MSW reaguje w sprawie Rafała Ziemkiewicza

Sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk zapowiedział rozmowę z brytyjską ambasador w Polsce w sprawie zatrzymania publicysty Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie.

 

„Zaproszę w tym tygodniu do @MSZ_RP Panią Ambasador @AnnaClunes by upewnić się, że wolność słowa należy do katalogu brytyjskich wartości i zapytać jak koresponduje to z postawą brytyjskich służb w sprawie @R_A_Ziemkiewicz” – napisał w poniedziałek na Twitterze Szymon Szynkowski vel Sęk.

 

Apel m.in. do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o szybkie i szczegółowe wyjaśnienie zatrzymania Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie wystosowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (czytaj TUTAJ).

 

Publicysta Rafał Ziemkiewicz został zatrzymany na lotnisku w Londynie 2 października. Do Wielkiej Brytanii przyleciał z żoną i córką, która miała rozpocząć naukę w Oxfordzie. Po kilku godzinach zwolniono go z aresztu, ale zmuszono do natychmiastowego powrotu do Polski. Brytyjski Urząd do Spraw Cudzoziemców w wydanym dokumencie stwierdził, iż red. Rafał  Ziemkiewicz został zatrzymany z powodu głoszonych poglądów politycznych.

 

Rozmowa ze Sławomirem Wróblem, producentem programu „Magazyn z Wysp” emitowanym w TVP Polonia, o zatrzymaniu Rafała Ziemkiewicza i stanie wolności słowa w Wielkiej Brytanii TUTAJ.

 

opr. jka, źródło: Twitter

Wolność słowa w Wielkiej Brytanii to już historia – rozmowa ze SŁAWOMIREM WRÓBLEM, producentem „Magazynu z Wysp”

W Wielkiej Brytanii można głosić jakie się chce poglądy, pod warunkiem, że są lewicowe. Decyzja o niewpuszczeniu redaktora Ziemkiewicza jest złamaniem wszelkich procedur. To co spotkało polskiego dziennikarza może zdarzyć się każdemu, kto ma konserwatywne poglądy  – mówi Sławomir Wróbel, producent programu „Magazynu z Wysp” emitowanego w TVP Polonia.

 

Byłeś prawdopodobnie pierwszą osobą, do której dziennikarz Rafał Ziemkiewicz zadzwonił po zatrzymaniu przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Londynie. Co powiedział?

 

Powiedział, że od dwóch godzin jest przetrzymywany przez służbę graniczną. Pytał czego może się spodziewać, bo nikt nie chce udzielić mu informacji dlaczego został zatrzymany. Powiedziałem, że to nie jest normalna sytuacja i poradziłem szybkie skontaktowanie się z przedstawicielami polskiego konsulatu. I tak zrobił.

 

Zatrzymanie nie zaszkodzi wizerunkowi Rafała Ziemkiewicza, ale wizerunkowi Wielkiej Brytanii. Pomoże mu w promocji książek.

 

Może to pomóc w promocji książek i zwiększy słuchalność jego wystąpień, ale trzeba dostrzegać też drugą stronę medalu, czyli człowieka i ojca, który nie mógł towarzyszyć córce i żonie w ważnym dla rodziny wydarzeniu. To był wyjazd prywatny na rozpoczęcie przez jego córkę nauki na uniwersytecie w Oxfordzie.

 

Od kilkunastu lat mieszkasz w Wielkiej Brytanii, jak skomentujesz działania władz brytyjskich wobec Rafała Ziemkiewicza?

 

To walka z wolnością słowa. W Wielkiej Brytanii można głosić jakie się chce poglądy, pod warunkiem, że są lewicowe. Decyzja o niewpuszczeniu redaktora Ziemkiewicza jest złamaniem wszelkich procedur. Nie miał zamiaru głosić swoich poglądów publicznie. Nawet gdyby one były sprzeczne z wartościami, które wyznaje Wielka Brytania, cel jego wizyty był prywatny. Wielka Brytania przyjmuje tysiące imigrantów i osoby, które okazują się terrorystami, ale nie ma w niej miejsca dla człowieka szanowanego w Polsce. Szokujące, że dwa dni prywatnego pobytu redaktora Ziemkiewicza może stanowić  zagrożenie dla Wielkiej Brytanii.

 

Co zadecydowało, że Rafała Ziemkiewicza nie wpuszczono na Wyspy Brytyjskie?

 

Powody są ustalane. Mam nadzieję, że redaktor Ziemkiewicz i polskie MSZ będzie dążyło do całkowitego wyjaśnienia sprawy. Dziennikarzowi nie postawiono formalnych zarzutów, jedynie przedstawiono mu informację, że jego poglądy nie są bliskie ideom wyznawanym przez obywateli zjednoczonego Królestwa.

 

Bardzo ogólne stwierdzenie. Nic z niego nie wynika.

 

Bo znaczy wszystko i nic. Prawdopodobnie na wpisanie na „czarną listę” Rafała Ziemkiewicza miało wpływ zamieszanie wokół jego przyjazdu sprzed trzech lat.

 

Co się wtedy wydarzyło?

 

Środowiska lewicowe wykorzystały fakt, że osoby związane ze środowiskiem, które wówczas zaprosiło redaktora Ziemkiewicza miało wyroki sądowe w sprawach ideologicznych. Nie oceniam  czy te kłopoty z prawem były słuszne, mogło to jednak mieć bezpośredni wpływ na decyzję władz. Ale nie dajmy się zwariować. Nawet jeżeli redaktor Ziemkiewicz przyjeżdża na zaproszenie grupy, w której ktoś złamał prawo, to nie oznacza, że ma nie zostać wpuszczony na Wyspy i odpowiadać za czyjeś mniej lub bardziej prawdopodobne winy. W sprawę włączyła się również jedna z radykalnie lewicowych posłanek Partii Pracy Rupa Huq i stowarzyszenie Nigdy Więcej, które wysmażyło pamflet podchwycony przez portale przyjazne państwu Izrael. Przez to redaktor Ziemkiewicz został zaszufladkowany jako antysemita. Jeżeli na podstawie niesprawdzonych informacji brytyjska Straż Graniczna i tutejsze MSW podejmuje decyzję o niewpuszczeniu Rafała Ziemkiewicza, jest to bardzo niepokojący sygnał jeżeli chodzi o podstawowe prawo do głoszenia wolności poglądów. Kiedyś Wielka Brytania z słynęła z wolności słowa, ale to już historia.

 

W brytyjskich mediach już nie ma miejsca na Hyde Park?

 

Nie ma na niego miejsca od dość dawna. A londyński Hyde Park służy wyłącznie jako mit. W praktyce jest miejscem wystąpień kilku mniej lub bardziej zwariowanych osób, których przechodnie słuchają przez chwilę. Wielka Brytania jest znacznie bardziej posunięta niż UE we wprowadzaniu w praktyce politycznej poprawności i ideologii LGBT. Sześćdziesiąt lat temu w Wielkiej Brytanii za homoseksualizm groziła kara więzienia. Nie była to wydumana sankcja, ale nakładana przez sąd. Jej ofiarą padł kryptolog Alan Turing, który z polskimi matematykami rozszyfrował Enigmę. Kiedyś Brytyjczycy karali za homoseksualizm, a teraz w niektórych miastach na Wyspach homoseksualiści w niektórych miastach będą mieć specjalne oddzielne miejsca na parkingach.

 

W Polsce da się jeszcze słyszeć, że BBC jest wzorem obiektywnego medium publicznego. A jak to wygląda z punktu widzenia wieloletniego mieszkańca Wielkiej Brytanii?

 

Naprawdę jeszcze ktoś w Polsce w to wierzy? Przecież to slogan nieaktualny od 30 lat. BBC nie charakteryzuje się ani wolnością słowa, ani obiektywizmem informacji. Jest zideologizowaną stacją wpisującą się w nurt postępowego świata. BBC wyrzuca z pracy dziennikarzy, którzy nie chcą dostosować się do jej linii ideologicznej.

 

Co brytyjskie media piszą o sprawie Rafała Ziemkiewicza?

 

Jeszcze nie spotkałem się z żadnymi tekstami na ten temat. Tą sprawą żyją media w Polsce. Mam nadzieję, że poważnie podejdzie do niej polski MSZ.

 

Co przez to rozumiesz? Jakie działania powinna podjąć polska dyplomacja?

 

Chciałbym, żeby sprawa nie zakończyła się na doraźnych działaniach. Sprawa redaktora Ziemkiewicz powinna MSZ posłużyć za studium przypadku, który pozwoli wypracować procedury postępowania w tego typu sytuacjach na przyszłość. Stanowisko polskiej dyplomacji powinno być bardzo twarde. Wielka Brytania powinna przedstawić dowody w sprawie zatrzymania Rafała Ziemkiewicza, a nie posługiwać się zarzutami wyssanymi z palca. To, co spotkało Rafała Ziemkiewicza w Wielkiej Brytanii może zdarzyć się każdemu, kto ma konserwatywne poglądy. Wystarczy, że jakieś lewicowe środowisko złoży donos i trafi on na listę osób objętych zakazem wjazdu na Wyspy. Albo mamy partnerstwo polsko-brytyjskie albo mamy fikcję.

 

Dotychczasowe wsparcie polskich służb dyplomatycznych dla Rafała Ziemkiewicza było odpowiednie?

 

Wydaje się, że tak. Zresztą zwraca na to uwagę również sam Rafał Ziemkiewicz. Teraz przed MSZ stoi duże wyzwanie. Nasza dyplomacja powinna dążyć do wyjaśnienia sprawy na wysokim szczeblu. Należy ustalić dlaczego polski obywatel, który niczym nie zawinił nie może prywatnie odwiedzić kraju, z którym mamy dobre stosunki? Wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby Polska nie wpuściła na swoje terytorium np. czołowego przedstawiciela ideologii lewicowej czy LGBT. Mówiłyby o tym media całego świata. Wszystkie stacje telewizyjne grzmiałyby, jak w Polsce jest  łamane prawo do wolności słowa. Odwrócenie sytuacji pozwala zobaczyć jej ogromny absurd.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 

Protest CMWP SDP przeciwko zatrzymaniu red. Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko bezpodstawnemu i skandalicznemu zatrzymaniu polskiego dziennikarza i publicysty Rafała Ziemkiewicza przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Wielkiej Brytanii i apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy. Zatrzymanie i niewpuszczenie dziennikarza na teren Wielkiej Brytanii z powodu głoszonych przez niego poglądów jest szczególnie bulwersującym przejawem eliminowania z przestrzeni publicznej  dziennikarzy  utożsamiających się z konserwatywnymi i prawicowymi poglądami.  

 

2 października b.r. publicysta jednego z najbardziej opiniotwórczych w Polsce tygodnika “Do Rzeczy” przyleciał do Wielkiej Brytanii z żoną i córką, która miała rozpocząć naukę w Oxfordzie. Brytyjskie służby przepuściły żonę i córkę redaktora Rafała Ziemkiewicza, ale jego samego zatrzymały. Publicyście odebrano m.in. leki, dokumenty i telefon. Po kilku godzinach red. Rafał Ziemkiewicz został zwolniony z aresztu, ale jednocześnie został zmuszony do natychmiastowego powrotu do Polski. Brytyjski Urząd do Spraw Cudzoziemców w wydanym przez siebie dokumencie stwierdził, iż red. Rafał  Ziemkiewicz został zatrzymany z powodu głoszonych poglądów politycznych. Czytamy w nim: „Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu [na teren Wielkiej Brytanii – red.] jest niepożądane” – napisano w oficjalnym dokumencie brytyjskich służb opublikowanym na portalu dorzeczy.pl (ang. You have sought permission to enter the UK as a visitor for two days. However I consider your conclusion from the UK is conductive to the public good. This is due to your conduct and views which are at odds with British values and likely to cause offence and therefore make it undesirable for you to be granted entry).

 

Zatrzymanie redaktora Rafała Ziemkiewicza i niewpuszczenie go do wjazdu na teren Wielkiej Brytanii to skandaliczne i niedopuszczalne naruszenie zasady wolności słowa fundamentalnej dla każdego demokratycznego państwa. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące (sprawa Prager i Oberschlick przeciwko Austrii, skarga nr 11662/85).

 

Red. Rafał Ziemkiewicz to znany i ceniony polski dziennikarz, publicysta o konserwatywnych i prawicowych poglądach, komentator polityczny i ekonomiczny, a także pisarz specjalizujący się w literaturze fantastycznonaukowej i społeczno-obyczajowej, autor kilkudziesięciu powieści, zbiorów opowiadań oraz książek publicystycznych.

 

W związku z zaistniałą i opisaną powyżej sytuacją CMWP SDP apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 3. października 2021  r.

Nowe prawo o wolności słowa w sieci coraz bliżej

Wprowadzenie przez duże serwisy społecznościowe jasnej procedury rozpatrywania reklamacji w przypadku usunięcia wpisu lub zablokowania konta oraz powołanie Rady Wolności Słowa, która ma strzec prawa do wyrażania poglądów w sieci  – to główne założenia projektu ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Trafił on właśnie do prac legislacyjnych.

 

Założenia nowych przepisów, które mają pomóc w walce z cenzurą w sieci, resort sprawiedliwości przedstawił już w grudniu ubiegłego roku, teraz projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych został wpisany do wykazu prac legislacyjnych Rady Ministrów oraz skierowany do konsultacji publicznych.

 

W myśl projektu, nowe przepisy mają dotyczyć serwisów społecznościowych, które liczą w Polsce minimum milion użytkowników.  Na internetowych gigantów nałożono nowe obowiązki, m.in. sprawozdawczości, posiadania przedstawiciela w Polsce, przede wszystkim jednak  ustanowienia wewnętrznego postępowania kontrolnego, którego celem będzie rozpatrywanie reklamacji użytkowników dotyczących: ograniczenie dostępu do treści, ograniczenie dostępu do profilu użytkownika, rozpowszechnianie treści o charakterze bezprawnym.

 

Zgodnie z ustawą, reklamację będę musiały być rozpatrzone w przeciągu 48 godzin. W przypadku przekroczenia tego terminu lub gdy rozstrzygnięcie serwisu nie zadowoli użytkownika będzie on mógł wnieść skargę do Rady Wolności Słowa. Zadaniem tego nowego organu administracji publicznej będzie stanie na straży przestrzegania przez internetowe serwisy społecznościowe wolności do wyrażania poglądów, pozyskiwania informacji, rozpowszechniania informacji, wyrażania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz wolności komunikowania się. RWS ma się składać z  przewodniczącego oraz czterech członków powoływanych przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Kadencja rady ma trwać sześć lat, a w jej gronie nie może być posłów, senatorów, europarlamentarzystów oraz osób wchodzących w skład organów uchwałodawczych i wykonawczych jednostek samorządu terytorialnego.

 

Jeśli po rozpatrzeniu skargi Rada Wolności Słowa uzna, że wpis lub profil użytkownika, do których ograniczono dostęp, nie stanowią treści o charakterze bezprawnym, będzie mogła wydać decyzję nakazującą zniesienie ograniczeń.

 

W projekcie ustawy zapisano również kary grożące serwisom społecznościowym za niewywiązywanie się z nowych obowiązków lub niepodporządkowanie się decyzjom RWS. Będą one wynosiły od 50 tys. do 50 mln zł.

 

O wprowadzenie przepisów gwarantujących wolność słowa w sieci od dawna zabiega Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które niejednokrotnie występowało przeciwko przypadkom cenzury ze strony wielkich serwisów społecznościowych.

 

jka, źródło: Rządowe Centrum Legislacji

 

MIROSŁAW USIDUS:  Mistrzowie wyrafinowanej cenzury

Reżimy i dyktatorzy muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Z jednej strony wydaje się, że to dobrze, że YouTube usunął dwa duże niemieckojęzyczne kanały informacyjne Russia Today, które siały kremlowską propagandę i dezinformację. Z drugiej – niełatwo solidaryzować się należącą do Google platformą, znaną tak samo jak Facebook lub Twitter z bezwzględnej, niesprawiedliwej i hipokryzją podszytej cenzury politycznej.

 

Swoją drogą, ciekawe jak się to starcie z YT skończy, bo Rosja w odpowiedzi na zdjęcie kanałów RT DE i DFP zagroziła wprowadzeniem całkowitego zakazu korzystania z platformy u siebie. Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nazwało posunięcie YouTube „aktem bezprecedensowej agresji informacyjnej” i „oczywistym przejawem cenzury i tłumienia wolności słowa”.

 

I tu jesteśmy u sedna problemu. Fala bezpardonowej walki politycznej i cenzury, w którą wdało się w Big Tech, z apogeum w trakcie kampanii prezydenckiej, gdy koalicja reprezentantów Krzemowej Doliny wzięła bezpośredni udział w walce politycznej jednoznacznie po stronie kandydata Demokratów Joe Bidena, powoduje, że niewielu ma ochotę stawać po stronie YouTube, Twittera lub Facebooka w tego rodzaju starciach z reżimami i politykami, nawet jeśli tych ostatnich nie kochamy. Zaczynamy raczej skłaniać się do opinii, że obie strony są „warte siebie”.

 

Rosja zresztą wini także niemieckie władze, które domagały się od YouTube cenzury tych treści. Ciekawe, że Niemcy domagają się wprowadzenia cenzury również od „nielewicowej” (w odróżnieniu od Facebooka czy Twittera) amerykańskiej platformy społecznościowej Gab, stawiając to jako warunek operacji w tym kraju. Gab na wprowadzenie cenzury nie godzi się, inaczej, jak widać, niż YouTube.

 

Australia? Zambia? Nie ma różnicy

 

W Australii pośród zamieszek i gwałtownych protestów przeciwników covidowych restrykcji pojawiły się pogłoski o blokowaniu internetu, zwłaszcza mediów społecznościowych, które po tym jak władze ograniczyły działalność mediów w rejonie starć z policją, stały się główną platformą dystrybucji relacji z miejsc zamieszek.

 

Pogłoski te nie zostały oficjalnie w żaden sposób potwierdzone. Jednak informacje o blokowaniu sieci, nawet gdy rzeczywiście dochodzi do tego, rzadko są potwierdzane przez tzw. „czynniki oficjalne” w krajach, które takie rzeczy praktykują. Na przykład w afrykańskiej Zambii również nie było oficjalnych potwierdzeń pogłosek na temat cenzury i blokowania serwisów społecznościowych, gdy odnotowano problemy z ich funkcjonowaniem przy okazji niedawnej kampanii wyborczej. Czy władze Myanmaru w sposób otwarty przyznają, że blokują internet? Nie słyszałem.

 

Stanowisko sieciowych cenzorów w różnych krajach, od Rosji, przez USA po Zambię czy Australię, gdy blokuje się i banuje pod dziesiątkami pretekstów, dobrze opisuje staropolski zwrot „rżnięcie głupa”. Rzeczonego „głupa” rżną obie strony zgodnie udające, że nie cenzurują i oburzające się, gdy Big Tech cenzuruje nie po ich politycznej myśli, władze państw jak też platformy internetowe, które cokolwiek robią, robią to zawsze „dla dobra użytkowników”. W tej zgrai hipokrytów żadnych pozytywnych bohaterów nie widzę.

 

Wróćmy na chwilę do przykładu Zambii, gdzie przez lata problemy z internetem raportowała pozarządowa organizacja Zambian Watchdog, sama zresztą niejeden raz blokowana w sieci przez władze tego kraju. W 2016 roku przeprowadzono tam pomiary sieci w celu zbadania dostępności stron internetowych i aplikacji. Nie znaleziono wówczas żadnych niezbitych dowodów na cenzurę internetu w czasie wyborów powszechnych w Zambii, choć odnotowano przypadki restrykcji wobec tradycyjnych mediów. Temat powrócił w sierpniu tego roku, po tym jak kilka innych krajów afrykańskich postanowiło zablokować społecznościówki na czas wyborów, co było, jak wspominałem, pokłosiem ingerencji Facebooka i Twittera w procesy wyborcze w USA.

 

Cenzura polityczna, na którą sobie pozwoliły firmy z grupy Big Tech podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych, gdy np. Twitter poświęcił 20 proc. ruchu w swoim serwisie, aby wycinać treści nieprawomyślne, niezgodne z lewicową linią szefów platformy, w sposób wyraźny zachęciła miłośników zamykania ust inaczej myślącym na całym świecie. Mieli świetny pretekst i wymówkę a argumenty walczących z praktykami dyktatorów platform społecznościowych o „blokowaniu wolności słowa” ociekały groteskową hipokryzją w świetle tego, co same zrobiły w USA.

 

W Afryce politycznie motywowane blokowanie sieci jest dość często spotykane. Robiły to władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, niedawno też Konga, gdy oskarżono rząd o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Takie rzeczy spotyka się również na innych kontynentach i to coraz bardziej nagminnie. Np. rząd Indii regularnie blokuje internet w spornym Kaszmirze.

 

Sprawy nie zawsze mają czarno-biały charakter. Rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował w ostatnich latach rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolne media oznaczały zarazem wolność słowa dla podżegaczy do waśni na tle etnicznym. Prawie trzy miliony Etiopczyków zostało wypędzonych w ostatnim czasie ze swoich domów, wskutek walk pomiędzy nienawidzącymi się plemionami. Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. W planie jest uznanie „mowy nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję.

 

Jak wspominałem Twitter dostał bana np. podczas wyborów powszechnych w Ugandzie w 2021 r. Aplikacje społecznościowe blokowane były także w trakcie wyborów powszechnych w Tanzanii w 2020 r. Przeciwnicy cenzury po tych wydarzeniach zażądali od władz Zambii, by nie robiły tego w tym kraju a prezydent Lungu zobowiązał się, że nie będzie cenzury. Jednak później rząd zagroził, że zamknie internet, jeśli obywatele będą go używać do „wprowadzania w błąd i dezinformowania” wyborców (jak wiadomo, to pod tymi hasłami Google, Facebook, Twitter i Amazon cenzurują w najlepsze na swoich platformach).

 

W dniu wyborów, 12 sierpnia 2021 r., pojawiły się liczne doniesienia o zablokowaniu WhatsAppa i innych internetowych serwisów społecznościowych w Zambii. Zostało to potwierdzone przez rzecznika Facebooka, który poinformował również, że „wyłączenie mediów społecznościowych w Zambii miało wpływ na ich aplikacje i inne, takie jak Twitter”.

 

Hipokryzja firm Big Tech, które same stosują coraz ostrzejszą cenzurę, na tym etapie już całkowicie polityczną i jednostronną, np. tak jak w przypadku Twittera blokującego niedawno informacje na temat audytu wyborów prezydenckich w Arizonie, idzie w parze często ze zwykłym tchórzostwem potentatów technologicznych. Bo czym innym jak nie tchórzostwem jest bezwzględność wobec słabych, gdy zgina się kornie kark w obliczu silnych. Apple i Google szybko „pękły”, gdy władze Rosji przy okazji niedawnych wyborów zażądały usunięcia ze sklepów z aplikacjami aplikacji służącej do komunikacji i walki protestującym przeciw Kremlowi. Apka była dziełem zwolenników Aleksieja Nawalnego a jej celem miało być ujawnianie korupcji w otoczeniu Władimira Putina oraz zachęcanie do głosowania przeciwko kandydatom partii Jedna Rosja w wyborach parlamentarnych. Po tym jak posłusznie wobec moskiewskiego reżimu postąpiły wielkie korporacje z Krzemowej Doliny tym bardziej warto obserwować starcie Rosji z YouTube, gdyż, z tego co wiem, w Rosji zablokowanie tej platformy jest technicznie wykonalne, zatem groźba Kremla brzmi realnie.

 

Jednocześnie ci sami, którzy kulą ogony przed Putinem, głośno atakują Zambię, Ugandę i inne kraje, za cenzurę. Twitter próbował rozkręcić kampanię walki o „wolność słowa” przy okazji blokady w Ugandzie. Jednak z tonu większości komentarzy wynikało, że internauci uznali pełne frazesów o „wolności słowa” oświadczenia administracji tej platformy za dość kiepski żart.

 

Nowy wspaniały „splinternet”

 

Wyłączanie czy blokowanie całości lub części internetu nie jest dziś sprawą prostą do przeprowadzenia. Trzeba pamiętać, że nawet w uboższych krajach spora część gospodarki i państwa zależna jest od działania sieci. W wielu krajach jednak opracowuje się i ćwiczy różne techniki, warianty blokowania sieci, jeśli nie „wyłączania”, to nadzorowanego „odgrodzenia” sieci krajowej od reszty cyberprzestrzeni z zachowaniem kontroli nad ruchem przychodzącym i wychodzącym. Nad technikami takimi intensywnie pracowały m. in. Rosja i Iran, zaś Chiny są stale odgrodzone swoją „wielką zaporą ogniową”, która nie pozwala funkcjonować wielu znanym serwisom i usługom w kraju środka, m. in. Google’owi i Facebookowi. Tendencja do wydzielania lokalnych sieci i odgradzania się od reszty sieci nazywana jest „splinternetem”. To szerszy temat, do omówienia przy innej okazji.

 

Po raz pierwszy techniki wyłączania internetu na wielką skalę ćwiczono podczas „Arabskiej Wiosny” na początku ubiegłej dekady. Ruchy protestacyjne powstawały w grupach na Facebooku, były nagłaśniane na Twitterze i relacjonowane w serwisie YouTube. Można było swobodnie oglądać na rozlicznych nagraniach wideo brutalność reżimów broniących swojej władzy.

 

W styczniu 2011 roku, dwa dni po tym, jak protestujący zaczęli gromadzić się na placu Tahrir w Kairze, egipski prezydent Hosni Mubarak odłączył kraj z sieci i blokował usługi przez pięć dni. W Libii pułkownik Kaddafi poszedł w jego ślady, reagując na rodzące się powstanie serią zakłóceń w dostępie do Internetu, których kulminacją było czterodniowe zamknięcie sieci w marcu 2011 roku. Posunięcie to spotkało się z międzynarodowym potępieniem i skłoniło Organizację Narodów Zjednoczonych do wystąpienia przeciwko tłumieniu wolności słowa.

 

Według wielu opinii, tamte blokady były grubym błędem dyktatorów. Jared Cohen, były pracownik Departamentu Stanu USA, który dołączył do Google’owego think tanku Google Ideas i był w Egipcie podczas rewolucji, powiedział w wywiadzie opublikowanym w 2011 roku, że decyzja Mubaraka zmotywowała wielu młodych Egipcjan, którzy w przeciwnym razie być może nigdy nie przyłączyliby się do protestów.

 

Access Now, organizacja zajmująca się prawami cyfrowymi, założona w 2009 roku, od lat rejestruje liczbę przypadków wyłączeń internetu lub jego segmentów. I tak w 2016 roku organizacja odnotowała na świecie siedemdziesiąt wyłączeń, w 2017 roku – 106, w 2018 roku – 198, a w 2019 roku – 213. W 2020 roku, po raz pierwszy od pół dekady, odnotowano spadek w stosunku do roku poprzedniego, do 155 wyłączeń internetu w 29 krajach. Uznaje się, że na pewien spadek liczby blokad miała wpływ pandemia i wzrost roli sieci w życiu i pracy ludzi na całym świecie.

 

Wzrost liczby potwierdzonych wyłączeń może być, nawiasem mówiąc, częściowo konsekwencją wzrostu świadomości społecznej i liczby doniesień. Obserwatorzy uważają jednak, że wyłączanie internetu staje się coraz powszechniejszą polityką w wielu państwach. „To jest prawdziwy kryzys dla wolności słowa, pod wieloma względami. W dodatku ten kryzys rozszerza się na cały świat,” mówił podczas jednej z konferencji David Kaye, profesor prawa na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine i specjalny sprawozdawca ONZ ds. wolności słowa w latach 2014-2020. „Co gorsza, wyłączanie internetu staje się praktyką znormalizowaną, nawet w takich miejscach, gdzie wydaje się, że mamy rządy prawa”.

 

Według danych Access Now, Indie, kraj nazywany „największą demokracją na świecie”, odpowiadały za aż 109 wyłączeń sieci w całym 2020 roku. Te działania są tam przeprowadzane na poziomie lokalnym, np. w spornych regionach Dżammu i Kaszmir, gdzie nie było dostępu do sieci przez półtora roku. Niedaleko Indii jest niedemokratyczny Myanmar, gdzie praktyka wyłączania dostępu do sieci przez rządzących wojskowych to praktycznie norma.

 

Cenzorskie know-how

 

Z raportów Access Now wynika wyraźnie, o czym była już mowa, że większość rządów nie przyznaje oficjalnie, że trwa wyłączenie, zrzucając winę za zakłócenia na problemy techniczne lub ataki cybernetyczne, albo po prostu kłamiąc. Jeśli podawane jest uzasadnienie, to wyłączenia są opisywane jako działania ostatniej szansy w celu zapobieżenia przemocy, w obronie bezpieczeństwa narodowego i, coraz częściej, w celu powstrzymania „rozprzestrzeniania się dezinformacji”. I tu znów wracamy do przykładu jaki nieuchronnie musi dawać dyktatorom Big Tech, którego cenzura wprowadzana jest w ostatnim okresie głównie pod tym hasłem.

 

Wielu ekspertów sądziło, że po katastrofach w Egipcie i Libii całkowite wyłączenia zostaną zastąpione subtelniejszymi, mniej destrukcyjnymi strategiami – cenzurą, blokowaniem, celowym usuwaniem stron internetowych. Jednak wiele z krajów, które wprowadzają wyłączenia, nie ma doświadczenia, ani know-how, by działać bardziej elegancko. W 2011 roku Birma miała niewiele ponad 495 tys. użytkowników internetu, teraz ma ich ponad 20 mln. W całej Afryce odsetek osób podłączonych do sieci wzrósł niemal trzykrotnie od 2010 do 2019 roku. Sytuację komplikuje coraz częstsze korzystanie przez użytkowników z zaszyfrowanych komunikatorów, VPN-ów i innych narzędzi do omijania ograniczeń sieciowych. I to także skłania rządy do podejmowania akcji „po całości”.

 

Jedną z najbardziej rudymentarnych metod wymuszenia wyłączenia jest tzw. manipulacja BGP. BGP, czyli Border Gateway Protocol, w skrócie to system, który pozwala pakietowi informacji znaleźć drogę z punktu A do punktu B poprzez plątaninę węzłów i połączeń tworzących Internet. Dzięki BGP każdy węzeł w sieci, reprezentujący punkt wejścia dla grupy adresów internetowych, które z kolei reprezentują użytkowników, stale ogłasza, do których adresów ma dostęp. Rządy mogą nakazać temu, kto odpowiada za węzły ogłaszające wejście do klastra adresów – zazwyczaj jest to dostawca usług internetowych lub firma telekomunikacyjna – aby wycofał te ogłoszenia, skutecznie wymazując tych użytkowników z mapy globalnego Internetu. Wycofywanie tras BGP jest o tyle wygodne, że umożliwia wybranym grupom adresów, np. tym należącym do urzędników państwowych, zachować połączenie z Internetem, podczas gdy wszyscy inni przebywają w sieciowym blackoucie. Konfigurowanie BGP jest pożądaną przez władze alternatywą dla prymitywnych metod egzekucji wyłączeń, czyli fizycznego odcinania całej sieci co może odciąć całkowicie kraj od komunikacji usług, których władze sobie życzą. Wadą tego rozwiązania jest to, że zabiegi BGP dość łatwo jest wykryć.

 

Bardziej znane medialnie firewalle, czyli systemy zdolne do filtrowania ruchu przychodzącego i wychodzącego, zazwyczaj buduje się przez instalację na kablach sieciowych urządzeń zwanych middleboxami. Sprzęt ten może być zaprogramowany tak, aby blokować cały ruch zmierzający do konkretnego adresu docelowego lub pochodzący z konkretnego adresu źródłowego, albo też całe protokoły internetowe lub klasy treści, takie jak wideo, głos lub e-mail. To bardzo skuteczna metoda, gdy się chce zablokować jednorodne adresowo platformy, takie jak Facebook czy Twitter. Ściany ogniowe tego typu wymagają jednak znaczących zasobów obliczeniowych.

 

Do perfekcji sztukę odcinania się od globalnego Internetu przy jednoczesnym zachowaniu wewnętrznej łączności opanował Iran. Istnieje tam coś o nazwie National Information Network, ogólnokrajowy intranet, który pozwala na wykonywanie codziennych czynności w stosunkowo niezakłócony sposób na irańskich aplikacjach, jednocześnie uciszając wszelkie niepożądane treści i serwisy. Sieć została wystawiona na próbę podczas tygodniowego wyłączenia w listopadzie 2019 r. przy okazji fali demonstracji i zamieszek. Według doniesień, pomimo całkowitego odłączenia od internetu z zewnątrz, krajowe usługi sieciowe w Iranie działały normalnie. Podobną sieć krajową opracowała Rosja, ale przetestowała ją jedynie doświadczalnie, bez „startu ostrego”.

 

Niedoścignionym wzorcem skuteczności dla wszystkich miłośników cenzury politycznej jest chiński internetowy firewall. Zresztą ChRL już eksportuje swoje cenzorskie hi-tech do innych krajów. W listopadzie 2020 r. amerykański Departament Skarbu nałożył sankcje na chińskiego producenta elektroniki CEIEC za sprzedaż skomercjalizowanej wersji chińskiej „sieciowej zapory ogniowej” Wenezueli. W maju pojawiły się informacje, że także junta wojskowa w Myanmarze planuje stworzenie krajowego „intranetu”.

 

Niedoścignionymi mistrzami najbardziej wyrafinowanej technicznie cenzury internetowej nie są jednak Chiny, ale Google, Facebook, Twitter lub Amazon. Wyszukiwarka, o czym pisał w serii demaskatorskich publikacji, dziennik „The Wall Street Journal” wykorzystuje najbardziej zaawansowany algorytm w historii do ukrywania tego co chce ukryć i eksponowania tego, co chce eksponować. W efekcie widzisz w internecie nie ten świat, którego szukasz, lecz ten, który chce ci pokazać Google. Facebook i Twitter mogą cię tak „shadowbanować”, że nawet nie wiesz, że jesteś cenzurowany i blokowany. Zaś Amazon, którego serwery zechciałbyś wykorzystać może podpatrzyć twój pomysł na biznes, skopiować go a ciebie „zdeplatformować” pod byle pretekstem, głosząc np., że uprawiasz dezinformację.

 

Reżimy i dyktatorzy, którzy powołują się na działania Big Tech, muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Mirosław Usidus

Zaufanie do własnej wizji świata – ks. ARTUR STOPKA o wiarygodności stacji telewizyjnych

Ogłoszony w połowie wrześnie br. komunikat CBOS zatytułowany „Postrzeganie telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych” wskazuje nie tylko na systematyczny spadek wiarygodności telewizji publicznej w tym względzie. Pokazuje znacznie więcej.

 

Duża część zamieszczonych w mediach omówień tego sondażu zaczynała się od informacji, że tylko co czwarty Polak (25 proc. badanych) ma zaufanie do programów informacyjnych i publicystycznych Telewizji Polskiej. Akcentowano też, że tendencja spadkowa trwa już od prawie dziesięciu lat. W 2012 roku informacjom i publicystyce TVP wierzyło 50 proc. odbiorców, pięć lat później już tylko 34 proc., a w 2019 o trzy procenty mniej.

 

Ze wspomnianego badania CBOS-u wynika, że w ostatnich latach spadało też zaufanie do programów informacyjnych i publicystycznych serwowanych przez dwóch pozostałych dużych nadawców operujących w naszym kraju, jednak w kwestii utraty wiarygodności w oczach widzów publiczna telewizja znacząco wyprzedziła kanały komercyjne. Co więcej, jak wynika z kolorowego wykresu opublikowanego np. w Wirtualnych Mediach – ocena wiarogodności w ostatnich dwóch latach nieco wzrosła zarówno Polsatowi, jak i TVN-owi.

 

Zaraz będzie dziesięć

 

Przyglądając się sondażowi CBOS-u warto zwrócić uwagę, że uwzględnia on tylko trzy największe stacje telewizyjne adresujące swój kontent do polskich widzów. Na odnotowanie zasługuje również fakt, że respondentów pytano nie tylko o programy nadawane na głównych antenach, ale również o związane z nimi kanały nastawione przede wszystkim na informację i publicystykę, czyli TVP Info, Polsat News i TVN24. Wydaje się to oczywiste, jednak, jak zauważył na początku września br. wspomniany serwis wirtualnemedia.pl, po debiucie kanału Wydarzenia24 i zapowiadanym na październik starcie News24 w Polsce będzie działać aż dziesięć telewizji o profilu informacyjno-publicystycznym. W dodatku kwestią coraz bardziej drugorzędną jest sposób nadawania programu – czy propagowany jest sygnałem naziemnym czy też udostępniany w internecie.

 

Jak wylicza wspomniany serwis poświęcony mediom, do końca wakacji w naszym kraju działały TVP Info, TVN24, TVN24 Bis, Polsat News, Polsat News 2, Superstacja, TV Republika, wPolsce.pl i Biznes24. 1 września Superstację zastąpił kanał Wydarzenia24. Czy takie specyficznie polskie rozdrobnienie kanałów informacyjno-publicystycznych ma związek z wiarygodnością i zaufaniem ze strony odbiorców? Wydaje się, że tak. Ma też związek z podejściem do prawdy w ogóle, a w stosunku do prawdziwości treści podawanych w mediach w szczególności.

 

Któremu można zaufać

 

Żyjemy w świecie subiektywnych „prawd”. To już nie jest kwestia polaryzacji, lecz coraz bardziej niepokojącej atomizacji. Posiadanie własnej „prawdy” wpływa na to, w jaki sposób traktujemy media. Nie mają one już dla wielu być źródłem rzetelnych, maksymalnie obiektywnych informacji o świecie i wyraźnie od nich oddzielonego komentarza, który pomaga je przede wszystkim zrozumieć, a nie ideologicznie interpretować. Coraz więcej jest tych, którzy w mediach szukają wyłącznie materiałów wpisujących się, potwierdzających i wzmacniających ich wizję świata. I tylko do takich mają zaufanie, tylko takim wierzą, tylko takie uznają za wiarygodne.

 

Paradoksalnie takie podejście wpisuje się całkiem zgrabnie w tę definicję jaką można znaleźć w firmowanym przez Polską Akademię Nauk dostępnym w sieci „Wielkim Słowniku języka polskiego”. Według niego „wiarygodność” to „cecha kogoś lub czegoś niebudzącego wątpliwości i takiego, któremu można zaufać”. Dla kogoś, kto znajduje w konkretnym kanale informacyjnym i publicystycznym odpowiadający mu obraz świata, jest on źródłem, które nie wywołuje zastrzeżeń i zasługuje na wiarę w podawane treści. Jest więc dla niego/niej wiarygodny.

 

Wybór stacji zależy…

 

Taki stan rzeczy potwierdza najnowszy raport CBOS, omawiający postrzeganie przez widzów telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych. Według niego wybór określonej stacji telewizyjnej zależy w głównej mierze od poglądów politycznych i preferencji partyjnych telewidzów. Stwierdza on również, że oceny wiarygodności poszczególnych stacji zależą przede wszystkim od orientacji politycznej i preferencji partyjnych odbiorców. Czy w tej sytuacji można jeszcze poważnie traktować badania wiarygodności mediów? Więcej, rodzi się bardzo poważne pytanie, czy kwestia ich wiarygodności w jakikolwiek sposób łączy się jeszcze z obiektywną prawdą, rzetelnością, sprawdzaniem informacji w kilku źródłach itd.

 

Niemal dokładnie dziewięć lat temu, we wrześniu 2012 r., Grzegorz Miecugow stwierdził w wywiadzie dla jednego z dzienników, że dziś największą słabością mediów jest odbiorca. Odrzucił też wtedy tezę, że to media wychowały sobie takich, a nie innych widzów. Wywiad wywołał wtedy spore poruszenie, a nawet wielu się oburzyło. Inni jednak potraktowali go jako rodzaj usprawiedliwienia i przez kolejną dekadę tworzyli poszczególne telewizje w przekonaniu, że – jak powiedział Miecugow – „Medium nie może od oczekiwań widzów abstrahować”. Przy takim podejściu sprawa wiarygodności nabiera zupełnie innego niż dawniej wymiaru i znaczenia. Przy takim podejściu każdy program informacyjny lub publicystyczny i każdy z dziesięciu telewizyjnych kanałów informacyjnych będzie dla kogoś wiarygodny. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

 

Ks. Artur Stopka

Obrazki z krową – ŁUKASZ WARZECHA pyta: gdzie byli piarowcy?

Na początek zastrzeżenie: nie zamierzam zajmować się merytoryczną stroną głośnej konferencji prasowej ministrów Mariusza Kamińskiego i Mariusza Błaszczaka w sprawie migrantów na polskiej granicy. Tej konferencji, na której pokazano zawartość znalezioną podobno w telefonach niektórych zatrzymanych przez polskie służby osób.

 

Działania polskich służb uważam w większości za uzasadnione, a histeria części opozycji świadczy o kompletnym zatraceniu wyczucia interesu państwa. Bezpieczeństwo obywateli nie może być kształtowane w oparciu o tani sentymentalizm. To wszystko jednak odkładam na bok, żeby z największym zdziwieniem odnotować kształt samej konferencji.

 

Z punktu widzenia mediów była to gratka, ba – dla mediów niechętnych obecnej władzy okazja wręcz wymarzona, aby w nią uderzyć. I to z winy samych organizatorów, którzy popełnili wręcz szkolne błędy. Nie mówię tutaj o wątpliwościach dotyczących autentyczności przedstawianych kadrów, szczególnie tych najdrastyczniejszych, a zarazem najbardziej spektakularnych, pokazujących akt zoofilii (a niestety są to wątpliwości poważne).

 

Jedną z najbardziej podstawowych zasad piaru jest, aby osoba, która chce zachować swój poważny i solidny wizerunek, nie pojawiała się w wątpliwych czy kompromitujących kontekstach. Trzeba takie okazje ograniczać do minimum, choć, rzecz jasna, nie zawsze daje się ich uniknąć całkowicie. Jeśli bowiem tylko pojawia się skojarzenie danej osoby z takim budzącym wątpliwości lub złe emocje kontekstem, ów kontekst zostanie jej natychmiast na różne sposoby dopisany. Tak się stanie za sprawą memów, dowcipów, filmików na YT – całego tego asortymentu środków, które ma dzisiaj do dyspozycji internet. I nie zawsze jest to spontaniczna działalność indywidualnych internautów. Często stoją za tym instytucjonalni oponenci.

 

Gigantycznym i trudnym do zrozumienia błędem jest jednak sytuacja, gdy to sam polityk sprawia, że nieprzychylni mu internauci czy podmioty zawiadujące farmami trolli nie muszą się nawet specjalnie wysilać. Wystarczy, że pokażą autentyczny kadr z wydarzenia, niekoniecznie nawet dopisując do niego jakiś komentarz. Sam kadr jest już tak kompromitujący, że nic więcej robić z nim nie trzeba.

 

I to jest niestety przypadek wspomnianej konferencji. Ministrowie stali tam tuż przy ekranie, na którym pokazywano kadry bardzo drastyczne. Mówiąc wprost – dla przeciwników obecnej władzy ujęcie ministrów Kamińskiego i Błaszczaka wpatrzonych w ekran, na którym jakiś jegomość (pomińmy tu wątpliwą kwestię, czy jest to faktycznie zatrzymany migrant) kopuluje z krową, jest wprost wymarzone. Nic dziwnego, że stało się podstawą do prawdopodobnie setek memów.

 

To, prawdę powiedziawszy, zadziwiające. Jak to możliwe, że w otoczeniu dwóch ważnych urzędników państwowych nie znalazł się nikt, kto wskazałby, że tego typu konfiguracja może być wizerunkowo po prostu druzgocąca? Jak to możliwe, że nie było nikogo, kto powiedziałby, że w ogóle pokazywanie tego typu treści na konferencji prasowej, następnie retransmitowanej przez różne media, może być powodem całkiem uczciwego wzburzenia wielu osób, a innym da pretekst do ataków w różnej formie?

 

Rozumiem, że ministrom chodziło o określony efekt – powiedzmy sobie szczerze – propagandowy. Patrząc jednak na odbiór ich wystąpienia, można sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie osiągnięto skutku odwrotnego. Najgorszą bowiem rzeczą dla każdej władzy jest jej ośmieszenie, a już szczególnie samoośmieszenie.

 

Czy można to było zrobić inaczej? Ależ oczywiście. Jak słusznie zwrócił uwagę na Twitterze Jan Pawlicki, znacznie istotniejsze od obrazków z krową czy co gorsza aktem pedofilii były kadry pokazujące prawdopodobne przygotowanie do działań terrorystycznych. To je należało wybić, a i wyłącznie dzięki nim można było osiągnąć efekt, którego prawdopodobnie oczekiwali politycy. Ba, to wyłącznie te zdjęcia można było pokazać, o innych zaś jedynie poinformować dziennikarzy, być może oferując im przekazanie pełnych materiałów na życzenie.

 

Dlaczego tak się nie stało? Odpowiedź jest, jak sądzę, dość prosta: urzędnicy, którzy zorganizowali konferencję i pojawili się na niej, w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że szczególnie przy tematach tak drażliwych powinni korzystać z konsultacji kogoś rozumiejącego reakcje mediów, sieci społecznościowych i widzącego ryzyka wizerunkowe. Inną sprawą jest, czy taka osoba powinna być opłacana z publicznych pieniędzy czy też z pieniędzy partyjnych. To temat do dyskusji. Skoro jej jednak nie ma – a wydaje się to niewątpliwe – to świadczy to najzwyczajniej o braku profesjonalizmu organizatorów wydarzenia. Nie jest to jednak ostatecznie problem mediów i dziennikarzy, lecz narażających się na kompromitację i śmieszność polityków.

 

Łukasz Warzecha

Pożegnaliśmy historyka i publicystę Jerzego Targalskiego

„Pozostanie w naszej pamięci jako wzór i nauczyciel patriotycznych powinności, mentor pokoleń Polski niepodległej” – napisał prezydent RP Andrzej Duda w liście odczytanym podczas uroczystości pogrzebowych dr. Jerzego Targalskiego.

 

Pożegnanie zmarłego 19 września wybitnego historyka i publicysty, rozpoczęła we wtorek, 28 września Msza Św. w Katedrze Wojska Polskiego w Warszawie. Prezydent RP Andrzej Duda odznaczył zmarłego Krzyżem Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w naszym kraju. Order na ręce najbliższej rodziny przekazała podczas uroczystości pogrzebowych  doradca prezydenta Zofia Romaszewska. Odczytała ona również list od Andrzeja Dudy.

 

„Z głębokim smutkiem żegnamy śp. Pana Doktora Jerzego Targalskiego – wielkiego patriotę, działacza opozycji antykomunistycznej, wybitnego historyka, politologa i publicystę, badacza dziejów najnowszych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, prawego i dobrego człowieka. Z pasją nauczał nas pojmowania mechanizmów historii oraz wiary w zwycięstwo prawdy nad kłamstwem, wolności nad przemocą, dobra nad złem. Wraz z Jego odejściem polska nauka i nurt życia publicznego skoncentrowany na polskiej racji stanu ponoszą wielką stratę – napisał prezydent.

 

Zauważył również, że dr Targalski „był człowiekiem ogromnej erudycji, a zarazem moralnej bezkompromisowości, odwagi i obywatelskiego zaangażowania”. Wyraził nadzieję, że historyk „pozostanie w naszej pamięci jako wzór i nauczyciel patriotycznych powinności, mentor pokoleń Polski niepodległej. Tak zasłużony, obdarzony tak wieloma talentami – był zarazem skromnym, ciepłym, pełnym poczucia humoru człowiekiem. Będzie Go nam bardzo brakowało.”

 

Dr. Jerzego Targalskiego żegnało liczne grono przyjaciół, współpracowników, studentów, dziennikarzy, polityków. W pogrzebie wziął udział również premier RP Mateusz Morawiecki. Historyk spoczął na warszawskich Powązkach Wojskowych.

 

opr. jka, źródło: niezalezna.pl, fot. TV Republika

 

Wspomnienie Jadwigi Chmielowskiej o Jerzym Targalskim TUTAJ.

 

Jaka może być przyszłość SDP? – zastanawia się MACIEJ MACIEJOWSKI

Przed zbliżającym się zjazdem SDP chciałbym podzielić się z Koleżankami i Kolegami kilkoma uwagami dotyczącymi przyszłości naszego stowarzyszenia. Mam nadzieję, na rozpoczęcie dyskusji przygotowującej nas do spotkania w Kazimierzu Dolnym.

 

Zawód dziennikarza przeżywa kryzys wynikający z dynamicznych zmian na rynku medialnym. Zmierzch drukowanej prasy i prymat obrazu nad słowem są oznakami przemijania świata Gutenberga. Zmienia się sposób odbioru treści i sposób ludzkiego myślenia. Warto wykorzystać nadchodzący zjazd SDP nie tylko do refleksji, ale też podjęcia konkretnych działań przenoszących SDP w XXI w.

 

Nie posiadając wglądu w statystyki naszego stowarzyszenia, mam wrażenie że przyjmuje ono coraz bardziej emerycki charakter. Bywając na, coraz rzadszych w czasie pandemii, spotkaniach na Foksal obserwuję rosnącą średnią wieku uczestników. A przecież w redakcjach przeważają młodzi ludzie, zupełnie odwrotnie niż w SDP. Koncerny medialne i mniejsze firmy zatrudniają coraz więcej ludzi tworzących treści. Z pewnością nie wszyscy z nich wykonują zawód dziennikarza w tradycyjnym znaczeniu. Ale nowe pokolenia piszą teksty, tworzą materiały audio, wideo i zapełniają – dziś głównie sieć a nie szpalty i eter – tzw. „contentem”. Uważam, że nasze stowarzyszenie nie ma dla nich atrakcyjnej oferty.

 

Tysiące młodych ludzi studiują na kierunkach dziennikarskich. Duża część z nich podejmie pracę w mediach. Czy członkostwo w SDP dałoby im jakieś korzyści?

 

Aby móc udzielić na to pytanie odpowiedzi twierdzącej, należałoby moim zdaniem:

 

– Stworzyć w ramach SDP platformę podnoszenia kompetencji zawodowych i etycznych. Możliwość spotkania i dyskusji z doświadczonymi dziennikarzami, zorganizować warsztaty w formule case study. Do naszego stowarzyszenia należą przecież największe autorytety dziennikarskie. Mamy też wszelkie zasoby materialne umożliwiające organizację tego typu wydarzeń w formie hybrydowej (na żywo i on line).

 

– Nawiązać współpracę z uczelniami kształcącymi w zawodzie dziennikarza. Z rozmów ze studentami wiem, że główną ich bolączką jest brak możliwości publikowania w „prawdziwych” mediach. A przecież wystarczy rozwinąć istniejący portal i magazyn drukowany SDP, by studenci mogli praktykować i publikować pod kierunkiem bardziej doświadczonych kolegów.

 

– Last but not least, SDP powinno bardziej zaangażować się w sprawy pracownicze dziennikarzy. Tym bardziej, że powszechną formą zatrudniania jest zmuszanie ich do zakładania fikcyjnych działalności gospodarczych. Etaty w mediach należą do rzadkości, więc związki zawodowe odmawiają walki o nasze prawa pracownicze. Tymczasem problemy z wypłatą należnych wynagrodzeń, mobbing i różnego rodzaju naciski na autorów są codziennymi problemami pracy dziennikarskiej.

 

Im mniej zachęcimy nowych członków, tym większe będą trudności finansowe stowarzyszenia i mniejsze możliwości działania. Grozi to powstaniem swoistego błędnego koła. Dlatego bardzo liczę na to, że poza sprawami organizacyjno-wyborczymi, podejmiemy na zjeździe dyskusję, która nada SDP nową energię.

 

Od redakcji:

Czekamy na inne teksty zawierające refleksje, przemyślenia, pomysły na temat przyszłości SDP.

 

Zabawa w ciuciubabkę – recenzja KRZYSZTOFA M. KAŹMIERCZAKA książki o życiu i zabójstwie Ziętary

Publikacja „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?” Łukasza Cieśli i Jakuba Stachowiaka zapowiada się na polowanie na Elektromis i jego założyciela, ale im bliżej końca książki tym polowanie zaczyna coraz bardziej przypominać zabawę w ciuciubabkę.

 

Zaznaczam na wstępie, że w recenzji pominąłem zawartość stron 460-467, w których przedstawiono nieprawdziwe, pomawiające mnie treści, do których odrębnie odniosłem się w oświadczeniu publikowanym także na stronach portalu SDP (TUTAJ).

 

Powrót do przeszłości

 

Największą zaletą książki Łukasza Cieśli („Onet”) i Jakuba Stachowiaka („TVN”) jest przybliżenie czytelnikom dziś już niemal archaicznych realiów środowiska biznesowego w Poznaniu w okresie transformacji ustrojowej Polski. Chodzi o tak zwaną „szarą strefę”, o której mowa jest w dwóch procesach toczących się w sprawie porwania w 1992 roku i zabójstwa Jarosława Ziętary, młodego dziennikarza „Gazety Poznańskiej”.

 

Powstające błyskawicznie fortuny, których ojcami chrzestnymi byli nierzadko ludzie z peerelowskich służb, milicji czy partyjnej nomenklatury. Praktyki maksymalizowania zysków kosztem łamania prawa i okradania państwa z wymaganych przepisami podatków i ceł. Wiele szczegółów, które mogą zaciekawić zainteresowanych historią z przełomu lat 80. I 90. Opisywanie patologicznych realiów transformacji nie obyło się jednak bez kolportowania mitów antylustracyjnych środowisk o zakładaniu teczek, komu popadnie bez jego wiedzy i bezśladowym ich niszczeniu oraz tworzonych przez dawnych pracowników aparatu bezpieczeństwa PRL legend o honorze i moralnych zasadach przyświecających funkcjonariuszom bezpieki.

 

Najwięcej miejsca poświęcono Elektromisowi i jego założycielowi, Mariuszowi Ś. To w siedzibie tego już nieistniejącego już holdingu miało dojść do zaplanowania zabójstwa Jarosława Ziętary. To w tej firmie dziennikarz miał być przetrzymywany i torturowany, a w zbrodni mieli brać udział pracownicy ochrony Elektromisu.

 

Autorzy szeroko przypominają okoliczności przedstawione pierwotnie w słynnym artykule „Państwo Elektromis” opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” 1,5 roku po zabójstwie Jarosława Ziętary. O ile jednak ten klasyczny dziś tekst śledczy z 1994 roku miał mocno wymowę i otwierał Polakom oczy na bezkarność ludzi holdingu, to CieślaStachowiak zaczynają brnąć w poboczne, rozmywające sprawę wątki. Najciekawiej wypadają współautorzy przywołanego artykułu, Maciej Gorzeliński i Piotr Najsztub, którzy sporo i intersująco mówią o kulisach swoje pracy dziennikarskiej o Elektromisie i patologiach w poznańskiej policji.

 

Docenić należy podjęcie w książce wątku służb specjalnych, chociaż w większości w sposób wtórny, a przy tym zasadniczo pominięto negatywny wpływ specsłużb RP na pierwsze śledztwo w sprawie porwania dziennikarza. Niewątpliwym walorem książki są wypowiedzi byłych funkcjonariuszy UOP, chociaż – co oczywiście nie jest winą autorów – mało przekonywujące jest wiele z tego, co mówią. Przede wszystkim trudno uwierzyć w to, że większość z nich nic nie wie o udziale służb w sprawie Ziętary.

 

Dobrą strona książki jest też, że czyta się ją szybko – ma zmniejszony format (mniejszy niż standardowy książkowy A5) i duże liternictwo więc lektura zajmuje niewiele czasu. Teraz o słabych stronach publikacji „Dziennikarz, który wiedział za dużo”, których niestety jest więcej niż spodziewałem się sięgając po książkę. Poruszę tylko najważniejsze z nich. Najpierw o kwestiach, które dotyczą po równi faktów jak i dobrego smaku.

 

Od spisku do przemilczenia

 

W książce forsowana jest spiskowa teoria, że aktywny udział w dziennikarskiej grupie śledczej członków redakcji kapitałowo powiązanego z Elektromisem tygodnika „Poznaniak” był formą zamaskowania związków holdingu z zabójstwem Jarosława Ziętary. Stwierdzeniami na granicy pomówień autorzy sugerują jakoby reporterzy tygodnika mogli mieć negatywny wpływ na podejmowane próby wyjaśniania sprawy. Mocno akcentowane zdziwienie tym, dlaczego w okresie działania grupy dziennikarskiej nie skupiono się na wątku Elektromisu brzmi absurdalnie i dowodzi nieznajomości elementarnych faktów. Dziennikarska grupa śledcza działała zaledwie kilka miesięcy, w pierwszym okresie po porwaniu. W tamtym czasie nie było jakichkolwiek potwierdzeń, że Jarek zajmował się holdingiem. Jego zapiski o Elektromisie i związanych z nim biznesmenach zostały odkryte przez niżej podpisanego dopiero 18 lat później, w 2010 roku. W czasie, gdy grupa istniała były one w posiadaniu poznańskiej policji, która je ukrywała i bagatelizowała oraz nieświadomej ich wagi rodziny dziennikarza. W 1992 roku Elektromis, podobnie jak nazwy innych firm i nazwiska biznesmenów pojawiały się w rozmowach członków grupy głównie na zasadzie spekulacji. Tymczasem autorzy książki rzucają cień na dziennikarzy, którzy przed laty z wielkim zaangażowaniem starali się pomóc wyjaśnić los Jarka.

 

Ze środowiska dziennikarzy „Poznaniaka” szczególnie w książce negatywnie został przedstawiony Piotr Grochmalski, były naczelny tego tygodnika, renomowany dziennikarz (m.in. reporter wojenny), obecnie wykładowca uniwersytecki. Należy on do grona osób bardzo oddanych sprawie Ziętary. Nie tylko osobiście włączył się w starania o doprowadzenie do rzetelnego śledztwa, ale też, swojego czasu, zapewnił reporterom tygodnika przestrzeń wolności do zajmowania się uprowadzeniem dziennikarza. Mając pełną świadomość, że zaangażowanie się w nią wiązało się i nadal wiąże z niebezpieczeństwem autorzy drwią, że Piotrowi Grochmalskiemu brakuje odwagi podczas zeznawania. Nie dosyć tego, posuwają się nawet do przytyków dotyczących jego religijnych czy politycznych poglądów – chociaż nie ma to jakiegokolwiek związku ze sprawą Ziętary.

 

Dopatrując się na siłę czegoś złego u szczerze zaangażowanych dziennikarzy zbagatelizowano w książce faktycznie negatywną rolę innych przedstawicieli mediów. W sposób pobłażliwy, wręcz usprawiedliwiający przedstawiono pracownika „Gazety Poznańskiej”, który wpuścił do redakcji ludzi z Elektromisu podających się za policjantów. Zabrali oni z biurka Jarka jego dokumentację, która mogła być ważnym dowodem (ponadto ten sam redaktor był też zamieszany w zniknięcie innych materiałów zamordowanego). Zarazem pominięto niszczycielski wpływ na sprawę trójki dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Poruszając kwestie wycofywania się z zeznań ważnych świadków nie podano, że nastąpiło to na przełomie lat 2014/2015 po ujawnieniu przez „Wyborczą” istotnych, wrażliwych informacji z śledztwa. Tego pokłosiem był potężny kryzys postępowania prokuratorskiego, który spowodował, że zwolniono podejrzanych z aresztu, nie doszło do postawienia zarzutów kolejnym osobom, a nawet początkowo umorzono wątek ochoniarzy z Elektromisu (na szczęście nieprawomocnie). Pominięcie tak istotnej sprawy zaskakuje tym bardziej, że autorzy wyrażają w publikacji zdziwienie, że na ławie oskarżonych w sprawie Ziętary zasiadają tylko trzy osoby, podczas gdy krąg podejrzewanych o związek ze zbrodnią jest znacznie szerszy.

 

Niesmak i zdumienie

 

Do niesmacznych, wręcz niestosownych aspektów publikacji należy także prezentowanie w niej kwestii dotyczących dziewczyny zamordowanego dziennikarza, Beaty – chodzi o jej relacje z Jarkiem. Po 29 latach od zabójstwa doskonale wiadomo, że ta osobista sfera nie odgrywała żadnej roli, nie miała jakiegokolwiek związku za zbrodnią. Do tego Beata jako świadek brała w sprawie czynny udział i ponosiła tego emocjonalne koszty.

 

Szczególny mój niesmak wzbudziła natomiast insynuacja o świadomej pracy Jarka dla służb specjalnych, podczas gdy wiadomo, że nie dał się zwerbować. Pada w książce wprost stwierdzenie, że dziennikarza potajemnie szkolono z zasad pracy operacyjnej. Tyle, że tak dużej rangi oskarżenie ofiary zbrodni jest niczym nieudokumentowane. Opiera się wyłącznie na krótkiej, anonimowej (takich w książce jest wiele, zwykle wtedy, gdy dotyczy to oskarżeń personalnych) wypowiedzi rzekomego byłego funkcjonariusza UOP.

 

Podczas lektury zdumiało mnie, jak wiele miejsca w książce oddano trzem byłym wysokim oficerom poznańskiej policji, których podwładni dopuszczali się rażących zaniedbań i błędów w wyjaśnianiu losu Jarosława Ziętary. Zdumiewa biorąc pod uwagę, że b. komendant Kazimierz Knoff, jego zastępca Krzysztof Krzyżański i b. naczelnik wydziału kryminalnego Maciej Szuba podczas swojej służby nic pozytywnego do sprawy nie wnieśli, a skupiają się na wywodach a tym, że poznańska policja robiła wszystko prawidłowo. Do tego dowodzą, zgodnie z linią obrony oskarżonych o zbrodnię, że być może dziennikarz… żyje. Nota bene zastanawia, dlaczego autorzy nie zwrócili uwagi, że np. kwestionujący obecnie to, że dziennikarz nie żyje Maciej Szuba wcześniej, kilkanaście lat temu wypowiadał się w mediach (np., w tygodniku „Angora”) dokładnie odwrotnie. Dowodził, że było to „starannie, bardzo profesjonalnie zaplanowane” przestępstwo. Takiego przyciśnięcia do muru zabrakło nie tylko w tym przypadku, za to autorzy piszą, że rozmowa z Szubą była jedną z najciekawszych podczas pisania książki. Czy jednak cokolwiek wniosła do sprawy?

 

Pozostając jeszcze przy byłych funkcjonariuszach nie można nie zauważyć błędów faktograficznych, których nie brakuje w publikacji. Krzysztof Krzyżański prezentowany jest jako szef specjalnej grupy policyjnej, która miała wyjaśnić sprawę Ziętary, a tymczasem kierował nią Roman Wechta. Do tego Maciej Szuba błędnie przedstawiany jest jako członek grupy (nie mógł nim być choćby dlatego, że kierujący nią Wechta był… jego podwładnym, zastępcą). Ale są też błędy znacznie większe. Choćby to, że przedmiotem pierwszego poznańskiego śledztwa było wg. książki… zaginięcie (cyt. „kwalifikacja: zaginięcie”), a tymczasem było nim uprowadzenie. W sprawie zaginięcia postępowanie prokuratorskie nie mogłoby być prowadzone, bo zaginięcie nie jest przestępstwem.

 

Papierosowy niewypał

 

Najpoważniejszy błąd dotyczy jednak istotnej tezy autorów książki i wprowadzonego przez nich (za sprawą przedksiążkowego materiału dziennikarskiego) tylnym wejściem do sprawy Ziętary rzekomego ważnego świadka. Chodzi o Zdzisława K., dobrego kolegę założyciela Elektromisu. W 1991 roku, K. jako szef spółki Strefa Wolnocłowa zrobił na rzecz Elektromisu duży przekręt z papierosami, który był w tamtych czasach szeroko przedstawiany przez media, w tym niżej podpisanego. Przed odpowiedzialnością karną Zdzisława K. uratowała wtedy stwierdzona w wyniku ponawianych badań lekarskich bezterminowo orzeczona niepoczytalność. Z uwagi na to nie zaryzykowano powoływać go na świadka w śledztwie w sprawie Ziętary. Podczas procesu zgłosił się jednak sam do autorów książki twierdząc, że Ziętara chciał opisać „jego” papierosowy przekręt i dlatego go zabito. Taka wersja podważa istotę materiału dowodowego, jest bowiem niezwykle korzystna dla oskarżonego o podżeganie do zabójstwa dziennikarza eks-senatora Aleksandra G., bo ten nie ma nic wspólnego ze sprawą papierosów. W książce o tak ważnym aspekcie nie ma ani słowa. Za to autorzy próbują wykazać, że afera z papierosami była kluczowa dla zabójstwa dziennikarza. Stawiają ją jako odpowiedź na pytanie zawarte w podtytule książki („Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”). Napisali cyt. „Ostatecznie sprawę przekrętu z papierosami, którym interesowali się także inni dziennikarze, umorzono kilka miesięcy po zniknięciu Ziętary. Piszemy o tym nieprzypadkowo, bo przed 1 września 1992 roku, przez zniknięciem Jarka, Elektromis żył w niepewności. Bał się, że znowu coś się ukaże w prasie”. Wynika z tego, że porwanie i zabójstwo miałoby uchronić Elektromis przed opublikowaniem artykułu o papierosach. Pomijając już całkowitą nieracjonalność tego, że rzekomo miano obawiać się kolejnego artykułu o znanej już wtedy powszechnie aferze, to wersja ta z oczywistych powodów jest bezpodstawna. Dlaczego? Bo w czasie, gdy w czerwcu 1992 roku zaczęto planować zabójstwo i w czasie, gdy porwano Jarosława Ziętara śledztwo w sprawie przekrętu papierosowego było umorzone. I to od wiosny 1992 roku. Dodam, że śledztwo zostało jeszcze raz wszczęte, ale już po uprowadzeniu dziennikarza, w wyniku rewizji nadzwyczajnej po poselskiej interwencji.

 

Cała książkowa koncepcja motywu papierosowego zatem upada, chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy większość czytelników niezorientowanych w przytoczonych przeze mnie okolicznościach. Zdumiewające, że autorzy tak istotnej kwestii nie zweryfikowali, chociaż twierdzą, że nad książką pracowali wiele miesięcy. Z drugiej strony nierzadko różne aspekty sprawy Ziętary prezentują tak, jakby były one ich dziennikarskimi ustaleniami, a tymczasem były przedmiotem ustaleń innych autorów.

 

Bezowocne polowanie

 

Opatrzona sensacyjnie brzmiącym tytułem książka w pierwszej części sugeruje polowanie na Elektromis, w tym jego założyciela i mózg, Mariusza Ś. Z czasem do narracji zaczyna jednak wkradać się chaos, a w drugiej połowie powtarzanie niektórych kwestii może znużyć czytelnika. Im bliżej końca publikacji tym polowanie zaczyna przypominać zabawę w ciuciubabkę, rozprasza się, traci tempo i kierunek. Ostatecznie autorzy nikogo nie łapią za „gardło”, a początkową siłę swojej argumentacji sami osłabiają. Akcentują wagę zeznań dwóch świadków wywodzących się z Elektromisu, Jerzego U. i Zdzisława K., ale przy tym zarzucają czytelnika informacjami podważającymi ich wiarygodność, mogącymi sugerować materialne motywacje obu mężczyzn i osobistą zawiść w stosunku do założyciela holdingu. Podobnie z rysowaniem sylwetki Mariusza Ś. Aspiracje do przedstawienia go jako bezwzględnego gangstera kończą się na zaprezentowaniu postaci może cynicznego, ale skutecznego biznesmena, człowieka sukcesu, który poradził sobie w życiu mimo trudnych przejść w dzieciństwie i młodości (cyt. „Mariusz Ś. od dawna musiał ryzykować i walczyć o swoje. Dom dziecka, więzienie…”). Gdyby spojrzeć na to z punktu widzenia public relations potencjalny czarny charakter książki powinien być bardzo zadowolony z książkowego wizerunku.

 

W moim odbiorze treść publikacji nie zaszkodzi ani założycielowi Elektromisu, ani jego współpracownikom. Generalnie nie zawiera żadnych dowodów przestępstw, nie daje podstaw do śledztwa w umorzonym wątku innych sprawców zabójstwa dziennikarza i postawienia komukolwiek zarzutów. A czy pomoże w trwających procesach? Śmiem wątpić, bo raczej osłabia pozycję świadka Jerzego U. niż ją wzmacnia. Do tego niepoczytalność Zdzisława K. może stać się dla obrony wytrychem służącym do podważenia wyroku skazującego, jeśli taki zapadnie (proces Aleksandra G. toczy się już ponad pięć lat).

 

Na marginesie wspomnę o czymś, co irytowało mnie podczas całej lektury. Autorzy pisząc o ofierze zbrodni próbują się fraternizować używając nagminnie zdrobniałej formy „Jarek”. Brzmi to niewiarygodnie dla tych, którzy wiedzą, że obaj dziennikarze nie angażowali się w starania o doprowadzenie do rzetelnego śledztwa ani też nie przyłożyli ręki do jakiekolwiek formy upamiętnienia zamordowanego. Brzmieć może sztucznie również dla pozostałych czytelników, bo z kart książki wynika raczej chłodne podejście autorów do ofiary. Tak pisze się o obcym, a nie o kimś, kogo traktuje się jako swojego utraconego, bestialsko zamordowanego kolegę…

 

Za podsumowanie niech posłużą słowa ojca Jarka, ś.p. Edmunda Ziętary. W 1994 roku w liście przedstawiającym różne kategorie dziennikarzy podejmujących sprawę jego syna napisał o jednej z nich tak: „Spotykałem też dziennikarzy kierujących się sensacyjnością tematu. I oni też, niezależnie od swoich intencji, czynili dobrze dla sprawy”. To „dobrze” dotyczyło nagłaśniania sprawy. Jest to główną zaletą recenzowanej publikacji – popularyzowanie wiedzy o jedynym w Polsce zabitym na zlecenie dziennikarzu. Pozostaje liczyć na to, że czytelnicy zainteresowani sprawą Ziętary nie będą bezkrytyczni i sięgną także do innych źródeł.

 

PS. Tej recenzji miało nie być. Nie otrzymałem egzemplarza do zrecenzowania, chociaż jeszcze długo przed premierą – słysząc w środowisku, że książka oferowana jest dziennikarzom – prosiłem o udostępnienie mi publikacji zarówno jednego z autorów jak i same wydawnictwo. Zapoznałem się z jej treścią przed premierą dopiero dzięki grzecznościowemu udostępnieniu mi książki przez jedną z osób, która ją otrzymała. Po lekturze byłem tak zbulwersowany, że nie zamierzałem pisać recenzji. Zmieniłem zdanie pod wpływem przyjaciół sprawy Ziętary, którzy przekonali mnie do zrecenzowania publikacji z uwagi na kompleksową wiedzę o zabójstwie dziennikarza i realiach tamtych czasów.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak