Nowy, jesienny numer „Forum Dziennikarzy”

Właśnie ukazał się nowy, październikowy numer „Forum Dziennikarzy”, a w nim materiał wskazujący na potrzebę istnienia organizacji dziennikarskich autorstwa Elżbiety Królikowskiej Avis.

 

Maria Giedz pisze o działaniach podejmowanych w obronie dziennikarzy skazywanych na podstawie art.212 KK. Artykuł ten powstał po konferencji zorganizowanej przez dr Jolantę Hajdasz, dyrektora Centrum Monitoringu i Wolności Prasy SDP.

 

Joanna Longawa opisuje codzienność dziennikarzy włoskich, która nie różni się zbytnio od polskich realiów.

 

Jednym z największych wydarzeń tego roku była beatyfikacja Prymasa Polski, Kardynała Stefana Wyszyńskiego. O tym wydarzeniu przeczytamy w tekście Marii Giedz – „Niekoronowany Król Polski” oraz w wywiadzie Jaromira KwiatkowskiegoGrzegorzem Górnym, zatytułowanym „Interreks”.

 

Na uwagę zasługuje tekst Katarzyny Wojciewskiej, przypominający jak przed stu laty Japończycy uratowali polskie dzieci zesłańców syberyjskich.

 

W najnowszym numerze „Forum Dziennikarzy” jak zwykle wiele innych interesujących tekstów, które polecamy.

 

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny Forum Dziennikarzy

 

Numer 4(143)/2021 do pobrania

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

Czy „Wiadomości” TVP mogą być wiarygodne? – pyta ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

 „Wiadomości” były we wrześniu najpopularniejszym programem informacyjnym w Polsce. Jednocześnie w badaniach uznano je w tym samym okresie za najmniej wiarygodne. Czy istnieje szansa na pozycję lidera w obu tych kategoriach?

 

Z materiałów, które opublikował portal Wirtualnemedia.pl wynika, że „Wiadomości” TVP były najpopularniejszym programem informacyjnym w Polsce we wrześniu 2021 roku[1]. Jednocześnie w badaniu CBOS uznano ten program za najmniej wiarygodny[2]… Tego obrazu nie rozjaśnia bynajmniej analiza sytuacji „Wydarzeń” Polsatu. Respondenci ocenili je jako najbardziej wiarygodne źródło, a równocześnie straciły najwięcej widzów… Może więc w ogóle nie chcemy obiektywnych mediów, a jedynie takie, które są zgodne z naszymi poglądami politycznymi? Poruszaliśmy już tę kwestię na łamach portalu sdp.pl. Zapytana o zdanie politolog dr Agnieszka Zaremba stwierdziła, że najbardziej na obiektywnych mediach powinno zależeć samym politykom, bo tylko wówczas będą… wiarygodni[3]. Jak się jednak okazuje się, w oparciu o przywołane powyżej analizy, można być we współczesnym świecie medium wiarygodnym i niewiarygodnym jednocześnie.

 

Społeczne skutki permanentnego podziału

 

O ocenę sztandarowego programu TVP, którego powstanie jesienią 1989 roku było symbolem transformacji ustrojowej i manifestem odejścia od partyjnej propagandy w mediach publicznych, w kontekście sytuacji społecznej w Polsce pytamy profesor socjologii Janinę Kowalik.

 

– Badanie CBOS ukazuje niepokojący obraz medialnego systemu informacji i komunikacji społecznej, jaki ukształtował się od kilku lat w naszym kraju – odpowiada prof. Kowalik. – Należy zwrócić uwagę szczególnie na fakt, że na mapie głównych źródeł, z których społeczeństwo (szczególnie w wieku średnim i powyżej) pozyskuje informacje o wydarzeniach w kraju i na świecie, nie sposób już wskazać mediów różniących się akcentami w sposobie doboru i prezentacji informacji lecz oddzielone od siebie „Rowem Mariańskim” światy poszczególnych mediów i ich zwolenników. Te światy nie przenikają się w związku z tym zupełnie bądź w bardzo ograniczonej części składowych swoich baniek, a’priori negując wiarygodność drugiej strony. Wyłączając młodszą część społeczeństwa, bardziej mobilną medialne, pozyskującą informacje z Internetu, dwie strony barykady stanowią zwolennicy TVP kontra TVN.

 

Najistotniejsze znaczenie ma więc wciąż sposób pokazywania stron politycznego sporu w Polsce. Bywa przy tym, że przedstawiciele władzy i opozycji wprost mówią o osobistych lub środowiskowych niechęciach wobec różnych redakcji. Prof. Kowalik zwraca uwagę na konsekwencje dalszego utrzymywania się tego podziału wśród zwolenników różnych stronnictw i zaangażowanych w spór mediów.

 

Problemem, który będzie miał dalekosiężne skutki dla obrazu świadomości Polaków jest fakt, że ok. 80% społeczeństwa, (w nierównych proporcjach ok. 50%/ ok. 30%) tworzy dwie zbiorowości, które dzień po dniu, rok za rokiem, korzystają z jednego z tych (TVP i TVN – przyp. redakcji) różniących się przekazów i buduje sobie zupełnie odmienny obraz tego samego świata. Trudno sobie wyobrazić, jakie mogą być tego skutki w sytuacji nagłej zmiany polityki informacyjnej telewizji publicznej np. w efekcie zmian politycznych czy nawet personalnych w zarządzie TVP. Gdzieś pomiędzy dwoma społeczno-informacyjnymi światami TVP i TVN, znajdują się zwolennicy programów informacyjnych Polsatu, który w obliczu ekstremalnych stanowisk powyższych stacji, zdaje się dla wielu przedstawiać najbardziej obiektywny przekaż.

 

Z perspektywy mechaniki komunikacyjnej

 

Ekspert w dziedzinie komunikacji i współpracy z mediami Adam Łaszyn, zapytany o to, czy wpływ na postrzeganie „Wiadomości” mogłaby mieć na przykład zmiana nazwy programu odpowiada:

­

Nie ma problemu wiarygodności programu znanego jako „Wiadomości”. Przynajmniej z punktu widzenia mechaniki komunikacyjnej. I właśnie dlatego nic nie wskazuje na to, aby obecne władze partyjne kraju, jak i kierownictwo publicznej spółki, jaką jest TVP, były w ogóle zainteresowane odzyskiwaniem traconego zaufania do tej partyjnej tuby. Łącznie z nazwą.

 

Jakie są więc szanse na odzyskanie wiarygodności przez główny program informacyjny TVP również w oczach pozostałych odbiorców? Łaszyn stwierdza, że nie widzi obecnie takiej możliwości.

 

Wymagałoby to jakiegokolwiek dryfu w kierunku obiektywizmu. A przy świadomości, że „albo będziemy rządzić, albo siedzieć”, a więc rosnącego konfliktu i polaryzacji w kraju, nie łagodzi się siły rażenia kluczowego oręża walki, jakiego jest się w posiadaniu. Ten program jest narzędziem, służy nie dostarczaniu informacji a kształtowaniu określonych postaw wśród wyborców. Zwłaszcza w segmencie „budżetowym”, czyli tym zdefiniowanym przez obecnego zarządcę TVP jako „ciemny lud”. Rzeźnik nie zastanawia się nad estetyką siekiery, która służy do ćwiartowania mięsa. Ma skutecznie ćwiartować mięso. I wiadomo, że intensywnie używana siekiera będzie się tępić. Póki zatem „Wiadomości” będą instrumentem władzy, a nie rzetelnym serwisem dla społeczeństwa (utrzymywanym wszak z jego środków), będziemy najpewniej obserwować proces eksploatowania tego narzędzia, aż w szeroko pojętym interesie społecznym całkiem nie będzie się nadawało do użytku. Łącznie z nazwą.

 

Czy zatem nie możemy liczyć na szybkie i pozytywne zmiany? Adam Łaszyn nie pozostawia złudzeń.

 

To szybko nie nastąpi, bo przecież bardzo dużej grupie odbiorców, nie rozumianych już szeroko, bardzo odpowiada mielonka przygotowywana w tej masarni. Albo w ogóle nie widzi i nie rozumie (zgodnie ze znanym szlagwortem Bismarcka) jak przygotowywana jest tam ta kiełbasa (wyborcza) albo zupełnie nie przeszkadza im to, że łamane w tej redakcji są wszelkie zasady rzetelnego dziennikarstwa w imię przywalenia „tym drugim” lub schlebiania poglądom tyle niewybrednym co odpowiadającym interesom jedynie słusznej partii. I dla nich „Wiadomości” mieszające pogardę dla uchodźców i uwielbienie dla Papieża-Polaka są wiarygodne. Po co więc grzebać przy czymś, co po prostu robi swoje, nawet jeśli się zużywa? Łącznie z nazwą.

 

Informacja jest kluczem

 

Sceptyczna w tej kwestii jest również prof. Janina Kowalik. Zwraca przy tym uwagę, że ktokolwiek i kiedykolwiek będzie wprowadzał zmiany, musi do nich podejść z mądrością i wrażliwością na odbiorcę. Ujmuje to tak:

 

Pytanie jak można przywrócić wiarygodność najważniejszego programu informacyjnego TVP – „Wiadomości” zdaje się proste, jeśli prześledzi sie powody, dla których są one uznawane za niewiarygodne. Trzeba mieć jednak świadomość, że każda zmiana tego przekazu będzie równocześnie poważną „operacją na żywym organizmie” tj. na świadomości ponad połowy średniej i starszych generacji społeczeństwa, ukazując mu zupełnie odmienny obraz świata. Oddalenie się przekazu od wyobrażonego stanu powszechnej szczęśliwości bliżej realiów mogłoby wywołać stan powszechnej frustracji. W mojej ocenie, jedyną drogą przywracania wiarygodności „Wiadomościom” TVP jest wypełnienie ich informacjami o wydarzeniach w kraju i na świecie, bez intencjonalnego cenzurowania i ograniczania zakresu tych informacji. Obecnie świat pokazywany w Wiadomościach skurczył się do wybranych polskich spraw, niekiedy odniesionych do relacji z Unią Europejską. Pozostała część globusa nie istnieje, tak samo jak nie mają miejsca żadne sprawy rzucające jakikolwiek cień na społeczny stan powszechnej szczęśliwości. Sama prosta zmiana zawartości – z publicystyki ilustrowanej obrazkami na czystą informację, dotyczącą również innych spraw i obszarów, w tym spraw zagranicznych, zapewne przyniosłoby wzrost wskaźnika wiarygodności. Jeśli do tego dodano by zasady dobrego dziennikarstwa, etyki i przyzwoitości, efekt natychmiastowy.

 

Adekwatność oceny

 

Maciej Strzembosz (producent, dawny lider obywatelskiego projektu ustawy medialnej przygotowanej przez środowiska twórcze) w wywiadzie udzielonym portalowi Onet.pl stwierdził, że ocena działalności prezesa TVP Jacka Kurskiego wcale nie będzie jednoznaczna. Propaganda i disco polo wylądują na jednej szali, a nowe kanały (TVP Wilno, TVP Dokument, TVP Kobieta) i stabilne finansowanie na drugiej[4]. Wygląda na to, że również w środowisku naukowym nie ma zgody, co do adekwatnej oceny sytuacji na medialnym rynku. Istnieje równolegle obiegowa opinia, że media prywatne mogą być stronnicze i realizować polityczne wizje właściciela, a te publiczne powinny być bezstronne. Samo myślenie, że redakcje zamiast informować i objaśniać świat zachowując przy tym pluralizm i szacunek wobec ludzi o odmiennych poglądach, mogą stać w pierwszym szeregu i walić politycznych przeciwników tępa pałą, jest niebezpieczne. Tak jak niebezpieczne jest każde tego typu przyzwolenie. „W każdej rzeczy końca patrzaj” – tak Biernat z Lublina oddał myśl Ezopa. W „Słowniku języka polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego zapisano w haśle wiarogodność: „Bycie wiarygodnym; właściwość tego, co jest wiarygodne”, co zostało uzupełnione dwoma przykładami. Pierwszy z nich brzmi: „sąd musi zorientować się w wiarygodności opinii, które świadek podaje zamiast faktów”[5]. Wygląda na to, że dla wyrobienia sobie poglądu na sprawy budzące zainteresowanie redakcji głównych problemów informacyjnych, trzeba korzystać z wszystkich tych źródeł, a najlepiej sięgać po dodatkowe kanały. Niestety mało kto ma tyle czasu, co media skrzętnie dziś wykorzystują.

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wiadomosci-lider-programow-informacyjnych-wrzesien-w-dol-kto-oglada-fakty – dostęp 06.10.2021 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wydarzenia-polsat-news-najbardziej-wiarygodne-i-bezstronne-tvp-spadek-propaganda – dostęp 06.10.2021 t.

[3] https://sdp.pl/zbigniew-brzezinski-o-obiektywizmie-nieco-polemicznie/ – dostęp 06.110.2021 r.

[4] https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/beda-kolejne-odcinki-rancza-producent-finalizuje-rozmowy-z-tvp/5fnpyrs – dostęp 06.10.2021 r.

[5] http://www.sjpd.pwn.pl/haslo/wiarogodno%C5%9B%C4%87/ – dostęp 06.10.2021 r.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Elżbieta Ruman

ODCINEK 12. Z Elżbietą Ruman, dziennikarką telewizyjną i radiową, autorką książek, popularyzatorką medycyny św. Hildegardy, rozmawia Agata Puścikowska.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

Sąd Najwyższy uniewinnił red. Marcina Rolę pozwanego z art. 212 kk. CMWP SDP broniło dziennikarza

13 października br. Sąd Najwyższy uniewinnił red. Marcina Rolę, red. nacz.  telewizji internetowej wRealu24 .pl od zarzutu zniesławienia jednej z uczestniczek tzw. „czarnego piątku”  w 2018 r. Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP, które na etapie rozprawy apelacyjnej przedstawiło w Sądzie swoje stanowisko w obronie dziennikarza. 

 

Red. Marcin Rola został oskarżony o przestępstwo z art. 216 § 2 k.k., które miało polegać na użyciu w mediach słów powszechnie uznanych za obelżywe wobec uczestniczki protestów w ramach tzw. „czarnego piątku”, czyli pikiety środowisk feministycznych popierających aborcję. Protest był odpowiedzią na obywatelski projekt ustawy „Zatrzymaj aborcję”, zmieniający prawo pod kątem zwiększenia ochrony życia chorych dzieci. Akt oskarżenia wniosła osoba prywatna. Wyrokiem Sądu Rejonowego w Toruniu – II Wydział karny,  red. Marcin Rola został skazany z art. 212 § 1 i 2 k.k. za przestępstwo pomówienia (sąd w ten sposób zmienił kwalifikację prawną zarzutu oskarżenia). Wymierzono mu karę 3 miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania pracy na cele społeczne, zobowiązując do zapłaty nawiązki 10 tys. zł na PCK, zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, zwrotu kosztów oraz przeproszenia. Od powyższego wyroku pełnomocnicy procesowi M. Roli wnieśli apelację.

 

Wtedy Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności  w zakresie wolności słowa.  CMWP SDP stało na stanowisku, iż  wyrok Sądu I Instancji nie powinien się ostać w obrocie prawnym, gdyż przyczyniałby się do niszczenia wolnej debaty i  godził w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, którym jest wolność słowa i mediów. Dlatego CMWP SDP przekazało do Sądu  odwoławczego  (Sąd Okręgowy w Toruniu) opinię w obronie oskarżonego dziennikarza, a potem do Sądu Najwyższego.

 

Sąd Najwyższy uwzględnił w całości skargę i uchylił skazujący wyrok. Jak większość spraw  z art. 212 kk ,  proces red. Marcina Roli odbywał się w trybie niejawnym.

 

W Sądzie Rejonowym  w Toruniu red. Marcina Rolę skazał sędzia Jędrzej Czerwiński, który był w tym samym czasie rzecznikiem toruńsko-włocławskiego stowarzyszenia Iustitia.

 

W opisanych rozprawach dziennikarza reprezentowali: mec. Monika Brzozowska-Pasieka oraz mec. Jarosław Litwin.

 

Więcej na ten temat TUTAJ.

 

Odszedł Marek Pawłowicz

Żegnamy Marka Pawłowicza, dziennikarza, wieloletniego członka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 


 

Śp. Marek Pawłowicz

dziennikarz

 

Polonista po Uniwersytecie Warszawskim, przez ponad 50 lat reporter i publicysta. Syn oficera zabitego w Katyniu. Po 13 grudnia nie chciał pracować w reżimowych mediach. Działał w duszpasterstwie środowisk twórczych – w jego garażu na Wiśniowej był magazynek produktów spożywczych i higienicznych dla pozbawionych pracy dziennikarzy. Był bardzo lubiany, pogodny, elegancki i życzliwy ludziom. Łagodził spory w naszym środowisku. Walczył do końca ze straszną chorobą. Pozostanie w naszej pamięci.

 

Przyjaciele ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

Msza święta pogrzebowa odbędzie się 19 października o godz. 13:00 w Kościele pw. Św. Karola Boroneusza w Warszawie, po której nastąpi wyprowadzenie zwłok do grobu rodzinnego.

 


 

Jesteśmy na siebie skazani – WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI o relacjach między rzecznikami prasowymi a dziennikarzami

Głośny przypadek Anny Michalskiej, rzeczniczki prasowej Straży Granicznej, słusznie według mnie skrytykowanej za sposób odpowiadania na pytania dziennikarzy, przypomniał mi moje wcześniejsze kontakty z rzecznikami prasowymi różnych instytucji, a także pobudził mnie do ponownego zastanowienia się nad pryncypiami tego zajęcia. Niewdzięcznego zajęcia.

 

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że rzecznik to nie dziennikarz, chociaż wymaga się od niego przynajmniej jako takiej ogłady dziennikarskiej, jeśli takie pojęcie w ogóle istnieje. Musi, mówiąc w uproszczeniu, czuć media, znać potrzeby dziennikarzy, rozumieć w jakim celu zadają oni pytania i cały czas pamiętać, że świętym obowiązkiem „pismaków” jest szukanie dziury w całym, bycie podejrzliwym i dociekliwym. Sorry, kochani rzecznicy i rzeczniczki, taki mamy zawód. Nie pytamy z czczej ciekawości, ale w imieniu czytelników, opinii publicznej. Z drugiej strony, rzecznik musi zdawać sobie sprawę z tego, że jest medialnym głosem swego szefa, że przemawia w jego imieniu, a nie w swoim i że tylko do niego dostęp ma dziennikarz, więc pyta.

 

Pamiętam jak kilka lat temu w Licheniu na konferencji dla dziennikarzy z cyklu „Kościół bez tajemnic” ksiądz Józef Kloch, ówczesny rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, podawał wręcz łopatologiczną instrukcję obsługi sytuacji trudnych przez rzeczników Kurii i innych instytucji kościelnych. W tamtych czasach trudnymi sytuacjami dla Kościoła było wypływanie informacji o współpracy księży, a nawet wysokich dostojników, z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Co radził ks. Kloch? Przede wszystkim – nie uciekać od problemu, nie bagatelizować go, nie udawać, że go nie ma, lecz się z nim zmierzyć. Przytoczył powiedzenie, ponoć popularne wśród duchowieństwa: „Jest problem, więc zróbmy procesję”. Nie, powiadał Kloch, takie działanie prowadzi donikąd. Tylko jasne i odważne przedstawienie problemu i podanie jego rozwiązania jest skuteczne. Pani Anny Michalskiej na tym szkoleniu na pewno nie było…

 

Rzecznik prasowy to zajęcie niewdzięczne, jak zauważyłem już wyżej. Przede wszystkim z tego powodu, że jest on między młotem i kowadłem: musi reprezentować swojego szefa nawet wtedy, gdy osobiście nie zawsze podziela jego poglądy. Mówiąc wprost: musi czasem kłamać (zdarza się to rzadko), albo nie mówić całej prawdy, przemilczać ją, jeśli wymaga tego szef lub interes instytucji, której rzecznikuje (sytuacja występująca bardzo często). Praca rzecznika, zwłaszcza służb mundurowych, to coś w rodzaju ciuciubabki, z której natury zdają sobie sprawę obie strony informacyjnej barykady: rzecznik wie więcej niż mówi i może powiedzieć, a dziennikarz zdaje sobie z tego sprawę, ale dla dobra swojego artykułu mimo wszystko stara się wydrzeć jak najwięcej. Mądrość rzecznika tkwi według mnie, chociaż nigdy nim nie byłem, w tym, że potrafi przekazywać informacje w taki sposób, że wydają się być pełne i wiarygodne. Na wszelki przypadek będąc rzecznikiem zostawiłbym sobie zawsze coś w zanadrzu, coś co mogę podać dodatkowo, „tylko dla pani lub pana”, a co nie naraziłoby mnie na reprymendę szefa, że powiedziałem za dużo. No cóż, w każdym zawodzie trzeba sobie jakoś radzić…

 

Waldemar Śliwczyński

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Monika Odrobińska

ODCINEK 10.  Z Moniką Odrobińską, dziennikarką, reportażystką, autorką książki „Dzieci wygnane. Tułacze losy małych Polaków w czasie II wojny światowej” rozmawia Barbara Sułek-Kowalska.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

 

 

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Barbara Sułek-Kowalska

ODCINEK 9.  Z Barbarą Sułek-Kowalską, dziennikarką, autorką książek, wykładowczynią na Uniwersytecie Warszawskim rozmawia Elżbieta Ruman.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

 

 

 

 

Nie zwolniliśmy żadnego dziennikarza – rozmowa z MACIEJEM MATERĄ, prezesem spółki wydającej „Gazetę Olsztyńską”

Andrzej Senkowski nie patrzy na Grupę WM jak na inwestycję finansową czy na dywersyfikację swojej działalności biznesowej, jego ideą było ratowanie zasłużonej dla Warmii i Mazur gazety, ze 135-letnią tradycją – mówi Maciej Matera, prezes Grupy WM, wydającej „Gazetę Olsztyńską” w rozmowie z Adamem Sochą.

 

Presserwis podał, że po zmianie właściciela „Gazeta Olsztyńska” obniży od października pracownikom pensje o 10 proc, na pół roku. Powołał się na anonimowych dziennikarzy, którzy mieli powiedzieć, że nowy właściciel uzasadnia to trudną sytuację firmy. Informator Presserwisu twierdzi, że obecnie dziennikarze zarabiają 2500 złotych „na rękę”, stażyści dostają tyle samo co dziennikarze z długoletnim stażem. Atmosfera jest przygnębiająca, pracownicy obawiają się zwolnień. Co z tych informacji może pan potwierdzić?

 

Muszę zacząć od tego, że ratujemy „Gazetę Olsztyńską”. W chwili kupna Grupy WM wydawcy tej gazety przez prywatnego inwestora pana Andrzeja Senkowskiego była ona w fatalnej sytuacji finansowej i groziły jej najgorsze scenariusze. Kupno firmy przez pana Andrzeja Senkowskiego  uratowało „Gazetę Olsztyńską”. Dane podawane przez Presserwis dotyczące wynagrodzeń to obraz jej historii. My skupiamy się na jej przyszłości, w której nie planujemy zwolnień dziennikarzy i nie zwolniliśmy żadnego dziennikarza. Oczywiście mogą być pojedyncze przypadki, np. stażystom kończą się umowy, albo ktoś z różnych powodów chce od nas odejść. Ale to są indywidualne sprawy.

 

Wirtualnemedia.pl podały, że Grupa WM w 2020 roku odnotowała 3,99 mln zł straty, a średnia sprzedaż egzemplarzowa „Gazety Olsztyńskiej” spadła do 4 tys. Czy może pan potwierdzić te informacje?

 

Potwierdzam, że firma w 2020 r. (przed naszym „przyjściem”) zanotowała stratę w wysokości 3,994 mln zł czyli jednego miesiąca traciła średnio ponad 300 tyś zł. Dlatego w pierwszej kolejności dokapitalizowaliśmy spółkę, aby poprawić jej płynność finansową, następnie koncentrujemy się na zmianie jej sposobu funkcjonowania, tak aby jak najszybciej przerwać generowanie przez nią tak dużych strat. Jeśli chodzi o sprzedaż gazet, to był to spadek ponad 20 proc. Według najnowszych danych Polskich Badań Czytelnictwa średnia dzienna sprzedaż „Gazety Olsztyńskiej” i „Dziennika Elbląskiego” to 4343 egz. Ratujemy „Gazetę”, odbywa się to w sposób nie zakłócający jej regularnego wydawania. Już wiemy, że nie zaliczymy ani jednego dnia przestoju. Musieliśmy się bardzo spieszyć, bo reaktywowanie tytułu, po kilku tygodniach czy miesiącach nieistnienia na rynku, wymagałaby bardzo dużych nakładów finansowych. W tej chwili mogę powiedzieć, że spółka jest na bezpiecznej ścieżce. Wyniki września pokazują, że osiągamy zamierzone cele i poprawiamy wyraźnie sytuację firmy.

 

Powrócę do pierwotnego pytania, czy w ramach szukania oszczędności nastąpiła redukcja zatrudnienia i obcięcie zarobków?

 

Staramy się robić przekształcenia bez zwolnień pracowników. Odejścia wynikają z naturalnych ruchów kadrowych. Niektóre osoby osiągnęły np. wiek emerytalny, ale akurat dziennikarzy, którzy w przyszłym roku osiągną wiek emerytalny, chcielibyśmy w większości zatrzymać w firmie, żeby młodzi korzystali z ich doświadczenia. Było sporo umów kontraktowych, które wygasły we wrześniu. I z tego tytułu może powstało wrażenie, że zwalniamy pracowników. A my po prostu przeanalizowaliśmy zasadność tych umów w kontekście rozwoju i nowych potrzeb firmy i niektórych z nich nie przedłużyliśmy. To jest duża firma medialna: gazeta codzienna, tygodnik w każdym mieście powiatowym, redakcja internetowa, drukarnia, telewizja internetowa, działalność eventowa, to wszystko generuje bardzo duże koszty stałe. Nasza filozofia zarządzania jest inna od dotychczasowej. Chcemy promować kreatywne i efektywne zaangażowanie pracowników, dlatego wdrożyliśmy nowy system motywacyjny, w którym były redukcje w wynagrodzeniach w części zasadniczej, bo bez tego wyprowadzenie firmy z permanentnego generowania strat byłoby niemożliwe. Natomiast nie zmniejszyliśmy prowizji, funduszu honoraryjnego dziennikarzy oraz stworzyliśmy nowy dodatkowy sposób premiowania. W nowym systemie wynagrodzenia najlepsi dziennikarze i inni pracownicy mają szansę zarabiać znacznie lepiej niż poprzednio. Jestem pewien, że wielu pracowników na tym skorzysta.

 

Ilu zatem dziennikarzy pracowało w koncernie w chwili zakupu spółki, ilu odeszło do dzisiaj? Czy dziennikarze mają zatrudnienie na etat i jakie jest średnie wynagrodzenie netto dziennikarzy?

 

Obecnie jest u nas zatrudnionych ponad 60 dziennikarzy. W tym zdecydowana większość na  umowy o pracę. Niewielka część współpracuje z nami okazjonalnie. O nowych zarobkach dziennikarzy będziemy mogli porozmawiać za trzy miesiące jak wdrożone mechanizmy zaczną przynosić efekty. Zwalniający się dziennikarz, a był to jednostkowy przypadek, dotyczył podjęcia decyzji jeszcze przed zakupem firmy.

 

W jakim celu Andrzej Senkowski kupił koncern prasowy? To nie jego branża. Znawcy rynku medialnego raczej spodziewali się, że tytuł kupi Orlen, żeby domknąć swój portfel wydawniczy.

 

Ideą pana Andrzeja Senkowskiego było ratowanie zasłużonej dla Warmii i Mazur gazety, ze 135-letnią tradycją, aby służyła całej społeczności tego regionu. Pan Andrzej Senkowski nie patrzy na Grupę WM jak na inwestycję finansową czy na dywersyfikację swojej działalności biznesowej, ale oczywiście to nie oznacza, że firma ma generować straty. W końcu jest spółką prawa handlowego. Pan Andrzej Senkowski wykupił i dokapitalizował firmę i uratował ją przed najgorszymi scenariuszami.

 

W krótkiej rozmowie ze mną Andrzej Senkowski poinformował, że gazety koncernu będą niezależne. Według informacji, które przekazał mi jeden z byłych naczelnych „Gazety Olsztyńskiej” (było to kilkanaście lat temu) ¾ dochodów biura reklamy stanowiły ogłoszenia samorządów, urzędów i instytucji państwowych. To sprawiło, że „Gazeta” zamieniła się w swoisty słup ogłoszeniowy dla polityków (np. od lat na łamach „GO” trwa nieustający festiwal marszałka województwa, zarazem prezesa wojewódzkiego komitetu PSL, za pieniądze podatników). Ogłoszeniodawcy (politycy i biznesmeni) byli objęci swoistym immunitetem, a szefowa biura reklamy potrzebowała artykułów, tylko jako „wypełniaczy” miejsc nie zajętych przez reklamy. Doprowadziło to do utraty wiarygodności gazet koncernu w oczach czytelników. Jeden z redaktorów lokalnego portalu obywatelskiego nazwał publicznie gazety koncernu „szmatami”, bo są tubą władzy i sąd stwierdził, że miał prawo do takiej opinii. Jak więc zamierza pan odzyskać wiarygodność gazet w oczach czytelników i zapewnić dziennikarzom niezależność? Bo niezależne dziennikarstwo polega na  patrzeniu władzy na ręce, ale wiąże się z ryzykiem utraty części ogłoszeniodawców. Niezależność dziennikarza wyraża się też w godnej pensji.

 

O godnym wynagrodzeniu już powiedziałem – dążymy do tego i w niedalekiej przyszłości tak będzie się dziać. Skupiamy się na obecnej chwili i przyszłości. Proporcje w strukturze przychodów podane przez pana redaktora pochodzą z opinii, a nie z aktualnych twardych danych finansowych i naszych analiz. Na dzień dzisiejszy rynek komercyjny, a więc nie instytucji samorządowych i państwowych, ale przedsiębiorstw, tzw. drobnych ogłoszeń, wpływów z usług drukarskich i eventów stanowi dużo większą pozycję. Zbieraliśmy opinie o „Gazecie” przed transakcją i wsłuchujemy się również teraz w wyrażane o niej opinie w sposób wnikliwy. Wierzymy w rzetelne dziennikarstwo i prowadzenie gazety obiektywnej na możliwie najwyższym poziomie merytorycznym. Jedną z pierwszych moich decyzji było „wyjęcie” redakcji ze struktur pośrednich i obecnie redakcja bezpośrednio podlega pod prezesa firmy. Dziennikarzom daliśmy swobodę tworzenia, nie ingerujemy w teksty, nie ma żadnej cenzury. Oczywiście gazeta jak każdy produkt na rynku, choć specyficzny, podlega regułom rynkowym tzn. musi mieć swoich odbiorców, być potrzebna, czytana, sprzedawać się, ale też musi mieć reklamodawców. Najważniejszą cechą „Gazety Olsztyńskiej” jest działanie na rynku lokalnym Warmii i Mazur. Chcielibyśmy rzetelnie informować naszych czytelników o sprawach regionu. Politykom i samorządowcom „trzeba patrzeć na ręce”, jak pan redaktor przywołał często spotykane stwierdzenie. Taka jest rola mediów, jeśli chcą wspierać demokrację.  Ale jest też inna rola – należy opisywać rzetelnie rzeczywistość i jeśli politycy i samorządowcy realizują pozytywne i dobre inicjatywy dla społeczeństwa, na których wszyscy korzystamy to należy je również opisywać. Natomiast jest jeszcze inny aspekt tych spraw. W dzisiejszych czasach z samej informacji jest trudno mediom „wyżyć”. Obecne media mają też inne funkcje jak rozrywka, edukacja itp. A zatem opisywanie polityki, zwłaszcza w mediach lokalnych, nie jest elementem wiodącym. Z drugiej strony powstało dużo portali zajmujących się tylko sferą polityki i czytelnik, który się bardziej interesuje zagadnieniami politycznymi ma do tych informacji czy opinii swobodny dostęp. Niekoniecznie czerpie wiedzę na ten temat z portali regionalnych czy gazet regionalnych. Proszę zwrócić uwagę, że portale zajmujące się polityką  mają zasięg nieograniczony niczym, nawet językiem, zwłaszcza przy coraz lepszych tłumaczeniach elektronicznych. Rynek lokalny jest z punktu widzenia marketingu zbyt płytki, aby mógł utrzymać gazetę „polityczną”. My nie jesteśmy gazetą polityczną, „żyjącą” z polityki, chociaż o polityce na pewno będziemy też pisać. Dlatego chcielibyśmy raczej podnieść jej poziom merytoryczny, wzbogacić tematykę, przedstawiać różne idee i wejść w swoistą interakcję i więź z naszymi czytelnikami. Mieszkańcy Warmii i Mazur zasługują na obiektywną i interesującą gazetę o możliwie najwyższym poziomie dziennikarskim. Oczywiście o wszystkim nie damy rady pisać, bo nie mamy tak licznego zespołu, jak gazety ogólnopolskie, dlatego chcemy się skupiać na poruszanie najpoważniejszych problemów regionu, ale na pewno chcemy opisywać również ważne wydarzenia krajowe  i zjawiska ogólnoświatowe, które wywierają wpływ na każdego z nas. Jesteśmy przecież świadkami wielkich wyzwań cywilizacyjnych w świecie w praktyce na każdym polu. Chcemy też otworzyć łamy naszych gazet dla dziennikarzy freelancerów.

 

W gazetach Polska Press po przejęciu przez Orlen niemal natychmiast zmieniono naczelnych, pan takiej decyzji nie podjął. Zastanawia też pozostawienie w firmie państwa Tokarczyków na stanowiskach dyrektorskich. Z moich rozmów z byłymi pracownikami „Gazety” wynika, że to ich sposób zarządzania firmą i pracownikami doprowadził ją na skraj upadku. Komentujący na forach internetowych odbierają to jako zapowiedź kontynuacji polityki koncernu, z pewną korektą, tzn. marszałek będzie musiał trochę się posunąć na łamach „Gazety Olsztyńskiej” i zrobić miejsce także dla polityków PiS-u oraz więcej będzie tematyki kościelnej. Czy przewidywania internautów są trafne?

 

Szanujemy wszystkich naszych pracowników, chcemy się najpierw przyjrzeć ich pracy w nowej odsłonie „Gazety”,  a dopiero potem podejmować decyzje personalne. Branża medialna podlega szybkim zmianom. Nasza „Gazeta” i portale też się będą zmieniać, a tym samym jest szansa na tworzenie się nowych miejsc pracy np. w dziennikarstwie internetowym. Gazety drukowane ustąpiły dużo ze swojej pozycji na rzecz internetu. To jest oczywiste. Choć uważam osobiście i mam nadzieję, że gazety drukowane nie znikną tak szybko, to przecież musimy być elastyczni w zarządzaniu i sprostać nowym wyzwaniom. Chcielibyśmy, żeby każdy pracownik swoje talenty rozwijał w pracy na stanowiskach i w miejscu, które mu na to pozwoli i miał szansę sprawdzenia się. Widzimy pracę dziennikarzy jako zespół współpracujący ze sobą, ale też specjalizujący się w określonych kanałach medialnych. Brakuje nam dziennikarzy, reporterów, redaktorów. Na pewno ktoś do nas dołączy. Kto gdzie się znajdzie, czy zostanie na swoim stanowisku czy zmieni swoje miejsce w strukturze firmy to zależy od strategii rozwoju spółki oraz osobistych talentów i predyspozycji.

 

Jeśli chodzi o przewidywania internautów to chciałbym powiedzieć, że chcemy ich pozytywnie zaskoczyć i pracujemy nad tym, żeby to była nowa, interesująca odsłona „Gazety Olsztyńskiej” i portali, która mam nadzieję pozytywnie zostanie przyjęta. Nie chcemy nikogo z naszych czytelników utracić, a wielu pozyskać i przekonać do naszej gazety i portali.

 

Rozmawiał Adam Socha

 

 


 

Maciej Matera

Rocznik 1964.  Z wykształcenia jest polonistą i teatrologiem, ukończył też studia biznesowe z zakresu zarządzania i marketingu oraz studia Executive MBA. Jest zawodowym menedżerem – był dyrektorem i prezesem szeregu firm prywatnych i państwowych z różnych branż, a ostatnio m.in. dyrektorem Biura Amunicji i Rakiet w Polskiej Grupie Zbrojeniowej oraz członkiem rad nadzorczych w Wojskowych Zakładach Elektronicznych SA i Energomontażu-Północ Gdynia S.A. We wrześniu został prezesem Grupy WM.

 


 

Kim jest nowy właściciel „Gazety Olsztyńskiej”?

 

Andrzej Senkowski (rocznik 1956) Grupę WM, wydającą m.in. „Gazetę Olsztyńską” i „Dziennik Elbląski”, kupił od prezesa Jarosława Tokarczyka we wrześniu tego roku. Wcześniej, od 1998 roku właścicielem firmy był obywatel Niemiec Xavier Hirtreiter, wówczas prezes Neue Passauer Presse.  W 2019 roku przekazał on spółkę Tokarczykowi, poprzez dobrowolne umorzenie swoich udziałów.

 

Andrzej Senkowski to polski przedsiębiorca z Warszawy, twórca największej w Polsce firmy handlującej zewnętrznymi częściami samochodowymi Polcar, którą tworzył „od zera”, od 1986 roku. Dzisiaj firma posiada centrum logistyczne o pow. 110 tys. m2 w Wólce Kosowskiej k. Warszawy. Firma zatrudnia 600 pracowników. Na witrynie internetowej Polcaru czytamy: „Od momentu założenia po dzień dzisiejszy firma kieruje się chrześcijańską etyką, co przejawia się w indywidualnym podejściu i szacunku do klienta, pracowników jak i do partnerów handlowych”. Właściciel finansował m.in. filmy „Smoleńsk” i „Legiony”.

AS

 

Kiedy dekomunizacja Powązek? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Trwają starania, aby Powązki Wojskowe przeszły – tak jak plac Piłsudskiego w Warszawie, czy Westerplatte w Gdańsku – na własność państwa. Wtedy pojawi się szansa na cywilizowane przeniesienie komunistów na inny cmentarz, najlepiej żołnierzy radzieckich.

 

Podczas uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, organizowanych 1 marca 2021 r. przez Fundację „Łączka” na Powązkach Wojskowych powiedziałem: „Idąc tutaj, na „Łączkę”, jakie groby mijamy? Mauzoleum Bolesława Bieruta, grób Stanisława Radkiewicza, szefa bezpieki. Z jednej strony Jakub Berman, z drugiej słynna Luna Brystigerowa – zbrodniarze, mordercy Żołnierzy Wyklętych. Niedaleko jest też grób Aleksandra Dreja, kata Mokotowa, który 1 marca 1951 r. strzelił w głowę siedmiu wspaniałym Polakom, mężom, ojcom, dowódcom IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość”.

 

„Zasłużeni”

 

W obecności marszałków Sejmu i Senatu, ministrów rządu RP z premierem Mateuszem Morawieckim na czele, a nade wszystko żyjących Żołnierzy Wyklętych (był z nami płk Waldemar Nowakowski „Gacek”) i rodzin Żołnierzy Wyklętych (m.in. Aleksandry MorońHenryki Gruszki – córek Jana Przewoźnika „Rysia”; Waldemara Wrońskiego, siostrzeńca Tadeusza Radwańskiego, „Kostka”; Gabriela Kubackiego, syna Józefa Kubackiego „Wichra”) jako gospodarz uroczystości na „Łączce” zaapelowałem: „Musimy uczynić z całych Powązek wielką narodową nekropolię, polski cmentarz. Pytanie tylko, jak to zrobić. Proponuję, żeby zrobić dokładnie to, co stało się z Placem Piłsudskiego w Warszawie i co stało się z terenem Westerplatte w Gdańsku. Trzeba wywłaszczyć Powązki Wojskowe na rzecz Skarbu Państwa, skoro władze samorządowe, władze Warszawy z tym tematem sobie nie radzą, bo zapewne nie chcą sobie po prostu poradzić”.

 

Mówimy przecież o grobach szczególnych: komunistycznych zbrodniarzy. Tych, którzy po 1945 r. zawłaszczyli polską nekropolię chwały. Bezprawnie, tak jak nielegalna, bo nie pochodząca z wyboru Polaków była ich władza i stanowiska. Taki np. NKWD-zista Bolesław Bierut udawał tylko prezydenta Rzeczpospolitej, a Stanisław Radkiewicz – wspomniany szef bezpieki – przebierał się w mundur polskiego generała. Ci przestępcy, kłamcy i złodzieje wzięli sobie Powązki, tak jak skolonizowali, zrabowali całą Polskę. Mordując polskich niepodległościowców i odzierając z majątku twierdzili, że ich wyzwalają.

 

Po śmierci też domagali się honorów i chowali na ukradzionej polskiej nekropolii. Tak jak zrobił to BierutRadkiewicz. A złożenie doczesnych szczątków wielu z nich w Alei Zasłużonych – prócz Bieruta, np. Władysława Gomułki czy Karola Świerczewskiego – było wyjątkową perfidią, szargającą pamięć polskich żołnierzy – bardzo często ofiar tych komunistycznych przestępców.

 

Wielość komunistów

 

Przypomnę nazwiska innych bolszewickich niegodziwców, którzy nigdy nie powinni byli trafić na ten szczególny polski cmentarz.

 

Komunistyczni marszałkowie:

Marian SpychalskiMichał Rola-Żymierski.

Komunistyczni generałowie, w tym:

Zygmunt Berling, Włodzimierz Oliwa, Józef Urbanowicz, Piotr Jaroszewicz (był także premierem PRL), Franciszek Jóźwiak (również wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant Milicji Obywatelskiej), Bolesław Kieniewicz (także dowódca zbrodniczego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – wzorowanego na wojskach wewnętrznych NKWD), Aleksander Zawadzki (przewodniczący Rady Państwa RPL), Henryk Jabłoński (kolejny przewodniczący Rady Państwa PRL), Włodzimierz Muś (kolejny dowódca KBW), Edward Ochab (tak jak większość pozostałych funkcjonariusz Komunistycznej Partii Polski – poprzedniczki PPR/PZPR), Franciszek Szlachcic (szef komunistycznego MSW).

Szefowie bezpieki:

Stanisław Radkiewicz, Roman Romkowski, Mieczysław Mietkowski, Jan Ptasiński, Konrad Świetlik.

Niżsi rangą ubeccy pałkarze: Anatol Fejgin, Stanisław Łyszkowski, Marian Stróżyński, Edward Umer (rodzony brat Adama Humera).

Krwawi sędziowie:

Józef Badecki, Marian Frenkiel, Władysław Garnowski, Leo Hochberg, Teofil Karczmarz, Roman Kryże, Bronisław Ochnio.

Krwawi prokuratorzy:

Stanisław Zarako-Zarakowski, Henryk Holder, Henryk Ligięza.

Komunistyczne morderczynie:

Julia „Luna” BrystigerAlicja Graff.

 

Ostatnie lata

 

W ostatnich latach Powązki zabarwili na czerwono kolejni komuniści. W 2013 r. obok kwatery „Ł” spoczął w PRL-owski szef MON Florian Siwicki, jeden z architektów inwazji na Czechosłowację i stanu wojennego. Chwilę wcześniej Jan Czapla i Włodzimierz Sawczuk, szefowie Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, i wśród wielu innych komunistycznych dygnitarzy – reprezentantów interesów Moskwy: Eugeniusz Molczyk, zastępca naczelnego dowódcy wojsk Układu Warszawskiego, w razie sowieckiej interwencji szykowany przez Moskwę na dowódcę WP, który chciał zlikwidować „Solidarność” siłą. Z kolei Czapla był wcześniej zastępcą dowódcy ds. politycznych Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który pacyfikował „bandytów”, czyli niepodległościowe podziemie.

 

Obok Tadeusz Pietrzak – w grudniu 1970 r. współdecydował o strzelaniu do polskich robotników, a zbrodniczą karierę rozpoczynał od wymordowania żołnierzy kpt. Henryka Flamego, „Bartka”. W kolumbarium „kat Trójmiasta” Stanisław Kociołek, oraz poprzednik Jerzego UrbanaArtur Starewicz, szef komunistycznej propagandy w latach 1948-1954.

 

Trudno pominąć towarzysza generała Wojciecha Jaruzelskiego – nawet zdaniem sądu III RP – przywódcę związku przestępczego o charakterze zbrojnym. Jego grobu, na którym wyryto (zapewne „towarzyszka panienka”) lapidarne określenie: żołnierz, niezmiennie pilnuje kamera, aby po śmierci – tak jak za życia przypadkiem nic złego mu się nie stało.

 

Krzemień i Gebert

 

O tym wszystkim żurnaliści z „Wyborczej” nie chcą słyszeć. Nie chcą słyszeć, że prawo nie może być budowane na bezprawiu i krzywdzie, szczególnie jeśli nowe porządki były obce – przyniesione na sowieckich czołgach. Czy to tylko środowiskowy uwiąd umysłowy, czy może efekt tego, że na Powązkach leży np. Ignacy Krzemień, wysoki funkcjonariusz krwawej Informacji Wojskowej: komunistycznego kontrwywiadu wojskowego; czy Bolesław Gebert, sowiecki agent, założyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych (resztę mogą Państwo sprawdzić, chociażby w Wikipedii)?

 

W sierpniu 2013 r. „Gazeta Wyborcza” przytoczyła mój apel do prezydenta RP (wówczas był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu Żołnierzy Wyklętych, ekshumowanych przez IPN na „Łączce”. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz. „GW” przytoczyła to na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną.

 

Ale to nie było największe „uchybienie”. Mój apel poparł prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz, a „Gazeta” napisała tylko o wsparciu „prawicowych portali”. Ale potem było jeszcze ciekawiej. Na tych samych łamach rzecznik IPN Andrzej Arseniuk powiedział, że „mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważam za niepotrzebną”. Rozmawiałem potem z panem rzecznikiem, który zapewniał, że o moim apelu z „Wyborczą” w ogóle nie rozmawiał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję”.

 

Mauzoleum

 

Tekst „GW” warto również skonfrontować z tym, co o moim apelu powiedział kierujący wówczas badaniami na „Łączce” prof. Krzysztof Szwagrzyk: „Ta inicjatywa zasługuje na poparcie nas wszystkich. I cieszy mnie dyskusja, co robić ze szczątkami bohaterów. Nie wyobrażam sobie, żeby pogrzeb ofiar komunizmu odnalezionych na „Łączce” nie był wielką państwową uroczystością”.

 

„Wyborczej” pogrzeb bohaterów na „Łączce” musiał się jednak tak bardzo nie podobać, że znów wykorzystała słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły”. Słowa zapewne znów wyrwane z kontekstu, bo prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił wtedy tak: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu”. Dr Kamiński mówił więcej: „na „Łączce” powinno stanąć mauzoleum”.

 

Trzaskowskiego klejenie taśmą

 

Teraz „Gazecie Wyborczej” prezydent Warszawy powiedział, że jest „oburzony”: „Nawet zaborcy nie niszczyli cmentarzy i grobów zmarłych, którzy stawali przeciw nim”. Pan Trzaskowski się myli. Bolszewiccy bandyci niszczyli polskie cmentarze wszędzie, gdzie tylko mogli. Sprofanowali też Powązki Wojskowe, kładąc na tej wyjątkowej narodowej nekropolii swoich komunistycznych towarzyszy – morderców. Niektórych nad kośćmi polskich bohaterów – jak na „Łączce”. Ale dziś nikt nie chce dewastować grobów, zakopywać w bezimiennych dołach, niszczyć szczątków. Tylko w cywilizowany sposób przenieść niegodnych na zwykły cmentarz komunalny.

 

Tymczasem prezydent Warszawy opowiada dalej coś takiego: „kontrowersyjne groby na cmentarzu wojskowym lata temu zostały zasłonięte drzewami”. To w stylu łatania przez pana Trzaskowskiego zniszczonych drzwi taśmą klejącą. Ponadto, prezydent m. st. chyba dawno nie był na Powązkach. Bo gdyby był, wiedziałby, że np. grób Radkiewicza nie jest zasłonięty żadnymi drzewami. Podobnie innych czerwonych faszystów: „Luny” Brystiger, Franciszka Jóźwiaka, czy oprawców – morderców sądowych rtm Witolda Pileckiego: „prokuratora” Czesława Łapińskiego i „sędziego” Józefa Badeckiego. Grób „godnego” następcy stalinowców: tow. Jaruzelskiego też nie jest zasłonięty – przecież nie widziałaby go wtedy i nie mogła ochronić cmentarna kamera. Mogę zresztą p. Trzaskowskiemu wymienić dziesiątki podobnych nazwisk komunistycznych zbrodniarzy profanujących polski cmentarz. Ale właściwie po co, skoro twardo ich broni.

 

„Marchlewski?

Nie wyobrażam sobie”

 

„Gazecie Wyborczej” pomysł repolonizacji Powązek nie podoba się „od zawsze”. 1 sierpnia 2016 r. donosiła, że mauzoleum ober-mordercy Bieruta zostało „zdewastowane”. „Dewastacja” polegała na napisaniu na płycie – czerwoną farbą słowa KAT. Aby do takiego „szargania autorytetów” nie dochodziło, zawołajmy jeszcze raz: oczyśćmy Powązki z komunistów. Wszystkich i jak najszybciej! Bo to jest polski cmentarz.

 

Na tym nie koniec. W tekście „Dekomunizacja grobów na Powązkach Wojskowych. Chcą usunąć Bieruta i Marchlewskiego” 8 listopada 2017 r. dziennikarz organu z ul. Czerskiej Tomasz Urzykowski napisał: „O dekomunizacji Cmentarza Wojskowego na Powązkach z szefem Instytutu Pamięci Narodowej rozmawiał w poniedziałek w TVP Info Tadeusz Płużański, prawicowy publicysta, zwolennik usunięcia z tej nekropolii grobów komunistycznych dygnitarzy”.

 

Dalej cytują mój dialog z dr Jarosławem Szarkiem:

Czy ci zbrodniarze nadal powinni tam leżeć, czy jednak powinniśmy ich stamtąd wynieść, przy zachowaniu cywilizacyjnych procedur? – zapytał Tadeusz Płużański.

– Nie wyobrażam sobie, żeby z jednej strony obchodzić stulecie wiktorii nad Wisłą, odzyskania niepodległości i walki o nią, a z drugiej strony, w tym samym czasie, na cmentarzu Powązkowskim istniało mauzoleum Juliana Marchlewskiego i Bolesława Bieruta – odpowiedział prezes IPN Jarosław Szarek”.

 

Niestety, stulecie zwycięstwa nad bolszewikami minęło, a na Powązkach wciąż w mauzoleach leżą Marchlewski i Bierut. I setki innych komunistycznych zbrodniarzy.

 

Zarząd cmentarza

się nie zgadza

 

W tym samym wydaniu „Wyborczej” mogliśmy zapoznać się z takim, nieco wikipedyjnym passusem o Powązkach: „Po wojnie cmentarz stał się najważniejszą nekropolią ówczesnych władz. Przy głównej alei i w jej pobliżu wyrosły grobowce komunistycznych działaczy i wojskowych: Juliana Marchlewskiego, Bolesława Bieruta, gen. Karola Świerczewskiego, Władysława Gomułki i wielu innych. Chowano tu także ludzi kultury, sztuki, nauki i sportu, m.in.: Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Xawerego Dunikowskiego, Arnolda Szyfmana, Feliksa Stamma. W czasach stalinowskich na obrzeżu Wojskowych Powązek potajemnie grzebano mordowanych przez bezpiekę żołnierzy AK i powojennego podziemia antykomunistycznego. Obecnie na cmentarzu odbywają się pogrzeby osób o szczególnych zasługach dla Polski”. „GW” „zapomniała” dodać, że za rządów prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz wciąż chowano na cmentarzu niegodnych.

 

Ale „obiektywnie” już było, potem należało przyłożyć. I tak „GW” nie pozostawiła suchej nitki na pomyśle „usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów”, podpierając się opiniami sprawdzonych kombatantów. Oczywiście Leszek Żukowski, ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK, stwierdził, że „nie wyobraża sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów”.

 

„Wyborcza” zasłoniła się również „aspektem prawnym”. Że przeniesienia nie przewidują takie a takie przepisy, co skwapliwie potwierdziła m.in. rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych – właściciela Powązek z ramienia m.st. Warszawy: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Z czerwonego kapelusza

 

Dlaczego opinia Zarządu Cmentarzy Komunalnych jest tu istotna? Bo Powązki Wojskowe są cmentarzem wojskowym tylko z nazwy, a właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. I o pochówkach decyduje prezydent Warszawy, względnie osoba przez nią upoważniona. Wystarczy, aby stalinowiec czy inny komunistyczny decydent posiadał stopień generała lub był odznaczony Orderem Virtuti Militari.

 

Problem z pochówkiem „zasłużonego” towarzysza może się pojawić jedynie wówczas, gdy denat został pozbawiony praw publicznych, stopnia wojskowego lub skazany prawomocnym wyrokiem sądu. Jak wiadomo, w III RP nawet najbardziej haniebne, zbrodnicze czyny komunistów nie zostały napiętnowane, a tym bardziej osądzone. Dzięki okrągłostołowej abolicji. Mordercy byli szanowani za życia, honorowani także po śmierci. I znów z czerwonego kapelusza wyskakuje nam towarzysz generał Jaruzelski. Ten pierwszy człowiek Moskwy w PRL został pochowany na Powązkach w 2014 r. ze szczególnymi honorami, asystą wojskową, przemówieniami prominentnych przedstawicieli magdalenkowych pseudoelit. Wielu Polaków poczuło wówczas, jakby dostało w twarz.

 

Dlatego łatwo nie będzie. Szansa w tym, że orędownikiem dekomunizacji Powązek Wojskowych przez lata wydawał się być Instytut Pamięci Narodowej, a otwarcie o takiej konieczności mówi Jan Józef Kasprzyk, szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. To może jednak się uda?

 

Tadeusz Płużański