Listek figowy – ŁUKASZ WARZECHA o stanie świadomości młodych dziennikarzy

Mimo mojego upodobania do szukania słabych stron – jak chcą niektórzy: marudzenia – dzisiaj postaram się być choć trochę optymistyczny. Oto Wirtualne Media porozmawiały z kilkorgiem dziennikarzy w okolicach trzydziestki – a więc jedno pokolenie niżej niż moje – pytając ich o to, jak widzą przyszłość zawodu i co sądzą o tym, jak dziś wyglądają polskie media. Zapytano siedmioro młodych dziennikarzy: Esterę Flieger z Ngo.pl i OKO.Press, Pawła Kapustę ze Sportowych Faktów WP, Łukasza Rogojsza z Gazeta.pl, Maryjkę Szurowską z 300gospodarka.pl, Jakuba Wiecha z Energetyka24.pl, Kamila Tureckiego z Onetu i Patryka Słowika z „Dziennika Gazety Prawnej”. Z tej grupy śledzę aktywność i znam teksty trojga: Estery Flieger, Jakuba WiechaPatryka Słowika.

 

Lektura całego tekstu Wirtualnych Mediów pokazuje dwie kwestie. Po pierwsze – że młodzi dziennikarze wiedzą, na czym polegają problemy polskiego dziennikarstwa i dobrze wskazują, co powinno się zmienić. Po drugie – że ich deklaracje to jedna rzecz, ale praktyka to coś całkiem innego.

 

Zacznę od drugiego punktu, bo tu szczególnie groteskowy jest przypadek Łukasza Rogojsza. Powiada on: „Uczono mnie, że podstawą pracy dziennikarza jest obiektywizm, otwartość umysłu, niuansowanie, dbałość o szczegóły. Że zawsze powinniśmy przedstawiać możliwie wiele punktów widzenia i dawać głos wszystkim stronom. Nie chodzi o to, że dziennikarz nie może zabierać głosu i wyrażać swoich opinii. Chodzi o to, żeby robił to w uczciwy dla odbiorcy sposób, a więc nazywając opinię opinią, a nie przedstawiając ją jako jedyną słuszną wersję wydarzeń. Dzisiaj publicystyka – w polskich realiach bardzo wybrakowana, przewidywalna i odtwórcza – zlewa się z dziennikarstwem newsowym, informacyjnym, a czasami nawet śledczym. Efekt tego jest taki, że na końcu odbiorca kompletnie nie wie, co jest faktem, a co opinią. Zresztą co do faktów też już przestaliśmy się zgadzać. Każde »plemię« ma własne i jest mu z tym dobrze”.

 

Według niego [Rogojsza] wielu starszych kolegów i koleżanek myli dziennikarstwo z polityką. – Zwłaszcza ci zajmujący się na co dzień polityką i tematyką społeczną”.

 

Właściwie mogę się pod tym podpisać niemal bez uwag. Problem w tym, że Rogojsz (którego dawno temu zablokowałem na Twitterze z powodu jego agresywnie antypisowskich komentarzy) pracuje w portalu, który jest modelowym przykładem wszystkich wad, na które się zżyma. Szefowie redakcji gazety, która jest integralną i najbardziej reprezentacyjną częścią koncernu, do którego należy będący jego miejscem pracy portal, są żywą ilustracją tezy o myleniu dziennikarstwa z polityką. Gdy poczyta się Rogojsza na Twitterze, można odnieść wrażenie, że to konto całkiem innej osoby niż autora wypowiedzi, przywoływanych przez Wirtualne Media.

 

Obawiam się, że to casus reprezentatywny dla wielu młodych dziennikarzy: wygłaszają poglądy jak najsłuszniejsze, bo czują, że tak trzeba, a także traktując je jako listek figowy, zarazem w realnym życiu robiąc coś całkiem innego. Gdyby Rogojsz traktował własne słowa poważnie, powinien natychmiast złożyć w Gazeta.pl wypowiedzenie i skasować konta w mediach społecznościowych, których zawartość niewiele odbiega od poziomu Soku z Buraka. Lecz w takich przypadkach ma miejsce racjonalizacja własnego wyboru. Jestem pewien, że każdy w podobnej sytuacji będzie twierdził, że przestrzega chwalebnych, słusznych zasad i może nawet będzie o tym faktycznie przekonany. Zarazem praktyka nie będzie mieć z tym nic wspólnego.

 

Ale jest też punkt pierwszy. Przepytywani dziennikarze, jako się rzekło, rozumieją, co jest z mediami nie tak: brak odseparowania opinii od informacji, oddanie się w pacht partyjnym interesom, posunięta do absurdu plemienność. I przyznać trzeba, że niektórzy wyciągają z tych spostrzeżeń wnioski. Wspomniana przeze mnie wcześniej trójka młodych tak właśnie robi.

 

Flieger ma lewicowe poglądy, ale potrafi wychodzić poza swoją bańkę, umie rozmawiać, nie ma w niej zaciekłości. „Ponadto pojęcie »symetryzmu« stało się pałką, którą dziennikarze jasno opowiadający się po jednej ze stron stosują, by walić po głowie niezainteresowanych myśleniem plemiennym” – zauważa słusznie. Gdy mówi, że dziennikarz powinien opowiadać się za wartościami, a nie za kandydatami, w katalogu wartości, jakie wymienia, widzimy oczywiście wzór charakterystyczny dla lewej strony, ale w tym nie ma nic złego. Dziennikarz, a już zwłaszcza publicysta, zawsze ma jakieś poglądy. Jest różnica między posiadaniem poglądów, nawet wyrazistych, a wspieraniem partii.

 

Wiech uprawia dziennikarstwo nowego typu, na które popyt wydaje się rosnąć: wysoko wyspecjalizowane – zajmuje się bowiem energetyką. I robi to naprawdę bardzo dobrze – wiem to, bo zdarzało mi się zapraszać go do moich programów jako gościa, a było i tak, że to ja byłem gościem Wiecha jako jeden z rozmówców jego projektu, dotyczącego podejścia do spraw klimatycznych. Młodego dziennikarza spotkały za to zresztą wyrzuty ze strony klimatystów – bo jak to, zapraszać do rozmowy „denialistę klimatycznego”, czyli kogoś, kto śmie się nie zgadzać z obowiązującą narracją?! To była ze strony Wiecha dziennikarska odwaga i chęć pokazania innego punktu widzenia. Doceniałem i doceniam.

 

Oczywiście w każdej dziedzinie, również w dziennikarstwie specjalistycznym, w tym dotyczącym tak czułej sfery jak energetyka, możliwe jest pisanie nie zgodnie z najlepszym rozeznaniem i wiedzą, ale na polityczne zamówienie. Wiech jest jednak ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewał.

 

Słowik to bardzo solidny dziennikarz, zajmujący się między innymi zagadnieniami prawnymi, który umie swoje sympatie polityczne schować do kieszeni tak głęboko, że nie mam pojęcia, do kogo na politycznej scenie mu najbliżej. W rozmowach, również w mediach społecznościowych, zawsze kulturalny, daleki od plemiennego zaangażowania niektórych, również piszących o tych samych kwestiach. A o takie zaangażowanie bardzo łatwo, bo przecież ład prawny jest jednym z najgorętszych frontów od ponad czterech lat.

 

Gdybym miał wskazać, jakiego typu dziennikarze dają nadzieję, że być może nie jesteśmy na drodze tylko w jedną stronę, to wskazałbym tych troje – i jeszcze znalazłoby się trochę podobnych. Mając za sobą blisko 25 lat pracy w zawodzie, chciałbym chuchać i dmuchać na tych, którzy nie poszli na łatwiznę. Choć najłatwiej zrobić dzisiaj karierę, jasno deklarując przynależność do plemienia. Tym, którzy tego konsekwentnie odmawiają, jest niełatwo, nawet jeśli mają już pozycję i markę – by wskazać choćby Piotra Zarembę czy Piotra Skwiecińskiego, który z dziennikarstwa po angielsku wyszedł, ale, mam nadzieję, kiedyś do niego wróci.

 

Mimo swojego wrodzonego realizmu, który każe być pesymistą, mam szczerą nadzieję, że ludzie tacy jak Flieger, Słowik czy Wiech wytrwają i nie pozwolą się skorumpować rzeczywistości. A jeśli takich ludzi dziś około trzydziestki będzie więcej – kto wie, może stworzą pozytywną masę krytyczną?

 

Łukasz Warzecha

Pytanie o trwałość zmian – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI analizuje raport PAP

Na ile zmiany w pracy dziennikarzy okażą się trwałe? Czy media wykorzystały szansę na potwierdzenie swojej wartości, jako źródeł wiarygodnej informacji? Jakie wnioski płyną z raportu „Praca dziennikarza w czasie koronawirusa i lockdown”?

 

Dziennikarstwo w czasie epidemii

 

Zagadnienia dotyczące funkcjonowania świata mediów w dobie pandemii zostały poruszone na portalu SDP.PL nim premier Mateusz Morawiecki z ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim poinformowali, że rozpoczynamy narodową kwarantannę. Wiele branż musiało wówczas omalże z dnia na dzień zmienić tryb pracy. Reporterzy znaleźli się na pierwszej linii frontu realizując najważniejszą misję mediów, czyli przekazywanie informacji, a tych o charakterze pilnym i ważnym było po prostu mnóstwo: od danych na temat rozprzestrzenianiu się epidemii i metod jej zapobiegania, po zmieniające się zasady funkcjonowania firm i instytucji. Dziennikarze byli też traktowani jako grupa potencjalnych nosicieli zarazy. Ekipy telewizyjne narzekały, że nie chcą ich wpuszczać do budynków, a nawet są tacy, którzy oczekują, że będą mogli potwierdzić, że nie są chorzy. Tymczasem, na szczęście, dotychczas zakażeń wśród dziennikarzy nie było wiele. Na przykład w świętokrzyskim odnotowano jeden przypadek, a informacja o tym, że chory relacjonował dwa dni wcześniej wiec wyborczy zelektryzowała region[1]. W okresie pandemii z rynku zniknęła część gazet. Spora grupa postanowiła błyskawicznie przenieść swoje treści (i czytelników) do Internetu. Do tego dołączyły: reżim sanitarny, praca zdalna i dodatkowa dawka stresu wynikająca z dużo częstszych połączeń online na żywo z ekspertami i zaproszonymi gośćmi. Zmian było wiele, a pytanie o to na ile będą trwałe?, zapewne długo pozostanie aktualne. Z tym większym zainteresowaniem przyjęliśmy raport „Praca dziennikarza w czasie korona wirusa i lockdown” przygotowany przez Polską Agencję Prasową we współpracy z Instytutem Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego, który niedawno ujrzał światło dzienne[2].

 

O raporcie „Praca dziennikarza w czasie korona wirusa i lockdown”

 

Raport PAP i IRSI jest pierwszym tak obszernym materiałem, który analizuje sytuację mediów i dziennikarzy w dobie pandemii. Autorzy opracowania liczą, że będzie on stanowił podstawę do  wyciągania wniosków na przyszłość i prognozowania. W dokumencie znajdziemy odpowiedzi na trzy zasadnicze kwestie – zmiany w funkcjonowaniu mediów w związku z pandemią, współpracy z branżą Public Relations i skutki fali fake news’ów. Podkreśla to zdanie, które Łukasz Świerżewski członek zarządu PAP, zawarł we wstępie: Celem badania było stwierdzenie, jak zmieniają się sposoby pozyskiwania i weryfikacji informacji przez dziennikarzy, zwłaszcza wobec powszechności fake news. Profesor Dariusz Tworzydło z Uniwersytetu Warszawskiego dodał: Badania dowodzą, że w wielu obszarach narzędziowych będą to zmiany trwałe.

 

Uwaga na temat trwałości jest dziś szczególnie interesująca, ponieważ dotyczy szeregu sektorów gospodarki. Z jednej strony pandemia wzmocniła np. rynek sprzedaży online i spopularyzowała tę formę handlu. Z drugiej natomiast przed pandemią „shopping” z jego rytuałami (mierzeniem ubrań, rozmowami z personelem, przerwami na kawę etc.) stanowił hobby dla tysięcy ludzi, a dla pytania: „hobby shopping” Google daje dziś prawie miliard odpowiedzi. Czy zatem obecny trend jest sytuacją wymuszoną i czasową, czy też miłośnicy shopping’u porzucą swoje zadeklarowane hobby? Czas pokaże.

 

Media dały radę!

 

W świetle przywołanego raportu w opinii większości badanych media dały sobie radę w czasie pandemii i lockdown’u. Odpowiedzi „raczej tak” i „zdecydowanie tak” stanowią aż 74% wszystkich. Negatywne oceny wyniosły tylko 13%. W tym miejscu należy zauważyć, że w grupie docelowej dominowali dziennikarze portali Internetowych, które stanowiły główne miejsce pracy dla 43,7% badanych. Dla portali w ogóle (uwzględniają osoby pracujące w jednej niż jedna redakcji) pracowało 73,7% ankietowanych. Warto spojrzeć na średni wynik odpowiedzi udzielonych dla kwestii: „Branża dziennikarska dobrze dopasowała się do sytuacji pandemii”, który wyniósł 3,79. Najwyższy był w przypadku pracowników radia 3,9%, co zaskakujące wobec stwierdzenia w innej części dokumentu, że dokuczliwie odczuli oni ograniczenia w kontakcie bezpośrednim z rozmówcami (tak samo jak przedstawiciele redakcji mediów lokalnych i regionalnych). Średnia odpowiedzi pracowników portali internetowych wyniosła 3,81. Poniżej przeciętnej oceny wystawili dziennikarze reprezentujący prasę drukowaną 3,76%, a najgorzej ocenili dopasowanie do nowej sytuacji pracownicy telewizji – 3,58.

 

Wśród badanych dziennikarze prasy drukowanej stanowili drugą pod względem liczebności grupę (parząc przez pryzmat głównego miejsca zatrudnienia) stanowiącą 31% wszystkich. Radiowców było 18,4%, przedstawicieli telewizji i telewizji internetowej 6,9%, a reprezentantów internetowego radia nie było w ogóle.

 

Zdolnie i zdalnie

 

Raport potwierdza znaczenie pracy zdalnej. Istotna grupa (65%) badanych zgodziła się ze stwierdzeniem: „w czasie pandemii obserwuję większą dostępność rozmówców poprzez zdalne formy komunikacji”. Ponad połowa respondentów (59%) potwierdziła, że stan epidemii wymusza szybsze niż dotychczas przekazywanie komunikatów. W kontekście pracy zdalnej 58% dziennikarzy stwierdziło, że „wymuszone przez pandemię przestawienie na zdalne formy komunikacji w pracy” nie odbiło się negatywnie na ich pracy. Jednocześnie 57% podało, że pracuje teraz więcej niż dotychczas.

 

W tym miejscu warto przywołać opinię dr Anny Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, autorki „Raportu z badania dotyczącego pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19”[3]. Brzmi ona tak:

 

WAŻNE: Powyższy wykres pokazuje natężenie niebezpiecznych zmiennych, które sprzyjają wypaleniu zawodowemu. Jeszcze nie wiemy, kiedy wrócimy do normalności, ale wygląda na to, że te osoby, które teraz pracują z domu będą potrzebowały solidnego urlopu. Od wszystkiego! (s. 5). Do tych negatywnych czynników autorka zaliczyła przede wszystkim: brak bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami (prawie 70% badanych), zacieranie się granicy między pracą a życiem osobistym (54%), poczucie bycia cały czas w pracy (41%), trudność skupienia ze względu na obecność innych domowników (35%) i rezygnacja z przerw podczas pracy (30%). Warto zwrócić uwagę na tę drugą stronę zjawiska, zwłaszcza po pierwszych hurraoptymistycznych opiniach skoncentrowanych na korzyściach, opartych o badania przeprowadzone w pierwszym tygodniu po lock down’ie[4].

 

Trudności i radości

 

Uczestnicy badania „Praca dziennikarza w czasie koronawirusa i lockdown” zapytani zostali o dodatkowe spostrzeżenia na temat wpływu pandemii na świat mediów. Poza związanymi z nim kłopotami finansowymi, redukcjami zatrudnienia i problemami wydawnictw i prasy tradycyjnej, badani zwrócili uwagę na chaos i trudności w komunikacji. Uwaga ta zajęła wysoką drugą pozycję. Chyba można się w niej domyślać wspomnianej na wstępie niniejszego artykułu nieufności czy nawet strachu wobec dziennikarzy, traktowanych jako potencjalnych roznosicieli wirusa. Co z kolei wynikało z przeświadczenia, że reprezentanci świata mediów spotykają się w ciągu dnia pracy z bardzo różnymi ludźmi, robią również materiały spod ognisk pandemii, czy szpitali jednoimiennych. Niestety wprost o tę kwestię pomysłodawcy raportu nie zapytali.

 

Dziennikarze stwierdzili również, że zaufanie społeczne do ich pracy w dobie pandemii wzrosło – tak uważało 31% respondentów, lub pozostało przynajmniej bez zmian (43%). Zgodzili się też ze stwierdzeniem, że czas epidemii wywołał niespotykaną falę fake newsów i, że w związku z tym dokładniej weryfikują otrzymywane informacje.

 

Zmiany

 

Konieczność funkcjonowania w wymuszonych warunkach wprowadziło w funkcjonowaniu redakcji liczne zmiany, co raport „Praca dziennikarza w czasie koronawirusa i lockdown” potwierdza. Na ile okażą się one trwałe, to kwestia otwarta. W marcu ceniony bloger i ekspert w dziedzinie mediów Maciej Budzich na swoim profilu na LinkedIn odnotował pozytywne przeobrażenia zachodzące w mediach, a właściwie w ich ofercie, takie jak programy poradnikowe z udziałem ekspertów, informujące o dbaniu o swoje zdrowie w czasie pandemii. Po raz pierwszy od lat dyskusja na temat oferty Telewizji Polskiej tocząca się stale na ulicach i w mediach społecznościowych  nie dotyczyła tylko sposobu prezentowania polityki, ale programów edukacyjnych. Zgodnie z raportem „Jakich informacji szukają Polacy w dobie koronawirusa?” przygotowanym na zlecenie LoveBrands Relations aż 60% badanych przyznało, że zwiększyło częstotliwość korzystania z mediów[5], oczekując przy tym też innych treści niż związane z COVID-19. W tym kontekście TVP udowodniła, że ma bogate archiwa, a kibice mogli raz jeszcze przeżyć triumfy polskich reprezentacji w piłce nożnej, czy siatkówce, w czasie, gdy żadna liga nie grała. Niestety jednocześnie z rynku zniknęła istotna grupa tytułów wydawanych drukiem. Sam upadek tradycyjnej prasy ogłoszono przy tym po raz kolejny. Niestety w ofercie mediów nie zabrakło też materiałów, które miast uspokajać i informować potęgowały, poczucie niepewności i strachu.

 

Co z tych zmian zostało? Kanały ogólnoinformacyjne już w maju skoncentrowały się na polityce krajowej i wróciły do dawnego rytmu. Coraz częściej zaczęły pojawiać się sygnały o znużeniu pracą zdalną w opcji pełnoetatowej. „2 Tygodnik Kielecki”[6] 12 czerwca po kwartale dostępności tylko w sieci wrócił do wydania papierowego. Redaktor naczelna Agnieszka Rogalska uzasadniła to w następujący sposób: takie były oczekiwania odbiorców w tym subskrybentów. Zgodnie z założeniami sprzed dwóch lat jesteśmy gazetą bezpłatną. W związku z lockdown’em przetrwaliśmy w Internecie, ale teraz wracamy do realizacji złożonego planu dystrybucji.

 

Raz jeszcze warto postawić pytanie o trwałość następujących zmian. Zachęcamy do lektury całego raportu dostępnego na stronie Polskiej Agencji Prasowej[7]. Wszyscy, którzy chcą wyrobić sobie opinię na temat tego z czym mieliśmy i w pewnym stopniu wciąż mamy, do czynienia powinni też sięgnąć po artykuły publikowane na bieżąco na portalu SDP.PL[8]. Dopiero to da pełny obraz zmieniającej się sytuacji i nowych wyzwań, od ostrzeżeń „jak nie być hieną w czasach koronawirusa”, po rewolucyjne zmiany w świecie reportażu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] http://www.naszekielce.com/?q=pracownik_kieleckiej_redakcji_z_covid – dostęp 10.07.2020 r.

[2] https://sdp.pl/znamy-wyniki-badania-pap-na-temat-zmian-w-pracy-dziennikarzy-w-czasie-pandemii-koronawirusa/ – dostęp 10.07.2020 r.

[3] A. Dolot, Raportu z badania dotyczącego pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19, Kraków 2020.

[4] Np. https://www.rp.pl/Praca/200329622-Co-trzeci-zdalny-pracownik-nie-wroci-juz-do-biura.html – dostęp 10.07.2020 r.

[5] http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/156978,,badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja-polacy- – dostęp 10.07.2020 r.

[6] https://2tk.pl/ – dostęp 10.07.2020 r.

[7] https://centrumprasowe.pap.pl/raporty/# – dostęp 10.07.2020

[8] Między innymi (kolejność chronologiczna):

https://sdp.pl/jak-nie-byc-hiena-w-czasach-koronawirusa-opinia-magdaleny-kawalec-segond/

https://sdp.pl/dziennikarstwo-w-czasach-zarazy-felieton-wojciecha-pokory/

https://sdp.pl/msza-w-czasie-epidemii-ks-artur-stopka-o-tym-jak-dziennikarze-przelewaja-na-odbiorcow-zle-emocje/

https://sdp.pl/dziennikarstwo-przez-skypea-komentarz-lukasza-warzechy/

https://sdp.pl/prasa-drukowana-moze-umrzec-na-koronawirusa-prognozuje-miroslaw-usidus/

https://sdp.pl/potrzebny-jest-program-pomocy-mediom-uwaza-lukasz-warzecha/

https://sdp.pl/przezyja-ale-nie-wszyscy-pawel-bobolowicz-o-ukrainskich-media-w-czasie-epidemii/

https://sdp.pl/poradnictwo-w-czasie-zarazy-magdalena-kawalec-segond-o-tym-co-media-pisza-o-koronawirusie/

https://sdp.pl/fakehunter-czyli-jak-zostalem-lowca-fejkow-wyjatkowo-wazna-analiza-miroslawa-usidusa/

https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/

https://sdp.pl/zdalna-praca-nie-zastapi-goscia-w-studiu-rozwazania-lukasza-warzechy/

https://sdp.pl/dziennikarze-i-epidemia-jak-zyc-analiza-piotra-koscinskiego/

https://sdp.pl/rynek-pracy-epidemia-i-media-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/

https://sdp.pl/pandemia-i-cyfrowy-kontynent-ks-artur-stopka-o-kosciele-w-sieci/

https://sdp.pl/jak-covid-19-wyskakiwal-z-lodowki-magdalena-kawalec-segond-o-mediach-w-czasie-pandemii/

https://sdp.pl/ks-artur-stopka-pandemia-i-zapominana-misja-mediow/

https://sdp.pl/rewolucja-olga-mickiewicz-adamowicz-o-reportazu-w-czasach-pandemii/

Nie żyje Mirosław Rowicki

Odszedł twórca i redaktor naczelny „Kuriera Galicyjskiego” we Lwowie, wieloletni członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, założyciel koła SDP we Lwowie, inicjator wielu inicjatyw medialnych, naukowych i międzynarodowych.

 

Nie mogę uwierzyć, że nie spotkam się już z Mirkiem, z którym jeszcze w ubiegłym tygodniu, telefonicznie planowaliśmy najbliższą przyszłość wydawniczą i spotkania polsko-ukraińskie, które były tak ważne dla wzajemnych relacji. Mówił mi wtedy słabym już głosem, że źle się czuje, ale nie podejrzewałem, że tym razem przegra prowadzoną dzielnie od lat walkę. Przeczył temu zapał i wypowiadane pomysły na przyszłość.

 

Nie mogę uwierzyć, że nie zobaczymy już Jego zawsze uśmiechniętej twarzy, otwartych w powitaniu ramion i nie usłyszymy pełnych sympatii słów, którymi obdarowywał wszystkich.

 

Nie wiem dlaczego, ale nagle przypomniałem sobie okładkę słoweńskiej gazety, którą kupiłem jadąc na pogrzeb Jana Pawła II – Czarna pierwsza strona z prostym, białym napisem: AMEN. To „Amen” znaczyło koniec ziemskiego życia, ale jak się później okazało, ciąg dalszy rozpoczętego dzieła.  Chciałbym wierzyć, że tak samo będzie z kontynuacją wielkich i małych pomysłów Mirka. Większość z nas, skupionych wokół Jego osoby, od wielu lat uczestniczyła w nich, wspomagała i ubogacała.

 

Dzisiaj zwracam się z prośbą do Was wszystkich, abyście nie ustawali w kontynuacji tego co rozpoczął Mirek. Niech to będzie nasze podziękowanie za lata wspaniałej współpracy, za możliwość zachwytów „Zieloną Ukrainą”, za polskiego ducha, który otaczał redakcję „Kuriera”, za wiele tak szczerych przyjaźni polsko – ukraińskich jakie rodziły się za przyczyną Mirka.

 

Zwracam się też z prośbą o dalsze wsparcie do wszystkich, którzy instytucjonalnie wspierali projekty Mirka, szczególnie sprawę „Kuriera Galicyjskiego”, wieloletnią już konferencję w Jaremczu, uświetnioną odbudową dawnego obserwatorium na Popie Iwanie i  budową ośrodka wymiany studentów w Mikuliczynie.

 

Niech nasze środowisko, skupione wokół Mirka Rowickiego i „Kuriera Galicyjskiego” nadal podtrzymuje to dobro jakim ON wszystkich obdarował.

 

Niech dobry Bóg pozwoli aby Jego duch był zawsze pośród nas.

 

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny

„Forum Dziennikarzy”

 

Wieczór z Frankiem Sinatrą

Legendarny piosenkarz i aktor Frank Sinatra jest bohaterem kolejnej imprezy z cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”. W rolach gospodarzy spotkania występują Marek Sierocki oraz Joanna i Chris Ernest.

 

Rewolucja – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o reportażu w czasach pandemii

Nie będzie chyba przesadą, jeśli powiem, że pandemia koronawirusa wywróciła nasz świat do góry nogami. Wiele branż musiało niemalże z dnia na dzień zacząć funkcjonować na zupełnie innych zasadach. Dotyczy to także dziennikarstwa.

 

Zanim pandemia dotarła do naszego kraju, w Polskim Radiu korzystaliśmy z pracy zdalnej tylko w wyjątkowych okolicznościach. Nagrania telefoniczne czy internetowe, ze względu na słabą jakość dźwięku, były traktowane jako zło konieczne. Nagle jednak musieliśmy nauczyć się nie tylko tego, jak poprowadzić audycję z własnego mieszkania, ale też jak zrobić reportaż wyłącznie za pomocą telefonu i komunikatorów internetowych. Paradoksalnie okazało się, że okres najbardziej restrykcyjnych ograniczeń był dla nas wyjątkowo twórczy.

 

Już na samym początku umówiliśmy się w Studiu Reportażu i Dokumentu, że zawieszamy dotychczasowe plany i zaczynamy pracować nad audycjami o tej nowej, zaskakującej rzeczywistości czasów pandemii. Rozmawialiśmy o tym, że naszym obowiązkiem jako dokumentalistów jest praca nad zapisem tego, co się akurat dzieje, po to, żeby ktoś w przyszłości mógł po to sięgnąć, żeby po tym wszystkim został ślad. Nagrywaliśmy rozmowy z bohaterami, ale też codzienne sytuacje, w których braliśmy udział. Po raz pierwszy bowiem na taką skalę byliśmy nie tylko obserwatorami wydarzeń, ale także ich uczestnikami, co znalazło odzwierciedlenie w naszych reportażach.

 

Pamiętam swoje pierwsze audycje zrobione wyłącznie zdalnie. Mimo izolacji udało mi się zrobić coś, z czego zawsze musiałam z bólem serca rezygnować. Od kiedy pamiętam, chciałam robić reportaże o tym, co dzieje się poza granicami naszego kraju. Niestety niewiele miałam takich możliwości. Naszego radia zwyczajnie nie stać na opłacanie długich i kosztownych delegacji, w związku z tym rzadko pracujemy za granicą Polski. Ale wobec polecenia pracy zdalnej, jakie dostaliśmy z góry, paradoksalnie otworzyły się przede mną nowe możliwości. W kilka dni, nie wstając praktycznie z kanapy we własnym mieszkaniu, połączyłam się z ludźmi mieszkającymi w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Włoszech, Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii.

 

Sytuacja była wtedy bardzo dynamiczna. Codziennie śledziłam rosnącą w zastraszającym tempie liczbę zakażonych. Nie mogłam uwierzyć w to, co dzieje się w Lombardii, a potem też w Hiszpanii. W Polsce co kilka dni wprowadzano nowe zasady bezpieczeństwa, aż w końcu zostaliśmy praktycznie wszyscy zamknięci we własnych mieszkaniach.

 

Moi rozmówcy opowiadali mi o tym, jak sytuacja wygląda w ich krajach, ale rozmawialiśmy też o samotności, czy poczuciu absurdu, że świat zaczyna wyglądać jak kolejny odcinek serialu Black Mirror (którego scenarzyści przedstawiali różne wersje naszej przyszłości, zazwyczaj ogromną rolę odgrywały w nich nowe technologie). Pogrzeb online? Ślub transmitowany przez komunikator? Imprezy na Zoomie, święta na Skypie? Dziś nikogo już to nie dziwi. Wówczas, na początku pandemii, wszystko to były nowe, zdumiewające zjawiska. Reportaże, które wtedy zrobiłam można znaleźć tu: https://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/2478906,Wlochy-na-wojnie-z-wirusem-reportaz-Olgi-Mickiewicz oraz tu: https://www.polskieradio.pl/7/3040/Artykul/2477630,Trzy-krotkie-reportaze-zycie-w-cieniu-koronawirusa.

 

Bardzo ciekawą audycją z tego czasu był reportaż Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej „Dla Ciebie, Mamo” (do posłuchania tu: https://www.polskieradio24.pl/7/6408/Artykul/2486663,Dla-Ciebie-Mamo-Hanna-BogoryjaZakrzewska). Sama autorka przyznała, że była to najbardziej osobista audycja, którą zrobiła w życiu. Opowiedziała w niej o sytuacji seniorów, którzy na początku często bagatelizowali zagrożenie. Wykorzystała w reportażu nagrane rozmowy telefoniczne ze swoją mamą, starszą już kobietą, którą cała rodzina próbuje przekonać do większej ostrożności. Co ciekawe, mama autorki dopiero na końcu została poinformowana, że jest nagrywana. Nagrania zostały wykorzystane oczywiście za zgodą bohaterki.

 

Na inny ciekawy zabieg zdecydowała się Joanna Sikora z Radia Białystok w reportażu „Posłuchaj ciszy” (można go znaleźć na tej stronie: https://www.radio.bialystok.pl/reportaz/index/id/181986). Autorka napisała o swoim reportażu tak:

Rewolucja. W świecie reportażu trwa rewolucja. Codzienność, bliska i znana, odsunęła się w przyszłość, a może i w przeszłość. Tworzenie reportażu stało się teraz prawdziwym wyzwaniem.

Bo jak opowiedzieć o życiu ludzi, nie patrząc im w oczy? Jak obserwować, kiedy nie można być obok? Jak zdobyć zaufanie, kiedy dzielą nas tysiące kilometrów i wiem, że pewnie nigdy się nie spotkamy?

Wszystko jest inaczej. Nie ma długich godzin przy herbacie, nie towarzyszę bohaterom w różnych momentach ich życia. Są za to cztery ściany mojego mieszkania i komputer. Nawet mikrofon nie jest już potrzebny. Leży na półce.

Kiedy w połowie marca kończyłam montować reportaż, który nagrywałam, śmiejąc się z bohaterami w ich mieszkaniach, trzymając na rękach ich dziecko, z nostalgią robiłam w nim ostatnie poprawki. Wiedziałam, że minie sporo czasu, aż ktoś pozwoli mi, bym weszła do jego domu.

Epidemia, poza izolacją i niepewnością, przyniosła też ciszę. Ucichły parki, place zabaw, ulice. Świat opustoszał, brakuje dźwięków. Tak jakby wszyscy wstrzymali oddech i czekali na to, co dalej.

Bardzo chciałam zatrzymać ten moment i stworzyć opowieść o miejscach, które aż kipiały od hałasu i tętniły życiem, a które tak bardzo dotknęła pandemia: o Włoszech, Hiszpanii i USA. Słyszałam zgiełk ulicy amerykańskiej metropolii, brzęk filiżanek we włoskich kawiarniach czy uliczne flamenco w Hiszpanii. O te dźwięki, tak dobrze znane moim bohaterom, chciałam ich zapytać.

Jak teraz brzmi otaczający ich świat? Czego im brakuje? Czy oswoili, też w sobie, ciszę?

Z pomocą znajomych udało mi się dotrzeć do pani Barbary z Rzymu, Agaty z Bilbao i pana Sylwestra z Nowego Jorku. Komunikatory, które jeszcze do niedawna były ostatecznością, stały się jedyną szansą na rozmowę.

Pojawiło się kolejne wyzwanie: co zrobić, aby dobrze nagrać dźwięk. Na szczęście moi bohaterowie wspierali mnie ze wszystkich sił podczas tych poszukiwań. Sami zmienili się w reporterów. Agata nagrała swoją wyprawę do sklepu pustymi ulicami Bilbao, pani Basia ze swojego balkonu opowiadała o błękicie rzymskiego nieba, a pan Sylwester po drodze do pracy malował obrazy opustoszałego nowojorskiego metra.

I tym sposobem, w ciągu trzech wieczorów, odwiedziłam trzy kraje.

 

Zmieniającą się audiosferę zauważyły też dwie reportażystki, Magda Świerczyńska-Dolot (Radio Gdańsk) i Katarzyna Michalak (Radio Lublin). Połączyły siły w projekcie „Nie słyszę…”. Założyły stronę internetową, na której publikowały dźwiękowe opowieści ludzi, mówiących o tym, czego nie słyszą z powodu pandemii, oraz jakich dźwięków im brakuje. Skrzypiących drzwi w kościele, przyśpiewek stadionowych, oklasków po spektaklu, śmiechu dawno nie widzianych przyjaciół, a nawet miarowego stukania w klawiaturę – każdego dźwięku może brakować, kiedy ma dla nas głębsze znaczenie. Na stronie Radia Lublin można posłuchać reportażu, który był podsumowaniem akcji: https://radio.lublin.pl/2020/06/25-06-2020-katarzyna-michalak-i-magda-swierczynska-dolot-nie-slysze/

 

Z kolei Beata Kwiatkowska (PR Dwójka) przekazała swój mikrofon ratownikowi medycznemu. Nagrywał on to, co przychodziło mu do głowy: przemyślenia, obserwacje, ale też znakomite radiowe sceny, jak na przykład wyjazd medyków do chorego (nie wiadomo, co mu dolega, ale zgłoszono, że ma problemy z oddychaniem) czy łączenie bohatera z rodziną przez komunikator i czytanie dziecku bajek na dobranoc (też online). Audycja „Na rekord” znajduje się tutaj: https://www.polskieradio.pl/9/325/Artykul/2491747,Studenci-ASP-projektuja-dla-medykow.

 

W momencie kiedy zostały wprowadzone najbardziej restrykcyjne ograniczenia, szukaliśmy też sposobów na twórcze wykorzystanie archiwów. Magda Skawińska ze Studia Reportażu i Dokumentu zestawiła ze sobą nagrania dotyczące dwóch epidemii – koronawirusa oraz czarnej ospy, która nawiedziła Wrocław w 1963 roku. Fantastycznie przeplotła nagrania archiwalne i współczesne, wskazując na to, co wspólne dla obu okresów (zgodnie z powiedzeniem, że historia lubi się powtarzać). Jej reportażu „Przerwa w normalnym życiu” można posłuchać tutaj: https://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/2505175,Wroclaw-w-czasach-zarazy

 

Po prawie trzech miesiącach epidemii w Polsce obostrzenia zaczęły być powoli luzowane. Do normalnego trybu pracy ciągle jednak nie wróciliśmy. Wiele nagrań cały czas robimy zdalnie, a delegacje, które kiedyś były naszą codziennością, wciąż ograniczone są do absolutnego minimum.

 

Mamy już jednak poczucie, że pewien etap został za nami. To właśnie dlatego wraz z Beatą Kwiatkowską postanowiłyśmy zrobić coś w rodzaju dokumentalnego słuchowiska, podsumowującego ostatnie tygodnie. Wykorzystując strzępy nagrań (sceny w sklepie i w domach rodzinnych, pojedyncze zdania, oficjalne komunikaty), zrobiłyśmy reportaż „Dźwięki pandemii”. Miałyśmy poczucie, że pandemia koronawirusa to z jednej strony ciągły dopływ nowych informacji o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. Z drugiej – monotonia codzienności, kiedy wielu osobom większość dnia upływa w samotności bądź wyłącznie w gronie najbliższych ludzi we własnym domu. To balansowanie pomiędzy strachem o zdrowie swoje i bliskich oraz lękiem o przyszłość a nudą. Chciałyśmy zatrzymać emocje i atmosferę tych dni. Czy nam się to udało, mogą ocenić Państwo sami: https://www.polskieradio.pl/7/6408/Artykul/2514820,Reportaz-Dzwieki-pandemii-czyli-pandemiczny-krajobraz-dzwiekowy

 

Jak długo potrwa jeszcze pandemia, nie wie nikt. Możemy być jednak pewni, że ostatnie miesiące zmieniły nasze przyzwyczajenia i nawyki. Jako społeczeństwo staliśmy się bardziej ostrożni, czasem wręcz nieufni. To dotyczy także naszej pracy reportażystów. Nie wszyscy bohaterowie chcą przyjmować dziennikarzy – obcych ludzi w swoich domach. Z kolei wyjazdy na nagrania pociągiem czy autobusem, kiedyś norma, dziś są źródłem potencjalnego zagrożenia. W momencie odwoływania pierwszych obostrzeń zdarzało mi się rozmawiać z bohaterami w maseczkach. Duszno, źle słychać i co najgorsze – nie widać mimiki, trudno odczytać emocje, trudniej nawiązać porozumienie. Dziś rozmawiamy już normalnie, chociaż rzadko kiedy podajemy sobie rękę na przywitanie.

 

Te wydawałoby się błahe zmiany (maseczka na twarzy, brak kontaktu fizycznego, rozmowy nagrywane przez telefon, zamiast twarzą w twarz) powodują, że nasza praca stała się trudniejsza. Kiedy z bohaterami rozmawiamy o tym, co intymne, każda bariera, nawet niewielka, stawia pod znakiem zapytania to, czy uda się nawiązać nić porozumienia.

 

Nic dziwnego chyba, że zmęczeni wydarzeniami ostatnich miesięcy czekamy na koniec zarazy.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Spotkanie z artystą malarzem Wiesławem Łosiem

Istotą jego twórczości jest ukazywanie obecności Boga w życiu zwykłego człowieka. Na spotkanie z malarzem Wiesławem Łosiem zaprasza Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, redaktor naczelny Radia Wnet, w ramach cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”.  

ŁUKASZ WARZECHA: Dlaczego nie pojechałem do Leszna

Miałem zaproszenie na „debatę” w Lesznie, ale nie zdecydowałem się z niego skorzystać. (Słowa „debata” nie sposób pisać bez cudzysłowu, również w odniesieniu do przedsięwzięcia w Końskich, firmowanego przez TVP.) To nie była prosta ani oczywista decyzja, jednak dylemat, przed którym stanąłem, ilustruje nie tak wcale rzadki problem dziennikarzy.

 

Gdy w sztabie Rafała Trzaskowskiego pojawił się pomysł zorganizowania „prezydenckiej areny” w Lesznie, było jasne, że jest to głównie odpowiedź na to, co robi TVP, a nie nagła chęć kandydata KO, by odpowiedzieć dziennikarzom na trudne pytania. Jasne jest, że Andrzej Duda nie ma za grosz zaufania do TVN, a Rafał Trzaskowski – do TVP. I to jest nieufność w obu przypadkach uzasadniona. Jasne jest też, że przy tak małej różnicy w sondażach pomiędzy oboma kandydatami uczestnictwo w debacie niesie z sobą większe ryzyko niż potencjalny zysk. Podobnie jasne było, że obaj kandydaci będą się starali dowieść, że nie uciekają tchórzliwie przed pytaniami, lecz że tchórzy rywal.

 

Nikt nie ma wątpliwości, że TVP to środowisko przyjazne urzędującemu prezydentowi, a nieprzyjazne Trzaskowskiemu. Ten pierwszy zatem, pojawiając się w Końskich, nie dowodzi swojej szczególnej odwagi, ale może twierdzić, że Trzaskowski nie jest w stanie poradzić sobie w niesprzyjających warunkach. To jest oczywiście argument obosieczny (wszak Andrzej Duda odmówił udziału w debacie TVN i portali internetowych), ale nie ma to znaczenia, bo każda ze stron nadaje do swoich, starając się ich zmobilizować.

 

Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że formuła zaproponowana przez sztab Trzaskowskiego mogłaby być dla kandydata większym wyzwaniem. Dziennikarze różnych redakcji, zadający nieuzgodnione pytania – to mogłoby być ciekawe. Pod warunkiem wszakże, że wśród pytających znaleźliby się również przedstawiciele mediów krytycznych, także wręcz wrogich wobec kandydata PO.

 

Rozważając, czy wziąć w tym przedsięwzięciu udział, musiałem rozstrzygnąć dylemat. Z jednej strony moim obowiązkiem jako dziennikarza jest w miarę możliwości surowo egzaminować polityków – tu miałbym taką okazję. Bez trudu mógłbym przygotować przewidziane dwa pytania. Zapytałbym na przykład o to, jak Trzaskowski zamierza sfinansować swoje obietnice wyborcze oraz czy planuje obniżki podatków, a jeśli tak, to jak zamierza uzupełnić wynikające z nich ubytki w budżecie lub ewentualnie zmniejszyć odpowiednio wydatki.

 

Z drugiej jednak strony miałem pełną świadomość, że głównym celem przedsięwzięcia w Lesznie nie jest solidne przeegzaminowanie kandydata – to może się stać niejako przy okazji – ale stworzenie wrażenia, że Rafał Trzaskowski nie boi się trudnych pytań. To wrażenie byłoby tym mocniejsze, im więcej dziennikarzy z mediów konserwatywnych wzięłoby w spotkaniu udział. Diabelski paradoks: dziennikarze mediów o innej niż kandydat linii mieli autentyczną szansę zadać mu wiele niełatwych pytań, jednocześnie biorąc udział w przedwyborczej grze przepytywanego. Czy skórka jest warta wyprawki?

 

To jest bardziej generalne pytanie, przed którym stają na przykład dziennikarze, otrzymujący od polityków ciekawe i ważne informacje. Mają przecież świadomość, że mogą być elementem w jakiejś rozgrywce, a opublikowanie tych informacji jest w interesie dostarczającego je. Publikować zatem czy nie? Mówię tu oczywiście o prawdziwych dziennikarzach, którzy wciąż starają się kierować interesem publicznym, a nie partyjnym. Bo ci ostatni nie mają żadnych wątpliwości – są po prostu pasem transmisyjnym od polityków do opinii publicznej.

 

Wracając do Leszna – z mojego punktu widzenia kluczowe było, czy na spotkaniu pojawią się dziennikarze z tytułów i stacji wyraźnie wobec opozycji krytycznych: „Sieci”, wPolityce, TV Trwam, „Gość Niedzielny”, „Tygodnik Solidarność”, Radio Maryja. Spotkanie, które było zaplanowane głównie jako część wyborczej gry, mogłoby wówczas nieść z sobą jakąś autentyczną wartość. Kandydat nie miałby wprawdzie naprzeciw siebie oponenta, ale krytyczne media częściowo przejęłyby jego rolę. Byłaby to zatem namiastka prawdziwej debaty, może nawet wartościowsza niż to, co miało się odbyć w Końskich. Niestety, ostateczny skład dziennikarski okazał się daleki od takiego zrównoważenia.

 

Nie znaczy to, że w jakiś sposób postponuję moje koleżanki i kolegów z redakcji, które postanowiły wziąć udział w spotkaniu w Lesznie. Redakcje mają zresztą pełne prawo mieć swoje linie. Problem w tym, że w tej sytuacji impreza miała szansę bardziej przypominać zwykłą konferencję prasową. Mój zaś w niej udział w pewien sposób legitymizowałby przedsięwzięcie z niespecjalnie zrównoważonym składem.

 

Nie przesądzam tutaj, jakie były przyczyny owego niezrównoważenia. O ile wiem, sztab Trzaskowskiego – mimo pierwszego oświadczenia Cezarego Tomczyka, w którym lista zaproszonych redakcji była mocno wybiórcza – faktycznie zwracał się również do redakcji z drugiej strony, między innymi do wPolityce i TV Trwam. Czy występował też do innych, wcześniej przeze mnie wymienionych – nie wiem. Nie wiem też, dlaczego poszczególne z nich nie zdecydowały się wziąć udziału i nie chcę na ten temat spekulować.

 

Szkoda, że kwestia starcia kandydatów uległa czysto taktycznym kalkulacjom. W gruncie rzeczy obie strony wymyśliły potencjalnie ciekawe formy spotkania, które można by nawet spróbować połączyć. Głosy zwykłych ludzi plus pytania dziennikarzy od prawej do lewej – to naprawdę może być dobry pomysł na debatę przed drugą turą w którychś przyszłych wyborach. Na pewno jednak nie da się tego zorganizować przy tak głębokim politycznym zaangażowaniu dwóch spośród trzech największych stacji telewizyjnych.

 

Łukasz Warzecha

Ks. ARTUR STOPKA: Pandemia i zapomniana misja mediów

Od prawie sześciu miesięcy za sprawą pandemii COVID-19 mass media zajmują niezwykle istotne miejsce w funkcjonowaniu ludzkich społeczności na całym świecie. Nie wszędzie jednak wypełniają swe ważne zadania.

 

Pandemia stała się wyjątkowym wydarzeniem ingerującym w liczne sfery ludzkiego życia na ziemi. Postawiła nowe zadania lub spowodowała, że charakter i intensywność podejmowanych dotychczas uległy radykalnej zmianie. Wśród dziedzin, które w związku z pandemią stanęły wobec szczególnych wyzwań, znalazły się mass media. W sytuacji tak nietypowej, jaką okazała się epidemia COVID-19 i zastosowane wobec niej środki zaradcze, znaczenie mediów gwałtownie wzrosło. Upłynęło już prawie pół roku funkcjonowania świata w nowej rzeczywistości. Warto przyjrzeć się, w jakim stopniu media zdołały dotychczas sprostać oczekiwaniom i potrzebom. Czy czegoś istotnego nie pominęły?

 

Towar pożądany

 

Statystyki pokazują, że dla dużej części mediów czas pandemii łączył się z gwałtownym wzrostem zainteresowania i liczby odbiorców. W specyficznej sytuacji znalazły się media drukowane (głównie te, które nie są dziennikami), gdyż narzucone obostrzenia radykalnie utrudniły im normalne funkcjonowanie i docieranie do czytelników. Raz jeszcze okazało się, że dla wielu z nich przejście z papieru do sieci nie jest proste ani oczywiste. W Polsce boleśnie przekonały się o tym m. in. periodyki kościelne, dystrybuowane przez sieć parafialną. Ale nie tylko one. Właśnie w czasie pandemii swoją drukowaną wersję utracił jeden ze świeckich tygodników opinii. Skutki wirusa okazały się dla niego kroplą przelewającą czarę.

 

Warto zauważyć, że w efekcie epidemii ucierpiały na polskim rynku raczej (w sporej części papierowe) media komentujące i objaśniające rzeczywistość, natomiast boom odnotowały te, które skupiają się na szybkim dostarczaniu informacji. To ona okazała się towarem szczególnie pożądanym przez odbiorców w tym trudnym czasie. Pytanie jednak, czy w pogoni za zaspokajaniem zwiększającego się raptownie popytu nie poświęcono jej jakości.

 

Świat w parafii?

 

Jedną z cech charakterystycznych sposobu informowania w naszym kraju o pandemii było i jest niemal wyłączne skoncentrowanie się na sytuacji w Polsce. Widać to szczególnie wyraźnie w ostatnich tygodniach, gdy liczba zakażeń u nas jest w miarę stabilna, a w wielu innych miejscach ziemskiego globu (zwłaszcza za Oceanem) bite są kolejne dzienne rekordy zachorowań i zgonów spowodowanych wirusem. To zawężenie perspektywy w myśl zasady „koszula najbliższa ciału” być może zgodne jest z emocjonalnym podejściem sporej części odbiorców, jednak w tle niesie niekorzystne skutki społeczne. Między innymi przez odwracanie uwagi od globalnego charakteru zjawiska. Niejako „przy okazji” umacnia partykularny egoizm.

 

Takie podejście ogromnej części krajowych mediów do pandemii może być skutkiem błędnego, a raczej powierzchownego odczytania rzeczywistych potrzeb i zainteresowań odbiorców. Być może mamy do czynienia z kolejną realizacją mechanizmu, który opisał już Stanisław Wyspiański w „Weselu”. Nie wszyscy pamiętają, w jakim kontekście i przez kogo wygłaszane są słowa „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. Tak postrzega społeczeństwo dziennikarz. To on jest przekonany, że dla jego rozmówcy w granicach parafii świat jest „aż dosyć szeroki”.

 

Odbiorcy bez pomocy

 

Sposób i zakres mówienia przez media o pandemii ma ścisły związek z ich drugą, oprócz informacyjnej, funkcją. Można odnieść wrażenie, że zwłaszcza wobec tego globalnego zjawiska w Polsce o niej wielu twórców i dysponentów przekazu zapomniało. Nie ma podstaw, by zakładać, że świadomie konstruowano treści w sposób ograniczający spojrzenie na problem i przez to przynoszący dalekosiężnie niekorzystne skutki. Skupiono się na zaspokajaniu jednej grupy potrzeb, nie unikając przy tym, niestety, infodemii. Nie tylko media społecznościowe, ale również część tradycyjnych, nie ustrzegło się przed upowszechnianiem plotek, pogłosek i niesprawdzonych materiałów związanych z COVID-19. Takie działania mają negatywny wpływ na świadomość i wiedzę odbiorców, skutkują także niepożądanymi i szkodliwymi zachowaniami niejednokrotnie bardzo dużych części społeczeństwa.

 

Zapominanie o formacyjnej misji mediów nie jest niczym nowym. Jednak w czasie tak ogromnego kryzysu, jaki dla ludzkości jest pandemia, jej brak w środkach komunikacji okazuje się poważną dolegliwością. Pozbawiona pogłębienia, podawana w nadmiarze i chaotycznie, niejednokrotnie nierzetelna, a czasami nieprawdziwa informacja sprawia, że odbiorcy muszą się z nią zmierzyć w osamotnieniu i bez pomocy. Natłok powierzchownych danych skłania do płytkiego i ograniczonego jedynie do emocji odbioru. Kształtuje jednak równocześnie postawy. Nie tylko wobec zjawiska, ale również wobec ludzi, którzy się z nim kojarzą.

 

Od wdzięczności do hejtu

 

Jak bardzo brak formacyjnych działań ze strony mediów może nawet w krótkim czasie zaszkodzić pokazała sprawa podejścia części polskiego społeczeństwa do pracowników służby zdrowia. Po akcji naskórkowych gestów wdzięczności pojawiła się fala hejtu, a nawet fizycznej agresji wobec lekarzy, ratowników medycznych, pielęgniarek pracujących z zakażonymi lub tylko o to podejrzewanych. Ze strony mass mediów zabrakło skutecznego i trwałego uświadomienia odbiorcom rzeczywistej skali wysiłku i poświęcenia ze strony medyków w walce z chorobą. Działania, które przełożyłoby się na zachowania i podejścia do sprawy milionów przestraszonych ludzi.

 

Pod koniec tegorocznego czerwca w ciągu zaledwie tygodnia ze Strony Stolicy Apostolskiej pojawiły się dwie ważne wypowiedzi przypominające o formacyjnej, a nie tylko informacyjnej misji mass mediów. Obydwie nawiązywały również do pandemii. Jedna to oświadczenie Stolicy Apostolskiej przedstawione na forum OBWE w Wiedniu, druga, to przesłanie papieża Franciszka na tegoroczną  Konferencję Mediów Katolickich organizowaną przez włoskie Stowarzyszenie Prasy Katolickiej. „Doświadczenie ostatnich miesięcy pokazało, jak istotna jest misja mediów w zbliżaniu ludzi, skracaniu dystansu, dostarczaniu niezbędnych informacji oraz otwieraniu umysłów i serc na prawdę” – stwierdził między innymi Papież. Jak podał serwis Vatican News, Franciszek  podziękował wszystkim dziennikarzom, którzy pomimo zagrożenia koronawirusem, pracowali na rzecz swoich braci i sióstr w potrzebie. Co więcej, podkreślił, że poczucie wspólnoty pomiędzy ludźmi wyłoniło się paradoksalnie z doświadczenia społecznego dystansu narzuconego przez pandemię.

 

Formacyjna, w tym wspólnototwórcza, misja środków społecznego komunikowania jest potrzebna zawsze, jednak w takich sytuacjach, jak pandemia, okazuje się po prostu niezbędna. Nie może schodzić na drugi plan. Jej zaniedbywanie może przynieść fatalne skutki. Dlatego trzeba o niej pamiętać i przypominać tym ludziom mediów, którzy w ferworze codziennych działań o niej zapominają.

 

ks. Artur Stopka

Protest CMWP SDP przeciwko manipulacjom tabloidu „Fakt”

CMWP SDP   stanowczo potępia sposób opisywania przez tabloid „Fakt” historii ułaskawienia przez Prezydenta mężczyzny, który odsiedział wyrok za pedofilię i apeluje do mediów i dziennikarzy o uszanowanie prywatności ułaskawionego i jego rodziny. Publikacja ta staje się  także elementem nieuczciwej gry politycznej na finiszu kampanii prezydenckiej w Polsce, dlatego CMWP SDP apeluje do mediów i dziennikarzy o szczególną rzetelność przy opisywaniu tego tematu.

 

3 lipca b.r. na okładce tabloidu „Fakt” ukazał się artykuł opisujący niektóre okoliczności zastosowania prawa łaski przez Prezydenta RP wobec osoby, która była skazana i która odbyła karę za przestępstwo pedofilii. Prezydent RP zastosował prawo łaski 14 marca 2020 r. Gazeta opisuje intymne szczegóły z akt tej sprawy. Robi to w sposób, który jest skandalicznym naruszeniem prywatności ofiary pedofilii oraz jej najbliższych osób oraz jest jednoznacznym zlekceważeniem przez Redakcję zasad etyki dziennikarskiej, w szczególności zasady szacunku i tolerancji rozumianej jako poszanowanie ludzkiej godności, praw dóbr osobistych, a przede wszystkim prawa do prywatności i intymności. Skandaliczne jest to, że w swoich publikacjach gazeta pomija lub przeinacza istotne fakty na temat okoliczności ułaskawienia np. to, iż akt łaski dotyczył jedynie skrócenia czasu wykonywania środka karnego w postaci zakazu kontaktowania się i zbliżania do osób pokrzywdzonych, o co wnosiły same pokrzywdzone – osoby pełnoletnie.

 

Szczególnie bulwersujące jest także to, że ze względu na czas, w jakim ukazują się publikacje „Faktu” na ten temat – ostatnie dni prezydenckiej kampanii wyborczej – gazeta włączyła się czynnie do walki politycznej manipulując informacjami na temat ubiegającego się o reelekcję Prezydenta RP. Trzymał córkę, bił po twarzy i wkładał jej rękę w krocze” – takiej treści tytuł uderza z okładki „Faktu”. Niżej, mniejszą czcionką, napisano: „Panie prezydencie, jak Pan mógł ułaskawić kogoś takiego?”, a całość zilustrowano dużym zdjęciem Prezydenta Andrzeja Dudy. To oczywista  manipulacja przekazem, w którym prezydent ma być łączony z molestowaniem dziecka bez względu na rzeczywiste okoliczności jego związku z opisywanym zdarzeniem, co ma zniechęcić jego potencjalnych wyborców do oddania na niego głosu. Właścicielem tabloidu jest niemiecko- szwajcarski koncern Ringer Axel Springer, który swoimi publikacjami w sposób będący zaprzeczeniem zasad etycznego dziennikarstwa po raz kolejny usiłuje ingerować w bieżącą politykę w Polsce.

 

CMWP SDP przypomina, iż wolność mediów w każdym przypadku nakłada na dziennikarzy i wydawców odpowiedzialność za treść przekazu oraz wynikające z nich konsekwencje i apeluje do mediów i dziennikarzy o rzetelność przy opisywaniu tego tematu. CMWP SDP przypomina także, iż tendencyjne przedstawianie trudnych i złożonych problemów społecznych jest manipulacją, która wprowadza w błąd odbiorców mediów.Takie działanie zagraża wolności słowa i psuje debatę publiczną. W demokratycznym kraju nigdy nie powinno mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 3 lipca 2020 r.

 

Woda ma smak – rozmowa z KS. ROMANEM SIKONIEM laureatem Nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego

Kiedy byliśmy w obozie dla uchodźców w Ugandzie, ludzie których tam spotkaliśmy mówili: to nie Bóg jest odpowiedzialny za nasz los, ale ludzka zachłanność na władzę i pieniądze. Ci ludzie nie oskarżają Pana Boga, chociaż widzieli najstraszniejsze rzeczy – mówi ks. Roman Sikoń, salezjanin, który z Michałem Królem otrzymał Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego za filmy „Artur Afryka” i „Pokój mój Wam daję”. Wyróżnienie to jest przyznawana za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie.

 

Proszę księdza, czy woda ma smak?

 

Ma, szczególnie kiedy człowiekowi bardzo chce się pić, a wody brakuje. W Afryce, żeby ugasić pragnienie, czasem trzeba wykopać dziurę o głębokości dwóch, trzech metrów w wyschniętym korycie rzeki okresowej. Jeżeli trafi się na źródło, wyciąga się wiadrami wodę o kolorze kawy z mlekiem. Najpierw ludzie dają pić swoim zwierzętom, kozom, owcom, wielbłądom, a dopiero później sami gaszą pragnienie. Wtedy niegazowana, zwyczajna woda ma wielki smak.

 

Widział ksiądz takie sceny w Republice Środkowoafrykańskiej podczas kręcenia z Michałem Królem filmu „Artur Afryka”?

 

Taką scenę widziałem kiedy pracowałem, kiedy byłem wolontariuszem na północy Kenii. Podczas robienia zdjęć do filmy widziałem już bardziej optymistyczne sceny, bo ks. Artur Bartol wybudował w Czadzie i w Republice Środkowoafrykańskiej już ponad 30 studni, w których woda jest przejrzysta. Często studnie powstają przy kaplicach. Ma to dodatkowe, symboliczne znaczenie, że woda daje nie tylko życie codzienne, ale przede wszystkim życie wieczne.

 

W filmie można zobaczyć, że ważnym, codziennym obowiązkiem dzieci Republice Środkowoafrykańskiej jest zdobycie wody dla rodziny.

 

W Republice Środkowoafrykańskiej obowiązkiem dzieci jest zdobywanie wody dla rodziny. Rano, wieczorem, jak tylko nie są w szkole albo nie mają lekcji, można m.in. w stolicy kraju Bangi obserwować karawany dzieci z żółtymi bańkami na wodę na wózkach czy też niesionych na głowach albo w rękach. W poszukiwaniu wody pokonują czasem nawet kilka kilometrów. Pokazaliśmy to w filmie, żeby przedstawić miejscowe realia życia. Tam w okolicy jest wodociąg, ale on nie działa na wysokości, na której znajduje się miasto. Wieczorem, kiedy robi się ciemno, po ulicach Bangi chodzą chłopcy, mają w butelkach naftę i po francusku krzyczą głośno „petrole”. Ludzie, którym brakuje nafty do oświetlenia domów, za kilka groszy kupują od nich surowiec. W ten sposób dzieci zarabiają na przybory szkolne. Tak wygląda życie dzieci w tym kraju.

 

Problemy z wodą, z naftą, z elektrycznością to nie jedyne zagrożenia, z jakimi można się spotkać w Republice Środkowoafrykańskiej, czasem dochodzi też do zbrojnych starć w trwającej od 2012 r. wojnie domowej. Mimo niebezpieczeństwa ks. Artur i inni misjonarze odwiedzają swoich parafian niosąc im sakramenty święte i Dobrą Nowinę.

 

Sami tego doświadczaliśmy, kiedy byliśmy w Republice Środkowoafrykańskiej w czasie Wielkanocy. W noc poprzedzającą Niedzielę Wielkanocną trwały strzelaniny. Grupy muzułmańskie, które władze chciały rozbroić, zaatakowały pałac prezydencki w Bangi. Byliśmy umówieni na świąteczny obiad z polskimi żołnierzami, którzy stacjonują w tym kraju w ramach kontyngentu Unii Europejskiej, ale zabroniono im opuszczać koszary wojsk Unii Europejskiej. A my z samego rana wsiedliśmy w samochód z ks. Arturem i jeździliśmy po ulicach Banki od kaplicy do kaplicy. Tak wygląda życie misjonarza w tym kraju. Ale nie tylko tam, wszędzie gdzie jest niebezpiecznie.

 

Czy mieszkańcy Republice Środkowoafrykańskiej doświadczając tylu nieszczęść i problemów nie zadają sobie pytania, czy Bóg istnieje?

 

Często w filmach, które realizujemy spotykamy się z ekstremalnymi sytuacjami i potwornymi nieszczęściami, które dotykają ludzi. Zadawałem pytanie, które pan mi zadał cierpiącym, prześladowanym i borykającym się z nieszczęściami, ale oni sobie go nie zadają. Pytanie, czy Bóg istnieje i odpowiada za cierpienie ludzi musiało powstać w europejskiej filozofii, ale to raczej nie była filozofia chrześcijańska. Kiedy byliśmy w obozie dla uchodźców na północy Ugandy, ludzie, których tam spotkaliśmy wyraźnie mówili: to nie Bóg jest odpowiedzialny za nasz los, ale ludzka zachłanność na władzę i pieniądze. Ci ludzie nie oskarżają Pana Boga, chociaż widzieli najstraszniejsze rzeczy, jakie możemy sobie wyobrazić, gwałty, śmierć, masowe mordy, bo i takie świadectwa zebraliśmy w kolejnym filmie, nad którym obecnie pracujemy. Bóg jest źródłem dobra i życia, a nie zniszczenia i śmierci. W nim jesteśmy, poruszamy się i żyjemy.

 

Dlaczego mimo trudnych warunków życia ludzie w Republice Środkowoafrykańskiej lgną do Kościoła katolickiego?

 

Kościół jest dla nich oazą, jest też miejscem schronienia. Na tyle, na ile może niesie im cywilizację. To nie jest narzucona siłą cywilizacja, ale głoszenie prawd Wiary oraz edukacja prowadzona przez miejscowych nauczycieli. Musimy sobie zdać sprawę z tego, o czym nie miałem wiedzy przed tym, jak pierwszy raz 20 lat temu, jeszcze jako wolontariusz salezjański pojechałem na misje do Afryki.

 

Co ksiądz ma na myśli?

 

Rdzeniem Kościoła w Afryce są miejscowi duchowni, Afrykańczycy, a nie biali misjonarze np. z Polski. Oczywiście oni też tam są i pracują, co widać chociażby na naszych filmach. Przykładem jest wielki fundament naszego Kościoła i owoc dynamicznie rozwijającej się wiary w Afryce kard. Robert Sarah. I dzisiaj dla nas, dla Kościoła, w Europie i w Polsce.

 

Ks. Artur Bartol podkreśla w filmie, że to co robi w Afryce opiera się na charyzmacie św. Jana Bosko (1815-1881). Na czym on polega?

 

Św. Jan Bosko lubił powtarzać: pozwólcie ptakom śpiewać i czyńcie dobro z uśmiechem na twarzy. Podkreślał, że głównym zadaniem jest głoszenie Jezusa Chrystusa i przyprowadzenie każdego człowieka, nie tylko biednego do Chrystusa. Bo człowieka nie dotyka tylko bieda materialna, ale również duchowa. My, czyli salezjanie, pracujemy podobnie, jak św. Jan Bosko. Promował edukację, uczył zawodu, z jego inicjatywy powstały pierwsze szkoły zawodowe na świecie. Zakładamy szkoły zawodowe w Republice Środkowoafrykańskiej i w Afryce. Robimy to, żeby nauczyć ludzi potrzebnych zawodów i doprowadzić ich do prawdziwego źródła godności człowieka, czyli do Jezusa Chrystusa. Możemy dać drugiemu człowiekowi wiele, możemy zaoferować mu dostanie życie, ale jeżeli on nie będzie wiedział, że jest dzieckiem Bożym, wtedy nie pociągniemy go ku górze. Chrystus umarł na Krzyżu i zmartwychwstał za każdego człowieka, za żyjących w Afryce, w Azji i w Europie.

 

Czy taka wiedza daje coś człowiekowi w codziennym życiu?

 

Sens życia. Człowiek może funkcjonować bez świadomości, że jest dzieckiem Bożym, ale nie będzie to pełne życie. Będzie żył w stresie i depresji. Nasi bracia i siostry żyjące w Europie czy w innych krajach cywilizacji zachodniej, odchodząc od Chrystusa mimo wielkiego dobrobytu przeżywają smutek, depresję, poczucie bezsensu życia.

 

Na czym ksiądz opiera swój dziennikarski warsztat filmowy?

 

On się rozwijał bardzo powoli. Zaczynałem od prostych kursów fotograficznych i  filmowych. Potem pracowałem z moimi przyjaciółmi w Telewizji Kraków, m.in. z szefem TVP Kraków ś.p. Janem Rojkiem czy z operatorem Robertem Pęcakiem. Mój warsztat filmowy opiera się nie na jakiejś szkole dziennikarskiej, ale na dziennikarskiej praktyce, szkole życia. Uczyłem się w praktyce pracując z dziennikarzami, obserwowałem ich, wymienialiśmy się myślami, poglądami. Oni mi mówili, jak powinien wyglądać reportaż filmowy, wyjaśniali, jak nakręcić dokument. Myślę, że to była najlepsza szkoła dla mnie. Moje kształcenie odbywało się tak, jak w dawnych czasach, kiedy rzemieślnik szkolił powoli swojego ucznia na czeladnika, a później on stawał się mistrzem i kształcił innych. Tak było i w moim przypadku, też zacząłem szkolić uczniów. Chyba największym owocem mojej pracy jest Michał Król, który już sam robi wspaniałe filmy albo razem je robimy.

 

Co jest najważniejsze dla księdza w pracy filmowej?

 

Najważniejszy jest Jezus Chrystus, to imię, w którym mamy zbawienie oraz głoszenie Ewangelii przez Prawdę. Chrystus mówi: Jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Prawdziwy dziennikarz zawsze pokazuje Prawdę. Nie jest propagandystą. W moich filmach czy robionych z Michałem Królem to nie my opowiadamy historie, prawdę o tym, co ich spotkało w życiu przekazują nasi rozmówcy. Mają możliwość powiedzenia tego, co chcą. Szczególnie to odczułem, kiedy odwiedziliśmy w 2019 r.  obóz uchodźców na północy Ugandy w Palabek. Przez tydzień przeprowadziliśmy wywiady z około 50 młodych ludzi ze szkoły salezjańskiej. Daliśmy im się wygadać o tym, co przeżyli. Między sobą nie mówili o tragedii i horrorze, które ich dotknęły. Ale przed kamerą mogli powiedzieć wszystko i proszę sobie wyobrazić, że nikt z nich nie oskarżał Pana Boga. Pytałem ich o największe życiowe marzenie.

 

Co mówili?

 

Zaskoczyło mnie, że ani jedna osoba nie powiedziała, że chce wyjechać do Europy. Wszyscy pragnęli wrócić do domu, do Sudanu południowego. Tylko jedna osoba, która nie brała udziału w wywiadzie, pytała mnie, jak można się dostać do Europy.

 

Rozmawiał TOP, fot. Adam Jankowski

 


 

Ks. Roman Sikoń SDB

Rocznik 1976 r., absolwent historii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Wolontariusz Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w Krakowie, był na misjach w Kenii i w Tanzanii. W zgromadzeniu salezjańskim od 2006 r., święcenia kapłańskie przyjął w 2013 r. Kręceniem filmów zajmuje się od 2008 r. Członek SDP od 2009 r. Filmy jego autorstwa były emitowane m. in. w TVP1, TVP Kraków, TV Trwam, TV Religia oraz w ogólnoświatowej amerykańskiej telewizji katolickiej EWTN.