Postawić na druk czy internet – dylematy wydawców lokalnych opisuje WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI

Wydawcy papierowych gazet lokalnych często boją się internetu, bo nie potrafią na nim zarabiać. Właściciele portali nierzadko mają zaś problem z jakością publikowanych materiałów. Czy mogą sobie pomóc?

 

W Polsce działają dwie organizacje skupiające media lokalne – Stowarzyszenie Prasy Lokalnej oraz Stowarzyszenie Gazet Lokalnych. Każda z tych organizacji ma podobną ilość członków, kilkudziesięciu, chociaż tytułów prasowych jest więcej, bo niektórzy wydawcy mają po kilka tytułów.

 

Niezależne prywatne tygodniki lokalne są często mylone z tzw. prasą samorządową wydawaną i rozdawaną mieszkańcom przez starostów, prezydentów, burmistrzów i wójtów, a także czasem – co jest objawem warszawocentryzmu – z prasą regionalną, czyli wojewódzką. Z punktu widzenia stolicy każdy tytuł prasowy spoza Warszawy jest lokalny.

 

Przypomnę również, że wszystkie tygodniki lokalne wydawane na papierze, od ponad dwudziestu lat mają też swoje portale internetowe, a także o parę lat późniejsze strony na Facebooku i na innych „społecznościówkach”, są więc obecne w internecie niemalże od samego początku, tak samo jak największe gazety ogólnopolskie. W powiatach działają też lokalne rozgłośnie radiowe, telewizje w kablówkach i w internecie oraz samodzielne, większe i mniejsze portale internetowe. To tyle o fundamentalnych  kwestiach terminologicznych i porządkowych.

 

Zarówno SGL, jak i SPL stworzyli właściciele (wydawcy) prasy drukowanej, dlatego w ich myśleniu o komunikowaniu społecznym nadal najważniejsza jest gazeta, to jej redagowaniu poświęcają najwięcej czasu i energii. Ich gazeta ma co prawda też portal, bo „trzeba” go mieć, ale jest on dla nich tylko złem koniecznym, a nie pełnoprawnym sposobem komunikacji z odbiorcami. Dlatego jakość większości serwisów internetowych gazet lokalnych jest, mówiąc delikatnie, nie najwyższa. Z jednej strony wydawcy lokalni zdają sobie sprawę, że papier powoli się kończy i że przyszłość będzie należała do serwisów internetowych, ale z drugiej – boją się internetu i nie do końca są przekonani, że przepowiednie o końcu printu spełnią się. Do strategii digital first przekonanie mają nieliczni, więc najciekawsze artykuły z drukowanych tygodników lokalnych trafiają (albo nie trafiają nigdy) na ich portale dopiero po kilku dniach, a nawet tygodniach (sic!) po premierze w gazecie.

 

Nie ma się czemu dziwić, dlaczego wydawcy tygodników nie potrafią w pełni „otworzyć się na internet”, skoro ich dochody w 80-95 (i więcej) procentach pochodzą nadal z gazety drukowanej, a nie z portalu. „Gazeta Wyborcza” dochodzi już, jak donosił niedawno „Press”, do 40 proc. dochodów z nogi cyfrowej i procent ten cały czas rośnie, ale gazetom lokalnym do takiego wyniku jeszcze bardzo daleko i kto wie czy kiedykolwiek do niego dojdzie. Wydawcy papierowi nie potrafią zarabiać na swoich portalach i jak mówią, muszą się tego uczyć.

 

Stowarzyszenie Prasy Lokalnej, gdzie prezesem jest Piotr Piotrowicz z Jarocina, postanowiło niedawno przyjmować do swojego grona także szefów portali lokalnych, a nawet zmienić nazwę na Stowarzyszenie Mediów Lokalnych, uznając, że najważniejsza jest LOKALNOŚĆ, a nie nośnik, czyli pośrednik, czyli medium poprzez który odbywa się komunikacja z odbiorcami. Wiadomość o tym otwarciu SPL na portale wywołała dyskusję w SGL, w którym aktualnie członkowie podzielili się mniej więcej na dwie równoliczne grupy – zwolenników i przeciwników przyjmowania ludzi z portali lokalnych. W głosowaniu, jakie niedawno odbyło się na zjeździe SGL w Sobieszewie pod Gdańskiem, zwyciężyli co prawda przeciwnicy, ale nie wszyscy mogli zagłosować, więc w przyszłości z pewnością dyskusja będzie kontynuowana, a wynik kolejnego głosowania może być zupełnie inny.

 

Problemem, z którym muszą zmierzyć się obie organizacje – SPL już teraz, a SGL prawdopodobnie w przyszłości – będzie odpowiedź na pytanie: czy przyjąć portal z powiatu, w którym mamy już członka, który ma gazetę i portal, czy też nie? Piotr Piotrowicz: – Staramy się, żeby nie było konkurencji między członkami z tego samego terenu.

 

Tak, czy inaczej, można przypuszczać, że na wspólnym członkostwie w jednej organizacji wydawców papierowych i internetowych skorzystają jedni i drudzy: papierowi nauczą się zarabiać na swoich portalach, a portalowi podszkolą się w dziennikarstwie, bo tego za bardzo nie potrafią.

 

Waldemar Śliwczyński

Red. Michał Adamczyk nie musi usuwać wpisu na Twitterze nt. Romana Giertycha

Sąd Okręgowy Warszawa Praga uchylił nakaz usunięcia wpisu red. Michała Adamczyka  na Twitterze  na temat Romana Giertycha. Stało się to na skutek zażalenia Prokuratury Regionalnej w Warszawie. Sprawa toczy się dalej, objęta jest monitoringiem CMWP SDP, które zajmowało publiczne stanowisko w tej sprawie w sierpniu br.

 

4 maja br. w związku z pozwem wniesionym przez Pana Romana Giertycha przeciwko dziennikarzowi TVP Michałowi Adamczykowi  Sąd Okręgowy Warszawa – Praga w Warszawie nakazał dziennikarzowi usunąć wpis na Twitterze oraz zakazał mu  na okres 1 roku publikacji na ten temat  ewentualnych defraudacji środków pieniężnych  i przyjęcia  wielomilionowych korzyści finansowych przez Romana Giertycha. 24 sierpnia b.r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zawiadomiło Sąd o objęciu niniejszej sprawy monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy oraz stosowania niedopuszczalnej cenzury prewencyjnej, ponieważ Sąd nakazał nie tylko usunięcie opublikowanej wcześniej opinii, ale także objął zakazem wszystkie potencjalne materiały dziennikarskie, jakie na ten temat chciałby opublikować red. Michał Adamczyk.

 

Sąd Okręgowy Warszawa – Praga na żądanie Pana Romana Giertycha bez wyroku, na niejawnej rozprawie udzielił zabezpieczenia w ten sposób, że nakazał dziennikarzowi natychmiastowo usunąć z jego profilu w portalu społecznościowym Twitter wpis dotyczący postępowania prowadzonego w sprawie Romana Giertycha oraz jednocześnie zakazał dziennikarzowi publikowania informacji o jakiejkolwiek defraudacji środków pieniężnych przez Romana Giertycha . Przyczyną pozwu jest to, iż dziennikarz w jednozdaniowym wpisie odnosił się do szeroko komentowanej sprawy wyprowadzenia i przywłaszczenia ze spółki deweloperskiej ok. 92 mln zł. Nie przesądzał o winie Romana Giertycha, a mimo to Sąd nakazał dziennikarzowi usunięcie wpisu. Decyzja Sądu ma charakter cenzury prewencyjnej, ponieważ Sąd zakazuje publikacji materiałów dziennikarskich na konkretny temat przed ich powstaniem, przed ich redakcją i przed ich ewentualną publikacją. Narusza to podstawowe zasady zagwarantowane w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, m. in. zasadę wolności prasy i innych środków przekazu, wolności wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Zgodnie z art. 54 ust. 2 Konstytucji, cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu jest zakazana. Warto przy tym zauważyć, że specyfika medium społecznościowego, jakim jest Twitter sprawia, iż nie istnieje techniczna możliwość późniejszego przywrócenia usuniętego wpisu po zakończeniu postępowania. Z kolei zakaz publikacji to najbardziej drastyczny wobec dziennikarza środek, jaki może zostać zastosowany przez Sąd, zaprzeczający zasadom wolności słowa i podważający funkcje wolnej prasy w społeczeństwie.

 

W związku z powyższym CMWP przedstawi swoją opinię w tej sprawie w charakterze amicus curiae (tzw. „opinii przyjaciela sądu”), jako że jest to uzasadnione celami  naszej organizacji oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.  Na obecnym etapie CMWP prowadzi monitoring sprawy, zgodnie z przepisami prawa oraz wskazanymi wyżej celami i kryteriami.

 

Wzmocnienie orędzia chrześcijańskiego – ks. MARIUSZ FRUKACZ o roli telewizji katolickiej.

Niedawne przyznanie koncesji dla katolickiego kanału EWTN Polska wywołało pytania autorów publikacji, takich jak na witrualnemedia.pl,  o to, czy EWTN Polska  będzie jedynym naziemnym konkurentem TV Trwam. Warto przypomnieć, że EWTN Polska wywodzi się z globalnej, dostępnej w ponad 150 krajach, katolickiej sieci telewizyjnej EWTN: Eternal Word Television Network (Sieć Telewizyjna Wiekuistego Słowa).  Nie chodzi o budowanie konkurencji, ale o wzmocnienie przekazu orędzia chrześcijańskiego.

 

Raczej trzeba pytać o to, dlaczego stacje konfesyjne, kanały religijne mają swoją stałą widownię. A tymczasem próby zrobienia tzw. „otwartej” stacji telewizyjnej nie wyszły najlepiej.

 

Odbiorcy konkretnej religijności

 

Wciąż badania socjologiczne pokazują, że jesteśmy narodem bardziej przywiązanym do tradycji i religii niż inne kraje zachodnie. Dlatego warto zagospodarować w przestrzeni medialnej chrześcijańską wizję świata. Demokracja przecież daje możliwości rozwoju dla telewizyjnych kanałów religijnych. Poszczególne media katolickie w Polsce mają swoich odbiorców zróżnicowanych. Są przecież w Polsce czytelnicy i odbiorcy „czujący z Kościołem” i o tradycyjnej religijności, ale są także odbiorcy o religijności nacechowanej patriotyzmem, czasem bardzo krytyczni wobec sytuacji społecznej i równocześnie bardzo religijni. Są też czytelnicy i odbiorcy, którzy ze zwykłej ciekawości sięgają go prasę katolicką, kanał religijny.

 

Myślę, że odpowiedzią na to dlaczego potrzebna jest telewizja konfesyjna jest to, że odbiorca chce mieć klarowny przekaz orędzia chrześcijańskiego w sytuacji, kiedy w polskim społeczeństwie jest tak duży zamęt w sferze pojęć. Głęboka duchowość, komentarze do współczesnych wydarzeń i praktyczne, życiowe porady, ewangelizacja, to jest właśnie to, czego szuka katolicki odbiorca. Oczywiście głównym zadaniem jest tutaj ewangelizacja. Głoszenie Dobrej Nowiny to prorocka misja Kościoła, a zatem każdego chrześcijanina. Ważna jest też klarowna wykładnia katolickich zasad życia moralnego i apolityczność polegająca na tym, aby nigdy nie utożsamiać się z żadną konkretną partią polityczną. Telewizja katolicka, czy też kanał religijny cieszy się powodzeniem, gdy jego trzon stanowi bogactwo Słowa Bożego i Jego kontemplacja, piękno liturgii Kościoła Katolickiego oraz formacja katechetyczna.

 

W taki sposób funkcjonują katolickie stacje w innych krajach.  Można wskazać na dynamicznie funkcjonującą telewizję katolicką KTO we Francji oraz program katolicki Le Jour du Seigneur emitowany przez France 2. KTO powstało w 1999 r. z inicjatywy kard. Lustigera. KTO powstało, aby zapewnić Kościołowi możliwości do przekazywania orędzia Ewangelii za pośrednictwem wszystkich nowoczesnych mediów, tj. telewizji, Internetu, a dziś telefonów komórkowych, tabletów. KTO adresowane jest nie tylko do katolików, ale do wszystkich „poszukujących sensu”, wierzących lub nie. KTO oferuje wgląd w tematy do refleksji lub debaty, poprzez szkolenia, programy dotyczące wiadomości kościelnych, raporty. KTO towarzyszy życiu modlitewnemu i życiu Kościoła  poprzez Liturgię Godzin, Różaniec z Lourdes, Msze Święte, podróże Papieża, ważne wydarzenia. Takiego konkretnego odbiorcę mają również we Włoszech  TV 2000 i Tele Radio Padre Pio.

 

Obecność orędzia chrześcijańskiego w telewizji

 

Odpowiadając na pytanie o obecność telewizji katolickiej w przestrzeni medialnej warto wskazać ogólnie na obecność orędzia chrześcijańskiego w telewizji. Warto pamiętać, że w kwestiach oceny spraw społecznych media katolickie mogą się różnić, ale ich siła i wiarygodność tkwi w tym, że w sprawach wiary mówią wspólnym głosem. Kiedy myślimy o mediach katolickich, to oczywiście nie można pominąć pewnego styku jaki zachodzi pomiędzy telewizją katolicką a ekonomią i duszpasterstwem. Pisałem już kiedyś o tym, że na współczesnym rynku idei, zmiennych i różnorodnych opinii o zdarzeniach, Kościołowi poprzez własne media, przysługuje prawo, a nawet obowiązek wychowania do poprawnego i autentycznego korzystania z daru Bożego, jakim niewątpliwie są środki społecznego przekazu. Już ponad 20 lat temu, bo w 1997 r., „Niedziela” wydała w serii „Zeszyty Niedzieli” bardzo ciekawą publikację „Prasa katolicka między ekonomią a duszpasterstwem”. Autorzy tej publikacji już wtedy zwrócili uwagę na to, że z chwilą powrotu na rynek prasy katolickiej ważne jest podjęcie takich zagadnień jak: społeczne funkcje i techniczne problemy kolportażu, ekonomiczne uwarunkowania oraz miara ich oddziaływania. Jednym z ważniejszych tematów podjętych przez autorów tamtej publikacji był temat rozpowszechniania prasy oraz pokazanie mechanizmów kolportażu w łączności z ekonomią. Niewątpliwie sytuacja mediów katolickich, ich różnorodność, konkurencyjność jest związana z rynkiem, z ekonomią.

 

Ponadto skuteczna ewangelizacja, która jest głównym zadaniem mediów katolickich wymaga jednak ciągłego zacieśniania współpracy między różnymi mediami katolickimi w Polsce. W jednym z wywiadów abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. środków społecznego przekazu Konferencji Episkopatu Polski słusznie stwierdził, że „tym co winno charakteryzować media katolickie jest zdolność byśmy się pięknie różnili. A pięknie, to znaczy i mocno. Konkurencja wśród mediów katolickich nie powinna polegać na chęci złamania przeciwnika, ale abyśmy umieli sobie nawzajem powiedzieć: dobrze, że wy podkreślacie ten aspekt wiary czy życia Kościoła, my z kolei poświęcamy się innemu odcinkowi. Dopiero takie komplementarne, wzajemne dopełnianie się jest prawdziwie katolickie”.

 

Ewangelizacja to nie jest budowanie strefy wpływów

 

Jasne powinno być to, że tam, gdzie chodzi o ewangelizację nie należy myśleć czy budować jakiejś strefy wpływów. Oczywiście w kwestiach oceny spraw społecznych media katolickie mogą się między sobą różnić, co niesie także pewne bogactwo spojrzenia na rzeczywistość nas otaczającą, ale tam, gdzie chodzi o Magisterium Kościoła, o depozyt wiary, to tutaj siła mediów katolickich, także ich wiarygodność tkwi w tym, że w kwestach wiary mówią wspólnym głosem. Dotyczy to również telewizji katolickich. Ponadto różnorodność na rynku medialnym nie może zastąpić rzetelnej informacji, prawdy i obiektywizmu w mediach. Naturalnie generalną misją mediów katolickich, w tym telewizji katolickiej jest służenie rozwojowi osoby ludzkiej. Każda osoba ludzka ma prawo do ubogacania się za pośrednictwem katolickiej telewizji, radia czy prasy.

 

Telewizja w rodzinie

 

Z badań socjologicznych wynika, że telewizja w rodzinie odgrywa ważną rolę. Wiele lat temu w serii Biblioteki Niedzieli bp Adam Lepa wydał bardzo ważną publikację pt. „Telewizja w rodzinie”. Bp Adam Lepa w niniejszej publikacji podejmuje refleksję nad relacjami, jakie zachodzą między rodziną a telewizją. Książka, jak podkreśla autor we wstępie, „jest próbą odpowiedzi na pytanie, co wynika z faktu, że w rodzinie znajduje się telewizor, którego wpływ na domowników przekracza najśmielsze wyobrażenia – zarówno jego użytkowników, jak i doświadczonych specjalistów w dziedzinie mediów”. Zresztą to jest zagadnienie, któremu można poświęcić osobny artykuł.

 

Reasumując. Katolicy w Polsce chcą swojej telewizji z jasnym przekazem nauczania Kościoła, z klarowną wykładnią Credo. Chcą mieć telewizji, która będzie im towarzyszyć w codziennych zmaganiach.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

ZIEMexit – KRZYSZTOF PRENDECKI o sprawie Rafała Ziemkiewicza pół żartem, pół serio

Czy problemy dziennikarzy, którzy mają jakieś fobie, czegoś się boją, np. są genderfobami lub religiofobami, bądź też uprawiają antypolonizm lub antysemityzm, czyż te sprawy nie powinien rozstrzygać niezależny, niezawisły organ ścigania oraz Temida?

 

Deportacja Rafała A. Ziemkiewicza z Wysp Brytyjskich rozpaliła media społecznościowe. Prowokując,  jak zwykle w takich sytuacjach, pytania i wątpliwości. Oczywiście mogą być raporty oskarżycielskie, nawet i naukowe. To ma być wystarczająca podstawa do osądzania i skazywania. Tylko czy raport „Nigdy więcej” sporządzony przez socjologa jest wystarczającą wyrocznią?

 

Kobieta mająca niewątpliwie serce po lewej stronie, czyli Monika Jaruzelska z programem „Towarzyszka panienka”, trafiła do brunatnej księgi. Czy jak będzie chciała pojechać śladami antysemity Karola Marksa do Londynu, też nie zostanie wpuszczona? Może by tak władze poszczególnych krajów, opublikowały uprzednio gości niepożądanych, aby nie narażać na niepotrzebne „koszta” podróży i „misia” w paszporcie.

 

Wszyscy też wiemy, że prokuratury i sądy są zawalone ważniejszymi sprawami. Lecz były już takie przypadki „wolności słowa” przerabiane. Na ten przykład, znany dziennikarz pokroju RAZ-a, Stanisław Michalkiewicz, był już grillowany przez prokuraturę w 2008 roku. Niczego się nie dopatrzyła w stwierdzeniu: „Judajczykowie próbują wymusić na naszym rządzie zapłatę haraczu zwanego dla niepoznaki rewindykacjami, a stoi za tym m.in. Światowy Kongres Żydów – główna firma koncernu „holokaustowej industrii”. Judejczyk to przecież mieszkaniec Judei, a o przedsiębiorstwie pisał już wcześnie amerykański historyk żydowskiego pochodzenia Norman Finkelstein. W tym samym roku zresztą, zatrzymany na lotnisku koło Tel Awiwu i deportowany z Izraela. Także publicysta Ziemkiewicz nie może pochwalić się pionierskim tytułem: „zakazowicz – ekstremista”.

 

Nie wiemy też czy pocieszeniem dla Rafała Ziemkiewicza będzie cała plejada osób publicznych, (wśród nich również Żydów) którzy się narazili. Jak choćby Peter Schäfer – dyrektor Programu Badań Judaistycznych Uniwersytetu w Princeton (napisał książkę „Jezus w Talmudzie”), Szlomo Sanda – historyk z Uniwersytetu Telawiwskiego (popełnił wolumin: „Wymyślenie żydowskiego narodu”), Stephen Walt z Harvardu i John Mearsheimer z University of Chicago (opublikowali „The Israel Lobby”), prof. Richard Lucas były wykładowca na Uniwersytecie Technologicznym Tennesee i Uniwersytecie Południowej Florydy w Tampie (autor „Zapomnianego Holokaustu”).

 

Natomiast ze światowych i ogólnopolskich mediów dowiemy się też kto jest antysemitą. W XXI wieku,  zostali nimi okrzyknięci zwykli mieszkańcy: „Europejczycy”. Twierdzą oni że „Izrael jest największym zagrożeniem dla pokoju”. Na początku wieku pod auspicjami Komisji Europejskiej wykonano badania, w których takie przekonanie wyraziło 59% respondentów. Izrael wyprzedził tak „lubiane” kraje jak Irak, Iran, Afganistan i Korea Północna. Głosy oburzenia nad tym antysemityzmem, wyraziły władze w Jerozolimie, Centrum Szymona Wiesenthala i Unia Europejska.

 

Dostało się również Amerykanom. Podczas finansowego kryzysu, Żyd Bernard Madoff sprzeniewierzył 50 mld dolarów. Internauci na wielu stronach, dali upust swej złości, wypominając pochodzenie „finansisty”. Liga Przeciw Zniesławieniu wydała stosowne oświadczenie: „komentarze internautów są głęboko obraźliwe poprzez zastosowanie stereotypowych stwierdzeń na temat Żydów – poczynając do sugestii, iż tylko Żyd byłby zdolny do oszustwa na tak wielką skalę, aż po teorie spiskowe głoszące, że Żydzi kradną pieniądze dla wzmocnienia Izraela”.

 

Czy Rafał Ziemkiewicz mógłby chuchać na zimne i nie stąpać po kruchym lodzie tematu niezbyt bezpiecznego? Mógłby zająć się Polactwem, bardzo spokojny temat. Nikt przecież nie będzie sadzał do więzienia za szydzenie z mentalności post PGR-owskiej rodaków znad Wisły. Można pojechać po Jóźku Marszałku ile wlezie, w końcu piłsudczycy mogą sobie co najwyżej protestować na wewnętrznych spotkaniach stowarzyszeniowych przy herbacie. Niewiele się dzieje, gdy autor sobie folguje, co dusza zapragnie, pisząc o płci pięknej. Co najwyżej kilka feministek przyjdzie na Targi Książki z protestem. Po autograf i tak ustawi się dłuższa kolejka. Mógłby wreszcie indagowany, wziąć sobie do serca oskarżenia Jerzego Roberta Nowaka, prezesa Domu Ojczystego, Ruchu Przełomu Narodowego i Klubów Patriotycznych o: „lizusostwie Ziemkiewicza wobec Żydów”. No i zamiast maścić wazelinką i kontynuować chwalenie „Narodu wybranego” to niepotrzebnie powywijał publicystyczną szabelką.

 

Głupi niedźwiedziu! gdybyś w Mateczniku siedział, Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział”. Mógłby sobie polonista Rafał Ziemkiewicz, pisać sobie dalej te swoje SF. A jak już politykę uprawiać, to kontynuować dzielenie się swoimi poglądami, pisząc do niszowego „Najwyższego czasu!”. Ale zachciało się wydać „Viagrę mać” i wypłynęło się na czytelnicze salony. I się obrywa. A na tym lotnisku to mógłby się deportowany choć powołać na swe słowa: „Kaczyński oszalał”. Czyli walka z kaczorem – dyktatorem. Jak nic azyl polityczny się należy. W ramach wyjazdu/ucieczki z faszystowskiego kraju.

 

Krzysztof Prendecki

Dyskryminacja za słowa i poglądy – ŁUKASZ WARZECHA o przypadku Rafała Ziemkiewicza

Rafał Ziemkiewicz na swoich przygodach w Wielkiej Brytanii na pewno nie straci. Dla publicysty wskazującego wielokrotnie na to, że Albion zmienia się z kraju wolności w kraj opresji poprawności politycznej, jego przygoda jest tylko dowodem na to, że miał rację. A przypomnieć trzeba, że historia Wielkiej Brytanii przez wieki była całkiem inna. To dlatego tam właśnie w XIX w. skupiali się anarchiści i antysystemowcy, prześladowani w innych państwach Europy, że pod berłem brytyjskiej Korony mieli największą swobodę głoszenia swoich poglądów. Co nierzadko kończyło się również aktami przemocy z ich strony. Nikomu jednak nie przychodziło wówczas do głowy ograniczać swobodę wypowiedzi, której symbolem był Speakers’ Corner w londyńskim Hyde Park. Swoją drogą ciekawe, czy nadal można by tam w pełni swobodnie głosić tezy sprzeczne z – jak to ujęto w dokumencie odmawiającym wjazdu Ziemkiewiczowi – „wartościami Wielkiej Brytanii”.

 

Mechanizm, jaki zadziałał w przypadku mojego redakcyjnego kolegi, był wielokrotnie opisywany, w tym także przeze mnie, nie ma więc sensu przedstawiać go ponownie w detalach. Kluczem do niego jest uznanie, że – po pierwsze – można ludzi dyskryminować za słowa i poglądy. Po drugie – powodem do dyskryminacji są poglądy, które mogą kogoś „urażać”, żyjemy bowiem w kulturze „nieurażania”, gdzie niektórym wolno zgłaszać pretensję o bycie urażonym i z tego powodu można „urażającego” ukarać, inni zaś nie mają prawa czuć się dotknięci nawet najbardziej ostentacyjną wrogością i agresją. Dodatkowo zwolennicy cenzurowania poglądów tworzą sylogizm, który ma dowodzić, że od „urażania” do komór gazowych prowadzi krótka i oczywista droga. Po trzecie – o tym, kto jest na liście mogących się czuć urażonymi, a kto na tej drugiej, a także o tym, co może urażać, decyduje trudne do precyzyjnego określenia grono postaci życia publicznego, w którego skład wchodzą jednak ludzie o poglądach wyłącznie lewicowych.

 

Sytuacja, jaka przytrafiła się Rafałowi, stawia jednak przed dziennikarzami i publicystami pracującymi w Polsce i niemieszczącymi się w głównym nurcie realny problem: kogo jeszcze może spotkać podobny rodzaj sankcji, najpewniej całkowicie niespodziewanie, oraz gdzie? Wielka Brytania nie jest przecież jedynym krajem, w którym całkowicie już regularnie karze się ludzi za poglądy z polskiego punktu widzenia doskonale mieszczące się w spektrum dopuszczalnej debaty.

 

Tu zastrzeżenie: to nie muszą być poglądy łagodne ani łagodnie wyrażane. Fakt, że ktoś ma poglądy wyraziste lub przekazuje je w ostry, czasami nawet zbyt ostry sposób, nijak nie oznacza, że sytuuje się tym samym poza obrębem debaty i że należy go za te słowa ścigać lub w jakikolwiek inny sposób utrudniać mu ich głoszenie. Jeśli przesadzi i kogoś zniesławi – od tego są sądy. A już z pewnością nie są do wyrażania takich tez uprawnieni ci, którzy pochwalają obecność w sferze publicznej hasła na literę „W”.

 

Brytyjska przygoda Rafała Ziemkiewicza powinna uświadomić nam, jak ogromna jest w tej chwili przepaść pomiędzy sferą wolności dyskusji między Polską i, bardziej generalnie, krajami naszej części Europy, a Zachodem. I to mimo że również w Polsce można mieć duże zastrzeżenia do tego, jak wygląda dziedzina wolności słowa. Ta przepaść może znaczyć, że w którymś momencie ktoś, kto w Polsce mieści się nawet w głównym nurcie, w jednym z krajów Zachodu w najlepszym wypadku odbije się od strażników granicznych, a w najgorszym spotkają go nieprzyjemności idące o wiele dalej. Wystarczy, że jakiś usłużny polski donosiciel – jak to się najpewniej stało w przypadku Rafała – poinformuje aktywistów w danym kraju, oczywiście wybiórczo i używając manipulacji, że polski publicysta jest na przykład „islamofobem”. Przy czym owa „islamofobia” polegałaby jedynie na wskazywaniu potencjalnych zagrożeń wynikających w oczywisty sposób z masowej muzułmańskiej imigracji do Europy i nawoływaniu do dyskusji o nich. W niektórych państwach to może wystarczyć, żeby przyjeżdżającego zawrócić albo być może nawet postawić przed sądem. To nie jest niebezpieczeństwo wydumane. Z prawnego punktu widzenia przy odrobinie wysiłku jest to możliwe.

 

Czy w takim razie powinniśmy już pogodzić się z myślą, że mamy na naszym kontynencie dwa porządki, gdy idzie o wolność słowa? Że jeśli będziemy – jako publicyści, lecz także po prostu jako obywatele – korzystali w pełni z tego jej zakresu, jaki wciąż istnieje w naszej części Europy, to w tej drugiej części mogą nas spotkać niemiłe tego konsekwencje?

 

W 2016 r. znalazłem się w Brukseli na konferencji „European Angst” – Europejski Niepokój. Panel, w którym brałem udział, zajmował się takimi kwestiami jak mowa nienawiści i wolność słowa. Działo się to w cieniu kryzysu imigracyjnego, który zaczął się trochę ponad rok wcześniej. Mówiąc o tym, że mamy pełne prawo wyrażać nasze obawy przed skutkami masowej imigracji z obcych nam kulturowo obszarów, wspomniałem o ikonicznej historii Alana Kurdi – chłopca, który utonął w Morzu Śródziemnym i którego zdjęcie na plaży w Grecji, leżącego twarzą w dół, stało się symbolem panującej wówczas (bo już nie dziś) w głównym nurcie Wilkommenkultur. Przypomniałem, że Kurdi utonął, płynąc wcale nie z Syrii, ale z Turcji, gdzie mieszkał ze swoimi rodzicami od długiego już czasu. Na niebezpieczną wyprawę zabrał go jego ojciec, którego marzeniem było naprawić sobie zęby w ramach publicznej opieki zdrowotnej w UE. Natomiast samo ciało chłopca na plaży zostało przesunięte, żeby efektowniej i bardziej wstrząsająco wyglądało na zdjęciu.

 

Moje wystąpienie – pamiętam to świetnie – wywołało na sali agresywne buczenia i prowadzący debatę musiał apelować o spokój, żebym mógł dalej mówić. Myślę, że dziś na samym buczeniu mogłoby się nie skończyć.

 

Łukasz Warzecha

MSW reaguje w sprawie Rafała Ziemkiewicza

Sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk zapowiedział rozmowę z brytyjską ambasador w Polsce w sprawie zatrzymania publicysty Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie.

 

„Zaproszę w tym tygodniu do @MSZ_RP Panią Ambasador @AnnaClunes by upewnić się, że wolność słowa należy do katalogu brytyjskich wartości i zapytać jak koresponduje to z postawą brytyjskich służb w sprawie @R_A_Ziemkiewicz” – napisał w poniedziałek na Twitterze Szymon Szynkowski vel Sęk.

 

Apel m.in. do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o szybkie i szczegółowe wyjaśnienie zatrzymania Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie wystosowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (czytaj TUTAJ).

 

Publicysta Rafał Ziemkiewicz został zatrzymany na lotnisku w Londynie 2 października. Do Wielkiej Brytanii przyleciał z żoną i córką, która miała rozpocząć naukę w Oxfordzie. Po kilku godzinach zwolniono go z aresztu, ale zmuszono do natychmiastowego powrotu do Polski. Brytyjski Urząd do Spraw Cudzoziemców w wydanym dokumencie stwierdził, iż red. Rafał  Ziemkiewicz został zatrzymany z powodu głoszonych poglądów politycznych.

 

Rozmowa ze Sławomirem Wróblem, producentem programu „Magazyn z Wysp” emitowanym w TVP Polonia, o zatrzymaniu Rafała Ziemkiewicza i stanie wolności słowa w Wielkiej Brytanii TUTAJ.

 

opr. jka, źródło: Twitter

Wolność słowa w Wielkiej Brytanii to już historia – rozmowa ze SŁAWOMIREM WRÓBLEM, producentem „Magazynu z Wysp”

W Wielkiej Brytanii można głosić jakie się chce poglądy, pod warunkiem, że są lewicowe. Decyzja o niewpuszczeniu redaktora Ziemkiewicza jest złamaniem wszelkich procedur. To co spotkało polskiego dziennikarza może zdarzyć się każdemu, kto ma konserwatywne poglądy  – mówi Sławomir Wróbel, producent programu „Magazynu z Wysp” emitowanego w TVP Polonia.

 

Byłeś prawdopodobnie pierwszą osobą, do której dziennikarz Rafał Ziemkiewicz zadzwonił po zatrzymaniu przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Londynie. Co powiedział?

 

Powiedział, że od dwóch godzin jest przetrzymywany przez służbę graniczną. Pytał czego może się spodziewać, bo nikt nie chce udzielić mu informacji dlaczego został zatrzymany. Powiedziałem, że to nie jest normalna sytuacja i poradziłem szybkie skontaktowanie się z przedstawicielami polskiego konsulatu. I tak zrobił.

 

Zatrzymanie nie zaszkodzi wizerunkowi Rafała Ziemkiewicza, ale wizerunkowi Wielkiej Brytanii. Pomoże mu w promocji książek.

 

Może to pomóc w promocji książek i zwiększy słuchalność jego wystąpień, ale trzeba dostrzegać też drugą stronę medalu, czyli człowieka i ojca, który nie mógł towarzyszyć córce i żonie w ważnym dla rodziny wydarzeniu. To był wyjazd prywatny na rozpoczęcie przez jego córkę nauki na uniwersytecie w Oxfordzie.

 

Od kilkunastu lat mieszkasz w Wielkiej Brytanii, jak skomentujesz działania władz brytyjskich wobec Rafała Ziemkiewicza?

 

To walka z wolnością słowa. W Wielkiej Brytanii można głosić jakie się chce poglądy, pod warunkiem, że są lewicowe. Decyzja o niewpuszczeniu redaktora Ziemkiewicza jest złamaniem wszelkich procedur. Nie miał zamiaru głosić swoich poglądów publicznie. Nawet gdyby one były sprzeczne z wartościami, które wyznaje Wielka Brytania, cel jego wizyty był prywatny. Wielka Brytania przyjmuje tysiące imigrantów i osoby, które okazują się terrorystami, ale nie ma w niej miejsca dla człowieka szanowanego w Polsce. Szokujące, że dwa dni prywatnego pobytu redaktora Ziemkiewicza może stanowić  zagrożenie dla Wielkiej Brytanii.

 

Co zadecydowało, że Rafała Ziemkiewicza nie wpuszczono na Wyspy Brytyjskie?

 

Powody są ustalane. Mam nadzieję, że redaktor Ziemkiewicz i polskie MSZ będzie dążyło do całkowitego wyjaśnienia sprawy. Dziennikarzowi nie postawiono formalnych zarzutów, jedynie przedstawiono mu informację, że jego poglądy nie są bliskie ideom wyznawanym przez obywateli zjednoczonego Królestwa.

 

Bardzo ogólne stwierdzenie. Nic z niego nie wynika.

 

Bo znaczy wszystko i nic. Prawdopodobnie na wpisanie na „czarną listę” Rafała Ziemkiewicza miało wpływ zamieszanie wokół jego przyjazdu sprzed trzech lat.

 

Co się wtedy wydarzyło?

 

Środowiska lewicowe wykorzystały fakt, że osoby związane ze środowiskiem, które wówczas zaprosiło redaktora Ziemkiewicza miało wyroki sądowe w sprawach ideologicznych. Nie oceniam  czy te kłopoty z prawem były słuszne, mogło to jednak mieć bezpośredni wpływ na decyzję władz. Ale nie dajmy się zwariować. Nawet jeżeli redaktor Ziemkiewicz przyjeżdża na zaproszenie grupy, w której ktoś złamał prawo, to nie oznacza, że ma nie zostać wpuszczony na Wyspy i odpowiadać za czyjeś mniej lub bardziej prawdopodobne winy. W sprawę włączyła się również jedna z radykalnie lewicowych posłanek Partii Pracy Rupa Huq i stowarzyszenie Nigdy Więcej, które wysmażyło pamflet podchwycony przez portale przyjazne państwu Izrael. Przez to redaktor Ziemkiewicz został zaszufladkowany jako antysemita. Jeżeli na podstawie niesprawdzonych informacji brytyjska Straż Graniczna i tutejsze MSW podejmuje decyzję o niewpuszczeniu Rafała Ziemkiewicza, jest to bardzo niepokojący sygnał jeżeli chodzi o podstawowe prawo do głoszenia wolności poglądów. Kiedyś Wielka Brytania z słynęła z wolności słowa, ale to już historia.

 

W brytyjskich mediach już nie ma miejsca na Hyde Park?

 

Nie ma na niego miejsca od dość dawna. A londyński Hyde Park służy wyłącznie jako mit. W praktyce jest miejscem wystąpień kilku mniej lub bardziej zwariowanych osób, których przechodnie słuchają przez chwilę. Wielka Brytania jest znacznie bardziej posunięta niż UE we wprowadzaniu w praktyce politycznej poprawności i ideologii LGBT. Sześćdziesiąt lat temu w Wielkiej Brytanii za homoseksualizm groziła kara więzienia. Nie była to wydumana sankcja, ale nakładana przez sąd. Jej ofiarą padł kryptolog Alan Turing, który z polskimi matematykami rozszyfrował Enigmę. Kiedyś Brytyjczycy karali za homoseksualizm, a teraz w niektórych miastach na Wyspach homoseksualiści w niektórych miastach będą mieć specjalne oddzielne miejsca na parkingach.

 

W Polsce da się jeszcze słyszeć, że BBC jest wzorem obiektywnego medium publicznego. A jak to wygląda z punktu widzenia wieloletniego mieszkańca Wielkiej Brytanii?

 

Naprawdę jeszcze ktoś w Polsce w to wierzy? Przecież to slogan nieaktualny od 30 lat. BBC nie charakteryzuje się ani wolnością słowa, ani obiektywizmem informacji. Jest zideologizowaną stacją wpisującą się w nurt postępowego świata. BBC wyrzuca z pracy dziennikarzy, którzy nie chcą dostosować się do jej linii ideologicznej.

 

Co brytyjskie media piszą o sprawie Rafała Ziemkiewicza?

 

Jeszcze nie spotkałem się z żadnymi tekstami na ten temat. Tą sprawą żyją media w Polsce. Mam nadzieję, że poważnie podejdzie do niej polski MSZ.

 

Co przez to rozumiesz? Jakie działania powinna podjąć polska dyplomacja?

 

Chciałbym, żeby sprawa nie zakończyła się na doraźnych działaniach. Sprawa redaktora Ziemkiewicz powinna MSZ posłużyć za studium przypadku, który pozwoli wypracować procedury postępowania w tego typu sytuacjach na przyszłość. Stanowisko polskiej dyplomacji powinno być bardzo twarde. Wielka Brytania powinna przedstawić dowody w sprawie zatrzymania Rafała Ziemkiewicza, a nie posługiwać się zarzutami wyssanymi z palca. To, co spotkało Rafała Ziemkiewicza w Wielkiej Brytanii może zdarzyć się każdemu, kto ma konserwatywne poglądy. Wystarczy, że jakieś lewicowe środowisko złoży donos i trafi on na listę osób objętych zakazem wjazdu na Wyspy. Albo mamy partnerstwo polsko-brytyjskie albo mamy fikcję.

 

Dotychczasowe wsparcie polskich służb dyplomatycznych dla Rafała Ziemkiewicza było odpowiednie?

 

Wydaje się, że tak. Zresztą zwraca na to uwagę również sam Rafał Ziemkiewicz. Teraz przed MSZ stoi duże wyzwanie. Nasza dyplomacja powinna dążyć do wyjaśnienia sprawy na wysokim szczeblu. Należy ustalić dlaczego polski obywatel, który niczym nie zawinił nie może prywatnie odwiedzić kraju, z którym mamy dobre stosunki? Wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby Polska nie wpuściła na swoje terytorium np. czołowego przedstawiciela ideologii lewicowej czy LGBT. Mówiłyby o tym media całego świata. Wszystkie stacje telewizyjne grzmiałyby, jak w Polsce jest  łamane prawo do wolności słowa. Odwrócenie sytuacji pozwala zobaczyć jej ogromny absurd.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 

Protest CMWP SDP przeciwko zatrzymaniu red. Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko bezpodstawnemu i skandalicznemu zatrzymaniu polskiego dziennikarza i publicysty Rafała Ziemkiewicza przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Wielkiej Brytanii i apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy. Zatrzymanie i niewpuszczenie dziennikarza na teren Wielkiej Brytanii z powodu głoszonych przez niego poglądów jest szczególnie bulwersującym przejawem eliminowania z przestrzeni publicznej  dziennikarzy  utożsamiających się z konserwatywnymi i prawicowymi poglądami.  

 

2 października b.r. publicysta jednego z najbardziej opiniotwórczych w Polsce tygodnika “Do Rzeczy” przyleciał do Wielkiej Brytanii z żoną i córką, która miała rozpocząć naukę w Oxfordzie. Brytyjskie służby przepuściły żonę i córkę redaktora Rafała Ziemkiewicza, ale jego samego zatrzymały. Publicyście odebrano m.in. leki, dokumenty i telefon. Po kilku godzinach red. Rafał Ziemkiewicz został zwolniony z aresztu, ale jednocześnie został zmuszony do natychmiastowego powrotu do Polski. Brytyjski Urząd do Spraw Cudzoziemców w wydanym przez siebie dokumencie stwierdził, iż red. Rafał  Ziemkiewicz został zatrzymany z powodu głoszonych poglądów politycznych. Czytamy w nim: „Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu [na teren Wielkiej Brytanii – red.] jest niepożądane” – napisano w oficjalnym dokumencie brytyjskich służb opublikowanym na portalu dorzeczy.pl (ang. You have sought permission to enter the UK as a visitor for two days. However I consider your conclusion from the UK is conductive to the public good. This is due to your conduct and views which are at odds with British values and likely to cause offence and therefore make it undesirable for you to be granted entry).

 

Zatrzymanie redaktora Rafała Ziemkiewicza i niewpuszczenie go do wjazdu na teren Wielkiej Brytanii to skandaliczne i niedopuszczalne naruszenie zasady wolności słowa fundamentalnej dla każdego demokratycznego państwa. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące (sprawa Prager i Oberschlick przeciwko Austrii, skarga nr 11662/85).

 

Red. Rafał Ziemkiewicz to znany i ceniony polski dziennikarz, publicysta o konserwatywnych i prawicowych poglądach, komentator polityczny i ekonomiczny, a także pisarz specjalizujący się w literaturze fantastycznonaukowej i społeczno-obyczajowej, autor kilkudziesięciu powieści, zbiorów opowiadań oraz książek publicystycznych.

 

W związku z zaistniałą i opisaną powyżej sytuacją CMWP SDP apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 3. października 2021  r.

Nowe prawo o wolności słowa w sieci coraz bliżej

Wprowadzenie przez duże serwisy społecznościowe jasnej procedury rozpatrywania reklamacji w przypadku usunięcia wpisu lub zablokowania konta oraz powołanie Rady Wolności Słowa, która ma strzec prawa do wyrażania poglądów w sieci  – to główne założenia projektu ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Trafił on właśnie do prac legislacyjnych.

 

Założenia nowych przepisów, które mają pomóc w walce z cenzurą w sieci, resort sprawiedliwości przedstawił już w grudniu ubiegłego roku, teraz projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych został wpisany do wykazu prac legislacyjnych Rady Ministrów oraz skierowany do konsultacji publicznych.

 

W myśl projektu, nowe przepisy mają dotyczyć serwisów społecznościowych, które liczą w Polsce minimum milion użytkowników.  Na internetowych gigantów nałożono nowe obowiązki, m.in. sprawozdawczości, posiadania przedstawiciela w Polsce, przede wszystkim jednak  ustanowienia wewnętrznego postępowania kontrolnego, którego celem będzie rozpatrywanie reklamacji użytkowników dotyczących: ograniczenie dostępu do treści, ograniczenie dostępu do profilu użytkownika, rozpowszechnianie treści o charakterze bezprawnym.

 

Zgodnie z ustawą, reklamację będę musiały być rozpatrzone w przeciągu 48 godzin. W przypadku przekroczenia tego terminu lub gdy rozstrzygnięcie serwisu nie zadowoli użytkownika będzie on mógł wnieść skargę do Rady Wolności Słowa. Zadaniem tego nowego organu administracji publicznej będzie stanie na straży przestrzegania przez internetowe serwisy społecznościowe wolności do wyrażania poglądów, pozyskiwania informacji, rozpowszechniania informacji, wyrażania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz wolności komunikowania się. RWS ma się składać z  przewodniczącego oraz czterech członków powoływanych przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Kadencja rady ma trwać sześć lat, a w jej gronie nie może być posłów, senatorów, europarlamentarzystów oraz osób wchodzących w skład organów uchwałodawczych i wykonawczych jednostek samorządu terytorialnego.

 

Jeśli po rozpatrzeniu skargi Rada Wolności Słowa uzna, że wpis lub profil użytkownika, do których ograniczono dostęp, nie stanowią treści o charakterze bezprawnym, będzie mogła wydać decyzję nakazującą zniesienie ograniczeń.

 

W projekcie ustawy zapisano również kary grożące serwisom społecznościowym za niewywiązywanie się z nowych obowiązków lub niepodporządkowanie się decyzjom RWS. Będą one wynosiły od 50 tys. do 50 mln zł.

 

O wprowadzenie przepisów gwarantujących wolność słowa w sieci od dawna zabiega Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które niejednokrotnie występowało przeciwko przypadkom cenzury ze strony wielkich serwisów społecznościowych.

 

jka, źródło: Rządowe Centrum Legislacji

 

MIROSŁAW USIDUS:  Mistrzowie wyrafinowanej cenzury

Reżimy i dyktatorzy muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Z jednej strony wydaje się, że to dobrze, że YouTube usunął dwa duże niemieckojęzyczne kanały informacyjne Russia Today, które siały kremlowską propagandę i dezinformację. Z drugiej – niełatwo solidaryzować się należącą do Google platformą, znaną tak samo jak Facebook lub Twitter z bezwzględnej, niesprawiedliwej i hipokryzją podszytej cenzury politycznej.

 

Swoją drogą, ciekawe jak się to starcie z YT skończy, bo Rosja w odpowiedzi na zdjęcie kanałów RT DE i DFP zagroziła wprowadzeniem całkowitego zakazu korzystania z platformy u siebie. Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nazwało posunięcie YouTube „aktem bezprecedensowej agresji informacyjnej” i „oczywistym przejawem cenzury i tłumienia wolności słowa”.

 

I tu jesteśmy u sedna problemu. Fala bezpardonowej walki politycznej i cenzury, w którą wdało się w Big Tech, z apogeum w trakcie kampanii prezydenckiej, gdy koalicja reprezentantów Krzemowej Doliny wzięła bezpośredni udział w walce politycznej jednoznacznie po stronie kandydata Demokratów Joe Bidena, powoduje, że niewielu ma ochotę stawać po stronie YouTube, Twittera lub Facebooka w tego rodzaju starciach z reżimami i politykami, nawet jeśli tych ostatnich nie kochamy. Zaczynamy raczej skłaniać się do opinii, że obie strony są „warte siebie”.

 

Rosja zresztą wini także niemieckie władze, które domagały się od YouTube cenzury tych treści. Ciekawe, że Niemcy domagają się wprowadzenia cenzury również od „nielewicowej” (w odróżnieniu od Facebooka czy Twittera) amerykańskiej platformy społecznościowej Gab, stawiając to jako warunek operacji w tym kraju. Gab na wprowadzenie cenzury nie godzi się, inaczej, jak widać, niż YouTube.

 

Australia? Zambia? Nie ma różnicy

 

W Australii pośród zamieszek i gwałtownych protestów przeciwników covidowych restrykcji pojawiły się pogłoski o blokowaniu internetu, zwłaszcza mediów społecznościowych, które po tym jak władze ograniczyły działalność mediów w rejonie starć z policją, stały się główną platformą dystrybucji relacji z miejsc zamieszek.

 

Pogłoski te nie zostały oficjalnie w żaden sposób potwierdzone. Jednak informacje o blokowaniu sieci, nawet gdy rzeczywiście dochodzi do tego, rzadko są potwierdzane przez tzw. „czynniki oficjalne” w krajach, które takie rzeczy praktykują. Na przykład w afrykańskiej Zambii również nie było oficjalnych potwierdzeń pogłosek na temat cenzury i blokowania serwisów społecznościowych, gdy odnotowano problemy z ich funkcjonowaniem przy okazji niedawnej kampanii wyborczej. Czy władze Myanmaru w sposób otwarty przyznają, że blokują internet? Nie słyszałem.

 

Stanowisko sieciowych cenzorów w różnych krajach, od Rosji, przez USA po Zambię czy Australię, gdy blokuje się i banuje pod dziesiątkami pretekstów, dobrze opisuje staropolski zwrot „rżnięcie głupa”. Rzeczonego „głupa” rżną obie strony zgodnie udające, że nie cenzurują i oburzające się, gdy Big Tech cenzuruje nie po ich politycznej myśli, władze państw jak też platformy internetowe, które cokolwiek robią, robią to zawsze „dla dobra użytkowników”. W tej zgrai hipokrytów żadnych pozytywnych bohaterów nie widzę.

 

Wróćmy na chwilę do przykładu Zambii, gdzie przez lata problemy z internetem raportowała pozarządowa organizacja Zambian Watchdog, sama zresztą niejeden raz blokowana w sieci przez władze tego kraju. W 2016 roku przeprowadzono tam pomiary sieci w celu zbadania dostępności stron internetowych i aplikacji. Nie znaleziono wówczas żadnych niezbitych dowodów na cenzurę internetu w czasie wyborów powszechnych w Zambii, choć odnotowano przypadki restrykcji wobec tradycyjnych mediów. Temat powrócił w sierpniu tego roku, po tym jak kilka innych krajów afrykańskich postanowiło zablokować społecznościówki na czas wyborów, co było, jak wspominałem, pokłosiem ingerencji Facebooka i Twittera w procesy wyborcze w USA.

 

Cenzura polityczna, na którą sobie pozwoliły firmy z grupy Big Tech podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych, gdy np. Twitter poświęcił 20 proc. ruchu w swoim serwisie, aby wycinać treści nieprawomyślne, niezgodne z lewicową linią szefów platformy, w sposób wyraźny zachęciła miłośników zamykania ust inaczej myślącym na całym świecie. Mieli świetny pretekst i wymówkę a argumenty walczących z praktykami dyktatorów platform społecznościowych o „blokowaniu wolności słowa” ociekały groteskową hipokryzją w świetle tego, co same zrobiły w USA.

 

W Afryce politycznie motywowane blokowanie sieci jest dość często spotykane. Robiły to władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, niedawno też Konga, gdy oskarżono rząd o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Takie rzeczy spotyka się również na innych kontynentach i to coraz bardziej nagminnie. Np. rząd Indii regularnie blokuje internet w spornym Kaszmirze.

 

Sprawy nie zawsze mają czarno-biały charakter. Rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował w ostatnich latach rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolne media oznaczały zarazem wolność słowa dla podżegaczy do waśni na tle etnicznym. Prawie trzy miliony Etiopczyków zostało wypędzonych w ostatnim czasie ze swoich domów, wskutek walk pomiędzy nienawidzącymi się plemionami. Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. W planie jest uznanie „mowy nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję.

 

Jak wspominałem Twitter dostał bana np. podczas wyborów powszechnych w Ugandzie w 2021 r. Aplikacje społecznościowe blokowane były także w trakcie wyborów powszechnych w Tanzanii w 2020 r. Przeciwnicy cenzury po tych wydarzeniach zażądali od władz Zambii, by nie robiły tego w tym kraju a prezydent Lungu zobowiązał się, że nie będzie cenzury. Jednak później rząd zagroził, że zamknie internet, jeśli obywatele będą go używać do „wprowadzania w błąd i dezinformowania” wyborców (jak wiadomo, to pod tymi hasłami Google, Facebook, Twitter i Amazon cenzurują w najlepsze na swoich platformach).

 

W dniu wyborów, 12 sierpnia 2021 r., pojawiły się liczne doniesienia o zablokowaniu WhatsAppa i innych internetowych serwisów społecznościowych w Zambii. Zostało to potwierdzone przez rzecznika Facebooka, który poinformował również, że „wyłączenie mediów społecznościowych w Zambii miało wpływ na ich aplikacje i inne, takie jak Twitter”.

 

Hipokryzja firm Big Tech, które same stosują coraz ostrzejszą cenzurę, na tym etapie już całkowicie polityczną i jednostronną, np. tak jak w przypadku Twittera blokującego niedawno informacje na temat audytu wyborów prezydenckich w Arizonie, idzie w parze często ze zwykłym tchórzostwem potentatów technologicznych. Bo czym innym jak nie tchórzostwem jest bezwzględność wobec słabych, gdy zgina się kornie kark w obliczu silnych. Apple i Google szybko „pękły”, gdy władze Rosji przy okazji niedawnych wyborów zażądały usunięcia ze sklepów z aplikacjami aplikacji służącej do komunikacji i walki protestującym przeciw Kremlowi. Apka była dziełem zwolenników Aleksieja Nawalnego a jej celem miało być ujawnianie korupcji w otoczeniu Władimira Putina oraz zachęcanie do głosowania przeciwko kandydatom partii Jedna Rosja w wyborach parlamentarnych. Po tym jak posłusznie wobec moskiewskiego reżimu postąpiły wielkie korporacje z Krzemowej Doliny tym bardziej warto obserwować starcie Rosji z YouTube, gdyż, z tego co wiem, w Rosji zablokowanie tej platformy jest technicznie wykonalne, zatem groźba Kremla brzmi realnie.

 

Jednocześnie ci sami, którzy kulą ogony przed Putinem, głośno atakują Zambię, Ugandę i inne kraje, za cenzurę. Twitter próbował rozkręcić kampanię walki o „wolność słowa” przy okazji blokady w Ugandzie. Jednak z tonu większości komentarzy wynikało, że internauci uznali pełne frazesów o „wolności słowa” oświadczenia administracji tej platformy za dość kiepski żart.

 

Nowy wspaniały „splinternet”

 

Wyłączanie czy blokowanie całości lub części internetu nie jest dziś sprawą prostą do przeprowadzenia. Trzeba pamiętać, że nawet w uboższych krajach spora część gospodarki i państwa zależna jest od działania sieci. W wielu krajach jednak opracowuje się i ćwiczy różne techniki, warianty blokowania sieci, jeśli nie „wyłączania”, to nadzorowanego „odgrodzenia” sieci krajowej od reszty cyberprzestrzeni z zachowaniem kontroli nad ruchem przychodzącym i wychodzącym. Nad technikami takimi intensywnie pracowały m. in. Rosja i Iran, zaś Chiny są stale odgrodzone swoją „wielką zaporą ogniową”, która nie pozwala funkcjonować wielu znanym serwisom i usługom w kraju środka, m. in. Google’owi i Facebookowi. Tendencja do wydzielania lokalnych sieci i odgradzania się od reszty sieci nazywana jest „splinternetem”. To szerszy temat, do omówienia przy innej okazji.

 

Po raz pierwszy techniki wyłączania internetu na wielką skalę ćwiczono podczas „Arabskiej Wiosny” na początku ubiegłej dekady. Ruchy protestacyjne powstawały w grupach na Facebooku, były nagłaśniane na Twitterze i relacjonowane w serwisie YouTube. Można było swobodnie oglądać na rozlicznych nagraniach wideo brutalność reżimów broniących swojej władzy.

 

W styczniu 2011 roku, dwa dni po tym, jak protestujący zaczęli gromadzić się na placu Tahrir w Kairze, egipski prezydent Hosni Mubarak odłączył kraj z sieci i blokował usługi przez pięć dni. W Libii pułkownik Kaddafi poszedł w jego ślady, reagując na rodzące się powstanie serią zakłóceń w dostępie do Internetu, których kulminacją było czterodniowe zamknięcie sieci w marcu 2011 roku. Posunięcie to spotkało się z międzynarodowym potępieniem i skłoniło Organizację Narodów Zjednoczonych do wystąpienia przeciwko tłumieniu wolności słowa.

 

Według wielu opinii, tamte blokady były grubym błędem dyktatorów. Jared Cohen, były pracownik Departamentu Stanu USA, który dołączył do Google’owego think tanku Google Ideas i był w Egipcie podczas rewolucji, powiedział w wywiadzie opublikowanym w 2011 roku, że decyzja Mubaraka zmotywowała wielu młodych Egipcjan, którzy w przeciwnym razie być może nigdy nie przyłączyliby się do protestów.

 

Access Now, organizacja zajmująca się prawami cyfrowymi, założona w 2009 roku, od lat rejestruje liczbę przypadków wyłączeń internetu lub jego segmentów. I tak w 2016 roku organizacja odnotowała na świecie siedemdziesiąt wyłączeń, w 2017 roku – 106, w 2018 roku – 198, a w 2019 roku – 213. W 2020 roku, po raz pierwszy od pół dekady, odnotowano spadek w stosunku do roku poprzedniego, do 155 wyłączeń internetu w 29 krajach. Uznaje się, że na pewien spadek liczby blokad miała wpływ pandemia i wzrost roli sieci w życiu i pracy ludzi na całym świecie.

 

Wzrost liczby potwierdzonych wyłączeń może być, nawiasem mówiąc, częściowo konsekwencją wzrostu świadomości społecznej i liczby doniesień. Obserwatorzy uważają jednak, że wyłączanie internetu staje się coraz powszechniejszą polityką w wielu państwach. „To jest prawdziwy kryzys dla wolności słowa, pod wieloma względami. W dodatku ten kryzys rozszerza się na cały świat,” mówił podczas jednej z konferencji David Kaye, profesor prawa na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine i specjalny sprawozdawca ONZ ds. wolności słowa w latach 2014-2020. „Co gorsza, wyłączanie internetu staje się praktyką znormalizowaną, nawet w takich miejscach, gdzie wydaje się, że mamy rządy prawa”.

 

Według danych Access Now, Indie, kraj nazywany „największą demokracją na świecie”, odpowiadały za aż 109 wyłączeń sieci w całym 2020 roku. Te działania są tam przeprowadzane na poziomie lokalnym, np. w spornych regionach Dżammu i Kaszmir, gdzie nie było dostępu do sieci przez półtora roku. Niedaleko Indii jest niedemokratyczny Myanmar, gdzie praktyka wyłączania dostępu do sieci przez rządzących wojskowych to praktycznie norma.

 

Cenzorskie know-how

 

Z raportów Access Now wynika wyraźnie, o czym była już mowa, że większość rządów nie przyznaje oficjalnie, że trwa wyłączenie, zrzucając winę za zakłócenia na problemy techniczne lub ataki cybernetyczne, albo po prostu kłamiąc. Jeśli podawane jest uzasadnienie, to wyłączenia są opisywane jako działania ostatniej szansy w celu zapobieżenia przemocy, w obronie bezpieczeństwa narodowego i, coraz częściej, w celu powstrzymania „rozprzestrzeniania się dezinformacji”. I tu znów wracamy do przykładu jaki nieuchronnie musi dawać dyktatorom Big Tech, którego cenzura wprowadzana jest w ostatnim okresie głównie pod tym hasłem.

 

Wielu ekspertów sądziło, że po katastrofach w Egipcie i Libii całkowite wyłączenia zostaną zastąpione subtelniejszymi, mniej destrukcyjnymi strategiami – cenzurą, blokowaniem, celowym usuwaniem stron internetowych. Jednak wiele z krajów, które wprowadzają wyłączenia, nie ma doświadczenia, ani know-how, by działać bardziej elegancko. W 2011 roku Birma miała niewiele ponad 495 tys. użytkowników internetu, teraz ma ich ponad 20 mln. W całej Afryce odsetek osób podłączonych do sieci wzrósł niemal trzykrotnie od 2010 do 2019 roku. Sytuację komplikuje coraz częstsze korzystanie przez użytkowników z zaszyfrowanych komunikatorów, VPN-ów i innych narzędzi do omijania ograniczeń sieciowych. I to także skłania rządy do podejmowania akcji „po całości”.

 

Jedną z najbardziej rudymentarnych metod wymuszenia wyłączenia jest tzw. manipulacja BGP. BGP, czyli Border Gateway Protocol, w skrócie to system, który pozwala pakietowi informacji znaleźć drogę z punktu A do punktu B poprzez plątaninę węzłów i połączeń tworzących Internet. Dzięki BGP każdy węzeł w sieci, reprezentujący punkt wejścia dla grupy adresów internetowych, które z kolei reprezentują użytkowników, stale ogłasza, do których adresów ma dostęp. Rządy mogą nakazać temu, kto odpowiada za węzły ogłaszające wejście do klastra adresów – zazwyczaj jest to dostawca usług internetowych lub firma telekomunikacyjna – aby wycofał te ogłoszenia, skutecznie wymazując tych użytkowników z mapy globalnego Internetu. Wycofywanie tras BGP jest o tyle wygodne, że umożliwia wybranym grupom adresów, np. tym należącym do urzędników państwowych, zachować połączenie z Internetem, podczas gdy wszyscy inni przebywają w sieciowym blackoucie. Konfigurowanie BGP jest pożądaną przez władze alternatywą dla prymitywnych metod egzekucji wyłączeń, czyli fizycznego odcinania całej sieci co może odciąć całkowicie kraj od komunikacji usług, których władze sobie życzą. Wadą tego rozwiązania jest to, że zabiegi BGP dość łatwo jest wykryć.

 

Bardziej znane medialnie firewalle, czyli systemy zdolne do filtrowania ruchu przychodzącego i wychodzącego, zazwyczaj buduje się przez instalację na kablach sieciowych urządzeń zwanych middleboxami. Sprzęt ten może być zaprogramowany tak, aby blokować cały ruch zmierzający do konkretnego adresu docelowego lub pochodzący z konkretnego adresu źródłowego, albo też całe protokoły internetowe lub klasy treści, takie jak wideo, głos lub e-mail. To bardzo skuteczna metoda, gdy się chce zablokować jednorodne adresowo platformy, takie jak Facebook czy Twitter. Ściany ogniowe tego typu wymagają jednak znaczących zasobów obliczeniowych.

 

Do perfekcji sztukę odcinania się od globalnego Internetu przy jednoczesnym zachowaniu wewnętrznej łączności opanował Iran. Istnieje tam coś o nazwie National Information Network, ogólnokrajowy intranet, który pozwala na wykonywanie codziennych czynności w stosunkowo niezakłócony sposób na irańskich aplikacjach, jednocześnie uciszając wszelkie niepożądane treści i serwisy. Sieć została wystawiona na próbę podczas tygodniowego wyłączenia w listopadzie 2019 r. przy okazji fali demonstracji i zamieszek. Według doniesień, pomimo całkowitego odłączenia od internetu z zewnątrz, krajowe usługi sieciowe w Iranie działały normalnie. Podobną sieć krajową opracowała Rosja, ale przetestowała ją jedynie doświadczalnie, bez „startu ostrego”.

 

Niedoścignionym wzorcem skuteczności dla wszystkich miłośników cenzury politycznej jest chiński internetowy firewall. Zresztą ChRL już eksportuje swoje cenzorskie hi-tech do innych krajów. W listopadzie 2020 r. amerykański Departament Skarbu nałożył sankcje na chińskiego producenta elektroniki CEIEC za sprzedaż skomercjalizowanej wersji chińskiej „sieciowej zapory ogniowej” Wenezueli. W maju pojawiły się informacje, że także junta wojskowa w Myanmarze planuje stworzenie krajowego „intranetu”.

 

Niedoścignionymi mistrzami najbardziej wyrafinowanej technicznie cenzury internetowej nie są jednak Chiny, ale Google, Facebook, Twitter lub Amazon. Wyszukiwarka, o czym pisał w serii demaskatorskich publikacji, dziennik „The Wall Street Journal” wykorzystuje najbardziej zaawansowany algorytm w historii do ukrywania tego co chce ukryć i eksponowania tego, co chce eksponować. W efekcie widzisz w internecie nie ten świat, którego szukasz, lecz ten, który chce ci pokazać Google. Facebook i Twitter mogą cię tak „shadowbanować”, że nawet nie wiesz, że jesteś cenzurowany i blokowany. Zaś Amazon, którego serwery zechciałbyś wykorzystać może podpatrzyć twój pomysł na biznes, skopiować go a ciebie „zdeplatformować” pod byle pretekstem, głosząc np., że uprawiasz dezinformację.

 

Reżimy i dyktatorzy, którzy powołują się na działania Big Tech, muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Mirosław Usidus