Obalić Trumpa koronawirusem – MIROSŁAW USIDUS o mediach nakręcających panikę  

Strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż koronawirus. Tymczasem media na świecie chętnie żerują na lękach swoich odbiorców, nierzadko dla politycznych celów.

 

„Panika musi się skończyć. A media, naprawdę muszą być w jakiś sposób pociągnięte do odpowiedzialności, ponieważ krzywdzą ludzi” – powiedział w wywiadzie udzielonym 10 marca serwisowi RealClearPolitics Dr Drew Pinsky, znany w USA lekarz, współautor audycji i programów TV na tematy medyczne i zdrowotne.

 

„Ludzie są bardzo zaniepokojeni koronawirusem, mając po temu bardzo dobry powód, gdyż prawdopodobnie zamieni się on w pandemię (przyp. aut. – już się zamienił)” – mówił kilkanaście dni temu założonemu przez byłych dziennikarzy Politico serwisowi Axios profesor Uniwersytetu Waszyngtońskiego Carl Bergstrom. – „Jednak jest to jeden z pierwszych przypadków, kiedy opinia publiczna otrzymuje informacje o rozprzestrzenianiu się epidemii w czasie zbliżonym do rzeczywistego” – dodaje. I sam ten fakt sprzyja nakręcaniu atmosfery grozy.

 

Większość z nas mogłaby znaleźć lepszą, dokładniejszą wiarygodniejszą informację, gdybyśmy dali sobie chociaż dwanaście godzin na weryfikację. Niestety platformy mediów społecznościowych są napędzane przez presję na kliki i lajki w trybie natychmiastowym, co sprzyja rozprzestrzenianiu czegokolwiek, byle czego lub celowej roboty dezinformacyjnej, w tempie, którego najwredniejszy wirus biologiczny mógłby tylko pozazdrościć.

 

Naukowo zresztą przebadanym i zweryfikowanym faktem jest, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniają się szybciej niż prawdziwe. W renomowanym „Science” z marca 2018 r. można znaleźć publikację Sorousha Vosoughiego, Deba Roya i Sinana Arala, która aby wyjaśnić, jak rozprzestrzeniają się fałszywe informacje wykorzystali zestaw danych o kaskadach plotek na Twitterze w latach 2006-2017. Około 126 tysięcy z nich zostało rozpowszechnionych przez około 3 miliony osób. Fałszywe wiadomości docierały do większej liczby osób niż prawda; czołowy 1 proc. kaskad fałszywych wiadomości rozprzestrzeniał się między tysiąc a 100 tys. osób, podczas gdy prawda rzadko docierała do więcej niż tysiąca osób. Z badań wynikało również, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniały się szybciej niż prawda.

 

Infodemia

 

Zanim ogłosiła pandemię COVID-19, co stało się w ostatnich dniach, Światowa Organizacja Zdrowia już drugiego lutego określiła sytuację z koronawirusem jako „infodemię”, wyjaśniając, że ma na myśli „nadmiar informacji” w swojej masie zawierających zarówno doniesienia i dane prawdziwe jak też nieprawdziwe. Jak pisało WHO, już sama ich masa utrudnia ludziom znalezienie wiarygodnych źródeł i wiarygodnych wskazówek, gdy ich potrzebują”. Różnica pomiędzy koronawirusem a poprzednimi wybuchami epidemicznymi jest z tego punktu widzenia głównie ilościowa. Choć SARS, MERS i Zika budziły lęki i gdzieniegdzie objawy paniki, to jednak zasięg tych zjawisk był mimo wszystko ograniczony w porównaniu z obecną sytuacją epidemiczną wzmocnioną przez media społecznościowe w pełni rozkwitu.

 

O tym, że platformy social media przodują w sianiu dezinformacji i paniki dobrze wiemy. Jednak, trzeba przyznać, że zarówno Twitter jak i Facebook a także Google, do których zwróciła się WHO, podjęły działania w walce z fałszywkami na temat koronawirusa. Np. na Twitterze po kliknięciu hasztagu #koronawirus czy #coronavirus mamy informacje o wiarygodnym oficjalnym źródle informacji (w naszym przypadku Ministerstwie Zdrowia RP. Facebook kieruje do WHO. Także Google w światowej wersji kieruje do WHO a w polskiej dodaje stronę informacyjną MZ).

 

No więc giganci internetu jakoś tam (choć pewnie mogliby lepiej) stają na wysokości zadania. Przynajmniej próbują uniemożliwić fałszywym i panikarskim informacjom wpychać się na pierwszy plan. Aby znaleźć fake newsy i sianie paniki, trzeba się trochę postarać, z głównej internetowej ulicy wejść w zaułek. W świetle tego, że nie spodziewamy się po nim niczego dobrego jest tu kilka miłych niespodzianek.

 

Lanie benzyny do paleniska paniki

 

W tej sytuacji media głównego nurtu też chyba powinny wspiąć się na wyżyny swojego profesjonalizmu i dawać przykład spokoju, wiarygodności, rzetelności i wyważenia. Jak się okazuje niezupełnie i nie każdemu ich przedstawicielowi to dobrze wychodzi. Cytowana na początku wypowiedź amerykańskiego lekarza–celebryty nie wzięła się znikąd.

 

W Stanach Zjednoczonych środki masowego przekazu są często oskarżane o nakręcanie spirali strachu, która prowadzić ma do paniki na giełdzie i zapaści gospodarczej, która niejako po trupach doprowadzić ma do wymarzonej przez liberalne media przegranej Donalda Trumpa w wyborach.

 

Politico na przykład zaserwowało 9 marca „Specjalne Wydanie nt. Koronawirusa”, w którym alarmuje, że Ameryka jest „zakładnikiem koronawirusa” a reporterzy uderzyli w katastroficzne tony. Publicysta „Washington Post” Brian Klaas leje z grubej rury benzyną do buzującego paleniska paniki, określając epidemię „Czarnobylem Trumpa”, starając się utwierdzić czytelników w przekonaniu, że rząd USA nie panuje nad sytuacją, a zagłada jest nieuchronna. Paul Krugman z „New York Times” nieco skromniej dystrybuował panikę, pisząc, iż koronawirus jest „huraganem Katrina Trumpa”. Richard Haas, redaktor „Financial Times” porównał dla odmiany koronawirusa z atakiem na WTC, sugerując, że należy się spodziewać znacznie większej liczby ofiar. Giełda nie jest odporna na klimat medialny. Pikuje w dół. Może nie będzie katastrofy epidemiologicznej, ale coraz bardziej prawdopodobna wydaje się gospodarcza.

 

Od razu przy okazji wywiązała się awantura typowa dla hiperpoprawnej dziennikarskiej lewicy. Bowiem konserwatyści przypomnieli, że oryginalna nazwa wirusa to „wirus Wuhan” i rzecz zaczęła się w Chinach. „Woke” (określenie dla oszalałych w poprawności politycznej przedstawicieli medialno-rozrywkowego establishmentu, którym całkowicie zgadza się, że rycerz Lancelot był Murzynem), a zatem typowy „woke” pracownik MSNBC, David Gura, ogłosił, że mówienie „Wuhan wirusie” jest rasistowskie. Chór takich i innych straszaków jest w USA głośny i wpływowy.

 

Dyskusja zionących nienawiścią do obecnego prezydenta lewicowych dziennikarzy amerykańskich mediów głównego nurtu  na antenie MSNBC, 6 marca, była pełna owych odniesień do huraganu czy do Czarnobyla. Z wszystkich jej uczestników biła zgodnie jedna wielka nadzieja, że w USA wydarzy się gigantyczna katastrofa w związku z koronawirusem, że umrze wystarczająco dużo ludzi a gospodarka zostanie zdewastowana w wystarczającym stopniu, aby ten przebrzydły Trump przegrał wybory prezydenckie. Prowadzący dyskusję Eddie Glaude Jr nieomal wprost wyraził nadzieję, że jeśli dzieci, przyjaciele, dziadkowie Amerykanów ucierpią, to wreszcie załatwi tego pana, z którym tyle lat bezskutecznie w mediach walczyli.

 

Oczywiście można w USA wskazać też mnóstwo przykładów pozytywnych, świadczących o rzeczywistym zaangażowaniu środków masowego przekazu w misję rozpowszechniania wiarygodnych informacji i nawet swego rodzaju służbę społeczeństwu. Gazeta „Seattle Times” stworzyła specjalną stronę WWW informacyjno-poradniczą na której publikuje tego rodzaju materiały jak poradniki mycia rąk, informuje czytelników, jaki procent ludzi z koronawirusem ma gorączkę, a ilu kaszle, podaje listę rzeczy, w które ludzie powinni zostać wyposażeni, jeśli są poddani kwarantannie i publikuje wskazówki dotyczące tego, co powinni wiedzieć podróżujący tranzytem, w tym jak często autobusy są dezynfekowane a nawet – jakie jest ryzyko związane z chodzeniem na siłownię. Może rozpolitykowani żurnaliści z czołowych mediów żachną się na to, że mało ambitne, ale w moich oczach to „Seattle Times” wygrywa.

 

„Jesteśmy w doskonałym kontakcie z naszymi czytelnikami” –  powiedziała Lynn Jacobson, zastępca redaktora naczelnego „Seattle Times” w serwisie internetowym „Times Union”. „Jeździmy z nimi autobusami. Chodzimy z nimi do pracy. Wiemy, co oni chcą wiedzieć”. Zgaduję, że czytelnicy w autobusach nie dyskutują z dziennikarzami o szansach obalenia Trumpa za pomocą koronawirusa.

 

Associated Press poleciła swoim reporterom, aby we wszystkich przygotowywanych materiałach umieszczali dane o koronawirusie o charakterze „dyżurnym”. Czytelnicy są więc nieustannie informowani, że u większości osób wirus wywołuje jedynie łagodne lub umiarkowane objawy, takie jak gorączka i kaszel, jedynie u osób starszych i osób z dodatkowymi problemami zdrowotnymi mogą pojawić się poważniejsze objawy i zagrożenie. Mała rzecz i zdawałaby się nudna, ale o ile bardziej pożyteczna niż obrazy pustych półek w sklepach, które wzbudzają w odbiorcach impuls, by jeszcze bardziej je opróżniać.

 

Grypa zabija sto razy więcej ludzi, ale to stary news

 

Obecna epidemia jest znacznie bardziej widoczna w mediach niż poprzednie, choćby Ebola. Z niedawnego badania „Time Magazine” wynika, że w anglojęzycznych gazetach drukowanych ukazało się 23 razy więcej artykułów na temat epidemii koronawirusa w pierwszym miesiącu w porównaniu z tym samym okresem w przypadku epidemii Ebola w 2018 roku.

 

Od 12 stycznia, kiedy ruszyły pierwsze doniesienia o nowej, jeszcze stosunkowo tajemniczej, chorobie, do 13 lutego 2020 r. Karin Wahl-Jorgensen z „The Conversation” śledziła doniesienia w największych anglojęzycznych gazetach na całym świecie, korzystając z bazy danych LexisNexis UK. Zakres jej badań to prawie 100 wysokonakładowych gazet z całego świata, które łącznie opublikowały 9 387 materiałów związanych tematycznie z epidemią. Skrupulatnie wyliczyła, że 1066 artykułów zawiera słowo „strach” lub terminy powiązane, pokrewne i pochodne. Badaczka wskazuje też na przykłady innego rodzaju. Na przykład w 50 artykułach używano sformułowania „zabójczy wirus”.

 

Wahl-Jorgensen jako typowy dla stylu pisania, generującego lęki, podaje przykład reportażu z Wuhan w brytyjskim „The Telegraph”, szeroko udostępnianego po publikacji na portalach społecznościowych. Czytelnik był w tym materiale epatowany obrazami pacjentów omdlewających na ulicy, setek przerażonych obywateli, tłumy w wąskich korytarzach szpitalnych, lekarzy krzyczących w udręce i desperacji.

 

A „The Telegraph” to wciąż gazeta z półki nieco wyższej. W brytyjskich tabloidach, takich jak „The Sun” i „The Daily Mail” nakręcanie spirali strachu to chleb powszedni. Na przykład, „Sun” na swoim blogu poświęconym koronawirusowi rutynowo określa COVID-19 jako „śmiertelną chorobę”.

 

Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za dokonały wehikuł sprzedażowy. Badania przeprowadzone przez historyka Patricka Wallisa i lingwistkę Brigitte Nerlich wykazały, że dominującą metaforą na opisanie SARS było odmienianie jego charakteru „zabójca” przez wszystkie przypadki. Pod tym samym kątem badacze mediów Peter Vasterman i Nel Ruigrok zbadali relacje z epidemii H1N1 w Holandii i orzekli, że jest były one naznaczone alarmistycznym tonem.

 

Czy ktoś potrafi wskazać publikacje określające jako „zabójczą”, grypę, która, według danych WHO zabija na świecie co roku 300 do 600 tysięcy ludzi? Chyba będzie trudno. Media, które  zaczęłyby publikować panikarskie filmiki pokazujące ludzi słabnących na ulicy z powodu grypy, uznano by za histeryczne. Gdyby jakiś komentator zaczął rozwodzić się nad wpływem grypy na wynik wyborów, uznano by go za szalonego.

 

A może po prostu nie byłoby takiego efektu biznesowego. Zwykła grypa to „stary news”, nie sprzedaje się. Nie to co pachnący świeżością koronawirus, którym można zainteresować i postraszyć publikę znacznie skuteczniej.

 

„Jedyną rzeczą, której naprawdę musimy się obawiać, jest sam strach” – powiedział były prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin D. Roosevelt. Dobrze byłoby, gdyby wszyscy zastanowili się nad tymi słowami i starali się zrozumieć je jak najlepiej. Bo to strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż ta mała grudka kwasów nukleinowych ze śmiesznymi wypustkami. A kto strach świadomie sprzedaje, jest o niebo groźniejszy niż wszystkie te kaszlące i zasmarkane osoby na które dziś podejrzliwie patrzymy w miejscach publicznych.

 

Mirosław Usidus

Dziennikarstwo w czasach zarazy – felieton WOJCIECHA POKORY

Kierowanie się niskimi pobudkami w przygotowywaniu informacji na temat panującej pandemii, jest jak podanie śmiercionośnej trucizny pacjentowi, o którym mówi przysięga Hipokratesa. Jest nieetyczne i niemoralne.

 

W dawnych czasach, jeszcze przed erą wyśmiewanego Średniowiecza, zatem dla wielu bardzo dawno, lekarzy obowiązywała przysięga Hipokratesa. Wtedy też i przez późniejsze stulecia, lekarze wbijane mieli do głowy: „nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał”. Ale przyszły czasy nowożytne i reguła ta przestała obowiązywać. Powstała Deklaracja genewska, a na jej podstawie przyrzeczenie lekarskie. Dziś lekarze obiecują „według najlepszej swej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek”. Ważne, ale martwi mnie, ze już tej trucizny nie obiecują nie podawać. Mimo to, lekarz jest zawodem zaufania publicznego.

 

Podobnie jest z dziennikarzami. Mimo że w sensie prawnym nasz zawód nie ma statusu podobnego do lekarza, to jednak w sensie społecznym nim jednak jest. Dziennikarze stoją bowiem na straży dostępu obywateli do informacji i nie chodzi w tym przypadku o przywilej, czy szczególne uprawnienie dziennikarzy, lecz o służbę społeczeństwu. Jak służymy, pokazują w sposób szczególny sytuacje kryzysowe, takie jak obecna.

 

Śledząc serwisy i portale informacyjne, możemy zauważyć, że stosunek do obecnej sytuacji w Polsce i na świecie poszczególnych redakcji jest w dużej mierze podobny. W większości przypadków dziennikarze starają się przedstawiać rzetelnie komunikaty organów odpowiedzialnych za walkę z  nadchodzącą epidemią, raczej w tonie uspokajania, a nie podburzania społeczeństwa do niesubordynacji. Wydaje się nawet, że na chwilę koronawirus stał się apolityczny. Na chwilę. Niestety byliśmy świadkami np. medialnych występów polityków, którzy uczyli nas myć ręce nie z troski o nasze zdrowie, tylko by obśmiać politycznego konkurenta, który robił to nieprawidłowo. Media wzięły w tym udział. Pamiętamy apel kandydatki na prezydenta, która wzywała premiera do ujawnienia „prawdy” o przypadkach koronawirusa w Polsce, bo bezpieczeństwo Polek i Polaków jest najważniejsze. Była to jasna sugestia, że społeczeństwo jest okłamywane, a rząd nie radzi sobie z sytuacją. W tym przypadku media także wzięły w tym udział. W niektórych sytuacjach nagłaśniając tę wypowiedź bezkrytycznie. I posypało się…

 

Dziennikarze o znanych nazwiskach w mediach społecznościowych nawoływali do niesubordynacji, bo przecież nie ma się czego obawiać, niektórzy wyśmiewali zwyczajny ludzki lęk przed nieznanym, kpiąc z „Polaczków” kupujących papier toaletowy i makaron. I nie oceniam w tym momencie zasadności takich zakupów, tylko fakt, że z jednej strony np. „Głos Wielkopolski” publikuje artykuł pt. „Co kupić? Lista niezbędnych produktów. Jakie zapasy musisz zrobić na wypadek epidemii koronawirusa w Polsce?”, a z drugiej kpi się z ludzi, którzy ruszają do sklepu w obliczu zbliżającej się kwarantanny. Z jednej strony RMF24 promuje na swoim portalu rozmowę z Włodzimierzem Gutem, doradcą Głównego Inspektora Sanitarnego, który w dość lekceważący sposób mówi o koronawirusie i w dniu gdy zapada decyzja o zamknięciu szkół, pozwala sobie na uwagi, że jeśli chcemy by dzieci czegoś się nauczyły należy je jednak do szkół posyłać, z drugiej strony portal naTemat publikuje w całości i bezkrytycznie list domniemanej lekarki z Rybnika (w tekście nikt nie sili się na weryfikację jej danych ani podanych przez nią faktów), która w histerycznym tonie pisze o tym, że w Polsce będzie o wiele gorzej niż w Lombardii, bo nie jesteśmy gotowi na walkę z wirusem. I znów, nie oceniam treści wypowiedzi ani domniemanej lekarki, ani doradcy Guta, bo to nie to miejsce. Oceniam fakt, bezkrytycznego promowania takich niezweryfikowanych treści w momencie, gdy społeczeństwo szuka rzetelnej informacji o tym, w jakim znajduje się położeniu i co je czeka.

 

Najbardziej niebezpieczne jest dziś manipulowanie nastrojami i dezinformowanie społeczeństwa. Dlatego nie godzi się publikowanie w tym momencie takich wypowiedzi jak ta Stanisława Krajskiego, kandydata Konfederacji KORWiN Braun Liroy Narodowcy do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku, z którym rozmowa w Radiu Wnet promowana jest tytułem „Epidemia koronawirusa wygląda na sterowaną. Ktoś tu majstruje przy gospodarce”. Gość Radia Wnet sugeruje, że Bill Gates może maczać palce w dzisiejszej sytuacji na świecie, bowiem „ ma ideę na granicy wariactwa, by zmniejszyć populację na świecie”. I znów problemem nie jest to, że gość na antenie plecie androny, a to, że jest podpuszczany przez dziennikarza, a redakcja to promuje.

 

Kierowanie się niskimi pobudkami w przygotowywaniu informacji na temat panującej pandemii, jest jak to podanie śmiercionośnej trucizny pacjentowi z przysięgi Hipokratesa. Jest nieetyczne i niemoralne. A pokusa, by wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie do tego, by wspomóc ulubioną partię albo wypromować swoje nazwisko jest niestety wśród dziennikarzy coraz powszechniejsza, ale na szczęście jeszcze nie masowa. Dlatego reagujmy na takie działania paradziennikarskie, bo nie służą one nikomu – ani społeczeństwu któremu mamy służyć, ani naszemu zawodowi, który traci już nawet społeczny wymiar zaufania publicznego.

 

Wojciech Pokora

 

„Kultowa postać”, „Nie ma ludzi niezastąpionych” –  komentarze po odejściu Wojciech Manna z Trójki

Po 53 latach Wojciech Mann zdecydował się odejść z pracy w Programie 3 Polskiego Radia. Zapytaliśmy kilku dziennikarzy czy oznacza to koniec pewnej epoki?

 

Fot. Facebook

Tomasz Zapert, publicysta kulturalny, tygodnik „Do Rzeczy”

Pożegnanie Wojciecha Manna z Trójką nie kończy żadnej epoki. Trójka działa już ponad pół wieku. Mówi się, że odejście Wojciecha Manna to koniec tej stacji, nie ma jednak ludzi niezastąpionych. Duży odsetek odejść z tej rozgłośni był w stanie wojennym. Odeszła ekipa chyba najbardziej z Trójką związanego programu zatytułowanego „60 minut na godzinę”. Był to m. in. Marcin Wolski, Andrzej ZaorskiJacek Fedorowicz. Po ich odejściu pojawiły się nowe postacie, np. Marek Niedźwiecki. Oczywiście odejście Wojciecha Manna jest kolejnym uszczerbkiem w działalności rozgłośni. Nie znam szczegółów, ale rozumiem, że on odebrał jako osobistą zniewagę zwolnienie pani Anny Gacek. Razem przez lata prowadzili audycje, więc może uznał, że taka decyzja będzie honorowym postępowaniem.

Drażniły mnie nieraz wypowiedzi polityczne Wojciecha Manna, traktowałem je jednak jak się traktuje opinie członków rodziny wygłaszane przy świątecznym stole, których się lubi i ceni, ale z którymi się nie zgadzamy. Mam nadzieję, że decyzja Wojciecha Manna nie jest ostateczna i jeszcze powróci do Trójki, bo jest chyba najmocniej związany z tym medium, chociaż w innych też próbował swoich sił.

 

 

Fot. Sławomir Seidler

Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz, wydawca w Telekurierze TVP

Jestem wieloletnim słuchaczem Trójki i uważam, że odejście Wojciecha Manna jest dużą stratą dla tej stacji i dla całego Polskiego Radia. Audycji Wojciecha Manna słuchałem z przyjemnością, ponieważ jest on niezwykłą osobowością i potrafi w interesujący sposób prezentować swoją ogromną wiedzę muzyczną. Jego odejście jest tym dotkliwsze, że w Trójce jest coraz mniej ludzi takiego pokroju. Obawiam się, że to wydarzenie wpłynie negatywnie na słuchalność tej rozgłośni, która nie jest w ostatnich latach dobra.

 

 

Fot. Twitter

Tomasz Dereszyński, dziennikarz, autor talk-show wideo MUZOtok

Dla mnie Wojciech Mann to legenda dziennikarstwa muzycznego i nie tylko. W czasach, w których Trójka była moim muzycznym oknem na świat, chętnie słuchałem radia, także jego programów, choćby audycji „Radio Mann”, „Manniak niedzielny”, „Manniak po ciemku” czy „Pół perfekcyjnej płyty”. Cenię redaktora Manna za wiedzę muzyczną, dowcip oraz duży dystans do siebie. Uwielbiałem też jego programy satyryczne nadawane w TVP, choćby słynny „MdM” czy „Za chwilę dalszy ciąg programu”. Pamiętam też pismo muzyczne „Non Stop”, którego by redaktorem naczelnym. Wydawane na kiepskim papierze, było świetną lekturą dla spragnionych muzycznych informacji w czasach PRL. Po otwarciu się Polski na świat, liczbie dostępnych kanałów muzycznych i powszechności dostępu do muzyki z całego świata, moja „znajomość” z redaktorem Mannem stała się sporadyczna. Mój muzyczny gust trochę odbiegał od muzyki puszczanej w programach Wojciecha Manna, niemniej bardzo szkoda, że nie będzie już tego „głosu” na antenie Trójki.

 

 

Fot. Mariusz Kubik/Wikipedia

Jan Ordyński, publicysta, wiceprzewodniczący Rady Programowej Polskiego Radia

Odejście Wojciecha Manna to kolejny przejaw destrukcji w Polskim Radio, która trwa od kilku lat i polega na wykopywaniu najlepszych dziennikarzy. W Trójce zaczęło się to cztery lata temu. Odszedł Artur Andrus, Michał Nogaś, Robert Kantereit, Dariusz Rosiak i jeszcze kilka innych osób. Były też zawirowania z serwisantkami. Teraz odeszła pani Anna GacekWojciech Mann. W Trójce nie dba się o kadry, o dobrych dziennikarzy. To samo dzieje się w radiowej Jedynce. Świadczy o tym ostatnia sprawa z Agatą Kasprolewicz. Jestem wiceprzewodniczącym Rady Programowej Polskiego Radia i wielokrotnie bezskutecznie zwracałem uwagę poprzedniemu prezesowi na to, co się dzieje. Moje słowa pozostawały jednak bez echa. Uważam, że to skandal. Gdybym był przełożonym tych ludzi, dbałbym o to, żeby mogli się rozwijać, bo są to bardzo utalentowane osoby. Agata Kasprolewicz jest laureatką nagrody Grand Press za reportaż radiowy, a mimo to dostała wymówienie z pracy. Jak to można ocenić? Tylko negatywnie. Bez żadnego uzasadnienia zabrano audycje i rozwiązano umowę z panem Łukaszem Warzechą. Wojciech Mann to pomnikowa i kultowa postać w Polskim Radio. Dopóki chciał pracować w Polskim Radiu powinno w nim być dla niego miejsce. Jeżeli radio może rozstać się z człowiekiem, który od lat ma ogromną rzeszę słuchaczy i sympatyków, to znaczy, że jest fatalnie.

 

 

Fot. Polskapress

Sylwia Arlak, dziennikarka

Wielu z nas nie wyobraża sobie radiowej Trójki bez Wojciecha Manna. Mann nie wyobrażał sobie rozgłośni bez Anny Gacek. Jego odejście nie dziwi. Pytanie: czy i kto z radiowej rodziny pójdzie teraz jego śladem.

 

 

Fot. YouTube/TV Republika

 

Robert Tekieli, publicysta, felietonista Gazety Polskiej, komentator Polskiego Radia:

Nie można powiedzieć, że wraz z odejściem Wojciecha Manna z Trójki kończy się jakaś epoka. Z takim wydarzeniem mamy do czynienia, jeżeli odchodzi człowiek, który stworzył medium. Tak było z paryską „Kulturą”, kiedy umarł jej twórca Jerzy Giedroyć. Wtedy rzeczywiście zakończyła się pewna epoka. „Kultura” po nim już nie istniała, mimo, że jakiś czas po jego śmierci pismo próbowało funkcjonować.

Pierwsza prawda o Wojciechu Mannie jest taka, że jest zawodowcem, a druga, że zaczynał pracę w radiu za rządów Władysława Gomułki. Robiłem audycję w radiu Kolor u Wojciecha Manna na początku lat 90. Wtedy nie wiedziałem, że tak wiele nas różni. Razem z Anią Maruszeczko, Mirkiem SpychalskimCzarkiem Michalskim robiliśmy audycję zatytułowaną „Ultrafiolet”. Wyrzucił nas z pracy jakiś SLD-owski politruk, który został dyrektorem.

Mann był twarzą inteligentniejszej propagandy PRL. Razem z Moniką Olejnik w latach 80. był w Trójce kwiatkiem do kożucha. Władza tworzyła takie wentyle bezpieczeństwa dla własnych korzyści. Tak zrobiła z „Teleexpresem”, wzięła nowoczesną formę, w którą włożyła propagandę, tylko w innych proporcjach niż to robiła dotychczas. Kiedy usłyszałem parę lat temu wypowiedzi pana Manna, które brzmiały identycznie jak stanowiska osób z KOD, to one mnie kompletnie nie zdziwiły. Wynikają one z przynależności do środowiska „warszawki”.

Najwyraziściej widać było te środowiskowe naciski od 16 grudnia 2016 r., kiedy „poległ” Wojciech Diduszko. Od tego momentu zaczęto wymuszać na aktorach, artystach, radiowcach, którzy wydawali się nam neutralni światopoglądowo, a byli zawodowcami w tym co robią, żeby opowiedzieli się przeciw demokratycznie wybranym władzom. Ze środowiska aktorskiego chyba tylko Piotr Fronczewski nie poddał się tej presji. Myślę, że w przypadku Wojciecha Manna mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją. Środowisko, w którym przez całe życie przebywał, uważało PRL za normalną rzeczywistość. A nie była to normalność. To środowisko z prawdziwą normalnością nie może sobie dać rady. Podobnie, jak nie radzi sobie z tym, że już nie jest salonem. Zawsze uważali się za elitę, chociaż nigdy nią nie byli. Stanowili  jedynie niby wytworny wachlarz, za którym skrywała swoją kostropatą twarz sowiecka junta rządząca w naszym kraju. Nie mówię, że pan Wojciech Mann osobiście robił jakieś straszne rzeczy, bo nie sądzę, żeby je robił. Ale coraz bardziej ujawniał złość na to, co dzieje się w Polsce.

Gdyby informacja o odejściu Wojciecha Manna z Trójki pojawiła się w innym czasie niż ten całkowicie wypełniony informacjami o koronawirusie, mielibyśmy trzytygodniowe antyrządowe tsunami medialne porównywalne z histerią dotyczącą martwej wiewiórki leżącej na pniu drzewa. A tu pssst… i nikogo ta historia nie obchodzi.

 

Zebrał Tomasz Plaskota

 

Fot. Wikipedia

 

TrójkoMann – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Oblicze „Trójki”, redaktor Wojciech Mann, odchodzi z radia. A jak zauważyła Coco Chanel: „Aby być niezastąpionym, zawsze trzeba być odmiennym”.

 

Wydaje się, że ta odmienność wcale nie musi dotyczyć; fryzury, sposobu ubierania się, przynależności do sekty Kościoła Zjednoczeniowego Moona czy jedzenia rosołu z ziemniakami.

 

Wystarczy, jak to łatwo napisać, być osobnikiem z charyzmą, pasją i sporą dawką olelum w głowie. No i pracować w radiu określanym mianem elitarnego, wyjątkowego czy nawet niezależnego.  Jak wynika z badań, „Trójki” słucha głównie inteligencja i towarzycho menedżersko – zarządzające. Jeden z reporterów rozgłośni zachwalał nawet: „Trójkowe to znaczy z klasą, z kulturą, mądre, przekorne, najwyższej jakości”.

 

Pocieszający jest w tym wszystkim solidaryzm słuchaczy. Jawnie deklaruję chęć zaprzestania słuchania rozgłośni. Robią to od kilku lat, dzwoniąc np. do znanej audycji Kuby Strzyczkowskiego „Za, a nawet przeciw”. Nie zważają, że tematem rozważań jest  „opodatkowania aut z kratką”, a przy fiskalnej okazji, „przywalają” na antenie rządzącym i pomstują o psuciu i upolitycznieniu radia.

 

Oburzeni „trójkowicze” wychodzą nawet w pikietach na ulice. W dobie znieczulicy społecznej i braku społeczeństwa obywatelskiego, należy w tym miejscu bardzo głośno przyklasnąć. Jeśli chodzi o rozgłośnie radiowe, jak do tej pory tylko znana rozgłośnia z Torunia, potrafiła zmobilizować swych słuchaczy do marszu. W obronie radia, a nawet dyskryminacji telewizji TRWAM. Trzeba przyznać, że pochody bywały znacznie bardziej liczne.

 

Odejście Wojciecha Manna z Programu III Polskiego Radia, zapewne odbiłoby się znacznie większym echem, gdyby nie problemy ze światową pandemią. Są zrozumiałe priorytety doniesień medialnych. Parafrazując głośny tytuł Jacka Żakowskiego: „Coś w Trójce pękło, coś się skończyło”. Choć rezygnacja, głośnym echem nie przebiło się w mediach głównego nurtu, to media społecznościowe nadrobiły zaległości.

 

Swego czasu tygodnik „Uważam Rze” posiadał chwytliwy nadtytuł „tygodnik autorów niepokornych”. Obecnie za takowych w mediach publicznych uważani są Ci w Trójce, jeśli się jeszcze ostali. A tych, co odeszli, to już busa na 28 osób by zapełnił. Bardzo należy współczuć odbiorcom tego radia, bo odejścia idoli bywają bolesne. Zresztą z  różnych powodów. W 2007 roku Marek Niedźwiecki, po latach obcowania z listą, przeszedł do „Złotych Przebojów”. Na szczęście powrócił. Odejście Wojciecha Cejrowskiego nie było tak spektakularne. Ostatecznie gorąca „Audycja Podzwrotnikowa” znów żarzy na antenie. (Tak na marginesie WC pasuje do Trójki tak, jak Rafał A. Ziemkiewicz do TOK FM).

 

Wojciechowi Mannowi zdarzyło się już kończyć działalność (użyjmy tego modnego słowa) z  „projektami” telewizyjnymi. Ale bestsellerowe produkty nie przemijają. „Za chwile dalszy ciąg programu”, choć już dawno zaistniało w tv, to co jakiś czas skecze są przywoływane na YouTube i aranżowane do współczesnych przypadków społecznych i politycznych. A przecież występujący tam Grzegorz Wasowski czy Sławomir „Rychu” Szczęśniak, to również dziennikarze „Trójki”. Przypadek?

 

Po odejściu Manna z „Szansy na sukces” też skończyła się pewna epoka. Choć programów, w których się śpiewa lub udaje tę umiejętność, jest dziś bez liku. Program utrzymywał swą wysoką oglądalność, głównie dzięki żartom pana Wojtka. I nawet gdy dziś po latach powrócił, nie błyszczy z taką siłą. Choć inteligentny i ironiczny Artur Orzech, dziennikarz i prezenter związany z radiową „Trójką” (a jakże!), robi co może. Całkiem podobnie jak z „Top Gear” bez Jeremiego Clarksona. I tu, i tam, niby nadal zawodzą z linią melodyczną i autami się rozbijają, ale „to se ne vrati...”.

 

A przecież to radio, i wokół radia wszystko się kręciło. I zapewne jeszcze będzie. Praca od czasów tow. Wieslawa, ale jakże ważne, wcześniejsze zachłyśnięcia się wzorcami. We wspominkach Wojciecha Manna zatytułowanych: „RockMann czyli jak nie zostałem saksofonistą” czytamy, że w latach 60 – tych, radio otwierało się powoli na muzyczne mody z Zachodu. Autor zakochał się w muzyce nowej fali Ryszarda Atamana, który nadawał w rytmie „big – beatu” w Polskim Radiu Rzeszów: „Rozważałem nawet przeprowadzkę do Rzeszowa, ale rodzice uporczywie postanowili tkwić w Warszawie”.

 

Odchodzący w środę z pracy redaktor potrafił stworzyć klimat i przyciągnąć przed odbiorniki miłośników niezbyt przecież łatwiej muzy. „W tonacji Trójki” z Anną Gacek potrafił przemycić nawet metalowy jazgot. Kiedy większość stacji puszcza to samo, byle lekko, łatwo i przyjemnie, budzić to mogło tylko najwyższy podziw. Nawet wówczas, gdy od mniej znanych dźwięków mało znanych kapel, bolały zęby. Ale osobowość robi swoje. Ale i człowiek orkiestra. Również kapitalne felietony dla „Gazety Wyborczej”. Ten o przygodach na przejściu granicznym z Meksykiem, to nic innego, tylko leżeć na podłodze i kwiczeć. Czy też niełatwe przecież, tłumaczenia z komentarzami piosenek artystów anglojęzycznych, na nasze. I to wszystko w kraju owładniętym przebojami Zenona Martyniuka.

 

Kilka lat temu Wojciech Mann miał usłyszeć zarzut, że „brakuje mu warsztatu”’. Okazało się to tylko „faktem medialnym”. Cale szczęście, gdyż idolowi rodaków, brakować może co najwyżej warsztatu… ślusarskiego.

 

Krzysztof Prendecki

Wielki Post z mediami katolickimi – ks. MARIUSZ FRUKACZ o „Twitterze rekolekcji”

W ostatnich latach jesteśmy świadkami różnych inicjatyw ewangelizacyjnych w Internecie. Pojawia się też w sieci bardzo dużo akcji wielkopostnych, takich m.in. jak  rekolekcje on-line, nauki duchowe, konferencje na YouTubie. Jest także sporo inicjatyw ewangelizacyjnych na Facebooku. Są również ciekawe aplikacje religijne w telefonach komórkowych, smartfonach. Możemy niewątpliwie mówić o zjawisku Twitter rekolekcji, Twitter teologii.

 

#Odkupieni i inne inicjatywy

 

Media katolickie na Wielki Post przygotowują specjalne dodatki, artykuły formacyjne oraz ciekawe inicjatywy w Internecie. #Odkupieni to najnowsza inicjatywa, która pojawiła się na portalu Tygodnika Katolickiego „Niedziela” niedziela.pl.  Podczas Wielkiego Postu w każdy poniedziałek internauci mogą przeczytać niezwykłe świadectwa działania Bożej łaski w życiu ludzi, którzy pogrążeni w cierpieniach często nie mieli już nadziei na poprawę losu. W ramach tej samej inicjatywy prowadzony jest cykl pt. „Mój Krzyż”. W każdą środę czytelnicy portalu mogą znaleźć „Złote (Boże) Myśli”. Często ludzie z pierwszych stron gazet mówią o wierze.

 

Ponieważ tegoroczny Wielki Post jest przygotowaniem do beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego, portal niedziela.pl zaproponował Drogę Krzyżową  z Prymasem Tysiąclecia kard. Stefanem Wyszyńskim w specjalnym cyklu niedzielnych rozważań Męki Pańskiej. Więcej materiałów tutaj .

 

„Niedziela” przygotowała również specjalny dodatek „Dobra spowiedź” oraz zaproponowała swoim czytelnikom rozważania ks. Krzysztofa Pawliny.

 

„Gość Niedzielny” proponuje natomiast cykl 40 wskazówek na 40 dni. „Sprawdź, co w Wielkim Poście podpowiada Ci Ojciec Święty. Poznaj adhortację „Gaudete et exsultate„” – piszą redaktorzy „Gościa Niedzielnego”. Jest też bardzo ciekawa inicjatywa „Wyzwanie: święTY”. Więcej tutaj.

 

Oczywiście, każde czasopismo katolickie proponuje materiały formacyjne na Wielki Post.

 

Rekolekcje dla dziennikarzy

 

Bardzo ważne są również specjalne rekolekcje dla dziennikarzy.  Od wielu lat rekolekcje dla swoich pracowników, zarówno w Adwencie, jak i w Wielkim Poście, organizuje Tygodnik Katolicki „Niedziela”. Rekolekcje dają możliwość wyciszenia, oderwania się na chwilę od komputera, telefonu komórkowego, od hałasu korytarzy redakcyjnych. Są one ogromnym wsparciem duchowym dla dziennikarzy – zabieganych ludzi. Jesteśmy przecież ludźmi niepokoju, ciągle w biegu, obarczeni „krzyżem ludzkich historii i trudnych spraw”.

 

 

Ciekawe inicjatywy w mediach zagranicznych

 

Dużo ciekawych inicjatyw na Wielki Post proponują m.in. media katolickie we Włoszech i we Francji. W mediach włoskich szeroko opisywana jest inicjatywa dla młodzieży bierzmowanej «In volo con lo Spirito» (Latać z Duchem Świętym).  Natomiast „Avvenire” zaproponowało wraz z Zakonem Karmelitów „Wielki Post ze św. Janem od Krzyża”. Są to duchowe ćwiczenia on-line przygotowane przez karmelitów bosych z Paryża, Austrii i Włoch. Rozważania dostępne są także w języku polskim. Więcej tutaj.

 

«GOD morning» (Boży poranek) to specjalne rozważania m.in. on-line przygotowywane przez młodych katolików z Pompei.

 

We Francji telewizja katolicka KTO proponuje „Le carême en famille” (Wielki Post w rodzinie). Ponadto w Wielkim Poście KTO oferuje specjalny program, w szczególności serię: „Wiara pod słowem – Wielki Post z Jezusem” przygotowaną przez s. Claire-Marie Monnet.

 

Warto jednak pamiętać, że chociaż jest wiele ciekawych propozycji duchowych w cyberprzestrzeni, to jednak najczęściej potrzebujemy konkretnego spotkania i żywego świadectwa. Wszelkie inicjatywy ewangelizacyjne w Internecie są bardzo ważne i dla wielu ludzi  mogą być czasem „pierwszym kontaktem z wiarą”. Jednak życia i wiary nie da się przeżyć on-line.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Krótka historia wysokiego stołka – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o byłych szefach Telewizji Polskiej

Było, jak było. I straszno i śmieszno. Przypomnijmy wszechwładnych z Woronicza w okresie półwiecza.

 

SOKORSKI – Pan Włodzimierz przeżył Lenino, bo siedział w sztabie; dostał telewizyjną fuchę, ale najbardziej absorbowały go powabne i chętne, „własne”, mało ekranowe panienki; miał wpływy i był jurny; jednak cała para szła w gwizdek. I chociaż wiernie służył władzy, nawet w momentach krwawych przełomów, nie ubłagał nadchodzącego Gierka i z Katowic na jego miejsce został sprowadzony „krwawy Maciej”, młody i bezkompromisowy kędzierzawy blondyn zastąpił zasłużonego łysego; nie było zmiłuj się

 

SZCZEPAŃSKI – … jaki on tam krwawy; wybrał najzdolniejszych na rynku, a sam dał w gaz; jednak rozmach wtedy był; telewizję zbudowano i wyposażono nowocześnie; nowy prezes ustawił w niej Janusza Rolickiego, który  jako reporter nie utrzymał się w „Polityce” i przeszedł od Rakowskiego do moczarowego obozu – docenił go pisarz Załuski i Minister Kultury Wilhelmi.

 

Na drugą nóżkę Szczepański wziął Jerzego Ambroziewicza, który miał szczytny chłopięcy udział jako listonosz w Powstaniu Warszawskim, potem pracował w „Po Prostu” wśród najlepszych, ale niestety i w „Argumentach” szczujących na Kościół.

 

Rolicki znalazł sobie KraśkęKraśków – ojca Piotrusia (tego od najnędzniejszych teraz w świecie „Wiadomości”) i matkę – Panią Pietkiewiczową ustosunkowaną w KC. Tam też urosła Nina Terentiew – obecnie „caryca” w solorzowym królestwie i trochę innych choć w gruncie rzeczy podobnych – tworzących rdzeń tak zwanej publicystyki kulturalnej.

 

Po drugiej stronie tego samego korytarza w bloku „C” na Woronicza zdecydowanie rządził Ambroziewicz. Najpierw wyrzucił ekonomicznych redaktorów ŻmudęLeszczyńskiego, bo mu po prostu nie pasowali. Potem oparł się na Jacku Snopkiewiczu (bojowym reportażyście z „Walki Młodych”) i Edwardzie Mikołajczyku (z tej samej walki i jeszcze do tego ze „Sztandaru Młodych”), którzy jak wszyscy wtedy zależni byli całkowicie od władzy, ale umiejętnie lawirowali i się nie ześwinili. Wpływowy, choć od spraw sportu, katowicki dziennikarz Gruda zarekomendował swojego przybocznego Mariusza Waltera (późniejszego twórcę „Studia 2” i wielu popularnych programów, a także byłego bossa TVN-, ale to postać na zupełnie oddzielną opowieść). Do grupy doszedł jeszcze zwycięzca uczciwego – co w telewizji rzadko się zdarza – konkursu na prezentera. Eugeniusz Pach – bo o nim mowa, to prawdziwy bohater z Powstania Warszawskiego, młody żołnierz walczący o gmach „Pasty”, przestrzelony serią z karabinu maszynowego. Pana Eugeniusza dało się zapamiętać. To zniewalający kobiety mężczyzna o charakterystycznym głosie i zupełnie niepowojennej kindersztubie. „Gienio” wygłupił się wprawdzie pseudoreportażem o Irenie Kirszensztajn (później oczywiście Szewińskiej) jakoby nasza wspaniała mistrzyni specjalnie zgubiła pałeczkę z biegu sztafetowym. Spadły na niego gromy, bo dopatrzono się w tym antysemickiego wybryku, ale środowiska filosemickie wybaczyły mu i Redaktor Pach, sam rodem z tak zwanej inicjatywy prywatnej, niezwykle przecież zasłużonej dla gospodarki i historii naszego kraju, poruszył inicjatywę Polski powiatowej turniejami telewizyjnymi pod nazwą „Banki Miast”. W dźwięku był najpierw Bach a potem na wizji Pach. Ludzie do dziś to pamiętają. Gdy wybuchł stan wojenny wszyscy oni byli grzeczni wobec władzy. Poza Snopkiewiczem, który na weryfikacji pyskował i wyleciał z hukiem. Pan Eugeniusz trochę się jeszcze po telewizji pokręcił, aż wylądował u mistrza rajdowca Sobiesława Zasady – rosnącego w siłę oligarchy – pilnując jego interesów w „różanym” miasteczku.

 

Wcześniej jednak padł Maciej Szczepański. Nawet go zapudłowali, oskarżając o zamordyzm i Bóg wie co jeszcze. Bredzono, a rozgorzałe rzesze „Solidarności” to podtrzymywały, że trzymał konia na jachcie „Polonez”. Było to piramidalna bzdurą ale znajdywało posłuch. Gdyby dziś proporcjonalnie do przewinień Macieja Szczepańskiego ukarać cieszących się dobrym zdrowiem aktualnych złodziei Polski – nie wyszliby oni z więzienia do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

 

BARECKI – tak nazywał się następca Szczepańskiego, który zasiadł na wysokim stolcu oczywiście z rekomendacji partii i strasznie mlaskał nad przewinieniami „krwawego Macieja”. Właściwie Pan Józef to poprzednio nosił nazwisko Baran, pochodził ze Szczecina, a potem z „Trybuny Ludu”, gdzie cieszył się poparciem żony ówczesnego premiera Jaroszewicza. Pani Alicja Solska bo tak podpisywała artykuły – np. o kasjerkach z Super Samu. Drukowano je z wielką atencją na ramach głównego organu kraju. Pani Alicja, kobieta wpływowa, nie dla wszystkich dziennikarzy łaskawa była. Na głos krytyki np. na zebraniu SDP żądała wyrzucenia z pracy. Jednak gdy kogoś lubiła, potrafiła go wysłać jachtem w rejs dookoła świata. Takie to były czasy i obyczaje. Żona Jaroszewicza zakończyła tragicznie, zamęczona i zamordowana wraz z mężem, przez „bandytów” nadal niewyjaśnionego pochodzenia.

 

BALICKI – tak nazywał się następny prezes TVP. Pana Zdzisława dostarczono z Wrocławia, miał bardzo niski głos, uśmiechał się dobrotliwie do wszystkich, chcąc zyskać sobie sympatię. Ale „naczelni” zdecydowanie go nie polubili, a nawet oskarżyli o brzydkie sprawy. Facet „spłonął żywcem”, schudł i się oddalił.

 

LORANCWładysław, ten pan był przesadnie elegancki. Ubierał się w aksamitne marynarki i we własnym programie telewizyjnym truł osobiście na wizji mając w tle napoleońskie orły. On to właśnie musiał przyjąć na pierś stan wojenny, redukcję, wyrzucanie z pracy. Guzik go to obchodziło, podobnie zresztą jak i brylującą do dziś profesor Ewę Łętowską, ówczesnego Rzecznika Praw Obywatelskich, która nawet nie odpowiedziała na list zwracających się do niej wyrzuconych dziennikarzy. Loranc podpisywał wszystko co kazała „Wrona” i był … bardzo kulturalny. Tak twierdził warszawski salon. Jakiś czas temu widywany był w pociągach na trasie stolica – Kraków. Być może teraz już tylko w kapciach ogląda dawne swoje TVP.

 

BAJDORJerzy, zabiegał o powrót do pracy dziennikarzy w stanie wojennym, ale ci, którzy odeszli z TVP, wcale go nie słuchali.

 

WOJCIECHOWSKIMirosław. Tego zupełnie nie znałem, bo wyleciałem z TVP na 8 lat. Był ponoć z „wywiadu” albo z jakiejś tam innej służby. Ostro robił porządek, co wtedy było łatwo, bo wszyscy okrutnie się bali. Zresztą to na Woronicza stan permanentny. Trzęsiączka była i jest tam teraz wielka. Rozchwiało to nawet budynkiem najwyższym, gdzie na dziewiątym piętrze rządziło kierownictwo. Gmach groził zawaleniem i trzeba go było rozwalić.

 

ROSZKOWSKIJanusz, był cenionym naukowcem, humanistą, ale niestety nie wiadomo, po co wybrał propagandę. Ale wiadomo – władza jak diabeł, potrafi skusić.

 

URBAN – imię wszyscy znają, Pan Jerzy to były rzecznik rządu stanu wojennego, ulubieniec Jaruzelskiego; przedtem redaktor „Po Prostu” a nawet osobiście napiętnowany zakazem pracy przez Gomułkę felietonista. Gdy wróciłem do TVP Urbana, który kłamał bez zmrużenia oka, ale i rozśmieszał chętnie przychodzących na jego konferencje korespondentów zagranicznych – już nie było. Powiedział żonie, że się wreszcie wzbogacą i założył „Nie”.

 

DRAWICZAndrzej, bardzo wysoki o sportowej sylwetce, przystojny, choć łysy, co nie było wtedy jeszcze powszechne. Miał żonę Rosjankę, ponoć córkę generała, ale i solidarnościową przeszłość zakończoną 13 grudnia internowaniem. Może jeszcze dowiemy się, kim naprawdę był ten pan wybrany na prezesa TVP przez Tadeusza Mazowieckiego po budzących wielkie nadzieje wyborach. Drawicz, gdy przychodził na Woronicza powiedział, ze legitymacje partyjne należy zostawić w szatni. Był za pan brat z opiekującym się telewizją księdzem, a nawet wprowadził na ekran „nocą” miękkie porno. Podpierał się Rywinem, który wtedy robił najlepsze interesy. TVP otwarta na Amerykę kwitła. Niespodziewanie nagle Drawicz zmarł.

 

TERLECKIMarian, tego najbardziej lubiłem. Był to prawdziwy bohater stanu wojennego z Gdańska. Twórca „Video Studia” dzięki któremu mamy archiwalne nagrania pokazujące bicie robotników przez ZOMO i traktowanie ludzi jak bydło. W więzieniu, na oko kruchy i delikatny Marian, był bardzo dzielny, stawiał się klawiszom, był bity i zamykany w karcerze. Prezesem w TVP był niestety krótko, ponieważ zorganizowano chamską prowokację. Po hucznym balowaniu w prywatnym mieszkaniu, w którym brali udział liczni przedstawiciele nowego rządu, Marian, nieco pijany, ale zawsze romantyczny, usiadł sobie w swoim własnym samochodzie. Nawet nie włączył silnika. Dopadli go tam zaczajeni, wyprowadzili siłą i zawieźli na izbę wytrzeźwień. Nakazano telewizji – której bądź co bądź był jeszcze prezesem – pokazać zdjęcie Terleckiego w pełnym kadrze na rozpoczęcie „Dziennika”. I tak do milionów dotarła wiadomość: pijany szef TVP został zatrzymany w samochodzie. Premierem rządu był wówczas Jan Krzysztof Bielecki. Kto był autorem tej ohydnej prowokacji, nie wyjaśniono.

 

MARKIEWICZMarek. Doczekał się tylko p.o. Prezesa TVP. Był, jest adwokatem. Kandydował na Prezydenta Polski. To on, jako szef KRRiT, przekonał kolegów i dał Polsatowi Solorza ogólnokrajowa koncesję. Miliarder był wdzięczny. Tomasz Wołek i ja również ostro to krytykowaliśmy, napuszczeni przez Wałęsę. Potem jednak Prezydent Wałęsa oświadczył, że chyba się mylił. Dziś Zygmunt Solorz tryumfuje. Marek Markiewicz rządzi ponoć obecnie bardzo ważną kancelarią prawniczą. Jest również zapraszany jako komentator do niezależnych katolickich rozgłośni radiowych.

 

ZAORSKIJanusz, prezes-artysta: dobrze pamiętany twórca „Piłkarskiego pokera” i „Matkę Królów” – wybitnych filmów naszej kinomatografii. Pan Janusz, popierany wówczas przez Lecha Wałęsę, nadal działa, choć najwyraźniej filmów mu nie dają robić.

 

ROMASZEWSKIZbigniew to tylko 13 dni prezesowania; na pewno wielka szkoda, że tak krótko. Zdymisjonowany, gdy rozbito rząd Jana Olszewskiego.

 

WALENDZIAKWiesław, to mały, wielki szkodnik, od niego zaczęła się degrengolada TVP, zniszczył redakcje by dać zarobić kolegom, wprowadził niebotyczne odprawy nawet za kilkumiesięczną prace na Woronicza. Potem porządził jeszcze u premiera Buzka, głównie zajmując się walką z wice-Tomaszewskim. Potem wycofał się z polityki.  Na nieszczęście dla miliardera Ryszarda Krauze, którego został doradca. Utopili gigantyczne pieniądze kupując suche pola naftowe w Kazachstanie.

 

MIAZEKRyszard, chłop poczciwy i spolegliwy, wprowadził PSL-owców na długo do gmachu TVP. Aż do niedawna tam tkwili. Pamiętam, że pojechał z Telewizji do Australii nawiązywać kontakty. Potem, jeszcze do niedawna, wydał kwartalnik społeczno-polityczny. Nawet ciekawy. Ale chyba zabrakło pieniędzy.

 

KWIATKOWSKIRobert, to era Kwaśniewskiego, MilleraCzarzastego. Szarpali go potem w Sejmie ale miał mocne narwy. Nie bardzo nim się interesowałem. Był niby z lewicy. Ale koniunkturalnie.

 

DWORAKJan, kiedyś dzielny obrońca robotników (ROPCiO), fan sportu, nosił teczkę za Tadeuszem Mazowieckim i pomagał Drawiczowi. Potem bardzo przeszkadzał Ojcu Dyrektorowi, zwalczał jak mógł Radio Maryja i Telewizję Trwam. W dworskiej i do luftu KRRiT był wykonawcą poleceń Bronisława Komorowskiego. Facet w zasadzie bardzo miły. Szkoda, że taką właśnie wybrał drogę.

 

WILDSTEINBronisław. I rzeczywiście imię to do niego pasuje. Z nominacji Kaczyńskiego szedł jak burza, niestety odwołał go również Kaczyński. Nawet nie wiem, który z braci do tego się przyczynił. Nie wiem również, dlaczego. Uważałem i uważam to za duży błąd. Ale to jeszcze można naprawić. Bronisław Wildstein jest w dobrej formie, a w jeszcze lepszej jest jego odważny syn Dawid.

 

URBAŃSKIAndrzej, srożył się i ładnie palił fajkę, ale jemu darujmy z powodów różnych …

 

Potem było jeszcze kilku innych, o których wspominać nie warto. Na koniec:

 

BRAUNJuliusz, kolejny destruktor, koniunkturalny miłośnik PO i Tuska; krzyczeliśmy (jako SDP) „kończ waść wstydu oszczędź”, chciał w ambasadory, ale nie wyszło. Ostatnio widziałem, że jeździ autobusem. Podobno chce nas (Stowarzyszenie) włóczyć po sądach.

DASZCZYŃSKIJanusz, właśnie walczy o przetrwanie, wykombinował sobie, że jeśli włączy Marcina Wolskiego (który świetnie nadawał by się na Rzecznika Rządu, polecam!) jako zastępcę to uda mu się przetrwać; zdaniem Krzysztofa Wyszkowskiego – „to zero”; prawdziwy założyciel wolnych związków zawodowych, właśnie Wyszkowski, wyraził opinie, do której się przychylam.

 

*                                            *                                            *

 

Komedia na Woronicza trwa. Kto będzie następny. Ciekawe. Bardzo ciekawe. Tym razem kraj czeka naprawdę w napięciu.

 

Dokonany tu przegląd prezesów nie pretenduje do naukowej analizy. Oczywiście jest bardzo uproszczony, a nawet byle jaki. Tak samo jak byle jacy byli w większości prezesi Telewizji Polskiej. To taka impresja wspominkowa a nie wyliczanka dorobku. Chodzi głównie o to, by nabrać dystansu do tych wszystkich – wydawało się – ważniaków. Nastali, pobyli, coś tam namieszali, niektórzy pochlali, a inni na ekran bardziej lub mniej się pchali. Spadali i odpływali w cień. A lud roboczy z Woronicza był jak zawsze posłuszny każdemu następnemu desygnowanemu przez partie, które zawsze dużo gadają i obiecują.

 

KTO TERAZ ?

 

Jest niestety bryndza.  Słyszymy, że decydować mają teraz Czabański i Kurski (oczywiście Jacek). To zupełnie różne żywioły – woda i ogień.

 

Krzysztof Czabański zrobił się ostrożny i wyważony. Zapowiada plan działania nie na dni najbliższe, ale na tygodnie, a nawet miesiące.

 

A tu czas leci i atakujący bezpardonowo sobie poczynają. Trwa napaść na Prezydenta i PiS nie przebierająca w środkach.

 

Są w ojczyźnie rachunki krzywd. Żadna dłoń ich nie przekreśli. Są też zdolni ludzie, odważni i pełni zapału. Wymienić? Proszę bardzo:

 

Karnowscy (obaj)

Skowroński (wymieńcie choć raz poranny program „Wnet” z „Sygnałami Dnia”;

Ziemkiewicz

Zaremba

 Janicki

albo Pospieszalski – na przykład

 

Każdy z nich świetnie sobie poradzi na wysokim stołku. Trzeba to zrobić a nie deliberować w nieskończoność.

 

Na pewno gospodarka jest najważniejsza. Prezydent dotrzymuje słowa. Rząd idzie jak burza. Prezes Kaczyński od wielu miesięcy nie popełnił błędu. Zawistni się wściekają, a ludzie mówią „jest wreszcie maż stanu”. Przeciwnicy niegrzeczni na wizji w głębi duszy przyznają, ze tak właśnie jest. Zresztą dostali przecież lanie, więc lepiej niech nie deprecjonują tego, który z nimi wygrał – bo jak wytłumaczyć porażkę?

 

NA WYBIEGU

 

Niech wyjdą na wybieg, dobiorą sobie dla ozdoby po modelce i wyartykułują zamiary. Potrzebny jest otwarty konkurs w pełni telewizyjnego światła, by poznać nie tylko kandydatów, ale i weryfikujących. Kim jest tajemnicza i decydująca Rada Nadzorcza TVP. Kim są ci ludzie, jak wyglądają i jakie zadają pytania. Zróbcie tak wreszcie i pokażcie przez TVP cały ten konkursowy cyrk. Nie zasłaniajcie się jakimiś tam wyimaginowanymi tajemnicami handlowymi. To bzdura. TVP jest monopolistą i ma być transparentny. Trzeba zmusić Telewizję Polską, żeby poprzez bezpośrednią transmisję pokazała konkurs. Telewizja jest publiczna i powszechna. Jest własnością nas wszystkich, a nie aktualnie rządzącej partii.

 

Prezes TVP to powinien być odważny decydent w sprawie zorganizowania rozumnego i prawdziwego przekazu medialnego. Z tych, co już byli, może tylko Wildstein nadawałby się na to stanowisko. Warto się nad tym zastanowić. Gadanie o nie wchodzeniu ponownie do tej samej rzeki – to przesąd.

 

Wymieniam nazwiska męskie. Ale to nie gest antyfeministyczny. Chociaż po ostatnich doświadczeniach rządowych rodzą się obawy. Warto jednak przypomnieć, że nikt tak dzielnie nie wykonał reporterskiej roboty w Smoleńsku jak Anita Gargas.

 

Nie zapomnijmy też o ośrodkach regionalnych. Jest ich szesnaście. To aż tyle potrzebnych będzie nominacji. Najlepszy kąsek to Warszawa, dawniej WOT. Teraz nie wiadomo właściwie co to jest. Nasze wielkie aglomeracje, nasze krainy są jak niektóre państwa. Kiedyś dyrektorów na ośrodki wybierał facet, który w Dzienniku Telewizyjnym był wiceszefem i odpowiadał za informacje od terenowych korespondentów. Dziś w głównych dziennikach TVP  kraj pokazywany jest beznadziejnie. Tak jakby w Polsce nie było Szczecina, Wrocławia i Bydgoszczy. Dyrektorzy w terenie nie mają kompetencji samodzielnych szefów, ale też i nie starają się o to. Wystarczy im, że są ważni w swoim środowisku. Trzeba ich wymienić.

 

Trzeba też w telewizji mianować ludzi wyposażonych w kompetencje rządzenia, narzędzia finansowe i samodzielne uprawnienia administracyjne. Prezes powinien być jeden i głową odpowiadać za to co zrobi. Trzeba dać mu szansę rozwinięcia skrzydeł. Ale jednocześnie bacznie się przyglądać. Najważniejszy jest program, prawdziwy przekaz, treść. Obojętnie jak to zwał – misją, czy po prostu dobrą jakością. Kontrola powinna być rozsądna i sprawiedliwa.

 

*                                            *                                            *

 

Zrobić dobrą telewizję publiczną wcale nie jest to takie trudne. Byle nie postępować miernie, biernie i tylko wiernie. Bo to takie samo zło, jak ślicznie, cynicznie i niegramatycznie. W naszym dużym kraju jest wielu ludzi, którzy mogą sprostać nominacji na Wysoki Stołek. Podsadźmy właściwego, a na pewno się uda. Jeśli jednak nie sprosta, to po prostu spadnie. Nie ma ludzi niezastąpionych.

 

Stefan Truszczyński

 

PS. Tymczasem pełniącym obowiązki Prezesa Zarządu TVP został Maciej Łopiński, a Marzena Paczuska-Tętnik została na trzy miesiące zawieszona w czynnościach członka zarządu TVP . Jacek Kurski ma być doradcą zarządu.

Jak nie być hieną w czasach koronawirusa – opinia MAGDALENY KAWALEC-SEGOND

Swoimi materiałami grzejecie panikę. I ta panika, ze względu na to, jak działa ludzki układ odporności i jak działamy społecznie, może kosztować wiele osób zdrowie i życie. Nawet jeśli tego nie wiecie, to was nie usprawiedliwia. Bo jako dziennikarze, powinniście to wiedzieć.

 

Bardzo przepraszam, ale będzie ostro. Kto już się oburzył tytułem, zawsze może przestać czytać i obrazić się na mnie do śmierci. Może nas ona spotkać wkrótce (jak zwykle, memento mori to taka piękna antyfona postna) , więc w sumie, co mi tam. Jakoś to przeżyję. Jako nie-dziennikarz, tylko taka pani od przyrody, co lubi pisać do gazet, a gazety cierpliwie to czasem drukują od 25 lat, żeby i te giki, te mózgowce miały też jakiś kącik dla siebie w rzeczywistości medialnej, a jednocześnie jako jaki taki specjalista od drobnoustrojów chorobotwórczych (mam z tego doktorat, to niedużo, ale zawsze coś) walę pięścią w stół: BASTA!

 

Ja nie oglądam telewizji (żadnej) od grubo ponad ćwierć wieku w wyniku świadomej decyzji, więc pewne zjawiska związane ze szklanym ekranem docierają do mej świadomości dopiero wtedy, gdy jakiś Internet je pokaże. W tym wypadku, w momencie gdy w Polsce pojawił się czwarty potwierdzony przypadek COVID-19, strona na FB zwana „Polska w dużych dawkach” zamieściła wpis, którego sama nie ujęłabym lepiej, i zdjęcie, które mnie rozwścieczyło. Wpis zaś był tak mądry (i na miejscu), że go po prostu zacytuję: „Pacjent z podejrzeniem koronawirusa wychodzi ze szpitala, dziennikarze podstawiają mu mikrofon prosto w usta, pytają czy to fajnie być chorym. Trwa to pięć minut, mikrofony dalej napierają w otwór gębowy pacjenta, pocierają się i chłoną wirusa dosłownie jak gąbka. Następnie biegną na konferencje prasowe, podtykają te mikrofony politykom, następuje kwarantanna, tydzień plagi, populacja polityków zmniejsza się. Niestrudzeni dziennikarze obskakują jeszcze najmodniejsze imprezy, zjazdy influncerów i jakieś forum marketingu.

 

Mijają dwa miesiące i kraj zmienia się nie do poznania. Trzeba rozpisać nowe wybory. Polska nauka i kultura są nietknięte, bo kto by się nimi interesował, dziennikarze nie przyszli. Tworzy się nowa kultura polityczna, czas żałoby, ale i przemyśleń. Powinniśmy jakoś o siebie zadbać, przyda nam się działająca ochrona zdrowia, i żeby ludzie coś kumali, więc przyinwestujemy w edukację. Trzeba też się przygotować na okoliczność innych zagrożeń. Dziennikarze winni zarażania elit kraju zbierają się w tajnym miejscu. Z mroku wychodzi Mariusz Max Kolonko. Ubrany nie jak zwykle, w garniak z lat 90., tylko w dżinsy i czarną bluzę z kapturem. Każdemu ściska rękę i mówi:
– O waszym poświęceniu nikt się nigdy nie dowie. Jesteście cichymi bohaterami, którzy poprowadzili bliźnich przez ciemną dolinę. God bless you
.”

 

Ja wiem, że ci biedacy z mikrofonami sami się tam na te drzwi nie rzucili (do szefów i redaktorów wicenaczelnych jeszcze wrócę). To nie oni też wysłali nad szpital w Łodzi (który okazał się NIE-miejscem pierwszego przypadku COVID-19 w Polsce) drona z kamerą o nosie nadającym się do robienia zdjęć kraterów na Marsie z Ziemi. Ja wiem, że to jeszcze nie jest poziom obrzydliwego hienizmu zaprezentowany wobec pierwszego polskiego pacjenta z COVID-19 przez „gazetę, której nie jest wszystko jedno”. To było takie dno, że mi opadły ręce. I tu dodam z zawodowego obowiązku popularyzatora nauki, że na szczęście hiena cętkowana nazywa się obecnie wg systematyków krokuta. Dzięki czemu nikt nie łączy naturalnego sposobu zdobywania przez nią pożywienia ze zjawiskami z zakresu psychologii mediów, które są znacznie gorsze od stadnego rozszarpywania trucheł padłych zwierząt na afrykańskich sawannach.

 

Ja rozumiem, że to zwykła głupota, bo ufam, że na studiach dziennikarskich uczy się ludzi, jaka jest różnica w sprawozdawaniu konfliktu zbrojnego czy klęski żywiołowej (to chwalebne i heroiczne, że są odważni dziennikarze gotowi natychmiast jechać i relacjonować takie straszne rzeczy), a epidemii. A może tam się nie opowiada w ogóle o chorobach zakaźnych i medycynie, tajemnicy lekarskiej, prawie pacjenta do prywatności etc… To szkoda. Jak nie daj Boże wybuchnie jakaś masowa epidemia wieloopornego syfilisu, to też się dowiemy, z kim sypiał jakiś prominentny przypadek czy tylko do jakiej partii politycznej należał 10 lat temu? Choroby, w tym zakaźne, stygmatyzują. Słyszeliście o tym?

 

Mam jednak nadzieję, że sami dziennikarze są w stanie obejrzeć czy posłuchać materiałów przygotowanych na temat koronawirusa przez ich własne stacje telewizyjne i radiowe, przez ich własne gazety, i zrozumieć z nich (ja wiem, że to trudne, no ale kto tu winien?), że sprawa jest poważna, bo… jest zakaźna! Czyli nie widać, a można się rozchorować. I roznieść rzecz po innych. Jak patrzę, jak się zachowują, to domniemam, że po prostu dziennikarze miejscowi powszechnie nie rozumieją pojęć takich jak: wirus, choroba zakaźna przenoszona kropelkowo oraz epidemia i kontrola zakażeń. No to jeśli w sposób tak widoczny ich nie rozumieją, to jakże mogą komuś wytłumaczyć?  Ja nie wiem, jaką stratą dla Polski dziś byłby zanik mediów na kilka miesięcy – może wszyscy obudzilibyśmy się następnie w innym, spokojniejszym, mniej zantagonizowanym i w ogóle jakimś takim lepszym kraju. A może nie. Ale czy koniecznie musimy to sprawdzać w sposób tak głupi, bo niosący ryzyko dla zdrowia i życia innych, np. członków dziennikarskich rodzin, ich sąsiadów oraz ludzi, z którymi jeżdżą w autobusie lub spotykają się na siłowni i w knajpie?

 

Przecież każda z tych rąk wyciągniętych z mikrofonem w stronę biednego, nigdy wcześniej nie mówiącego do mediów człowieka, który ma im tyle do powiedzenia, iż „nie wie, jak to złapał”, co oczywiście jest newsem dnia, bez którego nie obejdzie się żaden posiadający telewizor i radio Kowalski, otóż każda z tych rąk zaraz popuka paluszkiem w mikrofonik przed następnym wywiadem, by sprawdzić działanie, a następnie ten paluszek poliże, żeby przeczytać jakąś swoją notatkę. Czyż nie?

 

Wiecie co, ja Wam to tak „po krasnoludzku, po prostu dzisiaj powiem”:  chcecie zrobić fajny, potrzebny I SŁUŻĄCY ODBIORCY (nie wykluczone, że ratujący mu życie i zdrowie) materiał o COVID-19? Podaję zestaw tematów, znajdzie tu każdy i śledczy, i społeczny, i gospodarka i polityczny, i zagranica. Tematy podaję za darmo, nie trzeba ze mnie robić współautora tekstu czy reportażu. Nauką zajmę się ja i moi koledzy, co się na tym znają, bo na tym to się jednak trzeba znać, żeby ludzi nie straszyć, tylko informować i mówić im prawdę.

 

Po pierwsze: kto kręci te lody z maskami i odkażaczami? Nieinteresujące? Moim zdaniem szalenie. I ci biedni ludzie, którzy wydali kilkaset złotych na pół litra spirytusu czy pięć masek przeciwazbestowych też się chętnie dowiedzą, czy kolo (kilku, a może legion), co tym kręci, będzie siedział i kiedy. A dlaczego nie zapytać polityków, prokuraturę i policję, co z tym zamierzają zrobić? A może pójść i zapytać wojska, jak jest przygotowane, w jakim zakresie ludność miejscowa może liczyć na wojsko. Może? Ja nie wiem, a chętnie się dowiem. A gospodarka – transport drogowy, turystyka… Konkrety. Można przepytać konkretnych wiceministrów (nie zawracajcie głowy ministrom, ten sztab kryzysowy już mało sypia, uwierzcie mi), jaką legislację szykują dla konkretnych branż, które już cierpią na zadyszkę w związku z epidemią, której jeszcze u nas nie ma. MEN – jak się szykuje do zdalnego kształcenia tysięcy dzieci w wieku szkolnym? Naprawdę już wszystko wiecie, tylko ludziom nie mówicie Kochani ? Czy ten człowiek, sam w strachu, wychodzący ze szpitala zakaźnego, powie Wam naprawdę więcej ważnych i potrzebnych odbiorcom informacji, głębiej coś skomentuje, niż konkretni urzędnicy czy naukowcy?

 

Rozumiecie, że swoimi materiałami grzejecie panikę, nie? I że ta panika, ze względu na to, jak działa ludzki układ odporności i jak działamy społecznie, może kosztować wiele osób zdrowie i życie, nie? Nawet jeśli tego nie wiecie, to Was nie usprawiedliwia. Bo jako dziennikarze, powinniście to wiedzieć. A już ci, co was z tymi mikrofonami posyłają na pierwszą linię, a potem podają Wam rękę i mówią „good job”, po czym idą nadal przewalać tą ręką papiery, podlizując paluszek, to wiedzą na pewno. Życzę dużo zdrowia.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

PS. Jak mi teraz który pobiegnie zawracać głowę jakiemuś lekarzowi specjaliście od chorób zakaźnych, co ma teraz Armagedon, a pies z kulawą nogą się latami nie interesował, w jakich warunkach i za jakie pieniądze (bo przecież zakaźnik nie dorobi w prywatnym gabinecie) ten człowiek pracuje, ilu pacjentom z chorobami tropikalnymi uratował życie etc., to osobiście pojadę i zabiorę takiemu „szczurowi z newsroomu” deser przez rok. Takim dziecinnym ludziom, niezorientowanym, że teraz nie jest na to czas, można bowiem tylko dać w skórę poniżej pleców – ale prawo tego zabrania i słusznie – albo nie dać deseru.

Podpis Pana Prezydenta – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Z politycznego i wizerunkowego punktu widzenia konferencję, na której pan prezydent ogłosił swoją decyzję w sprawie ustawy o dofinansowaniu mediów publicznych, można uznać za średnio udaną. Wywody na temat regionalnych ośrodków TVP i PR, ich roli i odmiennego statusu prawnego, były dla większości słuchaczy niezrozumiałe. Dla wyrobionego odbiorcy było zaś jasne, że ich związek z decyzją prezydenta jest nikły. Tak naprawdę mieliśmy do czynienia z polityczną transakcją, w której ceną była głowa Jacka Kurskiego.

 

Można jednak spróbować spojrzeć na sytuację z punktu widzenia mediów właśnie. I wówczas wypada stwierdzić, że zmarnowana została okazja – kolejna już – do poważnej dyskusji o tym, jak media publiczne mają wyglądać i jak powinny być finansowane. A nawet o tym, czy w ogóle są w obecnej postaci potrzebne.

 

Prezydent Andrzej Duda dał mi przez moment nadzieję, gdy w pierwszej części swojego wystąpienia na konferencji stwierdził, iż zdecydował się podpisać ustawę „pod pewnymi warunkami”. Czekałem potem, aż te warunki zostaną wskazane. Liczyłem, że mogą one dotyczyć na przykład tego, jak zarząd TVP podzieli otrzymane pieniądze. Bowiem z poprzedniej transzy rekompensaty regionalne ośrodki otrzymały ochłapy. Inna sprawa, że nie sposób wyobrazić sobie podstawy prawnej, która pozwoliłaby prezydentowi w jakikolwiek sposób wyegzekwować owe warunki – gdyby faktycznie zostały postawione. Nic o nich jednak ostatecznie nie usłyszeliśmy.

 

Kwestia rekompensaty dla mediów publicznych wywołuje wielkie emocje z powodu kilku zasadniczych wątpliwości co do ich działalności i kształtu. Żadna z tych wątpliwości nie została przy okazji decyzji pana prezydenta przecięta i w tym sensie jest to okazja zmarnowana, być może na długo. Niezależnie od tego, jaki będzie skład i polityczne umocowanie nowego zarządu TVP.

 

Problem pierwszy to wejście mediów publicznych – przede wszystkim ich pionów publicystyki i informacji – w rolę narzędzi propagandowych władzy. Wynika to między innymi z instytucjonalnej konstrukcji nadzoru nad TVP i PR. Ani KRRiT – organ konstytucyjny – ani tym bardziej RMN, działająca na podstawie zwykłej ustawy, nie są ciałami choćby udającymi ponadpartyjne. Przy czym „ponadpartyjny” nie znaczy w tym wypadku „ponadpolityczny”, bo oczywiste jest, że mamy tu do czynienia z polityką i będziemy mieć zawsze. Jest jednak różnica między ciałem z definicji i konieczności politycznym a ciałem, gdzie reprezentowane są po prostu partyjne interesy. RMN, wybierająca prezesów TVP i PR, jest zwykłą polityczną czapą nad państwowymi mediami.

 

Tu obrońcy obecnej sytuacji przywołują koncepcję rozproszonego pluralizmu, z którą na portalu SDP już polemizowałem. Zakłada ona, że co prawda media państwowe stały się wyrazicielami tylko jednego poglądu politycznego (zwolennicy tej koncepcji starają się nie przyznawać, że są po prostu zaangażowane partyjnie), ale ponieważ media prywatne mają w dużej części odmienne zapatrywania, pluralizm w szerszym planie jest zachowany – argumentują zwolennicy tego podejścia.

 

Z tego wynika problem drugi: media publiczne są finansowane przez wszystkich obywateli obowiązkowo – czy to w postaci abonamentu, czy poprzez budżetową dotację – a zatem ich kształt powinien odzwierciedlać różnorodność zapatrywań. To podstawowy i bardzo mocny argument przeciwko koncepcji pluralizmu rozproszonego.

 

Problem trzeci, to sam sposób finansowania. PiS zapowiadał przecież odejście od abonamentu. Ustawę miał napisać Krzysztof Czabański. Nic z tego nie wyszło. Tymczasem mamy tu poważny dylemat, który zresztą nie zaczął się za czasów PiS. To samo miało miejsce podczas rządów Platformy Obywatelskiej: upartyjnienie mediów państwowych jest dla znacznej części obywateli – tych, którzy nie odnajdują w nich swoich poglądów – powodem do sprzeciwu wobec finansowania tychże mediów z ich pieniędzy. W przypadku dotacji budżetowej nie mają oczywiście sposobu, by tego uniknąć, ale mogą jak się da unikać płacenia abonamentu. Telewizja w latach 2010-2015 dawała taki impuls wyborcom o bardziej konserwatywnych poglądach. Ta po roku 2015 uzasadnia unikanie płacenia abonamentu przez wyborców opozycji.

 

Problem czwarty to sposób, w jaki media państwowe wypełniają swoją misję. Tu pojawia się pytanie, czy powinny podążać bezwolnie za masowymi gustami czy może właśnie one przede wszystkim powinny starać się popychać odbiorców w stronę bardziej ambitnego przekazu. Trudno nie uznać, że TVP pod rządami Jacka Kurskiego wybrała ten pierwszy wariant, i to w skrajnej postaci. Jeśli publiczne media mają być dotowane ze wspólnej kasy na tak wysokim poziomie, czy jednak nie należałoby od nich oczekiwać innego postępowania?

 

Wszystkie te sprawy powinny stać się przedmiotem dyskusji już dawno, a jeśli dotąd nim nie były, to mogły się były nim stać w okresie między zasygnalizowaniem zamiaru uchwalenia wiadomej ustawy przez Sejm a podpisem pana prezydenta. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. I to jest poważne rozczarowanie. Mając w ręku wszelkie atuty i instrumenty, Andrzej Duda w żadnym momencie swojej prezydentury – mimo wyrażanych wiele razy mniej lub bardziej wprost zastrzeżeń do działalności głównie TVP – nie postarał się zorganizować debaty wokół żadnego z wymienionych wyżej, a przecież powiązanych ze sobą problemów.

 

Teraz mamy podpisaną ustawę, dającą mediom państwowym przynajmniej 2 miliardy złotych – a jak twierdzą niektórzy, analizując treść aktu, pięć razy więcej w ciągu nadchodzących kilku lat – właściwie bezwarunkowo. Szkoda.

 

Łukasz Warzecha

Skowronki latają wysoko – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Wakat: stolec na Woronicza. Co z tym będzie? Chciałoby wielu. Ale sprostać potrafi mało kto!

 

Powiedzmy wprost – nie bacząc, że pudelki będą szczekać – nadaje się i sprostałby, moim zdaniem – Krzysztof Skowroński. Nie wiem, jak pogodziłby liczne funkcje, które sprawuje. Uważam, że dałby radę. Tak jak dotychczas daje sobie radę znakomicie, choć z wielkim mozołem, radę sobie daje.

 

Zajmę się tutaj tylko sprawą kompetencji. Na tym się znam, z obserwacji, z racji pobierania nauk u dobrych nauczycieli, ćwiczenia się w zawodzie przez ponad 55 lat.

 

Prezes Telewizji Polskiej o znaczącej pozycji zawodowej i społecznej powinien być człowiekiem wierzącym i praktykującym dominującą religię w naszym kraju. Ale nie fanatyzmem, bigotem, zakłamaniem (niektórzy asekuracyjnie wymyślili sobie „pozycję” agnostyka). Piszę o tym wprost i tak wysoko, bo to jest sprawa ważna, ale nie będę już do tego wracał. Niech salonowe kundle dowolnie sobie szczekają. Nie obchodzi mnie zupełnie co kto powie o moim podlizywaniu się. Ani nie zarabiam u Skowrońskiego, bardzo często go ostro krytykuję. Tyle, że w sprawach poglądowych i zawodowych całkowicie – no prawie – się z nim zgadzam. Zazdroszczę mu energii, konsekwencji w działaniu i wiary w sukces, który przychodzi dzięki talentowi popartemu ciężką codzienną pracą. Skowron rządzi, uprawia dziennikarstwo najwyższej próby, nie cenzuruje innych, świetnie wybiera współpracowników i z dobrymi rezultatami uczy. A teraz do kompetencji zasadniczych. Doświadczenie wystarczające. 55-60 lat to najlepszy okres do rządzenia. Oczywiście mogą być odstępstwa. Można i są znajdowani młodsi, dobrze wychowani, z życzliwym stosunkiem do ludzi i rozumiejący, co jest ważne w sprawach najważniejszych.

 

„Skowrona” można sprawdzić łatwo. Wystarczy rano posłuchać Poranka Wnet. Ten dwugodzinny program daje aktualny obraz Polski i świata. Wszystko jest „self made” – są aktualnie najważniejsi politycy (nikt nie odmawia), są bardzo ciekawi ludzie (społeczny przekrój – wiedzy, kompetencji, działania), zbudowana została sieć znakomitych korespondentów zagranicznych, tempo jak na poranny program przystało, najważniejsza informacja bieżąca (niesegregowane politycznie przeglądy prasy) i … oprawa muzyczna (no, z tym jest trochę gorzej).

 

Wszystko to czynione jest minimalnymi kosztami (z konieczności) – Radia Wnet, Kuriera Wnet (ogólnopolska gazeta ze specjalnymi terenowymi dodatkami – śląskim i wielkopolskim), Spółdzielni Wnet (jarmark i inne akcje) z bardzo nieliczną obsadą redaktorsko-organizacyjną.

 

Paranoje mediów publicznych, politycznie ubezwłasnowolnionych, całkowicie podległych i dyspozycyjnych politycznie polega na ich niepotrzebnym obciążeniu personalnym i nieumiejętności wykorzystania potencjału twórczego zastraszonych ludzi. Niewolnik wykona polecenie, ale twórczy nie będzie. Dziennikarstwo jest rzemiosłem, ale nie polega na ładowaniu szuflą węgla do pieca. Muszą to zrozumieć nadęci, zarozumiali bezkrytycznie dysponenci. Zawsze zachęcam do refleksji, próby przypomnienia sobie czy w ogóle pamięta nazwiska premierów, nie mówiąc o vice – wywracających się jak w kalejdoskopie i przelatujących bezpowrotnie jak komety (no, wyjątek premier Pawlak, a on dopiero czeka na podsumowanie).

 

Wierzę, że dobry, przygotowany, silny i chętny facet (bo jednak nie facetka) – podoła. Tym bardziej, że jest tak źle z telewizją publiczną jak jeszcze nigdy nie było. I oczywiście nie chodzi o podskakujące w rytmie disco-polo słupki oglądalności. Telewizja publiczna nie jest od produkcji kiełbasy wyborczej. Mam uzasadnione obawy, że obecny Narodowy Medialny decydent nie podoła. Oczywiście jest bardzo intrygujące, kogo wybiorą.

 

Ja stawiam na „Skowrona”. Zawsze go możecie odwołać. No, chyba – a taką mam nadzieję – że lud nasz – jak kania wyczekująca dżdżu – dostrzeże niechybne pozytywne zmiany i poprze prawdziwą nową zmianę, w TVP.

 

Stefan Truszczyński

Umarł król – komentarz ADAMA SOCHY

Jacek Kurski przejdzie do historii mediów publicznych. To pierwszy przypadek w historii tych mediów, że za głowę prezesa TVP „zapłacono” 2 miliardy złotych. Mogę z czystym dziennikarskim sumieniem komentować to wydarzenie, gdyż od chwili jego powołania na to stanowisko publicznie protestowałem.

 

Przede wszystkim dlatego, że „dobra zmiana” obiecywała odpartyjnienie mediów publicznych, a pierwszą decyzją po zwycięstwie wyborczym było powołanie na stanowisko prezesa TVP bardzo kontrowersyjnego polityka, który udowodnił, że jest człowiekiem od „mokrej roboty”, zasłynął „dziadkiem z Wermachtu” i powiedzeniem „ciemny lud to kupi”.

 

Nie miałem więc złudzeń, jaką misję mu powierzono, misję wygrania propagandowej wojny z TVN-em, główną tubą propagandową politycznego układu postokrągłostołowego. Na tej wojnie jeńców nie brano, wszystkie chwyty były dozwolone. To że przy okazji doszczętnie rozbito wspólnotę polityczną narodu, dla kierownictwa partii rządzącej nie miało znaczenia. Wszak wyznaje zasadę „divide et impera”.

 

Na Nadzwyczajnym Zjeździe Programowym SDP w Kazimierzy Dolnym w czerwcu 2018 roku zgłosiłem projekt apelu o podanie się przez prezesa Jacka Kurskiego do dymisji. Mój projekt był kopią apelu przyjętego na Nadzwyczajnym Zjeździe Delegatów SDP z kwietnia 2015 roku, w którym napisano: „prezes TVP SA Juliusz Braun powinien podać się do dymisji”. Tylko w miejsce Brauna wstawiłem, Jacka Kurskiego i przepisałem zarzut: „z powodu „upolitycznienia i nagminnego braku przestrzegania etyki i misji dziennikarskiej”.

 

Na tym zjeździe już było jasne, że PiS do kosza wyrzucił wszelkie zapowiedzi i projekty odebrania mediów publicznych partiom, z czasów, gdy tkwił w okopach opozycji. Partia rządząca porzuciła nawet pozory, które stosowała PO, przeprowadzając konkursy na prezesów rozgłośni lokalnych.
Dlatego zgłosiłem też na tym zjeździe projekt uchwały ze zjazdu z kwietnia 2015 roku, zmieniłem tylko adresata z PO na PiS. Nadzwyczajny zjazd w kwietniu 2015 roku stwierdzał, że „media publiczne to dzisiaj narzędzie propagandy, a misję publiczną zastąpiło służenie interesom władzy. Zagarnięcie TVP, Polskiego Radia oraz PAP przez partie polityczne uderza w fundamenty demokracji”.

 

Zjazd w 2018 roku przyjął mój projekt w złagodzonej formie: „zmiany w mediach publicznych postulowane przez SDP w 2015 r., które miały doprowadzić do ich odpolitycznienia i zapewnienia im stabilizacji sytuacji finansowej nie zostały zrealizowane”.

 

Czy odwołanie Jacka Kurskiego, to zapowiedź odejścia od traktowania TVP jako tuby propagandowej rządzącej partii i pałki na przeciwników politycznych? Jacek Kurski przez swoją kadencję wychował całe szeregi propagandowych zakapiorów, pozbawionych wszelkich skrupułów, więc i bez Kurskiego ta propagandowa machina nadal może sprawnie działać.
Jednak mam nadzieję, że wajcha zostanie przestawiona i może nie od razu, ale z czasem symbolem publicznej debaty w Rzeczpospolitej przestanie być środkowy palec.

 

Wierzę, że odwołanie Jacka Kurskiego oznacza obudzenie się w kierownictwie rządzącej partii instynktu samozachowawczego. Wierzę, że dotarło do centrali, że poza partią jest jeszcze państwo, i że partia bez państwa nie może istnieć.

 

Adam Socha