Ten kto płaci, nie przestaje wymagać – MIROSŁAW USIDUS o crowdfundingu dziennikarstwa

„Zbiórka na film dokumentalny o kryciu pedofilii w show-biznesie i innych środowiskach” założona przez Mariusza Zielke pozwoliła mu zebrać, z tego co widać w serwisie crowdfundingowym zrzutka.pl, trochę ponad 32 tysiące złotych. Sekielscy na swoje produkcje na temat pedofilii w Kościele zbierają z łatwością dużo większe sumy. Co to znaczy?

 

Z pewnością odpowiedzi na to pytanie, polanych wielosmakowymi sosami politycznymi, nie zabraknie. Niezależnie od interpretacji, porównanie tego nieudanego crowdfundingu z zbiórką udaną  wskazuje, że finansowanie dziennikarstwa za pomocą społecznych składek nie działa „z automatu” i nie jest magiczną różdżką, która rozwiąże problemy, z jakimi boryka się dziennikarstwo.

 

Fundatorzy chcą liczb

 

Hazel Sheffield pracowała kiedyś jako redaktor biznesowy dziennika „Independent”. Jeszcze będąc „zwykłym” dziennikarzem pozyskała pierwsze granty na reportersko-researcherskie przedsięwzięcia. „Ostatnie trzy lata mojej działalności dziennikarskiej finansowałam za pomocą dotacji,” opowiadała podczas spotkania Hacks/Hackers London w marcu 2019 r., na którym dzieliła się swoimi doświadczeniami.

 

Na co udawało jej się zdobywać fundusze? M. in. „Financial Times” opisywał jej projekt Far Nearer, polegający na tworzeniu mapy lokalnych mini-systemów ekonomicznych w Wielkiej Brytanii. Dostała na jego realizację 45 tysięcy funtów od Friends Provident Foundation, organizacji promującej przedsiębiorczość lokalną. Po realizacji Sheffield wygrała drugą rundę finansowania, co pozwala jej kontynuację pracy nad projektem. „Nauczyłam się, że dotacje i fundacje to naprawdę dobry sposób na zdobycie pieniędzy na kreatywne i ciekawe materiały w sytuacji, gdy redakcje gazet zazwyczaj nie mogą sobie już na to pozwolić,” mówiła podczas spotkania.

 

Miała wiele rad dla ubiegających się podobne dotacje. Mówiła o konieczności dogłębnego zbadania tematu przez aspirującego do grantów reportera, identyfikacji źródeł, poznania celów i oczekiwań organizacji finansującej, konsultacji z osobami, które takie dofinansowanie otrzymały. Bardzo pożądane jest w tego rodzaju przedsięwzięciach podjęcie współpracy z organizacjami i osobami pracującymi na pokrewnymi projektami. Sheffield współpracowała np. z Bureau Local (częścią The Bureau of Investigative Journalism) zajmującym się sprawą znaną pod hasłem” Sold From Under You, śledztwem prowadzonym z udziałem m. in. dziennikarzy „HuffPost UK”, które ujawniło ogromną skalę wyprzedaży publicznych obiektów w brytyjskich gminach.

 

Niektóre programy grantowe expressis verbis wymagają współpracy z innymi podmiotami w przygotowaniu projektu. Niektóre z nich, jak np. Europejskie Centrum Dziennikarstwa, zachęcają wnioskodawców do pracy w międzynarodowych zespołach z ludźmi z różnych krajów, zdywersyfikowania swoich źródeł i treści.

 

Jak podkreśla Hazel Sheffield, magicznym słowem, o którym należy pamiętać, jest siła oddziaływania. „Fundatorzy chcą liczb, odsłon stron, uczestników wydarzeń. Chcą dowodu, że ich finansowanie było warte zachodu,” wyjaśnia dziennikarka. „Fundatorów interesuje tylko – ile możesz coś dla nich zrobić i musisz dokładnie wiedzieć, czego chcą. Prawdopodobnie nie ma znaczenia, kim jesteś. Jeśli rozumiesz, czego chcą i udowodniłeś, że jesteś w stanie im to dać, to dostaniesz od nich to, czego chcesz, czyli fundusze na realizację projektu”.

 

W obszarze anglojęzycznym źródeł finansowania dla projektów dziennikarskich jest więcej niż większości z nas może się wydawać. Sheffield opowiadała o różnego rodzaju organizacjach (o lobbystycznym często, co trzeba przyznać, charakterze). Są też pieniądze od organizacji czysto dziennikarskich, jak np. International Journalists’ Network, przyznającej dotacje na projekty dziennikarstwa śledczego. Kilka tygodni temu zakończyło się właśnie kolejna runda finansowania przeprowadzana przez tę organizację, w której przyznawano do 10 tysięcy dolarów z przeznaczeniem na wydatki bieżące reporterów, takie jak koszty podróży, zbierania dokumentów i wynajmu sprzętu. Pierwsza połowa dotacji jest przekazywana po zatwierdzeniu wniosku, a druga połowa jest wypłacana po zakończeniu projektu. Fundatorzy w tym postępowaniu czekali na wnioski od reporterów amerykańskich lub zagranicznych dziennikarzy poruszających tematy amerykańskie. Materiały muszą być publikowane w języku angielskim.

 

Anioły? Do czasu

 

Z roku na rok spadają przychody reklamowe tradycyjnych mediów. A to dzięki nim właśnie przed laty finansowane było dziennikarstwo, każdy jego rodzaj, od ambitnych projektów śledczych, po mniej ambitne za to użyteczne formy, np. poradnicze. Oczywiście w sensie ogólnym przychody reklamowe nie spadają, bo pieniądze odpływające od „starych” przejmuje Internet, zwłaszcza takie potęgi jak Google i Facebook. Prasa i lokalne media tracą zdolność realizowania misji, którą przez dekady realizowały.

 

Znane brandy prasowe w niektórych bogatych krajach mogą liczyć na „aniołów”. Pisałem kilka razy na portalu SDP o swoistej modzie na przejmowanie gazet przez miliarderów, co jest przedstawiane jako akty filantropii. Np. Patrick Soon-Shiong, południowoafrykański chirurg, znany w mediach jako najbogatszy lekarz w historii świata, nabył zasłużoną gazetę lokalną „Los Angeles Times”, która, jak wiele tytułów prasowych, boryka się w ostatnich latach z wielkimi problemami. Inną głośną transakcją, sprawiającą wrażenie bezinteresownej pomocy dla mediów w potrzebie, jest zakup przez miliarderów IT MarkaLynne Benioffów udziałów w „Time Magazine”. Z kolei Laurene Powell Jobs, wdowa po legendarnym założycielu firmy Apple, kupiła większość udziałów w renomowanym „The Atlantic”.  Przypomnijmy też, że wcześniej np. „The Washington Post”, stał się własnością założyciela Amazon Jeffreya Bezosa. Także inny potentat z branży IT, założyciel eBaya, Pierre Omidyar, zainwestował w projekty „pro-dziennikarskie” w 2013 r., czyli w roku, w którym „The Washington Post” stał się własnością Bezosa.

 

Przejęcia te reklamowane są jako działalność pro publico bono, wsparcie dla prasy, która nie jest w stanie konkurować na rynku reklamy z Facebookiem i Google. Jednak technologiczni miliarderzy zapewne mają także czysto biznesowe cele. Nabywają przecież w końcu prestiżowe marki medialne. Z ich punktu widzenia typowy prasowy biznes, oparty na sprzedawaniu egzemplarzy i reklamie, nie wygląda intratnie. Poważany i cytowany tytuł to jednak dobre publicity. O poprawie wizerunku, związanej z dobroczynnością na rzecz wartościowych tytułów, chyba nie trzeba wspominać.

 

Trochę za przykładem tych aniołów z wielkim gestem, poszli bardziej zwykli ludzie, którzy w organizowanych na Kickstarterze kampaniach crowdfundingowych przekazywali pieniądze serwisom takim jak LAist (dla Los Angeles) i DCist (dla Waszyngtonu), nie nastawionym na generowanie przychodów, lecz na informacyjną służbę na rzecz lokalnych społeczności,. Wcześniej pieniądze z tego źródła pozyskał także nowojorski Gothamist.com. „Na dłuższą metę nasze projekty będą udane tylko wtedy, gdy naprawdę zaangażujemy w nie całą społeczność lokalną,” komentował udaną zbiórkę Jake Dobkin, założyciel Gothamist.

 

W USA lokalne dziennikarstwo jest coraz częściej i silniej wspierane przez różnego rodzaju inicjatywy non-profit. Jedną z wielu jest Knight Foundation przeznaczająca miliony dolarów na rozwój regionalnych serwisów internetowych. Dziennikarstwo śledcze wspiera ProPublica, serwis i organizacja zapewniająca nie tylko możliwość publikacji, ale także wsparcie technologiczne i finansowe dla dochodzeń. Podobnych projektów jest znacznie więcej.

 

Koncept wspierania mass mediów i pracy dziennikarzy, rozumianej jako wykonywanie pewnej ważnej społecznie misji upowszechnia się gdzie indziej na świecie. Znane są już globalne przykłady, np. w śledztwach dziennikarskich w sprawach Paradise i Panama Papers, w których kosztowny research dziennikarski był w dużym stopniu finansowany z pieniędzy prywatnych, pozarządowych fundacji i organizacji.

 

Państwo czy biznes – problem z niezależnością pozostaje

 

Nie trzeba chyba długo wyjaśniać, że droga szukania alternatywnego finansowania to nie tylko same róże. Media, zwłaszcza lokalne, powiązane z samorządami, miejscowymi wpływowymi osobistościami, różnymi interesami, dobrze znają zasadę – „kto płaci, ten wymaga”. Pomysł na media finansowane ze środków publicznych jest w wielu krajach traktowany z pełną powagą. Najczęściej niestety nie oznacza to, iż będą to naprawdę „wolne” media.

 

Lokalne media mogą zniknąć, jeśli rząd nie zapewni bezpośredniego wsparcia finansowego – głoszą np. brytyjscy eksperci w ubiegłorocznym raporcie na temat przyszłości brytyjskich mediów, cytowanym w „The Guardian”. Ostrzegają, że upadek branży stanowi zagrożenie dla „stabilnej demokracji”. Raport zespołu pod kierownictwem Frances Cairncross, która na Wyspach jest powszechnie szanowanym autorytetem w dziedzinie środków przekazu, rekomenduje m. in. „Bezpośrednie finansowanie środków przekazu ze środków publicznych w celu wsparcia demokracji lokalnej za pośrednictwem nowego instytutu informacji użyteczności publicznej”. Być może Brytyjczycy potrafią to zrobić tak, że niezależność mediów zostanie ocalona. Mam jednak poważne obawy co do tej koncepcji.

 

Fakty pokazują, że także alians z owymi bajecznie bogatymi „aniołami medialnymi” ostatecznie prowadzi do problemów. „Nieuniknione jest, że niektórzy potężni ludzie, którymi zajmuje się ‘Washington Post’, błędnie sądzą, że jestem ich wrogiem,” pisał Bezos na swoim blogu. Pojawiła się dość kłopotliwa sytuacja, w której realizowanie niezależności przez gazetę, czyli krytyczne pisanie o politykach lub ludziach biznesu, zaczyna przysparzać problemów właścicielowi.

 

Gdy w momencie kryzysowym dla właściciela, gazeta musiała obiektywnie relacjonować wydarzenia z nim związane i zająć jakieś stanowisko, problemy te stały się jeszcze bardziej jaskrawo widoczne. Gdy nadeszło ostre starcie Bezosa z tabloidem „The Enquirer”, który zapowiedział publikację dowodów romansu szefa Amazona z telewizyjną dziennikarką Lauren Sanchez. Bezos opublikował na blogu tekst, w którym oskarżył Davida J. Peckera, prezesa American Media Inc.,  firmy wydającej „The Enquirer”, iż ten szantażuje go. Sprawa ma aspekty polityczne i według niektórych opinii, groźby opublikowania zdjęć i erotycznych SMS-ów Bezosa, mogą być też zemstą władz Arabii Saudyjskiej, której służby specjalne miały stać za całą operacją. Miało to związek z morderstwem przez saudyjskich agentów Jamala Khashoggi’ego, który współpracował z „Washington Post”.

 

„Washington Post” znalazł się w sytuacji, w której nie mógł udawać, że sprawy nie ma. Relacjonował wydarzenia, zgodnie z zasadami obiektywnego dziennikarstwa. Jednak w odredakcyjnym komentarzu wyraźnie poparł Bezosa. Frederick J. Ryan Jr., wydawca gazety, zapewniał potem, że „pan Bezos nie odegrał żadnej roli” w przygotowaniu i redagowaniu tego edytorialu. Jednak nie było takiego zastrzeżenia przy samym komentarzu na łamach. I o to wielu obserwatorów miało do gazety spore pretensje.

 

Historia ta przypomina, że Bezos jest publiczną postacią o wielkim bogactwie, wpływach i stosunkach na całym świecie. Wzbudza nie tylko pozytywne, ale również wiele negatywnych uczuć. Oskarża się go m. in. o niszczenie tradycyjnego handlu i setek tysięcy miejsc pracy. Nawet jeśli był dla „Washington Post” aniołem, dla wielu innych Amerykanów i nie tylko jest kimś zgoła innym. Gazeta obudziła się z komfortowego, miłego snu z lękiem o to, czy nie przylgnie do niej etykietka „organu Bezosa” lub wręcz „Amazon Post”. Powróciły fundamentalne pytania o niezależność mediów i dziennikarzy w sytuacji, gdy uzależniają się od finansowego patronatu.

 

Poinformować odbiorców czy ich zadowolić

 

Crowdfunding działalności dziennikarskiej nie jest zjawiskiem tak całkiem nowym. Zbieranie pieniędzy na ambitne projekty śledcze, które nie mogły być sfinansowane np. ze względu na ograniczenia wolności mediów, praktykowane było już dekady temu. W ostatnich latach coraz częściej jednak mówi się o tego rodzaju projektach jako o „nowym modelu biznesowym”, który, jak pisały już w 2014 roku, badaczki nowych mediów, Lian JianNikki Usher, wiąże się z nowymi problemami etycznymi dla dziennikarstwa.

 

Problem ten pojawił się, gdy mowa było o Hazel Sheffield i jej projektach. Nawet jeśli podmiotem finansującym jest tzw. „społeczeństwo” i nawet gdy założyć  pełną benewolencję ze strony zarówno fundatorów jak i dziennikarza, to w rzeczywistości trudno mówić o pełnej gotowości na prawdę, jeśli ta niezgodna jest z oczekiwaniami fundatorów. Zaś reporter niestety nieuchronnie czuje presję, aby z dążenia do pokazania całej prawdy nieco ustąpić, gdy prawda zaczyna odbiegać od oczekiwań finansujących projekt.

 

Andrea Hunter z Uniwersytetu Concordia w Portland w pracy opublikowanej w 2015 roku analizowała sprzeczności pomiędzy wymogami dziennikarskiej autonomii a odpowiedzialnością wobec fundatorów, konkludując że nawet, jeśli wielu dziennikarzy postrzega siebie jako wykonujących misję publiczną, to następuje w tym wszystkim subtelne, ale istotne, „przejście od myślenia po prostu o poinformowaniu swoich odbiorców, do myślenia, by zadowolić swoich odbiorców”.

 

Niektórzy, zaangażowani w projekty crowdfundingowe, zdają sobie sprawę, że ten problem jest realny. Oparte na zbieraniu funduszy na projekty dziennikarskie platformy, takie jak holenderski De Correspondent i niemieckojęzyczny Krautreporter, w sposób przejrzysty publikują deklaracje opisujące swoją misję, korzystają z kodeksów etycznych i zamieszczają precyzyjne raporty na temat wykorzystania funduszy.

 

W tradycyjnym świecie mediów istniało napięcie związane z finansową presja reklamodawców. Tylko naprawdę silne, mające wielu partnerów reklamowych środki masowego przekazu mogły sobie pozwolić na pełną niezależność od tej presji. Co nie znaczy, że z tej pozycji korzystały, bo nie był to idealny świat a pieniądze, zwłaszcza duże, nigdy nie miały brzydkiego zapachu.

 

Pojawia się tendencja, by o aniołach mediów, zbiórkach i crowdfundingu na rzecz projektów dziennikarskich w dobie obecnej mówić w tonie podniosłym, idealistycznym. Niestety, świat wciąż nie jest idealny a oczekiwania tego, który płaci i wymaga plus presja, jaką wciąż odczuwa autor i dziennikarz, wciąż istnieją.

 

Mirosław Usidus

 

 

 

Na składkowym – ŁUKASZ WARZECHA o zbieraniu pieniędzy na niezależne projekty dziennikarskie

Dla ludzi takich jak Dariusz Rosiak miejsce w mediach publicznych powinno być. Rosiak jest dziennikarzem pod każdym względem profesjonalnym, a jego programy to kwintesencja misji mediów publicznych. Lecz cóż – media publiczne się z Rosiakiem pożegnały. Pewnie podpadł tym samym co wielu innych, czyli niewystarczającym entuzjazmem wobec zmiany. „Dobrej zmiany”.

 

Darek postanowił zatem kontynuować swoją pracę dzięki pieniądzom, uzyskanym bezpośrednio od odbiorców i założył zbiórkę na Patronite.pl, aby móc realizować „Raport o Stanie Świata”. Cele są trzy – od 5 do 25 tys. złotych miesięcznie i w zależności od tego, który zostanie osiągnięty, program będzie mógł się bardziej lub mniej intensywnie rozwijać, ukazywać częściej lub rzadziej.

 

Rosiak nie jest pierwszym dziennikarzem, który takiego sposobu próbuje. Nie był też pierwszym Tomasz Sekielski, ale dopiero jego zbiórka na „Tylko nie mów nikomu” przyniosła oszałamiające 450 tys. zł. Można by zatem uznać, że to droga dla tych, którzy chcą się uniezależnić i odwołać bezpośrednio do swoich widzów, słuchaczy, czytelników, aby robić prawdziwie niezależne dziennikarstwo.

 

Jestem sceptyczny. Spójrzmy najpierw, jak to wygląda u Darka Rosiaka. Zbiórkę założył zaledwie kilka dni temu, 25 lutego. Zebrał dotąd (do niedzieli wieczorem) prawie 13,5 tys. zł od 654 osób, co średnio daje około 20 zł na osobę. Najwięcej patronów zadeklarowało 10 zł na miesiąc: 330. Nieco mniej – 20 zł: 157. 114 osób deklaruje 5 zł miesięcznie. 50 patronów daje 50 zł na miesiąc, 16 – po 100 zł, nikt nie zadeklarował 300 zł na miesiąc, ale 5 osób chce wpłacać miesięcznie po 500 zł. Wygląda to nieźle jak na początek zbiórki.

 

Nie chcę podcinać Darkowi skrzydeł, bo życzę mu jak najlepiej, ale pieniądze od patronów nigdy nie będą pewnym źródłem. W każdym razie nie tak pewnym jak te zaplanowane w budżecie stacji na program wpisany do ramówki. Darek nie osiągnął też na razie 25 tys., potrzebnych na pełny rozwój programu. No, ale na to ma czas. Tyle że im dalej od momentu, gdy jego odejściu z Trójki towarzyszył szum medialny, tym trudniej będzie docierać do darczyńców. Możliwe, oczywiście, że do momentu wygaśnięcia uwagi będzie już miał wystarczająco wielu patronów, ale, jako się rzekło, tu nigdy nie ma gwarancji, choć zostanie patronem oznacza co do zasady płatności cykliczne, które w razie czego trzeba skasować, aby z patronowania się wycofać.

 

Przy czym Rosiak to nie jest ktokolwiek. To jest marka. Człowiek, który towarzyszył słuchaczom Trójki od lat czternastu. Można zatem założyć, że spora część patronów to ci, którzy krytycznie oceniają kurs Trójki oraz mediów publicznych w ogóle i chcą to okazać między innymi poprzez wsparcie dziennikarza, którego z Trzeciego Programu się pozbyto.

 

Problem w tym właśnie, że to generalne zastrzeżenie do takiego sposobu szukania wsparcia. Obawiam się, że tam, gdzie brakowałoby tej podszytej politycznymi emocjami motywacji – nie ujmując absolutnie niczego Rosiakowi i kibicując jego zbiórce – rezultaty nie byłyby tak dobre. To samo dotyczy zbiórki Tomasza Sekielskiego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego projekt wsparli między innymi zapiekli antyklerykałowie, antypisowcy, zwolennicy opozycji – i było ich zapewne znacznie więcej niż ludzi powodowanych autentyczną troską o ofiary księżowskich występków. Co nie jest zarzutem do samego Sekielskiego – taki tu po prostu działa mechanizm.

 

Obserwowałem w ostatnim czasie dwie zbiórki – jedną o charakterze na poły dziennikarskim, drugą wydawniczą. Obie były jednorazowe.

 

Ta na poły dziennikarska to zbiórka dokumentalisty Łukasza Korwina na wydanie wspomnieniowej książki sędziwego już polskiego Żyda mieszkającego dziś w Szwajcarii, Bronisława Erlicha, o tym, jak przeżył w Polsce okupację i jak pomogli mu w tym Polacy. Postać bohatera jest niesamowita – zrobiłem o tym rozmowęŁukaszem Korwinem w swoim programie na platformie wSensie.pl. Początkowo na podstawie wspomnień Erlicha miał powstać film, ale twórca bezskutecznie dobijał się najpierw do TVP, potem do Polskiej Fundacji Narodowej – choć projekt jest po prostu wymarzony z punktu widzenia promowania naszej historycznej opowieści. Równolegle Korwin uruchomił więc na Pomagam.pl zbiórkę na książkę, stawiając sobie za cel zgromadzenie 50 tys. zł. Mimo wielu apeli, wizyt w różnych programach i prób spopularyzowania projektu zebrał do dzisiaj raptem 4680 zł od 57 osób (czyli średnio po 82 zł).

 

Podobnie zakończyła się – wielokrotnie przeze mnie promowana w moich społecznościowych kanałach – zbiórka niezwykle zacnej krakowskiej Fundacji InCanto na wydanie tomu esejów o muzyce zmarłego niedawno wybitnego brytyjskiego filozofa Sir Rogera Scrutona (zbiórkę uruchomiono jeszcze za życia autora, a nawet przed zdiagnozowaniem u niego nowotworu, co miało miejsce w drugiej połowie ubiegłego roku, zaś Sir Roger zmarł w styczniu 2020 r.). Tu cel był skromniejszy – 40 tys. zł. Wydawałoby się, że nie powinno być problemu. Jeśli liczyć średnio po 20 zł, wystarczyłoby, gdyby jednorazowo wpłaciło 2 tys. osób. Trudno wyobrazić sobie, żeby w Polsce nie znalazło się 2 tys. osób, znających pisarstwo Sir Rogera, w tym to dotyczące muzyki, oraz wiedzących o jego muzycznej pasji. W 38-milionowym kraju to nie powinien być problem. Ba, tylu darczyńców powinno się znaleźć w samym Krakowie, gdzie ma siedzibę InCanto.

 

A jednak. Choć zbiórka trwała miesiącami, do dziś zebrano zaledwie nieco ponad 56 proc. potrzebnej kwoty – około 22,5 tys. zł. Dobra wiadomość jest taka, że książka i tak się ukaże i to prawdopodobnie już niedługo. Ale to już wyłącznie zasługa dynamicznie działających założycieli fundacji.

 

Oto dwa przykładowe, owszem, można powiedzieć, że niszowe cele. Wcale nie ogromnie finansowo ambitne, ze wszech miar godne poparcia. Można uznać, że ponadpolityczne. Oba mogliby wesprzeć sympatycy różnych ugrupowań. I może właśnie dlatego nic z tego nie wyszło. Żaden z projektów nie nakręcał emocjonalnie.

 

To samo dotyczy dziennikarskiej działalności, finansowanej z datków. To może zadziałać pod warunkiem, że zbiórka jest jakoś wkomponowana – choćby niezamierzenie, jak zbiórka Rosiaka – w partyjny lub ideologiczny konflikt. Nawet wtedy jest pytanie o trwałość finansowania, zwłaszcza jeśli efekt już tak politycznie emocjonujący nie będzie. Jeśli natomiast ktoś chciałby po prostu robić dobre, fachowe i wyważone dziennikarstwo, nie zaczynając zbierania pieniędzy w warunkach politycznej kontrowersji – nie wróżę powodzenia.

 

Łukasz Warzecha

Zawodu fotoreportera już nie ma – twierdzi JACEK HEROK

Internet kradnie na potęgę, artykuły ilustruje się amatorską fotografią, a do wywiadów bierze się zdjęcie od rozmówcy, może być nawet z Pierwszej Komunii Św., byle za darmo.

 

Przeczytałem ostatnio opinie Zbigniewa Brzezińskiego „Czy zawód fotoreportera znika”. Panie Zbyszku, tego zawodu już dawno nie ma. Co prawda jakby obejrzeć się wokoło to wciąż biega mnóstwo ludzi z aparatami i robi zdjęcia. Ale czy to są fotoreporterzy?

 

Bywają demonstracje, na których jest więcej fotografów niż uczestników. Na każdej konferencji prasowej są robione tysiące zdjęć. Każda premiera filmowa ma swoją ściankę. Na każdej próbie w teatrze znajdzie się kilku fotografistów błyskających, o zgrozo, aktorom fleszem po oczach. W większości przypadków to młodzi ludzie, co kupili sobie aparat, podczepili się pod jakąś agencyjkę fotograficzną, która zrobiła im legitymacje na „Małym drukarzu” i puściła w miasto. Wzór takiej legitymacji wystarczy teraz tylko zarejestrować w Sejmie i można już do woli brykać pomiędzy parlamentarzystami. Rotacja wśród tej szalejącej młodzieży jest tak duża, że rzadko który młodzian wytrzyma w Parlamencie dłużej niż trzy miesiące, o ile wcześniej nie umrze z głodu.

 

Demonstracje, wiece i wszelkie marsze są jeszcze gorsze, bo oprócz milionów natłuczonych pixeli na karcie, trzeba jeszcze robić kilometry na świeżym powietrzu. W ostateczności większość miłośników szkła fotograficznego trafia z powrotem pod dach i zaczyna nowe życie na tzw. salonach i kotletach. I chciałoby się powiedzieć: oby do emerytury, ale emerytury niestety nie będzie, bo mało który fotograf jest dziś w stanie zarobić 1431,48 zł czyli równowartość składki ZUS.

 

Mogłoby się wydawać, że do tej pory pisałem na wesoło, niestety prawda o naszym zawodzie wygląda raczej straszno. Nigdy nie uważałem siebie za jakiegoś wybitnego fotoreportera, całe życie byłem raczej przeciętnym rzemieślnikiem. Pierwsze zdjęcia publikowałem w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, redakcje chętnie brały i bardzo dobrze płaciły. W tygodniku „Razem”, gdzie praktykowałem u Leszka Fidusiewicza, były co tydzień wspaniałe fotoreportaże. W latach 90., w świętej pamięci „Expresie Wieczornym”, dwustronicowy fotoreportaż był codziennie, po prostu musiał być, nawet jak miałby być zrobiony ze zwykłej dziury w jezdni. Inne gazety również się ścigały na zdjęcia. Każda zatrudniała na etatach od kilku do kilkudziesięciu fotoreporterów. Każdy miał co robić, a fotolaboranci nie nadążali z podawaniem filmów do maszyny wywołującej. W „Kulisach”, gdzie pracowałem później, to już były złote czasy, cały czas w rozjazdach i wszyscy wspólnie z redaktorem naczelnym decydowaliśmy co będzie w tygodniku. Nawet nie wykończyła nas „cyfra”, na którą przesiadłem się w 2001 roku.

 

Początki XXI wieku były też całkiem niezłe, roboty było tyle, że nie nadążaliśmy załadować taczki…Nie mieliśmy stresa, że gdzieś nie zdążymy, wszyscy się znaliśmy, była solidarność zawodowa, nikt nie chciał utopić drugiego w przysłowiowej łyżce wody. Niektóre redakcje były gotowe wysłać fotoreportera nawet w kosmos, zapłacić za bilet, ubezpieczenie, diety, a na końcu super kasę za zdjęcia. Co więc się stało? Kiedy i gdzie to pękło? Nagle z dnia na dzień wydawcy prasy papierowej zaczęli niszczyć nasz zawód. Podobno ze względów ekonomicznych i łatwego dostępu do fotografii. Zaczynają znikać reklamy, dwa największe dzienniki zamykają działy foto. Podobno jeden z nich każe wszystkim fotografom zrzec się praw do własnych fotografii. Internet kradnie na potęgę, a złodzieje bredzą coś o jakimś prawie do cytatu. Efekty widać codziennie w prasie i Internecie. W zawodzie zaczynają rządzić ludzie myślący tylko o pieniądzach. Łatwiej spotkać dinozaura niż człowieka na etacie. Artykuły ilustruje się amatorską fotografią, do wywiadów bierze się zdjęcie od rozmówcy, może być nawet z Pierwszej Komunii Św, byle za darmo.

 

Panie Zbyszku, w Internecie nie ma miejsca na wielką fotografię, a już w socjalmediach tym bardziej. Tam jest tylko klikalność.  Prawników specjalizujących się w ochronie i egzekwowaniu praw autorskich jest jak na lekarstwo. Nic po nich, dopóki fotoreporterzy nie zaczną sami chodzić do sądów. Biegłych sądowych z zakresu fotografii w całej Polsce można policzyć na palcach jednej ręki, może dwóch. Sędziowie mający jako takie pojęcie o naszym zawodzie, to już dramat. Wiem coś na ten temat, bo kilka spraw już miałem i kilka nadal mam. Polityka prowadzona przez agencje fotograficzne to oddzielny temat, doprowadzi do tego, że za chwilę zaczną zjadać swój własny ogon. Gazety ciągle udają, że płacą, to dlaczego człowiek z aparatem na szyi nie może udawać fotoreportera?

 

Jacek Herok

Martwię się o paparazzi – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Już się martwiłem o paparazzi wielokrotnie. Czasem w środku nocy budzono mnie, bo trzeba było wyciągać jakiegoś z policyjnej izby zatrzymań, czasem inny brał udział w szarpaninie z różnym skutkiem, czasem jeszcze innemu zniszczono sprzęt czy uszkodzono samochód, czasem grożono. Różnie. Dziś moje zmartwienie ma inny charakter. Że znikają nam paparazzi. A są potrzebni. Niestety, są nam, społeczeństwu bardzo potrzebni.

 

Ja wiem, wiem, wiem, przecież widziałem filmy. Paparazzi są odpowiedzialni za połowę zła na świecie, a na przykład w symptomatycznym filmie „Paparazzi” nawet za tragedię i z myśliwych przeistaczają się w zwierzynę. Ja wiem, wiem, wiem, scenarzyści tak prowadzą widza, żeby emocje były zawsze przeciw paparazzi. Wszystko rozumiem. Wiem nawet, że generalnie paparazzi dzielili mi się na artystów, którzy zawsze przestrzegając najwyższych standardów chcieli mieć coś absolutnie wyjątkowego i na barbarzyńców, którzy mając nadmiar dynamiki nie pielęgnowali skrupułów. Chciałem mieć obie kategorie.

 

Redaktor naczelny tabloidu oglądając ich zdumiewający urobek stawał przed dwoma pytaniami. Po pierwsze, przed amerykańskim: jeśli ja coś wiem i widzę, to dlaczego mój czytelnik ma tego nie zobaczyć? Dlaczego mam być cenzorem, dlaczego mam się stawiać ponad czytelnikiem? I przed drugim, bardziej europejskim: jaki jest interes społeczny w opublikowaniu zdjęcia, które zdecydowanie wkracza w prywatność? A tak na marginesie, sądzą Państwo, że dziś ktokolwiek opublikowałby jedno z najsłynniejszych i jedno z najbardziej przerażających w historii zdjęć autorstwa Nicka Uta z 1972 roku? Nagą krzyczącą z bólu dziewczynkę poparzoną napalmem? Nie wiem. Chyba nie. Interes społeczny kontra dobra osobiste.

 

Wróćmy do paparazzi. Wydaje się, że najlepsze ekonomicznie czasy mają za sobą. Jeszcze kilka lat temu popyt na zdjęcia paparazzi był tak duży, że najlepsi mogli liczyć na kilka średnich krajowych za jedną udaną sesję z politykiem lub celebrytą. Ceny przyhamowała konkurencja, która rosła jak na drożdżach, ale także kształtowana poprzez rozpoznanie bojem linia orzecznicza polskich sądów w procesach o naruszenia dóbr osobistych. Powiedzmy szczerze, polskie sądy i polskie prawo nie byli gotowi do takich procesów. Do dziś katalog dóbr osobistych jest katalogiem otwartym i to sędziowie decydują o tym czy publikacja była w interesie publicznym czy nie. Czy zdjęcie pijanego aktora leżącego na ulicy, a na co dzień chętnie moralizującego na tematy różne może być opublikowane czy nie? Czy w interesie publicznym leży ujawnienie prawdziwych zachowań naszego świętoszka czy też pielęgnujemy wyłącznie jego fałszywy, ale pożądany przez niego wizerunek? Czy opalająca się toples w hotelu na tysiąc osób gwiazda może powiedzieć, że nie życzy sobie, żeby ktoś oglądał jej piersi, skoro zdjęcia robią i rozpowszechniają turyści przebywający w tym samym hotelu?

 

Powiedzmy szczerze, sądy nie kochały paparazzi i tabloidów, bo burzyły zastany świat, zdobywały władzę, a władzą sędziowie nie chcieli się dzielić. Ciekawe pytania, ale z nie najciekawszej sfery. Ciekawsza i gatunkowo cięższa jest sfera polityków. Polityk łamiący prawo, zachowujący się amoralnie może być sfotografowany przez paparazzi, a jego zdjęcia mogą być opublikowane? Twierdzę, że w zasadzie tak. Twierdzę, że fakt, iż gdzieś w mroku mogą czaić się paparazzi dyscyplinował i dyscyplinuje polityków. Dzięki paparazzi mogli naprawdę bać się opinii publicznej. Dziś? No cóż. Chyba coraz mniej. Niestety. Martwię się, że znikają, a są, choć ta opinia jest nieco wyświechtana, watchdogami pilnującymi demokratycznych mechanizmów. Są demokracji potrzebni.

 

Sławomir Jastrzębowski

Pokorne ciele długo nie possie – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO o telewizji publicznej

Dziesiątki lat ludzie naciskali o 19.30 guzik od telewizora. I dalej z rozpędu to robią, choć guzik się dowiadują.

 

„Kura” zniosła kiedyś jajo „Kaczorowi”. Było to odgrzebanie dziadka z Wermachtu. „Kura”, czyli Jacek Kurski, obecnie najważniejszy ze wszystkich prezesów, błysnął pomysłem i brawurowym wykonawstwem. Na tle nudy i lizusostwa dziennikarskiego to było COŚ! I nie dziwne, że wdzięczność zwycięzcy wyborów zapewniła mu stołek na woroniczowym Olimpie. Usiadł i spokojnie sobie siedzi. Choć podgryzają go ustawicznie. A jako, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, to niech sobie psy szczekają. I tak karawana pójdzie dalej.

 

Niestety skuteczny facet rozsiewa wokół siebie również strach. Towarzystwo telewizyjne z racji zatrudnienia ma niezłe profity. Boją się więc ludzie ich utraty. Ale grzeczność i usłużność prowadzi do wyjałowienia. I tak to już jest, że wysilasz się dla szefa ile się tylko da, patrzysz mu poddańczo w oczy, a on nagle ci mówi, że pożytek z ciebie niewielki, że tylko odrabiasz zadane lekcje. Nic od siebie nie wnosząc. I nagle – won!

 

Karuzela stanowisk w mediach dotyczy wszystkich. No, prawie wszystkich. Weny nie ma, gdy kaganiec za ciasny. Pokorne ciele może i długo dwie mamki ssać, ale w końcu jedna kopnie go, a druga przywali ogonem. Nawet apetyczne popiersia speakerek wiadomościowych nie nasycą głodu prawdziwej, obiektywnej, krytycznej informacji. Papugi klepią co im napisane. 19.30 stoi niezmiennie jak fallus na antycznym śródziemnomorskim pomniku. Dziesiątki lat ludzie naciskali w tym czasie guzik od telewizora. I dalej z rozpędu to robią, choć guzik się dowiadują. W każdym razie jednostronnie naświetla im się przebogatą w końcu rzeczywistość. Słowo NIE nie pada. Wszystko jest TAK. Wyjątek – stosunek do opozycji. Fakt, że bywa ona często wredna i zdradziecka – ale jest. I powinna mieć dostęp niemanipulowany. Ludzi sami oddzielą ziarno od plew. Należy im się, choćby łgali na potęgę. Choćby klepali mantrę głupoty, bez pomysłu ograniczając się do zaciekłej nawet nienawiści. Podzieliłbym ekran na pół. Na słowa tego z prawej mógłby od razu odpowiedzieć lewostronny.

 

Andrzej Duda wygra pewnikiem i w podskokach, bo nie ma praktycznie konkurentów. To co stanęło „w szranki” – pożal się Boże – to team żałosny jak jeszcze nigdy. Żal, że doczekaliśmy „reprezentacji” wywołującej śmiech i smutek. Niepotrzebne są służalcze programy „z przodu” i „z tyłu telewizji”. I do tego jeszcze to nieznośne wpuszczanie na antenę chwalców wobec wybrzuszonych siedzących w studyjnych fotelach. Niezbyt mądrzy zachwycają się prowadzącymi program, a ci łykają to z mlaskaniem. Opatrzyło się! Żadna marchewka czy ogórek nie uratuje szmiry.

 

Pan Jacek, prezes – jego wysokość, zakochał się w panu Zenku. No cóż, różne są zboczenia. Facet z wadą wymowy i antyzgryzem kreowany jest na gwiazdę. De gustibus non est disputandum. Pewien bojowy – wydawało się wódz wojskowy – też wybrał sobie Misiaczka. Jaja z tego zrobił sobie Patryk Vega, a groźny na oko minister nie zastrzelił go choćby z procy. Reżyser, mimo zadęcia, zrobił jednak po prostu słaby film i ludzie z niesmakiem wyszli z kina. Teraz Pan Patryk się kaja i obiecuje, że już nie będzie robił trzech filmów rocznie, a tylko dwa. Łam udzielił mu – o dziwo – „Tygodnik Solidarność”. I to się właśnie nazywa wolność prasy. Róbta co chceta. I oczywiście zobaczymy co z tego wyniknie. Cenzura precz. Ludzie już są dojrzali.

 

Co miałoby zastąpić „dziadka z Wermachtu”? O, jest w czym wybierać. Tylko nie trzeba się bać pokazywać szpetoty, zboczenia i durniactwa. Niekoniecznie powinna to być „babcia z burdelu” lub pijana żona za kółkiem. Wystarczyłaby rozmowa mądrego z głupim. Nie da się ukryć who is who. Niestety akcje wyborcze nie są poprzedzane rozpoznawaniem – to znaczy długimi i pełnymi wizerunkami ludzi naszego pięknego kraju. Wprawdzie dzięki tusko-lewandowskim działaniom wielu zmuszonych było opuścić kraj. Za darmo ich wykształcenie, pracowitość i siłę dostały inne narody. Zdrajcom Ojczyzny beneficjenci teraz płacą. Nawet milion rocznie. Ale na szczęście mamy coraz więcej zdrowej, dorodnej i mądrej młodzieży. Choćby tych, których kształcił kombinat ojca Rydzyka. I pomysłów też nie zabraknie. Nie trzeba się tylko bać.

 

Niestety wielu robi głupio. Na przykład codziennie pewna polska gazeta pokazuje na całą stronę twarz nieszczęsnego marszałka. Owszem, opisuje jego niecne czyny. Ale i oczywiście lansuje gębę faceta. A przecież – jak to się mówi – nieważne czy mówią źle czy dobrze: ważne że mówią! Zagnieździ się gęba w umysłach i powstanie wątpliwość, czy to jednak nie nagonka.

 

Podobnie jest z Biedroniem. Facet tego co robi nie ma wypisane na buźce. Przeciwnie, przy panu B. albo pani K. to amant (patrz na przykład zdjęcie z 27 lutego w „codziennej”). Niejedna się zapłacze, że taka uroda marnuje się w kraju, który dopiero wygrzebuje się z siermięgi. Redaktorzy oczywiście myślę, że odstraszają, zniechęcają – a oni właśnie lansują.

De gustibus non est disputandum?! A jednak. Niech wyboru dokonują ludzie z mądrego wyboru. Bo inaczej to domino przewracać się będzie nadal. Szkoda, że nie ma prawdziwych wyborów na ludzi, a nie na partię. Szkoda, że nie ma wyborów na decydentów medialnych. Dałoby się znaleźć ludzi właściwych. Niekoniecznie spośród tych uległych, bez zdania własnego i NIEPODLEGŁOŚCI!

 

Stefan Truszczyński

 

Czy zawód fotoreportera znika – pyta ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Czy dziennikarz ze smartfonem w ręku wyprze fotoreportera z rynku, czy też zawód ten będzie ewoluował w kierunku poszerzenia zakresu usług? Jaka przyszłość czeka przedstawicieli tej szlachetnej profesji?

 

Stres, RODO, kradzieże i złe perspektywy

 

Zawód fotoreportera należy do najbardziej stresujących na świecie. Często znajduje się w pierwszej dziesiątce aktualizowanych co roku zestawień Most Stressful Jobs[1]. Bywa, że wywołuje to zdumienie wśród czytelników, którzy z pracy fotoreportera widzą przecież tylko efekt. Zapytany o opinię psycholog biznesu specjalizujący się w kwestiach zawodów i karier Wacław Kisiel-Dorohinicki z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Tischnera w Krakowie, odpowiada bez wahania: Pozycja zawodu fotoreportera w przedstawionym rankingu wydawać się może zaskakująca tylko dla postronnego obserwatora. To jest ciekawy poznawczo i stały trend. Na taki stan rzeczy wpływa wiele czynników: presja czasu, walka o najlepsze ujęcie, ale również duża konkurencja i względna dostępność zawodu.

 

Nastrojów fotoreporterom nie poprawił Parlament Europejski, przyjmując 27 kwietnia 2016 roku rozporządzenie 2016/679, wprowadzające mało w obszarze wizerunku fotograficznego czytelną dyrektywę, znaną w Polsce pod skrótem RODO. Co prawda w punkcie 50 wstępu napisano, że: przetwarzanie fotografii nie powinno zawsze stanowić przetwarzania szczególnych kategorii danych osobowych, gdyż fotografie są objęte definicją „danych biometrycznych” tylko w przypadkach, gdy są przetwarzane specjalnymi metodami technicznymi, umożliwiającymi jednoznaczną identyfikację osoby fizycznej lub potwierdzenie jej tożsamości[2], ale dokument i tak uznano za zamach na wolność prasy.

 

Niemiecką petycję w sprawie zniwelowania potencjalnych groźnych skutków RODO adresowaną do Europarlamentu podpisało w 2018 roku w bardzo krótkim czasie ponad 40 tys. osób. Śmiało rzec można, że zareagowała cała związana zawodowo z fotografią Europa. Polacy stanowili aż 6 proc. tej grupy, co zapewniło nam drugie miejsce po najliczniej reprezentowanych Niemcach. Tytuł petycji miał znamienny tytuł: Freedom of the press! A jej autorzy zwracali uwagę, że prawo do ochrony wizerunku nie powinno utrudniać pracy fotoreporterów, przeszkadzać w informowaniu opinii publicznej o bieżących wydarzeniach i ograniczać swobody wypowiedzi i artystycznego wyrazu[3].

 

Zawód z przyszłością

 

Podczas wywiadu udzielonego kwartalnikowi „Doradca Zawodowy” Marek Szewczyk – fotograf i dyrektor kreatywny krakowskiego CreamTeam stwierdził, że jednym z zawodów, które najlepiej rokują w dobie rozwoju Internetu i mediów społecznościowych, jest prawnik specjalizujący się w ochronie i egzekwowaniu praw autorskich[4]. Trudno się z tym nie zgodzić wobec ostatnich wydarzeń, gdy zdjęcia posłanki Joanny Lichockiej autorstwa Macieja Jaźwieckiego z „Gazety Wyborczej” i Tomasza Jastrzębowskiego z agencji Reporter udostępniano w mediach społecznościowych masowo, bezrefleksyjnie, nie wspominając ani o tym, kto je wykonał, ani nie przestrzegając praw agencji i samych twórców[5]. W końcówce XX wieku za takie ujęcia paparazzi żyłby spokojnie przez dwa miesiące.

 

O ile prawnik specjalizujący się w kwestii praw autorskich to zawód z przyszłością, o tyle wydawało się w połowie drugiej dekady XXI wieku, że fotoreporter za chwilę dołączy do płatnerza i stelmacha, ponieważ wyprze go z rynku dziennikarz uzbrojony w smartfon. Jak dziś wygląda ta prognoza?

 

Canon kontra Nikon

 

Patrząc na World Press Photo przez pryzmat używanego przez nominowanych sprzętu, łatwo można zauważyć, że rywalizują Canon z Nikonem, a nie iPhone z Samsungiem. Wygląda więc na to, że sztuka fotoreporterska, której narzędziem jest lustrzanka, bynajmniej nie umarła. Zapytany o opinię ceniony fotograf Krzysztof Pęczalski odpowiada: Nie zginęła i nie zginie. Bo zdjęcie wymaga nie tylko sprzętu, ale umiejętności znalezienia się w odpowiednim miejscu i czasie oraz odwagi. Fotografie wykonane w niebezpiecznych sytuacjach z małej odległości, obiektywem szerokokątnym, sprawiają, że odbiorca czuje się bezpośrednim świadkiem wydarzeń. Nie zdaje sobie przy tym oczywiście sprawy z kwestii technicznych czy niebezpieczeństw, które towarzyszyły powstaniu zdjęcia.

 

Słowem – fotoreporter to człowiek mający określone i unikatowe kompetencje i to na wysokim poziomie. Wydaje się jednak, że zawód ten ewoluuje w kierunku poszerzania wachlarza świadczonych usług. Dotyczy to nie tylko małych serwisów lokalnych, w których ta sama osoba robi zdjęcia i sporządza notatki. Może fotoreporterzy sami się wystraszyli, że za chwilę zanikną jak socjalizm w Czechosłowacji, ale nietrudno zauważyć, że oprócz zdjęć, tworzą relacje video, a wielu stało się też operatorami dronów. Jeśli taka tendencja się utrzyma, to próg wejścia do zawodu znów stanie się wysoki. Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy powstawało mnóstwo nowych tytułów i redakcji, fotoreporter musiał mieć własny sprzęt, o który wcale nie było łatwo, a triumfy święciła giełda w warszawskiej „Stodole”. Nie wystarczały też same umiejętności kadrowania. Omalże równie istotne było wywoływanie filmów i obróbka papieru fotograficznego. Życie redakcyjne dzielił między ulicę i ciemnię. Fotografia cyfrowa to zdecydowanie zmieniła. Pojawiające się nowe formy zawodowej aktywności, zmuszają do zdobycia dodatkowych umiejętności w dziedzinie obróbki materiałów video, czy zdjęć z powietrza.

 

Fotoreporter w radio

 

Jeszcze kilka lat temu sam ten termin uważano za szalenie zabawny. Dziś, wobec rozwoju różnych kanałów komunikacji wykorzystywanych przez media, zwłaszcza stron internetowych i mediów społecznościowych, fotoreporter stał się istotnym elementem redakcji, specjalizującej się w dźwięku. Co ciekawe, niejednokrotnie w radio, czy w telewizji jest bardziej klasycznym fotoreporterem, niż we współczesnej gazecie. Krzysztof Pęczalski: współczuję kolegom, od których oczekuje się, że nie tylko zrobią unikatowe zdjęcia. Najlepiej, gdyby mieli kamerę GoPro, albo smartfon przyklejony do czoła i nagrali równocześnie dobre video. W takiej sytuacji niczego nie robi się naprawdę dobrze.

 

Wygląda na to, że zawód fotoreportera nie zniknie. Zdjęcia są nie tylko dodatkiem do materiału dziennikarskiego. Często to wokół ujęć powstają historie, którymi pasjonuje się czytelnik. Smartfon nie zastąpi talentu i kompetencji oraz aparatu dającego jakość. Tak samo jak filmiki na YouTube nie zastąpią kina i poważnych produkcji.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] https://sdp.pl/presja-newsa-zbigniew-brzezinski-o-stresie-wsrod-dziennikarzy/ – dostęp 29.02.2020 r.

[2] https://www.uodo.gov.pl/pl/131/224 – dostęp 29.02.2020 r.

[3] https://www.openpetition.de/petition/online/freedom-of-the-press-against-the-eu-general-data-protection-regulation-gdpr-for-photographers-ar#petition-main – dostęp 29.02.2020 r.

[4] Sens jest w tobie – dyskusja o cyfrowych książkach i zawodach przyszłości, „Doradca Zawodowy”, 2015, Nr 1, s. 5-8.

[5] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/gest-joanny-lichockiej-fotoreporterzy-protestuja-wobec-wykorzystywaniu-zdjecia/cxxs1cx – dostęp 29.02.2020 r.

O publicystycznych bańkach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Znalazłem się niedawno w komentatorskim poranku radia RDC z Adrianem Stankowskim z „Gazety Polskiej”. Gdy prowadzący Grzegorz Chlasta (skądinąd jeden z najlepszych znanych mi prowadzących radiowe rozmowy – młodzi dziennikarze mogliby się od niego wiele nauczyć) zapytał, jakie znaczenie będzie mieć wsparcie, którego Donald Tusk udzielił Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, wiedziałem, co powie redaktor Stankowski, zanim jeszcze otworzył usta. I faktycznie – usłyszałem, że nie będzie to mieć żadnego dodatniego wpływu na wynik kandydatki PO, a wręcz go obniży, bo poziom nieufności do Tuska jest bardzo wysoki.

 

To oczywiście prawda, pokazało to w ubiegłym roku kilka sondaży, i to był jeden z powodów, dla których Tusk nie wystartował w obecnych wyborach. Podobnie jak można z tego wyciągnąć wniosek, że obecność byłego premiera w kampanii kandydatki PO może być szkodliwa. Ale to tylko jeden z wariantów. Nie mamy podstaw, aby stwierdzić, że tak będzie na pewno. Możliwe, że deklaracja Tuska okaże się po prostu neutralna, a być może nawet pozwoli osiągnąć minimalny zysk. Dlaczego mój współdyskutant tak zdecydowanie postawił na jedną interpretację, nie czyniąc żadnych zastrzeżeń? Odpowiedź jest prosta: przedstawił wersję uznawaną za najkorzystniejszą w jego bańce światopoglądowej, politycznej i informacyjnej.

 

Analizowanie sytuacji z punktu widzenia własnego wishful thinking, czyli po prostu chciejstwa, lub tego, jakie tezy wydają się (często zresztą złudnie) najkorzystniejsze dla obozu politycznego, któremu się sprzyja, to plaga, obniżająca znacząco jakość dzisiejszej polskiej publicystyki. Żeby było jasne – nie jest to przypadłość tylko jednej strony konfliktu, który przecież i w mediach się odbija. W przypadku zdecydowanej większości komentatorów z mediów sprzyjających opozycji usłyszymy zawsze interpretacje sytuacji najwygodniejsze i najbardziej sprzyjające opozycji właśnie. Dowiemy się na przykład, że prezydent Andrzej Duda wcale nie jest faworytem nadchodzących wyborów, a Zjednoczona Prawica właściwie sypie się od środka.

 

Można zrozumieć, że taki jest sposób myślenia odbiorców. Ludzie – szczególnie w społeczeństwie bardzo głęboko podzielonym, gdzie w dodatku powstały szczelne bańki informacyjne („Wiadomości” TVP i „Fakty” TVN pokazują niemal dwa różne światy) – mają tendencję do traktowania własnych poglądów i wynikających z nich interpretacji zdarzeń jako jedynych sensownych, nie będąc w stanie wyjść poza własny punkt widzenia i zobaczyć sytuacji oczami zwolenników przeciwnej strony. Ale, jako się rzekło, trudno tego wymagać od przeciętnych odbiorców.

 

Powinniśmy natomiast oczekiwać takiej umiejętności od publicystów właśnie, którzy rzecz jasna mają prawo, a nawet obowiązek mieć swoje poglądy, ale – po pierwsze, jak wiele razy pisałem na portalu SDP – mają to być poglądy na sprawy, a nie takie, które zrobią z nich partyjnych aktywistów czy propagandystów; po drugie zaś – posiadanie poglądów, choćby i najwyrazistszych, nie powinno ograniczać zdolności widzenia sytuacji pod różnymi kątami i przedstawiania wniosków niekoniecznie korzystnych dla strony, z którą się najbardziej sympatyzuje.

 

Dlaczego to dzisiaj tak rzadka wśród publicystów umiejętność? Przede wszystkim dlatego, że wielu z nich przeszło już głęboką przemianę, wskutek której faktycznie stali się propagandystami, porzucając całkowicie klasyczną polityczną analizę. Funkcjonują jako harcownicy tej czy innej formacji politycznej i jasne jest dla nich, że powinni zawsze komunikować odbiorcom wersję obecną w partyjnym przekazie. Nawet jeśli po cichu zdają sobie sprawę z tego, że to tylko jedna z możliwości i to niekoniecznie najbardziej prawdopodobna. Lub wręcz naciągana i niemal nierealna.

 

Po drugie – bo takie są oczekiwania znacznej części publiczności. Przedstawiając warianty rozwoju sytuacji lub złożone przyczyny jakiegoś wydarzenia, wielokrotnie spotykałem się w mediach społecznościowych z reakcjami dowodzącymi, że odbiorcy nie odróżniają mówienia o tym, jak prawdopodobnie jest lub może być od mówienia o tym, co ich zdaniem być powinno. Dla przykładu – jeśli napiszę, że kandydat X może mieć w wyborach słabszy wynik od początkowo oczekiwanego, bo na jego niekorzyść mogą zadziałać określone czynniki – w odpowiedzi przeczytam, że to bzdury, bo kandydat X jest ewidentnie najlepszy i „wszyscy to wiedzą”.

 

Jednak taki sposób widzenia rzeczywistości przez odbiorców jest w sprzężeniu zwrotnym z identycznym podejściem komentatorów, którzy przecież odpowiadają w jakiejś części za kształtowanie myślenia ludzi. Jeśli komentatorzy nie starają się pokazać wydarzeń z różnych perspektyw, ma to swoje konsekwencje, wykraczające zresztą poza wspomniane sprzężenie zwrotne. Nie odkryję Ameryki pisząc, że istnienie baniek informacyjnych jest szkodliwe dla funkcjonowania życia społecznego, bo przyczynia się do upowszechniania myślenia w kategoriach plemiennych czy klanowych. Sprzyja widzeniu tych, którzy naszych sympatii nie podzielają, jako dziwolągów, marginesu czy nawet zdrajców.

 

To my, publicyści, powinniśmy dbać o to, żeby naszych odbiorców wyrywać z komfortu baniek, w których utkwili. Górnolotnie mógłbym nawet powiedzieć, że to część publicystycznej misji. Cóż z tego, skoro ta misja nie jest dzisiaj w cenie.

 

Łukasz Warzecha

Niezłomni dalej wyklinani – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kłamstwach lewicowych mediów

Dziś państwo polskie oddaje hołd, przywraca pamięć o Żołnierzach Niezłomnych. Dzięki odwołaniu do II RP, a nie do PRL, nasza historia jest odkłamywana. Ale czarna legenda, stworzona przez komunistów, nie została jeszcze pokonana. Kontynuują ją politycy, historycy, media. Kłamstwa nasilają się zawsze przed 1 marca – Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

 

Wiemy dobrze, że komuna (rodzinna, środowiskowa, światopoglądowa) nie zniknęła. Ci ludzie żyją, protestują, bronią starego porządku, PRL-owskich układów. Szczęśliwie nie odbywa się to już pod patronatem Rzeczpospolitej.

 

Walka trwa. Jak powiedział kiedyś Piotr Radwański, ojciec naszych tenisistek, to „wojna między trzecim pokoleniem UB, a trzecim pokoleniem AK”. I teraz jest pytanie: kto kogo pokona? Patriotyczna Polska wygrała już kilka bitew. Ale tu trzeba wygrać wojnę. Wojnę rozpoczętą 1 i 17 września 1939 roku.

 

„Okrągły stół” w sprawie Wyklętych

 

Kolejna odsłona tej wojny będzie miała miejsce w wigilię Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. I tak 29 lutego (w sobotę) Klub Parlamentarny Lewica i tygodnik „Przegląd” organizują w Sejmie konferencję o jakże klarownym tytule: „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o »żołnierzach wyklętych«”.

 

Jak czytamy w tym (post)komunistycznym tygodniku: „Głównym celem konferencji jest zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż czyni to prawica, posługując się głównie IPN. Ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych”.

 

W programie przewidziano Okrągły Stół promowany pod hasłem: „Co zrobić z kultem »wyklętych«?”, w którym mają wziąć udział politycy, historycy i publicyści. Swój udział zapowiedzieli m.in. dr hab. Maciej Gdula (poseł Nowej Lewicy), dr hab. August Grabski, oraz redaktorzy „Przeglądu”.

 

Teraz moje pytanie: czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, święto państwowe, zakładające przecież szacunek dla polskich niepodległościowców II konspiracji powinien być obchodzony w ten sposób, na domiar złego w gmachu Sejmu Rzeczpospolitej?

 

Hejt w murach UW

 

Dr August Grabski uaktywnił się już w ubiegłym roku. To za jego sprawą temat Żołnierzy Niezłomnych przeniósł się z polityki i mediów na inny poziom. Akademicki. Chwilę przed 1 marca 2019 r. ten pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego poprowadził na Uniwersytecie Warszawskim wykład pt. „Zbrodnie >>żołnierzy wyklętych<< na Żydach 1944-47”, gdzie „udowadniał”, że ci polscy żołnierze, wojsko II Rzeczpospolitej, nie miało nic wspólnego z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Że byli małą bandą prawicową, której celem było mordowanie Żydów. To tezy nieprawdziwe, wyjęte z publicystyki „Gazety Wyborczej”. Mimo protestów, rektor UW nie odciął się od wykładu dr. Grabskiego.

 

Jaka jest prawda?

 

Choć gen. Leopold Okulicki w styczniku 1945 r. formalnie rozwiązał AK, polecił żołnierzom działać dalej wedle własnego sumienia, a największym kontynuatorem idei i czynu Armii Krajowej w skolonizowanej przez Stalina Polsce było Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość – złożone głównie z AK-owców.

 

O co się bili?

 

Gwoli ścisłości. Czasem faktycznie dochodziło do incydentów. Ale niesubordynacja była karana, nawet śmiercią. Wbrew temu, co od lat publikują takie tytuły jak „Gazeta Wyborcza”, „Przegląd”, czy „Polityka” polska armia podziemna zachowała hierarchię i dyscyplinę, ale przede wszystkim broniła wartości. Oni się bili o Boga, Honor i Ojczyznę. Bo to było wojsko polskie wychowane w dwudziestoleciu międzywojennym, reprezentanci tego wyjątkowo ideowego polskiego pokolenia Kolumbów. To, że dziś się ich opluwa, wynika z bolszewickiej propagandy, która robiła z polskich żołnierzy bandytów, morderców, faszystów, antysemitów. Do tego komunistyczne grupy pozorowane, podszywające się pod oddziały polskie, miały kompromitować niepodległościowe podziemie.

 

Ostatni komendant

To kiedy w takim razie nastąpił faktyczny koniec Armii Krajowej? Choć walka polskich niepodległościowców z narzuconą Polsce przez Stalina komunistyczną władzą trwała do połowy lat 50. XX wieku, za symboliczny kres oporu należy uznać 1 marca 1951 r. Wtedy, po brutalnym śledztwie zakończonym wyrokiem śmierci, zostali zamordowani w mokotowskim więzieniu sowieckim strzałem w tył głowy: prezes IV Zarządu Głównego WiN ppłk Łukasz Ciepliński i sześciu jego współpracowników – mjr Adam Lazarowicz, mjr Mieczysław Kawalec, kpt. Franciszek Błażej, kpt. Józef Rzepka, por. Karol Chmiel, por. Józef Batory.
I to Łukasz Ciepliński – wcześniej dowódca AK – był de facto ostatnim komendantem Armii Krajowej.

 

UB aresztował go 28 listopada 1947 r. w Zabrzu. W areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie podczas trwającego trzy lata śledztwa często leżał skatowany w kałuży własnej krwi. Wskutek tortur ogłuchł na jedno ucho, a na przesłuchania oprawcy wnosili go na kocu. Przed krzywoprzysiężnym sądem, który skazał go na pięciokrotną karę śmierci, pozostał niezłomny: „Staję przed zarzutem zdrady narodu polskiego, a przecież już w młodości życie moje Polsce ofiarowałem i dla niej chciałem pracować. Dla mnie sprawa polska była największą świętością„. Ppłk Łukasz Ciepliński, ostatni komendant Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, a de facto Armii Krajowej. Jego szczątki – za sprawą komunistycznego barbarzyństwa – do dziś nie zostały zidentyfikowane.

 

Tadeusz Płużański

Nie wszystko złoto, co znajdziesz w sieci – WOJCIECH POKORA o tym, jak nie korzystać z mediów społecznościowych

Kilka dni temu oglądając główne wydanie Wiadomości TVP ze zdumieniem zobaczyłem, że do zilustrowania jednego z emitowanych w nich felietonów użyto screenów z mediów społecznościowych. Przywykłem już do tego, że punktem wyjścia niektórych materiałów dziennikarskich, oczywiście nie tylko w TVP, są wpisy w mediach społecznościowych, ale zawsze są to opinie polityków, znanych ekspertów a czasem dziennikarzy. Tym razem jednak były to wpisy anonimowych internautów. Ich pseudonimy nic nikomu nie mówią, więc trudno traktować te opinie jako eksperckie. Raczej jako współczesny rodzaj sondy ulicznej. Jednak przystrojonej w piórka obiektywizmu. Miały one na celu utwierdzić telewidzów w opinii, że anonimowa masa ludzi, nazwana internautami, wspiera lub potępia jakieś zjawisko. Nie pokazano oczywiście całej internetowej dyskusji w tym temacie, wybrano jedynie pasujące pod tezę opinie.

 

O ile taka formuła może się sprawdzić w programach typu Szkło kontaktowe czy W tyle wizji, które z założenia są nieobiektywne i służą w dużej mierze kształtowaniu opinii przez rozrywkę, o tyle w programie informacyjnym nie powinny mieć miejsca. Z co najmniej dwóch powodów. Pierwszym jest wspomniana już tendencyjność w doborze komentarzy, mających dawać złudzenie obiektywizmu. Oczywiście, można na tej samej zasadzie zarzucić tendencyjność w dobieraniu z klucza ekspertów komentujących poszczególne wydarzenia, ale telewidz ma w tym przypadku szansę zweryfikować z kim ma do czynienia. Może sprawdzić, czy np. niezależny ekspert udzielający wypowiedzi jako naukowiec, nie jest przypadkiem radnym z ugrupowania związanego z obecną władzą. Widać na ekranie twarz, jest nazwisko, wszystko jasne. Jednak gdy do czynienia mamy z publikacją anonimowych wpisów, to nie ma pewności, że nie napisał ich np. sam dziennikarz, któremu z lenistwa przyszło do głowy pójść na skróty w poszukiwaniu argumentów. Stąd moje zdumienie.

 

Okazuje się jednak, że patent na budowanie narracji na wpisach anonimowych osób jest powszechniejszy niż sądziłem. Gazeta Wyborcza opublikowała bowiem tekst redaktor (?) Żanety Gotowalskiej pt. Kim jest Jolka Rosiek, która od miesięcy wyznaje miłość Dudzie. Gotowalska opisuje w nim historię dziewczyny, która na Twitterze publikuje miłosne wyznania do prezydenta a także utrzymuje, że ma z nim romans. Generalnie tekst dotyczy tylko i wyłącznie tego jednego aspektu – romansu nieznanej dziewczyny z prezydentem, którego dowodem są słowa dziewczyny. Nie dziwi więc, że szybko pojawiły się zarzuty stronniczości wobec tekstu, w którym ewidentnie widać, że słowa bohaterki są brane na poważnie i jedyna weryfikacja faktów polega na dotarciu do niej przez Internet i przejrzenie przesłanych przez nią screenów. Czy to dopełnia rzetelności dziennikarskiej?

 

Znany dziennikarz śledczy, laureat Lauru SDP 2018 Jerzy Jachowicz, zapytany jak nie dać się zmanipulować podczas pracy nad tematem, gdy dziennikarzowi wpadają w ręce materiały z niepewnego źródła, powiedział: „Żeby nie dać się zmanipulować, żeby nie stać się ślepym narzędziem, trzeba rozważyć jaki będzie skutek. Pomijając motywy, bo prawie nigdy nie odkryjemy prawdziwych motywów informatora. On zwykle będzie się powoływał na dobro państwa, na dobro instytucji, zawsze znajdzie sobie jakąś zasłonę. Tego nigdy nie odkryjemy, my musimy sami razem z kolegami – przełożonymi, kolegami z redakcji, rozważyć, jakie będą skutki, jakie znaczenie ma potwierdzenie tych informacji. Jeżeli uznajemy, że one przynoszą społecznie pożyteczny skutek, to oczywiście wchodzimy w to. Wtedy mamy gwarancję, nawet jeżeli informator może uznać, że my jesteśmy jego narzędziem, niech on sobie tak myśli, ale my jesteśmy wewnętrznie przekonani, że występujemy w słusznej sprawie. Inaczej mówiąc sumienie dziennikarza jest narzędziem, które rozstrzyga o tym, czy wchodzić w jakieś tematy czy nie. To, że informator będzie nas uznawał za swoje narzędzie, to nie ma większego znaczenia. Chodzi o to, żebyśmy nie byli ślepym narzędziem”.

 

Czyli ważny jest skutek. Gdy jest społecznie pożyteczny, temat wart jest zachodu, nawet gdy budzi kontrowersje. Sprawa romansu urzędującego prezydenta z młodą internautką jest tematem niewątpliwie społecznie ważnym. Wypada go zatem dobrze zbadać i ujawnić. Tylko kto to ma zrobić? Wyobrażam sobie, że do tak ważnego tematu redakcja wybiera doświadczonego dziennikarza śledczego, kogoś z głośnym nazwiskiem, topową gwiazdę redakcji. Przecież taki temat to pewniak na sukces, więc musi być dobrze obsłużony. Gazeta Wyborcza chyba w temat nie uwierzyła, patrząc komu zleciła jego realizację. I najważniejsze. Jak zauważa redaktor Jachowicz, należy zadbać, by materiały i dokumenty, które trafiają w ręce dziennikarza nie były jedynym źródłem materiału, który na ich podstawie powstaje. Dziennikarz ma pogłębić temat samodzielnie, nie ograniczać się do opisu tego, co otrzymał jako źródło. Jednak w przypadku opisywanego artykułu tak się nie stało. Nie wybrano topowego dziennikarza, który zbada dogłębnie temat i opisze go w oparciu o wszystkie dostępne źródła, nie tylko te, które ujawnił informator – w tym przypadku tajemnicza Jolanta Rosiek. Stało się dokładnie odwrotnie. I to jest podstawowy błąd warsztatowy pani Gotowalskiej. Opisała ona bowiem tylko to, co znalazła na Twitterze, uzupełniając o informacje, które dostała z tego samego, nieznanego internetowego źródła. Ale  czy to błąd redakcji? Wygląda na to, że nie. Jest jedna rzecz, która w tym wszystkim tłumaczy zarówno wydawcę jak i autorkę materiału. Klikalność. Tekst Gotowalskiej na portalu Gazety Wyborczej po prostu się klika. Im więcej osób o nim mówi, tym bardziej się klika. I o to chodziło. Bo to klikalność świadczy o tym, że Gotowalska wykonała swoje zadanie znakomicie. Bowiem jako menedżer ds. promocji, mający w kompetencjach organizowanie akcji promocyjnych i społecznych wspierających prenumeratę cyfrową „Gazety Wyborczej” spisała się świetnie. Nie rozumiem tylko, czemu wydawca nie oznaczył jej tekstu jako promocyjny.

 

Wojciech Pokora

Czy tego się nie da jeszcze uprościć? – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o popularyzacji nauki w  mediach

W czasach panującej obecnie cywilizacji naukowo-technicznej większość mediów odpuszcza sobie zajmowanie się nauką i techniką.

 

W tytule tego tekstu jest najczęściej zadawane mi pytanie zawodowe od czasu, gdy 4 grudnia 1996 roku o godz. 6:58 UTC z przylądka Canaveral na Florydzie nastąpił start sondy kosmicznej NASA zwanej Mars Pathfinder. Pamiętam tę datę, bo dzień wcześniej mój laboratoryjny kolega (byłam wtedy czynnym zawodowo naukowcem) Tomek Łęski zapytał, czy bym z nim nie poszła do „Życia”, gdzie pracuje jego brat. Bo będzie lądowanie Pathfindera, będziemy robić z tego czołówkę. Wszystkie naukowe ręce na pokład, a nie jest ich wiele, a właściwie nie ma żadnej. Nasze info powstało przed Reutersem i to był… sukces. Z polskich mediów byliśmy wtedy pierwsi.

 

Od Jacka Łęskiego, który przeczytał mój pierwszy mikro-materialik tego dnia (poszedł tylko w wydaniu porannym – no strasznie to było słabiutkie) usłyszałam trzy wskazówki wujka Dobra Rada: więcej czasowników, mniej przymiotników i krótsze zdania mają być. Po wielu (jak widać) latach działalności w rozlicznych, mniej lub bardziej istniejących działach nauki gazet i czasopism oraz w redakcjach książki edukacyjnej, a ostatnio także w mediach elektronicznych i społecznościowych, jako pracownik etatowy i free lancer, a nawet ghostwriter, wiele bym do tych rad dodała. Bo sytuacja popularyzacji nauki zmieniła się moim zdaniem od owego czasu gruntownie. Pod względem tego, kto to robi, jak to robi, z jakiego źródła to robi, po co to robi i dla kogo (myśli, że) to robi.

 

Dziennikarz był tu pośrednikiem między źródłem informacji a odbiorcą. I jego zadaniem było dostosować tę informację do poziomu odbiorcy, a o owym wówczas miało się mniemanie wyższe, niż dziś. Dziennikarz miał rozumieć od podstaw otrzymaną informację lub potrafić znaleźć profesjonalne wsparcie. Rzeczywistość przyspieszyła, wsparciem są źródła dostępne w Internecie, a nie biblioteki. Na bok odłóżmy dyskusję o ich rzetelności, wiadomo, jak bywa źle. Nadal jednak kto sam nie rozumie, nikomu nic nie wytłumaczy – i stąd mizeria w wielu mediach „głównego nurtu”. Nie da się popularyzować nauki, nie mając ku temu tej najprostszej predyspozycji, że się jest wykształconym, i to gruntownie, przynajmniej w jakiejś jednej konkretnej gałęzi z drzewa wiadomości dobrego i złego. Obeznanie z metodą naukową, racjonalność myślenia i niezły zapas faktografii z tyłu głowy do natychmiastowego wykorzystania – co najmniej tyle trzeba mieć. I władać biegle polszczyzną oraz lubić ludziom tłumaczyć różne rzeczy.

 

Na marginesie. Kiedyś w owym „Życiu”, w momencie ogłoszenia Nobli z medycyny w 2001 roku, miałam ekstra dyżur (bo wyjaśniłam, że to ważne). No i wpada na mnie powiewając wydrukiem z Reutersa redaktor dyżurny (dziś znany dziennikarz telewizyjny, więc pominę jego nazwisko milczeniem) i mówi: „to jakieś… (to spojrzenie w kartkę i nieśpieszne wysylabizowanie: „cyclins”) – powiedz mi szybko o co chodzi, bo dajemy krótką”. Na co ja: spokojnie, przecież ja to musze przeczytać, ja tak z pamięci nie wiem o cyklu komórkowym tyle, żeby ludziom to wyjaśnić tak, jak trzeba. Na co ów dyżurny: „gdyby tu wszyscy pisali o tym, na czym się znają, to ta gazeta by miała dwie strony”.

 

Z owym „kto robi popularyzację” nie jest bardzo źle. Z samego mojego roku na studiach biologicznych na UW (1991-96) naukę popularyzuje od lat zawodowo lub hobbystycznie 5 osób (dobrych fachowców), a była nas setka. Studiów dziennikarskich nie robiła żadna z nich. Nie jest jednak tak, że tzw. poważne i opiniotwórcze media w Polsce utrzymują działy nauki. Walczy o ich utrzymanie kilka tygodników i największych dzienników, a kilka sobie nie życzy ich mieć. Większość „naczelnych”, z którymi rozmawiałam na ten temat, ma podejście: „Ja tu potrzebuję, żeby mi politykę ktoś ogarnął, kogo obchodzi nauka? Kto to zrozumie?”. Niewielu jest na szczytach redakcji ludzi zainteresowanych osobiście nauką czy z wykształceniem ścisłym, a tym bardziej z doświadczeniem uprawiania nauk – choćby do doktoratu.

 

Oczywiście to działa jakoś tam do czasu, gdy, żeby zacytować Kurta Vonneguta Jr. „ekskrementy walną w wentylator” w postaci a to koronawirusa rozprzestrzeniającego się globalnie, a to narodzin dzieci zmodyfikowanych genetycznie metodą CRISP-R/Cas9 (Ho ho ho!), co dowolna redakcja zaspokoi z depeszy agencyjnej metodą „cut, copy and paste”. (Właśnie 20 lutego zmarł wynalazca tych komputerowych komend, Larry Tesler – redakcje mediów wszelakich co najmniej elegancki kamień nagrobny powinny temu Panu ufundować). Efekt: choćby chętni do współpracy specjaliści się nawet i znaleźli, to media głównego nurtu ich nie zatrudnią. Zaczynają oni zatem pracować na własną markę, zakładając strony internetowe i kanały video.

 

Tu na marginesie: mamy w taki sposób w Polsce już co najmniej jednego celebrytę, który wszedł na szczyty rozpoznawalności (co prawda nie takie, jak Kasia Cichopek, czy Robert Lewandowski oczywiście, ale dobieganie do pół miliona „followersów” w sieci to niemało, nieprawdaż?). Takich popularyzujących naukę (konkretne kierunki) profili i witryn  w polskiej sieci, trzymających poziom, choć nie zawsze publikujących regularnie, jest kilkanaście. Dodać do tego trzeba liczne i ostatnio bardzo rozmnożone fanpage kręcące się profesjonalnie wokół zagadnień historii. Dziś w dziedzinie popularyzacji nauki trzeba mieć wideobloga lub robić podcasty, produkować filmy animowane i memy, a nie tylko pisać. Trzeba stworzyć społeczność, forum dyskusyjne etc. I wtedy się okazuje, że odbiorców informacji naukowej jest multum, że potrafią dyskutować, a te dyskusje są czasem znacznie ciekawsze od owych materiałów, które je wywołały. Okazuje się też, że tekst na 16-20 tys. znaków plus przypisy jest w stanie przyciągnąć ponad 30 tys. „wejść” w ciągu pierwszych 24 godz. od publikacji, że jest udostępniany, retweetowany i „wykopywany”. Może ten realny głód informacyjny wynika właśnie z tego, że takiej tematyki nie ma w „normalnych” mediach, tak publicznych, jak prywatnych?

 

Wracając do pytania: „jak to robić?”, to z zagranicznych materiałów agencyjnych i innych „kopie i pastuje” informację stażysta średnio znający angielski. Albo po prostu „bierzemy z PAP-a i szlus”, rzadko jednak zaglądając tam do serwisu „Nauka w Polsce”. Redaktor dyżurny rzuca okiem, czy informacja „trzyma się kupy”  i już jest zamieszczona na portalu wiodącego medium . Na ogół naszpikowana błędami – bo w redakcji ani pod telefonem nie ma nawet jednej osoby zdolnej to merytorycznie poprawić. Redaktorzy nie są w stanie wyczuć, że materiał z zakresu popularyzacji nauki powinien zostać odesłany przed publikacją do autora czy jakiegoś „naukowca w tym temacie” – choćby na chwilę – aby uniknąć błędów wynikłych z cięcia-gięcia. Z redakcji, z którymi współpracuję, tylko jedna tak pracuje. Korekta językowa… Kto ją jeszcze utrzymuje (warto!), też powinna czasem odesłać poprawiony materiał popularyzatorski autorowi. Dla „przeciętnego czytelnika” (jeszcze wrócę do opisu tego gatunku) to podobno nieistotne, czy bakterie są na antybiotyki oporne, czy odporne. Aczkolwiek biologicznie to są dwa ZUPEŁNIE odmienne zjawiska. Tak zupełnie, że po angielsku jedno nazywa się resistance, a drugie immunity. Na marginesie  – popularna metoda „copy-paste przez stażystę” bywa wręcz tragiczna w skutkach dla polszczyzny w mediach – o „anty-ciałkach” czytałam już tyle razy, że sama się zaczęłam zastanawiać, czy chodzi o przeciwciała, czy to jednak jakiś inny byt, nowoodkryty.

 

Robi zatem w popularyzacji nie tylko autor, ale i redakcja. „Jak?” to również zagadnienie „klikbajtowych tytułów i leadów”. W nauce właściwie się tak nie da, a ponoć trzeba. Redakcje zatem same wymyślają te wytłuszczone treści. Tylko tłumacz się potem człowieku w rozmowach z twoimi byłymi rozgoryczonymi nauczycielami i profesorami uniwersyteckimi, że to nie ty odpowiadasz za tytuł i lead, skoro tam jest twoje nazwisko! Prawda jednak jest i taka, że nawet czasopisma naukowe, czyli czytane jedynie przez naukowców i popularyzatorów oraz pasjonatów nauki, walcząc o sprzedaż, wymuszają w tej sprawie na autorach-naukowcach rzeczy horrendalne. A koniec tego wariactwa to coroczny konkurs „Science” pt.: „Dance your PhD” (czyli: wytańcz swój doktorat). Pism naukowych są  tysiące i naprawdę walka o byt ma na tym rynku charakter darwinowski. Teraz zatem wyobraźmy sobie, że już na etapie publikacji w „Science” czy „Nature” tytuł jest dziś „podkręcony”. Który to „podkręt” jest następnie pogłębiony przez portale popularyzujące naukę, typu „Science alert”, czy „Phys.org”. Z nich  – w najlepszym razie – korzystają dalej przypadkowi popularyzatorzy, bo stażysta… wiadomo. Do źródłowej publikacji naukowej zajrzy tylko profesjonalny popularyzator, bo on wie, jak ją znaleźć, przeczytać i zrozumieć.

 

Popularyzacja nauki ma dziś działać na emocje, bo to rodzi kliknięcia, a kliknięcia rodzą zysk – albo przynajmniej dają przetrwanie. Nie chodzi o to, by oświecać umysły Szanownych Odbiorców tak, by zrozumiawszy zagadnienie, uwzględniali swoją nowo nabytą wiedzę w procesie podejmowania przez siebie decyzji. W emocjach nie powinno się decydować o szczepieniach, korzystaniu z plastiku, jedzeniu mięsa, wyborze produktów bezglutenowych, sortowaniu śmieci, poparciu dla energetyki jądrowej, stosunku do transplantacji i terapii genowych  etc. Nauka i jej popularyzacja (a tym bardziej edukacja) nie powinny być – a stają się i efekty widać na każdym socjologicznie zbadanym kroku – od rozhuśtywania ludzkich emocji, budowania plemion i ich antagonizowania, a zwłaszcza budzenia lęków.

 

Dla kogo dziś jest popularyzacja? Zapytałam Pawła Łukomskiego, współwłaściciela niewielkiego wydawnictwa „Adamantan”, znanego kiedyś z pozycji nie tylko edukacyjnych, ale i popularyzatorskich, dlaczego zrezygnowali z tego „segmentu”. Powiedział mi, że takie książki mają bardzo wysoki koszt produkcji, a bez kosztownej promocji daje się ich sprzedać kilkaset sztuk. To za mało, aby pokryć choćby koszt druku. Taka pozycja znajdzie swą półkę jedynie w ambitnych księgarniach, a nie ma ich wiele. Na polskim pustkowiu czytelniczym szanse ma w tej dziedzinie tylko autor-celebryta, albo działanie ze wsparciem finansowym powołanych do tego instytucji. Lub książki edukacyjne dla najmłodszych, typu: jak wygląda człowiek w środku, o dinozaurach czy kosmosie. Fenomen portali popularno-naukowych i sponsoringu dla przedsięwzięć popularyzatorskich, sukces takich zjawisk, jak chociażby Festiwale Nauki, czy miejsc takich, jak Centrum Nauki Kopernik, wskazują jednak, że może to my w mediach robimy po prostu coś źle, więc nieskutecznie?

 

Może po prostu lekceważymy czytelnika. Mówimy, że nic go nie ciekawi, poza polityczną nawalanką, że nic nie wie, że trzeba mu wszystko podać bardzo prostym językiem, bo edukacja kuleje na całej linii (to ostatnie to smutna prawda). A wg indeksu czytelności FOG w języku polskim już słowa czterosylabowe (i dłuższe) są uważane za trudne. Istnieją nawet strony, dzięki którym można, po wklejeniu kawałka tekstu, ocenić natychmiast poziom jego „mglistości”. Nauka zaś operuje pojęciami, a one bywają długie. Z drugiej strony wyższe wykształcenie w Polsce szalenie się w ostatnim ćwierćwieczu upowszechniło. Czyżby nie poszła za tym zdolność do pojmowania wyrazów pięciosylabowych?

 

W tej sytuacji są dwie drogi. Upraszczać do poziomu, gdzie tekst się staje zupełnie bezwartościowy informacyjnie, a wiedza odbiorcy racjonalnie zbędna. Zostają same tytuły i emocje, typu: mamy lekarstwo na raka! albo malaria rozszyfrowana!. Dołączona treść nie ma już znaczenia. Dlatego zanika. A tytuł kłamie.

 

Pewnych rzeczy się nie da bardziej uprościć, natomiast da się je bardziej wytłumaczyć. Tylko, że… trzeba umieć to zrobić. To nie znaczy, że koniecznie trzeba mieć te 16 tys. znaków wolności – można to robić w wymiarze 400-700 (robiłam takie rzeczy dla „Super Expresu”; to możliwe, choć bardzo trudne). W świecie mediów goniących w piętkę za newsem, gdzie już się nie da na poczekaniu sporządzić mądrej infografiki (bo nie ma żadnego działu nauki, a wszyscy graficy są szalenie zajęci), trzeba być jak ten nauczyciel w szkole pod chmurką. Ma tylko swoją osobowość, wiedzę i kredę przy tablicy albo patyk na piasku. Ale mu się chce i widzi w tym sens. To drugie podejście – nieoparte o radykalne uproszczenie – wydaje się doprowadzać nielicznych do niemałego komercyjnego sukcesu. Uzyskują oni zatem znacznie większe możliwości techniczne. I tak to się dziś kręci: na osobistej marce wypromowanej przez konkretnego popularyzatora, często ze wsparciem znajomych speców od PR, czasem tylko dlatego, że sami lubią naukę i wierzą w takie projekty. Następuje całkowita prywatyzacja tego sektora informacji.

 

Media głównego nurtu w Polsce niemal wycofały się z popularyzowania nauki, niezależnie od tego, do jakiego sektora pod względem wykształcenia odbiorców kierują swoją ofertę. Kwadratura kola polega na tym, że im mniej podaży, tym mniej popytu w danym punkcie dystrybucji. Nowoczesne media w świecie panującej nam niemiłościwie cywilizacji naukowo-technicznej, gdzie większość maturzystów nie wie, czym w swej istocie jest prąd elektryczny, odpuszczają sobie zajmowanie się nauką i techniką. I to by było na tyle na temat wizji i misji.