IFJ żąda uwolnienia dziennikarki obywatelskiej z Wuhan

Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) wezwała rząd Chin do uwolnienia dziennikarki obywatelskiej Zhang Zhan. W związku z długotrwałym strajkiem głodowym prowadzonym w proteście przeciwko bezpodstawnemu uwięzieniu, stan jej zdrowia pogorszył się na tyle, że wymaga opieki lekarskiej poza więzieniem.

 

W lutym 2020 roku Zhang Zhan zamieściła na YouTube dziesiątki materiałów wideo z objętego ścisłym lockdownem Wuhan. Dziennikarka trafiła do aresztu w maju 2020 roku, a w grudniu skazano ją na cztery lata więzienia za „podżeganie do kłótni i sianie zamętu”.

 

31 lipca Zhang Zhan, ważąc mniej niż 40 kilogramów, trafiła do szpitala – taką informację zamieściła w mediach społecznościowych jej matka. Władze chińskie poinformowały rodzinę o pogarszającym się stanie zdrowia dziennikarki i wyraziły zgodę na odwiedziny w więzieniu. Po tym jak rodzina dotarła do Szanghaju odwiedziny zostały zamienione na rozmowę przez telefon.

 

Jane Wang, aktywistka Humanitarian China, poinformowala że ​​szpitale w chińskich więzieniach są na ogół słabo wyposażone. Z kolei przyjaciółka rodziny Zhang powiedziała w wywiadzie dla Radia Free Asia, że uwięziona dziennikarka cierpi na wrzody żołądka i refluksowe zapalenie przełyku. Matka Zhang obawia się, że z powodu niedożywienia funkcjonowanie narządów może ulec zaburzeniu.

 

„Sprawa Zhang Zhan należy do kategorii spraw niecierpiących zwłoki i wymaga natychmiastowej uwagi rządu chińskiego. IFJ wzywa władze Chin do uwolnienia Zhang, tak by mogła ona korzystać z opieki medycznej i kontynuować bez przeszkód swoją pracę. Mętne i ogólnikowe oskarżenia wobec dziennikarzy w istocie delegitymizują chiński system prawny. Sprawa Zhang Zhan jasno pokazuje, że Chiny powinny pilnie zreformować przepisy dotyczące wolności prasy” – ogłosiła Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy.

 

oprac. Dorota Zielińska

 

Foto: IFJ, Credit: PETER PARKS / AFP

Bez świeżości – ŁUKASZ WARZECHA o telewizjach informacyjnych

Być może klucz do oryginalności i sukcesu leży w formatach, których dziś w telewizjach informacyjno-publicystycznych nie ma, a są w internecie.

 

Portal wirtualnemedia.pl podsumował, że od września w Polsce będzie aż 10 stacji telewizyjnych o profilu informacyjnym. Tak się stanie po tym, jak ruszył kanał Wydarzenia24, zastępujący skasowaną Superstację, a we wrześniu ma zacząć nadawać News24 Jana Dworaka, oparty na współpracy z samorządami. Eksperci kwestionują możliwość wsparcia przez rynek (a więc reklamy, ewentualnie abonentów) takiej liczby telewizji informacyjnych, nawet jeśli część z nich (te formalnie publiczne) mają innego rodzaju zasilanie. Owszem, nie zawsze ten czynnik decyduje, bo w grze są również innego rodzaju względy (np. rebranding Polsatu) – jednak ta sytuacja, stawiająca polski rynek medialny pod tym względem na drugim miejscu w Europie po Ukrainie (15 kanałów), prowokuje innego rodzaju pytanie: czy jest jeszcze w Polsce luka na jakikolwiek kanał publicystyczno-informacyjny, którą dałoby się wykorzystać i z sukcesem zapełnić? Nawet niekoniecznie w skali największych telewizji, ale w takiej, która zapewniłaby dobre miejsce na rynku i pieniądze.

 

Nie mając dostępu do dużych narzędzi analizy rynku trudno pokazać coś więcej niż publicystyczną spekulację, a jednak nawet takie rozważania mogą być ciekawe. Pierwsza bowiem myśl, jaka się pojawia, jest taka, że owszem, są może nawet dwie słabo zapełnione luki. Po pierwsze – miejsce, które konfrontowałoby ze sobą naprawdę różne opinie i tym odróżniałoby się od większości kanałów tego typu, gdzie jednak linia polityczna jest wyczuwalna. Mogłoby to być coś takiego jak obecny Salon24 po przejęciu przez Sławomira Jastrzębowskiego, który postawił na generowanie zainteresowania właśnie poprzez maksymalne zróżnicowanie opinii. Mówiąc obrazowo i w uproszczeniu – kanał, w ramach którego swoje autorskie programy mieliby i Jacek Żakowski, i Rafał Ziemkiewicz, a może nawet mieliby program wspólny. Tyle że to czysta teoria, bo w realnej rzeczywistości bardzo głębokich podziałów zgromadzenie w jednym miejscu tak skonfliktowanych osób wydaje się niemożliwe. A tylko to byłoby ciekawe.

 

Drugie to informacja ekspercka. Na nią zapotrzebowanie jest – nawet jeśli nie bardzo szerokie, to jednak wyraźne. Programy, w których politycy albo publicyści przekrzykują się doskonale już znanymi frazesami może wciąż dobrze się oglądają, ale spora grupa odbiorców jest nimi znudzona. To ci, którzy wciąż nie poddają się postpolitycznej metodzie na robienie polityki na emocjach i oczekują pogłębionej analizy, a jeżeli już ma być konfrontacyjnie, to musi to być konfrontacja dobrze udokumentowanych opinii i twardych faktów. Ci szukają inspiracji na portalach Klubu Jagiellońskiego, Nowej Konfederacji, Biznes Alertu. Nikt dotąd nie spróbował zbudować na takim podejściu kanału publicystyczno-informacyjnego od podstaw, choć częściowo według tej koncepcji funkcjonuje TVN24 Biznes i Świat.

 

Druga myśl to ta, że sprawa nie jest jednak taka prosta. Stworzenie stacji publicystycznej jest stosunkowo łatwe, publicystyczno-informacyjnej już nie. W obu przypadkach natomiast groźny jest paździerz, czyli wrażenie, że widz nie ma do czynienia z profesjonalnym produktem, ale prymitywnym, robionym po taniości programikiem, gdzie co chwila widać dziury. Czasem dosłownie, jeśli tzw. kluczowanie tła na green boksie jest słabej jakości. O ile łatwiej jest tego wrażenia uniknąć, jeżeli robi się stację opartą na rozmowach i autorskich programach, to już znacznie trudniej, gdy chce się do tego włączyć informacje. Tam trzeba mieć odpowiednią liczbę ekip reporterskich, dostęp do zewnętrznych serwisów i duże zaplecze techniczne. Inna sprawa, że sprzęt pozwalający na rejestrację, a nawet transmisję w przyzwoitej jakości jest dziś względnie dostępny i tani. Wciąż jednak stworzenie stacji publicystycznej z własnymi informacjami, a już szczególnie z własnym poważnym serwisem informacyjnym, jest bardzo trudne i kosztowne.

 

To, co jest na rynku i co być ma, wciąż wydaje się krążyć wokół idei, można by rzec, stricte telewizyjnej. Nie ma w tym świeżości. Wiadomo, że TVN24, Polsat News i ich bezpośrednie klony będą trwały w tym schemacie i trudno tu oczekiwać czegoś innego. Ale nowi gracze mogliby już spróbować odmiennego podejścia. Być może klucz do oryginalności i sukcesu leży w formatach, których w telewizjach informacyjno-publicystycznych nie ma, a są w internecie. To tam jest miejsce na długie i spokojne rozmowy z ekspertami, by wspomnieć choćby programy z udziałem Jacka BartosiakaBartłomieja Radziejewskiego, rozmowy Rafała Ziemkiewicza na jego kanale z zapraszanymi gośćmi albo prowadzone przeze mnie rozmowy z cyklu „Polska na Serio” na kanale Świat Rolnika. Można spokojnie założyć, że wiele spośród tych programów ma oglądalność większą niż znaczna część bardziej niszowych stacji informacyjnych w niektórych momentach. I to mimo że nie stoi za nimi żadna reklama, a żeby do nich dotrzeć, często trzeba wiedzieć, gdzie szukać, a czasami jeszcze dodatkowo zapłacić. Tam też pojawiają się swoiste fenomeny, jak rozmowy Krzysztofa Stanowskiego na jego Kanale Sportowym w cyklu „Hejt Park”, bynajmniej niezwiązane ze sportem (w każdym razie nie tylko).

 

Czy takie formaty dałoby się przenieść do „normalnej” telewizji? Pewności nie mam, być może tam straciłyby sporo ze swojej specyfiki. Na pewno oparta na nich telewizja nie mogłaby podlegać klasycznym regułom – na przykład sztywnej ramówce. Ale nie mam wątpliwości, że mogłaby powstać. Tyle że wymagałoby to kilku czynników, które chyba dziś zajść nie mogą. Po pierwsze – niezależnych od władzy inwestorów z przyzwoitymi pieniędzmi; po drugie – całkowitego zerwania z założeniem, że musi to być przedsięwzięcie jakoś umocowane politycznie, choćby gdy idzie o linię; po trzecie – zaangażowania w nie ludzi myślących już w kategoriach innych niż tradycyjna linearna telewizja. A ci być może wolą pozostać tam, gdzie są, czyli przy internecie.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Piotr Zubek

ODCINEK 3. Z Piotrem Zubkiem, wokalistą, dziennikarzem prowadzącym audycję „Słowem, piosenka” w Radiu dla Ciebie, rozmawia Joanna Rawik.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

 

 

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Anna Popek

ODCINEK 1. Z Anna Popek, dziennikarką telewizyjną i animatorką kultury rozmawia Krzysztof Skowroński, prezes SDP i redaktor naczelny Radia Wnet.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

 

 

 

Odpowiedź Radia Gdańsk na apel CMWP SDP. Sprawa red. Marcina Mindykowskiego

Przywoływana w mediach koincydencja decyzji o rozwiązaniu z redaktorem M. Mindykowskim umowy o współpracy z faktem podpisania przez niego apelu dotyczącego tak zwanej ustawy medialnej jest zbiegiem czasowym, którego nie należy utożsamiać ze związkiem przyczynowo -skutkowym  w związku z decyzją o rozwiązaniu umowy cywilnoprawnej –  napisał  prezes Radia Gdańsk, dr  Adam Chmielecki w odpowiedzi na stanowisko CMWP SDP  w sprawie rozwiązania umowy o współpracę z dziennikarzem.  Jednocześnie oświadczył, iż gotów jest “kontynuować dialog z red. Mindykowskim”, ale biorąc pod uwagę wyrażaną przez niego w mediach jego jednoznacznie negatywną ocenę rozgłośni oraz jej kierownictwa, „winien on wskazać, w jaki sposób wg niego taka współpraca miałaby wyglądać”.  

 

3 września b.r. CMWP SDP  otrzymało odpowiedź Prezesa Radia Gdańsk na apel w sprawie red. Marcina Mindykowskiego. W piśmie czytamy, iż „doniesienia medialne w tej sprawie nie mają podstaw faktycznych”, a dziennikarz nie został zwolniony z pracy, ponieważ “nie łączył go ze spółką stosunek pracy”, a  „łączący strony stosunek prawny ma charakter cywilnoprawny oparty na autonomii woli stron, wyrażający się w swobodzie podejmowania decyzji tak o zawarciu, jak i rozwiązaniu zawartych umów “.  Prezes Radia Gdańsk podkreślił także, iż dziennikarz nie został pozbawiony możliwości zarobkowania „z dnia na dzień”, ponieważ  w okresie trwającego miesiąc okresu wypowiedzenia „pozostaje nadal współpracownikiem Radia Gdańsk”  i będzie na dotychczasowych zasadach otrzymywać honorarium za “stworzone i przyjęte utwory” .

 

Prezes Radia Adam Chmielecki poinformował także, iż  „przywoływana w mediach koincydencja decyzji o rozwiązaniu z redaktorem M. Mindykowskim umowy o współpracy z faktem podpisania przez niego apelu dotyczącego tak zwanej ustawy medialnej jest zbiegiem czasowym, którego nie należy utożsamiać ze związkiem przyczynowo -skutkowym  w związku z decyzją o rozwiązaniu umowy cywilnoprawnej”, przy czym w okresie obowiązywania umowy  redaktor Mindykowski nie zwracał się do Zarządu z opinią dotyczącą łączących go ze spółką relacji zawodowych lub wnioskiem o zmianę ich formalno- prawnego charakteru . Zarząd spółki miał więc – zdaniem Prezesa – prawo uznawać, że forma prawna relacji zawodowych łączących pana redaktora z Radiem Gdańsk  jest dla niego “satysfakcjonująca”.  Prezes Radia Gdańsk podkreślił także, iż  zarząd Radia nigdy nie ograniczył prawa żadnego pracownika lub współpracownika do wyrażenia swoich poglądów.  Zapewnił także, iż Radio Gdańsk jest gotowe „kontynuować dialog z red. Mindykowskim”, jednak należy odnotować fakt licznych wypowiedzi medialnych, w których poddał on “jednoznacznej negatywnej ocenie” działalność kierownictwa spółki, samej spółki, a nawet “pracowników spółki z innych działów. „W razie zainteresowania kontynuacją współpracy z rozgłośnią  p. red. Mindykowski winien wskazać, w jaki sposób taka współpraca miałaby wyglądać” – napisał Adam Chmielecki.

 

27 sierpnia 2021 r. CMWP SDP wystosowało apel do kierownictwa Radia Gdańsk, po tym jak po 9 latach współpracy rozwiązano z nim umowę. Wg informacji CMWP  SDP potwierdzonych przez red. Marcina Mindykowskiego stało się to po tym, jak podpisał on apel dziennikarzy w obronie telewizji TVN.  Zbieżność w czasie tych dwóch faktów – podpisanie apelu w obronie TVN  i nagłe rozwiązanie umowy o współpracę, budzi najwyższy niepokój ze względu na naruszenie prawa każdego dziennikarza i obywatela do wyrażania swoich poglądów – podkreśliło w swoim stanowisko CMWP SDP.

 

Odpowiedź Prezesa Radia Gdańsk TUTAJ.

 

Foto  Wikipedia

 

ŁUKASZ WARZECHA: Za co można zwalniać dziennikarzy

Mało zauważona przemyka sprawa dziennikarza Radia Gdańsk Marcina Mindykowskiego, który niedawno został zwolniony z rozgłośni bez podawania przyczyn po dziewięciu latach pracy. Trudno było nie dostrzec czasowej koincydencji z podpisaniem przez niego apelu w sprawie lex TVN i trudno było znaleźć jakąkolwiek inną przyczynę zwolnienia. Szczególnie że do Mindykowskiego miały docierać informacje, że prezes rozgłośni Adam Chmielecki był niezadowolony ze złożenia przez dziennikarza podpisu pod listem.

 

Ta historia jest o tyle niezwykła, że – jak rzadko kiedy – sprzeciw wobec działania kierownictwa rozgłośni popłynął z różnych miejsc. Krytycznie odniosło się do niego i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ), i Syndykat Dziennikarzy Polskich (związek zawodowy), i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Sprawie ma się także przyglądać rzecznik praw obywatelskich. Co ważne, CMWP SDP zaznaczyło, że nie zajmuje się treścią apelu, podpisanego przez dziennikarza, ale samym bardzo prawdopodobnym powiązaniem tego podpisu ze zwolnieniem Mindykowskiego. To ważna deklaracja, ponieważ w sprawie TVN CMWP SDP nie podziela stanowiska autorów listu – a jednak wyraźnie oddzielono tę kwestię od sprawy zwolnienia dziennikarza z pracy.

 

Ktoś mógłby uznać, że pracodawca ma przecież prawo pozbyć się pracownika, jeżeli uzna, że ten z jakiegoś powodu nie spełnia oczekiwań. Byłoby to jednak zbyt daleko idące uproszczenie, a w tej sytuacji szczególnie nietrafione. Po pierwsze – nie mamy do czynienia z prywatnym medium, ale publicznym, zasilanym publicznymi pieniędzmi (o statusie odrębnej spółki, bo taki mają lokalne rozgłośnie radiowe). Już samo to powinno na zarządzających nim nakładać daleko idące ograniczenia, gdy idzie o dowolność w kreowaniu linii oraz zarządzanie ludźmi. Jak jest faktycznie – wiemy. Trudno to jednak traktować jako usprawiedliwienie.

 

Po drugie – zwalnianie pracowników bez podania przyczyny jest nieakceptowalne nawet w prywatnym biznesie. Niezależnie od prawa pracy, które dotyczy przede wszystkim osób mających właśnie umowy o pracę, jest to zwyczajnie etycznie naganne.

 

Po trzecie – krytycy postępowania zarządu Radia Gdańsk zwrócili uwagę, że jeżeli zwolnienie było skutkiem podpisania apelu w sprawie TVN, oznaczałoby to ograniczanie praw obywatelskich pracownika. Bo przecież Mindykowski nie był tego apelu inicjatorem, dodał tam jedynie swój podpis. Zrobił to jako dziennikarz, ale niekoniecznie jako dziennikarz konkretnej rozgłośni. W tym sensie realizował prawo do zaznaczenia własnego prywatnego stanowiska jako obywatela właśnie.

 

Można by kontrargumentować, że jeżeli pracownik angażuje się w aktywność niespójną z linią firmy, może to być powód do zwolnienia. To jednak wcale nie jest prosta kwestia – by przypomnieć ciągnącą się wciąż sprawę (właściwie – dwie sprawy) pana Janusza Komendy, zwolnionego przez Ikeę za jego wpisy na wewnętrznym forum pracowniczym po tym, jak Ikea w rozsyłanym do pracowników piśmie stwierdziła, że „inkluzywność” wobec mniejszości seksualnych jest „obowiązkiem” zatrudnionych w firmie.

 

W sprawie pana Komendy istotne było między innymi to, że Ikea jako powód zwolnienia podała sprawę, która nie ma nic wspólnego z jej działalnością i przy sprzedaży wyposażenia domów w ogóle nie powinna mieć znaczenia. Można by jednak uznać, że list w sprawie TVN jest powiązany z działalnością radia – w końcu to sprawa dotycząca mediów – zatem trudno to widzieć podobnie jak aferę w Ikei. Lecz wówczas pojawia się pytanie: czy mamy rozumieć, że Radio Gdańsk (lub jakiekolwiek medium publiczne) ma w kwestii dalszej działalności TVN tak wyrazistą i jednoznaczną linię programową, że odstępstwo od niej nawet na jotę, choćby przez podpis pod otwartym listem, ma skutkować zwolnieniem pracownika? Dość niepokojące podejście.

 

Według relacji Wirtualnych Mediów zarząd radia, w tym sam prezes, ma teraz wątpliwości, czy postąpił słusznie. Dobre i to, choć doskonale rozumiem zwolnionego dziennikarza, który stwierdza dziś, że nie wie, czy chciałby wrócić do pracy w tym miejscu oraz że jego zaufanie do pracodawcy zostało naruszone.

Rusza Wielka Wyprawa Radia Wnet

Radio Wnet z mobilnym studiem odwiedzi swoich słuchaczy w ośmiu miastach Polski. Przybliży historię i kulturę odwiedzanych miejsc. „Wielka Wyprawa Radia Wnet” startuje 5 września w Białymstoku, a zakończy się 22 września finałowym koncertem w warszawskim Teatrze Palladium.

 

Zespół Radia Wnet będzie nadawał z trasy całodzienne audycje. Na trasie znalazły się następujące miasta: Białystok 5 -7.09, Lublin 7 – 9.09, Kraków 9 – 11.09, Wrocław 12 – 14.09, Szczecin 14-16.09, Bydgoszcz 16 – 18.09, Łódź 20 – 21.09 oraz Warszawa 21 – 22.09.

 

Dziennikarze radia pojawią się nie tylko w wymienionych aglomeracjach, ale również w mniejszych, sąsiadujących z nimi miejscowościach. Przybliżą historię oraz kulturę odwiedzanych miejsc, porozmawiają z ciekawymi osobistościami reprezentującymi dany region.

 

– Chcemy żeby Białystok poznał Wrocław, żeby Wrocław poznał Bydgoszcz, żeby Szczecin poznał Kraków, aby ta wspólnota Radia Wnet tworzyła się i była aktywna – mówi Krzysztof Skowroński, redaktor naczelny Radia Wnet w spocie promującym wydarzenie.

 

Zwieńczeniem całej trasy będzie koncert finałowy w warszawskim Teatrze Palladium, który zaplanowano 22 września o godz. 20. Poprowadzą go Milo Kurtis oraz Marcin i Lidia Pospieszalscy. Transmisję z wydarzenia będzie można śledzić m.in. na kanałach społecznościowych Radia Wnet.

 

Pierwszym miastem, który odwiedzi radiowa ekipa będzie Białystok.

 

„W programach nadawanych z tego miasta nie zabraknie tematów związanych z wielokulturowością regionu. Gośćmi programu będą przedstawiciele Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej w Białymstoku. Odwiedzimy Muzeum tatarskie w Sokółce. Na naszej mapie pojawi się również Tykocin oraz Muzeum Podlaskie. Joanna Rawik zabierze naszych Słuchaczy w świat teatru, a szczególnie w podróż po Teatrze Lalek w Białymstoku i porozmawia z przedstawicielami tego obiektu. Nie zabraknie również tematów żydowskich związanych z żydowskim nowym rokiem, o którym opowie Nina Nowakowska. Całość programu dopełni i ubogaci wieczorny, wyjątkowy koncert aktorki, piosenkarki Pauliny Wróblewskiej, który odbędzie się w Hotelu Esperanto w Białymstoku” – opisuje wydarzenie Radio Wnet.

 

opr. jka, źródło: Radio Wnet

 

 

Czy dziennikarstwo przeżywa kryzys? – zastanawia się ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS

Media i dziennikarstwo na całym świecie przeżywają kryzys, ale nie taki jak go widzi liberalna lewica.

 

Niedawno przeczytałam tekst, który opowiadał o „fatalnej tendencji” w mediach publicznych – jak wiadomo obsadzonych przez dziennikarzy konserwatywnych –  psucia ich poprzez  nominowanie na stanowiska decydentów ludzi bez talentu i doświadczenia. Racja,  zdarza się, że ten czy ów nie spełnia kryteriów czy  oczekiwań, ale czy to samo nie dzieje się w segmencie mediów lewicowo-liberalnych, komercyjnych? Ilu tam  niekompetentnych, a zdarza się kompromitujących dysponentów, dyrektorów, kierowników redakcji? A przecież takie złe wybory także przekładają się na jakość ich programów. I sprawa druga, a w istocie pierwsza: od 30 lat, z małymi przerwami, ta opcja, na zmianę z post-komunistami, trzymała media publiczne w garści,  panowała monokultura polityczna, czy to jakoś autorowi nie przeszkadzało?

 

W tej chwili,  wraz z wejściem kapitału konserwatywnego na rynek prasowy – „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska”, etc.- nastąpiła demokratyzacja światopoglądowa, pluralizacja rynku medialnego, której w istocie od 1945 roku nie było. Czy tego nie należy punktować? To, moim zdaniem, największe zwycięstwo  mediów w ciągu ostatnich  lat. A syndrom „krótkiej ławki” w istocie nie występuje po żadnej ze stron, ponieważ  wciąż pojawiają się  nowe generacje kandydatów na dziennikarzy i broadcasterów, i   jeśli coś nam grozi, to raczej „inflacja podaży”,  ludzi przypadkowych, niedouczonych, często pochodzących z mediów społecznościowych. Ale to zjawisko występuje przecież  po każdej ze stron.  Tak więc  pisanie o krótkich ławkach, które przekładają się na „degradację mediów jako całości”  nie ma większego sensu, a posługując się jedynie  przykładami  konserwatystów, jest stronnicze i niesprawiedliwe.  Problem jest natomiast, i on nie znika, że lewica,  historycznie i tradycyjnie, mając  gębę pełną frazesów o demokracji, boryka się z kłopotem  zaakceptowania poglądów innych niż własne, i dotyczy  to także rynku medialnego. I zjawisko to, a raczej wada, handicap,  najwyraźniej się pogłębia. Spójrzmy tylko, co dzieje się po zakupieniu od niemieckiej grupy medialnej  Polski Press – co  przecież jest obiektywnie faktem dla polskich mediów, reprezentujących polskie interesy, bardzo pozytywnym. Albo  pandemonium, jakie  rozegrało się  bodaj dziesięć lat temu, kiedy próbowaliśmy  wybrać konserwatystów do  władz SDP.  Nie wahano się wtedy nazwać nas faszystami!  Wciąż  trwa akcja odbijania mediów publicznych i tekst o „fatalnej tendencji”, który krytykuje tylko konserwatystów, świadomie czy nie, wpisuje się w tę narrację, a tym samym niszczenia pluralistycznego rynku medialnego.

 

A więc, rzeczywiście, zdarza się, że szefowie – po różnych stronach sporu i na różnych poziomach kompetencji – nie sprawdzają się. Ale potem przychodzą inni, i „się sprawdzają”. Przecież bodaj 13 kanałów telewizji publicznej i 9 radia publicznego działają,  dostarczają informacji i rozrywki na rożnych poziomach oczekiwania, często  coraz lepiej. Obserwuję ten proces na przykładzie sektora polityki zagranicznej. Widzę coraz większą liczbę korespondentów, w coraz bardziej strategicznych miejscach globu, jedni są lepsi, inni gorsi, lecz prawidłowość jest taka – jest ich generalnie coraz więcej i są generalnie  coraz lepsi. Może przydałoby się tylko sięgać po komentarze nie do politologów, którzy znają świat z zagranicznych gazet lub książek, a do ekspertów, zwykle znających   świat z życia. Do nas nie dotarła jeszcze informacja, że publicysta, zajmujący się sprawami krajowymi, to zupełnie inny zawód niż publicysta  zagraniczny! I nie ma takich cudów, obserwowałam ten segment przez 30 lat w BBC, aby ekspert ds. międzynarodowych znał się na równi dobrze na tematyce brytyjskiej, niemieckiej, indyjskiej czy chińskiej, bo to niemożliwe. Ale – jako członek Rady Programowej PR mówię o tym na zebraniach, w obecności  dyrektorów Jedynki czy PR 24 –  i widać, że jest szansa na dialog, a zatem na poprawę pewnych niedociągnięć. Nie jest łatwo, bo to stajnia Augiasza, nie sprzątana od 1945 roku, ale to się robi. Widać, że decydenci są otwarci na krytykę i chętni, aby korygować niedociągnięcia.

 

Tak, polskie media, dziennikarstwo przeżywają  kryzys. Ale  występuje on po obu stronach ideologicznej barykady, a po wtóre ma zupełnie  inny charakter, niż twierdzi cytowany powyżej autor. No i jest to zjawisko o zasięgu światowym.  Od 30-40 lat trwa zintensyfikowana wojna światopoglądowa, która przekłada się także na media, pierwszą linię ideologicznego frontu . Przesuwanie się na lewo myślenia o państwie, prawie, rodzinie, dotknęło także media.  Przejmowanie przyczółków, stacji radiowych i telewizyjnych, publicznych i prywatnych, gazet i tygodników wciąż trwa. Spójrzmy co się stało z brytyjskim „Observerem” po przejęciu go przez Grupę Guardiana, z niemieckim „Die Welt” czy francuskim „Le Monde’em”.  Coraz więcej polityki, coraz wyraźniejsza lewicowa linia, coraz częściej publicystykę wypiera propaganda.  Bardziej  odczuwalna cenzura i ostrzejsze środki  perswazji. Korporacje cyfrowe postawiły w tym dziele zniszczenia pluralizmu, demokratycznej wymiany myśli „kropkę nad i”. I warto mieć świadomość, że w wojnie, która trwa bez mała 40 lat jedna strona atakuje pod hasłem „niszczyć establishment, historię i tradycję”, a druga próbuje tego kapitału bronić. Bronić znane nam  formy demokracji,  zwykle parlamentarnej,  kodeksów regulujących życie państw i obywateli jak konstytucje, kodeks karny czy prawo zwyczajowe, a zatem wolne wybory, prawa człowieka, wolność słowa.  Wystarczy spojrzeć, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, w Niemczech, ale i w Polsce, aby się zorientować o co chodzi.  A więc dla lewicy liberalnej, jest to wojna zaczepna, a dla strony drugiej, konserwatywnej, obronna. No i widać wyraźnie, że w ciągu ostatnich kilku lat stopień agresji  znacznie się podniósł i zintensyfikował. Pod różnymi pretekstami – w Stanach Zjednoczonych było to pojawienie się  kandydata, a potem kadencja Donalda Trumpa, w Wielkiej Brytanii był to Brexit, w Polsce wygrana w wyborach parlamentarnych konserwatywnego Prawa i Sprawiedliwości, na Węgrzech fenomen Orbana, etc.

 

Pojawiło się więc kilka nowych fenomenów – coraz częstsze  transfery z dziennikarstwa do polityki czy na fotele decydenckie, coraz  szersze i głębsze  upolitycznienie mediów, zaczęła zacierać się granica między publicystyką i propagandą, bardzo zaostrzył się także język politycznego sporu. Wszystkie te zjawiska, nakręcane przez  lewicę,  powodują  niszczenie dziennikarstwa i budzą opór konserwatystów.  Dożyliśmy czasów, kiedy każda  partia konserwatywna – patrz: amerykańscy republikanie, brytyjscy torysi czy niemieccy chadecy – ma coraz szerszy margines socjalny i  upomina się o dobrostan wszystkich obywateli, podczas gdy lewica sufluje ideologię obrony praw mniejszości,  robi to ciężką ręką, i z pominięciem jakichkolwiek demokratycznych procedur.  Identyczna sytuacja panuje w mediach.

 

A teraz  kilka słów, bo mówi się o tym wciąż za mało,  na temat języka mediów, który sygnalizuje zaognienie się politycznego sporu. A więc język mediów, amerykańskich, brytyjskich czy polskich bardzo się w ciągu ostatnich kilku lat zradykalizował i zbrutalizował. Z jednej strony  nakręca spiralę agresji, z drugiej –  efekt bumerangu – generuje w przestrzeni publicznej coraz ostrzejszy konflikt. Minęły już czasy, kiedy National Audit Office, Komisja Kontroli, powoływana przez brytyjski parlament, okazywała się skutecznym narzędziem regulowania nieprawidłowości w mediach, m.in. stronniczość polityczną BBC. A OFCOM, państwowy organ nadzorujący rynek mediów, działał stanowczo i dawał sobie radę z nadużyciem zaufania, wiarygodnością dziennikarzy czy obyczajowymi skandalami w tym światku. Dziś  nikt się z nimi nie liczy. Podobnie komisje etyki mediów czy  organizacje, broniące wolności dziennikarskiej wypowiedzi  w Polsce. Wszystkie te ciała czy też instytucje nadzorujące zniknęły w chaosie politycznego konfliktu,  jak nazwali to Brytyjczycy,  Uncivil War, w nawiązaniu do amerykańskiej Civil War, wojny secesyjnej. Ich głos – w najlepszym razie kończy się to  oświadczeniem – który równie dobrze mógłby się nie ukazać,  bo nic nie załatwia, nikogo nie obchodzi i ma zerowa siłę sprawczą. Chaos, wszystkie chwyty dozwolone,  zachowania niemoralne czy korupcyjne polityków i dziennikarzy  powtarzają się wedle stałego rytmu, budząc coraz mniejsze zdumienie i protest.

 

Walka polityczna neomarksizmu przeciw konserwatyzmowi zachwiała, gorzej zdestabilizowała rynek mediów,  jak mówią Anglicy „to the core”,  „do samego jądra”. Zniszczyła hierarchię wartości i etos, poczucie sensu wykonywania tego zawodu oraz bezpieczeństwa. Czy kiedyś ten zawód się odrodzi,  wsparty o mądrość Kodeksu Dziennikarskiego – tak polskiego jak brytyjskiego, bo są bardzo podobne – nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Dopóki znajdą się ludzie, którzy będą uważali, że prawda i fakty, to podstawowe kryteria oceny, pamiętali o  misji, a w każdym razie o społecznym wymiarze ich pracy i troszczyli się o rzetelność warsztatową.  Podobne wątpliwości miałam po 1989 roku, po odzyskaniu po 45 latach suwerenności Kraju i prawa do wolności słowa i wypowiedzi. A jednak dziennikarstwo się odrodziło. Teraz mamy kolejny zakręt, a  jak wiadomo na wirażach należy być przytomnym i nie przysypiać.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

 

Tekst ukazał się w nr 3(142)

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie do pobrania TUTAJ.

 

 

 

 

 

Blisko i daleko – rozmowa z KRZYSZTOFEM M. KAŹMIERCZAKIEM o rozwiązaniu zagadki zabójstwa Jarosława Ziętary

Sprawą Ziętary udało się zainteresować słynny Committee to Protect Jurnalists. Staram się, żeby Jarek trafił też do innych rejestrów dziennikarzy ofiar przestępstw. Obecność w takich wykazach nie ma wpływu na postępowania sądowe. Służy jednak upamiętnieniu zamordowanego dziennikarza, upowszechnianiu wiedzy na jego temat – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz, współautor książki „Sprawa Ziętary. Zbrodnia klęska państwa”. Od 1992 r. zajmuje się sprawą porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary, jest pomysłodawcą Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary.

 

Jak blisko jesteśmy rozwiązania zagadki zabójstwa Jarosława Ziętary?

 

Równie blisko jak daleko, jeśli można tak powiedzieć. Blisko, bo generalnie wiadomo jaki człowiek zadał śmiertelny cios, który zakończył gehennę dziennikarza, kilkudniowe torturowanie go… Był to rosyjskojęzyczny obcokrajowiec, który miał być widywany z eks-senatorem Aleksandrem G., oskarżonym o podżeganie do zabójstwa Jarka Ziętary. Prokuratura kilka lat temu opublikowała jego portret pamięciowy, nie bardzo zainteresowało to media, niestety. Jesteśmy daleko od poznania jego tożsamości, bo ci, którzy ją znali milczą żeby odsuwać od siebie podejrzenia o związek ze zbrodnią. Nieoficjalnie wiadomo, że ten człowiek już nie żyje, być może zginął w ramach zacierania śladów zbrodni. On zabił, ale krew dziennikarza na rękach miało więcej osób, które brały udział w planowaniu zabójstwa i uczestniczyły w jej realizacji.

 

Dlaczego do dzisiaj nikt nie odpowiedział za tę zbrodnię?

 

To suma zaniechań i błędów organów ścigania, do których doszło po zabójstwie. Spóźnione o rok wszczęcie śledztwa, prowadzenie go tak by nic nie wyjaśnić. Do tego destrukcyjne działania służb specjalnych, które zakulisowo sabotowały sprawę by nie wyszły na jaw jej związki z zamordowanym dziennikarzem. Śledztwo ruszyło tak naprawdę dopiero po 19 latach, gdy udało nam się doprowadzić do podjęcia go i przekazania prokuraturze spoza Wielkopolski.

 

Czy sprawcy (zleceniodawcy) kiedykolwiek odpowiedzą za tę zbrodnię?

 

Obawiam się, że poza Aleksandrem G., którego proces toczy się od pięciu lat, nikt więcej nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za podżeganie do zbrodni. Mimo iż podczas procesu nasuwa się wręcz, że nie tylko były najbogatszy Polak powinien zasiadać w ławie oskarżonych.

 

Czy procesy zmierzają do wyjaśnienia sprawy?

 

Celem procesów jest weryfikacja materiału dowodowego przedstawionego przez prokuraturę. Moim zdaniem na etapie procesowym ten materiał został wzmocniony.

 

Jakie jest dotychczas w tej sprawie największe osiągnięcie wymiaru sprawiedliwości?

 

Sukcesem jest już samo to, że sprawa osiągnęła etap sądowy, że trwają procesy. Osiągnięciem wymiaru sprawiedliwości będzie osądzenie tej niebywałej zbrodni, sprawiedliwy wyrok.

 

Czy w sprawie pojawiali się skorumpowani urzędnicy państwowi?

 

Ani śledztwa, ani trwające procesy nie dotyczą korupcji. Jeśli w sprawie Ziętary doszło do takich przestępstw w czasach gdy zajmowały się nimi poznańskie organy ścigania to nikt tego nie badał i nie będzie już sprawdzał, bo uległo to już przedawnieniu. Niemniej wiadomo, że ta machina przestępcza, którą tropił Jarek Ziętara opierała się na wzajemnych korzyściach, korupcji i strachu. Samego dziennikarza próbowano skorumpować licząc, że zrezygnuje z zamiaru publikacji wyników swojego wielomiesięcznego śledztwa w sprawie ogromnego przemytu, z którego grupa biznesmenów osiągała krociowe zyski.

 

Jak doszło do wpisania Jarosława Ziętary na amerykańską listę dziennikarzy-ofiar zbrodni? Jakie mogą być tego skutki? Czy to pomoże w wyjaśnieniu sprawy?

 

Formalnie to sprawa w kompetencjach polskich organizacji dziennikarskich, które współdziałają z organizacjami międzynarodowymi. Przez tak wiele lat żadna z nich tym się nie zajęła. Od jakiegoś czasu rozmawiałem o tym z różnymi przychylnymi sprawie Ziętary osobami, które mają kontakty dziennikarskie za granicą. W końcu udało się zainteresować słynny Committee to Protect Journalists. Staram się, żeby Jarek Ziętara trafił też do innych rejestrów dziennikarzy ofiar przestępstw. Obecność w takich wykazach nie ma wpływu na postępowania sądowe. Służy jednak upamiętnieniu zamordowanego dziennikarza, upowszechnianiu wiedzy na jego temat.

 

W przyszłym roku minie 30. lat od uprowadzenia poznańskiego dziennikarza. Jak Komitet Społeczny im. Jarosława Ziętary, którego jesteś przedstawicielem zamierza upamiętnić tę tragiczną rocznicę?

 

W roku trzydziestolecia sprawy Ziętary planowane są działania informacyjne i edukacyjne, w tym przy współpracy z mediami i organizacjami dziennikarskimi. Program jest w trakcie przygotowywania. Niezależnie od tego, co będzie organizowane, ja osobiście, jak co roku, także w tym, zapalę znicz pod tablicą na ścianie kamienicy w Poznaniu, w której mieszkał Jarek. Należy mu się nasza pamięć.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 


 

Krzysztof M. Kaźmierczak

Rocznik 1967. Zaczynał w mediach podziemnych: „Pokoleniu Walczącym” i „Już Jest Jutro”, niezależnym piśmie literackim. Pracował m.in. w „Obserwatorze Wielkopolskim” i „Gazecie Poznańskiej”, „Nowym Dniu”, „Super Expressie” i „Głosie Wielkopolskim”. Obecnie jest redaktorem „Telekuriera” TVP. Autor powieści kryminalnej „Krótka instrukcja obsługi psa” (2016), książek o tematyce historycznej: „Ściśle tajne” (2009), „Tajne spec. Znaczenia” (2009), „Lew z Głównej” (2010), „Rozstrzelani za uratowanie kobiety” (2018), współautor „Sprawa Ziętary. Zbrodnia klęska państwa” (2015), „Oni tworzyli Solidarność” (2010). Od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary, jest pomysłodawcą i przedstawicielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Spotkania z dziennikarzami-twórcami kultury

Od 6 września Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza na „SDP Cafe – podaj dalej…”, czyli rozmowy z dziennikarzami-twórcami kultury w ciekawej formule. Zaplanowano 36 spotkań, które będzie można śledzić od poniedziałku do czwartku o godz. 19 na portalu sdp.pl i na kanale SDP na YouTube. 

 

Dziennikarze nie tylko zdobywają informacje, komentują wydarzenia, tłumaczą zjawiska i trendy, aby ułatwić nam zrozumienie świata. Często są też animatorami kultury, a nierzadko także twórcami, artystami. I właśnie takie osoby poznamy w SDP Cafe, czyli podczas wieczornej rozmowy przy kawie, w atmosferze skłaniającej do szczerości i zwierzeń. Wśród gości będą zarówno ci, dla których dziennikarstwo jest podstawową profesją, a działalność kulturalna dodatkowym zajęciem, odskocznią od codzienności, pasją, jak też artyści, którzy poznali media „od kuchni”, ponieważ sami prowadzili programy, pisali artykuły, realizowali audycje.

 

Formuła tych spotkań „podaj dalej…”, zakłada, że gość w następnych odcinkach może wystąpić w nowej roli, stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę do SDP Cafe kolejną osobę. Cykl rozpocznie 6 września prezes SDP i redaktor naczelny Radia WNET Krzysztof Skowroński, a jego rozmówczynią będzie popularna dziennikarka telewizyjna, a także animatorka wydarzeń kulturalnych Anna Popek. Kto będzie jej gościem kolejnego dnia, jakie osoby jeszcze zobaczymy w SDP Cafe dowiemy się śledząc profile SDP na Facebooku i Twitterze (@SDPportal) oraz zaglądając na portal sdp.pl.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaplanowało 36 rozmów, które będzie można oglądać  od poniedziałku do czwartku o godz. 19 na kanale SDP na YouTube oraz na portalu sdp.pl. Widzowie będą mogli włączyć się do rozmowy zadając w pytania w komentarzach lub mailowo na adres [email protected].

 

Zgłoszenia do udziału w spotkaniach (jako prowadzący lub gość) przyjmuje koordynator projektu Agnieszka Wójcik pod adresem: [email protected].

 

Wszystkie dotychczasowe odcinki dostępne są TUTAJ.

 

Partnerzy:

 

Fundacja Kulturalna Polska, Fundacja Solidarności Dziennikarskiej

 

Patroni medialni:

 

TV Republika, „Sieci”, wPolityce.pl, „Do Rzeczy”, Radio Wnet, „Kurier Wnet” waw4free.pl, „Informator Stolicy”, kulturalni.pl, „Bez Wierszówki”, „Forum Dziennikarzy”

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury