Sąd Najwyższy uniewinnił red. Marcina Rolę pozwanego z art. 212 kk. CMWP SDP broniło dziennikarza

13 października br. Sąd Najwyższy uniewinnił red. Marcina Rolę, red. nacz.  telewizji internetowej wRealu24 .pl od zarzutu zniesławienia jednej z uczestniczek tzw. „czarnego piątku”  w 2018 r. Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP, które na etapie rozprawy apelacyjnej przedstawiło w Sądzie swoje stanowisko w obronie dziennikarza. 

 

Red. Marcin Rola został oskarżony o przestępstwo z art. 216 § 2 k.k., które miało polegać na użyciu w mediach słów powszechnie uznanych za obelżywe wobec uczestniczki protestów w ramach tzw. „czarnego piątku”, czyli pikiety środowisk feministycznych popierających aborcję. Protest był odpowiedzią na obywatelski projekt ustawy „Zatrzymaj aborcję”, zmieniający prawo pod kątem zwiększenia ochrony życia chorych dzieci. Akt oskarżenia wniosła osoba prywatna. Wyrokiem Sądu Rejonowego w Toruniu – II Wydział karny,  red. Marcin Rola został skazany z art. 212 § 1 i 2 k.k. za przestępstwo pomówienia (sąd w ten sposób zmienił kwalifikację prawną zarzutu oskarżenia). Wymierzono mu karę 3 miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania pracy na cele społeczne, zobowiązując do zapłaty nawiązki 10 tys. zł na PCK, zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, zwrotu kosztów oraz przeproszenia. Od powyższego wyroku pełnomocnicy procesowi M. Roli wnieśli apelację.

 

Wtedy Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności  w zakresie wolności słowa.  CMWP SDP stało na stanowisku, iż  wyrok Sądu I Instancji nie powinien się ostać w obrocie prawnym, gdyż przyczyniałby się do niszczenia wolnej debaty i  godził w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, którym jest wolność słowa i mediów. Dlatego CMWP SDP przekazało do Sądu  odwoławczego  (Sąd Okręgowy w Toruniu) opinię w obronie oskarżonego dziennikarza, a potem do Sądu Najwyższego.

 

Sąd Najwyższy uwzględnił w całości skargę i uchylił skazujący wyrok. Jak większość spraw  z art. 212 kk ,  proces red. Marcina Roli odbywał się w trybie niejawnym.

 

W Sądzie Rejonowym  w Toruniu red. Marcina Rolę skazał sędzia Jędrzej Czerwiński, który był w tym samym czasie rzecznikiem toruńsko-włocławskiego stowarzyszenia Iustitia.

 

W opisanych rozprawach dziennikarza reprezentowali: mec. Monika Brzozowska-Pasieka oraz mec. Jarosław Litwin.

 

Więcej na ten temat TUTAJ.

 

Odszedł Marek Pawłowicz

Żegnamy Marka Pawłowicza, dziennikarza, wieloletniego członka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 


 

Śp. Marek Pawłowicz

dziennikarz

 

Polonista po Uniwersytecie Warszawskim, przez ponad 50 lat reporter i publicysta. Syn oficera zabitego w Katyniu. Po 13 grudnia nie chciał pracować w reżimowych mediach. Działał w duszpasterstwie środowisk twórczych – w jego garażu na Wiśniowej był magazynek produktów spożywczych i higienicznych dla pozbawionych pracy dziennikarzy. Był bardzo lubiany, pogodny, elegancki i życzliwy ludziom. Łagodził spory w naszym środowisku. Walczył do końca ze straszną chorobą. Pozostanie w naszej pamięci.

 

Przyjaciele ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

Msza święta pogrzebowa odbędzie się 19 października o godz. 13:00 w Kościele pw. Św. Karola Boroneusza w Warszawie, po której nastąpi wyprowadzenie zwłok do grobu rodzinnego.

 


 

Jesteśmy na siebie skazani – WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI o relacjach między rzecznikami prasowymi a dziennikarzami

Głośny przypadek Anny Michalskiej, rzeczniczki prasowej Straży Granicznej, słusznie według mnie skrytykowanej za sposób odpowiadania na pytania dziennikarzy, przypomniał mi moje wcześniejsze kontakty z rzecznikami prasowymi różnych instytucji, a także pobudził mnie do ponownego zastanowienia się nad pryncypiami tego zajęcia. Niewdzięcznego zajęcia.

 

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że rzecznik to nie dziennikarz, chociaż wymaga się od niego przynajmniej jako takiej ogłady dziennikarskiej, jeśli takie pojęcie w ogóle istnieje. Musi, mówiąc w uproszczeniu, czuć media, znać potrzeby dziennikarzy, rozumieć w jakim celu zadają oni pytania i cały czas pamiętać, że świętym obowiązkiem „pismaków” jest szukanie dziury w całym, bycie podejrzliwym i dociekliwym. Sorry, kochani rzecznicy i rzeczniczki, taki mamy zawód. Nie pytamy z czczej ciekawości, ale w imieniu czytelników, opinii publicznej. Z drugiej strony, rzecznik musi zdawać sobie sprawę z tego, że jest medialnym głosem swego szefa, że przemawia w jego imieniu, a nie w swoim i że tylko do niego dostęp ma dziennikarz, więc pyta.

 

Pamiętam jak kilka lat temu w Licheniu na konferencji dla dziennikarzy z cyklu „Kościół bez tajemnic” ksiądz Józef Kloch, ówczesny rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, podawał wręcz łopatologiczną instrukcję obsługi sytuacji trudnych przez rzeczników Kurii i innych instytucji kościelnych. W tamtych czasach trudnymi sytuacjami dla Kościoła było wypływanie informacji o współpracy księży, a nawet wysokich dostojników, z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Co radził ks. Kloch? Przede wszystkim – nie uciekać od problemu, nie bagatelizować go, nie udawać, że go nie ma, lecz się z nim zmierzyć. Przytoczył powiedzenie, ponoć popularne wśród duchowieństwa: „Jest problem, więc zróbmy procesję”. Nie, powiadał Kloch, takie działanie prowadzi donikąd. Tylko jasne i odważne przedstawienie problemu i podanie jego rozwiązania jest skuteczne. Pani Anny Michalskiej na tym szkoleniu na pewno nie było…

 

Rzecznik prasowy to zajęcie niewdzięczne, jak zauważyłem już wyżej. Przede wszystkim z tego powodu, że jest on między młotem i kowadłem: musi reprezentować swojego szefa nawet wtedy, gdy osobiście nie zawsze podziela jego poglądy. Mówiąc wprost: musi czasem kłamać (zdarza się to rzadko), albo nie mówić całej prawdy, przemilczać ją, jeśli wymaga tego szef lub interes instytucji, której rzecznikuje (sytuacja występująca bardzo często). Praca rzecznika, zwłaszcza służb mundurowych, to coś w rodzaju ciuciubabki, z której natury zdają sobie sprawę obie strony informacyjnej barykady: rzecznik wie więcej niż mówi i może powiedzieć, a dziennikarz zdaje sobie z tego sprawę, ale dla dobra swojego artykułu mimo wszystko stara się wydrzeć jak najwięcej. Mądrość rzecznika tkwi według mnie, chociaż nigdy nim nie byłem, w tym, że potrafi przekazywać informacje w taki sposób, że wydają się być pełne i wiarygodne. Na wszelki przypadek będąc rzecznikiem zostawiłbym sobie zawsze coś w zanadrzu, coś co mogę podać dodatkowo, „tylko dla pani lub pana”, a co nie naraziłoby mnie na reprymendę szefa, że powiedziałem za dużo. No cóż, w każdym zawodzie trzeba sobie jakoś radzić…

 

Waldemar Śliwczyński

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Monika Odrobińska

ODCINEK 10.  Z Moniką Odrobińską, dziennikarką, reportażystką, autorką książki „Dzieci wygnane. Tułacze losy małych Polaków w czasie II wojny światowej” rozmawia Barbara Sułek-Kowalska.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

 

 

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Barbara Sułek-Kowalska

ODCINEK 9.  Z Barbarą Sułek-Kowalską, dziennikarką, autorką książek, wykładowczynią na Uniwersytecie Warszawskim rozmawia Elżbieta Ruman.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

 

 

 

 

Nie zwolniliśmy żadnego dziennikarza – rozmowa z MACIEJEM MATERĄ, prezesem spółki wydającej „Gazetę Olsztyńską”

Andrzej Senkowski nie patrzy na Grupę WM jak na inwestycję finansową czy na dywersyfikację swojej działalności biznesowej, jego ideą było ratowanie zasłużonej dla Warmii i Mazur gazety, ze 135-letnią tradycją – mówi Maciej Matera, prezes Grupy WM, wydającej „Gazetę Olsztyńską” w rozmowie z Adamem Sochą.

 

Presserwis podał, że po zmianie właściciela „Gazeta Olsztyńska” obniży od października pracownikom pensje o 10 proc, na pół roku. Powołał się na anonimowych dziennikarzy, którzy mieli powiedzieć, że nowy właściciel uzasadnia to trudną sytuację firmy. Informator Presserwisu twierdzi, że obecnie dziennikarze zarabiają 2500 złotych „na rękę”, stażyści dostają tyle samo co dziennikarze z długoletnim stażem. Atmosfera jest przygnębiająca, pracownicy obawiają się zwolnień. Co z tych informacji może pan potwierdzić?

 

Muszę zacząć od tego, że ratujemy „Gazetę Olsztyńską”. W chwili kupna Grupy WM wydawcy tej gazety przez prywatnego inwestora pana Andrzeja Senkowskiego była ona w fatalnej sytuacji finansowej i groziły jej najgorsze scenariusze. Kupno firmy przez pana Andrzeja Senkowskiego  uratowało „Gazetę Olsztyńską”. Dane podawane przez Presserwis dotyczące wynagrodzeń to obraz jej historii. My skupiamy się na jej przyszłości, w której nie planujemy zwolnień dziennikarzy i nie zwolniliśmy żadnego dziennikarza. Oczywiście mogą być pojedyncze przypadki, np. stażystom kończą się umowy, albo ktoś z różnych powodów chce od nas odejść. Ale to są indywidualne sprawy.

 

Wirtualnemedia.pl podały, że Grupa WM w 2020 roku odnotowała 3,99 mln zł straty, a średnia sprzedaż egzemplarzowa „Gazety Olsztyńskiej” spadła do 4 tys. Czy może pan potwierdzić te informacje?

 

Potwierdzam, że firma w 2020 r. (przed naszym „przyjściem”) zanotowała stratę w wysokości 3,994 mln zł czyli jednego miesiąca traciła średnio ponad 300 tyś zł. Dlatego w pierwszej kolejności dokapitalizowaliśmy spółkę, aby poprawić jej płynność finansową, następnie koncentrujemy się na zmianie jej sposobu funkcjonowania, tak aby jak najszybciej przerwać generowanie przez nią tak dużych strat. Jeśli chodzi o sprzedaż gazet, to był to spadek ponad 20 proc. Według najnowszych danych Polskich Badań Czytelnictwa średnia dzienna sprzedaż „Gazety Olsztyńskiej” i „Dziennika Elbląskiego” to 4343 egz. Ratujemy „Gazetę”, odbywa się to w sposób nie zakłócający jej regularnego wydawania. Już wiemy, że nie zaliczymy ani jednego dnia przestoju. Musieliśmy się bardzo spieszyć, bo reaktywowanie tytułu, po kilku tygodniach czy miesiącach nieistnienia na rynku, wymagałaby bardzo dużych nakładów finansowych. W tej chwili mogę powiedzieć, że spółka jest na bezpiecznej ścieżce. Wyniki września pokazują, że osiągamy zamierzone cele i poprawiamy wyraźnie sytuację firmy.

 

Powrócę do pierwotnego pytania, czy w ramach szukania oszczędności nastąpiła redukcja zatrudnienia i obcięcie zarobków?

 

Staramy się robić przekształcenia bez zwolnień pracowników. Odejścia wynikają z naturalnych ruchów kadrowych. Niektóre osoby osiągnęły np. wiek emerytalny, ale akurat dziennikarzy, którzy w przyszłym roku osiągną wiek emerytalny, chcielibyśmy w większości zatrzymać w firmie, żeby młodzi korzystali z ich doświadczenia. Było sporo umów kontraktowych, które wygasły we wrześniu. I z tego tytułu może powstało wrażenie, że zwalniamy pracowników. A my po prostu przeanalizowaliśmy zasadność tych umów w kontekście rozwoju i nowych potrzeb firmy i niektórych z nich nie przedłużyliśmy. To jest duża firma medialna: gazeta codzienna, tygodnik w każdym mieście powiatowym, redakcja internetowa, drukarnia, telewizja internetowa, działalność eventowa, to wszystko generuje bardzo duże koszty stałe. Nasza filozofia zarządzania jest inna od dotychczasowej. Chcemy promować kreatywne i efektywne zaangażowanie pracowników, dlatego wdrożyliśmy nowy system motywacyjny, w którym były redukcje w wynagrodzeniach w części zasadniczej, bo bez tego wyprowadzenie firmy z permanentnego generowania strat byłoby niemożliwe. Natomiast nie zmniejszyliśmy prowizji, funduszu honoraryjnego dziennikarzy oraz stworzyliśmy nowy dodatkowy sposób premiowania. W nowym systemie wynagrodzenia najlepsi dziennikarze i inni pracownicy mają szansę zarabiać znacznie lepiej niż poprzednio. Jestem pewien, że wielu pracowników na tym skorzysta.

 

Ilu zatem dziennikarzy pracowało w koncernie w chwili zakupu spółki, ilu odeszło do dzisiaj? Czy dziennikarze mają zatrudnienie na etat i jakie jest średnie wynagrodzenie netto dziennikarzy?

 

Obecnie jest u nas zatrudnionych ponad 60 dziennikarzy. W tym zdecydowana większość na  umowy o pracę. Niewielka część współpracuje z nami okazjonalnie. O nowych zarobkach dziennikarzy będziemy mogli porozmawiać za trzy miesiące jak wdrożone mechanizmy zaczną przynosić efekty. Zwalniający się dziennikarz, a był to jednostkowy przypadek, dotyczył podjęcia decyzji jeszcze przed zakupem firmy.

 

W jakim celu Andrzej Senkowski kupił koncern prasowy? To nie jego branża. Znawcy rynku medialnego raczej spodziewali się, że tytuł kupi Orlen, żeby domknąć swój portfel wydawniczy.

 

Ideą pana Andrzeja Senkowskiego było ratowanie zasłużonej dla Warmii i Mazur gazety, ze 135-letnią tradycją, aby służyła całej społeczności tego regionu. Pan Andrzej Senkowski nie patrzy na Grupę WM jak na inwestycję finansową czy na dywersyfikację swojej działalności biznesowej, ale oczywiście to nie oznacza, że firma ma generować straty. W końcu jest spółką prawa handlowego. Pan Andrzej Senkowski wykupił i dokapitalizował firmę i uratował ją przed najgorszymi scenariuszami.

 

W krótkiej rozmowie ze mną Andrzej Senkowski poinformował, że gazety koncernu będą niezależne. Według informacji, które przekazał mi jeden z byłych naczelnych „Gazety Olsztyńskiej” (było to kilkanaście lat temu) ¾ dochodów biura reklamy stanowiły ogłoszenia samorządów, urzędów i instytucji państwowych. To sprawiło, że „Gazeta” zamieniła się w swoisty słup ogłoszeniowy dla polityków (np. od lat na łamach „GO” trwa nieustający festiwal marszałka województwa, zarazem prezesa wojewódzkiego komitetu PSL, za pieniądze podatników). Ogłoszeniodawcy (politycy i biznesmeni) byli objęci swoistym immunitetem, a szefowa biura reklamy potrzebowała artykułów, tylko jako „wypełniaczy” miejsc nie zajętych przez reklamy. Doprowadziło to do utraty wiarygodności gazet koncernu w oczach czytelników. Jeden z redaktorów lokalnego portalu obywatelskiego nazwał publicznie gazety koncernu „szmatami”, bo są tubą władzy i sąd stwierdził, że miał prawo do takiej opinii. Jak więc zamierza pan odzyskać wiarygodność gazet w oczach czytelników i zapewnić dziennikarzom niezależność? Bo niezależne dziennikarstwo polega na  patrzeniu władzy na ręce, ale wiąże się z ryzykiem utraty części ogłoszeniodawców. Niezależność dziennikarza wyraża się też w godnej pensji.

 

O godnym wynagrodzeniu już powiedziałem – dążymy do tego i w niedalekiej przyszłości tak będzie się dziać. Skupiamy się na obecnej chwili i przyszłości. Proporcje w strukturze przychodów podane przez pana redaktora pochodzą z opinii, a nie z aktualnych twardych danych finansowych i naszych analiz. Na dzień dzisiejszy rynek komercyjny, a więc nie instytucji samorządowych i państwowych, ale przedsiębiorstw, tzw. drobnych ogłoszeń, wpływów z usług drukarskich i eventów stanowi dużo większą pozycję. Zbieraliśmy opinie o „Gazecie” przed transakcją i wsłuchujemy się również teraz w wyrażane o niej opinie w sposób wnikliwy. Wierzymy w rzetelne dziennikarstwo i prowadzenie gazety obiektywnej na możliwie najwyższym poziomie merytorycznym. Jedną z pierwszych moich decyzji było „wyjęcie” redakcji ze struktur pośrednich i obecnie redakcja bezpośrednio podlega pod prezesa firmy. Dziennikarzom daliśmy swobodę tworzenia, nie ingerujemy w teksty, nie ma żadnej cenzury. Oczywiście gazeta jak każdy produkt na rynku, choć specyficzny, podlega regułom rynkowym tzn. musi mieć swoich odbiorców, być potrzebna, czytana, sprzedawać się, ale też musi mieć reklamodawców. Najważniejszą cechą „Gazety Olsztyńskiej” jest działanie na rynku lokalnym Warmii i Mazur. Chcielibyśmy rzetelnie informować naszych czytelników o sprawach regionu. Politykom i samorządowcom „trzeba patrzeć na ręce”, jak pan redaktor przywołał często spotykane stwierdzenie. Taka jest rola mediów, jeśli chcą wspierać demokrację.  Ale jest też inna rola – należy opisywać rzetelnie rzeczywistość i jeśli politycy i samorządowcy realizują pozytywne i dobre inicjatywy dla społeczeństwa, na których wszyscy korzystamy to należy je również opisywać. Natomiast jest jeszcze inny aspekt tych spraw. W dzisiejszych czasach z samej informacji jest trudno mediom „wyżyć”. Obecne media mają też inne funkcje jak rozrywka, edukacja itp. A zatem opisywanie polityki, zwłaszcza w mediach lokalnych, nie jest elementem wiodącym. Z drugiej strony powstało dużo portali zajmujących się tylko sferą polityki i czytelnik, który się bardziej interesuje zagadnieniami politycznymi ma do tych informacji czy opinii swobodny dostęp. Niekoniecznie czerpie wiedzę na ten temat z portali regionalnych czy gazet regionalnych. Proszę zwrócić uwagę, że portale zajmujące się polityką  mają zasięg nieograniczony niczym, nawet językiem, zwłaszcza przy coraz lepszych tłumaczeniach elektronicznych. Rynek lokalny jest z punktu widzenia marketingu zbyt płytki, aby mógł utrzymać gazetę „polityczną”. My nie jesteśmy gazetą polityczną, „żyjącą” z polityki, chociaż o polityce na pewno będziemy też pisać. Dlatego chcielibyśmy raczej podnieść jej poziom merytoryczny, wzbogacić tematykę, przedstawiać różne idee i wejść w swoistą interakcję i więź z naszymi czytelnikami. Mieszkańcy Warmii i Mazur zasługują na obiektywną i interesującą gazetę o możliwie najwyższym poziomie dziennikarskim. Oczywiście o wszystkim nie damy rady pisać, bo nie mamy tak licznego zespołu, jak gazety ogólnopolskie, dlatego chcemy się skupiać na poruszanie najpoważniejszych problemów regionu, ale na pewno chcemy opisywać również ważne wydarzenia krajowe  i zjawiska ogólnoświatowe, które wywierają wpływ na każdego z nas. Jesteśmy przecież świadkami wielkich wyzwań cywilizacyjnych w świecie w praktyce na każdym polu. Chcemy też otworzyć łamy naszych gazet dla dziennikarzy freelancerów.

 

W gazetach Polska Press po przejęciu przez Orlen niemal natychmiast zmieniono naczelnych, pan takiej decyzji nie podjął. Zastanawia też pozostawienie w firmie państwa Tokarczyków na stanowiskach dyrektorskich. Z moich rozmów z byłymi pracownikami „Gazety” wynika, że to ich sposób zarządzania firmą i pracownikami doprowadził ją na skraj upadku. Komentujący na forach internetowych odbierają to jako zapowiedź kontynuacji polityki koncernu, z pewną korektą, tzn. marszałek będzie musiał trochę się posunąć na łamach „Gazety Olsztyńskiej” i zrobić miejsce także dla polityków PiS-u oraz więcej będzie tematyki kościelnej. Czy przewidywania internautów są trafne?

 

Szanujemy wszystkich naszych pracowników, chcemy się najpierw przyjrzeć ich pracy w nowej odsłonie „Gazety”,  a dopiero potem podejmować decyzje personalne. Branża medialna podlega szybkim zmianom. Nasza „Gazeta” i portale też się będą zmieniać, a tym samym jest szansa na tworzenie się nowych miejsc pracy np. w dziennikarstwie internetowym. Gazety drukowane ustąpiły dużo ze swojej pozycji na rzecz internetu. To jest oczywiste. Choć uważam osobiście i mam nadzieję, że gazety drukowane nie znikną tak szybko, to przecież musimy być elastyczni w zarządzaniu i sprostać nowym wyzwaniom. Chcielibyśmy, żeby każdy pracownik swoje talenty rozwijał w pracy na stanowiskach i w miejscu, które mu na to pozwoli i miał szansę sprawdzenia się. Widzimy pracę dziennikarzy jako zespół współpracujący ze sobą, ale też specjalizujący się w określonych kanałach medialnych. Brakuje nam dziennikarzy, reporterów, redaktorów. Na pewno ktoś do nas dołączy. Kto gdzie się znajdzie, czy zostanie na swoim stanowisku czy zmieni swoje miejsce w strukturze firmy to zależy od strategii rozwoju spółki oraz osobistych talentów i predyspozycji.

 

Jeśli chodzi o przewidywania internautów to chciałbym powiedzieć, że chcemy ich pozytywnie zaskoczyć i pracujemy nad tym, żeby to była nowa, interesująca odsłona „Gazety Olsztyńskiej” i portali, która mam nadzieję pozytywnie zostanie przyjęta. Nie chcemy nikogo z naszych czytelników utracić, a wielu pozyskać i przekonać do naszej gazety i portali.

 

Rozmawiał Adam Socha

 

 


 

Maciej Matera

Rocznik 1964.  Z wykształcenia jest polonistą i teatrologiem, ukończył też studia biznesowe z zakresu zarządzania i marketingu oraz studia Executive MBA. Jest zawodowym menedżerem – był dyrektorem i prezesem szeregu firm prywatnych i państwowych z różnych branż, a ostatnio m.in. dyrektorem Biura Amunicji i Rakiet w Polskiej Grupie Zbrojeniowej oraz członkiem rad nadzorczych w Wojskowych Zakładach Elektronicznych SA i Energomontażu-Północ Gdynia S.A. We wrześniu został prezesem Grupy WM.

 


 

Kim jest nowy właściciel „Gazety Olsztyńskiej”?

 

Andrzej Senkowski (rocznik 1956) Grupę WM, wydającą m.in. „Gazetę Olsztyńską” i „Dziennik Elbląski”, kupił od prezesa Jarosława Tokarczyka we wrześniu tego roku. Wcześniej, od 1998 roku właścicielem firmy był obywatel Niemiec Xavier Hirtreiter, wówczas prezes Neue Passauer Presse.  W 2019 roku przekazał on spółkę Tokarczykowi, poprzez dobrowolne umorzenie swoich udziałów.

 

Andrzej Senkowski to polski przedsiębiorca z Warszawy, twórca największej w Polsce firmy handlującej zewnętrznymi częściami samochodowymi Polcar, którą tworzył „od zera”, od 1986 roku. Dzisiaj firma posiada centrum logistyczne o pow. 110 tys. m2 w Wólce Kosowskiej k. Warszawy. Firma zatrudnia 600 pracowników. Na witrynie internetowej Polcaru czytamy: „Od momentu założenia po dzień dzisiejszy firma kieruje się chrześcijańską etyką, co przejawia się w indywidualnym podejściu i szacunku do klienta, pracowników jak i do partnerów handlowych”. Właściciel finansował m.in. filmy „Smoleńsk” i „Legiony”.

AS

 

Kiedy dekomunizacja Powązek? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Trwają starania, aby Powązki Wojskowe przeszły – tak jak plac Piłsudskiego w Warszawie, czy Westerplatte w Gdańsku – na własność państwa. Wtedy pojawi się szansa na cywilizowane przeniesienie komunistów na inny cmentarz, najlepiej żołnierzy radzieckich.

 

Podczas uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, organizowanych 1 marca 2021 r. przez Fundację „Łączka” na Powązkach Wojskowych powiedziałem: „Idąc tutaj, na „Łączkę”, jakie groby mijamy? Mauzoleum Bolesława Bieruta, grób Stanisława Radkiewicza, szefa bezpieki. Z jednej strony Jakub Berman, z drugiej słynna Luna Brystigerowa – zbrodniarze, mordercy Żołnierzy Wyklętych. Niedaleko jest też grób Aleksandra Dreja, kata Mokotowa, który 1 marca 1951 r. strzelił w głowę siedmiu wspaniałym Polakom, mężom, ojcom, dowódcom IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość”.

 

„Zasłużeni”

 

W obecności marszałków Sejmu i Senatu, ministrów rządu RP z premierem Mateuszem Morawieckim na czele, a nade wszystko żyjących Żołnierzy Wyklętych (był z nami płk Waldemar Nowakowski „Gacek”) i rodzin Żołnierzy Wyklętych (m.in. Aleksandry MorońHenryki Gruszki – córek Jana Przewoźnika „Rysia”; Waldemara Wrońskiego, siostrzeńca Tadeusza Radwańskiego, „Kostka”; Gabriela Kubackiego, syna Józefa Kubackiego „Wichra”) jako gospodarz uroczystości na „Łączce” zaapelowałem: „Musimy uczynić z całych Powązek wielką narodową nekropolię, polski cmentarz. Pytanie tylko, jak to zrobić. Proponuję, żeby zrobić dokładnie to, co stało się z Placem Piłsudskiego w Warszawie i co stało się z terenem Westerplatte w Gdańsku. Trzeba wywłaszczyć Powązki Wojskowe na rzecz Skarbu Państwa, skoro władze samorządowe, władze Warszawy z tym tematem sobie nie radzą, bo zapewne nie chcą sobie po prostu poradzić”.

 

Mówimy przecież o grobach szczególnych: komunistycznych zbrodniarzy. Tych, którzy po 1945 r. zawłaszczyli polską nekropolię chwały. Bezprawnie, tak jak nielegalna, bo nie pochodząca z wyboru Polaków była ich władza i stanowiska. Taki np. NKWD-zista Bolesław Bierut udawał tylko prezydenta Rzeczpospolitej, a Stanisław Radkiewicz – wspomniany szef bezpieki – przebierał się w mundur polskiego generała. Ci przestępcy, kłamcy i złodzieje wzięli sobie Powązki, tak jak skolonizowali, zrabowali całą Polskę. Mordując polskich niepodległościowców i odzierając z majątku twierdzili, że ich wyzwalają.

 

Po śmierci też domagali się honorów i chowali na ukradzionej polskiej nekropolii. Tak jak zrobił to BierutRadkiewicz. A złożenie doczesnych szczątków wielu z nich w Alei Zasłużonych – prócz Bieruta, np. Władysława Gomułki czy Karola Świerczewskiego – było wyjątkową perfidią, szargającą pamięć polskich żołnierzy – bardzo często ofiar tych komunistycznych przestępców.

 

Wielość komunistów

 

Przypomnę nazwiska innych bolszewickich niegodziwców, którzy nigdy nie powinni byli trafić na ten szczególny polski cmentarz.

 

Komunistyczni marszałkowie:

Marian SpychalskiMichał Rola-Żymierski.

Komunistyczni generałowie, w tym:

Zygmunt Berling, Włodzimierz Oliwa, Józef Urbanowicz, Piotr Jaroszewicz (był także premierem PRL), Franciszek Jóźwiak (również wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant Milicji Obywatelskiej), Bolesław Kieniewicz (także dowódca zbrodniczego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – wzorowanego na wojskach wewnętrznych NKWD), Aleksander Zawadzki (przewodniczący Rady Państwa RPL), Henryk Jabłoński (kolejny przewodniczący Rady Państwa PRL), Włodzimierz Muś (kolejny dowódca KBW), Edward Ochab (tak jak większość pozostałych funkcjonariusz Komunistycznej Partii Polski – poprzedniczki PPR/PZPR), Franciszek Szlachcic (szef komunistycznego MSW).

Szefowie bezpieki:

Stanisław Radkiewicz, Roman Romkowski, Mieczysław Mietkowski, Jan Ptasiński, Konrad Świetlik.

Niżsi rangą ubeccy pałkarze: Anatol Fejgin, Stanisław Łyszkowski, Marian Stróżyński, Edward Umer (rodzony brat Adama Humera).

Krwawi sędziowie:

Józef Badecki, Marian Frenkiel, Władysław Garnowski, Leo Hochberg, Teofil Karczmarz, Roman Kryże, Bronisław Ochnio.

Krwawi prokuratorzy:

Stanisław Zarako-Zarakowski, Henryk Holder, Henryk Ligięza.

Komunistyczne morderczynie:

Julia „Luna” BrystigerAlicja Graff.

 

Ostatnie lata

 

W ostatnich latach Powązki zabarwili na czerwono kolejni komuniści. W 2013 r. obok kwatery „Ł” spoczął w PRL-owski szef MON Florian Siwicki, jeden z architektów inwazji na Czechosłowację i stanu wojennego. Chwilę wcześniej Jan Czapla i Włodzimierz Sawczuk, szefowie Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, i wśród wielu innych komunistycznych dygnitarzy – reprezentantów interesów Moskwy: Eugeniusz Molczyk, zastępca naczelnego dowódcy wojsk Układu Warszawskiego, w razie sowieckiej interwencji szykowany przez Moskwę na dowódcę WP, który chciał zlikwidować „Solidarność” siłą. Z kolei Czapla był wcześniej zastępcą dowódcy ds. politycznych Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który pacyfikował „bandytów”, czyli niepodległościowe podziemie.

 

Obok Tadeusz Pietrzak – w grudniu 1970 r. współdecydował o strzelaniu do polskich robotników, a zbrodniczą karierę rozpoczynał od wymordowania żołnierzy kpt. Henryka Flamego, „Bartka”. W kolumbarium „kat Trójmiasta” Stanisław Kociołek, oraz poprzednik Jerzego UrbanaArtur Starewicz, szef komunistycznej propagandy w latach 1948-1954.

 

Trudno pominąć towarzysza generała Wojciecha Jaruzelskiego – nawet zdaniem sądu III RP – przywódcę związku przestępczego o charakterze zbrojnym. Jego grobu, na którym wyryto (zapewne „towarzyszka panienka”) lapidarne określenie: żołnierz, niezmiennie pilnuje kamera, aby po śmierci – tak jak za życia przypadkiem nic złego mu się nie stało.

 

Krzemień i Gebert

 

O tym wszystkim żurnaliści z „Wyborczej” nie chcą słyszeć. Nie chcą słyszeć, że prawo nie może być budowane na bezprawiu i krzywdzie, szczególnie jeśli nowe porządki były obce – przyniesione na sowieckich czołgach. Czy to tylko środowiskowy uwiąd umysłowy, czy może efekt tego, że na Powązkach leży np. Ignacy Krzemień, wysoki funkcjonariusz krwawej Informacji Wojskowej: komunistycznego kontrwywiadu wojskowego; czy Bolesław Gebert, sowiecki agent, założyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych (resztę mogą Państwo sprawdzić, chociażby w Wikipedii)?

 

W sierpniu 2013 r. „Gazeta Wyborcza” przytoczyła mój apel do prezydenta RP (wówczas był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu Żołnierzy Wyklętych, ekshumowanych przez IPN na „Łączce”. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz. „GW” przytoczyła to na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną.

 

Ale to nie było największe „uchybienie”. Mój apel poparł prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz, a „Gazeta” napisała tylko o wsparciu „prawicowych portali”. Ale potem było jeszcze ciekawiej. Na tych samych łamach rzecznik IPN Andrzej Arseniuk powiedział, że „mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważam za niepotrzebną”. Rozmawiałem potem z panem rzecznikiem, który zapewniał, że o moim apelu z „Wyborczą” w ogóle nie rozmawiał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję”.

 

Mauzoleum

 

Tekst „GW” warto również skonfrontować z tym, co o moim apelu powiedział kierujący wówczas badaniami na „Łączce” prof. Krzysztof Szwagrzyk: „Ta inicjatywa zasługuje na poparcie nas wszystkich. I cieszy mnie dyskusja, co robić ze szczątkami bohaterów. Nie wyobrażam sobie, żeby pogrzeb ofiar komunizmu odnalezionych na „Łączce” nie był wielką państwową uroczystością”.

 

„Wyborczej” pogrzeb bohaterów na „Łączce” musiał się jednak tak bardzo nie podobać, że znów wykorzystała słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły”. Słowa zapewne znów wyrwane z kontekstu, bo prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił wtedy tak: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu”. Dr Kamiński mówił więcej: „na „Łączce” powinno stanąć mauzoleum”.

 

Trzaskowskiego klejenie taśmą

 

Teraz „Gazecie Wyborczej” prezydent Warszawy powiedział, że jest „oburzony”: „Nawet zaborcy nie niszczyli cmentarzy i grobów zmarłych, którzy stawali przeciw nim”. Pan Trzaskowski się myli. Bolszewiccy bandyci niszczyli polskie cmentarze wszędzie, gdzie tylko mogli. Sprofanowali też Powązki Wojskowe, kładąc na tej wyjątkowej narodowej nekropolii swoich komunistycznych towarzyszy – morderców. Niektórych nad kośćmi polskich bohaterów – jak na „Łączce”. Ale dziś nikt nie chce dewastować grobów, zakopywać w bezimiennych dołach, niszczyć szczątków. Tylko w cywilizowany sposób przenieść niegodnych na zwykły cmentarz komunalny.

 

Tymczasem prezydent Warszawy opowiada dalej coś takiego: „kontrowersyjne groby na cmentarzu wojskowym lata temu zostały zasłonięte drzewami”. To w stylu łatania przez pana Trzaskowskiego zniszczonych drzwi taśmą klejącą. Ponadto, prezydent m. st. chyba dawno nie był na Powązkach. Bo gdyby był, wiedziałby, że np. grób Radkiewicza nie jest zasłonięty żadnymi drzewami. Podobnie innych czerwonych faszystów: „Luny” Brystiger, Franciszka Jóźwiaka, czy oprawców – morderców sądowych rtm Witolda Pileckiego: „prokuratora” Czesława Łapińskiego i „sędziego” Józefa Badeckiego. Grób „godnego” następcy stalinowców: tow. Jaruzelskiego też nie jest zasłonięty – przecież nie widziałaby go wtedy i nie mogła ochronić cmentarna kamera. Mogę zresztą p. Trzaskowskiemu wymienić dziesiątki podobnych nazwisk komunistycznych zbrodniarzy profanujących polski cmentarz. Ale właściwie po co, skoro twardo ich broni.

 

„Marchlewski?

Nie wyobrażam sobie”

 

„Gazecie Wyborczej” pomysł repolonizacji Powązek nie podoba się „od zawsze”. 1 sierpnia 2016 r. donosiła, że mauzoleum ober-mordercy Bieruta zostało „zdewastowane”. „Dewastacja” polegała na napisaniu na płycie – czerwoną farbą słowa KAT. Aby do takiego „szargania autorytetów” nie dochodziło, zawołajmy jeszcze raz: oczyśćmy Powązki z komunistów. Wszystkich i jak najszybciej! Bo to jest polski cmentarz.

 

Na tym nie koniec. W tekście „Dekomunizacja grobów na Powązkach Wojskowych. Chcą usunąć Bieruta i Marchlewskiego” 8 listopada 2017 r. dziennikarz organu z ul. Czerskiej Tomasz Urzykowski napisał: „O dekomunizacji Cmentarza Wojskowego na Powązkach z szefem Instytutu Pamięci Narodowej rozmawiał w poniedziałek w TVP Info Tadeusz Płużański, prawicowy publicysta, zwolennik usunięcia z tej nekropolii grobów komunistycznych dygnitarzy”.

 

Dalej cytują mój dialog z dr Jarosławem Szarkiem:

Czy ci zbrodniarze nadal powinni tam leżeć, czy jednak powinniśmy ich stamtąd wynieść, przy zachowaniu cywilizacyjnych procedur? – zapytał Tadeusz Płużański.

– Nie wyobrażam sobie, żeby z jednej strony obchodzić stulecie wiktorii nad Wisłą, odzyskania niepodległości i walki o nią, a z drugiej strony, w tym samym czasie, na cmentarzu Powązkowskim istniało mauzoleum Juliana Marchlewskiego i Bolesława Bieruta – odpowiedział prezes IPN Jarosław Szarek”.

 

Niestety, stulecie zwycięstwa nad bolszewikami minęło, a na Powązkach wciąż w mauzoleach leżą Marchlewski i Bierut. I setki innych komunistycznych zbrodniarzy.

 

Zarząd cmentarza

się nie zgadza

 

W tym samym wydaniu „Wyborczej” mogliśmy zapoznać się z takim, nieco wikipedyjnym passusem o Powązkach: „Po wojnie cmentarz stał się najważniejszą nekropolią ówczesnych władz. Przy głównej alei i w jej pobliżu wyrosły grobowce komunistycznych działaczy i wojskowych: Juliana Marchlewskiego, Bolesława Bieruta, gen. Karola Świerczewskiego, Władysława Gomułki i wielu innych. Chowano tu także ludzi kultury, sztuki, nauki i sportu, m.in.: Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Xawerego Dunikowskiego, Arnolda Szyfmana, Feliksa Stamma. W czasach stalinowskich na obrzeżu Wojskowych Powązek potajemnie grzebano mordowanych przez bezpiekę żołnierzy AK i powojennego podziemia antykomunistycznego. Obecnie na cmentarzu odbywają się pogrzeby osób o szczególnych zasługach dla Polski”. „GW” „zapomniała” dodać, że za rządów prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz wciąż chowano na cmentarzu niegodnych.

 

Ale „obiektywnie” już było, potem należało przyłożyć. I tak „GW” nie pozostawiła suchej nitki na pomyśle „usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów”, podpierając się opiniami sprawdzonych kombatantów. Oczywiście Leszek Żukowski, ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK, stwierdził, że „nie wyobraża sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów”.

 

„Wyborcza” zasłoniła się również „aspektem prawnym”. Że przeniesienia nie przewidują takie a takie przepisy, co skwapliwie potwierdziła m.in. rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych – właściciela Powązek z ramienia m.st. Warszawy: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Z czerwonego kapelusza

 

Dlaczego opinia Zarządu Cmentarzy Komunalnych jest tu istotna? Bo Powązki Wojskowe są cmentarzem wojskowym tylko z nazwy, a właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. I o pochówkach decyduje prezydent Warszawy, względnie osoba przez nią upoważniona. Wystarczy, aby stalinowiec czy inny komunistyczny decydent posiadał stopień generała lub był odznaczony Orderem Virtuti Militari.

 

Problem z pochówkiem „zasłużonego” towarzysza może się pojawić jedynie wówczas, gdy denat został pozbawiony praw publicznych, stopnia wojskowego lub skazany prawomocnym wyrokiem sądu. Jak wiadomo, w III RP nawet najbardziej haniebne, zbrodnicze czyny komunistów nie zostały napiętnowane, a tym bardziej osądzone. Dzięki okrągłostołowej abolicji. Mordercy byli szanowani za życia, honorowani także po śmierci. I znów z czerwonego kapelusza wyskakuje nam towarzysz generał Jaruzelski. Ten pierwszy człowiek Moskwy w PRL został pochowany na Powązkach w 2014 r. ze szczególnymi honorami, asystą wojskową, przemówieniami prominentnych przedstawicieli magdalenkowych pseudoelit. Wielu Polaków poczuło wówczas, jakby dostało w twarz.

 

Dlatego łatwo nie będzie. Szansa w tym, że orędownikiem dekomunizacji Powązek Wojskowych przez lata wydawał się być Instytut Pamięci Narodowej, a otwarcie o takiej konieczności mówi Jan Józef Kasprzyk, szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. To może jednak się uda?

 

Tadeusz Płużański

Postawić na druk czy internet – dylematy wydawców lokalnych opisuje WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI

Wydawcy papierowych gazet lokalnych często boją się internetu, bo nie potrafią na nim zarabiać. Właściciele portali nierzadko mają zaś problem z jakością publikowanych materiałów. Czy mogą sobie pomóc?

 

W Polsce działają dwie organizacje skupiające media lokalne – Stowarzyszenie Prasy Lokalnej oraz Stowarzyszenie Gazet Lokalnych. Każda z tych organizacji ma podobną ilość członków, kilkudziesięciu, chociaż tytułów prasowych jest więcej, bo niektórzy wydawcy mają po kilka tytułów.

 

Niezależne prywatne tygodniki lokalne są często mylone z tzw. prasą samorządową wydawaną i rozdawaną mieszkańcom przez starostów, prezydentów, burmistrzów i wójtów, a także czasem – co jest objawem warszawocentryzmu – z prasą regionalną, czyli wojewódzką. Z punktu widzenia stolicy każdy tytuł prasowy spoza Warszawy jest lokalny.

 

Przypomnę również, że wszystkie tygodniki lokalne wydawane na papierze, od ponad dwudziestu lat mają też swoje portale internetowe, a także o parę lat późniejsze strony na Facebooku i na innych „społecznościówkach”, są więc obecne w internecie niemalże od samego początku, tak samo jak największe gazety ogólnopolskie. W powiatach działają też lokalne rozgłośnie radiowe, telewizje w kablówkach i w internecie oraz samodzielne, większe i mniejsze portale internetowe. To tyle o fundamentalnych  kwestiach terminologicznych i porządkowych.

 

Zarówno SGL, jak i SPL stworzyli właściciele (wydawcy) prasy drukowanej, dlatego w ich myśleniu o komunikowaniu społecznym nadal najważniejsza jest gazeta, to jej redagowaniu poświęcają najwięcej czasu i energii. Ich gazeta ma co prawda też portal, bo „trzeba” go mieć, ale jest on dla nich tylko złem koniecznym, a nie pełnoprawnym sposobem komunikacji z odbiorcami. Dlatego jakość większości serwisów internetowych gazet lokalnych jest, mówiąc delikatnie, nie najwyższa. Z jednej strony wydawcy lokalni zdają sobie sprawę, że papier powoli się kończy i że przyszłość będzie należała do serwisów internetowych, ale z drugiej – boją się internetu i nie do końca są przekonani, że przepowiednie o końcu printu spełnią się. Do strategii digital first przekonanie mają nieliczni, więc najciekawsze artykuły z drukowanych tygodników lokalnych trafiają (albo nie trafiają nigdy) na ich portale dopiero po kilku dniach, a nawet tygodniach (sic!) po premierze w gazecie.

 

Nie ma się czemu dziwić, dlaczego wydawcy tygodników nie potrafią w pełni „otworzyć się na internet”, skoro ich dochody w 80-95 (i więcej) procentach pochodzą nadal z gazety drukowanej, a nie z portalu. „Gazeta Wyborcza” dochodzi już, jak donosił niedawno „Press”, do 40 proc. dochodów z nogi cyfrowej i procent ten cały czas rośnie, ale gazetom lokalnym do takiego wyniku jeszcze bardzo daleko i kto wie czy kiedykolwiek do niego dojdzie. Wydawcy papierowi nie potrafią zarabiać na swoich portalach i jak mówią, muszą się tego uczyć.

 

Stowarzyszenie Prasy Lokalnej, gdzie prezesem jest Piotr Piotrowicz z Jarocina, postanowiło niedawno przyjmować do swojego grona także szefów portali lokalnych, a nawet zmienić nazwę na Stowarzyszenie Mediów Lokalnych, uznając, że najważniejsza jest LOKALNOŚĆ, a nie nośnik, czyli pośrednik, czyli medium poprzez który odbywa się komunikacja z odbiorcami. Wiadomość o tym otwarciu SPL na portale wywołała dyskusję w SGL, w którym aktualnie członkowie podzielili się mniej więcej na dwie równoliczne grupy – zwolenników i przeciwników przyjmowania ludzi z portali lokalnych. W głosowaniu, jakie niedawno odbyło się na zjeździe SGL w Sobieszewie pod Gdańskiem, zwyciężyli co prawda przeciwnicy, ale nie wszyscy mogli zagłosować, więc w przyszłości z pewnością dyskusja będzie kontynuowana, a wynik kolejnego głosowania może być zupełnie inny.

 

Problemem, z którym muszą zmierzyć się obie organizacje – SPL już teraz, a SGL prawdopodobnie w przyszłości – będzie odpowiedź na pytanie: czy przyjąć portal z powiatu, w którym mamy już członka, który ma gazetę i portal, czy też nie? Piotr Piotrowicz: – Staramy się, żeby nie było konkurencji między członkami z tego samego terenu.

 

Tak, czy inaczej, można przypuszczać, że na wspólnym członkostwie w jednej organizacji wydawców papierowych i internetowych skorzystają jedni i drudzy: papierowi nauczą się zarabiać na swoich portalach, a portalowi podszkolą się w dziennikarstwie, bo tego za bardzo nie potrafią.

 

Waldemar Śliwczyński

Red. Michał Adamczyk nie musi usuwać wpisu na Twitterze nt. Romana Giertycha

Sąd Okręgowy Warszawa Praga uchylił nakaz usunięcia wpisu red. Michała Adamczyka  na Twitterze  na temat Romana Giertycha. Stało się to na skutek zażalenia Prokuratury Regionalnej w Warszawie. Sprawa toczy się dalej, objęta jest monitoringiem CMWP SDP, które zajmowało publiczne stanowisko w tej sprawie w sierpniu br.

 

4 maja br. w związku z pozwem wniesionym przez Pana Romana Giertycha przeciwko dziennikarzowi TVP Michałowi Adamczykowi  Sąd Okręgowy Warszawa – Praga w Warszawie nakazał dziennikarzowi usunąć wpis na Twitterze oraz zakazał mu  na okres 1 roku publikacji na ten temat  ewentualnych defraudacji środków pieniężnych  i przyjęcia  wielomilionowych korzyści finansowych przez Romana Giertycha. 24 sierpnia b.r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zawiadomiło Sąd o objęciu niniejszej sprawy monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy oraz stosowania niedopuszczalnej cenzury prewencyjnej, ponieważ Sąd nakazał nie tylko usunięcie opublikowanej wcześniej opinii, ale także objął zakazem wszystkie potencjalne materiały dziennikarskie, jakie na ten temat chciałby opublikować red. Michał Adamczyk.

 

Sąd Okręgowy Warszawa – Praga na żądanie Pana Romana Giertycha bez wyroku, na niejawnej rozprawie udzielił zabezpieczenia w ten sposób, że nakazał dziennikarzowi natychmiastowo usunąć z jego profilu w portalu społecznościowym Twitter wpis dotyczący postępowania prowadzonego w sprawie Romana Giertycha oraz jednocześnie zakazał dziennikarzowi publikowania informacji o jakiejkolwiek defraudacji środków pieniężnych przez Romana Giertycha . Przyczyną pozwu jest to, iż dziennikarz w jednozdaniowym wpisie odnosił się do szeroko komentowanej sprawy wyprowadzenia i przywłaszczenia ze spółki deweloperskiej ok. 92 mln zł. Nie przesądzał o winie Romana Giertycha, a mimo to Sąd nakazał dziennikarzowi usunięcie wpisu. Decyzja Sądu ma charakter cenzury prewencyjnej, ponieważ Sąd zakazuje publikacji materiałów dziennikarskich na konkretny temat przed ich powstaniem, przed ich redakcją i przed ich ewentualną publikacją. Narusza to podstawowe zasady zagwarantowane w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, m. in. zasadę wolności prasy i innych środków przekazu, wolności wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Zgodnie z art. 54 ust. 2 Konstytucji, cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu jest zakazana. Warto przy tym zauważyć, że specyfika medium społecznościowego, jakim jest Twitter sprawia, iż nie istnieje techniczna możliwość późniejszego przywrócenia usuniętego wpisu po zakończeniu postępowania. Z kolei zakaz publikacji to najbardziej drastyczny wobec dziennikarza środek, jaki może zostać zastosowany przez Sąd, zaprzeczający zasadom wolności słowa i podważający funkcje wolnej prasy w społeczeństwie.

 

W związku z powyższym CMWP przedstawi swoją opinię w tej sprawie w charakterze amicus curiae (tzw. „opinii przyjaciela sądu”), jako że jest to uzasadnione celami  naszej organizacji oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.  Na obecnym etapie CMWP prowadzi monitoring sprawy, zgodnie z przepisami prawa oraz wskazanymi wyżej celami i kryteriami.

 

Wzmocnienie orędzia chrześcijańskiego – ks. MARIUSZ FRUKACZ o roli telewizji katolickiej.

Niedawne przyznanie koncesji dla katolickiego kanału EWTN Polska wywołało pytania autorów publikacji, takich jak na witrualnemedia.pl,  o to, czy EWTN Polska  będzie jedynym naziemnym konkurentem TV Trwam. Warto przypomnieć, że EWTN Polska wywodzi się z globalnej, dostępnej w ponad 150 krajach, katolickiej sieci telewizyjnej EWTN: Eternal Word Television Network (Sieć Telewizyjna Wiekuistego Słowa).  Nie chodzi o budowanie konkurencji, ale o wzmocnienie przekazu orędzia chrześcijańskiego.

 

Raczej trzeba pytać o to, dlaczego stacje konfesyjne, kanały religijne mają swoją stałą widownię. A tymczasem próby zrobienia tzw. „otwartej” stacji telewizyjnej nie wyszły najlepiej.

 

Odbiorcy konkretnej religijności

 

Wciąż badania socjologiczne pokazują, że jesteśmy narodem bardziej przywiązanym do tradycji i religii niż inne kraje zachodnie. Dlatego warto zagospodarować w przestrzeni medialnej chrześcijańską wizję świata. Demokracja przecież daje możliwości rozwoju dla telewizyjnych kanałów religijnych. Poszczególne media katolickie w Polsce mają swoich odbiorców zróżnicowanych. Są przecież w Polsce czytelnicy i odbiorcy „czujący z Kościołem” i o tradycyjnej religijności, ale są także odbiorcy o religijności nacechowanej patriotyzmem, czasem bardzo krytyczni wobec sytuacji społecznej i równocześnie bardzo religijni. Są też czytelnicy i odbiorcy, którzy ze zwykłej ciekawości sięgają go prasę katolicką, kanał religijny.

 

Myślę, że odpowiedzią na to dlaczego potrzebna jest telewizja konfesyjna jest to, że odbiorca chce mieć klarowny przekaz orędzia chrześcijańskiego w sytuacji, kiedy w polskim społeczeństwie jest tak duży zamęt w sferze pojęć. Głęboka duchowość, komentarze do współczesnych wydarzeń i praktyczne, życiowe porady, ewangelizacja, to jest właśnie to, czego szuka katolicki odbiorca. Oczywiście głównym zadaniem jest tutaj ewangelizacja. Głoszenie Dobrej Nowiny to prorocka misja Kościoła, a zatem każdego chrześcijanina. Ważna jest też klarowna wykładnia katolickich zasad życia moralnego i apolityczność polegająca na tym, aby nigdy nie utożsamiać się z żadną konkretną partią polityczną. Telewizja katolicka, czy też kanał religijny cieszy się powodzeniem, gdy jego trzon stanowi bogactwo Słowa Bożego i Jego kontemplacja, piękno liturgii Kościoła Katolickiego oraz formacja katechetyczna.

 

W taki sposób funkcjonują katolickie stacje w innych krajach.  Można wskazać na dynamicznie funkcjonującą telewizję katolicką KTO we Francji oraz program katolicki Le Jour du Seigneur emitowany przez France 2. KTO powstało w 1999 r. z inicjatywy kard. Lustigera. KTO powstało, aby zapewnić Kościołowi możliwości do przekazywania orędzia Ewangelii za pośrednictwem wszystkich nowoczesnych mediów, tj. telewizji, Internetu, a dziś telefonów komórkowych, tabletów. KTO adresowane jest nie tylko do katolików, ale do wszystkich „poszukujących sensu”, wierzących lub nie. KTO oferuje wgląd w tematy do refleksji lub debaty, poprzez szkolenia, programy dotyczące wiadomości kościelnych, raporty. KTO towarzyszy życiu modlitewnemu i życiu Kościoła  poprzez Liturgię Godzin, Różaniec z Lourdes, Msze Święte, podróże Papieża, ważne wydarzenia. Takiego konkretnego odbiorcę mają również we Włoszech  TV 2000 i Tele Radio Padre Pio.

 

Obecność orędzia chrześcijańskiego w telewizji

 

Odpowiadając na pytanie o obecność telewizji katolickiej w przestrzeni medialnej warto wskazać ogólnie na obecność orędzia chrześcijańskiego w telewizji. Warto pamiętać, że w kwestiach oceny spraw społecznych media katolickie mogą się różnić, ale ich siła i wiarygodność tkwi w tym, że w sprawach wiary mówią wspólnym głosem. Kiedy myślimy o mediach katolickich, to oczywiście nie można pominąć pewnego styku jaki zachodzi pomiędzy telewizją katolicką a ekonomią i duszpasterstwem. Pisałem już kiedyś o tym, że na współczesnym rynku idei, zmiennych i różnorodnych opinii o zdarzeniach, Kościołowi poprzez własne media, przysługuje prawo, a nawet obowiązek wychowania do poprawnego i autentycznego korzystania z daru Bożego, jakim niewątpliwie są środki społecznego przekazu. Już ponad 20 lat temu, bo w 1997 r., „Niedziela” wydała w serii „Zeszyty Niedzieli” bardzo ciekawą publikację „Prasa katolicka między ekonomią a duszpasterstwem”. Autorzy tej publikacji już wtedy zwrócili uwagę na to, że z chwilą powrotu na rynek prasy katolickiej ważne jest podjęcie takich zagadnień jak: społeczne funkcje i techniczne problemy kolportażu, ekonomiczne uwarunkowania oraz miara ich oddziaływania. Jednym z ważniejszych tematów podjętych przez autorów tamtej publikacji był temat rozpowszechniania prasy oraz pokazanie mechanizmów kolportażu w łączności z ekonomią. Niewątpliwie sytuacja mediów katolickich, ich różnorodność, konkurencyjność jest związana z rynkiem, z ekonomią.

 

Ponadto skuteczna ewangelizacja, która jest głównym zadaniem mediów katolickich wymaga jednak ciągłego zacieśniania współpracy między różnymi mediami katolickimi w Polsce. W jednym z wywiadów abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. środków społecznego przekazu Konferencji Episkopatu Polski słusznie stwierdził, że „tym co winno charakteryzować media katolickie jest zdolność byśmy się pięknie różnili. A pięknie, to znaczy i mocno. Konkurencja wśród mediów katolickich nie powinna polegać na chęci złamania przeciwnika, ale abyśmy umieli sobie nawzajem powiedzieć: dobrze, że wy podkreślacie ten aspekt wiary czy życia Kościoła, my z kolei poświęcamy się innemu odcinkowi. Dopiero takie komplementarne, wzajemne dopełnianie się jest prawdziwie katolickie”.

 

Ewangelizacja to nie jest budowanie strefy wpływów

 

Jasne powinno być to, że tam, gdzie chodzi o ewangelizację nie należy myśleć czy budować jakiejś strefy wpływów. Oczywiście w kwestiach oceny spraw społecznych media katolickie mogą się między sobą różnić, co niesie także pewne bogactwo spojrzenia na rzeczywistość nas otaczającą, ale tam, gdzie chodzi o Magisterium Kościoła, o depozyt wiary, to tutaj siła mediów katolickich, także ich wiarygodność tkwi w tym, że w kwestach wiary mówią wspólnym głosem. Dotyczy to również telewizji katolickich. Ponadto różnorodność na rynku medialnym nie może zastąpić rzetelnej informacji, prawdy i obiektywizmu w mediach. Naturalnie generalną misją mediów katolickich, w tym telewizji katolickiej jest służenie rozwojowi osoby ludzkiej. Każda osoba ludzka ma prawo do ubogacania się za pośrednictwem katolickiej telewizji, radia czy prasy.

 

Telewizja w rodzinie

 

Z badań socjologicznych wynika, że telewizja w rodzinie odgrywa ważną rolę. Wiele lat temu w serii Biblioteki Niedzieli bp Adam Lepa wydał bardzo ważną publikację pt. „Telewizja w rodzinie”. Bp Adam Lepa w niniejszej publikacji podejmuje refleksję nad relacjami, jakie zachodzą między rodziną a telewizją. Książka, jak podkreśla autor we wstępie, „jest próbą odpowiedzi na pytanie, co wynika z faktu, że w rodzinie znajduje się telewizor, którego wpływ na domowników przekracza najśmielsze wyobrażenia – zarówno jego użytkowników, jak i doświadczonych specjalistów w dziedzinie mediów”. Zresztą to jest zagadnienie, któremu można poświęcić osobny artykuł.

 

Reasumując. Katolicy w Polsce chcą swojej telewizji z jasnym przekazem nauczania Kościoła, z klarowną wykładnią Credo. Chcą mieć telewizji, która będzie im towarzyszyć w codziennych zmaganiach.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.