Zawsze czuwał nad dziennikarzami – ANDRZEJ KLIMCZAK wspomina pogrzeb Jana Pawła II

Wielu z nas pamięta tamte kwietniowe dni sprzed piętnastu lat. Pełne kościoły, grupy ludzi gromadzące się pod przydrożnymi kapliczkami – wszyscy modlili się w intencji Jana Pawła II, który umierał w Watykanie otoczony najbliższymi współpracownikami. Ta nadchodząca śmierć jednoczyła w modlitwie miliony ludzi na całym świecie. W oknach domów wieczorem paliły się  świece. Niezwykły klimat tamtych dni powstał dzięki człowiekowi, który stworzył pokolenie JP II. Przez całe swoje życie uczył nas jak żyć, ale też przez kilka ostatnich dni marca i początek kwietnia 2005 roku, cierpiąc uczył w milczeniu jak pogodzić się ze śmiercią, jak zaufać do końca.

 

Miałem szczęście być w tej grupie dziennikarzy, którzy towarzyszyli Ojcu Świętemu w większości jego pielgrzymek w kraju i w kilku zagranicznych. Kiedy umarł Ojciec Święty, wydawało się, że nie uda się mojej grupie, zazwyczaj obsługującej medialnie pielgrzymki papieskie, uczestniczyć w tym ostatnim spotkaniu z Janem Pawłem II. Przyczyna była prozaiczna – brak pieniędzy (wypłata miała wpłynąć na bankowe konto dopiero 15 kwietnia) i zepsuty samochód w naprawie u mechanika.

 

Byliśmy zrezygnowani. Na dwa dni przed piątkowym pogrzebem Ojca Świętego, o siódmej rano, zadzwonił telefon. Redakcyjny kolega stwierdził, że jeśli załatwię jakiś samochód to on znajdzie pieniądze na paliwo. W chwilę później w watykańskim biurze prasowym telefonicznie rezerwowałem dla nas akredytacje dziennikarskie. W południe byliśmy już w drodze busem pożyczonym w miejscowym radiu. Użyczono go nam w zamian za relacje, które mieliśmy przekazać z Watykanu. Dostaliśmy też wyliczone co do grosza pieniądza na paliwo.

 

Oprócz standardowego wyposażenia dziennikarskiego zabraliśmy sporo suchego prowiantu oraz wody mineralnej – to był nasz wyszynk na całą podróż. Nie stać nas było na restauracje czy chociażby zakupy we włoskich sklepach.

 

Dość późno wjechaliśmy do Loretto aleją ciągnącą się wzdłuż morskiego wybrzeża. Termometry wskazywały temperaturę wody w morzu – 21 stopni!  Nie namyślając się długo skorzystaliśmy z orzeźwiającej kąpieli. W chwilę potem na plaży pojawili się Włosi okutani w ciepłe, pikowane kurtki… wszak dla nich, południowców, trwała jeszcze zima.

 

Dostaliśmy reprymendę, że chyba chcemy dostać zapalenia płuc, że przecież zimno! Włosi pukali się znacząco w czoło wyraźnie diagnozując stan naszego umysłu. Nie pomogły tłumaczenia, że w naszym Bałtyku woda ma maksymalnie 21 stopni w upalne lato. W chwilę później, włoska troska o nieznajomych przerodziła się w dyskusję, gdzie i po co jedziemy. Gdy tylko dowiedzieli się o celu naszej wyprawy, w chwilę później korzystaliśmy z darmowej gościny i włoskiej kolacji na koszt gospodarzy. Jak zwykle Ojciec Święty czuwał nad nami. Rano u pracujących tutaj polskich zakonników spowiedź przed kaplicą Czarnej Madonny z Loretto i przejazd przez wysokie, pozbawione roślinności, skaliste szczyty i długie tunele do Rzymu.

 

Jeszcze przed wyjazdem w Polsce otrzymywaliśmy informacje, że Rzym na czas pogrzebu Jana Pawła II będzie miastem zamkniętym dla samochodów. Na szczęście dla nas informacja ta okazała się nie do końca prawdziwa. Co prawda w korkach, ale mogliśmy wjechać w pobliże Watykanu. Chcieliśmy znaleźć jakieś miejsce do zaparkowania radiowego busa, który miał być naszym wozem transmisyjnym, hotelem i jadłodajnią przez najbliższe dwa dni.

 

W Rzymie, stojąc na czerwonym świetle, na jakimś skrzyżowaniu zauważyliśmy w kabriolecie obok nas dwie, niespełna trzydziestoletnie dziewczyny. Chwilę się nam przyglądały, a potem padło pytanie po polsku: Jedziecie na pogrzeb Papieża? Macie gdzie nocować? Nie… to jedźcie za nami. Zaskoczeni pojechaliśmy za lśniącym kabrioletem, aby po kilkunastu minutach przeżyć kolejne zaskoczenie. Wjechaliśmy przez strzeżoną bramę na osiedle pracowników watykańskich. Okazało się, że nasze przewodniczki są żonami rodaków pracujących w Watykanie. Dostaliśmy ogromne pokoje gościnne, kawę i domowej roboty tiramisu.

 

Fot. Tadeusz Poźniak

 

W godzinę później wyruszyliśmy na piechotę w stronę biura prasowego, aby odebrać nasze akredytacje na jutrzejszą mszę pogrzebową Jana Pawła II. Im bliżej byliśmy murów watykańskich, tym bardziej gęstniał międzynarodowy tłum. Mieszały się kolory flag, odcienie skóry i słychać było wszystkie języki świata. Wydawało się, że dominują jednak Polacy. Droga do biura prasowego była nie do pokonania ze względu na tłum pielgrzymów. Próbowaliśmy podejść z kilku stron. Bezskutecznie. Ściana ludzkich tłumów była nie do przebycia. Zmartwieni wracaliśmy już późnym wieczorem do gościnnej kwatery w przekonaniu, że jutro nie przedostaniemy się na plac koncelebry i przyjdzie nam towarzyszyć w ostatniej drodze Ojca Świętego pod jakimś telebimem ustawionym gdzieś nad Tybrem.

 

W pochmurny poranek wyruszyliśmy pod zamek Anioła, gdzie poprzedniego dnia widzieliśmy parking dla wozów transmisyjnych różnych telewizji. Tutaj rozdzieliliśmy się licząc, że któryś z nas znajdzie może jakiś wyłom w strzeżonym przez kilka kordonów ochrony plac koncelebry.

 

Nie wiem jak znalazłem się pomiędzy dwoma punktami kontroli. Zobaczyłem idących gęsio czterech watykańskich pracowników technicznych, którzy machnąwszy jakimiś legitymacjami przed oczami karabinierów, przeszli nie zatrzymywani. Na ramionach nieśli torby z narzędziami nieco podobne do mojej. Nie czekałem długo. Wyjąłem legitymację prasową i dołączyłem do Włochów idących w pożądanym przeze mnie kierunku, na Plac Świętego Piotra. Przez kolejne punkty kontroli przechodziliśmy wspólnie nie zatrzymując się, machając jedynie przed oczami ochrony naszymi legitymacjami. Zdumiony odkryłem wreszcie, że dotarłem do sektora purpuratów, tuż przed katafalkiem na którym spoczywała trumna Jana Pawła II. Bez wsparcia Ojca Świętego pewnie nie dotarłbym tutaj – pomyślałem. Jak się później dowiedziałem z trudem przedostawali się do tego sektora nawet niektórzy dostojnicy świeccy i duchowni mający odpowiednie przepustki.

 

Fot. Tadeusz Poźniak

 

Wreszcie można się było skupić na Mszy Świętej, w swojej formie bardzo skromnej i monumentalnej zarazem. Pamiętam do dziś prawie każdy jej moment, a szczególnie chwilę, gdy niebo nad Placem Św. Piotra pociemniało i zerwał się porywisty wiatr, który zamknął okładkę Pisma Świętego leżącego na wieku trumny. Pociemniałe niebo i nagły, porywisty wiatr przywołał porównanie do ostatniej sceny z Golgoty. I to klaśnięcie okładki pisma na wieku trumny, które było jak symboliczne „Amen” kończące modlitwę.

 

Zaraz po mszy wsiedliśmy do radiowego busa przezornie ustawionego jeszcze o świcie w strategicznym miejscu mającym ułatwić wyjazd. Lunął rzęsisty deszcz, który zatrzymał większość kierowców na parkingach. Pewnie tylko dlatego udało się nam wyjechać bez przeszkód z Rzymu na autostradę wiodącą w kierunku Słowenii.

 

Długo jechaliśmy w milczeniu. Wreszcie ktoś zaczął opowiadać, że udało się mu pokonać bez akredytacji punkty kontrolne i dostał się na plac koncelebry. Reszta również miała szczęście. Papież czuwa nad dziennikarzami, stwierdził mój redakcyjny kolega Marek Jakubowicz, a reszta z nas przyznała mu rację.

 

Fot. Tadeusz Poźniak

 

Ostatnie kanapki, zabrane z Polski, zjedliśmy na śniadanie przed mszą. Mijając granicę słoweńsko-węgierską burczało nam już mocno w brzuchach. Do Polski pozostało nam ponad 10 godzin jazdy, a głód doskwierał coraz mocniej. Świt witaliśmy gdzieś na Węgrzech odpoczywając na przydrożnym parkingu. Przeszukaliśmy wszystkie bagaże w nadziei, że gdzieś zapodziała się jakaś kanapka lub batonik – bez skutku.

 

Na półeczce w samochodzie leżała reszta pieniędzy po ostatnim tankowaniu. Było tego 1 euro 20 centów w drobnych monetach.

 

Ruszając w drogę obiecałem wszystkim, że zatrzymamy się gdzieś po drodze koło jakiegoś sklepu i spróbuję kupić chociaż suche bułki. W chwilę później zobaczyliśmy wiejski sklepik połączony z kawiarenką. Drzwi do niego rozbrajała z olbrzymich kłódek jakaś kobieta, która okazała się być właścicielką tego przybytku. Wszyscy w samochodzie zaczęli się śmiać, wyobrażając sobie jak się dogadam z nią po węgiersku. Wysiadałem z samochodu z postanowieniem, że najpierw zapytam ją czy mówi po niemiecku. Nagle kobieta odwróciła się do mnie i pierwsza zagadnęła –Moin. Sprechen sie deutsch? – Stojąc Jak wryty kiwnąłem tylko głową, że tak…

 

– Polacy? – dopytywała właścicielka kawiarnio-sklepu – Wracacie z pogrzebu Ojca Świętego? – Kolejny raz potwierdziłem skinieniem głowy.

 

– Zapraszam was na śniadanie na mój koszt – nielicho głodnym i zmęczonym ta propozycja wydała się kolejnym cudem jakiego doznaliśmy podczas tej wyprawy na ostatnie spotkanie z Papieżem. Serdecznie podziękowaliśmy naszej wybawczyni i na pożegnanie obiecaliśmy o niej pamiętać.

 

Najedzeni i w stanie niewytłumaczalnej euforii dojechaliśmy na oparach paliwa do domu. I jak tu nie wierzyć, że Święty Jan Paweł II czuwa nad dziennikarzami…?

 

Andrzej Klimczak

 

Fot. Tadeusz Poźniak

Przeżyją, ale nie wszyscy – z Kijowa PAWEŁ BOBOŁOWICZ o ukraińskich mediach w czasie zarazy

Konieczność zmiany metod pracy, dbałość o zdrowie pracowników i gości, ale także zagrożenie utrzymania się na rynku – to największe wyzwania dla ukraińskich mediów w dobie epidemii Covid-19. Zaraza to nie tylko wirus, ale także skutki ekonomiczne, które mogą dotknąć redakcje wszystkich rodzajów mediów

 

Koronawirus zmienia także branżę medialną na Ukrainie. Najgłębsze zmiany dotykają gazety. Papierowe wydania przenoszą się do Internetu – zazwyczaj zapowiadając powrót po epidemii. Niektórzy z dziennikarzy sądzą, że powrót niektórych wydań może jednak nie nastąpić. Pracownik redakcji jednego z większych ukraińskich tygodników opinii, zastrzegając sobie anonimowość, relacjonuje: „Większość pracowników zostało wysłanych na bezpłatne urlopy, dział składu i opracowania graficznego prawie cały zwolniono. Część redaktorów i dziennikarzy także zostało bez pracy. Ci, którzy pozostali, pracują tylko na utrzymanie strony internetowej, ale i ich wypłaty spływają z opóźnieniem”. I chociaż opóźnianie wypłat, nawet bez epidemii, nie jest niczym nadzwyczajnym nie tylko na ukraińskim rynku medialnym, to jednak zwalnianie pracowników w takim okresie świadczy o złej sytuacji finansowej niektórych mediów. Ich pracownicy wymieniają się opiniami i swoimi obawami na specjalnych kanałach w komunikatorze Telegram. Użytkownicy piszą o dramatycznym spadku z wpływów z reklam i o planach zamknięcia mniejszych mediów. Jeden z wpisów kończy się stwierdzeniem: „Będzie boleśnie, przeżyją, ale nie wszyscy”.

 

Portal Liga.net nie ukrywa swojej skomplikowanej sytuacji. Po wejściu na stronę wydania pojawia się apel sygnowany przez redaktora naczelnego Borysa Dawydenkę: „Przez 23 lata Liga.net przekazywała wam rzetelne informacje. Bardzo chcemy to robić nadal […]. Mamy jednak problem: nasze dochody z reklam w ciągu tygodnia kwarantanny spadły o połowę.” Portal prosi swoich użytkowników o dobrowolne wpłaty, bo bez nich nie da rady długo się utrzymać

 

Jednocześnie 30 marca „Forbes” ogłosił, że wiosną powróci na rynek ukraiński, a wersja online „Forbes Ukraina” pojawi się w drugiej połowie roku. Jak przypomina portal Detector Media ukraiński „Forbes” był już wydawany w lokalnej wersji na Ukrainie od stycznia 2011 do stycznia 2017 roku, a zatem szykuje się teraz powrót amerykańskiego dwutygodnika po ponad trzyletniej przerwie. Data ogłoszenia zapowiedzi powrotu wskazuje, że epidemia koronawirusa nie powinna pokrzyżować planów wydawniczych.

 

Bez gości na żywo w studiu

 

O wpływie epidemii na działanie Radia NW, specjalnie dla portalu sdp.pl mówi dziennikarz i prezenter Dmytro Tuzow wskazując na konieczność przejścia na pracę zdalną, zmniejszenia programów na żywo z udziałem gości w studiu, czy dokonywania nagrań w improwizowanych studiach w domu: „Eksperymentujemy z domową akustyką. W polepszeniu jakości dźwięku pomaga taki prosty sposób jak narzuta z tkaniny, czy kołdra podczas nagrania. Prosty sposób, który wygłusza echo ścian. Wywiady nagrywamy przez różne komunikatory, telefon”. Radio bez większych zmian na razie pozostawia najbardziej rozpoznawalne bloki; poranny i wieczorny, ale i tu goście uczestniczą w programie za pomocą komunikatorów internetowych i telefonu. Tuzow przypomina o konieczności dezynfekcji miejsc pracy, komputerów, klawiatur, myszek, klamek i wszystkiego czego można się dotknąć. Każdy prowadzący otrzymał też osobistą nakładę na  mikrofon. Radio NW należy do Holdingu Dragon Capital, którego dyrektorem generalnym i kluczową postacią jest Czech Tomas Fiala.

 

Zmiany dotknęły też telewizje informacyjne. Kanał telewizyjny Priamyj wiązany z osobą byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki w 90 procentach opiera się o programy na żywo. W rozmowie z portalem sdp.pl dziennikarka i prowadząca tego kanału, jedna z najbardziej rozpoznawalnych jego twarzy Lejla Mamedowa mówi o zmianach w realizacji programu: „Na  przykład w moim wieczornym programie na żywo było stale ośmiu gości, prawie 70 widzów na sali. Nie zapominajmy o grupie realizacyjnej w pawilonie. Ogółem prawie 150 osób. Od połowy marca pracujemy bez widzów w studiu, a teraz jeszcze i bez gości. Kontaktujemy się z nimi przez skypa.”. Mamedowa twierdzi, że ten czas zmienił ich pracę, ale całkowicie nie można jej zatrzymać i nikt nie ma takiego prawa. Reporterzy kanału pracują także w terenie m.in. w wydzielonym pomieszczeniu ukraińskiej Rady Najwyższej i pod nią, gdzie najczęściej można uzyskać komentarz od ukraińskich parlamentarzystów, czy też przedstawicieli rządu, a nawet prezydenta Zełenskiego.

 

Ukraińska telewizja Espreso TV powstała w ciężkim czasie Rewolucji Godności i od razu przebiła się ze swoimi transmisjami na żywo z kijowskiego Majdanu. Espreso oglądano nie tylko na Ukrainie – transmisje były śledzone na całym świecie, także w Polsce. Kanał od tamtego czasu stale rozbudowywał swoją ofertę programową. „Bojowe” doświadczenie jednak nie uchroniło telewizji przed problemami epidemii. Maria Hurska, dyrektor programowy, dziennikarz i współprowadząca z Witalijem Portnikowem jeden z najbardziej rozpoznawalnych programów kanału „Sobotni klub polityczny”: „Od dwóch tygodni wszystkie działy menadżerskie są na kwarantannie. Pracujemy online i tak jak na całym świecie doceniamy takie komunikatory jak Skype, Zoom, whatsapp i inne [..] Pracuje tylko dział wiadomości i główny redaktor. Ja przyjeżdżam jako dziennikarz i prowadzący tylko w czwartki i piątki, gdy mam emisję moich programów. Ochrona mierzy temperaturę przy wejściu i wyjściu, wszędzie stoją płyny dezynfekujące, pomieszczenia są oczyszczane lampą kwarcową”. Hurska w tych dniach miała być na corocznej konferencji telewizyjnej we francuskim Cannes, oczywiście konferencja zostało odwołana: „Spotkania odbywają się online, a w samym Pałacu Festiwalowym, gdzie miała być konferencja, gdzie po czerwonych dywanach chodzą zazwyczaj gwiazdy kina i telewizji, zorganizowano noclegownie dla bezdomnych”. Kanał wstrzymał produkcję programów lifestylowych, historycznych, śledztwa dziennikarskie. Pracownicy są na płatnych urlopach i czekają na powrót do normalności.

 

Polscy korespondenci w czasach epidemii

 

Wszyscy stali polscy korespondenci pomimo epidemii i złych prognoz jej rozwoju na  Ukrainie pozostali w tym kraju i kontynuują swoją pracę. Piotr Andrusieczko, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i Outriders zauważa, że niektóre elementy jego pracy są takie jak zawsze: moje miejsce pracy się nie zmieniło, to dalej moje biurko w mieszkaniu i tak samo jak do tej pory kontaktuję się z redakcjami, z którymi współpracuję (mail, telefon, komunikatory). Zasadnicza różnica wynika częściowo z wprowadzonych ograniczeń – np. zawieszone konferencje prasowe, itd. I ja sam ograniczyłem spotkania osobiste – to trochę podobna sytuacja do pracy na wojnie. Nie chodzi tylko o twoje bezpieczeństwo, ale żeby też nie narażać innych. Ale oczywiście w naszym przypadku nie ma mowy o pełnej kwarantannie/samoizolacji (oczywiście dopóki jesteśmy zdrowi). Ja muszę wiedzieć co się dzieje na ulicach, w sklepach, jak wygląda zaopatrzenie, czy są dostępne, czy nie środki ochrony w aptekach, jak działa komunikacja, banki, infrastruktura itd. Czyli musze być na ulicy”. Dziennikarz zwraca uwagę na brak w sprzedaży odpowiedniego sprzętu osobistej ochrony, np. maseczek oraz deficyt respiratorów w szpitalach.

 

Warto zauważyć, że w Kijowie wstrzymano pracę metra, a naziemne środki komunikacji są dostępne tylko dla pracowników krytycznej infrastruktury. Jako takich uznano także dziennikarzy – redakcje mogą się zwracać się do administracji Kijowa o wydanie specjalnych przepustek.

 

Dla niektórych dziennikarzy czas kwarantanny jednak stał się chwilą do wypróbowania sił w nowych formach dziennikarskich. W mediach społecznościowych wręcz kwitną rożnego rodzaju blogi – nie zawsze mające charakter „dziennika kwarantanny”, czasem wręcz znani dziennikarze sięgają po bardziej osobistą formę opowieści o otaczającej rzeczywistości.

 

Polski dziennikarz i producent filmowy Marek Sierant, który od 6 lat mieszkają w Kijowie, postanowił wykorzystać sytuację z koronawirusem do rozpoczęcia działalności własnego videobloga East Side View: „Od dawna planowałem stworzeniem bloga, mam doświadczenie i dziennikarskie, i producenckie. Ale faktycznie pomyślałem że teraz to jest ten dobry moment. Właśnie teraz, kiedy mamy więcej czasu, jest kwarantanna, mogę pokazać więcej niż normalnie. Mam już kilka zaplanowanych tematów, które zainteresują widzów na YouTube, które normalnie nie znajdą się w mainstreamie” Sierant w pierwszych częściach bloga opowiada o Kijowie w czasie epidemii i skandalach związanych z osobami z ukraińskich władz. Jednocześnie podkreśla, że ta tendencja poszukiwania dziennikarskiej aktywności w Internecie może mieć bardziej stały charakter: „Zapewne wiele rożnych usług na trwałe przejdzie w format online. I jakaś cześć osób, które teraz stworzyły swoje videoblogi będzie to kontynuować. Twórcy videoblogów, gdy zobaczą, że ludziom się to podoba, że to jest ciekawe, poczują adrenalinę, będą chcieli robić to dalej”.

 

Ten czas oczywiście dotyka nas wszystkich. Ja też musiałem zmienić swoje metody pracy i swoje mieszkanie, które stało się też kijowskim studiem Radia Wnet, opuszczam tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne.  Pisząc ten artykuł pierwszy raz, z wyjątkiem jednej osoby, nie spotkałem się osobiście z moimi rozmówcami. Wypowiedzi otrzymałem przez różnego rodzaju komunikatory, telefon. Bezpieczniej dla zdrowia, ale jednocześnie mniej ciekawie, z dużą dozą niedosytu…

 

 

Paweł Bobołowicz z Kijowa, Radio Wnet

 

 

Polowanie na czarownice – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o kryzysie medialnym na przykładzie „Zdrowia Bez Leków”

Czy mediów może dotyczyć kryzys medialny? Jak sobie z nim radzić? Czego uczy nas przypadek „Zdrowia Bez Leków”?

 

Czy można wycofać ze sprzedaży miesięcznik ze względu na kontrowersyjną wypowiedź felietonisty, która nie ukazała się na łamach pisma? Brzmi to zaskakująco, ale jak pokazują ostatnie wydarzenia można. Los taki spotkał miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”, wydawany przez łódzki Mediacom Press, mający jak na polskie realia całkiem niezłą sprzedaż, przekraczającą 40 000 egzemplarzy. Zgodnie z deklaracją pismo powstało „z myślą o osobach świadomych tego, że nasze własne zdrowie i uroda w dużej mierze zależą od nas samych”. Do osiągnięcia celu, jakim jest zdrowe życie, prowadzić ma m.in.„profilaktyka zdrowotna, świadomość i wiedza z zakresu podstaw medycyny (…)”[1]. Pismo propaguje: „zdrowy styl życia, odpowiednie diety i aktywność”. Ukazały się w nim artykuły traktujące na przykład o ziołach ojca Klimuszki, apteczce naszych babć, sposobach, z jakich korzystają gwiazdy ekranu, by zachować młodość, domowej uprawie kiełków, czy pozytywnym wpływie promieni słonecznych. W czerwcu 2018 roku na okładce pojawiła się pierwszy raz zapowiedź felietonu Jerzego Zięby, która odtąd regularnie gościła w tym miejscu aż do marca 2020 roku. On sam pojawił się też na okładce numeru z czerwca ubiegłego roku, pokazany w oku celownika. Widniejący obok napis brzmiał: „Sezon polowań na Ziębę[2].

 

„Kowal zawinił a Cygana powiesili”?

 

Dyskusje na temat poglądów Jerzego Zięby nieraz elektryzowały polskie media społecznościowe. Na swoim facebookowym profilu (obserwowanym przez ponad 75 000 osób, prowadzony przez Ziębę fanpage UkryteTerapie polubiło ponad 300.000 użytkowników tego serwisu[3]) zauważył m.in., że połączenie dużych dawek witaminy C z perhydrolem (silny środek utleniający stosowany w przemyśle chemicznym) może być skutecznym lekiem na COVID-19. W sprawie tych opinii oficjalne oświadczenie wydali 14 lutego 2020 r. Główny Inspektor Sanitarny i Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Czytamy w nim m.in.: „oświadczamy, że informacje upowszechniane na ww. stronach internetowych w związku z zagrożeniem ze strony nowego koronawirusa stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Stanowczo podkreślamy, iż informacje te nie są poparte badaniami naukowymi i uznaną wiedzą medyczną[4]. Spowodowało to zintensyfikowanie działań, zmierzających do usunięcia publikacji Zięby z rynku. W pierwszej kolejności zablokowana została sprzedaż książek na Allegro, o czym informowały m.in. Wirtualnemedia[5].

 

„Kolejny cios w Jerzego Ziębę”

 

Tak zaczyna się tytuł artykułu portalu Wirtualna Polska (WP Tech) informujący o tym, że Carrefour, Biedronka i Empik wycofały ze sprzedaży miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”[6]. Chwilę później podobnie postąpiła Poczta Polska. EMPIK powiadomił przy tym, że wstrzymuje sprzedaż do czasu wyjaśnienia, czy na łamach pisma dochodziło do łamania prawa, a Poczta Polska dodała, że za treści kolportowanych pism nie odpowiada[7]. Tymczasem:

 

Jerzy Zięba nie jest ani udziałowcem wydawnictwa, ani członkiem redakcji – informuje nas Grzegorz Tamecki prezes zarządu spółki wydającej miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”. – To jeden z grona kilkudziesięciu autorów, którzy publikują w naszym miesięczniku. Co istotne pisał u nas felietony, a nie artykuły zawierające przepisy medyczne, promocję produktów leczniczych, czy konkretne porady zdrowotne.

 

Jak więc doszło do wycofania ze sprzedaży pisma u kilku dystrybutorów?

 

Oberwaliśmy rykoszetem – dodaje ze smutkiem Grzegorz Tamecki. – Opinie, w których efekcie „Zdrowie Bez Leków” zostało wycofane z oferty części sprzedawców, nie pojawiły się na naszych łamach. Sytuacja jest dla nas trudna do zrozumienia. Aczkolwiek należy pamiętać, że zajmujemy się ludzkim zdrowiem, wspieramy postawy prozdrowotne, aktywny tryb życia. To są kwestie, w których sprzedawcy woleli zablokować sprzedaż i rozpoznać sprawę, niż narazić swoich klientów na szwank. Chodzi nam jednak dokładnie o to samo – o zdrowie Polaków – co, jestem o tym głęboko przekonany, szybko zdołamy udowodnić.

 

Jak poradzić sobie z kryzysem

 

Czy kryzys medialny może dotyczyć mediów? Oczywiście, tak samo jak wszystkich innych organizacji. Jak redakcje radzą sobie w sytuacjach kryzysowych? Z reguły w sposób odległy od wypracowanych przez branżę Public Relations standardów. Uznany ekspert z tego zakresu Adam Łaszyn właściciel AlertMedia stworzył wiele lat temu schemat postępowania, znany jako 5P. Warto przytoczyć tę metodę w tym miejscu:

 

  • Przykrość wyraź – w pierwszej fazie kryzysu warto wyrazić żal, że doszło do niekorzystnych zdarzeń,
  • Przyznaj się – do błędów lub niekorzystnych okoliczności jeśli takowe istnieją,
  • Przeciwdziałaj – zapobiegaj rozprzestrzenianiu się kryzysu,
  • Popraw się – popraw siebie (i organizację) – zreformuj się tak, by podobne zdarzenia się nie powtórzyły,
  • Powetuj straty – wynagródź szkody… bo ludzie lubią prezenty[8].

 

Jak to wyglądało w przypadku „Zdrowia Bez Leków”? Duże znaczenie ma aktywność na początku kryzysu. Tymczasem Wirtualnemedia w pierwszym artykule na ten temat poinformowały: „Redakcja nie odpowiedziała na nasze pytanie (…)”[9]. To błąd, ponieważ zrezygnowano na przedstawienie na samym początku własnego punktu widzenia, czy zwrócenia uwagi, że opublikowany w marcu (ten numer wycofywano ze sprzedaży) felieton Zięby, jest czymś zupełnie innym, niż jego aktywność na Facebooku i głoszone tam poglądy. Zabrakło również początkowo kontaktu ze strony wydawcy. Takie sytuacje zawsze irytują dziennikarzy, przeciągając ich przychylność na drugą stronę, a w czytelnikach wywołują wizję sceny z filmu „Psy” z paleniem akt Służby Bezpieczeństwa PRL. Słowem: milczą, więc mataczą! Warto zauważyć, że w momencie pierwszej publikacji Wirtualnychmediów decyzji o wstrzymaniu sprzedaży nie podjęły jeszcze Poczta Polska i EMPIK.

 

Kryzys znaczy konflikt

 

Adam Łaszyn zwraca uwagę, że kryzys medialny to konflikt, który odgrywa się na oczach widzów, słuchaczy lub czytelników. W tym wypadku trudno jednak wskazać „Zdrowie Bez Leków” jako stronę potencjalnego sporu. Zapytany o zdanie wyraził następującą opinię:

 

– Historia wielokrotnie udowodniła, że w okresie zarazy i pomorów (nawet jeśli odbywają się głównie w sferze percepcyjnej a nie rzeczywistej) szczególnie często dochodzi do polowań na czarownice. I na pewno ten mechanizm wciąż ma się dobrze w czasach współczesnych. A taki wynalazek jak media społecznościowe tryby tego odwiecznego mechanizmu ostatnio bardzo silnie naoliwiły – młyny hejtu mielą teraz szczególnie silnie i szybko. Jerzy Zięba, z podobnymi sobie apostołami alternatywnego podejścia do medycznego rozsądku, zapewne jest ofiarą takiej nagonki – odpowiada, odnosząc się do wątku głównego, czyli wypowiedzi Jerzego Zięby zawartej w jego kanałach społecznościowych i jej konsekwencji (zablokowanie sprzedaży książek na Allegro etc.). – Jeżeli nawet Główny Inspektor Sanitarny wydał odrębne oświadczenie obnażające „niekompetencje” Zięby jak i zagrożenie jego „cudownej wiedzy”, to dziwna byłaby inna reakcja Biedronki, Carrefoura, czy Allegro.

 

„Popraw siebie i organizację; powetuj straty”

 

Nietrudno zauważyć, że „Zdrowie Bez Leków” nie straciło zaufania czytelników, ale części dystrybutorów. Jak zamierzają naprawić te relacje i przekonać firmy, z którymi współpracowali do tej pory?

 

Postanowiliśmy powołać Radę Naukową – informuje Tamecki. – Dotychczas wydawało nam się, że skoro publikują u nas dyplomowani lekarze, to wystarczy do tego, żeby mieć zaufanie do treści, które rozpowszechniamy. Ostatnie wydarzenia pokazują, że to za mało. Od dawna współpracujemy z przedstawicielami środowiska naukowego. Liczmy, że powołanie Rady i przedstawienie jej składu pozwoli nam szybko odzyskać zablokowane kanały dystrybucji. Zawiesiliśmy też współpracę z Jerzym Ziębą[10].To była obustronna decyzja – dodaje.

 


[1]https://www.zdrowiebezlekow.pl/o_nas/ – dostęp 30.03.2020 r.

[2]https://www.zdrowiebezlekow.pl/archiwalne-numery/ – dostęp 30.03.2020 r.

[3]https://www.facebook.com/ukryteterapie – dostęp 30.03.2020 r.

[4]https://gis.gov.pl/aktualnosci/oswiadczenie-glownego-inspektora-sanitarnego-i-prezesa-naczelnej-rady-lekarskiej/ – dostęp 30.03.2020 r.

[5]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdrowie-bez-lekow-wycofane-z-biedronki-i-carrefoura-allegro-usuwa-oferty-z-ksiazkami-jerzego-zieby – dostęp 30.03.2020 r.

[6]https://tech.wp.pl/kolejny-cios-w-jerzego-ziebe-empik-wstrzymuje-sprzedaz-miesiecznika-zdrowie-bez-lekow-6492383974709377a – dostęp 30.03.2020 r.

[7]

[8]https://www.facebook.com/alertmedia/photos/a.110792315613260/2370637522962050/?type=3&theater – dostęp 30.03.2020 r.

[9]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdrowie-bez-lekow-wycofane-z-biedronki-i-carrefoura-allegro-usuwa-oferty-z-ksiazkami-jerzego-zieby – dostęp 30.03.2020.

[10]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/jerzy-zieba-zawiesil-wspolprace-ze-zdrowiem-bez-lekow-wydawca-pisma-rezygnacja-ze-sprzedazy-jest-bezprawna – dostęp 30.03.2020 r.

Potrzebny jest program pomocy mediom – uważa ŁUKASZ WARZECHA

Dziennikarze będą jedną z najciężej dotkniętych pandemią grup – nie ma co do tego wątpliwości. Nie w sensie medycznym, ale życiowym i finansowym. Media, które nie są podczepione pod rządowy kurek z pieniędzmi (choć w jakimś stopniu nawet te), już zaczęły ciąć zatrudnienie i wynagrodzenia. Jeśli kończy się tylko na tym drugim wariancie, to i tak nieźle. Działa tu elementarny łańcuszek ekonomiczny – i będzie gorzej.

 

Media żyją z dwóch źródeł: reklamy i sprzedaży (w przypadku tych drukowanych, choć druk należy dzisiaj traktować czysto umownie). Są jeszcze media publiczne, które dzięki podpisowi prezydenta, złożonemu tuż przed zamknięciem państwa, mają zapewnione finansowanie. Reklama w zasadzie padła, jest bowiem nieodmienną prawidłowością, że wydatki marketingowe są w trudnej sytuacji ścinane jako pierwsze. Posypały się w związku z tym budżety nawet dużych medialnych organizacji, w tym tych, które nie zależą od sprzedaży, bo dla nich reklama jest podstawowym źródłem utrzymania.

 

Tąpnięcie sprzedaży dobija natomiast gazety wszelkiego rodzaju. Dramatyczne skutki miało zamknięcie niemal w całości centrów handlowych, a w wyniku niedopracowanego i niezrozumiałego rozporządzenia – w pierwszym momencie również znajdujących się tam saloników prasowych. Rozporządzenie zmieniono dopiero po interwencji Izby Wydawców Prasy, ale wiadomo, że i tak ruch w tych punktach jest minimalny. A przecież sytuacja mediów drukowanych i tak była już wcześniej fatalna, między innymi w związku z katastrofą Ruchu.

 

Ogromna część dziennikarzy nie ma umów o pracę. Pracują na umowach o dzieło, a więc nie przysługują im standardowe zabezpieczenia. Nie mam z tym problemu i nigdy nie miałem – sam tak pracuję przez całe życie i nie chciałbym tego zmieniać. Nawet teraz nie uważam, żeby umowa o pracę w jakikolwiek istotny sposób zabezpieczała moje interesy. Jednak od początku epidemii staram się wybiegać w przyszłość i zastanawiać się, jakie będą długoterminowe konsekwencje tego, co się teraz dzieje. I tu, niestety, trudno być optymistą.

 

Odnotować trzeba przede wszystkim głupią, plemienną satysfakcję części odbiorców, radujących się problemami mediów, których nie lubią. Jakaś grupa była zachwycona tym, że „Wprost” i mój tytuł – „Do Rzeczy” – zostały zmuszone okolicznościami do wydania numerów w formie jedynie wirtualnej (kolejny, aktualny numer „Do Rzeczy” jest znów również w papierze), zaś „Wprost” po tym ciosie już się nie podniosło. Inna grupa była szczęśliwa, gdy zdecydowano się zamknąć kina, bo przecież Helios to Agora, a Agora to „Wyborcza” i oby padła jak najszybciej!

 

Z tego tonu wyłamywały się nieliczne osoby – jak choćby Wojciech Czuchnowski, który na Twitterze, ku zgrozie zatwardziałych antypisowców, zauważył, że ta tonacja mściwej satysfakcji jest bardzo smutna, bo media są w debacie publicznej potrzebne, również te, z którymi się nie zgadzamy.

 

Podzielam ten pogląd, przy czym epidemia i związana z nią zapaść gospodarcza będzie tu miała głębsze konsekwencje. Najstabilniejsza jest bowiem sytuacja mediów państwowych, które są mocno zaangażowane w walkę polityczną – a to one, dzięki państwowej dotacji, wyjdą z kryzysu obronną ręką. Powinny sobie też poradzić największe prywatne podmioty mediów elektronicznych, choć i tam cięte są budżety. Najtrudniej będzie mediom słowa pisanego, które z natury rzeczy są najbardziej analityczne, zwłaszcza w segmencie tygodników. Fatalna będzie sytuacja niezależnych, małych podmiotów, działających na pograniczu think-tanku i medium. Te żyją w jakiejś części z publicznych grantów, ale częściej te prawdziwie niezależne – z pieniędzy z darowizn, 1 procenta, datków. Jasne jest natomiast, że tego typu wydatki to pierwsze, co się ogranicza, gdy trzeba robić oszczędności – a będą je musieli robić wszyscy konsumenci. Również 1 procent będzie znacząco niższy – jeszcze nie w tym roku, ale w kolejnym już tak. I to będzie dramatyczny spadek.

 

To oznacza, że pewnego rodzaju dziennikarstwa, informacji, publicystyki będziemy mieli więcej, a innej mniej. Mniej będzie akurat tej bardziej wnikliwej, pobudzającej do wątpliwości i myślenia; więcej – tej propagandowej, uproszczonej, bo taki jest na ogół przekaz mediów elektronicznych. Najmocniejsza będzie wsparta publicznymi pieniędzmi pozycja mediów państwowych z ich prorządową narracją, kontrowana przez media elektroniczne rządowi wrogie. I to jest bardzo zła wiadomość.

 

Wygląda na to, że tworząc swoją „tarczę antykryzysową”, a właściwie tarczkę (bo jej zakres i oferowane możliwości są bardzo wąskie i mocno niewystarczające), rząd tego sektora kompletnie nie wziął pod uwagę. To powinna być inicjatywa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale chyba nie ma w tym urzędzie refleksji na ten temat.

 

Media mogą oczywiście skorzystać z pomocy na takiej samej zasadzie jak wszystkie inne firmy, ale przecież mają jednak szczególną funkcję i swoją specyfikę działania. Z drugiej strony nikt nie powinien zakładać, że będą ratowane tak, jak dofinansowuje się media państwowe. Powinny jednak powstać instrumenty pomocowe, skierowane specjalnie do nich – i to bez różnicy, czy mówimy o mediach prorządowych czy antyrządowych, analitycznych czy popularnych. To kwestia ocalenia już nawet nie jakości debaty publicznej, ale samej debaty.

 

Dla każdego, kto kojarzy, jak działa gospodarka, jasne jest, że problem z epidemicznym kryzysem ma dwa wątki. Pierwszy, bieżący, to podtrzymanie zatrudnienia i płynności firm, które zmuszone są do przestoju, często w wyniku decyzji administracji rządowej. Drugi, który pojawi się później, kiedy już będzie można wznawiać działalność, to popyt, który będzie dramatycznie ograniczony, ponieważ znacznie biedniejsi niż przed kryzysem konsumenci będą redukować do minimum swoje wydatki. Zarobią ci, którzy działają w branżach pierwszej potrzeby – na przykład w handlu spożywczym czy produkcji żywności – ale już nie ci, którzy produkują na przykład elektronikę użytkową czy handlują samochodami. Media, za które trzeba zapłacić, będą tutaj ostatnie w kolejce wydatków. I nawet agresywna redystrybucja (pomysł sam w sobie wątpliwy) niewiele by tu zmieniła.

 

W bardzo wielu programach pomocowych – ale niestety nie w polskim – ważne miejsce zajmuje uruchomienie pieniędzy pozwalających na podtrzymanie działalności. Nie w formie grantów, ale w postaci łatwo dostępnego i taniego kredytu. To jest oczywiście czynnik proinflacyjny, ale ekonomiści chyba słusznie wierzą, że inflacja nie będzie tu dużym problemem, ponieważ przy dramatycznym spadku popytu wzrost cen wydaje się mało prawdopodobny.

 

Tak czy owak, brakuje programu, który na takiej właśnie zasadzie dawałby mediom, szczególnie tym najbardziej narażonym na skutki kryzysu, szansę przetrwania, z uwzględnieniem ich całej specyfiki – w tym specyfiki tych najmniejszych, dotychczas działających tylko za sprawą hojności ich czytelników. To dziś może się wydawać mało istotne, ale właśnie już teraz powinniśmy myśleć o tym, jak będzie zorganizowany świat po epidemii.

 

Łukasz Warzecha

Cóż to jest prawda? – WOJCIECH POKORA o roli dziennikarzy w epoce fake newsów

„Wiecie Państwo co jest najsmutniejsze? Gdyby nie to, że ktoś 10 lat temu zlekceważył podstawowe względy bezpieczeństwa i naciskał na pilotów mówiąc „Zmieścisz się śmiało!”, to konstytucyjny termin wyborów wypadałby w tym roku na październik” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Wpis polubiło ponad 2 tys. osób.  W tym wpisie zawiera się cała definicja fake newsa. Ale nie tylko, to także doskonały przykład tego, w jaki sposób fejka się kolportuje.

 

Fake z angielskiego oznacza coś podrobionego, sfałszowanego, oszukańczego. Coś, co ma wyglądać na prawdziwe, ale jest stworzone do oszustwa. Fałszywy obraz na aukcji dzieł sztuki jest przykładem takiego fejka. Wygląda identycznie z oryginałem, dla nieświadomego odbiorcy ta różnica nigdy nie będzie widoczna, ale ma inną wartość. I ktoś stworzył go po to, by w jakiś sposób czerpać z niego zyski – sprzedać w cenie oryginału, podmienić z oryginałem lub obniżyć wartość oryginalnego dzieła, zalewając rynek identycznymi falsyfikatami, sugerującymi, że oryginał nie jest czymś wyjątkowym. Dokładnie w ten sam sposób działa fałszywa informacja.

 

News to z angielskiego informacja agencyjna, prasowa lub radiowa z ostatniej chwili. Z definicji zakłada się, że to świeża informacja, obcując z którą mamy podświadomie pewność, że informacja jest sprawdzona i dowiadujemy się o niej jako pierwsi. News to pokarm nie tylko dla mediów, ale przede wszystkim dla ich odbiorców. Dlatego podanie w tej formie trucizny zabija najszybciej.

 

Fake news jest zatem połączeniem dwóch powyższych definicji. Tłumaczy się jako fałszywa wiadomość. Taka informacja często ma charakter sensacyjny, publikowana jest w mediach (najczęściej społecznościowych) z intencją wprowadzenia odbiorcy w błąd w celu osiągnięcia korzyści finansowych, politycznych lub prestiżowych.

 

Wróćmy do Romana Giertycha. Jego wpis jest klasycznym fake newsem. Nawiązuje do aktualnej sytuacji, czyli do trwającej debaty na temat terminu wyborów prezydenckich w kontekście stanu epidemii w Polsce. To gorący temat, spora część społeczeństwa się nim ekscytuje, zatem można się spodziewać, że wpis na ten temat trafi do wielu odbiorców. Gdy już trafi, to przemyci nieprawdę. Wielokrotnie zresztą dementowaną przez ostatnie dziesięć lat, ale użyta w innym kontekście, jako już kiedyś słyszana, może się niektórym utrwalić. I o to w tym chodzi. Nie o termin wyborów, ale o utrwalenie kłamstwa na temat przebiegu wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Szczególnie w przededniu okrągłej rocznicy tego wydarzenia. Fake news powinien być kolportowany, wówczas jego „życie” się przedłuża i zaraża kolejnych odbiorców. Cytowany wpis Giertycha, w chwili gdy go widziałem miał 314 udostępnień i ponad 2 tysiące polubień. Zapewne dynamika jego rozpowszechniania z kolejnym udostępnieniem malała, ale i tak zasięgi tego wpisu można mierzyć w tysiącach. Tysiące osób przeczytało nieprawdę. Tysiące ją zaakceptowało, stawiając serduszko. Czy wszyscy ci ludzie dali się nabrać nieświadomie? Niestety nie.

 

W roku 1956, pochodzący z Warszawy polsko-amerykański psycholog prof. Solomon Asch przeprowadził słynny eksperyment dotyczący konformizmu. Udowodnił w nim zaskakująco dużą siłę wpływu społecznego na ludzkie zachowanie. Badanie polegało na tym, że badanym przedstawiano na tablicy trzy różnej długości odcinki. Mieli za zadanie wskazać, który z nich jest równy długością odcinkowi z drugiej tablicy. Wydaje się proste. I było dla tych, którzy wykonywali zadanie samodzielnie. 95 proc. z nich wskazało pary prawidłowo. Sytuację skomplikowała obecność osób postronnych. W grupach, gdzie badanym towarzyszyły inne osoby, prawidłowych odpowiedzi było 76 proc. Dlaczego? Profesor Asch poprosił niektóre osoby, by świadomie dezinformowały inne, wskazując nieprawidłowe rozwiązania. Część osób zasugerowała się kłamstwem i podjęła na jego podstawie błędną decyzję. Opisany eksperyment potwierdził istnienie konformistycznej postawy człowieka, czyli tendencji do zmiany zachowań, opinii i poglądów pod wpływem innych ludzi. Badanie pozwoliło wykryć także motywy takich działań – pragnienie posiadania racji, które rodzi konformizm informacyjny, oraz lęk przed odrzuceniem społecznym, który jest motywem konformizmu normatywnego.

 

Co nam to mówi o osobach, które polubiły lub przesłały dalej kłamstwo Giertycha? Część z nich w nie uwierzyła, część zasugerowała się autorytetem autora, ale byli także tacy, którzy mając świadomość, że powtarzają nieprawdę zrobili to, by dopiec nielubianym osobom. Takie motywacje wskazują badania, mające na celu określenie, w jaki sposób rozprzestrzeniają się fake newsy. Niestety, bardzo często powielane są one świadomie.

 

Powstawanie i kolportowanie fake newsów zawsze wzmacnia sytuacja szumu informacyjnego. Może ją spowodować jakieś zagrożenie albo społeczne wzburzenie. Dziś takim elementem wzmacniającym jest koronawirus. Społeczeństwo zamknięte w dużej części w domach musi sobie radzić z większą ilością informacji niż może przyswoić. To wzmacnia trolling i fake. Wystarczy wejść do mediów społecznościowych by zauważyć niekontrolowany wysyp teorii spiskowych i fałszywych informacji. Trzeba się przez nie przebić, by trafić na sprawdzone newsy. Nieprzypadkowo teraz Polska Agencja Prasowa wspólnie z GovTech Polska uruchamiła społeczny projekt weryfikacji treści, dotyczących wirusa SARS-CoV-2, publikowanych w Internecie. Poziom dezinformacji przekracza bowiem wszelkie notowane dotychczas normy.

 

Polska nie zezwoliła na przelot rosyjskich samolotów przez swoją przestrzeń powietrzną z pomocą do Włoch. To podłość na poziomie polityki publicznej. Tym bardziej, że pomoc ta trafiła do kraju sojuszniczego UE i NATO. Rosja nie powinna od tej pory w żadnym wypadku wychodzić naprzeciw Polsce. W niczym” – napisał na Twitterze rosyjski senator Aleksiej Puszkow. To fake news z ostatnich dni, zdementowany przez polskie MSZ, ale rozkolportowany w sieci mediów społecznościowych i za pośrednictwem rozsadników rosyjskiej propagandy takich jak Sputnik, który przetłumaczył to kłamstwo na kilka języków. Inny fake z ostatnich dni: „Dzisiaj między 23:00 a 5:00 będzie z wojskowych śmigłowców przeprowadzona dezynfekcja miast”, również kolportowany jest w Internecie. Zdementowało go Ministerstwo Obrony Narodowej. Ale tysięcy bzdur w stylu przesyłanych przez komunikatory ostrzeżeń o zamknięciu miast, czerwonych strefach, czy braku towarów w sklepach nie zdementują oficjalnie instytucje państwowe, bo musiałyby się tylko tym zajmować. Dlatego ważne są społeczne inicjatywy pomagające walczyć z dezinformacją, takie jak PAP-owski projekt #FakeHunter czy nasz SDP-owski Stop Fake, którego polskiej wersji jestem współtwórcą.

 

Ważny jest jeszcze jeden element. Na ten wpływ mają akurat ludzie mediów. To my nadajemy coraz większą rangę tematom ze społecznościówek. Wiem, że media społecznościowe, a szczególnie grupy tematyczne czy miejskie, to kopalnia tematów. Ale nie mogą stamtąd trafiać wprost do mediów tradycyjnych. Coraz częściej jednak widzimy cytowanie, omawianie, a nawet wprost przedrukowywanie tweetów czy postów z Facebooka w tradycyjnych mediach. W ten sposób nadajemy im rangę rzetelności i obiektywności. To, że cytujemy konkretnego autora poprzez publikację jego wpisu w społecznosciówce nie znaczy, że nie uwiarygadniamy w ten sposób całego tego medium i pozostałych piszących w nim użytkowników. Stąd prosta droga do tego, żeby przyjąć zasadę w tych mediach panującą – rację ma ten, kto zdobył najwięcej lajków. Dziennikarzem jest ten, z kim zgadza się więcej osób. Kto ma najbardziej emocjonujący wpis. A że czasem w tych wpisach pojawi się fake news, bo nie ma tam zasad etycznych i redakcji, która by zweryfikowała treść? To zwykła pomyłka. Raz na jakiś czas pomyłki zdarzają się przecież i uznanym redakcjom. Da się to przełknąć za cenę wolności. Rozwój mediów społecznościowych to przecież tej wolności emanacja, a przy tym dla wielu użytkowników zakwestionowanie zaufania do elit, których emanacją są media tradycyjne. Dzięki nim nie ma monopolu na informację. Każdy może ją tworzyć i przekazać innym. Nie ma jednej historii, nie ma jednej prawdy. Są już tylko narracje. Wszystko można zrelatywizować jednym wpisem i odpowiednią na ten wpis reakcją wiernych użytkowników. Przecież im więcej lajków, tym bliżej prawdy. Jak zauważył jakiś czas temu Bronisław Wildstein – w mediach społecznościowych można dostrzec, jak w obecnej rzeczywistości wróciliśmy do sofistów, przeciwko którym rodziła się nasza filozofia – sokratejska. Pseudouczeni i ich retoryka wygrywa z wiedzą i mądrością. Bo tak chce wyjaławiający się z wartości lud, stawiając pod ich wpisami swój kciuk. I jeśli jeszcze dziennikarstwo ma pełnić jakąś społeczną rolę, to właśnie taką, by do tego nie dopuścić. By nie pozwolić na nazywanie fake newsa prawdą czy dziennikarską pomyłką. Bo kłamstwo to kłamstwo. Niezależnie od liczby lajków.

 

Wojciech Pokora

Kto nie chce dekomunizacji Powązek – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Wrócił pomysł dekomunizacji Powązek Wojskowych w Warszawie. Tym razem nie na zasadzie apelów do władz Warszawy, bo od lat nic nie dają, ale przejęcia tej szczególnej polskiej nekropolii przez państwo – wzorem terenu Westerplatte, czy stołecznego Placu Piłsudskiego. Repolonizacja Powązek ma jednak od dawna wielu przeciwników po stronie lewicowych polityków, dziennikarzy i mediów.

 

 

1 sierpnia na cmentarzu powązkowskim w Warszawie dwie osoby zdewastowały grób Bolesława Bieruta, pierwszego sekretarza KC PZPR. W sprawę zaangażował się sam minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który zażądał wypuszczenia podejrzanych z aresztu, ponieważ uznał, że sprawa nosiła znamiona >>niskiej szkodliwości społecznej czynu<<. Sprawa znów zapoczątkowała dyskusję o tym, czy cmentarz wojskowy i Aleja Zasłużonych to odpowiednie miejsce spoczynku dla komunistycznych dygnitarzy i wojskowych.” – można było przeczytać 21 sierpnia 2016 r. na portalu www.polityka.pl.

„Dewastacja” grobu Bieruta polegała na napisaniu na ogromnym mauzoleum – nie tylko pierwszego sekretarza KC PZPR, ale przede wszystkim jednego z największych morderców w historii Polski (podpisał tysiące wyroków śmierci na polskich niepodległościowców) – czerwoną farbą słowa KAT.

 

 

Bierut, Jaruzelski i inni

 

 

A dyskusja faktycznie powróciła. Prof. Jan Żaryn, historyk i senator PiS mówił portalowi www.wp.pl (4 sierpnia 2016 r.): „Powązki Wojskowe w Warszawie to miejsce, w którym odbywa się zbiorowy hołd wspólnoty narodowej składany bohaterom. Jestem zwolennikiem tego, by groby komunistycznych aparatczyków i groby komunistów, którzy symbolizują wkroczenie na teren Polski obcej siły przenieść, w godny sposób, w inne miejsce”.

 

Podobnie były opozycjonista i senator PO Jan Rulewski: „Powinno się poprosić rodziny, między innymi Bolesława Bieruta, o to, żeby przenieśli te groby w inne miejsce”.

 

Przeniesienie miało dotyczyć nie tylko Bieruta, ale innych komunistycznych funkcjonariuszy, nie wyłączając kolejnego namiestnika Moskwy – Wojciecha Jaruzelskiego.

 

Innego zdania była np. posłanka Nowoczesnej Joanna Schmidt: „Jako osoba wierząca uważam, że osoby zostały już po śmierci osądzone. Osądziła je też historia. Dajmy im spokojnie spoczywać. (…) Przechodzimy obok tych grobów i wtedy jest refleksja, że takie czasy były, można opowiedzieć o historii dzieciom. To część naszej historii”.

 

Do sprawy odniosła się „Gazeta Wyborcza” (16 października 2017 r.) nazywając domagających się dekomunizacji Powązek „tzw. środowiskami patriotycznymi”. I dalej z nieukrywanym żalem, że te środowiska „swoje żądania (…) artykułowały do niedawna tylko w prawicowych mediach. Ostatnio sprawa nabrała rozmachu. Polska Agencja Prasowa opublikowała wywiad z Adamem Borowskim, opozycjonistą z czasów PRL-u, obecnie szefem warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”. Rozmowę zamieścił u siebie m.in. portal Polskiego Radia”. Cóż, daremne żale. Monopol „GW” kilka lat temu się skończył.

 

 

„Profanacja miejsca pochówku”

 

 

Środowiska prawicowe nazywają nekropolię >>panteonem polskich bohaterów<< i coraz głośniej żądają usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów. Wtórują im rządowe media, powołując się na opinię kombatantów” – oceniała w innym materiale „Gazeta Wyborcza” (8 listopada 2017 r.), która przywołała zdanie „swoich dyżurnych” weteranów.

 

I tak prezes Światowego Związku Żołnierzy AK Leszek Żukowski, powiedział o dekomunizacji Powązek: „A po co to robić? Przecież ci ludzie nie żyją, nikomu nie zagrażają. Nie popieram komunistów, ale też nie wyobrażam sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów. Zresztą, dokąd je przenieść? Będzie specjalny cmentarz dla wyrzuconych?

 

Żukowskim prof. Sławomir Cenckiewicz w tygodniku „Do Rzeczy” napisał: „Zamiast obrażać pamięć żołnierzy niezłomnych, niech prezes Leszek Żukowski sam wytłumaczy się z własnej przeszłości, o której w kartotece SB możemy przeczytać: <<Były t[ajny] w[spółpracownik] akta złożone w archiwum Wydz[iału] C K[omendy] W[ojewódzkiej] M[ilicji] O[bywatelskiej] Gdańsk do Nr 2396 (IPN Kartoteka Ogólnoinformacyjna b. Biura „C” MSW)>>”.

 

„Gazeta Wyborcza” przyznała dalej, że dziś – inaczej niż w II Rzeczpospolitej – Powązki są cmentarzem wojskowym tylko z nazwy, że właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. A jaki jest stosunek magistratu do dekomunizacji cmentarza? Rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych Anna Obuchowicz wypowiedziała się jednoznacznie: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Wyjaśnijmy, że Instytut Pamięci Narodowej, obok Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych – przynajmniej od 2015 r. jest orędownikiem dekomunizacji Powązek Wojskowych.

 

 

TW Adam

 

 

Tropem „GW” podążył portal twojahistoria.pl (19 października 2017). „Czy dekomunizacja obejmie Powązki?” – pytała Agnieszka Wolnicka, która wśród dekomunizatorów Powązek wymieniła także moją osobę: „Z ust prawicowego publicysty Tadeusza Płużańskiego padł projekt przeniesienia komunistycznych dygnitarzy na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich, by wreszcie byli >>przy swoich<<”.

Autorka, prócz cytowanej już wypowiedzi Leszka Żukowskiego, przywołała jeszcze m.in. opinię Zbigniewa Galperyna, wiceprezesa Związku Powstańców Warszawskich, oczywiście opinię negatywną: „Jestem przeciwny zmianie nazw ulic, burzeniu pomników, a już zwłaszcza usuwaniu grobów z cmentarzy. Dojdzie kiedyś do władzy jakaś nowa ekipa i będzie robiła to samo”.

 

O rzeczonym kombatancie można przeczytać: „Wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich Zbigniew Galperyn atakował prezydenta Andrzeja Dudę i ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza, a jednocześnie bronił generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego (zarejestrowanego jako TW Zdzisławski) w związku z jego lustracją. Okazuje się, że sam był zarejestrowany jako konsultant komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. (…) Współpraca Zbigniewa Galperyna – „Adama” rozpoczęła się w grudniu 1982 r. i trwała do końca PRL, czyli do 1989 r. Został on zwerbowany przez wchodzący w skład SB Departament VI MSW”. (Dorota Kania, niezalezna.pl, 1 sierpnia 2016 r.).

 

 

„W imię chrześcijaństwa?”

 

 

I jeszcze, jakże podobnie do niektórych polskich mediów brzmiący rosyjski, prokremlowski portal sutniknews.com (Tomasz Dudek, 1 sierpnia 2017 r.): „Według ogarniętych szałem dekomunizacji kombatantów, chęć >>wywalenia<< de facto szczątków z ich grobowców to >>uzasadniony przypadek<< dla przeprowadzenia ekshumacji. Jerzy Bukowski na swoim blogu twierdzi nawet, że mieści się to w ramach >>etyki chrześcijańskiej<<. To doprawdy bardzo oryginalna interpretacja. I tak dobrze, że IPN nie wpadł na pomysł przenoszenia grobów z Powązek do Muzeum Komunizmu. To przecież, jakby nie patrzeć, miłosierni chrześcijanie”.

 

Wywołany do tablicy Jerzy Bukowski, szef Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, odpowiadał cytując dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego, doktora Jana Ołdakowskiego: „Jak byśmy postąpili, gdyby w 1943 roku faszystowska władza postawiła na Powązkach grobowiec kata Warszawy – Franza Kutschery? Czy mielibyśmy podobne obiekcje przed usunięciem jego grobu? Czy też broniono by go w imię chrześcijaństwa? Mamy obowiązek kierować naszą polityką historyczną. Gdyby nie to, że umarli w czasie trwania totalitarnego systemu, nie dostaliby nigdy tych miejsc”.

 

 

Tadeusz Płużański

Prasa drukowana może umrzeć na koronawirusa – prognozuje MIROSŁAW USIDUS

Obiegowo powtarzane jest proroctwo z książki  „The Vanishing Newspaper”, Philipa Meyera wydanej w 2004, że ostatni egzemplarz gazety papierowej zostanie sprzedany w 2043 roku. Jeśli sytuacja wynikła z koronawirusa potrwa dłużej niż kilka tygodni, na które wszyscy mamy nadzieję, to niestety, moment ten może nadejść znacznie szybciej.

 

Nawiasem mówiąc przepowiedni tej w książce Meyera nie ma. Jej rzeczywistym autorem jest nie kto inny, tylko Rupert Murdoch. Meyer, profesor dziennikarstwa na Uniwersytecie Północnej Karoliny, wyjaśniał później, że Murdoch, przemawiając na konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Wydawców Gazet wkrótce po wydaniu książki, wspomniał o niej, mówiąc o szybkim spadku liczby dorosłych czytających gazety, a następnie „rozwinął temat”, podając datę – kwiecień 2043 roku – jako moment sprzedaży ostatniego egzemplarza drukowanego tytułu. Od tego czasu, jak opowiada Meyer, wypowiedź Murdocha jest przypisywana jemu.

 

Sam Meyer zresztą patrząc na szybki postęp internetowego rynku reklamowego, uznał, że 2043 to data zbyt późna i że nastąpi to wcześniej. Mówił o tym m. in. na konferencji „The Future of Journalism” w 2008 roku.

 

W tamtych czasach zresztą pisało się i mówiło o tym wiele. Sam, o ile pamiętam, sporo rozmawiałem o tym z kolegami z redakcji „Rzeczpospolitej” po tym, jak uruchomiliśmy jej nowoczesne, jak na owe czasy, wydanie internetowe, w 1997 r. Pamiętam, że odruchową reakcją wielu dziennikarzy była wrogość i chęć walki Internetem. Dość trudno było mi wtedy tłumaczyć, że zamykanie sieciowej wersji gazety nie jest żadnym rozwiązaniem, że nadchodzą zmiany nieuchronne i nieubłagane, które w dłuższej (choć nie aż takiej długiej) perspektywie przetrwa ten, kto chwyci internetowego była za rogi.

 

O tym jak „Rzepa” straciła szanse, które wtedy się rysowały pisałem już w dłuższej story opublikowanej w maju ub. roku na portalu SDP. Nie chcę do tego wracać. Ważne jest, że w „Rz”, ale też w wielu innych firmach prasowych, wyciągano niewłaściwe wnioski z widocznych z roku na rok coraz wyraźniej sygnałów schyłku druku. Np. takie, że trzeba większość sił i środków kierować na obronę sprzedaży papieru a Internet to owszem, ale jako wciąż tylko dodatek, traktowany zresztą niekiedy jako coś w rodzaju wyznacznika prestiżu i nowocześniejszego wizerunku tytułu, a nie coś na czym należy się zanadto koncentrować.

 

W ubiegłej dekadzie nastąpiło w dodatku coś w rodzaju okresowego boomu na nowe tytuły prasowe. Powstał najpierw „Fakt”, potem „Dziennik” i „Polska The Times”, Agora tworzyła jakieś bulwarówki. Nastał ruch i ferment, który chyba trochę zmylił polskich wydawców co do perspektyw rynku prasy drukowanej.

 

Rozmowy tuż przed premierą iPhone’a

 

Założyłem w tamtym mniej więcej czasie blog w serwisie „Wirtualne Media” i, nie zważając na chwilowy entuzjazm branży prasowej, pisałem o nieuchronności tego, co nadejdzie. To co pisałem wzbudzało wiele emocji (sam byłem wówczas po rozstaniu z „Rz” rozemocjonowany) i polemik, ale powiedzcie sami, czy po latach, po krótkim boomie, który został już dawno zapomniany, takie słowa, które zapisałem 7 lutego 2007 roku, nie brzmią aktualnie: „Sprzedaż papieru spada im o kilka procentów rocznie. Ktoś widział ostatnie wyniki sprzedaży Związku Kontroli Dystrybucji Prasy? I będzie spadać. Amerykańskich gazety lokalne żyją już głównie z ogłoszeń lekarzy i farmaceutyków. Co to znaczy? Ano, że średnia wieku ich czytelników jest powyżej 55 lat. Może ostatni egzemplarz gazety sprzedadzą w 2043 r., może wcześniej, może później. To szczegóły. Ważne, że nie umieli i nie umieją z szansy, jaką dostali od losu, gdy pojawił się Internet. (…) Dziś mogę mówić jednemu z drugim, wydawcy prasowemu: całe pieniądze, jakie masz, ładuj w Internet, zapomnij o papierze! Mówić mogę, ale po co, i tak jest za późno. Całe pieniądze trzeba było inwestować wtedy, dziesięć lat temu.”

 

Tamten tekst, sprzed ponad trzynastu lat, wywołał dyskusję. Jeden z komentatorów, który jak się okazało później w toku rozmowy reprezentował prasowy biznes, napisał mi tak:

 

Sądzę, że wywołany rozwojem Internetu spadek sprzedaży prasy drukowanej ma dwie przyczyny:

  1. młodzież więcej czasu spędza przy komputerze, przede wszystkim przy serwisach oferujących różne mniej lub bardziej śmieszne filmy, a mniej czyta druku. Gdy młodzież nieco dorośnie, to przestaną ją bawić YouTuby itp., więc nie jest to klientela stracona;
  2. prasa jeszcze nie wymyśliła sposobu na konkurowanie z Siecią. A może inaczej: próbuje ją wykorzystać do własnych celów, więc część aktywności przenosi do Internetu. Co nie znaczy, że przeniesie tam całą aktywność. (…)

 

Wydawnictwa papierowe się dostosują i przetrwają. Właśnie dlatego, że papier ma przewagę nad ekranem. Moim zdaniem ze „śmiertelnym ciosem” pospieszył się Pan. (…) Mimo gotowych technologii wciąż nie ma urządzenia, które mogłoby ten cios zadać. (…) Ja jednak stawiam na papier. Internet w wielu aspektach jest przereklamowany.”

 

Cytuję ten komentarz, bo był bardzo charakterystyczny dla tonu rozmowy o Internecie w kręgach branży prasowej w tamtych czasach. Tak właśnie się uważało, że młodzież dorośnie, a jak dorośnie, to „nie jest stracona dla prasy”. Chłopina pisał to na pięć miesięcy przed premierą pierwszego iPhone’a. Mylił się, ale jeszcze nie mógł wiedzieć, jak bardzo się myli.

 

A post scriptum do tej dyskusji napisało się dekadę później. Mój rozmówca napisał na końcu: „Podam Panu przykład z autopsji. Proszę przyjrzeć się historii Chipa z ostatniego roku 🙂 Portal ciągle trzyma się mocno, mimo olbrzymich, nazwijmy to, zawirowań. Dlaczego? Bo swój prestiż zawdzięcza nie tyle temu, co sobą reprezentuje, a temu, co reprezentuje gazeta.” W kwietniu 2017 r. papierowy „Chip” przestał się ukazywać, portal chip.pl wciąż istnieje, ale nie wypowiadam się na temat jego kondycji.

 

Nieuchronność losu druku została potwierdzona w przypadku „Chipa” i wielu innych tytułów. Z każdym rokiem, z każdą kolejną zamykaną gazetą, czasopismem, liczba rozumujących tak jak mój rozmówca z 2007 roku malała. Już nie mówiło się, że „papier wciąż ma przyszłość”. Częściej – „dopóki jeszcze zarabiamy na druku, to ciągniemy”. To nie miało już nic wspólnego z wizją biznesową, lecz raczej z odraczaniem wyroku.

 

Ile to mogłoby potrwać? Ów 2043 wydaje się chyba rozsądną ramą czasową. Może ostatni egzemplarz poszedłby kilka lat wcześniej może ciut później, zwłaszcza w niektórych segmentach prasy poradnikowej i „czytadlanej”. Kto wie ile dokładnie by to trwało, ale założyć można, że działoby się to w tempie nieprzesadnie gwałtownym, czyli tak jak w ostatnich latach.

 

Przyszedł koronawirus i wyrównał

 

No, może jeszcze nie po całości, ale wydawcy papierowych gazet dość szybko zauważyli dewastację, jaką epidemia czyni w sprzedaży kioskowej, salonikowej i empikowej. Z apelami do czytelników o wykupywanie elektronicznych edycji i prenumerat wystąpili z jednej strony naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, z drugiej Jacek Karnowski z tygodnika „Sieci”.

 

Namawiamy do kupowania prasy, do podejmowania prenumeraty, do zapoznawania się z naszą ofertą online. Tam, gdzie nie dociera prasa papierowa, sugerujemy, by korzystać z wydań elektronicznych. Oferują je już niemal wszystkie tytuły. Przetrwamy w służbie dla Czytelnika tylko dzięki Czytelnikowi. To relacja nierozerwalna, a dziś wyjątkowo Wam i nam potrzebna. Czytajmy prasę i walczmy o jakość informacji” napisał kilka dni później w specjalnie opublikowanym apelu Prezes Izby Wydawców Prasy, Bogusław Chrabota.

 

Prędzej czy później wszyscy będziemy martwi – można by tu powtórzyć słowa głębokiej filozoficznej refleksji. W naturze człowieka jest jednak, że woli „później”.

 

Tak też w świecie drukowanej prasy już chyba nikt od dawna nie miał złudzeń, że koniec papieru nadejdzie. Osób myślących tak, jak ten mój internetowy rozmówca sprzed lat, już w tym biznesie nie ma. Od lat wszyscy już wiedzą, że dni papieru są policzone, ale liczyli, że to, co nieuchronne, przynajmniej w przypadku ich produktu, nadejdzie raczej „później” niż „prędzej”.

 

Jeśli koronawirus nie ustąpi i obecny stan potrwa dłużej niż do Wielkiej Nocy, dwa, trzy lub więcej miesięcy, to, jestem tego prawie pewien, nastąpi przyspieszony zgon papierowej prasy. Jej brak będzie tylko jednym i zapewne nie najważniejszym wyróżnikiem nowego świata, który nadszedłby po tak długotrwałym procesie niszczenia gospodarki i naszego życia. I tu na razie postawiłbym kropkę, mówiąc zwyczajowe w ostatnim czasie – „Zobaczymy”.

 

Mirosław Usidus

Dziennikarstwo przez Skype’a – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

W pierwszym tygodniu najostrzejszych jak dotąd restrykcji związanych z epidemią brałem udział zdalnie w czterech programach. Jeden z nich (na platformie wSensie.pl) prowadziłem ze studia, mając przed sobą na monitorze gościa, mówiącego przez Skype’a. Najpoważniejszym przedsięwzięciem był sobotni wieczorny program publicystyczny w Polsat News, prowadzony przez Grzegorza Jankowskiego, bo tam prócz mnie za pośrednictwem komunikatora Microsoftu było trzech innych gości. Wszystko poszło właściwie bezproblemowo.

 

Wiele telewizji – choć akurat niekoniecznie w Polsce – korzystało się z takiej formy wirtualnych wizyt gości w studiach już od dawna. U nas to się średnio przyjęło, lecz teraz sytuacja wymusiła takie działania. Może to nawet bardziej marketing niż uzasadniona ostrożność – kiedy z konieczności modne staje się trzymanie dystansu, media chcą się pokazać jako odpowiedzialne.

 

Na razie wszystko dzieje się trochę na żywioł, a goście najczęściej pojawiają się w studiach właśnie za pośrednictwem Skype’a. Nierzadko w słabych kadrach, źle doświetleni, w niskiej rozdzielczości – i trudno się dziwić, bo wielu z nich korzysta z tego, co ma pod ręką. Tylko mała część komentatorów bawiła się w nagrywanie choćby najprostszych vlogów czy przynajmniej okazjonalnych filmów na YT w taki sposób, żeby mieć przyzwoite tło, kamerkę działającą w full HD i pobawić się choć trochę oświetleniem. To wszystko zacznie się jednak zmieniać, jeśli taki sposób komunikacji zostanie z nami na dłużej. A tego wykluczyć nie można, nawet wtedy, gdy epidemia już minie.

 

Po pierwsze – to dla telewizji oszczędność. Obecność gości w studiu to koszty – zwykle oferuje się im transport. To też praca makijażystów i obsługi. W skali roku oszczędności mogą być spore.

 

Po drugie – przejście na wirtualną obecność gości w studiu oznacza, że znikają ograniczenia w ich zapraszaniu, wynikające z odległości. Mój redakcyjny kolega Marcin Makowski, mieszkający w Krakowie, przyjeżdżał do Warszawy kilka razy w miesiącu, żeby wziąć udział w programach z komentatorami i była to dla niego uciążliwość. A nie był jedyną taką osobą.

 

Ale są też wady. Przede wszystkim całkiem inaczej rozmawia się z ludźmi, których widzi się na monitorze, a inaczej z ludźmi, których ma się naprzeciwko siebie. To truizm, ale żadna wirtualna konferencja nie zastąpi bezpośredniej rozmowy i interakcji. Technologia wymusza też większy porządek, ale zarazem usztywnia rozmowę. Przy połączeniu przez komunikator goście nie mogą wchodzić sobie w słowo, bo stałoby się to już kompletnie niezrozumiałe dla słuchaczy. Prowadzący rozmowę musi działać jak pani w szkole, udzielając głosu po kolei. Szczególnie ciekawe, jak w takiej formie zaczną wyglądać programy z politykami, którzy z przekrzykiwania się zrobili swoistą dziedzinę sportu.

 

Bardzo możliwe, że w miarę przedłużania się obecnej sytuacji – a można założyć spokojnie, że potrwa to przynajmniej kilka tygodni, jeśli nie miesięcy – sprawy techniczne będą dopracowywane. Skype jest o tyle prostym narzędziem, że ma go niemal każdy – to aplikacja Microsoftu, która łatwo integruje się z systemem Windows, ale jest też dostępna w wersji mobilnej. Są jednak programy alternatywne, jak WhatsApp (własność Facebooka) czy sam Messenger (część FB). Są też bardziej wyspecjalizowane rozwiązania, takie jak systemy amerykańskiej firmy Zoom, tworzone specjalnie do obsługi zdalnych konferencji (zdolne obsłużyć naraz nawet kilkuset, a co dopiero kilkoro użytkowników). Niewykluczone, że wkrótce pojawią się technologie dostosowane specjalnie do potrzeb mediów – dające dobrą jakość transmisji, stabilność połączenia, możliwość manipulowania obrazem z poziomu realizatora i łatwość dołączenia gości, którzy nie będą już musieli niczego instalować na swoich komputerach czy smartfonach – wystarczy, jeśli klikną link (to zresztą już tak działa w przypadku konferencji Zooma) To nowa, choć niszowa gałąź rynku. Jeżeli teraz stacje telewizyjne czy radiowe zainwestują w tego typu rozwiązania (gdy już powstaną, ale potrzeba jest matką wynalazków i wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby przedsiębiorczy informatycy już nad takimi programami pracowali), to nawet po epidemii będą chciały nadal z nich korzystać. Wizyty w studiu mogą się stać taką rzadkością, jaką dotąd były łączenia przez aplikacje. Dla widza może to być mniej atrakcyjne – ale może właśnie będzie przeciwnie? Przecież teraz może trochę zajrzeć każdemu do domu czy biura, nawet jeśli kadr jest wąski.

 

Może ta zmiana była nieunikniona, a koronawirus ją tylko przyspieszył? Jeśli okaże się trwała, będę jednak żałował. Konieczność pojechania do studia to pewna mobilizacja. Inaczej rozmawia się z żywymi gośćmi przed kamerami i mikrofonami, a inaczej z obrazami wyświetlanymi na ekranie komputera. Program w radiu czy telewizji to też kulisy, których widz nie zna. Rozmowy poza kamerą, dzielenie się wiadomościami. Zdalna obecność zabiera nam to wszystko.

 

Cóż, być może to jednak tylko fragment większej całości – kompleksowych zmian, które wymusi pandemia, a które będą sprzyjać zatomizowaniu społeczeństwa. To może być wielka i bardzo groźna przemiana, o której na razie mało kto myśli, bo na głowie mamy bardziej bieżące problemy.

 

Łukasz Warzecha

Nieśmiertelność w sieci – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o cyfrowej tożsamości po śmierci

Tylko z grubsza szacując, na Facebooku może być 17 mln kont zmarłych osób.  Czy powinno się „uśmiercać” ich awatary i kto miałby to robić?

 

Nasze życie przebiega dziś w Internecie. Jesteśmy już często bardziej awatarami, niż ludźmi. Tu kochamy, tu dyskutujemy, tu jemy – dosłownie, wszak obrazki z restauracji to podstawowa nasza aktywność na Facebooku, zaraz obok zdjęć kotów. À propos – zdjęcia kotów – tu przeżywamy naszą miłość do zwierząt. Tu aktywizujemy się politycznie, tu nienawidzimy – znacznie bardziej bezkarnie, niż w tzw. realu, zatem chyba częściej i mocniej. Tu poznajemy nowych ludzi. Tu podróżujemy, tu utrzymujemy przyjaźnie, rozwijamy swoje hobby, odpoczywamy i pracujemy. Tu robimy biznesy, a nawet deale życia. Tu czytamy. Tu piszemy. Tu tworzymy. Czy tu umieramy? Gdy odejdziemy biologicznie, co się stanie z naszą internetową tożsamością?

 

Gdy dziś rejestrujemy się na Facebooku, na YT czy na Tweeterze (wiem, bo zakładając niedawno na FB własną stronę popularyzującą naukę, Naukovo.pl, musiałam różne nowe „tożsamości” porejestrować), zostaniemy w czasie tego procesu zapytani o to, kogo owo społecznościowe medium ma obciążyć odpowiedzialnością za dalsze prowadzenie naszego profilu, gdy umrzemy. Kto będzie nas niejako reprezentował w przypadku naszej śmierci. Odpowiedź nadal nie jest obowiązkowa – możemy zostawić tę rameczkę pustą i kontynuować rejestrację. Ale umówmy się – dawniej, tę dekadę temu, nikt nas tak nie indagował w takich kwestiach funeralnych i spadkowych. Albo ja czegoś nie pamiętam. W systemie pojawił się bowiem nieprzewidziany wcześniej przez twórców błąd. Ludzie umierają, awatary zaś… są nieśmiertelne.

 

Problem nie jest trywialny. Jestem skromnym użytkownikiem Facebooka, mam tam ok. 300 „znajomych”. Na moich awatarowych oczach zmarł podczas tych ostatnich 10 lat spędzonych „na FB” w mojej świadomości tylko jeden z nich, zresztą fantastyczny dziennikarz, Jacek Kalinowski. Jacek umarł bardzo szybko, dosłownie w kilka tygodni od diagnozy bardzo złośliwego nowotworu i niemal do ostatniej chwili kontaktował się z nami ze szpitala „przez fejsa”. Pewna cudowna osoba przez kilkanaście kolejnych miesięcy prowadziła (i nadal to czyni) jego profil. Na początku te anonse, dotyczące pogrzebu, wspomnień o zmarłym itp. były częste i wywoływały dyskusje, polubienia, czyli tzw. aktywność. Potem coraz rzadziej – głównie w okolicy rocznicy śmierci Jacka, by zaprosić na Mszę Świętą w intencji zbawienia jego duszy etc. Od jakiegoś czasu ten profil nigdy nie wyświetla swojej aktywności w mojej „historii”. Tak zdecydowały, niezrozumiałe dla nikogo poza ich twórcami, algorytmy sztucznej inteligencji zarządzającej tym, co się komu wyświetla. Dziś profil Jacka jest profilem „In memoriam” pod tym awatarem, który był jego ostatnim – choć nie jest to jego twarz. Nadal tam spotykają się wirtualnie jego najbliżsi przyjaciele.

 

Na forach, gdzie bywam, takich informacji o zgonach uczestników bywa znacznie więcej, zwłaszcza, że w niektórych, jak Forum Żydów Polskich, wielu dyskutantów jest już w podeszłym wieku.

 

Gdy Jacek odszedł, tak młodo i szybko 14 czerwca 2016 roku, zastanawiałam się – bo był on klasycznym „zwierzem fejsbukowym” – także nad tym, co się dzieje z internetowymi tożsamościami ludzi, których musi codziennie ubywać sporo. Na Facebooku, który jest dziś największym medium społecznościowym, było pod koniec 2019 roku 2,5 miliarda uczestników. To jakieś 40 proc. żyjących dziś na świecie ludzi. Ostatnie dane, które znalazłam o zgonach, WHO ma podsumowane dla roku 2016. Zmarło wtedy niemal 57 mln ludzi. Możemy sobie zatem wyobrazić, ilu odeszło użytkowników FB, jeśli 4 na 10 zmarłych miało konto. Dla bezpieczeństwa wyjmijmy z rachunku dzieci zmarłe przed 15. rokiem życia, no to będzie minimum 3 na 10. To jest nieco więcej, niż 17 mln awatarów FB. Zgubny szacunek, ale imponujący. To jest Londyn i Nowy Jork razem wzięte.

 

Na dorocznej konferencji „American Association for the Advancement of Science”, wydawcy prestiżowego magazynu „Science” oraz wielu innych czasopism naukowych, Faheem Hussain z Arizona State University w Tempe zmierzył się w swej prezentacji z problemem naszej internetowej nieśmiertelności. To był wykład w serii dotyczącej przyszłości etyki społecznej. Bo też zagadnienie to właśnie jej dotyka. Kto ma bowiem prawo „uśmiercić” ludzki awatar, który niczym się nie naraził „standardom FB”, czyli tej sztucznej inteligencji, co tam siedzi i śledzi donosy i zdjęcia – bo to śledzić najłatwiej, jak się jest sztuczną inteligencją? Ani tym bardziej zarządowi wyznaczającemu politykę tej korporacji, więc nie da się go zlikwidować za myślozbrodnie.

 

Specjaliści od informatyki, demografii i mediów społecznościowych szacują zatem, że już w 2060 roku liczba martwych użytkowników FB przewyższy liczbę profili, za którymi ukrywa się osoba biologicznie wciąż żywa. I nie o sam awatar chodzi, jak wyjaśniał Prof. Hussain, a sprawozdał to magazyn „Science”. Przecież gdy umiera człowiek, zostają po nim listy, pisma, rachunki bankowe i za gaz, pamiętnik, notatki w książkach, filmy nakręcone amatorską kamerą, przedstawiające go lub nie, zdjęcia, nagrania jego głosu. Dziś to wszystko nie jest już papierowe ani celuloidowe – jest zdigitalizowane. Przebywa w wielkiej czarnej internetowej dziurze, zassane za naszego życia. Gdy człowiek umierał w starych dobrych czasach, jego spuściznę papierową i celuloidową ktoś dziedziczył i albo pieczołowicie archiwizował, albo palił nią w przysłowiowym kominku. A dziś? Jak się zająć spuścizną cyfrową? A godność i szacunek dla zmarłego wymagałyby, by to zrobić. No i wreszcie – co mówi na ten temat prawo?

 

Socjolog z Arizony wyjaśniał, że ta spuścizna: tony bardzo osobistych danych gromadzone o nas przez lata – za naszą zgodą oczywiście – przez Google, FB, Tweeter, LinkedIn etc., trwa. Mało tego – nie tylko na serwerach mediów społecznościowych, ale i w naszym banku i bankach kolejnych naszych partnerów życiowych, z którymi mieliśmy wspólny kredyt, oraz naszych ubezpieczycieli. No i oczywiście w każdym internetowym sklepie i sklepiku, gdzie kupiliśmy tak fortepian, jak biustonosz. Gromadzone są przez każdy, nawet najgłupszy program lojalnościowy. To terabajty autografów, zdjęć, opinii. Spisane są nie tylko czyny i rozmowy, ale każdorazowe świadectwo sympatii i antypatii. Każdy kciuk w górę i każde „wrr”. Wszystko to daliśmy dobrowolnie i niewielu z nas się zainteresowało, co się z tymi danymi w ogóle dzieje na co dzień. A cóż dopiero zadbało, co ma się z nimi stać po naszej śmierci.

 

Według Faheema Hussaina nie tylko jesteśmy w tym zakresie bardzo niedbali, ale w dodatku, to nie jest tak, że zostawiając swoją cyfrową spuściznę na pastwę losu, nie mamy czego żałować. Gdyby Jacek nie zostawił tej wspaniałej, dobrej osobie hasła do swojego profilu, dziś moglibyśmy tam wejść nadal komentować czy udostępniać ewentualnie jego stare posty. A ta strona jednak żyje. Bo Jacek jakoś o nas pomyślał chyba. I to jedyne poświęcone mu miejsce w wielkich przestworzach Internetu, bo gdy poprosić Google, by coś o nim powiedziały, można się jedynie zapoznać z króciutkim nekrologiem portalu Press.pl z dnia jego śmierci i kilkoma zdjęciami jego twarzy. Oraz notatką z 2007 roku, gdy odchodził z Telekomunikacji Polskiej, gdzie był rzecznikiem prasowym. Gdyby nie jego przekonanie o ważności przebywania na FB, nie dałoby się np. wydać książki obejmującej jego posty, nawet gdyby ktoś miał taki pomysł.

 

FB bowiem nie udostępnia haseł do stron zmarłych osób żadnym legalnym spadkobiercom, o ile nie są wymienieni w owym okienku, którego wypełnienie ostatnio mnie zastanowiło.

 

Według prawników człowiek powinien mieć prawo do prywatności także po swojej śmierci – aczkolwiek w kodeksach nic wielkiego nie jest na ten temat napisane. Jest artykuł 23 Kodeksu Cywilnego, który dotyczy dóbr osobistych, gdzie prywatność i godność są wymienione. Nie do końca jest jednak jasne, czy i jak to działa po naszej śmierci w stosunku do spuścizny cyfrowej. Prosty przykład: załóżmy, że bardzo poczytny pisarz X, taki co wydaje książki za miliony, prowadzi swoją stronę na FB – blog. Tamże pisze dosłownie pamiętnik, bardzo intymny, bo dla znajomych. Gdyby ją był pisał na serwetkach w knajpie, a owe wkładał do kieszeni, to właścicielem tej spuścizny jest ten, kto odziedziczył jego prawa autorskie i znalazł owe serwetki w tej kieszeni upchnięte. I może je spalić, wydać jako książkę, schować jako najmilszą pamiątkę, a przede wszystkim zrobić to, czego zmarły sobie życzył przed śmiercią. Ponieważ jednak pisarz X działał też w Internecie – to właścicielem tej spuścizny de jure jest nie do końca wiadomo kto, a de facto – FB.

 

Oczywiście, jak wyjaśnił mi radca dr Piotr Sosiński, z Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości w Wałbrzychu, ze względu na artykuły 36, 41. 1 i 78. 2 Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i pokrewnych, jeśli ocenimy, że te wpisy na FB są utworem w rozumieniu tej ustawy, to prawa do nich podlegają dziedziczeniu. Oczywiście tu każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie przez sąd, jeśli jest spór, czy coś jest, czy nie jest „utworem”. Co oznacza, ze wydanie takich wpisów wartego miliony pisarza X przez FB czy kogokolwiek, kto nie jest spadkobiercą, jest wysoce ryzykowne. Ale to wcale nie ułatwia spadkobiercy dostępu do nich, o ile nie był „znajomym z FB” pisarza X, czy obserwatorem jego bloga za życia.

 

Jak wyjaśniał dalej arizoński socjolog, np. Google mają taką opcję, która pozwala korporacji na trwałe usunięcie danych konkretnej osoby w momencie jej śmierci. No, ale przecież nie tylko o to chodzi, żeby z nas nic nie zostało, tylko o to, żeby dało się ocalać to, co bywa wartościowe lub jest istotną pamiątką. Innymi słowy – nie jest dobrze tak zarządzać swoim życiem – w tym życiem internetowym – by po śmierci jego spuścizna pozostawała w rękach dostawców usług internetowych lub na śmietniku. No i musimy myśleć, gdy dzielimy się naszym osobistym światem i wnętrzem w Internecie. Za życia na ogół pragnęlibyśmy być po śmierci traktowanymi z jakąś estymą, a nie wszystko czym się dzielimy jest szczególnie dystyngowane. Gdybyśmy się nad tym głębiej zastanowili w naszym zabieganiu, mogłoby się okazać, że wcale nie jest nam tak bardzo wszystko jedno, co będzie z naszym kontem Gooogle, gdy nas już nie będzie.

 

Ostatnie przeciekawe zagadnienie poruszone podczas prezentacji i wywiadu udzielonego portalowi magazynu „Science” przez Faheema Hussaina dotyczy tego, jak my, inni użytkownicy mediów i portali społecznościowych powinniśmy się odnosić do obecnych tam profili zmarłych osób. Jak przeżyć żałobę po nich w Internecie? Okazuje się, że w Japonii na nowoczesnych cmentarnych nagrobkach są już wyryte kody QR, których zeskanowanie uruchamia w naszym urządzeniu mobilnym dostęp do filmów ze zmarłymi, nagrań ich głosu, cytatów z wypowiedzi, ulubionych przebojów etc. Sky is the limit. Każdy psycholog zauważy, że z jednej strony to może być terapeutyczne. Taka cyfrowa nieśmiertelność może pomóc niektórym osobom przeżyć dobrze żałobę po zmarłym. Aczkolwiek… to też niewąskie nadużycie. Nie tylko taki kod zeskanować sobie może dokładnie każdy, kto trafi pod ów nagrobek, a to są sprawy prywatne, wręcz intymne, jak film obrazujący zabawę z własnymi maleńkimi dziećmi na plaży. Ich niezwykłe oddziaływanie – nikt się bowiem nie sprzeciwia zdaniu, że multimedia działają na nasz mózg inaczej, niż papierowe zdjęcia czy zapiski – może uniemożliwić niektórym wyjście z żałoby. Jej elementem końcowym jest bowiem pogodzenie się ze stratą. A skoro właściwie żyjemy w sieci, to mając w niej dostęp do owego nieśmiertelnego awatara, w ogóle możemy owej straty nie odczuć.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Źródło: https://www.sciencemag.org/news/2020/02/what-happens-our-online-lives-after-we-die?utm_campaign=news_daily_2020-02-18&et_rid=379130090&et_cid=3212049

Msza św. w czasie epidemii – ks. ARTUR STOPKA o tym, jak dziennikarze przelewają na odbiorców złe emocje

Sprawa udziału we Mszy św. w czasie zarazy okazała się nieplanowanym wcześniej testem dla publicystów. Jaki jest jego wynik?

 

Początkowo chodziło o Kościół we Włoszech i podejmowane tam bardzo trudne decyzje. Być może spore grono krajowych publicystów, którzy z troską pochylali się nad tym, czy to dobrze, że tamtejsi katolicy z powodu koronawirusa nie mogą uczestniczyć we Mszy świętej, nie przypuszczało, że już wkrótce podobne sytuacje mogą dotknąć wiernych i duszpasterzy na polskiej ziemi. No i że ocenianie i etykietowanie biskupich postaw, gdy zarazić się można w kościelnej ławce w swojej parafii, nabierze innego wymiaru.

 

Można odnieść wrażenie, że w Polsce najbardziej emocjonalne dyskusje wywołane epidemią koronawirusa dotyczą nie kwestii medycznych, gospodarczych, ekonomicznych, ale… religijnych. W szeroko pojętych mediach (zarówno tradycyjnych, jak i tzw. nowych mediach), zderzyły się dwie narracje o proweniencji katolickiej. Obydwie tak naprawdę dotyczą tylko jednego tematu – udziału we Mszy św. w czasach szalejącej zarazy.

 

W obu narracjach mnóstwo już od pierwszych chwil można było dostrzec oprócz pojawiających się merytorycznych argumentów mnóstwo propagandy, demagogii, niedopuszczalnej w obecnej globalnej sytuacji presji, łamania sumień, a także manipulacji nauczaniem Kościoła i Pismem świętym.

 

Nie ma sensu analizowanie poszczególnych wypowiedzi z którejkolwiek strony. Choć ich autorzy niejednokrotnie nie zdają sobie z tego sprawy, wpisują się one idealnie w „tożsamościowe” myślenie o mediach i w istocie zmierzają do mnożenia zwolenników w oparciu o poczucie wyższości i traktowanie myślących inaczej z pogardą, jako „nieprawdziwych” katolików lub beznadziejnych, nierozumiejących chrześcijaństwa fanatyków. Zajmują się nie próbą analizy podejmowanych w Kościele decyzji w kontekście realnej sytuacji wiernych, lecz przekonywaniem do swojej racji „per fas et nefas”. Nie są one dla odbiorców pomocą w podjęciu racjonalnej, a równocześnie zgodnej z sumieniem decyzji.

 

Z pewnością jest w Polsce wielu katolików, którzy w najbliższym czasie nie powinni pojawiać się na zgromadzeniach liturgicznych. Zarówno ze względu na swoje bezpieczeństwo zdrowotne, jak i z uwagi na bezpieczeństwo innych. Z drugiej strony jednak rzetelnej analizy wymaga pojawiające się w niektórych głosach przekonanie, że nie da się zorganizować obrzędów w taki sposób, aby uczestnicy nie narażali się wzajemnie na zakażenie. Tego typu wypowiedzi trzeba było w ostatnim okresie w krajowych mediach ze świecą szukać. Zwykle bezskutecznie. Można było odnieść wrażenie, że według sporej części uczestników publicystycznego sporu fakt, iż poruszają się w sferze religijnej, zwalnia ich z obowiązku posługiwania się rozumowymi argumentami na rzecz tych zbudowanych wyłącznie na emocjach.

 

A przecież nie sposób wykluczyć kwestii, że nawet w wielkim natężeniu epidemii są ludzie, którzy mogą być fizycznie obecni na Mszy św., jeśli zostanie ona przygotowana i odprawiona zgodnie z zaleceniami ekspertów od zdrowotnego bezpieczeństwa. Trzeba pamiętać np. o ludziach, dla których stwierdzenie „Szybciej umrę z braku Jezusa niż od wirusa” nie jest zgrabnym, pustym sloganem, lecz wyraża ich religijność i sposób przeżywania wiary. Obrzucanie ich inwektywami, że nie kierują się miłością bliźniego, jest wobec nich niejednokrotnie absolutnie nietrafne i bez powodu dla nich poniżające. Nie każdy jest w stanie szybko przestawić się z udziału we Mszy w kościelnej ławce na uczestniczenie w niej za pośrednictwem ekranu. Dla nich obecność na Mszy jest czymś tak niezbędnym do życia jako powietrze i woda. Sugerowanie, że mają w nosie dobro innych i lekceważą fakt wielowymiarowego zagrożenia dla wszystkich pozostałych, jest krzywdzącym nadużyciem. Takim samym, jak odsądzanie od czci i wiary włoskich biskupów, którzy z bólem serca zaakceptowali niezbędne w dramatycznej sytuacji całego kraju rozwiązania i zdecydowali o rezygnacji udziału wiernych w celebracjach. Nie zrobili tego z entuzjazmem.

 

Rzetelnych analiz uwzględniających potrzeby, możliwości, a także różne możliwości rozwiązań uczestnictwa we Mszy św. w czasie epidemii zabrakło nie tylko w wypowiedziach najgłośniejszych uczestników publicystycznego sporu. A przecież nawet dziecko wie, że inaczej wygląda sytuacja w wielkiej parafii miejskiej, a inaczej w małej wiejskiej.

 

Jak bardzo skomplikowana jest sytuacja pokazał papieski jałmużnik kard. Konrad Krajewski, który wbrew rozporządzeniom państwowym i kościelnym otworzył w pewnym momencie swój tytularny kościół Santa Maria Immacolata w wieloetnicznej dzielnicy Esquilino. Paradoksalnie wygląda na to, że właśnie w ten sposób dał przykład poważnego traktowania słów Jezusa, że to szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Tym, co zrobił, przezwyciężył logikę strachu. Logikę, w której zwykle zapomina się o najsłabszych i będących na marginesie.

 

Przyzwyczailiśmy się (niestety), że publicystyka, zamiast objaśniać świat, często służy do narzucania innym jego jedynie słusznego obrazu, obowiązującej jako niepodważalna, wizji. W takim modelu służy ona autorom do przelewania na odbiorców własnych leków, fobii, złych emocji, problemów, dotykających czasami fundamentalnych spraw. Dzieje się tak również w tak delikatnej tematyce, jak wiara, duchowość, religia. To niedobre przyzwyczajenie. Źle, że jako odbiorcy dajemy publicystom przyzwolenie na takie postępowanie, a nawet ich w tym wspieramy, dając się wciągać w kompletnie zbędne pojedynki i wojenki.

 

Życie nieraz bardzo boleśnie weryfikuje każdą publicystykę. Właśnie się o tym w Polsce w sposób bardzo drastyczny przekonujemy.

 

Artur Stopka