MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Media – wygrani, przegrani pandemii

Jeśli zasięgi wzrosły, dlaczego dochody spadną i czy media walczą z dezinformacją, co ponoć jest ich zadaniem.

 

Na FB widziałam w czasie „szczytu” COVID-19 żart mniej więcej taki: wyobraź sobie, że jest 20 lat temu, najfajniejszym telefonem jest Nokia 3310, masz tam 4 gry, możliwość pisania sms do 450 znaków na czacie i jedyne, czego możesz tam posłuchać to 35 wbudowanych dzwonków. Jak wielu z nas przeżyłoby tę izolację bez cyfrowego radia i telewizji, smartfonów, mediów społecznościowych i Netflixa? Bez tej dookolnej cyfrowej rzeczywistości?

 

Wszyscy w kryzysie, ale na informację był popyt. Znaczy na fryzjerów też, ale oni nie mogli dostarczać legalnie usług, za to mediom nikt nie zabraniał. Gapienie się w smartfona czy tablet grozi według naukowców wieloma schorzeniami od kręgosłupa po mózg, ale nie groziło zarażeniem SARS-CoV-2 (no chyba, że ktoś nie zdezynfekował rąk i bawił się telefonem, który potem przytykał do twarzy….).  Po raz kolejny spadła wprawdzie (tym razem w ramach przerażających doniesień o trwałości wirusa w temperaturze pokojowej na kartonie aż do tygodnia) sprzedaż gazet papierowych. Na polskim rynku wręcz do niebezpiecznych dla wielu tytułów den poniżej dna. Za to informacja zdigitalizowana sprzedawała się nadzwyczaj dobrze. Jak świeże bułki szły, przynajmniej do końca maja, wszelkie newsy oraz poradnictwo okołopandemiczne. A także rozrywka. Jak najwięcej rozrywki.

 

Na polskim rynku jednak już w czerwcu ludność miała dość jakichkolwiek newsów o zachorowaniach i zgonach, jakichkolwiek doniesień popularyzujących naukę w kwestii COVID-19 i właściwie tylko informacja, że opracowano szczepionkę (której na razie nie ma i się nie zanosi) byłaby chyba w stanie zwrócić czyjaś uwagę. Jednak np. w USA, gdzie dzienny przyrost zachorowań liczy się w dziesiątkach tysięcy, zaś media to imperia, temat trwa, bo musi.  Nie tylko, że jest do czerwoności rozgrzany polityczny, ale jest po prostu codziennym dramatem społecznym. Podobnie było do niedawna w Wielkiej Brytanii, a poziom zakażeń w Indiach jest dopiero na etapie wnoszenia się ku pikowi jeszcze nie do przewidzenia. Brazylia, Rosja, Szwecja… wiadomo, że temat i tam szybko nie wygaśnie, chyba że władza okaże pogłębiającą się nerwowość i skończy się jako tako rzetelne informowanie.

 

Nie tylko jednak o czołówki prasowe chodzi. Świat po pandemii, czy ona trwać będzie, czy się skończy, nam się zmieni w bardziej zdigitalizowany i jeszcze mniej w nim będzie prywatności, a więcej inwigilacji, także w Internecie. Co to znaczy dla mediów? Kolejne, coraz doskonalsze aplikacje, będą nas śledzić nie tylko w kwarantannie. Ponieważ cyfrowy autorytaryzm Chin staje się globalny (Państwo Środka eksportuje swe technologii w tym zakresie masowo np. do Afryki), nic dziwnego, że raport „Freedom on the Net” z roku 2018 podkreślał spadek wolności Internetu już ósmy rok z rzędu. Według ówczesnego raportu amerykańskiego think tanku Freedom House, prawie jedna trzecia z 65 ocenianych krajów opracowała nowe przepisy ograniczające media internetowe. 18 rządów zwiększyło nadzór, a w sumie 26 ograniczyło wolność w Internecie. (https://towardsdatascience.com/chinas-digital-dictatorship-goes-global-bee6b093ff9b). Teraz jest tylko gorzej. Bo pandemia okazała się akceleratorem takich zmian.

 

Pod każda szerokością geograficzną i systemem rządów zmierzamy realnie w kierunku światowej cyfrowej dyktatury (Digital Imprisonment – pojęcie wprowadzone do powszechnego obiegu przez duńskiego pisarza Sorena Korsgaarda) obejmującej gromadzenie masowo danych o wszystkich, masową inwigilację, śledzenie oparte na rozpoznawaniu twarzy, społeczeństwa bezgotówkowe oparte na krypotowalutach i osłabienie społeczeństw zadłużonych (w kredytach konsumpcyjnych). Czy mass media opisują uczciwie ten pełzający, ale przyspieszający po pandemii proces?

 

Jesteśmy na to wszystko zupełnie nieprzygotowani mentalnie. Zanim pandemia się nawet pojawiła na horyzoncie, zapanowała dokoła technologia 5G i inne nowinki stawiające ludziom włosy na głowie, aż niektórzy nakładali aluminiowe czapeczki (jako peryferie nie doświadczyliśmy tego, ale taki to już urok peryferii). Jesteśmy wobec nich bezbronni informacyjnie. Szkoła nas w większości nie przygotowała do aktywnego, ze zrozumieniem uczestniczenia w cywilizacji naukowo-technicznej. W której żyjemy tak, czy siak. Czyli wszyscy mają komórki, ale prawie nikt nie wie, jak działa nie tylko telefonia cyfrowa i o co chodzi z kolejnymi G, ale nawet co to jest w istocie prąd elektryczny i jak działa. A kolejne G tuż za progiem, bo w pokowidowym świecie Internet musi „udźwignąć”’ przepływ kolejnych terabajtów informacyjnych na sekundę. Pytanie, czy media niespecjalistyczne wyjaśniają nowe technologię, zawieszę, niczym kawę w starbuniu, bo co więcej można z nim dziś zrobić owocnego?

 

Zostawię też na boku kwestię, co nam wszystkim z tych terabajtów informacji, skoro dostęp do niej nie chroni nas przed wpływem teorii spiskowych i wszelkiej innej dezinformacji, internetowych szaleńców i szarlatanów oraz fejk-newsów.

 

Nie będziemy się jednak nudzili, siedząc w związku z pandemią z „głową w telewizorze”, średnio ok. 10 proc. czasu więcej, niż dotąd. Żyjemy bowiem w oficjalnie ogłoszonym stanie wojny informacyjnej NATO-Rosja. Dowódca sojuszniczy NATO Philip Breedlove nie bez kozery nazwał sytuację w mediach i Internecie od lutego do kwietnia 2014 „najbardziej niesamowitym blitzkriegiem w historii wojny informacyjnej”. Dziś zaś przeżywamy „powtórkę z rozrywki” na tej konkretnej, medialnej arenie wojny hybrydowej, którą obserwujemy non stop od agresji Rosyjskiej na Krymie w 2014 roku. Na okoliczność COVID-19 wypuszczana jest w nasza stronę – skutecznie – ta sama w swej naturze dezinformacja, tak samo szybko, w tych samych celach i z tych samych mediów kontrolowanych przez Kreml (a także niezależnie ChRLD, ale to już na inną opowieść) oraz w Internecie – przez „fabryki trolli”.

 

Jeśli wierzyć NYT z połowy kwietnia, dezinformacja dotycząca zdrowia (np. antyszczepionkowa) jest inspirowana i „rozsyłana” przez Kreml już od ponad dekady. To samo opowieści, jakoby epidemie wirusowe (grypy, Ebola, a teraz koronawirus) zostały „rozsiane” przez amerykańskich naukowców. Czyli nowsza wersja „amerykańskiej stonki”, ale w milionach tweeterowych kont. Nie radzimy sobie, jako odbiorcy, w odsiewaniu ziaren informacji od plew, albo co gorsza toksycznego sporyszu. Cała nadzieja w tym, że mass media sobie z tym radzą… A radzą? COVID-19 pokazał, że nawet z natłokiem informacyjnym oraz z obróbką informacji specjalistycznej (np. medycznej, naukowej) nie radzą sobie najlepiej. Aczkolwiek są chlubne przykłady sprawdzania informacji, np. wykrycie przez dziennikarzy „The Guardian” fałszerstwa danych w czerwcowych publikacjach nt. szkodliwości chlorokiny z łamów prestiżowych „The Lancet” i „New England Journal of Medicine”. Można? Można. Aczkolwiek niewiele w stosunku do potrzeb.

 

Pandemia wstrząsa światem i zmiany są nieuchronne, pozostaje jedynie patrzeć, czy wszystko się pozmienia tak, aby nic się nie zmieniło, czy jednak inaczej. Warto może zatem na koniec przejrzeć odpowiedzi medioznawców, specjalistów od rynku i innych futurologów dowolnej sprawności i proweniencji, starających się udzielić odpowiedzi na pytanie: jak się COVID-19 skończy dla mediów?

 

Niemal wszystkie branże są w głębokim kryzysie popandemicznym. Podobno cofamy się do lat 90. XX wieku (czyli zostaniemy z jeszcze starszym niż kultowy 3310 modelem Nokii w rękach? Eeee, nie!). Co zatem, poza powtórkami głównie ze sportu i masowej rozrywki, niedostępnych nadal w realu, grozi nam w mediach? Bo jest jasnym i nie trzeba do tego być wróżem Maciejem, aby tę jasność mieć, iż pieniędzy w sektorze będzie mniej, bo one pochodzą z reklam. Oceniające rynek mediów (głównie anglosaski) fachowe głowy głoszą zatem, co następuje.

 

Pandemia wymusiła u odbiorców zmianę zachowań (samoizolacja, praca zdalna, edukacja domowa etc.), co wpłynęło zarówno na model biznesowy, jak i model operacyjny mediów i firm reklamowych. Telewizja, radio i prasa przeżywają niespotykany od lat wzrost widowni. Historyczne trendy spadkowe odwracają się na naszych oczach. Dla nadawców coraz ważniejsze będą platformy odtwarzania. To wymusi popularyzację systemów identyfikacji (SSO). Mass media publiczne będą musiały podjąć trud wiązania się w ponadnarodowe „sojusze” zdolne radzić sobie z konkurencją serwisów streamingowych (Netflix, Disney +, etc.), którym kryzys pandemiczny jako chyba jedynym dosłownie dodał jeszcze po dwie pary skrzydeł, do czego zaraz wrócę.

 

Spadek inwestycji firm w reklamy dotknie wszystkie media tak w roku 2020, jak i 2021. Choć oczywiście marki będące własnością globalnych korporacji nie mogą sobie pozwolić na bycie zapomnianymi przez odbiorców. Straty w 2020 r. mają wynosić od 10% rocznie dla telewizji i radia do 20% dla mediów tzw. reklamy zewnętrznej. Spadek inwestycji reklamowych nie oszczędzi mediów społecznościowych. Szacuje się, że Facebook i Google mogą w 2020 roku stracić łącznie ponad 44 miliardy dolarów przychodów z reklam.  W 2020 r. Facebook zakłada przychody z reklam rzędu 67,8 miliarda dolarów (spadek o 15,7 miliarda dolarów rok do roku). Google zaś (korporacja zajmuje pierwsze miejsce w zysku z reklam internetowych), ma zarobić z reklam 127,5 mld USD, co oznacza spadek o 28,6 mld USD.

 

Sytuacja finansowa tradycyjnych mediów (mimo tych 10 proc. czasu z głową w TV więcej) jest zagrożona. Uruchamiane są plany restrukturyzacji, a redukcja kosztów „nieistotnych” będzie stosowana w całym sektorze. W sektorze prywatnym restrukturyzacja będzie powszechna, a reorganizacje wymuszone przez postępowania upadłościowe będą przewidziane dla mniejszych podmiotów. W przypadku większych grup niektóre spółki zależne mogą utracić niezależność z powodu koniecznego w takiej sytuacji scalania zasobów.

 

Zanim przyszedł COVID-19, średnio Europejczyk zachodni słuchał radia (głównie w drodze do pracy) ok. 2 godz. i 22 min. Tendencja zaś była spadkowa, a w branży panowała stagnacja. We Francji w pierwszych tygodniach kwietnia nastąpił dwucyfrowy procentowy wzrost liczby słuchaczy radia cyfrowego. W Niemczech tendencja jest taka sama, ze średnim wzrostem o 34% w marcu 2020 r. We Włoszech internetowy agregator radia FM World (FMW) również wykazuje wzrost o 18,5%. Pomimo zatem ograniczenia i eliminacji podróży samochodowych i jazdy do pracy, wzrost czasu słuchania radia można oszacować na spektakularne 20 do 30%.

 

Nadawcy radiowi i telewizyjni nie będą mogli sobie pozwolić na oszczędności w kosztach infrastruktury IT – której ceny i zakres wręcz eksplodują. Cięcia będą w kosztach osobowych oraz w technologiach innych, niż cyfrowe, które już dziś okazują się znacznie mniej istotne. W sektorze mediów rozrywkowych nastąpi trwałe osłabienie kin, zasadniczo zanikną kina niezależne i studyjne.

 

Prasa regionalna jest najbardziej zagrożona zamykaniem tytułów. Tytuły krajowe, które odpowiednio wcześniej przeszły cyfrową rewolucję, wyjdą z kryzysu, o ile z kryzysu wyjdzie gospodarka, czyli pojawi się więcej pieniędzy z reklam w 2021 r. Nie dadzą się również tytuły o sporej liczbie subskrybentów i prenumeratorów.

 

Witryny streamingowe zwyciężyły we wszystkich kategoriach (nawet bardziej, niż podczas ostatniego porzedpandemicznego  rozdania Złotych Globów). Netflix odnotował wzrost liczby subskrypcji o 22,8% w pierwszym kwartale 2020 (halo: to jest 17,8 miliona ludzi przed ekranem i to głównie z tzw. „nowych rynków”). Disney + (bobas na rynku mediów, zaistniał w tej formule na rynku USA w 2019 roku), także przekroczył najśmielsze prognozy. I osiągnął 50 milionów subskrybentów na całym świecie 2 lata przed zakładanym terminem. W Indiach Disney + przyciągnął 8 milionów użytkowników w ciągu 1 miesiąca.

 

Ale nie samymi pieniędzmi i zasięgami żyje człowiek mediów. Konsumenci, którzy dotknęli zagrożenia śmiercią i ciężka chorobą – co jest dla wielu z nich całkowicie nowym i nieoczekiwanym doświadczeniem – zaczęli mieć  podobno zupełnie inne oczekiwania życiowe. Wg badań podobno zaczęli poszukiwać sensu(ów). Do czego będą się musieli dostosować tak reklamodawcy oraz wszelcy „specjaliści od śpiewu i mas”. Identyfikacja wizualna i komunikacja marki też przeżyją zatem post-kowidową rewolucję.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Źródło danych: https://www.intotheminds.com/blog/en/impact-covid-media-industry/

Podwójne standardy – MIROSŁAW USIDUS o wojnie w social mediach

Gdy widzisz jak na platformach internetowych banuje się szachistów za zdania „białe mają przewagę” (naprawdę dzieje się tak na Twitchu), to nawet, gdy byłeś do tej pory ostrożny w osądach, zaczynasz się martwić, czy lewoskrętni potentaci Big Tech, zastępy moderatorów o kolorowych włosach i cała reszta nienawidzących wolności słowa hunwejbinów, w końcu dopadną ciebie i twoje swobody internetowe i obywatelskie zresztą też.

 

Tak od dawna czują się i głośno o tym mówią przedstawiciele amerykańskiej prawicy. Twitter ocenzurował wpisy prezydenta Donalda Trumpa w czerwcu dwukrotnie. Ukrył opublikowane przez niego ostrzeżenia dla demonstrujących nielegalnie i stosujących przemoc przedstawicieli ruchu Black Lives Matter za ostrzeżeniami, że prezydencki tweet „naruszył zasady Twittera” a wcześniej, że propaguje przemoc. Konserwatywne media od razu jednak zwróciły uwagę, że platforma społecznościowa nie reagowała w żaden sposób, gdy przestępcy korzystający z zamieszek po śmierci George’a Floyda koordynowali swoje łupieskie napady na sklepy za pomocą Twittera właśnie. Nawet zgłaszanie postów zamieszczonych tam przez złodziei nie pomagało.

 

Twitter pozwalał w najlepsze publikować Shaunowi Kingowi, znanemu agitatorowi neomarksistowskiego ruchu Black Lives Matter, w których nawoływał do niszczenia posągów, witraży i fresków przedstawiających „białego Jezusa”. Podwójne standardy, pisali krytycy, to na Twitterze najwidoczniej standard.

 

Wcześniej, w maju znany konserwatywny senator z Teksasu, Ted Cruz, oskarżył prezesa Twittera Jacka Dorseya o uciszanie „autentycznych politycznych wypowiedzi Amerykanów przy jednoczesnej pobłażliwości dla terrorystycznych zagrożeń ze strony Iranu”. Wezwał Departament Sprawiedliwości i Departament Skarbu do wszczęcia dochodzenia karnego w związku z zarzutami, że Twitter łamie sankcje USA wobec Iranu, które zabraniają amerykańskim firmom dostarczania towarów i usług dla najwyższych urzędników Iranu. Mówiąc konkretniej chodzi o to, że Twitter pozwala irańskim przywódcom na posiadanie kont na swojej platformie.

 

Nie po raz pierwszy Cruz poruszył temat wątpliwych z punktu widzenia amerykańskich interesów narodowych działań Twittera. W lutym z jego inicjatywy wysłany został list od republikańskich senatorów do Dorseya, wzywający firmę do zakazania działalności irańskim przywódcom, w tym Alemu Chamenei i irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Mohammadowi Javadowi Zarifowi. W odpowiedzi Twitter oświadczył, że jego serwis jest zwolniony z sankcji i że udostępnienie jego technik komunikacji ma krytyczne znaczenie w dobie pandemii koronawirusa.

 

Komentatorzy przypominają jednak, że należąca do Facebooka platforma mediów społecznościowych Instagram zablokowała wcześniej konta wielu irańskich urzędników, w tym członków Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i najwyższego przywódcy ajatollaha Chamenei, dostosowując się do wymogów sankcji USA. Co ciekawe Instagram skasował wówczas także angielskojęzyczne konto Ghassema Soleimaniego z 888 tysiącami śledzących. Kilka miesięcy później amerykańskie oddziały zrobiły z nim w Iraku to samo w realu.

 

Przedwyborcza czystka konserwatywnych influencerów

 

Zuckerberg, do którego jeszcze wrócimy, jak widać wykazuje znacznie większą chęć współpracy niż Jack Dorsey z Twittera, który m. in. proponuje „redagowanie tweetów światowych liderów”, przede wszystkim, jak należy się domyślać, takich przywódców jak Trump, bo chyba nie irańskich. Robić to chce pod hasłem „walki z dezinformacją” i o tym, co ową dezinformacją jest, decydować ma oczywiście administracja Twittera, która niestety nie zdołała do tej pory udowodnić, że jest politycznie bezstronna. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie, o czym świadczy seria cenzurowania i banów, których ofiarą padają w żądnym razie nie lewicowi, lecz prawicowi politycy, dziennikarze i inni przywódcy opinii.

 

A że ludzie Twittera maszerują w jednym szeregu z bełkotliwymi hasłami neomarksistoskiej rewolucji, świadczy wiele faktów, choćby niedawna, pochodząca z początku lipca, informacja o rugowaniu z języka technicznego i korporacyjnego w tej firmie takich słów jak „Whitelist” (bo rasizm), „Man Hours” (bo męski suprematyzm) i „He, Him, His” (bo niezgodne z genderową ortodoksją).

 

Jedna z najnowszych ofiar lewicowej ofensywy cenzorskiej administracji Twittera, to między innymi Logan Cook, aka CarpeDonktum, autor popularnych memów naśmiewających się z Demokratów, mediów i establishmentu, który w czerwcu został permanentnie zawieszony. Zdaniem samego Cooka, tłumaczenia Twittera o „naruszaniu praw autorskich” to tylko pretekst a prawdziwą przyczyną było udostępnienie przez Donalda Trumpa kpiącej z CNN, genialnej swoją drogą, parodii autorstwa CarpeDonktum pt. „CNN Toddlers”, co doprowadziło  lewicowych dziennikarzy do szału.

 

Mollie Hemmingway, która pracuje dla „The Federalist”, a ostatnio była przedmiotem cenzury ze strony serwisów zarządzanych administrowanych przez Big Tech, zauważyła, komentując w internecie represje cenzorskie, jakie spotkały Cooka, że przed wyborami w mediach społecznościowych trwa czystka konserwatywnych influencerów.

 

Głowice wycelowane, TikTok zbanowany

 

 

 

Być może wielu czytelników o bardziej tradycyjnych nawykach medialnych myśli, że to co opisują, te wszystkie wojny w mediach społecznościowych i o media społecznościowe, bany, zakazy i zdejmowanie treści, to wszystko rzeczy mało poważne, ot jakieś nieistotne przepychanki na Twitterku i Fejsiku, którymi dorośli i rozsądni ludzie się nie zajmują. Radziłbym jednak takim osobom nieco „zaktualizować” swoje podejście, bo już od dłuższego czasu jest błędne.

 

Jakby to wyjaśnić? Może tak – jeśli ktoś myśli, że media społecznościowe to tylko zabawy, śmieszne koty i podobne dyrdymałki, to niech przyjrzy się niedawnej sekwencji wydarzeń wokół TikToka, postrzeganego, nawet wśród wytrawnych internetowców, jako niezbyt mądry przepalacz czasu nastolatków. W ciągu ostatnich kilku tygodni przy akompaniamencie surm bojowych i granicznych konfliktów zbrojnych Indie zakazały u siebie chińskiego TikToka (podobnie jak prawie sześćdziesięciu innych aplikacji i serwisów produkcji chińskiej). Ponieważ to właśnie w Indiach chińska appka miała najwięcej użytkowników (bo w Chinach zamiast niej jest ściśle cenzurowana wersja TikToka – Douyin), dalsze losy błyskotliwie rozwijającej się społecznościówki są mocno niepewne, ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że ten głupawy TikTok stał się ważnym elementem rywalizacji mocarstw atomowych. Daje do myślenia?

 

Chyba tak, zwłaszcza, że w USA też może mieć kłopoty. Sekretarz stanu USA Mike Pompeo potwierdził niedawno, że Waszyngton rozważa wprowadzenie zakazu używania chińskich aplikacji społecznościowych, w tym popularnego także wśród młodych Amerykanów TikToka. Rozmawiając z Fox News, Pompeo powiedział, że „na pewno patrzymy na zakaz TikToka i innych chińskich aplikacji, idąc za przykładem Indii oraz Australii, która zagroziła, że zrobi to samo”. Jak dodał Amerykanin powinien korzystać z tej aplikacji „tylko wtedy, gdy chce, aby jego dane znalazły się w rękach Komunistycznej Partii Chin”.

 

Myślicie, że to spiskowa teoria i oszołomstwo? Jednak może niekoniecznie. Specjaliści Apple, poprawiając zabezpieczenia w systemie iOS 14 przyłapali TikToka szpiegowaniu, mówiąc dokładnie na pozostawianiu w kodzie luki pozwalające na kopiowanie prywatnych treści użytkownika. TikTok stanął w rosnącym szeregu chińskich firm technologicznych, w których produktach znaleziono software’owe lub hardware’owe artefakty, które mogą służyć do gromadzenia i przesyłania danych „do centrali”.

 

Wciąż myślicie, po tym jak czytacie, że rząd Indii i Australii banuje a szef dyplomacji największego mocarstwa rozważa ban, że to tylko nieistotne dyrdymałki z głupimi fotkami i filmikami?

 

Facebook: mowa nienawiści OK, jeśli wspiera LGBT i atakuje białych heteroseksualnych mężczyzn

 

O tym, że ludzie zarządzający media społecznościowymi i zespoły moderujące mają lewicowe skrzywienie polityczne niby wiemy, bo niejednokrotnie widzieliśmy nierówne traktowanie na tych platformach, podwójne standardy i wrogość wobec treści o charakterze prawicowo-konserwatywnym. Jednak nie pogardzimy bezpośrednią relacją z sabatów czarownic. A taka niedawno się w USA pojawiła.

 

„To my rządzimy tą grą,” wyjaśnia w publikacji grupy prawicowych aktywistów znanej jak Project Veritas (tzw. Veritas Exposé) Ryan Hartwig były moderator treści na Facebooku. Mówi o „ostrych uprzedzeniach wobec konserwatystów” w zespole odpowiadającym za administrację i moderację treści na błękitnej platformie.

 

Widziałem, jak wtrącali się w wybory. Widziałem rażące skrzywienie polityczne przeciw konserwatystom i całkowite faworyzowanie liberałów (czyli, w rozumieniu amerykańskim, lewicy – przyp. M.U.)”. Hartwig nosił w biurach Facebooka ukrytą kamerę, za pomocą której dokumentował praktyki wewnątrz firmy. W wywiadzie z szefem Project Veritas, Jamesem O’Keefe, Hartwig powiedział, że, chociaż podpisał umowę o poufności, nie może już dłużej ignorować tego co tam się działo, czyli nieustannej walki zespołu Facebooka z treściami pozytywnymi dla prezydenta Donalda Trumpa, republikanów lub szerzej konserwatywnych poglądów, zwłaszcza, że stało to w całkowitej sprzeczności z głoszoną przez szefostwo Facebooka oficjalnie linią „neutralności”

 

Jak mówi Hartwig, ta hipokryzja była dla niego punktem zwrotnym. W dodatku, jak wyjaśnia, wiedział „prawdopodobnie to samo dzieje się to gdzie indziej, w skali światowej”. „Te rażące uprzedzenia polityczne ludzi z Facebooka naprawdę mi przeszkadzały,” mówi.

 

Wśród nagranych przez Hartwiga był niejaki Israel Amparan, który pracował jako moderator treści, choć w rzeczywistości prowadził wściekłą wojnę z ludźmi, którzy mieli inne niż on poglądy, czyli ze zwolennikami prezydenta Trumpa. A ponieważ to on decydował o tym, co jest banowane, ukrywane, tępione i uznawane za nieodpowiednie, to chyba zrozumiałe, że o obiektywnej moderacji nie było mowy. Jak relacjonuje Hartwig, taka postawa i poglądy cechował niemal 100 proc. ludzi Facebooka, z którymi on miał do czynienia. Podobną do Hartwiga w wymowie relację z tego co dzieje się w zespołach moderacyjnych Facebooka przekazał Project Veritas inny whistleblower, Zach McElroy.

 

W relacjach tych jest jeden ciekawy motyw. Jest to historia o tym jak Shawn Browder, kierownik ds. polityki i szkoleń w Cognizant (podwykonawcy odpowiedzialnego za moderację treści Facebooka), powiedział wszystkim moderatorom treści w sekcji Hartwiga w 2018 r., że „mowa nienawiści” w podczas tzw. Pride Month ma być tolerowana przez moderatorów, jeśli będzie wspierać LGBT. Czyli, mówiąc w skrócie hejt skierowany przez jednostkom lub grupom ludzi będzie dozwolony, jeśli będzie wspierał tęczową ideologię. A już najmilej były widziane przez szefostwo hejterskie ataki na heteroseksualnych białych mężczyzn.

 

Ostatnio, trochę w odróżnieniu Twittera, który zdaje się zdecydowanym krokiem maszerować pod flagą z sierpem i młotem, polityka Facebooka, przynajmniej na zewnątrz, stała się bardziej złożona. Jest on np. ostatnio pod silnym naciskiem wielkich korporacji, aby wprowadzić aktywne sposoby „walki z hejtem” na platformie. Koalicja wielkich reklamodawców, z Coca-Colą, Fordem, Starbucksem i wieloma innymi wielkimi firmami, wycofując ostrzegawczo reklamy z Facebooka, nie wskazuje dokładnie, jakie treści ma na myśli, zatem można rozumieć, że po prostu domaga się od Zuckerberga wprowadzenia cenzury politycznej, zwłaszcza, że wkrótce wybory prezydenckie.

 

 

Co zrobi Mark i spółka pod naciskiem opanowanego przez lewicowe miazmaty potężnego korpo-lobby, jeszcze nie wiadomo. Jednak to, co dzieje się ostatnio wokół TikToka, w Indiach i być może w USA, może być niespodziewanym kołem ratunkowym dla popadającego od dłuższego czasu w coraz większe problemy Facebooka. W Indiach gwiazdy TikToka przenoszą się na Instagram a to też przezcież Facebook. Zatem Zuckerberg korzysta na walce konserwatystów z chińskimi produktami. Wprawdzie widać, że zarówno jemu, jak i całokształtowi osobowo-wizerunkowemu jego błękitnej platformy, serce bije po lewej stronie, to jednak korzyści i konfitury mogą tym razem nadejść z prawej. A kto nimi pogardzi?

 

Zwłaszcza, że konserwatyści zaczęli tworzyć wreszcie chyba całkiem udane konkurencyjne wobec znanych społecznościówek formy. I przenoszą tam stopniowo polityczne dyskusje w Internecie. Najnowszym ciekawym przykładem jest serwis Parler, który w odróżnieniu od wcześniejszych nieskrzywionych lewicowo produktów społecznościowych, wydaje się technologicznie całkiem udanym produktem. W ramach kampanii pod hasłem #Twexit przeniosła się tam całkiem spora grupa wyrzuconych z Twittera konserwatystów, m. in wspominany Ted Cruz. Parler nie będzie konkurował oczywiście z Instagramem czy TikTokiem (na razie), ale, jeśli przekroczy masę krytyczną, to tam mogą toczyć się najciekawsze dyskusje społeczno-polityczne, kosztem Twittera i Facebooka.

 

Szanujesz życie wszystkich ludzi – posługujesz się „mową nienawiści”

 

Wytrychem i łomem zarazem, którymi lewoskrętny Big Tech walczy z ludźmi myślącymi inaczej są pojęcia takie jak „mowa nienawiści” i podobne, które nie mają żadnego precyzyjnie ustalonego znaczenia. Mają za to „znaczenie sterowane”, czyli takie, jakie w danym momencie jest wygodne i potrzebne do np. represjonowania osoby niewygodnej o niesłusznych poglądach i postawie. Kto zna historię totalitaryzmu komunistycznego, ten ma pełno skojarzeń.

 

Przykładem, że pojęcie „mowa nienawiści” nie znaczy nic, niech będzie historia Mike’a McCullocha, wykładowcy matematyki na Uniwersytecie w Plymouth, który został wezwany na dywanik przez hunwejbinów ze swojej uczelni za polubienia Twitterze słów „All Lives Matter”. Tak oto McCulloch został oskarżony o „mowę nienawiści” za polubienie humanistycznego hasła o poszanowaniu życia wszystkich ludzi.

 

Inny przykład bolszewickiego szaleństwa to oskarżenie feministki Posie Parker również o „mowę nienawiści” za to, że zainicjowała na Change.org petycję domagającą się od Oxford English Dictionary zachowanie w definicji „kobiety” w słowniku, w kształcie opisującym ją jako istotę ludzką płci żeńskiej.

 

Jak napisał kilka dni temu w brytyjskim „Spectatorze” Toby Young czeka nas prawdziwe „tsunami cenzury” ze strony sił różnie nazywanych. Jedno określają ich angielskojęzycznym słowem „woke” inni używają tradycyjnego i całkiem trafnego słowa „lewica”. Ja proponuję jeszcze bardziej i lepiej oddające charakter tych agresywnych, wrogich nauce i rozumowi, szaleńców – „bolszewizm”.

 

Young, chcąc zilustrować, z kim będziemy mieć do czynienia, opowiada przypadek Nicka Buckleya, który został zwolniony z pracy w organizacji charytatywnej w Manchesterze za napisanie postu na blogu, w którym zakwestionował część haseł Black Lives Matter, w tym te konieczności „demontażu kapitalizmu”. Gdy opublikował swój post na LinkedIn, „poeta” i aktywista tego bolszewickiego ruchu, niejako Reece Williams napisał następujący komentarz: „Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby usunąć pana ze stanowiska. Oczekuj nas”. Jak pisze Young, Buckley nie przejął tym się szczególnie, gdyż organizację charytatywną, którą zarządzał założył sam i jego praca była wysoko oceniana i nagradzana. Nie doceniał poziomu wpływów maoistów we współczesnej Wielkiej Brytanii. Cóż, może powinien się cieszyć, że uszedł z życiem. Za kilka lat bolszewicy spod znaku BLM mogą się już nie zadowalać samym wyrzuceniem z pracy.

 

Zagrożenie tym szaleństwem dostrzeli nawet tradycyjnie lewicowi lub „liberalni” intelektualiści, którzy zatrwożeni bezmyślnością i totalitarnymi zapędami agresywnych neomarksistów opublikowali na łamach „Harper’s Magazine” list w obronie wolności słowa. Na liście sygnatariuszy takie nazwiska jak Noam Chomsky, Wynton Marsalis, J.K. Rowling, Salman Rushdie, Francis Fukuyama, Garry Kasparov, Anne Applebaum.

 

Cóż, miło że ludzie, którzy mają wielkie zasługi (no, może nie wszyscy z sygnatariuszy, ale spora ich część) w tworzeniu i karmieniu tego potwora, który wyrósł na rosłego bolszewickiego byczka, który w oczach ma nienawiść a w rękach chęć totalnego niszczenia, reflektują się poniewczasie, że nie o to im chodziło. Nawiasem mówiąc, nie odmawiają sobie, w tej swojej epistole, rytualnego kopa wymierzonego w Donalda Trumpa. Wiedzą co robią. Bez ataku na Trumpa mogliby zostać oskarżeni o „mowę nienawiści”.

 

Mirosław Usidus

Obchodzisz Halloween? Możesz trafić za kratki – WOJCIECH POKORA o tym jak PAP przysłużyła się dezinformacji

Gdy zobaczyłem rano tytuł depeszy PAP (z 6:44): „Rzeczpospolita”. Areszt za obchody Halloween? Pochylą się nad tym posłowie – byłem pewien, że wyniknie z tego awantura. I wynikła.

 

„Kary za Halloween!!! A może zamknąć sklepy mięsne 40 dni przed Wielkanocą?” – pyta popularny fanpage na Facebooku. Pod wpisem setki komentarzy. Większość w stylu: „Ciemnota PiS”, „Robota klerów. Średniowiecze”, czy „Naszej władzy pier***li się pod deklem”. Roman Giertych napisał: „Proszę Państwa oto koza. Koza ma cuchnąć, beczeć i wszystkich denerwować. Potem kozę zabiorą, a lud ma się cieszyć. Natomiast teraz nie mamy się zajmować przekrętem wyborczym, tylko cuchnącą kozą. Areszt za obchody Halloween? Pochylą się nad tym posłowie”.

 

O co chodzi w rzeczywistości? Bo tytuł faktycznie wskazuje na jakieś kuriozalne rozwiązania. Czytam więc depeszę Polskiej Agencji Prasowej, w której referowany jest artykuł „Rzeczpospolitej”. Do dziennika jeszcze nie zajrzałem, zaczynam od doniesień agencyjnych. Co czytam:

 

„Komisja sejmowa zajmie się ustawą przewidującą kary za wypowiadanie słów ‘cukierek albo psikus’. Wpłynęła w formie petycji, a bieg nadała jej marszałek Elżbieta Witek” – informuje czwartkowa „Rzeczpospolita”.

 

Jak informuje gazeta projekt ustawy o wspieraniu tradycji narodowych RP, która m.in. zakłada, że „kto w dniu 31 października danego roku kalendarzowego przebiera się za straszną postać, w szczególności za kościotrupa, czarownicę, wampira, diabła lub inną kojarzącą się z piekłem istotę, podlega karze ograniczenia wolności lub aresztu na okres nie krótszy od 15 dni” została skierowana do Sejmu przez anonimowego obywatela.

 

„Nad propozycją z całą powagą będą musieli pochylić się posłowie, a wcześniej zaopiniują ją eksperci z Biura Analiz Sejmowych. Powód? Bieg petycji nadała marszałek Sejmu Elżbieta Witek” – wskazuje „Rz”.

 

Myślę sobie, no pięknie. Nie ma się czym ta marszałek Witek zajmować? Przez nią Sejm musi się pochylać nad takimi idiotyzmami? Wyraźnie napisano, że Biuro Analiz Sejmowych zaopiniuje tę bzdurę, a posłowie się nad nią pochylą z powodu tego, że marszałek Sejmu Elżbieta Witek nadała petycji bieg. Ale, ale… Czytam dalej:

 

„Gazeta wskazuje, że rozpatrywanie przez Sejm takich pism to efekt uchwalonej w 2014 roku ustawy o petycjach. „Przewiduje, że każda osoba fizyczna, prawna, nawet jednostka organizacyjna niebędąca osobą prawną może złożyć petycję do dowolnego organu władzy publicznej. W efekcie wejścia ustawy w życie utworzono w Sejmie Komisję do Spraw Petycji, do której od tamtego czasu skierowano ponad 740 spraw” – pisze dziennik.

 

I dopiero pojawia się komentarz:

 

„Szef Komisji do Spraw Petycji Sławomir Piechota z Koalicji Obywatelskiej w rozmowie z ‘Rz’ zauważa, że to nie pierwszy raz, gdy parlament zajmuje się taką ‘egzotyczną petycją’”.

 

„Np. w 2014 roku Komisja Praw Człowieka, Praworządności i Petycji w Senacie pochyliła się nad pomysłem wprowadzenia do kodeksu karnego obcięcia genitaliów jako sposobu na karanie sprawców przemocy seksualnej. (…) Z kolei Komisja ds. Petycji w Sejmie w ubiegłym roku zajmowała się propozycją przewidującą, że wszelkie lewicowe postulaty światopoglądowe mogłyby być wprowadzane w Polsce ‘dopiero po nie mniej niż 200 latach obserwacji skutków tych działań w krajach, które się nim poddały’” – wskazuje gazeta.

 

„Pamiętam też petycję przewidującą przyznanie każdemu więźniowi internetu szerokopasmowego” – mówi gazecie Sławomir Piechota. Wskazuje też, że takie propozycje komisja odrzuca zazwyczaj bez ożywionej dyskusji. „Nie przewiduję jej też w przypadku ustawy o Halloween” – dodaje”.

 

Czyli tematu de facto nie ma. Jest jednak wrzutka medialna przygotowana przez „Rzeczpospolitą” pt. areszt za Halloween i wskazanie czyja to wina. I rozbrojenie tego granatu w tym samym artykule. I ta wrzutka, wydawało się, że w niezmienionej formie została podana bezrefleksyjnie dalej przez PAP. Sięgam więc do omawianego artykułu, co się okazuje?

 

W cytowanym przez PAP artykule, czego już nie było w depeszy, znajduje się dodatkowo wypowiedź posłanki SLD Anny Marii Żurakowskiej, której zdaniem petycja powinna zostać bez biegu.

 

– „To wykorzystywanie mocy przerobowych Sejmu do zajmowania się sprawami ośmieszającymi dla Wysokiej Izby. To nie jest poważna ustawa, ale happening i jako happening powinna zostać rozpoznana – mówi”.

 

Dalej polemika z jej tezą Szefa Komisji do Spraw Petycji Sławomira Piechoty z KO, który twierdzi, że „nie popełniono błędu, a jeśli petycja spełniła wymogi formalne, powinna trafić do kierowanej przez niego komisji. – System petycyjny to swoisty wentyl bezpieczeństwa dla obywateli i źle byłoby, gdybyśmy odgórnie narzucali jakieś ograniczenia – mówi”.

 

Zdanie pani poseł Żukowskiej w jakiś sposób uzasadniałoby ten artykuł, gdyby traktował on od początku do końca o problemie głupich wrzutek. Jednak tekst jest tak napisany, żeby wywołać emocje, a nie opisać problem. A już brak wypowiedzi posłanki w depeszy PAP całkowicie pozbawia czytelnika tego elementu, i jeśli ktoś poda tę informację za agencją prasową, to poda ją niepełną, bez ważnego, niestety nieoczywistego ze względu na styl artykułu, elementu. I tak się stało. Mamy tytuły:

 

Onet: „Areszt za obchody Halloween? Pochylą się nad tym posłowie”.

 

Wirtualna Polska: „Projekt ustawy ws. Halloween w Sejmie. Przewiduje grzywnę i areszt za świętowanie”.

 

Radio Zet: „Areszt za świętowanie Halloween w Polsce. W Sejmie pojawił się projekt ustawy.”

 

Fakt24: „Obchodzisz Halloween? Możesz trafić za kratki”.

 

Tak sobie myślę, czy jest nam potrzebna repolonizacja mediów, czy może raczej na początek przyda się ich EDUKACJA?

 

Łączę warsztaty dziennikarza i historyka – rozmowa z TERESĄ KACZOROWSKĄ, autorką książki „Było ich 27”

Wydana w 75.rocznicę Obławy Augustowskiej, książka poszerza wiedzę o tej największej „w wyzwolonej Polsce” zbrodni komunistycznej poprzez losy wszystkich zamordowanvch w niej 27 młodych kobiet – mówi Teresa Kaczorowska, dziennikarka, pisarka, autorka książki „Było ich 27”, która ukazała się 10 lipca 2020 r roku, w rozmowie z Andrzejem Klimczakiem.

 

Zajmując się wciąż niewyjaśnioną historią komunistycznych zbrodni, czuje się Pani bardziej dziennikarką śledczą czy też historykiem?

 

Po trosze i tym i tym. Kiedy jeżdżę po kraju, a często i po świecie, szukając śladów interesujących mnie świadków historii, to czuję się jak typowy dziennikarz śledczy. Ale gdy sprawdzam fakty w źródłach historycznych, czy w dokumentach IPN-u, pracuję jako historyk. Natomiast kiedy później o tym piszę, łączę dwa warsztaty i dziennikarza i historyka.

 

Wiele lat swojej działalności dziennikarskiej i pisarskiej poświęciła Pani sprawom Katynia. Od siedmiu lat bada Pani kolejną tajemnicę komunistów i zbrodnię popełnioną przez nich w czasie tzw. obławy augustowskiej. Trzecia już książka, opisująca losy ofiar tej obławy, opowiada o losach 27 kobiet. Dlaczego właśnie te osoby stały się bohaterkami książki?

 

W pierwszej książce „Obława Augustowska” (2015), przybliżyłam tę zbrodnię poprzez losy siedmiorga świadków historii, w tym żyjącego jeszcze wówczas żołnierza AK Mariana Tananisa. Książka ta zwiera podstawowe kompedium wiedzy na temat tragedii. W drugiej, „Dziewczyny Obławy Augustowskiej” uczyniłam to poprzez losy 15 dziewczyn, ofiar Obławy. Na liście zaginionych w Obławie Augustowskiej znalazłam bowiem 27 nazwisk młodych kobiet. Zaciekawiło mnie kim one były i dlaczego zaangażowały się w polski ruch oporu. Ich niezwykłe losy, niedługie, bo żyły po 17-30 lat, tak mnie zaintrygowały, że szukałam ich śladów jeżdżąc po wioskach i miasteczkach dawnej Jaćwieży. Odkrywałam życiorysy moich bohaterek, układając je niczym puzzle ze wspomnień ich rodzin, sąsiadów i znajomych, szperając w archiwaliach i sprawdzając w źródłach historycznych. Poznawanie tych dziewczyn po latach okazało się trudne, bo ginąc młodo nie posiadały jeszcze dzieci, tym samym nie mogło być następnych pokoleń. Ponadto w rodzinach nie przekazywano młodszym prawdy o podziemiu niepodległościowym, chcąc chronić od ubeckich prześladowań i piętnem „rodzin bandyckich”.

Już po jej ukazaniu się otrzymałam wreszcie zgodę na dostęp do akt śledczych Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku. Kiedy wykonałam tam kwerendę, postanowiłam więc książkę uzupełnić o te ważne dokumenty, a przy okazji opisać losy pozostałych 12 kobiet zamordowanych w lipcu 1945 r. I ponownie zaczęłam szukać ich śladów, nie tylko na Suwalszczyźnie, ale i w różnych miejscach Polski, np. we Wrocławiu udało mi się znaleźć córkę, a w Gdańsku syna kobiet zamordowanych w Obławie. W ten sposób powstała teraz trzecia, wydana w 75.rocznicę Obławy, książka „Było ich 27”. Poszerza ona wiedzę o tej największej „w wyzwolonej Polsce” zbrodni komunistycznej poprzez losy wszystkich (z listy IPN) zamordowanvch w niej 27 młodych kobiet – dzięki wspomnieniom kolejnych świadków historii, nieznanym do tej pory fotografiom oraz dokumentom IPN. Można ją traktować jako drugie, uzupełnione, poszerzone przynajmniej o jedną trzecią, wydanie książkiDziewczyny Obławy Augustowskiej”. Obydwie publikacje potwierdzają, że w tragedii tej zginęli nie tylko mężczyźni, ale także kobiety. I to piękne, młode, bohaterskie.

 

Obława Augustowska jest mniej udokumentowana niż zbrodnia katyńska. Badania historyczne dzisiaj napotykają nadal na przeszkody. Komu i dlaczego zależy na tym, aby ta  masakra nie została wyjaśniona?

 

Przede wszystkim nie zależy Rosji, która czuje się spadkobiercą komunistów i nie udostępnia swoich archiwów w Moskwie. W ujawnieniu prawdy o tej największej powojennej zbrodni komunistycznej z lipca 1945 r. nie pomaga też Białoruś, która nie zgadza się na ekshumacje w rejonie Kalet na Grodzieńszczyźnie, gdzie prawdopodobnie pogrzebano ciała ofiar Obławy. Nie bez winy jest też państwo polskie. Władze PRL nigdy oficjalnie nie potwierdziły faktu Obławy Augustowskiej, rzecznik rządu Jerzy Urban wręcz negował fakt zaginięcia w lipcu 1945 r. obywateli polskich. Ale po 1989 r. też nie było lepiej. Polska nie wykorzystała w latach 90. minionego wieku czasu „odwilży” związanej z rządami Borysa Jelcyna. Był to okres najbardziej sprzyjający do korzystania z archiwów rosyjskich, a nawet negocjacji z Rosjanami na temat zwrotu dokumentów. Niestety polskie władze zaniedbały wówczas ten temat.

 

Jak obecnie wygląda dostęp do materiałów zawierających opisy zbrodni komunistycznych w archiwach polskich i rosyjskich?

 

Obecnie dostęp do archiwów moskiewskich  jest ograniczony, mogą z niego korzystać tylko wybrani, resortowi, postsowieccy historycy. Dotyczy to również archiwaliów z 1945 r. o Obławie Augustowskiej. Rosja nie zgadza się również na pomoc prawną w śledztwie, które od 12 października 2001 r. prowadzi Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku.

 

Eksterminację prowadzoną na Suwalszczyźnie przez NKWD wspomagali polscy komuniści z UB i MO. Czy nazwiska tych zbrodniarzy są znane i czy ponieśli oni jakąkolwiek karę?

 

Obławę w lipcu 1945 r. wspierało także wojsko z 1. Praskiego Pułku Piechoty oraz miejscowi konfidenci. Niektóre nazwiska tych ludzi są znane, ale nikt z nich do dziś nie poniósł żadnych konsekwencji za zdradę swego narodu i zbrodniczą działalność. Co prawda Mirosław Milewski (1928-2008), pochodzący z Lipska nad Biebrzą, już w młodości członek NKWD i UB, późniejszy generał i minister MSW, który wydawał nawet swoich najbliższych, miał wytoczony proces, ale zmarł w jego trakcie. A np. Jan Szostak (1917-1986), najpierw żołnierz AK ps. „Kruk”, potem członek NKWD i UB, znany z wyjątkowego okrucieństwa, nazywany do dziś „katem Augustowa”, nie miał nawet rozprawy sądowej. Zmarł w mieście nad Nettą jako znany rzeźbiarz ludowy. Ale jego grób był kilkakrotnie dewastowany, bo ludzie uważali, że takiego zbrodniarza ziemia polska przyjąć nie może.

 

Drugiego sierpnia 1987 roku, powstał Obywatelski Komitet Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 roku. Na ile działania tej organizacji okazały się skuteczne i na ile pomogły Pani w zbieraniu materiałów?

 

Impulsem do powstania w Suwałkach Obywatelskiego Komitetu Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 roku było odkrycie pod koniec czerwca 1987 r., przez Stefana Myszczyńskiego ze wsi Dworczysko (wśród zaginionych było jego trzech braci i ojczym), szczątków ciał przy drodze Rygol-Giby. Istniało podejrzenie, że są to kości ofiar Obławy. Jednak po ekshumacjach przeprowadzonych w latach 1987 i 1989 na leśnym uroczysku Wielki Bór koło Gib, okazało się, że były to zwłoki żołnierzy niemieckich. Członkowie Komitetu odwiedzili sto kilkadziesiąt miejscowości, przeprowadzili tysiące rozmów, sporządzili kilkaset kwestionariuszy osób zaginionych, zebrali dokumentację w postaci różnych pism, zaświadczeń i fotografii. Dzięki Komitetowi powstały audycje radiowe, artykuły prasowe, poświęcony Obławie film dokumentalny Jacka Petryckiego „A może tego nie wolno mówić” (1988). W 1991 r. postawiono w Gibach, na symbolicznej mogile zaginionych, Krzyż otoczony wielkimi głazami – pomnik projektu prof. Andrzeja Strumiłły z nazwiskami ofiar. Corocznie, w trzecią niedzielę lipca, odbywają się tam uroczyste obchody rocznicy Obławy.

Jednak prace Komitetu, trwające do 1995 r., nie okazały się skuteczne w ujawnieniu prawdy o Obławie Augustowskiej, niewiele również przydatne w moich dociekaniach. Zebrane materiały przekazano w 1992 r. Prokuraturze Wojewódzkiej w Suwałkach, która korzystała z nich podczas śledztwa, jakie podjęła 27 lutego 1992 r. Aby wyjaśnić okoliczności oraz losy ofiar tej zbrodni suwalska prokuratura przesłuchała wielu świadków, zabezpieczyła sporo dokumentów, ale wobec braku odpowiedzi władz Rosji i Białorusi o pomoc prawną, zawiesiła śledztwo już 5 listopada 1992 r. (czyli po 8 miesiącach). Materiały te są dziś w białostockim IPN, ale są enigmatyczne i wnoszą niewiele nowego. Trzeba jednak przyznać, że były pierwsze, stąd należy docenić pracę członków Komitetu.

  

Czy może nam Pani zdradzić, co będzie tematem kolejnej książki i kiedy się jej można spodziewać?

 

Na razie o tym nie myślę, muszę nieco odpocząć od tragicznych tematów. Ale na pewno powrócę do Obławy Augustowskiej, gdy zostaną odkryte miejsca, gdzie zakopano ofiary z lipca 1945 r.

 


 

Biblioteka Publiczna w Sejnach, Starostwo Powiatowe oraz Fundacja Historia i Kultura zapraszają na promocję książki dr Teresy Kaczorowskiej „było ich 27”.

Promocja odbędzie się 17 lipca (piątek) o godzinie 17.00 w ogrodach im. Chiune Sugihary przy ZSO w Sejnach.

Spotkanie z autorką uświetni swoimi pieśniami bard obławy augustowskiej, Grzegorz Kucharzewski.

 

  


 

Teresa Kaczorowska

Dziennikarka, prezes Klubu Publicystyki Kulturalnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, prozaik i poetka, dr nauk humanistycznych, badacz polskiego dziedzictwa kultury, animatorka kultury. Autorka wielu artykułów prasowych i naukowych w Polsce i zagranicą, aktualnie jest redaktorką naczelną rocznika „Ciechanowskie Zeszyty Literackie” Współpracuje z „Rzeczpospolitą” (magazynem „Plus Minus”) i „Forum Dziennikarzy”. Napisała kilkanaście książek, w tym poświęconych m.in. zbrodni katyńskiej, Obławie Augustowskiej,  emigracji polskiej oraz znanym Polkom XX wieku.  Uhonorowana licznymi nagrodami i odznaczeniami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta” oraz  Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”.

 

 

 

 

 

Piosenka literacka – recital Ewy Błoch

Zapraszamy na koncert Ewy Błoch zarejestrowany w ramach cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”.  W swoim repertuarze artystka posiada wiele utworów wybitnych polskich poetów i kompozytorów. Sama też tworzy muzykę do wartościowych tekstów.

 

 

Ostatnia szansa – JERZY KŁOSIŃSKI o repolonizacji mediów

Temat repolonizacji mediów był wielokrotnie poruszany za rządów PiS. Sam napisałem na portalu SDP kilka komentarzy w tej sprawie jako ostrzeżenie, że w Polsce mamy sytuację wręcz patologiczną, która zagraża naszej suwerenności. Ale strach decydentów przed dekoncentracją mediów przeważał, bo „co powie zagranica”…

 

Niestety, nic w tej sprawie nie zrobiono i narracja rzekomego łamania demokracji w Polsce płynęła wielką rzeką przez lata w mediach zdominowanych przez kapiatał zagraniczny, głównie niemiecki. Na tej narracji wyworzyło się też tak znaczące poparcie dla Rafała Trzaskowskiego, szczególnie w dużych miastach, gdzie media odgrywają większą rolę niż w  Polsce lokalnej.

 

Obecny powrót  do tematu został wywołany bezpardonowym  atakiem w czasie kampanii prezydenckiej na Andrzeja Dudę przez największą gazetę codzienną „Fakt”, wydawaną  od prawie 17 lat przez niemiecko-szwajcarski koncern Axel Springer. W 2018 roku w komentarzu  zacytowałem znamienny przykład z  „Gazety Pomorskiej”, wydawnej w Bydgoszczy przez spółkę niemieckiego koncernu Verlagsgrupe Pasau, gdy  była trzecia rocznica urzędowania Andrzeja Dudy. Wówczas redaktor naczelny tego największego dziennika w województwie kujawsko-pomorskim  pod tytułem: „Prezydent (nie)dobrej zmiany” napisał, że prezydentura Andrzeja Dudy wypada „ponuro”, na tle poprzednich udanych, prezydenta Kwaśniewskiego („wyrósł niemal na prezydenta intelektualistę”) czy Komorowskiego ( „historia zapisze go bez wstydu”). I że Andrzej Dudastoi na straży populistycznego teatru, służącego tylko wzmocnieniu obozu rządzącego, który mając zapędy autorytarne” doprowadza do tego, że  „demony nacjonalizmu, ksenofobii i kompulsywnych ryków ONR-owców oddalają nas poza granice nowoczesnego świata, grożą wyjściem z Unii Europejskiej”.

 

Jeśli w 20 regionalnych dziennikach  grupy „Polska Press sp.z o.o., które wydają największe dzienniki regionalne w 15 (na 16) województwach, podobne treści ukazują się od co najmniej 5 lat, to co się dziwić, że „Fakt” pozwolił sobie na ten zupełnie już brutalny i kłamliwy atak. Prezydent Andrzej Duda został dotknięty do żywego, nic dziwnego, że zareagował mówiąc, że nie będą nam Niemcy wybierali prezydenta.  Atak dziennika „Fakt” został wzmocniony komentarzem redaktora naczelnego niemieckiego dziennika „Die Welt”, który chciałby „porozmawiać z panem  Dudą„, sugerując, że w Polsce rządzycy łamią wolnośc mediów na wzór  innych „autokratów, despotów i dyktatorów„. Miarka po raz kolejny się przebrała.

 

Mamy w kraju dominację mediów niemieckich w prasie (oprócz 20 dzienników regionalnych, 150 tygodników lokalnych), w internecie (Onet i ogromną ilość lokalnych witryn internetowych), i silną stację telewizyjną też w rękach obcego kapitału. Kształtowanie opinii publicznej oddaliśmy w dużym stopniu kapitałowi niemieckiemu, a polscy redaktorzy muszą słuchać wytycznych (lub się wsłuchiwać intuicyjnie w wytyczne) z Berlina, który dba o swoje interesy, a przecież my powinniśmy dbać o swoje.

 

Potrzebujemy zatem ustawy dekoncentracyjnej (czyli ochrony krajowego rynku medialnego tak jak to jest we Francji czy Niemczech), to jest pierwszy potrzebny krok, ale drugi powinien dotyczyć ustawy ułatwiającej grupowanie rodzimego kapitału medialnego. Muszą być stworzone odpowiednie warunki do powstawania prywatnego lub społecznego kapitału medialnego w Polsce, który stanie się przeciwwagą dla obecnej dominacji koncernów zagranicznych.

 

W 2018 roku napisałem zdanie, które cudem się nie sprawdziło, dzięki zdrowemu rozsądkowi tzw. zwykłego Polaka, nie otumanionego kłamliwą narracją. Warto je dziś zacytować, bo tylko cud sprawił, że się nie sprawdziło 12 lipca: „Media wrogie polskiej racji stanu nie tylko dominują w kraju, kapitał, które je wydaje (w tym po części krajowy) toczy od wygranych wyborów przez prezydenta Andrzeja Dudę i PiS totalną wojnę z polskimi władzami szczebla krajowego i prędzej czy później przy tak zmasowanej kanonadzie wojnę mogą wygrać, ale przegramy my jako Polska.”

 

Mamy ostatnią szansę doprowadzić do normalności na polskim rynku mediów, jeśli  teraz nie przeprowadzimy repolonizacji mediów, to następnym razem już gros opinii publicznej może być po stronie kapitału niemieckiego.

 

 Jerzy Kłosiński

Repolonizacja i co dalej? – pyta WOJCIECH POKORA

„(…) Na nic jęki III RP – dotrzymamy słowa: Nie dla (tu flaga Unii Europejskiej i Niemiec) Green Deal, repolonizacja mediów, reprywatyzacja, reforma wymiaru sprawiedliwości i samorządu terytorialnego (…)” – napisał na Twitterze wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski. Do jego słów odniósł się Jarosław Gowin zapowiadając, że idea repolonizacji mediów wymaga dyskusji wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy. Zdaniem Gowina nie jest to zły pomysł, jednak proces ten powinien odbyć się na zasadach rynkowych, podobnie jak w przypadku repolonizacji sektora bankowego. Czy jednak repolonizacja jest antidotum na wszystkie bolączki mediów?

 

Męczarnia zwana Polską, zdjęcie goryla z podpisem Prawdziwy Polak, Psycho Polak, Polak poganin, twarz Zbigniewa Ziobry w ciemnych okularach stylizowana na Wojciecha Jaruzelskiego z tytułem Cyngiel Kaczyńskiego to okładki „Newsweeka”. „Polityka” też bawiła się tą konwencją, jednak w roli Jaruzelskiego obsadzono Jarosława Kaczyńskiego dając tytuł Prezes Kaczyński ogłasza stan wojenki. W minionym tygodniu „Polityka” zasłynęła jednak z innej okładki, wyglądającej jak plakat wyborczy jednego z kandydatów i wielkim tytułem Trza iść. Tygodnik, wówczas jeszcze „w Sieci” zasłynął okładką z Tomaszem Lisem w niemieckim mundurze i różańcem w zakrwawionej dłoni z tytułem Prawie jak Goebbels, ale też Piotra Kraśki w mundurze generała Jaruzelskiego z tytułem Medialny zamach stanu.

 

Nie ujmuję w tym zestawie wszystkich tygodników pojawiających się na polskim rynku prasy, omijam te skrajne, typu „Fakty i Mity” czy „Nie”, bo tu trzeba by stworzyć jakąś oddzielną kategorię i nazwać ją równie brzydko, jak brzydkie jest uprawiane w tych tytułach dziennikarstwo. Chociaż na pewno na uwagę, jako fenomen socjologiczny, zasługuje ich wysoka sprzedaż. Można je z powodzeniem obarczyć winą za rozkwit hejtu i języka nienawiści w Polsce w czasach, zanim pojawiły się media społecznościowe, w których swój głos mogli zabrać, całkowicie poza wszelką kontrolą m.in. dziennikarze i politycy. Niestety wielu z nich zaczęło mówić językiem „Nie” i przenosić ten styl do mediów głównego nurtu.

 

Tygodniki opinii z definicji zajmują się tematami, które już opinia publiczna zna. Mają generalnie charakter społeczno-polityczny, a zamieszczane w nich treści mają za zadanie wywierać na opinii publicznej odpowiednie reakcje i postawy. Tygodniki opinii pełnią też funkcje propagandowe. I tu nikt nie ma złudzeń, i żadna partia ani żadna redakcja takiego tygodnika nie wyprze się, że są tytuły światopoglądowo i politycznie bliższe jednym formacjom, a inne drugim. To nie jest polska specyfika, to specyfika tego segmentu rynku. Czytelnicy oczekują, że ktoś ich utwierdzi w ich własnych przekonaniach i je ugruntuje. Da im amunicję do rodzinnych spotkań przy stole i wyjścia na piwo z kolegami z pracy. Obserwowałem wiele prób wymiany poglądów w takich magazynach i najczęściej kończyły się one fiaskiem. Albo czytelnicy w złości komentowali w Internecie, że linia redakcyjna się zmienia w niekorzystnym kierunku i pora pożegnać się z tytułem, albo oczekiwali dwugłosu, w którym głos reprezentanta ich poglądów będzie dominujący. Trzeciej opcji nie ma. Nikt nie jest symetrystą i nikt symetrystów nie lubi. Chyba, że symetrystów ze wskazaniem, takich „naszych”, ale mających na tyle wyrobioną pozycję, by móc od czasu do czasu wskazać na błędy i wypaczenia naszej strony barykady. Ale znów nie za często, bądźmy poważni, przecież w sprawach zasadniczych „mamy rację”.

 

Nieco inną rolę pełnią dzienniki. One z założenia powinny przynosić czytelnikom informacje, nie opinie. Chociaż dość wcześnie zauważono, że mimo wszystko, kto ma wpływ na prasę, na to co ona zamieszcza, a co przemilcza, na dobór autorów i tematów, ten może mieć wpływ na masy a przez nie na władzę. Oczywiście w demokracjach. W krajach autorytarnych wystarczyło kierować nastrojami tak, by się przy władzy utrzymać. W demokracjach, dzienniki miewają siłę obalania rządów i prezydentów i wpływania na wybór ich następców. Oczywiście samorządowców też. Dlatego nie ma co się obrażać, że media, zwane przecież nie bez przyczyny IV władzą, z tych uprawnień korzystają. Po części taka jest ich rola. Ujawniać nieprawidłowości, patrzeć władzy na ręce, opisywać rzeczywistość taką, jaką ona jest. Chodniki są krzywe i leją się ścieki do rzeki? Kto, jeśli nie prasa, ma o tym pisać? Samorząd realizuje inwestycję i buduje nowy fragment drogi – to też temat. Powinien interesować tych samych czytelników. Wypaczeniem, które obserwujemy jest to – oczywiście w dużym uproszczeniu – że jedne gazety piszą o dziurach, inne o remontach, a czytelnicy widzą przez ich pryzmat dwa różne miasta, dwie różne Polski. Z czego to wynika?

 

Zarówno tygodniki, jak i dzienniki, a także telewizje i wydawnictwa mają swoich właścicieli. To nie są zazwyczaj filantropi, to biznesmeni. Zajmują się handlem. Sprzedają egzemplarze swoich gazet, ale sprzedają także miejsca w wydawanych przez siebie czasopismach. O ile ze sprzedażą egzemplarzową nie ma trudności, bo materia jest prosta do analizy, o tyle sprzedaż treści i miejsc reklamowych to wielkie pole do nadużyć. I jest niestety nadużywane. Wydawcy doskonale się orientują jakie treści trafiają do której grupy odbiorców i kto jest gotów sfinansować utwierdzanie danych grup w ich poglądach. Jedni celują w środowiska narodowe lub patriotyczne, inni w wyborców PiS, są tacy, którzy szukają miejsca w centrum i ci, którzy okopali się po lewej stronie, jedni bardziej, inni mniej skrajnej. Ponieważ dzisiejsza Europa, chociaż nie tylko ona, bardzo silnie skręciła w lewo, i wiele rządów ma lewicowych przedstawicieli, i reprezentanci tych krajów mają wpływ na politykę Unii Europejskiej, media w tych krajach także w dużej mierze są lewicowe. Bo chcą być sprzedawane i opłacane. Tyczy się to także dużych koncernów medialnych, które posiadają swoje tytuły w innych, niż macierzyste krajach. I tu pojawia się problem repolonizacji mediów w Polsce.

 

W najbardziej gorącym okresie kampanii wyborczej, dziennik „Fakt” opublikował okładkę na której umieścił wizerunek urzędującego prezydenta i kandydata na ten urząd w kolejnych wyborach Andrzeja Dudy wraz z wielkim tytułem: Trzymał córkę, bił po twarzy i wkładał jej rękę w krocze. Mniejszymi literami, ze względów procesowych zapewne, dopisano jakieś zdanie zmiękczające przekaz. To bez znaczenia. Chodziło o uderzenie w kandydata na prezydenta. Przy okazji uderzono w urzędującego prezydenta RP. Oczywiście ta okładka to wyjątkowy skandal, i słusznie zareagowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich potępiając sposób przedstawienia historii pedofila i jego rodziny. Cel był jeden, wywołać szok i zarobić pieniądze. Przy okazji celem numer dwa mogło być doprowadzenie do zmiany władzy na taką, która się odwdzięczy reklamami. Bo o pieniądze w tym wszystkim chodzi. Nie o idee. Wcześniej „Fakt” uderzył w byłego premiera Leszka Millera obrzydliwym tytułem Ojciec wybrał politykę, a syn sznur. Po co miałby to robić, gdyby nie o sprzedaż chodziło?

 

W moim przekonaniu repolonizacja jest placebo, którym chcemy uleczyć rynek mediów w Polsce. Faktem jest, że poziom wyprzedaży polskich tytułów zachodnim koncernom medialnym nie jest normalny, tak jak nienormalny był poziom wyprzedaży spółek skarbu państwa z obszarów strategicznych, czy bankowości. Na pewno przywrócenie w Polsce ładu właścicielskiego, leży w naszym interesie. Jednak ważne jest, czego się po tym zabiegu spodziewamy. Bo jeśli ktoś myśli, że repolonizacja spowoduje, że wszystkie media zaczną mówić jednym głosem, to nie rozumie rynku medialnego. Zwróćmy uwagę, że np. wydawcą tygodnika „Nie” jest spółka Urma Sp. z o.o., z polskim kapitałem, którego właścicielem jest Jerzy Urban. Repolonizacja nie zamknie mu ust. Czesi proces, do którego przymierzają się Polacy, mają już za sobą. Co się zmieniło? Dziennikarze z którymi rozmawialiśmy w ramach konferencji i wizyt studyjnych realizowanych przez SDP przekonywali, że gdy media były w niemieckich rękach, cieszyli się większa niezależnością dziennikarską. Ale to specyfika czeska. Niekoniecznie musi tak być w Polsce. Jednak przykład Czech ważny jest z jeszcze jednego powodu. Media po zmianie właścicieli zasiliły portfolia lokalnych oligarchów dając im duże narzędzie polityczne. I to jest niebezpieczeństwo, na które trzeba zwracać uwagę, bo mamy już przykład „Rzeczpospolitej”, która co prawda została sprzedana polskiemu kapitałowi, ale wprost powiązanemu politycznie z jedną opcją. Ocena tego ruchu była jednoznacznie negatywna.

 

A inne tytuły? Przecież one nie mają w Polsce zachodnich nadzorców. Tomasz Lis, wbrew sugestiom tygodnika „w Sieci” nie stoi nad zespołem redakcyjnym w hitlerowskim mundurze i nie dyktuje dziennikarzom faksów nadanych z Berlina. Kolejne wydania tygodników i dzienników układają polskie zespoły redakcyjne, zarówno na poziomie ogólnopolskim jak i na poziomie lokalnym, mimo że należą w dużej mierze do niemieckich koncernów. Układają je pod płatnika. I to jest najsmutniejsza prawda. Tam gdzie samorząd szczodrze sypie do kasy wydawcy, tam od razu ma to odzwierciedlenie w treści. Trudno dziś o jakąkolwiek niezależność poszczególnych tytułów (nie mówię, że nie ma niezależnych dziennikarzy), gdy rynek reklamowy jest spolaryzowany. Gdy u władzy było PO-PSL „Gazeta Wyborcza” puchła od dodatków i treści. Po zmianie władzy puchnie ktoś inny. Za trzy, pięć, dziesięć lat sytuacja się odwróci i Skarb Państwa sfinansuje tytuły obsługujące wyborców partii wówczas rządzącej. I nie ma znaczenia kto jest na końcu łańcucha pokarmowego, Niemiec, Polak czy Amerykanin. Z jednym wyjątkiem. I jeśli miałbym sugerować kierunek, w którym należy spojrzeć, to proponowałbym wschód.

 

Sputnik czy RT (znany do 2009 jako Russia Today) to nie są media w znanym w naszym kręgu kulturowym rozumieniu. To kremlowskie kanały propagandowe, założone lub przejęte i przeorganizowane przez Władimira Putina i podległe mu resorty. Jeśli jakieś obce mocarstwo ma poprzez swoje media bezpośredni wpływ na czytelników w naszym kraju to bardziej stawiałbym tu na Rosję a nie Niemcy. Bo jeśli chodzi o Niemcy, to praprzyczyną zmian linii redakcyjnych przejmowanych przez nie tytułów nie jest ambasada Berlina w Warszawie a pieniądze i obrany przez nie target. Ten sam, w który celują w całej Europie – lewicowy, wyznający tzw. wartości europejskie w miejsce narodowych, mający w pogardzie kulturę i tradycję własnego narodu. Tak z grubsza, bo przecież nie wszyscy ich czytelnicy wprost w ten sposób się dziś identyfikują, i nie wszystkie tytuły realizują taką linię redakcyjną. Ale taki obraz wyłania się po analizie chociażby okładek najpopularniejszych tytułów należących do zachodniego kapitału. Ich okręty flagowe ostrzeliwują wartości, do których w Polsce przywiązujemy wagę. Jednak tu, w odróżnieniu od tzw. mediów rosyjskich, problem leży nie w tym, kto jest właścicielem danego tytułu, a w tym, dzięki komu ten właściciel zarabia.

 

Wojciech Pokora

Od dziennikarza do filmowca. Trzy rozmowy z twórcami

O swojej pracy Krzysztofowi Skowrońskiemu opowiadają dziennikarze, którzy kręcą filmy dokumentalne. Powyżej rozmowa z Jolantą Hajdasz, autorką trzech dokumentów o abp. Antonim Baraniaku.  Jest to kolejne wydarzenie z cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom” organizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w ramach programu „Kultura w sieci”.

 

Rozmowa z Mariuszem Pilisem, autorem m.in. filmu „Sprawiedliwość”, nagrodzonego Główną Nagrodą Wolności Słowa SDP 

 

 

Rozmowa ze Zbigniewem Rytelem, autorem filmów o tematyce sportowej

 

 

 

 

 

Listek figowy – ŁUKASZ WARZECHA o stanie świadomości młodych dziennikarzy

Mimo mojego upodobania do szukania słabych stron – jak chcą niektórzy: marudzenia – dzisiaj postaram się być choć trochę optymistyczny. Oto Wirtualne Media porozmawiały z kilkorgiem dziennikarzy w okolicach trzydziestki – a więc jedno pokolenie niżej niż moje – pytając ich o to, jak widzą przyszłość zawodu i co sądzą o tym, jak dziś wyglądają polskie media. Zapytano siedmioro młodych dziennikarzy: Esterę Flieger z Ngo.pl i OKO.Press, Pawła Kapustę ze Sportowych Faktów WP, Łukasza Rogojsza z Gazeta.pl, Maryjkę Szurowską z 300gospodarka.pl, Jakuba Wiecha z Energetyka24.pl, Kamila Tureckiego z Onetu i Patryka Słowika z „Dziennika Gazety Prawnej”. Z tej grupy śledzę aktywność i znam teksty trojga: Estery Flieger, Jakuba WiechaPatryka Słowika.

 

Lektura całego tekstu Wirtualnych Mediów pokazuje dwie kwestie. Po pierwsze – że młodzi dziennikarze wiedzą, na czym polegają problemy polskiego dziennikarstwa i dobrze wskazują, co powinno się zmienić. Po drugie – że ich deklaracje to jedna rzecz, ale praktyka to coś całkiem innego.

 

Zacznę od drugiego punktu, bo tu szczególnie groteskowy jest przypadek Łukasza Rogojsza. Powiada on: „Uczono mnie, że podstawą pracy dziennikarza jest obiektywizm, otwartość umysłu, niuansowanie, dbałość o szczegóły. Że zawsze powinniśmy przedstawiać możliwie wiele punktów widzenia i dawać głos wszystkim stronom. Nie chodzi o to, że dziennikarz nie może zabierać głosu i wyrażać swoich opinii. Chodzi o to, żeby robił to w uczciwy dla odbiorcy sposób, a więc nazywając opinię opinią, a nie przedstawiając ją jako jedyną słuszną wersję wydarzeń. Dzisiaj publicystyka – w polskich realiach bardzo wybrakowana, przewidywalna i odtwórcza – zlewa się z dziennikarstwem newsowym, informacyjnym, a czasami nawet śledczym. Efekt tego jest taki, że na końcu odbiorca kompletnie nie wie, co jest faktem, a co opinią. Zresztą co do faktów też już przestaliśmy się zgadzać. Każde »plemię« ma własne i jest mu z tym dobrze”.

 

Według niego [Rogojsza] wielu starszych kolegów i koleżanek myli dziennikarstwo z polityką. – Zwłaszcza ci zajmujący się na co dzień polityką i tematyką społeczną”.

 

Właściwie mogę się pod tym podpisać niemal bez uwag. Problem w tym, że Rogojsz (którego dawno temu zablokowałem na Twitterze z powodu jego agresywnie antypisowskich komentarzy) pracuje w portalu, który jest modelowym przykładem wszystkich wad, na które się zżyma. Szefowie redakcji gazety, która jest integralną i najbardziej reprezentacyjną częścią koncernu, do którego należy będący jego miejscem pracy portal, są żywą ilustracją tezy o myleniu dziennikarstwa z polityką. Gdy poczyta się Rogojsza na Twitterze, można odnieść wrażenie, że to konto całkiem innej osoby niż autora wypowiedzi, przywoływanych przez Wirtualne Media.

 

Obawiam się, że to casus reprezentatywny dla wielu młodych dziennikarzy: wygłaszają poglądy jak najsłuszniejsze, bo czują, że tak trzeba, a także traktując je jako listek figowy, zarazem w realnym życiu robiąc coś całkiem innego. Gdyby Rogojsz traktował własne słowa poważnie, powinien natychmiast złożyć w Gazeta.pl wypowiedzenie i skasować konta w mediach społecznościowych, których zawartość niewiele odbiega od poziomu Soku z Buraka. Lecz w takich przypadkach ma miejsce racjonalizacja własnego wyboru. Jestem pewien, że każdy w podobnej sytuacji będzie twierdził, że przestrzega chwalebnych, słusznych zasad i może nawet będzie o tym faktycznie przekonany. Zarazem praktyka nie będzie mieć z tym nic wspólnego.

 

Ale jest też punkt pierwszy. Przepytywani dziennikarze, jako się rzekło, rozumieją, co jest z mediami nie tak: brak odseparowania opinii od informacji, oddanie się w pacht partyjnym interesom, posunięta do absurdu plemienność. I przyznać trzeba, że niektórzy wyciągają z tych spostrzeżeń wnioski. Wspomniana przeze mnie wcześniej trójka młodych tak właśnie robi.

 

Flieger ma lewicowe poglądy, ale potrafi wychodzić poza swoją bańkę, umie rozmawiać, nie ma w niej zaciekłości. „Ponadto pojęcie »symetryzmu« stało się pałką, którą dziennikarze jasno opowiadający się po jednej ze stron stosują, by walić po głowie niezainteresowanych myśleniem plemiennym” – zauważa słusznie. Gdy mówi, że dziennikarz powinien opowiadać się za wartościami, a nie za kandydatami, w katalogu wartości, jakie wymienia, widzimy oczywiście wzór charakterystyczny dla lewej strony, ale w tym nie ma nic złego. Dziennikarz, a już zwłaszcza publicysta, zawsze ma jakieś poglądy. Jest różnica między posiadaniem poglądów, nawet wyrazistych, a wspieraniem partii.

 

Wiech uprawia dziennikarstwo nowego typu, na które popyt wydaje się rosnąć: wysoko wyspecjalizowane – zajmuje się bowiem energetyką. I robi to naprawdę bardzo dobrze – wiem to, bo zdarzało mi się zapraszać go do moich programów jako gościa, a było i tak, że to ja byłem gościem Wiecha jako jeden z rozmówców jego projektu, dotyczącego podejścia do spraw klimatycznych. Młodego dziennikarza spotkały za to zresztą wyrzuty ze strony klimatystów – bo jak to, zapraszać do rozmowy „denialistę klimatycznego”, czyli kogoś, kto śmie się nie zgadzać z obowiązującą narracją?! To była ze strony Wiecha dziennikarska odwaga i chęć pokazania innego punktu widzenia. Doceniałem i doceniam.

 

Oczywiście w każdej dziedzinie, również w dziennikarstwie specjalistycznym, w tym dotyczącym tak czułej sfery jak energetyka, możliwe jest pisanie nie zgodnie z najlepszym rozeznaniem i wiedzą, ale na polityczne zamówienie. Wiech jest jednak ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewał.

 

Słowik to bardzo solidny dziennikarz, zajmujący się między innymi zagadnieniami prawnymi, który umie swoje sympatie polityczne schować do kieszeni tak głęboko, że nie mam pojęcia, do kogo na politycznej scenie mu najbliżej. W rozmowach, również w mediach społecznościowych, zawsze kulturalny, daleki od plemiennego zaangażowania niektórych, również piszących o tych samych kwestiach. A o takie zaangażowanie bardzo łatwo, bo przecież ład prawny jest jednym z najgorętszych frontów od ponad czterech lat.

 

Gdybym miał wskazać, jakiego typu dziennikarze dają nadzieję, że być może nie jesteśmy na drodze tylko w jedną stronę, to wskazałbym tych troje – i jeszcze znalazłoby się trochę podobnych. Mając za sobą blisko 25 lat pracy w zawodzie, chciałbym chuchać i dmuchać na tych, którzy nie poszli na łatwiznę. Choć najłatwiej zrobić dzisiaj karierę, jasno deklarując przynależność do plemienia. Tym, którzy tego konsekwentnie odmawiają, jest niełatwo, nawet jeśli mają już pozycję i markę – by wskazać choćby Piotra Zarembę czy Piotra Skwiecińskiego, który z dziennikarstwa po angielsku wyszedł, ale, mam nadzieję, kiedyś do niego wróci.

 

Mimo swojego wrodzonego realizmu, który każe być pesymistą, mam szczerą nadzieję, że ludzie tacy jak Flieger, Słowik czy Wiech wytrwają i nie pozwolą się skorumpować rzeczywistości. A jeśli takich ludzi dziś około trzydziestki będzie więcej – kto wie, może stworzą pozytywną masę krytyczną?

 

Łukasz Warzecha

Pytanie o trwałość zmian – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI analizuje raport PAP

Na ile zmiany w pracy dziennikarzy okażą się trwałe? Czy media wykorzystały szansę na potwierdzenie swojej wartości, jako źródeł wiarygodnej informacji? Jakie wnioski płyną z raportu „Praca dziennikarza w czasie koronawirusa i lockdown”?

 

Dziennikarstwo w czasie epidemii

 

Zagadnienia dotyczące funkcjonowania świata mediów w dobie pandemii zostały poruszone na portalu SDP.PL nim premier Mateusz Morawiecki z ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim poinformowali, że rozpoczynamy narodową kwarantannę. Wiele branż musiało wówczas omalże z dnia na dzień zmienić tryb pracy. Reporterzy znaleźli się na pierwszej linii frontu realizując najważniejszą misję mediów, czyli przekazywanie informacji, a tych o charakterze pilnym i ważnym było po prostu mnóstwo: od danych na temat rozprzestrzenianiu się epidemii i metod jej zapobiegania, po zmieniające się zasady funkcjonowania firm i instytucji. Dziennikarze byli też traktowani jako grupa potencjalnych nosicieli zarazy. Ekipy telewizyjne narzekały, że nie chcą ich wpuszczać do budynków, a nawet są tacy, którzy oczekują, że będą mogli potwierdzić, że nie są chorzy. Tymczasem, na szczęście, dotychczas zakażeń wśród dziennikarzy nie było wiele. Na przykład w świętokrzyskim odnotowano jeden przypadek, a informacja o tym, że chory relacjonował dwa dni wcześniej wiec wyborczy zelektryzowała region[1]. W okresie pandemii z rynku zniknęła część gazet. Spora grupa postanowiła błyskawicznie przenieść swoje treści (i czytelników) do Internetu. Do tego dołączyły: reżim sanitarny, praca zdalna i dodatkowa dawka stresu wynikająca z dużo częstszych połączeń online na żywo z ekspertami i zaproszonymi gośćmi. Zmian było wiele, a pytanie o to na ile będą trwałe?, zapewne długo pozostanie aktualne. Z tym większym zainteresowaniem przyjęliśmy raport „Praca dziennikarza w czasie korona wirusa i lockdown” przygotowany przez Polską Agencję Prasową we współpracy z Instytutem Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego, który niedawno ujrzał światło dzienne[2].

 

O raporcie „Praca dziennikarza w czasie korona wirusa i lockdown”

 

Raport PAP i IRSI jest pierwszym tak obszernym materiałem, który analizuje sytuację mediów i dziennikarzy w dobie pandemii. Autorzy opracowania liczą, że będzie on stanowił podstawę do  wyciągania wniosków na przyszłość i prognozowania. W dokumencie znajdziemy odpowiedzi na trzy zasadnicze kwestie – zmiany w funkcjonowaniu mediów w związku z pandemią, współpracy z branżą Public Relations i skutki fali fake news’ów. Podkreśla to zdanie, które Łukasz Świerżewski członek zarządu PAP, zawarł we wstępie: Celem badania było stwierdzenie, jak zmieniają się sposoby pozyskiwania i weryfikacji informacji przez dziennikarzy, zwłaszcza wobec powszechności fake news. Profesor Dariusz Tworzydło z Uniwersytetu Warszawskiego dodał: Badania dowodzą, że w wielu obszarach narzędziowych będą to zmiany trwałe.

 

Uwaga na temat trwałości jest dziś szczególnie interesująca, ponieważ dotyczy szeregu sektorów gospodarki. Z jednej strony pandemia wzmocniła np. rynek sprzedaży online i spopularyzowała tę formę handlu. Z drugiej natomiast przed pandemią „shopping” z jego rytuałami (mierzeniem ubrań, rozmowami z personelem, przerwami na kawę etc.) stanowił hobby dla tysięcy ludzi, a dla pytania: „hobby shopping” Google daje dziś prawie miliard odpowiedzi. Czy zatem obecny trend jest sytuacją wymuszoną i czasową, czy też miłośnicy shopping’u porzucą swoje zadeklarowane hobby? Czas pokaże.

 

Media dały radę!

 

W świetle przywołanego raportu w opinii większości badanych media dały sobie radę w czasie pandemii i lockdown’u. Odpowiedzi „raczej tak” i „zdecydowanie tak” stanowią aż 74% wszystkich. Negatywne oceny wyniosły tylko 13%. W tym miejscu należy zauważyć, że w grupie docelowej dominowali dziennikarze portali Internetowych, które stanowiły główne miejsce pracy dla 43,7% badanych. Dla portali w ogóle (uwzględniają osoby pracujące w jednej niż jedna redakcji) pracowało 73,7% ankietowanych. Warto spojrzeć na średni wynik odpowiedzi udzielonych dla kwestii: „Branża dziennikarska dobrze dopasowała się do sytuacji pandemii”, który wyniósł 3,79. Najwyższy był w przypadku pracowników radia 3,9%, co zaskakujące wobec stwierdzenia w innej części dokumentu, że dokuczliwie odczuli oni ograniczenia w kontakcie bezpośrednim z rozmówcami (tak samo jak przedstawiciele redakcji mediów lokalnych i regionalnych). Średnia odpowiedzi pracowników portali internetowych wyniosła 3,81. Poniżej przeciętnej oceny wystawili dziennikarze reprezentujący prasę drukowaną 3,76%, a najgorzej ocenili dopasowanie do nowej sytuacji pracownicy telewizji – 3,58.

 

Wśród badanych dziennikarze prasy drukowanej stanowili drugą pod względem liczebności grupę (parząc przez pryzmat głównego miejsca zatrudnienia) stanowiącą 31% wszystkich. Radiowców było 18,4%, przedstawicieli telewizji i telewizji internetowej 6,9%, a reprezentantów internetowego radia nie było w ogóle.

 

Zdolnie i zdalnie

 

Raport potwierdza znaczenie pracy zdalnej. Istotna grupa (65%) badanych zgodziła się ze stwierdzeniem: „w czasie pandemii obserwuję większą dostępność rozmówców poprzez zdalne formy komunikacji”. Ponad połowa respondentów (59%) potwierdziła, że stan epidemii wymusza szybsze niż dotychczas przekazywanie komunikatów. W kontekście pracy zdalnej 58% dziennikarzy stwierdziło, że „wymuszone przez pandemię przestawienie na zdalne formy komunikacji w pracy” nie odbiło się negatywnie na ich pracy. Jednocześnie 57% podało, że pracuje teraz więcej niż dotychczas.

 

W tym miejscu warto przywołać opinię dr Anny Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, autorki „Raportu z badania dotyczącego pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19”[3]. Brzmi ona tak:

 

WAŻNE: Powyższy wykres pokazuje natężenie niebezpiecznych zmiennych, które sprzyjają wypaleniu zawodowemu. Jeszcze nie wiemy, kiedy wrócimy do normalności, ale wygląda na to, że te osoby, które teraz pracują z domu będą potrzebowały solidnego urlopu. Od wszystkiego! (s. 5). Do tych negatywnych czynników autorka zaliczyła przede wszystkim: brak bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami (prawie 70% badanych), zacieranie się granicy między pracą a życiem osobistym (54%), poczucie bycia cały czas w pracy (41%), trudność skupienia ze względu na obecność innych domowników (35%) i rezygnacja z przerw podczas pracy (30%). Warto zwrócić uwagę na tę drugą stronę zjawiska, zwłaszcza po pierwszych hurraoptymistycznych opiniach skoncentrowanych na korzyściach, opartych o badania przeprowadzone w pierwszym tygodniu po lock down’ie[4].

 

Trudności i radości

 

Uczestnicy badania „Praca dziennikarza w czasie koronawirusa i lockdown” zapytani zostali o dodatkowe spostrzeżenia na temat wpływu pandemii na świat mediów. Poza związanymi z nim kłopotami finansowymi, redukcjami zatrudnienia i problemami wydawnictw i prasy tradycyjnej, badani zwrócili uwagę na chaos i trudności w komunikacji. Uwaga ta zajęła wysoką drugą pozycję. Chyba można się w niej domyślać wspomnianej na wstępie niniejszego artykułu nieufności czy nawet strachu wobec dziennikarzy, traktowanych jako potencjalnych roznosicieli wirusa. Co z kolei wynikało z przeświadczenia, że reprezentanci świata mediów spotykają się w ciągu dnia pracy z bardzo różnymi ludźmi, robią również materiały spod ognisk pandemii, czy szpitali jednoimiennych. Niestety wprost o tę kwestię pomysłodawcy raportu nie zapytali.

 

Dziennikarze stwierdzili również, że zaufanie społeczne do ich pracy w dobie pandemii wzrosło – tak uważało 31% respondentów, lub pozostało przynajmniej bez zmian (43%). Zgodzili się też ze stwierdzeniem, że czas epidemii wywołał niespotykaną falę fake newsów i, że w związku z tym dokładniej weryfikują otrzymywane informacje.

 

Zmiany

 

Konieczność funkcjonowania w wymuszonych warunkach wprowadziło w funkcjonowaniu redakcji liczne zmiany, co raport „Praca dziennikarza w czasie koronawirusa i lockdown” potwierdza. Na ile okażą się one trwałe, to kwestia otwarta. W marcu ceniony bloger i ekspert w dziedzinie mediów Maciej Budzich na swoim profilu na LinkedIn odnotował pozytywne przeobrażenia zachodzące w mediach, a właściwie w ich ofercie, takie jak programy poradnikowe z udziałem ekspertów, informujące o dbaniu o swoje zdrowie w czasie pandemii. Po raz pierwszy od lat dyskusja na temat oferty Telewizji Polskiej tocząca się stale na ulicach i w mediach społecznościowych  nie dotyczyła tylko sposobu prezentowania polityki, ale programów edukacyjnych. Zgodnie z raportem „Jakich informacji szukają Polacy w dobie koronawirusa?” przygotowanym na zlecenie LoveBrands Relations aż 60% badanych przyznało, że zwiększyło częstotliwość korzystania z mediów[5], oczekując przy tym też innych treści niż związane z COVID-19. W tym kontekście TVP udowodniła, że ma bogate archiwa, a kibice mogli raz jeszcze przeżyć triumfy polskich reprezentacji w piłce nożnej, czy siatkówce, w czasie, gdy żadna liga nie grała. Niestety jednocześnie z rynku zniknęła istotna grupa tytułów wydawanych drukiem. Sam upadek tradycyjnej prasy ogłoszono przy tym po raz kolejny. Niestety w ofercie mediów nie zabrakło też materiałów, które miast uspokajać i informować potęgowały, poczucie niepewności i strachu.

 

Co z tych zmian zostało? Kanały ogólnoinformacyjne już w maju skoncentrowały się na polityce krajowej i wróciły do dawnego rytmu. Coraz częściej zaczęły pojawiać się sygnały o znużeniu pracą zdalną w opcji pełnoetatowej. „2 Tygodnik Kielecki”[6] 12 czerwca po kwartale dostępności tylko w sieci wrócił do wydania papierowego. Redaktor naczelna Agnieszka Rogalska uzasadniła to w następujący sposób: takie były oczekiwania odbiorców w tym subskrybentów. Zgodnie z założeniami sprzed dwóch lat jesteśmy gazetą bezpłatną. W związku z lockdown’em przetrwaliśmy w Internecie, ale teraz wracamy do realizacji złożonego planu dystrybucji.

 

Raz jeszcze warto postawić pytanie o trwałość następujących zmian. Zachęcamy do lektury całego raportu dostępnego na stronie Polskiej Agencji Prasowej[7]. Wszyscy, którzy chcą wyrobić sobie opinię na temat tego z czym mieliśmy i w pewnym stopniu wciąż mamy, do czynienia powinni też sięgnąć po artykuły publikowane na bieżąco na portalu SDP.PL[8]. Dopiero to da pełny obraz zmieniającej się sytuacji i nowych wyzwań, od ostrzeżeń „jak nie być hieną w czasach koronawirusa”, po rewolucyjne zmiany w świecie reportażu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] http://www.naszekielce.com/?q=pracownik_kieleckiej_redakcji_z_covid – dostęp 10.07.2020 r.

[2] https://sdp.pl/znamy-wyniki-badania-pap-na-temat-zmian-w-pracy-dziennikarzy-w-czasie-pandemii-koronawirusa/ – dostęp 10.07.2020 r.

[3] A. Dolot, Raportu z badania dotyczącego pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19, Kraków 2020.

[4] Np. https://www.rp.pl/Praca/200329622-Co-trzeci-zdalny-pracownik-nie-wroci-juz-do-biura.html – dostęp 10.07.2020 r.

[5] http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/156978,,badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja-polacy- – dostęp 10.07.2020 r.

[6] https://2tk.pl/ – dostęp 10.07.2020 r.

[7] https://centrumprasowe.pap.pl/raporty/# – dostęp 10.07.2020

[8] Między innymi (kolejność chronologiczna):

https://sdp.pl/jak-nie-byc-hiena-w-czasach-koronawirusa-opinia-magdaleny-kawalec-segond/

https://sdp.pl/dziennikarstwo-w-czasach-zarazy-felieton-wojciecha-pokory/

https://sdp.pl/msza-w-czasie-epidemii-ks-artur-stopka-o-tym-jak-dziennikarze-przelewaja-na-odbiorcow-zle-emocje/

https://sdp.pl/dziennikarstwo-przez-skypea-komentarz-lukasza-warzechy/

https://sdp.pl/prasa-drukowana-moze-umrzec-na-koronawirusa-prognozuje-miroslaw-usidus/

https://sdp.pl/potrzebny-jest-program-pomocy-mediom-uwaza-lukasz-warzecha/

https://sdp.pl/przezyja-ale-nie-wszyscy-pawel-bobolowicz-o-ukrainskich-media-w-czasie-epidemii/

https://sdp.pl/poradnictwo-w-czasie-zarazy-magdalena-kawalec-segond-o-tym-co-media-pisza-o-koronawirusie/

https://sdp.pl/fakehunter-czyli-jak-zostalem-lowca-fejkow-wyjatkowo-wazna-analiza-miroslawa-usidusa/

https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/

https://sdp.pl/zdalna-praca-nie-zastapi-goscia-w-studiu-rozwazania-lukasza-warzechy/

https://sdp.pl/dziennikarze-i-epidemia-jak-zyc-analiza-piotra-koscinskiego/

https://sdp.pl/rynek-pracy-epidemia-i-media-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/

https://sdp.pl/pandemia-i-cyfrowy-kontynent-ks-artur-stopka-o-kosciele-w-sieci/

https://sdp.pl/jak-covid-19-wyskakiwal-z-lodowki-magdalena-kawalec-segond-o-mediach-w-czasie-pandemii/

https://sdp.pl/ks-artur-stopka-pandemia-i-zapominana-misja-mediow/

https://sdp.pl/rewolucja-olga-mickiewicz-adamowicz-o-reportazu-w-czasach-pandemii/