Być może służby zapewniły Jarosława Ziętarę, że będzie chroniony – rozmowa z ALEKSANDRĄ TABACZYŃSKĄ

Być może ktoś zapewnił młodego reportera, że zajmując się niebezpiecznymi tematami będzie chroniony. Być może powiedziano mu: pomożemy Ci, jeżeli coś będzie się działo, jesteśmy tuż obok Ciebie…Być może Ziętara uwierzył – mówi Aleksandra Tabaczyńska, która otrzymała Nagrodę Specjalną Fundacji Solidarności Dziennikarskiej za publikacje „Bliżej prawdy o śmierci za prawdę”, „Zabójstwo Jarosława Ziętary – procesu ciąg dalszy” oraz „Proces ochroniarzy – podsumowanie roku 2019” ukazujace się w „Wielkopolskim Kurierze Wnet”.

 

Otrzymała pani Nagrodę Specjalną Fundacji Solidarności Dziennikarskiej za publikacje „Bliżej prawdy o śmierci za prawdę”, „Zabójstwo Jarosława Ziętary – procesu ciąg dalszy” oraz „Proces ochroniarzy – podsumowanie roku 2019”, które ukazały się w „Wielkopolskim Kurierze Wnet”. Podobno Aleksander G. zwrócił pani w sądzie uwagę, że w jednym z tekstów o Jarosławie Ziętarze pojawiła się literówka?

 

Mam okazję zamienić kilka słów z odpowiadającym z wolnej stopy oskarżonym właściwie za każdym razem, gdy jest rozprawa. Aleksander G. chętnie przyznaje, że czyta medialne relacje z procesu. I rzeczywiście tak musi być, skoro znalazł błąd i mnie o nim poinformował. Tego dnia podszedł do mnie na korytarzu w czasie przerwy i powiedział o literówce. Stara się robić dobre wrażenie. Chętnie rozmawia z dziennikarzami, sam je inicjując i bardzo otwarcie wyraża swoje uznanie dla naszej pracy. Przyjęłam jednak zasadę, że nie zbieram komentarzy ani od żadnej ze stron ani świadków, tylko skupiam się na tym, co wybrzmiewa na sali sądowej.

 

Przypomnijmy, że toczą się dwa procesy dotyczące dziennikarza „Gazety Poznańskiej” Jarosława Ziętary, który we wrześniu 1992 r. został porwany i prawdopodobnie zamordowany. Pierwszy ma odpowiedzieć na pytanie czy były senator Aleksander G. podżegał do zamordowania i pomocnictwa w sprawie zabójstwa Jarosława Ziętary. Drugi proces ma wskazać, czy ochroniarze zatrudnieni w holdingu Elektromis „Lala” i „Ryba” brali udział w uprowadzeniu Ziętary i przekazali go zabójcom. Jak wyglądają te procesy?

 

Świadkowie powołani na dany dzień rozprawy stawiają się lub nie, bo nieobecności oczywiście też się zdarzają. Są to osoby niekarane lub byli przestępcy czasem też w trakcie odbywania kary więzienia. Ci ostatni przywożeni są w asyście policji, w kajdankach. Od wielu świadków, na wniosek którejś ze stron sąd odbiera przyrzeczenie prawdomówności, a czasem wystarcza tylko pouczenie. Zeznania są ustne, zaczynają się od odpowiedzi na pytania o imię, nazwisko, wiek, zawód oraz z jakiego źródła i co jest wiadome świadkowi w przedmiocie sprawy. W związku z tym, że wyjaśnienie dramatycznych losów Jarosława Ziętary trwa 28 lat to praktycznie wszyscy świadkowie już wcześniej składali wyjaśnienia na policji lub w prokuraturze. Sędzia odczytuje protokoły zeznań i świadek bądź je potwierdza bądź dopowiada, albo w części odwołuje. Wyjaśnia wtedy powody zaistniałej sytuacji. Kolejnym punktem są odpowiedzi na pytania sądu i stron: prokuratora, oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary, brata Jarka i obrońców oskarżonych.

 

Emocje na sali sądowej są duże?

 

Na sali sądowej jest powaga i pełna skupienia atmosfera. Przynajmniej na tych rozprawach, w których uczestniczyłam. A uczestniczyłam we wszystkich sprawach w procesie ochroniarzy. Jeśli chodzi o sprawę Aleksandra G. to relacjonowałam te, które odbyły się w 2019 roku, a proces trwa od 2016 roku. Jednak nie da się nie przeżywać tych rozpraw. W straszny sposób zamordowano dziennikarza, a na sali bardzo często obecny jest brat Jarka. Szczególnie makabryczne, a jednocześnie dramatyczne są zeznania odsiadującego dożywocie Macieja B. pseudonim Baryła. Na jednej z rozpraw sala, w której odbywał się proces Aleksandra G. była bardzo mała. Tuż przy drzwiach stały ławki wypełnione publicznością, a wśród nich dziennikarze i studenci. Naprzeciw zasiadał skład sędziowski, a wzdłuż bocznych ścian ulokowano z jednej strony prokuratora i oskarżyciela, a z drugiej obrońcę wraz z oskarżonym. Wprowadzono Macieja B. w asyście uzbrojonych po zęby i zamaskowanych policjantów. Sam Baryła miał skute ręce i nogi. Drobił drobnymi kroczkami na przeznaczone mu miejsce. Musiał przejść w odległości może pół metra od odpowiadającego z wolnej stopy, siedzącego swobodnie Aleksandra G. Ze względów technicznych wyprowadzono Macieja B., potem znów go wprowadzono i takich „spacerów” tego dnia odbyło się kilka. Mogę sobie tylko wyobrazić ile emocji kosztują takie rozprawy ludzi, których one bezpośrednio dotyczą. Czułam też rodzaj współczucia patrząc na tych, którzy lwią część swojego życia tak strasznie zmarnowali innym i sobie. Baryła twierdzi, że boi się o bliskich i prosił o wyłączenie jawności sprawy. Sprawa jednak została jawna. Maciej B. miał także pretensje do dziennikarzy relacjonujących proces, którzy pisali, że Baryła może odwołać zeznania – co już raz zrobił – z obawy o życie. Maciej B. przekonywał, że on się nie boi o siebie tylko o rodzinę. Podkreślał to nie raz.

 

I prawdopodobnie dlatego wycofywał zeznania.

 

To bardziej skomplikowane. Maciej B. twierdzi, że zawiódł go prokurator, który obiecał mu akt łaski. Zeznania odwołał kiedy zorientował się, że z obietnic nic nie wyjdzie. Jednak nie mógł się pogodzić z medialną narracją mówiącą, że się boi o życie. Trzeba też przyznać, że chociaż od wielu lat siedzi w więzieniu, wygląda na bardzo silnego i sprawnego fizycznie mężczyznę. Zapewne też ma wysoką, stabilną pozycję w więzieniu. Zelektryzowała mnie też inna jego odezwa do dziennikarzy. Zacytuję: Ja nie pogrążyłem żadnego bandziora czy gangstera tylko klawisza i ubeka. Bił ludzi. Był dobry w biciu ludzi gdy był klawiszem. Ciągle piszecie najbogatszy, senator, a to klawisz i ubek. Jego pogrążyłem.

 

Zgadza się pani z jego opinią?

 

Coś w tym jest. Senat i kantory to tylko wycinek z życia Aleksandra G. Był przecież również aktywistą PZPR, etatowym pracownikiem SB, a także absolwentem Uniwersytetu Marksizmu i Leninizmu.

 

Jest znany termin kolejnej rozprawy? Czy ze względu na epidemię koronawirusa dziennikarze będą mogli się na niej pojawić?

 

Rozprawy w obu procesach zaplanowane są na wrzesień. Jednak w dalszym ciągu obowiązują obostrzenia związane z covid-19, a więc ograniczenia również co do obecności dziennikarzy na rozprawach. Jednak do września jest jeszcze trochę czasu i być może zostaną uchylone obowiązujące na dziś zarządzenia. Wiem, że Centrum Monitoringu Wolności Prasy zwróci się do sądu z prośbą o zgodę na obecność obserwatora w mojej osobie.

 

Obrońca oskarżonych ochroniarzy „Ryby” i „Lali” dwukrotnie albo trzykrotnie składał do sądu wniosek, żeby rozprawy odbywały się z wyłączeniem jawności, przez co dziennikarze nie mogliby obserwować i relacjonować wydarzeń z sali sądowej.

 

Zarówno prokurator jak i brat dziennikarza Jacek Ziętara za każdym razem protestują przeciw wnioskom o wyłączenie jawności. Sąd, na szczęście, nie przychyla się do wniosków oskarżonych. Rozmawiałam, nieoficjalnie, z obrońcą ochroniarzy, który ubolewał nad złą pracą dziennikarzy relacjonujących proces. Oceniał, że informacje prasowe na temat procesu są opatrzone komentarzami, a świadkowie mają wiedzę o sprawie wyłącznie z mediów. Aleksander G. też w rozmowach z dziennikarzami narzeka, że nie mają oni dostępu do akt sprawy, bo gdyby mieli to być może „rozumieliby” więcej.

 

Czego się pani z tej sprawy dowiaduje o Polsce? Czy na jej podstawie można wysnuć wnioski na temat tego, co działo się w Polsce na początku lat 90., czyli m. in. na temat złodziejskiej prywatyzacji i rozwoju przestępczości zorganizowanej?

 

Tak, ponieważ sprawa pokazuje, jak rozwijał się wielki polski biznes w latach 90., jak właściciele warsztatów samochodowych czy osoby trenujące sporty walki w milicyjnym klubie Olimpia Poznań, z dnia na dzień, czasem w tajemniczych okolicznościach stawali się poważnymi biznesmenami, albo przynajmniej ludźmi majętnymi.

 

Świadkowie zeznając przed sądem twierdzą, że nie wiedzieli o uprowadzeniu i zabójstwie Jarosława Ziętary. Niektórzy twierdzą nawet, że nigdy nie słyszeli o Ziętarze. Ciekawe…

 

Większość świadków poza Baryłą i byłym funkcjonariuszem Urzędu Ochrony Państwa Jerzym U., który według poznańskich mediów był naocznym świadkiem porwania, twierdzą, że nie mają żadnej wiedzy o sprawie. Niektórzy świadkowie, poza zeznającymi policjantami,  twierdzili, że dopiero niedawno dowiedzieli się o sprawie Ziętary, ale powołują się na media. Jedynie 78 letni Walerian P., który do dziś związany jest z krajową branżą tekstylną, pomimo, że wyjechał z Polski już w 1963 roku, nic nigdy o Ziętarze nie słyszał. Walerian P. mieszka w Niemczech, a do Polski przyjeżdża głównie w interesach. Był związany z polskimi firmami odzieżowymi, z których większość już nie istnieje. O sprawie Jarosława Ziętary nic nie wie nawet z prasy. Tu jednak warto dopowiedzieć, że według poznańskich mediów, Walerian P. był bohaterem artykułu autorstwa zamordowanego dziennikarza, który ukazał się na łamach „Wprostu” na początku lat 90. Chodziło o tekst dotyczący „wspólnika in blanco” oraz tzw. „białego Żyda”. Pytany o te epitety przez prokuratora Walerian P. oświadczył, że nie słyszał by tak go nazywano oraz zaprzeczył, by to mogło chodzić o jego osobę. Wspomniany tekst, jak donoszą poznańskie media, zahaczał o interesy służb specjalnych i świadek miał zabiegać o jego sprostowanie. Ostatecznie takie ukazało się we Wproście, zredagowane pod nieobecność Ziętary i bez jego wiedzy. Jarosław Ziętara odszedł z tygodnika.

 

A czego pani nie dowiedziała się na sali sądowej?

 

Nie wybrzmiewa udział służb specjalnych w sprawie. Próbował na to zwrócić uwagę podczas przesłuchania redaktor Sylwester Latkowski. Być może coś więcej zawierają zeznania byłego funkcjonariusza UOP Jerzego U. ale te zostały utajnione. Trudno dziś przesądzić czy wątek zostanie jeszcze podjęty. Nikt z głównych aktorów procesów, czyli świadkowie i oskarżeni nie są zainteresowani, żeby dywagować na temat udziału tajnych służb w sprawie.

 

Co przemawia za udziałem w sprawie Ziętary służb specjalnych? Jaki mógł być ten ewentualny udział?

 

Jarosław Ziętara był młodym, 26-letnim chłopakiem. Lata 90. to czas, gdy służby przekształcały się i tworzyły. A młodość ma to do siebie, że brak jej doświadczenia oraz bywa idealistyczna i często też zwyczajnie naiwna. Być może ktoś zapewnił młodego reportera, że zajmując się niebezpiecznymi tematami będzie chroniony. Być może powiedziano mu: pomożemy Ci, jeżeli coś będzie się działo, jesteśmy tuż obok Ciebie…Być może Ziętara uwierzył. Dziennikarze z jego otoczenia mówili, że zawsze miał bardzo dobre informacje. Oczywiście to mogą być tylko moje domysły, ale nie sposób zignorować tego wątku.

 

Może dlatego utajniono zeznania byłego funkcjonariusza UOP Jerzego U.?

 

Myślę, że z obawy o bezpieczeństwo świadka i jego bliskich. Prawdopodobnie wniosek o wyłączenie jawności złożył prokurator. Ile Jerzy U. wie, a ile powiedział i co powiedział może kiedyś się dowiemy. Dziś to tylko spekulacje. Oczywiście, wielu świadków, którzy znali lub współpracowali z Jerzym U. dyskredytują jego osobę. Można zaobserwować również próbę podważenia słów Baryły. Nie będzie łatwo sądowi ocenić wiarygodność składanych zeznań. To jest bardzo trudny proces.

 

„Baryła” nie był świadkiem zabójstwa Jarosława Ziętary, ale poznał przebieg sprawy od swojego przyjaciela Dariusza L. „Lewego”.

 

Znał tę historię z drugiej ręki. Baryła twierdzi, że Lewy uratował mu życie. Kiedy Baryła pojawił się przed domem w miejscowości Chyby pod Poznaniem, gdzie według niego niszczono szczątki Ziętary, Lewy kazał mu szybko uciekać. Dariusz L. zginął w wypadku samochodowym, krótko po zniknięciu dziennikarza, bo w listopadzie 1992 roku. Środowisko Elektromisu przekonuje, że to zdarzenie, podobnie jak inne zgony ochroniarzy, było nieszczęśliwym wypadkiem. Ale nie brak też głosów, że Lewy był pierwszą osobą z holdingu „uciszoną” za sprawę Jarka.

 

Prawdopodobnie to był zainscenizowany wypadek samochodowy. Ale zmienię wątek rozmowy, dlaczego biznesmen Mariusz Ś. nie zgodził się na badanie wariografem? Czy ma powody, żeby czegoś się obawiać?

 

Nie chciałabym odpowiadać za kogoś, ale na jego miejscu pewnie też bym się nie zdecydowała na badanie wariografem. On nie jest oskarżonym, ale świadkiem. A np. Maciej B., ps. Baryła co jakiś czas mówi, że może się poddać badaniu, wręcz doprasza się wariografu. Wszystko zależy od tego, co kto ma do powiedzenia, albo czego nie chce powiedzieć.

 

Jak się pani przygotowywała do opisania tej sprawy?

 

Akt nie czytałam, ponieważ nie mam do nich dostępu. Przeczytałam książkę Krzysztofa M. Kaźmierczaka i Piotra Talagi „Sprawa Jarosława Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”. Na sprawie pojawiłam się z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na prośbę dyrektor Jolanty Hajdasz. Poza tym, pochodzę z Poznania i dobrze pamiętam tę historię.

 

Znała pani Jarosława Ziętarę?

 

Studiowaliśmy na różnych uczelniach, ale w tych samych latach i w tym samym mieście. Jednak nie miałam okazji poznać Jarka osobiście. O jego istnieniu dowiedziałam się we wrześniu 1992, z gazet i telewizji. Tuż po tym jak go uprowadzono.

 

Rozmawiał TOP

 

Papierowa stabilność – ks. ARTUR STOPKA o wpływie pandemii na model biznesowy prasy katolickiej

Pandemia silnie dotknęła w Polsce tygodniki katolickie. Ma to związek nie tylko ze szczególną formą ich dystrybucji, ale także z realizowaną koncepcją biznesową.

 

Jeszcze w lutym br. wszystko było po staremu. Jak od wielu lat, na czele comiesięcznego rankingu sprzedaży tygodników opinii znajdował się „Gość Niedzielny”. To katolickie i kościelne pismo, ukazujące się od prawie stu lat w Katowicach. Nie jest jednak periodykiem o zasięgu lokalnym, lecz ogólnopolskim. W wielu polskich diecezjach rozprowadzany jest z poświęconymi im dodatkami. O dłuższego czasu niezmiennie był liderem bardzo ważnej grupy czasopism. Tej, która w sposób znaczący kształtuje opinię publiczną w naszym kraju.

 

„Gość Niedzielny” jest nie tylko pismem katolickim, to znaczy takim, którego treści są aprobowane przez Kościół katolicki, ale jest również pismem kościelnym, czyli wydawanym przez Kościół. Jego wydawcą jest Instytut Gość Media, który grupuje media należące do archidiecezji katowickiej. Do marca 2015 publikowało go Wydawnictwo Kurii Metropolitalnej w Katowicach „Gość Niedzielny”. Informacja dotycząca wydawcy jest istotna, ponieważ – choć nie wprost – ma pewien związek z dystrybucją pisma.

 

Tąpnięcie

 

W marcu nastąpiło tąpnięcie. Sprzedaż „Gościa Niedzielnego” spadła o niemal 38 proc. Pismo straciło pierwsze miejsce w rankingu. Z danych Polskich Badań Czytelnictwa „Audyt ZKDP” można się dowiedzieć, że wyprzedziła je „Polityka”. W kwietniu było jeszcze gorzej. GN znalazł się na trzecim miejscu, już nie tylko za „Polityką”, ale również za „Newsweekiem Polska”. Spadek sprzedaży „Gościa” wyniósł prawie 45 proc.

 

Po latach dominacji w comiesięcznych notowaniach, taki wynik daje do myślenia. Łatwo się zorientować, że chodzi nie tylko o trwającą od pewnego czasu tendencję spadkową, dotykającą segment tygodników opinii. Chodzi również o pandemię COVID-19. Uderzyła ona cały rynek prasy w Polsce, jednak – jak wynika z danych PBC – żaden inny uwzględniany w nich tygodnik opinii nie ucierpiał z jej powodu aż tak bardzo. Co się stało?

 

Zamknięte kościoły

 

Problemem okazało się coś, co dotychczas uważane było za nadzwyczajny atut nie tylko „Gościa Niedzielnego”, ale również innych kościelnych czasopism. To dodatkowy kanał dystrybucji. „Gość” sprzedawany jest nie tylko w kioskach, empikach itp. W znacznej części nakładu rozprowadzany jest za pośrednictwem parafii. Wierni najczęściej kupują go w niedzielę, przed kościołem, wychodząc z cotygodniowej Mszy św.

 

Związane z epidemią obostrzenia dotknęły również religijnej sfery życia Polaków. W wielu miejscach kraju zaowocowały nie tylko drastycznym graniczeniem liczby wiernych mogących uczestniczyć we Mszach św., ale skutkowały faktycznym zamknięciem świątyń dla wiernych. Skoro nie przychodzili do kościoła, nie kupowali też sprzedawanych przed nim periodyków.

 

Dramatyczne skutki

 

Rozwój wydarzeń w związku z zakażeniami COVID-19 zaskoczył kościelne tygodniki w Polsce. Poszczególne redakcje i wydawcy zareagowali w różny sposób. Niektórzy mimo wszystko nadal starali się kolportować swoje pisma przez sieć parafialną. Inni, w tym „Gość Niedzielny”, czasowo zrezygnowali z tej formy dystrybucji. „Skutki nowej sytuacji są dla nas dramatyczne” – przyznał zastępca redaktora naczelnego GN Andrzej Grajewski. Apelując do czytelników o kupowanie pisma w kioskach i w sieci przyznał, że dystrybucja przez parafie była gwarantem stabilności ekonomicznej tygodnika. I nie tylko jego. Także wszystkich innych dzieł prowadzonych przez Instytut Gość Media, czyli Radia eM, „Małego Gościa Niedzielnego” oraz dwóch portali internetowych – gosc.pl o wiara.pl.

 

To bardzo ważna informacja. Pokazuje ona faktyczny model biznesowy, na którym oparte jest funkcjonowanie sporej grupy mediów będących w dyspozycji Kościoła katolickiego w Polsce. Uprawnione wydaje się przypuszczenie, że sprzedaż wydań papierowych czasopism (lub książek) stanowi finansową bazę także szeregu innych kościelnych mediów w naszym kraju. Nie tylko spowodowane pandemią obostrzenia skłaniają do pytania o realne możliwości przetrwania środków komunikowania, którymi dysponuje w naszej Ojczyźnie Kościół. Od wielu lat utrzymuje się na rynku prasy tendencja nazywana potocznie „odchodzeniem od papieru”. Wydawcy szukają nie tylko innych form dotarcia do odbiorców, ale również sposobów monetyzacji rozpowszechnianych treści.

 

Cyfrowa subskrypcja

 

Tygodnik „Polityka” pochwalił się kilka dni temu, że ma już 20 tys. prenumeratorów cyfrowej subskrypcji. Piotr Zmelonek, dyrektor wydawniczy „Polityki” komentując tę wiadomość zwrócił uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, budowanie takiej formy  obecności w obszarze cyfrowym wymaga konsekwencji i czasu. Po drugie, odbiorcom trzeba przedstawić ofertę komplementarną, wzajemnie się uzupełniającą. W przypadku „Polityki” integruje ona treści z cotygodniowych wydań papierowych „Polityki”, czasopism, serwisu Polityka.pl oraz blogów autorów związanych z tygodnikiem. Wydawca umożliwia też korzystanie z treści audio w postaci kilkunastu udźwiękowionych tekstów z numeru oraz redakcyjnych podkastów.

 

Żaden z wydawanych w Polsce w formie papierowej tygodników nie ogłosił dotychczas porównywalnego osiągnięcia. A przecież np. „Gość Niedzielny” (ale nie tylko on) dysponuje bardzo wieloma komponentami, które mogłyby się złożyć na atrakcyjną płatną ofertę cyfrową. Posiada też duży zespół dziennikarzy, pozwalający na tworzenie treści „premium”, które mogłyby zainteresować inną grupę odbiorców niż czytelnicy papierowego wydania tygodnika.

 

Nakładające się tendencje

 

Dywersyfikacja źródeł finansowania jest dzisiaj w sferze mediów koniecznością. Cytowana wyżej wypowiedź Andrzeja Grajewskiego pokazuje, że jeśli chodzi o kościelne środki komunikacji, jest to potrzeba pilna, by nie powiedzieć paląca. Nie tylko ewentualna druga fala pandemii i konieczność wprowadzenia podobnych obostrzeń, jak wiosną, może wywołać w kościelnych mediach efekt domina i postawić pod znakiem zapytania istnienie nie tylko papierowych wydań czasopism, ale też szeregu powiązanych z nimi dzieł medialnych. Trzeba brać pod uwagę jeszcze dwa zjawiska.

 

Jedno z nich już zostało wyżej wspomniane. To powolny, ale systematyczny spadek liczby czytelników drukowanej prasy. Drugie dotyczy czasopism kościelnych, sprzedawanych w parafiach po niedzielnych Mszach świętych. Publikowane m. in. przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC dane pokazują stopniowe zmniejszanie się grupy wiernych uczestniczących co tydzień w nabożeństwach. Nałożenie się tych dwóch malejących tendencji jest realnym powodem do niepokoju o los będących w dyspozycji Kościoła środków przekazu.

 

Po zniesieniu większości dotyczących życia religijnego obostrzeń w maju „Gość Niedzielny” szybko odzyskał znaczną część sprzedaży. W stosunku do kwietnia br. sprzedaż wzrosła o prawie 35 proc. Najprawdopodobniej już wkrótce ponownie zajmie pierwszą lokatę w rankingu tygodników opinii. Jednak pandemia w sposób szczególny uwypukliła potrzebę znacznie bardziej perspektywicznego myślenia w sferze kościelnych mediów. A co najmniej przygotowania na mniej lub bardziej przewidziane okoliczności planu B.

 

ks. Artur Stopka

W poszukiwaniu odmiennych stanowisk – ŁUKASZ WARZECHA o repolonizacji mediów

Trudno powiedzieć, żeby toczyła się poważna dyskusja na temat repolonizacji czy też dekoncentracji mediów (ostatnio politycy PiS znów używają tego pierwszego określenia, z którego w poprzednich latach zrezygnowali), choć temat znów jest gorący. Sprawa sprowadza się niemal bez wyjątku do rytualnych, wiecowych pohukiwań.

 

Na portalu SDP pisałem krytycznie o planach repolonizacji już kilkakrotnie. Ostatnio w większym tekście na portalu Onet.pl. Ze strony zwolenników tej operacji nigdy nie doczekałem się rzeczowej polemiki. Każda, jaka się pojawia, opiera się na przekonaniu, że „wszystko jest jasne”, że niczego w związku z tym nie trzeba dowodzić, a także, że „tak jest na Zachodzie”.

 

Zwłaszcza ten ostatni argument jest chętnie używany, nie tylko w tej zresztą sprawie – tak jakby z samego faktu, że coś gdzieś istnieje miało wynikać, że jest to dobre. Ale i tutaj toniemy w półprawdach i schematach, bo „na Zachodzie” wcale nie jest tak, jak twierdzą zwolennicy repolonizacji.

 

Podstawowa kwestia to ta, że kraje UE nie mogą ograniczyć obecności na swoich rynkach firm z wewnątrz Unii, ponieważ łamałoby to jedną z czterech podstawowych, traktatowych wolności unijnych: wolność przepływu kapitału. Jeśli zatem ktoś wyobraża sobie – a można odnieść wrażenie, że tak chcą sprawę przedstawiać niektórzy polscy politycy – że da się po prostu wyrzucić z polskich mediów zagraniczny, głównie niemiecki kapitał – ten się zasadniczo myli. Zresztą w ogóle wyobrażenie, że można sobie wyselekcjonować jeden kraj pochodzenia kapitału i zabronić mu wstępu do danego sektora (chyba że jest to sektor ustawowo – i w uzgodnieniu z Komisją Europejską – uznany za strategiczny, ale nawet wtedy nie można blankietowo zakazać „wstępu” kapitałowi z jakiegokolwiek kraju UE), jest rodem z bajek.

 

Państwa członkowskie UE mogą natomiast działać na dwa sposoby. Pierwszy to wprowadzanie generalnych i dotyczących wszystkich w takim samym stopniu reguł antykoncentracyjnych – musiałyby one zatem obejmować również polskich właścicieli. Drugi, to ograniczanie udziału w mediach kapitału spoza UE.

 

W zapowiedziach repolonizacji powtarza się, że ma być „jak w Niemczech i jak we Francji”. To znów nieprawda. Aż 23 kraje w UE nie mają żadnych ograniczeń dla udziału zagranicznych (pozaunijnych) podmiotów w mediach – a literalnie żadne z państw członkowskich, jako się rzekło, nie może ograniczać udziału kapitału z wewnątrz Unii.

 

Wśród krajów, które żadnych ograniczeń tego typu, czyli dotyczących nieunijnych podmiotów, nie mają, są również Niemcy. Dlatego będący obiektem ataku ze strony władzy w Polsce koncern Ringier Axel Springer jest po połowie własnością niemiecką i szwajcarską. Szwajcarską, a więc europejską, ale spoza UE, a nawet spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, do którego Szwajcaria nie należy. Z kolei posiadający połowę udziałów w Ringier Axel Springer AG koncern Axel Springer SE jest w tej chwili w ponad 47 proc. (największy udziałowiec) własnością amerykańskiego funduszu KKR. Zatem twierdzenie, że Niemcy systemowo chronią swój rynek medialny przed zagranicznymi udziałowcami jest zwyczajnie nieprawdziwe. W dodatku KKR to fundusz z USA, a nie trzeba wyjaśniać, że niemiecka opinia publiczna nie jest do Stanów Zjednoczonych tradycyjnie nastawiona przesadnie entuzjastycznie.

 

Oczywiście w Niemczech zdecydowana większość mediów jest w niemieckich rękach, ale nie wynika to z ochrony ustawowej, tylko z siły niemieckiego kapitału i nasycenia rynku. Do tego dochodzą innego rodzaju regulacje, utrudniające wchodzenie na ten rynek nowych podmiotów medialnych, na przykład związane z dystrybucją prasy, ale – uwaga – mowa tu o wchodzeniu nowych podmiotów, a nie o nabywaniu udziałów w już istniejących, jak to się stało w przypadku koncernu Axel Springer.

 

Najdalej idące limity istnieją we Francji, ale znów – najbardziej znane z nich, ograniczające do 20 proc. udziały m.in. w wydawcy prasy (i do takiej samej wysokości prawo głosu) dotyczy tylko podmiotów spoza UE i tylko w przedsięwzięciach francuskojęzycznych. Nie obowiązuje to także w przypadku, gdy nie mamy do czynienia z nabyciem udziałów, ale z założeniem firmy od zera we Francji. Istnieją również ograniczenia dekoncentracyjne, zgodnie z którymi pojedyncza firma nie może kontrolować więcej niż 30 proc. sprzedaży gazet o zasięgu krajowym. Natomiast 51 proc. francuskich mediów drukowanych i internetowych jest własnością dużych korporacji finansowych i ubezpieczeniowych, których struktura własnościowa jest na tyle nieprzejrzysta, że tak naprawdę bardzo trudno dociec, kto je kontroluje.

 

Poza tym ograniczenia dla właścicieli spoza Unii istnieją na Cyprze, w Hiszpanii oraz w Austrii.

 

Tak więc to, co zapowiada Jarosław Kaczyński i politycy PiS – a przynajmniej w takiej formie, w jakiej jest to zapowiadane – i nie może, i nie funkcjonuje w żadnym z krajów UE. Jeśli przekonuje się wyborców, że wprowadzając jakąś formę „repolonizacji” (sam termin jest skrajnie mylący, bo przecież nie mówimy w większości o mediach, które kiedyś były polską własnością) będziemy jak Niemcy albo Francja – to mówi się im zwyczajnie nieprawdę.

 

Bardzo dobrze byłoby, gdyby – zamiast pozostawiać sprawę politykom – o planie repolonizacji czy też dekoncentracji wreszcie zaczęli dyskutować bezpośrednio tym zainteresowani, czyli dziennikarze. I najlepiej, gdyby nie była to znów kolejna dyskusja w gronie osób, które się ze sobą zgadzają, ale gdyby mogły się w niej zetrzeć odmienne stanowiska. Tyle że takie debaty nie są dzisiaj w cenie.

 

Łukasz Warzecha

Jak w „Trybunie Ludu” – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o chocholim tańcu wokół daty 22 lipca

Pałac Stalina – kiedyś opiewany przez „Trybunę Ludu”, dziś „Gazetę Wyborczą”. 22 lipca 1955 r. – ten dzień otwarcia „daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego” wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez Sowietów. 22 lipca 1944 r. i sowieckie „wyzwolenie” też znajduje uznanie na Czerskiej.

 

22 lipca 2015 r. pod hasłem „Największe urodziny w mieście”, stołeczny magistrat – wówczas pod wodzą Hanny Gronkiewicz-Waltz – reklamował cykl (tygodniowych!) imprez na cześć jubilata. Były toasty, lasery, fajerwerki, tańce i koncert Zbigniewa Wodeckiego. Równie radośnie świętowano też jubileusz osiedla Przyjaźń na Jelonkach, wybudowanego dla sowieckich budowniczych PKiN (żyli tam pod ścisłą ochroną sołdatów; 16 z nich zginęło). W „Gazecie Wyborczej”, która cieszyła się radością HGW i jej urzędników, też zapewne strzelało „sowietskoje igristoje”.

 

22 lipca 1955 r. premier rządu PRL Józef Cyrankiewicz, oraz sowiecki ambasador Pantelejmon Kondratowicz Ponomarienko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego„. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty. Tym wszystkim zachwycała się „Trybuna Ludu”. Tak jak ponurym żartem, że ponad dwa lata wcześniej – 7 marca 1953 r. – PKiN nadano imię „darczyńcy”, zmarłego dwa dni wcześniej Józefa Stalina.

 

Tak jak do PKiN, tak sentyment do PKWN, i sowieckiego „wyzwolenia” mają do dziś media w Polsce. Jakby zapominały o podstawowych faktach: że datowany na 22 lipca 1944 r. Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie był ani polski, ani nie zakładał wyzwolenia Polski, tylko jej zniewolenie. Nie powstał również i nie został ogłoszony w Chełmie, ale w Moskwie. Sankcjonował objęcie władzy w naszym kraju przez szajkę komunistycznych zbrodniarzy działających na pasku Stalina.

 

Przywołam jeden – ale jakże charakterystyczny – artykuł Michała Cichego (tak, tego samego, który napisał wcześniej „Polacy – Żydzi: Czarne karty Powstania”) pt. „1945: Koniec i Początek” (26 maja 1995). Zdaniem dziennikarza „Gazety Wyborczej” 1945 rok to „Koniec” okropnej okupacji hitlerowskiej i „Początek” prawdziwego i niemal niczym niezmąconego wyzwolenia. Cichy uznał, że twierdzenia o nowej, tym razem sowieckiej okupacji, są grubo przesadzone. Na widok Sowietów „tłum dookoła szalał z radości, obsypywał żołnierzy kwiatami, śmiał się i płakał…„. Wszyscy się cieszyli, chodzili do kin i teatrów, na zakupy, rozpoczynali naukę i pracę. Nade wszystko pili i rozmnażali się – kobiety chętnie oddawały się przygodnym mężczyznom („wyzwolenie erotyczne„), czasem dochodziło do grabieży, ale dla Rosjan rabunek był „ekonomiczną koniecznością„. Słowem – istna sielanka. Do redakcji na Czerskiej napłynęło wiele listów. Większość napisali „zwykli ludzie” w tonie entuzjastycznym: „dziękuję za bezstronny i wnikliwy opis wydarzeń po wkroczeniu Armii Czerwonej„, „żołnierze pozdrawiali nas wesoło”.

 

Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał o Pałacu Kultury i Nauki… Jan Brzechwa. I tak PKiN – symbol sowieckiego zniewolenia – trwa już kilka dziesięcioleci. Tak jak trwają nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, do dziś często z ogromnymi resortowymi emeryturami, czy ulice czerwonych patronów, których przywrócił następca HGW – Rafał Trzaskowski.

 

Ale tak jak szczęśliwie nie wszyscy zachwycają się sowieckim „wyzwoleniem” i Manifestem PKWN, tak nie wszystkim podoba się „Pekin”. Nie podobał się z pewnością twórcy tego określenia – Leopoldowi Tyrmandowi („Pekin” nawiązuje do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska).

 

I „Pekin”, czyli Pałac Stalina, nie podoba się też dziś przynajmniej części środowisk patriotycznych, które domagają się jego rozbiórki. Podobnie jak wyniesienia ze stołecznych Powązek Wojskowych komunistycznych zbrodniarzy. Aby przyjaźń polsko-radziecka przestała w końcu trwać.

Tadeusz Płużański

Sławni, bogaci i piękni – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o postrzeganiu zawodu dziennikarza

Jaki wizerunek ma zawód dziennikarza? Czy redakcje mają wizję, kogo chcą zatrudniać? Czy branża dba o przyciąganie najlepszych i pożądanych kandydatów?

 

Coroczne młodzieży wybory

 

Przełom czerwca i lipca to w Polsce czas wyjątkowy. Absolwenci szkół średnich podejmują decyzje o dalszej edukacji, a studenci ostatnich lat zaczynają poważniej myśleć o pracy. Część z nich decyduje się wówczas na karierę dziennikarską. Katarzyna Siezieniewska w swojej rozprawie doktorskiej „Zawód dziennikarza w obliczu konwergencji mediów” napisanej pod kierunkiem prof. Tadeusza Kowalskiego zauważyła, że połowa badanych nie kończyła studiów dziennikarskich (2014 r.)[1], więc bez wątpienia znaczne grono kandydatów nie pozna zawodu w toku edukacji akademickiej. Co więcej, jak zauważył prodziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach dr Tomasz Chrząstek, widać wyraźne przesuwanie się zainteresowań żaków z dziennikarstwa w stronę public relations.

 

Wydaje się, że pracę dziennikarzy i ich samych po prostu widać (lub słychać). Ekipy telewizyjne i reporterów spotkamy na ulicach miast. Zadają pytania podczas konferencji prasowych. Prowadzą programy w telewizji. Według badań opracowanych przez Wavemaker 18% młodych ludzi (18-24 lata) ogląda jednak TV tylko „dla beki”, żeby się ponabijać z programów[2]. Tradycyjna telewizja od lat traci odbiorców w wieku od 13 do 29 lat. Przechodzą w stronę VOD, podcastów, social mediów[3]. Skąd więc czerpią wiedzę o zawodzie?

 

Co o dziennikarzach wiedzą doradcy zawodowi?

 

O ile młodzi ludzie nie mają kontaktu z dziennikarzami, mogą czerpać wiedzę od szkolnych doradców zawodowych lub specjalistów ds. kariery skupionych w akademickich biurach. Skąd informacje o zawodach biorą ci eksperci? Tomasz Magnowski prezes Stowarzyszenia Doradców Szkolnych i Zawodowych Rzeczypospolitej Polskiej informuje: najczęściej z oficjalnych źródeł, czyli opisów zawartych na przykład na stronie InfoDoradca+[4]. Pytany o świadomość uczniów dodaje: skupiają się na „obserwacji sławy”, czyli postrzegają cały zawód przez pryzmat dziennikarskich celebrytów.

 

Doradcy mogą korzystać z różnych materiałów pomocniczych. Można przypuszczać, że młodych ludzi bardziej niż wspomniane opisy zainteresują multimedia. O zawarte w nich zawody medialne pytamy Renatę Dankowską prezes firmy PROGRA produkującej programy i filmy m.in. dla szkół: wśród naszych materiałów można znaleźć m.in. takie, z których zapoznamy się z zawodami medialnymi. Na przykład w serii multimedialnych prezentacji „Spacery po zawodach” w cz. 4 „Rozrywka, rekreacja, turystyka” znajdziemy prezentacje zawodów spiker radiowy oraz realizator programów telewizyjnych. Z kolei w programie komputerowym „Indywidualny Planer Kariery” zawierającym 630 opisów, znajdują się szczegółowe informacje o takich zawodach, jak: dziennikarz, fotoreporter, prezenter telewizyjny, konferansjer, spiker radiowy, kierownik produkcji filmowej/telewizyjnej/radiowej, montażysta obrazu, operator dźwięku, operator kamery, asystent operatora obrazu, operator obrazu, realizator dźwięku, realizator programu telewizyjnego/radiowego, realizator światła, reżyser dźwięku, reżyser filmowy, reżyser telewizyjny/radiowy. Na pytanie o to, kto odpowiadał za merytoryczną stronę tych opisów, informuje: doradcy zawodowi zajmujący się od lat tworzeniem informacji zawodowej i bazujących na informacjach z rynku pracy.

 

W tym miejscu warto przywołać badania przeprowadzone wśród firm aktywnych w Pomorskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Zapytano pracodawców o to, jakich chcieliby doradców, pośredniczących między nimi a uczniami, studentami i bezrobotnymi. Zgodnie odpowiedzieli: „takich, którzy rozumieją nasze potrzeby”. Poszukano więc pomysłu na to, by doradcy mogli lepiej poznać firmy i wykonywane w nich prace. Dobrym rozwiązaniem okazały się wizyty studyjne i job shadowing (staże towarzyszące, podczas których uczestnicy mogą obserwować pracę na różnych stanowiskach). Czy dziennikarstwo czasem nie potrzebuje takich rozwiązań? Wrócimy do tej kwestii w dalszej części.

 

Wizerunek dziennikarzy w kulturze popularnej

 

Skoro młodzi ludzie coraz rzadziej korzystają z mediów, a wsparcie doradcze może okazać się w tym zakresie niewystarczające, może decydujący wpływ ma wizerunek zawodu w kulturze? Gdy myślimy o obrazie dziennikarzy w filmach, co pojawia się przed naszymi oczami: „Wszyscy ludzie prezydenta”[5], „Zawód reporter”[6], „Stan gry”[7], a może Super Soul z „Znikającego punktu”[8] i Chris z „Przystanku Alaska”[9]? A jeśli te produkcje nie trafiły do młodego pokolenia? To jakich dziennikarzy widzą w swoim świecie?

 

W cyklu powieści i ich filmowych adaptacji o Harrym Potterze – młodym czarodzieju, którego postać wymyśliła pisarka J. K. Rowling główną postacią dziennikarską jest Rita Skeeter. Pisze ona dla „Proroka Codziennego” („Daily Prophet”). Za swoją działalność byłaby w świecie mugoli (nie-czarodziei) murowaną kandydatką do „Hieny Roku”, gdyż „jej artykuły przesiąknięte są jadem[10]. Kolejna postać to Ksenofilius Lovegood. Wydaje on brukowiec zatytułowany: „Żongler” („The Quibbler”) i nie płaci autorom za nadesłane teksty[11]. Kanał telewizyjny został zlikwidowany przez Ministra Magii, bo miał łamać samym swoim istnieniem „Międzynarodowy Kodeks Tajności Czarów”[12]. Dochodzi jeszcze radio, w którym można było posłuchać dobrej muzyki i informacji sportowych, ale po przewrocie politycznym (dojściu do władzy śmierciożerców ze straszliwym Lordem Voldemortem na czele) nadawało ono już tylko propagandę[13]. Powstała więc nielegalna radiostacja: Potterwarta, w której przekazywano z narażeniem życia rzetelne informacje[14]. Trzeba przyznać, że nie jest to zachęcający obraz. A jak dziennikarstwo prezentuje się w popularnych grach?

 

Kariera samotniczki

 

W The Sims 4 zawód dziennikarza stanowi element ścieżki kariery autora – informuje Julia Brzezińska, miłośniczka The Sims. Żeby moja Simka (postać stworzona w grze) szybciej odniosła sukces, ma ustawiony tryb: „samotniczka”. Pracuje głównie z domu. Ze światem zewnętrznym kontaktuje się za pośrednictwem komputera. Z kim więc rozmawia? Do konwersacji ma zainstalowaną gadającą toaletę… Ciekawostką w The Sims jest to, że łatwiej jest napisać książkę (dowolną) niż artykuł. Od czego zaczyna się ta ścieżka kariery? Od pełnienia roli asystentki pisarza.

 

Czy warto rozmawiać o wizerunku zawodu?

 

Zgodnie z prognozą demograficzną „Polska 2050” najgłębsza zapaść, pod względem liczby dostępnych kandydatów, nastąpi na rodzimym rynku już za dziesięć lat. Nie tylko pojedyncze firmy, ale całe branże myślą dziś o tym, jak wygrać wyścig o najlepszych absolwentów. Media wydają się pozostawać w tej dziedzinie mocno w tyle. Przeświadczenie, że zawód dziennikarza przecież widać, więc nie wymaga on poważniejszej promocji, może okazać się bardzo mylące. Oczywiście niektóre redakcje młodzi ludzie mogą zwiedzić (np. Polskie Radio Kielce[15]), ale od oglądania do poznania i decyzji o wyborze daleka droga. O ściślejszej współpracy mediów ze szkołami niewiele słychać, a projekt Akademii TVP z 2017 roku nie odniósł dotąd spektakularnego sukcesu[16].

 

Na koniec przywołajmy historię opowiedzianą przez Tomasza Magnowskiego – doradcę zawodowego, ale i byłego dziennikarza radiowego: – Kilka lat temu pracując już jako doradca (chwilę potem jak zrezygnowałem z dziennikarki) zaprosiłem uczniów do odbycia jednodniowej praktyki, obserwacji w jednej (mojej) z radomskich rozgłośni radiowych. Wszystko odbyło się w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Założenia uczniów przed wizytą: sławni, medialni, bogaci, rozpoznawani, piękni, wypoczęci; praca: ekscytująca, łatwa, przyjemna, kulturalna, spokojna. Efekt obserwacji: całkiem przeciwnie. Skutek: nikt już potem nie chciał pracować jako dziennikarz radiowy.

 

Wyścig o najlepszych kandydatów już dawno się rozpoczął. Media chcące utrzymać jakość, powinny mocno włączyć się do gonitwy za czołówką.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://depotuw.ceon.pl/bitstream/handle/item/892/K.%20SIEZIENIEWSKA%20-%20PRACA%20DOKTORSKA.pdf – dostęp 17.07.2020 r.

[2] https://antyweb.pl/tak-zle-jeszcze-nie-bylo-prawie-10-polakow-oglada-telewizje-dla-beki/ – dostęp 17.07.2020 r.

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ile-minut-oglada-sie-telewizje# – dostęp 17.07.2020 r.

[4] http://www.infodoradca.edu.pl/ – dostęp 17.07.2020 r.

[5] https://www.filmweb.pl/film/Wszyscy+ludzie+prezydenta-1976-11794 – dostęp 17.07.2020 r.

[6] https://www.filmweb.pl/film/Zaw%C3%B3d%3A+Reporter-1975-11956 – dostęp 17.07.2020 r.

[7] https://www.filmweb.pl/film/Stan+gry-2009-339949 – dostęp 1707.2020 r.

[8] https://www.filmweb.pl/film/Znikaj%C4%85cy+punkt-1971-30719 – dostęp 17.07.2020 r.

[9] https://www.filmweb.pl/serial/Przystanek+Alaska-1990-37531 – dostęp 17.07.2020 r.

[10] https://harrypotter.fandom.com/wiki/Rita_Skeeter – dostęp 17.07.2020 r.

[11] https://harrypotter.fandom.com/wiki/Xenophilius_Lovegood – dostęp 17.07.2020 r.

[12] https://harrypotter.fandom.com/pl/wiki/British_Wizarding_Broadcasting_Corporation – dostęp 17.07.2020 r

[13] https://harrypotter.fandom.com/pl/wiki/Czarodziejska_Rozg%C5%82o%C5%9Bnia_Radiowa – dostęp 17.07.2020 r.

[14] https://harrypotter.fandom.com/wiki/Potterwatch – dostęp 17.07.2020 r.

[15] M. Grabowska, Zawodowa kapsuła czasu Klasy 3B, „Doradca Zawodowy”, 2015, Nr 2 s. 50-51.

[16] https://www.kuratorium.lodz.pl/akademia-tvp-klasy-patronackie-tvp-w-liceach-i-technikach/ – dostęp 17.07.2020 r.

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Media – wygrani, przegrani pandemii

Jeśli zasięgi wzrosły, dlaczego dochody spadną i czy media walczą z dezinformacją, co ponoć jest ich zadaniem.

 

Na FB widziałam w czasie „szczytu” COVID-19 żart mniej więcej taki: wyobraź sobie, że jest 20 lat temu, najfajniejszym telefonem jest Nokia 3310, masz tam 4 gry, możliwość pisania sms do 450 znaków na czacie i jedyne, czego możesz tam posłuchać to 35 wbudowanych dzwonków. Jak wielu z nas przeżyłoby tę izolację bez cyfrowego radia i telewizji, smartfonów, mediów społecznościowych i Netflixa? Bez tej dookolnej cyfrowej rzeczywistości?

 

Wszyscy w kryzysie, ale na informację był popyt. Znaczy na fryzjerów też, ale oni nie mogli dostarczać legalnie usług, za to mediom nikt nie zabraniał. Gapienie się w smartfona czy tablet grozi według naukowców wieloma schorzeniami od kręgosłupa po mózg, ale nie groziło zarażeniem SARS-CoV-2 (no chyba, że ktoś nie zdezynfekował rąk i bawił się telefonem, który potem przytykał do twarzy….).  Po raz kolejny spadła wprawdzie (tym razem w ramach przerażających doniesień o trwałości wirusa w temperaturze pokojowej na kartonie aż do tygodnia) sprzedaż gazet papierowych. Na polskim rynku wręcz do niebezpiecznych dla wielu tytułów den poniżej dna. Za to informacja zdigitalizowana sprzedawała się nadzwyczaj dobrze. Jak świeże bułki szły, przynajmniej do końca maja, wszelkie newsy oraz poradnictwo okołopandemiczne. A także rozrywka. Jak najwięcej rozrywki.

 

Na polskim rynku jednak już w czerwcu ludność miała dość jakichkolwiek newsów o zachorowaniach i zgonach, jakichkolwiek doniesień popularyzujących naukę w kwestii COVID-19 i właściwie tylko informacja, że opracowano szczepionkę (której na razie nie ma i się nie zanosi) byłaby chyba w stanie zwrócić czyjaś uwagę. Jednak np. w USA, gdzie dzienny przyrost zachorowań liczy się w dziesiątkach tysięcy, zaś media to imperia, temat trwa, bo musi.  Nie tylko, że jest do czerwoności rozgrzany polityczny, ale jest po prostu codziennym dramatem społecznym. Podobnie było do niedawna w Wielkiej Brytanii, a poziom zakażeń w Indiach jest dopiero na etapie wnoszenia się ku pikowi jeszcze nie do przewidzenia. Brazylia, Rosja, Szwecja… wiadomo, że temat i tam szybko nie wygaśnie, chyba że władza okaże pogłębiającą się nerwowość i skończy się jako tako rzetelne informowanie.

 

Nie tylko jednak o czołówki prasowe chodzi. Świat po pandemii, czy ona trwać będzie, czy się skończy, nam się zmieni w bardziej zdigitalizowany i jeszcze mniej w nim będzie prywatności, a więcej inwigilacji, także w Internecie. Co to znaczy dla mediów? Kolejne, coraz doskonalsze aplikacje, będą nas śledzić nie tylko w kwarantannie. Ponieważ cyfrowy autorytaryzm Chin staje się globalny (Państwo Środka eksportuje swe technologii w tym zakresie masowo np. do Afryki), nic dziwnego, że raport „Freedom on the Net” z roku 2018 podkreślał spadek wolności Internetu już ósmy rok z rzędu. Według ówczesnego raportu amerykańskiego think tanku Freedom House, prawie jedna trzecia z 65 ocenianych krajów opracowała nowe przepisy ograniczające media internetowe. 18 rządów zwiększyło nadzór, a w sumie 26 ograniczyło wolność w Internecie. (https://towardsdatascience.com/chinas-digital-dictatorship-goes-global-bee6b093ff9b). Teraz jest tylko gorzej. Bo pandemia okazała się akceleratorem takich zmian.

 

Pod każda szerokością geograficzną i systemem rządów zmierzamy realnie w kierunku światowej cyfrowej dyktatury (Digital Imprisonment – pojęcie wprowadzone do powszechnego obiegu przez duńskiego pisarza Sorena Korsgaarda) obejmującej gromadzenie masowo danych o wszystkich, masową inwigilację, śledzenie oparte na rozpoznawaniu twarzy, społeczeństwa bezgotówkowe oparte na krypotowalutach i osłabienie społeczeństw zadłużonych (w kredytach konsumpcyjnych). Czy mass media opisują uczciwie ten pełzający, ale przyspieszający po pandemii proces?

 

Jesteśmy na to wszystko zupełnie nieprzygotowani mentalnie. Zanim pandemia się nawet pojawiła na horyzoncie, zapanowała dokoła technologia 5G i inne nowinki stawiające ludziom włosy na głowie, aż niektórzy nakładali aluminiowe czapeczki (jako peryferie nie doświadczyliśmy tego, ale taki to już urok peryferii). Jesteśmy wobec nich bezbronni informacyjnie. Szkoła nas w większości nie przygotowała do aktywnego, ze zrozumieniem uczestniczenia w cywilizacji naukowo-technicznej. W której żyjemy tak, czy siak. Czyli wszyscy mają komórki, ale prawie nikt nie wie, jak działa nie tylko telefonia cyfrowa i o co chodzi z kolejnymi G, ale nawet co to jest w istocie prąd elektryczny i jak działa. A kolejne G tuż za progiem, bo w pokowidowym świecie Internet musi „udźwignąć”’ przepływ kolejnych terabajtów informacyjnych na sekundę. Pytanie, czy media niespecjalistyczne wyjaśniają nowe technologię, zawieszę, niczym kawę w starbuniu, bo co więcej można z nim dziś zrobić owocnego?

 

Zostawię też na boku kwestię, co nam wszystkim z tych terabajtów informacji, skoro dostęp do niej nie chroni nas przed wpływem teorii spiskowych i wszelkiej innej dezinformacji, internetowych szaleńców i szarlatanów oraz fejk-newsów.

 

Nie będziemy się jednak nudzili, siedząc w związku z pandemią z „głową w telewizorze”, średnio ok. 10 proc. czasu więcej, niż dotąd. Żyjemy bowiem w oficjalnie ogłoszonym stanie wojny informacyjnej NATO-Rosja. Dowódca sojuszniczy NATO Philip Breedlove nie bez kozery nazwał sytuację w mediach i Internecie od lutego do kwietnia 2014 „najbardziej niesamowitym blitzkriegiem w historii wojny informacyjnej”. Dziś zaś przeżywamy „powtórkę z rozrywki” na tej konkretnej, medialnej arenie wojny hybrydowej, którą obserwujemy non stop od agresji Rosyjskiej na Krymie w 2014 roku. Na okoliczność COVID-19 wypuszczana jest w nasza stronę – skutecznie – ta sama w swej naturze dezinformacja, tak samo szybko, w tych samych celach i z tych samych mediów kontrolowanych przez Kreml (a także niezależnie ChRLD, ale to już na inną opowieść) oraz w Internecie – przez „fabryki trolli”.

 

Jeśli wierzyć NYT z połowy kwietnia, dezinformacja dotycząca zdrowia (np. antyszczepionkowa) jest inspirowana i „rozsyłana” przez Kreml już od ponad dekady. To samo opowieści, jakoby epidemie wirusowe (grypy, Ebola, a teraz koronawirus) zostały „rozsiane” przez amerykańskich naukowców. Czyli nowsza wersja „amerykańskiej stonki”, ale w milionach tweeterowych kont. Nie radzimy sobie, jako odbiorcy, w odsiewaniu ziaren informacji od plew, albo co gorsza toksycznego sporyszu. Cała nadzieja w tym, że mass media sobie z tym radzą… A radzą? COVID-19 pokazał, że nawet z natłokiem informacyjnym oraz z obróbką informacji specjalistycznej (np. medycznej, naukowej) nie radzą sobie najlepiej. Aczkolwiek są chlubne przykłady sprawdzania informacji, np. wykrycie przez dziennikarzy „The Guardian” fałszerstwa danych w czerwcowych publikacjach nt. szkodliwości chlorokiny z łamów prestiżowych „The Lancet” i „New England Journal of Medicine”. Można? Można. Aczkolwiek niewiele w stosunku do potrzeb.

 

Pandemia wstrząsa światem i zmiany są nieuchronne, pozostaje jedynie patrzeć, czy wszystko się pozmienia tak, aby nic się nie zmieniło, czy jednak inaczej. Warto może zatem na koniec przejrzeć odpowiedzi medioznawców, specjalistów od rynku i innych futurologów dowolnej sprawności i proweniencji, starających się udzielić odpowiedzi na pytanie: jak się COVID-19 skończy dla mediów?

 

Niemal wszystkie branże są w głębokim kryzysie popandemicznym. Podobno cofamy się do lat 90. XX wieku (czyli zostaniemy z jeszcze starszym niż kultowy 3310 modelem Nokii w rękach? Eeee, nie!). Co zatem, poza powtórkami głównie ze sportu i masowej rozrywki, niedostępnych nadal w realu, grozi nam w mediach? Bo jest jasnym i nie trzeba do tego być wróżem Maciejem, aby tę jasność mieć, iż pieniędzy w sektorze będzie mniej, bo one pochodzą z reklam. Oceniające rynek mediów (głównie anglosaski) fachowe głowy głoszą zatem, co następuje.

 

Pandemia wymusiła u odbiorców zmianę zachowań (samoizolacja, praca zdalna, edukacja domowa etc.), co wpłynęło zarówno na model biznesowy, jak i model operacyjny mediów i firm reklamowych. Telewizja, radio i prasa przeżywają niespotykany od lat wzrost widowni. Historyczne trendy spadkowe odwracają się na naszych oczach. Dla nadawców coraz ważniejsze będą platformy odtwarzania. To wymusi popularyzację systemów identyfikacji (SSO). Mass media publiczne będą musiały podjąć trud wiązania się w ponadnarodowe „sojusze” zdolne radzić sobie z konkurencją serwisów streamingowych (Netflix, Disney +, etc.), którym kryzys pandemiczny jako chyba jedynym dosłownie dodał jeszcze po dwie pary skrzydeł, do czego zaraz wrócę.

 

Spadek inwestycji firm w reklamy dotknie wszystkie media tak w roku 2020, jak i 2021. Choć oczywiście marki będące własnością globalnych korporacji nie mogą sobie pozwolić na bycie zapomnianymi przez odbiorców. Straty w 2020 r. mają wynosić od 10% rocznie dla telewizji i radia do 20% dla mediów tzw. reklamy zewnętrznej. Spadek inwestycji reklamowych nie oszczędzi mediów społecznościowych. Szacuje się, że Facebook i Google mogą w 2020 roku stracić łącznie ponad 44 miliardy dolarów przychodów z reklam.  W 2020 r. Facebook zakłada przychody z reklam rzędu 67,8 miliarda dolarów (spadek o 15,7 miliarda dolarów rok do roku). Google zaś (korporacja zajmuje pierwsze miejsce w zysku z reklam internetowych), ma zarobić z reklam 127,5 mld USD, co oznacza spadek o 28,6 mld USD.

 

Sytuacja finansowa tradycyjnych mediów (mimo tych 10 proc. czasu z głową w TV więcej) jest zagrożona. Uruchamiane są plany restrukturyzacji, a redukcja kosztów „nieistotnych” będzie stosowana w całym sektorze. W sektorze prywatnym restrukturyzacja będzie powszechna, a reorganizacje wymuszone przez postępowania upadłościowe będą przewidziane dla mniejszych podmiotów. W przypadku większych grup niektóre spółki zależne mogą utracić niezależność z powodu koniecznego w takiej sytuacji scalania zasobów.

 

Zanim przyszedł COVID-19, średnio Europejczyk zachodni słuchał radia (głównie w drodze do pracy) ok. 2 godz. i 22 min. Tendencja zaś była spadkowa, a w branży panowała stagnacja. We Francji w pierwszych tygodniach kwietnia nastąpił dwucyfrowy procentowy wzrost liczby słuchaczy radia cyfrowego. W Niemczech tendencja jest taka sama, ze średnim wzrostem o 34% w marcu 2020 r. We Włoszech internetowy agregator radia FM World (FMW) również wykazuje wzrost o 18,5%. Pomimo zatem ograniczenia i eliminacji podróży samochodowych i jazdy do pracy, wzrost czasu słuchania radia można oszacować na spektakularne 20 do 30%.

 

Nadawcy radiowi i telewizyjni nie będą mogli sobie pozwolić na oszczędności w kosztach infrastruktury IT – której ceny i zakres wręcz eksplodują. Cięcia będą w kosztach osobowych oraz w technologiach innych, niż cyfrowe, które już dziś okazują się znacznie mniej istotne. W sektorze mediów rozrywkowych nastąpi trwałe osłabienie kin, zasadniczo zanikną kina niezależne i studyjne.

 

Prasa regionalna jest najbardziej zagrożona zamykaniem tytułów. Tytuły krajowe, które odpowiednio wcześniej przeszły cyfrową rewolucję, wyjdą z kryzysu, o ile z kryzysu wyjdzie gospodarka, czyli pojawi się więcej pieniędzy z reklam w 2021 r. Nie dadzą się również tytuły o sporej liczbie subskrybentów i prenumeratorów.

 

Witryny streamingowe zwyciężyły we wszystkich kategoriach (nawet bardziej, niż podczas ostatniego porzedpandemicznego  rozdania Złotych Globów). Netflix odnotował wzrost liczby subskrypcji o 22,8% w pierwszym kwartale 2020 (halo: to jest 17,8 miliona ludzi przed ekranem i to głównie z tzw. „nowych rynków”). Disney + (bobas na rynku mediów, zaistniał w tej formule na rynku USA w 2019 roku), także przekroczył najśmielsze prognozy. I osiągnął 50 milionów subskrybentów na całym świecie 2 lata przed zakładanym terminem. W Indiach Disney + przyciągnął 8 milionów użytkowników w ciągu 1 miesiąca.

 

Ale nie samymi pieniędzmi i zasięgami żyje człowiek mediów. Konsumenci, którzy dotknęli zagrożenia śmiercią i ciężka chorobą – co jest dla wielu z nich całkowicie nowym i nieoczekiwanym doświadczeniem – zaczęli mieć  podobno zupełnie inne oczekiwania życiowe. Wg badań podobno zaczęli poszukiwać sensu(ów). Do czego będą się musieli dostosować tak reklamodawcy oraz wszelcy „specjaliści od śpiewu i mas”. Identyfikacja wizualna i komunikacja marki też przeżyją zatem post-kowidową rewolucję.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Źródło danych: https://www.intotheminds.com/blog/en/impact-covid-media-industry/

Podwójne standardy – MIROSŁAW USIDUS o wojnie w social mediach

Gdy widzisz jak na platformach internetowych banuje się szachistów za zdania „białe mają przewagę” (naprawdę dzieje się tak na Twitchu), to nawet, gdy byłeś do tej pory ostrożny w osądach, zaczynasz się martwić, czy lewoskrętni potentaci Big Tech, zastępy moderatorów o kolorowych włosach i cała reszta nienawidzących wolności słowa hunwejbinów, w końcu dopadną ciebie i twoje swobody internetowe i obywatelskie zresztą też.

 

Tak od dawna czują się i głośno o tym mówią przedstawiciele amerykańskiej prawicy. Twitter ocenzurował wpisy prezydenta Donalda Trumpa w czerwcu dwukrotnie. Ukrył opublikowane przez niego ostrzeżenia dla demonstrujących nielegalnie i stosujących przemoc przedstawicieli ruchu Black Lives Matter za ostrzeżeniami, że prezydencki tweet „naruszył zasady Twittera” a wcześniej, że propaguje przemoc. Konserwatywne media od razu jednak zwróciły uwagę, że platforma społecznościowa nie reagowała w żaden sposób, gdy przestępcy korzystający z zamieszek po śmierci George’a Floyda koordynowali swoje łupieskie napady na sklepy za pomocą Twittera właśnie. Nawet zgłaszanie postów zamieszczonych tam przez złodziei nie pomagało.

 

Twitter pozwalał w najlepsze publikować Shaunowi Kingowi, znanemu agitatorowi neomarksistowskiego ruchu Black Lives Matter, w których nawoływał do niszczenia posągów, witraży i fresków przedstawiających „białego Jezusa”. Podwójne standardy, pisali krytycy, to na Twitterze najwidoczniej standard.

 

Wcześniej, w maju znany konserwatywny senator z Teksasu, Ted Cruz, oskarżył prezesa Twittera Jacka Dorseya o uciszanie „autentycznych politycznych wypowiedzi Amerykanów przy jednoczesnej pobłażliwości dla terrorystycznych zagrożeń ze strony Iranu”. Wezwał Departament Sprawiedliwości i Departament Skarbu do wszczęcia dochodzenia karnego w związku z zarzutami, że Twitter łamie sankcje USA wobec Iranu, które zabraniają amerykańskim firmom dostarczania towarów i usług dla najwyższych urzędników Iranu. Mówiąc konkretniej chodzi o to, że Twitter pozwala irańskim przywódcom na posiadanie kont na swojej platformie.

 

Nie po raz pierwszy Cruz poruszył temat wątpliwych z punktu widzenia amerykańskich interesów narodowych działań Twittera. W lutym z jego inicjatywy wysłany został list od republikańskich senatorów do Dorseya, wzywający firmę do zakazania działalności irańskim przywódcom, w tym Alemu Chamenei i irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Mohammadowi Javadowi Zarifowi. W odpowiedzi Twitter oświadczył, że jego serwis jest zwolniony z sankcji i że udostępnienie jego technik komunikacji ma krytyczne znaczenie w dobie pandemii koronawirusa.

 

Komentatorzy przypominają jednak, że należąca do Facebooka platforma mediów społecznościowych Instagram zablokowała wcześniej konta wielu irańskich urzędników, w tym członków Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i najwyższego przywódcy ajatollaha Chamenei, dostosowując się do wymogów sankcji USA. Co ciekawe Instagram skasował wówczas także angielskojęzyczne konto Ghassema Soleimaniego z 888 tysiącami śledzących. Kilka miesięcy później amerykańskie oddziały zrobiły z nim w Iraku to samo w realu.

 

Przedwyborcza czystka konserwatywnych influencerów

 

Zuckerberg, do którego jeszcze wrócimy, jak widać wykazuje znacznie większą chęć współpracy niż Jack Dorsey z Twittera, który m. in. proponuje „redagowanie tweetów światowych liderów”, przede wszystkim, jak należy się domyślać, takich przywódców jak Trump, bo chyba nie irańskich. Robić to chce pod hasłem „walki z dezinformacją” i o tym, co ową dezinformacją jest, decydować ma oczywiście administracja Twittera, która niestety nie zdołała do tej pory udowodnić, że jest politycznie bezstronna. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie, o czym świadczy seria cenzurowania i banów, których ofiarą padają w żądnym razie nie lewicowi, lecz prawicowi politycy, dziennikarze i inni przywódcy opinii.

 

A że ludzie Twittera maszerują w jednym szeregu z bełkotliwymi hasłami neomarksistoskiej rewolucji, świadczy wiele faktów, choćby niedawna, pochodząca z początku lipca, informacja o rugowaniu z języka technicznego i korporacyjnego w tej firmie takich słów jak „Whitelist” (bo rasizm), „Man Hours” (bo męski suprematyzm) i „He, Him, His” (bo niezgodne z genderową ortodoksją).

 

Jedna z najnowszych ofiar lewicowej ofensywy cenzorskiej administracji Twittera, to między innymi Logan Cook, aka CarpeDonktum, autor popularnych memów naśmiewających się z Demokratów, mediów i establishmentu, który w czerwcu został permanentnie zawieszony. Zdaniem samego Cooka, tłumaczenia Twittera o „naruszaniu praw autorskich” to tylko pretekst a prawdziwą przyczyną było udostępnienie przez Donalda Trumpa kpiącej z CNN, genialnej swoją drogą, parodii autorstwa CarpeDonktum pt. „CNN Toddlers”, co doprowadziło  lewicowych dziennikarzy do szału.

 

Mollie Hemmingway, która pracuje dla „The Federalist”, a ostatnio była przedmiotem cenzury ze strony serwisów zarządzanych administrowanych przez Big Tech, zauważyła, komentując w internecie represje cenzorskie, jakie spotkały Cooka, że przed wyborami w mediach społecznościowych trwa czystka konserwatywnych influencerów.

 

Głowice wycelowane, TikTok zbanowany

 

 

 

Być może wielu czytelników o bardziej tradycyjnych nawykach medialnych myśli, że to co opisują, te wszystkie wojny w mediach społecznościowych i o media społecznościowe, bany, zakazy i zdejmowanie treści, to wszystko rzeczy mało poważne, ot jakieś nieistotne przepychanki na Twitterku i Fejsiku, którymi dorośli i rozsądni ludzie się nie zajmują. Radziłbym jednak takim osobom nieco „zaktualizować” swoje podejście, bo już od dłuższego czasu jest błędne.

 

Jakby to wyjaśnić? Może tak – jeśli ktoś myśli, że media społecznościowe to tylko zabawy, śmieszne koty i podobne dyrdymałki, to niech przyjrzy się niedawnej sekwencji wydarzeń wokół TikToka, postrzeganego, nawet wśród wytrawnych internetowców, jako niezbyt mądry przepalacz czasu nastolatków. W ciągu ostatnich kilku tygodni przy akompaniamencie surm bojowych i granicznych konfliktów zbrojnych Indie zakazały u siebie chińskiego TikToka (podobnie jak prawie sześćdziesięciu innych aplikacji i serwisów produkcji chińskiej). Ponieważ to właśnie w Indiach chińska appka miała najwięcej użytkowników (bo w Chinach zamiast niej jest ściśle cenzurowana wersja TikToka – Douyin), dalsze losy błyskotliwie rozwijającej się społecznościówki są mocno niepewne, ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że ten głupawy TikTok stał się ważnym elementem rywalizacji mocarstw atomowych. Daje do myślenia?

 

Chyba tak, zwłaszcza, że w USA też może mieć kłopoty. Sekretarz stanu USA Mike Pompeo potwierdził niedawno, że Waszyngton rozważa wprowadzenie zakazu używania chińskich aplikacji społecznościowych, w tym popularnego także wśród młodych Amerykanów TikToka. Rozmawiając z Fox News, Pompeo powiedział, że „na pewno patrzymy na zakaz TikToka i innych chińskich aplikacji, idąc za przykładem Indii oraz Australii, która zagroziła, że zrobi to samo”. Jak dodał Amerykanin powinien korzystać z tej aplikacji „tylko wtedy, gdy chce, aby jego dane znalazły się w rękach Komunistycznej Partii Chin”.

 

Myślicie, że to spiskowa teoria i oszołomstwo? Jednak może niekoniecznie. Specjaliści Apple, poprawiając zabezpieczenia w systemie iOS 14 przyłapali TikToka szpiegowaniu, mówiąc dokładnie na pozostawianiu w kodzie luki pozwalające na kopiowanie prywatnych treści użytkownika. TikTok stanął w rosnącym szeregu chińskich firm technologicznych, w których produktach znaleziono software’owe lub hardware’owe artefakty, które mogą służyć do gromadzenia i przesyłania danych „do centrali”.

 

Wciąż myślicie, po tym jak czytacie, że rząd Indii i Australii banuje a szef dyplomacji największego mocarstwa rozważa ban, że to tylko nieistotne dyrdymałki z głupimi fotkami i filmikami?

 

Facebook: mowa nienawiści OK, jeśli wspiera LGBT i atakuje białych heteroseksualnych mężczyzn

 

O tym, że ludzie zarządzający media społecznościowymi i zespoły moderujące mają lewicowe skrzywienie polityczne niby wiemy, bo niejednokrotnie widzieliśmy nierówne traktowanie na tych platformach, podwójne standardy i wrogość wobec treści o charakterze prawicowo-konserwatywnym. Jednak nie pogardzimy bezpośrednią relacją z sabatów czarownic. A taka niedawno się w USA pojawiła.

 

„To my rządzimy tą grą,” wyjaśnia w publikacji grupy prawicowych aktywistów znanej jak Project Veritas (tzw. Veritas Exposé) Ryan Hartwig były moderator treści na Facebooku. Mówi o „ostrych uprzedzeniach wobec konserwatystów” w zespole odpowiadającym za administrację i moderację treści na błękitnej platformie.

 

Widziałem, jak wtrącali się w wybory. Widziałem rażące skrzywienie polityczne przeciw konserwatystom i całkowite faworyzowanie liberałów (czyli, w rozumieniu amerykańskim, lewicy – przyp. M.U.)”. Hartwig nosił w biurach Facebooka ukrytą kamerę, za pomocą której dokumentował praktyki wewnątrz firmy. W wywiadzie z szefem Project Veritas, Jamesem O’Keefe, Hartwig powiedział, że, chociaż podpisał umowę o poufności, nie może już dłużej ignorować tego co tam się działo, czyli nieustannej walki zespołu Facebooka z treściami pozytywnymi dla prezydenta Donalda Trumpa, republikanów lub szerzej konserwatywnych poglądów, zwłaszcza, że stało to w całkowitej sprzeczności z głoszoną przez szefostwo Facebooka oficjalnie linią „neutralności”

 

Jak mówi Hartwig, ta hipokryzja była dla niego punktem zwrotnym. W dodatku, jak wyjaśnia, wiedział „prawdopodobnie to samo dzieje się to gdzie indziej, w skali światowej”. „Te rażące uprzedzenia polityczne ludzi z Facebooka naprawdę mi przeszkadzały,” mówi.

 

Wśród nagranych przez Hartwiga był niejaki Israel Amparan, który pracował jako moderator treści, choć w rzeczywistości prowadził wściekłą wojnę z ludźmi, którzy mieli inne niż on poglądy, czyli ze zwolennikami prezydenta Trumpa. A ponieważ to on decydował o tym, co jest banowane, ukrywane, tępione i uznawane za nieodpowiednie, to chyba zrozumiałe, że o obiektywnej moderacji nie było mowy. Jak relacjonuje Hartwig, taka postawa i poglądy cechował niemal 100 proc. ludzi Facebooka, z którymi on miał do czynienia. Podobną do Hartwiga w wymowie relację z tego co dzieje się w zespołach moderacyjnych Facebooka przekazał Project Veritas inny whistleblower, Zach McElroy.

 

W relacjach tych jest jeden ciekawy motyw. Jest to historia o tym jak Shawn Browder, kierownik ds. polityki i szkoleń w Cognizant (podwykonawcy odpowiedzialnego za moderację treści Facebooka), powiedział wszystkim moderatorom treści w sekcji Hartwiga w 2018 r., że „mowa nienawiści” w podczas tzw. Pride Month ma być tolerowana przez moderatorów, jeśli będzie wspierać LGBT. Czyli, mówiąc w skrócie hejt skierowany przez jednostkom lub grupom ludzi będzie dozwolony, jeśli będzie wspierał tęczową ideologię. A już najmilej były widziane przez szefostwo hejterskie ataki na heteroseksualnych białych mężczyzn.

 

Ostatnio, trochę w odróżnieniu Twittera, który zdaje się zdecydowanym krokiem maszerować pod flagą z sierpem i młotem, polityka Facebooka, przynajmniej na zewnątrz, stała się bardziej złożona. Jest on np. ostatnio pod silnym naciskiem wielkich korporacji, aby wprowadzić aktywne sposoby „walki z hejtem” na platformie. Koalicja wielkich reklamodawców, z Coca-Colą, Fordem, Starbucksem i wieloma innymi wielkimi firmami, wycofując ostrzegawczo reklamy z Facebooka, nie wskazuje dokładnie, jakie treści ma na myśli, zatem można rozumieć, że po prostu domaga się od Zuckerberga wprowadzenia cenzury politycznej, zwłaszcza, że wkrótce wybory prezydenckie.

 

 

Co zrobi Mark i spółka pod naciskiem opanowanego przez lewicowe miazmaty potężnego korpo-lobby, jeszcze nie wiadomo. Jednak to, co dzieje się ostatnio wokół TikToka, w Indiach i być może w USA, może być niespodziewanym kołem ratunkowym dla popadającego od dłuższego czasu w coraz większe problemy Facebooka. W Indiach gwiazdy TikToka przenoszą się na Instagram a to też przezcież Facebook. Zatem Zuckerberg korzysta na walce konserwatystów z chińskimi produktami. Wprawdzie widać, że zarówno jemu, jak i całokształtowi osobowo-wizerunkowemu jego błękitnej platformy, serce bije po lewej stronie, to jednak korzyści i konfitury mogą tym razem nadejść z prawej. A kto nimi pogardzi?

 

Zwłaszcza, że konserwatyści zaczęli tworzyć wreszcie chyba całkiem udane konkurencyjne wobec znanych społecznościówek formy. I przenoszą tam stopniowo polityczne dyskusje w Internecie. Najnowszym ciekawym przykładem jest serwis Parler, który w odróżnieniu od wcześniejszych nieskrzywionych lewicowo produktów społecznościowych, wydaje się technologicznie całkiem udanym produktem. W ramach kampanii pod hasłem #Twexit przeniosła się tam całkiem spora grupa wyrzuconych z Twittera konserwatystów, m. in wspominany Ted Cruz. Parler nie będzie konkurował oczywiście z Instagramem czy TikTokiem (na razie), ale, jeśli przekroczy masę krytyczną, to tam mogą toczyć się najciekawsze dyskusje społeczno-polityczne, kosztem Twittera i Facebooka.

 

Szanujesz życie wszystkich ludzi – posługujesz się „mową nienawiści”

 

Wytrychem i łomem zarazem, którymi lewoskrętny Big Tech walczy z ludźmi myślącymi inaczej są pojęcia takie jak „mowa nienawiści” i podobne, które nie mają żadnego precyzyjnie ustalonego znaczenia. Mają za to „znaczenie sterowane”, czyli takie, jakie w danym momencie jest wygodne i potrzebne do np. represjonowania osoby niewygodnej o niesłusznych poglądach i postawie. Kto zna historię totalitaryzmu komunistycznego, ten ma pełno skojarzeń.

 

Przykładem, że pojęcie „mowa nienawiści” nie znaczy nic, niech będzie historia Mike’a McCullocha, wykładowcy matematyki na Uniwersytecie w Plymouth, który został wezwany na dywanik przez hunwejbinów ze swojej uczelni za polubienia Twitterze słów „All Lives Matter”. Tak oto McCulloch został oskarżony o „mowę nienawiści” za polubienie humanistycznego hasła o poszanowaniu życia wszystkich ludzi.

 

Inny przykład bolszewickiego szaleństwa to oskarżenie feministki Posie Parker również o „mowę nienawiści” za to, że zainicjowała na Change.org petycję domagającą się od Oxford English Dictionary zachowanie w definicji „kobiety” w słowniku, w kształcie opisującym ją jako istotę ludzką płci żeńskiej.

 

Jak napisał kilka dni temu w brytyjskim „Spectatorze” Toby Young czeka nas prawdziwe „tsunami cenzury” ze strony sił różnie nazywanych. Jedno określają ich angielskojęzycznym słowem „woke” inni używają tradycyjnego i całkiem trafnego słowa „lewica”. Ja proponuję jeszcze bardziej i lepiej oddające charakter tych agresywnych, wrogich nauce i rozumowi, szaleńców – „bolszewizm”.

 

Young, chcąc zilustrować, z kim będziemy mieć do czynienia, opowiada przypadek Nicka Buckleya, który został zwolniony z pracy w organizacji charytatywnej w Manchesterze za napisanie postu na blogu, w którym zakwestionował część haseł Black Lives Matter, w tym te konieczności „demontażu kapitalizmu”. Gdy opublikował swój post na LinkedIn, „poeta” i aktywista tego bolszewickiego ruchu, niejako Reece Williams napisał następujący komentarz: „Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby usunąć pana ze stanowiska. Oczekuj nas”. Jak pisze Young, Buckley nie przejął tym się szczególnie, gdyż organizację charytatywną, którą zarządzał założył sam i jego praca była wysoko oceniana i nagradzana. Nie doceniał poziomu wpływów maoistów we współczesnej Wielkiej Brytanii. Cóż, może powinien się cieszyć, że uszedł z życiem. Za kilka lat bolszewicy spod znaku BLM mogą się już nie zadowalać samym wyrzuceniem z pracy.

 

Zagrożenie tym szaleństwem dostrzeli nawet tradycyjnie lewicowi lub „liberalni” intelektualiści, którzy zatrwożeni bezmyślnością i totalitarnymi zapędami agresywnych neomarksistów opublikowali na łamach „Harper’s Magazine” list w obronie wolności słowa. Na liście sygnatariuszy takie nazwiska jak Noam Chomsky, Wynton Marsalis, J.K. Rowling, Salman Rushdie, Francis Fukuyama, Garry Kasparov, Anne Applebaum.

 

Cóż, miło że ludzie, którzy mają wielkie zasługi (no, może nie wszyscy z sygnatariuszy, ale spora ich część) w tworzeniu i karmieniu tego potwora, który wyrósł na rosłego bolszewickiego byczka, który w oczach ma nienawiść a w rękach chęć totalnego niszczenia, reflektują się poniewczasie, że nie o to im chodziło. Nawiasem mówiąc, nie odmawiają sobie, w tej swojej epistole, rytualnego kopa wymierzonego w Donalda Trumpa. Wiedzą co robią. Bez ataku na Trumpa mogliby zostać oskarżeni o „mowę nienawiści”.

 

Mirosław Usidus

Obchodzisz Halloween? Możesz trafić za kratki – WOJCIECH POKORA o tym jak PAP przysłużyła się dezinformacji

Gdy zobaczyłem rano tytuł depeszy PAP (z 6:44): „Rzeczpospolita”. Areszt za obchody Halloween? Pochylą się nad tym posłowie – byłem pewien, że wyniknie z tego awantura. I wynikła.

 

„Kary za Halloween!!! A może zamknąć sklepy mięsne 40 dni przed Wielkanocą?” – pyta popularny fanpage na Facebooku. Pod wpisem setki komentarzy. Większość w stylu: „Ciemnota PiS”, „Robota klerów. Średniowiecze”, czy „Naszej władzy pier***li się pod deklem”. Roman Giertych napisał: „Proszę Państwa oto koza. Koza ma cuchnąć, beczeć i wszystkich denerwować. Potem kozę zabiorą, a lud ma się cieszyć. Natomiast teraz nie mamy się zajmować przekrętem wyborczym, tylko cuchnącą kozą. Areszt za obchody Halloween? Pochylą się nad tym posłowie”.

 

O co chodzi w rzeczywistości? Bo tytuł faktycznie wskazuje na jakieś kuriozalne rozwiązania. Czytam więc depeszę Polskiej Agencji Prasowej, w której referowany jest artykuł „Rzeczpospolitej”. Do dziennika jeszcze nie zajrzałem, zaczynam od doniesień agencyjnych. Co czytam:

 

„Komisja sejmowa zajmie się ustawą przewidującą kary za wypowiadanie słów ‘cukierek albo psikus’. Wpłynęła w formie petycji, a bieg nadała jej marszałek Elżbieta Witek” – informuje czwartkowa „Rzeczpospolita”.

 

Jak informuje gazeta projekt ustawy o wspieraniu tradycji narodowych RP, która m.in. zakłada, że „kto w dniu 31 października danego roku kalendarzowego przebiera się za straszną postać, w szczególności za kościotrupa, czarownicę, wampira, diabła lub inną kojarzącą się z piekłem istotę, podlega karze ograniczenia wolności lub aresztu na okres nie krótszy od 15 dni” została skierowana do Sejmu przez anonimowego obywatela.

 

„Nad propozycją z całą powagą będą musieli pochylić się posłowie, a wcześniej zaopiniują ją eksperci z Biura Analiz Sejmowych. Powód? Bieg petycji nadała marszałek Sejmu Elżbieta Witek” – wskazuje „Rz”.

 

Myślę sobie, no pięknie. Nie ma się czym ta marszałek Witek zajmować? Przez nią Sejm musi się pochylać nad takimi idiotyzmami? Wyraźnie napisano, że Biuro Analiz Sejmowych zaopiniuje tę bzdurę, a posłowie się nad nią pochylą z powodu tego, że marszałek Sejmu Elżbieta Witek nadała petycji bieg. Ale, ale… Czytam dalej:

 

„Gazeta wskazuje, że rozpatrywanie przez Sejm takich pism to efekt uchwalonej w 2014 roku ustawy o petycjach. „Przewiduje, że każda osoba fizyczna, prawna, nawet jednostka organizacyjna niebędąca osobą prawną może złożyć petycję do dowolnego organu władzy publicznej. W efekcie wejścia ustawy w życie utworzono w Sejmie Komisję do Spraw Petycji, do której od tamtego czasu skierowano ponad 740 spraw” – pisze dziennik.

 

I dopiero pojawia się komentarz:

 

„Szef Komisji do Spraw Petycji Sławomir Piechota z Koalicji Obywatelskiej w rozmowie z ‘Rz’ zauważa, że to nie pierwszy raz, gdy parlament zajmuje się taką ‘egzotyczną petycją’”.

 

„Np. w 2014 roku Komisja Praw Człowieka, Praworządności i Petycji w Senacie pochyliła się nad pomysłem wprowadzenia do kodeksu karnego obcięcia genitaliów jako sposobu na karanie sprawców przemocy seksualnej. (…) Z kolei Komisja ds. Petycji w Sejmie w ubiegłym roku zajmowała się propozycją przewidującą, że wszelkie lewicowe postulaty światopoglądowe mogłyby być wprowadzane w Polsce ‘dopiero po nie mniej niż 200 latach obserwacji skutków tych działań w krajach, które się nim poddały’” – wskazuje gazeta.

 

„Pamiętam też petycję przewidującą przyznanie każdemu więźniowi internetu szerokopasmowego” – mówi gazecie Sławomir Piechota. Wskazuje też, że takie propozycje komisja odrzuca zazwyczaj bez ożywionej dyskusji. „Nie przewiduję jej też w przypadku ustawy o Halloween” – dodaje”.

 

Czyli tematu de facto nie ma. Jest jednak wrzutka medialna przygotowana przez „Rzeczpospolitą” pt. areszt za Halloween i wskazanie czyja to wina. I rozbrojenie tego granatu w tym samym artykule. I ta wrzutka, wydawało się, że w niezmienionej formie została podana bezrefleksyjnie dalej przez PAP. Sięgam więc do omawianego artykułu, co się okazuje?

 

W cytowanym przez PAP artykule, czego już nie było w depeszy, znajduje się dodatkowo wypowiedź posłanki SLD Anny Marii Żurakowskiej, której zdaniem petycja powinna zostać bez biegu.

 

– „To wykorzystywanie mocy przerobowych Sejmu do zajmowania się sprawami ośmieszającymi dla Wysokiej Izby. To nie jest poważna ustawa, ale happening i jako happening powinna zostać rozpoznana – mówi”.

 

Dalej polemika z jej tezą Szefa Komisji do Spraw Petycji Sławomira Piechoty z KO, który twierdzi, że „nie popełniono błędu, a jeśli petycja spełniła wymogi formalne, powinna trafić do kierowanej przez niego komisji. – System petycyjny to swoisty wentyl bezpieczeństwa dla obywateli i źle byłoby, gdybyśmy odgórnie narzucali jakieś ograniczenia – mówi”.

 

Zdanie pani poseł Żukowskiej w jakiś sposób uzasadniałoby ten artykuł, gdyby traktował on od początku do końca o problemie głupich wrzutek. Jednak tekst jest tak napisany, żeby wywołać emocje, a nie opisać problem. A już brak wypowiedzi posłanki w depeszy PAP całkowicie pozbawia czytelnika tego elementu, i jeśli ktoś poda tę informację za agencją prasową, to poda ją niepełną, bez ważnego, niestety nieoczywistego ze względu na styl artykułu, elementu. I tak się stało. Mamy tytuły:

 

Onet: „Areszt za obchody Halloween? Pochylą się nad tym posłowie”.

 

Wirtualna Polska: „Projekt ustawy ws. Halloween w Sejmie. Przewiduje grzywnę i areszt za świętowanie”.

 

Radio Zet: „Areszt za świętowanie Halloween w Polsce. W Sejmie pojawił się projekt ustawy.”

 

Fakt24: „Obchodzisz Halloween? Możesz trafić za kratki”.

 

Tak sobie myślę, czy jest nam potrzebna repolonizacja mediów, czy może raczej na początek przyda się ich EDUKACJA?

 

Łączę warsztaty dziennikarza i historyka – rozmowa z TERESĄ KACZOROWSKĄ, autorką książki „Było ich 27”

Wydana w 75.rocznicę Obławy Augustowskiej, książka poszerza wiedzę o tej największej „w wyzwolonej Polsce” zbrodni komunistycznej poprzez losy wszystkich zamordowanvch w niej 27 młodych kobiet – mówi Teresa Kaczorowska, dziennikarka, pisarka, autorka książki „Było ich 27”, która ukazała się 10 lipca 2020 r roku, w rozmowie z Andrzejem Klimczakiem.

 

Zajmując się wciąż niewyjaśnioną historią komunistycznych zbrodni, czuje się Pani bardziej dziennikarką śledczą czy też historykiem?

 

Po trosze i tym i tym. Kiedy jeżdżę po kraju, a często i po świecie, szukając śladów interesujących mnie świadków historii, to czuję się jak typowy dziennikarz śledczy. Ale gdy sprawdzam fakty w źródłach historycznych, czy w dokumentach IPN-u, pracuję jako historyk. Natomiast kiedy później o tym piszę, łączę dwa warsztaty i dziennikarza i historyka.

 

Wiele lat swojej działalności dziennikarskiej i pisarskiej poświęciła Pani sprawom Katynia. Od siedmiu lat bada Pani kolejną tajemnicę komunistów i zbrodnię popełnioną przez nich w czasie tzw. obławy augustowskiej. Trzecia już książka, opisująca losy ofiar tej obławy, opowiada o losach 27 kobiet. Dlaczego właśnie te osoby stały się bohaterkami książki?

 

W pierwszej książce „Obława Augustowska” (2015), przybliżyłam tę zbrodnię poprzez losy siedmiorga świadków historii, w tym żyjącego jeszcze wówczas żołnierza AK Mariana Tananisa. Książka ta zwiera podstawowe kompedium wiedzy na temat tragedii. W drugiej, „Dziewczyny Obławy Augustowskiej” uczyniłam to poprzez losy 15 dziewczyn, ofiar Obławy. Na liście zaginionych w Obławie Augustowskiej znalazłam bowiem 27 nazwisk młodych kobiet. Zaciekawiło mnie kim one były i dlaczego zaangażowały się w polski ruch oporu. Ich niezwykłe losy, niedługie, bo żyły po 17-30 lat, tak mnie zaintrygowały, że szukałam ich śladów jeżdżąc po wioskach i miasteczkach dawnej Jaćwieży. Odkrywałam życiorysy moich bohaterek, układając je niczym puzzle ze wspomnień ich rodzin, sąsiadów i znajomych, szperając w archiwaliach i sprawdzając w źródłach historycznych. Poznawanie tych dziewczyn po latach okazało się trudne, bo ginąc młodo nie posiadały jeszcze dzieci, tym samym nie mogło być następnych pokoleń. Ponadto w rodzinach nie przekazywano młodszym prawdy o podziemiu niepodległościowym, chcąc chronić od ubeckich prześladowań i piętnem „rodzin bandyckich”.

Już po jej ukazaniu się otrzymałam wreszcie zgodę na dostęp do akt śledczych Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku. Kiedy wykonałam tam kwerendę, postanowiłam więc książkę uzupełnić o te ważne dokumenty, a przy okazji opisać losy pozostałych 12 kobiet zamordowanych w lipcu 1945 r. I ponownie zaczęłam szukać ich śladów, nie tylko na Suwalszczyźnie, ale i w różnych miejscach Polski, np. we Wrocławiu udało mi się znaleźć córkę, a w Gdańsku syna kobiet zamordowanych w Obławie. W ten sposób powstała teraz trzecia, wydana w 75.rocznicę Obławy, książka „Było ich 27”. Poszerza ona wiedzę o tej największej „w wyzwolonej Polsce” zbrodni komunistycznej poprzez losy wszystkich (z listy IPN) zamordowanvch w niej 27 młodych kobiet – dzięki wspomnieniom kolejnych świadków historii, nieznanym do tej pory fotografiom oraz dokumentom IPN. Można ją traktować jako drugie, uzupełnione, poszerzone przynajmniej o jedną trzecią, wydanie książkiDziewczyny Obławy Augustowskiej”. Obydwie publikacje potwierdzają, że w tragedii tej zginęli nie tylko mężczyźni, ale także kobiety. I to piękne, młode, bohaterskie.

 

Obława Augustowska jest mniej udokumentowana niż zbrodnia katyńska. Badania historyczne dzisiaj napotykają nadal na przeszkody. Komu i dlaczego zależy na tym, aby ta  masakra nie została wyjaśniona?

 

Przede wszystkim nie zależy Rosji, która czuje się spadkobiercą komunistów i nie udostępnia swoich archiwów w Moskwie. W ujawnieniu prawdy o tej największej powojennej zbrodni komunistycznej z lipca 1945 r. nie pomaga też Białoruś, która nie zgadza się na ekshumacje w rejonie Kalet na Grodzieńszczyźnie, gdzie prawdopodobnie pogrzebano ciała ofiar Obławy. Nie bez winy jest też państwo polskie. Władze PRL nigdy oficjalnie nie potwierdziły faktu Obławy Augustowskiej, rzecznik rządu Jerzy Urban wręcz negował fakt zaginięcia w lipcu 1945 r. obywateli polskich. Ale po 1989 r. też nie było lepiej. Polska nie wykorzystała w latach 90. minionego wieku czasu „odwilży” związanej z rządami Borysa Jelcyna. Był to okres najbardziej sprzyjający do korzystania z archiwów rosyjskich, a nawet negocjacji z Rosjanami na temat zwrotu dokumentów. Niestety polskie władze zaniedbały wówczas ten temat.

 

Jak obecnie wygląda dostęp do materiałów zawierających opisy zbrodni komunistycznych w archiwach polskich i rosyjskich?

 

Obecnie dostęp do archiwów moskiewskich  jest ograniczony, mogą z niego korzystać tylko wybrani, resortowi, postsowieccy historycy. Dotyczy to również archiwaliów z 1945 r. o Obławie Augustowskiej. Rosja nie zgadza się również na pomoc prawną w śledztwie, które od 12 października 2001 r. prowadzi Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku.

 

Eksterminację prowadzoną na Suwalszczyźnie przez NKWD wspomagali polscy komuniści z UB i MO. Czy nazwiska tych zbrodniarzy są znane i czy ponieśli oni jakąkolwiek karę?

 

Obławę w lipcu 1945 r. wspierało także wojsko z 1. Praskiego Pułku Piechoty oraz miejscowi konfidenci. Niektóre nazwiska tych ludzi są znane, ale nikt z nich do dziś nie poniósł żadnych konsekwencji za zdradę swego narodu i zbrodniczą działalność. Co prawda Mirosław Milewski (1928-2008), pochodzący z Lipska nad Biebrzą, już w młodości członek NKWD i UB, późniejszy generał i minister MSW, który wydawał nawet swoich najbliższych, miał wytoczony proces, ale zmarł w jego trakcie. A np. Jan Szostak (1917-1986), najpierw żołnierz AK ps. „Kruk”, potem członek NKWD i UB, znany z wyjątkowego okrucieństwa, nazywany do dziś „katem Augustowa”, nie miał nawet rozprawy sądowej. Zmarł w mieście nad Nettą jako znany rzeźbiarz ludowy. Ale jego grób był kilkakrotnie dewastowany, bo ludzie uważali, że takiego zbrodniarza ziemia polska przyjąć nie może.

 

Drugiego sierpnia 1987 roku, powstał Obywatelski Komitet Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 roku. Na ile działania tej organizacji okazały się skuteczne i na ile pomogły Pani w zbieraniu materiałów?

 

Impulsem do powstania w Suwałkach Obywatelskiego Komitetu Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 roku było odkrycie pod koniec czerwca 1987 r., przez Stefana Myszczyńskiego ze wsi Dworczysko (wśród zaginionych było jego trzech braci i ojczym), szczątków ciał przy drodze Rygol-Giby. Istniało podejrzenie, że są to kości ofiar Obławy. Jednak po ekshumacjach przeprowadzonych w latach 1987 i 1989 na leśnym uroczysku Wielki Bór koło Gib, okazało się, że były to zwłoki żołnierzy niemieckich. Członkowie Komitetu odwiedzili sto kilkadziesiąt miejscowości, przeprowadzili tysiące rozmów, sporządzili kilkaset kwestionariuszy osób zaginionych, zebrali dokumentację w postaci różnych pism, zaświadczeń i fotografii. Dzięki Komitetowi powstały audycje radiowe, artykuły prasowe, poświęcony Obławie film dokumentalny Jacka Petryckiego „A może tego nie wolno mówić” (1988). W 1991 r. postawiono w Gibach, na symbolicznej mogile zaginionych, Krzyż otoczony wielkimi głazami – pomnik projektu prof. Andrzeja Strumiłły z nazwiskami ofiar. Corocznie, w trzecią niedzielę lipca, odbywają się tam uroczyste obchody rocznicy Obławy.

Jednak prace Komitetu, trwające do 1995 r., nie okazały się skuteczne w ujawnieniu prawdy o Obławie Augustowskiej, niewiele również przydatne w moich dociekaniach. Zebrane materiały przekazano w 1992 r. Prokuraturze Wojewódzkiej w Suwałkach, która korzystała z nich podczas śledztwa, jakie podjęła 27 lutego 1992 r. Aby wyjaśnić okoliczności oraz losy ofiar tej zbrodni suwalska prokuratura przesłuchała wielu świadków, zabezpieczyła sporo dokumentów, ale wobec braku odpowiedzi władz Rosji i Białorusi o pomoc prawną, zawiesiła śledztwo już 5 listopada 1992 r. (czyli po 8 miesiącach). Materiały te są dziś w białostockim IPN, ale są enigmatyczne i wnoszą niewiele nowego. Trzeba jednak przyznać, że były pierwsze, stąd należy docenić pracę członków Komitetu.

  

Czy może nam Pani zdradzić, co będzie tematem kolejnej książki i kiedy się jej można spodziewać?

 

Na razie o tym nie myślę, muszę nieco odpocząć od tragicznych tematów. Ale na pewno powrócę do Obławy Augustowskiej, gdy zostaną odkryte miejsca, gdzie zakopano ofiary z lipca 1945 r.

 


 

Biblioteka Publiczna w Sejnach, Starostwo Powiatowe oraz Fundacja Historia i Kultura zapraszają na promocję książki dr Teresy Kaczorowskiej „było ich 27”.

Promocja odbędzie się 17 lipca (piątek) o godzinie 17.00 w ogrodach im. Chiune Sugihary przy ZSO w Sejnach.

Spotkanie z autorką uświetni swoimi pieśniami bard obławy augustowskiej, Grzegorz Kucharzewski.

 

  


 

Teresa Kaczorowska

Dziennikarka, prezes Klubu Publicystyki Kulturalnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, prozaik i poetka, dr nauk humanistycznych, badacz polskiego dziedzictwa kultury, animatorka kultury. Autorka wielu artykułów prasowych i naukowych w Polsce i zagranicą, aktualnie jest redaktorką naczelną rocznika „Ciechanowskie Zeszyty Literackie” Współpracuje z „Rzeczpospolitą” (magazynem „Plus Minus”) i „Forum Dziennikarzy”. Napisała kilkanaście książek, w tym poświęconych m.in. zbrodni katyńskiej, Obławie Augustowskiej,  emigracji polskiej oraz znanym Polkom XX wieku.  Uhonorowana licznymi nagrodami i odznaczeniami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta” oraz  Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”.

 

 

 

 

 

Piosenka literacka – recital Ewy Błoch

Zapraszamy na koncert Ewy Błoch zarejestrowany w ramach cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”.  W swoim repertuarze artystka posiada wiele utworów wybitnych polskich poetów i kompozytorów. Sama też tworzy muzykę do wartościowych tekstów.