Zaufanie do własnej wizji świata – ks. ARTUR STOPKA o wiarygodności stacji telewizyjnych

Ogłoszony w połowie wrześnie br. komunikat CBOS zatytułowany „Postrzeganie telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych” wskazuje nie tylko na systematyczny spadek wiarygodności telewizji publicznej w tym względzie. Pokazuje znacznie więcej.

 

Duża część zamieszczonych w mediach omówień tego sondażu zaczynała się od informacji, że tylko co czwarty Polak (25 proc. badanych) ma zaufanie do programów informacyjnych i publicystycznych Telewizji Polskiej. Akcentowano też, że tendencja spadkowa trwa już od prawie dziesięciu lat. W 2012 roku informacjom i publicystyce TVP wierzyło 50 proc. odbiorców, pięć lat później już tylko 34 proc., a w 2019 o trzy procenty mniej.

 

Ze wspomnianego badania CBOS-u wynika, że w ostatnich latach spadało też zaufanie do programów informacyjnych i publicystycznych serwowanych przez dwóch pozostałych dużych nadawców operujących w naszym kraju, jednak w kwestii utraty wiarygodności w oczach widzów publiczna telewizja znacząco wyprzedziła kanały komercyjne. Co więcej, jak wynika z kolorowego wykresu opublikowanego np. w Wirtualnych Mediach – ocena wiarogodności w ostatnich dwóch latach nieco wzrosła zarówno Polsatowi, jak i TVN-owi.

 

Zaraz będzie dziesięć

 

Przyglądając się sondażowi CBOS-u warto zwrócić uwagę, że uwzględnia on tylko trzy największe stacje telewizyjne adresujące swój kontent do polskich widzów. Na odnotowanie zasługuje również fakt, że respondentów pytano nie tylko o programy nadawane na głównych antenach, ale również o związane z nimi kanały nastawione przede wszystkim na informację i publicystykę, czyli TVP Info, Polsat News i TVN24. Wydaje się to oczywiste, jednak, jak zauważył na początku września br. wspomniany serwis wirtualnemedia.pl, po debiucie kanału Wydarzenia24 i zapowiadanym na październik starcie News24 w Polsce będzie działać aż dziesięć telewizji o profilu informacyjno-publicystycznym. W dodatku kwestią coraz bardziej drugorzędną jest sposób nadawania programu – czy propagowany jest sygnałem naziemnym czy też udostępniany w internecie.

 

Jak wylicza wspomniany serwis poświęcony mediom, do końca wakacji w naszym kraju działały TVP Info, TVN24, TVN24 Bis, Polsat News, Polsat News 2, Superstacja, TV Republika, wPolsce.pl i Biznes24. 1 września Superstację zastąpił kanał Wydarzenia24. Czy takie specyficznie polskie rozdrobnienie kanałów informacyjno-publicystycznych ma związek z wiarygodnością i zaufaniem ze strony odbiorców? Wydaje się, że tak. Ma też związek z podejściem do prawdy w ogóle, a w stosunku do prawdziwości treści podawanych w mediach w szczególności.

 

Któremu można zaufać

 

Żyjemy w świecie subiektywnych „prawd”. To już nie jest kwestia polaryzacji, lecz coraz bardziej niepokojącej atomizacji. Posiadanie własnej „prawdy” wpływa na to, w jaki sposób traktujemy media. Nie mają one już dla wielu być źródłem rzetelnych, maksymalnie obiektywnych informacji o świecie i wyraźnie od nich oddzielonego komentarza, który pomaga je przede wszystkim zrozumieć, a nie ideologicznie interpretować. Coraz więcej jest tych, którzy w mediach szukają wyłącznie materiałów wpisujących się, potwierdzających i wzmacniających ich wizję świata. I tylko do takich mają zaufanie, tylko takim wierzą, tylko takie uznają za wiarygodne.

 

Paradoksalnie takie podejście wpisuje się całkiem zgrabnie w tę definicję jaką można znaleźć w firmowanym przez Polską Akademię Nauk dostępnym w sieci „Wielkim Słowniku języka polskiego”. Według niego „wiarygodność” to „cecha kogoś lub czegoś niebudzącego wątpliwości i takiego, któremu można zaufać”. Dla kogoś, kto znajduje w konkretnym kanale informacyjnym i publicystycznym odpowiadający mu obraz świata, jest on źródłem, które nie wywołuje zastrzeżeń i zasługuje na wiarę w podawane treści. Jest więc dla niego/niej wiarygodny.

 

Wybór stacji zależy…

 

Taki stan rzeczy potwierdza najnowszy raport CBOS, omawiający postrzeganie przez widzów telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych. Według niego wybór określonej stacji telewizyjnej zależy w głównej mierze od poglądów politycznych i preferencji partyjnych telewidzów. Stwierdza on również, że oceny wiarygodności poszczególnych stacji zależą przede wszystkim od orientacji politycznej i preferencji partyjnych odbiorców. Czy w tej sytuacji można jeszcze poważnie traktować badania wiarygodności mediów? Więcej, rodzi się bardzo poważne pytanie, czy kwestia ich wiarygodności w jakikolwiek sposób łączy się jeszcze z obiektywną prawdą, rzetelnością, sprawdzaniem informacji w kilku źródłach itd.

 

Niemal dokładnie dziewięć lat temu, we wrześniu 2012 r., Grzegorz Miecugow stwierdził w wywiadzie dla jednego z dzienników, że dziś największą słabością mediów jest odbiorca. Odrzucił też wtedy tezę, że to media wychowały sobie takich, a nie innych widzów. Wywiad wywołał wtedy spore poruszenie, a nawet wielu się oburzyło. Inni jednak potraktowali go jako rodzaj usprawiedliwienia i przez kolejną dekadę tworzyli poszczególne telewizje w przekonaniu, że – jak powiedział Miecugow – „Medium nie może od oczekiwań widzów abstrahować”. Przy takim podejściu sprawa wiarygodności nabiera zupełnie innego niż dawniej wymiaru i znaczenia. Przy takim podejściu każdy program informacyjny lub publicystyczny i każdy z dziesięciu telewizyjnych kanałów informacyjnych będzie dla kogoś wiarygodny. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

 

Ks. Artur Stopka

Obrazki z krową – ŁUKASZ WARZECHA pyta: gdzie byli piarowcy?

Na początek zastrzeżenie: nie zamierzam zajmować się merytoryczną stroną głośnej konferencji prasowej ministrów Mariusza Kamińskiego i Mariusza Błaszczaka w sprawie migrantów na polskiej granicy. Tej konferencji, na której pokazano zawartość znalezioną podobno w telefonach niektórych zatrzymanych przez polskie służby osób.

 

Działania polskich służb uważam w większości za uzasadnione, a histeria części opozycji świadczy o kompletnym zatraceniu wyczucia interesu państwa. Bezpieczeństwo obywateli nie może być kształtowane w oparciu o tani sentymentalizm. To wszystko jednak odkładam na bok, żeby z największym zdziwieniem odnotować kształt samej konferencji.

 

Z punktu widzenia mediów była to gratka, ba – dla mediów niechętnych obecnej władzy okazja wręcz wymarzona, aby w nią uderzyć. I to z winy samych organizatorów, którzy popełnili wręcz szkolne błędy. Nie mówię tutaj o wątpliwościach dotyczących autentyczności przedstawianych kadrów, szczególnie tych najdrastyczniejszych, a zarazem najbardziej spektakularnych, pokazujących akt zoofilii (a niestety są to wątpliwości poważne).

 

Jedną z najbardziej podstawowych zasad piaru jest, aby osoba, która chce zachować swój poważny i solidny wizerunek, nie pojawiała się w wątpliwych czy kompromitujących kontekstach. Trzeba takie okazje ograniczać do minimum, choć, rzecz jasna, nie zawsze daje się ich uniknąć całkowicie. Jeśli bowiem tylko pojawia się skojarzenie danej osoby z takim budzącym wątpliwości lub złe emocje kontekstem, ów kontekst zostanie jej natychmiast na różne sposoby dopisany. Tak się stanie za sprawą memów, dowcipów, filmików na YT – całego tego asortymentu środków, które ma dzisiaj do dyspozycji internet. I nie zawsze jest to spontaniczna działalność indywidualnych internautów. Często stoją za tym instytucjonalni oponenci.

 

Gigantycznym i trudnym do zrozumienia błędem jest jednak sytuacja, gdy to sam polityk sprawia, że nieprzychylni mu internauci czy podmioty zawiadujące farmami trolli nie muszą się nawet specjalnie wysilać. Wystarczy, że pokażą autentyczny kadr z wydarzenia, niekoniecznie nawet dopisując do niego jakiś komentarz. Sam kadr jest już tak kompromitujący, że nic więcej robić z nim nie trzeba.

 

I to jest niestety przypadek wspomnianej konferencji. Ministrowie stali tam tuż przy ekranie, na którym pokazywano kadry bardzo drastyczne. Mówiąc wprost – dla przeciwników obecnej władzy ujęcie ministrów Kamińskiego i Błaszczaka wpatrzonych w ekran, na którym jakiś jegomość (pomińmy tu wątpliwą kwestię, czy jest to faktycznie zatrzymany migrant) kopuluje z krową, jest wprost wymarzone. Nic dziwnego, że stało się podstawą do prawdopodobnie setek memów.

 

To, prawdę powiedziawszy, zadziwiające. Jak to możliwe, że w otoczeniu dwóch ważnych urzędników państwowych nie znalazł się nikt, kto wskazałby, że tego typu konfiguracja może być wizerunkowo po prostu druzgocąca? Jak to możliwe, że nie było nikogo, kto powiedziałby, że w ogóle pokazywanie tego typu treści na konferencji prasowej, następnie retransmitowanej przez różne media, może być powodem całkiem uczciwego wzburzenia wielu osób, a innym da pretekst do ataków w różnej formie?

 

Rozumiem, że ministrom chodziło o określony efekt – powiedzmy sobie szczerze – propagandowy. Patrząc jednak na odbiór ich wystąpienia, można sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie osiągnięto skutku odwrotnego. Najgorszą bowiem rzeczą dla każdej władzy jest jej ośmieszenie, a już szczególnie samoośmieszenie.

 

Czy można to było zrobić inaczej? Ależ oczywiście. Jak słusznie zwrócił uwagę na Twitterze Jan Pawlicki, znacznie istotniejsze od obrazków z krową czy co gorsza aktem pedofilii były kadry pokazujące prawdopodobne przygotowanie do działań terrorystycznych. To je należało wybić, a i wyłącznie dzięki nim można było osiągnąć efekt, którego prawdopodobnie oczekiwali politycy. Ba, to wyłącznie te zdjęcia można było pokazać, o innych zaś jedynie poinformować dziennikarzy, być może oferując im przekazanie pełnych materiałów na życzenie.

 

Dlaczego tak się nie stało? Odpowiedź jest, jak sądzę, dość prosta: urzędnicy, którzy zorganizowali konferencję i pojawili się na niej, w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że szczególnie przy tematach tak drażliwych powinni korzystać z konsultacji kogoś rozumiejącego reakcje mediów, sieci społecznościowych i widzącego ryzyka wizerunkowe. Inną sprawą jest, czy taka osoba powinna być opłacana z publicznych pieniędzy czy też z pieniędzy partyjnych. To temat do dyskusji. Skoro jej jednak nie ma – a wydaje się to niewątpliwe – to świadczy to najzwyczajniej o braku profesjonalizmu organizatorów wydarzenia. Nie jest to jednak ostatecznie problem mediów i dziennikarzy, lecz narażających się na kompromitację i śmieszność polityków.

 

Łukasz Warzecha

Pożegnaliśmy historyka i publicystę Jerzego Targalskiego

„Pozostanie w naszej pamięci jako wzór i nauczyciel patriotycznych powinności, mentor pokoleń Polski niepodległej” – napisał prezydent RP Andrzej Duda w liście odczytanym podczas uroczystości pogrzebowych dr. Jerzego Targalskiego.

 

Pożegnanie zmarłego 19 września wybitnego historyka i publicysty, rozpoczęła we wtorek, 28 września Msza Św. w Katedrze Wojska Polskiego w Warszawie. Prezydent RP Andrzej Duda odznaczył zmarłego Krzyżem Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w naszym kraju. Order na ręce najbliższej rodziny przekazała podczas uroczystości pogrzebowych  doradca prezydenta Zofia Romaszewska. Odczytała ona również list od Andrzeja Dudy.

 

„Z głębokim smutkiem żegnamy śp. Pana Doktora Jerzego Targalskiego – wielkiego patriotę, działacza opozycji antykomunistycznej, wybitnego historyka, politologa i publicystę, badacza dziejów najnowszych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, prawego i dobrego człowieka. Z pasją nauczał nas pojmowania mechanizmów historii oraz wiary w zwycięstwo prawdy nad kłamstwem, wolności nad przemocą, dobra nad złem. Wraz z Jego odejściem polska nauka i nurt życia publicznego skoncentrowany na polskiej racji stanu ponoszą wielką stratę – napisał prezydent.

 

Zauważył również, że dr Targalski „był człowiekiem ogromnej erudycji, a zarazem moralnej bezkompromisowości, odwagi i obywatelskiego zaangażowania”. Wyraził nadzieję, że historyk „pozostanie w naszej pamięci jako wzór i nauczyciel patriotycznych powinności, mentor pokoleń Polski niepodległej. Tak zasłużony, obdarzony tak wieloma talentami – był zarazem skromnym, ciepłym, pełnym poczucia humoru człowiekiem. Będzie Go nam bardzo brakowało.”

 

Dr. Jerzego Targalskiego żegnało liczne grono przyjaciół, współpracowników, studentów, dziennikarzy, polityków. W pogrzebie wziął udział również premier RP Mateusz Morawiecki. Historyk spoczął na warszawskich Powązkach Wojskowych.

 

opr. jka, źródło: niezalezna.pl, fot. TV Republika

 

Wspomnienie Jadwigi Chmielowskiej o Jerzym Targalskim TUTAJ.

 

Jaka może być przyszłość SDP? – zastanawia się MACIEJ MACIEJOWSKI

Przed zbliżającym się zjazdem SDP chciałbym podzielić się z Koleżankami i Kolegami kilkoma uwagami dotyczącymi przyszłości naszego stowarzyszenia. Mam nadzieję, na rozpoczęcie dyskusji przygotowującej nas do spotkania w Kazimierzu Dolnym.

 

Zawód dziennikarza przeżywa kryzys wynikający z dynamicznych zmian na rynku medialnym. Zmierzch drukowanej prasy i prymat obrazu nad słowem są oznakami przemijania świata Gutenberga. Zmienia się sposób odbioru treści i sposób ludzkiego myślenia. Warto wykorzystać nadchodzący zjazd SDP nie tylko do refleksji, ale też podjęcia konkretnych działań przenoszących SDP w XXI w.

 

Nie posiadając wglądu w statystyki naszego stowarzyszenia, mam wrażenie że przyjmuje ono coraz bardziej emerycki charakter. Bywając na, coraz rzadszych w czasie pandemii, spotkaniach na Foksal obserwuję rosnącą średnią wieku uczestników. A przecież w redakcjach przeważają młodzi ludzie, zupełnie odwrotnie niż w SDP. Koncerny medialne i mniejsze firmy zatrudniają coraz więcej ludzi tworzących treści. Z pewnością nie wszyscy z nich wykonują zawód dziennikarza w tradycyjnym znaczeniu. Ale nowe pokolenia piszą teksty, tworzą materiały audio, wideo i zapełniają – dziś głównie sieć a nie szpalty i eter – tzw. „contentem”. Uważam, że nasze stowarzyszenie nie ma dla nich atrakcyjnej oferty.

 

Tysiące młodych ludzi studiują na kierunkach dziennikarskich. Duża część z nich podejmie pracę w mediach. Czy członkostwo w SDP dałoby im jakieś korzyści?

 

Aby móc udzielić na to pytanie odpowiedzi twierdzącej, należałoby moim zdaniem:

 

– Stworzyć w ramach SDP platformę podnoszenia kompetencji zawodowych i etycznych. Możliwość spotkania i dyskusji z doświadczonymi dziennikarzami, zorganizować warsztaty w formule case study. Do naszego stowarzyszenia należą przecież największe autorytety dziennikarskie. Mamy też wszelkie zasoby materialne umożliwiające organizację tego typu wydarzeń w formie hybrydowej (na żywo i on line).

 

– Nawiązać współpracę z uczelniami kształcącymi w zawodzie dziennikarza. Z rozmów ze studentami wiem, że główną ich bolączką jest brak możliwości publikowania w „prawdziwych” mediach. A przecież wystarczy rozwinąć istniejący portal i magazyn drukowany SDP, by studenci mogli praktykować i publikować pod kierunkiem bardziej doświadczonych kolegów.

 

– Last but not least, SDP powinno bardziej zaangażować się w sprawy pracownicze dziennikarzy. Tym bardziej, że powszechną formą zatrudniania jest zmuszanie ich do zakładania fikcyjnych działalności gospodarczych. Etaty w mediach należą do rzadkości, więc związki zawodowe odmawiają walki o nasze prawa pracownicze. Tymczasem problemy z wypłatą należnych wynagrodzeń, mobbing i różnego rodzaju naciski na autorów są codziennymi problemami pracy dziennikarskiej.

 

Im mniej zachęcimy nowych członków, tym większe będą trudności finansowe stowarzyszenia i mniejsze możliwości działania. Grozi to powstaniem swoistego błędnego koła. Dlatego bardzo liczę na to, że poza sprawami organizacyjno-wyborczymi, podejmiemy na zjeździe dyskusję, która nada SDP nową energię.

 

Od redakcji:

Czekamy na inne teksty zawierające refleksje, przemyślenia, pomysły na temat przyszłości SDP.

 

Zabawa w ciuciubabkę – recenzja KRZYSZTOFA M. KAŹMIERCZAKA książki o życiu i zabójstwie Ziętary

Publikacja „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?” Łukasza Cieśli i Jakuba Stachowiaka zapowiada się na polowanie na Elektromis i jego założyciela, ale im bliżej końca książki tym polowanie zaczyna coraz bardziej przypominać zabawę w ciuciubabkę.

 

Zaznaczam na wstępie, że w recenzji pominąłem zawartość stron 460-467, w których przedstawiono nieprawdziwe, pomawiające mnie treści, do których odrębnie odniosłem się w oświadczeniu publikowanym także na stronach portalu SDP (TUTAJ).

 

Powrót do przeszłości

 

Największą zaletą książki Łukasza Cieśli („Onet”) i Jakuba Stachowiaka („TVN”) jest przybliżenie czytelnikom dziś już niemal archaicznych realiów środowiska biznesowego w Poznaniu w okresie transformacji ustrojowej Polski. Chodzi o tak zwaną „szarą strefę”, o której mowa jest w dwóch procesach toczących się w sprawie porwania w 1992 roku i zabójstwa Jarosława Ziętary, młodego dziennikarza „Gazety Poznańskiej”.

 

Powstające błyskawicznie fortuny, których ojcami chrzestnymi byli nierzadko ludzie z peerelowskich służb, milicji czy partyjnej nomenklatury. Praktyki maksymalizowania zysków kosztem łamania prawa i okradania państwa z wymaganych przepisami podatków i ceł. Wiele szczegółów, które mogą zaciekawić zainteresowanych historią z przełomu lat 80. I 90. Opisywanie patologicznych realiów transformacji nie obyło się jednak bez kolportowania mitów antylustracyjnych środowisk o zakładaniu teczek, komu popadnie bez jego wiedzy i bezśladowym ich niszczeniu oraz tworzonych przez dawnych pracowników aparatu bezpieczeństwa PRL legend o honorze i moralnych zasadach przyświecających funkcjonariuszom bezpieki.

 

Najwięcej miejsca poświęcono Elektromisowi i jego założycielowi, Mariuszowi Ś. To w siedzibie tego już nieistniejącego już holdingu miało dojść do zaplanowania zabójstwa Jarosława Ziętary. To w tej firmie dziennikarz miał być przetrzymywany i torturowany, a w zbrodni mieli brać udział pracownicy ochrony Elektromisu.

 

Autorzy szeroko przypominają okoliczności przedstawione pierwotnie w słynnym artykule „Państwo Elektromis” opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” 1,5 roku po zabójstwie Jarosława Ziętary. O ile jednak ten klasyczny dziś tekst śledczy z 1994 roku miał mocno wymowę i otwierał Polakom oczy na bezkarność ludzi holdingu, to CieślaStachowiak zaczynają brnąć w poboczne, rozmywające sprawę wątki. Najciekawiej wypadają współautorzy przywołanego artykułu, Maciej Gorzeliński i Piotr Najsztub, którzy sporo i intersująco mówią o kulisach swoje pracy dziennikarskiej o Elektromisie i patologiach w poznańskiej policji.

 

Docenić należy podjęcie w książce wątku służb specjalnych, chociaż w większości w sposób wtórny, a przy tym zasadniczo pominięto negatywny wpływ specsłużb RP na pierwsze śledztwo w sprawie porwania dziennikarza. Niewątpliwym walorem książki są wypowiedzi byłych funkcjonariuszy UOP, chociaż – co oczywiście nie jest winą autorów – mało przekonywujące jest wiele z tego, co mówią. Przede wszystkim trudno uwierzyć w to, że większość z nich nic nie wie o udziale służb w sprawie Ziętary.

 

Dobrą strona książki jest też, że czyta się ją szybko – ma zmniejszony format (mniejszy niż standardowy książkowy A5) i duże liternictwo więc lektura zajmuje niewiele czasu. Teraz o słabych stronach publikacji „Dziennikarz, który wiedział za dużo”, których niestety jest więcej niż spodziewałem się sięgając po książkę. Poruszę tylko najważniejsze z nich. Najpierw o kwestiach, które dotyczą po równi faktów jak i dobrego smaku.

 

Od spisku do przemilczenia

 

W książce forsowana jest spiskowa teoria, że aktywny udział w dziennikarskiej grupie śledczej członków redakcji kapitałowo powiązanego z Elektromisem tygodnika „Poznaniak” był formą zamaskowania związków holdingu z zabójstwem Jarosława Ziętary. Stwierdzeniami na granicy pomówień autorzy sugerują jakoby reporterzy tygodnika mogli mieć negatywny wpływ na podejmowane próby wyjaśniania sprawy. Mocno akcentowane zdziwienie tym, dlaczego w okresie działania grupy dziennikarskiej nie skupiono się na wątku Elektromisu brzmi absurdalnie i dowodzi nieznajomości elementarnych faktów. Dziennikarska grupa śledcza działała zaledwie kilka miesięcy, w pierwszym okresie po porwaniu. W tamtym czasie nie było jakichkolwiek potwierdzeń, że Jarek zajmował się holdingiem. Jego zapiski o Elektromisie i związanych z nim biznesmenach zostały odkryte przez niżej podpisanego dopiero 18 lat później, w 2010 roku. W czasie, gdy grupa istniała były one w posiadaniu poznańskiej policji, która je ukrywała i bagatelizowała oraz nieświadomej ich wagi rodziny dziennikarza. W 1992 roku Elektromis, podobnie jak nazwy innych firm i nazwiska biznesmenów pojawiały się w rozmowach członków grupy głównie na zasadzie spekulacji. Tymczasem autorzy książki rzucają cień na dziennikarzy, którzy przed laty z wielkim zaangażowaniem starali się pomóc wyjaśnić los Jarka.

 

Ze środowiska dziennikarzy „Poznaniaka” szczególnie w książce negatywnie został przedstawiony Piotr Grochmalski, były naczelny tego tygodnika, renomowany dziennikarz (m.in. reporter wojenny), obecnie wykładowca uniwersytecki. Należy on do grona osób bardzo oddanych sprawie Ziętary. Nie tylko osobiście włączył się w starania o doprowadzenie do rzetelnego śledztwa, ale też, swojego czasu, zapewnił reporterom tygodnika przestrzeń wolności do zajmowania się uprowadzeniem dziennikarza. Mając pełną świadomość, że zaangażowanie się w nią wiązało się i nadal wiąże z niebezpieczeństwem autorzy drwią, że Piotrowi Grochmalskiemu brakuje odwagi podczas zeznawania. Nie dosyć tego, posuwają się nawet do przytyków dotyczących jego religijnych czy politycznych poglądów – chociaż nie ma to jakiegokolwiek związku ze sprawą Ziętary.

 

Dopatrując się na siłę czegoś złego u szczerze zaangażowanych dziennikarzy zbagatelizowano w książce faktycznie negatywną rolę innych przedstawicieli mediów. W sposób pobłażliwy, wręcz usprawiedliwiający przedstawiono pracownika „Gazety Poznańskiej”, który wpuścił do redakcji ludzi z Elektromisu podających się za policjantów. Zabrali oni z biurka Jarka jego dokumentację, która mogła być ważnym dowodem (ponadto ten sam redaktor był też zamieszany w zniknięcie innych materiałów zamordowanego). Zarazem pominięto niszczycielski wpływ na sprawę trójki dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Poruszając kwestie wycofywania się z zeznań ważnych świadków nie podano, że nastąpiło to na przełomie lat 2014/2015 po ujawnieniu przez „Wyborczą” istotnych, wrażliwych informacji z śledztwa. Tego pokłosiem był potężny kryzys postępowania prokuratorskiego, który spowodował, że zwolniono podejrzanych z aresztu, nie doszło do postawienia zarzutów kolejnym osobom, a nawet początkowo umorzono wątek ochoniarzy z Elektromisu (na szczęście nieprawomocnie). Pominięcie tak istotnej sprawy zaskakuje tym bardziej, że autorzy wyrażają w publikacji zdziwienie, że na ławie oskarżonych w sprawie Ziętary zasiadają tylko trzy osoby, podczas gdy krąg podejrzewanych o związek ze zbrodnią jest znacznie szerszy.

 

Niesmak i zdumienie

 

Do niesmacznych, wręcz niestosownych aspektów publikacji należy także prezentowanie w niej kwestii dotyczących dziewczyny zamordowanego dziennikarza, Beaty – chodzi o jej relacje z Jarkiem. Po 29 latach od zabójstwa doskonale wiadomo, że ta osobista sfera nie odgrywała żadnej roli, nie miała jakiegokolwiek związku za zbrodnią. Do tego Beata jako świadek brała w sprawie czynny udział i ponosiła tego emocjonalne koszty.

 

Szczególny mój niesmak wzbudziła natomiast insynuacja o świadomej pracy Jarka dla służb specjalnych, podczas gdy wiadomo, że nie dał się zwerbować. Pada w książce wprost stwierdzenie, że dziennikarza potajemnie szkolono z zasad pracy operacyjnej. Tyle, że tak dużej rangi oskarżenie ofiary zbrodni jest niczym nieudokumentowane. Opiera się wyłącznie na krótkiej, anonimowej (takich w książce jest wiele, zwykle wtedy, gdy dotyczy to oskarżeń personalnych) wypowiedzi rzekomego byłego funkcjonariusza UOP.

 

Podczas lektury zdumiało mnie, jak wiele miejsca w książce oddano trzem byłym wysokim oficerom poznańskiej policji, których podwładni dopuszczali się rażących zaniedbań i błędów w wyjaśnianiu losu Jarosława Ziętary. Zdumiewa biorąc pod uwagę, że b. komendant Kazimierz Knoff, jego zastępca Krzysztof Krzyżański i b. naczelnik wydziału kryminalnego Maciej Szuba podczas swojej służby nic pozytywnego do sprawy nie wnieśli, a skupiają się na wywodach a tym, że poznańska policja robiła wszystko prawidłowo. Do tego dowodzą, zgodnie z linią obrony oskarżonych o zbrodnię, że być może dziennikarz… żyje. Nota bene zastanawia, dlaczego autorzy nie zwrócili uwagi, że np. kwestionujący obecnie to, że dziennikarz nie żyje Maciej Szuba wcześniej, kilkanaście lat temu wypowiadał się w mediach (np., w tygodniku „Angora”) dokładnie odwrotnie. Dowodził, że było to „starannie, bardzo profesjonalnie zaplanowane” przestępstwo. Takiego przyciśnięcia do muru zabrakło nie tylko w tym przypadku, za to autorzy piszą, że rozmowa z Szubą była jedną z najciekawszych podczas pisania książki. Czy jednak cokolwiek wniosła do sprawy?

 

Pozostając jeszcze przy byłych funkcjonariuszach nie można nie zauważyć błędów faktograficznych, których nie brakuje w publikacji. Krzysztof Krzyżański prezentowany jest jako szef specjalnej grupy policyjnej, która miała wyjaśnić sprawę Ziętary, a tymczasem kierował nią Roman Wechta. Do tego Maciej Szuba błędnie przedstawiany jest jako członek grupy (nie mógł nim być choćby dlatego, że kierujący nią Wechta był… jego podwładnym, zastępcą). Ale są też błędy znacznie większe. Choćby to, że przedmiotem pierwszego poznańskiego śledztwa było wg. książki… zaginięcie (cyt. „kwalifikacja: zaginięcie”), a tymczasem było nim uprowadzenie. W sprawie zaginięcia postępowanie prokuratorskie nie mogłoby być prowadzone, bo zaginięcie nie jest przestępstwem.

 

Papierosowy niewypał

 

Najpoważniejszy błąd dotyczy jednak istotnej tezy autorów książki i wprowadzonego przez nich (za sprawą przedksiążkowego materiału dziennikarskiego) tylnym wejściem do sprawy Ziętary rzekomego ważnego świadka. Chodzi o Zdzisława K., dobrego kolegę założyciela Elektromisu. W 1991 roku, K. jako szef spółki Strefa Wolnocłowa zrobił na rzecz Elektromisu duży przekręt z papierosami, który był w tamtych czasach szeroko przedstawiany przez media, w tym niżej podpisanego. Przed odpowiedzialnością karną Zdzisława K. uratowała wtedy stwierdzona w wyniku ponawianych badań lekarskich bezterminowo orzeczona niepoczytalność. Z uwagi na to nie zaryzykowano powoływać go na świadka w śledztwie w sprawie Ziętary. Podczas procesu zgłosił się jednak sam do autorów książki twierdząc, że Ziętara chciał opisać „jego” papierosowy przekręt i dlatego go zabito. Taka wersja podważa istotę materiału dowodowego, jest bowiem niezwykle korzystna dla oskarżonego o podżeganie do zabójstwa dziennikarza eks-senatora Aleksandra G., bo ten nie ma nic wspólnego ze sprawą papierosów. W książce o tak ważnym aspekcie nie ma ani słowa. Za to autorzy próbują wykazać, że afera z papierosami była kluczowa dla zabójstwa dziennikarza. Stawiają ją jako odpowiedź na pytanie zawarte w podtytule książki („Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”). Napisali cyt. „Ostatecznie sprawę przekrętu z papierosami, którym interesowali się także inni dziennikarze, umorzono kilka miesięcy po zniknięciu Ziętary. Piszemy o tym nieprzypadkowo, bo przed 1 września 1992 roku, przez zniknięciem Jarka, Elektromis żył w niepewności. Bał się, że znowu coś się ukaże w prasie”. Wynika z tego, że porwanie i zabójstwo miałoby uchronić Elektromis przed opublikowaniem artykułu o papierosach. Pomijając już całkowitą nieracjonalność tego, że rzekomo miano obawiać się kolejnego artykułu o znanej już wtedy powszechnie aferze, to wersja ta z oczywistych powodów jest bezpodstawna. Dlaczego? Bo w czasie, gdy w czerwcu 1992 roku zaczęto planować zabójstwo i w czasie, gdy porwano Jarosława Ziętara śledztwo w sprawie przekrętu papierosowego było umorzone. I to od wiosny 1992 roku. Dodam, że śledztwo zostało jeszcze raz wszczęte, ale już po uprowadzeniu dziennikarza, w wyniku rewizji nadzwyczajnej po poselskiej interwencji.

 

Cała książkowa koncepcja motywu papierosowego zatem upada, chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy większość czytelników niezorientowanych w przytoczonych przeze mnie okolicznościach. Zdumiewające, że autorzy tak istotnej kwestii nie zweryfikowali, chociaż twierdzą, że nad książką pracowali wiele miesięcy. Z drugiej strony nierzadko różne aspekty sprawy Ziętary prezentują tak, jakby były one ich dziennikarskimi ustaleniami, a tymczasem były przedmiotem ustaleń innych autorów.

 

Bezowocne polowanie

 

Opatrzona sensacyjnie brzmiącym tytułem książka w pierwszej części sugeruje polowanie na Elektromis, w tym jego założyciela i mózg, Mariusza Ś. Z czasem do narracji zaczyna jednak wkradać się chaos, a w drugiej połowie powtarzanie niektórych kwestii może znużyć czytelnika. Im bliżej końca publikacji tym polowanie zaczyna przypominać zabawę w ciuciubabkę, rozprasza się, traci tempo i kierunek. Ostatecznie autorzy nikogo nie łapią za „gardło”, a początkową siłę swojej argumentacji sami osłabiają. Akcentują wagę zeznań dwóch świadków wywodzących się z Elektromisu, Jerzego U. i Zdzisława K., ale przy tym zarzucają czytelnika informacjami podważającymi ich wiarygodność, mogącymi sugerować materialne motywacje obu mężczyzn i osobistą zawiść w stosunku do założyciela holdingu. Podobnie z rysowaniem sylwetki Mariusza Ś. Aspiracje do przedstawienia go jako bezwzględnego gangstera kończą się na zaprezentowaniu postaci może cynicznego, ale skutecznego biznesmena, człowieka sukcesu, który poradził sobie w życiu mimo trudnych przejść w dzieciństwie i młodości (cyt. „Mariusz Ś. od dawna musiał ryzykować i walczyć o swoje. Dom dziecka, więzienie…”). Gdyby spojrzeć na to z punktu widzenia public relations potencjalny czarny charakter książki powinien być bardzo zadowolony z książkowego wizerunku.

 

W moim odbiorze treść publikacji nie zaszkodzi ani założycielowi Elektromisu, ani jego współpracownikom. Generalnie nie zawiera żadnych dowodów przestępstw, nie daje podstaw do śledztwa w umorzonym wątku innych sprawców zabójstwa dziennikarza i postawienia komukolwiek zarzutów. A czy pomoże w trwających procesach? Śmiem wątpić, bo raczej osłabia pozycję świadka Jerzego U. niż ją wzmacnia. Do tego niepoczytalność Zdzisława K. może stać się dla obrony wytrychem służącym do podważenia wyroku skazującego, jeśli taki zapadnie (proces Aleksandra G. toczy się już ponad pięć lat).

 

Na marginesie wspomnę o czymś, co irytowało mnie podczas całej lektury. Autorzy pisząc o ofierze zbrodni próbują się fraternizować używając nagminnie zdrobniałej formy „Jarek”. Brzmi to niewiarygodnie dla tych, którzy wiedzą, że obaj dziennikarze nie angażowali się w starania o doprowadzenie do rzetelnego śledztwa ani też nie przyłożyli ręki do jakiekolwiek formy upamiętnienia zamordowanego. Brzmieć może sztucznie również dla pozostałych czytelników, bo z kart książki wynika raczej chłodne podejście autorów do ofiary. Tak pisze się o obcym, a nie o kimś, kogo traktuje się jako swojego utraconego, bestialsko zamordowanego kolegę…

 

Za podsumowanie niech posłużą słowa ojca Jarka, ś.p. Edmunda Ziętary. W 1994 roku w liście przedstawiającym różne kategorie dziennikarzy podejmujących sprawę jego syna napisał o jednej z nich tak: „Spotykałem też dziennikarzy kierujących się sensacyjnością tematu. I oni też, niezależnie od swoich intencji, czynili dobrze dla sprawy”. To „dobrze” dotyczyło nagłaśniania sprawy. Jest to główną zaletą recenzowanej publikacji – popularyzowanie wiedzy o jedynym w Polsce zabitym na zlecenie dziennikarzu. Pozostaje liczyć na to, że czytelnicy zainteresowani sprawą Ziętary nie będą bezkrytyczni i sięgną także do innych źródeł.

 

PS. Tej recenzji miało nie być. Nie otrzymałem egzemplarza do zrecenzowania, chociaż jeszcze długo przed premierą – słysząc w środowisku, że książka oferowana jest dziennikarzom – prosiłem o udostępnienie mi publikacji zarówno jednego z autorów jak i same wydawnictwo. Zapoznałem się z jej treścią przed premierą dopiero dzięki grzecznościowemu udostępnieniu mi książki przez jedną z osób, która ją otrzymała. Po lekturze byłem tak zbulwersowany, że nie zamierzałem pisać recenzji. Zmieniłem zdanie pod wpływem przyjaciół sprawy Ziętary, którzy przekonali mnie do zrecenzowania publikacji z uwagi na kompleksową wiedzę o zabójstwie dziennikarza i realiach tamtych czasów.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak

 

Równi i równiejsi – MIROSŁAW USIDUS o brudnych sekretach Facebooka i Google’a

Jeśli dziwicie się, że niektórym na sucho uchodzą na platformach społecznościowych wybryki, za które zwykli zjadacze postów są banowani z miejsca, to trzeba wam wiedzieć, że są to lepsi od was użytkownicy, których umieszcza się na „białej liście”, by nie stała im się żadna krzywda, np. ze strony moderujących automatów. A to tylko jeden z wielu brudnych sekrecików Facebooka et al.

 

Najgłośniejszym w świecie społeczności internetowych skandalem ostatnich tygodni są tzw. „Facebook Files” – dokumenty wewnętrzne firmy Marka Zuckerberga, do których dotarł i w cyklu publikacji ujawnił „The Wall Street Journal”, jednoznacznie świadczące o tym, iż wiedziała ona o szkodach wyrządzanych przez platformę Instagram swoim użytkownikom, a dokładniej mówiąc, użytkowniczkom, dziewczętom i młodym kobietom, nie robiąc w tej sprawie nic. To najgłośniejszy wątek skandalu. Nie mniej ważne, choć mniej nagłośnione były dowody na to, że algorytm Facebooka „nagradza za hejt”, pozwalając za większe zasięgi i zaangażowanie wokół wszelkiego rodzaju negatywnych treści.

 

Inne zarzuty wynikające z dziennikarskich śledztw obracają się wokół bierności i nieudolności Facebooka w reagowaniu na ocean dezinformacji covidowo-szczepionkowej, a także dowodów na to, że pozwalał, a wręcz umożliwiał działalność przestępczą, praktyki takie jak handel ludźmi i narkotykami z wykorzystaniem platformy.

 

Komentatorzy zwracają ponadto uwagę na różnorodność wniosków, które można wyciągać z dochodzenia „The Wall Street Journal”. Jedną z obserwacji jest prostota i swoista szczerość, z jaką w wewnętrznej komunikacji Facebooka opisuje się problemy, wady i grzechy platformy.

 

„Sprawiamy, że u jednej na trzy nastoletnie dziewczyny pogłębiają się problemy z postrzeganiem własnego ciała” –  głosi jeden ze slajdów wewnątrz-firmowej prezentacji z 2019 roku, który cytuje w swoich materiałach WSJ. W innym, będącym relacją z badań ankietowych czytamy: „Nastolatki obwiniają Instagram za wzrost wskaźnika lęku i depresji … Ta odpowiedź była niewymuszona i spójna we wszystkich grupach”. Tu warto przypomnieć, że Facebook często powołuje się na różne zewnętrzne badania, twierdząc, że między korzystaniem z mediów społecznościowych a depresją zachodzi niska korelacja. Jego wewnętrzne, do bólu szczere materiały mówią co innego.

 

Lepsza wersja Facebooka dla wybranych

 

Szczególnie ciekawy wątek w publikacjach WSJ to dokładny opis stosowanej przez Facebooka praktyki „whitelistingu”, czyli „białej listy” użytkowników cieszących się specjalnymi przywilejami na platformie, którym, po prostu,, „wolno więcej”. Mechanizm ten pozwala politykom, celebrytom, wszelkiego rodzaju sławnym osobom i osobistościom publicznym lekceważyć oficjalne zasady platformy – wnioskowali dziennikarze WSJ na podstawie wewnętrznego raportu Facebooka, który poddali analizie.

 

Interesująca i charakterystyczna była reakcja przedstawicieli platformy na te zarzuty. Rzecznik Facebooka Andy Stone przyznał w rozmowie z gazetą, że krytyka tej praktyki jest uzasadniona, ale, jak dodał, „zostało to tak zaprojektowane z ważnego powodu – po to, by stworzyć dodatkowy krok, abyśmy mogli dokładniej egzekwować zasady dotyczące treści, które mogą wymagać więcej analizy”. Przekładając z face-mowy na nasze – jedni dostają ban z miejsca, bez dodatkowej analizy, a nad innymi (pochodzącymi od celebrytów) pochylamy się dokładniej.

 

Problem Facebooka polegał od lat na tym, że ani automatyczny system moderacji, ani większość moderatorów-ludzi zgodnie z zasadami usuwającymi nieodpowiednie treści, nie zwracała odpowiedniej (w mniemaniu kierownictwa firmy) uwagi na to, że niektórzy użytkownicy platformy są równiejsi. Zaś w razie usunięcia naruszającego zasady Facebooka posta pochodzącego od osobistości ze świata rozrywki lub też polityki kryzysowa sytuacja z zakresu PR, w mniemaniu speców od wizerunku, groziła platformie społecznościowej a nie gwieździe, które się to czy tamto wymsknęło

 

Zatem by chronić się przed takimi sytuacjami Facebook wymyślił program o nazwie XCheck, polegający na dodatkowej weryfikacji treści pochodzących od niektórych użytkowników, który choć formalnie nią nie jest, ostatecznie sprowadza się do istnienia „białej listy”, nadzwyczajnej kasty użytkowników mogących liczyć na specjalne traktowanie ze strony serwisu Zuckerberga. Jeśli post zostaje odpowiednio oznaczony przez algorytm, to jest wysyłany do innego zespołu moderatorów, którzy, jak podaje WSJ, „są lepiej wyszkoleni i pracują w pełnym wymiarze czasu”. Ci dokonują pogłębionego przeglądu.

 

Wszelako w miarę jak lista „użytkowników specjalnych” rosła, zespoły moderacyjne XCheck najwyraźniej nie były w stanie obsłużyć twórczości coraz liczniejszego grona lepszych użytkowników. „Obecnie sprawdzamy mniej niż 10 proc. treści” –  przyznaje ktoś z Facebooka w jednym z dokumentów opisującym sytuację w tym segmencie. W praktyce, jak wynika z publikowanych w WSJ informacji, XCheck pozwala celebrytom, politykom, sportowcom, aktywistom, wybranym dziennikarzom, publikować co tylko chcą, z niewielkimi lub żadnymi konsekwencjami w przypadku naruszenia zasad platformy. Mam na marginesie łatwą zagadkę o to, jaką stronę politycznego sporu reprezentują w 100 proc. reprezentanci „białej listy” poruszający tematykę polityczną?

 

W dokumentach omawianych przez WSJ wyróżnia się przypadek brazylijskiego piłkarza Neymara, który w 2019 r. opublikował na Facebooku i Instagramie wideo przedstawiające nagą kobietę, która, jak sam pisał mistrz widowiskowego turlania się po murawie, niesłusznie oskarżyła go o gwałt. Tego rodzaju publikacja z golizną oznacza dla zwykłego użytkownika Fejsa nieomal natychmiastowe usunięcie publikacji i konta. Filmik Neymara pozostawał w sieci przez ponad dobę. Zwykli moderatorzy nie mogli nic z nim zrobić. Zanim został usunięty przez zespół XCheck, film obejrzało 56 milionów ludzi. Wideo zostało udostępnione wiele tysięcy razy, nie wspominając już o zalewie hejtu, jaki spotkał tę kobietę. Pomimo publikacji materiału, który sam Facebook określa jako „revenge porn”, konto Neymara nie zostało usunięte. „Sprawa dotarła na samą górę, która zdecydowała, by nie usuwać konta Neymarowi konta” –  czytamy w wypowiedziach przedstawiciela Facebooka w WSJ.

 

Jest jeszcze jeden drobiazg. Facebook podkreśla, że tych „równiejszych” jest „niewielu”. Być może 5,8 miliona wybrańców, których dotyczy XCheck to dla półtoramiliardowej platformy niewiele, ale dla mnie i dla wielu innych jest to wystarczająco dużo, aby skonstatować, że istnieje inny niż serwowany plebsowi, lepszy i bardziej komfortowy Facebook dla starannie wyselekcjonowanej elity. I tu, niejako odpowiadając na zadane wcześniej łatwe pytanie, dodam, iż jestem dziwnie spokojny, że nie ma na „białej liście” ludzi o poglądach niesłusznych politycznie (z wielokrotnie ujawnianego punktu widzenia kierownictwa Facebooka).

 

Nieudolność (lub coś gorszego) w zwalczaniu dezinformacji i przestępczości

 

Kolejny, może tym razem nie tak brudny, ale z pewnością przykry sekret Facebooka, obnażony przez dziennikarzy „The Wall Street Journal” to jego bezradność i żałosna nieudolność w walce z pandemiczną i antyszczepionkową dezinformacją. Przy czym interpretacja, że Facebook sobie nie radził jest i tak tą lepszą dla niego wersją w porównaniu z oceną, że całkiem świadomie nie chciał z tym sobie radzić.

 

Z danych ujawnionych przez dziennik wynika, że w grupie setek tysięcy kont odpowiedzialnych za rozprzestrzenianie dezinformacji na temat COVID-19, połowę treści produkował zaledwie pięć proc. użytkowników, zaś większość z owych setek tysięcy członków owej swoistej „społeczności dezinformacji” przyciągała relatywnie nieliczna konstelacja zaledwie półtora tysiąca kont. Tę specyficzną, sugerującą istnienie swoistego społecznościowego centrum dowodzenia dystrybucją covidowych fejków potwierdzają inne badania, np. opublikowane w tym roku przez Center for Countering Digital Hate i Anti-Vax Watch, które wykazały, że za fałszywe informacje na temat szczepionek, które dotarły do dziesiątek milionów ludzi na Facebooku, Instagramie, YouTube Google’a i Twitterze, odpowiada relatywnie niewielka liczba kont antyszczepionkowców.

 

Każdemu, kto ma jako takie pojęcie o dynamice funkcjonowania społeczności internetowych, ten mechanizm jest znany. Wiadomo, że za większość treści w jakiejkolwiek ukierunkowanej i kontrolowanej kampanii odpowiada ograniczona liczba superaktywnych, kreujących większość oryginalnych treści kont. To swoisty krąg wewnętrzny, który w przypadku kampanii świadomie planowanych składać się może z profili ludzi, którzy są po prostu zatrudnieni w danej kampanii, mogą to być ludzie wynajęci przez agencję, aktywiści jakiejś organizacji, komando rosyjskich botów itd. Treści rozprzestrzeniają się promieniście do kręgów luźniej związanych z ośrodkiem, a ostatecznie do dowolnych użytkowników społeczności. A wszystko to dzieje się przez wykorzystanie całego „oprzyrządowania” platformy społecznościowej, czyli widocznych udostępnień, polubień, komentarzy, algorytmów zaangażowania itd. Pytanie do Facebooka brzmi, jak mógł tak słabo identyfikować i tak rachitycznie walczyć z tymi działaniami, które przecież opierają się na jego własnym krwioobiegu i narzędziach?

 

Materiałów, które pozyskali dziennikarze było sporo i dotyczyły rozlicznych innych wątków. Niektóre z nich sugerowały, że platforma  wykorzystywana jest, prócz siania dezinformacji, także do działalności pospolitych przestępców. Na przykład jeden z pracowników Facebooka, były policjant, opisywał w jednym z dokumentów, że udało mu się zidentyfikować sieć kont meksykańskiego kartelu narkotykowego Jalisco New Generation Cartel na Facebooku i Instagramie, wykorzystywanych m. in. do rekrutacji nowych członków. Jak pisał „The Wall Street Journal”, choć pracownik ten zalecił Facebookowi zajęcie się tym, platforma nie zlikwidowała kont powiązanych z przestępcami, ograniczając restrykcje jedynie do niektórych publikowanych na grupach treści.

 

Wypychanie konkurencji ze „świata Google”

 

Wiele z opisywanych wyżej problemów Facebooka można położyć na karb trudności w radzeniu sobie z gargantuą społecznościową, do jakiej rozrosła się platforma, gdy się ma ograniczone zasoby ludzkie a także finansowe, zważywszy dodatkowo presję akcjonariuszy na dochody. Przebąkuje o tym czasem sam Mark Zuckerberg, choć oczywiście w oficjalnej korpo-gadaninie wszystko jest OK a Facebook zapewnia, że panuje nad sytuacją.

 

Gdyby porównać Facebooka z kolegą z gangu Big Tech – Google’m, to w Mountain View (kwatera dominatora wyszukiwarkowego) również można zauważyć silną, a nawet w pewnym sensie silniejszą, tendencję do pokrywania różnego rodzaju kontrowersji i problemów specyficznym językiem – korporacyjną nowomową. Możemy go nazwać „googlo-mową”. Pojęcie to będzie zapewne jeszcze nie raz przydatne, bo w przypadku Google głównym obszarem operowania jest, nieco inaczej niż przypadku Facebooka, działającego przede wszystkim w sferze relacji, obszar języka, słów, fraz, kluczy pojęciowych, które z jednej strony opisują świat serwowanej użytkownikowi „targetowanej behawioralnie” wersji cyberprzestrzeni, a z drugiej – służą, przez świadomą, jak się okazuje, politykę manipulacji językiem, stosowaną w praktyce przez Google’a do aktywnego przekształcania tej przestrzeni i przemożnego narzucania sposobu myślenia na określone tematy, pisania i mówienia o nich.

 

Do „googlo-mowy” (angielskojęzyczne słowo to „googlespeak”) jeszcze wrócę. Najpierw o tym jak Google zniekształca proces wyszukiwania informacji, ofert, produktów, który nieświadomemu użytkownikowi wydaje się wolny i zależny wyłącznie od jego wyboru. Niestety wcale tak nie jest. Badanie przeprowadzone niedawno przez amerykańską organizację non-profit The Markup wykazało, że Google aż 41 proc. wyników wyszukiwania na pierwszej stronie to własne treści i usługi Google dostępne bezpośrednio lub przez strony z odnośnikami do własnych zasobów giganta. Prowadzi to oczywiście do postępującego spadku liczby użytkowników odwiedzających zewnętrzne („niegoogle-pochodne”) strony internetowe.

 

Jest to oczywiście nieco uproszczony opis sytuacji. Nie wszystko da się tak łatwo odgrodzić i zdefiniować. Google jest znany z tego, że potrafi budować całe serwisy internetowe z treściami ze stron zewnętrznych, wykorzystuje takie mechanizmy jak Accelerated Mobile Pages, oficjalnie korzystne dla wydawców, ale, w gruncie rzeczy, „kontent zewnętrzny” zamykany jest coraz bardziej w świecie Google. Choć to może wydawać się twierdzenie nieco na wyrost, to jednak trudno, analizując te mechanizmy, oprzeć się wrażeniu, że potentat coraz silniej pasożytuje na treściach wytwarzanych przez firmy, oficjalnie nazywane „partnerami Google”.

 

Jednocześnie Google, choć „na miękko” to jednak z żelazną konsekwencją ruguje konkurencję w  kolejnych branżach, czyli chociażby firmy, którym wydawało się naiwnie, że mogą zarabiać na prezentacji swojej oferty dla klientów w wyszukiwarce. Przykładem tego zjawiska jest uruchomienie usługi Google Flights, która w miejsce darmowych ofert w wynikach zwykłego organicznego wyszukiwania, narzuca konieczność wykupienia reklam. Oznacza to w praktyce, że firmy, które opierały swoją sprzedaż na widoczności ich atrakcyjnych ofert w wynikach wyszukiwania, tracą. Głośnym w ubiegłym roku wydarzeniem w branży było zamknięcie lubianej, innowacyjnej wyszukiwarki lotów Hipmunk, której problemy wiąże się właśnie z polityką Google’a, choć nie była to jedyna przyczyna.

 

To tego typu m. in. praktyki sprawiły, że nad Google zbierają się czarne chmury dochodzeń antymonopolowych. Najpoważniej to wygląda w USA, ale obiektem skarg, dochodzeń i pozwów firma z Mountain View jest w wielu innych krajach. Amerykański Departament Sprawiedliwości wszczął dochodzenie przeciw Google za utrzymywanie nielegalnego monopolu na „usługi ogólnego wyszukiwania, reklamy, w tym w szczególności tekstowe reklamy w wynikach wyszukiwania”. Grupa amerykańskich stanów, pod przewodnictwem Teksasu, złożyła pozew antymonopolowy przeciwko Google zarzucając mu bezprawną zmowę z Facebookiem, prowadzącą do nielegalnego ustalania cen w aukcjach reklam. Kolejny pozew, koalicji stanowych prokuratorów generalnych, zarzuca Google nielegalne faworyzowanie własnych „obiektów i usług” w wynikach wyszukiwania, co „wypycha konkurencję i powoduje szkody z punktów widzenia innowacji”.

 

To nie koniec. Ponadpartyjna grupa senatorów zaproponowała przepisy mające na celu osłabienie kontroli Google nad mniejszymi deweloperami w sklepie z aplikacjami i zakazanie Google’owi preferencyjnego dawania własnym aplikacjom preferencyjnego traktowania w wyszukiwaniach. Także prezydent Biden powołał najbardziej doświadczony zespół antymonopolowy, jaki widziała administracja prezydencka od lat, w celu zbadania działań i pozycji Google’a.

 

„Googlomowa” mówi „dobrze użytkowników”

 

W kontekście zagęszczającej się wokół wyszukiwarkowego dominatora atmosfery wróćmy do wspominanej kwestii „googlomowy”. Jak się okazuje, aby w sferze języka obowiązującego w korporacji, jak też zapewne w sferze wypowiedzi publicznych, ukryć niekorzystny wydźwięk takich „niefortunnych wydarzeń i okoliczności” jak postępowania antymonopolowe w sądach i administracji, Google kodyfikuje swoją własną wersję nowomowy, czyniąc jej używanie oficjalną polityką, a raczej – narracją, firmy.

 

W dokumentach uzyskanych przez The Markup, Google jasno daje do zrozumienia, że pewne słowa są tabu zarówno w komunikacji wewnętrznej jak i zewnętrznej. Jeden z dokumentów, zatytułowany „Five Rules of Thumb for Written Communication”, wyraźnie wyjaśnia, jak przez kształtowanie pożądanego dla Google’a języka komunikacji i mówienia o pewnych sprawach firma chce nie tylko minimalizować szkody wizerunkowe, ale również próbuje narzucać pełen, co tu kryć, hipokryzji, styl mówienia o swoich działaniach biznesowych.

 

W jednym z fragmentów wspomnianego dokumentu, mówi się pracownikom Google wprost, jakie pojęcia są niepożądane. Należy do nich np. „ekspansja rynkowa”, rzecz, której tradycyjnie korporacje wcale się nie wstydziły, natomiast w google’owej nowomowie ma zostać zastąpiona przez „pomoc użytkownikom”.

 

W innym wewnętrznym dokumencie szkoleniowym Google, zatytułowanym „Communicating Safely”, podkreśla się, że w żadnym wypadku nie wolno mówić o „udziale w rynku” firmy. To są złe słowa, których nie należy używać. Zamiast tego Googlerzy powinni w tego rodzaju kontekstach używać dobrych słów, takich jak „branża” lub „przestrzeń”.

 

Także „konkurent” jest złym słowem. Zamiast o pokonywaniu lub wyprzedzaniu konkurencji, przedstawiciele Google mają mówić o „udoskonalania naszego produktu/usługi”. Ogólnie rzecz biorąc, za każdym razem, gdy Google robi coś, co może zaszkodzić konkurentom, standardowa formuła powinna brzmieć: „po prostu ulepszyliśmy nasze usługi” lub „to jest dobre dla użytkowników”. Zupełnie tak samo, jak protestujący lekarze, którzy na specjalnych szkoleniach mają wbijane do głowy, by zamiast mówić o tym, że chcą pieniędzy, mówili zawsze o „dobrze pacjentów”.

 

Jak działa „googlomowa” w praktyce, mogli przekonać się np. przedstawiciele społeczności pozycjonerów SEO, gdy w ubiegłym roku Rand Fishkin opublikował badania pokazujące wzrost liczby wyszukiwań zero-click w wyszukiwarce Google. Chodzi o takie wyszukiwania, które nie skutkują kliknięciem na zewnętrzną stronę internetową. Z przedstawionych danych wynikało, że dotyczy to aż 65 proc. wszystkich operacji typu „search”, co stanowiło znaczący wzrost w stosunku do lat poprzednich. Wynika to w dość oczywisty sposób z opisanych wyżej działań firmy, zamykających użytkownika w świecie usług, stron i rozwiązań Google’a z minimalizowaniem „wychodzenia na zewnątrz”.

 

Szybka odpowiedź Google’a na te wyniki, oskarżenia o użycie „wadliwej metodologii” (bez wyjaśnienia, na czym miałoby to polegać) i próby zdezawuowania twierdzeń Fishkina bez dostarczenia jakichkolwiek rzeczywistych danych, zdają się świadczyć o tym, że strzał był celny. Ostatecznie gigant doszedł chyba do wniosku, że lepiej sprawę przemilczeć niż brnąć w polemikę z tezami Fishkina. One po prostu nie są częścią „googlomowy” – Google w takim języku nie mówi.

 

Firma zatrudnia też na całym świecie setki prawników, lobbystów i specjalistów od PR, którzy pomagają wpływać na przekaz. W samych Stanach Zjednoczonych Google regularnie wydaje dziesiątki milionów dolarów rocznie na działania lobbingowe. Kolejne miliony wydaje na reklamy, które mają nas przekonać, byśmy komunikowali się i myśleli zgodnie z regułami „googlomowy”. W rezultacie to nawijanie google’owego makaronu na uszy przenika do języka rozmów, dyskusji, prezentacji itp. Sam miałem okazję rozmawiać z człowiekiem, dla którego fakt, że Google serwuje mi w wynikach wyszukiwania jakieś poprawne politycznie brednie, zamiast tego czego naprawdę szukam, był całkowicie w porządku, bo to „dla mojego dobra”.

 

Orwellowskim praktykom w obszarze języka towarzyszy oczywiście cenzura, przede wszystkim polityczna, tępienie odstępstw od linii tolerowanej przez mniej lub bardziej lewicowo sformatowanych szefów korporacji. Od niedawna do znanej już wielokrotnie opisywanej cenzury politycznej dochodzi inna kontrola, nie mniej alarmująca. Jak wynika z głośnego niedawno w USA śledztwa dziennikarskiego telewizji NBC News, Google wprowadził weryfikację „wrażliwych tematów” badań naukowych, która wydaje się dążyć do ograniczania naukowcom możliwości badania potencjalnych zagrożeń związanych z nowymi technologiami, zwłaszcza tymi opracowanymi przez Google i inne firmy z grupy Alphabet. Jak sugerują autorzy materiału, pod przykrywką przepisów o nieujawnianiu tajemnic handlowych prowadzona ma być ścisła kontrola naukowych publikacji.

 

Wewnętrzne dokumenty Google, do których dodarła NBC, mówią nawet o konieczności dokładania przez badaczy wysiłków, aby „uderzać w pozytywny ton”, bez poruszania kontrowersyjnych aspektów nowych technologii, nad którymi pracują, takich jak np. etyczne wątpliwości co do działania algorytmów rozpoznawania twarzy lub samochodów autonomicznych. W Raporcie NBC podawany jest konkretny przykład opracowanego przez naukowców mechanizmu dla serwisu YouTube, służącego do sugestii nowych materiałów. Pierwotne opracowanie naukowe na temat algorytmu zawierać miała uwagi, iż technologia ta może promować „dezinformację, dyskryminację lub wyniki nieodpowiednie w inny sposób” a także grozi „niewystarczającą różnorodnością treści”. W ostatecznej, poprawionej, wersji pracy, po dokonaniu przeglądu przez „czynniki” Google, czytamy, że mechanizm promuje „dokładne informacje, uczciwość i różnorodność treści”. Prawda, że lepiej.

 

Nie wiem co gorsze. Toksyczność i nieudolność Facebooka czy orwellowska polityka Google’a, który chce nam sformatować świat w taki sposób, by pasował do jego korpo-wizji. Być może najgorsze jest to, że oba te przypadki, ich działalność i polityka, monstrualną hipokryzją są podszyte, niczym materac chciwca – forsą. No bo o forsę tu głównie chodzi.

 

Mirosław Usidus

 

Konwencja, spektakl, umowa – ks. ARTUR STOPKA o związkach dziennikarzy z politykami

Właściwie dlaczego politycy z pierwszych stron bawiący się na urodzinach robiącego z nimi wywiady dziennikarza budzą silne emocje części odbiorców? I w czym leży problem, że popularny dziennikarz polityczny doradza ministrowi?

 

Czy ktokolwiek byłby zgorszony widząc, że po spektaklu „Romea i Julii” aktorzy grający postacie skonfliktowanych na śmierć i życie Kapuletich i Montekich idą razem i w świetnej komitywie na wódkę albo całą trupą wspólnie świętują urodziny aktorki grającej rolę Julii? Czy kogoś oburzyłby fakt, że aktor, grający w filmie wybitnego policjanta Eliota Nessa, doradza aktorowi grającemu bandytę z gangu Ala Capone, jak najlepiej wypaść przed kamerą?

 

Raczej wątpliwe. Nie jest przecież dla nikogo tajemnicą, że aktorzy po prostu uczestniczą w spektaklu, a poza nim ich relacje są zupełnie inne niż te, które prezentują publiczności. Widz ma świadomość, że wszystko, co pokazywane i mówione jest w czasie przedstawienia czy w filmie, to konwencja i efekt umowy. Że nawet jeśli bohaterowie opowiadanych wydarzeń tracą życie, aktorzy żyją sobie dalej w najlepsze i nie mają najmniejszych pretensji do tych, którzy na scenie albo na ekranie do nich strzelali albo dźgali nożem. Byłoby głupotą oczekiwać czegoś innego, skoro odbiorcy wiedzą, że uczestniczą w spektaklu specjalnie dla nich przygotowanym.

 

Oni tylko grają

 

Świadomość spektaklu jest dla szeroko rozumianej publiczności kluczowa w ocenie prywatnych zachowań i relacji uczestniczących w nim osób. Oni tylko grają. Nawet jeśli poszczególne kwestie nie są szczegółowo rozpisane i dopuszczona jest nawet bardzo daleko idąca improwizacja, to jednak role są wyznaczone precyzyjnie i dokładnie. Elementarna uczciwość wymaga, aby odbiorca o tym wiedział. Żeby nie popełniał błędu i nie identyfikował aktorów z odtwarzanymi przez nich postaciami.

 

Problem zaczyna się w momencie, gdy twórcy widowiska ukrywają przed publicznością jego faktyczną naturę i usiłują mu zasugerować, że to, co widzą, nie jest kreacją, spektaklem, przedstawieniem, grą z wypracowanym starannie podziałem na role, ale najprawdziwszą rzeczywistością. Wtedy odbiorca zostaje wprowadzony w błąd i może być przekonany, że ci, którzy przed jego oczami odegrali właśnie zażartą kłótnię, faktycznie są skonfliktowani. Także wtedy, gdy nikt na nich nie patrzy ani ich nie słucha. Mówiąc wprost, widz bez świadomości, że obserwuje spektakl, staje się ofiarą oszustwa. Nic dziwnego, że gdy spotyka tych, których uważał za antagonistów, w najlepszej przyjaźni pijących razem wódeczkę, wyraża oburzenie.

 

Politycy balują u dziennikarza

 

Te dość oczywiste stwierdzenia warto przytoczyć, aby zrozumieć, dlaczego upublicznione ostatnio zdjęcia i nazwiska polityków, balujących na urodzinach jednego ze znanych, „topowych” dziennikarzy politycznych, mogą dla kogokolwiek być powodem do oburzenia lub zgorszenia. Podobnie, jak wykradzione i ujawnione w internecie maile, wymieniane pomiędzy czołowym dziennikarzem politycznym jednego z wielkich koncernów medialnych działających w naszym kraju a bardzo ważnym ministrem obecnego rządu.

 

Legitymizują własne miejsce

 

Mediatyzacja polityki jest zjawiskiem nie od dziś odnotowywanym, analizowanym i opisywanym. Także pod kątem wzajemnych relacji polityków i dziennikarzy/pracowników mediów zajmujących się tematami politycznymi. Sześć lat temu Małgorzata Lisowska-Magdziarz z Uniwersytetu Jagiellońskiego opublikowała artykuł zatytułowany „Władza24. Dziennikarz informacyjny w świecie polityki zmediatyzowanej”.

 

Stwierdziła w nim, że dziennikarz polityczny/informacyjny nie tylko stał się ważnym i atrakcyjnym mieszkańcem zbiorowej wyobraźni, lecz także otrzymał możliwość realnego wpływu na procesy decyzyjne, ustalanie społecznej i politycznej agendy oraz na społeczny wizerunek polityki i polityków. Zwróciła uwagę, że jednocześnie dziennikarze sami tworzą swój własny wizerunek i wizerunek własnej profesji. „Używają tu własnej kompetencji oraz narzędzi i środków, które mają do dyspozycji jako reprezentanci instytucji medialnych i okołomedialnych. Określają w ten sposób warunki dla własnego oddziaływania politycznego oraz legitymizują własne miejsce w systemie”.

 

Zdaniem Lisowskiej-Magdziarz mediatyzacja m. in. wymusza redefinicję roli zawodowej i etosu zarówno polityka, jak i dziennikarza. Co więcej, prowadzi też do upodobnienia środków i sposobów użytkowania mediów przez dziennikarzy i przez polityków. Autorka nie zawahała się użyć w odniesieniu do efektów mediatyzacjo polityki określenia „postdziennikarstwo”. „Największe sukcesy – w kategoriach widzialności i wpływu – osiągają postacie dziennikarzy o cechach typowych dla medialnej konstrukcji gwiazdy czy celebryty” – zauważyła.

 

Tworzą jedną ekipę

 

W obszernym tekście medioznawczyni z UJ znalazło się także niezwykle istotne spostrzeżenie. Według niego uwarunkowania, w jakich dzisiaj funkcjonują dziennikarze polityczni i politycy sprawia, że działają oni raczej jako „członkowie tej samej klasy czy warstwy, niż reprezentanci różnych interesów”. Trywializując można powiedzieć, że dziś niejednokrotnie politycy i zajmujący się ich działaniami dziennikarze, to ta sama ekipa. Ekipa, która przygotowuje dla odbiorców show, widowisko, spektakl, w którym zarówno jedni, jak i drudzy, po prostu mniej lub bardziej sprawnie i profesjonalnie odkrywają swoje role. To, co otrzymuje odbiorca to dziś w znacznej (a może nawet przeważającej), części, infotainment, democratainment i politicotainment.

 

Jeśli odbiorca wie, że zarówno politycy, jak i dziennikarze polityczni, przygotowują dla niego spektakl, to zrozumiałe i oczywiste staje się dla niego nie tylko wspólne imprezowanie aktorów serwowanego mu widowiska, ale także doradzanie ministrowi przez dziennikarza krytycznej (z założenia) wobec jego rządu telewizji. Przecież jednoczy ich troska o jak najwyższą jakość i skuteczność przygotowywanego przez nich informacyjno-rozrywkowego przekazu.

 

Można zadawać pytania

 

Kłopot polega na tym, że o ile w teatrze lub przed seansem filmowym publiczność zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem wie, iż zobaczy aktorów odgrywających role i przedstawione relacje między postaciami nie będą identyczne z relacjami pomiędzy odtwarzającymi je osobami, o tyle odbiorca przekazów informacyjno-politycznych mniej lub bardziej nachalnie utrzymywany jest przez twórców widowiska w przeświadczeniu, że występujący nie są aktorami, a uwidocznione między nimi relacje są absolutnie prawdziwe.

 

Oczywiście, można zadawać pytania, na ile widz, słuchacz, obserwator wydarzeń na styku politycy – dziennikarze polityczni, daje się nabierać na własne życzenie. Warto też zastanowić się, na ile reakcje przedstawicieli mediów na nagłośnione wspomniane wyżej dwa wydarzenia, przejawiane w nich oburzenie czy zażenowanie, są elementem tworzenia swojego własnego wizerunku i wizerunku własnej profesji.

 

Ks. Artur Stopka

…sed magis amica veritas – ŁUKASZ WARZECHA o relacjach dziennikarzy z politykami

Urodziny Roberta Mazurka (nie byłem) oraz prawdopodobne współdziałanie Krzysztofa Skórzyńskiego z Michałem Dworczykiem, ujawnione za sprawą wycieku mejlowego (jak się znów okazuje – wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi autentycznego) sprawiły, że odbiorcy mediów zaczęli znowu kwestionować uczciwość dziennikarzy, pytać o ich prywatne znajomości z politykami oraz ich zdolność do zadawania im trudnych pytań. Warto tu zatem kilka kwestii wyklarować.

 

Gdy idzie o głośną imprezę Roberta Mazurka – nie ma tu naprawdę powodu do darcia szat. Ba, nie jest nawet prawdą – jak niektórzy twierdzą – że to ostateczny dowód na odgrywanie przez polityków teatru przed publicznością, a bratanie się za kulisami. Po pierwsze – wzajemne tolerowanie się przez polityków w sytuacji towarzyskiej nie jest „brataniem się”, tylko szczęśliwym zachowaniem jeszcze resztek cywilizowanych zasad współistnienia. To nie znaczy, że między politykami PO a PiS w takich okolicznościach panuje jakaś serdeczność. To znaczy tyle, że są w stanie bawić się obok siebie – i nie ma w tym nic złego. Nikt chyba nie będzie się też dziwił, że wciąż ocierający się o siebie politycy również z przeciwnych obozów są ze sobą w dużej części na „ty”.

 

Po drugie – właściwie należałoby się cieszyć, że jest jeszcze miejsce, gdzie ci ludzie są w stanie spędzić obok siebie czas bez negatywnych emocji. Nawet jeśli sprzyja temu piwo i coś mocniejszego. Jeśli można im cokolwiek zarzucić, to to, na co wskazał „Fakt”: że w tym samym czasie w Sejmie informację o działaniach NIK przedstawiał prezes tej instytucji Marian Banaś i posłowie powinni po prostu być w pracy, a nie popijać trunki na urodzinach znajomego dziennikarza.

 

Najwięcej emocji wzbudza jednak kwestia znajomości dziennikarzy z politykami. Dotyczy to także Krzysztofa Skórzyńskiego i jego relacji z ministrem Dworczykiem. Uważam, że powinna tu działać jedna podstawowa zasada i póki jest przestrzegana, wszystko jest w porządku: amicus Plato sed magis amica veritas (Platon jest mi przyjacielem, lecz droższa jest mi od niego prawda).

 

Dziennikarze, szczególnie ci z dłuższym stażem, znają się z politykami często jeszcze z bardzo dawnych czasów, zanim politycy zostali politykami, a dziennikarze zrobili kariery. Mam sam kilka takich znajomości trwających od lat, a owi znajomi byli lub są na stanowiskach ministerialnych lub też na czele opozycji. Nie będę przecież dla jakichś dziwnych pozorów nagle mówił do tych ludzi na „pan” czy „pani”. Rzecz w tym, że nawet taka wieloletnia znajomość nie może być hamulcem dla krytyki danej osoby.

 

Testuję to we własnym przypadku i nie mam tu powodów do wstydu. Nie miałem wątpliwości, że muszę krytycznie odnosić się do Radosława Sikorskiego jako ministra spraw zagranicznych w rządzie PO, mimo że wcześniej napisaliśmy razem książkę. Nie miałem oporów przed krytykowaniem Witolda Waszczykowskiego, gdy zajmował to samo stanowisko. A znamy się chyba blisko 20 lat. Nie miałem też żadnych wątpliwości, że nie podobała mi się i nie podoba nadal linia, którą przyjęła Jadwiga Emilewicz, inna moja wieloletnia znajoma. Pisałem o tym i mówiłem wielokrotnie. Z drugiej strony jeśli takie osoby robią coś, co oceniałbym dobrze – trudno, żeby na siłę te działania negować.

 

Tu, gdy idzie o Roberta Mazurka, jestem niemal całkowicie spokojny. Znając go od lat, wiem, że może polityka zaprosić na swoje urodziny, żeby następnego dnia w trakcie wywiadu wdeptać go bezlitośnie w ziemię. Aczkolwiek pojawiały się i u mnie wątpliwości, kiedy na przykład Robert wyjątkowo łagodnie, by nie rzec – pieszczotliwie wręcz odnosił się do Łukasza Szumowskiego jeszcze jako ministra zdrowia. Nie dam głowy, czy względy osobiste nie grały tu roli, ale nie chcę tego tematu drążyć. Nie jest to w każdym razie u Roberta rys dominujący. Raczej przeciwnie.

 

Większy problem mam z Krzysztofem Skórzyńskim, ale bardzo jestem daleki od wyrażania łatwego potępienia. Po pierwsze dlatego, że znając Krzysztofa od dawna i obserwując jego pracę, nie mam żadnych wątpliwości, że to bardzo dobry i – chcę tak wciąż myśleć – uczciwy dziennikarz.

 

Po drugie – bo w tym układzie skłonny jestem raczej winić Dworczyka niż Skórzyńskiego. To Dworczyk powinien mieć dość przyzwoitości, żeby nie wciągać swojego kolegi w wątpliwe etycznie działania. Tak, Skórzyński powinien odmówić. Ale czasem bardzo trudno jest odmówić dobremu znajomemu. Dlatego właśnie ów znajomy nie powinien prosić.

 

Po trzecie – bo doskonale wiem, że granica między tym, co etyczne, a co nie, bywa płynna. Nieraz zdarzało mi się, że politycy w prywatnych rozmowach prosili mnie o ocenę swoich wystąpień, zachowań, decyzji. „Co pan o tym myśli?” albo „co o tym myślisz?” (jeśli znaliśmy się lepiej) – pytali. Jestem publicystą, nie widzę zatem powodu, dla którego nie miałbym przedstawiać swojej oceny, która potem albo nawet wcześniej i tak znalazła się w jakimś moim tekście czy wypowiedzi. Czy na prośbę polityka skonsultowałbym tekst jego wystąpienia na takiej zasadzie, jak robi to piarowiec? Nie. Czy odpowiedziałbym, gdyby polityk zapytał mnie w rozmowie: „Czy uważa pan, że powinienem to powiedzieć i co z tego może wyniknąć?”? Zapewne tak. Czy gdybym dostał do merytorycznej oceny jakąś koncepcję, projekt, plan z prośbą, abym ocenił go z punktu widzenia moich poglądów pod kątem zagrożeń i korzyści dla państwa i obywateli – ale nie pod kątem korzyści wizerunkowych – zgodziłbym się? To zależy, ale nie odpowiem a priori, że nigdy bym się tym nie zajął. Jako się rzekło – granica jest tutaj jednak dość płynna, a jeśli ktoś pozuje na arbitra etyki i stwierdza, że to jakiś zero-jedynkowy system, to znaczy, że nie ma pojęcia o realnym życiu.

 

Wielokrotnie pisałem już na portalu SDP o tym, że politycy spotykają się z dziennikarzami na offie, a podczas takich spotkań, czasem w gronie kilku osób, siłą rzeczy dochodzi do wymiany opinii. Na siłę można by uznać, że to też jest rodzaj doradzania politykowi. Niedorzecznością jest jednak żądać, aby tego typu spotkania się nie odbywały. Organizowali je i organizują politycy praktycznie spod wszystkich sztandarów.

 

Dzisiejsi krytycy Skórzyńskiego rekrutują się głównie ze strony opozycyjnej. Jasne jest, dlaczego – motywacja jest wyłącznie polityczna. Gdyby Skórzyński konsultował wystąpienia np. Rafała Trzaskowskiego, usłyszelibyśmy, że to „całkiem inna sytuacja”. Szczerze mówiąc, jestem gotów się założyć, że podobne – może nie identyczne, ale bliskie – sytuacje ma za sobą większość publicystów sympatyzujących z opozycją, ale też tych sympatyzujących z obozem władzy. Ci ostatni może nawet jeszcze więcej. Rozmywaniu granicy tego, co dopuszczalne, a co nie, sprzyja widzenie konfliktu politycznego w kategoriach walki bezwzględnego dobra z bezwzględnym złem. Skoro tak, to ważniejsze jest, żeby pomóc zwyciężyć „dobru” niż żeby dochowywać jakichś zasad etycznych. Oczywiście „dobro” jest po jednej lub drugiej stronie, w zależności od punktu siedzenia.

 

Liczę, że Krzysztof Skórzyński dostanie swoją drugą szansę i w wyniku politycznej nawalanki nie zostanie zmuszony do opuszczenia swojej stacji, z którą jest od lat związany. Jestem przekonany, że to byłaby dla niej strata. A wszystkim arbitrom dziennikarskiej moralności chciałbym powiedzieć, że życie jest naprawdę bogatsze niż sztywne zasady wymyślane za biurkiem.

 

Łukasz Warzecha

Stawiać na jakość, a nie reklamy – WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI o przyszłości mediów

Mit o skuteczności reklamy online to bajka, którą świat cyfrowy lansuje od lat.

 

Przez ostatnie 30 lat moje życie związane było z mediami, byłem wydawcą i redaktorem naczelnym „Wiadomości Wrzesińskich”, niezależnego tygodnika lokalnego, który jeszcze 10 lat temu w powiecie, gdzie mieszka 75 tysięcy mieszkańców, sprzedawał co tydzień w ponad 10 tysięcy egzemplarzy.  1 stycznia 2021 oddałem tytuł dziennikarzom, ale nadal interesuję się mediami. Nadal czytam gazety i czasopisma, śledzę portale dziennikarskie, prenumeruję branżowy magazyn „Press”, śledzę wszelkie doniesienia (medialne!) na temat mediów, podtrzymuję kontakt ze środowiskiem, z którego pochodzę, czyli ze Stowarzyszeniem Gazet Lokalnych, które przyznało mi członkostwo honorowe. Sporo też myślę na temat przyszłości mediów, o tym jak powinny wyglądać, czym powinny się stać, aby przetrwać w szybko zmieniającej się teraźniejszości.

 

Piszę to, siedząc w ciemni, bo jestem też fotografem ze ZPAF-u i wywołuję negatywy (wielkoformatowe 5×7 cali) , słuchając internetowego Radia 357. Przełączam się też na Radio Nowy Świat. I jestem po prostu szczęśliwy. Bo muzyka świetna. Bo prowadzący inteligentni. Bo goście mający do powiedzenia coś ciekawego. BO NIE MA REKLAM!

 

I to jest Moi Drodzy przyszłość mediów – JAKOŚĆ. Finansowana przez ludzi, którzy tej jakości potrzebują. Wystarczy dać 10 złotych na miesiąc, czyli tyle ile kosztuje piwo w knajpie, aby poczuć się dobrze. Ja czuję się dobrze, bo nie dosyć, że wspieram utalentowanych ludzi, którzy potrafią robić dobre radio, to jeszcze biorę udział w przebudowie mediów w dobrym kierunku. Radia 357 czy Nowy Świat realizują z sukcesem nowoczesny model biznesowy mediów oparty na  dziennikarstwie jakościowym i finansowaniu społecznościowym, a nie na modelu – darmowa  (lub prawie darmowa) treść + płatna reklama.

 

Zauważmy, że reklamy nikt nie lubi, a nawet nie cierpi. Tolerujemy ją z konieczności, bo przyzwyczailiśmy się do niej, to takie zło konieczne. A jeśli jej nie lubimy, to jak może być skuteczna?! Mit o skuteczności reklamy online to bajka, którą świat cyfrowy lansuje od lat.

 

De Correspondent (holenderski płatny portal publikujący tylko wartościowe artykuły dziennikarskie) w tekście o mitach reklamy online przytacza m.in. wyniki eksperymentu, na jaki namówił firmę eBay Steve Tadelis, profesor ekonomii z Harvardu. eBay na reklamę w wyszukiwarce Google (i w innych wyszukiwarkach) wydawał dziesiątki milionów dolarów, płacił za to, żeby wyniki wyszukiwania z aukcjami eBay były na samej górze wyników, co według ludzi z działu marketingu miało eBay’owi zapewniać wielkie zyski. Tadelis zaproponował wstrzymanie na kilka tygodni płacenie Googlowi. Wysoko opłacani specjaliści od marketingu eBaya wpadli w rozpacz, dział finansowy wstrzymał oddech. Co się okazało? Ano to, że nic się nie stało – obroty eBay’a w zasadzie nie zmieniły się ani trochę! Reklama w wyszukiwarce była całkowicie zbędna, ludzie i tak kupowali na aukcjach eBay. Firma zaoszczędziła dziesiątki milionów dolarów.

 

Reklamodawcom proponuję eksperyment: wstrzymajcie na miesiąc emisję reklam i sprawdźcie, czy waszym biznesom coś się stanie, czy spadną wasze obroty? eBay wydawał miesięcznie miliony dolarów na reklamę w wyszukiwarce Google (żeby aukcje eBay wyświetlały się na górze wyników wyszukiwania), a po wstrzymaniu płacenia Googlowi nic się nie zmieniło, ludzie nadal kupowali na eBayu tyle samo, co wcześniej. REKLAMA TO ŚCIEMA. Przyszłością mediów jest – dziennikarstwo jakościowe + płatna subskrypcja, a nie reklamy, bo te przeniosą się do Google’a i Facebooka.

 

Waldemar Śliwczyński

 

Był światowej sławy sowietologiem – JADWIGA CHMIELOWSKA wspomina Jerzego Targalskiego

Odszedł mój wielki przyjaciel, doradca, towarzysz walki o niepodległą, wolną od komunizmu Polskę.

 

Nie znając się osobiście, współpracowaliśmy od 1977 roku. Spotkaliśmy się w Paryżu w 1991, gdy z Tariełem Gwiniaszwilim, wieloletnim więźniem sowieckich łagrów, przyjechałam do Francji na spotkania z niepodległościową gruzińską emigracją. W stanie wojennym Jerzy Targalski wydawał Gazetę Liberalno – Demokratycznej Partii – „Niepodległość” (LDP-N)  – „Niepodległość”, sygnowaną Warszawa – Katowice. Jako szef Regionalnej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność” wprowadziłam je w kolportaż w woj. katowickim. Poglądy prezentowane przez Józefa Darskiego, czyli Jerzego Targalskiego, były zbieżne z moimi. Tak rozpoczęła się nasza coraz bliższa współpraca.

 

Jerzy Targalski był światowej sławy sowietologiem. Miał przyjaciół na całym świecie. Teraz, podczas zaostrzenia się jego choroby, jeszcze raz się zjednoczyliśmy przez telefony: Warszawa, Wilno, Paryż, Waszyngton. Targalskiemu udało się wychować nowe pokolenie polskich patriotów i geopolityków, niekoniecznie kochających Rosję, Niemcy czy Chiny. Redagował portal „abc”, robił inwentaryzację ubeków i konfidentów w PRL „KRUK”, był też współautorem „Resortowych dzieci” i napisał pięciotomowe dzieło „Służby specjalne i pierestrojka” – kompendium wiedzy o przemianach w całym bloku sowieckim. Był znanym publicystą, członkiem SDP. Słynny był jego „Geopolityczny tygiel”, kilka lat emitowany na antenie TV Republika.

 

Niestety, jego nieprzeciętna wiedza i zdolności nie były należycie w III RP wykorzystane. Nie było na niego tzw. „haków”, był niewygodny, bo niesterowalny.  Zachęcona przez Targalskiego w 2015 roku sprowadziłam na wybory prezydenckie i parlamentarne międzynarodowych obserwatorów. Później Targalski zainicjował powstanie Stowarzyszenia „Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy” i został wybrany jego Przewodniczącym, a ja vice, więc od tego czasu nasza współpraca i kontakty zacieśniły się. Nie udało się nas poróżnić. Co ciekawe, robili to ludzie, wydawałoby się z naszej, patriotycznej strony politycznej.

 

Do Jurka Targalskiego miałam zawsze pełne zaufanie. Konsultowałam z nim moje poglądy na wiele spraw. Stosował taką samą, jak ja, retorykę. Jeśli on był czegoś pewny, to byłam i ja. Wyraźnie oddzielał hipotezę od faktu. Był moim najlepszym doradcą. Nie musieliśmy się spotykać, by tracić  czas na długie dysputy. W lot rozumieliśmy problem. Różniło nas jednak też bardzo wiele. Targaś, bo tak go nazywałam wśród przyjaciół, był pesymistą, a ja człowiekiem walki i wiary w jej sukces. Zawsze jednak, nawet gdy nie wierzył, że może mi się udać, pomagał, czyli zwykle prosił o jasne instrukcje, czego od niego oczekuję i potem meldował, że zadanie wykonane. To funkcjonowało też w drugą stronę. Gdy przeprowadzał jakąś akcję, jak np. kontrola wyborów, zapytał jedynie, czy po szpitalu doszłam już na tyle do siebie, aby zająć się sprowadzeniem obserwatorów zagranicznych. Odpowiedź moja mogła być tylko jedna: oczywiście, przystępuję do działań.

 

Targaś miał świetne wyczucie ludzkich słabości, więc wiedział, czego brakuje mnie. Wielokrotnie powtarzał: nie mierz innych swoją miarą. Ludzie są często zachowawczy, wygodni, pazerni i tchórzliwi. Niestety, choć spotykał mądrych i zdolnych młodych na swojej drodze życia i wychował następców, to twierdził, że Polacy tracą swoje najcenniejsze przymioty i tym samym, jako naród, instynkt samozachowawczy. Mogę mieć nadzieję, że się mylił, bo jak nie, to kolejne pokolenia będą płaciły krwią za naszą gnuśność. Będziemy się modlić za jego duszę. Dobrze zasłużył się Rzeczypospolitej.

 

A jeśli komu droga otwarta do nieba,/ Tym, co służą Ojczyźnie, wątpić nie potrzeba” – zacytował mi Kochanowskiego w smsie po śmierci naszego kochanego Jurka Targalskiego Przemysław Żurawski vel Grajewski dziś, 19 września, o godz. 8:48.

 

Żegnaj nieodżałowany przyjacielu! Niech Bóg ma Cię w swojej opiece.

 

Jadwiga Chmielowska

 

Uroczystości pogrzebowe ś.p. Jerzego Targalskiego rozpoczną się mszą świętą w Katedrze Wojska Polskiego przy ul. Długiej w Warszawie we wtorek 28 września 2021 r. o godz. 13.00. Po mszy kondukt pogrzebowy ruszy na Cmentarz Powązkowski

 

Fot. Filip Blazejowski/Gazeta Polska (za portalem Niezalezna.pl)