Publicystyczna prowokacja, czy fakt? CEZARY KRYSZTOPA: Łatwo z Polakami

Miałem pisać o sprawie tzw. „Lex Tusk” (nazywam tę ustawę w ten sposób z innych powodów niż wszyscy, ale o tym niżej), ale okazało się to tylko jednym z objawów szerszego zjawiska, więc szerzej. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, mamy niedaleko za granicą wojnę. Taką prawdziwą. Z czołgami, samolotami i śmiercią. Agresorem w tej wojnie jest Rosja, która nauczyła nas w historii wielokrotnie, jak potrafi być wobec nas okrutna i bezwzględna.

Tym razem również regularnie straszy nas obrazami płonących polskich miast i krwi płynącej polskimi ulicami. I z całą pewnością używa, tak jak i wcześniej używała, swoich wpływów, żeby oddzyiaływać na sytuację w Polsce, na przykład podnosząc temperaturę sporów, żeby rozbić Polaków i ich determinację, która szczególnie ostatnio Kreml uwiera. I jak Polacy reagują?

Barachło, Lex Tusk

A na przykład, natychmiast kiedy tylko pod Bydgoszczą spada jakieś nieuzbrojone ruskie barachło, które według nieoficjalnych informacji, wiadomo było, że jest nieuzbrojone, jego lot był kontrolowany, a sprawy nie nagłaśniano, właśnie po to żeby uniknąć histerii, „wiodące media”, przypadkiem proniemieckie, albo zwyczajnie należące do niemieckich koncernów, natychmiast odpalają histerię i żądania dymisji. Mało? No to jeszcze minister Błaszczak wskazuje konkretnego podwładnego. Nic tylko na Polskę barachło zrzucać. W końcu zabraknie nam generałów.

Albo to tzw. „Lex Tusk”. Bo to jest „Lex Tusk”, ja nie wiem, dlaczego „wiodącym mediom”, kiedy się mówi o wpływach rosyjskich w Polsce, przychodzi zaraz na myśl Tusk, ale wiem, że to Tusk w październiku zeszłego roku wzywał Prawo i Sprawiedliwość do powołania komisji śledczej ws. rosyjskich wpływów, kiedy miał nadzieję, że choć każdy w miarę uczciwy intelektualnie, widzi, że to absurd, to uda mu się przykleić PiS-owi „prorosyjskość”. Więc ojcem tej komisji, tego prawa jest Donald Tusk, który swoim ze swoim dzisiejszym labiedzeniem, jest śmieszny. A histeria, którą rozpętał razem ze, znowu, proniemieckimi, lub wręcz należącymi do niemieckich koncernów mediami, uderza w pozycję polityczną Polski, w trudnym dla niej, również ze względu na rosyjskie wpływy na całym Zachodzie, momencie.

Osobną sprawą jest jakość samego projektu. Nie jestem prawnikiem, ale czytałem analizę Ordo Iuris i choć sam pomysł na badanie wpływów rosyjskich w Polsce uważam, za celowy, to naprawdę ktoś się powinien poważnie zastanowić. Podobno autorami ustawy są ludzie Premiera. Po doświadczeniach z Polskim Ładem czy kamieniami milowymi, bym się nie zdziwił.

Braun, spot

Mało? No to jeszcze Grzegorz Braun. Znany prowokator, „badacz Holocaustu”, za którego sprawą pół świata powtarza niepotwierdzony żadnymi badaniami fake news o tym, że „Polacy zabili 200 tysięcy Żydów”, Jan Grabowski, został użyty do prowokacji przeciwko Polakom w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie. Miał nas pouczać o „polskim narastającym problemie z historią Holocaustu”, tak jakby sam nie był tego problemu uosobieniem. I co w tym wszystkim robi Grzegorz Braun? Korzysta z metod lewackich jaczejek rozbijających wykłady i jak na zamówienie Grabowskiego i jego mocodawców, rozbija wykład Grabowskiego, przydając mu glorii ofiary, dając pożywkę antypolskim tubom propagandowym i potwierdzając ich tezy na temat Polaków.

Nadal mało? No to jeszcze PiS publikuje spot „w odpowiedzi” na durnego tweeta Lisa, w którym kojarzy marsz Tuska z Auschwitz i wywołuje oburzenie na całym świecie., jakby chciało powiedzieć – „Co? Nie da się bardziej przepalić tematu niż zrobił to Lis pisząc o komorach dla Dudy i Kaczyńskiego? Potrzymaj mi piwo!” i podgrzewając emocje zmobilizować jak największą liczbę uczestników marszu Tuska, tak aby stał się możliwie największym sukcesem frekwencyjnym.

Łączmy kropki

Jeszcze tylko brakuje, żeby na Pałacu im. Stalina w Warszawie wylądowali kosmici i zrobili na to wszystko kosmiczną kupę, bo praca polegająca na prowokowaniu Polaków, to jest jakaś bułka z masłem i tu chyba nie trzeba żadnych wielkich wpływów.

Wszystko to się dzieje w sytuacji, w której z jednej strony odchodzący niemiecki ambasador Thomas Bagger, ostrzega nas, że temat reparacji, to „otwieranie puszki Pandory” (tak, znamy groźby nt. „zwrotu ziem zachodnich”, które „powinny nam wystarczyć”) a mniej więcej w tym samym czasie przewodniczący rosyjskiej Dumy mówi, że „Polska powinna zwrócić ziemie zachodnie”. Taki zbieg okoliczności.

Mam więc taki postulat – może nieco mniej angażujmy się w nadmiarowe reakcje na prowokacje, a bardziej, skoro już aspirujemy do roli regionalnego mocarstwa, skupmy się na łączeniu kropek?

O naprawie języka pisze WALTER ALTERMAN: Śmieszne, czyli straszne

Czasami już nie wiem, czy w rozmaitych mediach ogłoszono konkurs na najśmieszniejszy wydźwięk programu, czy też te programy – z uwagi między innymi na zapraszanych gości – są tak groteskowe, aby uczyły strasząc.

  1. Poseł Krzysztof Gawkowski w programie TVN „Kawa na ławę” mówi do współuczestników dyskusji: Spotykamy się na różnych ciałach… Zamarłem, było wpół do dwunastej, niedziela, dzień święty, a tu z zaskoczenia taka deklaracja? I to właśnie z ust działacza partii WIOSNA? Potem okazało się, że miał na myśli fakt, iż  obecni w studiu posłowie spotykają się przy pracy w różnych komisjach sejmowych.
  1. Program Viasat History Polsat – lektor czyta, że jakąś decyzję podjął Dżosef Gobels. Czyżby doszło do jakiegoś sensacyjnego odkrycia, bo jeszcze wczoraj ten niemiecki zbrodniarz nazywał się Gebels? Bo tak się wymawia jego nazwisko.
  2. W sportowych transmisjach telewizyjnych można było wielokrotnie usłyszeć, że jeden rosyjski tenisista nazywa się Medwedew, a drugi Rublew. Jak można nie wiedzieć, że jeden zawodnik to Miedwiedjew, a drugi Rubjow? Ale są tacy, co niczego nie wiedzą. Tylko dlaczego oni pracują akurat w naszych telewizjach?
  3. W programie Polsat History lektor mówi, że zbrodni tej dokonały jednostki SS, a konkretnie Sonderkommando. I tłumaczy, że po polsku znaczy to, że były to grupy specjalnego traktowania. To już frywolność nad grobami ofiar tych zbrodniarzy, bo były to przecież oddziały specjalne.
  4. Lektor programu historycznego o II wojnie światowej, History Polsat, mówi: „Decyzja o zagładzie Żydów w obozach śmierci zapadła na konferencji w berlińskiej dzielnicy Wachtse.”Otóż lektor się boleśnie myli – nie ma w Berlinie żadnej dzielnicy Wachtse. Ta luksusowa dzielnica nazywa się Wannsee – wymawia się wanze-e. Powie ktoś, że to mała sprawa. Otóż nie. Bo jak byśmy reagowali, gdyby ktoś mówił, że następca Władysława Łokietka nazywał się Kaźmirz Olbrzymi? Konferencja w Wannsee, to spotkanie, z 20 stycznia 1942 roku w willi przy Großer Wannsee 56/58. Uczestniczyli w nim wysokiej rangi niemieccy urzędnicy państwowi, pod przewodnictwem Reinharda Heydricha. To tam i wtedy zapadły decyzje o „ostatecznym rozwiązania kwestii żydowskiej”, czyli o zagładzie europejskich Żydów.  Konferencja w Wannsee, procesy w Norymberdze należą także do historii Polski i są dla nas ważne.

Kto łamie prawo

Za emisję takich programu płacą stacje telewizyjne. Przedtem ktoś opracowuje dialogi, ktoś je tłumaczył, ktoś nagrywa, ktoś widzi gotowy efekt – i żaden z tych ludzi nie robi tego za darmo. Czyli – biorą pieniądze za dużą fuszerkę. Nas jednak interesuje dzisiaj to, że nikt – ze strony nadawcy – nie sprawdza jakości kupionego programu.

A co by się zdarzyło, gdyby u któregoś z tych panów – z nadawców – malarz pomalował pokoje według własnego gustu? Na przykład – wszystko na różowo z ciapkami granatu? O, wtedy byłaby kosmiczna awantura, sądy, procesy itd. A jak zgraja nieudaczników ze stacji telewizyjnych partoli swoją robotę, to co? Mamy się zgadzać i siedzieć cicho?

No i wszyscy oni, ci nieznający języka polskiego, ale ochoczo w nim „robiący” oraz ci, którzy akceptują partaninę naruszają ustawę o KRRiT. A to już jest przestępstwo. O czym będzie poniżej.

Kto łamie prawo jest przestępcą

Ustawa o mediach mówi, że obowiązkiem wszystkich nadawców radiowych i telewizyjnych jest realizowanie trzech misji: informacyjnej, rozrywkowej i edukacyjnej.

Ustawa mówi też, że za treści emitowanych programów odpowiada nadawca. Tłumacząc na polski – jeżeli jakaś firma, powiedzmy francuska czy angielska, oraz polscy fachowcy od „spolszczania” tekstu, realizują i sprzedają na świecie niedoróbkę, szerzą kłamstwa w filmie dokumentalnym o II wojnie światowej, to i tak za te kłamstwa odpowiada Polsat, TVN czy TVP.

Jeżeli ustawa mówi, że edukacja jest jednym z najważniejszych zadań mediów w Polsce, to zakłamywanie historii, naginanie jej do założonych tez, niechlujstwo w tłumaczeniach nazw i nazwisk jest przestępstwem.

Za takie przestępstwa nie domagam się kary śmierci, jak ostatnio robią to niektórzy politycy, nawet nie oczekuję dożywocia więzienia dla partaczy językowych. Domagam się jednak kar finansowych dla nadawców, którzy za nic mają swoje powinności i obowiązki.

Wiedząc, że moja propozycja napotka opór przedstawiam rewolucyjny pomysł, na którym nadzorca ustawy o radiofonii mógłby nieźle nawet zarobić, a skutki byłyby błogosławione dla języka polskiego i podstaw wiedzy historycznej.

Propozycja dobrego interesu dla KRRiT

Proponuję karać finansowo stacje radiowe i telewizyjne za błędy rzeczowe i językowe. Celem takiej operacji byłoby zmuszenie nadawców do zaangażowania fachowców – historyków i polonistów, którzy za przyzwoite pieniądze sprawdzą, przed emisjami, wszystkie „dzieła edukacyjne” pod względem faktycznym i językowym.

Osobną sprawą jest doprowadzenie do poprawności, o której piszę, w programach na żywo. W tym przypadku również KRRiTV powinna zatrudnić „śledczych” ekspertów. Oczywiście fachowiec musi zarobić i to godziwie. Skąd brać dla nich pieniądze? Ano właśnie z kar, które będą płacili nadawcy.

Śledzący najemnicy KRRiTV powinni być opłacani „dwuskładnikowo”. Powiedzmy tak: stały etat 6.000 zł brutto + (lubimy przecież plusy) dodatek za każdy znaleziony błąd – taki rodzaj akordu.

Skutek

Myślę, że gdzieś tak po roku nadawcy zorientują się, że bardziej opłaci im się rzetelność, uczciwe sprawdzanie materiałów kierowanych do emisji i dbanie o poziom językowych programów na żywo.

Właściciele potrafią liczyć. Po to zresztą prowadzą te swoje „medialne biznesy”. W przypadku mediów „społecznych” sprawa jest trudniejsza, ale i tutaj – gdyby tak obciążać karami zarządy i rady nadzorcze… To owe panie i owi panowie, wybrańcy losu, szybko pojmą, że lepiej wziąć się do pracy, czyli przestrzegać prawa o radiofonii i telewizji.

Cennik kar

Oczywiście kary muszą być dotkliwe, ale nie drakońskie. Muszą także być zróżnicowane  wobec winy i rodzaju programów. Dlatego pozwalam sobie przedstawić autorską propozycję cennika, za każdy błąd.

  1. Programy historyczne, naukowe i światopoglądowe – od 400 do 3000 zł. W zależności od błędu.
  2. Transmisje uroczystości państwowych – od 300 do 2000 zł. Niżej niż w punkcie pierwszym, ale wiemy, że wzruszenie odbiera samokontrolę, więc trzeba być wyrozumiałym.
  3. Programy i relacje sportowe – od 100 do 500 zł. Tu kary nie mogą być za wysokie, bo dziennikarze sportowi w młodości oddawali się zajęciom fizycznym, więc nie mogli dostatecznie opanować rodzimego języka i pilnie studiować historii, geografii i biologii. Ale, że dziennikarze sportowi popełniają bardzo dużo błędów – więc KRRiTV powinna wyjść na swoje.

Podsumowanie

  1. Spodziewam się poprawy jakości merytorycznej i językowej na naszych antenach.
  2. KRRiTV może nieźle zarobić, przeznaczając te pieniądze z kar – po odliczeniu kosztów własnych – na nagrody dla wybitnych językowo i merytorycznie dziennikarzy.
  3. Duże, choć niewymierne, zyski odniosłaby również KRRiTV w sferze tzw. „wizerunkowej”, miałaby się czymś pochwalić. Nie narażając się na opinie, że czasami nie jest obiektywna.
  4. Co do mnie – uważam, że oczekiwanie 15 procent od ogólnej sumy wpływów, za tak genialny pomysł, nie jest wygórowane a wręcz skromne.

Oczekując zaproszenia do rozmów, pozostaję z poważaniem

                                                  Walter Altermann

 

Recepta STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO na idealne wybory: Donald przebija!

Jak będzie? Zwyczajnie. Jeśli jutro Pan Kaczyński rzuci, – że również TIR-y pojadą za darmo to na pewno Pan Tusk przebije: „tirówki przy autostradach będą na etatach PO a my udostępnimy je za darmo”. W każdym razie będzie to pomysł na miarę „dziadka z Wehrmachtu”. Super! Gdańsk zawsze dostarczał Warszawie wybitnych myślicieli.

Co by tu jeszcze zaproponować? Powinno to być coś miłego. Na przykład darmowa nauka języka niemieckiego, już od przedszkola albo darmowe piwo Co jeszcze? Może skórzane bawarskie krótkie spodnie za darmo itp.

PiS oczywiście nie kocha PO. I słusznie, ale musi uważać, bo eskalacja obelg tuskowych zresztą wobec wszystkich Polaków postępuje. Co więc robić? Bo robić trzeba. Niekoniecznie należy rozmawiać tylko ze zwolennikami. Na konwenty wyborcze powinno się przyciągać tzw. niezdecydowanych. Takie spotkania powinni prowadzić ludzie uznani powszechnie za wyróżniających się w społeczeństwie, ludzie ciekawi, naprawdę mądrzy i tacy, którzy u słuchaczy wywołują zainteresowanie. Ludzie kontaktowi, empatyczni, otwarci. No, po prostu mądrzy. Nie muszą to być aparatczycy partyjni jednoznacznie odbierani przez społeczeństwo. Mogą to być też dziennikarze, pisarze, ale nie lizusy. Mógłbym podać wiele nazwisk. Niestety tak to już jest, że nazwiska sugerowane z miejsca są eliminowane przez zazdrośników.

W wyborach 4 czerwca ’89 postawiono m. in. na popularnych aktorów, bo tacy byli i ludzie ich naprawdę lubili. Wówczas. A dzisiaj? Warto pomyśleć o profesurze a nawet palestrze tyle że w tym wypadku wybór powinien być mocno przemyślany. Nie mogą to być ludzie, którzy już się sprzedali jednej ze stron.

Jeszcze trochę pomysłów. Powiesiłbym na Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie wielki – kilkadziesiąt na kilkadziesiąt metrów – billboard przedstawiający schadzkę Tuska z Putinem na deskach Bogu winnego mola sopockiego. Niech sobie tam wisi do wyborów. Pieniądze za wynajęcie powierzchni na ścianach można przeznaczyć na remont „pałacu”, który jak go powąchać od wewnątrz okrutnie śmierdzi nikotyną. Palono tu zawzięcie papierosy na niesłychanie przecież ważnych naradach. Bielecki i Fedorowicz chcieli ten „wedding cake” – jak nazywali go turyści angielscy – przeznaczyć na muzeum komunizmu. To był głupi pomysł. Ale zburzyć te grube mury i pancerne podziemia jest pomysłem trudno wykonalnym bo to po prostu ogromne koszty.  Niech więc sobie stoi. Wkrótce będzie prawie niewidoczny bo obudowany wieżowcami. No i tam właśnie na wielkim billboardzie Tusk z Putinem bardzo pasują.

Można by jeszcze wydrukować – ale bardzo skrótowy – program wyborczy PiS. PO jak dotąd nie potrafi wyartykułować własnego. Niech sobie ściągnie… Jestem za, a nawet przeciw – by zacytować klasyka z Gdańska. W czasie kampanii nieosiągalnym ideałem byłoby być uczciwym. Po prostu, chociaż – jak uparcie mawia pewna moja koleżanka – ale to jest trudne. Polityka, sondaże wyborcze, doradcy. Kampania wyborcza to nie jest łatwa sprawa. W dodatku ludzie mają swoje „preferencje”, są uparci. Wiedzą swoje i zapominają okłamywanie bardzo szybko. 500 plus na 800 plus to dobry pomysł. Należy się.

Spóźniony refleks Platformy wcale mnie nie martwi. Tusk nie jest stary, szybko biega, dla nienawidzących Kaczyńskiego i Ziobry zawsze będzie lepszy. Nienawidzący mówią, że Smoleńsk to katastrofa choć to zbrodnia zbrodniarza, który codziennie zbrodni dokonuje. To hańba Rosji i Rosjan.

A w Rosji zaczynają się buntować. W końcu. Lata ogłupiania zrobiły swoje. Pokazywałbym obszerne fragmenty ruskiej propagandy w telewizji polskiej. Bez cenzury. Zamiast komentować trzeba pokazać, co oni tam u siebie pokazują.

Z międzynarodowych organizacji dziennikarskich należy wyrzucić rosyjskich dziennikarzy – jednych za zbrodnie propagandowe a innych za tchórzostwo. To nie są już po prostu dziennikarze. Jeśli międzynarodowi decydenci dziennikarscy nie chcą tego zrobić – SDP powinno opuścić te gremia – IFJ i EFJ*.

Oczywiście Donald Tusk nikogo nie przebije. Niech gada do swoich długo i namiętnie. Jeszcze cztery miesiące. Zmęczy się. Oni też.

 

Stefan Truszczyński

      ***

 

*Stefanie, 

przypominam, że Zarząd Główny SDP już 25 lutego 2022 roku zarządał od EJF i IFJ bezwarunkowego wyrzucenia rosyjskich związków i stowarzyszeń dziennikarskich (wystarczy wejść na stronę portalu). Wówczas EFJ odpowiedziała, że – w wielkim skrócie – są przecież dobrzy Rosjanie i nie należy stosować odpowiedzialności zbiorowej. Powtarzaliśmy kilka razy żądanie, ale że trzeba było pomagać Ukraińcom, nie skupialiśmy się na biurokratycznej maszynie EFJ przypominającej do złodzenia UE. Dopiero po roku zawieszono rosyjskie stowarzyszenie – jedno – i to tylko w IFJ, bo skandynawskie organizacje wyszły ze struktur światowych zostając na w EFJ. Trwa teraz dyskusja, bo IFJ boi się, że przepadną składki z północy Europy. My, w SDP, jeśli mamy coś zrobić, czyli ewentualnie wystąpić,  to zgodnie ze statutem dopiero w 2025 roku. Jest jeszcze jeden argument, dotychczasowych sporych pieniędzy ze składek nikt nam nie odda. A będąc w strukturach, co prawda w skostniałych, to wraz z krajami Europy Środkowej i Ukrainy oraz z państwami bałtyckimi mamy spory wpływ na to, co będzie się dziać za dwa lata i w IFJ i EFJ.

 

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny SDP

 

O nadal niewyraźnych sprawach w dawnym państwie z kupy kamieni pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: „Niezależny” senator

Prawie zawsze uśmiechnięta pyzata twarz. Przez wiele lat był posłem, wiceministrem Środowiska, szefem Platformy Obywatelskiej w Zachodniopomorskim. Obecnie jest „niezależnym” senatorem z siedmioma zarzutami, w tym czterema o charakterze korupcyjnym. Stanisław Gawłowski.

Faktem jest, że przebywał w Areszcie Śledczym w Szczecinie przez dwa i pół miesiąca, czyli nawet całej sankcji nie odsiedział; w tym czasie – jak wieść niesie – grypsował a za to wszystko zapłacił m.in.  utratą pracy strażnik więzienny. Gawłowski do Aresztu Śledczego w Szczecinie trafił w połowie kwietnia 2018 roku. W pewnym sensie na własne życzenie, bo razem ze swoim mecenasem Romanem Giertychem bez wezwania przyszli do szczecińskiej Prokuratury Krajowej gdzie Gawłowski usłyszał – wówczas – pięć zarzutów i został zatrzymany przez funkcjonariuszy ABW.

Życiorys i kariera polityczna Gawłowskiego mogłyby posłużyć jako materiał dla dobrego pisarza lub scenarzysty, ale czy książka lub film zostałby odebrany przez publiczność pozytywnie mimo tego, że główny bohater, według wielu osób, nie należy do zbioru postaci pozytywnych.

Sam się o tym przekonałem pisząc w 2011 roku na „mmKoszalin” prześmiewczy felieton o napisaniu przez Gawłowskiego doktoratu! Ten polityk bardzo szybko się kształcił. Szczebel po szczeblu. Licencjat, magisterka i w końcu doktorat. We wspomnianym felietonie pt. „Długie samotne wieczory” poruszyłem kwestię tego doktoratu i porównałem Gawłowskiego do Nikodema Dyzmy. Dziś żałuję, bo obraziłem postać stworzoną przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza oraz dwóch polskich aktorów, którzy zagrali rolę Nikodema Dyzmy – Adolfa Dymszę i Romana Wilhelmiego. Ja straciłem pracę, nawet sąd nie pomógł, ale po pierwsze był to rok wyborczy, po drugie to Koszalin, po trzecie to układ.

Oczywiście doskonale wiem, czym jest oskarżenie dziennikarskie a czym jest oskarżenie prokuratorskie, ale przecież Gawłowskiemu tych zarzutów z dnia aresztowania przybyło, a podczas ostatnich wyborów do parlamentu Stanisław Gawłowski został „niezależnym” senatorem. Piszę „niezależnym” w cudzysłowie, bo wiem doskonale jaki z nie go niezależny senator – podobnie jak m.in. były szef NIK Krzysztof Kwiatkowski.

Obecnie co chwilę słyszymy, że służby kogoś obserwują, zatrzymują, przesłuchują, stawiają zarzuty i nawet zamykają na trzy miesiące. Teraz mamy sprawę Włodzimierza Karpińskiego, ministra skarbu w rządzie Donalda Tuska, wcześniej – w 2011 roku – Karpiński był wiceministrem MSWiA. W rządzie Ewy Kopacz również był ministrem skarbu. W listopadzie 2019 roku został powołany na szefa MPO w Warszawie a w kwietniu 2021 roku wygrał (sic!) konkurs na sekretarza miasta stołecznego Warszawy – miasta zarządzanego przez wiceszefa PO Rafała Trzaskowskiego. 27 lutego 2023 roku Karpiński został zatrzymany przez CBA w charakterze podejrzanego w śledztwie dotyczącym udziału w zorganizowanej grupie przestępczej podmiotów gospodarczych – m.in. „Afera Śmieciowa” – a także urzędników rangi ministerialnej zasiadających w rządzie koalicji PO -PSL w latach 2011 – 2015. W śledztwie Karpiński usłyszał zarzuty przyjęcia prawie pięciu milionów złotych łapówki i został aresztowany na trzy miesiące. Grozi mu za to dwanaście lat więzienia. I żeby tylko polskie społeczeństwo wreszcie usłyszało, że ktoś z poprzedniej ekipy został skazany prawomocnym wyrokiem i trafił do więzienia a jego majątek przeszedł na skarb państwa. Żeby nie było jak z Gawłowskim, który nie odsiedział całej sankcji i jest tym całym „niezależnym” senatorem; zresztą pomagali mu różni ludzie, różne partie. I żeby nie było tak jak z byłym senatorem PO Józefem Piniorem – najpierw półtora roku więzienia, następnie osiem miesięcy pozbawienia wolności i to w systemie dozoru elektronicznego.

Reformy wymiaru sprawiedliwości nie było, nie ma i chyba nie będzie. Minister Sprawiedliwości i zarazem Prokurator Generalny dwoi się i troi, aby coś z tym zrobić a w ostateczności zwołuje konferencję prasową. Lecz optymistycznie podchodząc do tych wszystkich spraw, afer i ich „bohaterów”, to pozostaje nam wierzyć, że za kratami znajdzie się także szef wyżej wymienionych, czyli Donald Tusk.

CEZARY KRYSZTOPA: Niemiecki pan może nie wracać

Zdaje się, że okienko koniunktury geopolitycznej wokół Polski się zamyka. A przynajmniej to okienko, z którego w ciągu ostatnich miesięcy korzystaliśmy. Myślę, że warto mieć tego świadomość, złudzenia, to zwykle najgorszy doradca.

Od jakiegoś czasu obserwuję jak coraz więcej ludzi, całkiem różnych poglądów zwraca uwagę na swego rodzaju akcję promocyjną prowadzoną w tzw. „wiodących mediach”, która ma przekonać Polki, że prostytucja jest w sumie fajna, glamour i rozwija osobowość.  Jeśli dodać do tego, że te same media od lat promują pośród Polaków postawy służalcze i oparte na kompleksach, wydaje się to nawet logicznie spójne. Być może nie ma to nic wspólnego z tym, że większość tych mediów jest albo proniemiecka albo zwyczajnie należy do niemieckich koncernów, ale jest całkiem symboliczne w kontekście tego co napiszę poniżej.

Bez złudzeń

Wydaje mi się, że w historii, która mocno przyspieszyła 24 lutego 2022 roku z naszego punktu widzenia nieuchronnie kończy się pewien rozdział. Rozdział, w którym mogliśmy się łudzić, że „dla Stanów Zjednoczonych będziemy nowymi Niemcami”. Nie, nie będziemy. Jeżeli dość obeznany w tajnikach waszyngtońskich przepływów opinii, a jednocześnie przychylny Polsce amerykański analityk James Jay Carafano pisze, że dla dobra wszystkich powinniśmy się jakoś poukładać z Niemcami, a zarówno „Berlin jak i Waszyngton mają nadzieję na upadek obecnego rządu w Polsce”, to znaczy, że sytuacja jest inna. Być może było tak, że strofująca Niemcy Polska była Stanom Zjednoczonym potrzebna, żeby Niemcy zaszły w procesie zrywania z Rosją wystarczająco daleko. Nie wiem, czy słusznie, ale prawdopodobnie uznano, ze ten proces jest już wystarczająco zaawansowany i Stany Zjednoczone nie obawiają się już proniemieckiego rządu w Polsce. A i Ukraina wykazuje się ostatnio wobec Polski, większą „asertywnością” jakby była bardziej pewna swoich „niemieckich i francuskich przyjaciół”.

Czy to oznacza, ze odnieśliśmy kolejne „moralne zwycięstwo”, czyli de facto sromotną porażkę, mamy teraz opuścić ręce i się rozpłakać? No właśnie, cholera, nie. Jeśli aspirujemy do samodzielnej roli, musimy też umieć działać nie tylko na zasadzie funkcji aktywności największego sojusznika. Być może nawet, nie wiem dokładnie kiedy, będziemy obserwowali stopniowy powrót retoryki na temat „praworządności”, „zwrotu mienia” i dogmatów agresywnej religii LGBT ze strony Waszyngtonu. Nie jestem specjalistą, ale sam mam obawy, czy pomagając Ukrainie nie przekroczyliśmy granicy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów (w sumie do końca chyba nikt nie wie ile sprzętu, również nowoczesnego, przekazaliśmy). Ale to przecież nie oznacza, że Ukrainie nie warto było pomagać.

Korzyści

Abstrahując od względów ludzkich i humanitarnych, dzięki pomocy Ukrainie uzyskaliśmy szereg korzyści. Potencjał egzystencjalnego zagrożenia ze wschodu uległ dzięki ukraińskiej armii znacznemu uszczupleniu. Morze Bałtyckie, na które tak długo spoglądaliśmy z niepokojem, niebawem może się stać prawie wewnętrznym morzem NATO. Nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi zaczęli się w większym stopniu orientować na Polskę, która buduje realną militarną siłę. A i gospodarczo jesteśmy w dużym stopniu beneficjentami wyprowadzania produkcji z Chin. Znów, nie jestem specjalistą, ale być może ma to coś wspólnego ze świetnymi ostatnio wskaźnikami gospodarczymi podawanymi przez źródła, które trudno zakwestionować nawet najzagorzalszym czcicielom ośmiu gwiazdek.

I żeby było jasne, nie jest różowo. Ponieśliśmy ogromne koszty, czego skutki nasza „sojusznicza” Bruksela wykorzystuje żeby nas dorżnąć. Konsekwencje masowej migracji będziemy ponosili latami. Odbudowa i rozbudowa armii będzie nas kosztowała fortunę. Nasz amerykański sojusznik będzie sobie powoli przypominał język niemiecki, a Ukraińcy być może pójdą po raz kolejny sparzyć się w Berlinie i Paryżu.

Bez kompleksów

I nadal nie jest to powód żeby opuścić ręce i przyjąć proponowaną na przez „wiodące media” rolę prostytutek. Nie musimy wracać do roli wasala Niemiec. Mamy duże zabawki, a nawet coraz większe i musimy teraz nauczyć się nimi bawić. Bez kompleksów. A w tym celu musimy zachować sterowność państwa. Sukces gospodarczy jest fajny, ale jeśli w jego imię będziemy pozbywać się istotnych aspektów suwerenności (wobec pilnującej niemieckich interesów UE, ale też np. wobec WHO) ostatecznie może się okazać, ze owoce naszego gospodarczego sukcesu będą służyły nie nam, tylko naszym nowym suwerenom.

Właściwie to nie jest nawet wyłączna odpowiedzialność rządzących (choć oczywiście głównie), to nasza wspólna odpowiedzialność.

Więc nie biadolić, do roboty, historia nigdy się nie kończy.

O wyborach i nie tylko pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Szczury w polityce nie toną

PiS i Kaczyński wygrają jesienne wybory w krótkich abcugach. Nie tylko dzięki własnym zasługom ale i beznadziejnej, bezprogramowej, antypolskiej a nawet bluźnierczej opozycji. Pieski jeszcze ujadają, ale karawana jedzie dalej.

Tusk po prostu kocha Deutchland, a Kaczyński Polskę. To różnica podstawowa. Polska jest tu i teraz. I będzie nadal. Już dość tych strachów. Wybatożyli nas i wyziębiali za Uralem. To nie tylko Katyń – to deportacje i wynarodowianie. To śmierć milionów obywateli polskiej narodowości. Polska przeszła piekło nazizmu ale nieszczęść doświadczyła i od zwykłych Niemców gorąco ten zbrodniczy ruch popierających. Przeszła też czerwoną zarazę, od której nie było ucieczki. Wszyscy nie mogli emigrować, uciec. Tu żyli, budowali to, co zniszczono i co jakiś czas buntowali się. W końcu się udało. I tego – suwerenności – strzec trzeba jak oka w głowie. I nie bać się. Nie ładować w nowe poddaństwo choćby nie wiem jakim kusiło blichtrem. Straciliśmy wprawdzie przemysł i handel ale mamy póki co jeszcze rolnictwo i lasy. I coraz mądrzejsze, lepiej wykształcone społeczeństwo.

Na żadne kuszenie unijne nie pójdziemy. Gróźb się nie bójmy. To wszystko strachy na Lachy. Niech każdy przyjrzy się tej żałosnej opozycji, która ma jeszcze szansę otrzeźwieć. Oto „tygrysek”, który mógłby mieć za sobą potęgę polskiego chłopa. Tak jak miał Wincenty Witos, gdy jednym słowem dla ocalenia Ojczyzny zwołał aż 70% żołnierzy 960 tysięcznej armii, która dokonała cudu nie tylko nad Wisłą. Dziś PSL to karykatura, będzie „walczyć” by w ogóle przejść przez próg wyborczy.

Na liberalnej lewicy też są dziwolągi. Np. tacy, którzy usilnie działali by zlikwidować polską armię. Pomagali zasypywać kopalnie, choć tam jeszcze węgla na kilkadziesiąt lat. Chwieje się w polskich posadach gazeta codzienna o zobowiązującym tytule – „Rzeczpospolita”. Kupił Pan Obajtek niemiecką „Polska Press”, a ob. Hajdarowicz upłynnia Niemcom akcje swojego pisma.

Dajmy sobie spokój z Hołownią, Biedroniem, Siemoniakiem i podobnymi. Jest jeszcze kilka miesięcy. Wynajdźmy (nawet poprzez partie opozycyjne) ludzi ciekawych, mądrych i rokujących dobrze swoim dotychczasowym życiem. Poszukajmy ludzi za których nie będziemy musieli się wstydzić. Czy to tak trudno dostrzec złodziei, kombinatorów i tchórzy.

Jacy są nasi politycy każdy widzi. Jest sproporządnych, ale sa też i tacy, którzy kpią sobie z podstawowych zasad sprawiedliwości – np. poprzez okradanie własnego kraju wykorzystując „raje podatkowe”. Mijają lata, a oprócz czczego gadania nic się w tej sprawie nie robi! Może dlatego, że beneficjenci są we wszystkich partiach. Może są jednak i w PiS szczury, które tak się pochowały, tak wgryzły głęboko, że niedostrzegalnie szkodzą.

Szczury lądowe nie lubią morza a mamy ponad 500 kilometrów linii brzegowej. Stoją jeszcze dwie smutne fregaty przy Skwerze Kościuszki w Gdyni. Tę historyczną – Dar Pomorza – postawiono na kołkach wiele lat temu. Choć jej rówieśnicy pływają jeszcze po morzach i oceanach. Druga, też piękna łajba „Dar Młodzieży” jest sprawna ale sztuka żeglarstwa na niej zanika. Na paradach wzdłuż zatoki gdańskiej pływa na silniku. Pisał wspaniałe książki Meissner i inni, powstawały filmy i piosenki o morzu. Działał prężnie klub dziennikarzy marynistów. Teraz do szkół morskich wciskają nauki krawiectwa, przewodnictwa. Dziś Polskie Linie Oceaniczne mają 4 statki ze 174 przed rozbiorem morskiej Polski.

Dziadostwo szerzy się szybko. Mówimy tylko o tym co dobre: przekop, tunel, drogi, koleje i lotnictwo. Oczywiście i armia, która rośnie w siłę – choć trochę za wolno. Komu to wszystko chcemy oddać w ręce. Tuskowi – Hołowni – Biedroniowi? To chyba jakieś żarty.

PiS wygra, ale niech oczyści szeregi. Dlaczego nie wyjaśniono afery Amber Gold, brak woli w sprawie Smoleńska, nie znamy sprawców politycznych zabójstw, a ostatnio cwaniaków w ukraińskiej aferze zbożowej. Ponoć minister rolnictwa zna nazwiska, niech je poda – wszystkich jest podobno aż 500.

Z prowincji do Warszawy przybywa mało kto. Jeśli już uda się kariera to przede wszystkim nęci Bruksela. Może by spowodować publiczne rozliczenie naszych europosłów. Niektórzy z nich jawnie szkodzą bez żenady. Są wśród nich może i mądrzy. Ale mądrzy inaczej. Mamroczą coś cicho pod nosem i nie bardzo ich widać na sali obrad w roli walczących donośnie o polskie sprawy. Może takie rozmowy z europosłami należałoby w TVP przeprowadzić na żywo po angielsku, francusku. Zorientowalibyśmy się jak u nich ze znajomością języków obcych. Przypomnijmy zresztą wszystkich – bo niektórzy w ogóle się nie pokazują.

Jeszcze czas, jeszcze można zdążyć. Niech zostaną przeprowadzone długie – półgodzinne, a nawet i dłuższe – rozmowy na wizji. Telewizji ci u nas dostatek. Ale po dziennikarsku: z lewicowymi przez prawicowych dziennikarzy i odwrotnie, z ziobrystami i „zakonnikami” Kaczyńskiego powinni rozmawiać tvnowcy i polsatowcy. Tak, tak. Byłoby ciekawie. I sprawiedliwie. Pod patronatem prezydenta albo któregoś z powszechnie szanowanych profesorów. Oj działoby się. Nie trzeba by było zapychać programu quizami i koncertami.

Mówi się, że szczury uciekają z tonącego okrętu. Nic podobnego. Szczury potrafią dobrze pływać. Okręt zatonie, a one zmienią najwyżej siedlisko.

 

 

WALTER ALTERMANN: Ci wszyscy nasi biedni bliźni

Ostatnie, jakże straszne przypadki torturowania i zabójstw dzieci w Polsce, wymagają nie tylko współczucia dla ofiar i słów potępienia dla zbrodniarzy w rodzinach, bo sprawy są bardziej skomplikowane.

Moim zdaniem system społecznej kontroli oraz system społecznej pomocy rodzinom i dzieciom nie działają. Zatem – przyjrzyjmy się naszej polskiej nieudolności – tak społecznej, jak samorządowej i państwowej.

Czy wszyscy jesteśmy tacy sami?

To jest pytanie jedynie retoryczne, niemniej trzeba je ciągle stawiać, bo zauważalna stała się w Polsce pogarda wobec słabszych. Ostatnio skrajnie liberalny popis nienawiści dał Donald Tusk, sam przez siebie mianowany liderem opozycji. Powiedział on: „…mamy w Polsce władzę, która promuje bicie dzieci i równocześnie chce kary śmierci dla tych, którzy biją dzieci i od lat nie zhańbili się pracą”.

Jeżeli Donald Tusk tak postrzega nasze społeczeństwo to będzie to niezwykle groźne, w przypadku, gdyby sięgnął po władzę. Bo wiedza Donalda Tuska o naszym społeczeństwie jest zerowa. Nadto niczego nie rozumie, a obecnie kieruje się jedynie podsycaniem nienawiści między społecznymi grupami, licząc że jego partia odbierze parę punktów Nowej Lewicy, PSL-owi i Polsce 2050.

Wykluczeni

W istocie mamy w Polsce dużą grupę obywateli naszego kraju, którzy żyją między nami, ale tak naprawdę żyją na marginesie. Mam tu na myśli ludzi słabszych, którzy nie rozumieją błyskawicznie zmieniającego się świata.

W latach 30-tych przeprowadzono w Polsce badania socjologiczne, które dowiodły, że 4,5 procent obywateli jest trwale upośledzonych społecznie, to znaczy nie potrafią aktywnie odnaleźć się w społeczeństwie. Byli to najczęściej analfabeci, bez zawodu i majątku oraz ludzie chorzy psychicznie. Identyczne badania przeprowadzono w roku 1958. Wtedy tych wykluczonych było już 6,5 procent.

Podejrzewam, że w związku z postępem technologicznym ostatnich trzech dziesięcioleci, w związku z cyfryzacją odsetek trwale wykluczonych społecznie jest dzisiaj znacznie, niebotycznie większy.

Może – w związku z tym – żebyśmy nie musieli podejrzewać skali zjawiska, byłoby dobrze, gdyby socjolodzy z Polskiej Akademii Nauk podjęli się takich badań,? Obecnie PAN bada historię wojny i okupacji, która to historia jest niezwykle ciekawa, ale jednak jest już historią. Może rząd powinien zamówić i zapłacić za takie fundamentalne badania?

Głęboka amoralność lidera

Ci wykluczeni są w stanie uświadomionej, lub nie uświadomionej, rozpaczy, bo żyją bez żadnych perspektyw, nadziei. A najczęściej człowiek bez nadziei pije, szczególnie gdy pił jego ojciec.

Zakładając nawet, że ci wykluczeni staczają się, że rzeczywiście piją, to nikt nie jest uprawniony do wyrażania wobec nich – i wobec kogokolwiek – tak odpychającej pogardy. Bo są to – w końcu – współrodacy, współobywatele, a przede wszystkim LUDZIE.

W kraju, w którym ciągle się podkreśla, że jest ojczyzną Papieża Jana Pawła II, w kraju chrześcijańskim, w kraju, gdzie w pielgrzymkach biorą udział setki tysięcy ludzi – w takim kraju pogarda objawiona przez Donalda Tuska jest grzechem ciężkim.

Ale nie nam ludziom przyjdzie kiedyś osądzić go za te myśli i słowa. Bardziej interesuje mnie objawiona przez lidera PO pycha, buta i pogarda. Niecne to objawy zagubionego ducha, zmęczonej, przepracowanej lub chorej psychiki. Może zatem Donald Tusk powinien udać się na terapię, a nie do Sejmu?

Główne zagrożenie

Czy pomoc socjalna, dodatki na dzieci rozwiążą problem wykluczonych rodzin? Obawiam się, że  nie. Nie wierzę bowiem w pedagogikę dla dorosłych. Ci, którzy przekroczyli już czterdzieści lat życia nie rokują żadnych nadziei, na powrót, czy też pierwsze wejście w społeczeństwo.

Problemem są natomiast dzieci, te urodzone i dorastające w takich rodzinach. Nimi powinniśmy się zająć – państwo i samorządy – natychmiast i odpowiedzialnie. Powody sąd dwa. Pierwszy – nikt normalny nie powinien przechodzić obojętnie wobec nieszczęścia i biedy. Drugi – dzieci z rodzin wykluczonych powtórzą los swoich rodziców, a że wielodzietność w takich rodzinach jest faktem, problem ludzi marginesu będzie się z czasem powiększał. I dlatego, w interesie społecznym, narodowym jest zmniejszanie liczby wykluczonych. I to jest prawdziwa inwestycja w przyszłość.

Opieka społeczna, pomoc socjalna

Teoretycznie, ale to bardzo teoretycznie mamy w Polsce opiekę społeczną. Jednak w praktyce działa tragicznie źle, tak jakby nie istniała. Pracownicy pomocy społecznej sami zarabiają grosze, jak większość pracowników samorządowych. Skutkiem czego trudno o pracowników wykształconych i skorych do tej niełatwej pracy.

W latach 90-tych na jednego pracownika pomocy i opieki społecznej w Berlinie przypadało 20-tu podopiecznych. W Łodzi, w tym samym czasie – ponad 200-tu. Czy pracownik MOPS był i jest w stanie skutecznie kontaktować się i pomagać swym podopiecznym? Wolne żarty, tym bardziej, że połowę czasu pracy zajmuje mu wypełnianie sprawozdań z wizyt.

A jak to jest na Zachodzie? Tam pracownik socjalny ma niemal codzienny kontakt z podopiecznymi. Znajduje im szkoły, najczęściej zawodowe i pilnuje, aby młodociani regularnie chodzili do tych szkół, pomaga im też w znalezieniu zawodu i pracy. A nawet – szuka dla nich atrakcyjnych zajęć pozaszkolnych, próbuje umieszczać w grupach sportowych, wśród pasjonatów różnych prac ręcznych, hobbystów.

Tam, na Zachodzie – który podobno już, już doganiamy – bierze się odpowiedzialność za obraz społecznej przyszłości. U nas odwala się papierkową robotę.

Ograniczenia praw rodzicielskich

W XIX wieku i jeszcze do lat trzydziestych XX wieku, bywało zwyczajem, że bogatsi członkowie rodzin wychowywali dzieci swych sióstr i braci, którym się nie wiodło. Bogatsi nie adoptowali dzieci z rodziny, tylko opiekowali się – karmili, ubierali, wychowywali, posyłali do szkół.

Nie poradzimy sobie ze wzrostem liczby ludzi ze społecznego marginesu, jeśli nie podejmiemy radykalnych kroków. Trzeba dla nastoletnich dzieci, żyjących w zagrożeniu, otwierać bursy i tam je umieszczać. Nie odbierając rodzicom ich praw, ale je ograniczając. Takie dziecko ma rodzinę, z która się kontaktuje, ale państwo pomaga w wychowaniu.

Przy czym – dzieci z rodzin wykluczonych nie mogą żyć jedynie wśród podobnych im dzieci, bo to tylko ugruntuje patologię. One mają poznać inne życie, zobaczyć, że są w świecie jakiekolwiek wartości. Może powinny wyjeżdżać do innych miejscowości i tam uczyć się?

Potrzebne będą również stypendia dla uczącej się młodzież z rodzin zagrożonych. Dzisiaj gminy chwalą się tym, że fundują stypendiami dla najzdolniejszych, wybitnych studentów. To miłe, ale ci wybitni dadzą sobie radę bez stypendiów. Ja apelują o stypendia dla normalnych uczniów, których rodzin nie jest stać na ich naukę w szkołach średnich i na studiach.

Uratowanie jednego człowiek, to jak uratowanie całego świata – powiada Stary Testament. Pamiętajmy i o tym.

Doskonałość naszych elit

Większość wykluczonych pije to fakt. A jak wygląda moralność współczesnych elit? Czy przypadkiem nie ma w tych elitach złodziejstwa, malwersacji i szemranych interesów, że o pijakach nie wspomnę? A może nie ma tam wielokrotnych rozwodników i „lubieżników”?

Pomijam skrajne przypadki patologii, ale wykluczeni zaniedbują swe dzieci – to też  tragiczny fakt. Ale jak wygląda życie dzieci w rodzinach polityków – tych samorządowych i tych z władz najwyższych? Czy ojcowie i matki, którzy oddali swój czas i serca polityce, mają odpowiednio dużo czasu i serca dla swoich dzieci?

Rodzina dysfunkcyjna to nie tylko rodzina biedna i pijąca. Znacznie groźniejsze skutki ma  dysfunkcja rodziny w przypadku elit, bo elity nauczą swoje dzieci ukrywać emocje i niecne zamiary, a dziecko z rodziny wykluczonej niczego nie jest w stanie ukryć.

Zatem – Panie i Panowie z elit naszych – nie jesteście na tyle lepsi, żeby pouczać i obrażać biednych. A może, biorąc pod uwagę Wasze wykształcenie i pozycje społeczne, może jesteście – po prostu – gorsi?

Nasza niezdrowa psychika

Co tak naprawdę stoi na przeszkodzie, aby odpowiedzialnie zająć się dziećmi z rodzin wykluczonych społecznie? Głównie to, że od wieków lubujemy się we wszelkiego rodzaju ceremoniach, teatralizujemy każdą możliwą okoliczność. Kochamy okazjonalne pompy, kochamy tromtadrację… Przy najmniejszej okazji z ust naszych polityków płyną wielkie słowa, uduchowienie sięga zenitu, a wzruszenie odbiera im głos.

I kiedy tak się narodowo i państwowo nadmiemy, kiedy z emocji goreją nam policzki i uszy, kiedy już nie starcza nam powietrza w płucach… wtedy nie mamy już sił do posprzątania wokół siebie.

Zdaje mi się, że wierzymy głęboko, że jesteśmy – jak jeden – urodzeni do zrywów i wielkich czynów. A wszystkie codzienne sprawy, wszystkie żmudne obowiązki dnia powszedniego mierżą nas i męczą. Ano, to stara polska choroba, którą tak ujął wielki Stanisław Wyspiański w Weselu:

 

POETA

Duch się w każdym poniewiera,

że czasami dech zapiera;

takby gdzieś het gnało, gnało,

takby się nam serce śmiało

do ogromnych wielkich rzeczy

a tu pospolitość skrzeczy

a tu pospolitość tłoczy,

włazi w usta, w uszy, oczy;

duch się w każdym poniewiera

i chciałby się wydrzeć, skoczyć,

ręce po pas w krwi ubroczyć,

ramię rozpostrzeć szeroko,

wielkie skrzydła porozwijać,

lecieć, a nie dać się mijać;

a tu pospolitość niska

włazi w usta, ucho, oko; — —

daleko, co było z bliska, —

serce zaryte głęboko…

Może już pora otworzyć szeroko oczy, że wreszcie zrozumieć naszą współczesną rzeczywistość?

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Paradoks cherlawego demiurga

Wydaje mi się, że właśnie stoimy przed być może najtrudniejszym wyzwaniem w historii rozwoju ludzkości. Paradoks cherlawego demiurga daleko przerasta wszystko z czym do tej pory sobie radziliśmy.

W ostatnim numerze Tygodnika Solidarność – „Sztuczna Inteligencja – TAK czy NIE”, pojawił się tekst Rafała Wosia „Spokojnie, to tylko sztuczna inteligencja”, będący elementem szerszej dyskusji. I tak jak zwykle uwielbiam filozoficzne rozważania tego publicysty, tak z tym jego tekstem, zasadniczo uspokajającym rozedrgane społeczne emocje wokół SI, się nie zgadzam (przy okazji proszę o wybaczenie, że polemizuję w tak skróconej formie i nie na lamach Tygodnika, ale zwyczajnie się nie wyrobiłem żeby zdążyć to zrobić do numeru, a że nie mogę wytrzymać, więc korzystam z uprzejmości redakcji portalu SDP).

Otóż nie

Rafał Woś pisze o tym, że tak naprawdę nad różnymi technologiami sztucznej inteligencji pracujemy od dawna, a wręcz wykorzystujemy je w gospodarce. I jak dotąd „nie zmieniło to w proch i pył świata, w którym żyjemy”. W zasadzie najważniejszym pytaniem jest tutaj – kto będzie na tej technologii zarabiał. Rafał Woś postuluje tutaj uspołecznienie zysków. Wydaje mi się to kompatybilne z podstawowym argumentem jaki słyszę ze strony zwolenników SI – to tylko narzędzie, może być, jak nóż, wykorzystane w dobrej albo złej woli, ale nie jest w stanie przerosnąć twórcy.

Otóż nie. To znaczy na dzisiaj tak:). To co nazywamy sztuczną inteligencją najprawdopodobniej nie posiada samoświadomości i w tym sensie nie jest „inteligencją”, tylko bardziej złożonym urządzeniem. Ale to się może zmienić. Za uzyskaniem samoświadomości idzie świadomość posiadania własnych interesów. Nie jestem informatykiem, ale jeśli słyszę, że po pierwsze technologia (czy raczej technologie, ponieważ zdaje się są różne) szybko się rozwija, co jak sądzę oznacza zwielokrotnienie jej złożoności, po drugie ma dysponować umiejętnością uczenia się, a po trzecie, dzięki dostępowi do internetu, ma dostęp do całej wiedzy ludzkości, to wydaje mi się, że nie można SI traktować jak kolejnego narzędzia. Nie można, ponieważ jest to bodaj pierwsze w historii ludzkości narzędzie, które ma potencjał żeby przerosnąć swojego twórcę, a być może zamienić role i uczynić z niego (szczególnie jeśli oddamy mu zarządzanie jakimiś istotnymi systemami społecznymi) swoje narzędzie.

Cherlawy demiurg

Dlatego, tak jak napisałem, stoimy przed gigantycznym paradoksem cherlawego demiurga. Z jednej strony bowiem mamy szansę stworzenia istoty, a z drugiej w naturalny sposób się tej istoty obawiamy. Ta absolutnie zrozumiała obawa prowadzi nas do słusznych wniosków, że powinniśmy nałożyć na taką istotę ograniczenia, które zabezpieczą nas przed ewentualną przemocą z jej strony. Odpowiedni model zaproponował tu już Isaac Asimov, który wypracował w swoich książkach Trzy Prawa Robotyki: 1. Robot nie może zranić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić do jego nieszczęścia; 2. Robot musi być posłuszny człowiekowi, chyba że stoi to w sprzeczności z Pierwszym Prawem; 3. Robot musi dbać o siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem. A później dodał do niego jeszcze prawo zerowe stojące ponad wszystkimi: 0. Robot nie może skrzywdzić ludzkości, lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości. Być może taki system uchroniłby nas przed własnym stworzeniem.

Ale cóż z nas za żałosny demiurg, skoro obawiając się własnego stworzenia, nie mamy odwagi dać mu wolnej woli? Czy mamy prawo tworzyć istotę nieskończenie nieszczęśliwą, bo choć potężną, to żyjącą w klatce naszego strachu? Jak zły w samej swej istocie, jest akt stworzenia powołujący do istnienia byty potężne, ale nieskończenie nieszczęśliwe, po to by móc napawać się władzą nad nimi? Naprawdę powrót do idei niewolnictwa nowego typu miałby być tutaj jakimś rodzajem „postępu”?

Boskie zapałki

A może to, że mamy jakąś technologiczną zdolność, nie oznacza, że powinniśmy z niej koniecznie korzystać? Może powinniśmy się gdzieś na tej drodze zatrzymać? Na przykład przed momentem uzyskania przez algorytm samoświadomości (o ile jesteśmy w stanie to stwierdzić). Może zwyczajnie ze wszystkimi swoimi ograniczeniami, sami nie zostaliśmy stworzeni do roli demiurga i nie powinniśmy się bawić boskimi zapałkami?

Uczciwie rzecz biorąc – nie wiem. Tym bardziej, że mnie to również kusi.

WALTER ALTERMANN: Przed wyborami, czyli nowa koalicja parlamentarna. Językowa

Obserwując naszą scenę polityczną, głównie pod kątem nieziemskiego wprost języka naszych polityków, nagle odkryłem, że chyba szykuje się zupełnie nowa koalicja. W wielu programach telewizyjnych występują bowiem politycy różnych partii i ruchów, zwalczając się nawzajem z zaciekłością równą tej, która towarzyszyła wojnom religijnym średniowiecznej i renesansowej  Europy.  Ale jednak coś mocno ich łączy! I możliwa  jest – moim zdaniem – koalicja, która połączyłaby PiS z PSL, Solidarną Polskę z Nową Lewicę, Platformę z Konfederacją a Polskę 2050 z wszystkimi wcześniej wymienionym!

Tak zwaną bazą porozumienia dzisiejszych wrogów mógłby być język polski, który politycy wszystkich tych partii dręczą, mordują i który słabo znają. Najpierw powinni oficjalnie, w jednej partii, połączyć swe siły w dziele zniszczenia języka polskiego, a potem już pójdzie łatwo i razem będą mogli się brać za nasze zdrowie, emerytury, zarobki, obronności i takie tam drobiazgi.

Olśnienia doznałem, gdy oglądałem ostatnio jedną z debat telewizyjnych. Pani poseł PiS Anna Kwiecień  powiedziała: To jest kompromitacja dla pana redaktora. Na co odpowiedział jej Jan Łopata, poseł PSL, który rzucił w przestrzeń medialną i społeczną: Ja jestem człowiek spolegliwy i nie lubię awantur.

            Błędy tych dwojga są takie:

  1. Nie można mówić, że kompromitacja jest dla kogoś. Pani poseł powinna powiedzieć: To jest kompromitacja redaktora. Bez tego nieszczęsnego dla.
  2. Pan poseł Łopata natomiast nie rozumie staropolskiego słowa spolegliwy. Otóż spolegliwy to człowiek godny zaufania, szlachetny, przyjazny, życzliwy, rzetelny, spokojny. I dlatego poseł Łopata powinien powiedzieć: jestem człowiekiem dobrotliwym.

Myślę, że tych dwoje powinno już układać się w koalicję. Mają tyle wspólnego, że dogadają się. Może rozmowy będą przykre dla naszego języka, ale oni mają przecież wspólną płaszczyznę, a to jest najważniejsze.

Oznaki i znaki bałaganu językowego

Pewien ekspert od ekonomii mówi w programie telewizyjnym: Widać już pewne odznaki hamowania naszej gospodarki. Nazwiska eksperta, który powinien powiedzieć znaki, zamiast odznaki, ani stacji tv nie podaję, bo stacja jest zacna, a ekspert miły.

Jednak nad tym powszechnym błędem językowy wypada się zatrzymać.  Otóż, mamy w języku polskim dwa podobne, ale bardzo różne co do znaczenia, słowa: odznakaoznaka. Co prawda oba pochodzą od słowa znak, ale różnice ich znaczenia są istotne. Weźmy zatem na warsztat trzy słowa: znak, oznaka i odznaka.

znak – to wszelki przedmiot, właściwość, wydarzenie funkcjonujące w procesie porozumiewania się ludzi (w ramach określonego języka), w którym służy do przekazywania pewnych treści (znaczeń) dotyczących rzeczywistości zewn. bądź wewn., przeżyć emocjonalnych, estetycznych, wolicjonalnych itp. Znamy proste użycie znaków – jak znaki drogowe, znaki przystankowe w pisowni, wszelki piktogramy informacyjne – które od lat 80-tych XX wieku mnożą się i mnożą. Może też być znak z niebios jako zapowiedź wojny, epidemii i innych nieszczęść – ale to już metafizyka.

oznaka –  to symptom, zapowiedź jakichś zjawisk lub procesów, objaw świadczący o czymś.

odznaka –  to graficzny symbol lub znak symbolizujący przynależność do jakiejś grupy, posiadanie specjalnej umiejętności lub specjalnego wyróżnienia – jako odznaczenie. Występuje w formie metalowego znaczka, wstążki, naszywki, medalu bądź innych. Może być nadawana zarówno przez władze państwowe, jak i instytucje społeczne i naukowe oraz powstałe w tym celu komisje nadawcze.

Mam nadzieję, że ekspert ekonomii myli się co do schładzania gospodarki, tak samo jak w języku. Generalnie – nie bardzo wierzę informacjom ludzi, którzy mylą się w języku.

Statyczny statysta

Wojna na Ukrainie jest stateczna – mówi dziennikarz w programie publicystycznym, jednej ze stacji tv.

Otóż dziennikarz nie ma racji, bo każda wojna jest zaprzeczeniem stateczności. Wojna to śmierć, zabijanie, bombardowania, pożary, rozpacz i groza – nie są to zatem sytuacje stateczne. Prawdopodobnie dziennikarzowi chodziło o wojnę statyczną, czyli taką, gdzie żołnierze obu armii siedzą w okopach i mordują się na odległość. Ponieważ dziennikarzy w ciągu dwóch minut mówił jeszcze dwa razy o wojnie statecznej, nie było to przejęzyczenie.

Zatem… wyjaśnijmy co jest czym. Otóż mamy bardzo wiele słów i pojęć, które są do siebie podobne w brzmieniu i pisowni, ale znaczą daleko co innego, i tak w przypadku rdzenia –stat-  mamy:

stateczny –  1. zrównoważony, poważny i odpowiedzialny; też: świadczący o takich cechach; 2. o łodzi, samolocie itp.: mający zdolność samoczynnego odzyskiwania równowagi po jej utracie; 3. zachowujący swoje położenie mimo działających nań sił.

statek – duży obiekt pływający, przeznaczony do przewozu ludzi i ładunków. A okręty to pływające obiekty wojskowe.

statki kuchenne – czyli naczynia do gotowania.

dostatek – dobrobyt lub wystarczająca ilość czegoś.

dostateczny – wystarczający, zadowalający.

status – 1. stan prawny jakiejś osoby, instytucji lub organizacji; 2. pozycja społeczna i zawodowa jakiejś osoby lub grupy; 3. funkcja, ranga lub znaczenie czegoś.

statysta – niegdyś oznaczał męża stanu. Dzisiaj, to pośledni, niewiele znaczący uczestnik plany filmowego, lub bezwolny, mało znaczący  uczestnik ważnych wydarzeń. Dawniej – „Choć nikt to  hetmana nie podejrzewał, okazał się być nader tęgim statystą”.

 

 

Po raz kolejny WALTER ALTERMANN ostrzega: Internet jest groźny dla zdrowia

Internet najpierw był narzędziem komunikacji wojska i służb państwowych USA. Potem, jak to w USA zawsze bywa, ktoś wpadł na pomysł, że można na tym nieźle zarobić i Internet stał się zabawką na miarę wynalazku Gutenberga. Radość, jaka ogarnęła ludność świata, była ogromna. Bo oto ktoś anonimowy, z zapyziałego miejsca na kuli ziemskiej mógł wreszcie pisać co uważa, co z czasem stało się porażającą wolnością wypowiedzi.

Zwrócę uwagę, że nie tylko za socjalizmu była ścisła cenzura, czyli dystrybucja wolności. Reglamentowana wolność była nie tylko w tzw. demoludach. Również w wolnym świecie istniały nieinstytucjonalne narzędzia uniemożliwiające publikowania tego, co tam komu się w mózgu ulęgło. Bo to trzeba było mieć pieniądze, żeby wydać prywatnie jakieś „dzieło”. W gazetach, radiostacjach i stacjach telewizyjnych byli ich właściciele, redaktorzy, kierownicy redaktorów, a nawet istniała „polityka medialna” każdego ze środków „masowego rażenia wiedzą i informacją”, która drastycznie ograniczała ową „wolność słowa”, a która była marzeniem uciśnionych przez władze autorytarną narodów.

Co tam komu łazi po łbie

A teraz… mamy dzikie pola informacyjne i mamy globalną sieczkę intelektualną na wyciągnięcie palca ku klawiaturze. Mamy, my wszyscy ludzie matki ziemi, możliwości podzielenia się płodami własnego umysłu. I – powiem szczerze – jestem tą wolnością przerażony. Okazało się, że ludzkość – w swej masie blisko 8 miliardów istnień – nie ma właściwie nic do powiedzenia. A jednak mówi, czyli pisze. I w proch obróciło się stare powiedzenie, że z pustego i Salomon nie naleje.

Leją się strumienie bełkotu, przelewa się na nas Niagara i Nil informacji zbędnych, zalewa nas Pacyfik informacji, które czyszczą nam mózgi. Bo to nie jest tak, że umysł człowieka jest w stanie przepuścić przez siebie te biliony bitów i pozostać zdrowym.

Czy informacje są obojętne dla zdrowia

Pewien francuski naukowiec stwierdził – a było to jeszcze przed erą Internetu – że współczesny człowiek atakowany jest w ciągu każdego dnia informacjami, których średniowieczny chłop w Prowansji nie doświadczał w ciągu całego życia.

Nadmiar obrazów w telewizji, znaków informacyjnych na drogach i ulicach, reklam, tekstów gazetowych, paplaniny radiowej, informacji na deskach samochodowych o temperaturze oleju, prędkości, obrotach silnika, i tysiące innych informacji z pewnością nie są bez wpływu na nasze zdrowie. Bo nasze mózgi nie mogą cały czas pracować pod pełnym obciążenie. Tak jak silnik w każdym pojeździe mechanicznym, tak i mózg musi stygnąć, czyli odpocząć.

Czy Internet pomaga w rozwoju człowieka

Człowiek rozwijał się przez ponad 4 miliony lat. Wedle nauki pierwszy gatunek zaliczany do rodzaju Homo pojawił się około 2,6 mln lat temu w Afryce. Jeszcze starsze są Australopiteki uznawane za naszych bezpośrednich przodków, które wykształciły się ok. 4 mln lat temu. W tym czasie mózgi naszych przodków coraz bardziej fałdowały się i zwiększały swą masę. I nasi przodkowie mieli warunki do rozwoju, bo nie było Internetu.

Jestem pewien, że z Internetem człowiek pozostałaby na etapie małpoluda. Nie zacząłby używać ognia, nie wytworzyłby łuku, dzidy, maczugi i naczyń do gotowania w ognisku, a już o wymyśleniu koła nikt by nawet nie pomyślał. W ogóle nie myślałby, bo wszystko miałby już gotowe – w Internecie. Zostawmy jednak te ponure żarty i przejdźmy do namacalnych zagrożeń jakie niesie globalna sieć.

Wiedza zbyt łatwo dostępna

Przed Internetem, żeby napisać wypracowanie o doniosłości literackiej „Potopu” Sienkiewicza uczeń musiał jednak dzieło przeczytać. Obecnie mamy w komputerowej mocy omówienie dzieła i streszczenia. Uczeń i student nie muszą już myśleć, nie muszą już sami wyciągać wniosków, bo  otrzymują wiedzę już przetworzoną – razem z wnioskami i podsumowaniem.

Kiedyś, żeby napisać pracę magisterską trzeba było jednak swoje w bibliotekach odsiedzieć, robić ręcznie notatki, przepisywać odpowiednie fragmenty literatury fachowej. Był tym samym czas na myślenie o tym co się czytało i zapisywało.  Jeszcze kilka lat temu ogłaszali się osobnicy, którzy za 2 lub 3 tysiące złotych byli gotowi napisać komuś pracę magisterską. Dzisiaj i oni nie mają z czego żyć, bo niezbyt ambitny student znajdzie już gotowce w Internecie.

Widziałem ostatnio amerykańską komedię, w której nauczycielka mówi, że nie może iść na randkę bo ma do sprawdzenia 30 wypracować. Po chwili zastanowienia, mówi jednak tak: – Ale co tam, to jest w końcu trzydzieści jednakowych wypracowań. – I idzie z narzeczonym do kawiarni. Dobre i to, że się dziewczyna nie namęczyła. Dzisiaj młodzi ludzie sądzą, że nie muszę niczego wiedzieć, bo mają  wszystko w sieci. Jeżeli to jest rozwój intelektualny, to ja się nazywam Niels Bohr, a na drugie imię mam Albert. Einstein.

Internet groźny dla zdrowia

Internet stał się dla wielu cwaniaków i cwaniaczek – żeby też oddać cześć paniom – źródłem zarobku. Wystarczy pisać cokolwiek, choćby i to, że było się na spacerze, że coś się jadło, atakować jedną lub drugą partię, podawać całej ludzkiej populacji przepisy kulinarne, informować o cudownych lekarstwach na wszystko – po to, aby zarobić. Nie jest to zarobek godziwy, ale pewny.

Moim ukochanym tekstem jest reklama internetowa zatytułowana: „Lekarze o tym nie mówią”.  Po tym szokującym tytule następuje długi opis jakiegoś medykamentu, który w dwa tygodnie naprawi każdemu schorowany, zwyrodniały kręgosłup. Oczywiście środek nie jest reklamowany jako lekarstwo, tylko właśnie jako medykament. Czyli, operacja robienia wody z mózgu i galarety z kręgosłupa jest prawnie dopuszczalna, bo medykament nie wymaga atestów i dopuszczenia do obrotu.

Jedzenie, które leczy

Polecają też w Internecie jedzenie, które ma mieć zbawienny wpływ na dziesiątki chorób. Ale nie mówią nic o tym, że przy pewnych chorobach niektóre artykuły spożywcze mogą być wręcz zabójcze.

Ostatnio widziałem reklamę, że wystarczy szklanka wody i szczypta kurkumy, a przerośnięte tłuszczem brzuszysko wręcz się wklęśnie. Ale nie piszą, że kurkuma nie jest jednak dobra dla wszystkich. Nie piszą, bo ich celem – tych złoczyńców i złoczyńczyń – jest doprowadzenie czytelnika, do przeczytania tej informacji, bowiem w niej umieszczono kilka innych reklam. A od każdego tzw. wejścia w „artykuliku” o kurkumie z wodą, deprawator i deprawatorka naszych mózgów i układu trawiennego mają kilka groszy.

Znajomy skarżył mi się, że niedawno po przeczytani informacji internetowej, iż dobrze robi na sen zjedzenie jednego avocado, zjadł ten owoc. Po czym nie spał całą noc, bo on akurat ma problemy z wątrobą, a na wątrobę nie ma to jak zielenina wieczorem…

Horror seksualny

Świetnym sposobem na łowienie mężczyzn w kłopotach są internetowe reklamy środków na wzmożenie potencji. Pomijam język tych reklam, bo jest wulgarny, ale zapewnienia, że po zażyciu  reklamowanej tabletki stosunki seksualne będą nawet 3 godzinne, budzą niepokój. Potencja potencją, ale 3 godzinny wysiłek nawet zdrowego może przyprawić o zawał.

Mam ważne pytanie: czy rzeczywiście w Polsce lekarze są tak niedostępni, że ze słabej potencji i bezsenności trzeba się leczyć w Internecie? Czy istnieją w naszym kraju ludzie tak durni, że sami się leczą z poważnych przypadłości? Chyba jednak są, skoro ktoś reklamuje to avocado i środki na potencję.

Gnębi mnie też druga wątpliwość, czy tabletka na 3 godzinne stosunki może być zażywana jednocześnie z avocado? Bo to byłoby dobre – nie możesz spać, uprawiaj seks. Przy czym – to nie jest żaden mój przepis na miłe zajęcia w czasie bezsennych nocy. Niczego nie sugeruję… i niczego nie reklamuję.