Zginął, bo był dziennikarzem – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o Jarosławie Ziętarze

Wkrótce, 1 września, minie 29 lat od zniknięcia Jarosława Ziętary. Ten 24-letni dziennikarz padł ofiarą porywaczy i zginął, według świadka Macieja B. pseudonim „Baryła”,  po trzech dniach. To bardzo dużo czasu, żeby uratować młodego dziennikarza i jestem pewna, że chłopak na to bardzo, bardzo liczył. Komu i po co był potrzebny ten czas? Kto pozwolił na tę straszliwą zbrodnię? Aż siedem osób związanych ze sprawą Ziętary poniosło gwałtowną śmierć w zagadkowych okolicznościach.

 

We wtorek, 1 września 1992 roku przed godziną 9. Jarosław Ziętara wyszedł do pracy w „Gazecie Poznańskiej”. Nigdy nie dotarł do redakcji i nikt go już nigdy nie widział.

 

Według bliskich Jarka, a także prokuratury 24-letni dziennikarz został zamordowany. Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczą się dwa procesy w tej sprawie. Jednym z oskarżonych jest Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa. W drugim procesie oskarża się byłych ochroniarzy Elektromisu, o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza. Mirosław R., pseudonim „Ryba” i Dariusz L., pseudonim Lala, udając policjantów, mieli zwabić Ziętarę do samochodu przypominającego radiowóz, a potem przekazać reportera osobom, które go zamordowały. Cała trójka: Aleksander Gawronik, „Ryba” i „Lala” nie przyznają się do winy. Oba procesy, od 2019 roku, obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Pięć lat temu na murze kamienicy przy ul. Kolejowej 49, gdzie mieszkał Ziętara odsłonięto tablicę ku jego pamięci. Umieszczony na niej napis głosi: „zginął dlatego, że był dziennikarzem”. Każdego roku, w dzień uprowadzenia, czyli 1 września, pod dom przychodzą bliscy oraz znajomi Jarka, składają kwiaty i zapalają znicze. Tak będzie również i w tym roku. Tablica powstała z inicjatywy Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, który do dziś walczy o wyjaśnienie okoliczności śmierci reportera.

 

Jarosław Ziętara urodził się 16 września 1968 roku w Bydgoszczy. W latach 1987 -1992 studiował w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Studia zakończył 26 czerwca 1992 r. z wynikiem bardzo dobrym. W okresie od października 1988 do czerwca 1992 r. działał w Uniwersyteckim Centrum Radiowym, gdzie w 1990 r. został redaktorem naczelnym. W styczniu 1992 r. rozpoczął pracę na pełen etat w „Gazecie Poznańskiej”. Kilka miesięcy później, 1 września rano, wyszedł do pracy. Dystans niecałych dwóch kilometrów miał pokonać pieszo. W tym miejscu warto uzupełnić, że pierwotnie tego dnia, Ziętara miał zaplanowany wyjazd w teren, który rano anulowano. Kierowcę redakcyjnego powiadomiono o zmianie planów, w dzień wyjazdu o 8.00 i nie otrzymał innych zadań przez cały dzień pozostając do dyspozycji redakcji. Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji „Gazety Poznańskiej” mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i go uprowadzić. Z zeznań świadków, które do tej pory wybrzmiały na sali sądowej wynika, że poznański dziennikarz został porwany, następnie był torturowany i ostatecznie zamordowany, a jego zwłoki rozpuszczono w kwasie.

 

W roku 1999 Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego. Jego symboliczny grób znajduje się w Bydgoszczy. Rodzice Jarka, pomimo ogromnego zaangażowania przede wszystkim jego ojca Edmunda Ziętary, zmarli, nie doczekawszy się informacji o synu. Wysiłki dojścia do prawdy kontynuuje brat Jarka, Jacek Ziętara, który jest oskarżycielem posiłkowym w obu toczących się w Poznaniu procesach. Jacek Ziętara jest praktycznie na wszystkich rozprawach, co z pewnością nie jest łatwe, zwłaszcza gdy prowadzi się normalne życie zawodowe. Bywa, że rozprawy odbywają się  2 a nawet 3 razy w miesiącu, oczywiście w dni robocze. 29 lat życia w cieniu straszliwej zbrodni, która spotkała tę rodzinę jest jednym z bardzo ważnych wymiarów śmierci dziennikarza, nie wspominając już o wysłuchiwaniu drastycznych opisów wstrząsających losów brata, a czasem nieprawdy, niedomówień czy nawet pomówień na jego temat.

 

W 2019 roku Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie umorzył wątek sprawy Ziętary dotyczący sprawców zabójstwa dziennikarza. Powodem jest śmierć osób wskazywanych przez świadków jako uczestnicy i realizatorzy zbrodni.

 

W maju 2021 roku do sądu z własnej woli zgłosił się Zdzisław K. Wcześniej skontaktował się z redakcją „Głosu Wielkopolskiego”. Do tej pory, 28 lat, milczał, ale zmienił zdanie i postanowił powiedzieć przed sądem co wie o tej sprawie, a jego zeznania miały w założeniu wzmocnić akt oskarżenia. To znaczy potwierdzić stanowisko prokuratury, że Jarosław Ziętara interesował się przekrętami Elektromisu, jego właścicielem oraz że Mariusz Ś. znał się z oskarżonym Aleksandrem Gawronikiem. Kłopot w tym, że świadek wielokrotnie w przeszłości leczył się psychiatrycznie. Zdiagnozowano u niego psychozę schizoafektywną. Dokumenty wskazujące na kłopoty ze zdrowiem pozwoliły mu uniknąć w latach 80. służby wojskowej, a potem pomogły w uniknięciu więzienia. Przyznał, że celowo kładł się do szpitala psychiatrycznego. Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i  zabójstwa dziennikarza, jest autorem książki na ten temat oraz współzałożycielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, odnośnie tego świadka zamieścił na stronie internetowej jarek.sledzczy.pl następującą informację:

 

(…) Zeznań (nawet jeśli są prawdziwe) człowieka, który miał orzeczoną niepoczytalność żaden sąd nie uzna za wiarygodne. A jeśli zostałby on przesłuchany mimo niepoczytalności, to w przyszłości może to być podstawą do kwestionowania wyroku i prawidłowości przebiegu procesu oskarżonych w sprawie Ziętary.

 

Dodam przy tym, że z tekstu opublikowanego w „Głosie Wielkopolskim” (i przytaczanego w innych mediach w omówieniach) wynika, że K. nie ma żadnych dowodów i mówi generalnie to, co już wiadomo z trwających procesów. Istotne wątpliwości co do jego chęci złożenia zeznań budzi sprawa zatargu z twórcą Elektromisu (jego dobrym kolegą) i kontakt z adwokatem oskarżonych o udział w zbrodni. Tak więc radzę podchodzić do tej sprawy ze sporym dystansem. (…)

 

Ponadto tezy głoszone przez Zdzisława K. rozmiękczają i podważają dotychczasowy materiał dowodowy i zeznania innych, wiarygodniejszych świadków. Choćby to, że według K, chodziło o papierosy z kierowanej przez niego firmy Strefa Wolnocłowa wyklucza udział w sprawie Aleksandra G., który z tą transakcją z papierosami nie miał nic wspólnego, nie miałby więc powodów podżegać do zabójstwa dziennikarza, a o to jest oskarżony.

 

Trudno dziś przesądzić czy sprawy sądowe wyjaśnią wszystkie niewiadome tej zbrodni. Nie wiadomo też czy udowodnią winę oskarżonym, czy też może w sposób wiarygodny oczyszczą ich z zarzutów. Czy bliscy dowiedzą się gdzie znajdują się szczątki zamordowanego dziennikarza i będą mogli po tylu latach go pochować. I dla mnie osobiście bardzo ważne pytanie: Czy Jarka można było uratować z rąk oprawców? W latach 1991-1992 Ziętarę próbowano zwerbować do pracy w Urzędzie Ochrony Państwa, a kiedy odmówił – oferowano mu współpracę. Niedługo przed uprowadzeniem opisał przekręty w bazach państwowych przedsiębiorstw transportowych. Sprawa przyniosła mu rozgłos, a  jego tekst przedrukowała „Rzeczpospolita”.

 

Protest CMWP SDP przeciwko rozwiązaniu umowy z red. Marcinem Mindykowskim przez Radio Gdańsk

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z najwyższym niepokojem przyjmuje informacje o rozwiązaniu umowy z red. Marcinem Mindykowskim przez Radio Gdańsk i apeluje do kierownictwa Radia o przywrócenie go do pracy.

 

Wg informacji CMWP SDP red. Marcin Mindykowski został zwolniony z Radia Gdańsk, w którym współpracował od 9 lat na tzw. umowie o dzieło, po tym jak podpisał apel dziennikarzy w obronie telewizji TVN.  Oficjalnie nie podano mu przyczyn zwolnienia, rozwiązano z nim umowę, która miała charakter cywilnoprawny, więc dziennikarz  miał bardzo krótki okres wypowiedzenia (1 miesiąc).   Tymczasem praca w radiu była dla niego podstawowym źródłem dochodów, zrealizował dla Radia Gdańsk wiele programów i miał  w nim dwie stałe audycje. Zbieżność w czasie tych dwóch faktów – podpisanie apelu w obronie TVN  i nagłe rozwiązanie umowy o współpracę, budzi najwyższy niepokój ze względu na naruszenie prawa każdego dziennikarza i obywatela do wyrażania swoich poglądów.

 

CMWP SDP podkreśla, że w niniejszym stanowisku nie odnosi się  do treści apelu podpisanego przez dziennikarza, pragnie jednak zwrócić uwagę, iż wykorzystując uprzywilejowaną pozycję pracodawcy wobec tak zatrudnionego od 9 lat dziennikarza pozbawia się go pracy bez żadnego socjalnego zabezpieczenia i bez próby racjonalnego uzasadnienia tego działania.  Takie traktowanie dziennikarzy zagraża wolności słowa i psuje debatę publiczną w Polsce. Dlatego zwracamy się z apelem do kierownictwa Radia Gdańsk o ponowne rozważenie sprawy i przywrócenie do pracy red. Marcina Mindykowskiego.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 27 sierpnia 2021 r.

 

Foto: arch. prywatne M.Mindykowski

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Chrystianizacja medialnego kontynentu

Czy na rynku katolickich mediów możliwe są większe przetasowania? Jaka powinna być obecność Kościoła w wirtualnym świecie?

 

Rozszerzenie przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji koncesji dla Radia Profeto, które prowadzą Sercanie z Limanowej, sprowokowało portal WirtualneMedia do postawienia pytania, czy oto powstaje alternatywa dla Radia Maryja?[1] Ponieważ ta ostatnia stacja wciąż budzi mnóstwo emocji, co ciekawe często u ludzi, którzy jej w ogóle nie słuchają, zaczęto poszukiwać odpowiedzi na tę kwestię. Na wirtualnych łamach portalu SDP.PL swoje zdanie wygłosili: ks. Mariusz Frukacz („Komplementarność, nie alternatywa”[2]), ks. Artur Stopka („Decydują słuchacze”)[3]Łukasz Warzecha (Czy jest możliwa alternatyw dla Radia Maryja)[4]. Nieco wcześniej Mirosław Usidus dokonał analizy portalu społecznościowego Agappe.PL, podkreślając przy tym nie tylko jego walory techniczne, ale też narzędzia biznesowe[5]. Wydaje się jednak, że Radio Profeto bliżej do celów Radio Catolica WBNU[6] w Framingham i Radio Catolica WGUA[7] w Lawrence nadających w językach hiszpańskim i portugalskim dla wiernych z Diecezji Bostońskiej, niż do starcia o rząd dusz ze stacją toruńskich redemptorystów. W wypowiedzi dla portalu WirtualneMedia ks. Michał Olszewski SCJ, twórca radia i prezes Fundacji Profeto.pl podkreślił, że bardzo się cieszą, iż będą mogli nadawać w południowej Małopolsce i dzięki temu dotrą z programem ewangelizującym do większej liczby odbiorców. To wszystko.

 

„Chrystianizujcie ten wielki, internetowy kontynent”

 

Te słowa Benedykta XVI pokazują wagę, jaką ten papież przykładał do ewangelizacji przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii. W maju 2011 roku w Watykanie odbyło się spotkanie Ojca Świętego z blogerami. Niespełna pół roku po pierwszym Blog Forum Gdańsk. Na ten temat wypowiadał się wówczas twórca nieistniejącego już, katolickiego portalu społecznościowego Diecezji Kieleckiej KielceLive.PL ks. Jan Duda. Powiedział, że Kościół wędruje z duchem czasu, ale w swoim tempie. Gdy zaproponował ówczesnemu biskupowi kieleckiemu Kazimierzowi Ryczanowi (1939-2017)[8], żeby założył konto w social mediach i coś sam publikował, ten zrobił wielkie oczy i powiedział: „wiesz, ale ja do tego muszę się jeszcze przyzwyczaić”. Biskup Ryczan uważany był za przedstawiciela najbardziej konserwatywnych duchownych. Należy jednak podkreślić, że na powstanie KielceLive zwyczajnie zezwolił i patrzył na ten projekt przychylnym okiem.

 

Autor wspomnianego serwisu, zwracał uwagę na problemy, które leżą po stronie samego duchowieństwa, które powinni wziąć też mocno pod uwagę twórcy Agappe.PL[9]. Podkreślił m.in., że oficjalne kanały np. na YouTube trącą bardzo oficjalnym tonem, za którym współczesny odbiorca, zwłaszcza młody, niespecjalnie przepada.

 

Watykan chce być bliżej ludzi. Powinniśmy więc szukać rozwiązań, jak być bliżej tego człowieka w sieci tak bardziej osobiście – powiedział ks. Duda, podkreślając kontekst aktywności duszpasterzy w mediach już istniejących. – Tym bardziej, że ci, którzy chcieliby się podzielić swoim własnym doświadczeniem wiary pozostają w takim dziwnym ukryciu. Brakuje świadectw, że ludzie nawracają się poprzez Internet. Wciąż też jest za mało osób pod koloratkami, które ujawniają się w sieci i potrafią się przyznać: „jestem kapłanem. Chcesz? Mogę ci pomóc”.

 

Ks. Duda zauważył, że wielu kapłanów po prostu boi się Internetu i tego, co w nim znajdą (np. pełne niechęci wypowiedzi wobec Kościoła). Wyższe seminaria duchowne nie przygotowywały ich do dyskusji w sieci, a Episkopat nie miał żadnego, jednolitego programu, czy chociażby platformy wymiany doświadczeń między duszpasterzami, którzy byli aktywni w mediach społecznościowych, ucząc się wszystkiego samodzielnie, często od podstaw.

 

„Jezus korzystałby z Internetu i miałby swojego rzecznika prasowego”

 

We wspomnianym wywiadzie, udzielonym podcastowi RadioBlog.PL, autor portalu KielceLive.PL wyraził pogląd, że według niego, gdyby Jezus przyszedł dziś na świat w ludzkim wcieleniu, „bez dwóch zdań korzystałby z Internetu i miałby swojego rzecznika prasowego”. Dodał: „Sądzę, że byłby nim św. Jakub, zwany synem gromu, który potrafiłby odpowiedzieć tak, żeby w pięty poszło”.

 

Również we współczesnym Kościele brakuje koordynatora, który zdołałby zebrać w jedną całość nieraz rozproszone i indywidualne działania. Ponadto sami duszpasterze nie należą do grupy szczególnie aktywnej. Zapytany o to ks. Duda odpowiedział ze śmiechem:

 

Walczymy, cały czas walczymy! Trudno jest skłonić kapłanów, żeby siedli i udzielili sensownych odpowiedzi na pytania, które pojawiają się na forum. Wiedzę też po kolegach, że szybko się niecierpliwią i zniechęcają, bo w Internecie nie można liczyć na szybki efekt, a wśród poważnych kwestii są też pytania kompletnie niepoważne, wzięte z kosmosu. Księża by chcieli, żeby ktoś ich czasem pogłaskał, stwierdził, że coś dobrze powiedzieli, a zamiast tego są kolejne prośby i pytania: „chłopie, jesteś księdzem, weź rzesz pomóż, bo sam nie mogę sobie rady z tym dać”. Jako duchowni czasem uciekamy w wygodnictwo. Znam proboszcza, który przestał zamieszczać kazania w plikach MP3 po trzech krytycznych komentarzach.

 

Warto podkreślić, czym było KielceLive.PL. Ks. Duda objaśnił to tak: to taka mała, wirtualna parafia. Co dzień odwiedza nas około tysiąca osób.

 

Radio i wezwanie papieża Franciszka

 

W 2015 roku ojciec Paco Anzoategui pisząc na łamach serwisu TheBostonPilot.com o powstaniu wymienionych już nowych katolickich stacji radiowych, które rozpoczynały wówczas nadawanie dla wiernych z Diecezji Bostońskiej po portugalsku i hiszpańsku, odwoła się do słów papieża Franciszka, który wezwał do niesienia Dobrej Nowiny zwłaszcza tym, którzy znajdują się na peryferiach. Podsumował, że stacje w Farmingham i Lawrence są wielkim krokiem również w kierunku udostępniania katolikom z tych rejonów wysokiej jakości programów i informacji o charakterze lokalnym, krajowym i międzynarodowym[10].

 

Warto przywołać słowa, które przy tej okazji wygłosił kardynał Sean O’Malley na temat radia: Radio jest tak wspaniałym medium, ponieważ dociera do ludzi w domu, w samochodzie, w pracy, o każdej porze dnia i nocy. Radio daje naszej wspólnocie możliwość dzielenia się przesłaniem Kościoła z ludźmi z wszystkich środowisk. Czasami jest to jedyna, możliwa forma podtrzymywania stałego kontaktu. (…) Mam nadzieję, że możliwość słuchania tych stacji będzie źródłem łaski dla wszystkich słuchaczy[11].

 

Na rodzimym rynku

 

Trudno przypuszczać by Radio Profeto w najbliższym czasie przegoniło Radio Maryja, a portal Agappe.PL zagroził dominacji Facebook’a na rodzimym rynku. Stacja toruńskich redemptorystów ma nie tylko trzydziestoletnią tradycję. Szkoli nowe, dziennikarskie kadry, świadomie zarządza marką opartą o, jak to zauważyła Katarzyna Augustyniak, trzy filary: swojskość, patriotyzm i wspólnotę[12]. Może również liczyć na wsparcie środowiska Rodzin Radia Maryja. Natomiast niespecjalnie może mieć nadzieję na ekspansję. Stacje radiowe najczęściej zmienimy w samochodzie: słabnie zasięg ulubionej rozgłośni w trasie? Zmieniamy na inną, podobną. Politycy się kłócą zamiast dyskutować? Reagujemy tak samo. Jak informuje Komitet Badań Radiowych wracamy do przyzwyczajeń sprzed pandemii, czyli radio towarzyszy nam w podróży[13]. Rzadziej zmieniamy częstotliwości w domu lub w pracy, czyli w pozostałych, najczęstszych lokalizacjach[14]. Oczywiście wciąż się zdarza, że sięgniemy po lokalne radio podczas wyjazdu, bo na przykład mają najlepszą w okolicy jakość dźwięku, ale nie są to zmiany trwałe.

 

W 2011 roku CBOS opublikował z okazji 20-lecia Radia Maryja obszerną analizę słuchaczy tej stacji. Podkreślono jej wpływ na zainteresowanie osób starszych rodzimą polityką i braniem udziału w wyborach. Chyba rzadko zwracamy uwagę na ten aspekt, skupiając się głównie na tym, na kogo przeważnie trafiają głosy. Jak się jednak okazało nie tylko na PiS, choć ten dominował. Ze wspomnianych badań wynika, że również na PO, a prezydent RP Bronisław Komorowski był oceniany przez słuchaczy pozytywnie. Rezultaty burzyły też nieco stereotypowy wizerunek odbiorców stacji. W podsumowaniu Mirosława Grabowska napisała, że jedna czwarta słuchaczy mieszkała wówczas w miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców, jedna trzecia legitymowała się wykształceniem średnim lub wyższym, a co piąty nie ukończy 45 roku życia[15]. Mimo wszystko trudno podejrzewać, żeby ci wierni słuchacze postanowili opuścić ulubioną stację. Najwyżej okazać się może, że korzystają z kilku kanałów informacji. Pewne jest natomiast to, że Kościoła w mediach nie może zabraknąć, a to zależy zarówno od aktywności indywidualnej samych kapłanów, jak i spójnej strategii działań. Ten wielki, medialny kontynent wciąż czeka na swojego Ignacego Loyolę.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-profeto-radio-maryja-limanowa-katolickie-radio-malopolska-fm-dab_1 – dostęp 26.08.2021 r.

[2] https://sdp.pl/ks-mariusz-frukacz-komplementarnosc-nie-alternatywa/ – dostęp 26.08.2021 r.

[3] https://sdp.pl/decyduja-sluchacze-ks-artur-stopka-o-koscielnej-radiofonii/ – dostęp 26.08.2021 r.

[4] https://sdp.pl/lukasz-warzecha-czy-jest-mozliwa-alternatywa-dla-radia-maryja/ – dostęp 26.08.2021 r.

[5] https://sdp.pl/agappe-pl-zaskakuje-dojrzaloscia-ekspert-o-szansach-katolickiego-facebooka/ – dostęp 26.08.2021 r.

[6] Skrót od Buena Nueva, czyli Dobrej Nowiny.

[7] Skrót od Nasza Pani z Gwadelupy.

[8] https://www.diecezja.kielce.pl/biskupi/sp-kazimierz-ryczan – dostęp 26.08.2021 r.

[9] https://agappe.pl/ – dostęp 26.08.2021 r.

[10] https://www.thebostonpilot.com/opinion/article.asp?ID=173970 – dostęp 26.0-8.2021 r.

[11] Ibidem.

[12] https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/handle/item/233168 – dostęp 26.08.2021 r.

[13] https://badaniaradiowe.pl/radio-w-polsce-wchodzi-w-2020-rok-z-bardzo-dobrym-wynikiem/ – dostęp 26.08.2021 r.

[14] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-gdzie-sluchamy-dom-praca-samochod-pandemia-koronawirus

– dostęp 26.08.2021 r.

[15] Dwadzieścia lat Radia Maryja, oprac. M. Grabowska, CBOS

Nowe „Forum Dziennikarzy” o kryzysie zawodu i nie tylko

W najnowszym numerze „Forum Dziennikarzy” Elżbieta Królikowska- Avis, w tekście „Kryzys dziennikarstwa?”, oraz Jaromir Kwiatkowski w materiale „Jak uzdrowić dziennikarstwo regionalne”, uświadamiają na czym polega kryzys naszego zawodu i radzą jak uzdrowić sytuację.

 

Jacek Karolonek w tekście „Nagrody z dedykacją dla białoruskich dziennikarzy” wspomina rozdanie prestiżowych wyróżnień i nagród dziennikarskich podczas corocznej gali organizowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

„Norwid 2021 przeciw zwątpieniu” to tekst Aliny Bosak będący hołdem dla jednego z największych twórców polskich w roku dedykowanemu Norwidowi.

 

„Święty na ten czas” to tekst będący pokłosiem ostatniej wizyty Marii Giedz w Libanie, opowiadający o św. Charbelu i miejscach z nim związanych.

 

O prasie dawnego Stanisławowa pisze Jarosław Krasnodębski w tekście „Polski organ kresowy”

 

O Antonim Chrościelewskim, sybiraku, żołnierzu 2 Korpusu Polskiego gen. Andersa, jednym z najwybitniejszych Polaków i działaczy na uchodźctwie opowiada Teresa Kaczorowska w tekście „Filar nowojorskiej Polonii”.

 

Michal Lebduśka, praski dziennikarz i analityk debiutuje w „Forum Dziennikarzy” bardzo ciekawym tekstem „ Jak Czesi widzą Polaków”.

 

Jak zwykle w najbliższym numerze czytelnicy znajdą jeszcze wiele innych, niezwykle interesujących tekstów.

 

Życzę miłej lektury

 

Andrzej Klimczak

Redaktor naczelny „Forum Dziennikarzy”

 

Numer 3(142)/2021 do pobrania

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

ŁUKASZ WARZECHA: O Frasyniuku, Kajdanowiczu i koncesjach

Występ Władysława Frasyniuka w TVN24, w programie prowadzonym przez Grzegorza Kajdanowicza, to z pewnością jeden z najciekawszych medialnych casusów tego roku. Są tu dwa wątki z sobą powiązane: sama wypowiedź gościa i brak reakcji prowadzącego oraz pojawiające się opinie, że miałby to być powód dla odebrania lub nieprzedłużenia koncesji stacji.

 

Nie będę się zajmował oceną słów pana Frasyniuka, bo za nie odpowiada – i być może odpowie przed sądem – on sam. Były opozycjonista skorzystał z wolności słowa, co jednak może oznaczać, w razie przekroczenia granic tejże (ocena należy ostatecznie do sądu), konieczność poniesienia konsekwencji.

 

Dla dziennikarza ważniejsze jest jednak pytanie, jak powinien się w tej sytuacji zachować prowadzący. Nie da się go oddzielić od oceny formy wypowiedzi Władysława Frasyniuka.

 

Co do zasady, prowadzący nie są od tego, żeby cenzurować słowa gości. Można wręcz powiedzieć, że – ze względu na to, iż media grają w swoich politycznych drużynach – takie skłonności pojawiają się zdecydowanie zbyt często w postaci przerywania, stawiania pytań z tezą lub wręcz wchodzenia przez prowadzącego w polemikę z gościem – co absolutnie nie jest jego zadaniem, chyba że mamy do czynienia z autorskim programem publicystycznym, w którym prowadzący jest postacią równorzędną wobec gościa i ma pełne prawo prezentować swoje poglądy. Lecz to inna kategoria i program w TVN24 do niej nie należał.

 

Bywają jednak wyjątkowe okoliczności, w których prowadzący ma obowiązek interweniować. Nie da się ich określić w jednoznaczny sposób, bo to jednak w dużej mierze sprawa wyczucia, lecz to właśnie wyczucie każdy prowadzący mieć powinien na tyle, żeby zauważyć i zareagować w chwili, gdy zaproszony gość przekracza bądź granice dobrego smaku, bądź zaczyna wypowiadać się w obelżywy dla kogoś sposób. To prawda, że język debaty podupadł dramatycznie – wystarczy zauważyć, że wulgaryzm stał się głównym hasłem jednego z ruchów politycznych, a po drugiej stronie także zdarzały się obelgi czy pokazywanie środkowego palca – to jednak nie oznacza, że dziennikarze są zwolnieni z obowiązku reakcji w takich przypadkach. A przynajmniej zwolnieni być nie powinni, szczególnie w tak opiniotwórczej stacji jak TVN24.

 

Wypowiedź Władysława Frasyniuka, pomijając jej merytoryczną ocenę, była nie tyle krytyką postępowania żołnierzy – z czym można by się nie zgodzić, ale co byłoby całkowicie akceptowalne – co po prostu rzucaniem pod ich adresem obelg. W tej sytuacji i już tylko z tego powodu, a więc ze względu na sam język, redaktor Kajdanowicz powinien był zareagować, prosząc rozmówcę o powstrzymanie się od takich wypowiedzi i tym samym zaznaczając, że jego stacja nie utożsamia się z tego typu sposobami ekspresji. Nie ma to nic wspólnego z popieraniem lub zwalczaniem takich czy innych poglądów.

 

Niektórzy dziennikarze, analizując tę sytuację, usprawiedliwiali Kajdanowicza tym, że rzecz miała miejsce w programie na żywo, gdy czasami trudno właściwie zareagować. Te usprawiedliwienia uważam za naciągane. Sformułowanie takie jak „wataha psów”, opisujące żołnierzy Wojska Polskiego, powinny wywołać reakcję z automatu. To było po prostu jaskrawe naruszenie norm.

 

Przeprosiny, które stacja opublikowała na jednym ze swoich twitterowych profili również wydają się niewystarczające. Powinny bowiem pojawić się w tym samym miejscu ramówki, w którym wcześniej miała miejsce rozmowa z panem Frasyniukiem.

 

Drugi wątek to apele o odebranie koncesji TVN24 z powodu tej właśnie rozmowy. Takie sugestie pojawiły się na twitterowym profilu Wojciecha Muchy, redaktora naczelnego należącej do Orlenu „Gazety Krakowskiej”, czy w wypowiedziach posła PiS Jana Mosińskiego. Ten postulat jest całkowicie niedorzeczny – gdyby stacjom telewizyjnym miano odbierać koncesję za pojedynczy incydent, a już w szczególności za wypowiedź zaproszonego gościa, nawet przy braku reakcji prowadzącego, powodowałoby to efekt mrożący o ogromnym natężeniu. Właściwie niemożliwe stałoby się zapraszanie kogokolwiek o krytycznych wobec władzy poglądach, bo zawsze istniałoby zagrożenie, że powie coś, co może zostać zinterpretowane jako powód do odebrania koncesji.

 

Pojawiały się również głosy prezentujące ogólniejsze podejście i argumentujące, że TVN24 powinno stracić koncesję za „antypolskie nastawienie” w ogóle. To równie niebezpieczny sposób rozumowania, przypominający dyskusję, którą toczyłem również na portalu SDP już wielokrotnie w sprawie zarzuconej na razie (jako pomysł ustawy) koncepcji repolonizacji / dekoncentracji mediów. Tam również w kontekście m.in. wykupionego potem przez Orlen Polska Press pojawiał się argument niemal identyczny: że gazety koncernu prezentowały „antypolskie treści”. Co to jednak w praktyce znaczy? Kto ma definiować, co jest „propolskie”, a co „antypolskie”? Szczególnie w sytuacji, gdy trwa bardzo ostry spór polityczny, w którym tego typu argumentacja pojawia się po obu stronach, bo obie twierdzą, że działania strony przeciwnej mają dla polskiego interesu fatalne skutki. Przedmiotem konfliktu jest zasadniczy kierunek, w którym zmierza państwo, a więc i to, co właśnie mu służy, a co nie.

 

Gdybyśmy uzależnili udzielanie mediom koncesji od tego, czy są „propolskie” czy „antypolskie”, otworzylibyśmy po prostu drogę do całkowicie uznaniowego, a tym samym ściśle upolitycznionego traktowania koncesji. Udzielanych przecież przez KRRiT, której skład jest właśnie polityczny. Mogę sobie doskonale wyobrazić, że w zmienionej sytuacji politycznej przeciwna strona sporu sięgnęłaby po identyczny argument, aby odebrać koncesję na przykład Telewizji Trwam, wskazując, że prezentowane tam treści „szkodzą Polsce”.

 

Wracam tutaj do koncepcji, o której wspominałem już jakiś czas temu: problematyczny jest w ogóle proces koncesjonowania mediów elektronicznych i powierzenie go Krajowej Radzie, wybieranej w czysto politycznym trybie. Nie byłoby problemem przekazanie tej kompetencji Naczelnemu Sądowi Administracyjnemu (jeśli w ogóle koncesje miałyby pozostać), ponieważ nie jest ona zapisana w konstytucji, a jedynie w Ustawie o radiofonii i telewizji.

 

Łukasz Warzecha

Decydują słuchacze – KS. ARTUR STOPKA o kościelnej radiofonii

Pojawiły się sugestie, że może powstać alternatywa dla najbardziej znanej kościelnej radiostacji w Polsce. A wraz z nimi szereg ważnych pytań.

 

W pierwszej połowie sierpnia br. rozeszła się informacja, że Radio Profeto, którego dotychczas można było słuchać w internecie oraz na częstotliwości 92.1 FM w Krakowie i okolicznych gminach, powiększyło swój zasięg naziemny. „Po rozszerzeniu koncesji na częstotliwość 100.3 FM w Limanowej, sercańska rozgłośnia jest słyszalna naziemnie prawie w całej Małopolsce” – donosił serwis limanowa.in.

 

Lokalna witryna internetowa przypomniała, że emitowany od 2014 r. w globalnej sieci program Radia Profeto w ostatnich trzech latach testowo nadawany był w systemie DAB+ dla Tarnowa, Sądecczyzny, Bielska Białej, Wrocławia, Warszawy i Trójmiasta. Odnotowano, że rozgłośnia otrzymała koncesję na cyfrowe nadawanie również w Poznaniu, Tarnowie, Częstochowie, Katowicach, Warszawie, Rzeszowie i Toruniu. „Już niedługo będzie w tych lokalizacjach nadawała regularnie program w technologii cyfrowej” – zapewniono.

 

Branżowy serwis Wirtualnemedia.pl informację o zwiększeniu zasięgu rozgłośni należącej do Fundacji Profeto.pl – Sercańskiego Sekretariatu na rzecz Nowej Ewangelizacji, zaanonsował pytaniem: „Będzie alternatywa dla Radia Maryja?”.

 

Prof. Jerzy Bralczyk wyjaśniał kiedyś, że alternatywa to wybór jednej z dwu możliwości. Zwrócił uwagę, że coraz częściej alternatywą nazywamy też jedną z możliwości wyboru, przeciwstawianą innej, np.: „Alternatywą dla europeizacji jest afrykanizacja”.

 

Na stronie sercańskiej Fundacji można przeczytać: „Dzięki powstaniu Radia Profeto w czerwcu 2014 r., promujemy najlepszą muzykę z kategorii CCM (Contemporary Christian Music), towarzyszymy wam przez cały dzień i tworzymy nowoczesny ewangelizacyjny program. Transmitujemy na żywo Msze Święte i nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie”. Z okazji siedmiolecia rozgłośni prezes Fundacji, ks. Michał Olszewski SCJ, zapewniał, że niezmiennie najważniejsze dla jej twórców pozostaną na antenie: Słowo Boże, chrześcijańska muzyka, poranki na żywo, audycje autorskie oraz transmisje live z wydarzeń ewangelizacyjnych. „Nadal będziemy stronić od newsów oraz polityki, by nasza antena zawsze była tą, która łączy, a nie dzieli” – deklarował.

 

Być może właśnie ta deklaracja skłania niektórych obserwatorów do dopatrywania się w sercańskiej rozgłośni alternatywy dla radia firmowanego przez polskich redemptorystów. Podejście do polityki to najbardziej rzucająca się w oczy różnica między tymi dwoma medialnymi przedsięwzięciami.

 

Jednak zacytowane wyżej pytanie, które postawił poświęcony mediom serwis sieciowy, jest głębsze, niż może się wydawać. Da się w nim dostrzec ni to niepewność, ni to wątpliwość dotyczącą samej kwestii alternatywy dla Radia Maryja. Możliwości jej zaistnienia. A może nawet jej potrzeby.

 

Nie są to wcale zagadnienia wydumane. Toruńska rozgłośnia obchodzi w tym roku trzydziestolecie działalności. Dlaczego przez trzy dekady nie powstała w naszym kraju dla niej równie silna alternatywa? A może ta alternatywa istnieje, tylko jej skala jest na miarę potrzeb? Może grono polskich katolików, którzy chcieliby słuchać inaczej sformatowanej konfesyjnej radiostacji, ma taką liczebność, że wystarczającą odpowiedzią na ich oczekiwania są funkcjonujące w wielu miejscach w Polsce stacje diecezjalne?

 

Czy losy projektu pod nazwą Radio Plus nie są dobitnym sygnałem, że Kościół katolicki w naszej Ojczyźnie po prostu nie potrzebuje drugiej silnej wyznaniowej radiofonii ogarniającej swym zasięgiem cały kraj? Może Radio Maryja pod tym względem spełnia wszystko, czego Kościół w naszym kraju (przynajmniej zdaniem osób podejmujących decyzje w takich kwestiach) potrzebuje? Nie zapominajmy, że dla Kościoła media są narzędziem formacji wiernych. Być może toruńska rozgłośnia jest pod tym względem dla Kościoła w wymiarze ogólnopolskim wystarczająca. Niewykluczone, że na ewentualne inne potrzeby wiernych są w stanie zadowalająco odpowiedzieć radia diecezjalne.

 

Pewną wskazówką dla szukających odpowiedzi na powyższe pytania może być sfera kościelnych i katolickich czasopism w Polsce. Dwa największe tygodniki, które powstały kiedyś jako pisma dla pojedynczych diecezji, a w minionych dekadach podjęły ekspansję na teren całego kraju, rywalizują w ogromnej mierze o tego samego odbiorcę. W rezultacie są do siebie bardzo podobne nie tylko pod względem merytorycznym. Jest coś znamiennego w fakcie, że w swym kazaniu 15 sierpnia br. na Jasnej Górze metropolita częstochowski budzącą sporo emocji krytykę „Imagine” Lennona zacytował słowo w słowo z artykułu opublikowanego nie w wydawanej przez jego archidiecezję „Niedzieli”, ale z – wydawałoby się konkurencyjnego – „Gościa Niedzielnego”, wydawanego w Katowicach. Trzeci liczący się na rynku kościelny tygodnik, poznański „Przewodnik Katolicki” zapewne jest alternatywą dla dwóch pozostałych, ale jego nakład daje do myślenia. Jest znacząco niższy niż nakłady pozostałych dwóch czasopism.

 

Z dostępnych informacji wynika, że twórcy Radia Profeto mają ogólnokrajowe ambicje. Ich atutem jest, że podobnie, jak toruńska rozgłośnia, są własnością zgromadzenia zakonnego, a nie którejś z diecezji. Ten fakt sytuuje sercańskie radio inaczej niż staje podlegające poszczególnym biskupom. Czy w założonym formacie okaże się faktyczną alternatywą dla Radia Maryja czas pokaże. W ostateczności o wszystkim mają szansę zadecydować słuchacze.

 

Artur Stopka

CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę red. Michała Adamczyka z TVP pozwanego przez Romana Giertycha

W związku z pozwem wniesionym przez Pana Romana Giertycha przeciwko Redaktorowi Michałowi Adamczykowi oraz postanowieniem Sądu Okręgowego Warszawa – Praga w Warszawie , który nakazał dziennikarzowi usunąć wpis na Twitterze  oraz zakazał mu  na okres 1 roku publikacji na ten temat  ewentualnych defraudacji środków pieniężnych  i przyjęcia  wielomilionowych korzyści finansowych przez Romana Giertycha,  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zawiadamia o objęciu niniejszej sprawy monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy oraz stosowania niedopuszczalnej cenzury prewencyjnej.

 

Sąd Okręgowy Warszawa – Praga na żądanie Pana Romana Giertycha bez wyroku, na niejawnej rozprawie udzielił zabezpieczenia w ten sposób, że nakazał dziennikarzowi natychmiastowo usunąć z jego profilu w portalu społecznościowym Twitter wpis dotyczący postępowania prowadzonego w sprawie Romana Giertycha oraz jednocześnie zakazał dziennikarzowi publikowania informacji o jakiejkolwiek defraudacji środków pieniężnych przez Romana Giertycha (aktualnie sąd rozpatruje zażalenie pełnomocników dziennikarza w tej sprawie).

 

Dziennikarz w jednozdaniowym wpisie odnosił się do szeroko komentowanej sprawy wyprowadzenia i przywłaszczenia ze spółki deweloperskiej ok. 92 mln zł. Nie przesądzał o winie Romana Giertycha, a mimo to Sąd nakazał dziennikarzowi usunięcie wpisu. Decyzja Sądu ma charakter cenzury prewencyjnej, ponieważ Sąd zakazuje publikacji materiałów dziennikarskich na konkretny temat przed ich powstaniem, przed ich redakcją i przed ich ewentualną publikacją. Narusza to podstawowe zasady zagwarantowane w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, m. in. zasadę wolności prasy i innych środków przekazu, wolności wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Zgodnie z art. 54 ust. 2 Konstytucji, cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu jest zakazana. Warto przy tym zauważyć, że specyfika medium społecznościowego, jakim jest Twitter sprawia, iż nie istnieje techniczna możliwość późniejszego przywrócenia usuniętego wpisu po zakończeniu postępowania. Z kolei zakaz publikacji to najbardziej drastyczny wobec dziennikarza środek, jaki może zostać zastosowany przez Sąd, zaprzeczający zasadom wolności słowa i podważający funkcje wolnej prasy w społeczeństwie.

 

W związku z powyższym CMWP rozważy przedstawienie opinii w charakterze amicus curiae (tzw. „opinii przyjaciela sądu”), jako że jest to uzasadnione celami  naszej organizacji oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.  Na obecnym etapie CMWP prowadzi monitoring sprawy, zgodnie z przepisami prawa oraz wskazanymi wyżej celami i kryteriami.

 

postanowienie Sądu :

 

Źródło dokumentu : https://twitter.com/GiertychRoman/status/1397501240515436548/photo/1

Musica Divina – ŁUKASZ WARZECHA o spychaniu recenzji kulturalnych na margines

Piszę ten tekst w nocy po koncercie rosyjskiego zespołu Uzorika w krakowskim kościele św. Floriana w ramach festiwalu Musica Divina, organizowanego przez Fundację InCanto. Pięć pań, które udało się nadludzkim wysiłkiem i dzięki pomocy wielu dobrych ludzi sprowadzić do Polski z Rosji w epoce covidowych restrykcji, wykonują staroruską muzykę religijną, tak zwany znamiennyj raspiew i śpiew liniowy. Kto nie słyszał czegoś takiego na żywo, ten nie ma pojęcia, jakich przeżyć może dostarczyć muzyka, i to mimo że w tym przypadku mówimy o muzyce budowanej nieco inaczej niż kanony harmoniczne wypracowane na Zachodzie, znane nam najlepiej.

 

Nie chcę tu jednak pisać o muzyce dawnej, w tym staroruskiej (choć bardzo namawiam do zainteresowania się nią), ale o moim własnym zaskakującym nieco doświadczeniu z mówieniem i pisaniem o kulturze wysokiej. Nie jest to mój główny temat – jak wiedzą wszyscy moi czytelnicy czy widzowie mojego kanału na YouTube. Jestem przede wszystkim publicystą politycznym i ekonomicznym. Owszem, lubię pisać i mówić o sztuce – jako amator oczywiście. Muzyki dawnej słucham od wielu lat, mam dużą kolekcję płyt, ale nie udaję, że jestem zawodowcem. Tym bardziej ucieszyłem się z propozycji napisania tekstu do tegorocznej książki festiwalowej właśnie na Musica Divina. Opisałem w nim własną drogę do muzyki klasycznej.

 

Jestem też wielbicielem muzeów, a że trochę jeżdżę po Polsce, staram się widzom mojego kanału opowiadać o tym, jakie miejsca odwiedzam i co ciekawego można tam zobaczyć. Można by powiedzieć: ars gratia artis, bo przecież ile osób może interesować, że warszawski zespół La Tempesta w szczycie lockdownu w 2020 r. postanowił zarejestrować pierwsze polskie nagranie Handlowskiego „Mesjasza”, że Fundacja InCanto walczyła o pieniądze na festiwal muzyki dawnej w Krakowie (aktualna edycja jest już czwarta) albo że w poznańskim Muzeum Archidiecezjalnym w dawnej Akademii Lubrańskiego można zobaczyć niesamowitą pietę z 1420 r.?

 

I tu można się zdziwić. Liczba wiadomości, komentarzy, reakcji na te właśnie wzmianki o sprawach wysokiej kultury przekroczyła wszelkie moje oczekiwania. Sporo osób wsparło zbiórkę i kupiło płytę z nagraniem „Mesjasza” dzięki informacjom, które znaleźli u mnie – wiem to od ludzi związanych z zespołem La Tempesta. Wiele osób pisało do mnie, że odwiedzili to lub inne miejsce – muzeum, galerię, miejscowość – dzięki mojej rekomendacji. Wiele innych dziękowało za to, że opowiedziałem o miejscu, które jest dla nich ważne albo nad stworzeniem którego pracowali. Każda taka wzmianka, prawdę mówiąc, cieszy mnie bardziej niż dyskusja polityczna w mediach społecznościowych rozpoczęta jakimś moim tekstem.

 

Warto jednak przez moment zastanowić się nad ogólniejszymi wnioskami. Po pierwsze – wnioskuję, że przynajmniej część odbiorców jest spragniona niekoniecznie specjalistycznej recenzji i rekomendacji ze sfery kultury wysokiej. Mam wrażenie, że tego bardzo brakuje.

 

Po drugie – odbiorcom nie przeszkadza połączenie (mowa o wideoblogu) komentarza politycznego ze sprawami kultury. I może ma to związek z wnioskiem pierwszym: recenzje i rekomendacje kulturalne są zepchnięte gdzieś na margines, a już szczególnie jeśli dotyczą dziedzin mniej popularnych. Ja podsuwam je swoim widzom na tym samym poziomie co komentarz polityczny i wiem, że moi odbiorcy są z tego w większości zadowoleni. Piszą, że taki zestaw im się podoba, bo pozwala się na koniec filmu oderwać od polityki. Podoba im się też, że polityczny publicysta staje się dzięki takim tematom bardziej ludzki – ma swoje pasje, zainteresowania niezwiązane z główną dziedziną działalności. To dla mnie dobry sposób na bliższy kontakt z moimi odbiorcami.

 

Po trzecie – czy nie jest przypadkiem tak, że publicystyka kulturalna przeżywa kryzys? Kojarzę fascynujące teksty choćby o muzyce dawnej, ale na bardziej niszowych portalach, takich jak znakomita Teologia Polityczna. Sam pisywałem teksty głównie o kompozytorach, których życie jest kopalnią anegdot, dla Magazynu TVP, potem Magazynu Polsat News i jego następcy – Magazynu Interii. Pisałem o Bachu, Handlu, de Sainte-Colombie, Marais, Gesualdzie, pisałem też o sporach o sztukę nowoczesną i o tym, jak czytać dawne malarstwo. Komentarze czytelników przekonały mnie, że na takie teksty jest popyt i są czytane w miejscach, gdzie wydawałoby się, że sprzedadzą się jedynie tematy z popkultury.

 

Do tego, że mimo potężnych problemów tegoroczny festiwal Musica Divina jednak udało się zorganizować, przyczyniła się rozmowa znanego konserwatywnego vlogera, obserwowanego przez prawie 90 tys. osób, Tomasza Samołyka, z Łukaszem Serwińskim, założycielem Fundacji InCanto i dyrektorem artystycznym Musica Divina. Prawie dwugodzinny wywiad o muzyce dawnej, festiwalu, wyrabianiu sobie gustu muzycznego, obejrzało 20 tys. ludzi. Można powiedzieć, że to niewiele w porównaniu z setkami tysięcy oglądających jakieś paruminutowe bzdury w stylu „facet ściąga gacie w sklepie”, ale proszę sobie uświadomić: 20 tys. ludzi chciało posłuchać o temacie, który w Polsce uznaje się za kompletnie marginalny!

 

Być może więc jakaś część dziennikarzy, na co dzień zajmujących się całkiem innymi sprawami, którzy obawiają się pisania czy mówienia o kulturze wysokiej, bo to nie ich dziedzina, bo przecież są od tego specjaliści, bo nikogo to nie interesuje – przełamie się. Moje doświadczenie każe mi twierdzić, że odbiorców takich treści jest znacznie więcej niż byśmy się spodziewali, a niektórzy mogą nawet nie wiedzieć, że ich to interesuje – bo nigdy na tego typu tematy nie trafili.

 

Kilka razy zdarzyło mi się, że widzowie mojego wideoblogu lub czytelnicy moich tekstów o muzyce pisali, że pod moim wpływem sięgnęli po muzykę dawną albo prosili o pomoc w rozpoczęciu swojej przygody z nią. Zapewniam – taka wiadomość daje gigantyczną satysfakcję.

 

Łukasz Warzecha

Sprawdzą czy to był wypadek – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o śmierci dziennikarki z Chodzieży

Prokuratura Krajowa ma przeanalizować śledztwo w sprawie wypadku, w którym zginęła dziennikarka Anna Karbowniczak. Tuż przed śmiercią kobieta otrzymywała groźby związane z jej pracą.

 

„Na polecenie Zastępcy Prokuratora Generalnego Krzysztofa Sieraka w Departamencie Postępowania Przygotowawczego przeprowadzona zostanie kompleksowa analiza śledztwa dot. śmierci dziennikarki Anny Karbowniczak oraz prawidłowości wydanych w nim decyzji końcowych.” Czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej zamieszczonej w mediach 28 lipca br. Wygląda na to, że wrzesień w współczesnej historii poznańskich dziennikarzy, zapisze się bardzo boleśnie. 1 września 1992 roku został uprowadzony, a następnie zamordowany red. Jarosław Ziętara. 18 lat później, również we wrześniu, dokładnie w czwartek 3 września 2020 roku straciła życie red. Anna Karbowniczak z „Głosu Wielkopolskiego” i portalu naszemiasto.pl. Dziennikarka została śmiertelnie potrącona przez samochód dostawczy podczas jazdy na kolarzówce na trasie pomiędzy Budzyniem a Wągrowcem. Do wypadku doszło na prostym odcinku drogi. Kierowca nie zatrzymał się by udzielić pomocy kobiecie, zbiegł. Dzień później Ania miała świętować swoje 35. urodziny.

 

W poniedziałek, 16 sierpnia 2021 roku, blisko rok po tragicznej śmierci dziennikarki, w Sądzie Rejonowym w Wągrowcu odbyła się pierwsza rozprawa Macieja N.Oliwii P. Maciej N. to kierowca busa, który miał uderzyć w jadącą na rowerze kobietę, a Oliwia P. siedziała na fotelu pasażera. Oboje nie udzielili pomocy Annie Karbowniczak, po wypadku drogowym, do czego się przyznali i pragną dobrowolnie poddać się karze. Pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego nie zgadza się jednak z decyzją o umorzeniu śledztwa wyjaśniającego okoliczności wypadku z września 2020 roku, sprawie ma się przyjrzeć także Prokuratura Krajowa oraz, decyzją sądu, dostarczone zostaną dodatkowe opinie biegłych. W busie był jeszcze trzeci pasażer Mateusz C., który nie zgodził się na dobrowolne poddanie karze i w związku z tym jego sprawa będzie rozpatrywana osobno.

 

Co się wydarzyło

 

Anna Karbowniczak, fot. Facebook

Według relacji policji, w czwartek, 3 września 2020 roku ok. godziny 14.00, zadzwoniła kobieta, która przejeżdżając trasą Budzyń-Wągrowiec, w okolicy miejscowości Brzekiniec zauważyła leżącą, potrąconą przez samochód rowerzystkę. Następnego dnia, 4 września, przed południem ukazał się poniższy komunikat:

 

„Policjanci z Chodzieży poszukują niebieskiego Renault Trafic lub Opla Vivaro. Kierowca takiego auta w czwartek potrącił śmiertelnie 35 letnią rowerzystkę i uciekł z miejsca wypadku (…)

 

Policjanci na miejscu zabezpieczyli ślady wskazujące na to, że poszukiwany mógł poruszać się samochodem Renault Trafic albo Oplem Vivaro koloru niebieskiego. (…)W związku z tą sprawą prosimy o kontakt wszystkie osoby, które widziały takie auto z uszkodzeniami przedniej, prawdopodobnie prawej strony nadwozia.(…).

 

Dodatkowo „Komendant Powiatowy Policji w Chodzieży wyznaczył specjalną nagrodę finansową dla osoby, która przekaże istotne informacje, przydatne do identyfikacji pojazdu i sprawcy wypadku.”

 

W piątek, ok 18.00 policja ogłosiła, że udało się odnaleźć busa. Kierowcę i samochód namierzono między innymi dzięki zapiskom z monitoringu. Zatrzymano trzech mieszkańców Wągrowca w wieku 25 – 33 lat. Prokuratura wycofała zarzuty wobec brata kierowcy busa i jego znajomego, którzy naprawiali samochód po wypadku oraz zarzuty dotyczące zacierania śladów przez kierowcę i dwoje jego pasażerów. Śledczy, na podstawie opinii biegłego uznali, że to dziennikarka, a nie kierowca, spowodowała wypadek.

 

– Kierowca nie mógł go uniknąć i nie ponosi za to winy. Skoro nie ponosi, to nie mógł zacierać śladów przestępstwa, bo go nie popełnił. Tym samym umorzono wątek zacierania śladów przez pozostałe osoby – powiedział dziennikarzowi portalu Onet.pl, Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

 

Groźby pod adresem red. Anny Karbowniczak

 

Zmarła dziennikarka jeszcze w sierpniu, przed śmiercią spotkała się z poważnymi groźbami, związanymi z jej pracą. Była to wiadomość, w której autor poinformował że posiada informacje o rodzinie dziennikarki, a także o wyglądzie i zainteresowaniach jej samej. Do redakcji wpłynęło też sfałszowane pismo oczerniające kobietę.

 

Anna Karbowniczak relacjonowała dramatyczną historię 2-letniego chłopca, który był ofiarą wielomiesięcznej przemocy domowej i stracił życie uduszony przez 21-letnią matkę. W sierpniu ukazał się kolejny artykuł autorstwa Anny, w którym poinformowała o zbliżającym się akcie oskarżenia wobec matki chłopca i jej partnera. Zwróciła także uwagę, że konsekwencji dyscyplinarnych uniknie odwołany za tę sprawę były komendant policji, gdyż odszedł na własną prośbę na emeryturę. O groźbach pod adresem reporterki została powiadomiona prokuratura. W piątek 4 września 2020 formalnie wszczęto śledztwo dotyczące wspomnianych gróźb i zniesławienia. Rzecznik poznańskiej policji Andrzej Borowiak potwierdził, że śledczy badają ten wątek sprawy. Na ten moment nie łączą jednak obu zagadnień.

Anna Karbowniczak przez wiele lat była dziennikarką „Chodzieżanina”, portalu Chodzież NaszeMiasto.pl i „Głosu Wielkopolskiego”.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

Jarosław Ziętara na amerykańskiej liście dziennikarzy-ofiar zbrodni

Jarosław Ziętara został umieszczony w bazie dziennikarzy-ofiar zbrodni Committee to Protect Journalists (amerykański Komitet Ochrony Dziennikarzy) – poinformował Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i  zabójstwa poznańskiego dziennikarza, jest autorem książki na ten temat oraz pomysłodawcą i współzałożycielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary.

 

Committee to Protect Journalists to amerykańska organizacja pozarządowa promująca wolność prasy i broniąca praw dziennikarzy.

 

„ Amerykański Committee to Protect Journalists (Komitet Ochrony Dziennikarzy) umieścił Jarosława Ziętarę w swojej bazie dziennikarzy – ofiar zbrodni. To bardzo ważne wydarzenie. Tym bardziej ważne, że spóźnione o wiele, wiele lat…” –  napisał Krzysztof M. Kaźmierczak na swoim profilu na Facebooku.

 

Podkreślił, że do tego rejestru zamordowany dziennikarz trafił „dzięki żmudnym, indywidualnym staraniom”.

 

Oprócz umieszczenia w bazie, CPJ zamieściło na swojej stronnie internetowej obszerny materiał opisujący historię Jarosława Ziętary (TUTAJ).

 

„Mam nadzieję, że otworzy to drogę do szerszego zaistnienia sprawy na arenie międzynarodowej i zachowania pamięci o Jarku Ziętarze” – zakończył swój wpis Kaźmierczak.

 

Jarosław Ziętara, 24-letni dziennikarz „Gazety Poznańskiej”, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Dopiero po wielu latach krakowska prokuratura doszła do wniosku, że został porwany i zamordowany. Dziennikarz interesował się poznańską „szarą strefą”, i miał zagrażać interesom m.in. spółce Elektromis. Zdaniem śledczych, latem 1992 roku do zabójstwa Ziętary podżegał Aleksander Gawronik, a porywaczami byli ochroniarze Elektromisu: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. W poznańskim Sądzie Okręgowym toczą się dwa odrębne procesy: jeden dotyczy samego Gawronika, a drugi udziału „Lali” i „Ryby”. Oskarżeni nie przyznają się do zarzucanych im czynów. Oba procesy obserwuje i obszernie relacjonuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

red., źródło: Facebook/Krzysztof M. Kaźmierczak