WALTER ALTERMANN: Etyka – poważne pytania

Pewien mój znajomy utrzymuje, że polityk X jest porządnym człowiekiem, bo nie kradnie. Mnie wydaje się, że to trochę „przymało”, żeby uznać kogoś za porządnego. Bo jest przecież tak: jeżeli ktoś kradnie to jest ewidentnie człowiekiem złym. Jeżeli zaś nie kradnie? To znaczy tylko tyle, że nie jest złym człowiekiem, ale jeszcze nie jest człowiekiem porządnym.

Zgodnie z etyką chrześcijańską, żeby uznać kogoś za szlachetnego, potrzebne są jednak dobre uczynki. A czy to, że ktoś nie kradnie jest dobrym uczynkiem? Jeszcze nie. Jest to tylko zachowanie normalne. Niby różnice są małe, ale naprawdę istotne.

Z etyką mamy od zawsze problemy. Ostatnio jednak zmieniły się nie tyle kategorie moralne, ile zmieniła się postać i miejsca złego postępowania, postępowania nieetycznego. Nie każde nieetyczne postępowanie jest – w świetle prawa – karalne, ale każde postępowanie nieetyczne jest z natury rzeczy występkiem moralnym, a – dla wierzących – grzechem.

Śmierć zadana zdalnie

W ostatnich dniach obiegła Polskę wiadomość, że Rzecznik Praw Pacjenta zawiadomił prokuraturę w sprawie śmierci dwóch osób. Doszło bowiem do dwóch zgonów, które korzystały z recept uzyskanych przez Internet. W obu przypadkach pacjenci, dostali bardzo silne leki zawierające substancje psychotropowe, bez szczegółowego wywiadu o stanie zdrowia – podkreśla Rzecznik Praw Pacjenta.

Możliwość otrzymywania recept przez telefon lub Internet, bez wizyty u lekarza, pojawiła się w momencie najostrzejszych obostrzeń covidowych. Obecnie tak drastycznych przepisów już nie ma, ale możliwości leczenia zdalnego – niestety pozostały. Jest to na rękę lekarzom, szczególnie z prywatnych przychodni. Tym bardziej, że pacjenci nie kręcą się po przychodniach, a lekarze nie wystawiają recept za darmo, bo przychodnie są opłacane w zależności od zarejestrowanych w nich pacjentów.

Czy to jest przestępstwo? Zdaje się, że tak, tym bardziej, że w przypadku chorób psychicznych stan pacjenta może się nagle zmienić. Ale o tym niech rozstrzyga sąd.

My zajmijmy się etyką tych lekarzy, którzy wystawiają recepty na telefon i przez Internet. Najpierw zastanówmy się czy jest moralne, że lekarz, nie badając pacjenta ordynuje leki? Moim zdaniem nie jest. Dlaczego zatem lekarze pomijają tak istotny w procesie leczenia osobisty kontakt z chorym? I dlaczego swą misję, pracę ograniczają do działań rutynowych?

Lekarze jak mechanicy samochodowi

Dzisiaj lekarz stał się tylko jednym z rzemieślników, takim samym jak krawiec, szewc czy hydraulik. Wykonuje swoją robotę. Ale człowiek, tym bardziej chory nie jest ubraniem, które trzeba uszyć, nie jest pękniętą rurą wodociągową ani nierówno działającym silnikiem samochodu.

Człowiek ma duszę. Dla niewierzących psychikę. I zdarza się, że choroby duszy i ciała występują pospołu. Tymczasem wizyta w każdej przechodni jest dzisiaj jak wizyta u szewca. Trwa krótko, lekarza nie interesują dawne choroby, stan ducha pacjenta. Dzisiaj mało który lekarz ma czas i chęć, aby z pacjentem zamienić o jedno zdanie więcej, niż trzeba do wystawienia recepty. Moim zdaniem w dzisiejszej Polsce status społeczny lekarza, a co za tym idzie samoświadomość, wyjątkowości zawodu lekarza, uległy znacznemu osłabieniu. Jakie są tego powody? Jest ich kilka: potworna pogoń za pieniądzem, komercjalizacja, czyli prywatne praktyki  lekarzy, praca na kilku etatach.

Lekarze są dzisiaj potwornie zajęci, pracują ponad ludzkie siły. Ale robią to na własne życzenie. Środowisko lekarzy – w swej większości – nastawione jest na zarabianie i popisywanie się statusem materialnym. A mówienie o misji lekarza jest dziś niestosowne i śmieszne.

Przypomnę tylko, że najwyżej usytuowany w Polsce lekarz, czyli sam marszałek Senatu Tomasz Grodzki powiedział kiedyś, że ma słabość do szybkich, a zatem drogich samochodów… Nie sugeruję i nie oczekuję, że lekarze powinni być eremitami, ascetami i żywić się korzonkami. Ale czyż nie jest tak, że ta grupa zawodowa oderwała się od realnej polskiej rzeczywistości swych pacjentów? Żyją co prawda między nami, ale zarobki chcą mieć szwajcarskie.

Pieniądz leczy

Przy czym występuje ciekawe zjawisko – w przypadku lekarzy pieniądze mają zbawienny wpływ na ich postawę wobec pacjenta. Zaobserwowałem, że ten sam lekarz, który jest zdawkowy i mrukliwy w przychodni, nagle, zaskakująco i cudownie odzyskuje humor i mowę w czasie prywatnej wizyty, za jedyne 250 zł. Czyli pieniądz leczy – na razie lekarzy.

Takie sytuacje opisał już przed laty Janusz Głowacki, w opowiadaniu „Materiał”. Tamże Stary Kolejarz Tylutki mówi:

– … jeśli ktoś jest naprawdę wybitnym lekarzem, to nie musi przy pomocy kłamstwa ściągać klienteli. I przytoczył przykład doktora Majewskiego, który, jeżeli do niego przyjdzie się na prywatną wizytę – za 150 złotych – to pozwala pić przy penicylinie.

Czy telewizja leczy?

W telewizji przewala się ogromna masa reklam środków leczących, paramedykamentów – bo oficjalnie reklamować leków w TV nie wolno..

XXXTrutoometyzyn (wymyśliłem to, aby nie reklamować prawdziwych substancji) i jemu podobne nie leczą – one jedynie uśmierzają ból, nie likwidując, nie lecząc  przyczyn. Ale z reklam telewizyjnych wynika, że po zażyciu środków uśmierzających ból, znika przyczyna, i ledwo chodzący aktor z reklamy, nagle skacze, kopie i biega… A wątroba nie jest obojętna na te środki. Takie cuda!

Reasumując: dzisiaj etyka znaczy już tak niewiele, że właściwie jest martwa –  ale co się dziwić, przy tak ogromnej presji żywej gotówki.

 

WALTER ALTERMANN: O nagłych olśnieniach, wizjach i miłości własnej

Prawdą jest, że Juliusz Słowacki pewnej nocy przeżył metafizyczny kontakt z absolutem i do tego czasu jego twórczość nabrała mrocznych, tajemniczych cech. Pod wpływem tego olśnienie powstał jeden z najciekawszych, ale trudnych utworów – „Król duch”. Wtedy też Słowacki zaczął  częściej niż dotąd pisać o Bogu. Jego utwory stały się wieszcze i ciemne.

Dzisiejsza nauka, nie zaprzeczając możliwości transcendentnych kontaktów człowieka z Bogiem, zwraca jednak uwagę, że Juliusz Słowacki był wtedy już ciężko chory na gruźlicę, którą leczono w tych czasach – czy też jedynie łagodzono jej skutki – podawaniem narkotyków. Jakby nie było, twórczość Słowackiego zyskała wtedy inny wymiar, bardzo zresztą interesujący.

Teraz również mamy do czynienia z wieloma przypadkami nagłej zmiany poglądów i przekonań politycznych, głównie u naszych polityków. I nie podejrzewam, że jest to skutek nadużywania narkotyków.

W historii XX wieku, w Polsce mamy wiele przypadków, gdy żarliwi wyznawcy jednego Boga, nagle stają się wyznawcami – równie żarliwymi – innego boga, będącego zaprzeczeniem poprzedniego ich bóstwa. Jednym z takich sztandarowych przykładów jest życie poety Adama Ważyka.

Potępiają efekty swych czynów, ale nie samych siebie

Bardzo dobrym, a właściwie najgorszym przykładem na nagłe wolty, obroty i zmiany taktu w tańcu politycznym jest życie literata Adama Ważyka – ur. 17 listopada 1905 r. w Warszawie, zm. 13 sierpnia 1982 r.

Ważyk najpierw pisał wiele wierszy i powieści, w którym przepowiadał  – zgodnie z duchem rewolucji, której był wyznawcą i szermierzem od 1925 do 1956 roku – że lud wymiecie z mieszkań i posad – burżujów i panów. W latach 1946-1956 sprawował ważne funkcje partyjne, w środowisku literackim i wydawniczym. Tak pisał o nim Stefan Kisielewski – (…) stał się politrukiem od sztuki i heroldem socrealizmu. Niszczył nas wszystkich okropnie.

Jednak, tenże Ważyk po roku 1956 – z tą sama żarliwością i oddaniem – stał się nieprzejednanym wrogiem samego siebie, czyli socjalizmu. Po 1956 – znaczy się po olśnieniu – nabrał jednak obrzydzenia do socjalistycznej rzeczywistości. Ale nie do samego siebie, choć i on ponosił przecież moralną odpowiedzialność za „zepsucie ludu”.

Owo zepsucie Ważyk opisał w sposób okrutny w Poemacie dla dorosłych, opublikowanym w „Nowej Kulturze”. W tym utworze miażdżył socrealizm i zakłamanie socjalistycznej propagandy. Uderzał celnie, bo poemat osadził w Nowej Hucie, sztandarowej przecież budowie czasów Bieruta. Ukazywał wszechobecne tam złodziejstwo, rozwiązłość seksualną kobiet i mężczyzn, masowe przerywanie ciąż i  powszechny alkoholizm niedawnych swoich bohaterów nowych czasów. Utwór wywołał ogromny rezonans w społeczeństwie, bo egzemplarze „Nowej Kultury” z poematem Ważyka sprzedawano na bazarach, a sam utwór masowo kopiowano.

Nie mam nic do ludzi, którzy przechodzą konwersję, albo nawracają się, także do tych, którzy nagle zmieniają partyjne barwy – wolno im. Jednakże dziwi mnie, że ci ideowi „konwertyci”   nie wyznaczają sobie choć odrobiny czasu na jakąś ideową kwarantannę, choćby kilkuletnią. Żeby dopiero po pewnym czasie brać się do kopania swych dawnych przyjaciół i swych ideowych podopiecznych. No cóż, natura niektórych ludzi jest taka, że zawsze muszą być na czele pochodu.

Olśnienie

Jako człowiek do cna pragmatyczny, niełatwo ulegający wzruszeniom, nie wierzę w to, że jakiś poseł nagle, z rana lub ciemną nocą doznaje metafizycznego olśnienia, że jakiś duch z zaświatów mówi mu do ucha: „Zmień barwy, zmień barwy, zmień…”.

Wtedy tak nawiedzony poseł mówi do siebie, też w duchu:

– A co będzie z moimi dotychczasowymi poglądami?

– Poglądy? – śmieje się duch. – Nie stać cię na poglądy. Twoje raty znowu wzrosły… A poza tym, człowiek nie krowa i poglądy zmienia.

Po takim dialogu z duchem poseł zmienia przynależność partyjną i zyskuje nowe poglądy, takie które dotychczas zaciekle zwalczał i wykpiwał. Co na to tak zwane społeczeństwo? Ano, nic. Przywykło – to po pierwsze. A pod drugie – społeczeństwo też nie krowa.

Tłumaczenie

Taki wędrowniczek polityczny ma dla tzw. publiczności zawsze jedno – w miarę dobre –  wytłumaczenie. Otóż zawsze oświadcza, że partia, do której należał, zbytnio poszła na lewo. Lub w prawo – w zależności w jakiej był partii. Co to znaczy dla publiki politycznej? Nic oczywiście nie znaczy. Bo ludzie rozpoznają partie po twarzach przywódców tych partii, a pomniejsi posłowie w ogóle są mało znani.

Ważne dla wędrowników jest fakt, że przejście posła z opozycji do rządzących jest czystym zyskiem dla rządzących i stratą wizerunkową dla opozycji. Zatem rządzący zawsze gdzieś wędrowniczka upchną na swoich listach, w nagrodę  za zdradę.

Własne przekonanie o sobie samym

Ci wszyscy osobnicy, o których piszę, ci zmieniający barwy i godła, mają jedną wspólną cechę, nad którą nie są w stanie zapanować. A jest nią olbrzymie ego, a po polsku – niezwykle żarliwa i stała miłość własna.

To pielęgnowane w inkryminowanych osobnikach ckliwe uczucie do samych siebie przynosi z czasem przekonanie, że osobnik jest w partii, ale zarazem ponad nią. Że swą osobą zaszczyca  swoją partię. I choćby nie był założycielem partii, choćby niewiele dla tej partii robił, to przekonanie o wadze własnej osoby rośnie z czasem, przyrasta jak drzewo w obwodzie z każdym rokiem.

Partia to ja

W końcu dochodzi do stanu krytycznego, w którym osobnik wędrujący uważa, że partia, do której należy, nie jest już godna zaszczytu, jakim jest jego przynależność. Dochodzi do tego znany od wieków fakt, że każda partia jest idealnym „terenem” do walki wewnątrzpartyjnej. I jest to nagminne, że członkowie każdej partii walczą między sobą o coraz wyższe pozycje.

Skutkiem tego bywa i tak, że dany, opisywany osobnik wędrujący, słabnie w znaczeniu, jego pozycja w partii istotnie maleje. Bywa jeszcze bardziej dramatycznie – gdy szef danej partii przestaje być szefem. Wtedy osobnik, nie będący już szefem partii, robi larum, zakłada nową partię, szuka w swej dawnej partii tych, co odejdą razem z nim. Dochodzi przy tym przykrych estetycznie zdarzeń – wypowiadane są przez uciekinierów „najgorsze wyrazy, po kilka razy” – jak pisał Żeleński – Boy.

Tak było kilkukrotnie z Leszkiem Millerem, który też uwierzył, że partia to on. I gdy został zastąpiony na stanowisku szefa, założył własną partię, a nawet wystartował w wyborach parlamentarnych z list Samoobrony, czyli od Andrzeja Leppera. A miał p. Leszek przekonanie, że skoro w Łodzi, w poprzednich wyborach uzyskał 200.000 głosów, to w następnych weźmie podobną stawkę. Ale przepadł z kretesem, uzyskując jedynie 10.000 głosów. Tym samym elektorat lewicy dał mu do zrozumienia, że choć głosował na niego, jako na „twarz partii”, to jednak jako na kolegę Leppera głosów nie odda.

Obecnie p. Leszek Miller jest w kolejnej partii. Tym razem jest to jedynie naprędce sklecona przybudówka – ze sklejki, bez podmurówki, kryta papą z odzysku… Tej przybudówki nawet nie widać, bo stoi na tyłach frontu pałacyku Platformy Obywatelskiej.

Nieskromność

 Co prowadzi ludzi różnych partii do takich upadków? Nieograniczony brak skromności, a właściwie bezmierny ocean nieskromności. Starożytni Grecy powiedzieli by, że to hybris, czyli  zaślepienie bohatera tragicznego, wynikające z jego zarozumiałości, uniemożliwiające mu właściwą ocenę swojej sytuacji. Taka postawa – według antycznych Greków – może być traktowana jako wyzwanie rzucone bogom i prowadzi do ukarania bohatera.

W tym przypadku przykładnej kary jeszcze nie ma…

Nieskromni mogą być artyści, mający tę cechę niejako wpisaną w swoje obowiązki zawodowe, ale już dyrektorom kopalń i hut, nie wypada być nieskromnymi. Jest gorzej – bo tak się jakoś porobiło, że artystów obecnie mamy w sumie skromnych, za to politycy u nas biją wszystkie rekordy. Prześcigają nawet słynnego barona Münchhausena. Choć jeszcze gorsi są celebryci – ludzie bez zawodów i zupełnie bez sensu.

 

 

Normalne wariactwo, czyli HUBERT BEKRYCHT: Precz z komuną! Albo koniec świata (3)

Nie ma już większych wątpliwości. Świat, który znamy odchodzi do… No właśnie, gdzie? Nie leci kometa, i – pomimo alarmów ekologów – nie ma na razie potwierdzonych klimatycznych zmian, które rozwalą planetę. Także Putinowi grożącemu wojną jądrową nikt nie pozwoli nacisnąć czerwonego guzika. Świat, moim zdaniem, będzie nadal istniał. Tyle, że bez głowy i bez systemu nerwowego. Zresztą już teraz, na przykładzie dziennikarzy i naszej pracy, można odnieść takie wrażenie, bo aby przekazywać informacje trzeba mieć głowę na karku.

Przykre to lecz prawdziwe, ale nie ma się co oszukiwać, dziennikarze pierwsi ucinają ludziom głowę.  Najpierw paraliżują umysł wlewając tyleż prawdy, co fałszu. Przedtem jednak następuje prawdziwa obróbka mózgu. Na zamówienie polityków oczywiście.

W Hadze o równowadze

Całkiem spora grupa mediów i dziennikarzy się temu przeciwstawia, ale polityczna i społeczna poprawność zabija nie tylko duszę, ale i system podtrzymywania zdrowego rozsądku.

Pisałem już o kongresie europejskich dziennikarzy w Hadze i o przedziwnym przebiegu obrad, o akademickich dyskusjach i niepotrzebnnym tzw. biciu piany oraz o uwielbieniu większości delegatów dla pewnej arabskiej stacji telewizyjnej. No i o debacie na temat sytuacji na Ukrainie bez udziału delegata z Ukrainy.

(Nie) zależność w czasie wojny

Ostatniego dnia obrady przypominały pościg. Szybkość przyjmowania ważnych decyzji była wprost proporcjonalna do czasu upływającego do odlotu samolotów wielu dlegatów. W końcu piatek jest też w Europie. Maszyna ruszyła i przyjęto wiele ważnych dokumentów m.in. intencyjna uchwała o poparciu KE w dziele walki o wolnośc mediów. Tyle, że nie wiadomo, czy zajmująca się tymi sprawami komisarz Vera Jurowa po kolejnych wyborach i ponownej nominacji do tytułu biurokratki roku, dotrzyma obietnic.

Nie wiadomo również, jaki będzie miała przebieg operacja wzajemnego odłączania się, czy też przyszywania do siebie Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (EFJ)  i Światowej Federacji Dziennikarskiej (IFJ). Podjęto w tej sprawie uchwałę. Tyle, że na ewentualne zmiany przyjdzie czas dopiero przy nastepnych wyborach do władz EFJ za dwa lata. Przyjęto także inne dokumenty m.in. dotyczące dziennikarzy relacjonujących rosyjską inwazję na terytorium naszego wschodniego sąsiada oraz pomocy mediom na Ukrainie.

W nocy z czwartku 11 maja na piątek 12 maja biura organizacyjnego kongresu przysłano projekty pilnych uchwał. Jakich? Między innymi propozycję dokumentu autorstwa reprezentantów małej (110 członków) polskiej organizacji o bardzo adekwatnej do grupy nazwie: Towarzystwo Dziennikarskie. Dwóch oddanych członków tego towarzystwa wiernie pracowało nad uchwałą ws. pogarszania się stanu wolności mediów w Polsce.

Głos zabrał prominentny członek TD, wieloletni dziennikarz i pomocnik liberalnych polityków, sam zresztą ubiegał się o mandat PO w wyborach do europarlamentu a wcześniej był członkiem PZPR. Grzmiał z trybuny, że to katastrofa, że media w Polsce toną, że nie ma u nas wolności słowa…

Spokojnie czekając na wynik głosowania stanął ów filar TD nieco z boku prezydium. Wówczas to, jako naczelny wariat SDP, poprosiłem o głos. Próbowałem tłumaczyć, iż w Polsce, owszem wiele się mediach zmieniło, ale na lepsze. Po prostu większa liczba ludzi nie mających przed 2015 r. możliwości odbioru mediów odpowiadających ich konserwatywnym poglądądom, uzyskała do takich mediów dostęp. A o tym, że w naszym kraju jest wolność głoszenia rozaitych, nawet głupich poglądów, świadczy fakt przybycia do Hagi dwóch wspaniałych polskich dziennikarzy z TD a nie umieszczenia ich w więzieniu.

Na koniec swojej, przyznaję, nieco emeocjonalnej przemowy zaznaczyłem iż sprawozdawca projektu „pilnej” uchwały mający teraz usta pełne frazesów o wolności słowa, sam należał do komunistycznej partii, która skutecznie tłumiła ową wolność a słowa poddawała cenzurze.

Przedstawiciel TD zarzucił mi kłamstwo, bo wspomniałem (ach ten precyzyjny prawniczy język), że był działaczem komunistycznej partii. Poprawiłem się i odtąd mówiłem, że był członkiem tego hegemonistycznego ugrupowania i ekspozytury Moskwy nad Wisłą.

Wróciłem na miejsce. Wniosek przeszedł. Tylko SDP i Ukraińcy mieli inne zdanie. Głosowaliśmy przeciw. Kilka federacji, niektóre z krajów postkomunistycznych, wstrzymało się od głosu. Zapewne leczą w ten sposób sumienie.

Potem przyszło do mnie niezwykle barwne towarzystwo, też dziennikarskie, ale z całej Europy. Tłumaczyło mi dwóch Francuzów, Grek, Hiszpanka i Portugalka, że przecież oni mają znajomych komunistów, z którymi rozmawiają i nawet się przyjaźnią. Spytałem członków tej niezwykłej delegacji, czy wiedzą, że mówimy o prawdziwej partii komunistycznej sprzed 1989 roku? Nie wiedzieli, ale nie tracili sił. Dowodzili, że komuniści też mają prawa obywatelskie…

Po chwili podszedł do mnie delegat z Niemiec i powiedział, że większość delegatów wierzy tylko w to, co im się przedstawi w oficjalnych przemowach i dokumentach. Wiedział co mówi. Na moją uwagę, że to przecież dziennikarze, odrzekł, że tym gorzej dla dziennikarstwa.

I dla odbiorców ich mediów.

 

HUBERT BEKRYCHT: (Nie) zależność w czasie wojny (2)

Będzie krótko. To niektórzy już może przyjmą z niedowierzaniem, zatem – być może – zaskoczenie numer dwa: będzie krótko, ale i na temat, bo tematu nie wybierałem. Temat wybrał mnie.

Otóż, jestem delegatem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podczas odbywającego się w Hadze kongresu Europejskiej Federacji Dziennikarzy (Annual Meeting European Federation of Journalists – EFJ). Po południu miała być dyskusja o niezależności dziennikarskiej w obliczu coraz większej liczby konfliktów zbrojnych na świecie, a szczególnie w obliczu agresji rosyjskiej na Ukrainę. Dyskusja była, ale nie o tym.

Holnderska depresja i rosyjska ruletka

Panel prowadziła Holenderka, przewodnicząca tamtejszego stowarzyszenia dziennikarskiego (NVJ) Renske Heddma. Oprócz niej w debacie uczestniczyła szefowa działu zagranicznego niderlandzkiego koncernu medialnego NOS Esther Bootsma, wieloletnia korespondentka telewizji Al Jazeera Step Vaessen oraz dwóch Rosjan. Jeden musiał uciekać na Zachód, bo Putin przeszło rok temu, właśnie za niezależne dziennikarstwo postanowił go ukarać przynajmniej wieloletnim więzieniem a mówiło się też o gotowości Kremla do wyeliminowania – nazwałem go tak dla bezpieczeństwa – opisywanego Rosjanina numer 1. Ów zaraz po debacie zniknął, jak to się mówi, po angielsku.

A teraz Rosjanin numer 2. Wjeżdża do Moskwy, kiedy chce. Wraca. Narzeka na „represje” Putina w postaci trzymiesięcznej wizy, ale przyjeżdża do Rosji i z niej po prostu wyjeżdża na Zachód w stanie nietkniętym. A przecież, jak napisano w tytule debaty, jest niezależnym rosyjskim dziennikarzem. Kiedy kończy się dyskusja zostaje jeszcze długo. Pytam go, bo mnie to męczyło, czy ja coś pokręciłem, że on przyjeżdża i wyjeżdża do Moskwy ze swobodą gwiazd rocka, popu lub sportu, które jeszcze niedawno korzystały z zaproszeń Kremla? „Kolego, nie boisz się, że Cię Putin nie wypuści, bo źle o nim piszesz?”. A on mi z uśmiechem na ustach odpowiada:, „Ale ja nie piszę o Putinie, nie piszę polityce tylko o ekonomii”. Przyznam, że mnie zatkało. Zapytałem, czy żartuje? Odpowiedział, że nie i mnie odetkało.

Al Jazeera wzorem niezalezności dziennikarskiej, czyli paranoja

Przypominam, wszystko dzieje się teraz w holenderskiej Hadze na kongresie dziennikarskim EFJ podczas debaty o niezależności mediów. Rosjanin, prawdopodobnie z zagranicznym paszportem swobodnie poruszający się teraz po swoim kraju a do tego korespondentka arabskiej telewizji Al Jazeera mówią o niezależności. Reporterka zresztą zapewniała, że dobrze się tam czuje, bo zadaje tylko swoje pytania, że jej stacja jest niezależną korporacją medialną, że w ogóle jest tam super. Zaniemówiłem. Telewizja wielokrotnie podejrzewana o sprzyjanie terrorystom i niedopuszczalne z nimi kontakty, faworyzująca Palestyńczyków w sporze z Izraelem, jest „niezależna”? „Chyba od rozumu swoich odbiorców” – przypomniały mi się słowa mojego przyjaciela. Ale nie, groteska trwa. Jeden z reprezentantów Towarzystwa Dziennikarskiego zabiera głos. Bredzi coś o wyważaniu racji podczas wojny, niedosłyszałem, czy na Bliskim Wschodzie, czy na Ukrainie. A potem mówi, że relacja z jesieni 2021 roku autorstwa Step Vaessen z granicy polsko-białoruskiej, w której dziennikarka stronniczo – moim zdaniem – przedstawiała domniemane wypychanie przez polskich żołnierzy uchodźców m.in. z państw arabskich, którzy jakoby uciekali przed wojną w swoich krajach, z powrotem na Białoruś.

W relacji była wzmianka o „setkach ofiar” takiego postępowania polskich służb mundurowych. Nie doprecyzowano, jakie to ofiary, bo na pewno nie śmiertelne. W tamtym tygodniu nie było przypadków śmierci obcokrajowców, którzy nielegalnie przedostali się przez granicę Polski i UE szmuglowani przez przemytników ludzi. No i na tym „niezależnym dziennikarstwie” arabskiej stacji jest wyraźna rysa. Nie ma w relacji oficjalnego stanowiska Straży Granicznej, są tylko świadkowie „zbrodni” jej funkcjonariuszy i Wojska Polskiego, ale bez podania źródła i dowodów informacji, że istotnie ktoś poniósł śmierć.

Podczas dyskusji mówię niderlandzkiej dziennikarce telewizji Al Jazeera, że nie usłyszałem nigdy jak pyta kogoś z elit politycznych Bliskiego Wschodu o podejrzenia korupcyjne i związki z terrorystami. Nie odpowiedziała na te moje wątpliwości. Co do rzetelności relacji z granicy podkreśliłem, ze korespondentka – delikatnie mówiąc – mija się z prawdą. Zaprzeczyła. Tłumaczyła, że było wiele jej relacji i chyba nie mówimy o tej samej. Po spotkaniu w prywatnej rozmowie też trzyma się tej wersji. Opadły mi ręce…

Wątpliwości, prawda i rzetelność zamiast obiektywizmu

Reasumując na kongresie największej europejskiej korporacji dziennikarskiej do debaty o niezależności mediów podczas wojny zaproszono, między innymi, dwie osoby.

Osoba numer 1: Rosyjski dziennikarz, który podczas inwazji Moskwy na Ukrainę swobodnie porusza się po kraju Putina, wjeżdża i wyjeżdża, kiedy mu się podoba i do tego na w zachodnich mediach nie pisze o polityce, ale o ekonomii…

Osoba numer 2: Holenderka, korespondentka Al Jazeery, która jeszcze przed inwazją relacjonując kryzys uchodźczy, do którego doprowadził kumpel Putina mówi w relacji dla arabskiego koncernu medialnego, że polskie służby wpychają z powrotem na Białoruś „wycieńczonych” uchodźców. Uwaga moja: głównie młodych mężczyzn z Bliskiego Wschodu. Korespondentka nie potrafi do dziś wytłumaczyć, czy były jakieś „ofiary”, czy mówiła o innych „ofiarach” sprzed innej niż polska i UE granicy.

Szlag mnie trafił, bo gadają, gadają, a gdzie w tym wszystkim napadnięty kraj – Ukraina? Siedzi obok mnie. Konkretnie siedzi obok mnie zdenerwowany mój kolega szef IMTUU, Niezależnego Związku Mediów na Ukrainie Serhiy Shturkhetskyy (to oficjalna pisownia jego nazwiska w alfabecie łacińskim). Zgłosił się do głosu wcześniej, ale coś go prowadząca nie dostrzega. Krzyknąłem „Posłuchajcie głosu wolnej Ukrainy”! Mężczyzna z obsługi technicznej podchodzi z mikrofonem do ukraińskiego dziennikarza. Serhij najpierw dziękuje za wsparcie dla jego walczącego z rosyjskimi barbarzyńcami kraju, potem już z przekąsem wspomina, ze chętnie znalazłby się w gronie panelistów, ale nikt go nie zapraszał…

Gra orkiestra, szwagra biją – jak mówią w moich stronach, w Łodzi i okolicach.

No dobra, okłamałem Was, nie było krótko. Ale na pewno na temat. Bo są zgromadzenia, które zupełnie nie trzymają się wyznaczonych tematów i są tematy, które jak ten – powtórzę – mnie wybrały. A mojego kłamstwa o tym, że będzie krótko nie wstydzę się. Niech inni wstydzą się kłamstw o domniemanej niezależności i obiektywizmie podczas relacji z konfliktów, inwazji i wojen.

I z przykrością pisze, że nie ma obiektywizmu dziennikarskiego. Nie tylko podczas wojny. Są tylko, jak w życiu i w każdym zawodzie, rzetelność i uczciwość przekazu.

HUBERT BEKRYCHT: W Hadze o równowadze, czyli dlaczego tytułów się nie rymuje (1)

Nie należy nadużywać pretensjonalnych nagłówków, leadów, forszpanów, krzyczącej czcionki, kiedy nie jest to coś naprawdę ważnego lub bulwersującego. Zastosowałem tę formułę i tylko Odbiorcy mogą ocenić, czy słusznie, bo to, co piszę jest próbą relacji z pierwszych godzin rozpoczętego w czwartek dziennikarskiego kongresu, czyli dorocznego spotkania Europejskiej Federacji Dziennikarskiej w Hadze (Annual Meeting European Federacion of Journalists).

Jestem delegatem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na to spotkanie, obok mnie siedzi szef IMTUU, Niezależnego Związku Mediów na Ukrainie Serhiy Shturkhetskyy (to oficjalna pisownia jego nazwiska w alfabecie łacińskim). Tak jakoś wyszło, że od kilku dni jesteśmy w kontakcie a od 48 godzin, tu w Holandii, w kontekście dziennikarzy i dziennikarstwa, rozmawiamy o sprawach dalekich od Królestwa Niderlandów. O inwazji rosyjskiej a Ukrainę, o znaczeniu dziennikarstwa podczas tego ciężkiego nie tylko dla kraju Serhiya czasu. Ciężkiego przede wszystkim dla Ukraińców, dla Europy, świata i EFJ.

Porządek a rzeczywistość. Obrad…

Gdyby przejrzeć porządek dzienny kongresu są tam też sprawy bezpieczeństwa na świecie, głównie bezpieczeństwa dziennikarzy. Na początku kongresu uczciliśmy pamięć Koleżanek I Kolegów, którzy polegli, albo zostali zamordowani w pracy, między innymi na Ukrainie.

Wobec planu na ubiegłoroczne spotkanie coraz mniej jest też punktów dotyczących wojny i pomocy Ukrainie. Mniej jest też w planach dyskusji o sprawie najważniejszej, tej, która, poza wojną, sprowadziła nas do Hagi. Chodzi o finanse EFJ, które zdominowane są przez naszą „matkę” IFJ Międzynarodowe Stowarzyszenie Dziennikarzy (International Federation of Journalists).

Polityczna poprawność ponad wojną?

Dużo natomiast, od pierwszych godzin spotkania, poświęca się – nie chciałbym pisać tego określenia, ale napiszę – politycznej poprawności, która nie jest, do cholery w dominującym od konfliktów świecie, sprawą najważniejszą.

Zatem już od rana „rozgorzała” debata i sprawozdania. Politycznie poprawna. Wkurzyłem się, bo, kiedy giną dziennikarze, kiedy są zamykani w więzieniach, co rozpatruje się w pierwszej godzinie kongresu. Otóż, paru sympatycznych kolegów mówi m.in. o molestowaniu dziennikarek w sieci. Zgadzam się, to sprawa ważna, ale czy warta stygmatu patriarchatu i nietolerancji w środowisku dziennikarskim. Przecież to nie jest prawda, wszędzie zdarzają się przekroczenia norm obyczajowych, nawet prawa, ale na Boga, czy ten, nie waham się tego tak nazwać zawodowy feminizm, nie może poczekać do czasu załatwienie najistotniejszych kwestii – bezpieczeństwa członków EFJ na Ukrainie i pomocy dla tego kraju, walce z naruszaniem niezależności mediów i finansom federacji. Zobaczymy.

 

Aha, zapomniałbym,

w towarzystwie bez zmian

Tak jak w ub. roku w Izmirze przy podziale głosów  5 mandatów przyznano „delegacji” z Polski (taki twór jest w statucie, choć w EFJ są zupełnie różne trzy podmioty, w tym SDP). I tu ciekawostka, wg. statutu głosy (mandaty) należą się stowarzyszeniom skupiającym powyżej 600 osób.

Podczas przekazania głosów przedstawiciel Towarzystwa Dziennikarskiego (oficjalnie 110 członków) dosłownie wpłynął w okolice mównicy i chciał odebrać głosy, zapewne w imieniu całej polskiej sceny dziennikarskiej. Administracja EFJ wytłumaczyła mu, że – tylko z powodu tzw. obyczaju kongresowego tak małym organizacjom, jak TD, należy się najwyżej jeden głos. Nie można bowiem zignorować największej polskiej organizacji w EFJ, czyli SDP liczącego ponad 2800! Ostatecznie dostaliśmy 4 mandaty.

Między mną a delegatem TD doszło do ostrej wymiany zdań. Ów człowiek obraził się na SDP, kiedy nie chcieliśmy go wybrać prezesem stowarzyszenia i współzakładał TD i dotąd opowiada  niestworzone rzeczy o naszym gronie, tak jak w Izmirze, gdzie forsował projekt zmanipulowanej uchwały, która, w skrócie, sprowadzała się do tezy, że w Polsce i na Węgrzech szaleje cenzura… A kongres w 2022 r. odbywał się w Turcji.

Zwróciłem mu uwagę, aby nie kompromitował Polski podczas kongresu. Powiedziałem, że w mojej ocenie TD jest silnie upolitycznione, bo związane z PO ( mocne, delikatnie pisząc, powiązania z EPP, frakcją PE, w której jest właśnie PO i PSL). Poradził mi tonem znanym mi z pogróżek pod moim adresem, abym „tak się nie zachowywał”. Wobec tego dodałem jeszcze tylko, że drugi z reprezentantów TD był członkiem partii komunistycznej, a obecnie zasiada w kadłubowej radzie z etyką w nazwie… Teraz TD przygotowało – m.in. pełne komplementów pod adresem znanej z nienawiści do Polski komisarz europejskiej Very Jurowej z EPP – stanowisko w sprawie zagrożeń wolności mediów. To już sytuacja nie tyle śmieszna, co smutna…

 

O różnych stronach członkostwa Polski w UE pisze CEZARY KRYSZTOPA: Euroekstaza

W rocznicę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej przeprowadziłem na Twitterze sondę, która wywołała furię, choć przecież zawierała wyłącznie pytania. Otóż zapytałem Twitterowiczów, czy po 19 latach członkostwa UE jest dla nich „spełnieniem marzeń” czy „gorzkim rozczarowaniem”?

Co to się nie działo, wysyłano mnie do Moskwy, wyzywano od debili, głupków i tak dalej. Samo zadanie pytania, z jedną tylko opcją UE niemiłą, spowodowało reakcję jakbym uraził czyjeś uczucia religijne.

Opcja

Nie będę udawał, że sonda nie miała aspektu prowokacyjnego, miała. Dość mam z jednej strony wysyłania mnie do Moskwy, bo ośmieliłem się zadać pytanie na temat dziewictwa „przenajświętszej panienki Brukseli”, a z drugiej uciszania mnie, „bo Polacy w 92% popierają przynależność do UE”. Przynależność organizacji międzynarodowej, jaką jest Unia Europejska nie jest aksjomatem ani doktryną wiary, tylko opcją, która trzeba rozważać wciąż na nowo, licząc w czasie rzeczywistym, na ile nam się opłaca. I biorąc pod uwagę to, że w ostatnich latach robi ona wiele, żeby nam się nie opłacało.

Co jednak w tym wszystkim najciekawsze, to wyniki mojej sondy. To oczywiście nie jest żaden sondaż, wyłącznie przeprowadzona w mojej „bańce” twitterowa sonda, w której wzięło udział prawie 2000 osób. I w tej mojej sondzie, 89,6% głosujących uznało, że UE jest dla nich gorzkim rozczarowaniem, a tylko 10,4%, że spełnieniem marzeń. Ze wszystkimi wadami twitterowej sondy, to jednak zaskakujący wynik, w porównaniu z wynikami oficjalnych sondaży, według których „Polacy w 92% popierają przynależność do UE”. Nieprawdaż?

Eurorealizm

Słyszeliśmy w ostatnich latach często, że musimy się na wszystko zgadzać, bo „Polacy w 92% popierają przynależność do UE”. Jeśli to prawda i w dodatku blokuje podejmowanie realnych działań przez rządzących, to może coś trzeba z tym zrobić? Jeśli rzeczywiście 92% Polaków wykazuje się bezmyślnym euroentuzjazmem, pomimo obłędu jaki ogarnął Brukselę i pomimo wojny jaką wypowiedziała Warszawie, powinno się go urealnić, tak żeby pozwolił w znacznie większym stopniu ważyć za i przeciw, występować na arenie europejskiej asertywnie, tak jak kiedyś robiła to Hiszpania zanim wywalczyła sobie właściwą pozycję?

Tak jak to zrobili profesorowie Krysiak i Grosse, którzy wyliczyli na ile opłacało nam się przystąpienie do UE i wyszło im, że razem z przepływami finansowymi jesteśmy za lata 2004-2020 – 535 mld złotych do tyłu. Tak jak Bronisław Wildstein, który nie boi się na antenie TV stawiać pytań o przynależność do UE.

Może czas zacząć to robić zamiast jednego dnia płakać w poduszkę, że „UE zła”, a drugiego klepać formułki o tym jak „nam dobrze w europejskiej rodzinie”?

 

Językowe potwory ciągle tropi WALTER ALTERMANN: Negat, egzaltacja i prywatny ojciec

Pańskie opinie opierają się na negacie – powiedział polityk, do swego rozmówcy z innej, konkurencyjnej partii.  Działo się to 28 kwietnia 2023 roku. Zapewne chciał powiedzieć, że jego przeciwnik neguje rzeczywistość, ignoruje fakty – pozytywne dla partii mówiącego. Przykre jest wysłuchiwać takich dziwactw.

Podejrzewam, że i ten polityk w domu nie mówi takich dziwactw. Skoro jednak jest już w telewizji, to musi mówić – tak sobie założył – językiem poważnym. A wyszło jak wyszło. Śmiesznie i strasznie – jak mawiają Rosjanie.

Egzaltacja

Jedną z przyczyn błędów językowych jest egzaltacja mówiących. Wtedy rozum cichnie, a do głosu dochodzi niekontrolowana liryka, uniesienia i inne podniosłe uczucia, które z kolei jeszcze bardziej osłabiają rozum. Taka to zasada. Szczególnie, gdy osoby nie mające warsztatu, by mówić o sztuce, usiłują jednak coś powiedzieć. A dodatkowo w uniesieniu, bo wierzą, że duch jest ważniejszy od materii.

Przykładem takiej egzaltacji był występ dziennikarza telewizyjnego, który rozpływał się, w rozmowie z członkiem zespołu Vox, nad ich nową piosenką „Razem”. Padały wielkie słowa, głos dziennikarza wibrował w wysokich rejestrach, aż w końcu w uniesieniu wypalił: Ta piosenka jest dla mnie takim posileniem.

Czym jest w języku polskim posilnie? Nie wiadomo. Słowniki nie odnotowują czegoś takiego. Zatem, prawdopodobnie, dziennikarz chciał powiedzieć, że ta piosenka jest dla niego posiłkiem duchowym… W sumie też byłoby bez sensu, ale przynajmniej po polsku.

Obóz wojskowy i cała reszta

Co za szczęście u Igi, u całego obozu – wykrzyknęła radośnie pani, która była sprawozdawcą meczu tenisowego Świątek z Sabalenką.

Zabierając się do tego błędu zacznijmy od tego, czym jest obóz. Otóż obóz oznaczał najpierw miejsce, w którym stacjonowali na stałe, lub czasowo żołnierze danej armii. Rzymski obóz mógł być solidnie chroniony przez umocnienia ziemne, palisady, a nawet mury z kamienia lub cegły. Obecnie mamy też obozy harcerskie. Mamy także obozy sportowe – oznaczające zgrupowania treningowe sportowców. A do tragicznej historii przeszły również niemieckie obozy koncentracyjne oraz obozy zagłady.

Z czasem obóz zaczął też oznaczać sportowców, harcerzy i żołnierzy, przebywających na terenie obozu, a nawet zawodników i kadrę danej drużyny sportowej. I w tym znaczeniu pani sprawozdawca użyła słowa obóz. I nie to jest jej błędem.

Błędem prowadzącej tę transmisję meczu tenisowego jest niewłaściwa składnia. Bo poprawnie należało powiedzieć, że szczęście zapanowało w całym obozie, a nie u obozu. Dlaczego? Bo obóz w dalszym ciągu zachował swoje pierwotne znaczenie terytorium, a więc trzeba mówić w obozie. Nawet jeżeli dotyczy to zgromadzonych w obozie zawodników, trenerów i innych potrzebnych zawodnikowi ludzi.

A tak w ogólniej – powiedzenie, że u Igi zapanowało szczęście jest w języku polskim nieprawidłowe, bo jest to zwrot rosyjski, a u nas rusycyzm. Rosjanin powie: u niewo żiena, ale Polak musi powiedzieć: on ma żonę. Dlatego pani sprawozdawca powinna powiedzieć: Iga jest bardzo szczęśliwa i szczęśliwi są wszyscy w jej obozie.

Prywatny ojciec

W Internecie można było ostatnio przeczytać, że jakiś pan – powiedzmy Nowak – który jest posądzany o niecne uczynki – jest prywatnie ojcem pewnego polityka – powiedzmy Nowaka.

I mamy szkopuł językowy a nawet czysty idiotyzm. Bowiem – nie można być ojcem nieprywatnie, ojcostwo jest z natury rzeczy sprawą prywatną, dla zasady.

Owszem zdarzają się metafory, które głoszą, że ktoś jest czegoś ojcem duchowym. Bywają też metaforyczni ojcowie idei, ojcowie narodu, ojcowie nauki a nawet ojcowie marek samochodów. Niemniej o prywatnym ojcostwie nie słyszałem. Dotychczas.

Autor

Putin to autor masowych morderstw na Ukrainie – piszą na pasku w telewizji informacyjnej 18 kwietnia 2023 roku. Piszą słusznie, ale to nie wystarcza. Bo do pełnej prawdy trzeba to jeszcze wyartykułować poprawnie.

Autorem może być twórca powieści, malarz, rzeźbiarz czy reżyser filmu, tak jest w języku polskim. Natomiast nazywanie autorem Putina jest zapewne tragicznym tłumaczeniem jakiejś informacji w języku angielskim. Gdyby stacja telewizyjna nie miała w nazwie „Polska”, można by machnąć ręką. Kim zatem jest Putin, jeśli nie jest autorem? Jest sprawcą tych morderstw. Tym, który kieruje bezpośrednimi mordercami. Wreszcie, sam Putin może być – jak wódz najeźdźców – mordercą.

Agregaci

Pan premier Mateusz Morawiecki mówiąc o finansach naszego państwa – 24 kwietnia br. – na spotkaniu w Ząbkach: Są instytucje międzynarodowe , które agregują takie dane.

Sprawdziłem o co chodzi z tym agregowaniem. Gdy chodzi o ekonomię, to agregowanie da się tłumaczyć następująco: dodawanie, dołączanie, łączenie, zbieranie, zestawianie.

Agregacja oznacza proces łączenia części w większą całość – na przykład prądnicę łączy się z silnikiem spalinowym. Ten termin jest stosowany też w biologii, inżynierii procesowej, technice maszyn, informatyce, logistyce i medycynie, statystyce, polityce, wojskowości. Czyli jest to pojęcie, którym głównie posługują się naukowcy. I dobrze. Jeżeli w czymkolwiek im to ułatwia pracę, niech używają tej agregacji. Na zdrowie.

Jednakże w Ząbkach pan Premier przemawiał do okolicznego ludu. Co tamtejsi mieszkańcy zrozumieli z tej agregacji? Oj, chyba niewiele. Zwróćmy też uwagę, że wiedza ekonomiczna na poziomie uniwersyteckim nie jest u nas obowiązkowa. Przecież wiemy, że pan Premier jest dobrze wykształconym historykiem i ekonomistą. Ale większość narodu prosta jest, siermiężna i oczekiwałaby mówienia do niej językiem, który mogłaby zrozumieć.

Chyba, że jest to zabieg marketingowy – mający na celu pokazanie narodowi, że premier jest bardzo dobrym premierem, skoro mówi niezrozumiale.

Co do mnie – znam agregaty prądotwórcze, uprawowe i pianowe – do gaszenia pożarów. Jest jeszcze taki potoczny zwrot, gdy mówimy, ale to agregat, o kimś niesamowitym, który zaskakuje nas swym zachowaniem. Mnie ta wiedza wystarcza.

 

PIOTRA TURLIŃSKIEGO analizy literackie: Karol Zbyszewski prześmiewca historii (6)

„Niemcewicz od przodu i tyłu” – taki jest tytuł dzieła, które dzisiaj chcę Państwu polecić. Autorem jest Karol Zbyszewski. Od razu też postawmy pytanie, czy o historii naszego narodu – można pisać złośliwie i prześmiewczo? Według mnie można – jak najbardziej. A nawet trzeba.

Jeżeli bowiem będziemy lękać się ujawniania naszych wad, przywar, słabości i okropnych śmieszności, to znaczyłoby, że nie jesteśmy tak wielcy i wspaniali, jak o sobie mówimy w czasie uroczystości narodowych. Bo cóż to za cnota, która boi się krytyki? – że przytoczę frazę biskupa Ignacego Krasickiego.

O autorze

Dzisiaj mam przyjemność polecić Państwu dzieło, które powstało przed wojną, ale dopiero po 1990 roku zostało wydane ponownie, po raz pierwszy w latach powojennych. A chodzi o pozycję „Niemcewicz od przodu i tyłu” Karola Zbyszewskiego. Kim był Zbyszewski? Był znanym i cenionym dziennikarzem, słynął w przedwojennej Polsce z ciętego, dosadne, a chwilami nawet okrutnego języka.

Przedmowę do „Niemcewicza…” napisał sam Stanisław Mackiewicz. A był to wielki dziennikarz – jego osobę też musimy przypomnieć. Stanisław Mackiewicz, pseudonim „Cat” (Cat-Mackiewicz; był polskim prawnikiem, wydawcą i pisarzem. Politycznie był monarchistą i konserwatystą. W latach 1922–1939 był redaktorem dziennika „Słowo” wychodzącego w Wilnie. W 1939 opuścił kraj i przez Litwę udał się do Francji. W latach 1954–1955 był premierem rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. Powrócił do Polski w 1956 roku. Zatem, Cat-Mackiewicz tak pisał o Zbyszewskim:

Starszym pannom, a zwłaszcza starszym paniom, które dokoła takiego pisma prowincjonalnego jak „Słowo” mają zawsze dużo do powiedzenia, felietoniki Karola z początku nie podobały się zupełnie. Karol miał styl krótki i obrazowy, ale nie pisał nigdy o kimś, że szedł, tylko zawsze „gramolił się”, zamiast mówić, stale „gdakać”, nigdy nie nazywał dziewczyny lub sportsmenki inaczej jak „klucha”, rzadziej używany był wyraz „klempa”. O kobietach najchętniej pisał przez „kuchty”. Mamy zaprzyjaźnionego ministra w gabinecie. Karol pisze: „tylko taki matoł jak minister…”, tu zostaje wymieniona nazwa resortu. Sam p. marszałek Miedziński w złotych czasach Bloku Bezpartyjnego interweniował u mnie w sprawie jakiegoś felietoniku Karola.

Zalety, talent, nie cofnę się przed wyrazem: wielkość pióra Karola polega na jego niesłychanej jędrności i wyrazistości.

W czasach niesłychanie pompatycznej, mdławej wzniosłości, w powodzi tych nieudolnie skrojonych frazesów, hiperfrazesów, ultrafrazesów, którymi przeładowana jest Polska od góry do dołu, od toastów pp. wójtów do exposé pp. ministrów, lapidarność Karola, chociażby brutalna, chociażby obelżywa, staje się tym czym zimna woda dla spoconego w duchocie ciała. 

Powie ktoś, że Zbyszewski może nie kochał ojczyzny. Nic bardziej mylnego, bo swoim całym życiem – tak na wojnie, jak potem na obczyźnie w Londynie – dowiódł dobrego patriotyzmu. Walczył, działał na emigracji – był odważny. A że naszą historię rozumiał jako przestrogę dla współczesnych, że śmieszyło go nasze narodowe pajacowanie? Że zwalczał nasze pozerstwo, mające najczęściej ukryć ciemne interesy? To tylko zasługa odważnego serca i przenikliwego rozumu.

Niemcewicz – tytułowy bohater

Najpierw Niemcewicz miał być bohaterem pracy doktorskiej Zbyszewskiego. Ale uniwersytet poznański odrzucił dysertację. Oczywiście ze względu na język i złośliwą postawę autora wobec Niemcewicza. W tamtych latach trzeba było pisać o narodowych bohaterach na klęczkach. Zresztą – myślę, że i dzisiaj środowisko naukowe woli gładkie i mdłe rozprawy, niż pisane z pasją publicysty.

Po odrzuceniu jego pracy doktorskiej Zbyszewski postanawia wydać ją jako poważną pracę publicystyczną właśnie. I odnosi sukces – oczywiście w kręgach ludzi wolnych duchowo, którzy wiolą pomniki burzyć, niż je stawiać.

A teraz przypomnijmy – za encyklopediami – kim był Julian Ursyn Niemcewicz. Życiorys miał bogaty, pełen zwrotów i obrotów – zgodnie z historią Polski, której był nie tylko obserwatorem, ale też aktywnie ja kształtował. Urodził się na Polesiu, w rodzinie średniozamożnej szlachty 16 lutego 1758 roku. Zmarł w Paryżu 21 maja 1841 roku. Był poetą, powieściopisarzem dramaturgiem, historykiem, pamiętnikarzem, publicystą, tłumaczem. Był znaczącym w kraju masonem. Był członkiem Komisji Edukacji narodowej. Od czerwca 1794 był adiutantem i sekretarzem Tadeusza Kościuszki podczas insurekcji kościuszkowskiej. Ranny, został wzięty do niewoli po bitwie pod Maciejowicami (10 października 1794) i osadzony na dwa lata w twierdzy pietropawłowskiej.

W grudniu 1796 uwolniony z więzienia, razem z Kościuszką udał się przez Finlandię, Szwecję, Anglię do Stanów Zjednoczonych. Podróżował po wschodnich stanach, spotkał się z Waszyngtonem i Jeffersonem. 2 lipca 1800 poślubił Amerykankę, Susan Livingston Kean, córkę Petera van Brugh Livingstona, pierwszego skarbnika stanu Nowy Jork. W roku 1798 został wybrany członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Filozoficznego, a w 1806 jako pierwszy Polak otrzymał obywatelstwo amerykańskie. Na wiadomość o śmierci ojca, w latach 1802–1804 odwiedził Polskę, a w 1807 wrócił na stałe do kraju. Został wtedy sekretarzem Senatu, wizytatorem szkół (jako członek Dyrekcji Edukacyjnej) i pierwszym prezesem Dyrekcji Rządowej Teatru Narodowego. Od 1802 był członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a od stycznia 1827 jego prezesem.

Od 1822 osiadł w swych dobrach w podwarszawskim Ursynowie (które chciał pierwotnie nazwać Ameryką), wprowadził tam nowoczesne metody ogrodnictwa i oddał się tam twórczości literackiej. Urząd sekretarza Senatu pełnił również w Królestwie Kongresowym.

Był przeciwnikiem konspiracji niepodległościowej i zwolennikiem legalizmu. Po wybuchu powstania listopadowego w 1830 wyjechał w misji dyplomatycznej do Londynu. 5 grudnia 1830 roku Rząd Tymczasowy Królestwa Polskiego powołał pod jego przewodnictwem kilkunastoosobowy Komitet do Przejrzenia Papierów Policji Tajnej. Jako senator podpisał akt detronizacji cara Mikołaja I. Był członkiem sejmu powstańczego na emigracji. Od września 1833 pozostawał w Paryżu, będąc związanym ze stronnictwem księcia Adama Jerzego Czartoryskiego.  Był prezesem Wydziału Historycznego Towarzystwa Literackiego w Paryżu. Pozostawił liczne pamiętniki z każdego okresu życia.

Julian Ursyn Niemcewicz postrzegał Wielkie Księstwo Litewskie, z którego pochodził, jako nierozerwalną część państwa polskiego. Taki punkt widzenia przekazywał w swojej twórczości, wpływając na kształtowanie się w kolejnych pokoleniach Polaków romantycznej wizji „Kresów”, będących częścią Polski. Historyk Jan Stanisław Bystroń pisał o nim, że: „traktował Polskę jako całość, w granicach przedrozbiorowych, (…) z niczego nie rezygnował, jeździł na Ukrainę, na Litwę, na Pomorze, na Ruś Czerwoną jako na ziemie polskie i budził w szerokich sferach czytelników przekonanie, że granice Królestwa Kongresowego nie są granicami Polski. Nieznośny staruszek (…) całe życie pozostawał obywatelem całej niepodzielnej i niepodległej Polski.

Dlaczego właśnie Niemcewicz?

Dlaczego Niemcewicz został bohaterem książki Zbyszewskiego? Z kilku powodów. Po pierwsze, Niemcewicz zostawił po sobie sporo wspomnień i pamiętników. Po drugie był Niemcewicz świadkiem i niejako współtwórcą najtragiczniejszej części historii Polski, bo był nią przecież czas rozbiorów. Po trzecie wreszcie, życie Niemcewicza jest znaczące i emblematyczne dla światłych ludzi tamtej epoki. Niemcewicz to nie prosty żołnierz – jak Jan Chryzostom Pasek, który zostawił po sobie wspomnienia z innej epoki, ale pisane jednak z pozycji człeka prostego.

Czego szukał Zbyszewski w życiu Niemcewicza? Ano właśnie szukał tamtej epoki, chciał zrozumieć tamte pokolenia, które doprowadziły do upadku potężnego państwa w środku Europy.

Dom rodzinny Niemcewicza

Zbyszewski, solidnie jak na biografa przystaje zaczyna od dzieciństwa i rodziny Niemcewicza. Tam znajduje istne pokłady mentalności ówczesnej szlachty. I sugeruje, że dom rodzinny musiał mieć wpływ na bohatera biografii. Nawet, jeżeli Niemcewicz później próbował wyrwać się z kręgu rodzinnego myślenia i tradycji. Tak opisuje ojca Juliana Ursyna:

Główną troską pana Marcelego było utrzymywać dobre stosunki z Panem Bogiem. Do Wistycz drałował siedem mil piechotą, by się tamtejszej Matce Boskiej przypodobać. Pacierze klepał cały dzień. Nawet grając w mariasza szeptał litanię. Wszyscy domownicy musieli śpiewać godzinki pod jego dyrekcją. W adwent zrywali się państwo Niemcewicze o świcie, po ciemku ładowali z dziećmi w sanie i pędzili do kościoła w Brześciu, tam siadali w ławce z nogami w specjalnym futrzanym worku, Julianek zaś, siedząc, zasypiał, musiał klęczeć godzinami w pobok ławki na zimnej, kamiennej posadzce.

– Mamusiu, czy w piekle są roraty? – pytał z płaczem.

W Klennikach było więcej księży niż w przeciętnej katedrze. Przed opatem Rogalińskim dzieci musiały padać plackiem i całować go w nogę. Święty to był człowiek. Jeszcze świątobliwszym był ksiądz Obłoczyński – asceta, co się nawet na odpustach u bernardynów nie upijał. Ciocia Bisia całowała ślady jego stóp w ogrodzie. Kazania miał tak płomienne, że spędzano na nie wszystkich Żydów z Brześcia, w nadziei, że ich nawróci. Choć gadał po sześć godzin i wymachiwał trupią czaszką – Żydy zostawały przy swoim.

Nad nawróceniem Żydziąt pracował niestrudzenie i pan Marceli. Nie kupił smaru ani nitki w Brześciu, na palnąwszy przy okazji parchom wykładu teologicznego. Ale skutek był marny.

Lepiej poszło panu podczaszemu z nawróceniem swych poddanych – chłopów unitów. Granatowe żupany, pasy, gorseciki, czepki, chustki, parę kijów – nie oparły się kmiotki tylu dowodom wyższości jednej religii nad drugą i przechodziły gromadnie na katolicyzm.

W służbie u Czartoryskich

Książę Adam Czartoryski, bawiący właśnie w Brześciu, zwrócił uwagę na młodego, inteligentnego chłopaka i zaproponował rodzicom, żeby oddali Juliana na jego dwór. Tak właśnie Julian Niemcewicz wszedł w krąg najznamienitszych rodów i spraw wagi państwowej.

Władza Czartoryskich był równa ich majątkowi, a byli panami ogromnych dóbr ziemskich, wsi, miast, miasteczek i licznych „zakładów przemysłowych”. W polityce również byli jednymi z najważniejszych. Dysponowali też Czartoryscy własnym wojskiem oraz dowodzili sporą częścią armii rządowej. Tak to przedstawia Zbyszewski:

Książę Adam był komendantem wojska litewskiego, Niemcewicza – który ukończył korpus w stopniu gefrajtera, czyli wodza aż czterech kadetów – mianował swym adiutantem. Funkcja ta nie przysparzała wiele roboty, w Różance był tylko mały oddział gwardii litewskiej, sprowadzonej przez księcia dla wypróbowania nowych metod musztry. Rano, gdy była ładna pogoda, książę zasiadał na ganku i ćwiczył żołnierzy, ale że nie znał ani starej, ani nowej komendy, gwardziści nie wiedzieli, która prawa, która lewa noga, więc wkrótce wszystko zaplątywało się tak, iż jedynym ratunkiem było pójść na śniadanie.

Nie lubiący długo przebywać w jednym miejscu książę wyruszył na objazd armii litewskiej, która liczył prawie 5000 ludzi.

            Zwróćmy na tę liczbę wojska baczną uwagę. Ówczesna Litwa, biorąc pod uwagę jej obszar,  była nadal potężnym księstwem, ale do zwiększania liczebności wojska nikt się kwapił. A stan tego 5-tysięcznego wojska był opłakany. Zbyszewski, raczy nas takim opisem:

Pułki po 100 lub 50 żołnierzy stacjonowały latami w małych miasteczkach; na rynku, pośród tłumu Żydziąt oraz kobiet i dzieci śledzących z zainteresowaniem jak mąż lub tata się spisują – czynił książę z powagą przegląd dwóch króciutkich szeregów. Żołnierze nie znali postawy na baczność, stali jak dziady pod kościołem, opierając się na strzelbie z zeszłego stulecia, na szabli lub po prostu na grubym kiju. Oficerów było zwykle więcej niż szeregowych, szlachta kupowała za paręset dukatów rangę porucznika czy pułkownika, z okazji rewii zjeżdżali się wszyscy, bo solidna pijatyka była zapewniona.

Wojsk, choć tak nieliczne, wzbudzało wielki lęk u spokojnych obywateli. Gdy zalegano mu z żołdem, rzucało się na okolicę, rabując niczym Tatarzy. Gdy porucznik potrzebował pieniędzy, a był zajazd w sąsiedztwie – wypożyczał za skromną opłatą cały pułk; sejmiki były żniwem dla żołnierzy, za talara rąbano, kogo wskazano.

Dzielni konfederaci barscy

Taka armia nie mogła stawić nikomu czoła. Czy największe polskie i litewskie rody nie wiedziały o tym? Najpewniej nie wiedziały, a poza tym możni ówczesnej Rzeczypospolitej zajęci byli własnym sprawami – pomnażaniem majątków, zabawami, umizgiwaniem się do Rosjan, którzy od dawna czuli się w naszym kraju jak u siebie. A nawet jeszcze lepiej, bo w Rosji nie było zbyt wielu chętnych do przekupywania carskich żołnierzy i urzędników. A u nas owszem.

Pokutują w nas mity, osłabiające realne widzenie rzeczywistości. Jednym z nich jest sprawa konfederacji barskiej – że zryw, że szlachetnie, że dla ojczyzny ratowania… Rzeczywistość jednak była inna. Tak ją opisuje, za współczesnymi kronikarzami, Zbyszewski:

Najdłużej zabawił książę w Słonimiu u hetmana Ogińskiego. Mały, chuderlawy hetman nazywał Rousseau – kolegą, bo tylko oni dwaj na świecie układali słowa i muzykę do oper, smarował palcem okropne pastelowe bohomazy. Wymyślał harfę z pedałami, budował kanały, pisał sztuki, wytykał bulwary, reżyserował przedstawienia, grał na cytrze – wszystkim się interesował z wyjątkiem wojska.

Podczas konfederacji barskiej wyruszył w pole na czele trzytysięcznej armii. Pod Stołowiczami wypoczywał po pracowitej nocy u boku grubej panny d’Assert, komponując operę, gdy kapitan Suworow napadł na niestrzeżony całkiem obóz; 700 Moskali rozgromiło doszczętnie 5000 konfederatów, nieprzytomnego ze strachu hetmana przeprowadzili słudzy w nocnej koszuli przez granicę. Odtąd Ogiński zniechęcił się do wojska:

– Nie mam szczęścia Czarneckiego! – mówił.

Czy należy pamiętać o przykrych momentach?

Oczywiście każdy naród ma chwile wzniosłe i mało szczytne. Tak jest, po prostu. Martwi mnie jednak, że o momentach naszej słabości i głupoty nie chcemy rozmawiać. Jako naród wolimy przypominać sobie samym jedynie oblicze chwalebne.

Można i tak, ale skutki mogą być znowu opłakane. Poza tym – nasze walki pod Napoleonem, dwa XIX-wieczne krwawe powstania były skutkiem głupoty ojców naszych. Dziś słychać jednak coraz więcej głosów, że rozbiory były jedynie skutkiem przemożnej siły trzech – jakże niedemokratycznych – sąsiadów, my zaś zawsze byliśmy cudowni.

Dlatego warto znać własną historię, a ta ukazana przez Karola Zbyszewskiego jest świetna w czytaniu. Choć hurrapatrioci mogą narzekać. A niech tam sobie narzekają. Rozum musi w nas wreszcie zacząć zwyciężać. Trudna to jest walka, ale konieczna. Jeżeli nie chcemy powtarzać błędów przodków.

I najważniejsze – książka Zbyszewskiego jest pełna dowcipu i dobrego humoru. A że ma śmiech ma własności terapeutyczne… tym bardziej należy przeczytać Zbyszewskiego.

 

 

 

WALTER ALTERMAN: Hieny, sępy oraz inne ścierwojady

Przed każdymi wyborami da się słyszeć, że jesteśmy narodem wspaniałym, dumnym i szlachetnym. Z delikatnym zaznaczeniem, że głównie dotyczy to wyborców, na których liczy dana partia. Ciągle jednak natykam się na informacje, których przekaz jest odmienny. Z moich obserwacji wynika, że staliśmy się bowiem społeczeństwem atakowanym przez liczne grono ścierwojadów, żerujących na naszym umyśle, zdrowiu psychicznym i fizycznym. Jesteśmy atakowani – jak w wojnie domowej – ofertami, które są wręcz zabójcze.

Kto atakuje Polaków? Polacy! A robią to z najniższej, z przyziemnej chęci zysku. Napastnicy nie liczą się ani ze zdrowym rozsądkiem, ani ze skutkami swych działań. Dla nich liczy się dla nich pieniądz, pieniądz i jeszcze raz szmal. Poniżej zamieszczam kilka przykładów działań naszych rodzimych hien i sępów.

                                          Uwolnieni uzdrowiciele naszych dusz

Tak się złożyło, że w ostatnich dniach jeździłem trochę po kraju. Zawędrowałem nawet do jednego z domów kultury w mieście wojewódzkim. Adresu nie podaję, bo to nie jest felieton interwencyjny. Chodzi mi o zjawiska, a nie o napiętnowanie jakichś konkretnych przypadków, bowiem zjawisko jest szerokie.

Zatem na drzwiach wejściowych do tego domu kultury wisiał plakacik, a na nim przeczytałem, pisownia oryginału: Przepis na szczęście. Szczęście nie zna wieku, a wiele dużo zależy od Ciebie i Twoich wyborów! Będziemy poruszać ważne tematy dotyczące naszego życia wewnętrznego i tego co zrobić, aby zachować dobry nastrój, osiągnąć spełnienie i szczęście. Zawsze jest dobry czas aby zadbać o potrzeby emocjonalne, żyć w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Koszt 25 zł/os/ 2 godz. warsztat

Czy powierzyłbym swoje „potrzeby emocjonalne” osobnikom, którzy nie potrafią pisać po polsku, stawiać przecinków i kropek? Ja na pewno nie, ale są przecież ludzie, którzy się skuszą…

Grzebanie w ludzkiej psychice, emocjach, próby zmian nastawienia do świata i samego to sprawy poważne, bo kiedy znajdziemy się w rękach ignoranta, odważnego amatora psychiatrii – skutki mogą być tragiczne. A ludzie z problemami psychicznymi, emocjonalnymi, bardzo często wstydzą się pójść do psychologa i psychiatry, ale chętnie wezmą udział w takich „warsztatach”.

Dlatego jak grzyby po deszczu pojawia się coraz więcej fundacji, stowarzyszeń, pracowni, grup i jeden Bóg wie, jak się tam jeszcze nazywają współcześni szalbierze. Ci oszuści bez najmniejszego przygotowania fachowego i bez żadnych uprawnień zawodowych, wmawiają nam głupoty, przy których wszystkie antykościoły, nowe ruchy religijne, wielbiciele bosego ganiania po rosie lub też bosego biegania po niewygasłym ognisku w stroju „Prasłowianina” – czyli w lnianej koszuli do kostek – to tylko łagodni idioci. Natomiast ci, którzy chcą – za jedyne 35 zł – pomóc nam znaleźć szczęście – to już są groźni bandyci. Bo mogą doprowadzić wielu łatwowiernych ludzi do okrutnych tragedii.

                                                  Podstawy prawne szaleństwa

Na jakiej podstawie ci oszuści działają? Wystarczy pójść do sądu, zapłacić kilkadziesiąt złotych i zarejestrować swoją grupę. Potem droga do łatwej kasy stoi już otworem – jak nowy odcinek nieotwartej jeszcze autostrady. I nikt ich nigdy nie sprawdza, nikt nie interesuje się tym, co robią.

Swoją drogą to dziwne, bo skoro ściga się u nas producentów bimbru i handlarzy lewym alkoholem z przemytu, to dlaczego o wiele groźniejszych „dealerów szczęścia” zostawia się w spokoju? Przecież przeciętny Polak po spożyciu nawet marnej wódy, następnego dnia ma jedynie kaca, ale trzeciego dnia jest już normalny.

                                                Wolność gospodarcza bez ograniczeń

Takie i podobne sytuacje są skutkiem tego, że dwadzieścia kilka lata temu uwolniono zawody, w czasach komuny koncesjonowane. Teraz – na przykład – reżyserować może każdy. I nie jest to duży kłopot. Jeżeli bowiem – na przykład – ktoś obejrzy kolejne produkcje ekranowe Patryka Vegi czy też Wojciecha Smarzowskiego, to straty duchowe i estetyczne bezsprzecznie poniesie, ale jest też spora szansa, że na następne „dzieła” tych twórców nabrać się już nie da.

Coś mi się zdaje, że nasz parlament, uwalniając niektóre zawody i zajęcia od koncesjonowania, miał na celu jedynie zwiększenie wpływów fiskalnych. Oczywiście mówiło się wtedy dużo o wolności w ogóle, o prawach do realizowania się zawodowego… ale tyle się u nas mówi od rzeczy i nie na temat, że stało się to już normą.

                                                               Byle nie był karany

Jest jeszcze jedna dziedzina życia społecznego, w której sprawy stanęły na głowie. Ta metafora nie jest tu całkiem bez sensu, bo chodzi o gimnastykę rekreacyjną i inne podobne jej fitnessy.

Po zmianie prawa, w ostatnich już kilku latach, każdy może być trenerem i prowadzić zajęcia fizyczne. I oczywiście nie jako wolontariusz czy jakiś marny społecznik – to są zajęcia za pieniądze. Każdy też może prowadzić teraz nawet rehabilitację chorych, choćby po poważnych wypadkach, z urazami kośćca. I to są duże pieniądze.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że rynek usług fitness to poważna gałąź gospodarki. Dotyczy to także producentów sprzętu sportowego i handlujących nim.

Kiedyś zajęcia z gimnastyki, aerobiku i innych takich fikołków prowadzili najczęściej byli sportowcy, którzy musieli mieć ukończone odpowiednie kursy trenerskie. Dziś krzywdę fizyczną może nam zrobić każdy. Bo dzisiejsi instruktorzy i trenerzy są to amatorami – takimi samymi, jak ci od uzdrawiania naszego ducha. Warunek jest jeden – osobnik trenujący nas sportowo, fizycznie i rekreacyjnie – musi być niekarany. Mój Boże, kto to wymyślił? Dlaczego akurat ma istnieć taki próg do szczęścia finansowego?

                                Wolność gospodarcza i wolność dla szalbierzy

Wolność to piękny i pożądany stan ducha, umysłu i ciała. Kiedyś na nasze prawo do wolność nastawała tzw. komuna. Dzisiaj w obszar naszej wolności wkraczają różnej maści szalbierze, nieudacznicy i pospolici złodzieje. A wszyscy oni twierdzą, że chcą nam pomóc! Takie coś nazywało się kiedyś – bezczelna hucpa w ponurej okolicy.

 

 

Z kolejnymi tematami tabu rozprawia się SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zbawienne słowo „nie”

Czy możliwe jest dede? Albo co gorsze dedede? Ten tekst zapewne wywoła oburzenie, bo sprawy płci są za poważne, żeby traktować je lekko. Ludzie, którzy zmieniają płeć według wewnętrznego slangu przechodzą tranzycję, ludzie którzy zmieniają zmienioną płeć przechodzą detranzycję. Ile razy tak można? Nie wiadomo, wiadomo, że system zawodzi, a na system nacierają agresywni aktywiści LGBT.

Krzywda, czasem nie do naprawienia. Sprawa jest delikatna, wkracza w najintymniejsze obszary. Młody człowiek, dzieciak, uznaje, że jest raczej kobietą niż mężczyzną, którym się urodził. Tak chyba czuje, tak mu się wydaje, pewności nie ma. Przez Internet jako 14-latek nawiązuje kontakt z kobietą (chyba), która przysyła mu blokery, lekarstwa hamujące naturalne wytwarzanie testosteronu czyli dojrzewanie płciowe. Oczywiście to zabronione, ale co tam. Kobieta (chyba, choć ma bardzo niski głos i nikt jej nigdy nie widział) zaczyna wmawiać dzieciakowi, że tak naprawdę to on jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny, i że płeć można zmienić (modne sformułowanie brzmi „uzgodnić”), dzieciak zaczyna w to wierzyć.

Po latach chłopak przyzna, że był i jest po prostu gejem, że podobają mu się inni faceci, i że cały proces prawny i farmakologiczny zmiany płci na żeńską, który przeszedł był nie dość, że niepotrzebny, to mocno szkodliwy. Czemu szkodliwy? Z wielu powodów, jeden z nich to skutki uboczne przyjmowania lekarstw, w tym niebezpiecznych hormonów żeńskich, które miały z niego zrobić i robiły w pewnym sensie kobietę. Chłopak w wieku 20 lat miał kości 80-latka. Rosły mu piersi (które potem musiał operacyjnie usunąć), miał poważne problemy z nastrojem, z wątrobą, uderzeniami gorąca, nocnymi potami, to w skrócie.

Zanim jednak do tego doszło powiedział o wszystkim mamie. Kiedy miał 15 lat to właśnie mama poszła z nim do poradni psychologicznej. Po serii testów diagnostycznych orzeczono, że Łukasz, bo tak naprawdę tak ma na imię nasz bohater, nie jest transseksualny i nie ma podstaw do zmiany płci. Więc co? Więc chłopak znalazł psychologa, który orzekł coś zupełnie przeciwnego, że jego płeć trzeba zmienić, przy czym ten specjalista żadnych testów nie robił, bo nie miał czasu. Nie żartuję. Jako biegły stwierdził na piśmie, że konieczna, niezwykle niezbędna jest zmiana płci. Z tym zaświadczeniem chłopak udał się do sądu. W zaświadczeniu napisano o szeregu testów, wywiadów i spotkań, tyle, że była to nieprawda. Lipne, ale ważne zaświadczenie dostał od psychiatry i seksuologa po kilku minutach rozmowy. Te zaświadczenia wydawane są taśmowo, żeby nie powiedzieć przemysłowo, na ich podstawie zmienia się całe życie. „Psychologowie wydają zaświadczenia o transseksualizmie na jednej wizycie online” – to słowa naszego bohatera, Łukasza z obszernego wywiadu jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej”. Zmienił w końcu sądownie płeć, ale dwukrotnie odwołał operację usunięcia jąder. Na szczęście. Wcale nie czuł się dobrze jako kobieta. Po kilku latach w rozmowie z innym psychologiem uświadomił sobie, że zmiana płci była kompletną pomyłką. Próbował sprawę odwrócić, a swoimi doświadczeniami publicznie się podzielić ku przestrodze.

Tu dochodzimy do istoty sprawy. Dzielenie się przez Łukasza swoimi przeżyciami, doświadczeniami, wątpliwościami zostało przyjęte przez aktywistów LGBT za zdradę, a nawet transfobię, czyli nienawiść do transwestytów. Nie dość, że spadła na niego fala krytyki, nie dość, że zaczęto go publicznie ośmieszać nazywając „Ukaszkiem”, to zaczął też tracić zlecenia, bo ośmielił się wystąpić z otwartą przyłbicą. Krótko mówiąc „zniszczmy go” w imię tolerancji. Tymczasem sam Łukasz twierdzi, że ludzie borykający się z problemami dotyczącymi płciowości nie dość, że zasługują na troskę i szacunek, to przede wszystkim zasługują na prawdę, która może być jedynie owocem rzetelnej, pogłębionej diagnozy specjalistów, troski najbliższych i dojrzałej decyzji. Bez nich, bez podstawowej odpowiedzialności psychologów, psychiatrów, seksuologów, ale także sędziów zamiast pomagać można na całe życie zaszkodzić. Tragicznie zaszkodzić. Czasem najlepszą pomocą jest powiedzenie finalnie jednego prostego słowa: „Nie”. Po prostu nie.