Równi i równiejsi – MIROSŁAW USIDUS o brudnych sekretach Facebooka i Google’a

Jeśli dziwicie się, że niektórym na sucho uchodzą na platformach społecznościowych wybryki, za które zwykli zjadacze postów są banowani z miejsca, to trzeba wam wiedzieć, że są to lepsi od was użytkownicy, których umieszcza się na „białej liście”, by nie stała im się żadna krzywda, np. ze strony moderujących automatów. A to tylko jeden z wielu brudnych sekrecików Facebooka et al.

 

Najgłośniejszym w świecie społeczności internetowych skandalem ostatnich tygodni są tzw. „Facebook Files” – dokumenty wewnętrzne firmy Marka Zuckerberga, do których dotarł i w cyklu publikacji ujawnił „The Wall Street Journal”, jednoznacznie świadczące o tym, iż wiedziała ona o szkodach wyrządzanych przez platformę Instagram swoim użytkownikom, a dokładniej mówiąc, użytkowniczkom, dziewczętom i młodym kobietom, nie robiąc w tej sprawie nic. To najgłośniejszy wątek skandalu. Nie mniej ważne, choć mniej nagłośnione były dowody na to, że algorytm Facebooka „nagradza za hejt”, pozwalając za większe zasięgi i zaangażowanie wokół wszelkiego rodzaju negatywnych treści.

 

Inne zarzuty wynikające z dziennikarskich śledztw obracają się wokół bierności i nieudolności Facebooka w reagowaniu na ocean dezinformacji covidowo-szczepionkowej, a także dowodów na to, że pozwalał, a wręcz umożliwiał działalność przestępczą, praktyki takie jak handel ludźmi i narkotykami z wykorzystaniem platformy.

 

Komentatorzy zwracają ponadto uwagę na różnorodność wniosków, które można wyciągać z dochodzenia „The Wall Street Journal”. Jedną z obserwacji jest prostota i swoista szczerość, z jaką w wewnętrznej komunikacji Facebooka opisuje się problemy, wady i grzechy platformy.

 

„Sprawiamy, że u jednej na trzy nastoletnie dziewczyny pogłębiają się problemy z postrzeganiem własnego ciała” –  głosi jeden ze slajdów wewnątrz-firmowej prezentacji z 2019 roku, który cytuje w swoich materiałach WSJ. W innym, będącym relacją z badań ankietowych czytamy: „Nastolatki obwiniają Instagram za wzrost wskaźnika lęku i depresji … Ta odpowiedź była niewymuszona i spójna we wszystkich grupach”. Tu warto przypomnieć, że Facebook często powołuje się na różne zewnętrzne badania, twierdząc, że między korzystaniem z mediów społecznościowych a depresją zachodzi niska korelacja. Jego wewnętrzne, do bólu szczere materiały mówią co innego.

 

Lepsza wersja Facebooka dla wybranych

 

Szczególnie ciekawy wątek w publikacjach WSJ to dokładny opis stosowanej przez Facebooka praktyki „whitelistingu”, czyli „białej listy” użytkowników cieszących się specjalnymi przywilejami na platformie, którym, po prostu,, „wolno więcej”. Mechanizm ten pozwala politykom, celebrytom, wszelkiego rodzaju sławnym osobom i osobistościom publicznym lekceważyć oficjalne zasady platformy – wnioskowali dziennikarze WSJ na podstawie wewnętrznego raportu Facebooka, który poddali analizie.

 

Interesująca i charakterystyczna była reakcja przedstawicieli platformy na te zarzuty. Rzecznik Facebooka Andy Stone przyznał w rozmowie z gazetą, że krytyka tej praktyki jest uzasadniona, ale, jak dodał, „zostało to tak zaprojektowane z ważnego powodu – po to, by stworzyć dodatkowy krok, abyśmy mogli dokładniej egzekwować zasady dotyczące treści, które mogą wymagać więcej analizy”. Przekładając z face-mowy na nasze – jedni dostają ban z miejsca, bez dodatkowej analizy, a nad innymi (pochodzącymi od celebrytów) pochylamy się dokładniej.

 

Problem Facebooka polegał od lat na tym, że ani automatyczny system moderacji, ani większość moderatorów-ludzi zgodnie z zasadami usuwającymi nieodpowiednie treści, nie zwracała odpowiedniej (w mniemaniu kierownictwa firmy) uwagi na to, że niektórzy użytkownicy platformy są równiejsi. Zaś w razie usunięcia naruszającego zasady Facebooka posta pochodzącego od osobistości ze świata rozrywki lub też polityki kryzysowa sytuacja z zakresu PR, w mniemaniu speców od wizerunku, groziła platformie społecznościowej a nie gwieździe, które się to czy tamto wymsknęło

 

Zatem by chronić się przed takimi sytuacjami Facebook wymyślił program o nazwie XCheck, polegający na dodatkowej weryfikacji treści pochodzących od niektórych użytkowników, który choć formalnie nią nie jest, ostatecznie sprowadza się do istnienia „białej listy”, nadzwyczajnej kasty użytkowników mogących liczyć na specjalne traktowanie ze strony serwisu Zuckerberga. Jeśli post zostaje odpowiednio oznaczony przez algorytm, to jest wysyłany do innego zespołu moderatorów, którzy, jak podaje WSJ, „są lepiej wyszkoleni i pracują w pełnym wymiarze czasu”. Ci dokonują pogłębionego przeglądu.

 

Wszelako w miarę jak lista „użytkowników specjalnych” rosła, zespoły moderacyjne XCheck najwyraźniej nie były w stanie obsłużyć twórczości coraz liczniejszego grona lepszych użytkowników. „Obecnie sprawdzamy mniej niż 10 proc. treści” –  przyznaje ktoś z Facebooka w jednym z dokumentów opisującym sytuację w tym segmencie. W praktyce, jak wynika z publikowanych w WSJ informacji, XCheck pozwala celebrytom, politykom, sportowcom, aktywistom, wybranym dziennikarzom, publikować co tylko chcą, z niewielkimi lub żadnymi konsekwencjami w przypadku naruszenia zasad platformy. Mam na marginesie łatwą zagadkę o to, jaką stronę politycznego sporu reprezentują w 100 proc. reprezentanci „białej listy” poruszający tematykę polityczną?

 

W dokumentach omawianych przez WSJ wyróżnia się przypadek brazylijskiego piłkarza Neymara, który w 2019 r. opublikował na Facebooku i Instagramie wideo przedstawiające nagą kobietę, która, jak sam pisał mistrz widowiskowego turlania się po murawie, niesłusznie oskarżyła go o gwałt. Tego rodzaju publikacja z golizną oznacza dla zwykłego użytkownika Fejsa nieomal natychmiastowe usunięcie publikacji i konta. Filmik Neymara pozostawał w sieci przez ponad dobę. Zwykli moderatorzy nie mogli nic z nim zrobić. Zanim został usunięty przez zespół XCheck, film obejrzało 56 milionów ludzi. Wideo zostało udostępnione wiele tysięcy razy, nie wspominając już o zalewie hejtu, jaki spotkał tę kobietę. Pomimo publikacji materiału, który sam Facebook określa jako „revenge porn”, konto Neymara nie zostało usunięte. „Sprawa dotarła na samą górę, która zdecydowała, by nie usuwać konta Neymarowi konta” –  czytamy w wypowiedziach przedstawiciela Facebooka w WSJ.

 

Jest jeszcze jeden drobiazg. Facebook podkreśla, że tych „równiejszych” jest „niewielu”. Być może 5,8 miliona wybrańców, których dotyczy XCheck to dla półtoramiliardowej platformy niewiele, ale dla mnie i dla wielu innych jest to wystarczająco dużo, aby skonstatować, że istnieje inny niż serwowany plebsowi, lepszy i bardziej komfortowy Facebook dla starannie wyselekcjonowanej elity. I tu, niejako odpowiadając na zadane wcześniej łatwe pytanie, dodam, iż jestem dziwnie spokojny, że nie ma na „białej liście” ludzi o poglądach niesłusznych politycznie (z wielokrotnie ujawnianego punktu widzenia kierownictwa Facebooka).

 

Nieudolność (lub coś gorszego) w zwalczaniu dezinformacji i przestępczości

 

Kolejny, może tym razem nie tak brudny, ale z pewnością przykry sekret Facebooka, obnażony przez dziennikarzy „The Wall Street Journal” to jego bezradność i żałosna nieudolność w walce z pandemiczną i antyszczepionkową dezinformacją. Przy czym interpretacja, że Facebook sobie nie radził jest i tak tą lepszą dla niego wersją w porównaniu z oceną, że całkiem świadomie nie chciał z tym sobie radzić.

 

Z danych ujawnionych przez dziennik wynika, że w grupie setek tysięcy kont odpowiedzialnych za rozprzestrzenianie dezinformacji na temat COVID-19, połowę treści produkował zaledwie pięć proc. użytkowników, zaś większość z owych setek tysięcy członków owej swoistej „społeczności dezinformacji” przyciągała relatywnie nieliczna konstelacja zaledwie półtora tysiąca kont. Tę specyficzną, sugerującą istnienie swoistego społecznościowego centrum dowodzenia dystrybucją covidowych fejków potwierdzają inne badania, np. opublikowane w tym roku przez Center for Countering Digital Hate i Anti-Vax Watch, które wykazały, że za fałszywe informacje na temat szczepionek, które dotarły do dziesiątek milionów ludzi na Facebooku, Instagramie, YouTube Google’a i Twitterze, odpowiada relatywnie niewielka liczba kont antyszczepionkowców.

 

Każdemu, kto ma jako takie pojęcie o dynamice funkcjonowania społeczności internetowych, ten mechanizm jest znany. Wiadomo, że za większość treści w jakiejkolwiek ukierunkowanej i kontrolowanej kampanii odpowiada ograniczona liczba superaktywnych, kreujących większość oryginalnych treści kont. To swoisty krąg wewnętrzny, który w przypadku kampanii świadomie planowanych składać się może z profili ludzi, którzy są po prostu zatrudnieni w danej kampanii, mogą to być ludzie wynajęci przez agencję, aktywiści jakiejś organizacji, komando rosyjskich botów itd. Treści rozprzestrzeniają się promieniście do kręgów luźniej związanych z ośrodkiem, a ostatecznie do dowolnych użytkowników społeczności. A wszystko to dzieje się przez wykorzystanie całego „oprzyrządowania” platformy społecznościowej, czyli widocznych udostępnień, polubień, komentarzy, algorytmów zaangażowania itd. Pytanie do Facebooka brzmi, jak mógł tak słabo identyfikować i tak rachitycznie walczyć z tymi działaniami, które przecież opierają się na jego własnym krwioobiegu i narzędziach?

 

Materiałów, które pozyskali dziennikarze było sporo i dotyczyły rozlicznych innych wątków. Niektóre z nich sugerowały, że platforma  wykorzystywana jest, prócz siania dezinformacji, także do działalności pospolitych przestępców. Na przykład jeden z pracowników Facebooka, były policjant, opisywał w jednym z dokumentów, że udało mu się zidentyfikować sieć kont meksykańskiego kartelu narkotykowego Jalisco New Generation Cartel na Facebooku i Instagramie, wykorzystywanych m. in. do rekrutacji nowych członków. Jak pisał „The Wall Street Journal”, choć pracownik ten zalecił Facebookowi zajęcie się tym, platforma nie zlikwidowała kont powiązanych z przestępcami, ograniczając restrykcje jedynie do niektórych publikowanych na grupach treści.

 

Wypychanie konkurencji ze „świata Google”

 

Wiele z opisywanych wyżej problemów Facebooka można położyć na karb trudności w radzeniu sobie z gargantuą społecznościową, do jakiej rozrosła się platforma, gdy się ma ograniczone zasoby ludzkie a także finansowe, zważywszy dodatkowo presję akcjonariuszy na dochody. Przebąkuje o tym czasem sam Mark Zuckerberg, choć oczywiście w oficjalnej korpo-gadaninie wszystko jest OK a Facebook zapewnia, że panuje nad sytuacją.

 

Gdyby porównać Facebooka z kolegą z gangu Big Tech – Google’m, to w Mountain View (kwatera dominatora wyszukiwarkowego) również można zauważyć silną, a nawet w pewnym sensie silniejszą, tendencję do pokrywania różnego rodzaju kontrowersji i problemów specyficznym językiem – korporacyjną nowomową. Możemy go nazwać „googlo-mową”. Pojęcie to będzie zapewne jeszcze nie raz przydatne, bo w przypadku Google głównym obszarem operowania jest, nieco inaczej niż przypadku Facebooka, działającego przede wszystkim w sferze relacji, obszar języka, słów, fraz, kluczy pojęciowych, które z jednej strony opisują świat serwowanej użytkownikowi „targetowanej behawioralnie” wersji cyberprzestrzeni, a z drugiej – służą, przez świadomą, jak się okazuje, politykę manipulacji językiem, stosowaną w praktyce przez Google’a do aktywnego przekształcania tej przestrzeni i przemożnego narzucania sposobu myślenia na określone tematy, pisania i mówienia o nich.

 

Do „googlo-mowy” (angielskojęzyczne słowo to „googlespeak”) jeszcze wrócę. Najpierw o tym jak Google zniekształca proces wyszukiwania informacji, ofert, produktów, który nieświadomemu użytkownikowi wydaje się wolny i zależny wyłącznie od jego wyboru. Niestety wcale tak nie jest. Badanie przeprowadzone niedawno przez amerykańską organizację non-profit The Markup wykazało, że Google aż 41 proc. wyników wyszukiwania na pierwszej stronie to własne treści i usługi Google dostępne bezpośrednio lub przez strony z odnośnikami do własnych zasobów giganta. Prowadzi to oczywiście do postępującego spadku liczby użytkowników odwiedzających zewnętrzne („niegoogle-pochodne”) strony internetowe.

 

Jest to oczywiście nieco uproszczony opis sytuacji. Nie wszystko da się tak łatwo odgrodzić i zdefiniować. Google jest znany z tego, że potrafi budować całe serwisy internetowe z treściami ze stron zewnętrznych, wykorzystuje takie mechanizmy jak Accelerated Mobile Pages, oficjalnie korzystne dla wydawców, ale, w gruncie rzeczy, „kontent zewnętrzny” zamykany jest coraz bardziej w świecie Google. Choć to może wydawać się twierdzenie nieco na wyrost, to jednak trudno, analizując te mechanizmy, oprzeć się wrażeniu, że potentat coraz silniej pasożytuje na treściach wytwarzanych przez firmy, oficjalnie nazywane „partnerami Google”.

 

Jednocześnie Google, choć „na miękko” to jednak z żelazną konsekwencją ruguje konkurencję w  kolejnych branżach, czyli chociażby firmy, którym wydawało się naiwnie, że mogą zarabiać na prezentacji swojej oferty dla klientów w wyszukiwarce. Przykładem tego zjawiska jest uruchomienie usługi Google Flights, która w miejsce darmowych ofert w wynikach zwykłego organicznego wyszukiwania, narzuca konieczność wykupienia reklam. Oznacza to w praktyce, że firmy, które opierały swoją sprzedaż na widoczności ich atrakcyjnych ofert w wynikach wyszukiwania, tracą. Głośnym w ubiegłym roku wydarzeniem w branży było zamknięcie lubianej, innowacyjnej wyszukiwarki lotów Hipmunk, której problemy wiąże się właśnie z polityką Google’a, choć nie była to jedyna przyczyna.

 

To tego typu m. in. praktyki sprawiły, że nad Google zbierają się czarne chmury dochodzeń antymonopolowych. Najpoważniej to wygląda w USA, ale obiektem skarg, dochodzeń i pozwów firma z Mountain View jest w wielu innych krajach. Amerykański Departament Sprawiedliwości wszczął dochodzenie przeciw Google za utrzymywanie nielegalnego monopolu na „usługi ogólnego wyszukiwania, reklamy, w tym w szczególności tekstowe reklamy w wynikach wyszukiwania”. Grupa amerykańskich stanów, pod przewodnictwem Teksasu, złożyła pozew antymonopolowy przeciwko Google zarzucając mu bezprawną zmowę z Facebookiem, prowadzącą do nielegalnego ustalania cen w aukcjach reklam. Kolejny pozew, koalicji stanowych prokuratorów generalnych, zarzuca Google nielegalne faworyzowanie własnych „obiektów i usług” w wynikach wyszukiwania, co „wypycha konkurencję i powoduje szkody z punktów widzenia innowacji”.

 

To nie koniec. Ponadpartyjna grupa senatorów zaproponowała przepisy mające na celu osłabienie kontroli Google nad mniejszymi deweloperami w sklepie z aplikacjami i zakazanie Google’owi preferencyjnego dawania własnym aplikacjom preferencyjnego traktowania w wyszukiwaniach. Także prezydent Biden powołał najbardziej doświadczony zespół antymonopolowy, jaki widziała administracja prezydencka od lat, w celu zbadania działań i pozycji Google’a.

 

„Googlomowa” mówi „dobrze użytkowników”

 

W kontekście zagęszczającej się wokół wyszukiwarkowego dominatora atmosfery wróćmy do wspominanej kwestii „googlomowy”. Jak się okazuje, aby w sferze języka obowiązującego w korporacji, jak też zapewne w sferze wypowiedzi publicznych, ukryć niekorzystny wydźwięk takich „niefortunnych wydarzeń i okoliczności” jak postępowania antymonopolowe w sądach i administracji, Google kodyfikuje swoją własną wersję nowomowy, czyniąc jej używanie oficjalną polityką, a raczej – narracją, firmy.

 

W dokumentach uzyskanych przez The Markup, Google jasno daje do zrozumienia, że pewne słowa są tabu zarówno w komunikacji wewnętrznej jak i zewnętrznej. Jeden z dokumentów, zatytułowany „Five Rules of Thumb for Written Communication”, wyraźnie wyjaśnia, jak przez kształtowanie pożądanego dla Google’a języka komunikacji i mówienia o pewnych sprawach firma chce nie tylko minimalizować szkody wizerunkowe, ale również próbuje narzucać pełen, co tu kryć, hipokryzji, styl mówienia o swoich działaniach biznesowych.

 

W jednym z fragmentów wspomnianego dokumentu, mówi się pracownikom Google wprost, jakie pojęcia są niepożądane. Należy do nich np. „ekspansja rynkowa”, rzecz, której tradycyjnie korporacje wcale się nie wstydziły, natomiast w google’owej nowomowie ma zostać zastąpiona przez „pomoc użytkownikom”.

 

W innym wewnętrznym dokumencie szkoleniowym Google, zatytułowanym „Communicating Safely”, podkreśla się, że w żadnym wypadku nie wolno mówić o „udziale w rynku” firmy. To są złe słowa, których nie należy używać. Zamiast tego Googlerzy powinni w tego rodzaju kontekstach używać dobrych słów, takich jak „branża” lub „przestrzeń”.

 

Także „konkurent” jest złym słowem. Zamiast o pokonywaniu lub wyprzedzaniu konkurencji, przedstawiciele Google mają mówić o „udoskonalania naszego produktu/usługi”. Ogólnie rzecz biorąc, za każdym razem, gdy Google robi coś, co może zaszkodzić konkurentom, standardowa formuła powinna brzmieć: „po prostu ulepszyliśmy nasze usługi” lub „to jest dobre dla użytkowników”. Zupełnie tak samo, jak protestujący lekarze, którzy na specjalnych szkoleniach mają wbijane do głowy, by zamiast mówić o tym, że chcą pieniędzy, mówili zawsze o „dobrze pacjentów”.

 

Jak działa „googlomowa” w praktyce, mogli przekonać się np. przedstawiciele społeczności pozycjonerów SEO, gdy w ubiegłym roku Rand Fishkin opublikował badania pokazujące wzrost liczby wyszukiwań zero-click w wyszukiwarce Google. Chodzi o takie wyszukiwania, które nie skutkują kliknięciem na zewnętrzną stronę internetową. Z przedstawionych danych wynikało, że dotyczy to aż 65 proc. wszystkich operacji typu „search”, co stanowiło znaczący wzrost w stosunku do lat poprzednich. Wynika to w dość oczywisty sposób z opisanych wyżej działań firmy, zamykających użytkownika w świecie usług, stron i rozwiązań Google’a z minimalizowaniem „wychodzenia na zewnątrz”.

 

Szybka odpowiedź Google’a na te wyniki, oskarżenia o użycie „wadliwej metodologii” (bez wyjaśnienia, na czym miałoby to polegać) i próby zdezawuowania twierdzeń Fishkina bez dostarczenia jakichkolwiek rzeczywistych danych, zdają się świadczyć o tym, że strzał był celny. Ostatecznie gigant doszedł chyba do wniosku, że lepiej sprawę przemilczeć niż brnąć w polemikę z tezami Fishkina. One po prostu nie są częścią „googlomowy” – Google w takim języku nie mówi.

 

Firma zatrudnia też na całym świecie setki prawników, lobbystów i specjalistów od PR, którzy pomagają wpływać na przekaz. W samych Stanach Zjednoczonych Google regularnie wydaje dziesiątki milionów dolarów rocznie na działania lobbingowe. Kolejne miliony wydaje na reklamy, które mają nas przekonać, byśmy komunikowali się i myśleli zgodnie z regułami „googlomowy”. W rezultacie to nawijanie google’owego makaronu na uszy przenika do języka rozmów, dyskusji, prezentacji itp. Sam miałem okazję rozmawiać z człowiekiem, dla którego fakt, że Google serwuje mi w wynikach wyszukiwania jakieś poprawne politycznie brednie, zamiast tego czego naprawdę szukam, był całkowicie w porządku, bo to „dla mojego dobra”.

 

Orwellowskim praktykom w obszarze języka towarzyszy oczywiście cenzura, przede wszystkim polityczna, tępienie odstępstw od linii tolerowanej przez mniej lub bardziej lewicowo sformatowanych szefów korporacji. Od niedawna do znanej już wielokrotnie opisywanej cenzury politycznej dochodzi inna kontrola, nie mniej alarmująca. Jak wynika z głośnego niedawno w USA śledztwa dziennikarskiego telewizji NBC News, Google wprowadził weryfikację „wrażliwych tematów” badań naukowych, która wydaje się dążyć do ograniczania naukowcom możliwości badania potencjalnych zagrożeń związanych z nowymi technologiami, zwłaszcza tymi opracowanymi przez Google i inne firmy z grupy Alphabet. Jak sugerują autorzy materiału, pod przykrywką przepisów o nieujawnianiu tajemnic handlowych prowadzona ma być ścisła kontrola naukowych publikacji.

 

Wewnętrzne dokumenty Google, do których dodarła NBC, mówią nawet o konieczności dokładania przez badaczy wysiłków, aby „uderzać w pozytywny ton”, bez poruszania kontrowersyjnych aspektów nowych technologii, nad którymi pracują, takich jak np. etyczne wątpliwości co do działania algorytmów rozpoznawania twarzy lub samochodów autonomicznych. W Raporcie NBC podawany jest konkretny przykład opracowanego przez naukowców mechanizmu dla serwisu YouTube, służącego do sugestii nowych materiałów. Pierwotne opracowanie naukowe na temat algorytmu zawierać miała uwagi, iż technologia ta może promować „dezinformację, dyskryminację lub wyniki nieodpowiednie w inny sposób” a także grozi „niewystarczającą różnorodnością treści”. W ostatecznej, poprawionej, wersji pracy, po dokonaniu przeglądu przez „czynniki” Google, czytamy, że mechanizm promuje „dokładne informacje, uczciwość i różnorodność treści”. Prawda, że lepiej.

 

Nie wiem co gorsze. Toksyczność i nieudolność Facebooka czy orwellowska polityka Google’a, który chce nam sformatować świat w taki sposób, by pasował do jego korpo-wizji. Być może najgorsze jest to, że oba te przypadki, ich działalność i polityka, monstrualną hipokryzją są podszyte, niczym materac chciwca – forsą. No bo o forsę tu głównie chodzi.

 

Mirosław Usidus

 

Konwencja, spektakl, umowa – ks. ARTUR STOPKA o związkach dziennikarzy z politykami

Właściwie dlaczego politycy z pierwszych stron bawiący się na urodzinach robiącego z nimi wywiady dziennikarza budzą silne emocje części odbiorców? I w czym leży problem, że popularny dziennikarz polityczny doradza ministrowi?

 

Czy ktokolwiek byłby zgorszony widząc, że po spektaklu „Romea i Julii” aktorzy grający postacie skonfliktowanych na śmierć i życie Kapuletich i Montekich idą razem i w świetnej komitywie na wódkę albo całą trupą wspólnie świętują urodziny aktorki grającej rolę Julii? Czy kogoś oburzyłby fakt, że aktor, grający w filmie wybitnego policjanta Eliota Nessa, doradza aktorowi grającemu bandytę z gangu Ala Capone, jak najlepiej wypaść przed kamerą?

 

Raczej wątpliwe. Nie jest przecież dla nikogo tajemnicą, że aktorzy po prostu uczestniczą w spektaklu, a poza nim ich relacje są zupełnie inne niż te, które prezentują publiczności. Widz ma świadomość, że wszystko, co pokazywane i mówione jest w czasie przedstawienia czy w filmie, to konwencja i efekt umowy. Że nawet jeśli bohaterowie opowiadanych wydarzeń tracą życie, aktorzy żyją sobie dalej w najlepsze i nie mają najmniejszych pretensji do tych, którzy na scenie albo na ekranie do nich strzelali albo dźgali nożem. Byłoby głupotą oczekiwać czegoś innego, skoro odbiorcy wiedzą, że uczestniczą w spektaklu specjalnie dla nich przygotowanym.

 

Oni tylko grają

 

Świadomość spektaklu jest dla szeroko rozumianej publiczności kluczowa w ocenie prywatnych zachowań i relacji uczestniczących w nim osób. Oni tylko grają. Nawet jeśli poszczególne kwestie nie są szczegółowo rozpisane i dopuszczona jest nawet bardzo daleko idąca improwizacja, to jednak role są wyznaczone precyzyjnie i dokładnie. Elementarna uczciwość wymaga, aby odbiorca o tym wiedział. Żeby nie popełniał błędu i nie identyfikował aktorów z odtwarzanymi przez nich postaciami.

 

Problem zaczyna się w momencie, gdy twórcy widowiska ukrywają przed publicznością jego faktyczną naturę i usiłują mu zasugerować, że to, co widzą, nie jest kreacją, spektaklem, przedstawieniem, grą z wypracowanym starannie podziałem na role, ale najprawdziwszą rzeczywistością. Wtedy odbiorca zostaje wprowadzony w błąd i może być przekonany, że ci, którzy przed jego oczami odegrali właśnie zażartą kłótnię, faktycznie są skonfliktowani. Także wtedy, gdy nikt na nich nie patrzy ani ich nie słucha. Mówiąc wprost, widz bez świadomości, że obserwuje spektakl, staje się ofiarą oszustwa. Nic dziwnego, że gdy spotyka tych, których uważał za antagonistów, w najlepszej przyjaźni pijących razem wódeczkę, wyraża oburzenie.

 

Politycy balują u dziennikarza

 

Te dość oczywiste stwierdzenia warto przytoczyć, aby zrozumieć, dlaczego upublicznione ostatnio zdjęcia i nazwiska polityków, balujących na urodzinach jednego ze znanych, „topowych” dziennikarzy politycznych, mogą dla kogokolwiek być powodem do oburzenia lub zgorszenia. Podobnie, jak wykradzione i ujawnione w internecie maile, wymieniane pomiędzy czołowym dziennikarzem politycznym jednego z wielkich koncernów medialnych działających w naszym kraju a bardzo ważnym ministrem obecnego rządu.

 

Legitymizują własne miejsce

 

Mediatyzacja polityki jest zjawiskiem nie od dziś odnotowywanym, analizowanym i opisywanym. Także pod kątem wzajemnych relacji polityków i dziennikarzy/pracowników mediów zajmujących się tematami politycznymi. Sześć lat temu Małgorzata Lisowska-Magdziarz z Uniwersytetu Jagiellońskiego opublikowała artykuł zatytułowany „Władza24. Dziennikarz informacyjny w świecie polityki zmediatyzowanej”.

 

Stwierdziła w nim, że dziennikarz polityczny/informacyjny nie tylko stał się ważnym i atrakcyjnym mieszkańcem zbiorowej wyobraźni, lecz także otrzymał możliwość realnego wpływu na procesy decyzyjne, ustalanie społecznej i politycznej agendy oraz na społeczny wizerunek polityki i polityków. Zwróciła uwagę, że jednocześnie dziennikarze sami tworzą swój własny wizerunek i wizerunek własnej profesji. „Używają tu własnej kompetencji oraz narzędzi i środków, które mają do dyspozycji jako reprezentanci instytucji medialnych i okołomedialnych. Określają w ten sposób warunki dla własnego oddziaływania politycznego oraz legitymizują własne miejsce w systemie”.

 

Zdaniem Lisowskiej-Magdziarz mediatyzacja m. in. wymusza redefinicję roli zawodowej i etosu zarówno polityka, jak i dziennikarza. Co więcej, prowadzi też do upodobnienia środków i sposobów użytkowania mediów przez dziennikarzy i przez polityków. Autorka nie zawahała się użyć w odniesieniu do efektów mediatyzacjo polityki określenia „postdziennikarstwo”. „Największe sukcesy – w kategoriach widzialności i wpływu – osiągają postacie dziennikarzy o cechach typowych dla medialnej konstrukcji gwiazdy czy celebryty” – zauważyła.

 

Tworzą jedną ekipę

 

W obszernym tekście medioznawczyni z UJ znalazło się także niezwykle istotne spostrzeżenie. Według niego uwarunkowania, w jakich dzisiaj funkcjonują dziennikarze polityczni i politycy sprawia, że działają oni raczej jako „członkowie tej samej klasy czy warstwy, niż reprezentanci różnych interesów”. Trywializując można powiedzieć, że dziś niejednokrotnie politycy i zajmujący się ich działaniami dziennikarze, to ta sama ekipa. Ekipa, która przygotowuje dla odbiorców show, widowisko, spektakl, w którym zarówno jedni, jak i drudzy, po prostu mniej lub bardziej sprawnie i profesjonalnie odkrywają swoje role. To, co otrzymuje odbiorca to dziś w znacznej (a może nawet przeważającej), części, infotainment, democratainment i politicotainment.

 

Jeśli odbiorca wie, że zarówno politycy, jak i dziennikarze polityczni, przygotowują dla niego spektakl, to zrozumiałe i oczywiste staje się dla niego nie tylko wspólne imprezowanie aktorów serwowanego mu widowiska, ale także doradzanie ministrowi przez dziennikarza krytycznej (z założenia) wobec jego rządu telewizji. Przecież jednoczy ich troska o jak najwyższą jakość i skuteczność przygotowywanego przez nich informacyjno-rozrywkowego przekazu.

 

Można zadawać pytania

 

Kłopot polega na tym, że o ile w teatrze lub przed seansem filmowym publiczność zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem wie, iż zobaczy aktorów odgrywających role i przedstawione relacje między postaciami nie będą identyczne z relacjami pomiędzy odtwarzającymi je osobami, o tyle odbiorca przekazów informacyjno-politycznych mniej lub bardziej nachalnie utrzymywany jest przez twórców widowiska w przeświadczeniu, że występujący nie są aktorami, a uwidocznione między nimi relacje są absolutnie prawdziwe.

 

Oczywiście, można zadawać pytania, na ile widz, słuchacz, obserwator wydarzeń na styku politycy – dziennikarze polityczni, daje się nabierać na własne życzenie. Warto też zastanowić się, na ile reakcje przedstawicieli mediów na nagłośnione wspomniane wyżej dwa wydarzenia, przejawiane w nich oburzenie czy zażenowanie, są elementem tworzenia swojego własnego wizerunku i wizerunku własnej profesji.

 

Ks. Artur Stopka

…sed magis amica veritas – ŁUKASZ WARZECHA o relacjach dziennikarzy z politykami

Urodziny Roberta Mazurka (nie byłem) oraz prawdopodobne współdziałanie Krzysztofa Skórzyńskiego z Michałem Dworczykiem, ujawnione za sprawą wycieku mejlowego (jak się znów okazuje – wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi autentycznego) sprawiły, że odbiorcy mediów zaczęli znowu kwestionować uczciwość dziennikarzy, pytać o ich prywatne znajomości z politykami oraz ich zdolność do zadawania im trudnych pytań. Warto tu zatem kilka kwestii wyklarować.

 

Gdy idzie o głośną imprezę Roberta Mazurka – nie ma tu naprawdę powodu do darcia szat. Ba, nie jest nawet prawdą – jak niektórzy twierdzą – że to ostateczny dowód na odgrywanie przez polityków teatru przed publicznością, a bratanie się za kulisami. Po pierwsze – wzajemne tolerowanie się przez polityków w sytuacji towarzyskiej nie jest „brataniem się”, tylko szczęśliwym zachowaniem jeszcze resztek cywilizowanych zasad współistnienia. To nie znaczy, że między politykami PO a PiS w takich okolicznościach panuje jakaś serdeczność. To znaczy tyle, że są w stanie bawić się obok siebie – i nie ma w tym nic złego. Nikt chyba nie będzie się też dziwił, że wciąż ocierający się o siebie politycy również z przeciwnych obozów są ze sobą w dużej części na „ty”.

 

Po drugie – właściwie należałoby się cieszyć, że jest jeszcze miejsce, gdzie ci ludzie są w stanie spędzić obok siebie czas bez negatywnych emocji. Nawet jeśli sprzyja temu piwo i coś mocniejszego. Jeśli można im cokolwiek zarzucić, to to, na co wskazał „Fakt”: że w tym samym czasie w Sejmie informację o działaniach NIK przedstawiał prezes tej instytucji Marian Banaś i posłowie powinni po prostu być w pracy, a nie popijać trunki na urodzinach znajomego dziennikarza.

 

Najwięcej emocji wzbudza jednak kwestia znajomości dziennikarzy z politykami. Dotyczy to także Krzysztofa Skórzyńskiego i jego relacji z ministrem Dworczykiem. Uważam, że powinna tu działać jedna podstawowa zasada i póki jest przestrzegana, wszystko jest w porządku: amicus Plato sed magis amica veritas (Platon jest mi przyjacielem, lecz droższa jest mi od niego prawda).

 

Dziennikarze, szczególnie ci z dłuższym stażem, znają się z politykami często jeszcze z bardzo dawnych czasów, zanim politycy zostali politykami, a dziennikarze zrobili kariery. Mam sam kilka takich znajomości trwających od lat, a owi znajomi byli lub są na stanowiskach ministerialnych lub też na czele opozycji. Nie będę przecież dla jakichś dziwnych pozorów nagle mówił do tych ludzi na „pan” czy „pani”. Rzecz w tym, że nawet taka wieloletnia znajomość nie może być hamulcem dla krytyki danej osoby.

 

Testuję to we własnym przypadku i nie mam tu powodów do wstydu. Nie miałem wątpliwości, że muszę krytycznie odnosić się do Radosława Sikorskiego jako ministra spraw zagranicznych w rządzie PO, mimo że wcześniej napisaliśmy razem książkę. Nie miałem oporów przed krytykowaniem Witolda Waszczykowskiego, gdy zajmował to samo stanowisko. A znamy się chyba blisko 20 lat. Nie miałem też żadnych wątpliwości, że nie podobała mi się i nie podoba nadal linia, którą przyjęła Jadwiga Emilewicz, inna moja wieloletnia znajoma. Pisałem o tym i mówiłem wielokrotnie. Z drugiej strony jeśli takie osoby robią coś, co oceniałbym dobrze – trudno, żeby na siłę te działania negować.

 

Tu, gdy idzie o Roberta Mazurka, jestem niemal całkowicie spokojny. Znając go od lat, wiem, że może polityka zaprosić na swoje urodziny, żeby następnego dnia w trakcie wywiadu wdeptać go bezlitośnie w ziemię. Aczkolwiek pojawiały się i u mnie wątpliwości, kiedy na przykład Robert wyjątkowo łagodnie, by nie rzec – pieszczotliwie wręcz odnosił się do Łukasza Szumowskiego jeszcze jako ministra zdrowia. Nie dam głowy, czy względy osobiste nie grały tu roli, ale nie chcę tego tematu drążyć. Nie jest to w każdym razie u Roberta rys dominujący. Raczej przeciwnie.

 

Większy problem mam z Krzysztofem Skórzyńskim, ale bardzo jestem daleki od wyrażania łatwego potępienia. Po pierwsze dlatego, że znając Krzysztofa od dawna i obserwując jego pracę, nie mam żadnych wątpliwości, że to bardzo dobry i – chcę tak wciąż myśleć – uczciwy dziennikarz.

 

Po drugie – bo w tym układzie skłonny jestem raczej winić Dworczyka niż Skórzyńskiego. To Dworczyk powinien mieć dość przyzwoitości, żeby nie wciągać swojego kolegi w wątpliwe etycznie działania. Tak, Skórzyński powinien odmówić. Ale czasem bardzo trudno jest odmówić dobremu znajomemu. Dlatego właśnie ów znajomy nie powinien prosić.

 

Po trzecie – bo doskonale wiem, że granica między tym, co etyczne, a co nie, bywa płynna. Nieraz zdarzało mi się, że politycy w prywatnych rozmowach prosili mnie o ocenę swoich wystąpień, zachowań, decyzji. „Co pan o tym myśli?” albo „co o tym myślisz?” (jeśli znaliśmy się lepiej) – pytali. Jestem publicystą, nie widzę zatem powodu, dla którego nie miałbym przedstawiać swojej oceny, która potem albo nawet wcześniej i tak znalazła się w jakimś moim tekście czy wypowiedzi. Czy na prośbę polityka skonsultowałbym tekst jego wystąpienia na takiej zasadzie, jak robi to piarowiec? Nie. Czy odpowiedziałbym, gdyby polityk zapytał mnie w rozmowie: „Czy uważa pan, że powinienem to powiedzieć i co z tego może wyniknąć?”? Zapewne tak. Czy gdybym dostał do merytorycznej oceny jakąś koncepcję, projekt, plan z prośbą, abym ocenił go z punktu widzenia moich poglądów pod kątem zagrożeń i korzyści dla państwa i obywateli – ale nie pod kątem korzyści wizerunkowych – zgodziłbym się? To zależy, ale nie odpowiem a priori, że nigdy bym się tym nie zajął. Jako się rzekło – granica jest tutaj jednak dość płynna, a jeśli ktoś pozuje na arbitra etyki i stwierdza, że to jakiś zero-jedynkowy system, to znaczy, że nie ma pojęcia o realnym życiu.

 

Wielokrotnie pisałem już na portalu SDP o tym, że politycy spotykają się z dziennikarzami na offie, a podczas takich spotkań, czasem w gronie kilku osób, siłą rzeczy dochodzi do wymiany opinii. Na siłę można by uznać, że to też jest rodzaj doradzania politykowi. Niedorzecznością jest jednak żądać, aby tego typu spotkania się nie odbywały. Organizowali je i organizują politycy praktycznie spod wszystkich sztandarów.

 

Dzisiejsi krytycy Skórzyńskiego rekrutują się głównie ze strony opozycyjnej. Jasne jest, dlaczego – motywacja jest wyłącznie polityczna. Gdyby Skórzyński konsultował wystąpienia np. Rafała Trzaskowskiego, usłyszelibyśmy, że to „całkiem inna sytuacja”. Szczerze mówiąc, jestem gotów się założyć, że podobne – może nie identyczne, ale bliskie – sytuacje ma za sobą większość publicystów sympatyzujących z opozycją, ale też tych sympatyzujących z obozem władzy. Ci ostatni może nawet jeszcze więcej. Rozmywaniu granicy tego, co dopuszczalne, a co nie, sprzyja widzenie konfliktu politycznego w kategoriach walki bezwzględnego dobra z bezwzględnym złem. Skoro tak, to ważniejsze jest, żeby pomóc zwyciężyć „dobru” niż żeby dochowywać jakichś zasad etycznych. Oczywiście „dobro” jest po jednej lub drugiej stronie, w zależności od punktu siedzenia.

 

Liczę, że Krzysztof Skórzyński dostanie swoją drugą szansę i w wyniku politycznej nawalanki nie zostanie zmuszony do opuszczenia swojej stacji, z którą jest od lat związany. Jestem przekonany, że to byłaby dla niej strata. A wszystkim arbitrom dziennikarskiej moralności chciałbym powiedzieć, że życie jest naprawdę bogatsze niż sztywne zasady wymyślane za biurkiem.

 

Łukasz Warzecha

Stawiać na jakość, a nie reklamy – WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI o przyszłości mediów

Mit o skuteczności reklamy online to bajka, którą świat cyfrowy lansuje od lat.

 

Przez ostatnie 30 lat moje życie związane było z mediami, byłem wydawcą i redaktorem naczelnym „Wiadomości Wrzesińskich”, niezależnego tygodnika lokalnego, który jeszcze 10 lat temu w powiecie, gdzie mieszka 75 tysięcy mieszkańców, sprzedawał co tydzień w ponad 10 tysięcy egzemplarzy.  1 stycznia 2021 oddałem tytuł dziennikarzom, ale nadal interesuję się mediami. Nadal czytam gazety i czasopisma, śledzę portale dziennikarskie, prenumeruję branżowy magazyn „Press”, śledzę wszelkie doniesienia (medialne!) na temat mediów, podtrzymuję kontakt ze środowiskiem, z którego pochodzę, czyli ze Stowarzyszeniem Gazet Lokalnych, które przyznało mi członkostwo honorowe. Sporo też myślę na temat przyszłości mediów, o tym jak powinny wyglądać, czym powinny się stać, aby przetrwać w szybko zmieniającej się teraźniejszości.

 

Piszę to, siedząc w ciemni, bo jestem też fotografem ze ZPAF-u i wywołuję negatywy (wielkoformatowe 5×7 cali) , słuchając internetowego Radia 357. Przełączam się też na Radio Nowy Świat. I jestem po prostu szczęśliwy. Bo muzyka świetna. Bo prowadzący inteligentni. Bo goście mający do powiedzenia coś ciekawego. BO NIE MA REKLAM!

 

I to jest Moi Drodzy przyszłość mediów – JAKOŚĆ. Finansowana przez ludzi, którzy tej jakości potrzebują. Wystarczy dać 10 złotych na miesiąc, czyli tyle ile kosztuje piwo w knajpie, aby poczuć się dobrze. Ja czuję się dobrze, bo nie dosyć, że wspieram utalentowanych ludzi, którzy potrafią robić dobre radio, to jeszcze biorę udział w przebudowie mediów w dobrym kierunku. Radia 357 czy Nowy Świat realizują z sukcesem nowoczesny model biznesowy mediów oparty na  dziennikarstwie jakościowym i finansowaniu społecznościowym, a nie na modelu – darmowa  (lub prawie darmowa) treść + płatna reklama.

 

Zauważmy, że reklamy nikt nie lubi, a nawet nie cierpi. Tolerujemy ją z konieczności, bo przyzwyczailiśmy się do niej, to takie zło konieczne. A jeśli jej nie lubimy, to jak może być skuteczna?! Mit o skuteczności reklamy online to bajka, którą świat cyfrowy lansuje od lat.

 

De Correspondent (holenderski płatny portal publikujący tylko wartościowe artykuły dziennikarskie) w tekście o mitach reklamy online przytacza m.in. wyniki eksperymentu, na jaki namówił firmę eBay Steve Tadelis, profesor ekonomii z Harvardu. eBay na reklamę w wyszukiwarce Google (i w innych wyszukiwarkach) wydawał dziesiątki milionów dolarów, płacił za to, żeby wyniki wyszukiwania z aukcjami eBay były na samej górze wyników, co według ludzi z działu marketingu miało eBay’owi zapewniać wielkie zyski. Tadelis zaproponował wstrzymanie na kilka tygodni płacenie Googlowi. Wysoko opłacani specjaliści od marketingu eBaya wpadli w rozpacz, dział finansowy wstrzymał oddech. Co się okazało? Ano to, że nic się nie stało – obroty eBay’a w zasadzie nie zmieniły się ani trochę! Reklama w wyszukiwarce była całkowicie zbędna, ludzie i tak kupowali na aukcjach eBay. Firma zaoszczędziła dziesiątki milionów dolarów.

 

Reklamodawcom proponuję eksperyment: wstrzymajcie na miesiąc emisję reklam i sprawdźcie, czy waszym biznesom coś się stanie, czy spadną wasze obroty? eBay wydawał miesięcznie miliony dolarów na reklamę w wyszukiwarce Google (żeby aukcje eBay wyświetlały się na górze wyników wyszukiwania), a po wstrzymaniu płacenia Googlowi nic się nie zmieniło, ludzie nadal kupowali na eBayu tyle samo, co wcześniej. REKLAMA TO ŚCIEMA. Przyszłością mediów jest – dziennikarstwo jakościowe + płatna subskrypcja, a nie reklamy, bo te przeniosą się do Google’a i Facebooka.

 

Waldemar Śliwczyński

 

Był światowej sławy sowietologiem – JADWIGA CHMIELOWSKA wspomina Jerzego Targalskiego

Odszedł mój wielki przyjaciel, doradca, towarzysz walki o niepodległą, wolną od komunizmu Polskę.

 

Nie znając się osobiście, współpracowaliśmy od 1977 roku. Spotkaliśmy się w Paryżu w 1991, gdy z Tariełem Gwiniaszwilim, wieloletnim więźniem sowieckich łagrów, przyjechałam do Francji na spotkania z niepodległościową gruzińską emigracją. W stanie wojennym Jerzy Targalski wydawał Gazetę Liberalno – Demokratycznej Partii – „Niepodległość” (LDP-N)  – „Niepodległość”, sygnowaną Warszawa – Katowice. Jako szef Regionalnej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność” wprowadziłam je w kolportaż w woj. katowickim. Poglądy prezentowane przez Józefa Darskiego, czyli Jerzego Targalskiego, były zbieżne z moimi. Tak rozpoczęła się nasza coraz bliższa współpraca.

 

Jerzy Targalski był światowej sławy sowietologiem. Miał przyjaciół na całym świecie. Teraz, podczas zaostrzenia się jego choroby, jeszcze raz się zjednoczyliśmy przez telefony: Warszawa, Wilno, Paryż, Waszyngton. Targalskiemu udało się wychować nowe pokolenie polskich patriotów i geopolityków, niekoniecznie kochających Rosję, Niemcy czy Chiny. Redagował portal „abc”, robił inwentaryzację ubeków i konfidentów w PRL „KRUK”, był też współautorem „Resortowych dzieci” i napisał pięciotomowe dzieło „Służby specjalne i pierestrojka” – kompendium wiedzy o przemianach w całym bloku sowieckim. Był znanym publicystą, członkiem SDP. Słynny był jego „Geopolityczny tygiel”, kilka lat emitowany na antenie TV Republika.

 

Niestety, jego nieprzeciętna wiedza i zdolności nie były należycie w III RP wykorzystane. Nie było na niego tzw. „haków”, był niewygodny, bo niesterowalny.  Zachęcona przez Targalskiego w 2015 roku sprowadziłam na wybory prezydenckie i parlamentarne międzynarodowych obserwatorów. Później Targalski zainicjował powstanie Stowarzyszenia „Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy” i został wybrany jego Przewodniczącym, a ja vice, więc od tego czasu nasza współpraca i kontakty zacieśniły się. Nie udało się nas poróżnić. Co ciekawe, robili to ludzie, wydawałoby się z naszej, patriotycznej strony politycznej.

 

Do Jurka Targalskiego miałam zawsze pełne zaufanie. Konsultowałam z nim moje poglądy na wiele spraw. Stosował taką samą, jak ja, retorykę. Jeśli on był czegoś pewny, to byłam i ja. Wyraźnie oddzielał hipotezę od faktu. Był moim najlepszym doradcą. Nie musieliśmy się spotykać, by tracić  czas na długie dysputy. W lot rozumieliśmy problem. Różniło nas jednak też bardzo wiele. Targaś, bo tak go nazywałam wśród przyjaciół, był pesymistą, a ja człowiekiem walki i wiary w jej sukces. Zawsze jednak, nawet gdy nie wierzył, że może mi się udać, pomagał, czyli zwykle prosił o jasne instrukcje, czego od niego oczekuję i potem meldował, że zadanie wykonane. To funkcjonowało też w drugą stronę. Gdy przeprowadzał jakąś akcję, jak np. kontrola wyborów, zapytał jedynie, czy po szpitalu doszłam już na tyle do siebie, aby zająć się sprowadzeniem obserwatorów zagranicznych. Odpowiedź moja mogła być tylko jedna: oczywiście, przystępuję do działań.

 

Targaś miał świetne wyczucie ludzkich słabości, więc wiedział, czego brakuje mnie. Wielokrotnie powtarzał: nie mierz innych swoją miarą. Ludzie są często zachowawczy, wygodni, pazerni i tchórzliwi. Niestety, choć spotykał mądrych i zdolnych młodych na swojej drodze życia i wychował następców, to twierdził, że Polacy tracą swoje najcenniejsze przymioty i tym samym, jako naród, instynkt samozachowawczy. Mogę mieć nadzieję, że się mylił, bo jak nie, to kolejne pokolenia będą płaciły krwią za naszą gnuśność. Będziemy się modlić za jego duszę. Dobrze zasłużył się Rzeczypospolitej.

 

A jeśli komu droga otwarta do nieba,/ Tym, co służą Ojczyźnie, wątpić nie potrzeba” – zacytował mi Kochanowskiego w smsie po śmierci naszego kochanego Jurka Targalskiego Przemysław Żurawski vel Grajewski dziś, 19 września, o godz. 8:48.

 

Żegnaj nieodżałowany przyjacielu! Niech Bóg ma Cię w swojej opiece.

 

Jadwiga Chmielowska

 

Uroczystości pogrzebowe ś.p. Jerzego Targalskiego rozpoczną się mszą świętą w Katedrze Wojska Polskiego przy ul. Długiej w Warszawie we wtorek 28 września 2021 r. o godz. 13.00. Po mszy kondukt pogrzebowy ruszy na Cmentarz Powązkowski

 

Fot. Filip Blazejowski/Gazeta Polska (za portalem Niezalezna.pl)

Oświadczenie red. Krzysztofa Kaźmierczaka w sprawie pomówień w książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo…”

18 września br. CMWP SDP otrzymało oświadczenie  red. Krzysztofa Kaźmierczaka  w związku z publikacją książki “Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”. Publikujemy je w całości:

 

Oświadczenie w sprawie pomówień w książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”

 

Pracuję zawodowo jako dziennikarz 30 lat, z czego 29 lat zajmuję się sprawą porwania i zabójstwa w 1992 roku mojego kolegi redakcyjnego, Jarka Ziętary. Jestem nie tylko autorem lub współautorem bardzo licznych (publikowanych w latach 1992-2021) artykułów na ten temat, ale przede wszystkim byłem inicjatorem i aktywnym uczestnikiem działań, które po 19 latach doprowadziły do przełomu w sprawie – podjęcia pierwszego rzetelnego śledztwa, a w jego efekcie skierowania do sądów aktów oskarżenia w sprawie Ziętary. Jestem uczestnikiem zdarzeń związanych ze sprawą, świadkiem w trwających procesach o zabójstwo dziennikarza. Jestem przy tym pomysłodawcą i przedstawicielem działających od 2010 roku Komitetów Społecznych, które prowadziły i prowadzą nadal działania na rzecz pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zabójstwa Jarka Ziętary, szerzenia wiedzy o tej sprawie oraz upamiętnienia zamordowanego dziennikarza.

 

Moja rola w sprawie Ziętary odnotowana jest w aktach oskarżenia w sprawie zabójstwa Jarosława Ziętary, zgromadzonym materiale dowodowym, ma odzwierciedlenie w trwających procesach. Jest wskazywana w publikacjach wielu autorów, które ukazały się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Jej potwierdzeniem są także przyznane nagrody dziennikarskie za zaangażowanie i publikacje w sprawie Ziętary.

 

Niestety, w książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?” zamieszczono na mój temat treści niezgodne z prawdą, marginalizujące, deprecjonujące moją rolę w sprawie Ziętary, naruszające moje dobra osobiste, pomawiające, podważające kompetencje zawodowe i ośmieszające mnie. To mieszanina zbioru plotek, złośliwych interpretacji i nieprawdziwych informacji. Znaczna ich część w ogóle nie dotyczy sprawy Ziętary, nie ma racjonalnego uzasadnienia ich zamieszczanie w książce na ten temat. Do tego te krzywdzące mnie treści zostały opublikowane bez umożliwienia mi ustosunkowania się do nich. Mimo iż książka ma charakter dziennikarski, a zatem obejmują ją zasady, do których należy zapewnienie możliwości odniesienia się do zarzutów.

 

Nie budzi moich wątpliwości, że w książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?” świadomie, celowo przedstawiono mnie w złym świetle w sprawie Ziętary, której poświęciłem znaczną część mojego życia.

 

Rozważam podjęcie kroków prawnych w obronie mojego dobrego imienia.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak

 

Na zdjęciu : Krzysztof M. Kaźmierczak przy tablicy upamiętniającej śmierć red. Jarosława Ziętary odsłoniętej staraniem Społecznego Komitetu, który zorganizował i którego pracami kierował (arch. CMWP SDP)

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Będzie konfrontacja twórcy Elektromisu z byłym naczelnym „Wprost”

16 września Sąd Okręgowy w Poznaniu kontynuował proces, w którym oskarża się byłego senatora Aleksandra Gawronika o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie redaktora Jarosława Ziętary. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP obserwuje ten proces od 2019 roku. Tym razem zeznawało dwóch świadków. Rozprawa rozpoczęła się od uwzględnienia przez sąd wniosku obrony o przeprowadzenie dowodu z uzupełniającego zeznania Mariusza Ś. oraz Łucjana Z. Świadkowie mieli być przesłuchani na okoliczność spotkań z Aleksandrem Gawronikiem w obecności innego świadka Zdzisława K., który zeznawał 20 maja br.Podczas rozprawy pojawiła się także nowa okoliczność – do tej pory szef Elektromisu oraz były senator twierdzili, że nie rozmawiali o zabójstwie Jarosława Ziętary, bo  w pierwszej połowie lat 90. nie mieli ze sobą kontaktu, jednak zeznania Mariusza Ś. z 16 września temu przeczą. Dlatego prokurator złożył wniosek o konfrontację zeznań świadków Mariusza Ś., twórcy Elektromisu i Marka Króla, byłego redaktora naczelnego tygodnika „Wprost” na okoliczność określenia roli Aleksandra Gawronika, podczas spotkań opisywanych przez obu świadków (Marka Króla i Mariusza Ś.) w dwóch różnych wersjach.

Jako pierwszy wezwany został Łucjan Z. 70 letni emerytowany radca prawny i oświadczył, że oskarżonego „nie zna i nigdy z nim nie zamienił jednego zdania”. Nie zna również Zdzisława K., choć powinien go znać. Okazuje się, że Z. był syndykiem upadłości spółki Strefa Wolnocłowa, a Zdzisław K. był jej prezesem. K. powinien był przekazać syndykowi dokumentację spółki. Łucjan Z. pamiętał tą sprawę dlatego, że pierwszy raz w karierze zawodowej zdarzyło się, że nie miał od kogo odebrać dokumentów. „Z informacji, które otrzymałem wynikało, że K. jest na badaniu psychiatrycznym w szpitalu”. Po zakończeniu działalności syndyka Z. też nie miał możliwości przekazać dokumentów prezesowi K. i nie zrobił tego osobiście.

 

Mariusza Ś. zna i ta znajomość dotyczy kilkudziesięciu lat. Łucjan Z. był przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Puszczykowie gdzie Ś. pod koniec lat osiemdziesiątych, zakupił dom.  „Nic nie wiem na temat interesów Ś., nie robiłem z nim żadnych interesów”. Prowadził sprawy dla spółek związanych z Elektromisem, ze względu na swój zawód radcy prawnego, ale nie pamięta już szczegółów. Gdyby było coś nielegalnego, to zgodnie z etyką musiałby zawiadomić organa ścigania.

 

Jako drugi na salę sądową wszedł Mariusz Ś., twórca holdingu Elektromis. Zeznania rozpoczęły się od pytań obrońcy oskarżonego Aleksandra Gawronika. Mariusz Ś. oświadczył, że w 1991 roku nie spotykał się równocześnie z Aleksandrem Gawronikiem, Łucjanem Z. i Zdzisławem K. Nie przejął też w 1991 roku spółki Strefa Wolnocłowa, Gawronik w lipcu 1991 roku nie przekazał mu żadnych informacji dotyczących zmian przepisów oraz informacji przydatnych do przejęcia spółki Strefa Wolnocłowa. Nie spotykał się też z oskarżonym w swoim domu w Puszczykowie. Nigdy też nie rozmawiał z K. o Ziętarze ani o jakimkolwiek innym dziennikarzu, którego miałaby zatrzymać ochrona Elektromisu i odebrać mu aparat fotograficzny. Zdzisław K. dwa lata temu zgłosił się do Ś. do biura i zażądał żeby Mariusz Ś. mu dopłacił za dostawę towarów do sieci hurtowni w roku 1991 (prawdopodobnie)  i – cyt.   jeżeli mu nie zapłacę tych pieniędzy to będzie składał oświadczenia i zeznania obciążające mnie w sprawie Ziętary. Mariusz Ś. stwierdził, że był zdziwiony tym roszczeniem, tym bardziej, że ucieszył się, na widok Zdzisława K. po 30 latach. Jednak K. wyjaśnił, że gdyby nie musiał, to by nie szantażował Mariusza Ś. Twórca Elektromisu zakończył natychmiast spotkanie, nie ustalając co zmusza K. do takiego postępowania ani też żądanej kwoty. Według świadka nie mieli żadnych nierozliczonych spraw z przeszłości.

 

Następnie prokurator spytał Mariusza Ś. czy zna Marka Króla. Świadek potwierdził i doprecyzował:

spotkałem się z nim w jego domu. Zostałem poproszony o to spotkanie albo przez Aleksandra Gawronika albo przez Marka Króla, ale za pośrednictwem sekretariatu. Nie pamiętam. Tematem spotkania było dokapitalizowanie spółki wydającej tygodnik Wprost. Byłem tym zainteresowany i spotkaliśmy się w prywatnym domu pana Króla.”

 

Po tych słowach prokurator dopytał o rolę Aleksandra Gawronika w świetle wcześniejszych zeznań, że panowie się nie znali. Mariusz Ś. wyjaśnił, że Aleksander Gawronik był z nim na tym spotkaniu, gdyż red. Król prosił go o pośrednictwo i pomoc. Jednocześnie dodał, że oni mogli mieć ze sobą jakieś rozliczenia, ale Ś. nie uzgadniał żadnej prowizji i nie miał żadnych ustaleń biznesowych czy umowy na ewentualne negocjacje. Nie prosił też Gawronika o spotkanie z Królem. Nie wiedział o spotkaniu w Warszawie pomiędzy oskarżonym i Królem. Nie spotkał się w żadnym lokalu gastronomicznym z Gawronikiem i Królem. Do domu Marka Króla przyjechał raczej sam, nie pamięta czy był z nim kierowca czy może też oskarżony. Na pytanie prokuratora, kim był dla twórcy Elektromisu oskarżony, że mógł zaaranżować takie spotkanie Ś. odpowiedział: „Był senatorem w tym czasie i gdy do sekretariatu dzwoni pan senator, to się odbiera telefony. To jest poważna publiczna funkcja”.

 

O samym spotkaniu „ odbyło się w miłej atmosferze, wymieniliśmy się numerami telefonów, ale pan Król do mnie więcej nie przedzwonił.” Oczywiście był skłonny dokapitalizować spółkę, tytuł go interesował. Na spotkanie przyjechał bez broni, bo jej nie nosi i żadnej nie widział. Rutynowo ochrona posiadała broń i mieli na nią pozwolenie. Przypuszcza, że nikt w aucie nie trzymał broni tylko przy sobie [ oczywiście zakładając, że przyjechał z kierowcą lub ochroną – od autorki]. Po tych zeznaniach prokurator zapowiedział wniesienie o konfrontację pomiędzy Markiem Królem, a świadkiem na okoliczność określenia roli oskarżonego. Obrońca Aleksandra Gawronika nie sprzeciwił się, a sam oskarżony zajął stanowisko podobne co jego mecenas.

 

Pytany o materiały we Wproście, które według świadka były szkalujące i niekorzystne dla niego i holdingu Elektromis, odpowiedział: To że chciałem dokapitalizować ten tygodnik nie stoi w sprzeczności z tym, że te artykuły się ukazywały. To był dobry projekt biznesowy. Co do artykułów to nie pamiętam, czy rzecznik prasowy pisał sprostowania czy inaczej reagowaliśmy na nie.

 

Na koniec głos zabrał Aleksander Gawronik. „Jak byłem senatorem w 1993 i 4 roku zadzwonił do mnie Marek Król i spytał czy jak będę w Warszawie to się z nim spotkam. Powiedziałem czemu nie, a to było blisko od senatu i po paru dniach w umówionym terminie spotkaliśmy się w jego redakcji. Zaproponował spacer, bo pogoda była sympatyczna. Król zapytał czy podjąłbym się negocjacji dotyczących ewentualnej sprzedaży tygodnika Wprost. Gawronik zgodził się, po jakimś czasie Król zadzwonił ponownie i zaproponował spotkanie w jego domu. Pojechałem i była rozmowa. Nie pamiętam czy chodziło o dokapitalizowanie czy sprzedaż. Ja chyba pierwszy wyszedłem. Król poprosił mnie o negocjacje, bo znaliśmy się długo, a ja miałem doświadczenie biznesowe. Przyjechałem z kierowcą, który miał broń, ja też miałem pozwolenie. Więcej się nie spotkałem uznałem, że jego kondycja psychiczna jest niezasługująca na to, by się z nim spotykać.”

 

Następna rozprawa 11 stycznia 2022 roku.

Uprzedzić napad agresorów – TOMASZ PLASKOTA o sowieckiej propagandzie we wrześniu 1939 r.

Zanim Sowieci napadli 17 września 1939 r. na Polskę, rozpoczęli od uderzenia informacyjnego w nasz kraj. Zasadniczą rolę w ataku propagandowym odegrały gazety, wówczas najpopularniejsze narzędzie medialne.

 

Zawarty przez Sowiety i III Rzeszą pakt o nieagresji w nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 r. w rzeczywistości był rozbiorem Polski. Pakt RibbentropMołotow zmusił sowiecką propagandę do zmiany frontu. Przywódca Niemiec kanclerz Adolf Hitler przestał być najbardziej wrogim politykiem, a stał się sojusznikiem. Propaganda państwowa już kilka godzin po zawarciu paktu RibbentropMołotow wyjaśniała niuanse nowej polityki. Od tej chwili głównym przeciwnikiem Sowietów stała się „faszystowska i pańska” Polska, która w ocenie sowieckiej propagandy uciskała mniejszości narodowe.

 

Kierunek propagandy

 

23 sierpnia 1939 r. do redakcji pisma Zarządu Politycznego Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej zatytułowanego „Polituczieba krasnoarmiejca”, czyli „Szkolenie polityczne czerwonoarmisty” wpłynął artykuł komisarza politycznego Nikołaja Osipowa o współczesnych działaniach wojennych prowadzonych zgodnie z doktryną marksistowsko-leninowską. Autor w tekście skierowanym do żołnierzy, który ukazał się w numerze z 7 września, wyjaśniał pojęcia wojny sprawiedliwej i niesprawiedliwej. Terminy znane już od czasów starożytności, które poruszali w swoich pismach Cyceron i św. Augustyn, Osipow osadził w doktrynie sowieckie. Zgodnie z jego wywodem, wojny sprawiedliwe stanowią przedłużenie „polityki klas postępowych i rewolucyjnych” i są prowadzone w interesie narodu. Przeciwstawił im wojny niesprawiedliwe, które w jego ocenie są konfliktami grabieżczymi, antynarodowymi i reakcyjnymi. Politruk zwrócił uwagę na ofensywny charakter Armii Czerwonej. Wskazał, że jej celem jest walka „za sprawę całej przodującej, postępowej ludzkości, przeciw potworom reakcji, eksploatacji i kontrrewolucji”. Armia Czerwona ma uprzedzić napad agresorów na ojczyznę socjalizmu – tłumaczył żołnierzom Osipow. Tekst służył oswojeniu czytelników ze zbliżającym się zbrojnym atakiem na Polskę.

 

Czarny „piar” w sowieckiej „Prawdzie”

 

Dziennik „Prawda” był głosem Kremla i stanowił punkt odniesienia nie tylko dla innych mediów, ale co istotniejsze, dla całego aparatu propagandowego i politycznego w państwie komunistycznym. 14 września 1939 r. w „Prawdzie” ukazał się tekst pod tytułem „O wewnętrznych przyczynach wojennej klęski Polski”. Artykułu nikt nie podpisał, prawdopodobnie wyszedł spod pióra współpracownika Józefa Stalina Andrieja Żdanowa, a redagował go sam sekretarz generalny KC KPZR, czyli Józef Stalin. Artykuł powstał po rozmowie Józefa Stalina, sekretarza generalnego Kominternu Georgi Dymitrowa, Wiaczesława MołotowaAndrieja Żdanowa na Kremlu w nocy z 7 na 8 września. W tekście nie było niedomówień jak w artykule z pisma propagandowego skierowanego żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej.

 

Zohydzenie wroga

 

Na łamach „Prawdy” stwierdzono, że państwo polskie jest niezdolne do istnienia i rozpada się po pierwszych wojennych niepowodzeniach. Uciskani przez Polskę Białorusini i Ukraińcy oczekują na wyzwolenie przez Sowiety, więc państwo nie może być bierne wobec tak poważnych oczekiwań. Przyczyny klęski Polski w starciu z Niemcami wyjaśniano w polityce narodowościowej. Białorusini i Ukraińcy zamieszkali na Kresach mieli być „obiektem najbardziej brutalnej i bezwstydnej eksploatacji obszarników polskich”. Hasło „wyzwolenia” prześladowanych mniejszości narodowych spod polskich rządów, stało się celem z którym Armia Czerwona wkroczyła na ziemie Rzeczypospolitej. W tekście atakowano również Polskę za przekształcenie Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, czyli tworów państwowych, które nigdy nie istniały, w „pozbawioną praw kolonię”.

 

Tezy zawarte w artykule „O wewnętrznych przyczynach wojennej klęski Polski” posłużyły do kształtowania świadomości sowieckich koncentrujących żołnierzy, którzy 17 września uderzyli na Rzeczpospolitą. Później wykorzystywano je do kształtowania poglądów ludności zamieszkałej na ziemiach polskich zajętych przez Armię Czerwoną.

 

Sowieckie fake-newsy

 

Na kilka dni przed atakiem na Polskę w sowieckich mediach pojawiły się nieprawdziwe informacje  o prowokacjach polskich oddziałów na granicy z Sowietami i naruszaniu sowieckiej przestrzeni powietrznej przez polskie lotnictwo. Wiadomości o tym dotarły do Polski. Komentowały je gazety.   „Wczoraj rano radio moskiewskie ogłosiło komunikat, iż Polska naruszyła rzekomo granice suwerenne SSSR, przelatując je wojskowymi samolotami. Oczywista bujda” – komentowało wileńskie „Słowo” 15 września 1939 r. Zdaniem autora tekstu za prowokację medialną odpowiadała propaganda niemiecka. Nie miał pojęcia, co trudno mu brać za złe, że depesza sowieckiej agencji prasowej TASS jest jednym z działań poprzedzających atak na Polskę, który nastąpił za dwa dni.

 

Radiowa propaganda

 

Nieprawdziwe i antypolskie tezy zawarł również w wystąpieniu radiowym 17 września 1939 r. Wiaczesław Mołotow. Ludowy komisarz spraw zagranicznych Związku Sowieckiego wyraził pojawiającą się już w sowieckiej prasie troskę o los braci Ukraińców i Białorusinów prześladowanych przez polskie władze. Oprócz tego jako powody ataku unieważnienie traktatów między Polską a Związkiem Sowieckim oraz niestabilną sytuację w pobliżu granicy sowieckiej, która stanowi zagrożenie dla Sowietów.

 

Nie wszyscy uwierzyli w propagandę

 

Napaść Sowietów na Polskę spotkała się również z negatywnymi ocenami. Członek redakcji ukraińskiego wydawnictwa „Sztuka” Michał Dragomanow trafił w sedno. Ocenił wspólne działania niemieckich i sowieckich  „czwartym rozbiorem Polski”, do którego doszło w wyniku porozumienia Stalina z Hitlerem. „Co powie świat? Powiedzą, że razem z faszystowskimi Niemcami dzielimy Polskę. Anglia i Francja wypowiedzą nam wojnę, co oznacza, że będziemy walczyć z nimi razem z Niemcami. Co wtedy powiedzą komuniści na Zachodzie i robotnicy całego świata?” – wskazywał Dragonow.

 

Tomasz Plaskota

Nowe unijne inicjatywy w sprawie wolności mediów

W tegorocznym orędziu o stanie Unii wygłoszonym 15 września w Parlamencie Europejskim, Ursula von der Leyen zwróciła uwagę na sytuację mediów i dziennikarzy:

 

„Panie Posłanki, Panowie Posłowie!

Przyjrzyjmy się na koniec tej, która daje głos wszystkim pozostałym wolnościom – czyli wolności mediów.

Dziennikarze są atakowani tylko dlatego, że wykonują swoją pracę.

Niektórzy są celem gróźb czy pobić, niektórzy giną w tragicznych okolicznościach. To dzieje się tu, w Unii Europejskiej. Chciałbym tu wymienić kilka nazwisk: Daphne Caruana Galizia, Ján Kuciak. Peter de Vries.

Ich historie może się nieco różnią. Ale jedno je łączy: walczyli o nasze prawo do informacji. I oddali za nie życie.”

 

Przewodnicząca Komisji Europejskiej zapowiedziała dwie unijne inicjatywy w zakresie wolności mediów, to jest rekomendacje EU dla krajów członkowskich Media – zalecenie Komisji w sprawie zapewnienia bezpieczeństwa dziennikarzom w Unii Europejskiej (zaprezentowane 16 września przez komisarz Verę Jurovą) i akt prawny dotyczący wolności mediów (European Media Freedom Act), nad którym trwają prace i który ma być gotowy w przyszłym roku.

 

Treść całego orędzia Ursuli von der Leyen dostępna jest na stronie internetowej Komisji Europejskiej.

 

Dorota Zielińska

 

Zdjęcie (zrzut z ekranu) za IFJ

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Edward Bolec

ODCINEK 8.  Z Edwardem Bolcem, pisarzem, poetą rozmawia Jolanta Danak-Gajda.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.