Jak Pilecki uciekł z piekła Auschwitz – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Dokładnie 80 lat temu, w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Witold Pilecki uciekł z KL Auschwitz, do którego dobrowolnie trafił w 1940 r., aby zdobywać informacje o niemieckiej machinie zbrodni i docelowo – wyzwolić obóz.

To Witold Pilecki – a nie jak się czasem przyjmuje Jan Karski – jako pierwszy poinformował świat o niemieckim ludobójstwie. To on został po „wyzwoleniu” oskarżony przez komunistów o szpiegostwo, zamordowany i wyrzucony na śmietnik (kwatera „Ł” warszawskich Powązek Wojskowych).

Chyba najbardziej heroiczny rozdział życia Pileckiego – ten związany z Auschwitz – zaczął się na początku 1940 r. Wtedy (i jeszcze przez następne wojenne miesiące) polska konspiracja nie zdawała sobie sprawy, co to za miejsce, że to nie jeden z wielu obozów pracy, ale wielki kombinat zagłady, fabryka śmierci. Wyprzedzając trochę fakty podkreślić należy, że kiedy w październiku 1940 r. generał Stefan „Grot” Rowecki, przez zwolnionego więźnia, otrzymał pierwszy raport Witolda o sytuacji w obozie i wysłał go do Londynu, zarówno w Anglii jak i Ameryce informacje te zdawały się być grubo przesadzone.

Wracając do chronologii. Kiedy w pierwszych miesiącach 1940 r. organizację współzałożoną przez Pileckiego – Tajną Armię Polską – dotknęły aresztowania i część członków przewieziono do KL Auschwitz, na jednej z narad ustalono, że ktoś z kierownictwa organizacji dostanie się do obozu „w celu wysondowania możliwości uwolnienia niektórych więźniów, zdobycia materiałów dotyczących złego traktowania więźniów politycznych przez Niemców, zorganizowania podziemnej organizacji wewnątrz obozu. Do wykonania zadania zgłosił się ochotniczo por. Witold Pilecki” – pisze Kazimierz Malinowski w pracy „Tajna Armia Polska”.

Pilecki wspominał: „Mjr Jan Włodarkiewicz, pseudonim >Jan< [komendant TAP, późniejszy pierwszy komendant „Wachlarza”], gdy spotkał mnie z początkiem sierpnia 1940 r. powiedział: >No, spotkał ciebie zaszczyt, a twoje nazwisko wymieniłem u ‘Grota’, jako jedynego oficera, który tego dokona<”.

Witolda Pileckiego wybrano nieprzypadkowo. Miał wcześniej piękną kartę w służbie Ojczyźnie. Członek POW, obrońca Wilna przed Sowietami w 1920 r., ułan II Rzeczypospolitej, żołnierz września 1939 r. Teraz czekała go kolejna próba.

Witold Pilecki trafił do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r., w drugim transporcie warszawskim. Tak to zapamiętał: „Transport wtacza się na bocznicę kolejową w Oświęcimiu. Była noc. Wagony zostają otwarte. W świetle reflektorów za pomocą bicia pałkami opróżnia się wagony. Wokół stoją Niemcy w czarnych mundurach. Krzyki Niemców, jęki bitych i szczutych psami więźniów, strzelanina – wydawało mi się, że znalazłem się w samym piekle” – pisał po wojnie rotmistrz. Dopiero po ubeckich przesłuchaniach na Rakowieckiej zmienił zdanie: „Oświęcim przy tym to była igraszka”.

W Auschwitz Witold Pilecki (jako Tomasz Serafiński) stał się numerem 4859. Od pierwszych dni organizował bojową siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowej (ZOW). Wysyłał raporty do generała „Grota” Roweckiego, informując, że Auschwitz nie jest zwykłym miejscem odosobnienia, ale wielkim obozem zagłady. Możni tego świata nie chcieli uwierzyć…

Docelowym zadaniem ZOW było wyzwolenie obozu. Miało to nastąpić własnymi siłami (w końcu 1942 r. pion wojskowy organizacji liczył co najmniej kilkuset zaprzysiężonych konspiratorów, wyposażonych w broń wykradzioną ze zbrojowni SS) i dzięki pomocy z zewnątrz.

Po ponad 2,5 roku Pilecki był zagrożony dekonspiracją, ale przede wszystkim chciał osobiście poinformować Warszawę o konieczności wyzwolenia Auschwitz. Nie ratował własnej skóry, ale wciąż chciał ratować innych. Plan ucieczki z obozu opracował z dwoma więźniami: Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim. Po sfałszowaniu wielu dokumentów cała trójka otrzymała zgodę gestapo na pracę w obozowej piekarni poza terenem obozu – na nocnej zmianie.

Bramę z napisem „Arbeit macht frei” przekroczyli o godz. 18.30. Około godz. 2 w nocy, przy nieuwadze strażników, otworzyli żelazne drzwi podrobionym wcześniej kluczem, sforsowali je, a pilnujących ich SS-manów zabarykadowali od zewnątrz.

Wyruszyli wzdłuż Soły aż do ujścia do Wisły. Znalezioną przy brzegu łódką przedostali się na drugi brzeg. Noc spędzili zakopani w liściach. Rankiem ruszyli w kierunku Alwerni. Tu miejscowy ksiądz nakarmił ich i pomógł przekroczyć granicę Rzeszy i Generalnej Guberni. Szli przez Tyniec i okolice Wieliczki. 1 maja 1943 r. w Puszczy Niepołomickiej natknęli się na uzbrojonych Niemców. Pilecki został postrzelony w ramię, ale tak jak dwaj pozostali uciekinierzy zdołał ujść pogoni. Przedostali się do Bochni, a następnie do Nowego Wiśnicza. Tu Pilecki skontaktował się z oficerami AK, którym przedstawił swój plan ataku na KL Auschwitz. Zorganizowana przez niego obozowa konspiracja zbrojna miała otrzymać pomoc Armii Krajowej z zewnątrz. Dowództwo w Warszawie uznało jednak plan za zbyt ryzykowny.

Mimo to bohaterski rotmistrz wygrał walkę z niemieckim złem. Świetnie zorganizowanemu systemowi pomocy wielu więźniów, wcześniej towarzyszy niedoli Pileckiego, zawdzięczało zdrowie, a nawet życie. Powiedzmy wprost: to Pilecki chciał wyzwolić obóz, a Armia Czerwona tylko do niego, bez walki, wkroczyła. A dziś na świecie jako o wyzwolicielach Auschwitz mówi się o Sowietach, a nie o Pileckim.

Córka rotmistrza, Zofia Pilecka-Optułowicz, przed laty tak to skomentowała: „Słowo Auschwitz jest na ustach całego świata. Jednak nazwisko taty pada rzadko. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.”

 

49 metod śledczych Chimczaka. TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kacie więźniów Mokotowa

21 kwietnia 1956 r. Sąd Najwyższy uchylił wyrok śmierci wydany cztery lata wcześniej na Kazimierza Moczarskiego, szefa Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, uczestnika Powstania Warszawskiego. Trzy dni później Moczarski został zwolniony z więzienia we Wronkach. Podczas śledztwa, które toczyło się w katowni UB przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, Moczarski był torturowany. 49 metod śledczych stosował na nim Eugeniusz Chimczak.

Kazimierz Moczarski te wszystkie okrucieństwa ujawnił w słynnej książce „Rozmowy z katem” – zapisie jego rozmów z Juergenem Stroopem, katem getta warszawskiego. Oprawca Moczarskiego był też znanym katem wielu innych więźniów Mokotowa, komunistycznym sadystą, bestią. Chimczak był głównym śledczym rtm Witolda Pileckiego i jego wywiadowców. Rotmistrz przed śmiercią 25 maja 1948 r. wypowiedział słynne słowa: „Mnie tu wykończyli. Oświęcim przy tym to była igraszka”. To przede wszystkim „zasługa” Chimczaka.

Eugeniusz Chimczak, urodzony w 1921 r., ukończył Centralną Szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Najpierw był śledczym UB w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownikiem w warszawskiej centrali, w bezpiece „służył” aż do… 1984 r. Do końca życia mieszkał niedaleko miejsca pracy – ul. Madalińskiego sąsiaduje z Rakowiecką.

„Nie widziałem, nie słyszałem”

Przesłuchiwany w III RP przez prokuratora, Eugeniusz Chimczak zeznawał: „O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (…) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo „sprawy szpiegowskie” a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.

Pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego w śledztwie pozwalał sobie nawet na dowcipy: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda”.

Niestety, Eugeniusz Chimczak torturował w czasie przesłuchań mojego Ojca.

„Zmęczenie”

Chimczak mówił również, że nie miał żadnego wpływu na czas i charakter przesłuchań, bo wypełniał jedynie polecenia przełożonych. Przy okazji ujawniał jednak mechanizmy śledztwa: „Zawsze sporządzałem protokół przesłuchania, nawet, gdy podejrzany nie chciał wyjaśniać”. O co chodzi? Śledczy w protokole pisał, co chciał, nawet, gdy przesłuchiwany nie dał się złamać biciem.

Chimczak żalił się, że pracę miał ciężką, że przesłuchiwał od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem miał trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24.

8 sierpnia 1947 r. Chimczak wystąpił z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania wobec Pileckiego. Po co? Tu odpowiedź też jest prosta: aby mieć więcej czasu na bicie. Wniosek podpisał mjr (potem ppłk) Mieczysław Dytry z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (przedwojenny prawnik na służbie komunistów).

Podczas procesu Pilecki stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala sądowa też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało. Podobnie wypowiadał się przed sądem mój Ojciec.

Zły stan zdrowia

A tak Tato wspominał Chimczaka: „Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wybijemy”.

Ponownie Ojciec spotkał Chimczaka w latach 70. na warszawskim Nowym Świecie: „Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”.

A tak Ojciec tłumaczył, dlaczego nie poszedł na proces „swojego” śledczego, kiedy ten był sądzony w połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z Adamem Humerem: „Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Odczytano zeznania Ojca złożone w śledztwie.

Wspomniany proces zakończył się dla Chimczaka (w 1996 r.) wyrokiem siedmiu i pół roku więzienia, ale za kratki „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak większość sądzonych wówczas ubeków – nie trafił.

Cmentarz Północny w Warszawie

Eugeniusz Chimczak zmarł w październiku 2012 r. Chory – oczywiście na sprawiedliwość – pozostawał jak łatwo policzyć 16 lat. Gdy dowiedziałem się o terminie pogrzebu, pojechałem na Cmentarz Północny w Warszawie, żeby pożegnać go w imieniu swoim, a przede wszystkim Ojca. Żeby zobaczyć też, w jaki sposób ten komunistyczny zbrodniarz będzie chowany. Czy podobnie, jak zbrodniarze niemieccy, którzy na ogół nie odchodzili w chwale, bo tamten system – brunatny totalitaryzm – został jednak w jakiejś mierze potępiony i rozliczony. Czy na pogrzeb przyjdą koledzy Chimczaka z bezpieczeństwa.

Ale rodzina, najwyraźniej ze strachu, że ktoś „zakłóci uroczystość”, w ostatniej chwili przełożyła pochówek o pół godziny. Zrezygnowała też z oprawy muzycznej i laudacji. Chimczakowie przemknęli boczną bramą od razu do grobu, bez zamówionej wcześniej uroczystości w domu pogrzebowym. W spokoju pochowali kochanego męża, ojca i dziadka.

„Syn bandyty”

Wobec zmiany godziny uroczystości, spotkałem ich, gdy już wychodzili z cmentarza. Zdecydowałem się podejść. W grupce – jak się potem okazało – była żona, córka i jeszcze kilka osób. Spytałem, czy wiedzą, co pan Eugeniusz robił po wojnie? Jak się z tym czują? Starsza pani przyjrzała się mi i bez cienia emocji odpowiedziała: „Nie interesuje mnie, kim pan jest, ale skoro pan zadaje takie pytanie, musi być pan synem jakiegoś bandyty, a my z takimi bandytami robiliśmy po wojnie porządek”.

Czyli rodzina świetnie wiedziała, co Chimczak robił po wojnie, ale nie robiło to na nich żadnego wrażenia. Nie mieli żadnego dyskomfortu, nie mówiąc o poczuciu winy czy skruchy. Zresztą nigdy w rozmowach ze mną żaden stalinowiec, czy jego rodzina, nie przeprosili za zbrodnie. Nie przeprosili przede wszystkim rodzin ofiar. Czuli się całkowicie bezkarni i wręcz przekonani, że działali w lepszej sprawie. Uważali siebie za bohaterów.

Potem sprawdziłem, dlaczego Stanisława Chimczak powiedziała: „robiliśmy porządek”, w liczbie mnogiej. Ona też pracowała w bezpiece.

Ruszył proces karny z powództwa marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego przeciwko red. Tomaszowi Duklanowskiemu

11 kwietnia  w Sądzie Rejonowym dla m. st. Warszawy rozpoczął się proces karny, jaki Marszałek Senatu Tomasz Grodzki wytoczył red. Tomaszowi Duklanowskiemu. Marszałek Senatu oskarża redaktora naczelnego Radia Szczecin o zniesławienie w związku z publikacjami obciążających go relacji byłych pacjentów. Polityk zaprzecza wszelkim doniesieniom i domaga się ukarania dziennikarza. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP. 

Sprawa dotyczy publikacji, które ukazywały się na antenie Radia Szczecin i na łamach Gazety Polskiej na przełomie lat 2019 i 2020. Red. Tomasz Duklanowski ujawnił wówczas świadectwa kilkunastu osób – byłych pacjentów oraz rodzin pacjentów prof. Grodzkiego, które twierdzą, że lekarz przyjmował od nich korzyści majątkowe w zamian za przeprowadzenie lub przyspieszenie operacji. W czasie gdy miało to miejsce, Tomasz Grodzki pełnił funkcję dyrektora i ordynatora szpitala w Szczecinie – Zdunowie. Osoby, z którymi rozmawiał dziennikarz, zeznawały, że chodziło o kwoty od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Rozmówcy dziennikarza zdecydowali się także złożyć  zeznania w CBA i prokuraturze, w wyniku czego doszło do sformułowania zarzutów przez Prokuraturę Regionalną w Szczecinie wobec Grodzkiego. Ostatecznie jednak politykowi nie przedstawiono zarzutów, ponieważ większość senacka, która go wspiera, nie zgodziła się na uchylenie immunitetu i tym samym pociągnięcie Marszałka do odpowiedzialności karnej.

Red. Tomasz Duklanowski nie kryje swojego zdumienia przebiegiem zdarzeń: W tej chwili to ja jestem osobą, która odpowiada za skandal korupcyjny przed sądem. Marszałek Grodzki przed sądem prawdopodobnie długo nie stanie, dlatego że bronią go koledzy partyjni z Platformy Obywatelskiej i innych ugrupowań opozycyjnych. Jest to o tyle bulwersujące, że wychodzi na to, iż jedynymi osobami, które ponoszą tu konsekwencje, są dziennikarze oraz świadkowie, którzy de facto są poszkodowani w tej sprawie; którzy w dramatycznej sytuacji byli zmuszeni do tego, żeby przekazywać pieniądze panu Grodzkiemu, po to żeby ratować życie swoje albo swoich najbliższych.

Ze względu na to, iż proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, mec. Andrzej Lew-Mirski, pełnomocnik  red. Tomasza Duklanowskiego, nie może ujawnić szczegółów przebiegu wtorkowego posiedzenia. – My niestety nie możemy tego zmienić, natomiast może być tak, że sam Pan Marszałek Grodzki, chcąc upublicznić to, co go boli, złoży wniosek, żeby sąd uchylił tajność. W ten sposób zostałyby ujawnione wszystkie okoliczności, które towarzyszą tej sprawie. To jest możliwe tylko i wyłącznie ze strony Pana Marszałka – powiedział mec. Andrzej Lew Mirski. Odkąd sprawa ujrzała światło dzienne, prof. Grodzki konsekwentnie zaprzecza jakimkolwiek zarzutom formułowanym w mediach i zapewnia o swojej niewinności. Pomimo to polityk nie zgadza się na odtajnienie sprawy. Rozprawa jest w trybie niejawnym i tego się będę trzymał – poinformował przed wejściem na salę sądową. Sprawa została odroczona. Sędzia wyznaczył kolejne terminy rozpraw, na których zostaną przesłuchani świadkowie.

W dniu publikacji tego artykułu mija 754 dni, od kiedy marszałek Tomasz Grodzki chowa się za swoim senackim immunitetem.

Tekst i zdjęcia: Anna Maria Szczepaniak

Łukaszenka walczy z „Łupaszką – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o dewastacji kolejnego polskiego miejsca pamięci na Białorusi

„Nieznani sprawcy” właśnie ukradli na Białorusi – we wsi Worziany w obwodzie grodzieńskim tablicę informującą o walce i miejscu spoczynku żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka”.

31 stycznia 1944 r. w Worzianach Polacy stoczyli zwycięską bitwę z jednostkami niemieckiego Wehrmachtu i żandarmerii wojskowej. W starciu zginęło jednak 19 partyzantów „Łupaszki”, kilku było rannych, w tym sam komendant Szendzielarz i Lidia Lwow „Lala”. To poległym poświęcono zdewastowaną dziś kwaterę wojenną.

Major Józef Rusak wspominał bitwę pod Worzianami. – Niemcy jakoś się dowiedzieli, że tam stoimy i przyjechali do wsi. Myśmy tych Niemców odpędzili, a oni się wycofali na cmentarz – tam były groby, drzewa, mieli się za czym chować. Gdy Niemcy zostali rozbici, wycofaliśmy się z wioski, ale śledzili nas Rosjanie i z nimi też walczyliśmy, we wsi Radziusze. Pod Worzianami zginęło 63 Niemców.

„Nieznani sprawcy” zaczęli działać na Białorusi 1 lipca br., kiedy nierozpoznani łukaszenkowcy rozebrali polskie groby w Jodkowiczach (powiat berestowski). Potem był 4 lipca i barbarzyństwo w Mikuliszkach (powiat oszmiański). 8 lipca Wołkowysk i 9 lipca Kaczichachy (powiat karelicki). 22 lipca dewastacja cmentarza w Stryjówce pod Grodnem. 25 sierpnia za cel wzięto cmentarz Armii Krajowej w Surkontach (powiat werenowski). W końcu w Piaskowcach zniszczenia tablicy poświęconej Polakom, poległym w walce z wojskami NKWD.

W ostatnich dniach października zniszczono obelisk na zbiorowej mogile żołnierzy Wojska Polskiego poległych we wrześniu 1920 r. podczas Bitwy Niemeńskiej z bolszewikami pod Feliksowem koło Lidy. To kolejny cmentarz zbezczeszczony przez współczesnych bolszewików kołchozowego dyktatora Łukaszenki.

Wróćmy do Mikuliszek. Miejsce cmentarza wybrano nieprzypadkowo, bo partyzanci wileńskiej AK znajdowali tu spoczynek obok powstańców z 1863 r. „Było szaro lub ciemno, gdy już gotowi do wymarszu, na cmentarzu w Mikulaszach żegnaliśmy poległych kolegów. Była salwa honorowa i śpiewaliśmy »Śpij kolego w ciemnym grobie«. Całodzienne przeżycia, zmęczenie i żal spowodowały, że w czasie śpiewania łzy lały mi się po twarzy. Spojrzałem na najbliższych – twarze ich też były mokre. Jakże inaczej brzmiała w tych okolicznościach ta trochę oklepana wojskowa piosenka” – jeden z polskich pochówków wspominał Tadeusz Żuk „Kot”.

W Surkontach z kolei zginął wybitny polski żołnierz mjr Maciej Kalenkiewicz ps. „Kotwicz”. Był polskim inżynierem, podpułkownikiem Wojska Polskiego, żołnierzem Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego mjr Henryka Dobrzańskiego, „Hubala”, pomysłodawcą wykorzystywania w celach dywersyjnych świetnie wyszkolonych skoczków spadochronowych – cichociemnych (sam był jednym z nich), oficerem AK, dowódcą partyzanckim w Okręgu Nowogródek Armii Krajowej.

21 sierpnia 1944 r., pod Surkontami, oddział AK Macieja Kalenkiewicza stoczył bitwę z batalionem NKWD. Było to pierwsze starcie Wojska Polskiego z sowietami od czasu ich agresji na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r.

Sowieci otoczyli wieś, ale niespodziewanie zostali ostrzelani przez Polaków w trakcie pokonywania podmokłych terenów otaczających Surkonty. Ostrzał zmusił ich do ucieczki, przegrupowania sił i oczekiwania na nadejście posiłków. Major „Kotwicz” pozostał we wsi z ciężko rannymi towarzyszami broni. Pozostali akowcy wycofali się na bezpieczne pozycje.

Po kilku godzinach sowieci ponowili atak, tym razem wsparty nalotem bombowym. Szybko zdobyli wieś, którą następnie spalili i zabili pozostałych przy życiu Polaków. Prócz mjr Macieja Kalenkiewicza po polskiej stronie poległo 36 żołnierzy i kilkunastu cywilów. Po stronie sowieckiej zginęło prawdopodobnie kilkadziesiąt osób.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Znacznie wizyty Zełenskiego widać w niemieckich mediach

Die Welt: „Ukraińcy pamiętają, kto im pierwszy pomógł, dlatego Zełenski honoruje teraz Warszawę, a nie Berlin (…) Wizyta Zełenskiego w Warszawie pokazała, że w odbudowie Ukrainy może dojść do konkurencji między państwami europejskimi”, Der Spiegel: „Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski od rozpoczęcia rosyjskiej wojny napastniczej w lutym ubiegłego roku rzadko wyjeżdżał za granicę. Dla Polski Zełenski robi teraz jeden z nielicznych wyjątków”, Frankfurter Allgemeine Zeitung: „Polska i Ukraina są sobie bliskie nie tylko z powodu wspólnego wroga”.

Żeby w pełni zrozumieć znaczenie wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Polsce, najlepiej zapoznać się z doniesieniami niemieckich mediów w tym zakresie. Nie to żebym przeceniał obiektywizm niemieckich dziennikarzy, ostatnia afera z finansowaniem kilkuset z nich przez rząd w Berlinie, nie pozostawia w tym zakresie nadmiernej swobody, ale przebijający się spomiędzy szpalt ton zazdrości, żeby nie napisać – zawiści – jest, wydaje mi się, najlepszym dowodem na to, że wizyta jest znaczącym wydarzeniem. Dokładnie w tym miejscu i czasie.

Odgłosy

Dobiegające zza Odry odgłosy pewnego zdenerwowania nie mają zapewne związku z jakimiś szczególnymi wyrzutami sumienia „moralnego mocarstwa”. To są odgłosy stresu wynikającego z obawy, że tym razem Niemcy mogą na całej sytuacji nie zarobić, a ściślej rzecz biorąc zarobić mniej niż by chciały na potencjalnej odbudowie kraju zniszczonego rosyjską brutalną inwazją. Czy to są obawy realne? Czy Polska potrafi wykazać się nie tylko porywami serca, ale i zrozumieniem własnego interesu? Mnie nie pytajcie, ja nie wiem, ale obecność „emisariuszy” PGNiG w Kijowie, którzy rozmawiają już o przeprowadzaniu odwiertów w czasie kiedy wicekanclerz Niemiec Robert Habeck przyjeżdża z ofertą „dekarbonizacji”, nastraja w tym zakresie pewnym optymizmem.

Dobry dzień

I nie ma się czemu dziwić. Też byście byli w stresie, gdyby się okazało, ze Wasza wielka akcja propagandowa „Niemcy największym dobrodziejem Ukrainy” może nie przynieść satysfakcjonującej stopy zwrotu. Gdybyście mieli poczucie, że „wasz wielki partner” Rosja jest coraz bardziej nieprzystępny, ale za to „wasz partner strategiczny Ukraina” jakby wymyka się z rąk. Jak będzie jutro nie wiem, ale stres jest.

Z kolei dla nas to był dobry dzień. I tylko szkoda, że Wołodymyr Zełenski nie wspomniał znów publicznie ani słowem o Wołyniu. Może następnym razem.

 

P.S. Rysunek jest oczywiście trochę na wyrost, ale oby był proroczy

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Putin ukraińskimi dziećmi chciał załatać dziurę demograficzną w Rosji

Wydanie przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze nakazu aresztowania Władimira Putina i rosyjskiej rzeczniczki praw dziecka Marii Lwowej-Bełowej to efekt gigantycznej pracy wykonanej przez ukraińskich i międzynarodowych obrońców praw człowieka.

Świat jest zdziwiony – dlaczego Władimir Putin musiał deportować ukraińskie dzieci do Rosji? Czy nie rozumiał, jakie zło wyrządza nie tylko dzieciom zabieranym z rodzinnych stron, wywożonym daleko od Ukrainy, wydawanym obcym narodom, ale także samej Rosji? Czy nie rozumiał, że to zbrodnia wojenna?

Na to pytanie nie ma odpowiedzi, tak jak nie ma odpowiedzi na pytanie, czy Putin rozumie, jaką zbrodnię popełnia, gdy rosyjskie bomby i rakiety zabijają ukraińskie dzieci. Co oni złego zrobili Rosji? Czy też są „nazistami”? W sumie, według ukraińskiej prokuratury, armia rosyjska zabiła już ponad 500 ukraińskich dzieci, a ponad 1000 zostało rannych. Jeden z przykładów – w listopadzie 2022 r. w miejscowości Wilniańsk koło Zaporoża Rosjanie napadli nocą na jedyny w mieście szpital położniczy. Byli tam położna, lekarz, urodzony trzy dni wcześniej Serhijko i jego matka. Dziecko zabili, matkę i lekarza ciężko ranili. Co to byli za „naziści”, zwłaszcza Serhijko, że armia Putina zabiła go w trzecim dniu jego życia?

Na pytanie, czy Putin rozumie, jakie zbrodnie popełnia, nie ma odpowiedzi, ale można znaleźć odpowiedź na inne: dlaczego to robi?. Według magazynu „The Economist” Rosja jest w stanie „koszmaru demograficznego”. W kraju rozwija się kryzys demograficzny, ponieważ w ciągu ostatnich trzech lat stracił on około 2 milionów ludzi więcej niż zwykle. Publikacja zauważa, że ​​​​szczyt populacji w Rosji odnotowano w 1994 roku i wyniósł 149 milionów ludzi. Na początku 2021 roku było to już 145 mln osób. A w ostatnich latach liczba ta zmniejszyła się jeszcze bardziej: najpierw z powodu pandemii koronawirusa, a potem z powodu wojny rozpętanej przez Putina. Publikacja wskazuje, że jeśli weźmiemy pod uwagę zgony z powodu koronawirusa, Rosjan, którzy zginęli na wojnie oraz tych, którzy uciekli z kraju w strachu przed mobilizacją, okaże się, że w latach 2020 – 23 Rosja straciła od 1,9 do 2,8 mln ludzi. Populacja Rosji nadal maleje. Jest to wyraźny dowód nieudolnego zarządzania Rosją przez jej prezydenta. I jasne jest, że ukraińskie dzieci były potrzebne Putinowi, aby choć częściowo załatać dziurę demograficzną w Rosji, która powstała dzięki jego rządom.

Władimir Putin w wywiadzie dla kanału telewizyjnego „Rosja-1” w programie „Moskwa. Kreml. Putin” oświadczył, że naród rosyjski, jeśli Zachodowi uda się zniszczyć Federację Rosyjską i przejąć kontrolę nad jej ruinami, może nie przetrwać – „będą Moskale, Uralczycy i inni”. Dlatego porwania ukraińskich dzieci i ich deportacje do Rosji nabrały cech polityki państwa.

Na szczęście zwrócił na to uwagę Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze, który wydał nakaz aresztowania Putina, w związku z podejrzeniem o zbrodnie wojenne polegające na bezprawnych deportacjach dzieci z okupowanych terenów Ukrainy. Warto jednak przyjrzeć się gigantycznej pracy wykonanej przez ukraińskich i międzynarodowych obrońców praw człowieka, która doprowadziła do takiej decyzji MTK. Opowiadała o tym w ukraińskiej telewizji Kateryna Rashevska, ekspertka Regionalnego Centrum Praw Człowieka, która podkreśliła, że „Federacja Rosyjska niszczy nie tylko ukraińską teraźniejszość. Próbuje też zniszczyć przyszłość Ukrainy”.

Według różnych danych do Rosji wywieziono od 260 do 700 tysięcy młodych Ukraińców. Zdecydowana większość z nich została przymusowo przesiedlona wraz z rodzicami lub przedstawicielem prawnym. Jest jednak grupa sierot i dzieci pozbawionych opieki rodzicielskiej, które również zostały wywiezione do Rosji. Ukraina nie zgodziła się na to, dlatego też Moskwa naruszyła normy prawa międzynarodowego. Część dzieci została już przymusowo przekazana rodzinom rosyjskim, co nie jest nawet zgodne z ustawodawstwem państwa agresora.

Kateryna Rashevska, jedna z obrończyń praw człowieka, która przygotowała pozew do Hagi, mówiła, że pomysł pozwania Władimira Putina i rosyjskiej rzeczniczki praw dziecka Marii Lwowej-Bełowej, dojrzał i zmaterializował się w ciągu 6 miesięcy .

Złożenie materiałów do MTK poprzedziło 14 wniosków do organów państwowych, aktywna działalność analityczna i dokumentacja istotnych elementów przestępstwa. W celu stworzenia sprzyjającej sytuacji politycznej i zmobilizowania opinii publicznej przeprowadzono cały szereg spotkań i wywiadów, głównie w mediach zagranicznych, m.in. w BBC, Associated Press, „The Times”.

25 października 2022 r. do Międzynarodowego Trybunału Karnego zostało wysłane pismo z Regionalnego Centrum Praw Człowieka we współpracy z Instytutem im. Lemkina ds. Zapobiegania Ludobójstwu.

To był dopiero początek zmagań o powrót dzieci na Ukrainę i pociągnięcie winnych tej zbrodni do odpowiedzialności. Aby zawiadomienie nie zalegało wśród stosów innych, które codziennie napływają do Hagi, potrzebne było coś wyjątkowego. I tym „czymś” był film United24 Media ujawniający plan Putina i Marii Lwowej-Bełowej dotyczący deportacji ukraińskich dzieci (można go obejrzeć TUTAJ).

Później powstało jeszcze kilkanaście publikacji, wśród których prawdopodobnie najbardziej wpływowy okazał się  artykuł w portalu PassBlue (można go przeczytać TUTAJ).

Ważna była również mobilizacja środowiska akademickiego poprzez udział w konferencjach naukowych, spotkaniach i wykładach. To wszystko zakończyło się zainteresowaniem światowej opinii publicznej problemem deportowanych ukraińskich dzieci.

Ostatecznie MTK był przekonany, że nie można dłużej milczeć, że trzeba zareagować. Wydanie nakazu aresztowania głównego przestępcy planety Ziemia w XXI wieku jest wielką porażką Putina i miejmy nadzieję upadkiem jego podstępnych planów porywania ukraińskich dzieci.

 

MATEUSZ KOSSAKOWSKI nowym prezesem Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP

Walne Zebranie Członków Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia wybrało swoje władze. Zgromadzenie odbyło się 23 marca wc sali konferencyjnej „Civitas Christiana” na Starym Mieście w Olszynie. Statut Stowarzyszenia przewiduje trzyletnią kadencję i na taki czas wybrano wszystkie nowe władze regionalne. Prezesem Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP został 30-letni Mateusz Kossakowski (na zdjęciu tytułowym).

Do rywalizacji o funkcję prezesa przystąpiło dwóch kandydatów: dotychczasowy prezes W-M Oddziału SDP, od 2021 r. zasiadający też w  Zarządzie Głównym SDP Grzegorz Radzicki i do 23.03. 2023 r. zastępca prezesa oddziału W-M Mateusz Kossakowski. Wynik: 18 do 6 głosów na korzyść Mateusza Kossakowskiego.

Nowy prezes pochodzi z Mrągowa, ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich związany jest od kilku lat. W minionej kadencji był członkiem zarządu, potem wiceprezesem.

Sam mówi o sobie, że jest dziennikarzem i społecznikiem.  Od 5 lat pełni m.in. funkcję prezesa Mrągowskiego Towarzystwa Regatowego Czos. Dziennikarsko był związany z Gazetą Olsztyńską, Kurierem Mrągowskim, Gazetą Warmińską. Obecnie jest redaktorem naczelnym portalu Mragowo24.info oraz Głosów Warmii i Mazur.

– Chciałbym podziękować wszystkim osobom za głosy i za tak dużą dozę zaufanie. Przez ostatnie 2 lata prezesem był Grzegorz Radzicki i nie mogę w tym miejscu nie podziękować mu za wprowadzenie w meandry Stowarzyszenia a także sprawne kierowanie Oddziałem przez ostatni okres – powiedział tuż po wyborze prezes Mateusz Kossakowski. – Nowy zarząd to połączenie doświadczenia z młodością i mam nadzieję, że uda się wspólnymi siłami napisać nowy, pozytywny rozdział w historii SDP. Przed nami sporo pracy. Już niedługo ogłosimy wyniki V. Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa oraz będziemy rozpatrywać prace nadesłane do XIV. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego.

Nowe władze W-M Oddziału SDP:

Zarząd 

Mateusz Kossakowski – prezes

Joanna Wańkowska-Sobiesiak – wiceprezes

Zbigniew Piszczako – sekretarz

Zdzisław Piaskowski – skarbnik

Miłosz Babecki – członek zarządu ds. wydawniczych

 

Nowy Zarząd W-M Oddziału SDP, od lewej: Zdzisław Piaskowski – sekretarz, Mateusz Kossakowski – prezes, Joanna Wańkowska-Sobiesiak – wiceprezes, Zbigniew Piszczako – sekretarz, dr Miłosz Babecki – członek zarządu ds. wydawniczych. Fot. Elżbieta Mierzyńska

Komisja Rewizyjna

Grzegorz Radzicki –  przewodniczący Komisji

Uwe Hahnkamp – sekretarz

Wojciech Chromy

Komisja Członkowska

Jan Rosłan – przewodniczący Komisji

Jerzy Pantak – sekretarz

Elżbieta Mierzyńska

Sąd Dziennikarski

Martyna Seroka – przewodnicząca Sądu

Aneta Markowska

Justyna Masiewicz-Grodź

Rzecznik Dyscyplinarny

Andrzej Zb. Brzozowski

Podczas zebrania sprawozdawczo-wyborczego wyłoniono również delegatów na najbliższy zjazd krajowy SDP, nadano tytuł członka zasłużonego Oddziału SDP dla Wojciecha Ciesielskiego, a także wybrano osoby odpowiedzialne za dalszy rozwój czasopisma społeczno-kulturalnego “Bez Wierszówki”. Redaktorem naczelnym został Jerzy Pantak, jego zastępcą ks. Jan Rosłan, a na sekretarzy redakcji zostali powołani: Zbigniew Piszczako i Mateusz Kossakowski.

Tekst: Zdzisław Piaskowski

Zdjęcia z zebrania Jerzy Pantak

 

WALTER ALTERMANN: Potrawa z tenisisty, czyli OK Panie Boże

„The Chosen” – to serial produkcji USA, emitowany aktualnie w jednej z naszych stacji telewizyjnych. W wolnym tłumaczeniu powinien nazywać się „Wybrany”, ale – nie wiedzieć czemu – ma angielski tytuł.

 W jednym z odcinków serialu Jezus spotka dwie małe dziewczynki, jedna z nich pokazuje mu swoją lalkę.

– A jak ma na imię? – pyta Jezus.

– Sara – odpowiada dziewczynka.

– Ładna – mówi Jezus.

– O.K., muszę już iść – mówi dziewczynka i odchodzi.

A ja pozostaję w zdumieniu i mam wątpliwości czy przypadkiem twórcy serialu nie przesadzili, w tak modnym ostatnio „przybliżaniu młodzieży” wielkich tematów. Wiemy, że OK jest zwrotem amerykańskim. I takim powinien pozostać. Wplatanie go w Nowy Testament wydaje mi się grubym nietaktem.

Pozostaje jeszcze obawa, że ktoś tam już kombinuje nad „uwspółcześnieniem” Dziesięciorga Przykazań. Byłoby by bluźnierstwem przypuszczać, jak brzmiałyby „współcześnie” przykazanie szóste, siódme i ósme… Więc przestanę.

Aktor słuchowy

Mówią, że Wikipedia jest teraz portalem bardziej wiarygodnym, bo ktoś tam ją kupił… Nie wiem, a nie wiedząc nie wierzę, bo nadal są w nim takie perełki, jak ta o Bohdanie Łazuce, cytuję” Bohdan Cezary Łazuka (ur. 31 października 1938 w Lublinie) – polski aktor teatralny, filmowy i głosowy, piosenkarz, artysta estradowy, prezenter telewizyjny i radiowy, konferansjer.

Co trzeba zrobić, żeby zostać aktorem głosowym? Prawdopodobnie trzeba w dubbingu podkładać głos, pod aktorów i postacie (na przykład) z kreskówek. Ale tego portal nie wyjaśnia. Stwierdza jedynie, że istnieje kategoria „aktor głosowy”. A kim są w takim razie słuchacze radia? Najpewniej są to „odbiorcy słuchowi”.

Nie mają litości… Mordują nas i nasz język z zimną krwią. Lub też „z krwią poniżej przeciętnej ciepłoty ciała, czyli poniżej 36,5 stopnia Celsjusza”.

Czy oni są nas w stanie zrozumieć?

Ryszard Horovitz, wybitny fotografik, mówi w filmie dokumentalnym, że w czasie spotkania z dziećmi, w jednej ze szkół w Nowym Jorku, jakiś 10-latek zapytał go o to, jakie miał zabawki w Auschwitz.

Z kolei Melchior Wańkowicz wspominał o pewnej dziennikarce z USA, która przeprowadzał z nim wywiad. Gdy Wańkowiczowi zdawało się, że wywiad dobiega już końca, dziennikarka powiedziała; „Bardzo panu dziękuję, bo już bardzo wiele dowiedziałam się o wojnie i okupacji Polski. Ale niech mi pan jeszcze powie, żebym miała pełny obraz tamtych czasów – jak Polacy spędzali weekendy podczas tej okupacji.

Nie sądzę, żeby Zachód był w stanie zrozumieć koszmar, który Niemcy zgotowali Europie Wschodniej, a głównie Polakom, Żydom, Ukraińcom i Rosjanom. Informacje o holokauście jakoś do głów ludzi Zachodu dotarły, ale już o naszym losie nie wiedzą nic.

Duża w tym rola Amerykanów, którzy zaraz po zakończeniu II wojny światowej dostrzegli w Niemcach sojuszników, w ewentualnej wojnie z Sowietami. I nie chcą nowych przyjaciół stawiać w złym świetle, woleli nie mówić za wiele o tak niedawnym bestialstwie Niemców. Do tego doszło i to, że Francuzi, Norwegowie, Holendrzy, Duńczycy i parę winnych krajów nie zaznali niczego, co mogłoby – choć w istotnym procencie – przypominać nasz los. No i jeszcze spryt niemieckiej propagandy – powojennej – która odpowiedzialnością za zbrodnie własnego narodu, czyli Niemców, uczyniła jakichś faszystów, hitlerowców i nazistów. I tak się to jakoś rozmyło. Myślę, że też powojenni Niemcy sami uwierzyli we własną propagandę, i są dzisiaj bardzo zdziwieni, że Polska mówi o reparacjach.

Czy uda się nam wrócić do rozrachunku z Niemcami za lata wojny? Myślę, że będzie bardzo ciężko.

Dramaturgia

W czasie meczu tenisa Hubert Hurkacz – Aleksander Szewczenko, sprawozdawca mówi: „Znów zaczyna się dramaturgia…”.  Gdyby powiedział, że zaczyna się dramat – zrozumiałbym. Ale czymże jest, w przypadku tenisa dramaturgia? Nie wiadomo.

 

Według słowników dramaturgia to: 1. twórczość dramatyczna; 2. teoretyczna wiedza o budowie dramatu; 3. napięcie w przebiegu wydarzeń, głównie w utworze literackim. I tak to jest. Gdzieś coś dziennikarz słyszy, coś brzmi ładnie – to mówi. A że bez sensu? Gdyby jeszcze, ale to po meczu, sprawozdawca powiedział, że mecz miał swoją dramaturgię… uszłoby.  A jeszcze można usłyszeć, że: „Mecz miał wspaniały scenariusz”! Przecież scenariusz jest czymś dopiero do zrealizowania. Film może mieć scenariusz, program telewizyjny też, ale już w teatrze nie funkcjonuje pojęcie scenariusza. W teatrze są do wyreżyserowania, zagrania utwory sceniczne – tragedia, dramat, komedia, opera, operetka, farsa, wodewil. Ale scenariusza nie ma!

 

Wracając do sportu – nie można powiedzieć, że w zawodach sportowych istnieje założona wcześniej, napisana dramaturgia. Chyba, że mecze są ustawiane – wtedy tak, ale to jest gruba karalne. I co tu robić z takim językiem? Przecież nikt sprawozdawcom za takie gadanie głowy nie urwie, więc mówią szybko, ale za to byle co. A z tym urywaniem głowy… Niby to tylko figura retoryczna, ale może przydałoby się?

Tenisista z papryką

Mecz tenisa w Indian Wells, grają: Chilijczyk Cristian Garin i Casper Ruud z Norwegii, a sprawozdawca sportowy Tomasz Tomaszewski mówi: „Garin prowadzi, czyli kibice z Chili mogą być zadowoleni”.

Co do faktów sportowych zgoda, ale z tym chili, pan Tomaszewski wiedzie nas na manowce. Otóż – Chile to państwo, a chili to rodzaj papryki, a także potrawy. Jest taka teksańska potrawa chili con carne, czyli mięso w chili. Potrawa naprawdę pochodzi z Meksyku. Ale Amerykanie, po wojnie z Meksykiem, zająwszy Teksas, przywłaszczyli także narodowe dania Meksykanów.  Zatem, potrawka z Chilijczyków? Śmieszne to, czy głupie?

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy działa w wojennych warunkach

Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy (NUJU) mobilizuje ukraińskich i zagranicznych dziennikarzy do relacjonowania wydarzeń na froncie i za jego kulisami, a także stara się chronić ich życie i pracę.

Wojna Rosji z Ukrainą radykalnie zmieniła życie i pracę dziennikarzy na Ukrainie. Wielu z nich trafiło na front, ale nie porzucili swojego zawodu i często zostawali korespondentami z miejsca walk. Dziennikarze pism ukraińskich na terenach okupowanych w większości wyjeżdżali na wolne terytoria ukraińskie, przenosili swoje publikacje w nowe miejsca, włączali się do pracy w lokalnych mediach w rejonach ewakuacji lub pomagali w Dziennikarskich Centrach Solidarności utworzonych przez Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy wraz z UNESCO. Powstały one m.in. we Lwowie, Iwano-Frankowsku, Czerniowce, Dnieprze i Kijowie. W takich ośrodkach ukraińscy i zagraniczni dziennikarze mogą otrzymać środki ochrony osobistej do pracy w niebezpiecznych miejscach – kamizelki kuloodporne, hełmy, apteczki taktyczne. A także pomoc techniczną – kamery wideo, aparaty fotograficzne, laptopy, inny profesjonalny sprzęt. Centra świadczą też doraźną pomoc materialną, czy pomagają w opuszczeniu strefy działań wojennych lub terytoriów okupowanych. Zapewniają również pomoc prawną i psychologiczną. Działa na przykład całodobowa infolinia udzielająca wsparcia psychologicznego dziennikarzom i członkom ich rodzin.

Obecnie Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy w dużej mierze przekształcił się w organizację praw człowieka, która mobilizuje dziennikarzy do relacjonowania wydarzeń na froncie i za kulisami, a także chroni życie i pracę ukraińskich i zagranicznych dziennikarzy.

W Kijowie odbyło się zainicjowane przez NUJU spotkanie okrągłego stołu z udziałem przedstawicieli Prokuratury Generalnej, Policji Państwowej i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, na którym dyskutowano na temat postępów śledztwa w sprawie zbrodni wojennych popełnianych przez Rosjan przeciwko ukraińskim i zagranicznym dziennikarzom.

Zastępca Komendanta Głównego Policji Ukrainy Maksym Tsutskiridze poinformował, że w czasie wojny Rosji z Ukrainą na pełną skalę wszczęto 66,7 tys. postępowań karnych, w tym 54 postępowań dotyczące naruszeń praw dziennikarzy. Odnotowano 29 przypadków śmierci dziennikarzy podczas wykonywania obowiązków służbowych,17 rannych oraz 12 przypadków pozbawienia wolności pracowników mediów na czasowo niekontrolowanym terytorium państwa. Wszystkie te fakty są badane. Zastępca szefa ukraińskiej policji podkreślił wagę i znaczenie śledztw w sprawie przestępstw przeciwko przedstawicielom środków masowego przekazu, którzy w trudnym dla kraju czasie relacjonują nieludzkie zachowania przedstawicieli władz okupacyjnych Federacji Rosyjskiej.

Maksym Tsutskiridze skupił się na konkretnych przypadkach. Na przykład na sprawie uprowadzenia w obwodzie chersońskim i pozbawienia wolności dziennikarza gazety „Novy Den” Olega Baturina. Dziennikarz został uwolniony przez ukraińskie wojsko, bierze udział w śledztwie i dostarcza dowodów w sprawie zbrodni wojennych przedstawicieli władz okupacyjnych w Chersoniu, którzy przyczynili się do pozbawienia go wolności.

Śledztwa prowadzone są też w sprawie sześciu dziennikarzy, którzy stracili życie w wyniku ataku rakietowego na wieżę telewizyjną w Kijowie, śmierć szefa służby prasowej połączonej brygady szturmowej Sił Zbrojnych Ukrainy Jurija Lelawskiego oraz zastrzelenia przez rosyjskie wojsko dziennikarza Serhija Puszczenko służącego w obronie terytorialnej.

Maksym Tsutskiridze mówił o pracy policji na terenach okupowanych: „Tam znajdujemy najwięcej okropności. Są to masowe pochówki, obozy tortur i miejsca tymczasowego przetrzymywania naszych obywateli, w tym dziennikarzy”.

Policja zarejestrowała 25 sal tortur i więzień w obwodzie charkowskim, 16 w obwodzie chersońskim, 3 w obwodzie kijowskim i 6 na innych terenach okupowanych. Według Maksyma Tsutskiridze największe masowe pochówki znaleziono w Iziumie w obwodzie charkowskim, gdzie zginęło 941 osób oraz w rejonie kijowskim, gdzie znaleziono ciała 1374 osób. Oczekuje się, że po wyzwoleniu Mariupola, Melitopola i Berdiańska wyjaśnione zostaną kolejne zbrodnie. Wiceszef ukraińskiej policji podkreślił, że trwają prace nad dokumentacją rosyjskich zbrodni wojennych, a zebrane dowody pomogą postawić winnych przed sądami ukraińskimi i międzynarodowymi.

Serhij Tomilenko, szef Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy, na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) wypowiedział się na temat działań jego organizacji w sprawie wzmocnienia bezpieczeństwa pracowników mediów podczas wojny w Ukrainie. W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele stowarzyszeń i organizacji dziennikarskich z Włoch, Francji, Belgii, Hiszpanii, Danii, Polski, Wielkiej Brytanii i innych krajów europejskich. Tomilenko powiedział, że „dzięki pomocy i współpracy z innymi organizacjami Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy może dziś wspierać tysiące ukraińskich dziennikarzy pracujących w warunkach wojny. Jesteśmy wdzięczni europejskim dziennikarzom za ich solidarność, apelujemy o inicjatywy na rzecz ukraińskich mediów”.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy NUJU, z pomocą światowych mediów, zdołał wesprzeć finansowo ponad 20 gazet ukazujących się blisko linii frontu i znaleźć regularne finansowanie dla 12 gazet regionalnych na terenach okupowanych o łącznym miesięcznym nakładzie około 100 000 egzemplarzy. Ale to niestety nie wystarczy. Tomilenko zaznaczył, że wciąż nierozwiązana pozostaje kwestia odrodzenia lokalnych gazet na terenach okupowanych i frontowych, które zostały zmuszone do zaprzestania działalności po rosyjskim ataku na pełną skalę.

Serhij Tomilenko wezwał Europejską Federację Dziennikarzy do zainicjowania kampanii solidarnościowej wspierającej publikacje ukazujące się na terenach bliskich linii frontu i na okupowanych terytoriach Ukrainy, gdzie przy braku internetu, a często i elektryczności, prasa drukowana pozostaje alternatywnym źródłem informacji.

Szef NUJU zasugerował również, aby Europejska Federacja Dziennikarzy zorganizowała w Brukseli specjalną wystawę fotograficzną „Sparks of War”, którą przygotowało NUJU pod kuratelą jednego z najlepszych fotoreporterów Ukrainy, Efrema Łukackiego. Ekspozycja ta posłuży zwróceniu uwagi Europejczyków na problemy i potrzeby ukraińskich dziennikarzy, którzy odważnie bronią frontu informacyjnego walki z okupantem.

Koledzy z kierownictwa EFJ – zarówno prezydent Maya Sever, jak i sekretarz generalny Ricardo Gutierrez oraz członkowie Komitetu Wykonawczego – a także przedstawiciele zagranicznych związków dziennikarzy wyrazili poparcie dla ukraińskich dziennikarzy i gotowość do dyskusji na temat praktycznego wdrożenia nowych form solidarności z kolegami z Ukrainy.

 

Konkurs im. Seweryna Pieniężnego – wydłużony termin nadsyłania prac

Decyzją Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich termin nadsyłania prac do Konkursu im. Seweryna Pieniężnego został wydłużony do 21 marca 2023 r.

Do konkursu można zgłosić teksty drukowane, materiały radiowe i telewizyjne oraz opublikowane w Internecie. Każdy uczestnik może zgłosić maksymalnie trzy prace, które zostały opublikowane od 1 stycznia do 31 grudnia 2022 roku.

W ramach Konkursu przewidziane są następujące nagrody: Nagroda Główna, Nagroda Wolności Słowa oraz Nagroda dla Młodego Dziennikarza (żurnaliści, którzy nie ukończyli 30. roku życia).

Kapituła Konkursu może przyznać także specjalne wyróżnienia za publikacje w następujących kategoriach:

–  dziennikarstwo prasowe/internetowe,

–  dziennikarstwo telewizyjne,

–  dziennikarstwo radiowe/podcast,

–  książka stworzona przez dziennikarza/dziennikarska książka gatunkowa (esej, dziennik, reportaż, autobiografia, książka publicystyczna itp.)

Zgłoszenia (kartę zgłoszenia oraz materiały) należy przesłać na adres e-mail: [email protected]

Karta zgłoszenia TUTAJ.

Regulamin konkursu TUTAJ.