WALTER ALTERMANN: Dla kraju, czy dla siebie?

Stawiam sprawę wyraźnie – mamy poważny problem, wyrażający się tytułowym pytaniem. Oczywiście znajdzie się sporo osób, które powiedzą, że pytanie jest fałszywe, bo przecież można pracując dla siebie, pracować dla kraju. Lub odwrotnie – pracować dla kraju, pracując dla siebie. Znam to propaństwowe hasło z czasów Gomułki i Gierka – i myślę, że jest to czysta propaganda, mająca na celu stłumienie oczekiwań pracowników. I nic więcej.

Historia Polski jest taka, że ciągle nasz kraj oczekuje od obywatela, od Polaka wyrzeczeń i poświęceń na rzeczy ogółu. Ten „ogół” bywał różnie definiowany: niepodległość, niezależność, wolność, wydobywanie się z zacofania, Polska Mocarstwowa a nawet praca dla przyszłych pokoleń. Skutek jednak bywał zawsze ten sam – obywatel musi się poświęcić, musi mniej zarabiać a więcej pracować, bo tego wymaga „najwyższe dobro wspólne”.

Tym samym w całym XX wieku, wliczywszy w to wszystkie trzy konspiracje – przed wybuchem I wojny światowej, w czasie i po II wojnie światowej i tę czasu stanu wojennego – oraz  wojny: polską-bolszewicką, II wojnę światową, straszny czas okupacji i trudny okres po wojnie odbudowy Polski, po zniszczeniach tej wojny… przez cały wiek Polak zawsze miał obowiązki wobec kraju. 

Nadszedł jednak czas względnego dobrobytu, przynależności do Unii Europejskiej i NATO, jesteśmy silni sojuszami oraz wzrastającym potencjałem gospodarczym kraju. Co prawda wojna na Ukrainie budzi nasz niepokój, ale tym razem – w razie czego – nie będziemy sami. Czy zatem teraz nastał wreszcie czas prywatny dla Polaka? Chyba jeszcze nie, a pora najwyższa.

Nasz długi czas pracy

Szczycimy się – dla przykładu – że mamy najmniejsze w Europie bezrobocie. Bardzo pięknie, chciałoby się powiedzieć. Niestety prawda nie jest tak piękna, bo jednocześnie jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy. I jesteśmy z tym w niechlubnej czołówce w Europy.

Czas pracy w krajach Unii Europejskiej wg. danych Eurostatu w 2021 r. wyniósł średnio 36,4 godz. tygodniowo. Pośród państw członkowskich widać było jednak spora rozpiętość — od 32,2 godz. w Holandii do 40,1 godz. w Grecji. Eurostat wylicza, że najdłuższy czas pracy w Unii Europejskiej obowiązywał w Grecji (40,1 godz.), Rumunii (39,8 godz.), Polsce (39,7 godz.) i Bułgarii (39,5 godz.). Najkrótszy natomiast zaobserwowano w Holandii (32,2 godz.), Austrii (33,7 godz.) i Niemczech (34,6 godz.). 

A dodajmy, że ta tabela nie musi być prawdziwa, bo wielu Polaków pracuje na czarno, lub na szaro – czyli umowy ujawniają tylko część prawdy o naszym czasie pracy. Jeżeli ktoś powie, że i tak jest fantastyczne, to głęboko się myli. Człowiek nie jest stworzony jedynie do pracy – powinniśmy pracować, żeby żyć. A okazuje się, że ciągle żyjemy po to, żeby pracować. 

Nasi pracujący emeryci

Powiedzmy też i tę  prawdę, że w Polsce duża grupa emerytów musi nadal pracować. Czy robią to z umiłowania pracy jako takiej, albo dla kraju? Chyba nie bardzo. Robią to pod przymusem ekonomiczny. Liczba pracujących emerytów rośnie z roku na rok. Najwięcej z nich pracuje w edukacji i służbie zdrowia. Eksperci ostrzegają, że gdy tylko seniorzy zrezygnują, zaczną się gigantyczne problemy. Na przykład w ochronie zdrowia, za zabraknie na przykład pielęgniarek. 

Emeryci ratują nie tylko polską edukację i służbę zdrowia, podtrzymują też funkcjonowanie administrację. W tych trzech grupach pracuje dziś łącznie blisko 150 tys. osób, które pobierają jednocześnie emerytury. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że sumie pod koniec 2018 roku liczba pracujących emerytów zbliżyła się do 750 tys. Jeszcze cztery lata temu było to o 200 tys. mniej.

W czym jesteśmy atrakcyjni dla Europy

Czytam, że coraz więcej firm z Niemiec przenosi się, lub zapowiada przeniesienie swych interesów, do Polski. Powodem są podobno rosnące ceny energii na Zachodzie. To jak to tak? Przecież i u nas energia nie jest tania. Zatem co powoduje takie dyslokacje przemysłu? Ano, o wiele niższe zarobki polskich pracowników, w porównaniu do pracowników niemieckich. Wszystkie kolejne rządy z tego się cieszą, i słusznie, ale trzeba też wyraźnie powiedzieć, że Polacy nadal bardziej pracują dla kraju, niż dla siebie.

Czy jest ochrona warunków i czasu pracy?

Oczywiście jest, ale bardziej na papierze niż w rzeczywistości. Przypomnę, że to za czasów Leszka Millera tak zmieniono ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy, że uniemożliwiono pracę… jej inspektorom. Obecnie, żeby PIP mogła przeprowadzić inspekcję, trzeba z dużym wyprzedzeniem poinformować o tym pracodawcę, dając mu oczywiście czas na usunięcie nieprawidłowości. Mało tego, skargi do PIP muszą składać podpisani z nazwiska i imienia pracownicy… Widać pan Miller liczył na samobójców. 

Z kolei w czasach rządów PO i PSL rząd poszedł na rękę pracodawcom i zmienił zapisy o czasie pracy. Obecnie pracodawca może wymagać pracy w najdogodniejszych dla siebie tygodniach i miesiącach, a są to najczęściej dni wolne od pracy i miesiące wakacyjne. Zwrot godzin następuje dosłownie po miesiącach. Jednocześnie właściwie zlikwidowano nadgodziny. Jeżeli nie jest to kierunek na powszechne niewolnictwo, to co to jest?

Czy ludzie się zanudzą?

Kiedy „za komuny” nieśmiało podnoszono temat „przepracowania” ludzi, niekiedy – w głębokim zaufaniu – można było usłyszeć od włodarzy kraju: „Przecież oni się w takim wolnym czasie zanudzą”.

Niestety, wzorcem dla ustawodawców są oni sami – pracują świątek-piątek a w Sejmie po nocach. I zapewne uważają, że skoro oni – tak wysoko wyniesieni przez los i partie – mogą, to oczywiście prosty człowiek powinien.

Obecnie jesteśmy społeczeństwem zmotoryzowanym, mamy ogromne możliwości spędzania wolnego czasu z dziećmi i w rodzinach. Baza hotelowa i gastronomiczna jest duża, gminy starają się – i mają dobre efekty – powiększać ofertę turystyczną.

Naprawdę – Panie i Panowie Włodarze Polski – damy radę odpoczywać, nie zanudzimy się. 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Swąd płonącego multi-kulti

Nad Europą unosi się chmura CO2, która nadciągnęła znad dogasających szczątków francuskiego multi-kulti. Nie tylko francuskiego, ale w ostatnich dniach to Francja stała się symbolem upadku postępowych złudzeń.

Nie odczuwam jednak z tego powodu satysfakcji. Z tego, że dla policjanta oskarżonego o zastrzelenie młodocianego, który uciekał przed policją, zebrano cztery razy więcej pieniędzy niż dla rodziny młodocianego, wynika, iż spora część Francuzów zachowała resztki instynktu samozachowawczego. Z sondaży wynika, że miażdżąca większość Francuzów potępia zamieszki i niszczenie mienia. Nie zasłużyli więc na to by spłonąć wraz z postępowymi złudzeniami. Są ofiarami chorego systemu, który zbudowały ich tak zwane „elity”.

Byle co

Swąd płonącego multi-kulti dotarł również do Polski. Nieoficjalnie mówi się, że Donald Tusk dostał przyzwolenie na antyimigrancką retorykę „ z samej góry”, z Brukseli, a być może nawet z Berlina. W każdym razie od sił, które ostatnio jawnie już ogłaszały, że „jako jedyne są zdolne zastąpić PiS w Polsce”. No i pojechał, jak to Tusk, który całe swoje rządy mówił byle co, czasem kompletnie sprzeczne z byle czym, które mówił poprzednio. A i po powrocie z brukselskich wojaży na polskie podwórko był już katolikiem, którego matka „kreśliła znak krzyża nożem na chlebie”, radykalnym proaborcyjnym aktywistą, a teraz, zgodnie z naukowymi osiągnięciami współczesnego łysenkizmu, przyjmuje już hormony antyimigracyjnego „faszysty”.

I tak, chodzi o dokładnie tego samego Donalda Tuska, który jeszcze kilka lat temu, jeszcze jako brukselski mandaryn, groził Polsce konsekwencjami w związku z odmową przyjmowania przymusowych kontyngentów nielegalnych imigrantów, którzy nie sprawdzili się po wprowadzeniu w Niemczech polityki „Herlizch Willkommen”. Z drugiej strony być może jest w tym taka konsekwencja, że wtedy chodziło o imigrantów nielegalnych, a teraz Tusk, w swoich groteskowych nagraniach, uderza w imigrantów legalnych. Ktoś złośliwy zauważyłby, że to dla platfonsa symptomatyczne.

Czy Donald Tusk jest w stanie kogokolwiek do swojej „przemiany” przekonać? W moim głębokim przekonaniu co najwyżej rozśmieszyć. Żelazny elektorat PO doskonale wie, że Tusk puszcza oko i pozwoli mu na wszystko, równie dobrze mógłby ogłosić, że poprowadzi Marsz Niepodległości, albo pójdzie na kolanach do Częstochowy. Nie widzę jednak elektoratów niezdecydowanych, których taka wolta mogłaby przekonać.

Uwaga

Co jednak warto zauważyć, swąd płonącego multi-kulti, powinien być również wyczuwalny w budynku KPRM. Powinien, ponieważ w zamieszkach uczestniczyli nie tylko beneficjenci ostatniego wspólnego projektu imigracyjnych aktywistów i przemytników ludzi, ale również potomkowie imigracji jak najbardziej legalnej z poprzednich lat. I choć być może oczywistym jest, że rozwijająca się gospodarka potrzebuje rąk do pracy, to system musi być na tyle szczelny, żebyśmy za kilkanaście-kilkadziesiąt lat, nie musieli oglądać na polskich ulicach obrazów znanych nam dziś z ulic francuskich.

WALTER ALTERMANN: O potrzebie kształcenia artystycznego (1)

Są wakacje, więc odpoczywamy. A głównie odpoczywają dzieci i młodzież. I bardzo to dobrze, bo nauka to ciężka praca. Ale wykorzystajmy ten czas na rozmowy o naszej polskiej edukacji. W kilku kolejnych felietonach podejmę temat istotnych braków i błędów naszych szkół. A właściwie są to głównie zaniechania naszego szkolnictwa. Na tyle istotne, że warto o nich porozmawiać.

Nie chodzi mi o to, czy polska szkoła powinna być bardziej czy mniej polityczna, bardziej czy mniej patriotyczna. Chodzi mi o podjęcie przez szkolnictwo trudu kształcenia artystycznego i właściwego nauczania poezji. A także o postępująca głuchotę muzyczną Polaków.

Z przerażeniem odkrywam, że coraz więcej ludzi około 50-tki, a i młodsi, nie mają najmniejszego pojęcia o sztuce. Są wśród tych ignorantów osoby wykształcone, rozumne nawet, ale ich podejście do sztuki boleśnie zaskakuje. Jak to możliwe, że w kraju, w którym wykształcenie średnie jest obowiązkowe, a wyższym szczyci się coraz więcej Polaków, rozumienie i właściwe odczuwanie sztuki jest nadal na poziomie lat 50-tych? To te 70 lat poszło na marne?

Sztuka zdegenerowana

W latach PRL propaganda świadomie schlebiała ćwierćinteligentom, nie mówiąc już o tzw. „ludzie” w ich odrzucaniu sztuki współczesnej. Gazety codzienne a nawet szanujące się tygodniki, pokpiwały sobie z malarstwa Picassa, który był sztandarowym przeciwnikiem realizmu socjalistycznego. Bo jakże to można tak malować, żeby portret kobiety miał oczy na czole, a nos był trójkątem usadowionym tam, gdzie ludzie mają uszy?

Niestety, w tamtych latach w Polsce akceptacji sztuki nowoczesnej nie było. Owszem nie było też jawnego potępienia, ale wytwarzany przez media klimat deprecjacji istniał. Niestety także, byliśmy wtedy niechlubnymi – choć być może nieświadomymi – kontynuatorami stosunku hitlerowców i stalinowców do sztuki nierealistycznej, nieprzedstawiającej. Bo zarówno Niemczech hitlerowskich, jak i w ZSRR potępiano „bohomazy”. Hitlerowcy osławili się wystawą „Sztuki zdegenerowanej, murzyńskiej i żydowskiej”. W ZSRR nie posunięto się tak daleko, ale wystaw sztuki nowoczesnej nie było.

Niemcy oczekiwali sztuki sławiącej germańską krzepę, szerzącej kult siły i mięśniaków. I taką stawiali za wzór. W ZSRR propagowano również prostotę i siłę, a tematem malarstwa były prace polne rolników, trud górników i hutników. Krótko mówiąc – od sztuki władcy obu mocarstw oczekiwali w treści nachalnej propagandy, wyrażanej prosto, żeby nie powiedzieć prostacko.

Malarstwo jak fotografia

Artyści przez całe wieki tworzyli obrazy i rzeźby coś przedstawiające. Od Średniowiecza najczęstszymi tematami malarstwa europejskiego były wizerunki i starotestamentowe historie Boga, oraz świętych z Nowego Testamentu. Potem szły obrazy ukazujące świętych średniowiecza, władców Kościoła i znaczących królów, książąt i pomniejszej arystokracji.

Od renesansu pojawia się malarstwo odwołujące się do antyku greckiego i rzymskiego. Powstają też w malarstwie włoskim i holenderskim przedstawienia z dnia codziennego mieszczan, martwe natury i pejzaże.

Zwróćmy uwagę na jeden ważny problem – dobrzy europejscy malarze zasłynęli nie tylko dlatego, że świetnie władali pędzlem, oddając realistycznie portretowanych i przedstawiając widoki wiejskie. Oni zdobywali uznanie dzięki doskonałej kompozycji swych obrazów. Tym zresztą od zawsze różni się sztuka przeciętna od doskonałej, że ta druga nie tylko odwzorowuje rzeczywistość, ona ją stwarza. Z biegiem wieków malarstwo staje się twórczością autonomiczną, coraz bardziej odrywa się od – popełnijmy tu świadomie anachronizm – „fotografizmu”.

Dopiero z wynalezieniem w XIX wieku fotografii malarstwo zostaje uwolnione od obowiązku realistycznego przedstawiania świata. Artyści zajmują się coraz bardziej malowaniem swojego świata wewnętrznego. W końcu zupełnie poświęcają się komponowaniu na płótnach obrazów zupełnie oderwanych od rzeczywistości, którą może dostrzec każdy w codziennym życiu. Malarstwo uzyskuje pełną autonomię, liczą się jedynie napięcia kierunkowe, wzajemny stosunek abstrakcyjnych linii, figur i nastrój obrazu.

O potrzebie edukacji artystycznej

W naszych liceach przybywa nowych zajęć – pojawiają się lekcje z zakresu elektroniki, mechatroniki i księgowości. I bardzo mnie to cieszy, bo świat pędzi, więc pędźmy za nim – nie wyprzedzając go jednak, bo to się zawsze źle kończy.

Niemniej uważam, że w liceum i ostatnich klasach szkół podstawowych jest właściwy czas na to, by młodych ludzi poznać ze sztuką. W innym wypadku wychowamy pokolenia robotów przeznaczonych jedynie do roboty.

Wiem, że poloniści nie są na takie wyzwania przygotowani, ale wiem też, że za nieduże pieniądze można „wynająć” na cykl kilkunastu lekcji znawców przedmiotu. Są nimi nie tylko wykładowcy szkół artystycznych, mogą to być studenci ostatnich lat tych akademii i historycy sztuki. Szczególnie mogliby być ci ostatni, bo kształcimy kulturoznawców coraz więcej, którym potem trudno o pracę.

Coś mi to przypomina

 latach 60-tych w jednym z klubów studenckich w Łodzi zainstalowano wystawę kilkunastu obrazów, młodej absolwentki łódzkiej PWSSP. Nazwisko malarki pominę, bo nie jestem pewien jak przyjmie tę anegdotę. Po otwarciu wystawy odbyła się dyskusja.

Z początku wszyscy milczeli, w końcu głos zabrał ważny działacz Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Piszę kto zacz, bo był to świeży absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i osobnik szykujący się do poważnej kariery. A powiedział tak:

– Ja powiem, jako zwykły studencki turysta… Te obrazy przypominają mi groty, bo jestem również grotołazem.

Autorka podziękowała mu serdecznie, bo uważała, że jeżeli komukolwiek jej malarstwo cokolwiek przypomina, to dobrze, bo znaczy to, że poruszyła ludzkie emocje. Prawdę mówiąc obrazy były abstrakcyjne, choć trochę w swych barwach i liniach mieszczańskie, to znaczy nadające się do dekorowania mieszczańskich wnętrz.

Ta anegdotka przypominała mi się, ilekroć słyszałem OKĘ, pieśń I Korpusu:

 

            Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen?

            Co ci przypomina, co ci przypomina

            Widok znajomy ten?

 

Tekst pieśni napisał, jak wiemy, Leon Pasternak. I jemu Oka mogła się kojarzyć z Wisłą. Natomiast nam malarstwo współczesne musi się kojarzyć jedynie z malarstwem. Żeby tak było, trzeba jednak ludzi uczyć rozumnego obcowania ze sztuką za młodu.

Pamiętam, że ze szkołą podstawowa w Łodzi, byliśmy wielokrotnie w muzeach. Można było wtedy? To można chyba i teraz. Co prawda pewien mój znajomy, wszędzie wietrzący spiski, z pewnością wykryłby w tym ciąganiu dziatwy do muzeów jakąś komunistyczna niecność, ale ja zapamiętałem fascynujące spotkania z malarstwem, i to głównie religijnym.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Eksperymenty? Tak, ale na myszach

Publiczna telewizja jest nasza, społeczeństwa. Powinniśmy zatem mieć wpływ na program. A tu nagle zdjęto z anteny magazyn potrzebny, popularny o ustalonej od lat renomie – kryminalny program 997  Dariusza Bohatkiewicza. Decydenci z Woronicza, szanujcie mnie i innych telewidzów choć trochę. Właśnie jako współwłaścicieli tej instytucji powszechnego zaufania. Tak z dnia na dzień – won i do kosza?

Jeśli program chodzi z aprobatą telewidzów ileś tam już lat, wyjaśnia długo niewyjaśnione, prowadzący zna się na branży i ma kontakty – dlaczego to wszystko marnować? W telewizyjną twarz, żeby się nią stała, trzeba sporo włożyć. Telewizja to inwestycja. Częste rotacje jej nie służą. Panienki z okienka, które migają jak w kalejdoskopie będą zaakceptowane, jeśli nie tylko się urodziwie pokażą, ale dopiero gdy mądrze rzekną. Media chłoną. Ludzie umiarkowanie wierzą, żeby dotrzeć, trzeba przekonać, wybrnąć z tego galimatiasu. Jak mówił w serialu aktor Buczkowski: żeby wyjąć – trzeba włożyć.

Kryminały, kryminałki, poszukiwanie zbirów to ważna sprawa, eksperymenty niewskazane. Bo będzie jak z piłką nożną. Kolejny importowany za grube pieniądze trener emeryt to strzał chybiony. Może był kiedyś dobry, ale już nie jest. Przegrać każdy może, ale trzeba walczyć. W drugiej części tragicznego meczu trener… Ustał. Patrzył jak nas bezceremonialnie leją i oniemiał, nie podejmował żadnych decyzji i za to głównie go ganię.

Ten pan miał w dyspozycji zgraną drużynę składającą się z reprezentantów najlepszych zespołów piłkarskich Europy i postanowił być odnowicielem, afrodyzjakiem. Nie sprawdziło to się ani z Niemcami ani z ubożuchną Mołdawią. I się nie sprawdzi. Trzeba wrócić do składu sprawdzonego i stopniowo, bardzo ostrożnie czynić zmiany. Po prostu! A najpierw dziadkowie działacze dumający gdzieś tam w kulisach mianujcie trenerem Kubę Błaszczykowskiego. Ten eksperyment popieram. Sprawdzi się! No i jest nasz. Cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie co posiadacie. Michniewicz śmieje się teraz w kułak. Po arabsku.

Bandytami Prigożina teraz nas straszą. Nadciągają kupą. Rajd Prigożina to osłona dla wyczekujących pod płotem na okazję migrantów. Pomysł Łukaszenki jest taki, aby ich przepchnąć wraz z tymi, którzy ciągle nadciągają. Moim zdaniem atak może nastąpić w czasie wileńskich obrad NATO.

Decydenci radzą. A tu trzeba zastawić pułapkę. Gdy zbrodniarze zniszczą płoty i ruszy lawina zgromadzona za zaporą, trzeba zaczaić się na prigożinową zgraję i wyciąć ich doszczętnie. Wszyscy odetchną. Putinowsko-Łukaszenkowski pomysł spali na panewce. Zbój triumfować nie będzie. Ciekawe, co na to nasi generałowie?

 

WALTER ALTERMAN: Nowy porządek świata? (5)

Lekceważone całymi latami przez Zachód Chiny, Indie i Brazylia stały się potęgami gospodarczymi. A właściwie nie tyle „stały się” ile Zachód stworzył ich potęgę. Dal swego zysku, nie przewidując, że Chiny – dla przykładu – nie będą przez wieki produkowały badziewia – po 5 zł wszystko.

Jakby nie było – na politycznej mapie świata zaistniały już nowe potęgi. XX wieczny podział na dwa bloki: USA i Zachód Europy oraz ZSRR z podbitymi państwami Europy Wschodniej rozsypuje się na naszych oczach. Zmiany, które zachodzą mogą przynieść światu nowe oblicza współpracy, ale mogą też doprowadzić do wojen i w nieznanej dotychczas skali kataklizmy.

Kto nas rozbroił?

Mało kto pamięta, więc przypomnę, że na początku lat 90-tych, wraz z upadkiem Demoludów, z wyprowadzaniem wojsk sowieckich z Europy Wschodniej potęgi świata zawarły pewien kontrakt. Jego istotą było głównie rozbrojenie dawnych satelitów ZSRR. Układ był cichy, ale działał.

To wtedy przyjęto, że polska armia ma liczyć 100 tysięcy żołnierzy, a właściwie jeszcze mniej, bo w tych 100 tysiącach mieścić się miała także cywilna obsługa wojska. Wtedy to określono ilość samolotów, czołgów, armat i haubic jakie może posiadać nasza armia.

Od początku podejrzewałem, że ten okrutny żart musiał wymyślić wyjątkowy znawca polskiej historii – albo z USA, albo z ZSRR. Bo przecież ta stutysięczna armia była znakiem próby odrodzenia państwa polskiego, tuż przed całkowitym upadkiem i rozbiorami. Przecież to Sejm Czteroletni podjął uchwałę o powiększeniu naszej armii do 100-tysięcy. Ale było już za późno, szkolenie ówczesnego żołnierza musiało trwać cztery lata, nie było chętnych do wstępowania do armii – skutkiem tego skończyło się na uchwale. Co zresztą jest naszą historyczną specjalnością – wiara, że uchwały nam wystarczą. Zawsze robimy wiele szumu przy podjęciu jakichś uchwał, ogłaszamy je za sukces, ale gdy z wykonaniem tychże jest marnie, milczymy.

Wreszcie się zbroimy 

Mam jednak serdeczną nadzieję, że w sprawach dzisiejszej armii nie skończy się na szlachetnych uchwałach. Choć… na tym łez padole nic nie jest pewne.

Przypomnę, że przez ostatnie piętnaście lat dwie główne partie polityczne, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska, toczyły i toczą spór o „zasługi i zaniechania” w dziele „wzmacniania lub upadku” polskich sił zbrojnych. A tak naprawdę, jeśli uwzględnić już zrealizowane kontrakty, na czoło nie wysuwa się ani PiS, ani PO lecz SLD, ale uwzględniając zamówienia zrealizowane przez lewicę, ograniczone możliwości finansowe państwa powodowały, że tzw. program modernizacji sił zbrojnych był nim tylko z nazwy. Tak naprawdę był to program utrzymywania minimalnych zdolności bojowych.

Kupiliśmy wówczas od USA 48 sztuk F-16 i zaczęliśmy produkować Rosomaki, na licencji fińskiej. Oba kontrakty miały jednak spore wady. Przy podpisywaniu umów USA zobowiązały się do offsetu, czy do inwestowania w Polski przemysł zbrojeniowy oraz w polski przemysł w ogóle. Niestety jakoś tak wyszło, że Stany Zjednoczone nie śpieszyły się z wypełnianiem swych zobowiązań. Gdy zaczęliśmy się tego domagać, USA przedstawiły nam podobno listę inwestycji USA w Polsce. Otwierały ją fabryki Coca-Coli i Pepsi-Coli, jeszcze z czasów Gierka.

Z Amerykanami trudno jest robić interesy zbrojeniowe. Po pierwsze: to oni mają najlepszy sprzęt i mogą stawiać trudne warunki, z czego korzystają. Po drugie: wszystkie fabryki zbrojeniowe USA są przedsiębiorstwami prywatnymi. I gdy my cieszymy się, że Kongres wyraził zgodę na sprzedanie nam tego czy owego, i gdy uważamy sprawę za już załatwioną, to schody zaczynają się przy negocjacjach cenowych, bo trzeba je prowadzić nie władzami USA, lecz z prywatnymi przedsiębiorstwami, a one chcą zarobić. I to jak najwięcej.

Republika Korei – nasz nowy sojusznik

Dlatego tak ważne są umowy na broń z Koreą Południową. Od razu powiedzmy, że nasze zakupy uzbrojenia w Korei nie wywołały zachwytu w USA. Wywołały natomiast zdziwienie, a nawet zaniepokojenie – szczególnie, że niejako w pakiecie zamówiliśmy u Koreańczyków budowę elektrowni atomowych. Głębokie zdziwienie – a w języku dyplomacji jest to oburzenie – wyraził w tej sprawie sam ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński, mówiąc, że skoro USA sprzedają nam samoloty, rakiety i inną broń, to wszystkie elektrownie powinniśmy zamawiać u nich.

Coś mi to przypomina starą anegdotę z czasów komuny: „Owszem dość drogo kupiliśmy w ZSRR czołgi, ale w ramach wzajemności możemy teraz znacznie taniej sprzedać im kilka naszych fabryk cukru”. Niestety, świat zbrojeń to także świat biznesu.

Kooperacja, współpraca, współprodukcja – w przypadku takich współdziałań – z Koreą jest bardziej możliwa niż z USA, bo w Korei, podobnie jak u nas, w przemyśle zbrojeniowym większość udziałów ma państwo. Nadto, Seulowi zależy na tym, aby mieć w Europie partnera do dalszych poważnych interesów przemysłowych, także cywilnych. A sam fakt wyboru dwu kierunków zamówień wzmacnia naszą pozycję negocjacyjną w stosunku do dominującego partnera, do USA.

Przy okazji – radziłbym rządowi okazywanie o wiele mniejszego entuzjazmu, nawet przed wyborami, z okazji kolejnych zakupów broni w świecie. Bo tym samym dajemy kontrahentom znak, jak bardzo nam zależy, czyli że mogą jeszcze podbić ceny

Nowy podział świata

Obecna wojna na Ukrainie jest skutkiem upadku imperium sowieckiego. Rosjanie w dalszym ciągu wierzą, że ich państwo będzie silne wtedy, gdy wchłoną na powrót Ukrainę. Tak myśleli od czasów niewoli tatarskiej i tak myślą dzisiaj. Naprawdę zadziwiająca jest ta stabilność celów i metod politycznych Rosji. Zadziwiając i przerażająca. Największy kraj świata nie jest w stanie zająć się samym sobą, swoimi obywatelami – ich poziomem życia, opieką medyczną i wykształceniem.

Sytuacja nie jest wesoła. Ale tak jest zawsze, gdy upadają imperia. Upadek Rzymu, a potem Bizancjum, trwał kilkaset lat. I były to lata okrutnych wojen na terenie Europy. To w czasie upadku Rzymu i Bizancjum zaczęły się też kształtować nowe europejskie państwa, to wtedy napłynęły do Europy nowe plemiona i narody. Między innymi i my – Polacy.

Ile będzie trwało kształtowanie się nowego politycznego świata? Jakim to będzie kosztem? Czy świat wpadnie w nową wojnę? Tego nikt nie wie. Nawet najbardziej szanowani politolodzy z USA. No, ale oni zawsze się mylą, bo żaden z nich nie przewidział nawet upadku ZSRR.

 

 

O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.

 

To nie początek „spisku populistów”, to koniec „spisku elit”

Niemieckie i nie tylko niemieckie elity są przerażone sukcesami AfD. Może i słusznie, ale to już chyba wiecie. A wiecie, że to „wina PiS”?

„AfD jako druga siła polityczna w Niemczech to także dziecię PiS i Kaczyńskiego. Nigdy i nigdzie wieloletnie szczucie i wycie na sąsiada nie zostaje bez skutku. I nieważne czy to płot, czy granica. PiS to jeden z reanimatorów niemieckiego szowinizmu” – napisał na Twitterze Waldemar Kuczyński, niegdyś minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, obecnie jeden z najbardziej zawziętych kapłanów antypisiszmu, znany na Twitterze jako „Dziadek Waldemar”. Tezą „weterana liberalizmu” zachwycił się natychmiast Peter Oliver Loew szef Deutsches Polen Insttitute, który lubi się pozachwycać publikacjami „wolnych mediów” w Polsce takimi jak wywiad z gen. Pytlem w Gazecie Wyborczej – Waldemar Kuczyński w duchu swojego przykazania „moralne jest to, co uderza w PiS”, postawił równie przewidywalną co durną jak moje stare sandały tezę, że „AfD to wina PiS”. I proszę, niemiecki pan zadowolony – skomentowałem, w związku z czym „Dziadek Waldemar” obraził się na mnie po raz sto osiemdziesiąty trzeci i zarzucił „kłamstwo”. Ja zaś pomyślałem sobie, że warto temat nieco rozwinąć.

Demokracja liberalna

W oficjalnej myśli politycznej na Zachodzie, a co za tym idzie w pozbawionych własnej myśli samozwańczych „elitach” w Polsce, istnieje legenda o „spisku populistów przeciwko dokonaniom demokracji liberalnej”. Przy czym populistą jest każdy, kto usiłuje zabrać głos choć nie należy do odpowiedniego środowiska, a ten kto ośmiela się zadawać pytania o skutki polityki „demokratów liberalnych” jest wręcz ekstremistą.

Warto rozumieć czym jest sama demokracja liberalna. Otóż gdyby była po prostu demokracją, nie potrzebowałaby przymiotnika. Jan Pietrzak mawiał za komuny – Czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Tym czym krzesło od krzesła elektrycznego – Tak i demokracja liberalna może z pozoru przypominać demokrację, czyli z łaciny „rządy ludu” – większości – a w istocie tak już została oblepiona przez nazywające się „elitami” oligarchie, różnego rodzaju hamulcami i pętami zarówno na poziomie instytucjonalnym jak i społecznym (gdzie się na przykład podział na Zachodzie pluralizm medialny będący emanacją wolności słowa, z której Zachód był tak dumny?), że od dawna demokracji w tradycyjnym znaczeniu tego słowa nie przypomina.

Bunt przeciwko „elitom”

Efektem jest sytuacja, osobliwa jak na „demokrację”, w ramach której ogromne części społeczeństw Zachodu, czasem wręcz większości, nie mają ani poczucia wpływu na własne państwo – nie istnieją instytucje, które realizowałyby ich wizję świata – ani nawet mediów, które by świat z ich punktu widzenia pokazywały. Cóż zatem dziwnego w tym, że będąc jednocześnie potomkami ludzi Zachodu, który potrafił wypracować cywilizacyjną dominację w świecie w poczuciu prawa do wolności zarówno osobistej, jak i zbiorowej, podnoszą w końcu rękę na swoich samozwańczych pasterzy, zalecając im niezwłoczne udanie się na bambus?

Tak, w licznych krajach Zachodu, mamy obecnie do czynienia z buntem przeciwko samozwańczym „elitom”. Nie jest to żaden „spisek populistów”, tylko naturalny odruch społeczeństw pętanych latami przemyślnie skonstruowanymi smyczami, pasanych w chytrze skonstruowanych zagrodach. Tak się dzieje począwszy od Polski, gdzie w 2015 roku nie tylko, a może i nie głównie „wygrał PiS”, co Polacy pogonili pasożytujące na nich „elity”, a skończywszy na Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2017 roku wygrał miliarder, ale uznawany przez establishment za wroga, Donald Trump, który już wprawdzie prezydentem nie jest, ale można odnieść wrażenie, że jego kontrrewolucja trwa.

AfD

No i jednym z takich odruchów było powstanie w Niemczech (afery związane z finansowaniem dziennikarzy przez niemiecki rząd, powszechna cenzura poprawności politycznej, upolitycznienie sądownictwa, czy jednorodność opinii niemieckich mediów, pokazują gdzie na spektrum demokracji Niemcy się znajdują) AfD, która początkowo wydawała się nawet odruchem całkiem rozsądnym. No, ale Niemcy, jak to Niemcy, za co się nie wezmą, to im mauser wychodzi. Tak i tutaj w końcu pojawiły się elementy rewizjonistyczne i biorąc pod uwagę niemiecką naturę i historię, niebezpieczne.

Tak więc, Panie Waldemarze, to nie PiS jest „winien” AfD, to tacy jak Pan i Panu podobni, którzy również dzisiaj, nawet kiedy im już Las Birnam stoi im pod balkonem, ciągle nie rozumieją co się dzieje. I wie Pan, mnie to zupełnie nie przeszkadza, że Wy nie chcecie tego zrozumieć, nie chcecie przyjąć do wiadomości. Trwajcie w tym błędzie i wymyślajcie sobie „spiski populistów”, może szybciej zostaniecie zmieceni z planszy. Oby na całym Zachodzie.

A Ty też się PiS-ie tak nie ciesz, bo od 2015 roku trochę się zmieniło i nieopatrznie podpisane cyrografy mogą spowodować przesunięcie w spektrum lud – „elity”.

O tym, jak zarabia się na wojnie pisze WALTER ALTERMANN: Porozumienia mińskie (3)

Najlepiej  politykę Francji i Niemiec wobec Moskwy widać na przykładzie tzw. „porozumień mińskich”. Ten dokument jest szczerym wyznaniem politycznej wiary Francji i Niemiec w Kreml i świadczy o celach względem Rosji. 

5 września 2014 członkowie trójstronnej grupy kontaktowej – Ukraina, Rosja i OBWE oraz przedstawiciele dwóch „republik ludowych” podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na obszarze Donbasu. Najważniejszy był punkt naczelny, nie objęty numeracją, a mówił on o natychmiastowym dwustronnym zawieszeniu broni. Następne ustalenia były takie:

  1. Przyznanie OBWE roli obserwatora przestrzegania zawieszenia broni.
  2. Wdrożenie decentralizacji władzy poprzez przyjęcie ustawy o szczególnym trybie funkcjonowania samorządu terytorialnego w części obwód donieckiego i ługańskiego.
  3. Utworzenie strefy bezpieczeństwa po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej, i monitorowanie przez OBWE sytuacji na granicy.
  4. Natychmiastowe uwolnienie wszystkich jeńców i zakładników przez obie strony.
  5. Przyjęcie ustawy zakazującej ścigania i karania osób związanych z rebelią w obwodzie donieckim i ługańskim.
  6. Przeprowadzenie dialogu ogólnonarodowego.
  7. Poprawienie sytuacji humanitarnej w Donbasie.
  8. Przeprowadzenie przedterminowych wyborów do władz lokalnych w wybranych częściach obwodu donieckiego i ługańskiego w związku z ich „specjalnym statusem” na podstawie prawa ukraińskiego.
  9. Wycofanie nielegalnych oddziałów zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy.
  10. Opracowanie programów gospodarczej odbudowy Donbasu.
  11. Udzielenie gwarancji osobistego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom rozmów.

Punkt 6, czyli strzał w tył głowy

Czy Zachód – głównie Francja i Niemcy – nie wiedział z kim ma do czynienia? Wiedział, ale chciał nadal handlować z Rosją i zarabiać. Czy od 2014 roku Francja i Niemcy zaczęły się zbroić? Niemcy „zbroili się” w oba Nordstreamy, a Francuzi bardzo cierpieli, gdy USA sprzeciwiły się sprzedaży okrętów wojennych klasy Mistral do Rosji.

Francja i Niemcy zakładają – dowodów nie mam, ale tak uważam – że wojna do nich nie dojdzie, że Rosja zaspokoi się Ukrainą, państwami bałtyckimi, a może nawet Polską.

Na wojnie potrzebne są nie tylko czołgi

Z wybuchem wojny na Ukrainie, a właściwie najazdu Rosji na Ukrainę większość państw Europy oraz USA ogłosiły embargo na sprzedaż Rosji uzbrojenia oraz elementów mogących służyć do produkcji broni – od pistoletów po rakiety, od śrubek po mikroprocesory. Czy rynek broni w jednej chwili padł, a jego gracze rwą sobie włosy, płacząc i rozdzierają szaty? Bynajmniej.

Uświadommy sobie do końca, że wojna potrzebuje wszystkiego, bo wojnę prowadzą ludzie. A ludzie potrzebują jedzenia, ubrań, śpiworów, mundurów, amunicji, karabinów i wszelakiej broni ciężkiej. W obecnej wojnie wykorzystuje się nie tylko pojazdy i machiny wojskowe, ale też ciężarówki, samochody terenowe a nawet motocykle. A te urządzenia – jak wszystkie inne – potrzebują części zamiennych, specjalistycznych olei, płynów chłodzących i setek innych rzeczy. A  jak tu odróżnić, czy silniki samochodowe, alternatory a nawet opony i zderzaki, trafiające do Rosjan zostaną wykorzystane w wojnie czy jedynie w celach cywilnych.

Mafia żywnościowo–zbrojeniowa

Już kilka miesięcy po wybuchu tej wojny okazało się, że rosyjski oddział francuskiej firmy Auchan dostarcza rosyjskiej armii jedzenie i środki higieny, wprost na front, do okopów. Wybuchł skandal, ale Auchan tłumaczył się, że ma przecież ważne kontrakty. Przyjęto to za wystarczające wyjaśnienie.

Ale co tam jedzenie. Okazało się, po zbadaniu zestrzelonych przez Ukraińców dronów, samolotów i helikopterów, że te rosyjskie „urządzenia awiacyjne” pełne są zachodnich elementów, bez których nie mogłyby latać. Gorzej, bo zbadano również czas ich produkcji, i okazało się, że te zachodnie części wyprodukowano całkiem niedawno, już w okresie obowiązującego embarga.

Jeszcze gorzej jest z rosyjskimi rakietami. Ostatnio pewna organizacja zajmująca się monitorowaniem tej wojny, wydała opinię, że około 8 procent części do rosyjskich rakiet wyprodukowano w USA. Nie podaję nazwy tej społecznej organizacji, bo też Amerykanie nie dementują tych rewelacji.

Niepełne embargo, czyli nic

Zachód nakłada na Rosję kolejne zakazy, zwane embargami. Lista towarów, których do Rosji eksportować nie wolno oraz tych, których z Rosji nie wolno sprowadzać rośnie, wydłuża się z każdym kolejnym embargiem. Te zakazy nigdy jednak nie były dla Rosji zbyt dotkliwe i nie osłabiły skutecznie ani rosyjskiej armii, ani gospodarki. Zachód tłumaczy się, że chodzi o to, aby Putin się opamiętał… Znaczy co? Czego naprawdę oczekują najbogatsze państwa Europy od Putina? Że przeprosi, wycofa się z zajętych terenów? A może jeszcze naprawi szkody.

Co i rusz jakiś polityk Francji lub Niemiec daje światu do zrozumienia – wprost lub nie wprost – że najlepiej by było, gdyby Ukraina zgodziła się na utratę swoich terytoriów, już zajętych przez Rosję, wtedy można by przystąpić do rozmów pokojowych. Jeżeli mamy takich sojuszników, to nasza przyszłość nie jest tak pewna jak się nam wydaje.

Kto jest najbardziej zadowolony z nakładanych przez Zachód zakazów handlu z Rosją? Oczywiście handlarze bronią. Bo ich „ceny zbytu” poszybowały w górę niebywale.

Tajni sojusznicy Rosji

Jak zachodnie części do rosyjskiej broni i uzbrojenia trafiają do dzisiejszego agresora, a przed tą wojną do głównego przeciwnika NATO?

Handlarze bronią i wszelkimi wojennymi akcesoriami tworzą właściwie rodzaj mafii. I jak to w mafii – konkurują ze sobą, ale też ściśle współpracują. Owszem, tajne służby mają wgląd w ich interesy, ale… po pierwsze niepełny, a po drugie nie wszystkie państwa – nawet te z NATO – są zainteresowane wstrzymaniem handlu z Rosją. Biznes to biznes, a wojna to tylko wojna – tak uważają niektórzy z dużych światowych graczy.

Okazało się, że handel bronią, choć teoretycznie kontrolowany przez duże państwa, jest rynkiem podziemnym. I nikt z producentów czy handlarzy nie chwali się na Facebooku czy Instagramie swoimi sukcesami.

Wystarczy, że ktoś – powiedzmy z Brazylii, Turcji czy Bangladeszu – kupi w USA, lub w Niemczech jakieś elektroniczne urządzenia. Powiedzmy czujniki i sterowniki, bądź elementy noktowizorów. Przeznaczeniem tych rzeczy mogą być pralki, zmywarki do naczyń, samochody, lornetki dla myśliwych, cywilne samoloty i helikoptery. Z pewnością zakup pierwotny musi być dokonany przez firmę zarejestrowaną w kraju, którego nie ma na liście zakazów, tworzonych przez ONZ lub USA.

Potem te niezbędne Rosji element rakiet i samolotów odbywają drogę po całym świecie, by w końcu trafić do Rosji właśnie. Czy ktoś jest w stanie śledzić tę drogę? Nie bardzo, tym bardziej, że wiele państw tzw. trzeciego świata ogłasza swą neutralność, co w praktyce oznacza, że nie interesują się z czego mają podatki lub łapówki.

Wszystko to byłoby wesołe, gdyby nie było bardzo smutne, że zacytuję mistrza Wyspiańskiego, który napisał w WESELU: „Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

Lepiej nie wiedzieć

Żeby nie było tak smutno, to teraz pozwalam sobie opowiedzieć mój ukochany, przedwojenny dowcip. Polscy pogranicznicy, tuż przy granicy z Niemcami łapią faceta z pełnym workiem na plecach.

– Co tam macie? – pyta dowódca patrolu.

– Żarcie dla psa – odpowiada przemytnik.

Strażnicy każą mu otworzyć worek, w środku znajdują papierosy i tytoń.

– To jest żarcie dla psa” – pyta dowódca patrolu.

– Ja mu niosę, nie chce, niech nie je – odpowiada przemytnik.

Czy światowi producenci uzbrojenia i części do urządzeń wojennych wiedzą, gdzie ostatecznie trafiają ich produkty? Myślę, że nie chcą wiedzieć.

 

Do krytyków szefa MEN pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bój to jest wasz ostatni, czyli bezowocne ujadanie

Nie ma specjalnych powodów abym kochał ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka, ale teraz będzie o nim nawet z pewnym podziwem. Otóż ważę, ile to pomyj wylano na katolickiego reformatora oświaty. Co robi źle, co dobrze – ocena zależy od często bezkrytycznego zapatrzenia albo od wściekłej nienawiści do wszystkiego, co polskie i patriotyczne. Zważcie ludkowie (bynajmniej nie dobrzy) sami. Ile trudu – papieru, atramentu, stukania w komputer – zajęło wam niszczenie tego faceta?

Odsądzacie Czarnka od czci i wiary na wszelkie sposoby i… I nic! Minister przypomina mi – w związku z konsekwencją działania, uporem i przyklejoną drwiną uśmiechu – izraelskiego wodza Benjamina Netanjahu. Tamtego wieloletniego premiera, rzeczywiście zanurzonego po uszy, topią usilnie, a on nadal rządzi. Pan Czarnek nie jest przywódcą państwowym, ale facetem, który ma jakiś konkretny program, obwieścił go i realizuje.

A krytykujące szefa MEN potwory liberalne najwidoczniej nie wiedzą czego chcą. Kręcą się, jak coś tam w przeręblu i parują pod wpływem ciepłych temperatur.

Po warszawskim pochodzie 4 czerwca rzeczywiście ci, którzy zjechali się licznie i za własne pieniądze do stolicy mogli mieć satysfakcję. Tu się im udało. Tak jak i wyważone wystąpienie Tuska przed Zamkiem Królewskim. I tyle. Bo jednak sondaże niewiele drgnęły. Skoku nie odnotowano. Więc Donaldowi doradzono: „Nie ma co walczyć delikatnie, wal Donek dosadnie”. I tak już w Poznaniu zrobił. Pokazał prawdziwą gębę. Wściekłego, nie przebierającego w obraźliwych słowach.

Na ministra Czarnka szambo nadal leci. Ale to chłop twardy – przynajmniej tak wygląda. Wokół ma wielu gogusi, którzy pewnikiem wkrótce się wykruszą. Pierwszy krok redukcyjny dokonano w gromadzie wicepremierów. Co prawda tłumaczenie – oczywiście słusznej decyzji – jest bardzo pokrętne i zupełnie niepotrzebne. No trudno. Najważniejsze, że nie ma już tylu wice. Wystarczy jeden. Da radę. Czarnek też. Nie chodzi o to by się do niego modlić, ale aby był konsekwentny i odważny.

To ministerstwo – ważne przecież bardzo – miało wielu tragicznych wodzów. Jeśli nawet był dobry to okazywało się, że liczyć nie umie. Jeśli była lewicowa – to zlikwidowała szkolnictwo zawodowe. Jeśli udawał patriotę i prawicowca to okazywał równie głupi jak długi.

Teraz jest rzeczywiście – nie da się ukryć – prawicowy minister oświaty. Wiele jest sposobó by hamować zbyt daleko idące zapędy. Ale w najważniejszych sprawach minister Czarnek ma rację. Rzecz nie jest nowa – taka będzie Ojczyzna, jak wychowanie młodzieży.

Dookoła jeden z drugim, jak nie cykor to histeryk (skąd my to znamy?) – cichcem nawet słuszne rzeczy wygłaszane są z mównicy w Strasburgu. A należałoby donośnie i odważnie. Tak jak to teraz zrobił kilka razy europoseł Dominik Tarczyński.

Zostało już czasu niewiele, gdy społeczeństwo powie – sprawdzam. Na piśmie. I potem na nic wszelkie gadanie. Komentowanie nie będzie miało sensu, bo i słuchania nie będzie.

 

 

WALTER ALTERMANN: Ford, pacyfizm i NATO po francusku (2)

 W czasie okupacji krążył po Polsce taki dowcip. Rozmawiają Hitler, Stalin i Roosevelt. Hitler mówi: W tej wojnie zwycięży rasa. Na to Stalin: Zwycięży masa. A na końcu mówi Roosevelt: Zwycięży, jak zawsze, kasa.

Stało się tak jak powiedział prezydent USA. Niemcom w końcu zabrakło pieniędzy, materiałów do produkcji uzbrojenia i ropy naftowej. A ZSRR niewiele by zdziałał bez amerykańskiej pomocy, czyli bez dostaw amerykańskich samolotów, ciężarówek i czołgów. Władcy ZSRR, a potem Rosji nigdy nie ujawnili swemu narodowi jak wielka i jak znacząca była ta amerykańska pomoc w sprzęcie. A wreszcie… bez sprzedanych przed wojną jeszcze amerykańskich ciągów produkcyjnych, ciągów technologicznych do prowadzenie taśmowej produkcji uzbrojenia, ZSRR nie byłaby w stanie produkować potrzebnego jej uzbrojenia. Wolą podtrzymywać stalinowski mit, że zwyciężyła wielka miłość do mateczki Rosji.

Ten miły starszy pan Henry Ford

Kochany przez świat Ford, za to, że pierwszy wprowadził taśmową produkcję samochodów, miał też mroczną stronę swej osobowości. Był jawnie zafascynowany Hitlerem i hitleryzmem – oczywiście przed wojną. Przemysłowca i dyktatora łączyła choćby eugenika, czyli wiara, że trzeba wyhodować rasę lepszych ludzi. Ford był zafascynowany Hitlerem, jego dążeniem do swoistej „mechanizacji” życia społecznego, sprowadzenie jednostek do roli elementów dobrze działającej maszyny. Dla Forda i Hitlera liczyły się: sprawne państwo i jego „efekt produkcyjny”. Jednostki i całe społeczeństwo według Forda miały być krańcowo uprzedmiotowione.

Hitlera i Forda łączył też jawny antysemityzm. Henry Ford był autorem serii artykułów pt. „Międzynarodowy Żyd, najważniejszy problem świata”. W hitlerowskich Niemczech doczekały się aż 25-ciu wyda. I były dowodem, że nie cały Zachód jest przeciw hitlerowcom.

W czasie jednej z wizyt w Niemczech Ford wręczył Hitlerowi czek na 100 tysięcy marek, za co wódz odznaczył go Orderem Orła Niemieckiego, czyli wysokim orderem w III Rzeszy. Zaznaczmy, że ówcześnie jeden egzemplarz samochodu Ford T kosztował około 400 dolarów.

To Ford zrewolucjonizował również niemiecki przemysł samochodowy, a płynące z tego zyski dla jego koncernu były ogromne. Otworzył w Niemczech swoje fabryki, nauczył też  Niemców taśmowej produkcji samochodów, także ciężarowych dla armii. W dużej mierze Niemcy we wrześniu 1939 roku wjechali do Polski samochodami Forda.

Ford pacyfista

Gdy w 1940 roku USA postanowiły wesprzeć Wielką Brytanię dostawami samolotów i innego uzbrojenia, rząd zwrócił się do przemysłowców z propozycją rozpoczęcia produkcji militarnej. Odmówił jedynie Ford, oświadczając, że jest pacyfistą. Dopiero gdy USA same stanęły w ogniu wojny, zakłady Forda, nie mając wyjścia, zaczęły produkować uzbrojenie.

Z przystąpieniem USA do wojny, Niemcy znacjonalizowały fabryki Forda, które do tego momentu, czyli aż do 11 grudnia 1941 pracowały dla Niemiec. A niemieckie fabryki Forda czerpały z tego zyski. Po wojnie – pod koniec lat 50 tych – amerykańskie przedsiębiorstwo Ford uzyskało kolosalne odszkodowanie od rządu USA, za straty, jakie jego filialne niemieckie fabryki poniosły w wyniku alianckich bombardowań. Ojczyzna ojczyzną – zdawał się mówić Ford, ale pieniądz jest najważniejszy.

Jeżeli Ford nie był postacią dwuznaczną i mocno podejrzaną, to co trzeba by zrobić, żeby zostać osobnikiem dwuznacznym? Można powiedzieć, że wielki przedsiębiorca Henry Ford był łajdakiem. Ale ludzie wolą słuchać opowieści o jego genialnym pomyśle na produkcję automobili. Gawiedź zawsze była zafascynowana bogactwem. I dziwnie jest w tym wszystkim, że fascynacja bogactwem dotyczy również chrześcijan, którzy jakoś nie pamiętają słów Chrystusa o tym, że „… prędzej wielbłąd przejdzie przez Ucho Igielne, niż bogaty wejdzie do raju”.

Z drugiej strony, nie dziwmy się Henry’emu Fordowi skoro jego filozofia nakazująca mu stawianie zarobku przed patriotyzmem i dzisiaj kwitnie w najlepsze.

Wojenne biznesy dzisiaj

Najgrubszą współczesną aferą, dotyczącą dozbrajania przeciwnika, jest sprawa francuskich Mistrali. Historia jest iście kryminalna, więc wymaga dokładnego wyjaśnienia.

Otóż, w 2010 roku Rosja złożyła we Francji zamówienie na cztery okręty typu Mistral – dwie pierwsze jednostki miały zostać zbudowane we Francji, natomiast kolejne dwie w stoczni w Petersburgu. Tym samym nie był to kontrakt jedynie na dostawę dwóch statków, bo Francja miała równocześnie udostępnić Rosjanom swoją technologię, przy okazji budowy dwóch statków, już w Rosji.

Ostatecznie zamówienie ograniczono do dwóch jednostek, a plany budowy okrętów w rosyjskiej stoczni zarzucono. Niemniej pomysł na daleko idącą współpracę jednego z założycieli NATO z Rosją był.

W 2011 roku została zawarta umowa o wartości 1,6 mld dolarów. I była to największa w historii sprzedaż broni przez państwo NATO do Rosji. Sprzedaż Mistrali wywołała protesty ze strony Gruzji, państw nadbałtyckich, USA i innych państw członkowskich NATO. W listopadzie 2012 rosyjska marynarka wojenna ogłosiła, że okręty trafią do Floty Oceanu Spokojnego. Wodowanie „Władywostoku” nastąpiło 15 października 2013 roku.

W związku z sytuacją we wschodniej części Ukrainy, Stany Zjednoczone i Unia Europejska naciskały na Francję, aby ta zerwała kontrakt. Francuski rząd początkowo ogłosił możliwość wstrzymania dostawy drugiego z okrętów, ostatecznie jednak, w przeddzień szczytu NATO w Walii, dostarczenie pierwszego okrętu również zostało zawieszone. Ale niezależnie od tej decyzji rosyjscy marynarze rozpoczęli ćwiczenia z okrętem na morzu.

Strona rosyjska otrzymała zaproszenie na 14 listopada 2014 na odbiór pierwszego okrętu , „Władywostok”, ale zostało ono później anulowane. Dyrektor DCNA, czyli głównej francuskiej stoczni wojennej, zwolnił dyrektora projektu Yves Destefanisa – jako osobę odpowiedzialną za przekazanie zaproszenia Rosjanom. Ofiara była, winny niby był, ale przecież to nie ten biedak Destefanis wymyślił i nadzorował kontrakt.

Drugi okręt dla Rosji „Sewastopol” został zwodowany w nocy z 20 na 21 listopada 2014 roku. 5 sierpnia 2015 ujawniono, że Francja i Rosja porozumiały co do zerwania kontraktu i rekompensaty. Paryż zwróci ponad miliard euro zaliczki i kosztów szkolenia załogi oraz rosyjską broń. W zamian Rosjanie zrzekli się prawa własności do okrętów. Komisja finansowa francuskiego senatu oszacowała, że sprzedaż okrętów do Egiptu zamiast do Rosji przyniesie straty w wysokości 200 do 250 mln euro. Tym samy Francuzi uznali się za ciężko poszkodowanych – chyba przez NATO.

Francuski szyk i elegancja

Ostatecznie oba okręty desantowe klasy Mistral, które zbudowano dla Rosji ostatecznie trafiły do Egiptu. Francja sprzedała je Kairowi za 950 mln euro – ujawniła AFP,  powołując się na źródło w otoczenia ministra obrony Jean-Yvesa Le Driana. O tym, że Mistrale znalazły innego nabywcę, poinformował wcześniej w środę Pałac Elizejski. Z kolei kilka godzin później francuski prezydent Francois Hollande, który przybył do Brukseli na szczyt UE w sprawie kryzysu migracyjnego, chwalił się, że Francja nie straciła na sprzedaży okrętów. Według źródła na które powołuje się AFP Egipt zapłacił za dwa desantowce 950 milionów euro.

Wycofaliśmy się z kontraktu z Rosją na dobrych warunkach, z poszanowaniem Rosji i bez kar umownych dla Francji. Z kolei we wtorek porozumiałem się w sprawie ceny i warunków sprzedaży z prezydentem Egiptu Abd el-Fatahem es-Sisim – podkreślił Hollande w przemówieniu.

Francja jest członkiem NATO, które sama nazywa te organizację OTAN, bo Francuzi walczą o prymat swego języka w świecie, jakby nadal byli mocarstwem kolonialnym, a Indochiny należały do nich. Wszyscy mają NATO, tylko Francuzi OTAN, co po francusku znaczy tak: Organisation du traité de l’Atlantique Nord. Śmieszne? Nie do końca, bo Francuzi niby są w NATO, ale jakby byli inaczej. Co zresztą potwierdza skandal z Mistralami.

Należy jednak przyjąć, że Francja doskonale wie, że jedynym przeciwnikiem NATO była i jest Rosja. To co spowodowało francuską chęć dozbrajania przeciwnika, a może nawet wroga? Myślę, że mieliśmy i ciągle mamy do czynienia z najstarszą i najbardziej powszechną ludzka cechą – z chęcią niegodziwego zarobku.

Myślę jednak, że może nie do końca jest z nami tak źle, bo jeżeli mamy takich sojuszników jak Francja, to jakich mamy przeciwników? Może są równie tępi?