Pastwiący się nad błędami – WALTER ALTERMANN: Na zmęczeniu spadają nam morale

„Morale nie spadają” – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. I mamy kłopot, bo moral w slangu sprawozdawców jest silna postawą psychiczną zawodnika w meczu. Oczywiście ów moral pochodzi od moralności, i jest jakąś kulawą kalką z angielskiego.

Ale po co? Pytam – po jaką cholerę, używać tak dziwacznych określeń? Przecież wystarczy powiedzieć, że zawodnik jest psychicznie silny, odporny na trudności… I jeszcze ta liczba mnoga? Morale? Straszne i głupie.

Wielka Pandora

Otworzył puszkę z wielka Pandorą w środku” – mówi ekspert od Bałkanów w Polsacie, 19.01.2023 r. Martwią mnie tacy eksperci, bo jeżeli nic nie wiedzą o micie Pandory, to co naprawdę wiedzą o Bałkanach? Ja rozumiem wąską specjalizację, ale obok specjalizacji ważne są też rzeczy podstawowe, choć ogólne.

A w puszcze Pandory znajdowały się wszelkie nieszczęścia, które rozeszły się na cały świat. Puszka Pandory to symbol nieszczęść, czegoś, co wywołuje mnóstwo nieprzewidzianych trudności, źródło niekończących się smutków i kłopotów.

Pasażer wozu opancerzonego uciekł

Na portalu Komputer Świat, 18 II 2023, napisano: „Rosyjski wóz pancerny trafiony z najbliższej odległości. Pasażer uciekał w popłochu”.

Doszło tu do dużego błędu. Otóż: Bojowym Wozem Piechoty-1 – bo o taki tu chodzi – można jeździć, ale do podróży to on się nie nadaje. Opancerzone wozy bojowe naprawdę nie są przeznaczone do podróżowania. One jeżdżą! Mają podwieźć załogę i członków desantu na linię frontu, potem wspierać ich ogniem karabinów maszynowych i działek. Tyle.

Skąd ludzie biorą takie zdania? Najpewniej z tłumaczeń komputerowych, z języków obcych na nasz. Ale warunek jest taki – trzeba znać dwa języki: obcy i nasz. Gdyby jeszcze redaktorzy przyzwoicie znali nasz, byliby w stanie poprawić koślawo tłumaczący program komputerowy, ale coś mi się widzi, że albo słabo znają język polski, albo nie mają czasu przeczytać tego, co firmują własnym nazwiskiem.

Z pojęciem podróżowanie sprawa jest prosta. Podróż to droga dalsza, dłuższa wyprawa. I dlatego jeździło się ze wsi do najbliższego miasteczka, ale już z Krakowa do Wiednia, to się podróżowało. Można było podróżować pieszo, konno na oklep, dwukółką, półkoszkiem, powozem i karetą. Teraz podróżuje się samochodem, pociągiem, samolotem, statkiem. Oczywiście można też jeździć samochodami, pociągami, można latać samolotami i pływać statkami.

Jest w świetnym amerykańskim serialu Przyjaciele sytuacja, w której Joey, aktor bez matury, ma napisać do urzędu adopcyjnego list, w którym chce poświadczyć, że jego przyjaciele są dobrymi ludźmi i nadają się na rodziców adopcyjnych. Urząd ocenił, że list pisał 9-cio latek. W tej sytuacji przyjaciele radzą Joey’owi, żeby wzbogacił swoje słownictwo, korzystając z podpowiedzi komputera. W efekcie poprawiony list wygląda tak: „Zaświadczam, że oboje są ludźmi o bardzo rozwiniętych i dobrze funkcjonujących centralnych ośrodkach układu krwionośnego”. A chodziło o to, że mają dobre serca.

To taki zagraniczny żart, dla autorów portali internetowych. W celu podtrzymanie ich na duchu, że w USA też nie jest najlepiej z językiem – wśród ludzi bez matury.

Osławione „Kraby”

Portal Defence24, omawiając wojnę na Ukrainie, pisze: „Nasze osławione Kraby, odniosły w tej wojnie niebywały sukces”.

Być może już o tym pisałem, jeżeli tak to i tak warto przypomnieć, że osławiony oznacza coś, kogoś, który ma złą sławę. Zatem osławiony może być przedwojenny kat Maciejowski, Hitler, Stalin i paru im podobnych. Natomiast Kraby zdobyły na Ukrainę sławę i nią zasłużenie się cieszą.

W dużej mierze małoznany

Sprawozdawca sportowy mówi: „W dużej mierze zawodnik ten jest małoznany”. Można oszaleć, bo naprawdę nie wiadomo o co temu dziennikarzowi chodzi.

Więc niczego nie rozumiejąc, domyślam się jedynie, że chodziło o to, że „zawodnik ten” jest jeszcze mało znany, lub znany niewielu osobom. A może chodziło o to, że zawodnik jest ciągle mało znany, lub: tego zawodnika zna dotychczas niewiele osób.

Naprawdę nie mówmy językiem „docentów marcowych”, których to docentów – nie tylko marcowych – w ogólne już nie ma. Ale ich język – napuszony, barokowo-socjalistyczny niestety z nami pozostał.

Gramy na zmęczeniu

Przed laty Jan Tadeusz Stanisławski, satyryk i aktor, zakończył jeden ze swych monologów powiedzeniem: „I to by było na tyle”. I co Państwo powiecie? Przyjęło się! I naród tak właśnie zaczął mówić, całkiem serio, i z dużą radością. Kiedyś – widziałem to w telewizji – pewien wysokiej rangi dygnitarz partyjny, tak właśnie zakończył swoje wystąpienie: „I to by było, towarzysze, na tyle”.

Dzisiaj – wzorem „na tyle” szerzy się paranoja nowa. I wszędzie można usłyszeć: „to ciasto zrobiłam tak na szybko”, „nasi graja na zmęczeniu”. Owszem, prawidłowo jest powiedzieć, że wpadło się do znajomych na chwilę, ale nie na zmęczeniu i nie na szybko.

 

Jeden z Wyklętych: Władysław Siła-Nowicki

25 lutego 1994 r. w Warszawie zmarł Władysław Siła-Nowicki, adwokat, żołnierz Armii Krajowej oraz Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, więziony przez władze komunistyczne (1947–1956), działacz opozycji antykomunistycznej i obrońca w procesach politycznych. W latach 1990–1992 prezes Chrześcijańsko-Demokratycznego Stronnictwa Pracy, w latach 1991–1993 poseł na Sejm RP.

„Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie, nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane”. Tak swoją wizytę w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie wspominała Irena Siła-Nowicka, żona Władysława Siła-Nowickiego, powojennego politycznego przełożonego Dekutowskiego, inspektora WiN na Lubelszczyźnie, ps. Stefan.

“Żegnał się z przyjaciółmi”

Z więziennego biura przepustek Irena Nowicka poszła do aresztu na Rakowieckiej: „Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Suchej. (…) Jak się okazało tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku, rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi…”.

Hieronim Dekutowski „Zapora” to jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki, najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. W czasie niemieckiej okupacji, cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Aresztowany we wrześniu 1947 r., podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Zamordowany, po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Taki sam los komunistyczni siepacze zgotowali sześciu „Zaporczykom”. Podstawą był wyrok krzywoprzysiężnego Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, chyba najbardziej krwawego trybunału śmierci w stalinowskiej Polsce.

„Pluton egzekucyjny” stanowił jeden morderca: st. sierż. Piotr Śmietański, który, wzorem sowieckim, uśmiercał skazańców strzałem w tył głowy. Ten sam oprawca zabił też innych bohaterów walki o wolną Polskę, w tym rotmistrza Witolda Pileckiego. Przy wyroku asystował naczelnik więzienia, lekarz i kapelan.

Trzęśli Lubelszczyzną

Dlaczego „Zaporczycy” byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni? Władysław Siła-Nowicki wspominał: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”.

Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r. mjr Hieronim Dekutowski, razem z Władysławem Siła-Nowickim, podjął rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m.in. z płk. Józefem Czaplickim, dyr. Departamentu III MBP – ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem; ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywanym „Akowerem”; i płk. Janem Tatajem, szefem WUBP w Lublinie) o warunkach ujawnienia się lubelskiej partyzantki niepodległościowej.

Władysław Minkiewicz w książce „Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939 – 1954” zapisał: „W rezultacie w lasach na Lubelszczyźnie odbyła się konferencja, na którą przylecieli helikopterem z Warszawy wiceminister bezpieki Romkowski [Roman Romkowski, właściwie Natan Grinszpan-Kikiel], oraz dyrektor Departamentu Politycznego MBP, Luna Bristigerowa”. Porozumienia nie zawarto, gdyż bezpieka nie zgodziła się, aby aresztowani wcześniej WiN-owcy odzyskali wolność.
Siła-Nowicki: „Kiedyś w trakcie tych rozmów, po podpisaniu pewnych punktów porozumienia, grupa ludzi od »Zapory« i obstawa dygnitarzy MBP zdrowo wspólnie popiła, zawsze jednak na zasadach równości, tak, aby żadna ze stron nie pozostawała bezbronna [obie strony były uzbrojone i w równej liczbie ludzi]. Potem wszyscy wsiedli do trzytonowej ciężarówki »Dodge« ze sprzętu amerykańskiego, dostarczonego armii radzieckiej. Samochód prowadził »Zapora«. Wyszkolony w prowadzeniu samochodów w warunkach terenowych, na znanej sobie gruntowej drodze pojechał z szaloną szybkością, jakby szukając śmierci. Na jednym z zakrętów wóz zarzucił, uderzył w drzewo i rozbił się na kupę szmelcu. O dziwo – nikomu z jadących nic się nie stało!”.

Ostatni rozkaz

W wyniku nieudanych rozmów „Zapora”, razem z dowódcami pododdziałów swojego zgrupowania, podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód. 12 września 1947 r. wydał – jak się później okazało – swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”. Ludzie „Zapory”, docierając kolejno (w połowie września 1947 r.) na punkt przerzutowy w Nysie na Opolszczyźnie trafiali bezpośrednio w ręce katowickiego UB. Dekutowski wpadł 16 września. Wszyscy zostali wydani przez kapusia. Dopiero po 1989 r. okazało się, że był nim ktoś inny, niż przez lata uważano. Podstępnie schwytanych „Zaporczyków” przewieziono na Rakowiecką i poddano brutalnemu śledztwu. Tak było przez ponad rok.

W niemieckich mundurach

Stefan Korboński, Delegat Rządu na Kraj, zapamiętał: „O tym, że »bandyta Zapora« to Hieronim Dekutowski »opinia publiczna« dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu”.
3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, prócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni: kpt. Stanisław Łukasik, ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski, ps. Zawada – adiutant, por. Roman Groński, ps. Żbik, por. Edmund Tudruj, ps. Mundek, por. Tadeusz Pelak, ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski, ps. Biały i ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki.

Nowicki wspominał, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”. W sądzie żaden z oskarżonych nie przyznał się do absurdalnych zarzutów zdrady Ojczyzny, nie pokajał się. „Zapora” wziął na siebie całą odpowiedzialność. Pytany, dlaczego zamiast ujawnić się, pozostał ze swoimi żołnierzami, odpowiedział: „Byłem związany ze swoimi ludźmi trudem i walką, byłem ich dowódcą. Nie mogłem umyć rąk i zostawić ich jak grupy bandyckie w terenie, bez dowództwa”.

15 listopada 1948 r. „sąd” skazał siedmiu „Zaporczyków” na kilkakrotne kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką, również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów został poddany brutalnemu śledztwu, ale – podobnie jak wcześniej – nikogo nie wydał.

Władysław Minkiewicz: „Wożono ich potem z workami na głowach, żeby ich nikt nie rozpoznał (z obawy przed ewentualnym odbiciem) jako świadków na rozmaite procesy podległych im członków WiN-u”.

Nieudana ucieczka

„Zapora”, razem z podwładnymi trafił do celi dla „kaesowców”, gdzie siedziało ponad stu skazanych na karę śmierci. Podjęli próbę ucieczki – postanowili wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej.

Minkiewicz: „Na noc rozkładało się na betonowej podłodze sienniki i ustawiało się wszystkie ławki pod ścianą, a ze stołków robiono w klozecie piramidę, sięgającą aż do sufitu. Po tej piramidzie Józio Górski [więzień kryminalny] wchodził co noc z wyostrzoną o beton łyżką i mozolnie wiercił nią dziurę w suficie, starannie zbierając gruz do typowego więziennego worka, zwanego u nas „samarą”. Potem ten gruz wrzucał do klozetu i spuszczał wodę, żeby nie pozostawiać żadnych śladów. A jak ustrzec się przed kapusiami? W tym celu wszyscy wtajemniczeni mieli kolejno nocne dyżury i w jakiś przemyślny sposób dawali znać Górskiemu, jeśli ktokolwiek z niewtajemniczonych budził się i szedł do klozetu. Górski przerywał wówczas na chwilę pracę i siedział sobie cichutko na szczycie swojej piramidy. (…) Po kilku tygodniach dziura była na tyle szeroka, że Górski wszedł przez nią na strych i odbył trasę aż do okienka nad niskimi budynkami gospodarczymi. W zasadzie można już było podjąć próbę ucieczki, postanowiono jednak zaczekać na czas, kiedy nadejdą noce bezksiężycowe, co dawałoby większą gwarancję uniknięcia pościgu przez często krążące po Rakowieckiej patrole KBW”.

Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Dekutowski i Siła-Nowicki trafili na kilka dni do karcu, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany.
Nowickiemu pomogły rodzinne koneksje – był siostrzeńcem Dzierżyńskiego. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz, rodzona siostra twórcy Czeki, napisała do Bieruta: „Kocham go jak własnego syna, a więc przez pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu”.

Inaczej było z „Zaporą”. Na nic zdały się prośby o łaskę jego rodziny, w tym najstarszej siostry Zofii Śliwy, czynione drogą dyplomatyczną przez Prezydenta Republiki Francuskiej – od końca lat 20. mieszkała we Francji, odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim ruchu oporu. Hieronim Dekutowski też walczył w czasie wojny z Niemcami, ale dla komunistycznych siepaczy nie miało to żadnego znaczenia. Zginął, bo nie pogodził się z nową, sowiecką okupacją.

“Byliśmy dla niego morituri…”

Przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Hieronima Dekutowskiego oskarżał Tadeusz Malik. Sądzili: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy). Rozprawie przewodniczył Józef Badecki.

Władysław Siła-Nowicki wspominał: „Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków. Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca, był cały czas bardzo grzeczny. Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…”.

Podpisane przez Badeckiego uzasadnienie wyroku z 15 listopada 1948 r. brzmiało (pisownia oryginalna): „Ośrodki dyspozycyjne reakcji polskiej w postaci tzw. emigracyjnego rządu londyńskiego, czy też korpusu Andersa, będące zresztą powiązane z agenturami imperialistycznych kół kapitalistycznych, wykorzystały dla swych celów specjalne warunki topograficzne woj. lubelskiego, oraz pewną ilość zbałamuconych członków byłych »AK« z czasów okupacji niemieckiej. (…) Ośrodki dyspozycyjne znalazły odpowiednich zwolenników swej ideologii na przywódców. Do nich zaliczają się oskarżeni. Oskarżony Nowicki reprezentuje raczej czynnik inspiracyjny, jak sam nazywa polityczny. (…) Inni oskarżeni z Hieronimem Dekutowskim ps. Zapora na czele, są czynnikiem właściwie wykonawczym, o dużym zakresie działania. Tworzą oni ośrodek działalności band terrorystyczno-rabunkowych i dywersyjnych pełniąc tam funkcje przeważnie dowódców band. Bezwzględność i okrucieństwo oskarżonych zostało wyzyskane przez ich wyższe kierownictwo do tworzenia na terenie woj. lubelskiego w okresie od lipca 1944 r. aż do mniej więcej połowy roku 1947 ognisko zamętu i pożogi, które dużym wysiłkiem władz i społeczeństwa musiało być unicestwione”.

Przepowiednia CEZAREGO KRYSZTOPY: Z daleka widać wiosnę

Siedzą i czekają aż PiS upadnie. Bo przecież musi upaść. Mają zaprzyjaźnione media, tresowane autorytety, celebrytów, którym nie trzeba nic tłumaczyć, a właściwie nawet nie ma sensu, bo z założenia są durni proporcjonalnie do liczby obserwujących ich na Instagramie, tak jakby ich stadna tępota była swego rodzaju biletem wstępu do raju okładek kolorowych czasopism. A przede wszystkim mają dużych kolegów, którzy gotowi są na wiele.

I umówmy się, PiS robi sporo, żeby tak się stało i te marzenia opozycji się spełniły. Długo by pisać o „Piątkach dla zwierząt”, czy kosztach „kompromisu z Brukselą”. Równie długo można by pisać o szkodliwości braku rozumnej opozycji, który rozleniwia umysłowo rządzących, ale gdyby opozycja, która w istocie sprawia wrażenie zagranicznej agentury, miała choć trochę rozumu, być może wszyscy bylibyśmy już zbieraczami szparagów (z całym szacunkiem do ciężkiej pracy).

Sztuczki

No może niezupełnie siedzą. Mają w swoim arsenale wiele sztuczek. A to, że „nowa Solidarność” czyli KOD porwie tłumy, albo, że porwie je Wałęsa, nocne przyśpiewki na plenarnej sali sejmowej, heroiczna „śmierć” Wojciecha Diduszki, codzienny spazm histerii TVN, manipulacje ocenami ratingowymi, sondażami, może jakiś „znany reżyser” umiarkowanie popularnych gniotów nakręci film, stuknięty grafoman napisze książkę, Parlament Europejski uchwali ostrą rezolucję?… Nie?

No, to może chociaż zima będzie ciężka, zabraknie gazu, zabraknie węgla. A jeśli nie zabraknie, to może chociaż węgiel nie będzie się palił, chleb będzie po 30 złotych? I furda tam, że za płotem jest wojna. Liczy się tylko to żeby „je..ć PiS”, i Kaczyńskiego, który „jest gorszy od Putina i Hitlera razem wziętych”.

Wiosna

A tu już marzec. Zima okazała się dość lekka. Z daleka już widać wiosnę. Zachodnie media piszą o nowym środku ciężkości Europy w Polsce, prezydent Stanów Zjednoczonych, jeszcze niedawno lodowato zimny wobec „konserwatywnej Polski”, odwiedza ją po raz drugi w ciągu roku. Realizowane są zakupy sprzętu dla armii. Wysoka inflacja jest faktem, ale eksperci przepowiadają w najbliższym czasie spadek. Zagadką pozostaje stan budżetu.

Ciekawe czy do jesieni do opozycji dotrze, że „je..ć PiS” nie dla wszystkich jest wyłącznym imperatywem i priorytetem?

 

Estetyka według WALTERA ALTERMANNA: Prostactwo, czyli nasz przykry język publiczny

Pamiętają Państwo piękną balladę Mickiewicza „Powrót taty”? A czy naprawdę rozumieją Państwo jej przesłanie, dla nas, współczesnych?

Skoro Adam Mickiewicz był wieszczem, to znaczy, że przepowiadał, widział oczyma duszy przyszłość i tymi wizjami z nami się dzielił i dzieli.

Proroctwa Mickiewicza

Oczywiście wieszcz nie mógł pisać wprost. Jak każdy z wielkich wróżów – wliczając w to grono wróżbitę Macieja – musiał w pewien sposób kodować to co przeczuwał i widział duszą swą niezwykłą. Jak każdy prorok nie mógł pisać wprost z datami i nazwiskami, bo inaczej współcześni mu braliby go za osobnika niespełna rozumu, i mógłby skończyć w szpitalu wariatów. A tak, jak pisał kodem zapisywał się do wielkich wróżów, jakich znamy choćby ze Starego Testamentu. Bo wróżenie, wieszczenie to jest dar niebios, dawany nielicznym.

Powrót taty

Rozszyfrujmy zatem, co nam zakodował największy nasz poeta, jakie miał przesłanie dla przyszłych pokoleń. Jaka mamy sytuację w balladzie „Powrót taty”? Otóż jest to czas niespokojny, bo:

                                                           Rozlały rzeki, pełne zwierza bory

I pełno zbójców na drodze

A czyż my nie żyjemy właśnie w niespokojnych czasach? Tak, to nasze czasy, dzisiejsze. Głównymi bohaterami ballady są członkowie dobrej rodziny; ojciec, matka i pobożne dzieci. Czyli to my wszyscy. Ojciec jako kupiec wraca z podróży handlowej, czyli pracy. Niestety są też zbójcy, o których Mickiewicz pisze:

Brody ich długie, kręcone wąsiska,

Wzrok dziki, suknia plugawa;

Noże za pasem, miecz u boku błyska,

W ręku ogromna buława.

Pozornie Mickiewiczowi chodzi o pospolitych złodziei i zbrodniarzy, ale przecież nie do końca… Przyjrzyjmy się bowiem ich charakterystyce. Po pierwsze – twarze zbójców pokryte są zarostem gęstym, kryjącym ich prawdziwe oblicza. Ale zdradzają ich dzikie, wściekłe oczy… Zbójcy są w sposób widoczny podnieceni okazją do zbrodni. A owe suknie plugawe? Nie chodziło wieszczowi przypadkiem o nas współczesnych, bo kiedyż to było w historii tak wielu dziwaków, takich przebierańców jak nie teraz?

Co Mickiewicz przewidział na rok 2023

Największą rewelacją jest ogromna buława w ręku… A czyż nie pisze Mickiewicz – kodem wieszczym – że chodzi o nas zwykłych ludzi i naszych dzisiejszych polityków? Szczególnym dla mnie tropem jest ów wzrok dziki i ta buława.

Jakże często, prawie zawsze, wszelkie dyskusje w salach parlamentu i w rozmaitych telewizjach,  ukazują nam polityków, których wzrok jest dziki, a reszta twarzy też wyraża dziką chęć mordu na przeciwnikach politycznych. Nasi polityczni dyskutanci publiczni prawie nie zwracają uwagi na treści swych ustaw sejmowych i senackich. Oni chcą zmiażdżyć, unicestwić i zakopać jakieś 2 metry pod ziemią każdego, kto się z nimi nie zgadza.

Z ich oczu i oblicz można wyczytać, że są nienasyceni mordem i torturami, i dlatego chcieliby je zafundować oponentom.

Co może nas – prostych ludzi – uchronić przed okropnym widokiem dzisiejszych zbójców? Mickiewicz twierdzi, że jedynie modlitwa. No, ale on nie znał jeszcze prawdziwej siły powszechnych wyborów.

Prostactwo słów, min i gestów

Niestety, ale prostactwo naszych parlamentarnych wybrańców leje się wprost z ekranów telewizorów na podłogi, z czego parkiety bez przerwy trzeba wycierać i suszyć… Ale prostactwo nie ma nic wspólnego z prostotą, z żadną z klas społecznych, wykształceniem i pozycją zawodową. Prostactwo to jest przywarą nędznego ducha. Bo duch w wielu z nas jest marny.

Wystarczy byle dyskusja o pociągnięciu nowej linii tramwajowej w jakimś mieście, o przesunięciu przystanku autobusowego, a już w lokalnych audycjach radiowych i telewizyjnych stają w szranki miejscowi radni. Chyba jednak przesadziłem… bo w szranki stawali przecież rycerze, którzy mieli swój honor, etos i zasady moralne, i były też ścisłe reguły walki w szrankach.

Walka na miny, na pomówienia

Dzisiaj walka odbywa się na wredne spojrzenia, na podłe miny, bez jakiegokolwiek szacunku dla przeciwnika. We wszystkich dyskusjach padają słowa obelżywe, niegodne insynuacje, pomówienia. I jakże często słyszymy wredny śmiech. Walka polityczna w dzisiejszej Polsce nie toczy się na argumenty. Ta walka jest walką z osobami, z konkretną osobą.

Zdaje się, że nam już nawet modlitwa nie pomoże. Skoro bowiem nasza klasa polityczna nie rozumie głównej idei chrześcijaństwa, która głosi, że każda osoba ludzka jest tworem Boga, i jako takiej należy się jej – tej OSOBIE LUDZKIEJ – szacunek. Kościół naucza nas od zawsze, że należy potępiać słowa i czyny człowieka, ale nie jego samego.

Kobiety nasze, puch marny

Pisałem w poprzednim felietonie, że w odróżnieniu od mężczyzn nasze kobiety dbają o swój publiczny wygląd, o ubiór. Niestety w polityce nasze panie są znacznie gorsze od mężczyzn.

Może dlatego, że nie czują się jeszcze pewnie w środowisku politycznym, w końcu ledwie 100 lat temu kobiety uzyskały u nas prawa wyborcze. A może chcą być lepsze od mężczyzn? Nie wiem. I w końcu wszystko mi jedno z jakich to powodów panie są bardziej okrutne od mężczyzn.

Socjologowie badający zachowania i struktury grup przestępczych twierdzą, że młodociane bandy, w których są kobiety, cechuje znacznie wyższy stopień okrucieństwa, niż w grupach samych mężczyzn. Może ci młodzi mężczyźni chcą się przed dziewczynami popisać? A i dziewczyny z band są w nich najokrutniejsze.

Obserwując jak zachowują się panie, będące w służbie publicznej, zaskakuje mnie jak łatwo się podniecają awanturami, które same prowokują. Oczy robią się im duże, dłonie drżą, głos więźnie momentami w krtani, chwilami wydobywa się z ich krtani dyszkant, ręce latają w powietrzu jak u ranionego ptaka… Na te dziwne zachowania pań, przypominają mi się sondaże sprzed dwudziestu lat, przeprowadzone na zamówienie największych sieci handlowych w USA. Zleciły one badania na temat: kto i dlaczego kradnie w sklepach samoobsługowych. Okazało się, że w 85 procentach kradną dość zamożne panie, a kradną drobiazgi niewiele warte. Więc o co chodzi? Według badających to zjawisko chodzi o emocje pań, które tym drobnym kradzieżom towarzyszą. A są to emocje spore – na zasadzie złapią, czy nie złapią. I te emocje u pań kradnących da się porównać jedynie z emocjami towarzyszącymi zbliżeniom seksualnym.

Jawi się też pytanie – jeżeli panie zasiadające w Sejmie, Senacie i licznych radach samorządowych, nie mają hamulców i zachowują się publicznie tak nieelegancko, tak prostacko… to jak muszą traktować swe dzieci i mężów, matki i ojców? Przecież nikt w domu ich nie ocenia – ze strachu przed domową furią. I jak bardzo muszą być znerwicowane ich rodziny? I co wyrośnie z ich potomstwa, skoro mamusia publicznie potrafi zachowywać się jak kat zdzierający skórę ze skazańca?

Nie piszę po nazwiskach, nie podaję kto jakie partie reprezentuje w prostactwie. Bo wszystkie nasze partie mają równy udział sprawczy w narastającej fali powszechnego prostactwa.

Prostactwo nasze codzienne

Poszedłem do lekarza, rejestratorka, młoda dziewczyna potraktowała mnie, starszego człowieka jak niedorozwiniętego. Mówiła głośno – jakbym był głuchy. Każde zdanie powtarzała dwa razy – jakbym był dotknięty 100 procentową demencją. W końcu mówię do niej, miłym tonem:

– Bardzo panią przepraszam, ale sam wszedłem na to pierwsze piętro, wiem jeszcze jak się nazywam i nie jestem głuchy, nawet okularów nie używam…

Zrozumiała, przeprosiła i dalej już zachowywała się wobec mnie normalnie. Czyli, można. Ale jak to przekazać naszym wybrańcom z Sejmu, Senatu i rad gminnych?

Co z tym robić?

Mickiewicz zaleca na zbójów modlitwę… A mnie czasem przychodzi na myśl stare powiedzenie, w związku z tym co napisałem powyżej o naszym języku publicznym: „Albo się panie opanuj, albo się chamie pohamuj”.

 

 

PIOTR TURLIŃSKI opisuje sytwetkę i twórczość tytana literatury: Sławomir Mrożek. Prozaik (3)

Sławomir Mrożek był dramaturgiem, prozaikiem, poetą, felietonistą i rysownikiem. Najpierw zajmiemy się jego twórczością prozatorską, a w następnym felietonie – jego utworami scenicznymi. Urodził się w 1930 roku w Borzęcinie nieopodal Krakowa. Zadebiutował w 1953 roku zbiorem „Opowiadania z Trzmielowej Góry” oraz zbiorem opowiadań „Półpancerze praktyczne”. Mrożek napisał dwie powieści, pierwszą jest „Ucieczka na południe, drugą „Maleńkie lato”. „Ucieczka na południe” ukazała się drukiem w 1961 roku. W tej powieści znajdziemy sublimację i kwintesencję mrożkowskiego poczucia absurdu, biorącego się z głębokiego satyrycznego – w najszlachetniejszym rodzaju – widzenia świata. Powieść zawiera też rysunki Mrożka, będące ozdobą oraz istotnym dopełnieniem tekstu.

            Fabuła „Ucieczki…” to opowieść o trzech chłopcach wędrujących, w towarzystwie małpoluda, bliskiego kuzyna Yeti. Uciekają z północy na południe Polski. Ich celem jest Sumatra, z której pochodzi małpolud. Podróż jest niebezpieczna, bo całą czwórkę ściga impresario Mephisto Kovalsky, który był właścicielem małpoluda i pokazywał go w całym kraju za pieniądze. Małpolud jest piśmienny, oczytany i bardzo inteligentny i ma dosyć życia w klatce. Ta podróż przez Polskę jest podróżą przez kraj dziwactw i szaleństwa. Oto fragment opisujący wiejskie wesele, na które uciekinierzy przypadkiem trafiają:

Ucieczka na południe

Gruby oprzytomniał ujrzawszy, że znajduje się w jakimś pomieszczeniu oświetlonym lampą karbidową, Na środku stał aparat pełen skomplikowanych rurek mosiężnych. Światło pełgało po ścianach i nie widać było dokładnie, gdzie kończy się ten loch. Tym bardziej, że pod ścianami stały rzędem kadzie, beczki i wiadra.

Piwnicę wypełniało świstanie, łoskot i kołatanie. Przed aparaturą siedział na odwróconym wiadrze mały chłopczyk z ogromną, siwą głową. Było bardzo gorąco, pachniało słodkawo.

Gruby czekał przez chwilę, a widząc, że chłopczyk nie zwraca na niego uwagi, powstał, otrzepał się z kurzu i zapytał surowo:

– Co ty tu robisz?

Mały odwrócił ku niemu głowę. Zupełnie jakby białą łysinę ktoś obracał na zapałce.

– Tata tam leżą – powiedział, wskazując przegrodę z beczek. – Przynieść ich?

– Nie, nie! Nie trzeba – przestraszył się Gruby i spuścił z tonu.

– To może przynieść stryja?

– Nie, też nie.

– To może któregoś ciotecznego?

– Nie, ja… właściwie przyszedłem tylko do ciebie – bronił się Gruby, rozglądając się i szukając zawczasu, którędy by tu można było uciec albo ukryć się.

Dopiero teraz domyślił się, że ów okropny bulgot i świst wydawany był przez grupę mężczyzn leżących w głębi ziemianki.

– Może się w co zbawimy? – zapytał i zdobył się na głupi grymas, jaki zawsze ozdabia twarz ludzi, którzy w sposób bezczelny i nieszczery usiłują przypodobać się dziecku. (…) – Opowiem ci bajkę – zdecydował rozpaczliwie Gruby, widząc, że nie ma stąd ucieczki, i przysiadł koło malca. – Był sobie raz…

– Zaczekaj pan, bo mi zacier fermentuje – przerwał mu chłopczyk i oddał się obsłudze urządzenia. (…)

– Kim chcesz zostać, jak dorośniesz? – zapytał Gruby.

– Inżynierem – odparł malec z dumą. – Pójdę do prawdziwej gorzelni, tam to dopiero! Takie kotły, takie maszyny, nowoczesne… Nie to, co u taty… – dodał z rozgoryczeniem. (…)

Wkrótce weszli jacyś ludzie, odświętnie ubrani w garnitury granatowe w paseczek. Z szumem napełniali samogonem kadzie i wynosili je na powierzchnię.

– Zraz przyjdą wynieść tatę na wesele, was też zanieść?

– Nie, dziękuję, sam pójdę – obruszył się Gruby.

W obejściu szykowało się wielkie weselisko. Podwórko pełne furmanek. Uprząż i półkoszki przybrane zielenią i wstążkami z kolorowej bibułki. W kuchni otwartej na oścież bieganina i zamęt. Na gumnie przygrywała kapela. Wszędzie pełno ludzi zaproszonych i tych, którzy tu przyszli z ciekawości, popatrzeć z daleka (…).

Wesele gotowało się piękne i huczne. Młodzi ludzie, swobodnie gawędząc, ostrzyli koziki bądź wyrywali sztachety z płotów, dobierając co grubsze. Było to jednak wesele nie u jakichś zacofańców, znachorów. Na to, że gospodarz był człowiekiem światłym, doceniającym zdobycze nauki, wskazywała apteczka, umieszczona na widocznym miejscu, dobrze zaopatrzona w gazę i środki antyseptyczne, a także nosze.

Gruby stanął w samym środku weseliska. A było ono huczne. Na ławach siedzieli ci, co już odnieśli rany kłute i cięte nóg i nie mogli tańczyć, przepijali wesoło, przyglądali się tańczącym i pohukiwali. Kto był pobity powyżej pasa, a nie miał uszkodzonej opłucnej ani osierdzia, ten wywijał wesoło obertasy. Przyśpiewkom, żartom i pokrzykiwaniom nie było końca. Pana młodego mieli bić dopiero po powrocie z kościoła, bo inaczej biliby bez ślubu, czyli jakby w grzechu.

Dużą dawkę wiedzy o autorze zwiera ostatnia jego pisarska pozycja, którą jest „Baltazar.” Mrożek napisał „Baltazara” jako zaleconą mu przez lekarza terapię, w formie autobiografii. Miało mu to pomóc w odzyskani pamięci, którą w znacznym stopniu utracił w 2002 roku, wskutek wylewu. Uważam, że również ta ostatnia w dorobku Mrożka pozycja jest szczera, do bólu, rak wobec autora, jak i świata. Warto ją przeczytać. Poniżej drobne fragmenty z „Baltazara”. 

 

Baltazar. Autobiografia

Koniec wojny

Do tej pory nie byłem w teatrze. Teatr w Polsce przedwojennej był dla mnie niedostępny, nie tylko z powodu biletów, choć także i dlatego. Do teatru chodziło się tylko powyżej pewnej sfery. Co prawda, także ze snobizmu. Później, podczas wojny, Polakom nie wolno było chodzić do teatru, gdyż taki był nakaz AK. Teraz miała nastąpić ta pierwsza w moim życiu premiera. Teatr imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie, podczas wojny nur für Deutsche, przygotował pierwszą powojenną inscenizację Wesela Wyspiańskiego, przeznaczoną między innymi dla młodzieży szkolnej. Widziałem ten spektakl i dostałem z wrażenia gorączki. Odtąd teatr był częścią mojego życia, a także stał się moim zawodem.

Matura

Niespodziewanie do Krakowa zawitał stryj Ludwik z krótką wizytą. Zaprosił mnie do restauracji, do nieistniejącego już „Żywca” ma Floriańskiej. Po raz pierwszy byłem we względnie wykwintnym lokalu. Zauważyłem, że kelnerzy darzą stryja Ludwika szacunkiem, a on przyjmuje to w sposób zupełnie naturalny. Podczas obiadu poinformowałem go krótko o chorobie matki, o mojej maturze i o planach na przyszłość. Słuchał uważnie z nieprzeniknioną twarzą, a pod koniec obiadu zaprosił mnie do siebie, do Kamienia, na całe wakacje. Domyślając się zapewne w jakiej byłem sytuacji, wręczył mi sporą sumę na wydatki. Zamiast oszczędzać, kupiłem sobie pierwszy w życiu zegarek i bilet pierwszej klasy. Nieświadomie ustaliłem moje predyspozycje na całe życie.

Praca w Dzienniku Polskim

Kiedy Stalin umarł, w Polsce zaczęła się orgia hipokryzji. Nie znałem nikogo, kto by żałował, że Stalina nie ma już wśród żyjących. Ostatnie lata jego rządów dopiekły wszystkim. Nawet najzagorzalsi zwolennicy mieli do niego rozmaita zastrzeżenia, wyznane dopiero po jego śmierci. Ale wszystkich łączyło jedno – strach przed przyszłością. Dla swoich wrogów Stalin był okrutnikiem, ale przyszłość bez niego wydawała się niepewna. Dla swoich zwolenników Stalin był dobrotliwym ojcem, a przyszłość bez Stalina… Nie, tego nie umieli sobie nawet wyobrazić. Jedni i drudzy potrzebowali czasu, żeby zaakceptować ewentualnego następcę.

Ci, którzy nienawidzili Stalina, nie mogli się do tego przyznać, ponieważ każdy inny mógł być konfidentem. Stali się więc hipokrytami. Ci, którzy się przed nim korzyli, manifestowali swą rozpacz na wyścigi, jeden głośniej od drugiego. W rezultacie bali się go wszyscy, nawet po jego śmierci. Ale nikt go nie żałował.

Od śmierci Stalina zaczął się w Polsce proces, który można by nazwać „od kapitalizmu do komunizmu i z powrotem”. Kiedy wahałem się w Meksyku, czyby nie wrócić do Polski, uznałem, że komunizm w Polsce już się skończył. Wróciłem, ale dzisiaj nie jestem tego pewien. Trwająca w Polsce demokracja nie jest tym samym, czym jest zasiedziała od wieków demokracja, która jeszcze trwa w państwach zachodnich.

Ma Mrożek w swym wielkim dorobku pozycję, która mnie bawi i zasmuca zarazem. Chodzi o obszerne opowiadanie, którą nazwa się „Moniza Clavier. Romans”.

            Początek opowiadania, napisanej w pierwszej osobie, jest taka: Oto Polak zostaje we Włoszech w czasie wycieczki. Ma na sobie podniszczony garnitur, a w tekturowej walizce kabanosy i jedną białą koszulę na zmianę. Zagubiony w nowym świecie maszeruje plażą na Lido, nad brzegiem morza i nie wie co ma z sobą zrobić. Ale… następuje spotkanie z trójką bogatych ludzi Zachodu, którzy dla przyjemności odbywają konną przejażdżkę. Czy to z kaprysu, czy z ciekawości dla dziwnego człowieka, pani na koniu, wielka aktorka Moniza Clavier, zaprasza bohatera na wystawne – jak się okaże – przyjęcie artystycznej elity w hotelu „Excelsior”.

            I oto mamy w sumie, nie tylko początek, ale też całą treść opowiadania. A jest nią zderzenie uchodźcy ze Wschodu z bogatą cywilizacją Zachodu. Ale nie tylko o materialne różnice chodzi Mrożkowi, bo ukazuje on w „Monizie…” przede wszystkim zderzenie mentalne, kulturowe i filozoficzne dwóch cywilizacji.

Przytoczmy małe fragmenty opowiadania.

Moniza Clavier. Romans

W Wenecji nie miałem żadnych interesów ani zajęć. Przyjechałem tego samego dnia jako skromny turysta o nader ograniczonych środkach.  Choć dotąd błąkałem się bez celu, oszołomiony wszystkim, miałem nadzieję, czasem jakże trudna do utrzymania, że mimo wszystko we mnie, biednym i nieznanym, nieobytym, młodym, z dalekiego i nieważnego kraju, jest coś. Co czeka tylko na okazję, żeby się ujawnić i dorównać temu wielkiemu światu. Nie tylko dorównać, ale i przewyższyć. Walka o własną godność jest najtrudniejszym zadaniem dla każdego podobnego mnie – w podobnej sytuacji. Walczyć można rozmaicie, a jeżeli walczyć się nie da, trzeba pogardzać. Od samego rana walczyłem i pogardzałem Wenecją przy pomocy kabanosa.

Oto jak wyglądała pierwsza rozmowa z Monizą Clavier. Zwróćmy na nią uwagę, bo wiemy – jak wiedział Mrożek – że pierwsza kontakty są w istocie decydujące o sensie całej znajomości.

Kiedy Moniza dowiedziała się, że pochodzę ze Wschodu, przy czym nie określiłem bliżej mojego kraju, jej zainteresowanie stało się bardzo żywe. Zażądała, żebym jej dokładnie opisał krajobraz stepowy, o którym tyle słyszała. Zatoczyłem ręką szeroki krąg, mówiąc:

– At, daleko, daleko…

Na co zaświeciły się jej oczy i wyznała, że dusi się w ciasnych ramach cywilizacji.

To właśnie po wymianie tych jakże odkrywczych zdań, z obu stron, bohater zostaje zaproszony na bal i staje przed wejściem do hotelu…

Na początku wyłoniły się dwie trudności: nie miałem odpowiedniego stroju i nie wiedziałem jak się wydostać z tłumu otaczającego „Excelsior”, przejść przez kordon policjantów w galowych mundurach, w białych rękawiczkach i lakierowanych pasach, z lampasami i szablami, a potem jak wytłumaczyć służbie, że należę do grona zaproszonych gości. Nie otrzymałem zaproszenia na piśmie. Wnet jednak trudność pierwszą, polegającą na braku odpowiedniego stroju, obróciłem na swoja korzyść. Nie należałem do nich, byłem przybyszem z obcych stron, stepowym synem, więc nonszalancja, z jaką miałem się zjawić na przyjęciu w moim starym ubraniu, wymiętym w ciągu trzech dni podróży, podkreślała tylko mój urok, wyrażała moją niezależność wobec form światowych, wolność od zwyczajów, które ich krępowały, a mnie nie dotyczyły.

Zjawia się jednak Moniza, która rozpoznaje go i wyławia z tłumu, i wprowadza na przyjęcie. Bohater spostrzega jednak, że nie jest ośrodkiem zainteresowania. Obcy ludzie – choć oni są u siebie – nie wykazują żadnego zainteresowania dalekim goście. Więc wlewa w siebie coraz więcej alkoholu, żeby zapić i zabić stres. Więc pije, samotnie siedząc na ogrodowej ławce.

Wnet spostrzegłem, że po drugiej stronie palmy formuje się ośrodek towarzyski całego przyjęcia. Nie bez wzruszenia poznawałem twarze znane mi z okładek czasopism filmowych i magazynów ilustrowanych. Przybywało ich coraz więcej, coraz piękniejsze były tam kobiety, coraz głośniej i weselej rozmawiano, śmiech rozbrzmiewały swawolnie. (…)

Ta ich pewność siebie, ta ich niezależność zaczynały mnie drażnić. To ja tutaj siedzę zamyślony, głęboki, kto wie jakie mam problemy, na co wskazuje coraz częstsze sięganie po szklankę, a oni tam się śmieją, płytcy i powierzchowni. I co? I maja być ważniejsi? Więc głębia, myśl, oryginalność, wszystko to się nie liczy w tym skorumpowanym, goniącym za pozorami świecie? Blichtr, blichtr – powtarzałem ze wzgardą. – Blichtr i błyskotki.

Jako syn narodu północnego, surowego, doświadczonego przez historię, z odrębnością swoją, z mądrością swoistą, drogo zapłaconą, niedostępną innym – jak kabanos. (…) Wkroczyłem w środek rozbawionego towarzystwa. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że znajduję się na nogach, krzesło zostało za mną. Wkroczyłem w środek rozbawionego towarzystwa.

– O, tu! – krzyknąłem, szeroko otwierając jamę ustną i wskazując na zęby trzonowe – O, tu, wybili, panie, za wolność wybili!

Nastąpiło zamieszanie. Ucichli, patrzyli na mnie, nie mogąc zrozumieć, o co mi chodzi. A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu. To, że nie doceniali martyrologii, bardzo nie rozgniewało.

– Popatrz pan – powiedziałem podchodząc do jednego grubego i szerzej otwierając usta. – Tu, aaoo…

Gruby chrząknął i odwrócił wzrok – Przepraszam – powiedział i odszedł.

Rzuciłem się więc do następnego z kolei, tak samo demonstrując.

– Tu. O! Brakuje. Wybili panie, za wolność. Oooo!

Ale i ten odsunął się ode mnie. Zobaczyłem, że towarzystwo się rozprasza. Więc puściłem się za nimi, umykającymi coraz pospieszniej. Oni jednak znikali mi z oczu, ukrywali się w plątaninie ścieżek, za parawanami śródziemnomorskiej roślinności. Miotałem się w sieci świateł i zieleni. Po tym rajskim ogrodzie niosło się długo moje wołanie, ni to skarga, ni to żądanie:

Wybili, panie, za wolność wybili…

 

Mrożek dla dzisiejszego pokolenia 60-cio i 70-cio latków był przewodnikiem na drodze do normalności mentalnej, światopoglądowej, do zrozumienia minionego już teraz systemu.. Jego żart i prowokowany przez niego śmiech na widowni, i uśmiech u czytelnika, miał poznawcze i katartyczne znaczenie. Mrożek przedstawiał możliwości innego widzenia świata, innego myślenia o społeczeństwie i człowieku. To nie jest mało.

I teraz, gdy widzę jak z roku na rok rośnie liczba prawdziwych i rzekomych kombatantów, to myślę właśnie o tym pisarzu. I także o innych literatach, którzy uczyli nas innej prawdy, niż robiła to władza w czasach PRL-u. To Mrożek i inni ludzie myślący, przygotowali nam mózgowy grunt do zmiany ustroju. Smutne, że tak niewielu dzisiejszych polityków o tym zapomina. Nie mówiąc już, że zaskakujący jest brak pomników, które powinny nam przypominać naszych mózgowych i duchowych przewodników. Choćby Sławomira Mrożka.

No, ale cóż – u nas samozwańcza konkurencja na pomnikowe postacie jest bardzo duża…

 

WALTER ALTERMANN: Czy Dyzmowie mogą mieć honor?

Najpiękniejszy napis na polskiej broni białej to Bóg, Honor, Ojczyzna. Ta trójca dla żołnierza dawnych wieków miała być święta. Czy zawsze była? To już inna sprawa, ale tak miało być. I tak być powinno.

Nie jest prawdą, że każda sprawa honorowa kończyła się strzelaniem lub wywijaniem szablami. Najczęściej powoływano sąd honorowy, składający się z osób o nieposzlakowanej opinii. I taki sąd „ważył sprawę”. Osoba pomówiona, obrażona, lub też stająca w obronie czci kobiety, munduru, instytucji odwoływała się właśnie do sądu honorowego.

Sprawa honorowa

Jeżeli ten sąd uznawał, że obraza, złe zachowanie miało miejsce, to obrażający, zniesławiający miał obowiązek przyznać się do winy, wyrazić skruchę i żal oraz przeprosić tego, który czuł się dotknięty lub znieważony.

Dopiero wtedy, gdy sprawca czynu nie chciał przywrócić światu „moralnego porządku”, był wzywany na pojedynek. Jeżeli do pojedynku nie stawał, był kompletnie skończony. Skutkiem tego tracił pracę. Karą było też i to, że nikt z dobrego towarzystwa nigdzie go nie zapraszał i nikt nie podawał mu ręki… No, tak. Ale skąd wziąć dzisiaj dobre, nieposzlakowane towarzystwo?

Tu wyjaśnię, że pewne kategorie osób nie miały tzw. praw honorowych, byli to, m.in.: politycy, nałogowi alkoholicy, hazardziści, artyści i dziennikarze. Mężczyźni z tego kręgu mogli być obrażani, nie mogąc dochodzić przed sądami honorowymi naprawy szkody i przeproszenia. Jeżeli zaś, wyliczeni powyżej, sami obrażali, pomawiali, to można było na to nie zwracać uwagi.

Dyzmowatość nasza

Przekleństwem naszym jest to, że co kilka, co kilkadziesiąt lat pojawiają się w życiu publicznym osobnicy „znikąd”. Tak jak w powieści Dołęgi-Mostowicza znikąd pojawia się Nikodem Dyzma. Ja wiem, że Dyzma to postać fikcyjna, literacka, ale jakże przydatna do moich dalszych rozważań, więc jej użyję.

Szczerze mówiąc kariera Radosława Sikorskiego jest silnym dowodem na marność naszych elit. Tak samo widział przedwojenne elity autor powieści o Dyzmie. Bo jak to jest, że nasze elity kupują takie lisy farbowane, czy koty w worku. Wystarczy, że jegomość jest przystojny i ma niski głos.  Karierę w Polsce może też zapewnić odrobina egzotyczności – tak jak Dyzma miał ponoć pochodzic z Kurlandii, a Sikorski z Oksfordu.

Niewyraźny życiorys – jako mocna strona?

Co łączy powieściowego Dyzmę z Radosławem Sikorskim? Przede wszystkim, to że obaj studiowali w Oksfordzie. Tu muszę podać informację, że Oksford jest miastem nauki. I znajdują się tam liczne szkoły średnie i kilka szkół wyższych, nie licząc sławnego uniwersytetu.

Radosław Sikorski podaje, że ukończył studia w Oksfordzie. Trochę w tym prawdy, ale nie całej. Bowiem Sikorski ledwie zrobił w Oksfordzie licencjat. Więc w naszym polskim odniesieniu, studiów nie kończył, bo wieńczy je tytuł magistra, którego on nie ma. Dyzma też był bardzo męski i zdecydowany – zupełnie jak Sikorski. Dyzmie rozum zastępowała bezczelność i hucpa. No i bardzo gładko kłamał ten papierowy Dyzma.

Sikorski jest też – podobnie jak Dyzma – mistrzem niedomówień. Na przykład – nigdy nie powiedział co robił w Afganistanie, kluczy, robi miny, nie precyzuje. I skutkiem tego nie wiadomo, czy był tam odważnym dziennikarzem, czy też wnikliwym partyzantem.

Sikorski epatował zdjęciem, na który stoi pośród talibów, mając w rękach karabin. Zatem jest to zachowanie niegodne reportera wojennego. Bo albo się walczy serio, albo jest się tylko dziennikarzem. Najgorsze w tym szpanie jest to, że Sikorski dał niejako powód, żeby walczący mogli bezkarnie mordować reporterów wojennych, bo skoro reporterzy występują czasem z bronią w ręku, więc właściwie są przeciwnikiem…

Radosław Sikorski lubi też wzruszać – jak Dyzma wymyśloną chorobą, nabytą w okopach I wojny światowej. Pamiętam, że przed laty, stojąc na tle własnego pałacyku opowiadał, jak razem z ojcem, tymi rękoma, cegła po cegle odbudowywał pałac, który był wtedy ruiną. I Sikorski – mówiąc to – był bardzo cierpiący nad wysiłkiem własnym i ojca. Nawet poczułem wstyd, że sam nie wziąłem się do restaurowania jakiegoś zabytku.

Nie ma się co obrażać, ale to nasza prawica odkryła Radka jako partyzanta afgańskiego i bohaterskiego reportera. Albo odwrotnie.

Sługa dwóch panów

Czy można być sługą dwóch panów? W komedii jak najbardziej, o czym zaświadcza wielki Carlo Goldoni w swojej komedii pod takim tytułem. Ale w tragedii, w dramacie? Raczej nie. Zatem nie dziwi mnie powszechne zdumienie, że były polski minister, obecny polski eurodeputowany dostawał pieniądze od Emiratów Arabskich, bo Sikorski, odkąd się pojawił na scenie politycznej gra komedię, tyle, że część polityków traktuje te komedyjkę serio. Nawiasem mówiąc – cała publiczna działalność Radosława Sikorskiego to farsa, czyli sporo niżej niż komedia.

Na te zarzuty Radosław Sikorski odpowiada, że dochody ujawniał. Co prawda – nie mówi już – że w Parlamencie Europejskim nie trzeba podawać źródła dochodów, wystarczy podać, ile się brało.

Powiedzmy jedno – nie zawsze to co jest prawnie dopuszczalne, jest moralne. Nie zawsze w zgodzie z prawem, znaczy honorowo. I tego nie rozumie Radosław Sikorski. Niestety, nie rozumieją tego również broniący go politycy z PO. Panowie z PO! Sikorski to nie jednoosobowe Okopy Świętej Trójcy i nie trzeba go bronić do końca. Tym bardziej, że broniąc go tak zajadle sami się mocno upaprzecie panowie, bo sprawa przecież czysta nie jest.

Nie uchodzi

Sikorski ostatnio tłumaczył, że owszem podpisywał jakieś dokumenty o likwidacji WSI, ale na wyraźnie życzenie Antoniego Macierewicz. Panie Radku – chciałoby się powiedzieć – a gdzie pan ma honor? Jeżeli pan podpisał, to odpowiedzialność spada na pana. Pan wtedy był członkiem rządu RP. Czyli z napisu na szabli ma pan już skreślone: honor i ojczyznę. Ojczyznę dlatego, że podobno przyjął Pan kiedyś obywatelstwo brytyjskie. Też niby można, nie jest to zakazane, ale czy to honor dla ministra?

Komisja, czym prędzej

Obecnie nikt, żadna z partii i żaden z wielkich ludzi naszej polityki nie chce się przyznać do wyciągnięcia Sikorskiego z niebytu na polityczne salony. A może to żony naszych polityków – podkochując się w kolejnym Dyzmie – mają decydujący głos w sprawie karier?

To może należałoby powołać Komisję Sejmową do spraw zbadania wpływu żon polityków na ich decyzje? Byłoby naprawdę wesoło. Przy okazji poznalibyśmy małżonki naszych władców, ich język, mentalność i poglądy na świat.

Bo takie wpływy żon na mężów na świecie istnieją! Pamiętam, jak dziekanem jednej z wyższych uczelni teatralnych w Polsce – za czasów PRL-u – został aktor, nie mający matury. Ale za to kochała się w nim – naprawdę platonicznie – żona I sekretarza komitetu wojewódzkiego. I na sztuki, w których grał chodziła po kilka razy. I co miał chłop – znaczy ów sekretarz – zrobić z zakochaną żoną? Więc załatwił żoninemu ulubieńcowi dziekaństwo.

Nie wiem, jak było to z Sikorskim, z jego przejściem z prawicy do liberałów. Z hukiem, z nawoływaniem do dożynania watahy, czyli niedawnych przyjaciół… Oj, nie tylko z honorem ma problemy pan Sikorski. Ze zwykłą przyzwoitością również.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Grabowski kontra historia

Znany z antypolskich fobii prof. Jan Grabowski zabrał głos w sprawie kłamstw na Wikipedii. Domaga się jeszcze większego „zlewaczenia” tej zdominowanej już teraz przez postępową lewicę encyklopedii internetowej.

– Artykuły Wikipedii na temat Holokaustu w Polsce minimalizują polski antysemityzm, wyolbrzymiają rolę Polaków w ratowaniu Żydów, insynuują, że większość Żydów popierała komunizm i spiskowała z komunistami, by zdradzić Polaków (Żydokomuna lub judeobolszewizm), obwiniają Żydów za ich własne prześladowania i wyolbrzymiają żydowską kolaborację z nazistami – czytamy słowa Grabowskiego.

Przypomnijmy, że prof. Jan Grabowski ze swojej „radosnej” twórczości jest znany od dawna. W książce „Dalej jest noc”, sygnowanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Grabowski, razem z Barbarą Engelking postawił tezę, że w czasie II wojny światowej „dwóch spośród każdych trzech Żydów poszukujących ratunku zginęło – najczęściej za sprawą swoich sąsiadów, chrześcijan”. A to, że tej tezy nie można udowodnić…

Z kolei w 2018 r. chciał zablokować wystawę Instytutu Pamięci Narodowej zorganizowaną razem z Ambasadą Polski w Ottawie i tamtejszą uniwersytecką Slawistyczną Grupą Badawczą. Wystawa nosiła tytuł: „Polacy ratujący Żydów”.
Grabowski, który wykłada na ottawskim uniwersytecie, w liście do władz uczelni uprzejmie doniósł, że Instytut zajmuje się „zniekształcaniem, w sposób radykalny, polskiej narodowej świadomości historycznej”. „Trzeba powiedzieć: dość! Nie można pozostać obojętnym, gdy ludzie, którzy chcą karać więzieniem wyłamujących się z głównego nurtu uczonych, ludzie, którzy dławią wszelkie dyskusje i są pełnomocnikami nacjonalistów, rządzących Polską, próbują uczyć nas historii”.

Nacjonalistami ma być polska władza, a pełnomocnikami nacjonalistów – naukowcy z Instytutu Pamięci Narodowej. Grabowski zaapelował do swoich studentów oraz do Żydów z Ottawy, by „przyszli i wyrazili swój sprzeciw wobec jakichkolwiek prób zniekształcania historii ludobójstwa europejskich Żydów.”

W liście do władz swojej uczelni napisał dalej: „Jednym z najbardziej szkodliwych aspektów »polityki historycznej« promowanej przez IPN na arenie międzynarodowej jest uporczywe dążenie by celebrować polskich „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, czyli Polaków ratujących Żydów w czasie okupacji. Ci odważni ludzie są używani przez IPN instrumentalnie, w celu przykrycia o wiele mniej chwalebnych czynów dużej części polskiego społeczeństwa, które na różne sposoby brało udział w niemieckim planie ludobójstwa. Fakt, że tysiące polskich Żydów zostało zamordowanych lub zadenuncjowanych Niemcom przez swoich polskich sąsiadów, jest w całości usunięty z polskiej narracji”.

Na tym ma polegać coś, co nazwano tzw. „nową polską szkołą historii i Holocaustu”. Wspomniana książka „Dalej jest noc” ma być tej szkoły sztandarowym dziełem. Nowa szkoła – zapewne tak. Ale polska? Przecież Polaków przedstawia w złym świetle.

W końcu, „do zaprzestania szkalowania Narodu Polskiego” wezwała Grabowskiego Reduta Dobrego Imienia. W oświadczeniu RDI, podpisanym przez 134 polskich naukowców, czytaliśmy: „Działalność Jana Grabowskiego nie tylko nie przyczynia się do poznania prawdy, ale jest też rozsadnikiem kłamstwa w międzynarodowym życiu publicznym i naukowym, a więc jest sprzeczna z powołaniem naukowca”.

Co na to Grabowski? Nie tylko nie zaprzestał „szkalowania Narodu Polskiego”, ale – na łamach portalu Jewish.pl. – szkalowanie zarzucił Reducie i… pozwał ją. Reprezentujący go prawnicy podważyli „rzekomo szkalujący i nieprzychylny stosunek profesora wobec Polski i Polaków, który wyrażać ma się poprzez publikowanie wyników badań nad Holokaustem i zbrodniami popełnionymi przez Polaków na Żydach podczas II wojny światowej”. Czyli w tezach Grabowskiego nihil novi sub sole.

Jan Grabowski, prócz tego, że szczyci się tytułem profesora Uniwersytetu Ottawskiego, jest zatrudniony w Polskiej Akademii Nauk (Centrum Badań nad Zagładą Żydów). Można go śmiało nazwać kontynuatorem/następcą Jana Tomasza Grossa.

CEZARY KRYSZTOPA: Żal mi Barta Staszewskiego. Naprawdę

Na świecie upowszechnił się mit o tzw. „strefach wolnych od LGBT” w Polsce.I nie w żadnej tam przenośni, tylko na wzór stref „judenfrei” w III Rzeszy i na terenach okupowanych przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Są ludzie, którzy wyobrażają sobie, że w Polsce istnieją „strefy”, do których nie mają wstępu lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści. Nie jest do końca jasne jak wyobrażają sobie „weryfikację” na granicy „strefy”.

Bart Staszewski

Do implementacji tego fake newsa w międzynarodowej opinii publicznej przyczynił się twórca jednego dzieła, tabliczki z napisem „strefa wolna od LGBT”, Bart Staszewski. Ten podopieczny Fundacji Obamy jeździł ze swoją tabliczką do gmin i miasteczek, które podjęły prorodzinne uchwały różnego rodzaju (ani jedna nie zawiera zapisów o jakichś „strefach”, niektóre sprzeciwiają się ideologii LGBT, żadna nie ma skutków prawnych), przykręcał ją do znaków drogowych z oznaczeniami miejscowości, robił zdjęcia i puszczał w eter. Oczywiście wyglądało to jak oznaczenie autentycznej „strefy”. Staszewski coś tam czasem bąkał o „performansie”, ale w międzynarodowej przestrzeni publicznej funkcjonowały już tylko zdjęcia, płomienne przemówienia Biedronia na ten temat w Parlamencie Europejskim i plotka urastająca szybko do rozmiaru „faktu medialnego”.

Niestety miało to również konsekwencje praktyczne. Mieszkańcy miasteczek określonych jako „strefy wolne od LGBT” spotykali się z hejtem i niechęcią i to przecież nie tylko w Polsce. Mało tego, oskarżane o „homofobię” samorządy traciły konkretne dotacje liczone w milionach. Zaprzedane Gazecie Wyborczej powtarzającej „tezy” Staszewskiego sądy orzekały na korzyść „performera”, minister podobno konserwatywnego rządu Waldemar Buda, pisał do samorządów, że powinny ze swoich prorodzinnych uchwał zrezygnować. A Komisja Europejska, nasza kochana Komisja Europejska wszczęła przeciwko Polsce… tzw. postępowanie naruszeniowe.

KE zamyka postępowanie

No i słuchajcie ta nasza Komisja Europejska sobie teraz to postępowanie po cichutku zamyka. Jednocześnie nie słychać, żeby ktoś przepraszał mieszkańców lżonych samorządów. Nie słychać, żeby ktoś miał im zwrócić ich pieniądze. Nikt nie prowadzi na świecie kampanii wyjaśniającej, że w Polsce nie ma żadnych „judenfrei”, a sądy, gdyby tak komuś przyszło do głowy pozwać Staszewskiego, zapewne wymyśliłyby jakiś rebus, żeby się „aktywiście” krzywda nie stała.

Można się wściec. I nikt się nie ma prawa dziwić. Ja jednak oprócz tego przepełniony jestem jakimś zażenowaniem i litością dla tego nieszczęsnego człowieka, który w jakimś sensie zaprzedał dusze diabłu dla pięciu minut sławy. I dziś, mało komu potrzebny, być może, o ile były w nim jakieś szczere intencje, siedzi w kącie i zadaje sobie pytanie – czy jego akcja zwiększyła poziom sympatii dla środowisk, które chciałby reprezentować, czy raczej mocno obniżyła?

 

WALTER ALTERMANN: Kibice vel kibole, walka młodych, czy problem społeczny?

Żubardź to dzielnica Łodzi, niezbyt bogata, ale też nie nędzna. Są tam głównie czteropiętrowe bloki z czasów Gierka, i trochę dziesięciopiętrowców, które mają ten kuszący urok że dwie boczne ściany są idealnym miejscem do mazania sprayem. I to wykorzystują kibice piłkarskiej drużyny ŁKS, bo to jest zachód miasta. Na wschodzie zaś królują kibice Widzewa. Walka między nimi jest kilkudziesięcioletnia i zażarta. Typowym przykładem ostrej walki na bazgroły jest taki tekst: „Gdzie macie oprawę? K…wy z Widzewa?”

Czym jest oprawa? Ano są to race, wnoszone na stadiony nieleganie i tam odpalane w czasie meczy. Są to również banery z tekstami obrażającymi przeciwnika i policję. Wychodzi na to, że ponieważ Widzew obecnie jest oczko wyżej, bo gra w ekstraklasie, a ŁKS w I lidze, to kibice ŁKS uważając, że mają lepszą „oprawę”, są – we własnym mniemaniu – i tak w sumie lepsi.

Ostatnio jednak coś się zmienia. Na jednym z bloków przez lata bił w oczy wielki napis: „Śmierć Widzewowi”. Teraz jednak ktoś zamalował „Widzewowi”, a nad zamalowanym miejscem napisał „Putinowi”. Nie wyciągałbym jednak wniosków, że kibice są już rozumni i patriotyczni. Oni po prostu muszą komuś życzyć śmierci. Inny napis ma już bardzo polityczny charakter: „Na Żubardziu bez zmian. Śmierć kapitalizmowi!”.

I tak toczy się nasz światek. Państwo rozmawiają górnolotnie, a lud wie swoje i ma swoje zabawy. Ostatnio kibice ŁKS zniszczyli dwa dobre, wysokiej klasy artystycznej murale poświęcone Widzewowi i Włodzimierzowi Smolarkowi, wielkiemu zawodnikowi reprezentacji i Widzewa. Więc przestrzegałbym tych, którzy widzą w kibicach szczerych patriotów, bo psychologowie twierdzą, że kibice – albo kibole – rekrutują się z rodzin z kłopotami. Jest to zatem młodzież głęboko sfrustrowana. Oni czują się społecznie odrzuceni i nie widzą dla siebie perspektyw. Więc „w ramach odwetu” bazgrzą, niszczą i życzą innym śmierci. Chcą tymi zachowaniami rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę. Biedni młodzi ludzie.

W Łodzi nie jest najgorzej, jeśli chodzi o kiboli. Łódź to jednak nie Warszawa czy Kraków, gdzie kibole ganiają się z maczetami, nożami i nunczaku. No, ale Łódź nie jest już drugim miastem w Polsce.

Ostatnio w tramwaju, mimowolnie – bo mówili bardzo głośno –  podsłuchałem rozmowę takich dwóch nastolatków. Pierwszy mówi, bardzo podniecony, niemal radośnie:

– Dali mi kuratora!

– W du..ie. Mam kuratorkę dwa lata i jeszcze u nas nie była.

– A ty u niej?

– Co ty! Ja się ze starymi babami nie zadaję.

Kuratorzy

Kurator młodocianych ma z założenia opiekować się młodymi ludźmi, którzy nie mogą odnaleźć dobrej drogi życia. Ci młodzi najczęściej pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, biednych, pijących, czyli z dużymi kłopotami. Więc młodzi niejako dziedziczą kłopoty rodziców.

Ale państwo – teoretycznie – ma na ratunek właśnie kuratorów. I państwo nasze myśli tak – jeżeli abstrakcyjny byt może myśleć – już tam kuratorzy załatwią ten poważny społeczny kłopot. Niestety, jest to fikcja. W praktyce jest tak, że jeden kurator ma zbyt dużo podopiecznych i naprawdę nie wie co z nimi robić, poza sprawdzaniem, czy delikwent uczęszcza – mniej więcej regularnie – do szkoły.

Nie wiem dlaczego państwo nasze nie idzie drogą, która sprawdza się chociażby na Wyspach Brytyjskich. Tam kurator znajduje dla podopiecznego kursy zawodowe, lokuje go w grupach zainteresowań, takich jak choćby grupy rekonstrukcyjne, zapisuje go nawet do kółek szachowych, prowadza do teatrów. Krótko mówiąc – kurator stara się poszerzyć podopiecznemu horyzonty tego świata, pokazując mu różne możliwości życia społecznego, żeby taki chłopak nie żył w przekonaniu, że całe swe życie musi spędzić tak, jak jego rodzice. No i tam kurator naprawdę przejmuje się swą pracą. I tam nie ma lipy, która u nas jest drzewem narodowym.

Problem z „niedopasowanymi” jest bardzo duży i nic nie wskazuje, żeby się kiedykolwiek sam z siebie rozwiązał. Owszem, przyczyny takiego stanu rzeczy są osobnicze, ale też i ogólne, społeczne. Przypatrzmy się mechanizmom rządzącymi społecznościami, które odkrył Florian Znaniecki, wybitny polski uczony.

Florian Znaniecki

Nasz dziewiętnastowieczny uczony uchodzi za jednego z ojców polskiej socjologii. Większą część swego naukowego życia spędził w USA, gdzie badał też polską emigrację. Doszedł w tym obszarze do bardzo poważnych wniosków, które i nas powinny zainteresować. Znaniecki uważał, że emigranci mają problem do trzeciego pokolenia. Według niego pierwsze pokolenie emigrantów – tych, którzy przenieśli się z Polski do USA – fizycznie żyje w USA, ale mentalnie, duchowo nadal są w Polsce. Słabo uczą się angielskiego, nie przyswajają sobie miejscowej kultury i obyczajów – i tak dożywają ostatnich dni na obczyźnie, która nie stała się ich nową ojczyzną.

Drugie pokolenie emigrantów ma większy kłopot niż ich rodzice. Synowie i córki emigrantów nie wiedzą kim są, kim mają być. W domu bowiem mówiło się po polsku, w domu rodziców wisiały święte obrazy sprowadzone z Polski, w domu panowała tradycja polska, tak co do kościoła jak i świąt kościelnych. Rodziców – tak naprawdę nie interesował Ameryka, oni żyli właśnie na obczyźnie – wyobcowani, obcy miejscowym. Ich dzieci znają już Amerykę, ale znają słabo. Drugie pokolenie nie wyniosło z domów wzorców zachowań typowych dla Amerykanów. Więc jest rozdarte i zagubione. To z drugiego pokolenia emigrantów – nie tylko polskich – rekrutowały się szeregi gangów i bandytów.

Trzecie pokolenie zna już dobrze Amerykę. I ono ma szanse na zadomowienie się, na znalezienie sobie drogi do swojej „amerykańskości”. Pod jednym warunkiem – że ktoś im pomoże. I w USA państwo tę pomoc dla trzeciego pokolenia emigrantów zaoferowało, uruchamiając wiele programów socjalnych, adaptacyjnych, tak w szkołach, jak i poza nimi.

Piszę o tym, bo diagnoza, teza Znanieckiego odnosi się także do Polski, do naszej emigracji wewnętrznej

Nasi rodzimi emigranci

Mało kto sobie zdaje sprawę, że obecnie większość mieszkańców dużych polskich miast stanowią emigranci drugiego, lub trzeciego pokolenia. W 1945 roku Warszawa była bezludna, Kraków liczył raptem 200 tysięcy ludzi, w Łodzi mieszkało około 300 tysięcy osób. Już po 1945 roku zaczęła się wędrówka „ze wsi do miast”. I ta wędrówka trwa do dzisiaj.

Co prawda spora część współczesnych emigrantów, ze wsi i małych miasteczek, do dużych miast to ludzie wykształceni. Ale przecież nie wszyscy. Większość stanowią nadal – tak jak w przeszłości – robotnicy i niższy personel administracyjny. I znowu – tak jak zauważył Znaniecki – ci pierwsi przybysze do miast ciągle mentalnie żyją tak, jak żyli tam skąd przyszli, i z nimi nie ma kłopotów, ale już drugie i trzecie pokolenie ma spore problemy. Czy ktoś im instytucjonalnie pomaga? Nie zauważyłem.

Patologia i chuligaństwo

Oto tekst, który naklejono na wszystkich drzwiach wejściowych bloków pewnego warszawskiego osiedla. Nazwy osiedla nie podaję, albowiem sprawa jest natury bardzo delikatnej i grożącej zdrowiu mieszkańców tegoż osiedla. Niemniej tekst jest interesujący i dlatego go przytaczam, zachowując pisownię oryginału:

Przepraszamy

W imieniu wszystkich uczniów, którzy zawinili w ostatnich incydentach odbywajacych się na osiedlu (tu nazwa osiedla), chcielibyśmy przeprosić wszystkich mieszkańców osiedla za nasze nie mądre zachowanie oraz wprowadzanie niepokoju w Państwa życie. Chcielibyśmy również zadeklarować iż taka sytyacja nie będzie miała nigdy więcej miejsca oraz będziemy uczulać innych uczniów o nie przybywaniu na przerwach pod blokami mieszkańców, aby takie incydenty nie miały więcej miejsca i żeby każdy z nas żył spokojnie własnym życiem. Nie będziemy więcej szerzyć patologii i chuligaństwa na osiedlu (tu nazwa osiedla)!

Z poważaniem

Uczniowie którzy zawinili mieszkańcom.

Rzecz w tym, że ucznowie pobliskiej, dla osiedla, szkoły zawodowej na dużych przerwach gormadzą się na kawałku placu pomiędzy blokami i tam biją się z zapamiętaniem. Po czym wracają na lekcje.

Nie wierzę, żeby którykolwiek z uczniów sam wpadł na pomysł przeproszenia mieszkańców osiedla za zakłócanie ich spokoju. Najprawdopodobniej stało się tak na skutek interwencji policji, informowanej o zajściach. Potem – zapewne – któryś z nauczycieli zmusił uczniów do napisania przeprosin.

Niemniej zatrważający jest język i składnia tekstu, z którego nie wynika, że bójki są złe same w sobie, lecz to, że zakłócają spokój innym. A już zupełnym odlotem intelektualnym jest ostatnie zdanie: „Nie będziemy więcej szerzyć patologii i chuligaństwa na osiedlu (tu nazwa osiedla)! Z czego wynika, że szerzenie patologii i chuligaństwa jest dopuszczalne, ale poza wspomnianym osiedlem.

Ja wiem, że to jest szkoła zawodowa, ale przecież polonistę tam chyba mają?!

Moje dyskretne propozycje

Pora powiedzieć sobie, że nasze państwo nic nie robi w kwestii socjalizacji odrzuconych. Gorzej, bo w powszechnym mniemaniu dzisiejszej inteligencji wszystko jest w porządku.

Nasza dzisiejsza klasa średnia patrzy na tych biednych chłopaków i dziewczyny jak na ludzi gorszych, mających już zawsze żyć na marginesie. I jeszcze – ta nasza klasa średnia – intelektualnie bardzo średnia klasa – wmawia nam wszystkim, że każdy sam sobie jest winien – czyli trudno, takie jest życie.

Czy mamy godzić się na to, że mamy w kraju Polaków pierwszego, drugiego i trzeciego gatunku? Ja jestem przeciw. Bo ci odrzucani to też RODACY.

 

Różne wymiary estetyki analizuje WALTER ALTERMANN: Niechlujstwo nasze powszechne

Pewien bizantyjski historyk pisał o Słowianach, coraz liczniej zaludniających we wczesnym średniowieczu Bałkany, że są oni: „Podstępni, okrutni i brudni”. O ile pierwsze dwa określenia należy traktować jako wyraz walki z nowym politycznym konkurentem, to z tym brudem… należy się nad tym zastanowić.

Myślę, że za dużo w naszym życiu publicznym schlebiania, tym bardziej, że nadciąga nowy wybuch Krakatau w podlizywania się narodowi – nadciągają kolejne wybory. A ja sobie myślę, że nie jest sztuką schlebianie wyborcy. Sztuką jest mówienie mu prawdy, choćby przykrej.

Obowiązkiem artysty, dziennikarza i polityka – właśnie w tej kolejności – jest służyć prawdzie i mówić rodakom, nie to co chcą usłyszeć, nie po to mówić, żeby było im miło i nie „ku pokrzepieniu serc”, ale po to i dlatego, żeby pomóc im wytępić w sobie złe nawyki, okropne postawy i straszne zachowania. Grzeszymy powszechnie niechlujną myślą, byle jaką mową, nieprzemyślanym uczynkiem i zaniedbaniem estetycznym. Więc o tym porozmawiajmy.

Komórki

Normą się stało, że ekspedientki, czyli sprzedawczynie, nagminnie rozmawiają przez komórki w czasie pracy i w miejscu pracy. Wchodzę do sklepu – o niezbyt dużym ruchu klientów – i nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo pani sprzedawczyni mówi przez telefon innej pani, jak zrobić mielone kotlety. Stoję, czekam. Po długie chwili sprzedawczyni mówi do telefonu:

– Poczekaj, nie rozłączaj się, bo ktoś przyszedł.

W takiej sytuacji klient czuje się intruzem, który przeszkadza i boi się, że tamta druga spali, nie dosoli, może da za dużo tłuszczu i kotlety będą trujące. A przecież klient, to Pan Klient, przynajmniej tak powinno być. Ja widzę w tym nagminnym i wielce nagannym gadaniu przez telefon sprzedawczyń w miejscu pracy przejaw lekceważenia mnie, „mania mnie w d…użym poważaniu”.

Bywam też w sklepach, w których pracują Ukrainki. One są miłe, uśmiechają się i są bardzo sympatyczne. Ostatnio bywam też z przyjemnością w sklepie prowadzonym przez dwoje Hindusów. I oni też są normalni, czyli mili. A u nas? U nas wracają obyczaje zasłużonych ekspedientek czasów komuny, tej z końcowej epoki pustych półek. Wtedy ekspedientka była królową, to jej się nadskakiwało, do niej się przymilano, bo mogła dać kilo schabu, ale mogła też powiedzieć, że: „Schab właśnie mi wyszedł, a ten kawałek to mam dla siebie”.

Rozumiem, że kobietom za ladą może się nudzić, więc dzwonią. Ale też pamiętam, że w dawnych czasach te panie, dla zabicia czasu, rozwiązywały krzyżówki! Wiem też, że są cywilizowane kraje, w których sprzedawca z wejściem klienta, kłania się i pierwszy mówi „Dzień dobry”. I tak robią tam również panie sprzedawczynie.

Może nasz dumny – nie wiedzieć z czego – naród nie chce się płaszczyć i zginać karku? Jeżeli tak – to mimo tej całej gadaniny o naszym przyrodzonym honorze i dziedzicznej dumie – mamy kompleksy jak z Warszawy do Paryża czy Londynu.

Szacunek

Polacy się wzajemnie nie szanują. U nas nad Wisłą nikt nikogo nie lubi, chyba że żonę i dzieci, a i to nie zawsze. I nikt też nikogo nie szanuje. Toż to już Melchior Wańkowicz zauważył, że w Polsce szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem.

Abstrakcyjna zazdrość i zawiść? Nie tylko abstrakcyjna, bo moim zdaniem lud polski odziedziczył po szlachcie pogardę dla jakichkolwiek autorytetów. Na tym też żerowała w okolicach 1968 roku władza, gdy przeciwstawiała zdegenerowanym inteligentom i zepsutym studentom „zdrowe jądro społeczeństwa”, czyli chłopa i robotnika”. Dzisiaj niektórzy znowu mówią o wykształciuchach, którym się w głowach pomieszało. Oj, niebezpieczna to strategia, bo przypomnę, że koniec końców komunę obaliło to „zdrowe jądro”, gdy zabrakło jedzenia, benzyny i perspektyw

W każdym razie szczucie jednej części narodu na inną, ma u nas wielką i osławioną tradycję. A tak się szacunku do współplemieńca nie buduje.

Jest gorzej, bo Polacy nie lubią nie tylko innych Polaków, ale nie lubią też samych siebie. Zauważają to zagraniczni goście i dziwią się, szczególnie ci z biedniejszych od nas krajów. Z tą biedą to też nie należy przesadzać. Owszem bardzo ciężko żyje się emerytom, ale ja pamiętam klata pięćdziesiąte, gdy naprawdę było ciężko, gdy czekolada dla dziecka była luksusem. Więc nie przesadzajmy.

Włosy

Być może to zalążek buntu społecznego, ale coraz więcej młodych mężczyzn nie myje głowy. Chodzą w jakichś strąkach. I nie mam tu na myśli rastafarian, choć zastanawiam się jak często używają oni szamponu.

Co prawda od wieków oznaką buntu i męskiej siły jest duża broda, ale o brudnych włosach – jako o oznace buntu nie słyszałem. Taki Fidel Castro zapuścił brodę w czasach partyzanckich i przyrzekł, że ją zgoli dopiero po śmierci byłego prezydenta Kuby Fulgencia Batisty, ale słowa nie dotrzymał. Być może Fidel bez brody byłby mniej ważny?

 

Zapuszczenie się w zaniedbywaniu fryzury jest odrażające. I nie ma żadnych usprawiedliwień materialnych dla takiej manii, hodowania brudu na głowie, bo szampon nie jest luksusem. I z całą pewnością brudne włosy są jedynie oznaką, że inkryminowany brudas ma gdzieś normy cywilizowanego świata. Właściwym pytaniem, adresowanym do takiego jegomościa, byłoby takie pytanie:

– Kto panu przeszkadzał w zdobyciu dochodowego zawodu? Nie mówiąc już o wykształceniu.

Faktem jest, że urodzenie się w biednym domu, brak pozytywnych wzorców społecznych w młodości determinuje niejako naszą przyszłość. Ale też mamy wszyscy wolną wolę, więc wytłumaczenie niechlujstwa i braku szacunku dla innych jedynie „genetyką” nie objaśnia nam w całości naszego losu.

Jest też problem „niedogolenia”. Bardzo wielu mężczyzn goli się raz na dwa-trzy dni. I tak straszną rozmytą twarzą, brudem i niechlujstwem. Śmieszy mnie też moda na dwutygodniowy zarost naszych sfer wyższych, ale to już sprawa moda, nie mydła. Bywa, że tacy z zarostem strzyżonym na trzy milimetry staną obok siebie na konferencjach prasowych. Wtedy myślę sobie – sekta czy pozerstwo? Ale to inna sprawa.

Dresy

Jeszcze o czasach powojennych… Naród był biedny, ale czysty. Honorem matek było wysyłać dziecko do szkoły czyste i schludne. A w wielu miejskich domach nie było jeszcze łazienek i bieżącej wody. Biuraliści i robotnicy chodzili w czystych ubraniach. Owszem, często były to ubrania łatane, przerabiane, ale zawsze były czyściutkie. Może powodował to jeszcze przedwojenny etos, który zakładał, że na ulicy, poza domem, w pracy musimy jako tako wyglądać? Że nie wolno budzić u bliźnich odrazy? Że czyste ubranie jest objawem szacunku dla innych? Dzisiaj nie jest to już takie oczywiste.

 

Teraz na ulicach i w sklepach można zobaczyć osobników płci męskiej paradujących w porozciąganych i brudnych dresach. Taki teraz mamy sznyt. Ja wiem, że od wieków moda bierze się z naśladownictwa wojska i sportu. Pamiętam jak bardzo modne były koszulki polo, w kraju, gdzie nikt nie miał pojęcia czym jest gra w polo, nie mówiąc już o tym, że w polo nikt u nas nie grał. A czapki bejsbolówki, w kraju kopanej piłki?

Domyślam się więc, że dresy są również nawiązaniem do sportu. Tyle tylko, że nie ma żadnej dyscypliny sportowej, w której gracze występują w dresach. Dresy są używane przed i po zawodach…

Zatem, paradują młodzi ludzie w niechlujnych dresach, uważając, że są trendy. Żeby jeszcze te dresy były czyste! Ale nie, są upaćkane i brudne, i we mnie budzą odrazę. Bo to tak, jakby ktoś wychodził na ulice w pidżamie, chociaż strój nocny również powinien być schludny. I w tych dresach młodzież ucząca się idzie też do szkoły. Okropność.

Buty

Mawiało się przed laty, że o elegancji stanowią zęby i buty. Zacznijmy jednak od dołu. Ludzie u nas rzadko czyszczą buty, co widać. A przecież pasta do butów nie jest droga. Nie wierzę też, że tak wielu z nas nie może się schylać ze względu na choroby kręgosłupa.

Owszem, szczotka do butów kosztuje jakieś 10 zł, ale można bez niej się obyć i czyścić obuwie kawałkiem szmatki. Najlepiej by było, gdyby ci chodzący w dresach podarli je na kawałki i użyli tych kawałków do polerowania butów. A za te zaoszczędzone 10 zł kupili jakieś spodnie, w jednym z wielu sklepów używanej odzieży. Spora część młodych ludzi chodzi też w trampkach, najchętniej białych. To znaczy przy kupnie białych. I mamy taki zestaw? Dresy w stylu pumpy i zniszczone trampki po przejściach. A może zapanował już moda na dziadostwo, tylko że to do mnie nie dotarło? Jeżeli tak, to przepraszam.

Zęby

Wiele starszych osób straszy publicznie potwornymi brakami w uzębieniu. I zachowują się ci szczerbaci jakby wszystko było w porządku, jakby brak jedynek i dwójek był czymś pełnym uroku i wdzięku.

Co by nie mówić, to jednak państwo raz na pięć lat funduje darmowe szczęki! Ale jakoś tak się porobiło w warstwach biedniejszych, taki duch tam zapanował, żeby się nie przejmować wyglądem własnym. Może ta ich abnegacja jest zemstą na tych, co chodzą w czystych butach i mają wszystkie zęby, choćby w części sztuczne? Najbardziej cierpię, gdy taki szczerbol podchodzi blisko, rozdziawia usta i pyta mnie o godzinę. Wtedy mam zawsze ochotę odpowiedzieć:

– Jest jeszcze na tyle wcześnie, że na pewno zdąży pan do protetyka!

Ale oczywiście mówię tylko, która jest godzina…  Może mam poczucie winy, że jednemu z drugim nie chce się iść do dentysty po protezę, że nie chce się im wyczyścić butów…

Kobiety

Jedno jest tylko zadziwiające w tej mierze, że kobiety – niezależnie od wieku i społecznego statusu – dbają o siebie, dbają o swój wygląd. I to jest miłe. Choć i dziwne zarazem, bo jak to jest, że te matki nasze nie wpoiły swym synom, nie wymogły na swych mężach, że jakoś trzeba się nosić?