18 września br. CMWP SDP otrzymało oświadczenie red. Krzysztofa Kaźmierczaka w związku z publikacją książki “Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”. Publikujemy je w całości:
Oświadczenie w sprawie pomówień w książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”
Pracuję zawodowo jako dziennikarz 30 lat, z czego 29 lat zajmuję się sprawą porwania i zabójstwa w 1992 roku mojego kolegi redakcyjnego, Jarka Ziętary. Jestem nie tylko autorem lub współautorem bardzo licznych (publikowanych w latach 1992-2021) artykułów na ten temat, ale przede wszystkim byłem inicjatorem i aktywnym uczestnikiem działań, które po 19 latach doprowadziły do przełomu w sprawie – podjęcia pierwszego rzetelnego śledztwa, a w jego efekcie skierowania do sądów aktów oskarżenia w sprawie Ziętary. Jestem uczestnikiem zdarzeń związanych ze sprawą, świadkiem w trwających procesach o zabójstwo dziennikarza. Jestem przy tym pomysłodawcą i przedstawicielem działających od 2010 roku Komitetów Społecznych, które prowadziły i prowadzą nadal działania na rzecz pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zabójstwa Jarka Ziętary, szerzenia wiedzy o tej sprawie oraz upamiętnienia zamordowanego dziennikarza.
Moja rola w sprawie Ziętary odnotowana jest w aktach oskarżenia w sprawie zabójstwa Jarosława Ziętary, zgromadzonym materiale dowodowym, ma odzwierciedlenie w trwających procesach. Jest wskazywana w publikacjach wielu autorów, które ukazały się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Jej potwierdzeniem są także przyznane nagrody dziennikarskie za zaangażowanie i publikacje w sprawie Ziętary.
Niestety, w książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?” zamieszczono na mój temat treści niezgodne z prawdą, marginalizujące, deprecjonujące moją rolę w sprawie Ziętary, naruszające moje dobra osobiste, pomawiające, podważające kompetencje zawodowe i ośmieszające mnie. To mieszanina zbioru plotek, złośliwych interpretacji i nieprawdziwych informacji. Znaczna ich część w ogóle nie dotyczy sprawy Ziętary, nie ma racjonalnego uzasadnienia ich zamieszczanie w książce na ten temat. Do tego te krzywdzące mnie treści zostały opublikowane bez umożliwienia mi ustosunkowania się do nich. Mimo iż książka ma charakter dziennikarski, a zatem obejmują ją zasady, do których należy zapewnienie możliwości odniesienia się do zarzutów.
Nie budzi moich wątpliwości, że w książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?” świadomie, celowo przedstawiono mnie w złym świetle w sprawie Ziętary, której poświęciłem znaczną część mojego życia.
Rozważam podjęcie kroków prawnych w obronie mojego dobrego imienia.
Krzysztof M. Kaźmierczak
Na zdjęciu : Krzysztof M. Kaźmierczak przy tablicy upamiętniającej śmierć red. Jarosława Ziętary odsłoniętej staraniem Społecznego Komitetu, który zorganizował i którego pracami kierował (arch. CMWP SDP)
16 września Sąd Okręgowy w Poznaniu kontynuował proces, w którym oskarża się byłego senatora Aleksandra Gawronika o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie redaktora Jarosława Ziętary. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP obserwuje ten proces od 2019 roku. Tym razem zeznawało dwóch świadków. Rozprawa rozpoczęła się od uwzględnienia przez sąd wniosku obrony o przeprowadzenie dowodu z uzupełniającego zeznania Mariusza Ś. oraz Łucjana Z. Świadkowie mieli być przesłuchani na okoliczność spotkań z Aleksandrem Gawronikiem w obecności innego świadka Zdzisława K., który zeznawał 20 maja br.Podczas rozprawy pojawiła się także nowa okoliczność – do tej pory szef Elektromisu oraz były senator twierdzili, że nie rozmawiali o zabójstwie Jarosława Ziętary, bo w pierwszej połowie lat 90. nie mieli ze sobą kontaktu, jednak zeznania Mariusza Ś. z 16 września temu przeczą. Dlatego prokurator złożył wniosek o konfrontację zeznań świadków Mariusza Ś., twórcy Elektromisu i Marka Króla, byłego redaktora naczelnego tygodnika „Wprost” na okoliczność określenia roli Aleksandra Gawronika, podczas spotkań opisywanych przez obu świadków (Marka Króla i Mariusza Ś.) w dwóch różnych wersjach.
Jako pierwszy wezwany został Łucjan Z. 70 letni emerytowany radca prawny i oświadczył, że oskarżonego „nie zna i nigdy z nim nie zamienił jednego zdania”. Nie zna również Zdzisława K., choć powinien go znać. Okazuje się, że Z. był syndykiem upadłości spółki Strefa Wolnocłowa, a Zdzisław K. był jej prezesem. K. powinien był przekazać syndykowi dokumentację spółki. Łucjan Z. pamiętał tą sprawę dlatego, że pierwszy raz w karierze zawodowej zdarzyło się, że nie miał od kogo odebrać dokumentów. „Z informacji, które otrzymałem wynikało, że K. jest na badaniu psychiatrycznym w szpitalu”. Po zakończeniu działalności syndyka Z. też nie miał możliwości przekazać dokumentów prezesowi K. i nie zrobił tego osobiście.
Mariusza Ś. zna i ta znajomość dotyczy kilkudziesięciu lat. Łucjan Z. był przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Puszczykowie gdzie Ś. pod koniec lat osiemdziesiątych, zakupił dom. „Nic nie wiem na temat interesów Ś., nie robiłem z nim żadnych interesów”. Prowadził sprawy dla spółek związanych z Elektromisem, ze względu na swój zawód radcy prawnego, ale nie pamięta już szczegółów. Gdyby było coś nielegalnego, to zgodnie z etyką musiałby zawiadomić organa ścigania.
Jako drugi na salę sądową wszedł Mariusz Ś., twórca holdingu Elektromis. Zeznania rozpoczęły się od pytań obrońcy oskarżonego Aleksandra Gawronika. Mariusz Ś. oświadczył, że w 1991 roku nie spotykał się równocześnie z Aleksandrem Gawronikiem, Łucjanem Z. i Zdzisławem K. Nie przejął też w 1991 roku spółki Strefa Wolnocłowa, Gawronik w lipcu 1991 roku nie przekazał mu żadnych informacji dotyczących zmian przepisów oraz informacji przydatnych do przejęcia spółki Strefa Wolnocłowa. Nie spotykał się też z oskarżonym w swoim domu w Puszczykowie. Nigdy też nie rozmawiał z K. o Ziętarze ani o jakimkolwiek innym dziennikarzu, którego miałaby zatrzymać ochrona Elektromisu i odebrać mu aparat fotograficzny. Zdzisław K. dwa lata temu zgłosił się do Ś. do biura i zażądał żeby Mariusz Ś. mu dopłacił za dostawę towarów do sieci hurtowni w roku 1991 (prawdopodobnie) i – cyt. jeżeli mu nie zapłacę tych pieniędzy to będzie składał oświadczenia i zeznania obciążające mnie w sprawie Ziętary. Mariusz Ś. stwierdził, że był zdziwiony tym roszczeniem, tym bardziej, że ucieszył się, na widok Zdzisława K. po 30 latach. Jednak K. wyjaśnił, że gdyby nie musiał, to by nie szantażował Mariusza Ś. Twórca Elektromisu zakończył natychmiast spotkanie, nie ustalając co zmusza K. do takiego postępowania ani też żądanej kwoty. Według świadka nie mieli żadnych nierozliczonych spraw z przeszłości.
Następnie prokurator spytał Mariusza Ś. czy zna Marka Króla. Świadek potwierdził i doprecyzował:
„spotkałem się z nim w jego domu. Zostałem poproszony o to spotkanie albo przez Aleksandra Gawronika albo przez Marka Króla, ale za pośrednictwem sekretariatu. Nie pamiętam. Tematem spotkania było dokapitalizowanie spółki wydającej tygodnik Wprost. Byłem tym zainteresowany i spotkaliśmy się w prywatnym domu pana Króla.”
Po tych słowach prokurator dopytał o rolę Aleksandra Gawronika w świetle wcześniejszych zeznań, że panowie się nie znali. Mariusz Ś. wyjaśnił, że Aleksander Gawronik był z nim na tym spotkaniu, gdyż red. Król prosił go o pośrednictwo i pomoc. Jednocześnie dodał, że oni mogli mieć ze sobą jakieś rozliczenia, ale Ś. nie uzgadniał żadnej prowizji i nie miał żadnych ustaleń biznesowych czy umowy na ewentualne negocjacje. Nie prosił też Gawronika o spotkanie z Królem. Nie wiedział o spotkaniu w Warszawie pomiędzy oskarżonym i Królem. Nie spotkał się w żadnym lokalu gastronomicznym z Gawronikiem i Królem. Do domu Marka Króla przyjechał raczej sam, nie pamięta czy był z nim kierowca czy może też oskarżony. Na pytanie prokuratora, kim był dla twórcy Elektromisu oskarżony, że mógł zaaranżować takie spotkanie Ś. odpowiedział: „Był senatorem w tym czasie i gdy do sekretariatu dzwoni pan senator, to się odbiera telefony. To jest poważna publiczna funkcja”.
O samym spotkaniu „ odbyło się w miłej atmosferze, wymieniliśmy się numerami telefonów, ale pan Król do mnie więcej nie przedzwonił.” Oczywiście był skłonny dokapitalizować spółkę, tytuł go interesował. Na spotkanie przyjechał bez broni, bo jej nie nosi i żadnej nie widział. Rutynowo ochrona posiadała broń i mieli na nią pozwolenie. Przypuszcza, że nikt w aucie nie trzymał broni tylko przy sobie [ oczywiście zakładając, że przyjechał z kierowcą lub ochroną – od autorki]. Po tych zeznaniach prokurator zapowiedział wniesienie o konfrontację pomiędzy Markiem Królem, a świadkiem na okoliczność określenia roli oskarżonego. Obrońca Aleksandra Gawronika nie sprzeciwił się, a sam oskarżony zajął stanowisko podobne co jego mecenas.
Pytany o materiały we Wproście, które według świadka były szkalujące i niekorzystne dla niego i holdingu Elektromis, odpowiedział: To że chciałem dokapitalizować ten tygodnik nie stoi w sprzeczności z tym, że te artykuły się ukazywały. To był dobry projekt biznesowy. Co do artykułów to nie pamiętam, czy rzecznik prasowy pisał sprostowania czy inaczej reagowaliśmy na nie.
Na koniec głos zabrał Aleksander Gawronik. „Jak byłem senatorem w 1993 i 4 roku zadzwonił do mnie Marek Król i spytał czy jak będę w Warszawie to się z nim spotkam. Powiedziałem czemu nie, a to było blisko od senatu i po paru dniach w umówionym terminie spotkaliśmy się w jego redakcji. Zaproponował spacer, bo pogoda była sympatyczna. Król zapytał czy podjąłbym się negocjacji dotyczących ewentualnej sprzedaży tygodnika Wprost. Gawronik zgodził się, po jakimś czasie Król zadzwonił ponownie i zaproponował spotkanie w jego domu. Pojechałem i była rozmowa. Nie pamiętam czy chodziło o dokapitalizowanie czy sprzedaż. Ja chyba pierwszy wyszedłem. Król poprosił mnie o negocjacje, bo znaliśmy się długo, a ja miałem doświadczenie biznesowe. Przyjechałem z kierowcą, który miał broń, ja też miałem pozwolenie. Więcej się nie spotkałem uznałem, że jego kondycja psychiczna jest niezasługująca na to, by się z nim spotykać.”
Zanim Sowieci napadli 17 września 1939 r. na Polskę, rozpoczęli od uderzenia informacyjnego w nasz kraj. Zasadniczą rolę w ataku propagandowym odegrały gazety, wówczas najpopularniejsze narzędzie medialne.
Zawarty przez Sowiety i III Rzeszą pakt o nieagresji w nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 r. w rzeczywistości był rozbiorem Polski. Pakt Ribbentrop–Mołotow zmusił sowiecką propagandę do zmiany frontu. Przywódca Niemiec kanclerz Adolf Hitler przestał być najbardziej wrogim politykiem, a stał się sojusznikiem. Propaganda państwowa już kilka godzin po zawarciu paktu Ribbentrop–Mołotow wyjaśniała niuanse nowej polityki. Od tej chwili głównym przeciwnikiem Sowietów stała się „faszystowska i pańska” Polska, która w ocenie sowieckiej propagandy uciskała mniejszości narodowe.
Kierunek propagandy
23 sierpnia 1939 r. do redakcji pisma Zarządu Politycznego Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej zatytułowanego „Polituczieba krasnoarmiejca”, czyli „Szkolenie polityczne czerwonoarmisty” wpłynął artykuł komisarza politycznego Nikołaja Osipowa o współczesnych działaniach wojennych prowadzonych zgodnie z doktryną marksistowsko-leninowską. Autor w tekście skierowanym do żołnierzy, który ukazał się w numerze z 7 września, wyjaśniał pojęcia wojny sprawiedliwej i niesprawiedliwej. Terminy znane już od czasów starożytności, które poruszali w swoich pismach Cyceron i św. Augustyn, Osipow osadził w doktrynie sowieckie. Zgodnie z jego wywodem, wojny sprawiedliwe stanowią przedłużenie „polityki klas postępowych i rewolucyjnych” i są prowadzone w interesie narodu. Przeciwstawił im wojny niesprawiedliwe, które w jego ocenie są konfliktami grabieżczymi, antynarodowymi i reakcyjnymi. Politruk zwrócił uwagę na ofensywny charakter Armii Czerwonej. Wskazał, że jej celem jest walka „za sprawę całej przodującej, postępowej ludzkości, przeciw potworom reakcji, eksploatacji i kontrrewolucji”. Armia Czerwona ma uprzedzić napad agresorów na ojczyznę socjalizmu – tłumaczył żołnierzom Osipow. Tekst służył oswojeniu czytelników ze zbliżającym się zbrojnym atakiem na Polskę.
Czarny „piar” w sowieckiej „Prawdzie”
Dziennik „Prawda” był głosem Kremla i stanowił punkt odniesienia nie tylko dla innych mediów, ale co istotniejsze, dla całego aparatu propagandowego i politycznego w państwie komunistycznym. 14 września 1939 r. w „Prawdzie” ukazał się tekst pod tytułem „O wewnętrznych przyczynach wojennej klęski Polski”. Artykułu nikt nie podpisał, prawdopodobnie wyszedł spod pióra współpracownika Józefa Stalina Andrieja Żdanowa, a redagował go sam sekretarz generalny KC KPZR, czyli Józef Stalin. Artykuł powstał po rozmowie Józefa Stalina, sekretarza generalnego Kominternu Georgi Dymitrowa, Wiaczesława Mołotowa i Andrieja Żdanowa na Kremlu w nocy z 7 na 8 września. W tekście nie było niedomówień jak w artykule z pisma propagandowego skierowanego żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej.
Zohydzenie wroga
Na łamach „Prawdy” stwierdzono, że państwo polskie jest niezdolne do istnienia i rozpada się po pierwszych wojennych niepowodzeniach. Uciskani przez Polskę Białorusini i Ukraińcy oczekują na wyzwolenie przez Sowiety, więc państwo nie może być bierne wobec tak poważnych oczekiwań. Przyczyny klęski Polski w starciu z Niemcami wyjaśniano w polityce narodowościowej. Białorusini i Ukraińcy zamieszkali na Kresach mieli być „obiektem najbardziej brutalnej i bezwstydnej eksploatacji obszarników polskich”. Hasło „wyzwolenia” prześladowanych mniejszości narodowych spod polskich rządów, stało się celem z którym Armia Czerwona wkroczyła na ziemie Rzeczypospolitej. W tekście atakowano również Polskę za przekształcenie Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, czyli tworów państwowych, które nigdy nie istniały, w „pozbawioną praw kolonię”.
Tezy zawarte w artykule „O wewnętrznych przyczynach wojennej klęski Polski” posłużyły do kształtowania świadomości sowieckich koncentrujących żołnierzy, którzy 17 września uderzyli na Rzeczpospolitą. Później wykorzystywano je do kształtowania poglądów ludności zamieszkałej na ziemiach polskich zajętych przez Armię Czerwoną.
Sowieckie fake-newsy
Na kilka dni przed atakiem na Polskę w sowieckich mediach pojawiły się nieprawdziwe informacje o prowokacjach polskich oddziałów na granicy z Sowietami i naruszaniu sowieckiej przestrzeni powietrznej przez polskie lotnictwo. Wiadomości o tym dotarły do Polski. Komentowały je gazety. „Wczoraj rano radio moskiewskie ogłosiło komunikat, iż Polska naruszyła rzekomo granice suwerenne SSSR, przelatując je wojskowymi samolotami. Oczywista bujda” – komentowało wileńskie „Słowo” 15 września 1939 r. Zdaniem autora tekstu za prowokację medialną odpowiadała propaganda niemiecka. Nie miał pojęcia, co trudno mu brać za złe, że depesza sowieckiej agencji prasowej TASS jest jednym z działań poprzedzających atak na Polskę, który nastąpił za dwa dni.
Radiowa propaganda
Nieprawdziwe i antypolskie tezy zawarł również w wystąpieniu radiowym 17 września 1939 r. Wiaczesław Mołotow. Ludowy komisarz spraw zagranicznych Związku Sowieckiego wyraził pojawiającą się już w sowieckiej prasie troskę o los braci Ukraińców i Białorusinów prześladowanych przez polskie władze. Oprócz tego jako powody ataku unieważnienie traktatów między Polską a Związkiem Sowieckim oraz niestabilną sytuację w pobliżu granicy sowieckiej, która stanowi zagrożenie dla Sowietów.
Nie wszyscy uwierzyli w propagandę
Napaść Sowietów na Polskę spotkała się również z negatywnymi ocenami. Członek redakcji ukraińskiego wydawnictwa „Sztuka” Michał Dragomanow trafił w sedno. Ocenił wspólne działania niemieckich i sowieckich „czwartym rozbiorem Polski”, do którego doszło w wyniku porozumienia Stalina z Hitlerem. „Co powie świat? Powiedzą, że razem z faszystowskimi Niemcami dzielimy Polskę. Anglia i Francja wypowiedzą nam wojnę, co oznacza, że będziemy walczyć z nimi razem z Niemcami. Co wtedy powiedzą komuniści na Zachodzie i robotnicy całego świata?” – wskazywał Dragonow.
W tegorocznym orędziu o stanie Unii wygłoszonym 15 września w Parlamencie Europejskim, Ursula von der Leyen zwróciła uwagę na sytuację mediów i dziennikarzy:
„Panie Posłanki, Panowie Posłowie!
Przyjrzyjmy się na koniec tej, która daje głos wszystkim pozostałym wolnościom – czyli wolności mediów.
Dziennikarze są atakowani tylko dlatego, że wykonują swoją pracę.
Niektórzy są celem gróźb czy pobić, niektórzy giną w tragicznych okolicznościach. To dzieje się tu, w Unii Europejskiej. Chciałbym tu wymienić kilka nazwisk: Daphne Caruana Galizia, Ján Kuciak. Peter de Vries.
Ich historie może się nieco różnią. Ale jedno je łączy: walczyli o nasze prawo do informacji. I oddali za nie życie.”
ODCINEK 8. Z Edwardem Bolcem, pisarzem, poetą rozmawia Jolanta Danak-Gajda.
„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.
W niedzielę 12 września beatyfikacja ks. Stefana kard. Wyszyńskiego i s. Elżbiety Czackiej była jednym z głównych tematów telewizji informacyjnych. Tematem, rzecz jasna, potraktowanym w różny sposób w zależności od profilu stacji. Jedno nie ulegało wątpliwości: uroczystość beatyfikacyjna była na tyle istotna, żeby została pokazana we wszystkich najważniejszych programach, przemeblowując ich ramówki.
Tak się składa, że właśnie na tę niedzielę miałem zaproszenie do „Loży Prasowej” w TVN24, która wyjątkowo – ze względu na nabożeństwo beatyfikacyjne – miała emisję na żywo nie jak zwykle około 11.50, ale o 21. Stosowna, całkowicie neutralna informacja o tej zmianie pojawiła się w ciągu dnia na twitterowym profilu stacji. O porze emisji wiedziałem oczywiście już wcześniej i nie widziałem w tym nic szczególnego – telewizja informacyjna postanowiła transmitować wydarzenie obiektywnie rzecz biorąc szczególnie istotne, więc stałe audycje musiały zostać przesunięte.
Zaskoczyła mnie natomiast zapiekłość, z jaką TVN24 zostało za tę decyzję zaatakowane w mediach społecznościowych przez swoich – jak można sądzić – stałych widzów. Deklaracje o tym, że kończą ze stacją, należały do najłagodniejszych. Generalnie przekaz był taki, że TVN24 stał się za sprawą tej jednej decyzji praktycznie kanałem wyznaniowym, klękającym przed biskupami broniącymi pedofilów (albo samemu będącymi pedofilami – to stały motyw w antyklerykalnych komentarzach) i że nie takie są oczekiwania wobec stacji. Rzecz jasna – twitterowa opinia nie jest w żaden sposób reprezentatywna. Ciekawe jest jednak, jakie są oczekiwania przynajmniej części widowni wobec telewizji, którą, jak można zakładać, uznawali za „swoją”.
Przypomina mi się sytuacja, gdy kilka lat temu „Polityka” zaprosiła mnie do napisania gościnnego tekstu o sytuacji politycznej, dając mi całkowitą swobodę ujęcia tematu. Natychmiast po tej publikacji jakaś część czytelników lewicowego tygodnika dała wyraz swojemu oburzeniu, a nawet zaczęła deklarować rezygnację z prenumeraty. Podobnie komentowane były przez czytelników „Gazety Wyborczej” wywiady Grzegorza Sroczyńskiego z osobami spoza gazetowowyborczego kręgu. Tego typu komentarze pojawiają się również po „Lożach Prasowych”, w których mam przyjemność brać udział i gdzie wyrażam zdanie odrębne od dominującego w programie.
Wszystko to daje wgląd w sposób widzenia mediów przez niektórych ich odbiorców – tym razem spośród tych po antyrządowej stronie barykady. Po drugiej jest oczywiście dokładnie to samo – wystarczy poczytać komentarze pod umieszczanymi na YT odcinkami „Saloniku Politycznego” Rafała Ziemkiewicza, gdzie wyrażane są opinie krytyczne wobec obecnej władzy. Otóż ogromna część odbiorców wcale nie oczekuje wychodzenia poza własną bańkę – przeciwnie, chce być jedynie utwierdzana w przekonaniu, że najbardziej ortodoksyjne poglądy w danym obozie politycznym są słuszne i jedynie możliwe.
Jednak przypadek TVN24 i komentarzy dotyczących zmiany ramówki z powodu beatyfikacji dwojga wybitnych polskich duchownych jest nawet pod tym względem wyjątkowy. Nie mówimy tutaj bowiem o otwarciu się na inne opinie, o dyskusji, o prezentowaniu poglądów wykraczających poza linię programową kanału, lecz o tym, co powinno być esencją działalności każdego kanału informacyjnego: o zaprezentowaniu zdarzenia o obiektywnie wyjątkowo dużej wadze, całkowicie niepowtarzalnego. Nie ma tu żadnego znaczenia, czy jest to wydarzenie świeckie czy kościelne – szczególnie w kraju, gdzie wciąż ogromna część obywateli uważa się za członków Kościoła (a można podejrzewać, że tacy stanowią wciąż większość także wśród widzów TVN24). Jak jednak widać, ideologiczne względy dla części odbiorców powinny decydować o wprowadzeniu swoistej cenzury. Postulujący takie postępowanie (powtarzało się żądanie, aby o beatyfikacji informować jedynie w krótkiej formie w serwisie informacyjnym) uzasadniali, że beatyfikacja ich „nie interesuje”.
Tego typu presji nie powinno ulegać żadne medium. Prowadzi to bowiem do sytuacji, gdy sympatycy opozycji mogliby się domagać, żeby „ich” stacja nie informowała o ważnych wydarzeniach z udziałem członków rządu lub nie transmitowała ich konferencji prasowych, „bo ich to nie interesuje”. Z kolei zwolennicy władzy mogliby żądać, aby nie pokazywać konferencji opozycji (którą to drogą zresztą telewizja państwowa w zasadzie już idzie). Czyli, aby wykoślawiać obraz rzeczywistości już nie tylko poprzez komentarz (co niestety jest normą), ale poprzez sam dobór informacji (co też się oczywiście dzieje, ale wciąż nie w przypadku spraw tak ważnych jak zdarzenie z 12 września).
Redakcje mogą mieć swoje linie programowe – choć, jak wiedzą czytelnicy moich tutejszych felietonów, jestem bardzo krytyczny wobec tzw. mediów tożsamościowych, które są poziom dalej niż media mające po prostu określony profil ideowy. Lecz linia programowa nie może oznaczać filtrowania rzeczywistości poprzez ideologię, to bowiem sprowadza się do jej fałszowania. TVN24 podjęło jedyną słuszną z punktu profesjonalizmu dziennikarskiego decyzję.
Monitoring spraw oraz wzajemna pomoc dziennikarzy są nie mniej ważne jak regulacje prawne. Mogą być skuteczną bronią w walce z przypadkami zagrożenia wolności słowa w Polsce – do takich wniosków doszli uczestnicy konferencji „W obronie dziennikarzy” podsumowującej trzy ostatnie lata działalności Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.
Otwierając spotkanie dyrektor CMWP SDP dr Jolanta Hajdasz przypomniała, że w tym roku przypada 25-lecie powstania tej organizacji powołanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich do obrony wolności słowa i pomocy dziennikarzom. Podczas konferencji przedstawiono przypadki problemów prawnych i sądowych dziennikarzy będące konsekwencją ich pracy zawodowej i często kontrowersyjnym ich traktowaniem przez wymiar sprawiedliwości na przykładzie spraw prowadzonych przez CMWP SDP w latach 2019 – 2021.
Uczestnikami byli dziennikarze, których Centrum wspierało w ich potyczkach z wymieram sprawiedliwości, a także posłowie, przedstawiciele resortu sprawiedliwości oraz instytucji współpracujących z CMWP SDP.
– Zebraliśmy najbardziej charakterystyczne sprawy, które z niewiadomych powód nie są opisywane w mediach ani nie trafiają do raportów o walności mediów instytucji europejskich. Nie mają rezonansu międzynarodowego. Zastanowimy się też jak działać w przyszłości – mówiła dr Jolanta Hajdasz.
Wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta przyznał, że uważnie śledzi pracę CMWP SDP. Najbardziej w pamięci utkwiły mu trzy sprawy, które w jego ocenie stanowią zagrożenie dla wolności słowa w Polsce: Wojciecha Biedronia z tygodnika „Sieci” pozwanego przez byłego sędziego Wojciecha Łączewskiego, Tomasza Duklanowskiego z Radia Szczecin, któremu proces wytoczył marszałek Senatu Tomasz Grodzki, oraz Samuela Pereiry, szefa portalu tvp.info pozwanego przez koncern medialny Ringier Axel Springer Polska.
Zwrócił uwagę, że pozywanie dziennikarzy ma ich zmusić do tego, aby nie zajmowali się danymi tematami.
– Na pewno trzeba o tych sprawach mówić, rozmawiać też o rozwiązaniach legislacyjnych – powiedział wiceminister Kaleta. W jego opinii jednak nawet zmiana przepisów może nie rozwiązać problemu, gdyż sądy często są nieprzychylne mediom.
Mec. Jerzy Kwaśniewski, prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, mówiąc o współpracy tej instytucji z CMWP SDP, przypomniał że jej największym owocem był projekt rozwiązań prawnych gwarantujących wolność słowa w nowych mediach, w którym zawarte są nowoczesne rozwiązania europejskie.
W swoim wystąpieniu szef Ordo Iuris wspomniał o trzech największych zagrożeniach dla misji wolnych mediów, którą jest poszukiwanie prawdy. – Tym zagrożeniem są fake newsy, cała propaganda fałszu. Z drugiej strony cenzura, ta stara państwowa traci na znaczeniu, ale pojawił się nowy potwór w postaci cenzury korporacyjnej, kapitałowej, politycznej. Potężnym zagrożeniem jest też koncentracja kapitału w mediach. To są zagrożenia, na które staramy się odpowiadać często pracując nad indywidualnymi sprawami – stwierdził Jerzy Kwaśniewski.
Niezbędna pomoc
O problemach trapiących system medialny w Polsce na przykładach swoich spraw opowiadali dziennikarze, których w ich walce o sprawiedliwość wspierało CMWP SDP.
Redaktor Wojciech Biedroń, który przez pięć lat toczył sądowy bój, pozwany przez byłego sędziego Wojciecha Łączewskiego (Sąd Najwyższy uchylił wyrok, ale skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia) zaapelował do polityków o zniesienie art. 212. – Dziennikarze dużych mediów jakoś sobie poradzą, bo stoją za nami tysiące czytelników, firmy, które nas zatrudniają, ale myślę o dziennikarzach lokalnych, którzy walczą z klikami, sitwami i są samotni – zauważył.
Samuel Pereira przypomniał swój proces, który wytoczył mu koncern RASP, za wpisy na mediach społecznościowych krytykujące publikacje pojawiające się w gazetach i portalach tego wydawnictwa.
Kamil Różalski, były operator telewizji TVN, nagłaśniał patologiczny system zatrudnienia w tej stacji. Zmuszanie do rezygnacji z etatów i przechodzenia na tzw. „umowy śmieciowe”. Od przełożonych usłyszał, że jeżeli nie zgodzi się na rozwiązanie umowy za porozumieniem stron i przejście na „śmieciówkę” nigdy nie znajdzie pracy. Do dziś nie ma zatrudnienia. W sprawie nieprawidłowości pisał do amerykańskich właścicieli TVN-u, ZUS-u, Państwowej Inspekcji Pracy, nigdzie nie uzyskał pomocy. – Sprawa dotyczy nie tylko mnie, ale 1800 osób – podkreślał.
Pomoc CMWP SDP niejednokrotnie była skuteczna i uchroniła dziennikarzy od kary grzywny czy nawet więzienia. Hanna Szumińska, została pozwana z art. 212 kk za żartobliwy felieton w lokalnym portalu, w którym opisała jak radny gminy załatwił miejscowemu policjantowi wyjazd zagraniczny, aby było to możliwe musiał zapisać go do Ochotniczej Straży Pożarnej. Sąd pierwszej instancji skazał dziennikarkę na karę grzywny. W apelacji została uniewinniona. – Kluczowa dla decyzji sądu okazała się opinia CMWP SDP – mówiła Szumińska.
Kara więzienia groziła Sławomirowi Matuszowi. Został on skazany za to, że mailach rozsyłanych do instytucji kultury w Sosnowcu wskazywał m.in. na nieprawidłowości w ich statutach, a nie miał pieniędzy na zapłacenie grzywny. W pomoc zaangażowało się CMWP SDP, udało się uzyskać zawieszenie kary ze względu na stan zdrowia.
Goście konferencji podkreślali, że wsparcie takich instytucji jak CMWP SDP jest niezbędne dla funkcjonowania mediów lokalnych. Agnieszka Siewiereniuk, redaktorka lokalnych białostockich portali, pozwana była za publikacje przez Fundację Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. – Redakcja ma dochód od 8 do 12 tys. miesięcznie na wszystkie osoby, jeżeli miałabym wynająć prawników, a jest to w takich sprawach niezbędne, byłoby to niewykonalne – zauważyła.
Na bardzo ważny problem zwrócił uwagę redaktor Paweł Gąsiorski pozwany przez gminę za jej zniesławienie tekstami o zbyt wysokich opłatach za śmieci.
– Sprawa toczy się za zamkniętymi drzwiami – opowiadał.
Jolanta Hajdasz przyznała, że kwestia wyłączanie jawności, która uniemożliwia relacjonowanie procesu, wymaga pilnego rozwiązania.
Pomoc dziennikarzom w ich konkretnych sprawach to tylko cześć działalności CMWP SDP. Na konferencji wspomniano np. o raporcie, które Centrum przygotowało wspólnie z „Kurierem Wnet” na temat sytuacji w mediach Polska Press przed ich przejęciem przez PKN Orlen.
– Raport był bardzo ważny. Nieraz słucham historii osób, którzy pracowali w tej firmie wiele lat i ich opowieści potwierdzają to co znalazło się w raporcie. Strach, to była metoda, którą posługiwano się w redakcjach – podkreśliła Dorota Kania, członek zarządu Polska Press.
Problem ze zniesieniem art. 212 kk
Do kwestii poruszanych przez dziennikarzy na konferencji odnieśli się zaproszeni politycy. W ich wypowiedziach wyraźna była jednak rezerwa co do możliwości usunięcia art. 212 z kodeksu karnego.
Poseł Piotr Sak, przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej ds. zmian w kodyfikacjach oraz zastępca przewodniczącego podkomisji stałej do spraw nowelizacji prawa karnego, przyznał że przepis ten staje się młotem na dziennikarzy. – Dużym problemem jest jednak to, że nie są to zazwyczaj sprawy zero – jedynkowe, często mamy do czynienia ze zbitką faktów, do tego włącza się ocena sądu, a sędzia też ma swoje poglądy – mówił poseł.
Jego zdaniem pomóc mogłoby przyspieszenie postępowanie, stworzenia drogi do szybszego ustalania prawdy.
Poseł Bartłomiej Wróblewski, przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej ds. deregulacji, podkreślił że w przypadku art. 212 z jednej strony mamy wolność słowa, a z drugiej prawa osób trzech. – Nie jest sprawą prostą znalezienie dobrego rozwiązania, ale trzeba podjąć inicjatywę legislacyjną, aby ograniczyć negatywne skutki tego artykułu dla dziennikarzy – przyznał.
Za zniesieniem art. 212 kk opowiedziała się Agnieszka Borowska, rzeczniczka ministerstwa sprawiedliwości. – Misją dziennikarzy jest mówienie prawdy i patrzenie władzy na ręce, niezależnie jaka ta władza jest. Nie chcę żyć w kraju, w którym ściga się dziennikarzy jak przestępców. Jeżeli ktoś popełnił błąd, to jest od tego prawo cywilne – mówiła.
Zwróciła też uwagę na potrzebę szkolenia sędziów w zakresie spraw dotyczących dziennikarzy. A właśnie na brak zrozumienia specyfiki działania mediów i stronniczość sądów najbardziej narzekali uczestnicy konferencji.
– Gdyby wymiar sprawiedliwości działał dobrze, nie trzeba byłoby wykreślać art. 212 – zauważył mec. Jerzy Kwaśniewski.
Na patologię w sądach zwracał też uwagę Michał Jaszewski, prawnik współpracujący z SDP.
– Sędziowie ewidentnie utożsamiają się ze stroną i zmiana przepisów niewiele tu zmieni – podkreślił
O swoich doświadczeniach w sądach opowiadali również obserwatorzy CMWP SDP, którzy monitorują sprawy wytyczane dziennikarzom: Aleksandra Tabaczyńska. Andrzej Klimczak, Maria Giedz, Agnieszka Kaczorowska.
– Najgorsza sytuacja jest na prowincji, gdzie często funkcjonują układy towarzyskie, między biznesem władzą lokalną, sądowniczą i trudno jest się przez to przebić – mówił Andrzej Klimczak.
Maria Giedz zauważyła zaś, że jeżeli na sali jest obserwator i proces jest monitorowany, to zdarza się że zapada łagodniejszy wyrok.
Monitoring przed regulacją
Podczas dyskusji nad pomysłami na poprawienie sytuacji dziennikarzy w walce z sądami redaktor Ewa Stankiewicz zaproponowała stworzenie centrum monitoringu orzeczeń sądowych z listą spraw i nazwiskami sędziów.
Kamil Różalski zauważył, że ważne jest wzajemnie wspieranie się dziennikarzy, obserwowanie i nagłaśnianie spraw.
Jolanta Hajdasz podsumowała konferencję hasłem: monitoring zamiast regulacji.
– Ważne, aby mieć wiedzę, czy to dotyczy sadów, czy też innego rodzaju zagrożeń wolności słowa, czy własności mediów, czy blokad w internecie. Jeżeli mamy wiedzę, tworzymy raporty i zestawienia, to może one więcej zrobią dla wolności słowa niż jakieś ścisłe paragrafy czy regulacje – mówiła dyrektor CMWP SDP.
– Jak nie możemy zmienić przepisów róbmy monitoring, pomagajmy sobie nawzajem, aby system nas nie zmielił – dodała.
Jolanta Hajdasz wyraziła nadzieję, że poruszane na konferencji patologie w polskim systemie medialnym trafią do światowych raportów wolności mediów. – Stanowią one przeciwwagę do tych nieraz wydumanych przypadków, które są opisywane z taką skrupulatnością przez te organizacje europejskie, że aż przykro, iż ktoś się daje na to nabierać – powiedziała szefowa CMWP SDP.
ODCINEK 6. Z Jolantą Danak-Gajdą, laureatką prestiżowej Nagrody im. Oskara Kolberga, wieloletnia dziennikarką Radia Rzeszów, rozmawia Andrzej Klimczak.
„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.
ODCINEK 5. Z Andrzejem Klimczakiem, redaktorem naczelnym „Forum Dziennikarzy, rozmawia reżyser Piotr Zarębski.
„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.
Wydawać by się mogło, że wynik niedawnego sondażu CBOS na temat rynku mediów powinien nastrajać optymistycznie. Czy faktycznie jest powód do zadowolenia? Zależy dla kogo.
Polska Agencja Prasowa (a za nią inne media) podała, iż zdaniem 65 proc. Polaków media w Polsce są pluralistyczne. Tak ma wynikać z sierpniowego sondażu CBOS. Przeciwnego zdania jest 17 proc. badanych.
Dużo koncepcji
Z tak sformułowanej wiadomości wieje optymizmem. Problem w tym, że może być ona myląca. Kluczem jest rozumienie przymiotnika „pluralistyczne” w odniesieniu do mediów. Od tego zależy, czy większość badanych ma rację, czy też tkwi w błędzie, a przynajmniej w złudzeniu.
Jak złożony jest problem rozumienia pluralizmu w sferze mediów można się przekonać np. czytając dostępny w internecie artykuł prof. Tadeusza Kowalskiego zatytułowany „Koncepcje pluralizmu mediów i polityki mediowej w warunkach rozwoju platform cyfrowych”. Został on opublikowany w roku 2017 w drugim numerze „Studiów medioznawczych”. Sprawa naprawdę nie jest prosta.
Konieczne wydaje się więc dokonanie pewnego uproszczenia. Spośród licznych koncepcji pluralizmu mediów sięgnijmy tylko po dwie – pluralizmu zewnętrznego i pluralizmu wewnętrznego.
Zewnętrzny i wewnętrzny
Według prof. Kowalskiego idea pluralizmu zewnętrznego (intermediowego) za punkt wyjścia przyjmuje istnienie wielości niezależnych i autonomicznych mediów i ich właścicieli, różniących się oferowaną zawartością (tematami, skupieniem na typie zawartości lub określonym punkcie widzenia). „Kontrola własności, produkcji, wykonawstwa i dystrybucji znajduje się w wielu centrach dyspozycyjnych” – wyjaśnia autor artykułu.
Natomiast pluralizm wewnętrzny (intramediowy) to – jak tłumaczy prof. Kowalski – różnorodność zawartości, usług oraz źródeł ich pochodzenia w ramach danej jednostki mediów, w rezultacie oferującej szerokie spektrum opinii, punktów widzenia, reprezentujących i wartościujących zagadnienia społeczne, etniczne, polityczne i kulturowe. Autor dodaje, że koncepcja pluralizmu wewnętrznego stanowi jeden z istotnych elementów praktycznej realizacji idei mediów publicznych. Można od razu postawić pytanie, czy nie powinna się również odnosić do wszystkich pozostałych mediów. O ile mają być środkiem i miejscem międzyludzkiej komunikacji, a nie narzędziami skutecznej, zwłaszcza ideologicznej, propagandy.
Bańka dla każdego
Nawet pobieżny rzut oka na funkcjonujące w Polsce media pozwala stwierdzić, że wciąż mamy do czynienia z ich pluralizmem w wersji zewnętrznej. Nadal jest wielu właścicieli i dysponentów mediów, choć zdaniem niektórych następują pod tym względem niekorzystne i niepożądane zmiany. Mamy wielość i różnorodność mediów identyfikowanych i identyfikujących się z rozmaitymi poglądami i ideologiami. Wśród dostępnych na rynku mediów niemal każdy może znaleźć takie, które prezentują bliskie mu treści w preferowany przez niego sposób.
Używając modnego dziś słowa, trzeba stwierdzić, że mamy duży pluralizm komunikacyjnych „baniek”. Tendencja do tworzenia tzw. mediów tożsamościowych tę sytuację petryfikuje. Media utwierdzają swoich odbiorców, że na tym właśnie polega ich pluralizm. Na tym, że każdy może znaleźć „swoje” i ograniczyć się do korzystania jedynie z nich.
Bez możliwości dialogu
Tak pojmowany pluralizm nie służy prawdzie. Nie prowadzi do jej poszukiwania. Nawet nie umożliwia jej szukania. Powoduje, że zamiast jednej, obiektywnej prawdy, pojawia się wiele subiektywnych „prawd”, które tworzone mogą być dowolnie, według aktualnego zapotrzebowania. Tak realizowany pluralizm zamyka poszczególnych odbiorców w konkretnej wizji świata, uniemożliwiając poznanie nie tylko innych spojrzeń, ale przede wszystkim świata rzeczywistego. To pluralizm nie tyle mediów, co pluralizm propagandowych narracji.
Taki pluralizm nie dopuszcza do spotkania ludzi, którzy inaczej postrzegają rzeczywistość. Zmusza do przyjęcia i podporządkowania swojego życia jednej, przedstawianej jako jedynie słuszna i autentyczna, wersji świata. Tak kształtowany pluralizm wyklucza możliwość dialogu międzyludzkiego. Promuje wrogość, pogardę, odczłowieczanie każdego, kto nie znajduje się w tej samej „bańce”. Takie rozumienie pluralizmu w mediach faktycznie nie dopuszcza różnorodności, odmienności, wielości. To pluralizm monopoli ideologicznych, zawłaszczania ludzi, traktowania ich jak towar.
Wymierne korzyści
A co z pluralizmem wewnętrznym? Jeśli jeszcze w niektórych dostępnych Polakom mediach istnieje, to ma charakter szczątkowy. Nie dotyczy poziomu przyjętej w nich narracji. Jeśli dopuszczane są czasami odmienne punkty widzenia, to nie jako równoprawna alternatywa, ale jedynie sposób na umocnienie i podbudowanie własnej wersji „prawdy”.
Problem w tym, że właścicielom i dysponentom mediów na rękę jest jedynie pluralizm zewnętrzny. Są oni zainteresowani wspieraniem go i podejmują wiele działań w tym kierunku. Pluralizm wewnętrzny nie przekłada się na korzyści ani polityczne, ani ekonomiczne. Wręcz przeciwnie, może być dla tych zysków zagrożeniem, ponieważ nie ma gwarancji, że spotkanie z odmiennością, różnorodnością, nie skłoni dotychczasowych odbiorców do zmiany poglądów. Świat pozamykany w „bańkach” przynosi wymierne dochody także właścicielom mediów społecznościowych (choć może się wydawać, że to one właśnie mogłyby być przestrzenią komunikacyjnego spotkania i rozmowy). Więc również tutaj w cenie jest pluralizm zewnętrzny, a nie wewnętrzny. Umacniają go mechanizmy i algorytmy, podsuwając propozycje znajomych o podobnych poglądach i treści, z którymi będzie nam łatwo się utożsamić.
Przytoczony na wstępie wynik sondażu jest powodem raczej do smutku niż do zadowolenia. Oznacza, że Polacy w swej większości już się przyzwyczaili do istnienia niemal wyłącznie pluralizmu zewnętrznego i zadomowili w świecie medialnych „baniek”. Szanse na jakąś poważną rozmowę mimo różnic w tym kontekście wydają się nikłe.