Kolejne pytanie STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Kto sprzedał Polskę?

Kto służył ruskim? Wkrótce będziemy wiedzieli. Komisja ds. zdrajców jest potrzebna. Będzie powołana, ale to mało. Równie ważna będzie komisja, która wskaże złodziei. Łatwo dostępne kwity są! Trzeba poszukać i ujawnić.

Sprzedaż każdego ze 170 statków Polskich Lini Oceanicznych jest udokumentowana. Po prostu są podpisy „sprzedawców”. Robili to ludzie zdradzieckich rządów. I mają się – jak dotąd – dobrze. Czekamy na listy urzędników wyższego i niższego stopnia. Jedni kazali drudzy wykonali. Statki szły pod obce bandery i na żyletki. A forsa za nie parowała. Rosły za to szybko domki od niedużych po pałace. W tych domkach siedzą sobie teraz beneficjenci. Do banków w rajach podatkowych, gdzie trzymają kasę, jeżdżą wypasionymi automobilami spalającymi 20 litrów na sto kilometrów. Ale to nic. Piramida szmalu ze sprzedaży krajowego przemysłu, hut i stoczni jest duża.

Ludzie wy na to spokojnie patrzycie tak jak 700 tysięcy frankowiczów, których pod okiem opiekuńczego państwa obrabowywano by nadal bezkarnie gdyby wcale nie krajowe, ale zagraniczne sądy

Na złodzieju czapka gore. Dlatego tak wielu i tak bardzo boi się komisji zdradziecko-radzieckiej. Tak samo będą się bać złodzieje. Są organizacje, które zatajają rozliczenia, działa to na zasadzie hulaj dusza piekła nie ma. Nazywają to tajemnicą gospodarczą, handlową. Wszystko jest ściśle tajne. Nawet wydatki na papier toaletowy.

Dobiliśmy się wprawdzie, że zarobki, majątki najważniejszych osób w państwie są jawne. Niestety geszefty z lat minionych pozostały tajemnicą. Od czasu do czasu rejestry finansowe i inne archiwa płoną, ludzie umierają i jeszcze pojawia przedawnienie.

Byli właściciele dóbr konsekwentnie, krok po kroku, odzyskują w Polsce ziemię, majątki, domy. Idzie to jak po grudzie. Często w tragicznych okolicznościach, ale idzie. Niestety społeczeństwo jako całość nie odzyskuje tego co budowano przez lata, co wzniesiono od podstaw – jak choćby przemysł motoryzacyjny czy maszynowy. Dramat 3 tysięcznej załogi słupskiej Scani, który się właśnie zaczyna jest tego dobrym przykładem. Obcy Polsce właściciel zamyka fabrykę autobusów, no i już! Słabe polskie związki zawodowe obiecują negocjacje, „walkę” (to wyświechtane słowo). Władza obiecuje również. Zobaczymy.

LOT, PKP, Poczta – póki co ocalały, ale pośrednicy i lobbyści ciągle krążą, choć już nie tak jak było. Ale te pasożyty niczym się nie różnią od mafijnych przestępców. Przecież wiadomo, kto to robi. Kto żyje z układów, umiejętności wciskania się w szpary niezagipsowane, z przekupstwa i korupcji. Widzimy czasem obrazki łapownictwa tak bezczelnego, że aż nie do wiary. A potem cyrk w sądzie gdzie „niezwykła kasta” wychodzi ze skóry by uniewinnić pasożyta.

Po latach walki środowiska dziennikarskiego łaskawie mówi się o likwidacji kuriozalnego paragrafu 212: więzienie za słowo. Mówi się. Przepis uchwalono go bezdyskusyjnie i błyskawicznie. Teraz zapewnienie jego likwidacji może okazać się wyborczą kiełbasą. Do października.

„Wyborczą” mamy od ’89 roku. Gazetę opozycyjną. I przydatną, gdy postępuje uczciwie. Niestety teraz już prawie tego nie robi. Zresztą „wyborcza”, czy „wybiórcza” to nie największe zmartwienie. Internet jest jej i innych gazet największym konkurentem, ale i środkiem działania. Niestety brak obowiązku podpisywania się pod wpisami to raj wściekłych, chamskich i nieuchwytnych łobuzów. Gdyby musieli złożyć autograf mniej byłoby brudu i nienawiści. Proste? Proste! A decydenci wszelacy nie chcą tego zrobić. Piszą więc lawinowo kretyni, a czytają głupcy. Zaabsorbowani hejtową twórczością, innej nie znają. Widać, słychać to w czasie telewizyjnych (licznych) zgadywanek, gdy brak wiedzy o literaturze kompromituje co rusz konkursowicza. I często chodzi o proste pytanie – Mickiewicz, Słowacki.

To już tak jest, że brak wiedzy jest odwrotnie proporcjonalny do rozwoju sprytu. Przy czym spryt cwaniaka najbardziej zadziwia. Ileż to wysiłku musi zrobić taki osobnik by oszukać i okantować. Najłatwiej zrobić to państwu, społeczeństwu. Poniekąd samemu sobie. Ale kto by się przejmował? „Bo nie ważne czyje co je, ważne to co jest moje”. Moje? Twoje? Nasze! Gdy nauka idzie w las, w konsekwencji tenże las może być sprzedany. Na szczęście rozmnożyły się wilki w naszym kraju, przynajmniej złodziei pogonią z kniei.

 

 

WALTER ALTERMANN: O wojnach – prologomena (1)

Najpierw co do tytułu… Napisałem, że ten pierwszy odcinek to prologomena, czyli wstępne rozważania wprowadzające do zagadnienia, w tym przypadku wojny. Mogłem te „prologomena” od razu przetłumaczyć, ale skoro dzisiaj każdy kto liznął choć trochę angielskiego pisze po angielsko-polsku, to chyba i mnie wolno posłużyć się klasyką łacińską.

 A teraz przystąpmyż – jak mawiał pan Jourdain – do ogólnych rozważań o naturze, przyczynach i skutkach wojen, zanim przystąpimy do próby zrozumienia dzisiejszych wojen, szczególnie tej toczącej się teraz na Ukrainie.

     Dowód dzikości ludzkiej natury

Wojny są najpoważniejszymi działaniami człowieka od kiedy pojawił się na planecie Ziemia. Ściślej biorąc – człowiek zabija swych przeciwników, dążąc do zyskania przewagi materialnej, do zdobywania nowych spłachetków ziemi, kradnąc przeciwnikowi jego bogactwa, zyskując w podbitych niewolników do darmowej pracy. A także zagarniając cudze surowce i czyniąc z podbitych, pokonanych odbiorców własnej produkcji.

Z humanistycznego punktu widzenia wojna, każda zbrodnia i wszelka przemoc są objawem wszystkiego co w nas najgorsze. Przypomnę, że pierwsza odnotowana zbrodnia to zabójstwa Abla, przez jego brata Kaina. Dlatego też określenie ludzkości jako „Kainowe plemię” jest rzetelnym opisem rzeczywistości, którą tworzymy od zawsze. Dlaczego jesteśmy mordercami? Bo to łatwe. Wystarczy mieć w ręku pałę lub więcej rakiet, czołgów czy broni jądrowej.

Czy istnieje wychowanie pacyfistyczne? Nie ma. Jest wręcz przeciwnie. Historia, której uczyli nas i uczą nasze dzieci w szkołach jest głównie historią przemocy, czyli wojen. I co zadziwiające, każdy naród – wedle własnych podręczników do historii – zawsze jedynie się bronił. Zadziwiające jest też, że wszystkie państwa – poza Rumunią mają ministerstwa obrony. A tylko Rumuni mają ministerstwo wojny.

Niestety dzisiejsi pacyfiści, którzy opowiadają się przeciw jakimkolwiek działaniom zbrojnym, nawet w obronie własnej, są dziecinnie naiwni. Póki istnieje broń, póki istnieje ludzkość – przemoc i wojny będą istnieć. Czy ludzkość jest w stanie ograniczyć zasoby broni, a głównie broni jądrowej? Nie wierzę, bo gen dominacji i przemocy jest wpisany w nasze DNA.

Ideologizacja wojny

Wiek XX i XXI są najokrutniejszymi stuleciami – choć XXI dopiero się zaczął. Ludzkość – niestety – doszła do największych możliwości technicznych w dziedzinie uzbrojenia, czyli narzędzi do zabijania. I wykorzystuje je bezwzględnie.

Pod jakimi hasłami, w imię jakich idei wybuchają w ostatnim stuleciu wojny? Pod takimi co zawsze. Tutaj nic się nie zmieniło od tysiącleci. Agresorzy powołują się na archetypiczne przesłania, takie jak: musimy odebrać przeciwnikom nasze ziemie, musimy na nich napaść, bo jeżeli nie napadniemy, to niedługo oni napadną na nas.

Pojawiają się też hasła ideologiczne, nieco jedynie zmodyfikowane od czasów wojen religijnych, ale mające ten sam mroczny, mistyczny charakter, co obrona lub szerzenie wiary w średniowieczu. Dzisiaj najmodniejszym – z mistycznych – zawołań bojowych jest szerzenie demokracji. Ten program wypisali sobie na sztandarach ludzie Zachodu, czego skutkiem były wojny Zachodu w Indochinach, Iraku i Afganistanie.

Dla równowagi – symetrycznie lub symetrystycznie, jak głoszą wielbiciele nowych słówek – mamy islamskie grupy, a nawet państwa podnoszące zielony sztandar Proroka, w imię szerzenia swej wiary, którą chcą rzekomo zniszczyć ludzie bezbożnej Europy i USA. Owszem, Zachód się ateizuje, ale przecież nie „nawraca” muzułmanów na ateizm.

Chodzi zawsze o to samo – o podporządkowanie sobie innych krain, innych plemion, innych narodów. I nie dla jakiejkolwiek idei, jeżeli przyjmiemy, że robienie interesów, pomnażanie własnego majątku kosztem innych nie jest ideą. Choć podejrzewam, że dla większości państw dzisiejszego świata biznes jest bóstwem naczelnym. Biznes jest Baalem współczesności, największą religią, która wprowadza narody w mistyczną ekstazę. Biznes to w efekcie bogacenie się, najczęściej kosztem innych. A z kim można robić lepsze interesy niż z przeciwnikiem którego się właśnie obiło, pobiło i podbiło? Wtedy bogactwa naturalne podbitego stają się naszymi bogactwami a społeczeństwo pokonanych musi nas słuchać, gdy chodzi o politykę światową. A dodatkowo narody podbitych państw muszą kupować produkowane przez nas badziewie, a nawet naszą broń.

Zalążki II wojny światowej

I wojnę światową zakończył traktat pokojowy, podpisany w Wersalu 28 czerwca 1919 roku. Stronami były Niemcy oraz mocarstwa Entanty, państwa sprzymierzone i stowarzyszone. Dokumenty ratyfikacji złożono 10 stycznia 1920 r. w Paryżu i z tą datą wszedł w życie. W Wersalu ustalono wiele granic międzypaństwowych, dając możliwość powstania, bądź odrodzenia wielu państwom w Europie. Radość zapanowała powszechna, bo Europejczycy mieli już dość mordowania się, dość cierpień i nędzy. Jednakże w Wersalu właściwie osiągnięto nie pokój, a jedyni czasowe zawieszenie broni.

Pamiętajmy, że największym skutkiem I wojny światowej był upadek trzech cesarstw, które od kongresu wiedeńskiego niepodzielnie rządziły Europą. Austria, a potem Austro-Węgry rozsypały się cicho i bez awantur. Ale też rdzenni Austriacy stanowili nie więcej niż 16 procent ogółu ludności cesarstwa.

Cesarstwo Niemieckie, w którym na 51 mln ludności ponad 3 mln stanowili Polacy, przeistoczyło się w Republikę Weimarską w 1919 roku. Tu trzeba zauważyć, dla zrozumienia przyczyn II wojny światowej, że Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą części Pomorza, Wielkopolski, Warmii i Śląska. Oni przyzwyczaili się, że Poznań, Toruń i wiele innych miast są niemieckie. I bardzo grubą nieprawdą jest twierdzenie, że niemiecki nacjonalizm narodził się dopiero z powstaniem ruchu Hitlera. Niemiecki nacjonalizm i rewizjonizm istniały od końca I wojny światowej. A Hitlerowi udało się jedynie ten „stan niemieckiego ducha” zorganizować.

Z upadkiem Cesarstwa Rosyjskiego był największy kłopot, bo objawiło się ono w nowej postaci, skrajnie rewolucyjnej i niezwykle agresywnej. „Płomień światowej rewolucji” nie był pustym hasłem. Rosyjscy komuniści naprawdę chcieli rozniecić ogień komunizmu w całym  świecie, a na początek w Europie. I tego nowego bytu, który zaprzeczał istocie kapitalizmu świat Zachodu bał się najbardziej. Tym bardziej, że komunistyczna Rosja nie chciała o nowym światowym ładzie rozmawiać, niczego nie chciała negocjować.

Można zatem powiedzieć, że świat po skończeniu I wojny światowej stał się jeszcze bardziej niepewny niż w czasie jej trwania. Ale dla osób rozumnych było jasne, że w niedługim czasie I wojna będzie kontynuowana, bo tak naprawdę nikogo stan powojenny nie urządzał.

Pisząc „nikogo” mam na myśli wielkich graczy Europy i świata, bo małe i średniej wielkości narody były zadowolone, tak jak Polacy, którzy po 123 latach odzyskali niepodległość, jak mieszkańcy Czechosłowacji, Estończycy i Łotysze którzy po raz pierwszy mieli własne państwa. I jak wiele małych narodów Bałkanów.

I jeszcze jedna uwaga – niezadowoleni poza Rosjanami, Niemcami i Austriakami byli też Węgrzy, którzy do dzisiaj nie pojęli, że tworząc Austro-Węgry stali się imperialistami wobec wielu innych nacji.

 

O osobliwej estetyce telewizyjnej pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: W starym pudle – stare pudła

Nie oglądam codziennie TVN. Choć przyznam, że niestety nawet w rodzinie mam zwolenników tegoż medium. No, ale zerknąłem licząc nie tyle na rzetelność informacji co na zobaczenie obrazów „drugiej strony medalu”. I co ja tu widzę. Mordeczki telewizyjne w TVN się postarzały! Wszystkie te najbardziej popularne. Najlepiej jeszcze trzyma się Monika O. Może dlatego, że jest nadal w zagorzałym, permanentnym ataku. Za to ją nawet bym pochwalił, gdyby nie skandaliczne przekroczenie pewnych norm – jak to było z wywiadem z niejaką „profesor”, która w polskiej, mimo wszystko, telewizji ośmieliła się plunąć nam w twarz, że Żydzi w czasie okupacji bardziej obawiali się Polaków niż Niemców. Są granice łgarstwa!

Ale wracając do „buziek”. Oczywiście wszyscy się starzejemy. Ładne robi się brzydsze. I już puder nie pomaga. Najgorzej mają ci z naturalną skłonnością do tycia. Gęby pęcznieją i zaczyna koleś wyglądać jak z biura politycznego naszej czerwonej lub „bratniej” partii. Natomiast „ladys” przeraźliwie chudną. I takie zjawisko objawiło mi się nagle w TVN.

Manipulować, a nawet po prostu łżeć i do tego jeszcze „nietelewizyjnie” wyglądać to to już jest za dużo w jednym. Oczywiście najważniejsza jest treść przekazu. Pod dysponenta robią wszyscy dziennikarze. Choć świecą własną gębą. Ci mądrzejsi powinni pamiętać, że nie wolno przesadzać w agitacji i służalczości, bo ludzie im to zapamiętają. I potem nawet bardzo zdolny koleś się stara, a tu mu ciągle wypominają, że nie zapłacił podatku, albo kpił z prawa jeżdżąc bez prawa jazdy.

A teraz co do gęby. Ona jest w telewizji wystawiona na ostrzał. Czasem dowódcy w partiach bardzo długo nie dostrzegają, że facjata np. ich rzecznika zupełnie nie nadaje się na pokaz. No bo to jest pewna gra. Wygląd ma znaczenie. Może i drugoplanowe, ale ważne.

Wracając do TVN. Tu też wrogiem jest sztampa. Siłą rzeczy nawet dobre pomysły powtarzane jak mantra – znudzą się odbiorcy. Trzeba zmieniać, tak jak pogodynki kiecki. Buźkę się przypudruje, pomaluje. Biust można osadzić na pulpicie stołu w studio. Natomiast przekroczenie dopuszczalnej granicy szczupłej a raczej chudej sylwetki to krok ku anoreksji na ekranie. Za tłusto – źle, szkieletowato – jeszcze gorzej. Więc jak?

Naturalnie. Na starość nie ma rady, ale można robić roszady personalne. Główne telewizje mają dużo odnóży. Te programy mogą być azylem dla zasłużonych. Nie wyrzucać starych, ale odpowiednio zatrudniać.

W Polsacie brutalnie potraktowano zasłużoną panią Katarzynę Dowbor. Na pewno przyjmie ją jakaś z licznych stacji. Przebojowa i korpulentna kobieta poradzi sobie. Ale co zrobią wychudzone i smutne? To już taka dola idola. Łaska pańska… Jednak gwiazdy poprzednich pokoleń trwały dłużej. Może były z twardszego materiału, albo też mimo reżimowych stosunków potrafiły skutecznie lawirować. Przejazd przez życie to taki slalom gigant. Można przejechać, ale i wypaść z trasy lub nawet łeb rozwalić. Choć kaski teraz trochę chronią.

Tak więc TVN-nie już nie chudnij, ale i nie tyj zbytnio. Popraw się decyzyjnie-programowo. Rozsądni żyją dłużej. Hejt już przy pułapie. Żurnalisto nie idź tą drogą. Bo i tak zawsze winę za porażkę na ciebie zwalą.

 

Alternatywa MARCINA WOLSKIEGO: Wariant lotaryński, czyli tryumf mądrości i fantazji

Co byłoby, gdyby król Stanisław Leszczyński utrzymał się na tronie a Korona Polski nie przypadłaby Sasom? Co stałoby się, gdyby przez ostatnie sto lat przed zaborami chciwość przegrała z zapobiegliwością a zaprzaństwo uległo patriotyzmowi rozumianemu, jako dobro narodowe? Historyk, pisarz, publicysta Marcin Wolski zanurza nas w nurcie swojej następnej powieści. Wir alternatywny naprawdę wciąga. Bez szkody dla czytelnika, choć trochę w głowie się zakręciło. Warianty alternatywne historii nie są wcale łatwe do przeprowadzenia a narracja wymaga niesamowitej wiedzy i wielu badań naukowych. Autor przeprowadza nas z wielką swobodą przez meandry dziejów, lekko tylko zmienionych, ale skutek jest nieoczekiwany. Z czasem Wariant lotaryński robi się opowieścią przygodową a jednocześnie swobodnym narodowym totolotkiem niewypełnionych kuponów, bo przecież czytając wiemy jak było naprawdę…

Nie ma chyba lepszych opowieści niż te, których zakończenie nas zaskakuje a już zupełnie wyjątkowe są zakończenia inne niż w znanej nam historii. Można te nieoczywiste finały przeżywać na kartach powieści zwanych historiami alternatywnymi. W Polsce, poza Waldemarem Łysiakiem (rewelacyjny zbiór opowiadań Perfidia) autorami fantastyki, chyba najwięcej takich opowieści ma na swoim koncie Marcin Wolski.

To człowiek mający cechy bohaterów z kart swoich książek. Dlaczego? Bo każda z nich nawiązuje do tego, co tu i teraz. Lecz chyba tylko Wolski potrafiłby te cechy nazwać i zliczyć. Autor będąc chory na Polskę docenia innych, nie zamyka się w zakonie miłośników naszych porażek, zauważa sukcesy i próbuje je opisywać.

Owszem, niektórym producentom sześciu kryminałów rocznie i ośmiu sensacyjnych oparów absurdu także rocznie wydaje się, że wystarczy zmienić datę wybuchu jakiejś wojny, czy zmienić jej zwycięzcę a już powieść alternatywna historycznie gotowa. Pominę milczeniem nazwisko dziennikarza, który wciąż pisze bzdury o historii najnowszej i myląc odwagę z odważnikiem twierdzi, że to, co napisał zdarzyło się naprawdę, tylko czytelnik tego nie rozumie. Są też w literaturze współczesnej całkiem intersujące narracje, ale jeśli chodzi o fantazję i dbałość o szczegóły przegrywają z Autorem chociażby specyficznej serii alternatywnej – tzw. trylogii smoleńskiej. Tutaj nie wystarczyło przejrzeć roczniki gazet, czy archiwa internetowe. Trzeba autentycznie kochać historię swojego kraju, aby ją dobrze zmieniać…

Wolski konsekwentnie od lat próbuje wykrzesać z dziejów Polski wciąż więcej. Nie wystarczy, że postać jest prawdziwa. Musi jednak się prawdziwie zachowywać, tak jak opisali ją współcześni. To też cecha Wolskiego. W Wariancie lotaryńskim, poza marginalnymi epizodami, występują postacie prawdziwe, no może czasem z innymi cechami charakteru. To wymagało od Autora wielu godzin w archiwach, pomijając czas spędzony przed komputerem, aby jeszcze zweryfikować fakty. Tu dochodzi do głosu dziennikarska natura publicysty. Marcin Wolski kreśli lekko stylizowanym, lecz zrozumiałym językiem epoki przyszłość Polski. Przyszłość, której nigdy nie było, ale mogłaby być, gdyby nie zawirowania przeszłości. A wariantów zmiany tego, co na pewno się wydarzyło jest mnóstwo.

Król Stanisław Leszczyński i jego nieznane powszechnie cechy. W osi akcji kilka innych, w tym polskich, koronowanych głów i dostojników ówczesnej Europy. Inny wynik jednej z polskich wolnych elekcji, inny niż w rzeczywistości przebieg kilku kluczowych bitew. Szykujący się do rozpadu Polski zaborcy, którzy doznali porażki. Czego chcieć więcej?

Proszę Państwa, siadać i czytać Wariant lotaryński. Kto po setnej stronie odgadnie zakończenie, temu chwała.

Czekam na kolejną opowieść alternatywną Marcina Wolskiego. Tym razem prawie współczesną. Mogłaby się na przykład zaczynać przed wyborami w 2023 roku i jak zwykle skończyć dobrze. Dla Polski.

Ciekawe, czy ktoś kiedyś napisze, co stałoby się gdyby Wolski po 1989 roku został prezesem TVP na mocy ustawy, która uniemożliwiałaby odwołanie Autora Wariantu lotaryńskiego przed 2027 rokiem?

 

Marcin Wolski, Wariant lotaryński, Leszno 2023

CEZARY KRYSZTOPA: Pluszowe, acz dobrze płatne, męczeństwo

Znowu sezon na festiwale. Moje młodzieńcze, a później dorosłe, wybory muzyczne, punk, folk, szanty, mocno mnie z „muzyką estradową” poróżniły, nie wiem więc czy jestem tu odpowiednio „obiektywnym ekspertem”, ale i tak napiszę Wam to co mam napisać.

Pamiętam, kiedy jeszcze jako dziecko, oglądałem z rodzicami letnie festiwale w telewizji, ze szczególnym uwzględnieniem festiwalu w Opolu. Pamiętam atmosferę oczekiwania, jakiegoś święta. Muszę przyznać, że choć cieszyłem się radością rodziców, już wtedy te uczucia wydawały mi się dość obce i niezrozumiałe. Mijały lata, a ja odnosiłem nieodparte wrażenie, że ciągle ci sami ludzie śpiewają ciągle to samo.

W kółko

Później znów przez ileś lat ta sfera „życia kulturalnego” zupełnie dla mnie nie istniała, byłem zajęty czym innym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po latach z jakichś migawek na ten temat, dowiedziałem się, że nadal ci sami ludzie śpiewają tam nadal to samo, no może dokooptowali sobie trochę znajomych, którzy powtarzają ich schemat.

Uwierzcie mi, uznałbym to po prostu za jakieś zbiorowe dziwactwo, którego nie muszę rozumieć, ale które ma prawo sobie istnieć, gdyby nie to, że wyczyny „gwiazd” przebijają się do ogólnej przestrzeni informacyjnej, z racji ich „politycznych” aspektów. A skoro tak się domagają mojej uwagi, to czuję się usprawiedliwiony w wyrażeniu powodującego cierpnięcie pleców potwornego zażenowania jakie we mnie wywołują.

Pluszowe męczeństwo

Oto jakieś mniej lub bardziej zmęczone życiem, niech im nawet będzie – „gwiazdy” – biorą najpierw kupę kasy od „reżimowej” TVP, żeby podczas występu wygłaszać jakieś enigmatyczne manifesty polityczne, które z jednej strony mają być na tyle bełkotliwe i niezrozumiałe, żeby „może znowu za rok zaprosili i dali zarobić”, ale jednocześnie stanowiły swego rodzaju alibi na użytek bardziej radykalnych i konsekwentnych „w walce z faszyzmem” kolegów. Takie pluszowe męczeństwo za dobre pieniądze.

Z drugiej strony muszę przyznać, że żałość ogarnia mnie również na myśl o TVP. Po co stacja to sobie robi? Kiedy któregoś roku „gwiazdy się na Opole poobrażały”, wystąpiła niepowtarzalna okazja do przewietrzenia tego towarzystwa, ale nie, trzeba było iść i ucałować pierścienie. Od tamtej pory co roku TVP organizuje festiwal, z eksponowanym lubością przez „wiodące media” elementem upokorzenia, tak jakby cierpiała na jakiś syndrom sztokholmski.

 

 

WALTER ALTERMANN: Artysta odpowiedzialny Maciej Prus 1937 – 2023

Był artystą niecodziennym i nadzwyczajnym. Teatr traktował jako swoje najważniejsze życiowe wyzwanie. Ściślej mówiąc – teatr był dla Niego najważniejszy. Tworzył z niespotykaną dzisiaj powagą i odpowiedzialnością.

Najpierw studiował historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1961 skończył Wydział Aktorski w PWST w Krakowie. Następnie, w 1968 roku ukończył Wydział Reżyserii PWST W Warszawie. Na początku lat 60. XX wieku został aktorem zespołu Starego Teatru w Krakowie.

Taka droga życiowa artysty nie jest wyjątkowa, choć angaż do Starego Teatru z całą pewnością był sukcesem młodego aktora. Jednak Prus był człowiekiem poszukującym głębszych sensów w teatrze i nowych wyzwań. Dlatego też związał się z Jerzy Grotowskim i jego teatrem eksperymentalnym, czyli z Teatrem Laboratorium 13 rzędów w Opolu. Maciej Prus występował w teatrze Grotowskiego w latach 1962–1963. Zagrał w AKROPOLIS Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajny (1962) oraz w polskiej prapremierze „Tragicznych dziejów Doktora Fausta” Christophera Marlowe’a w reżyserii Jerzego Grotowskiego (1963)

Laboratorium Grotowskiego

Teatr Laboratorium poszukiwał nowych środków wyrazu. Niejako badał naturę człowieka i gry aktorskiej. Tworzono tam przedstawienia „surowe”, bez żadnych ozdobników i blichtru – aktor, niekiedy prawie nagi, stawał przed widownią i dzielił się z nią przeżyciami postaci, emocjami, walką z samym sobą. Widzowie Teatru Laboratorium mieli do czynienia niejako „z istotą” człowieczeństwa – z naszą wspólną, ludzką bezsiłą, lękami, obsesjami, dążeniem do zrozumienia samych siebie.

Teatr Laboratorium z pewnością był poważnym wyzwaniem dla każdego młodego aktora, wykształconego w szkołach teatralnych i ułożonego do grania klasycznego repertuaru, do pięknego wysławiania się, nienagannej dykcji, eleganckiego noszenia kostiumu. Grotowski jako jeden z pierwszych na świecie, zapoczątkował rewolucję teatralną, z której istnienia i znaczenia większość dzisiejszych widzów nie zdaje sobie sprawy. Stało się bowiem tak, że doświadczenia i praca Teatru Laboratorium weszły do podstawowych doświadczeń i praktyki dzisiejszego współczesnego teatru.

To doświadczenie. Wyniesione od Grotowskiego z pewnością wywarło ogromny wpływ na Macieja Prusa.

Odpowiedzialnie rozumieć wielką klasykę

Nie będę tu przedstawiał całej bogatej drogi artystycznej Macieja Prusa, bo te informacje znajdą Państwo w Internecie. Podzielę się natomiast moimi uwagami o jego teatrze, jego spektaklach, bo miałem okazję i wielką przyjemność kilkanaście z nich widzieć.

Utarło się w Polsce rozumieć Szekspira i naszą wielką romantyczną klasykę z punktu widzenia procesów społecznych, politycznych, walki o niepodległość – tak jak uczy nas szkoła średnia. Nie stawiam takiemu rozumieniu DZIADÓW czy WYZWOLENIA zarzutów, bo te treści w naszej klasyce oczywiście są.

Jednak w teatrze prowadziło to do „obrazkowego” wystawianie takich utworów. Dominowały spektakle pełne górnych uniesień, wzruszeń i narodowych emocji. Jednak dla pokolenia Macieja Prusa, i trochę od niego starszych reżyserów, było to za mało.

Pierwszym polskim reżyserem, który dostrzegł potrzebę „człowieka” w bohaterach Szekspira, w naszych dramatach romantycznych, w postaciach Wyspiańskiego również, był oczywiście Konrad Swinarski. Jego WYZWOLENIE i DZIADY były niebywałym odkryciem artystycznym. To właśnie on pierwszy, obok Jerzego Grotowskiego, dostrzegł w Romantyzmie człowieka – walczącego z niewola, ale nie tylko narodową. Bo Romantyzm to walka o wolność osobistą, walka o prawo do nieskrępowanych myśli i uczuć. Romantyzm to także cierpienie, przekleństwo losu i przeznaczenie.

Maciej Prus ze Swinarskim współpracował, obserwował metodę pracy w 1965, gdy był jego asystentem przy próbach NIE BOSKIEJ KOMEDII w Starym Teatrze w Krakowie. O swoich doświadczeniach ze spotkań z Jerzym Grotowskim i Konradem Swinarskim, Prus mówił:

„Grotowski przekonał mnie, że aktor jest w teatrze najbardziej nośnym elementem, a Swinarski w sposób najpełniejszy realizował moje wyobrażenia o człowieku w sztuce” (za: Andrzej Lis, „Trybuna” 27-28.07.1991).

Droga do własnego stylu

Debiutem reżyserskim Macieja Prusa był PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI Leona Kruczkowskiego w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie-Słupsku (1968). W sezonie 1968/1969 pełnił funkcję kierownika artystycznego tej sceny, później, do 1970 roku, pracował tutaj jako reżyser. W koszalińskim teatrze zrealizował swoje pierwsze głośne spektakle.

Po tych premierach zaliczono Prusa, obok m.in. Helmuta Kajzara i Jerzego Grzegorzewskiego, do pokolenia „młodych zdolnych”. Prus przygotował wtedy m.in. EDWARDA II Christophera Marlowe’a (1969) i JANA MACIEJA KAROLA WŚCIEKLICĘ Witkacego (1969).

„Maciej Prus z całą powagą pokazuje wieś, jaką nakreślił Witkacy i jaka przestała być literackim paradoksem” – pisał Konstanty Puzyna w swojej recenzji zatytułowanej „Wreszcie z sensem (…) Mentalność, uczucia, ambicje są tu już inteligenckie, odruchy, gest, strój, obyczaj –   jeszcze chłopskie. Intelektualny dialog zderza się więc natychmiast z akcją, postaciami i scenerią, dając nieustanny komizm, absurdalny i naturalny zarazem. Bez wygłupów, pomysłów, wyduszania śmiechu na siłę” (w: „Witkacy”, Warszawa 1999).

Na początku lat 70. Maciej Prus realizował spektakle w warszawskim Ateneum i Teatrze im. W. Bogusławskiego w Kaliszu. W Kaliszu zrealizował WYZWOLENIE Wyspiańskiego (1970) i SZEWCÓW Witkacego (1970), których powtórzył rok później w Teatrze Ateneum

Na przełomie lat 60. i 70. wyraźnie zarysował się styl inscenizacyjny reżysera – napisano na portalu CULTURE. – Prus niejednokrotnie mocno ingerował w opracowywany tekst literacki i często w sposób niebanalny go odczytywał. Próbował zachowywać równowagę pomiędzy słowem i walorami plastycznymi przedstawienia. Potrafił doskonale posługiwać się na scenie skrótem, umiejętnie montować widowisko. W tym czasie ukształtowały się również jego literackie i teatralne zainteresowania. Realizował Witkacego, do którego podchodził serio i wystawiał go z powagą i bez udziwnień. Zaczął również mierzyć się z literaturą romantyczną i Stanisławem Wyspiańskim, wystawiał klasykę skandynawską – Henrika Ibsena i Augusta Strindberga. Zainteresowanie dramatem elżbietańskim zaowocowało najpierw przygotowaniem dramatu Christophera Marlowe’a, nieco później przyszedł czas na Szekspira. Inscenizował Antoniego Czechowa. Kilkakrotnie w swojej karierze pracował także nad dramatami Bertolta Brechta. Interesował się przede wszystkim klasyką”.

O sobie Prus mówił tak: „Mnie interesuje klasyka nade wszystko i dlatego w niej siedzę. Dla mnie podstawą zawsze pozostanie dramat. I aktor. Przywiązuję szaloną wagę do możliwości aktora”. I jest faktem, że aktorzy uwielbiali go. Bo odsłaniał przed nimi możliwości, które w nich były, ale „utajone”.

W latach 1974-1976 Maciej Prus wrócił do Krakowa. Pracował w Starym Teatrze jako reżyser. W sezonie 1977/1978 był kierownikiem artystycznym i reżyserem Teatru Muzycznego w Słupsku. W latach 1980-1982 pełnił funkcję kierownika artystycznego Teatru Wybrzeże. W latach 80. był związany przede wszystkim z warszawskim Teatrem Dramatycznym i łódzkim Teatrem im. S. Jaracza,

Tak pisała o Jego DZIADACH w Teatrze Wybrzeże, wybitna znawca epoko Romantyzmu, profesor Maria Janion: „Dziady, które pokazuje nam Prus, są właściwie obrazem gorączki narodu, po prostu naród gorączkuje. Ta niesłychanie konwulsyjna gorączka rozwija się jednej nocy. I w tym sensie są to, w moim przeświadczeniu, bardzo groźne, bardzo niebezpieczne „Dziady”.

W latach 90. Maciej Prus dwukrotnie wystawiał WYZWOLENIE Wyspiańskiego – w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi (1990) i w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (1992). Świadectwem Jego zainteresowania procesami społecznymi i granic ludzkiej wolności był, zrealizowany – także w Teatrze Wybrzeże – KNIAŹ PATIOMKIN Tadeusza Micińskiego (1981). Spektakl wprost kipiał emocjami, szaleństwem i wielkimi namiętnościami. Naprawdę było to wspaniałe spotkanie z teatrem.

 Ostatni

Odszedł ostatni z reżyserów pokolenia, które rozumiało wielką klasykę. Oni – a z nich Prus najbardziej – szli w głąb dramatów, odkrywali tragedie jednostek, ich wielkie problemy. Wielka to szkoda, naprawdę niepowetowana to strata dla polskiego teatru, że nie ma już Macieja Prusa.

Dzisiaj niestety nasz teatr – w szaleństwie bycia atrakcyjnym – tworzy spektakle płoche, z założenia „atrakcyjnych dla ludu”. Ma być szybko, migotliwie i kolorowo. To przykre. Ale… być może objawią się jeszcze „późni wnukowie” Swinarskiego i Prusa, dla których teatr znowu stanie się miejscem poważnych rozmów o życiu. Miejmy nadzieję.

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Prezydent RP ćwierć wieku August Zaleski

9 czerwca 1947 r. zaprzysiężony został na urząd prezydenta RP na uchodźstwie August Zaleski. Stanowisko objął po zmarłym 6 czerwca 1947 r. w Ruthin w Wielkiej Brytanii Władysławie Raczkiewiczu, który misję głowy państwa polskiego sprawował od 30 września 1939 r.

12 listopada 2022 r. do Polski zostały sprowadzone szczątki trzech prezydentów RP na uchodźstwie: Władysława Raczkiewicza, Augusta Zaleskiego i Stanisława Ostrowskiego. Najwyższy czas, aby przypomnieć ich życiorysy i uświadomić Polakom, zwłaszcza młodemu pokoleniu, ich rolę.
Prezydenci Rzeczypospolitej na uchodźstwie – najwyższa władza RP, która funkcjonowała po 17 września 1939 r. najpierw w Rumunii, potem we Francji, a wreszcie przetrwała dekady w Wielkiej Brytanii, zachowała ciągłość II RP – prawdziwie niepodległego państwa polskiego. W przeciwieństwie do tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która była sowiecką kolonią, całkowicie zależną od Moskwy.

Dziś, niestety, Polacy znają bardziej komunistycznych kacyków – Bieruta, Gomułkę, Gierka czy Jaruzelskiego. Musimy przywrócić pamięć o prawdziwych przywódcach Polski, należących do elity Rzeczypospolitej, wygnanych z Ojczyzny tak, aby przetrwali w świadomości kolejnych pokoleń.

August Zaleski urodził się 30 września 1883 r. w Warszawie. Piłsudczyk, dyplomata, senator. Podczas II wojny światowej był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Władysława Sikorskiego. Urząd prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie objął 9 czerwca 1947 r. i pełnił go przez następne 25 lat, przez co był najdłużej urzędującą głową państwa w najnowszej historii.

Prezydentura Zaleskiego wiąże się jednak z postępującym podziałem wśród polskiej emigracji. Zaleski nie ustąpił z urzędu po zakończeniu 7-letniej kadencji i przedłużył ją na czas nieokreślony. Jego zwolennikiem był znany konserwatysta Stanisław Cat-Mackiewicz, który po gen. Tadeuszu Borze-Komorowskim objął urząd premiera. Natomiast część emigracyjnych polityków, w tym gen. Władysław Anders i gen. Bór-Komorowski, wypowiedziała posłuszeństwo Zaleskiemu, utrzymując, że swoim działaniem złamał akt zjednoczenia narodowego. Przeciwko Zaleskiemu powstał kolegialny urząd – tzw. Rada Trzech, który posiadał prerogatywy prezydenta. Pierwszymi politykami, którzy weszli w jego skład byli Władysław Anders, Tomasz Arciszewski i Edward Raczyński.

August Zaleski zmarł 7 kwietnia 1972 r. w Londynie w wieku 89 lat. Jego śmierć zakończyła rozłam w środowisku polskiej emigracji. Rok wcześniej Zaleski wyznaczył na swojego następcę Stanisława Ostrowskiego, co zostało uznane także przez opozycję. Dziś wszyscy trzej kolejni prezydenci Najjaśniejszej Rzeczypospolitej – Władysław Raczkiewicz, August Zaleski i Stanisław Ostrowski – spoczywają w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.

CEZARY KRYSZTOPA: Opozycja to schrzani, bo inaczej nie potrafi

Być może komuś się narażę, nie umiem jednak udawać, że ostatni marsz opozycji nie był sukcesem. Był. Wysoka frekwencja, która policja szacuje na 100 – 150 tysięcy osób. Były nienawistne hasła i kwalifikujące się do leczenia psychiatrycznego zachowania, ale chyba były w mniejszości. Generalnie marsz przeszedł spokojnie.

 To był sukces. Frekwencyjny (przyzwyczailiśmy się do obrazków „demonstracji” opozycji składających się z kilkunastu osób najdzikszej szurii) i organizacyjny. Tak, autokary też trzeba umieć ogarnąć, nie mówiąc o bezpieczeństwie.

Nie lekceważyć marszu

I ja nie należę do tych, którzy ten sukces lekceważą. Nie należę do tych, którzy mówią, że „marszami nie wygrywa się wyborów”. Oczywiście nie tylko marszami. Ale marsz taki jak ten może służyć (oczywiście oprócz wewnętrznych rozgrywek) mobilizacji twardego elektoratu, co w dobie pogłębiającej się polaryzacji nie jest bez znaczenia i przekonaniu elektoratu wahającego się, że „jednak warto”. Ogólnie rzecz biorąc „wlaniu nowego ducha”. I nie przeceniałbym tu braku programu, choć to oczywiście na swój sposób żałosne.

Schrzanią to

Jednak opozycja, ze szczególnym uwzględnieniem Platformy Obywatelskiej ze wszystkimi mackami, nie byłaby sobą, gdyby nie usiłowała tego schrzanić. Oni po prostu inaczej nie umieją. Sto, czy sto pięćdziesiąt tysięcy uczestników, to naprawdę dużo, jest się z czego cieszyć. Ale nie, trzeba po mediach opowiadać bajki o milionach. A najlepiej kolegom jeszcze te klechdy sprzedać, żeby głupoty wróciły ze Stanów jako „echa zza granicy”. Polacy na pewno uwierzą, bo przecież nigdy wcześniej tego numeru opozycja nie próbowała.

No właśnie, „echa zza granicy”. Przecież tym razem musi się udać. Znajomki z Czerskiej, Wiertniczej i Chobielina coś tam skrobną „w zachodniej prasie”, Polacy się zawstydzą, że „zagranico się z nas śmiejo” i się uda, przecież jeszcze tego numeru nie widzieli.

Mało?

No to jeszcze trzeba wylizać jakąś brukselską klamkę, żeby „Europa Polaków dojechała”. A co! Mało? TSUE orzeknie w kwestii, która nie obejmuje jego kompetencji. Albo to pierwszy raz? Parlament Europejski uchwali jakąś „ostrą rezolucję”, a Komisja Europejska nałoży karę na Polaków za to, że PiS obraził korniki w Puszczy Białowieskiej! No jak nie zadziała? Musi zadziałać!

I Turów jeszcze Polakom zamkną. Sami będą po ciemku siedzieć, ale zamkną. No jak to Polaków nie przekona, to co miałoby przekonać?

Kiedy zobaczyłem jeszcze w tym wszystkim 174 „sensacyjny sondaż Kantara”, już wiedziałem, że jeszcze tylko jakiś happening „Babci Kasi” i jesteśmy w domu.

Hubert Bekrycht: PRECZ Z KOMUNĄ!

34 i 31 lat temu wydarzyły się w Polsce rzeczy fundamentalne. W kolejności wybory, które, miały być wstępem do odzyskania niepodległości oraz zdrada elit układających się z komunistami wraz z  ich agenturą. Wybory 4 czerwca 1989 r. były zasłoną dymną przed upadkiem rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 r. 4 czerwca 89′ miał zapobiec realnemu upadkowi komunizmu, co próbowano zatrzymać 4 czerwa 92′. Na szczęście nieskutecznie.

O tym, że wybory 4 czerwca 1989 roku to lipa przekonałem się kilkanaście dni wcześniej. To wówczas niektórzy działacze polityczni Solidarności nie zaprotestowali, kiedy komuniści nie zarejestrowali NZS. W całym kraju rozpoczęły się strajki studenckie. Od końca maja do 3 czerwca 1989 r. strajkowaliśmy przy al. Kościuszki 65 w Łodzi.

Pudrowanie trupa

Wchodząc na strajk uważałem, że wybory 4 czerwca są ważne, wychodząc wiedziałem już, że to kit, że trzeba już tylko skreślić komuchów i ich pomocników z tzw. listy krajowej, bo te wybory to jednak była ściema. Pudrowanie komuszego trupa za zgodą części opozycji. Boleśnie się o tym przekonałem trzy lata później, 4 czerwca 1992 r. Czyja była Polska po upadku rządu premiera Olszewskiego? Komunistów i ich pomagierów. Dopiero po kilkunastu latach zaczęło się przejaśniać. No i się zaczęło.

Poduszka po upadku komuny

Opluwanie konserwatywnych rządów i ich wyborców to gra, która ma przestraszyć ludzi chcących aby Polska należała do jej obywateli – nie do rosyjskiej, czy innej obcej agentury i nie do nihilistycznych grup, dla których donosy do UE na Polskę są jedyną metodą polityczną. 4 czerwca 1989 r. rozpoczął proces hamowania rozpadu komunizmu i gloryfikacji PRL oraz jej służb siłowych. 4 czerwca 89′ doprowadził do 4 czerwca 92′, bo chciano wysadzić w powietrze marzenia Polaków o prawdziwej suwerenności. Komunistyczna bezpieka probówała zniszczyć wszystko, co symbolizowały solidarnościowe wartości.

A ty maszeruj, maszeruj…

Teraz też próbuje zniszczyć powołując się na marzenia o niepodległym kraju z 4 czerwca 89′ a milcząc o 4 czerwca 92′. Ten marsz ma bronić kraj przed legalnie wybraną władzą, konserwatywnym rządem wybranym przez wymaganą większość wyborców. To będzie marsz komunistycznych premierów z SLD (teraz w PE z list KO- PO), celebrytów mających w PRL jak w raju, sierot po PRL, którzy oprócz pieniedzy chcą władzy i pomagających im liberałów, lewicowców, lewaków a także olbrzymi zbiór – chcę w to wierzyć – zmanipulowanych osób. Na Wschodzie trwa inwazja ruskich barbarzyńców na Ukrainę. U nas trwa inwazja postkomunizmu na nasze umysły. Pod szyldem ważnej daty. Daty wykrzywionej poprzez manipulację faktów historycznych. Daty wykorzystanej cynicznie w polityce.

WALTER ALTERMANN: Tępić błędy, ale zachować szacunek dla istoty ludzkiej

 Mam kolejny kwiatek w tłumaczeniu z angielskiego na nasze. W angielskim programie „Łowcy staroci”, emitowanym przez kanał Discovery Historia, handlarze antykami oglądają jakieś apteczne urządzenia, a lektor czyta, tłumacząc wypowiedź jednego z bohaterów: To jest sprzęt farmaceutyka.

Farmaceutyk od biedy może być jakimś lekarstwem wytworzonym przez farmaceutę, ale w programie chodziło o farmaceutę… Mój Boże Drogi, czegóż to ludzie nie wiedzą. Nieskończenie wiele, jak nieskończony jest wszechświat.

Jedzie czy kieruje

Kierujący rowerem spowodował kolizję – taką informację o zdarzeniu drogowym można było usłyszeć w Polsat News, 24.05.2023 r.

Nie wiem, dlaczego dziennikarze żywcem cytują komunikaty policji? Z lenistwa, ze zmęczenia?  A wystarczyło poświęcić minutę i zamienić kierował na jechał. I byłoby po polsku. Można oczywiście kierować samochodem, traktorem pociągiem czy czołgiem, bo są to urządzenia mechaniczne, które wymagają prowadzącego, operatora – jakby tej funkcji nie ująć.

Natomiast rower jedzie – pomijam rowery elektryczne – dzięki sile ludzkich mięśni. Oczywiście, że człowiek pedałuje i kieruje, ale w sumie jedzie! Lenistwo plus zadęcie na fachowość policyjną są okropne.

Taka to specyficzna specyfika

Nowe piłki mają inną specyfikację – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. I popełnia błąd. A to dlatego, że nie odróżnia specyfiki i specyfikacji. Przyjrzyjmy się zatem znaczeniu tych dwu bliźniaczych, ale innych.

Specyfikacja – 1. dokument wystawiony przez dostawcę towarów, dołączony do przesyłki, określający jej zawartość; 2. wykaz zakupionych towarów; 3. wyszczególnienie kosztów produkcji i kosztów handlowych związanych z obrotem przedsiębiorstwa, 4. daw. wyszczególnienie jakichś elementów całości.

Specyfika – szczególny i niepowtarzalny charakter czegoś.

Oba powyższe określenia mają wspólny źródłosłów, ale trzeba uważać. Tak jak nie należy mylić widoku z widocznością.

Co polskie, co miejskie i wojewódzkie

Zrobiło się ostatnimi laty tak, że z oszczędności czasy i miejsca – w przypadku prasy drukowanej – dziennikarze informują, że mamy już polski kościół, oraz ogromną ilość formacji policyjnych, straży ogniowych i straży granicznych…

Nagminnym zwrotem w mediach jest polski kościół. Tymczasem kościół rzymskokatolicki nie ma charakteru narodowego, a wręcz przeciwnie, jest on powszechny, czyli światowy. Na dowód przytaczam credo: Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół…

A jak powinni dziennikarze informować o kościele rzymskokatolickim? Najprościej, czyli mówiąc: Kościół rzymskokatolicki w Polsce zabrał głos w sprawie… Komisja episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wydał oświadczenie…

Równie denerwujące jest informowanie, że: Policja krakowska odniosła sukces… Policja jest państwowa! I jest jedną formacją na cały kraj i jedyną w całym kraju. Tym samym sukcesy odniosły – ewentualnie – komendy wojewódzkie w Łodzi, Warszawie czy Krakowie. Można też  powiedzieć: Policjanci z Krakowa odnieśli sukces.

Podobnie jest ze strażą ogniową, strażą graniczną i innymi służbami mundurowymi. Z wyjątkiem licznych straży miejskich. Te bowiem są tworami lokalnymi i działają na terenie przydzielonego im obszaru.

Ja wiem, że tak się potocznie, w uproszczeniu mówi: krakowska policja, polski Kościół… Ale nie upraszczajmy nazbyt tego świata. Bo w końcu stanie się prostacki.

Coś odkryto

Gazeta łódźpl. informuje, że w remontowanej łódzkiej kamienicy odkryto kamienny żleb dla koni. Nie ma żadnego żlebu dla koni, jest natomiast żłób, tak jak Jezusa po urodzeniu położono w żłobie.

Owszem istnieje żleb lub źleb, ale w geologii. Jest to wklęsła forma rynnowa ukształtowania terenu górskiego. Żleby mają niewyrównane dno o profilu zbliżonym do litery V. Słowo żleb pochodzi z gwary podhalańskiej, w której wymawiane jest jako źleb lub źlib.

Może też być, że w starej kamienicy odkryto kamienne koryto, poidło dla koni. Skąd ów piszący wziął ten żleb? Z niewiedzy zapewne.

Bynajmniej

Ze zdziwieniem usłyszałem jak ważna pani minister mówi: „Z tego co ja bynajmniej wiem…” Czyli przyznaje się, że nie wie, ale uważa, iż wie. A było to 24.05.2023 r. w TVP.

Słownikowo sprawę traktując, bynajmniej ma dwa znaczenia: 1. jest partykułą wzmacniającą przeczenie zawarte w wypowiedzi, np. Nie twierdzę bynajmniej, że jest to jedyne rozwiązanie. 2. wykrzyknik będący przeczącą odpowiedzią na pytanie, np. Czy to wszystko? – Bynajmniej.

A na zakończenie sprawy, pozwólcie Państwo, że przytoczę fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego, która ma tytuł właśnie BYNAJMNIEJ.

(…) On szeptał jej:

Za kim to, choć go wcześniej nie znałem,
Przez ciasny peron się przepychałem?
Za Panią, bynajmniej za Panią.
Przez kogo płonę i zbaczam z trasy,
Czyniąc dopłatę do pierwszej klasy?
Przez Panią, bynajmniej przez Panią!

Ta pani tego pana niszczyła
Przez cztery stacje co najmniej,
Zwłaszcza złośliwie zaś wyszydziła
Użycie słowa „bynajmniej”.
A on – cóż, w końcu nie był zbyt tępy,
Cokolwiek przygasł – to fakt,
Jednak ogromne zrobił postępy,
Mówiąc jej tak:

Człowiek czasami serce otworzy.
Kto go wysłucha? Kto mu pomoże?
Nie pani, bynajmniej nie pani
I kto, nie patrząc na tę zdania składnię,
Dojrzy, co człowiek ma w sercu na dnie?
Nie pani, bynajmniej nie pani
Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste:
Myśli są trzeźwe, słowa są ostre
I ranią, cholernie mnie ranią!
I wiem, że jeśli szczęście dogonię,
W cichej przystani kiedyś się schronię,
To nie z panią, bynajmniej nie z panią!

 

Dla mojego pokolenia ta piosenka niosła dwie nauki: 1. że bynajmniej jest przeczeniem; 2. żeby szanować ludzi i nie wyszydzać ich językowych błędów.

I tej zasady się trzymam, i choć tępię błędy dla dobra wspólnego, nie szydzę jednak z błądzących zwykłych, „niepublicznych” ludzi. Gdy jednak ktoś ma odwagę zabierać głos publicznie, gdy jest dziennikarzem, pełni istotne funkcje w aparacie władzy… Wtedy dla takich osób mam bardzo, bardzo ograniczoną pobłażliwość. Bo ci „ludzie publiczni” mają być wzorem i wzorcem dla wszystkich maluczkich.