająco szczegółowe, poprawne merytorycznie. I to jest fakt, gdzie nie spojrzałam.

 

Generalnie wszyscy, nawet WHO (czego dowiodła tzw. „afera ibupromowa”, gdzie wg WHO ów niesterydowy lek przeciwzapalny jest rekomendowany w czasie pandemii COVID-19 dnia 17 marca, 18 trochę jednak nie jest rekomendowany, 19 jednak nie jest rekomendowany, a 20 znów nie ma naukowych podstaw, by go nie rekomendować)  jesteśmy teraz trochę pogubieni. Jedni (znacznie) więcej, inni mniej. I choć nie zrobiłam tu kwerendy tabloidów ani rozlicznych internetowych telewizji, gdzie pojawiają się gwiazdy leczenia wszelkich chorób wieloskrętną witaminą w kombinacji z wybielaczem i DMSO dożylnie oraz wietrzący „spizeg” zawodowi napotykacze UFO w stogach siana, mam wrażenie, że poradnictwo na czas zarazy jest OK.

 

Media pomagają ludziom jakoś znaleźć się w tej nowej sytuacji i przeszły szybki, acz podstawowy, kurs wirusologii, epidemiologii i kontroli zakażeń. No i pozyskały do swoich poradników ekspertów, najczęściej naprawdę dobrych, od życia w tych ciężkich czasach. Gorzej z nauką, czyli wyjaśnianiem działania leków, poszukiwania szczepionek, niewidzialnego działania wirusów etc. To by pozwoliło ludziom zrozumieć, że szczepionki ani nowego skutecznego leku nie będzie za miesiąc. Może ich nie być nawet za pół roku czy rok. Szczepionki może nie być nigdy. No ale to już na zupełnie inną opowieść o dziennikarskiej wyobraźni, wiedzy  i rzetelności.